`st $polski $związek $niewidomych - $zarząd $główny $biografie $osób $zasłużonych dla $środowiska $niewidomych część $i Tom Całość w tomach $p$w$z$n $print 6 Lublin 1997 `pa Pozycja przygotowana przez Redakcję Wydawnictw Tyflologicznych PZN w składzie: Józef Mendruń - red. nacz. Elżbieta Oleksiak Jerzy Smoliński - sekr. Przedruk na podstawie maszynopisu PZN ZG Warszawa 1989 Redakcja techniczna wersji brajlowskiej: Piotr Kaliński Skład, druk i oprawa: PWZN Print 6 20-bah Lublin, Hutnicza 9 tel.ż8şfax 081 746-ab-hj `st `tc Aneksă (Statut Towarzystwaă Kuratorium nad Ociemniałymiă w Wilnie - odpis) `tc `rp Odpis `rp `ty Statut Towarzystwa "Kuratorjum nad Ociemniałymi w Wilnie" dawniej "Oddział Wileński Kuratorjum Cesarzowej Marji Aleksandrówny nad Ociemniałymi" `ty `tc I. Nazwa, siedzibaă i charakter T-wa. `tc `ty ó#a. `ty Towarzystwo nosi nazwę "Kuratorjum nad Ociemniałymi w Wilnie". `ty ó#b. `ty T-wo p.n. "Kuratorjum nad Ociemniałymi w Wilnie" jest dalszym ciągiem Oddziału Wileńskiego Kuratorjum Cesarzowej Marji Aleksandrówny nad Ociemniałymi (Wilenskoje Oddżelenje Popieczytielstwa Impieratricy Marji Aleksandrowny o Slepych), czynność którego została zawieszoną z racji wojny i działalność którego wznawia się stosownie do uchwały Walnego Zebrania członków z dnia 5 Iii 1927 r. Inicjatorowie wznowienia czynności niniejszego T-wa są członkami Wileńskiego Oddziału Kuratorjum Cesarzowej Marji Aleksandrowny nad Ociemniałymi. `ty ó#c. `ty Siedzibą T-wa jest Wilno, zakres działania: Województwo Wileńskie. Na tym terenie ma ono prawo zakładać swoje filje. Towarzystwo posiada pieczęć z napisem: "Kuratorjum nad Ociemniałymi w Wilnie". `ty ó#d. `ty T-wo jest osobą prawną, mogącą nabywać i rozporządzać się wszelkim należącym do niego majątkiem, tak ruchomym jak i nieruchomym i spełniać wszelkie prawne działania przez swoich pełnomocników. `tc Ii. Cel i środkiă Towarzystwa. `tc `ty ó#e. `ty W zakresie działalności Kuratorjum nad Ociemniałymi bez różnicy wyznań i narodowości wchodzi: a) tworzenie i prowadzenie przy przestrzeganiu obowiązujących przepisów zakładów opiekuńczych, wychowawczych, naukowych i zawodowych dla ociemniałych, celem przygotowania ich do samodzielnej pracy w życiu. b) zabezpieczenie dalszego losu tych ociemniałych, którzy kształcili się w zakładach Kuratorjum i w ogóle ociemniałych, którzy żyją z pracy rąk swoich. c) zaopiekowanie się dorosłymi ociemniałymi przez umieszczenie ich w zakładach, w których nauczyć by się mogli dostępnych im rzemiosł, oraz udzielenie finansowego poparcia tym rodzinom, któreby wzięłyby ich na swoje utrzymanie. d) umieszczenie w zakładach dobroczynnych lub im podobnych ociemniałych niezdolnych do pracy, osłabionych lub będących w podeszłym wieku. e) zapobieganie szerzeniu się ślepoty i f) sporządzanie podręczników i książek dla ociemniałych i tworzenie z nich bibljotek. `ty ó#f. `ty Środki materjalne Kuratorjum z zachowaniem przepisów obowiązujących czerpie: a) z ofiar zbieranych za pomocą zapisów, książeczek na ten cel wydawanych, zbiórek w tygodniu wyznaczonych dla ociemniałych i t.p. b) z członkowskich składek, c) ze zbiórki z koncertów, przedstawień, odczytów publicznych, d) z zapomóg od samorządów i instytucji społecznych, e) z subsydjów Rządu, f) z opłaty wnoszonej przez zamożnych rodziców i krewnych za utrzymanie ociemniałych i za kurację chorych na oczy w zakładach Kuratorjum, g) ze stypendjów ufundowanych w tych zakładach przez instytucje społeczne i osoby prywatne. `ty Iii. Członkowie Kuratorjum. `ty `ty ó#g. `ty W skład Kuratorjum wchodzić mogą osoby zarówno prawne, jak i fizyczne, chcące pomagać jego celom, czy datkami, czy też osobistą swą pracą. Uwaga: byli członkowie Wileńskiego Oddziału Kuratorjum Im. Cesarzowej Marji Aleksandrowny nad Ociemniałymi automatycznie wchodzą w skład obecnegoo Kuratorjum nad Ociemniałymi w Wilnie. `ty ó#h. `ty Członkowie Kuratorjum dzielą się na: a) członków honorowych, którzy swoją działalnością lub ofiarami pieniężnymi okażą szczególną pomoc Kuratorjum w realizowaniu postawionego przez niego celu, b) członków rzeczywistych, którzy wnoszą do kasy Kuratorjum 6 zł. rocznie, lub wnieśli jednorazowo nie mniej niż 100 zł. i c) członków współpracowników przyjmujących udział pracą osobistą w zbieraniu ofiar, lub wogóle w sprawach i zajęciach Kuratorjum. Członków honorowych obiera Walne Zgromadzenie, członków zaś rzeczywistych i członków współpracowników przyjmuje Rada. Wszyscy członkowie mają prawo głosu na Walnych Zebraniach i mogą być obierani na wszelkie urzędy w Kuratorjum, jego instytucjach i zakładach. `ty ó#i. `ty Członek może wystąpić z Towarzystwa po zawiadomieniu o tem Radę przynajmniej na 2 miesiące przed końcem roku administracyjnego, co nie zwalnia go jednak od uiszczenia ciążącej na nim składki rocznej. `ty ó#aj. `ty Kto nie uiści składki na rok ubiegły, mimo dwukrotnego upomnienia, ten zostaje przez Radę wykreślony z listy członków Kuratorjum. `ty ó#aa. `ty Wykreślenie członka ze wszelkich innych powodów może nastąpić na skutek decyzji Rady, od uchwały tej przysługuje prawo odwołania do Walnego Zgromadzenia. `tc Iv. Władze Kuratorjum. `tc `ty ó#ab. `ty Władze Kuratorjum stanowią: a) Rada Kuratorjum i b) Walne Zgromadzenie jego członków. `ty ó#ac. `ty Walne Zgromadzenia bywają zwyczajne i nadzwyczajne. Zwyczajne zwołuje Rada w pierwszym kwartale każdego roku, Nadzwyczajne zwołuje Rada według własnego uznania, na rządanie Komisji Rewizyjnej, oraz na pisemne żądanie 1/4 części ogółu członków. `ty ó#ad. `ty Do kompetencji Ogólnego Zebrania należy: a) wybór Rady Kuratorjum, członków honorowych, a także wybór corocznie trzech członków Komisji Rewizyjnej, dla sprawdzenia rachunków pieniężnych Kuratorjum, b) rozpatrywanie budżetu i sprawozdań, c) decydowanie nadsyłanych propozycji i kwestji przez Radę lub członków Kuratorjum, d) rozpatrzenie wydatków nieobjętych budżetem, e) zmiany i uzupełnienia statutu, f) rozwiązanie i likwidacja Kuratorjum, g) kupno, sprzedaż i obciążenie majątku nieruchomego. Uwaga: uchwały Walnych Zgromadzeń, dotyczące zmiany działalności Kuratorjum, wymaga ponownej rejestracji. `ty ó#ae. `ty O zwołaniu Walnego Zgromadzenia Rada ogłasza conajmniej na 14 dni przed terminem, podając w pismach wileńskich czas, miejsce Zgromadzenia, oraz porządek dzienny. `ty ó#af. `ty Walne Zgromadzenie po zagajeniu przez Prezesa Rady obiera przewodniczącego Zebrania, który powołuje sekretarza. Protokuł Walnego Zebrania winien być podpisany przez przewodniczącego, sekretarza i przynajmniej dwuch członków Zebrania. `ty ó#ag. `ty Dla wszystkich Walnych Zgromadzeń konieczną jest obecność 1/3 członków. W razie nieprzybycia wymaganej ilości członków, następne Walne Zgromadzenie odbywa się: w tym samym miejscu, nie wcześniej jak w godzinę po terminie oznaczonym dla pierwszego Zgromadzenia. Zebranie to jest ważne bez względu na ilość obecnych członków. `ty ó#ah. `ty Głosowanie nad Walnem Zgromadzeniu jest jawne albo tajne, o ile tego zażąda chociażby jeden z obecnych - w razie równości głosów, rozstrzyga głos przewodniczącego. Uchwały zapadają zwykłą większością głosów. Uchwały dotyczące zmiany statutu, rozporządzenia funduszem zakładowym, oraz rozwiązania T-wa wymagają większości 2/3 obecnych na Zgromadzeniu członków. `ty ó#ai. `ty Rada Kuratorjum składa się z 15 członków wybieranych na trzy lata przez Walne Zgromadzenie. Rok rocznie po kolei wychodzi trzecia część członków Zarządu. Członkowie honorowi w razie przybycia na posiedzenie Zarządu, korzystają z prawa głosu, na równi z członkami Rady. Pożądanem jest aby część członków Rady składała się z niewidomych. Uwaga: Co rok ze składu Rady ustępuje 1/3 część jego członków, początkowo przez losowanie a następnie podług starszeństwa wyboru. Wychodzący członkowie Zarządu mogą być ponownie wybierani. W razie ustąpienia jednego lub więcej członków Rady w ciągu roku administracyjnego, który się pokrywa kalendarzowym, Rada kooptuje na ich miejsce zastępców, których mandat gaśnie na najbliższym Walnem Zgromadzeniu. `ty ó#bj. `ty Członkowie Rady wybierają z pośród siebie prezesa, v-prezesa, sekretarza i skarbnika, oraz ich zastępców. Dla ważności uchwał Rady wymagana jest obecność nie mniej pięciu członków i w ich liczbie prezesa, w wypadku nieobecności tego ostatniego - jego zastępcy. `ty ó#ba. `ty Posiedzenia Rady odbywają się w miarę potrzeby, jednakże nie rzadziej, jak raz na kwartał. Uchwały Rady zapadają większością głosów, przy równych głosach przeważa zdanie przewodniczącego. W posiedzeniach Rady biorą udział z głosem doradczym kierownicy instytucji przez stowarzyszenie utrzymywanych, ponadto mogą być powołani do współpracy w Radzie z głosem doradczym przedstawiciele instytucji publicznych, lub osoby fizyczne, które udzielają stowarzyszeniu moralnego lub materialnego poparcia. `ty ó#bb. `ty Rada przyjmuje i wykreśla członków Stowarzyszenia, zwołuje zebrania walne, wykonuje uchwały Walnego Zgromadzenia, organizuje i prowadzi instytucje Towarzystwa, mianuje personel, oraz siły pedagogiczne, zawiera umowy i inne akta prawne imieniem Kuratorjum, zarządza jego majątkiem i wogóle załatwia wszelkie sprawy nie należące do wyłącznej kompetencji Walnego Zgromadzenia. Rada przestrzega aby rachunkowość Kuratorjum, jako też jego instytucyj i zakładów była prowadzona podług przepisów prawa i zwyczajów. `ty ó#bc. `ty Prezes i sekretarz względnie ich zastępcy reprezentują T-wo na zewnątrz, oni podpisują całą korespondencję T-wa, wszelkiego rodzaju dokumenty o charakterze prawnym i pisma zawierające jakiekolwiek zobowiązania majątkowe. Fundusze Towarzystwa mogą być podnoszone za czekami, lub upoważnieniami podpisanemi przez przewodniczącego i skarbnika, lub ich zastępców. `tc V. Komisja Rewizyjna. `tc `ty ó#bd. `ty Komisja Rewizyjna wybierana przez Walne Zgromadzenie na jeden rok, składa się z 3-ch członków i 2-ch zastępców. Komisja Rewizyjna sprawdza stan kasy, księgi i fundusz T-wa przynajmniej na miesiąc przed terminem Walnego Zgromadzenia i z czynności tych sporządza protokuł. Protokuł ten oraz wniosek Komisji Rewizyjnej Rada wnosi na najbliższe Zgromadzenie wraz ze swoimi wyjaśnieniami. Komisja uchwala sama dla siebie regulamin czynności. `tc Vi. Likwidacja Towarzystwa. `tc `ty ó#be. `ty Rozwiązanie Towarzystwa może nastąpić na mocy uchwały Walnego Zgromadzenia, powziętej zgodnie z wymogami ó#ah niniejszego statutu, która to uchwała określi jednocześnie i sposób likwidacji. W razie rozwiązania T-wa jego fundusze przechodzą na własność innej instytucji opieki nad ociemniałymi, lub na inny cel opiekuńczy. W razie likwidacji T-wa uchwały Walnego Zgromadzenia, dotyczące majątku T-wa, winny być zaakceptowane przez Urząd Wojewódzki. Wilno, dn. 15 grudnia 1927 r. `rp Prof.d-r (-) J. Szymański. (-) Benjamin Epsztejn (-) D-r. Stanisław Halicki `rp Na zasadzie postanowienia Wojewody w Wilnie z dnia 9 lutego 1928 roku NV-7220 wciągnięto do rejestru stowarzyszeń i związków pod Nr. 755 stowarzyszenie pod nazwą T-wo p.n. "Kuratorjum nad Ociemniałymi w Wilnie. Wilno, dnia 10 Ii 1928 roku. `rp za Wojewodę (-) St. Niekrasz. (pieczęć.) `rp `tc Od redakcji `tc Od długiego już czasu działacze środowiska niewidomych wskazują na potrzebę opracowania historii ruchu niewidomych w Polsce. W roku 1986 obchodziliśmy wszak 40-lecie powołania Ogólnopolskiej Organizacji Niewidomych. W związku z tym przygotowujemy opracowanie, gdzie historia byłaby ukazana poprzez działania ludzi mających decydujący wpływ na rozwój spraw środowiska niewidomych w naszym kraju, ludzi którzy tworzyli tę historię. Dałoby to szansę spopularyzowania naszej problematyki także wśród osób widzących. O tożsamości narodu stanowi - jak wiemy - świadomość jego historii; o tożsamości rodziny - pamiątki po naszych przodkach. Również tożsamość środowiska może być stwierdzona tylko na podstawie relacji współczesnych, ukazanych na tle jego dziejów. Inwalidztwo wzroku stwarza pewien rodzaj izolacji społecznej, powodującej brak ściślejszej więzi a nawet brak pełnego porozumienia pomiędzy sprawnymi i niepełnosprawnymi członkami społeczeństwa. Jednocześnie społeczeństwo polskie, a zwłaszcza młodzież, w zasadzie nie ma możliwości bliższego poznania środowiska ludzi niewidomych. Poprzez pokazanie sylwetek wybitnych działaczy - zarówno widzących jak i niewidomych - mających znaczące osiągnięcia, podejmujących szereg nowych zadań mających na celu rozwiązanie problemów środowiska niewidomych, chcielibyśmy przybliżyć obecnemu i następnym pokoleniom istotne, nieraz trudne sprawy inwalidów wzroku, uświadomić społeczną wartość ich pracy i pobudzić chęć wspólnego działania ze środowiskiem niewidomych, by Czytelnicy mogli czerpać pewne wartości moralne i wychowawcze. Być może, niektórym spośród nich przyda się to we własnej pracy zawodowej czy działalności społecznej. Przystępując do realizacji tego zamierzenia, zwróciliśmy się do kilkunastu autorów z prośbą o napisanie biografii nie żyjących już działaczy, których sylwetki zostały uznane za najbardziej godne spopularyzowania. Znaleźli się śród nich: Stefan Brewiński, Stanisław Bukowiecki, Róża Czacka, Włodzimierz Dolański, Jakub Falkowski, Ewa Gordecka, Józef Buczkowski, Maria Grzegorzewska, Kazimierz Jaworek, Tomasz Lidtke, Stanisław Madej, Paweł Niedurny, Czesław Perzyński, Henryk Piotrowski, Henryk Ruszczyc, Modest Sękowski, Jan Silhan, Wincenty Zaremba-Skrzyński, Józef Stroiński, Maria Strzemińska, Kazimierz Szymanowski, Maria Urban, Edwin Wagner, Władysław Winnicki, Leon Wrzosek oraz Stanisław Żemis. Natomiast dobór autorów pomyślany został tak, by byli to ludzie posiadający uzdolnienia literackie, znający problematykę środowiska niewidomych a często - pamiętający nieżyjących już działaczy (na przykład redaktorzy czasopism PZN czy nauczyciele). W rezultacie uzyskaliśmy 16 prac, spośród zaplanowanych - jak wynika z podanej wyżej ilości nazwisk - dwudziestu sześciu, zróżnicowanych pod względem literackim, stylistycznym i objętościowym, lecz posiadających ogromny walor humanistyczny, gdyż ukazują działaczy o różnych światopoglądach, o różnym stopniu wykształcenia, a na dodatek żyjących i pracujących w kilku odmiennych epokach - od początku osiemnastego wieku aż po dzisiejszy niemal dzień. Wszystkich tych ludzi łączył wyznawany przez nich system wartości ogólnoludzkich a ich postawy i wybory moralne służyły jednej, wspólnej sprawie. Zdajemy sobie sprawę, że przedstawiane biografie wymagają jeszcze dopracowania. Wnikliwej ocenie powinna być poddana ich zawartość merytoryczna - zwłaszcza pod kątem przytaczanych faktów i wydarzeń historycznych znamiennych dla rozwoju ruchu niewidomych. Zdajemy sobie sprawę również z tego, że nie wszystkie sylwetki zostały zaprezentowane w sposób wyczerpujący, pełny. W różnych pracach dotyczących tego samego okresu historycznego istnieją pewne niekonsekwencje - na przykład w zakresie nazw pewnych organizacji czy poprawności dat. Dlatego postanowiliśmy zaprezentować, w trzech kolejnych częściach, robocze wersje szesnastu posiadanych przez nas biografii. Liczymy na to, że dzięki życzliwym uwagom Czytelników uda nam się skorygować wspomniane nieścisłości, a może nawet wzbogacić przedstawiany materiał o nowe fakty. Nie chcemy by postacie działaczy zostały ukazane w sposób zbyt "pomnikowy", a więc sztuczny. Pragniemy zaprezentować sylwetki ludzi żywych, z ich słabościami i wzlotami. Każda nowa informacja czy uwaga krytyczna będzie więc dla nas niezwykle cenna. Szkoda, że nie wszyscy autorzy wywiązali się z zawartych z nami umów, gdyż dziesięć biografii nie zostało napisanych do dziś. Tymczasem uważamy, że lista osób nie jest zamknięta i że w miarę upływu czasu przystępowalibyśmy do gromadzenia wspomnień o następnych działaczach, z którymi rozstaliśmy się już w tej najbliższej współczesności. Poszczególne postacie prezentujemy w trzech kolejnych zeszytach, według dat ich urodzin. W niniejszym, pierwszym z tego cyklu, znajdują się następujące biografie: - Jakuba Falkowskiego (ur. w 1775 r.), - Stanisława Bukowieckiego (ur. w 1867 r.), - Róży Czackiej (ur. w 1876 r.), - Władysława Winnickiego (ur. w 1884 r.), - Marii Strzemińskiej (ur. w 1884 r.) oraz - Marii Grzegorzewskiej (ur. w 1888 r.) W zeszycie drugim przedstawimy sylwetki: - Jana Silhana (ur. w 1889 r.), - Edwina Wagnera (ur. w 1899 r.), - Marii Urban (ur. w 1900 r.), - Henryka Ruszczyca (ur. w 1901 r.) oraz - Ewy Grodeckiej (ur. w 1904 r.). W trzecim i ostatnim - jak dotąd - zeszycie z omawianego cyklu znajdą się postacie: - Leona Wrzoska (ur. w 1906 r.), - Józefa Buczkowskiego (ur. w 1909 r.), - Stanisława Madeja (ur. 1910 r.), - Józefa Stroińskiego (ur. w 1920 r.) oraz - Modesta Sękowskiego (ur. w 1920 r.). A teraz - otwórzmy pierwszą z kart historii... `rp Redakcja `rp `tc Wanda Krzemińska.ă Ks. Jakub Falkowskiă Opiekun Głuchoniemychă i Niewidomych `tc Jako dziewiętnastoletni braciszek ze zgromadzenia Pijarów, za zgodą swego wuja - proboszcza wygłosił pierwsze kazanie. Poruszył nim sumienie chciwego sąsiada, który chciał zagarnąć część posiadłości Dolina Falkowskiego, rodziców późniejszego księdza. Była to skromna szlachta zagrodowa. Kiedy był młodym nauczycielem zetknął się z głuchoniemym chłopcem. Wynalezioną przez siebie metodą doprowadził swego ucznia do pomyślnie złożonego egzaminu w szkole elementarnej. Cierpliwie zdobywając fundusze na naukę dla głuchoniemych spotykał się często ze zniewagami. Któryś z możnych panów, chcąc z niego zadrwić, przesłał mu w ozdobnej kopercie jeden grosz i kartkę: "Jaki cel, taki datek". Członek Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, dnia 3 maja 1819 roku otrzymał złoty medal jako organizator Instytutu Głuchoniemych. Bajkopisarz i zasłużony wychowawca, Stanisław Jachowicz 1Ň) dedykował mu wiersz i kilka fraszek. Oto jedna z nich: "O mężu pełen cnoty! ... naszejś ziemi chluba" -@ (ks. Falkowski) "Cyt, cyt! nie plećta bredni, jać to grzeszny Kuba". ("Do ks. Falkowskiego") Fragment przemówienia przy poświęceniu pomnika księdza Falkowskiego w r. 1875Ň: "Praca ciężka, kamienna, praca u podstaw, pod gniotącym brzemieniem obowiązków społecznych dokonana - zasługą jest i prawo do sławy zdobywa. Może kiedyś ci tylko będą wielkimi którzy - w czynach, z ducha miłości bliźniego zrodzonych, pierwszeństwo odniosą". Barwna postać! Drażliwy, dość gwałtowny. Często niezdecydowany. Niepewny czy potrafi, doprowadziwszy część swych zamierzeń do realizacji, odpowiednio pokierować działaniami innych. Urodzonych nauczyciel i społecznik-organizator. Z dużym poczuciem humoru, jak wielu ludzi spod znaku Byka. Świadom swej drogi, a jednocześnie autentycznie skromny. Cechowała go niezłomność w osiąganiu celów, które uznał za najważniejsze. Otwarty umysł - umiał łączyć teorię z praktyką, niemal do końca życia uzupełniał swą wiedzę. Miał zagorzałych wielbicieli i równie gorących przeciwników. Osobista prawość, szczere oddanie się głuchoniemym i ociemniałym zyskiwały mu szacunek nawet tych, którzy go nie lubili. Jednakże fizjonomista odczyta z portretowego drzeworytu, w tej inteligentnej, przystojnej twarzy - oprócz uporu, także niepokój spojrzenia i gorycz zaciśniętych ust. `ty Kalendarium `ty Urodził się 29 kwietnia 1775 roku we wsi położonej w powiecie siemiatyckim, Budlewie. Uczył się początkowo w Siemiatyczach, odległych, jak pisze w autobiografii, o siedem mil od rodzinnego domu. W roku 1792 wstąpił do zgromadzenia księży Pijarów, w których w szkole średniej kształcił się w Drohiczynie. W roku 1800 otrzymał święcenia kapłańskie, następnie zaś zaczął uczyć w klasie pierwszej gimnazjum, które ukończył. W roku 1802 poznaje siedmioletniego Piotra Gąsowskiego, głuchoniemego. Współczucie dla losu chłopca wyznaczyło drogę życia młodego księdza. W roku 1803 wyjeżdża z kilkoma księżmi na stypendium do Berlina, w celu kształcenia się na uniwersytecie. Po powrocie uczy w Drohiczynie, od 1807 roku zaś, wskrzesiwszy istniejącą tam dawniej szkołę - w Szczuczynie, gdzie pełni też obowiązki proboszcza. Usiłuje leczyć Piotra, pragnąc dojść przyczyn jego kalectwa. Kiedy stosowane ówcześnie sposoby leczenia głuchoty zawiodły, Falkowski stara się opracować własną metodę, doprowadzając do tego, że chłopiec zaczął rozumieć, co się do niego mówi. Praca nauczyciela została wynagrodzona postępami ucznia tak dalece, że Piotr mógł chodzić do szkoły z dziećmi słyszącymi. Sprawa Piotra Gąsowskiego nabrała wielkiego rozgłosu i w roku 1809 ks. Falkowski zostaje zaproszony wraz z wychowankiem do Warszawy. Najwyższa Izba Edukacji zażądała, aby opiekun przedstawił Piotra na publicznym zebraniu, oraz wyjaśnił swoją metodę nauczania. Taki był początek zmysłu ufundowania Instytutu dla Głuchoniemych. W roku 1813 ks. Falkowski występuje ze Zgromadzenia Pijarów. W 1815 roku Tow. Przyjaciół Nauk wznawia sprawę Instytutu. Ks. Falkowski jest świadom z jakimi trudnościami będzie się musiał borykać. Mieszka nadal w Szczuczynie, gdzie w roku 1807 z wielkim staraniem odnowił kościół oraz budynki szkolne, zniszczone postojami wojsk. W tejże miejscowości założył szkołę specjalną dla kilkorga dzieci głuchych i dzieci niewidomych. Wahania przecięły słowa Stanisława Staszica, skierowane do księdza Falkowskiego: "Polakiem jesteś i kapłanem; winieneś pomoc twoim rodakom, winieneś wsparcie niedołęstwu, winieneś ofiarę krajowi". Tego samego więc roku, w lipcu, wyjeżdża do Wiednia, aby tam przyjrzeć się pracy instytutu dla głuchoniemych. Zabiera ze sobą Gąsowskiego i dwóch innych wychowanków. W Wiedniu pilnie przygląda się także pracy szkół rzemieślniczych i zwiedza nowo otwarty Instytut Politechniczny. Wiele przesiaduje w bibliotekach. Doskonale zdaje w Wiedeńskim Instytucie dla Głuchoniemych egzamin i otrzymuje dyplom. Dwa miesiące spędza potem na podróżach po Austrii, zwiedzając szkoły i zakłady wychowawcze. W roku 1816 wraca do kraju. Podczas kilkudniowego pobytu w Krakowie zdaje egzamin w Uniwersytecie Jagiellońskim i za odczytaną oraz za obronioną rozprawę o nauczaniu głuchoniemych otrzymuje stopień doktora filozofii. Przenosi się na stałe do Warszawy, zatrzymując stanowisko rektora szczuczyńskiego. Jednakże obowiązków nie dało się pogodzić i ks. Falkowski 15 września 1817 roku rezygnuje z poprzedniej pracy. 23 października 1817 roku zostaje utworzony Instytut. Od samego początku zakład boryka się z wielkimi trudnościami, gdyż otrzymuje zbyt małe dotacje i nie ma siedziby. Mieści się początkowo w dwóch pokoikach, potem w siedmiu w Pałacu Kazimierzowskim, później zaś w wynajętym lokalu przy Krakowskim Przedmieściu. Od roku 1819 powiększyło się grono nauczycieli. Między innymi - przybył z zagranicy litograf dr Jan Siestrzyński. Przyjęto też Wawrzyńca Wysockiego, niegdyś ucznia ks. Falkowskiego, potem jego następcę. 3 maja 1819 roku ks. Jakub Falkowski zostaje powołany na członka Towarzystwa Przyjaciół Nauk i dostaje złoty medal. Przemówienie wygłasza Stanisław Staszic. Laureat dziękuje obszerną, pięknie napisaną mową. W roku 1820 Instytut liczy już 30 wychowanków. Przybywają także głuchonieme dziewczęta, co powoduje konieczność znalezienia dla nich odpowiedniej opiekunki. Zostaje nią na długie lata Maria Pers, której oddanie i pracowitość zapewniły szacunek przełożonych oraz wychowanek. W tym samym roku arcybiskup warszawski, Szczepan Hołowczyc 2Ň) mianuje księdza Falkowskiego proboszczem parafii Solec. Falkowski zostaje wkrótce honorowym kanonikiem warszawskim, później zaś także łęczyckim oraz krakowskim. W tym samym roku dostaje order św. Stanisława, początkowo klasy 4-tej, potem zaś 3-ciej. Był to gest ze strony Aleksandra I. Car słyszał bowiem o księdzu od swojego brata, wielkiego księcia Konstantego, który lubił orędownika spraw głuchoniemych. Instytut ciągle jednak nie posiadał siedziby. Ks. Falkowski dręczył się tym nieustannie. W roku 1822 Aleksander I będąc w Warszawie, między innymi zakładami, zwiedził także mieszczący się w nieodpowiednim lokalu Instytut Głuchoniemych. Ks. Falkowski otrzymał wtedy podwyższenie dotacji rządowej oraz - na swoją prośbę - probostwo w budującym się wówczas kościele św Aleksandra. W dniu 26 kwietnia 1826 r. odbyło się poświęcenie kamienia węgielnego przyszłej budowy. Plac został zakupiony z dotacji rządowej oraz za zebrane z trudem fundusze (razem 88000 złp). Mieścił się przy ulicy Wiejskiej. Kiedy tylko część domów została zbudowana, Instytut natychmiast się przeniósł. W roku 1827 ks. Falkowski, oskarżając się o niedołęstwo, poprosił o zwolnienie go z obowiązków rektora. Zakład się rozrastał, stałych funduszów było za mało, kłopoty administracyjne mnożyły się - praca była ponad siły jednego człowieka. Poprosiwszy o dymisję i nie czekając na odpowiedź, rektor wyjechał na trzymiesięczny urlop do Marienbadu. 20 lipca 1827 roku w czasie żałobnego nabożeństwa za duszę Józefa Czekierskiego, zmarłego w Marienbadzie, w obecności arcybiskupa warszawskiego Jana Pawła Woronicza 3Ň), przemawiając publicznie po polsku, ks. Falkowski zachęcił obecnych w kościele rodaków, aby "pamięć zasłużonego w kraju lekarza, naukowym ludzkości pomnikiem, wzniesionym dla ociemniałych Polaków w Warszawie uczcili". Swej idei bowiem kształcenia ociemniałych rektor Instytutu był stale wierny. Posypały się datki. W tym samym roku ks. Falkowski po powrocie do Warszawy otworzył zakład dla ociemniałych, powierzając nauczanie muzyki nauczycielowi specjalnie sprowadzonemu z Wrocławia. Ponownie, ponieważ jeszcze przed przed przeniesieniem się Instytutu do własnej siedziby, otworzywszy w roku 1822 zakład dla kilku ociemniałych, z braku funduszy musiał go zamknąć. To samo powtórzyło się i teraz, z tychże powodów. Ksiądz Jakub został jednak na stanowisku rektora; zwolniono go tylko od obowiązków administracyjnych. Powstała Rada Nadzorcza, która dnia 7 Xii 1829 r. utworzyła radę pedagogiczną ze wszystkich nauczycieli Instytutu i radę gospodarczą, złożoną z rektora, kapelana - którym był późniejszy następca ks. Falkowskiego, ks. Józef Szczygielski oraz z nauczyciela - Wawrzyńca Wysockiego. W obu radach prezydował wizytator. Datę 9 stycznia 1829 r. nosiła nie istniejąca już obecnie "odezwa" ks. Falkowskiego 4Ň) do pana Hanusza, ekonoma Instytutu. Rektor dawał w niej szczegółowe zalecenia gospodarcze. Zakończenie zaś tego dokumentu brzmiało: "Proszę Cię, ufny przychylności Twej dobru ogółu, zajmij się tym ładem, a z roztropnością i wyrozumiałością chciej rzeczy ku porządkowi skłaniać. Proszę cię także, abyś bynajmniej nie względny na mnie, ale na dobro prawdziwe ogółu, śmiało mnie ostrzegał we wszystkim, co by z nieuwagi mojej lub nieporozumienia na stratę zakładu zadysponowane było. Jeślibyś czasem niesprawiedliwe uczuł w czymś zrażenie, wycierp je, ofiarowując Bogu, a z rozważną stałością w postępowaniu Twem, dąż zawsze do tego, co dobro Instytutu, jego zachowanie, pomyślność, dobrą jego renomę ma na celu". 24 grudnia 1831 roku, wyczerpany pracą i znużony stałą troską o zabezpieczenie materialne instytutu, na swą prośbę został definitywnie zwolniony od obowiązków. Siedemnaście lat jeszcze wspierał Instytut radą, pomocą i zasiłkami pieniężnymi. Przez pięć lat uczył bezpłatnie w szkole niektórych przedmiotów. W roku 1837 opuścił parafię św. Aleksandra jako emeryt. Gdy w roku 1839 nowy rektor Instytutu wyjechał na dłużej za granicę, aby unowocześnić swą wiedzę, ks. Falkowski, który mieszkał wówczas w Sejnach przy biskupie Straszyńskim, pospieszył do Warszawy ku pomocy Instytutowi. W 1842 roku udał się znów do Mariebandu i wówczas to, mimo złego stanu zdrowia przez pół roku zwiedzał zakłady dla głuchoniemych i niewidomych. Szkołę dla ociemniałych otworzono za rektoratu ks. Józefa Szczygielskiego dnia 1 października 1842 roku. W roku 1845 ks. Falkowski został zaproszony w charakterze kapelana i spowiednika hr. Feliksa Łubieńskiego do jego majątku, Guzowa. Przysyłano mu projekty, nad którymi pracowała rada nadzorcza Instytutu, szczególnie projekt do ustawy, na którym poczynił swoje uwagi. Z wiosną 1848 roku po śmierci hr. Łubieńskiego wrócił do Instytutu. Wtedy poświęcił fundamenty nowych oficyn. Umarł 2 września 1848 roku. Instytut uzyskał ustawę w roku 1866. `ty Organizator `ty Ks. Jakub Falkowski, mimo że utyskiwał na swój brak talentu organizacyjnego, potrafił nie tylko uparcie dążyć do celu, lecz i myśleć perspektywicznie. Dociekliwość intelektualna wyrównywała brak umiejętności administracyjnych, które były źródłem jego zliczonych skarg, narzekań, zmian decyzji, wycofywania się z Instytutu, aby potem wrócić do umiłowanego Zakładu. Jeśli jednak prześledzimy życiową drogę ks. Falkowskiego przekonamy się, że postanowienie, które podjął jako młody człowiek, konsekwentnie wcielał w czyn do końca swoich dni. Nie zdajemy sobie dziś sprawy, czym było "leczenie" głuchoniemych w czasach, kiedy żył ich późniejszy wielki opiekun. Przypuszczano, że brak słuchu i mowy związany jest z przyczynami obiektywnymi. Opiekun siedmioletniego Piotra Gąsowskiego początkowo użył, przy pomocy jakiegoś przechodnia, sposobów ogólnie wówczas praktykowanych, jak golenie głowy, kaleczenie uszu, podcinanie języka i przystawianie pijawek. Jednakże nawet przy tym stanie wiedzy medycznej, inteligentny człowiek szybko zrozumiał, że słuchu przywrócić nie można. Zaczął się zastanawiać, jakimi metodami można by nawiązać kontakt z chłopcem. Z myślą też o Piotrze starał się wykorzystać pobyt w Berlinie, aby dowiedzieć się jak w tamtejszym Instytucie uczą głuchoniemych. Przed obcymi ukrywano nową wówczas metodę, Falkowski niczego się więc nie dowiedział. Powiadano nawet, że skrócił czas stypendialny (bo na berlińskim uniwersytecie wytrwał tylko półtora roku), gdyż nie dawała mu spokoju myśl o głuchoniemym chłopcu. Wyjazd okazał się zbawienny w skutkach. Falkowski próbował ułożyć alfabet migowy, ale nauczyciel i uczeń "migali" każdy po swojemu i nie mogli się zrozumieć. Wysilając pomysłowość, aby znaleźć inny sposób porozumienia się z Piotrem, ks. Falkowski przypomniał sobie, że w czasie podróży po Niemczech widział w jednej ze szkół elementarnych w Lipsku, jak nauczyciel uczył dzieci dokładnej wymowy, nakazując naśladować układ jego usta. (Nawiasem mówiąc, ksiądz w swym raporcie z podróży potępił tę metodę). Pomysł okazał się trafny. Ks. Jakub każdą wolną od szkolnych zajęć chwilę poświęcał wychowankowi. Najpierw zresztą sam spędzał długie godziny przed lustrem, wyraźnie wymawiając różne głoski, gdy zaś nabrał wprawy próbował nauczyć tego Piotra. Wymawiał głoskę, pisząc jednocześnie odpowiednią literę. Najtrudniejsze było nauczenie wydawania głosu, potem zaś składanie sylab. Trzyletnie trudy zostały, jak wiadomo, nagrodzone sukcesem. Taki jest obraz ówczesnego życia głuchoniemych, przedstawiony na jednym, szczęśliwym przykładzie. Ks. Falkowski dostrzegał zarazem i drugie kalectwo - brak wzroku. W roku 1871 ówczesny dyrektor, Jan Papłoński pisał w Pamiętniku Instytutu, że wśród uczniów nie było nigdy niewidomego od urodzenia. "Ospa i tyfus najwięcej swych ofiar dostarczają. Porażone ślepotą dzieci pozostają w domu rodzicielskim bez wszelkiej opieki, troski o przyszłość..." Niewidomi stawali się przeważnie łupem włóczęgów, którzy zmuszali ich do żebrania. Myśl o tym, aby objąć opieką głuchoniemych i niewidomych, jak wiemy, towarzyszyła księdzu Jakubowi od młodości. Chodziło mu tyleż o wynalezienie sposobu porozumiewania się, jak i kształcenia niepełnosprawnych, aby mogli mieć zapewniony byt. Nazwałam ks. Falkowskiego dobrym organizatorem, umiejącym myśleć perspektywistycznie. Kiedy zajrzymy do kalendarium, zauważymy, że podczas pobytu w roku 1815 w Wiedniu, ks. Falkowski zwiedza tam także Instytut Politechniczny, szukając pomysłów dla warsztatów, planowanych w swym przyszłym zakładzie. "Wzory, rysunki, modele ułatwiające naukę upośledzonych z ujmą dla własnych potrzeb nabywał ..." - pisze ks. T. Firsiukowski, biograf rektora Instytutu (imienia nie udało się ustalić - WK). Choć nie było fundamentów, siedziby ani żadnego oparcia dla zamierzonego dzieła - przyszły założyciel metodycznie przygotowywał się do tego, co ma nastąpić. Podobno pierwszy z Polaków przeczytał ważną wówczas rozprawę Pawła Boneta o kształceniu głuchoniemych. Ponieważ Falkowski nie znał języka hiszpańskiego, w którym książka była napisana, w publicznej bibliotece Wiednia - posługując się słownikiem i hiszpańską gramatyką - przeczytał i przetłumaczył fragmenty, które wydawały mu się najważniejsze. A teraz o współpracownikach. Będąc w Wiedniu poznał tam kończącego studia lekarskie Jana Siestrzyńskiego. Namówił go do poświęcenia się głuchoniemym, a nawet - do zmiany zawodu! W Polsce, modna ówcześnie w innych krajach, litografia nie była jeszcze znana. Falkowski uważał, że jest to zajęcie bardzo odpowiednie dla głuchoniemych (w czym się mylił), zachęcił więc Siestrzyńskiego, aby zapoznał się z nowym kunsztem. Tak też się stało. Siestrzyński był inicjatorem litografii w Warszawie; w roku 1819 prasy w Instytucie zostały uruchomione, nowa technika graficzna weszła w użycie. Ks. Falkowski od samego początku istnienia Instytutu starał się o dobrych, rozumnych nauczycieli. Wykształconych i pracowitych. "Wysyłani na całe lata za granicę, powracali wzbogaceni wiedzą i doświadczeniem", pisze inny biograf, Władysław Nowicki. A trzeba dodać, że personel pedagogiczny bywał bardzo obciążony. "Są ślady w aktach - wspomina Jan Papłoński - że nim dodano osobnego dozorcę uczniów, nauczyciele mieli po 44 godziny pracy tygodniowo, to jest 24 godziny nauczania i 20 godzin dozorowania. Mimo to chętnych nie brakowało. Wzruszająca jest historia zasłużonego nauczyciela w Szczuczynie, pijara ks. Franciszka Chojnowskiego. 60-letni emeryt pośpieszył do Warszawy na wezwanie księdza Falkowskiego, aby bezpłatnie pracować w Instytucie (mimo rozwijającej się gruźlicy). Dochód z dziełka, które napisał, przekazał na rzecz głuchoniemych. Rektor Instytutu był świadom, ile znaczy dobry zespół wychowawców i nauczycieli. Dziękując w Towarzystwie Przyjaciół Nauk za otrzymany medal, mówił: "Przezacni mężowie, pozwólcie w obliczu waszym, w obliczu szanownej publiczności, oddać sprawiedliwość tym, którzy z wytrwałością niepospolitą trudy ze mną dzielą, a o swojej nadal gorliwości wątpić nie pozwalają. (...) (Wszyscy) mają prawo do tego zaszczytu, jakim się chlubię z daru waszego..." Prawdą jest, że kiedy złożył podanie o zwolnienie z zajmowanego stanowiska i wyjechał na urlop, delegacja przybyła dla zbadania stanu majątkowego Instytutu znalazła niesamowity bałagan w rachunkach. Ale też i dlatego, aby zmniejszyć ciężar obowiązków rektora, ustanowiono radę nadzorczą. Niezbitym jednaj faktem jest i niezapomnianą zasługą księdza Falkowskiego, że stworzył materialne i duchowe podstawy istnienia Instytutu - siedzibę, bardzo skromny lecz istniejący fundusz oraz zorganizował zespół nauczycieli i wychowawców, tak dla głuchoniemych jak i niewidomych, w tych krótkich okresach, kiedy istniał dla nich zakład. `ty Pieniądze ... pieniądze ... `ty Ze współczuciem i podziwem myślimy o tych, którzy rozpoczynali w tym czasie doniosłe prace społeczne bez pomocy, pieniędzy, lokali - idąc po prostu za głosem powołania. Myślę tu o Jakubie Falkowskim i zaprzyjaźnionym z nim Stanisławie Jachowiczu - pracowali przecież na pokrewnym polu, a i natury mieli nieco podobne. Obaj zdobyli pieniądze potrzebne na założenie instytucji, które zaplanowali. Pisze się takie zdania szybko, czyta - jeszcze prędzej, ale pamiętajmy, że "zdobywanie funduszy" oznaczało kwestowanie, namawianie do ofiar i datków, kłanianie się wszelkim panom, aby zdobyć jakąś większą sumę. Widzimy owoce ich pracy, nie myślimy o przeżytych upokorzeniach. Najprawdopodobniej one to były przyczyną goryczy, którą wyczuwa się u obydwóch społeczników mimo niewątpliwej ich dobroci i wytrwałości. O księdzu Falkowskim tu mowa, więc i o cierpieniach jego życia. W Pałacu Kazimierzowskim wyznaczono mu pierwotne pomieszczenie: dwie izby i komórkę w jednej z dawnych oficyn. Stół, dwa stołki, posłanie na słomie (izby nie miały podłóg, tak że ksiądz Falkowski z powodu reumatyzmu musiał się przenieść do osobnego mieszkania). Co do owych legowisk na ziemi - znów tu trafiamy na pana Stanisława Jachowicza. W jednej ze swych fraszek pisze, że ktoś się dziwił, iż żąda dla swoich sierot łóżek. Mogą przecież spać na słomie! Daje na to ciętą odpowiedź temu, kto dzielił ludzi na lepszych i gorszych. Wracajmy jednak do księdza Jakuba. "Fundusz 600 złotych na dwóch elewów na całkowite utrzymanie nie mógł być w Warszawie dostateczny. Biedny rektor ostatkiem dzielić się musiał, aby siebie i ich utrzymać. Lokal potem otrzymał większy jak i zasiłki, lubo uzyskanie ich dla niechęci podejrzliwości niektórych osób wiele opóźniej doznawało". Kiedy nastąpiło uroczyste otwarcie Instytutu, ks. Falkowski miał 42 lata. Już w drugim roku pobytu w Warszawie znalazł się dwukrotnie w krytycznej sytuacji, nie mając co dać jeść wychowankom, których przyjęcia nie miał serca odmówić. Tu dygresja wielce pouczająca. "Źle, pisał, dzieje się w Instytucie (...) Jedną z przyczyn złego stanu zakładu jest przyjęcie uczniów ubogich nad możność ich żywienia i utrzymania ..." Już w drugim roku swego istnienia - stwierdza Władysław Nowicki - czyli w 1819 roku, Instytut posiadał 18 uczniów i uczennic miejscowych (z tych tylko połowa płaciła) i 9 przychodnich". W owym roku budżet wynosił 12000 zł, z czego miały być opłacone, obok wszelkich potrzeb naukowych i domowych także pensje: rektora, 2 nauczycieli, pomocnika, dozorczyni (wspomnianej Marii Pers) i współpracowników. Wtedy właśnie na Święta Wielkanocne nie tylko nie przygotowano święconego lecz nie było za co kupić jakiejkolwiek żywności. Pośpieszył z pomocą, niedaleko mieszkający aptekarz Krajewski; przysłał święcone w takiej ilości, że było co jeść parę następnych dni. Żywność brało się na kredyt, wierzyciele nękali potem rektora o zwrot długów. Ks. Falkowski był energiczny, pomysłowy i pracowity. Nie zaniedbywał żadnej okazji, aby zdobyć pieniądze. Zrzekłszy się raz na zawsze swojej rektorskiej pensji, dzielił się tym, co zarabiał jako ksiądz, kapelan i proboszcz. Ale to oczywiście była kropla w morzu potrzeb. "Zdobywał się na różne pomysły celem zwiększenia ofiar dla zakładu" - pisze biograf. Słynna była puszka z napisem "do nóg upadam", na którą Jachowicz stworzył następującą fraszkę: "Upadam do nóg" (X. Falkowski): Hola! Lepiej nie padajcie;@ Patrzcie oto skarbonka, dla biednych co dajcie;@ Zysk czysty: o ziemię się nie stłucze główka,@ A do mojej skarbonki przybędzie złotówka". Nic dziwnego, że w tych warunkach ks. Falkowski postanowił zrezygnować ze stanowiska i zamknąć się w klasztorze Kamedułów na Bielanach. Jednak, jak było parę razy w życiu rektora - szczęśliwy przypadek zmienił jego zamiary i o wstąpieniu do klasztoru nie było mowy. Oto z domu zmarłego niedawno hr. Edwarda Raczyńskiego przybył posłaniec. Okazało się, że Raczyński "znając potrzeby Instytutu kilkanaście egzemplarzy swego dzieła "Podróż po Turcji" przeznaczonych na korzyść Głuchoniemych nadesłał". Z kolei Komisja Rządowa W.R. i O.P. dzieło to zakupiła dla szkolnych bibliotek. A że egzemplarze były drogie, bo jeden kosztował aż 400 złotych, kasa Instytutu poważnie się zasiliła. Trzeba tu powtórzyć (myśląc jednocześnie o takiej samej trudnej drodze Stanisława Jachowicza, zbierającego pieniądze na swą ochronkę), że nie zaniedbywał żadnych sposobów. Ks. Falkowski sprzedawał, chodząc po domach, wyroby swoich wychowanków - głuchoniemi kształcili się między innymi na tokarzy, stolarzy i introligatorów. Pisał też i tłumaczył z języka niemieckiego dzieła o treści religijnej i wychowawczej, a dochód przeznaczał na potrzeby Instytutu. Jedna ze scen w życiu ks. Falkowskiego: kiedy przyjechał z trzema głuchoniemymi po raz pierwszy do Wiednia ("tu milowa podróż bryką i własnymi końmi odbyta", okazało się, że na miejscu jest już bez grosza. Zasiłek rządowy 1800 złp zaledwie wystarczył na podróż wraz z pobytem w Krakowie dla otrzymania paszportu. Udał się więc do Wiednia do księżnej Lubomirskiej i przedstawił położenie. Wysłuchano go, po czym otrzymał polecenie, aby chwilę zaczekał. "Chwila" trwała prawie dwie godziny, które przesiedział samotnie w pokoju, wydany na łup niespokojnych rozmyślań. Okazało się, że księżna wysłała dwóch synów do Wiedeńskiego Instytutu Głuchoniemych, aby czasem "cudzej obłudy nie być ofiarą". Oczywiście potwierdzono wszystko, co powiedział. Odtąd Lubomirscy wiele pomagali księdzu Falkowskiemu. Także Siestrzyńskiemu, którego studia litograficzne opłacili. "Wytrwałość posuwał aż do uprzykrzenia, do natręctwa nawet - stwierdza Jan Papłoński. - Zabiegał, pisał na przykład, że dostał na budowę domu 40000 sztuk cegły i pyta się, gdzie ma ją złożyć, a plac jeszcze nie był kupiony! Potem od ministra Stanisława Staszica dostał zapowiedź daru 50000 złp na budowę domu (nawiasem mówiąc, zapis ten zmalał i w zrealizowaniu zapowiadał znacznie mniejszą kwotę - WK). Nie wszystko było tak, jak obiecywano. Popęd jednak tymi obietnicami nadany przyczynił się do wyjednania sumy na budowę. (...). Cesarz Aleksander przeznaczył na kupno placu i wybudowanie gmachu 124000 złp". Było to w roku 1825. Ks. Falkowski pobierał emeryturę w wysokości 6000 zł, pensja proboszcza u św. Aleksandra wynosiła 4000 zł. Z powodu różnych przeszkód emeryturę wypłacono mu dopiero w roku 1836 - za lat sześć. Otrzymał więc sporą sumę jednorazowo, jednakże prawie całą rozdał. Mimo, że po zdobyciu własnej siedziby warunki w Instytucie polepszyły się, należy wątpić, aby ks. Falkowski mógł zapomnieć o latach, o których jego współpracownik i biograf, ks. Firdusiński tak pisze: "Próżno nieoceniony Rektor własną swą pensję na potrzeby Instytutu całkowicie ustąpił, daremnie bądź jako kapelan przy kościele Wizytek bądź jako wydawca pisma "Rozmaitości ofiarowane dziatkom i innym" pracował, próżno żebrał po domach - niedostatek i nędza gwałtem się wdzierały". `ty Ks. Falkowski i niewidomi `ty Znalazłam w biografii pisanej przez Władysława Nowickiego uwagi, że los niewidomych, jak głuchoniemych zawsze go serdecznie obchodził. "Pierwotnie w Szczuczynie zakłada szkołę dla głuchych i ociemniałych. Zamyśla zająć tych ostatnich przędzeniem i usposobieniem na organistów" - pisze Nowicki. Nie można jednak zdobyć szerszych wiadomości na ten temat. Wiadomo, że podczas swego pierwszego pobytu w Wiedniu nawiązał kontakt z tamtejszym instytutem dla ociemniałych. Zaprzyjaźnił się z cieszącym się wielkim uznaniem, pierwszym nauczycielem ociemniałych w Niemczech - Janem Wilhelmem Klein, często odwiedzał więc prowadzony przez niego zakład. Natomiast w ciekawym dokumencie związanym z prośbą ks. Falkowskiego, skierowaną do Aleksandra I-go, mamy wzmiankę, co do planów kształcenia niewidomych. Cofnijmy się jednak na razie do czasów, kiedy jak wspomniałam wyżej, Ks. Falkowski "już się przyspasabiał" do kształcenia niewidomych. Zdaniem jego współpracownika ks. Firdusińskiego, od samego początku przemyśliwał jak by połączyć oddział ociemniałych z instytutem głuchoniemych. "W pierwszych swych raportach do władzy, rektor mówiąc o głuchoniemych, nigdy i ociemniałych nie pominął, władza przeciwnie - wcale się nimi nie zajmowała". Tyle, że w roku 1821 zapytano, czy by nie przyjął do Instytutu ociemniałego chłopca, na co ks. Falkowski wyraził zgodę, ponieważ było to po jego myśli. Wkrótce było już trzech niewidomych: Dein, Wojciechowski i przyjęty w roku 1822 Stefański. Jak pisze sam rektor w sprawozdaniu za rok szkolny 1822ż8ş3: "Dla ociemniałych niewiele można czasu poświęcić z przyczyny zatrudnień z głuchoniemymi. Uczą się oni zasad religijnych, historii świętej; wprawiają się w czytanie na książce wypukłymi literami drukowanej (brak danych jaka to była książka - WK) i w rachunki z pamięci. Śpiewania i grania na fortepijanie zaczęli się uczyć od p. Andrzeja Radzińskiego. Do muzyki okazują dosyć zdolności". Wiemy, że Deina wkrótce wydalono, a Wojciechowski ze Stefańskim (który w roku 1824 zmienił nazwisko na Szczepański) uczyli się oprócz wymienionych przedmiotów także gry na organach i stolarstwa. O tym ostatnim zajęciu brak również danych. Ks. Falkowski marzył o tym, aby rozwinąć oddział niewidomych. Zbierał na ten cel składki w kraju i za granicą. Powróćmy do roku 1822, kiedy to ks. Falkowski 30 sierpnia złożył podanie "do Tronu", na skutek czego dnia 26 września musiał udzielić wyjaśnień Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Powtarzam: bardzo ciekawym dokumentem jest protokół z tego zebrania. Tam na przykład rektor Instytutu odpowiadający na pytania ministra, wiele mówi o kościele św. Aleksandra. Między innymi prosi o zachowanie statuy Pana Jezusa przy kościele, ponieważ jest ona "zabytkiem pobożności królów polskich" oraz "niepospolitym sztuki rycia w marmurze dowodem". Prośbę zaś swoją, ażeby jeden nauczyciel dla ociemniałych mógł w Instytucie sposobić się, oraz żeby mógł być oznaczony fundusz na metra muzyki dla ociemniałych, wyjaśnia w następujący sposób: "Prośba zasadza się: 1Ň) na chęci rodaka zamierzającej usługę dla niedołęstwa braci z oszczędzeniem kosztu na zakłady dwóch osobnych Instytutów, 2Ň) na koniecznej potrzebie ulżenia ich losowi przez nastręczenie środka uprzyjemniającego im życie.". W sprawozdaniu za ostatni rok swego rektoratu, czyli 1830ż8ş1, tak pisze: "Instytut Ociemniałych więcej w pragnieniu i w pożądanym oczekiwaniu niż w istocie samej będący, dla różnych powodów nie jest jeszcze rozpoczęty. Dawniej trzech, teraz dwóch ociemniałych, których raczej za pracowników niż za wychowańców Instytutu uważać należy, nie mogą stanowić tego zakładu, jaki winien być zamiarowi odpowiedni. Na zakład instytutu ociemniałych wpłynęło z różnych dobroczynnych ofiar złp. 3677 gr. 10. Na przysposobienie pomocy do instrukcji - pomocników w jej dawaniu i utrzymanie samych że ociemniałych wyeksponowano złp. 1427 gr. 16. Pozostaje zaś nietknięta do dalszego czasu, gdy Bóg zamiar do skutku doprowadzić pozwoli złp. 2249 gr. 24". Gorące pragnienie księdza Falkowskiego zostało uwieńczone pożądanym skutkiem przez jednego z jego następców, ks. Józefata Szczygielskiego. `ty Czego nie wiedzieliśmy o księdzu Falkowskim `ty Był postacią bardzo znaną, teraz zaś mało o nim wiemy. Z niepełnych niestety, istniejących dokumentów oraz książek i artykułów dziewiętnastowiecznych można sobie jednak wyrobić sąd o cechach, które sprawiały, że rektor był postacią popularną w Warszawie swego czasu. Otóż nie tylko dzięki swej ofiarnej pracy, ale i inteligencji oraz pewnej malowniczości charakteru. Na pewno nie był monolitem - można się doczytać, że siedem razy składał rezygnację z zajmowanego stanowiska! Pochłonięty swą ideą umiał przystosować się do okoliczności, zdobyć na zręczne działanie i - znieść liczne upokorzenia. Ale kto wie na przykład, poza profesjonalistami - historykami życia Warszawy w Xix wieku, że rektor Instytutu Głuchoniemych interesował się w ogóle problemami nauczania i szkolnictwa. Zawsze odwiedzał szkoły elementarne i w swych probostwach zakładał je tam, gdzie nie istniały. Rozmawiał z nauczycielami, dzielił się z nimi doświadczeniami ze swej praktyki. Jako rektor Szczuczyński organizował ... zebrania nauczycieli z okolicznych wiosek! Zależało mu bardzo aby w miarę możliwości zapewnić dostęp do podstawowej oświaty tak na wsi, jak w mieście. Właśnie dlatego, aby mógł oddać się ulubionej pracy nauczycielskiej, biskup węgierski z własnej inicjatywy przeprowadził w Rzymie sekularyzację księdza Falkowskiego. Ksiądz Falkowski i dzieci - obszerny to temat, tak że zasygnalizuję tu tylko niektóre sprawy. Rektor wcielał w życie zasadę współczesnej pedagogiki specjalnej: aby dobrze poznać dziecko niepełnosprawne, trzeba przedtem dokładnie znać dziecko zdrowe, zasady psychologii rozwojowej. Ksiądz Jakub w ogóle lubił dzieci i właśnie dlatego mógł się zająć szczerze tymi, które były poszkodowane przez los i wydawały się niepotrzebne w zdrowym społeczeństwie. Dobrze to oddaje refren kantaty, którą w roku 1870 śpiewał w Instytucie chór ociemniałych: "Smutne dni pędziliśmy. Ciemni, głusi, nic nie znając - obcy wszystkim byliśmy. Już nas ludzkość ocaliła. I do łona przytuliła". Ale ludzkość, można tu dodać, dopiero wtedy dostrzega sprawy oczywiste, gdy ukaże je niezwykła jednostka, która widzi to, co przy ogólnej obojętności istniała od dawna. Ksiądz Falkowski, nawet gdy był już starym człowiekiem, nigdy nie wychodził na podwórze Instytutu bez orzechów w kieszeni czy pierników. Tych samych łakoci, o których z upodobaniem pisze Jachowicz w swych wierszach. Księdzu służyły one jako nagrody w różnych grach, które sam obmyślał, aby rozwijać spostrzegawczość i refleks u swoich wychowanków. Nie potrafił też minąć dziecka głuchoniemego lub niewidomego, aby do niego nie zagadać. Miał serce dla dzieci, to prawda. Ale też bardzo, jak na owe czasy, dzieci szanował. Będąc rektorem w Szczuczynie zniósł dawny obyczaj, że biedni uczniowie chodzili od domu do domu zbierając datki na cały tydzień (jak w średniowieczu...). Wywdzięczali się ofiarodawcom czytając fragmenty Ewangelii lub dzieł religijnych. "Ksiądz - pisze T.Firdusiński - uważał za niestosowne, aby małoletni wzorem apostołów naukę zbawienia po wioskach i domach głosili. Widział też stratę czasu w owym włóczeniu się". Ponieważ zaś sam nie był na tyle zamożny, by utrzymać tych najbiedniejszych, więc też kwestował po domach, dzieląc potem zebrane pieniądze i dary. Zyskał wielką wdzięczność swych uczniów. Jeden z nich, kiedy zdobył wykształcenie i "dosłużył się urzędu" pojechał do Warszawy, aby podziękować swemu wychowawcy za starania i trud. O tych "staraniach i trudach" ... Kiedy ks. Falkowski gnieździł się ze swymi wychowankami w Pałacu Kazimierzowskim, rektorem Uniwersytetu był dawny jego przyjaciel, ks. Wojciech Szweykowski - także człowiek z sercem i kieszenią otwartą. Przez kilka lat stołował się w Instytucie, hojnie płacąc za obiady, a jadając skromnie. Otóż, kiedy rektor Falkowski nie mógł już znaleźć żadnego ratunku, szedł do rektora Szweykowskiego po pomoc. Przede wszystkim otrzymywał reprymendę o potrzebie oszczędzania i mierzenia zamiarów wedle sił, a nie wdawaniu się w trudne przedsięwzięcia itd. Ks. Falkowski wysłuchiwał tego cierpliwie, czekając dalszego ciągu. I odchodził z zasiłkiem. Nieszczęśliwy - był to dla niego po prostu bliźni. Brat. Oto jeszcze jedna fraszka Jachowicza: "Ubogi niby Kuba, a daje obiady!@ Daje. Ale któż na nich? Biedne stare dziady". (Na obiady ks. Falkowskiego") Nie sposób, pisząc o ks. Falkowskim, zapomnieć o Jachowiczu. Twarz pana Stanisława wyłania się z wielu obrazków obyczajowych z życia Warszawy tych czasów. "Zmienia się postać świata, zwyczaje zmieniają - A jednak w małych fraszkach ślady pozostają" - słusznie pisze Jachowicz. Czego z owych informacji, pozostałych w Bibliotece Instytutu Głuchoniemych, dowiedzieliśmy się jeszcze? Na przykład - jak to ks. Falkowski umiał dowieść swoich racji. Wezwano go, gdyż słynął jako kaznodzieja, mimo młodego wówczas, w Szczuczynie wieku - do wygłoszenia mowy pogrzebowej przy trumnie proboszcza jednej z pobliskich parafii. Był wielki zjazd, tak że na plebanii nie znalazł wolnego kąta, aby się przygotować do kazania. Zamknął się więc ks. Falkowski w stodole, koło której przechodzili parafianie, głośno rozmawiając jaki to był ich zmarły proboszcz. A szczuczyński rektor pilnie notował te uwagi. Podczas zaś żałobnego nabożeństwa wygłosił kazanie na zupełnie inny temat niż się wszyscy spodziewali. Ni mniej, ni więcej: jaki powinien być proboszcz, aby wierni tak go wspominali, jak księdza Żyznowskiego. Oczywiście wywołało to wielkie niezadowolenie wśród kolegów kaznodziei. Oskarżony przed biskupem, otrzymał surową naganę. Ale ks. Falkowski zebrał podpisy pod tekstem swego kazania. Poprosił o nie niektórych obecnych na pogrzebie duchownych, między innymi kapelana (z samej Łomży!). Posłał to wszystko biskupowi. Został oczyszczony z zarzutów. Przemówienie zaś rektora biskup kazał wydrukować i rozesłać po całej diecezji. Odnajdujemy też jego pewność swych racji w historii z Siestrzyńskim. Tym samym, którego Falkowski namówił do nauczania się litografii. Dlaczego jednak trafił do niego w Wiedniu? Otóż młody lekarz praktykował w jednym ze szpitali wiedeńskich i jednocześnie pisał swą "Teorię i mechanizm mowy". Jako fizjolog był propagatorem metody wymawiania głosek. I kiedy już został nauczycielem w Instytucie, na tym tle poróżnił się z księdzem Falkowskim, zwolennikiem teorii mimicznej, czyli "wyrażania rzeczy ruchami i grą twarzy". Władysław Nowicki pisze: "Choćby nawet podzielał zdanie Siestrzyńskiego, zastosowanie mimiki jako łatwiejszej mógł na początek za konieczny warunek wzmocnienia się powstającej szkody uważać". Dwie różne teorie kształcenia nie mogły ze sobą sąsiadować w jednym instytucie i doszło do rozstania się Siestrzyńskiego z ks. Falkowskim. Lekarz na resztę swego krótkiego życia powrócił do medycyny. Późniejsza jednak teoria kształcenia głuchoniemych przyznała rację Siestrzyńskiemu. Mamy wśród wielu innych dwie szczególnie malownicze historyjki o rektorze Instytutu. Wspomniałam o kłopotach finansowych podczas pierwszej podróży do Wiednia. Otóż, kiedy w powrotnej drodze znalazł się znów w Krakowie okazało się, że nie ma za co wrócić do Warszawy. A było już czterech jego towarzyszy, bo ks. Falkowski zabrał z Wiednia nie tylko swoich wychowanków ale i Władysława Siarczyńskiego, ucznia Wiedeńskiego Instytutu Głuchoniemych. Pomogła w tej sytuacji życzliwa rektorowi Katedralna Kapituła Krakowska. Najpierw umieszczono podróżnych w Klasztorze Karmelitów (pamiętamy przecież, że podczas tego pobytu ks. Falkowski doktoryzował się na Uniwersytecie Jagiellońskim). Zakonnicy opędzali też wszystkie ich potrzeby. Wreszcie "na drogę do Warszawy Kapituła stosowny udzieliła zasiłek, najętym przez siebie galarem, zarodek Instytutu Głuchoniemych z pięciu osób złożony z Krakowa wysłała". Bo łatwo się pisze: "wybrał się w podróż o Wiednia", a była to na owe czasy długa i kosztowna wyprawa. Teraz zaś scena z dziedziny wiecznego poszukiwania funduszy, wielce upokarzającego. Jak pisałam, książę Konstanty lubił rektora. Pewnego razu wezwał go do Belwederu i zażądał, aby ksiądz Falkowski odmówił: "Ojcze Nasz" po łacinie. Rektor spełnił to żądanie, lecz po słowach: "Panem nostrum quotidianum" - powiedział szybko: "Et domum nobis necesariam nobis modie" (Chleba naszego powszedniego - i dom dla nas konieczny - daj nam dzisiaj..."); Konstanty zapytał po zakończeniu modlitwy, dlaczego dodał zdanie, którego tam nie ma. Ks. Falkowski układnie odpowiedział, iż wie, po co miał się modlić - aby księciu dyskretnie dać znać, co mu najbardziej leży na sercu. Wielki książę roześmiał się i od ręki ofiarował 2000 złotych. `ty Czego jeszcze z barwnych pomysłów księdza Falkowskiego nie wiedzieliśmy? `ty Kiedy wyjechał na urlop po złożeniu rezygnacji z zajmowanego stanowiska, udał się do "ulubionego Marienbandu", gdzie się leczył. Chciał tam połączyć pożyteczne ... z pożytecznym. Poprosił bowiem swego lekarza, Heidlera, aby mu wypisał - ni mniej ni więcej tylko "receptę na Instytut". Doktor wymienił pedantycznie w pierwszych punktach swych zaleceń: spokój, dietę, odpowiednią ilość snu, "agitacji", czyli ruchu, rozrywki itd. "Receptę" kończy zaś żądanie, aby pacjent wiosną znów przyjechał na kurację. Istota tego pisma mieści się jednak w jego punkcie trzecim: "nigdy nie być bezczynnym, a czynność swą tak urządzić, aby bezpośrednia troskliwość o załatwienie rozmaitych potrzeb nie narażała go na zasępienie. Rektor Instytutu powinien ster trzymać ogółu, a zarządzenie szczegółami osobom godnym zaufania powierzyć. Aby uniknąć obawy ściągnięcia na siebie jakiej odpowiedzialności, powinien postarać się u Rządu o utworzenie dyrekcji ze składu osób wpływem swym do zamierzonego celu Instytut doprowadzić zdolnych". Pacjent zaś tę receptę przesłał do ministerstwa! Ciekawa więc postać - różnorodna. Zmienimy teraz nastrój, właśnie w imię tego bogactwa cech osobowych księdza Falkowskiego. Być może, przyjaźń z ludźmi pióra jego epoki była źródłem nie pozbawionej żalu wzmianki w autobiografii: "Nie byłem szczęśliwy w pracy literackiej wydać co korzystnego na widok publiczny ..." Tyle rękopisów przepadło - nie ma na przykład uwag księdza na tematy pedagogiczne, które go pasjonowały, nie wiadomo więc czy to brak talentu, czy też po prostu - czasu na stylistyczne opracowanie, nie pozwoliło Falkowskiemu dać jakiegoś dzieła, które by się liczyło w historii naszej kultury. Zostało tylko to, czego dokonał na innym polu. Przetrwała też pamięć o tym księdzu, który jako proboszcz w parafii Solec odwiedzał swych najbiedniejszych parafian, wyrobników w cegielniach na Mokotowie. Jak pisze jego biograf "bez względu na własne zdrowie, chętnie zstępował do mieszkań podziemnych, niosąc zawsze naukę w ustach, a często i wsparcie w otwartej zawsze dla bliźnich ręce". Umarł w ukochanym Instytucie, zaproszony do powrotu z Guzowa przez trzeciego rektora zakładu, ks. Józefata Szczycielskiego. Na sześć dni przed zgonem, kiedy już nie opuszczał łóżka, przygotował do spowiedzi niewidome dzieci. Pochowany został w katakumbach kościoła św. Aleksandra. W ogrodzie zaś teraźniejszego Instytutu Głuchoniemych, który jakkolwiek zachował swą dawną nazwę, jest po prostu specjalną szkołą podstawową nr 226, stoi pomnik księdza Jakuba Falkowskiego. Kopia tego, którego odsłonięcie w roku 1875 było wielką uroczystością dla Wychowanków głuchoniemych i ociemniałych. Dziwne, że pomnik nie stoi na froncie Instytutu, dla którego ks. Falkowski trudził się całe życie, aby stworzyć ludzkie warunki dla niepełnosprawnych dzieci. Ten, kto został w pamięci narodu, powinien być odpowiednio uczczony. `ty Przypisy `ty Korzystałam z cennej książeczki: "Przyjaciel i ojciec głuchoniemych" - ks. Jakub Falkowski, czyli krótkie wspomnienie tych zasług, jakiemi ten kapłan odznaczył dni swoje na ziemi. Warszawa, w druk. Józefa Tomaszewskiego przy ul. Bielańskiej nr 600 r. 1850. Bardzo interesująca przedmowa kończy się tak: "Uwielbiałem tego męża za życia i do powiek zamknięcia z wdzięcznością i czcią religijną o nim wspominać będę; mimo to jednak opowiadać o nim godnie nie jestem w stanie...". W opisie niniejszym za lat idąc koleją, to tylko umieścić zamierzam, o czym w ciągu kilkuletnich moich stosunków z nieboszczykiem Falkowskim dowiedzieć się mogłem, a następnie o czym sumiennie przekonany byłem i jestem". "Pisałem w Zbuczynie, w dzień Imienin ks. Jakuba 1849 r. Ks. T.F." (sprawdzono nazwisko: Firsiukowski) Wiadomości czerpałam także z książki: Ksiądz Jakub Falkowski, założyciel Instytutu Warszawskiego Głuchoniemych, Przyczynek do Dziejów Dobroczynności. Napisał Władysław Nowicki, Magister Nauk Hist.Fil. b. Szkoły Głównej. (Z trzema drzeworytami) Warszawa, Gebethner i Wolff, 1876 r. oraz z "Historyi Warszawskiego Instytutu" Jana Papłońskiego, zamieszczonej w Pamiętniku Warszawskiego Instytutu Głuchoniemych i Ociemniałych, rok szkolny 1870ż8ş71 i 1872ż8ş73. Zamieszczone w tekście fraszki wzięłam z "Pism różnych wierszem Stanisława Jachowicza" 1853, Warszawa, nakł. Autora. Publikacja dedykowana "Tytusowi Chałubińskiemu w dowód najtkliwszej wdzięczności". 1. Stanisław Jachowicz (1896-1857Ň); bajkopisarz i pedagog. Organizator opieki nad sierotami, jeden z twórców polskiej literatury dla dzieci. 2. Szczepan Hołowczyc (1741-1823Ň); współpracownik Komisji Narodowej. Od roku 1819 prymas Królestwa Polskiego, członek Tow. do Ksiąg Elementarnych (1775Ň). 1820 czł. Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. 3. Jan Paweł Woronicz (1753-1829Ň); poeta, senator Królestwa Polskiego. Od 1828 roku arcybiskup warszawski i prymas Polski. 4. Fragmenty tej odezwy są zamieszczone w książce Władysława Nowickiego. Powyższa publikacja zawiera również cenną bibliografię artykułów o ks. Falkowskim. `tc Agnieszka Sosna.ă O Życiu, Pracyă Dla Polski Prawnikaă - Stanisława Bukowieckiego `tc Przebrzmiały echa pieśni:@ "W krwawym polu srebrne ptaszę,@ poszli w boje chłopcy nasze...@ Obok Orła znak Pogoni,@ poszli chłopcy w bój bez broni..." Przywódców styczniowego zrywu powieszono, tysiące Polaków pognano w sybirskie kazamaty, gdzie tylko najsilniejsi fizycznie i psychicznie mieli szanse przetrwania, a w Królestwie Polskim zapanowała ciężka żałoba. Do Wielkopolski nie wrócił z Sandomierza dr Ludwik Bukowiecki. Służył powstańcom jako lekarz, a teraz postanowił pozostać na tej ziemi pięknej, ale ogromnie zaniedbanej gospodarczo i kulturalnie. Osiedliwszy się w Opatowie, chciał szerzyć oświatę lekarską wśród ludności wiejskiej. Intelektem i wiedzą znacznie przewyższał otaczających go ziemian. Toteż na żonę wybrał pannę Zofię Konarską. Dziewczyna była nie tylko piękna, ale i mądra. Wzrastała w atmosferze patriotycznej i demokratycznej; w jej domu "walka o postęp i wolność" nie były pustymi słowami. Rodzina miała swoje tradycje i bohaterów; stryjem Zofii był Szymon Konarski, uczestnik powstania listopadowego, schwytany na Polesiu i rozstrzelany w r. 1838. Dziesiątego października 1865 roku Ludwik Bukowiecki i Zofia Konarska zawarli związek małżeński i "zamieszkali w Opatowie, w przemiłym dworku parterowym z ogrodem nad Opatówką", jak napisze we wspomnieniach o Zofii Bukowieckiej Julia Kisielewska (1Ň). Mimo nieszczęść w niewolnej ojczyźnie, mimo nasilania się represji (stosował je rosyjski okupant tym silniej, im dalej było od czasu powstań), Zofia była szczęśliwa. Kochała uwielbiającego ją męża, rozumiała jego cele i dążenia, i razem z nim pragnęła, jak wspomina J.Kisielewska, "zbudować i urządzić szpital z funduszów składkowych i miejskich, które trzeba było z trudem wydobyć". W tej pracy tak mu niestrudzenie pomagała, że przez parę lat zamiar swój doprowadził do końca i mógł oddać się pracy lekarskiej w stworzonej przez siebie instytucji" (2Ň). 24 kwietnia 1867 roku szczęście pani Zofii rozkwita w pełni - przychodzi bowiem na świat dziecko. Mały Staś rozwija się wspaniale, otoczony mądrą miłością rodziców. Nagle na rodzinę spada cios. Doktor Bukowiecki zaraża się od pacjenta tyfusem i 15 grudnia 1869 roku umiera. Wdowa czuje się potrzebna dziecku i to jedno ją pociesza. Mimo kilku propozycji małżeńskich, nie wychodzi powtórnie za mąż. Matka małego Stasia potrafiła czerpać szczęście i cieszyć się nim, kiedy los temu sprzyjał. Kiedy zaś życie jej się odmieniło, nawet w cierpieniu zachowała postawę szlachetną, pełną godności. Ponieważ szczupły majątek nie wystarczał na utrzymanie, Zofia Bukowiecka wyjeżdża do swoich rodziców do Wilczyc, a następnie obejmuje posadę nauczycielki u mieszkającej w sąsiedztwie ciotki. W niedługim czasie owdowiała jej siostra - Świeżyńska. Zofia Bukowiecka razem z synem przenosi się do jej majątku i pomaga w wychowywaniu szóstki siostrzeńców. Miał więc mały Stasio, mimo że był jedynakiem, bardzo liczne rodzeństwo. W takiej gromadzie nabierał tężyzny fizycznej i psychicznej, tej ostatniej - szczególnie potrzebnej do życia w okupowanym kraju. Kiedy chłopiec skończył dziesięć lat, sprawa kształcenia syna stała się dla matki problemem. Był to rok 1877 - a więc trwająca w całej pełni "noc apuchtinowska". Królestwo Polski upodobniono do innych prowincji cesarstwa, nadając mu nazwę "Priwislanskij Kraj". Generał-gubernator (sprawował ten urząd Osip Hurko) posiadał nieograniczoną władzę, łącznie ze stosowaniem zsyłki w głąb Rosji bez wyroku sądowego. Rusyfikowanie młodzieży przejął w swoje ręce kurator okręgu warszawskiego Aleksander Apuchtin. Obaj z Hurko zaczęli zmieniać życie "Priwislanskiego Kraju" od swoistej reformy oświaty. Polegała ona na zniesieniu języka polskiego jako obowiązującego - najpierw w gimnazjach, a następnie w szkołach ludowych. Są to czasy opisane przez Żeromskiego w "Syzyfowych pracach". Matka Stasia, tak samo jak pani Borowiczowa ze wspomnianej powieści, nie miała innego wyjścia: oddała chłopca do państwowego gimnazjum w Radomiu, gdzie język polski był przedmiotem nadobowiązkowym. W tej samej szkole uczą się kuzyni Stasia, młodzi Piaseccy i Świeżyńscy. W dalszym więc ciągu chłopiec wychowuje się w licznej gromadzie. Po lekcjach dziećmi zajmuje się Zofia Bukowiecka, ucząc też języka polskiego, religii oraz geografii i historii Polski. Wakacje matka z synem spędzają razem, sprawdzając praktycznie to, co poznali podczas zajęć teoretycznych. Odwiedzają Wielkopolskę, gdzie mieszkała rodzina doktora Ludwika Bukowieckiego. Szczególnie serdeczna przyjaźń łączyła ich z Maciejem Bukowieckim, proboszczem z w Wągrowca, starszym bratem nieżyjącego Ludwika. Poznańskie znacznie różniło się od Królestwa. Pod zaborem rosyjskim panuje przygnębienie i apatia, w Wielkopolsce zaś - ożywiony ruch społeczny. Propaguje się tu i wprowadza w życie hasła odrodzenia narodowego przez drobną, codzienną pracę w handlu, warsztacie rzemieślniczym, na wsi. "Praca organiczna" i "praca u podstaw" będą zyskiwać na popularności także w Królestwie, ponieważ ostra cenzura, a może i zmienione nieco potrzeby społeczne, wysunął nowego bohatera - człowieka czynu, ale nie orężnego. Ucieka się też w przeszłość, w pełną chwały historię. "Przegląd Tygodniowy" drukuje w odcinkach "Trylogię", napisaną przez H. Sienkiewicza "ku pokrzepieniu serc". Jednak coraz większą sympatią cieszą więc Wokulscy i Połanieccy. A bohaterowie Prusa, którzy łączą w sobie cechy romantyczne z pozytywistycznymi, muszą odejść w zetknięciu z brutalną walką o byt. Ale okrzepli i wzbogaceni Połanieccy wracają do rodzinnych stron, aby szerzyć polskość i umiejętność gospodarowania na ciągle biednej wsi. W miastach powstaje proletariat - nowa grupa społeczna. Robotnicy potrzebni dla rozwijającego się przemysłu składają się przeważnie z bezrolnych mas chłopskich, po uwłaszczeniu szukających w mieście pracy i chleba. To także rzemieślnicy, którzy utracili swoje drobne warsztaty, nie nadążające za produkcją fabryczną i zdymisjonowani urzędnicy, pozbawieni posad przez przybywających do Królestwa Rosjan. Dzięki wakacyjnym wycieczkom Stanisław poznał doskonale całą Polskę i życie Polaków. W roku 1885 przenosi się z matką do Warszawy, gdzie rozpoczyna studia prawnicze na uniwersytecie. Potem poszerza swe wiadomości w Uniwersytecie Jagiellońskim i wyjeżdża do Heidelbergu. W czasie, gdy Stanisław Bukowiecki zdaje maturę i rozpoczyna studia, w Królestwie potęguje się ruch społeczny. Robotnicza partia "Proletariat", kierowana przez Ludwika Waryńskiego, głosi hasła wyzwolenia nie tyle narodowego, ile społecznego. Propaguje teraz ideę połączenia w walce proletariatu robotniczego z wiejskim. W roku 1883ż8ş4 twórca I Proletariatu wraz z innymi działaczami zostaje aresztowany; po tym nastąpiły dalsze aresztowania i procesy. Największy z nich - proces 29 Proletariatczyków - odbył się w roku 1885. W styczniu roku następnego czterech ginie na szubienicy, w tym jeden Rosjanin, a Waryński, skazany na katorgę, umiera po 16 latach uwięzienia w szliselburskiej twierdzy. Idee socjalizmu podjęli inni działacze, wywodzący się już, jak na przykład Henryk Dulęba, z kręgów robotniczych. Nasilają się akcje strajkowe, a pierwszomajowe pochody przeradzają się w potężne manifestacje - jak na przykład w roku 1892, kiedy to na ulice Łodzi wyszło 60 tysięcy robotników. Te przypomnienia historyczne są ważne, ponieważ życie Stanisława Bukowieckiego było ściśle związane z wypadkami w kraju. Nie mamy wiadomości o jakimś jego udziale w pracach społecznych w czasie gdy studiował, jednakże zdolność do obserwacji i wyciągania wniosków była w nim silnie rozbudzona przez matkę. Z Heidelbergu wrócił do Warszawy jako doktor praw i objął aplikanturę. Na egzaminach końcowych po wymaganej aplikacji sądowej i adwokaturze wykazał się tak wielką wiedzą i biegłością w przedmiocie, że został natychmiast wpisany w poczet sędziów przysięgłych. Stanisław dużo pracuje w sądownictwie i już wówczas coraz częściej korzysta z porad lekarzy - okulistów. Dotyka go pierwsze z wielu nieszczęść, które dane mu było przeżyć: nagle umiera jego ukochana, piękna narzeczona. Wybitny młody człowiek, znawca prawa międzynarodowego, a nie tylko rosyjskiego i polskiego opartego na Kodeksie Napoleońskim, zorientowany jest na pewno w narastającej walce społecznej. Nie włącza się jednak do żadnej grupy rewolucyjnej. Mimo materialnego zubożenia pozostał w duchu ziemianinem i prawdopodobnie nie życzyłby sobie przewrotu rewolucyjnego. Włącza się natomiast w nurt pracy Ligi Narodowej, której naczelnym zadaniem było stopniowe wywalczanie pewnych ulg u zaborcy. Trzeba podkreślić, że Bukowieckiemu nie były obojętne sprawy tej warstwy społecznej, która wytwarzała dobra materialne. W broszurze pt. "Kredyt robotniczy i areszty na zarobkach" wydanej około roku 1900, porusza sprawy związane z działalnością przyfabrycznych sklepików. Robotnik zatrudniony w dawnej fabryce otrzymywał kredyt, na podstawie którego był zobowiązany do kupowania potrzebnych towarów w sklepiku należącym do właściciela zakładu. Kwoty za wykupioną żywność, ubranie i drobne sprzęty potrącano, oczywiście z lichwiarskim procentem, z zarobków. Ze znajomością rzeczy wytrawnego prawnika, za pomocą liczb, udokumentował Bukowiecki wyzyskiwanie robotnika i przedstawił sposób ochrony przed fabrycznym sklepikarzem - lichwiarzem. Upominał się o sprawiedliwość społeczną, choć czynił to opierając się na prawie, a nie na walce zbrojnej czy zalecanym przez niektórych socjalistów, na przykład Stanisława Kunickiego - terrorze indywidualnym. Rozważania Stanisława Bukowieckiego o sytuacji ekonomiczno-społecznej w Królestwie przełomu dwóch stuleci, znalazły się w redagowanych przez Henryka Radziszewskiego tomikach pod wspólnym tytułem "W naszych sprawach. Szkice w kwestiach ekonomiczno-społecznych". Bukowiecki pisywał tam wielokrotnie, o sprawach górnictwa, jego zdaniem wówczas niedo-cenianego, a - jak udowadniał - mającego kluczowe znaczenie dla rozwoju całej gospodarki. Kilka lat przebywał w Dąbrowie Górniczej jako radca prawny właścicieli zakładów przemysłowych. Tam poznał warunki pracy i życia, a co za tym idzie - odmienną kulturę górników. Oboje z matką, już teraz nieodłączną towarzyszką syna, byli bardzo czynni właśnie w mieście położonym tuż przy granicy. W tym czasie w Galicji, przede wszystkim we Lwowie, wokół "Przeglądu Wszechpolskiego", skupiło się koło młodych polityków głoszących ostry sprzeciw przeciwko jakiejkolwiek ugodzie z zaborcami, do czego dążyli konserwatywni pozytywiści i niektórzy działacze Ligii Narodowej. W domu państwa Bukowieckich znajdowały się całe składy pism patriotycznych, a wydawanego w Krakowie przez Kacpra Wojnara "Polaka" przywoził do Królestwa sam pan Stanisław. W jego sytuacji zdrowotnej było to prawdziwe bohaterstwo, ponieważ w roku 1897 stracił wzrok. Jak wspomniano, już podczas aplikantury zaczęły się bóle głowy i zaburzenia w widzeniu. Wizyty u okulistów nie przynosiły ulgi. W roku 1896 Stanisława Bukowieckiego zaprosił do Paryża przyjaciel poznany w Heildenburgu, dr Felicjan Niegolewski. Był tam asystentem u okulisty europejskiej sławy, profesora Gałęzowskiego, praktykującego w jednej z paryskich klinik. Prawie rok przebywał Bukowiecki we Francji. Wrócił jako niewidomy, bez nadziei odzyskania wzroku, załamany, bliski samobójstwa. J. Kisielewski napisze w roku 1923 "W zwykłych warunkach ludzkich byłby to koniec pracy, kariery politycznej, życia społecznego i towarzyskiego, koniec wszystkiego, wegetacja tragiczna. Ale miłujące serce matki i jej nieugięta wola pokusiły się o stworzenie cudu. Wpierw ona sama musiała (...) wyjść poza rozpacz, aby chęć życia i wolę do pracę przelać w to młode serce skruszone nieszczęściem, rozbudzić w umyśle zmartwiałym dawne ambicje, wielkie żądze użyteczności i wiedzy, wskrzesić wiarę, że te wszystkie dziedziny stoją jeszcze otworem przed wysiłkiem i męstwa, i pracy ..." (3Ň). Zofia Bukowiecka stała się towarzyszką, lektorką, a wreszcie sekretarką syna. Jej podyktował artykuł o przemyśle ciężkim w kraju. Poruszonym problemem, a później autorem, zainteresował się przemysłowiec Piotr Wertheim. Jak wielkie zalety umysłowe, siłę woli i charakteru, a także nieprzeciętną indywidualność musiał reprezentować Bukowiecki, skoro po osobistym spotkaniu Wertheim zaproponował mu stanowisko syndyka zakładów przemysłowych w Starachowicach. Po rocznym tam pobycie, jak już wspomniano, państwo Bukowieccy przenoszą się do Dąbrowy Górniczej, miasta pełnego rewolucyjnego wrzenia. Przecież to lata 1901-1905. Równolegle z walką o wyzwolenie społeczne trwa proces wyjednywania u zaborcy pewnych ulg. Uzyskano niewielkie zmniejszenie ucisku po roku 1905, wskutek zachwiania potęgi caratu po wojnie z Japonią. Wielu Polaków sądzi, że są widoki na autonomię. Nic bardziej mylącego - jak w wydanej w roku 1912 broszurze pod tytułem "Rosja w Polsce" uzasadnił Drogosław (pod takim pseudonimem pisywał St. Bukowiecki). Zdaniem autora, Królestwo było - według Konstytucji z 1815 roku - państwem odrębnym, związanym z Rosją jedynie unią. Mimo to wkrótce po Kongresie Wiedeńskim wprowadzono zamiast polskiego - wojsko rosyjskie a cara i jego dwór w Warszawie - na miejsce króla polskiego. Po roku 1831 zniesiono Sejm, a województwa zastąpiono guberniami. W roku 1840 ujednolicono monetę, wprowadzając ruble i kopiejki, które przeliczano na złotówki. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte przyniosły rusyfikację szkolnictwa i administracji, a po roku 1876 zlikwidowano odrębne sądownictwo i banki polskie. Początek wieku dwudziestego zastaje Królestwo wchłonięte przez Rosję. Proces ten potęguje się w pracy Trzeciej Dumy, której działalność skierowana jest między innymi "do niszczenia odrębności finlandzkiej i polskiej. O tę ostatnią przede wszystkim Rosji chodzi (...) jako że Polacy oddzielają Rosję od Europy (...) i przeciwstawiają się Rosji na całym zachodzie państwa" (4Ň). Z prawną znajomością zarządzeń administracyjnych oraz sytuacji społeczno-politycznej Drogosław obala teorię tych socjalistów, którzy walkę klasową pragnęli zinternacjonalizować, dążąc do połączenia z rewolucyjnymi siłami Rosji. Tymczasem właśnie w społeczeństwie rosyjskim powstały siły, wywierające presję na rząd, aby zlikwidował polski separatyzm, bo jest to, jak czytamy na str. 22 "Rosji w Polsce" - "najcięższy zarzut robiony Polakom. Jeśli zaś autonomia, to nie w formie odrębności prawno-państwowej, lecz organizacji prowincjonalnej, uwzględniającej życzenia i potrzeby mieszkańców tej prowincji" (5Ň). W latach 1906-1912 energicznie zabrali się pracownicy rządu i Dumy do likwidowania resztek polskości w Królestwie. Zasiedlano Rosjanami urzędy i posady nauczycieli w szkołach ponadpodstawowych. Przybysze w miejscach zamieszkania budowali swoje obiekty sakralne i teatry. Za nimi ciągnęli Litwini, którym pogromy wgłębi Rosji nie pozwalały egzystować, tu zaś mieli możliwości pełnego rozwoju. Bukowiecki uważał, że nie ma warunków na powstanie autonomii, która "wtenczas może być uważana za trwałą zdobycz, gdy cieszący się nią naród nie stanowi drobnego ułamku, uginającego się pod przewagą zwartego panującego narodu, lecz gdy siły obu się równoważą, lub też gdy państwo stanowi federację" (6Ň). Do propozycji federacyjnego związku mniejszych państw Europy wróci prawnik i publicysta zarazem już w wolnej Polsce. Teraz jednak przenieśmy się do Dąbrowy Górniczej, wstrząsanej strajkami i walką nie tylko o polskość, ale i ludzkie prawa dla warstwy najbardziej ekonomicznie i społecznie upośledzonej - dla górników oraz wszystkich pracowników niższego szczebla, związanych z górnictwem. Narodowo-religijne manifestacje coraz częściej przybierają charakter walk rewolucyjnych i brzmią słowa nie "Roty", ani "Boże, coś Polskę", lecz "Czerwonego Sztandaru": "... nasz sztandar płynie ponad trony.@ Niesie on zemsty grom, ludu gniew (...)@ A kolor jego jest czerwony,@ bo na nim robotnicza krew". Lała się ona nie tylko w Petersburgu podczas "krwawej niedzieli", lecz we wszystkich większych ośrodkach przemysłowych Królestwa. Kozacy i policjanci bagnetami i nahajkami przywracali ład i "praworządność". Stanisław Bukowiecki wyjeżdża z Dąbrowy i w roku 1906 rozpoczyna wykłady prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Tymczasem Liga Narodowa zdecydowanie odcina się od walki klasowej, a działalności o wyzwolenie narodowe dąży do uzyskania "najwyższej samodzielności narodowej" rozumianej jako autonomia. Matka i syn Bukowieccy odchodzą z tej organizacji, w której przybierają na sile prądy nacjonalistyczne. Nie wiadomo na pewno czy zmiana ideologii Ligi, czy też sprawy osobiste pana Stanisława wpłynęły na tę decyzję. Faktem jest, że młody człowiek ma się żenić. Ból po stracie pierwszej narzeczonej ucichł i oto nowym człowiekiem rodziny została Helena ze Słonków Bukowiecka, autorka popularnych prac: "Opis Ziem Polskich" i "Księstwo Warszawskie". W roku 1907 przyszła na świat córeczka, której nadano imię Zofia. Być może, był to ukłon dzieci w stronę dzielnej matki. Jej trudu w ratowaniu syna nie da się obliczyć i przecenić. Niedługo trwa rodzinne szczęście. Jesienią 1910 roku umarła żona Bukowieckiego, zaś na szkarlatynę rozchorowała się maleńka Zosia. Przez kilka miesięcy trwała walka o życie dziecka, które mogło uratować ojca od ostatecznej rozpaczy. Zofia Bukowiecka wydarła wnuczkę śmierci. Dla niej napisze "Książkę Zosi", z której kilka pokoleń dzieci polskich w sposób łatwy i miły będzie poznawało ojczyste dzieje. W roku 1910 do Warszawy przyjechała Róża Czacka. Młoda, piękna arystokratka, ze wspaniale rysującą się przyszłością, podczas przejażdżki spadła z konia. W wyniku urazu głowy zaczęła tracić wzrok. Najsłynniejsi okuliści z najlepszych klinik Szwajcarii i Francji nie zdołali jej wyleczyć i dziewczyna stała się niewidoma. Znalazł się jednak ktoś, kto wskazał jej cel życia: mniej dla siebie, więcej dla innych. Razem z hrabiną Krasińską-Zamojską objęła opieką kilkanaście niewidomych dziewcząt i w budynku przy ulicy Złotej powstała jedna klasa. Kandydatów przybywało i pod koniec tego roku otwarto dwa następne oddziały: dla chłopców i osób dorosłych przyuczonych do zawodu. Kilkudziesięciu ludzi ciężko poszkodowanych przez los trzeba było nauczyć nowego sposobu życia i pracy. Instytucją finansującą takie przedsięwzięcie zostało Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi. Było to konieczne, ponieważ samo Porycko - posiadłość Róży Czackiej - nie wytrzymałoby takiego obciążenia finansowego. Filarem prawnym Towarzystwa został Stanisław Bukowiecki. Już w roku 1911 opracował doskonały na tamtą epokę i do dziś funkcjonujący, z pewnymi oczywiście zmianami, Statut Towarzystwa, zatwierdzony przez władze carskie. Ta praca nie zmniejszyła zasadniczych jego zainteresowań. W tym samym roku co Statut ukazuje się broszurka pt. "Naród polski jako przedmiot gospodarstwa domowego", zaś w roku 1914 popularny szkic o prawach kobiet. W Królestwie Polskim prawo oparte na kodeksie cywilnym z roku 1825 uznawało równość mężczyzny i kobiety niezamężnej. Do mężatek stosowano pewne ograniczenia, których istnienie wyjaśnił prawnik w sposób przystępny i popularny. W szkicu tym spopularyzował też wydane w roku 1913 nowe prawo, "według którego ojciec dziecka nieślubnego, chociażby dziecka tego nie uznał, może być skazany - w razie niezamożności matki - na ponoszenie kosztów utrzymania i wychowania dziecka do jego pełnoletności. Jeżeli matka skutkiem zajęcia dzieckiem nie może zarobkować i nie ma własnego majątku, to ojciec dziecka winien jej płacić alimenty, wystarczające nie tylko na utrzymanie dziecka ale i na jej własne utrzymanie" (7Ň). Na wakacje roku 1914 rodzina Bukowieckich wybrała się do Skolimowa, gdzie pan Stanisław opracowywał "prawo górnicze na ziemiach polskich w przeszłości i teraźniejszości" a pani Zofia odpoczywała, zajmując się tylko wnuczką. Jeśli nie szczęście, to przynajmniej spokój powinien był teraz zagościć w tym domu. Życie każdej rodziny związane jest jednak z sytuacją kraju, w którym mieszka, a jak dowodzą fakty historyczne naszego stulecia - również kontynentu, gdzie dawne państwo się znajduje. W Europie rozwijające się Niemcy potrzebują nowych terenów i surowców. Kapitaliści austriaccy duszą się pod rządami cesarza Franciszka Józefa i za przykładem Francji i Anglii pragną poszerzyć swe wpływy. Wystarczy więc zdobyć kolonie, żeby mieć ziemie, surowce i niewolników do ich wydobywania. W dodatku za darmo, gdyż w walce o zyski nie liczą się ofiary w ludziach, pochłaniane przez wojnę. Na początku Xx wieku istniały w Europie dwa bloki wrogich sobie państw. Niemcy, Austro-Węgry i Włochy zawarły trójprzymierze, przeciwko któremu utworzono Ententę. Należały do niej: Anglia, Francja i Rosja. Sojusz ten miał być przeciwwagą ekspansji gospodarczej militarystycznych Niemiec, które parły do wojny, ponieważ drogą pokojową nie mogły zdobyć kolonii. Bezpośrednim pretekstem konfliktu zbrojnego w Europie stało się zabójstwo dokonane 28 czerwca 1914 roku w Sarajewie na arcyksięciu austriackim - Ferdynandzie. "(...) Austro-Węgry pod naciskiem Niemiec wystosowały ultimatum, w którym sformuowane zostały żądania i warunki niemożliwe do przyjęcia przez Serbię. Odrzucenie ultimatum Austro-Węgry uznały jako okazję do wypowiedzenia 28 lipca 1914 r. Serbii wojny, co spowodowało reakcję łańcuchową. Rosja, związana sojuszem z Serbią (...) zarządziła mobilizację powszechną. (...) Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji". (8Ň). Państwa z wcześniej zawartymi porozumieniami kolejno przystępowały do wojny, której zasięg obejmował coraz więcej krajów całego świata, a przez Królestwo Polskie przebiegał front wschodni. W całym tym kataklizmie Polacy przeżywali podwójną tragedię: niszczyli własny kraj (z racji linii frontu) i zabijali rodaków, ponieważ układy porozbiorowe postawiły ich w dwóch wrogich armiach: rosyjskiej i austro-niemieckiej. W wierszu pt. "Ta, co nie zginęła" poeta Edward Słoński napisał we wrześniu 1914 roku: "Rozdzielił nas mój bracie,@ zły los i trzyma straż -@ w dwóch wrogich sobie szańcach@ patrzymy śmierci w twarz. (...) A gdy mnie z dla ujrzysz,@ od razu bierz na cel@ i do polskiego serca@ moskiewską kulą strzel.@ Bo wciąż na jawie widzę@ i co noc mi się śni,@ że ta co nie zginęła@ wyrośnie z naszej krwi". Państwo Bukowieccy byli przekonani, podobnie jak poeta, którego wiersz został wyżej przytoczony, że zbliża się chwila powstania niepodległej Polski. Jeszcze w trakcie działań wojennych postanowili włączyć się do prac, które w przyszłości miały służyć wolnej ojczyźnie. Niepowodzenia Rosji na froncie spowodowały już w roku 1915 wycofanie się wojsk carskich z terenu Królestwa. Część ziem zaboru rosyjskiego zajęły państwa centralne. W okupowanej przez Niemców Warszawie powstał Komitet Obywatelski. Powołał on kilka sekcji, regulujących życie społeczeństwa. Jedna z nich organizowała i uruchamiała szkoły wyższe w Warszawie, mając do dyspozycji tylko 148 tysięcy rubli. Po ukonstytuowaniu się Komisji Uniwersyteckiej przystąpiono do otwarcia przyszłych wydziałów uczelni. Aż do marca 1919 roku docentem wydziału prawa był Stanisław Bukowiecki. 5 listopada 1916 roku Niemcy ogłosili akt proklamujący powołanie samodzielnego państwa "z ziem polskich panowaniu rosyjskiemu wydartych" (9Ň). W rzeczywistości chodziło o stworzenie armii polskiej, współdziałającej z Niemcami. Generał-gubernator H.H.Beseler wydał 8 listopada 1916 roku odezwę wzywającą Polaków do wstępowania do Polskich Sił Zbrojnych, a w grudniu powstał rząd tymczasowy, tak zwana Tymczasowa Rada Stanu. Przewodniczył jej Wacław Niemojewski, zaś Stanisław Bukowiecki został Dyrektorem Departamentu Sprawiedliwości. Większość Polaków przyjęła Tymczasową Radę Stanu niechętnie, wręcz wrogo, w najlepszym razie obojętnie. Bukowiecki był przeciwny uprawianiu polityki pasywnej. Ponieważ w oficjalnym akcie Niemcy powołali samodzielne państwo polskie, należało je, zdaniem Bukowieckiego już teraz, pod okupacją niemiecką - budować. Choćby w tych dziedzinach, gdzie było to możliwe. W sprawie rozwiązania kwestii polskiej w noworocznym orędziu do senatu 22 stycznia 1917 roku wypowiedział się prezydent Stanów Zjednoczonych, Woodrow Wilson: "(...) ma zostać odbudowana Polska zjednoczona, niepodległa, autonomiczna" (10Ň). Proklamacja Rządu Tymczasowego w Rosji zakładała, że Polska będzie "związana z Rosją mocnym wojskowym przymierzem, oraz że będzie mocną tamą przeciwko naporowi mocarstw centralnych na Słowiańszczyznę" (11Ň). Stanisław Bukowiecki był doskonale zorientowany w deklaracjach dotyczących kwestii polskiej i nabierał coraz większej pewności, że niezależnie od zakończenia wojny, Polska powstanie. Stąd jego wielkie zaangażowanie w pracy na Kursach Przygotowawczych dla wyższych urzędników administracyjnych i na wydziale prawa, ponieważ w kraju wyzwolonym z ponad stuletniej okupacji trzech różnych rządów potrzebna będzie jednolita administracja i system praw, regulujący życie społeczno-gospodarcze państwa. Pamiętał też o obowiązkach członka zarządu Towarzystwa Opieki nad ociemniałymi, gdzie miały się dokonać wielkie zmiany. W roku 1915 Róża Czacka wyjechała do rodzinnego Porycka. Do zakładu przy ulicy Złotej przybywali nowi ociemniali, których trzeba było nauczyć zawodu. Często byli to ludzie świeżo okaleczeni na skutek działań wojennych. Na przykład siostra Cecylia z Lasek opowiadała, że jako czternastoletnia dziewczynka została zraniona odłamkiem pocisku i straciła wzrok. Chodziła do szkoły najpierw na Złotej w Warszawie, potem już w Laskach. Zdobyła zawód nauczycielki i przez trzydzieści lat kształciła niewidome dzieci. W warunkach wojny i okupacji utrzymanie placówki opiekuńczo-kształcącej wymagało nie tylko ogromnych nakładów finansowych i znajomości prawa, ale także umiejętności pertraktowania z okupantem. Stanisław Bukowiecki wykorzystał swą znajomość języka i pozycję pracownika naukowego, aby Towarzystwo bez większych przeszkód mogło pracować dla dobra niewidomych. W roku 1918, już w habicie zakonnym, do Warszawy wróciła Róża Czacka i nadała Towarzystwu wyraźny kierunek katolicki. Stanisław Bukowiecki, jako niewierzący, odszedł od stałej pracy w Towarzystwie, ale aż do roku 1922, kiedy dzieci zaczęto przewozić do Lasek, udzielał porad prawnych. Tymczasem Józef Piłsudski, Dyrektor Departamentu Wojskowego Tymczasowej Rady Stanu zerwał współpracę z państwami centralnymi i z częścią legionistów został internowany przez Niemców. W miejsce rozwiązanej Rady Stanu powołano 12 września 1917 roku Radę Regencyjną, w skład której weszli politycy o poglądach konserwatywnych: arcybiskup warszawski ksiądz Aleksander Kakowski, książę Zdzisław Lubomirski, ziemianin Jan Ostrowski. działalność Rady Regencyjnej i powstałego wówczas rządu Jana Kucharzewskiego uzależniono całkowicie od Niemców. Stanisławowi Bukowieckiemu powierzono tekę Ministra Sprawiedliwości. Objął to stanowisko, choć w gronie rodziny i znajomych miał wielu przeciwników, którzy uważali, że współpraca z okupantem zaprzepaszcza możliwość walki o nową Polskę. Pan Stanisław twierdził jednak, że każda, nawet najdrobniejsza cząstka pracy wykonana teraz sprawi, że o tyle mniej trzeba będzie zdziałać w wolnej Polsce. Zręby administracji Polski niepodległej przygotowano więc już za okupacji, z wielkim nakładem pracy Bukowieckiego. Piastował on urząd ministra niedługo, bo tylko do końca roku 1918, a więc do czasu ustąpienia Rady Regencyjnej i utworzenia rządu Piłsudskiego-Moraczewskiego. Potem przez kilka miesięcy zajmował się tylko docenturą na Uniwersytecie Warszawskim. W marcu 1919 roku definitywnie odszedł z uczelni i rozpoczął organizowanie prokuratorii, czyli instytucji chroniącej interesy skarbu państwa. Aż do września 1939 roku był naczelnym prezesem Generalnej Prokuratorii Państwa. Trzeba tu zaznaczyć, że Bukowiecki był wyznawcą platońskiej idei państwa. Uważał, że "państwo to absolut zbiorowości ludzkiej, twór będący sam w sobie celem, dobro którego stanowi naczelne kryterium postępowania politycznego" (12Ň). Wcale to nie znaczy, że pomijał dobro jednostki. W wydanej w roku 1922 "Polityce Polski niepodległej" żądał uchwalenia i uprawomocnienia ustaw socjalnych. Miały one ustalić ośmiogodzinny dzień pracy, płatne urlopy dla robotników i odszkodowania w razie choroby lub wypadku przy pracy. Poruszył więc hasła zawarte w deklaracji rządu Moraczewskiego, które w ciągu czterech lat nie znalazły się na sejmowej wokandzie. Nie był strategiem wojskowym, a jednak we wspomnianej broszurze uzasadnił konieczność włączenia Prus Wschodnich do Rzeczypospolitej. Niepodległość Polski połączonej ze światem tylko przez Gdynię i otoczonej dwoma nieprzychylnymi państwami, wydawała mu się ciągle zagrożona. Był przekonany, że konflikt z Rosją wywoła natychmiastowy atak Niemców. Jeśli zaś nastąpi nieporozumienie z Niemcami, wówczas Rosja również podejmie działania zaczepne. Był przeciwny łączeniu się przymierzem militarnym z Francją, która politycznie i geograficznie jest zbyt oddalona od Polski, aby czuła się zobowiązana do niesienia nam pomocy. Jak bardzo sprawdziły się te przewidywania, udowodnił wrzesień 1939 roku. Bukowiecki ponowił też proponowaną w roku 1912 koncepcję stworzenia w Europie środkowej koalicji państw mniejszych i słabszych, współdziałających ze sobą na zasadzie równorzędnego partnerstwa i wzajemnej pomocy. Zofia Bukowiecka krótko cieszyła się wolną ojczyzną. Zmarła w roku 1920. Pozostała spadkobierczyni, której przez odpowiednie wychowanie wszczepiono miłość, szacunek i umiejętność poświęcania się dla ojca. Kilkunastoletnia dziewczyna, zdolna i ładna uczennica gimnazjum im. Królowej Jadwigi, zastąpiła w domu babkę. Musiała połączyć naukę z rolą gospodyni ośmiopokojowego mieszkania przy ulicy Żurawiej w Warszawie. Jej ojciec umieścił tam bogatą kolekcję zegarów. Oczywiście nie samo zarządzanie domem było najważniejszym zadaniem młodziutkiej Zofii, lecz - wzorem babki - odsuwanie codziennych trosk i kłopotów od ojca, który całkowicie był pochłonięty swą pracą. Mimo kolejnych ciosów nie przerywał on swojej działalności zawodowej. Każdy dzień miał szczelnie wypełniony. Nie tylko codzienną pracą od 8 do 15 przy placu Krasińskich, gdzie mieściło się Biuro Prezydialne Prokuratorii, lecz i potem - w domu, przy lekturze. Był postacią charakterystyczną w ówczesnej Warszawie, znaną i szanowaną. Nie nosił okularów, a niewidzącymi jasnoniebieskimi oczami jak gdyby przykuwał do siebie interlokutora. Wszelkie zlecenia i dokumenty podpisywał osobiście; gwoli wierzytelności podpisów w obecności sekretarza - magistra Bogdana Dzięciołowskiego. Odznaczał się wybitną pamięcią. Na przykład poznawał po głosie ludzi, z którymi rozmawiał choćby raz przed wielu laty. Dzięki własnemu stylowi pracy znał aktualne wydarzenia w kraju i na świecie. Mianowicie codziennie czytano mu dzienniki ustaw i protokoły z posiedzeń komisji rządowych. Kiedyś jeden z czytających, aby szybciej zakończyć pracę, wpadł na pomysł opuszczenia pewnych ustępów, jego zdaniem mniej ważnych. Tak się złożyło, że w następnym paragrafie powoływano się na tekst poprzedniego, pominiętego przez sekretarza. "Nie przypominam sobie tego tekstu, proszę mi go znaleźć i odczytać" - poprosił Bukowiecki. Okazało się wówczas, że powoływano się tam na inny ustęp, również opuszczony. Nie pomogły prośby i tłumaczenia - sekretarz musiał poszukać sobie innego zajęcia. Posiedzenia sejmowej podkomisji prawa rzeczowego rozpoczynał Bukowiecki w wyznaczonym czasie z żelazną punktualnością i nawet w trwających po trzy godziny naradach nie było przerw na kawę i papierosa. Bolały go niezmiernie antagonizmy dzielnicowe, które przetrwały w narodzie mimo odzyskania tak bardzo upragnionej ojczyzny. Niechęć do dawnej Galicji objawiała się nawet w złośliwych żartach o złej pogodzie, którą krakowianie przywozili ponoć do Warszawy, zaś bogata poznanianka nie wstąpiłaby w związek małżeński z "kongresiakiem", aby nie popełnić mezaliansu. Bukowiecki, jak większość Polaków, wolną ojczyznę uważał za świętość i nie chciał pogodzić się z tym, co nie sprzyjało jej rozwojowi. Napisał w roku 1921 broszurę pt. "O dzielnicowości w Polsce". Istniał jeszcze jeden podział: na mniejszości narodowe. I o tym Bukowiecki pamiętał. Oceniał ludzi za efekty pracy, a nie za przynależność rasową lub religijną. Niesubordynacja była przyczyną zwolnienia z pracy zarówno katolika jak i Żyda. Chociaż przygotowywał administrację jeszcze za panowania Niemców, pracując w komisji kodyfikacyjnej przyczynił się do stworzenia jednolitych dla całej Polski kodeksów prawa cywilnego, karnego, handlowego i wekslowego. Lecz unifikacja całego prawodastwa pozostała do końca jego dni nie zrealizowanym marzeniem. Surowy, ale i życzliwy w obcowaniu z pracownikami, o szerokich zainteresowaniach, nie znosił korupcji i kłamstwa. W sposób bezwzględny tępił te wady wśród podwładnych. Cenił natomiast samodzielność sądu i uczył odwagi trwania przy własnych przekonaniach, o ile oczywiście były słuszne. Mimo młodego wieku, córka potrafiła stworzyć ciepłą atmosferę w domu. Odpoczywał tu pan Stanisław po trudnych godzinach urzędowania - przy lekturze, spotkaniach z przyjaciółmi, dyskusjach o wydarzeniach światowych. W domu Bukowieckich bywał często Antoni Ponikowski, z którym łączyła pana Stanisława przyjaźń od początku lat dwudziestych. Teraz już drugie pokolenie zaprzyjaźniło się ze sobą: młode Ponikowskie miały wiele wspólnych spraw ze śliczną Zosią. Na spokojny, pracowity dom znowu spada cios. W roku 1930 umiera nagle córka; Bukowiecki znów traci najbliższą sobie istotę. Pod koniec życia wyjawi głośno myśl, którą pewnie nosił w sobie od utraty pierwszej narzeczonej, że krąży wokół niego fatum śmierci, zabierając kolejno tych, których ukochał. Osieroconym domem zajęła się daleka powinowata - Piasecka, z którą w rok później się ożenił. W Europie coraz głośniej odzywają się faszyści nawołując do wojny, rzekomo w obronie własnej ojczyzny. W Polsce też pojawiają się takie głosy. Bukowiecki walczy z tymi, którzy zamiast odbudowywać kraj, jątrzą społeczeństwo. To z jego inicjatywy w roku 1932 w Kodeksie Karnym znalazł się artykuł 113, nakładający sankcje karne od grzywny do aresztu włącznie na te osoby, które by nawoływały do wojny zaczepnej. W artykule pod tytułem "Z rozmyślań nad sprawą procesów konfiskacyjnych", wydanym w roku 1932, rozprawił się Stanisław Bukowiecki z żądaniami zwrotu majątków ziemskich, zabranych przez władze carskie. Natychmiast bowiem po utworzeniu niepodległej Polski wszczęto ponad 100 procesów rewindykacyjnych. Potomkowie i nawet dalecy krewni uczestników powstań listopadowego i styczniowego zażądali od polskiego rządu majątków, zabranych przez carat. 4 maja 1920 roku sejm podjął uchwałą wzywającą rząd do stworzenia ustawy wyrównującej materialne krzywdy doznane od zaborców. Przez 12 lat rząd nie zastosował się do wniesionej uchwały sejmowej. We wspomnianym artykule Bukowiecki z całą znajomością prawa, zwięźle i popularnie uzasadnił bezpodstawność owych roszczeń i słuszność decyzji państwa. Jako główny argument podaje przedawnienie sprawy. Za czasów zaborów istniało prawo o przedawnieniu przestępstw politycznych, po dziesięciu latach od chwili ich popełnienia. "Skoro nie upomniano się o swoje w latach 40-tych i 70-tych ubiegłego stulecia - pisze Stanisław Bukowiecki - czy istnieje jakiekolwiek moralne, niezależne od względów formalno-prawnych, uzasadnienie dla roszczeń powodów nie będących dziećmi, a już co najwyżej wnukami w prostej linii ofiar konfiskat? Czy można wynagrodzić szkody materialne potomkom urzędników, górników, leśników, rzemieślników, studentów, którzy brali udział w powstaniu w 1863 roku?" (13Ň). Jedyne rozwiązanie widzi autor: "iżby potomkowie tych, którzy obowiązku narodowego nie spełnili, w walce udziału nie wzięli i skutkiem tego nie ucierpieli majątkowo (...), aby potomkowie żołnierzy sprawy polskiej zostali odszkodowani na koszt tych, którzy obowiązkowi patriotycznemu uchybili" (14Ň). Wobec nierealności takiego rozwiązania, autor artykułu proponuje zaprzestanie owych niedorzecznych żądań. Bukowiecki tak wiele pracował i osiągnął własnym wysiłkiem, że miał moralne prawo nakazywać "zdobywanie bytu twórczą pracą, aniżeli szukanie jego podstaw w roszczeniach wysnutych z odległej przeszłości" (15Ň). Kiedy z Hiszpanii dochodziły echa zmagań republikanów z frankistami, a ludzie jeszcze wierzyli, że ten poligon doświadczalny na całą Europę się nie rozszerzy, prawnik przeżył nową tragedię: zmarła jego druga żona. Na resztę dni pozostali przy nim tylko przyjaciele i znajomi. Jedna z pierwszych bomb zrzucanych przez Niemców na Warszawę we wrześniu 1939 roku uderzyła w kamienicę przy ulicy Żurawiej. Z materialnego dorobku pana Stanisława pozostała tylko jesionka i trochę papierów wartościowych. Początkowo znalazł schronienie na Mokotowie u dalszych krewnych swej matki - Konarskich, następnie zaś zajął dwupokojowe mieszkanie przy ulicy Fałata. W dwudziestoleciu międzywojennym Bukowiecki sceptycznie odnosił się do militarnego sojuszu Polski z Francją. Chyba jednak wierzył w zwycięstwo Francuzów przy starciu z Niemcami, ponieważ po francuskiej kapitulacji w maju 1940 roku załamał się psychicznie i próbował nawet popełnić samobójstwo. Został uratowany, ale pełnego zdrowia już nie odzyskał. Okupant rozwiązał Prokuratorię Generalną i Stanisław Bukowiecki, który nie potrafił żyć bezczynnie, rozpoczął pracę w związku Syndykalistów Polskich. Mimo podeszłego wieku, nadal był znaczącym prawnikiem wśród mecenasów warszawskich. Przedstawiciel Armii Krajowej w 1942 roku zaproponował mu stanowisko sędziego podziemnego sądu tej organizacji. Pan Stanisław odmówił, ponieważ - jego zdaniem - odmowa była konieczna ze względów zachowania bezpieczeństwa. "Zbyt wielkie ryzyko nie dla mnie - powiedział - lecz dla was, jeśli by do waszego zakonspirowanego miejsca spotkań szedł człowiek niewidomy". W konspiracyjnej prasie zamieścił artykuł pod tytułem "Sprawa polska a Watykan". Jako człowiek niewidomy potrzebował lektorów i sekretarzy. Jednym z nich był (...) Dudek. Straszny przypadek sprawił, że w drodze do pracy trafił na uliczną łapankę. Podczas rewizji znaleziono u pana Dudka ulotki. Za ich posiadanie młody człowiek został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, skąd nie wrócił. Podobnie zginął drugi sekretarz - Czesław Święciński, aresztowany w domu przyjaciół za posiadanie nielegalnej literatury. W jego sprawie chodził Stanisław Bukowiecki nawet do gestapo na Szucha. Ale Niemcy byli bewzględni w karaniu i pan Święciński również został zamordowany. W listopadzie 1943 roku na ulicy Fałata zjawił się syn Antoniego Ponikowskiego, przyjaciel pana Stanisława - Adam. Adam Ponikowski, dziś już emerytowany pracownik PIW i KiW, mówi o Stanisławie Bukowieckim jako o człowieku znacznie wyrastającym ponad przeciętność. "Zadziwił mnie niezwykłością umysłu, precyzją rozumowania i logicznego myślenia. Przychodziłem do pana Stanisława kila razy w tygodniu. Był już wtedy bardzo chory, a mimo to pamięć jego funkcjonowała doskonale. Czytałem głośno książkę o Ii cesarstwie we Francji. Zaskakująca była trafność wyrażanych przez niego sądów, porównań, analogii. Chociaż był ateistą, nie sprzeciwił się lekturze "O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza a'Kempis. Dyskutowaliśmy po przeczytaniu każdego rozdziału, wracając do poprzednich, jeśli wymagało tego dokładniejsze zrozumienie wersetu. Kiedyś pan Stanisław powiedział z żalem: "Więc to wszystko jest takie przemijające i nietrwałe?" Niestety. Podobnie jak jego życie, pełne wysiłku i trudu dla innych, dla ludzi, w dobroć których wierzył. Jeśli przedstawiano mu kogoś nieznajomego, pytał: "Czy to dobry człowiek?" Osobą opiekującą się panem Bukowieckim była pani Irena Wałęsa, daleka krewna. Energiczna i krewka, nie lubiła fachowej pielęgniarki, która co kilka dni wykonywała zastrzyki. Kiedyś pani Irena poczyniła niezbyt życzliwe uwagi pod adresem nieobecnej młodej kobiety. Pan Bukowiecki wysłuchał utyskiwania i stwierdził spokojnie: "Irenko, ludziom trzeba wierzyć, a że się człowiek czasem zawiedzie, to trudno". Ostatnich dziesięć dni Stanisława Bukowieckiego to była agonia. Cierpiał straszliwie, a że stracił mowę, nie wiedzieliśmy, w jaki sposób mu ulżyć. Zmarł 24 lutego 1944 roku. Za trumną poszli przyjaciele i znajomi, bo najbliższą rodzinę stracił wcześniej" (16Ň). Nie dożył wyzwolenia Polski człowiek, dla którego wolna ojczyzna stanowiła najwyższą wartość. Na jego grobie na Powązkach położono płytę z wyrytym napisem: "Mąż stanu, znakomity prawnik, działacz i wychowawca społeczny o wielkim umyśle, rozległej wiedzy, niezłomnym charakterze i gorącym sercu. Życie poświęcił Polsce i walce o sprawiedliwość społeczną". `ty Bibliografia `ty (1Ň) Julia Kisielewska "Z Konarskich Zofia Bukowiecka. Życie i prace". Warszawa 1923. (2Ň) Tamże, str. 28-29. (3Ň) Tamże, str. 46. (4Ň) Drogosław "Rosja w Polsce" Warszawa-Poznań-Lwów 1914, str. 18. (5Ň) Tamże, str. 22. (6Ň) Tamże, str. 22. (7Ň) Stanisław Bukowiecki "Prawa kobiet" Warszawa 1914, str. 16. (8Ň) "Mała encyklopedia wojskowa" Wydawnictwo MON Iii, str. 600-601. (9Ň) "Dzieje Polski" pod redakcją Jerzego Topolskiego PWN Warszawa 1978, str. 614. (10Ň) Tamże, str. 614. (11Ň) Tamże, str. 614. (12Ň) Zygmunt Nagórski "Ludzie mego czasu" Paryż 1946. (13Ň) Dr Stanisław Bukowiecki "Z rozmyślań nad sprawą procesów konfiskacyjnych" Ruch Prawniczy, Ekonomiczny i Socjologiczny, Poznań 1932. Ii, zeszyt 1. (14Ň) Tamże. (15Ň) Tamże (16Ň) Fragmenty rozmowy przeprowadzonej w dniu 16 listopada 1982 r. z panem magistrem Adamem Ponikowskim, który towarzyszył Stanisławowi Bukowieckiemu w ostatnich tygodniach jego życia. Przy opracowaniu tematu korzystano ponadto z następujących pozycji: "Biografie - Stanisław Bukowiecki", maszynopis z biblioteki PZN w Warszawie Witold Bendetson "Wspomnienia o śp. Stanisławie Bukowieckim" Państwo i Prawo - kwiecień 1946 r. Dr Tadeusz Manteuffel "Uniwersytet Warszawski w latach 1915ż8ş1916 - 1934ż8ş35". "Życie Warszawy" nr 43, rok 1946. `tc Alicja Gościmska.ă Róża Czacka `tc `ty Notatka biograficzna `ty Róża Czacka (1876-1961Ň) urodziła się 22 października w Białocerkwi na Ukrainie. Ojciec jej administrował wówczas posiadłością Branickich, zarządzając jednocześnie własnym majątkiem. Rodzina Czackich cieszyła się od lat opinią ludzi wypróbowanego patriotyzmu, wszechstronnej europejskiej kultury. Tadeusz Czacki, pradziad Róży, jest twórcą Liceum Krzemienieckiego, z którego wyszli tacy ludzie jak Słowacki. Włodzimierz Czacki został kardynałem. Feliks Czacki, ojciec Róży, rzuca pomysł oraz współdziała w realizacji przeprowadzenia linii kolejowej Warszawa-Wiedeń, co otwiera przed krajem wrota na Zachód. Zaangażowany w społeczną i gospodarczą działalność dla dobra kraju, ojciec Róży posiada niecodzienne zdolności organizacyjne. Cechy charakteru i umysłu Róży przedstawiają jednak szczególne analogie z osobowością wielkiego dziada - Tadeusza Czackiego. O wyrastającej z dziecinnych lat dziewczynie ojciec Róży mawiał: "duch Tadeusza Czackiego spoczął na Rózi" (1Ň). Lata szkolne Róży upływają między Warszawą a ukochanym Wołyniem. Lubi ona wiedzę dla niej samej. Garnie się do nauk ścisłych, matematyczno-przyrodniczych. Bardzo dużo czyta. Widząc, że zdolności i chłonność na wiedzę przewyższają u Róży przeciętny poziom możliwości i aspiracji jej rówieśnic, Feliks Czacki zapewnia córce najlepszych profesorów, którzy przerabiają z nią program ówczesnego gimnazjum męskiego. Ojciec sam kieruje praktycznym zastosowaniem przyrodniczej wiedzy córki w dziedzinie hodowli, ogrodnictwa i przemysłu (cukrownia, gorzelnia). U jego boku poznaje ona elementy prawa, oraz metody ich stosowania. Bezpośrednio od ojca otrzymuje przygotowanie do życia praktycznego, co z czasem da Róży możność organizowania i prowadzenia dzieła, jakie kiedyś dzięki niej powstanie, wcześnie uczy się zarządzania dużym domem i majątkiem. Okres poważnego zagrożenia wzroku rozpoczyna się kilkunastoletniej młodej osoby żywej, miłującej piękno przyrody i sztuki, kochającej muzykę, uprawiającej konną jazdę, której oddaje się z pasją. Bezpośrednią przyczyną kalectwa jest upadek z konia podczas ryzykownego brania przeszkody. Utratę wzroku w 22-gim roku życia przyjmuje Róża jako dar, który ma służyć innym. Już wtedy potrafi dostrzec właściwą hierarchię wartości i wybiera drogę, po której pójdzie do końca życia. W życiu tym otwiera się nowy rozdział. Rozpoczyna go kilkuletni okres refleksji i zbierania doświadczeń, jak najlepiej służyć niewidomym. Róża - tak bardzo zżyta ze swym ojcem i tak bardzo przez niego miłowana - nie może na razie go opuścić, by rozpocząć niezależną pracę dla dobra niewidomych. Dopiero po śmierci ojca wyjeżdża parę razy za granicę (Austria, Francja, Szwajcaria), by poznać organizację zakładów dla niewidomych w innych krajach. Nawiązuje między innymi kontakt z M. de la Sizeranne'em, założycielem Stowarzyszenia im. Valentina Hauy dla Dobra Niewidomych Francji. Jest to jeden z tych ludzi, którzy zmienili losy niewidomych świata. Kiedyś Róża Czacka powie, że korzystała obficie z wzorów wprowadzonych przez M. de la Sizeranne'a. W Polsce - rozdartej wówczas między trzech wrogich zaborców - niewidomi, w przeważającej liczbie nie otrzymywali przygotowania do zawodu, skazani na żebraninę jawną, bądź ukrytą jako wędrowni muzycy (Związek Muzyków Niewidomych zajmował się zaledwie kilkudziesięcioma z nich). Idąc za M. de la Sizerann'em, Róża Czacka pragnie dojrzeć całość sprawy niewidomych, obejmującą zarówno jej aspekt tyflologiczny, jak i wychowanie dzieci oraz patronatową opiekę nad dorosłymi. Do dewizy francuskich tyflologów - "niewidomy człowiekiem użytecznym" dorzuca własną - "brak wzroku to zadanie do spełnienia". W roku 1910 zakłada Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi (zatwierdzone formalnie w roku 1911Ň). W początkach obejmuje swą opieką głównie dorosłych pozostających przy rodzinach (szkolenie w zawodzie, nauka brajla, wyszukiwanie pracy, pomoc materialna). Wkrótce powstają placówki opieki zamkniętej: przedszkole, szkoła powszechna dla dziewcząt z internatem, szkoła powszechna dla chłopców, dom opieki dla staruszek, biblioteka brajlowska, biuro przepisywania książek. W okresie I wojny światowej Róża zostaje odcięta od Warszawy, będąc właśnie chwilowo u brata na Wołyniu. Zmuszona działaniami wojennymi, zatrzymuje się na trzy lata w Żytomierzu. Znalazłszy się w warunkach przymusowego odcięcia od pracy, Róża analizuje przebieg i wyniki dotychczasowych starań podjętych w służbie dla niewidomych. Dochodzi do wniosku, że oparcie się wyłącznie na pracownikach świeckich nie zapewni dziełu trwałej ciągłości. Wtedy to rodzi się decyzja założenia zgromadzenia sióstr franciszkanek służebnic krzyża, które - fachowo przygotowane - oddałyby całkowicie swą pracę służbie niewidomych. Wróciwszy do Warszawy w habicie franciszkańskim jako siostra, a później matka Elżbieta, przyjmuje pierwsze kandydatki do zgromadzenia w roku 1918. Nie wyłącza jednak świeckich ze współpracy w swym dziele. Przeciwnie, jednym z jej nowatorskich posunięć jest właśnie koncepcja ustanowienia pracy osób świeckich i sióstr na tych samych prawach. Jedyną różnicę stanowią tu kwalifikacje fachowe. W roku 1921 Matka Czacka otrzymuje dar 5 morgów ziemi oddalonych o 15 kilometrów od Warszawy, na skraju Puszczy Kampinoskiej, w miejscowości Laski. Dzięki ogromnej pracy sióstr, piaszczysty teren Lasek zostaje użyźniony - powstaje sad i ogród warzywny, sadzi się drzewa i krzewy. Wkrótce poszczególne placówki Towarzystwa przenoszą się z Warszawy do Lasek. W Warszawie pozostają biura oraz lokale przeznaczone dla dorosłych niewidomych, którzy przychodzą tu pracować w warsztatach, otrzymują obiady, gromadzą się w świetlicach itp. Dzieło Matki Czackiej zakłada sobie następujące cele: - praca wychowawcza i społeczna dla niewidomych, - działalność intelektualna poprzez redagowanie kwartalnika "Verbum" poświęconego problemom filozoficznym, literackim i społecznym, - pogłębianie pracy nad charakterem poprzez Bibliotekę Wiedzy Religijnej w 4 językach (17 tysięcy tomów), - działalność apostolska za pośrednictwem domu rekolekcyjnego w Laskach. Nuncjusz apostolski w Warszawie, Achilles Ratii, późniejszy papież Pius Xi, wspiera Matkę Czacką swymi radami w okresie organizowania początków dzieła, dzieli się doświadczeniami jako dawny kapelan zakładu dla niewidomych w Turynie (Włochy). Laski rosną i rozwijają się bezustannie. W przededniu Ii wojny światowej zakład liczy już 200 wychowanków, prowadzi przedszkole, szkołę powszechną, szkołę zawodową z warsztatami szczotkarskim i koszykarskim. Najzdolniejsi z uczniów uczęszczają do szkół średnich wraz z młodzieżą widzącą, po czym kształcą się dalej, obierając zawód nauczycielski. Tytułem eksperymentu wychowuje się w Laskach małą grupkę niewidomych opóźnionych w rozwoju, a także dziewczynkę głuchoniewidomą. Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi prowadzi opiekę otwartą dla dorosłych niewidomych w głównych miastach Polski (m.in. w Krakowie, Poznaniu, Chorzowie), obejmując nią około 600 rodzin niewidomych. Rozwój zakładu przebiega w bardzo trudnych warunkach finansowych. w braku stałych dochodów konieczna jest zbiórka darów w naturze i gotówce, organizowana w kraju bez przerwy przez cały rok. Część personelu świeckiego rezygnuje ze swych uposażeń, pracując w zamian za utrzymanie. 1-ego września 1939 roku Hitler napada na Polskę. Zakład w Laskach znajdzie się na linii frontu. Część sióstr wraz z dziećmi wyjeżdża w lubelskie. Zakład staje się terenem walk między armią niemiecką a polską. po 4-dniowej bitwie budynki zostają w 70% zniszczone. Jeden z ocalonych domów przeznacza się na szpital dla rannych. Miesiąc walki o Warszawę przeżywa Matka Czacka w stolicy wraz z większością sióstr w domu należącym do Towarzystwa przy domu na ul. Wolności 4. Sama ranna (straciła oko) w zbombardowanym domu dodaje odwagi otoczeniu. "Polska żyje i żyć będzie, walka trwa dalej ... każdy z nas ma być niby żołnierz na froncie" - mówi do sióstr po wejściu Niemców do Warszawy. Podobną odwagę wykaże Matka Czacka podczas okupacji hitlerowskiej. Otwarta na wszelkie problemy, mimo braku poczucia bezpieczeństwa, braku pieniędzy i żywności - szuka nowych środków wyjścia z tego impasu. W Laskach otwiera się tajną szkołę podstawową i szkołę zawodową z warsztatami. Nadchodzi lato 1944. Lasy Kampinoskie ukrywają około tysięcy partyzantów. Wyczuwa się już zbliżający się wybuch Powstania. Matka Czacka decyduje się na otwarcie szpitala dla rannych w pomieszczeniu należącym do zakładu. W czasie walk powstańczych Laski nie ponoszą szkód materialnych. W szpitalu laskowskim leży poważnie ranny dowódca oddziałów AK w Kampinosie. Kieruje akcją poprzez łączników, a hitlerowcom nie udaje się go wykryć. Gdy na lubelszczyźnie zajętej już przez wojska radzieckie PCK tworzy ośrodek rewalidacji żołnierzy inwalidów wzroku, Matka Czacka wysyła tam do pomocy szereg osób z kwalifikowanego personelu laskowskiego. Podczas okupacji kapelanem w Laskach jest ks. prof. Stefan Wyszyński, późniejszy prymas. W okresie okupacji i bezpośrednio po wojnie, wobec braku pomieszczeń w Laskach, Matka Czacka umieszcza na pewien czas część niewidomych i sióstr w innych dzielnicach kraju: w Żułowie i Kozłówce, Pniewie i Wojnowie. W roku 1945 rozpoczyna się odbudowa zakładu. W kraju następują ogromne zmiany polityczne, ekonomiczne, społeczne. Do wartościowych zmian zaliczyć trzeba powstanie pierwszych spółdzielni pracy dla inwalidów wzroku. Jeden z najlepszych absolwentów laskowskiej szkoły organizuje taką spółdzielnię w Lublinie i stanie na jej czele. Około roku 1950 zdrowie Matki Czackiej zaczyna podupadać. Mianuje wtedy jedną z sióstr, przełożoną generalną zgromadzenia, swoją następczynią. Sama wycofuje się z pracy czynnej. Umiera w roku 1961. ... Wielkim oparciem i pomocą dla Matki Czackiej był w ciągu dwudziestu paru lat ks. Władysław Korniłowicz, który jako członek Zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi ma wpływ na decyzje tyczące prowadzenia dzieła. Osoba ks. Korniłowicza przyciągnęła do Lasek szereg wartościowych pracowników świeckich, którzy bezinteresownie oddawali swe siły i czas sprawie niewidomych. Bogata, wielokierunkowa działalność Róży Czackiej nie dałaby się zamknąć w ramach tego krótkiego opracowania. Zbliżymy tu Czytelnikowi tylko niektóre aspekty tej działalności. Całokształt prawie 50-letniej pracy Róży Czackiej podajemy w formie calendarium (vide aneks). `ty Prekursor spraw niewidomych w Polsce `ty "Mając 22 lata straciłam wzrok całkowicie. Już wtedy nosiłam się z myślą zajęcia się niewidomymi w Polsce ... przez 10 lat przygotowywałam się do tej pracy" (2Ň). W ciągu 10-letniego okresu po wypadku (1898-1908Ň) Róża Czacka przemyśli gruntownie kolejne etapy tyflologicznego przygotowania się, zanim będzie mogła być użyteczna niewidomym. "Brak wzroku to zadanie do spełnienia" - słowa Róży stają się programem jej życia. "Z przyczyn polityczno-społecznych rozwój sprawy niewidomych w Polsce musiał mieć charakter swoisty - odmienny w każdym zaborze, opóźniony w stosunkach do państw zachodnich" (3Ň). Róża Czacka zdaje sobie z tego sprawę i widzi potrzebę nauki u obcych wtedy, gdy w kraju nabyć jej nie można. W tym celu prenumeruje pisma w znanych sobie językach (francuskim, angielskim). Uczy się samodzielnie alfabetu Braille'a, a sprowadziwszy polski alfabet z Zakładu Ciemnych we Lwowie, a francuski z Paryża. Sprowadza brajlowskie książki z zagranicy. Stara się gruntownie poznać psychologię niewidomych oraz ich możliwości pracy zarobkowej. Wyjeżdża do Francji, Szwajcarii, Austrii, później do Włoch. "Przekonawszy się o brakach ... w kształceniu niewidomych, postanowiła zwiedzić zakłady zagraniczne" - czytamy we wspomnieniach jej ciotki, Anny Branickiej. We Francji Róża Czacka poznaje ociemniałego Maurice de la Sizeranne'a, człowieka o podobnej kulturze i światopoglądzie, całkowicie oddanego sprawie niewidomych. Z końcem Xix wieku powołał on do życia Associaton Valentin Hauy pour le bien des aveugles (Stowarzyszenie Val. Hauy dla dobra niewidomych). Celem stowarzyszenia jest zajęcie się sprawą niewidomych na płaszczyźnie intelektualnej, moralnej, społecznej i materialnej. Oto znamienne słowa Sizeranne'a (1889Ň): "Nasze przedsięwzięcie udało się, ponieważ my, którzy je zapoczątkowaliśmy jesteśmy niewidomi. Mamy w tych sprawach kompetencje, które nam dało nasze kalectwo..." Sizeranne widzi jednak trzeźwo zarówno możliwości jak też ograniczenia niewidomych i uważa ich współpracę z widzącymi za konieczną. Koncepcja M. de la Sizeranne'a wydaje się Róży Czackiej bardziej prawdziwa i nowoczesna. Wiele lat później, w roku 1935, Matka Czacka napisze: "Konieczne są instytucje, które by łączyły w sobie wszelkie działy opieki nad niewidomymi i obejmowały w teorii i w praktyce całokształt sprawy niewidomych" (4Ň). Podobne placówki istnieją już: w Anglii - National Institute for the Blind, w St. Zjednoczonych - Foundation for the Blind, we Francji - Association Valentin Hauy. Róża Czacka pragnie wzbogacić Polskę o tego typu instytucję. Orientując się w poziomie wykształcenia i ogólnej kultury dorosłych niewidomych we Francji, zdaje sobie sprawę, że aktualnie w kraju nie znajdzie wystarczającej liczby niewidomych wykształconych, których mogłaby powołać do współpracy, jak to uczynił M. De la Sizeranne. "Doświadczenie zagranicy dostarczyło mi wzorów, które później starałam się wprowadzić w życie, zastosowując je jednak do warunków miejscowych" (5Ň). Wybitne zdolności intelektualne Róży Czackiej wiążą się u niej ściśle z poczuciem realizmu, z praktycznym działaniem. Jedną z podstawowych zasad jej pracy jest łączenie teorii z praktyką. Równolegle z dokształcaniem się w dziedzinie tyflologii Róża zapoczątkowuje tę praktyczną działalność. "Cała rodzina patrzyła na ciocię z podziwem, jak wprost z niczego rozpoczynała swoje dzieło i pracowała z takim zapałem i wytrwałością przy niezwykle słabym zdrowiu..." (6Ň). Róża Czacka rozumiała, że chcąc poszerzyć horyzonty niewidomym w kraju, musi zetknąć się z bliska z warunkami ich życia i pracy, sprawdzić możliwości ich reedukacji. Spieszy osobiście z wszelkiego rodzaju pomocą, odwiedzając niewidomych w ich mieszkaniach, w szpitalach. Stara się o pracę dla poszczególnych jednostek. Wyszukuje dzieci niewidome lub z zagrożonym wzrokiem w klinice okulistycznej. Jednocześnie nie przerywa studiowania rozwoju sprawy niewidomych w innych krajach, stale koresponduje z zagranicą. "... Czyta codziennie... nieustannie czujna na to, co się dzieje na świecie" (7Ň). Podejmując decyzje na całe życie, Róża Czacka wie już jakim brakom będzie trzeba zaradzić. Utartym zwyczajem ówczesnego otoczenia Róży było udzielanie niewidomym pomocy finansowej. Jednak jej to nie wystarczało. "Szybko wyprzedziła swoje środowisko, dojrzała dalekie perspektywy, wybiegła poza krąg sobie współczesnego sposobu myślenia" (8Ň). W maju 1911 roku, dzięki inicjatywie Róży Czackiej, zostaje opracowany i zatwierdzony statut Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. "Statut ten dawał uprawnienia do wszechstronnej opieki nad niewidomymi i zezwalał na prowadzenie szkoły w języku wykładowym polskim" (9Ň). Takie sformuowanie statutu to program, który ustawia sprawę niewidomych na całe lata w sposób dotąd w Polsce nie praktykowany. Zakładając Towarzystwo, Róża Czacka przekształca doraźną pracę w aparat sprawnie funkcjonujący (10Ň). Celem Towarzystwa ma być "przenikanie działalności od strony teoretycznej i praktycznej we wszystkie rodzaje potrzeb niewidomych" (11Ň). Myśl stworzenia Towarzystwa zrodziła się niewątpliwie pod wpływem M. de la Sizeranne'a i jego Association Valentin Hauy. Jednak realizować założenia statutu Towarzystwa Róża Czacka będzie zgodnie z potrzebami naszego kraju. (Do roku 1918 Róża Czacka działa na terenie zaboru rosyjskiego). Celem jej konsekwentnego działania stanie się pełna rehabilitacja niewidomego przez wyzyskanie wszystkich możliwych sprawności i zawodów. Róża Czacka daleko wybiega myślą w przyszłość, lecz jednocześnie tkwi mocno w teraźniejszości. Teraźniejszość ta domaga się w danej chwili skierowania wszystkich wysiłków na rozwój szkół. Róża Czacka wybierać będzie spośród wychowanków jednostki bardziej uzdolnione, kształcić je na miarę ich możliwości, by jak najszybciej wychować kadrę zrewalidowanych niewidomych, którzy staliby się pionierami sprawy. Pierwsze i zasadnicze nowatorskie posunięcie Róży Czackiej, to zawiązanie Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, które stawia sprawę niewidomych w Polsce na poziomie europejskim. Drugim takim posunięciem jest założenie zgromadzenia zakonnego Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w roku 1918. "Był to wówczas gest pionierski, który narzucił się świadomości społeczeństwa bezpośrednią swą użytecznością" (12Ň). Odcięta od Warszawy w ciągu I wojny światowej (1915-1918Ň), Róża Czacka wraca z Żytomierza w habicie jako siostra Elżbieta (wkrótce na życzenie biskupa nazywana Matką Elżbietą). "Gruby habit ze starej burki... był symbolem zerwania ze światem bogatych. (Matka Elżbieta) nie ulękła się zdziwienia, zgorszenia z powodu tego kroku. Przyszła do niewidomych nie jako ofiarna pani, lecz jako siostra i matka" (13Ň). Matka Czacka wykazuje rozmach prekursorski w różnych dziedzinach. Pracę w swoich zakładach ustawia w sposób nowoczesny, włączając do niej na równych prawach osoby widzące i niewidome, zakonne i świeckie - mają one ściśle współpracować dla dobra niewidomych. Forma gdzie indziej nie spotykana, dziś jeszcze zaskakuje zagranicznych gości zwiedzających Laski. Tak aktualny w chwili obecnej na świecie problem integracji, czyli kształcenia dzieci niewidomych w szkołach dla widzących, Matka Czacka dostrzega już w latach 30-tych i zaleca rozwiązywać go z wielkim umiarem. Rozpatruje zagadnienia nauki dzieci niedowidzących. Projektuje otworzyć w przyszłości dział dla moralnie zaniedbanych, szkołę dla umysłowo upośledzonych (jeden oddział istnieje już przed rokiem 1939 tytułem eksperymentu). W planie jest otworzenie działu dla głuchoniewidomych (pod koniec lat 30-tych w zakładzie laskowskim uczy się i wychowuje dziewczynka głuchoniewidoma). Matka Czacka jest w Polsce również prekursorem popularyzowania prawidłowych pojęć o psychice niewidomego, gdyż opracowania M.Grzegorzewskiej z tej dziedziny mają charakter ściśle naukowy i są przeznaczone dla wąskiego grona specjalistów. `ty Tyflolog `ty Róża Czacka podejmuje podwójną pracę. Z jednej strony to burzenie przesądów, które od wieków narosły wokół zjawiska ślepoty. Z drugiej - uświadamianie pod względem tyflologicznym samych niewidomych i społeczeństwa widzących, zarówno współpracowników jak i rzesz nieznanych ludzi dobrej woli w całym kraju. Zdając sobie sprawę, jak trudna do zrozumienia dla widzących jest psychika człowieka niewidomego. Róża Czacka widzi potrzebę wzajemnego zbliżenia świata widzących i świata niewidomych. W 20-leciu międzywojennym pod kierunkiem Matki Czackiej Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi rozpowszechnia dziesiątki drukowanych ulotek, szereg broszur, pisze memoriały do ministerstw (14Ň), mówiąc o możliwościach niewidomego, o tym jak społeczeństwo widzących może niewidomym pomóc. Matka Czacka prowadzi osobiście obszerną korespondencję z przedstawicielami wszystkich środowisk społecznych, otwierając im oczy na sprawę niewidomych. Całą tę akcję nazywa zdrową, rzeczową propagandą sprawy. Zaznacza, że z charakterem jej dzieła" (...) nie zgadza się (...) przesadna, hałaśliwa i jaskrawa reklama". Dzięki Matce Czackiej popularyzowanie sprawy niewidomych zatacza w Polsce szerokie kręgi. Odbywa się ono również przy przyjmowaniu w Laskach przedstawicieli ministerstw i in. urzędów, oraz licznych wycieczek z różnych środowisk. Matka Czacka korzysta z każdej okazji (15Ň), by zorganizować stoisko z eksponatami wyrobów niewidomych, a dla obsługi tego stoiska deleguje kogoś z inteligentnych, zrehabilitowanych niewidomych. Zależy jej bardzo na tym, aby prezentowane eksponaty - czy będą to modele mebli wiklinowych, czy koszyczki z rafii - były piękne. Zaprojektowanie ich powierza artystce wysokiej klasy, która również komponuje całość stoiska. W memoriale pisanym dla fundacji Rockefellera (maj 1932Ň) Matka Czacka podkreśla potrzebę stworzenia ośrodka, który by gromadził wszelkiego rodzaju dane i wiadomości teoretyczne i praktyczne dotyczące sprawy niewidomych w kraju i zagranicą oraz materiał doświadczeń uzyskiwany we własnych placówkach opieki... Pracę takiego ośrodka zapoczątkowuje Róża Czacka w Laskach i osobiście nią kieruje, nazywając tę placówkę działem tyflologii. Jednym z zadań tego działu mają być badania statystyczne. W roku 1925, na wniosek Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, zostaje przeprowadzona rejestracja niewidomych dorosłych i dzieci na ziemiach polskich. Kwestionariusze wypełnione w czasie tej rejestracji przekazano Towarzystwu. Na ich podstawie opracowano w Laskach jedyny pewny, choć niekompletny materiał statystyczny dotyczący niewidomych. W dziale tyflologii opracowuje się tablice statystyczne obrazujące dane cyfrowe odnośnie niewidomych w poszczególnych województwach. Róża Czacka czuwa osobiście nad tą pracą, która prócz naukowego ma i cel praktyczny. Wśród setek kwestionariuszy z danymi o dzieciach niewidomych wyszukuje się przede wszystkim adresy tych dzieci, które przypuszczalnie kwalifikują się do szkoły. Adresy te służą pracownikom Towarzystwa objeżdżającym w czasie wakacji letnich wsie danego regionu, aby przeprowadzić wywiady u rodzin dzieci i ewentualnie przywieźć dzieci do Lasek. Jest to w owych latach prawie jedyną drogą rekrutacji dzieci. Formularze kwestionariuszy otrzymanych w roku 1925 Matka Czacka uważa za przestarzałe, niekompletne i nietyflologicznie ujmujące dane o dziecku niewidomym. Przystępuje więc do opracowania nowego kwestionariusza dla dzieci. Znając wzory - angielski i francuski - porównuje, analizuje punkt po punkcie, przerabia, ulepsza, tworzy nową ankietę. Kartę okulistyczną i kartę dla internisty opracowuje ze specjalistami jako załączniki do kwestionariusza. Księgozbiór działu tyflologii w roku 1939 liczy 700 pozycji, zawiera też zaczątek muzeum. Dział ten współpracuje również z nauczycielami nad zagadnieniem pomocy szkolnych dla niewidomych. Czyni starania o tabliczki brajlowskie z zagranicy. Otrzymuje w komis tabliczki American Braille Press, które może odsprzedawać po cenie kosztu. Róża Czacka podejmuje inicjatywę wyrobu polskich tabliczek brajlowskich. Za poważną pozycję tyflologiczną trzeba uznać prace Matki Czackiej nad alfabetem brajla i nad skrótami, a także zapoczątkowanie biblioteki brajlowskiej dzięki społecznie pracującym kopistom (obszerniej o tym mowa na str. ...). Mimo zalewających ją obowiązków administracyjnych, ciągłych starań o fundusze na prowadzenie zakładów. Troski o budowę i rozwój szkół, Matka Czacka znajduje czas, by prowadzić kurs tyflologii dla personelu pedagogicznego w Laskach. Tyflologiczna informacja pracowników zakonnych i świeckich leży jej bardzo na sercu. Oto parę myśli wybranych spośród zachowanych fragmentów notatek z kursu: "To, co wam podaję, oparte jest na pracy ludzi, którzy życie swoje strawili na badaniu spraw niewidomych". Celem kursu, prócz zapoznania się ze sprawą niewidomych, jest to "żebyśmy wszyscy poczuli się związani, żebyśmy sercem przylgnęli do sprawy niewidomych". Społeczność niewidomych trzeba pokochać. Potrzebna jest wymiana wartości między niewidomymi a widzącymi. Inteligentny niewidomy może nauczyć widzących jak pomagać niewidomym. Wprost do niewidomych Róża Czacka mówi: "Nie jest obojętną rzeczą, jakimi wy jesteście. Musicie być wzorem poprzez wasze zachowanie się, waszą kulturę, wasz charakter. Jakimi wy będziecie może zaważyć na całej sprawie niewidomych w Polsce, poczuwajcie się do tej odpowiedzialności". Trzeba aby niewidomy umiał dać całą swoją miarę, aby nie szukał pomocy w tym, co może wykonać sam. Wspólnie z s. Teresą Landy Matka Elżbieta dokonuje wyboru lektury dla personelu, podnoszącej fachowe kwalifikacje. Uczestniczy w spotkaniach pracowników pedagogicznych poświęconych lekturze. "(...) Często uczestniczyłem w radach pedagogicznych (...) i z wielką uwagą wysłuchiwałem odpowiednich komentarzy jakie Matka dawała do książek o charakterze tyflologicznym, które były omawiane" (16Ň). Wszystkie wymienione tu inicjatywy składają się na nurt tyflologiczny, który Matka Czacka nazywa "pierwszym nurtem dzieła". W Triuno pisze: "Dział tyflologiczny jest jednym z najważniejszych, gdyż od niego w znacznej mierze zależy celowość, planowość i równowaga pracy różnych działów" (1935 r.). Zdaniem Ewy Grodeckiej ("Historia niewidomych polskich") działalność Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi na rzecz niewidomych w okresie międzywojennym ma "doświadczalny charakter". Przeprowadzane prace posiadają wartość "społeczno-naukową". Dodajmy, że pod określeniem "Towarzystwo" trzeba dojrzeć osobę Róży Czackiej, która jest inicjatorem i realizatorem tych wszystkich doświadczeń i nowatorskich posunięć. Gdyby nie pionierska praca naszej Matki..., w dziedzinie tyflologicznej byłoby obecnie dużo do nadrobienia" (17Ň). `ty Pedagog `ty Mówiliśmy już, że Matka Czacka nazywa pierwszym nurtem dzieła nurt tyflologiczny. "Drugi nurt (dzieła) to cała działalność wychowania, reedukacji i kształcenia niewidomych" - pisze w Triuno Matka Elżbieta. "Nieodrodna wnuczka Tadeusza Czackiego uznawała tylko gruntowne wykształcenie młodego pokolenia. Nie znosiła tandety ani blagi, szukała pierwszorzędnych źródeł" (18Ň). Ówczesny nuncjusz apostolski Achilles Ratti (później Ojciec św. Pius Xi) interesował się dziełem Matki Czackiej, udzielając swych rad i wskazówek. Monsignor Ratti znał zakłady dla niewidomych we Włoszech, rozumiał "złożoność i różnorodność problemu opieki nad niewidomymi" oraz "(...) potrzebę otoczenia niewidomych ludźmi o wysokim poziomie intelektualnym" (19Ň). Wskazówki nuncjusza Matka Czacka uznała za "podstawę dalszego kierunku całego dzieła" (20Ň). Swoje poglądy na wychowanie niewidomego wypowiedziała w artykule "Dziecko niewidome" (21Ň), a także w zbiorku "O niewidomych". Przedstawimy je tutaj w dużym skrócie. Wychowanie przedszkolne. Autorka kładzie nacisk na wyrobienie sprawności fizycznej i uformowanie pierwszych nawyków moralnych dziecka. Nazywa obie te sprawy "kapitałem na dalsze życie" niewidomego. Za główne zadania przedszkola uważa "wytworzenie w dziecku (...) podstawowych prawidłowych struktur psycho-fizycznych, na których oprze się jego dalsze wychowanie i kształcenie". A także "gruntowne wyćwiczenie zmysłów, każdego w jego funkcjach specyficznych i wszystkich w ich współpracy". Róża Czacka zaznacza, że wychowanie dziecka niewidomego i zakres zajęć przedszkola specjalnego nie różnią się od współczesnych metod wychowania przedszkolnego (dla widzących). Przedszkole istnieje w zakładach Towarzystwa bez przerwy od roku 1913 (22Ň). Szkoła. W artykule "Dziecko niewidome" Matka Czacka podkreśla, że ogólnie przyjęty program szkoły powszechnej można zastosować w szkole dla niewidomych, bo umysł człowieka niewidomego nie różni się od umysłu człowieka widzącego, "różnią się tylko narzędzia, a nie sam przedmiot nauczania, inna jest strona techniczno-materialna metody". Zdaniem autorki artykułu, nauka stanowi dla niewidomego "czynnik równowagi i zdrowia psychicznego". Zaleca niewidomych uczyć więcej, "zaprawiać ich do żywszej i ciąglejszej pracy umysłowej niż widzących na tym samym poziomie". Będąc sama niezmiernie wrażliwa na wartości historii i kultury, pragnie przekazywać te wartości wychowankom. Jak wszelkie inicjatywy Matki Czackiej, tak i szkoła powstała nie jako luźny pomysł, proste naśladownictwo tego co było zagranicą, ale jako podstawa programu pracy dla niewidomych. Szkoła w Laskach uzyskuje koncesję z Kuratorium w r. 1926 i opracowuje program zgodnie z programem ówczesnej 7-mio klasowej szkoły powszechnej. Ustawowo dopiero od r. 1932 przewidziano "utworzenie zakładów i szkół powszechnych specjalnych celem wychowania i kształcenia również dzieci niewidomych". W początkach lat 30-tych zaczęto wprowadzać do niższych klas laskowskiej szkoły powszechnej metodę ośrodków zainteresowań (dzisiejsze ośrodki pracy). Inicjatorem ich teoretycznych założeń był pedagog belgijski Decroly; w Polsce nazywane są nieraz ośrodkami Grzegorzewskiej. Intuicja pedagogiczna Matki Czackiej dostrzega niezastąpioną wartość tej metody dla małego dziecka niewidomego. Metody, które wiąże dziecko z konkretem, zapewnia mu bezpośredni kontakt z realnym życiem, a ćwicząc jego zmysły - chroni przed niebezpieczeństwem werbalizmu. Dzieci ze starszych klas szkoły powszechnej w godzinach popołudniowych uczą się rzemiosła. A więc już wtedy prowadzono szkolenie, które po Ii wojnie światowej wejdzie do programu szkoły podstawowej jako tzw. preorientacja zawodowa. "Jednym z najważniejszych przedmiotów szkolnych" nazywa Róża Czacka sprawność swobodnego poruszania się. Podaje szczegółowe wskazówki nauki prawidłowego chodzenia niewidomych. Cieszy ją każdy spontaniczny przejaw aktywności dziecka. "W zakresie wychowania fizycznego wchodzą prace domowe i gospodarcze, roboty w polu i w ogrodzie (...) dopomagają one w osiągnięciu sprawności w rzemiosłach (...). Udział w tych pracach pozwala też niewidomemu poznać praktyczną stronę życia (...) daje mu zadowolenie, że może dzielić trudy i wysiłki otoczenia" (23Ň). Zajęcia praktyczne dają "podstawę ścisłych poprawnych wyobrażeń i pojęć o świecie". Róża Czacka życzy sobie na przykład, aby na co dzień był dostęp do gliny dla swobodnej ekspresji dzieci. Wychowanie muzyczne. "... świat dźwięków jest otwarty dla niewidomego. Jest jakby ... jego królestwem ... śpiew i muzyka, poważnie traktowane, powinny mieć zaszczytne miejsce w wykształceniu i wychowaniu niewidomych" (24Ň). Matka Czacka bardzo przestrzega, by przy kształceniu brać pod uwagę, obok zdolności i charakteru, kulturę ogólną oraz poziom moralny niewidomego. Mniej zdolnych zaleca kształcić, aby podnieść ich kulturę i zapewnić im odpowiednie wykorzystanie wolnego czasu. Szkoły zawodowe 4-letnie (męska i żeńska) to dalszy etap kształcenia niewidomych w Laskach. Przy szkołach są warsztaty: koszykarski męski oraz galanterii koszykarskiej dla dziewcząt, a także warsztat szczotkarski. Po ukończeniu szkoły wychowankowie uzyskują dyplomy czeladnicze Izby Przemysłowo-Rzemieślniczej. W okresie 2-letniej nieobecności A.Marylskiego, któremu podlegało szkolenie warsztatowe (1931, 1932Ň), Róża Czacka wchodzi bardziej szczegółowo w te zagadnienia. W listach do A.Marylskiego oraz w "Pismach" poruszających sprawy szkolenia zawodowego dostrzec można właściwy jej realizm i zmysł praktyczny. Każde zagadnienie rozpatruje tak z punktu widzenia wychowawczego, jak i handlowej opłacalności. Interesuje się wszystkim, co tyczy pracy niewidomego, w drobnych szczegółach przewiduje na przykład rozkład tej pracy. System wychowawczy Róży Czackiej charakteryzuje "uszanowanie dla indywidualnych cech i właściwości każdego człowieka w granicach, w jakich nie krępowały osobowości innych" (25Ň). Ceniła "indywidualności mocne ... bujne, bogate ..." nie zrównywała" (ich) do jednego poziomu, aby nie zniszczyć w nich cennych darów" (26Ň). "Celem naszym winno być osiągnięcie dla każdego innej pełni rozwoju moralnego, intelektualnego i fizycznego, pisze Róża Czacka w zbiorku "O niewidomych". Podkreśla szczególnie wartość wychowania moralnego dla niewidomych. "(...) kładła duży nacisk na rozwijanie u niewidomych cech porządnego człowieka - uważała to za podstawę kształtowania charakteru" (27Ň). Zadaniem wychowawcy jest rozwijać wszystkie psychiczne władze niewidomego, chroniąc je zarazem przed zniekształceniami. Bronić dziecko przed bezczynnością. Dostarczać wartościowego materiału jego umysłowi i wyobraźni. Najważniejszą terapią jest nauka i praca, a także wyrabianie w niewidomym właściwego stosunku do jego kalectwa. To wychowawcze oddziaływanie trzeba zaczynać wcześnie, kiedy dla dziecka kalectwo nie jest jeszcze bolesnym przeżyciem. W tym okresie rozwojowym kształtujemy też w niewidomym przeświadczenie, że "nie jest skazany na to, aby tylko otrzymywać od innych, ale ma możność również dawać innym dobra duchowe oraz intelektualne". Róża Czacka jest zwolenniczką samodzielności niewidomego. Będąc sama osobą prawdziwie uporządkowaną, dąży nieustępliwie do wprowadzenia ładu w życie wychowanków. Za jeden z czynników tego porządkowania uważa regulaminy. Dobre wypełnianie regulaminu wiąże ze zrozumieniem wartości czasu. "(...) Wprowadzony raz rytm racjonalnego życia ... nie może być u naszych dzieci ani razu przerwany ... oni muszą umieć nie poddawać się trudnościom. To ich siła" (28Ň). Obok tego potrzebna jest również indywidualizacja, bo nieraz "nie można zastosować jakiejś z góry obmyślonej recepty" (29Ň). Prócz solidnej wiedzy pedagogicznej Róża Czacka posiada umiejętność wprowadzania zalecanych teorii w życie. Dawne wychowanki, wspominając ciężkie materialne warunki w początkach zakładu na Polnej, podkreślają że był to okres o niepowtarzalnym uroku, który płynął z bezpośredniego obcowania z Matką Elżbietą. Dziewczęta cieszyły się szczególnie na godzinę obierania ziemniaków, kiedy to założycielka pracowała razem z nimi, rozmawiając, żartując, opowiadając o zagranicznych zakładach dla niewidomych, ucząc przy okazji form towarzyskich. Swym poczuciem humoru rozładowywała wiele napięć. Zdaniem Matki Czackiej, proces wychowywania dziecka niewidomego ma przebiegać podobnie jak wychowywanie dzieci widzących. Aby nie wytworzyć jakiegoś getta niewidomych, nie wpaść w rutynę, wychowawca musi mieć możliwość porównania z życiem rodziny ludzi widzących, z ich trudnościami w wychowywaniu dzieci i innymi. Matka Czacka pragnie u wychowawcy "niewyczerpanej pomysłowości w zastępowaniu wrażeń wzrokowych przedmiotami dostępnymi dla dotyku" (30Ň). Na początku lat 20-tych Matka Elżbieta bardzo dużo zajmowała się dziećmi bezpośrednio. Co dzień chodziła na spacery, prowadzając wspólnie z jedną z sióstr około 20-tu dziewcząt. Wychowawczynie wraz z dziećmi przychodziły do niej na tzw. "sprawozdania" z przebiegu nauki, zabawy, zachowania (...). Daleka od wszelkiej czułostkowości w obcowaniu z dziećmi, potrafiła okazać wiele serca i ciepła, gdy zaszła potrzeba. Mawiała: "Bywają tacy co jak czołg jadą, by naprawiać i wiele niszczą". Sama naprawiała okazaniem miłości i serca. Jeszcze w początku lat 30-tych co dzień wieczorem, gdy dzieci już spały, odwiedzała przedszkole. Sprawdzała kto ma dyżur w sypialni, oglądała łóżeczka badając czy dziecko nie jest zbyt ciepło przykryte. Oglądała szczegółowo ubrania, zalecając by dzieci nie przegrzewać. Z bliska interesowała się hodowlą zwierząt domowych, prowadzoną z zamiłowaniem przez dziewczęta. W latach 1931 i 1932, gdy Antoni Marylski wyjeżdża na studia za granicę, odpowiedzialność za internat chłopców przejmuje Matka Czacka. Bogata jej korespondencja z A.Marylskim w tym okresie daje nam obraz jej pracy jako kierownika internatu i wychowawcy w jednej osobie. Każdy chłopiec ma do niej swobodny dostęp, może prosić o rozmowę w cztery oczy. W rozmowach tych prócz pragnień wieku chłopięcego, zdarzają się i sprawy poważne, np. "kto zapłaci za moją operację..." albo "chciałbym się przygotować do zawodu organisty...". Na spotkaniach z chłopcami Matka Elżbieta porusza szereg zagadnień tyflologicznych w sposób dla nich dostępny: "o dobrym wpływie niewidomych jednych na drugich, o stosunku do widzących i o tym jak powinni rozumieć ile dobrego przez porządny i uczciwy charakter mogą wśród niewidomych, a nawet wśród widzących, zrobić" (31Ň). Myśli również o rozrywkach dzieci i młodzieży. Pamięta o imieninach poszczególnych chłopców. Bierze żywy udział w życiu domu, spożywa nieraz z chłopcami posiłki. Podkreśla znaczenie udziału niewidomych w inscenizacjach, co wpływa na ich resocjalizację (słowo, gest, mimika, swoboda ruchów). Zwraca szczególną uwagę na to, czy dzieci są wesołe. "Tak potrzeba ludzi, którzy mniej by mieli trosk jak my (tzn. członkowie Zarządu - dopisek autora) i umieliby się z młodymi razem bawić ... Potrzeba, aby ktoś mądry czuwał nad tymi zabawami, nie przeszkadzając, przeciwnie dodając wesołości" (32Ň). Rozrywka niewidomego powinna mieć szczególnie dobry poziom, zawierać głębsze wartości natury moralnej, dawać przeżycia artystyczne. Wokół Matki Czackiej panuje atmosfera dziecięcej prostoty, ufności i pogody, co stwarza podatny grunt dla poważnych rozmów, które prowadzi z wychowankami, dla kontaktów indywidualnych czy zespołowych, w czasie których trafia do sumień dzieci i młodzieży. Zdaniem Róży Czackiej indywidualizowanie w wychowaniu, unikanie szablonu "odejmuje wiele ciężaru i goryczy życiu zakładowemu". W swym zbiorku "O niewidomych" porusza zagadnienie lektury: "(...) czytanie powinno być traktowane jako praca umysłowa (...) nie trzeba obawiać się dawania poważnych książek". Laski są domem niewidomych, "(...) wszystko w domu ma im służyć, oni jednak nie mają tworzyć jakiejś odrębnej kasty (...). Wyodrębnienie niewidomych nie jest celem, jest ono tylko środkiem mającym ułatwić ich naukę lub reedukację wymagającą specjalnych metod i sposobów" (33Ň). Pogodne znoszenie własnego kalectwa daje Matce Elżbiecie prawo stawiania wysokich wymagań współtowarzyszom losu. Pragnie ona, aby niewidomy zaakceptował "swoje kalectwo (...) ani nie wstydząc się go, ani nie brawurując (...), przez dobre przyjęcie przemieniając (je) w źródło łaski i mocy dla siebie i dla innych" (34Ň). "... Człowiek powinien przyjąć całkowicie odpowiedzialność za swoje życie (...), za swoje codzienne obowiązki i sprawy (...) nie wolno mu lekceważyć i zaniedbywać talentów (...). Zrealizowanie tego (...) w wychowaniu niewidomego to osiągnięcie nowoczesnego (...) dzielnego (...) typu pracownika niewidomego. (...) Takie rozwiązanie jest dopiero całkowitym rozwiązaniem chrześcijańskim" (35Ň). 2-go lipca 1961 roku na zjeździe niewidomych wychowanków Lasek padają słowa: "Jak się dobrze zastanowimy nad tym, czym nie jeden z nas jest na różnych stanowiskach, w dużej mierze zawdzięczamy to ciałem dziś nieobecnej, ale żyjącej wśród nas duchem Matce ... pamięć o Matce i o jej pracy pozostanie do ostatniego tchnienia wśród ... nas" (36Ň). `ty Znawca pisma brajlowskiego `ty "Rozpowszechnienie w zaborze rosyjskim systemu pisma punktowego jest zasługą Róży Czackiej i Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi ... (przez nią założonego). Czacka staje się pierwsza nauczycielką brajla w zakładzie na Dzielnej i wśród patronowanych w ich mieszkaniach. Staje się także organizatorką pierwszego zespołu widzących i niewidomych kopistów książek dla niewidomych i założycielką pierwszej w Polsce pokaźnej biblioteki brajlowskiej" (37Ň). W swoich zakładach Matka Czacka wprowadza alfabet "lwowski", który uważa za najlepiej dostosowany do języka polskiego. W roku 1925 zaczęto propagować alfabet tzw. "bydgoski". Róża Czacka przeciwstawia się temu i przeprowadziwszy obszerne studia, uzasadnia swój pogląd w artykule "System Braille'a w Polsce" drukowanym w szkole specjalnej (t. Vii 1931Ň). Zaznacza tam, że projekt jej "nie wprowadza nic nowego (...) opiera się całkowicie na dorobku międzynarodowych doświadczeń w sprawie alfabetu Braille'a (...) chodzi o to, aby oczyścić alfabet polski i przywrócić mu zarówno pierwotną i racjonalną jego formę, jak i ściślejszy związek z alfabetem międzynarodowym, i w ten sposób położyć podwalinę pod (...) system skrótów ortograficznych, który jest palącą potrzebą niewidomych z wykształceniem wyższym niż elementarne". W roku 1934 Ministerstwo Oświaty uznaje fachowość pracy Matki Czackiej, zatwierdzając ten alfabet jako obowiązujący w Polsce wraz ze skrótami I stopnia. Wiemy, że nad alfabetem brajla Matka Elżbieta pracowała głównie nocami. Uważała zawsze brajla za "punkt centralny kształcenia niewidomych. Chciała, aby (...) był dla nich narzędziem pracy, studiów, źródłem radości intelektualnych" (38Ň). Biblioteka brajlowska została zapoczątkowana w roku 1910. Pracę Biura Przepisywania Książek, zahamowaną przez pierwszą wojnę światową, wznowiono w roku 1929. W latach 1933-39 dział brajla mieści się w Warszawie przy ul. Wolności 4. W Biurze Przepisywania Książek pracuje wówczas bezinteresownie ponad 100 osób. Róża Czacka nazywa to biuro częścią opieki ponadzakładowej, a społeczną pracę kopistów określa jako jeden z "najpiękniejszych uczynków miłosierdzia intelektualnego" (39Ň). "Biblioteka będzie zawsze jednym z najważniejszych działów opieki nad niewidomymi" pisze Róża Czacka i może być całkowicie przez niewidomych obsłużona. Książka jest "istotnym czynnikiem równowagi psychicznej" (40Ň). Po uzyskaniu maszyny drukarskiej z kliszami parafinowymi donosi z radością A.Marylskiemu (1927 r.): "będziemy mieli potrzebne podręczniki do szkoły". Książka brajlowska powinna być "całkowicie podobna do książki zwykłej w tym, co ma jakikolwiek związek z treścią... Myśl jej i wrażenie językowe (...). W wyborze środków należy iść jak najdalej po drodze odrębności dotyku" (41Ň). Katalogi bibliotek zagranicznych wykazują, iż znaczny odsetek książek jest pisany skrótami, co zmniejsza objętość tomów - stwierdza Matka Czacka. Omawia formaty książek, wielkość znaków brajlowskich, typy tabliczek brajlowskich. Jest zorientowana w różnych sposobach drukowania, włącznie z drukarskimi maszynami elektrycznymi w nowoczesnych drukarniach. Artykuł swój kończy słowami: "... ci wszyscy, którym leży na sercu przyszłość ... czytelnictwa niewidomych w Polsce, powinni dążyć do zjednoczenia swoich wysiłków celem podniesienia poziomu intelektualnego polskich niewidomych". `ty Osobowość `ty O Matce Czackiej jako o człowieku można by napisać książkę (42Ň). W szczupłych ramach tej pozycji ograniczyć się musimy do bardzo pobieżnego szkicu. W latach dziecinnych i wczesnej młodości osobowość Róży Czackiej formuje środowisko rodziny trzypokoleniowej, żyjącej pracą dla kraju, tradycją pradziada Tadeusza Czackiego, Komisji Edukacji Narodowej, tradycjami powstań, tragedią rozbiorów Polski... Rodziny głęboko religijnej. Formację tę uwieńczy jednak cios, jaki dotknie 22-letnią Różę. "Brak wzroku to zadanie do spełnienia" powie Matka Czacka. Możemy jedynie domyślać się, ile bólu i zmagań wewnętrznych kryje się za tym rzeczowym, obiektywnym stwierdzeniem. Po decydującej rozmowie z dr Bolesławem Ryszardem Gepnerem, który postanowił diagnozę, że wzrok jest nieodwracalnie stracony, młoda osoba zamyka się na trzy dni w swoim pokoju. Gdy wyszła stamtąd, była już spokojna i mocna, z powziętym zamiarem służenia polskim niewidomym przez całe życie. O zamiarze tym otoczenie miało się dowiedzieć dopiero w 10 lat później. Róża Czacka ma od początku zdrowy stosunek do własnego kalectwa. O swojej ślepocie mówi tak, jak to będzie zalecała innym - "prosto, jak o fakcie dokonanym" (43Ň). Nie ucieka od życia i jego trudów. Realnie rozumie swą przyszłą pracę i realnie do niej się sposobi. Przezwyciężenie skutków kalectwa to podstawa jej równowagi psychicznej. Matka Czacka łączy w jednej osobie cechy, zdawało by się, nie do pogodzenia. Żywa, bezpośrednia, pełna kobiecego uroku i ciepła w kontakcie z człowiekiem, jest jednocześnie zorganizowana, systematyczna, wymagająca ładu nie tylko w rzeczach ważnych, ale i w szczegółach. "Moje dziecko, to co się robi, trzeba zawsze wykonać jak najlepiej się da" - mawiała. Hasłem życiowym Matki Czackiej jest tradycja i postęp. Bardzo otwarta na wszystko co nowe, jednocześnie rozumie, że mądrość wieków kryje się w tradycji, że nie stworzy się nic nowego, co nie byłoby w jakiś sposób zakotwiczone w przeszłości. Wobec tego, wszystko, co robi, ma cechy spokoju, dojrzałości. Wszystko jest bardzo mądre, bo wrośnięte w mądrość ludzką zawartą w tradycji. Ma postawę człowieka, który bez przerwy uczy się od innych, nie ustaje w poszukiwaniach, wzbogaca swą wiedzę w ciągu całego życia. Szuka zdania fachowców, nie polega na sobie. Pisze na przykład, jak dużo można nauczyć się od robotników: "nie trzeba myśleć, że nasz autorytet się zmniejszy jeżeli podyskutujemy z robotnikami, uważając bardzo na to, co oni mówią". "Przełożeństwo swoje uważa za służbę dla wszystkich, nigdy za coś, co jej ambicji mogło schlebiać" (44Ň). Przedziwna prostota i pogoda ducha znamionowały Matkę Czacką. "Kochała życie, lubiła żartować i śmiała się często" (45Ň). Wyniesiony z domu rodzinnego gorący patriotyzm i umiłowanie ojczyzny kierowały takimi decyzjami Matki Czackiej, jak dwukrotne zorganizowanie na terenie zakładu szpitala wojskowego, jak dzielenie się wszystkim - żywnością, odzieżą zakładową - z ofiarami wojny, uciekinierami z płonącej Warszawy. We wrześniu 1939 i w latach okupacji hitlerowskiej mocna i mężna jej postawa, niezmącony spokój i równowaga dodawały ducha wychowankom, pracownikom i wszystkim, którzy się z nią zetknęli. W osobowości Róży Czackiej uderzają ponadto cechy rzadko występujące u Polaków. Róża Czacka potrafi czekać, charakteryzuje ją wielka długomyślność w spojrzeniu na sprawy i trudności, w rozwiązywaniu najbardziej konfliktowych problemów, nie ma w niej nic z niepokoju, z nerwowego pośpiechu. Nie żałuje czasu na staranne przemyślenie każdej decyzji, na gruntowne zapoznanie się z zagadnieniem, obca jej jest wszelka powierzchowność. A raz powziętą decyzję szybko wprowadza w czyn. Będąc nowoczesną w stosowaniu metod działania, nie cofa się przed kosztami tam, gdzie tego wymaga sprawa niewidomych. Jednocześnie od siebie i od sióstr wymaga praktykowania ubóstwa. Róża Czacka nie posiadała urody w potocznym znaczeniu tego słowa. Urok jej twarzy stanowiły pokój i pogoda oraz piękno, jakie niesie ze sobą młodość usposobienia. Niewidzące, a piękne oczy, zwrócone ku drugiej osobie, zdawały się patrzeć - tyle wyrazu było w jej wrażliwej twarzy. Jak mało kto z tych, którzy widzą, Matka Czacka wyczuwała psychiczny stan rozmówcy, jego zmęczenie, samopoczucie, nastrój. Nie da się przekazać bogactwa odcieni jej głosu, który - nieodłączny od całej sylwetki - mówił o kulturze uczuć, o delikatności Matki Elżbiety, działał kojąco, a z wielką mocą... Dawna pracownica domu Czackich, Helena Makowiecka, później s. Franciszka, pisze w swoich wspomnieniach: "Róża Czacka miała piękne ruchy (...), trzymała się prosto, twarzą zwrócona zawsze ku mówiącemu". Zewnętrzne formy zachowania, sposób bycia, zmysł porządku, zaradność w codziennej samoobsłudze daje obraz niewidomej, która osiągnęła w doskonałym stopniu "rehabilitację" własnego kalectwa. Zadziwiała jej wszechstronność - znała się w szczegółach na gotowaniu, praniu, szyciu, sprzątaniu. Ręce jej były zawsze zajęte - robiła swetry, pończochy, rękawiczki. "Matka uczyła gorącego zaangażowania się w sprawę niewidomych" (46Ň) słowami, przykładem i atmosferą jaką wokół siebie wytwarzała. W osobie Matki Czackiej splatały się w jedno - prawdziwa kobiecość z męską konsekwencją, logiką i energią. Podziwu godny był pełen umiaru jej kontakt z ludźmi, czego nie ułatwia brak wzroku. Potrafiła ośmielić maluczkich, tych najbardziej nieudolnych. Lecz gdy okoliczności tego wymagały, umiała być stanowcza, nieugięta. Wielki był autorytet Matki Elżbiety Czackiej. `ty Dopowiedzenie `ty Podsumowując wielokierunkową działalność Róży Czackiej podkreślić trzeba, że dzieło swoje tworzyła w warunkach bardzo trudnych. W ciągu pierwszego 20-lecia swojej pracy dla niewidomych (1910-1930Ň) osobiście chodziła po mieszkaniach i urzędach, aby zebrać drobne ofiary lub uzyskać subwencję na dalsze prowadzenie zakładów, znosząc szereg upokorzeń i przykrości. Jej bose stopy we franciszkańskich sandałach nieraz bywały starte do krwi lub zsiniałe z zimna. Drogę z Lasek do Warszawy niejednokrotnie przebywała pieszo, czasami po dwa razy dziennie. W Warszawie nie korzystała z taksówek, jeżdżąc tramwajami. Z chwilą powstania zaczątku zakładu opuściła pałacyk Czackich na Zielnej, aby dzielić z niewidomymi wynajmowane kolejno mieszkania, wybierając dla siebie najskromniejszy kąt w rodzaju ciasnego korytarzyka czy sionki. Jej niepospolita odwaga, hart i wielkoduszność sprawiały, że nieustanny brak środków materialnych nie hamował rozmachu w powstawaniu coraz to nowych placówek dzieła. Prócz trudności finansowych dawał się we znaki brak odpowiednich ludzi na stanowiska kierownicze. Śmierć zabierała osoby, z którymi założycielka wiązała wielkie nadzieje. A jednak "umiała skupić przy sobie ludzi, którzy całe życie oddali sprawie" (47Ň), miała ogromny wpływ na ludzi widzących. Kapitał trudu i wyrzeczenia założycielki rodzi owoce. W kilkadziesiąt lat od powstania Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi pierwsze kadry absolwentów laskowskich, ukończywszy studia średnie, a wielu przypadkach wyższe, zaczynają wchodzić do instytucji zajmujących się niewidomymi, obejmując różne odpowiedzialne funkcje. Jeden z absolwentów, mówiąc o osiągnięciach pracowników zakładów w Laskach, kończy tymi słowy: "... wszystko to było tylko rozdziałem Wielkiej Rzeczy, którą stworzyła Matka Czacka" (48Ň). `ty Przypisy `ty (1Ň) Karnkowska Pelagia, siostra Róży, z listu do s. Adeli Góreckiej, 1933. (2Ň) Czacka Róża, m. Elżbieta - Historia i zarys organizacyjny dzieła Lasek z okazji jego 25-lecia - Laski, 8 Vi 1935. (3Ň) Grodecka Ewa - Historia niewidomych polskich. Polski Związek Niewidomych, Warszawa 1960. (4Ň) Czacka Róża, m. Elżbieta - Historia i zarys org. - poz. cyt. (5Ň) Czacka Róża, m. Elżbieta - idem. (6Ň) Karnkowska Maria, siostrzenica Róży - Wspomnienia. (7Ň) Marylski Antoni - O działalności społecznej matki Czackiej. Laski, 2 Vii 1961. (8Ň) Landy Zosia, s. Teresa - Wspomnienia, 1961. (9Ň) Czacka Róża, m. Elżbieta - Pisma - 24 I 1936. (10Ň) W opracowaniu strony prawnej statutu pomógł ociemniały Stanisław Bukowiecki. (11Ň) Marylski Antoni - Laski. Szkoła Specjalna nr 1-4 1946ż8ş47. (12Ň) Mirewicz Jerzy ks. - Wspomnienia. (13Ň) Landy Zofia, s. Teresa - Wspomnienia. (14Ň) Myślą wiodącą każdego memoriału jest wytrwałe dążenie do zdobycia jakiegoś nowego dobra dla niewidomych. Zachowało się 5 memoriałów pisanych w latach 30-tych. (15Ň) W r. 1928 Wystawa organizowana przez Wydział Opieki Społecznej w Warszawie. W r. 1929 Polska Wystawa Krajowa w Poznaniu. W r. 1937 i 1938 wystawy organizowane w kilku miastach wojewódzkich w dniu ogólnopolskiej kwesty na rzecz placówek Tow. Opieki nad Ociemniałymi. (16Ň) Buczkowski Józef - Wspomnienia, 1961. (17Ň) Gawrysiak Zofia, s. Cecylia - Wspomnienia, 1961. (18Ň) Landy Zofia s. Teresa - Wspomnienia. (19Ň) Czacka Róża, m. Elżbieta - Historia i zarys org. - poz. cyt. (20Ň) Idem. (21Ň) Czacka Róża, m. Elżbieta - Dziecko niewidome, Ku szczytom, Wilno, Xż8şXi 1938. (22Ň) P.Villey pisze w swej Pedagogice dla niewidomych, wydanej w r. 1930: "Nie posiadamy wcale przedszkoli". Dzięki Róży Czackiej poszliśmy pod tym względem dalej niż Francja. (23Ň) Czacka Róża, m. Elżbieta - Pisma - O niewidomych. (24Ň) Idem. (25Ň) Landy Zofia, s. Teresa - Wspomnienia. (26Ň) Idem. (27Ň) Lossow Halina - s. Joanna - Wspomnienia. (28Ň) Doroszewska Janina - Matka Czacka w oczach przyjaciół - Laski, 1973. (29Ň) Czacka Róża, m. Elżbieta - Notatki osobiste, 6 X 1927. (30Ň) Czacka Róża, m. Elżbieta - Pisma - O niewidomych. (31Ň) Czacka Róża, m. Elżbieta - Listy do A.Marylskiego. (32Ň) Czacka Róża, m. Elżbieta - Notatki osobiste - 1927. (33Ň) Tow. Opieki n. Ociemniał. - U niewidomych, broszura, 1936. (34Ň) Czacka Róża, m. Elżbieta - Triuno - Laski 1936. (35Ň) Idem. (36Ň) Balwierz Stefan - Przemówienie na zjeździe w Laskach 2 Vii 1961. (37Ň) Grodecka Ewa - Historia niewidomych polskich - poz. cyt. (38Ň) Landy Zofia, s. Teresa - M.Elżbieta Czacka jako fachowiec sprawy niewidomych - lata 50-te. (39Ň) Czacka Róża, s. Teresa - Książka niewidomego, Szkoła Specjalna I-V W-wa 1934ż8ş35. (40Ň) Idem. (41Ň) Idem. (42Ň) Piękną prośbę ujęcia tej bogatej osobowości jest artykuł Janiny Doroszewskiej - Matka Czacka w oczach przyjaciół - ... (43Ň) Landy Zofia, s. Teresa - Wspomnienia. (44Ň) Marylski Antoni - Wspomnienia, 1972. (45Ň) Ulatowski Stefan ks. - Wspomnienia. (46Ň) Wykrzykowska Romana, m. M. Stefania - Przedmowa do książki A.Gościmskiej - Matka Czacka jako tyflolog i wychowawca (maszynopis). (47Ň) Wyszyński Stefan ks. Kardynał Prymas - Z przemówienia w dn. 12 V 1961, Laski. (48Ň) Rogowski Bartłomiej - Niewidomi ludzie w moim życiu - Helsinki 1978r. `ty Bibliografia `ty I. Źródła Czacka Róża - m. Elżbieta - Dyrektorium, Laski 1922-28 (maszynopis) fragmenty drukowane w: Chrześcijanie t.Ii Warszawa 1976. - Historia i zarys organizacyjny "Dzieła Lasek" z okazji jego 25-lecia. Laski 8 Vi 1935 (maszynopis). - Triuno, Laski 1936, 1945 (maszynopis). fragmenty druk. j.w. - O niewidomych, Laski 1927ż8ş28 (maszynopis). fragmenty - drukowane j.w. - Memoriały - Laski lata trzydzieste (maszynopis). - Dziecko niewidome, "Ku szczytom", Wilno Xż8şXi 1938. Róża Czacka - m. Elżbieta i Landy Zofia - s. Teresa - Książka niewidomego, "Szkoła Specjalna", t.Xi Warszawa I-V 1934ż8ş35. - System Braille'a w Polsce "Szkoła Specjalna" t.Vii, Warszawa 1931. Róża Czacka - m. Elżbieta - Notatki osobiste (maszynopis, fragmenty druk. w: Chrześcijanie j.w.). - Listy do Antoniego Marylskiego 1931-1932 (maszynopis, fragmenty druk. w: Chrześcijanie j.w.). Ii. Opracowania Doroszewska Janina - M.Czacka w oczach przyjaciół - Laski 1973. Gościmska Alicja - M.Czacka jako tyflolog i wychowawca - Laski 1978 (maszynopis). Grodecka Ewa - Historia niewidomych polskich w zarysie, Warszawa 1960. Henri Pierre - La vie des aveugles, Paris 1948. Landy Zofia - s. Teresa Wspomnienia (maszynopis) - M.Elżbieta Czacka jako fachowiec sprawy niewidomych lata 50-te (maszynopis). Marylski Antoni - Laski - "Szkoła Specjalna" nr 1-4 1946ż8ş47. Marylski Antoni - Działalność społeczna M.Czackiej, Laski 2 Vii 1961 (maszynopis). - Wspomnienia - 1972 (maszynopis). `ty Aneks `ty Kalendarz działalności Róży Czackiej oraz Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi przez nią założonego 1876 - 22 X - Urodziny Róży Czackiej w Białocerkwi na Ukrainie z ojca Feliksa i matki Zofii z Ledochowskich. 1898-1908 - Utrata wzroku oraz decyzja zajęcia się niewidomymi w Polsce. Samodzielna nauka czytania i pisania alfabetem Louis Braille'a. Prace przygotowawcze dotyczące założenia Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. 1910 - Założenie schroniska dla niewidomych dziewcząt w Warszawie przy ul. Dzielnej 37. Dziewczęta uczą się galanterii koszykarskiej, trykotarstwa ręcznego. Zaczątek biblioteki brajlowskiej. 1911 - 11 V Zatwierdzenie przez władze rosyjskie statutu założonego przez Różę Czacką Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, instytucji opartej na zasadach tyflologicznych, mającej na celu wszechstronną opiekę nad niewidomymi. - Wyjazd Róży Czackiej za granicę w celu zwiedzenia zakładów dla niewidomych w Szwajcarii, Austrii i Francji. 1912 - Róża Czacka poznaje osobiście w Paryżu wybitnego działacza sprawy niewidomych, ociemniałego Maurice de la Sizeranne'a (działalność jego znała już z literatury przedmiotu). 1911-1914 - W Warszawie powstają dalsze placówki: warsztat koszykarski dla mężczyzn z internatem, patronat (opieka otwarta) przytułek dla staruszek z warsztatem torebkarskim - na Złotej, Biuro Przepisywania Książek metodą brajla, szkoła dla chłopców z językiem wykładowym polskim - na Złotej, ochronkę dla małych dzieci niewidomych (1913Ň). 1914 - Zapoczątkowanie kolonii letnich w Otwocku i w majątkach prywatnych. 1915-1918 - Wyjazd Róży Czackiej do rodziny na Wołyń, odcięcie od Warszawy wskutek działań wojennych. Pobyt w Żytomierzu. 1917 - 19 Xi - Róża Czacka przywdziewa habit franciszkański i przyjmuje imię zakonne - Elżbieta. 1918 - 28 V - Róża Czacka - s. Elżbieta - wraca do Warszawy na ul. Polną 40, dokąd został przeniesiony zakład. - 29 Xi - Róża Czacka zwalnia większość dotychczasowego personelu. Przejęcie zakładu przez siostry i nadanie mu charakteru nowoczesnej instytucji. (Podczas lat nieobecności Róży Czackiej zakład zszedł do roli przytułku). 1918 - 1 Xii - Oficjalna data założenia Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża powołanego do służby niewidomym. 1919 - Istnieje już szkoła powszechna koedukacyjna dla niewidomych z programem obowiązującym w ówczesnych szkołach tego typu. 1920 - Umieszczenie zdolniejszych uczniów w szkole średniej dla widzących. 1921 - V - Antoni Daszewski ofiarowuje Towarzystwu 5 morgów ziemi w Laskach na skraju Puszczy Kampinowskiej. - 27 X Ciężka choroba Róży Czackiej. Operacja. 1922 - Iv. - Zgłasza się do pracy w dziele Róży Czackiej Antoni Marylski, który stanie się wkrótce najbliższym jej współpracownikiem i budowniczym zakładu w Laskach. - 14 Vii - Zmiana w składzie Zarządu Towarzystwa. Róża Czacka zostaje jego prezesem. - Ix. Przeniesienie części zakładu z Warszawy do Lasek. 1923 - 15 Ii - Nominacja Róży Czackiej na przełożoną generalną zgromadzenia. 1923-1926 - Przeniesienie wszystkich zakładów zamkniętych Towarzystwa z Warszawy do Lasek. 1925 - 30 Iv - prezydent RP nadaje Róży Czackiej Krzyż Oficerski Orderu Polonia Restituta. 1925 - Z inicjatywy Towarzystwa przeprowadzono spis niewidomych w Polsce. 19000 zebranych kwestionariuszy przekazano Towarzystwu do opracowania. 1926 - Landy Zofia - s. Teresa, która ukończyła wydział filozofii w paryskiej Sorbonie, zostaje kierowniczką szkoły w Laskach. Pełni tę funkcję do r. 1939. Szkoła otrzymuje oficjalne zatwierdzenie przez Kuratorium. 1928-1934 - Podjęcie przez Różę Czacką pracy naukowej z zakresu tyflologii: nad właściwym układem alfabetu brajla i nad skrótami brajlowskimi. 1929 - Zakończenie budowy domu dla chłopców w Laskach (szkoła z internatem). - Uzupełnienie statystyki niewidomych z roku 1925; otrzymano 29000 kwestionariuszy. 1930 - Kupno posesji pofabrycznej w Warszawie przy ul. Wolności 4. Mieszczą się tam: dział brajla, dział opieki otwartej - sklepy wyrobów niewidomych, warsztaty, stołówki itp. Przeniesienie domu z ul. Polnej 40 na ul. Wolności 4. 1933 - Ostateczne wykończenie domu dziewcząt w Laskach (szkoła z internatem). - Nauczyciele laskowscy podejmują studia w Instytucie Pedagogiki Specjalnej. 1934 - Ministerstwo Wyznań i Oświecenia Publicznego zatwierdza skróty brajlowskie, proponowane przez Różę Czacką, jako obowiązujące we wszystkich szkołach dla niewidomych w Polsce. - Towarzystwo otrzymuje maj. Kraśniczyn woj. lubelskie, jako zapis na rzecz "'Instytucji kierowanej przez Matkę Czacką". 1935ż8ş36 - Dla zdolnych uczniów prowadzi się w Laskach kurs I klasy gimnazjalnej, a w następnym roku również klasy Ii gimnazjalnej. - Przejęcie pod opiekę Towarzystwa Niewidomych Śląskich. - Powstanie domu w Chorzowie. 1936 - 13 i 14 Ix - Pierwsza ogólnopolska zbiórka na cele Towarzystwa. Powstanie z inicjatywy Towarzystwa i pod jego opieką Ośrodka Zdrowia dla okolicznej ludności Lasek. 1937 - 25 V-28 Vii - Pobyt Róży Czackiej we Włoszech, zwiedzanie zakładów dla niewidomych. - Utworzenie w Laskach działu dla dzieci niewidomych upośledzonych umysłowo (12 chłopców). - Rozpoczęto kształcenie głuchoniemej dziewczynki. - Powstanie 2 czteroletnich szkół zawodowych, męskiej i żeńskiej. 1937ż8ş38 - Absolwenci szkoły w Laskach studiują w Instytucie Pedagogiki Specjalnej. 1938 - Pod opieką patronatu pozostaje 650 niewidomych: w Laskach, Warszawie, Poznaniu, Wilnie, Krakowie, Chorzowie. - 9 absolwentów szkoły zawodowej pracuje w warsztatach szkolących w Laskach. 1938 - 7 wychowanków kształci się w gimnazjach warszawskich. - Towarzystwo wydzierżawia folwark Pieścidła, 60 km od Lasek; dostarcza on zakładowi żywności, służy na kolonie letnie dla niewidomych z Warszawy. 1938ż8ş39 - Zakład Ciemnych we Lwowie zwraca się do Towarzystwa z propozycją przejęcia Zakładu. 1939 - 1 Ix - Wybuch Ii wojny światowej. - 4-7 Ix - Ewakuacja zakładu z Lasek do warszawskiego domu przy ul. Wolności 4 i do Żułowa (folwark majątku Kraśniczyn, woj. lubelskie). - W Laskach zostaje 10 sióstr dla niesienia pomocy rannym i uciekinierom. Róża Czacka wyjeżdża do domu warszawskiego. - 17-20 Ix - Bitwa na terenie zakładu w Laskach. - Zniszczenie budynków zakładowych w 75%. - 25 Ix - Zburzenie domu przy ul. Wolności 4 w Warszawie. Róża Czacka ciężko ranna, zmiażdżone oko, złamana ręka. - X - Powrót sióstr z Warszawy do Lasek. - Powrót niewidomych dzieci z Żułowa. Częściowe uruchomienie szkoły w Laskach. - Zorganizowanie szpitala wojskowego w Laskach jako filii Szpitala Ujazdowskiego. - Społeczny Komitet Samopomocy umieszcza w Laskach 30 dzieci widzących, ofiar wojny, których rodzice zaginęli. Dzieci te uczą się w zakładzie. Powrót Róży Czackiej z Warszawy do Lasek. - Władze niemieckie rozwiązują Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, pozostawiając Zakład. - Towarzystwo działa nielegalnie. - Z majątku Kraśniczyn władze niemieckie zostawiają Zakładowi tylko małą resztówkę na folwarku Żułów. 1940-1941 - Uruchomienie przedszkola, szkoły powszechnej niepełnej (konspiracyjnie) oraz warsztatów szkolących w Laskach. Tajne komplety gimnazjalne dla zdolniejszych uczniów. - W Warszawie otworzenie patronatu i Biura Przepisywania Książek. - Na zarządzenie władz niemieckich dom z ul. Wolności przenosi się na ul. Sienną, potem na Elektoralną 9. 1944 - 1 Viii - Wybuch powstania warszawskiego. - Decyzją Róży Czackiej Laski przystępują do niesienia pomocy powstańcom. Powstaje szpital dla rannych w laskowskim domu rekolekcyjnym i w domu dziewcząt. W domu Towarzystwa w Warszawie, Elektoralna 9 działa filia Szpitala Maltańskiego i punkt opatrunkowy PCK, obsługiwane przez personel Zakładu. 1945 - 18 I - Wyjście Niemców z zakładu w Laskach. 1945 Ii- 1946 V - Towarzystwo przejmuje opiekę nad świeżopowstałym domem dla ociemniałych inwalidów wojennych w Surchowie, woj. lubelskie - na życzenie zarządu PCK w Lublinie. - Towarzystwo deleguje personel z Lasek do pracy w tym ośrodku reedukacji. Wśród personelu znajduje się 5 niewidomych instruktorów, absolwentów zakładu w Laskach. Kierownikiem całości jest H. Ruszczyc delegowany z Lasek. 1945 - W Lublinie powstaje szczotkarska Spółdzielnia Pracy Niewidomych. Założycielami jej są absolwenci Lasek pod kierunkiem M. Sękowskiego. - W Żułowie powstaje ośrodek szkolenia i pracy niewidomych dziewcząt. 1945-48 - W Laskach funkcjonuje przywrócone przedwojenne gimnazjum. Po jego skasowaniu przez władze szkolne Towarzystwo zaczyna prowadzić średnią szkołę zawodową. 1946 - V - Towarzystwo przejmuje poniemieckie gospodarstwo rolne w Sobieszowie kż8şGdańska z myślą o zorganizowaniu tam kolonii letnich dla dzieci z Lasek. 1947-48 - Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi zostaje oficjalnie reaktywowane i wpisane do rejestru stowarzyszeń. - Do programu szkół dla niewidomych wchodzi przysposobienie do pracy w przemyśle. - W Laskach odbudowuje się spalone budynki (od roku 1945Ň). Stawia się 6 baraków na pomieszczenia warsztatowe, infirmerię, oddział brajla. - Funkcjonują: Przedszkole, Szkoła Podstawowa, Gimnazjum zawodowe, Warsztaty - tkacki, dziewiarski, dział przysposobienia do pracy w przemyśle. W Żułowie powstaje dom dla starszych kobiet niewidomych (dziewczęta odsyła się do Pniewa skąd przejmuje się starsze niewidome). 1947ż8ş48 - W Laskach prowadzi się 2-letni kurs masażu (przyspieszony) dla 23 absolwentów Szkoły Zawodowej. 1948 - 5-ro wychowanków uczy się w szkołach średnich w Warszawie. - Wprowadzenie do Szkoły Zawodowej dziewiarstwa maszynowego. - 19 Xi - Róża Czacka powołuje Radę Współpracowników Niewidomych w Laskach. 1949 - Ksiądz Prymas Stefan Wyszyński przydziela zgromadzeniu ss Franciszkanek Służebnic Krzyża kościół św. Marcina i klasztor przy ul. Piwnej 9ż8ş11 w Warszawie. - Wprowadzenie do Szkoły Zawodowej tkactwa. 1950 - Wskutek poważnego zagrożenia zdrowia Róża Czacka wycofuje się z prac kierowniczych w zgromadzeniu i Towarzystwie, przekazując urząd przełożonej generalnej zgromadzenia, swej następczyni. 1950-1951 - Rozpoczęto szkolenie zawodowe amputantów (będzie ono trwało 17 lat). 1953 - Rozpoczyna się w Laskach szkolenie głuchoniewidomej 14-letniej Krystyny Hryszkiewicz. 1954-1955 - W warsztatach uruchomiono dział drzewny i metalowy. 1956 - Założenie przez absolwentów Lasek Spółdzielni dziewiarskiej Nowa Praca Niewidomych w Warszawie pod kierunkiem Henryka Ruszczyca. 1957 - Dział szkolenia zawodowego amputantów jedno i oburęcznych wychodzi z okresu eksperymentu, zostaje opracowany program nauczania. - Rozpoczęto szkolenie w zakresie nauczania. 1961 - 15 V - Śmierć Róży Czackiej. Pochowana na cmentarzu w Laskach. `tc Zofia Krzemkowska.ă Życie i Pracaă Władysława Winnickiego `tc `ty Wstęp `ty Bydgoskie środowisko niewidomych zostało usatysfakcjonowane faktem, że wśród najwybitniejszych inwalidów wzroku, szczególnie zasłużonych dla ruchu niewidomych w Polsce, znalazł się jego przedstawiciel - Władysław Winnicki. Mija 27 lat od jego śmierci (w 1988 roku). Czas najwyższy uchronić od zapomnienia i opracować pozostałe po Zmarłym materiały. Ze względu na duże zasługi, jakie wniósł w sprawy niewidomych, trzeba przekazać potomnym omówienie jego życia i pracy. Zajmiemy się wymienionym tematem w kilku aspektach. Przedstawimy postać Władysława Winnickiego jako nauczyciela, działacza i organizatora ruchu związkowego na Pomorzu oraz człowieka. Przedstawimy również wspomnienia osób żyjących i pracujących z nim na co dzień przez wiele lat. `ty Ważniejsze fakty z życia `ty Władysław Winnicki urodził się 28 maja 1884 roku we wsi Trzebcz, powiat Chełmno, woj. pomorskie. Rodzina posiadała dziewięcioro dzieci. Władysław był trzecim z kolei. Ojcem jego był Antoni, matką - Anna, z domu Gumowska. Pochodził z rodziny oficjalistów. W roku 1898 ukończył siedmioklasową szkołę powszechną w Ostrowitem, powiat Wąbrzeźno. Od 15 kwietnia 1899 roku do 15 grudnia 1902 uczył się ślusarstwa artystycznego u Franciszka Ziółkowskiego w Wąbrzeźnie. Tu złożył egzamin na pomocnika ślusarskiego. 13 grudnia 1901 roku, w czasie nauki zawodu, wskutek wypadku przy pracy stracił wzrok w lewym oku, mimo natychmiastowej pomocy dr Kunza w Toruniu i prof. dr Hirschberga w Berlinie. Wkrótce zachorował na "spastyczne zapalenie tęczówki" prawego oka. Żeby ratować prawe oko, trzeba było usuwać lewe. W związku z tym Władysław Winnicki musiał zmienić pracę. Kolejno był zatrudniony: od 1 października 1904 roku - jako elew gospodarczy w majętności Mgowo, od 1 października 1905 roku - jako drugi urzędnik gospodarczy w majętności Wałycz, a następnie, od 1 grudnia 1910 zajmował stanowisko samodzielnego urzędnika w Taczanowie, u ordynata Taczanowskiego. Wzrok ulegał systematycznemu pogarszaniu. Aby go ratować, przebywał rok w klinice dr Stasińskiego w Poznaniu, poddając się 12 operacjom oczu. W latach 1913-1917 nadal intensywnie leczył się u dr Kunza w Toruniu i prof. Fuchsa w Wiedniu, przeprowadzając 6-tygodniową kurację głodową. W 1918 roku, w Wojewódzkim Zakładzie dla Ociemniałych w Bydgoszczy, nauczył się maszynopisania. W tym samym roku wstąpił do seminarium nauczycielskiego w Toruniu, które ukończył 22 czerwca 1921 roku, uzyskując świadectwo dojrzałości. Krajowe Starostwo Pomorskie powołało go, dnia 2 stycznia 1921 roku, na nauczyciela niewidomych dzieci w Bydgoszczy. W związku z tym, Kuratorium Okręgu Pomorskiego w Toruniu skierowało go na roczny kurs do Państwowego Instytutu Pedagogiki Specjalnej. Wymagany egzamin zdał w 1923 roku, pisząc pracę dyplomową pt. "Nauka poglądowa w szkole dla ociemniałych". Ministerstwo Oświaty wydało mu 15 listopada 1924 roku dyplom upoważniający do nauczania niewidomych dzieci. 22 stycznia 1922 roku poślubił Janinę Klarę Weigieltównę, córkę wdowy po nauczycielu ze Śremu. 17 października 1923 roku urodził im się syn Tadeusz, a 3 grudnia 1925 córka Krystyna. Od 1 stycznia 1921 do 3 września 1939 roku Władysław Winnicki pracował na stanowisku nauczyciela w Wojewódzkim Zakładzie dla Ociemniałych w Bydgoszczy. Był zatrudniony w zasłużonej placówce oświatowej, ponieważ zakład dla ociemniałych w Bydgoszczy powstał w 1872 roku. Bogate tradycje i stworzony klimat sprzyjał ożywionej działalności pedagogicznej. Po zabezpieczeniu mienia bydgoskiego zakładu opuścił go wraz z innymi pracownikami 3 września 1939 roku. Do roku 1942 pozostawał bez pracy. Od 5 listopada 1942 do 28 czerwca 1944 był nauczycielem w zakładzie dla ociemniałych w Królewcu, na terenie Niemiec. Od 18 kwietnia 1945 roku do 31 maja 1947 roku pracował jako urzędnik w wojewódzkim wydziale szkolnym w Bydgoszczy. Od 1 czerwca 1947 roku był nauczycielem organizatorem zakładu dla niewidomych w Bydgoszczy, po wojennej przerwie. 9 października 1948 roku Wydział Samorządu województwa pomorskiego mianował go kierownikiem szkoły. 12 kwietnia 1949 roku został mianowany dyrektorem zakładu. Od 1 kwietnia 1949 roku był członkiem PZPR, a w marcu 1951 roku został I sekretarzem POP. Od października 1952 roku pełnił funkcję przewodniczącego Frontu Narodowego, działającego przy szkole dla niewidomych. Był również członkiem TPPR. Od 30 czerwca 1958 roku do 30 lipca 1961 roku pracował jako nauczyciel kontraktowy, w niepełnym wymiarze godzin. Uczył w szkołach podstawowej i zawodowej. Większość życia władysław Winnicki spędził w mieszkaniu przy ul. Kołłątaja 12 m 6 w Bydgoszczy, z żoną, synem i córką. Tu czerpał siły do dalszej pracy. Zmarł, po długich i ciężkich cierpieniach, 9 listopada 1961 roku. Jego pogrzeb odbył się w niedzielę, 12 listopada, o godzinie 15-tej, na cmentarzu na Bielawach. Pogrzeb był prawdziwą manifestacją żalu środowiska niewidomych. Nad trumną żegnał zmarłego, w imieniu środowiska, ówczesny prezes PZN, Mieczysław Michalak. Za swoją działalność zawodową i społeczną Władysław Winnicki został odznaczony: Medalem X-lecia PRL, Srebrnym Krzyżem Zasługi, Honorową Odznaką za szczególne zasługi dla woj. bydgoskiego w latach 1945-60 oraz Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Przeżył 77 lat. `ty Nauczyciel `ty On mnie nauczył@ pierwszych liter.@ On księgę otworzył@ i zobaczyłem@ jak gorące, burzliwe@ były dzieje ojczyste.@ On mi pokazał@ piękno krajobrazu@ nazwy drzew odczytywałem@ z listów - liści.@ Poznałem głosy ptaków@ ich radosną rozmowę.@ On mnie nauczył wypowiadać słowa -@ o miłości,@ dobroci,@ o krainie słońca. ("Nauczyciel", Zbigniew Jeżyna) Z krótką, wojenną przerwą Władysław Winnicki przepracował wśród dzieci i młodzieży niewidomej najpiękniejsze lata swego życia, od 1921 do 1961 roku. W tym 33 lata w bydgoskiej szkole dla niewidomych. Jakie miał przygotowanie do pracy pedagogicznej? Czego uczył? Jaki pozostał, po latach, w pamięci swych uczniów, zwierzchników, kolegów i współpracowników? Co mu zawdzięczają? Jakie cechy jego osobowości ich zafascynowały? Na te i inne pytania postaramy się odpowiedzieć w niniejszej pracy, poprzez wspomnienia żyjących i nieżyjących, do których udało nam się dotrzeć. Jak wspomnieliśmy w życiorysie, już jako niewidomy, jeden z nielicznych wówczas, ukończył w Toruniu seminarium nauczycielskie, a w Warszawie, pod kierunkiem dr Marii Grzegorzewskiej, PIPS. Uczył się tam tak specjalistycznych przedmiotów, jak: psychologia pedagogiczna, psychologia dziecka, metodyka nauczania ociemniałych, z dziejów wychowania ociemniałych (wyciąg z odpisu dyplomu). Z większości wymienionych przedmiotów otrzymał oceny dobre. Ta specjalistyczna wiedza, oprócz wszechstronnego przygotowania ogólnego, zadecydowała o dobrych wynikach w pracy pedagogicznej. Przyczyniła się do tego również bieżąca współpraca ze związkiem niewidomych na szczeblu wojewódzkim i centralnym oraz uczestnictwo w szkoleniach tyflologicznych. Dawało to aktualne informacje o życiu i pracy niewidomych, które z kolei można było przekazać młodzieży. Osobiście, bezpośrednio docierał do swych uczniów rozproszonych w terenie. `ty Nasz nauczyciel, przyjaciel, wychowawca `ty Jak wynika ze wspomnień uczniów i współpracowników, Władysław Winnicki był aktywny i dobrze zrehabilitowany. Mimo całkowitej utraty wzroku poruszał się samodzielnie, nawet po nieznanym terenie. Jego energiczny, donośny głos, rozlegający się po szkolnych korytarzach, mobilizował uczniów do skupienia uwagi na omawianym temacie i budził respekt. A oto wspomnienia uczniów i współpracowników Władysława Winnickiego. Antoni Maślankowski przepracował jako wychowawca wśród niewidomych 48 lat. "Już na początku swojej pracy w Wojewódzkim Zakładzie dla Ociemniałych w Bydgoszczy, w 1923 roku, spotkałem się z Władysławem Winnickim, który był wówczas młodym, początkującym nauczycielem. Był to dobry człowiek, serdeczny dla ludzi, samodzielny, uczciwy, rzetelny, ale wymagający od siebie i innych. Podziwiałem u niego przede wszystkim dbałość o mienie zakładu. W 1939 roku, po wybuchu wojny, nie opuścił szkoły, dopóki nie zabezpieczył jej mienia. W 1947 roku założył czteroosobowy zespół do przepisywania brajlem podręczników szkolnych. W skład zespołu wchodzili: Maria Krygier, Zygmunt Sawilski, Władysław Winnicki i ja. Przepisaliśmy społecznie na potrzeby bydgoskiej szkoły 120 brajlowskich tomów. Towarzyszyłem mu również w wizytach u bydgoskich mechaników, których zachęcał do produkowania tabliczek dla niewidomych. Wiele energii pochłonęło wykwaterowanie instytucji zajmujących gmach zakładu przy ul. Krasińskiego 10 w Bydgoszczy. W realizacji wymienionych zadań był przedsiębiorczy i konsekwentny. Nie ustępował tak długo, aż nie osiągnął zamierzonego celu". W okresie międzywojennym uczennicą Władysława Winnickiego była Salomea Krajewska-Kryjom. Oto jak po latach wspomina swego nauczyciela: "Pan Winnicki świetnie wykładał historię. Szczególnie barwnie opisywał bitwy. Odnosiło się wrażenie, że jest się na polu walki. Stąd właśnie, z jego lekcji datuje się moje zainteresowanie historią i powieściami historycznymi. Dzięki dobrym podstawom, jakie dał mi mój nieodżałowany nauczyciel, historia nie sprawiała mi trudności. Zaliczałam ją do ulubionych szkolnych przedmiotów. W nauczaniu niewidomych dzieci, obrazowy, opisowy język, ma szczególne znaczenie. Będąc sam niewidomym, doskonale rozumiał nasze potrzeby. Do współpracy z uczniami wniósł dużo humoru i dlatego był bardzo lubiany. Wśród uczniów utarło się powiedzenie: "pan Winnicki szybko leci i przewraca wszystkie dzieci". Może rzeczywiście tak się kiedyś zdarzyło, bo chodził bardzo szybko. Halina Kasprzyk-Zelcer spotkała się z Władysławem Winnickim kilkakrotnie. Oto jak wspomina tamte chwile: "Przyszłam do szkoły w Bydgoszczy w 1938 roku. Miałam 6 lat. Byłam uczennicą pierwszej klasy, a pan Winnicki uczył w trzeciej. 20 sierpnia 1943 roku pojechałam do szkoły dla niewidomych do Królewca. Właśnie tego dnia pełnił dyżur w zakładzie pan Winnicki. On mnie przyjmował. Był jedyną znaną mi osobą, łagodzącą rozłąkę z domem i z ojczyzną. W zakładzie były wtedy dzieci niemieckie, litewskie i polskie. Wiele mu zawdzięczam, a przede wszystkim to, że zdołałam przetrwać i nie czułam się tak bardzo osamotniona, a w razie potrzeby mogłam do niego pójść i liczyć na pomoc. Niejednokrotnie z resztą z tego korzystałam. Ponieważ oboje pochodziliśmy z Bydgoszczy, często jeździliśmy razem na wakacje. Byliśmy w Królewcu do lipca 1944 roku. Znane mi są fakty, kiedy pan Winnicki był prześladowany przez zwierzchników, a nawet niemiecką młodzież, za wyróżnianie polskich dzieci. Mój kontakt z panem Winnickim nie skończył się na Królewcu. Od 1946 roku, mimo że byłam młodociana, przyjął mnie na członka związku. Dzięki temu wraz z mamą mogłyśmy korzystać z kartek żywnościowych pierwszej kategorii, co przy ówczesnych kłopotach było dużą ulgą". Człowiek o otwartym sercu - tak nazywa go Tadeusz Błażejewski, który mówi: "Gdy miałem 17 lat, w wyniku wybuchu miny straciłem wzrok. Mieszkałem na wsi. Nikt z moich bliskich nie znał możliwości niewidomych. Gdy miałem 20 lat, umieszczono mnie w zakładzie dla starszych niewidomych w Piechcinie. Tu odnalazł mnie pan Winnicki i bez wahania, narażając się personalowi zakładowemu, zabrał mnie do Bydgoszczy. Istniejąca tam szkoła była przeznaczona dla niewidomych dzieci, a ja byłem znacznie starszy od innych uczniów. Jednak pan Winnicki przyjął mnie do niej. Tu nauczyłem się brajla i zamiłowania do książki. Te moje pasje, które zawdzięczam swemu nauczycielowi, przetrwały do dziś. Jemu także zawdzięczam uzyskaną rentę. Gdy sprawę odrzucił sąd w Gdyni, pan Winnicki, na prośbę moich rodziców, sam napisał na maszynie odpowiednie pismo i nie ustawał w staraniach aż do pozytywnego jej załatwienia. Jego pomoc przekraczała obowiązki nauczyciela. Żadna sprawa niewidomego nie była mu obojętna. Przed zawarciem związku małżeńskiego przedstawiłem mu moją narzeczoną Eugenię. Szukałem rady u życzliwego mi człowieka w podjęciu tak ważnej życiowej decyzji. Wraz z kolegą Dądorowiczem odwiedziliśmy w szpitalu pana Winnickiego krótko przed jego śmiercią. Był wzruszony naszą pamięcią, częstował gruszkami, a my nie przypuszczaliśmy, że jest to nasze ostatnie spotkanie z przyjacielem, z człowiekiem o czułym sercu, któremu nie tylko my, ale wielu innych niewidomych uczniów tak wiele zawdzięcza". Tyle wspomnień. Można by tu cytować ich wiele, bo Władysław Winnicki miał tysiące uczniów rozproszonych po całej Polsce. Ponieśli wżycie jego słowa, czyny i przekazaną wiedzę, aby przejąć pałeczkę i kontynuować rozpoczęte przez niego dzieło. Najwłaściwsza spłata zaciągniętego długu wdzięczności to praca dla innych niewidomych, w myśl wskazań nauczyciela. Zachowała się w teczce osobowej opinia bezpośredniego zwierzchnika - kierownika szkoły, nieżyjącego już Henryka Piotrowskiego, wystawiona 20 marca 1954 roku. Przytaczamy ją dosłownie jako ważne, naszym zdaniem, świadectwo jego pracy jako nauczyciela i ocena tej pracy przez zwierzchników: "Władysław Winnicki osiąga wyniki odpowiednie. Nie żałuje swego czasu osobistego, wkłada wiele starań nad utrzymaniem należytego poziomu w klasie, douczając tych, którzy przybywają w ciągu roku i mają luki w wiadomościach albo nie znają pisma niewidomych. Dba o dyscyplinę pracy i podnoszenie poziomu wychowawczego w klasie i w całym zespole wychowanków. Gorliwie zajmuje się pracą społeczną i partyjną w zakładzie, wypełniając obowiązki sekretarza POP, członka rady miejscowej i doradcy koła ZMP. Jest zawsze ruchliwy i czynny. Dobrym nastrojem wpływa w sposób pozytywny na ogół uczniów i pracowników". O wysokiej ocenie pracy nauczycielskiej Władysława Winnickiego świadczy także nekrolog, zamieszczony 11 listopada 1961 roku w "Gazecie Pomorskiej": "Zmarł długoletni nauczyciel w szkole podstawowej i zawodowej Państwowego Zakładu dla Dzieci Niewidomych. W zmarłym tracimy człowieka, który całe życie poświęcił młodzieży niewidomej". Nekrolog podpisali: dyrekcja, pracownicy i POP. O tym, że Władysław Winnicki był nie tylko dobrym nauczycielem, ale także wymagającym zwierzchnikiem i świetnym organizatorem pracy w zakładzie, świadczy zachowany w teczce osobowej, pierwszy powojenny, po dziewięciu latach przerwy, protokół z posiedzenia rady pedagogicznej z 16 października 1948 roku, sporządzony przez ówczesnego nauczyciela - Feliksa Banaha. Wynika z niego szczegółowy przydział obowiązków członka rady pedagogicznej i troska kierownika o całokształt zakładowego życia. W pracy pedagogicznej napotykał Władysław Winnicki na szereg trudności. Początkowo związane były one z koniecznością akceptacji utraty wzroku, zmiany zawodu, wypracowania metod nauczania niewidomych dzieci. Był przecież wówczas, w okresie międzywojennym, jednym z nielicznych niewidomych nauczycieli. Jego praca w tym zawodzie była pionierska. Dążył także do rodzinnej stabilizacji, do zapewnienia rodzinie - żonie i dwojgu dzieciom - odpowiednich warunków materialnych. W czasie okupacji był aresztowany przez Niemców za swoją działalność na rzecz polskich niewidomych. Po wojnie pierwszoplanowym zadaniem, jakie sobie postawił, było zorganizowanie dawnego zakładu dla niewidomych w Bydgoszczy, zapewnienia mu pomieszczeń, sprzętu, kadry, uczniów. Borykał się z brakami finansowymi, z niedoborem podręczników i zniszczonych przez okupanta pomocy naukowych. Do ostatnich chwil, mimo ciężkiej choroby, żył sprawami bydgoskiego zakładu, jego uczniów i absolwentów. Zawsze służył im radą i pomocą. Jego prywatne mieszkanie stało otworem dla niewidomych, którzy znajdowali tu informację i pomoc. Do jej udzielania włączył również członków rodziny, zwłaszcza syna Tadeusza, który był kontynuatorem jego działań. 30 lat przepracował w bydgoskim zakładzie dla niewidomych - najpierw współpracując z ojcem, który przekazał mu sztukę uczenia niewidomych dzieci, a potem samodzielnie, lecz korzystając z jego rad i doświadczenia. Starsze pokolenie niewidomych, mimo upływu lat, dobrze pamięta dzieło Władysława Winnickiego. Jest mu wdzięczne za uzyskaną wiedzę, umiejętności praktyczne, wiarę w możliwości każdego niewidomego, dobroć i życzliwość okazywaną napotkanemu człowiekowi potrzebującemu jego pomocy. Wyrazem tej uczniowskiej wdzięczności niech będą słowa Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, zaczerpnięte z wiersza pt. "O wielkiej wdzięczności": "ja w tym wierszu wypowiadam całego siebie@ dla was i o was nauczyciele ...@ bezmierny mój dług wdzięczności,@ więc strof mi potrzeba@ jak w słońcu grająca kapela,@ żeby po całym kraju@ rozsławił się,@ rozgłosił@ wysiłek nauczyciela ...@ jakże nie pisać wiersza,@ jakże nie płonąć w podzięce@ za światło co się rozszerza,@ za dar najpiękniejszy,@ za wiedzę!@ Nasz świat jest słonecznym światem,@ nasz świat na wiedzy stoi -@ i dlatego dziś wieńczę oświatę,@ o przyjaciele moi!" `ty Organizator i działacz ruchu niewidomych na Pomorzu `ty Nieść pomoc towarzyszom niedoli, zrzeszać ich we własnej organizacji, organizować dla nich pracę, polepszać byt materialny ich rodzin - to nie mniej ważne zadania, jakie postawił sobie Władysław Winnicki w pracy na rzecz niewidomych. W 1923 roku powstał Związek Cywilnych Niewidomych na Wielkopolskę z siedzibą w Bydgoszczy, który w następnym roku objął Pomorze. Od 24 kwietnia 1924 roku Władysław Winnicki był sekretarzem a następnie prezesem związku. Jak wynika z zachowanych protokołów, zarząd związku zajmował się między innymi: przyjmowaniem nowych członków, przydziałem psów przewodników i drzewa opałowego z lasów państwowych, organizowaniem wycieczek (m.in. do lasu gdańskiego i na śluzy), udzielaniem stałych zapomóg i okolicznościowych pożyczek na uruchomienie kiosków, zakładaniem składnic surowca tak, aby niewidomi mogli go nabywać po zniżonej cenie, zakupem odzieży, żywności, prowadzeniem kasy pogrzebowej, organizowaniem akademii okolicznościowych z bogatym programem artystycznym, wygłaszaniem pogadanek uzupełniających wiedzę członków w Polsce. W 1923 roku związek liczył 35 członków a w 1939 - 110. Fundusze związku pochodziły ze składek członków i z dobrowolnych składek społeczeństwa, ofiarowanych w odpowiedzi na 10 tysięcy nadsyłanych rocznie listów. Siedziba związku mieściła się przy ul. Gdańskiej 17, przy Placu Piastowskim 2 i Kołłątaja 9 w Bydgoszczy. Stałym punktem działalności związku były obchody gwiazdkowe organizowane na terenie Bydgoszczy od 1923 do 1950 roku, z przerwą wojenną. Polegały one na organizowaniu poczęstunku dla niewidomych i członków rodzin oraz na wręczaniu paczek odzieżowo-żywnościowych. Ich wartość zależała od zgromadzonych funduszów. Współpracownikami prezesa Władysława Winnickiego w pracy związkowej w okresie międzywojennym byli: asesor sądowy Osowicki, Jaros oraz Skrzypaczak. Władysław Winnicki współpracował również z Towarzystwem Opieki nad Niewidomymi, działającym w tym okresie w Bydgoszczy oraz ze schroniskiem dla samotnych niewidomych - głównie kobiet - istniejącym przy ul. Kołłątaja 9. Wymownym świadectwem pracy w Związku Cywilnych Niewidomych są wspomnienia jego syna Tadeusza. "W 1921 roku mój ojciec wynajął od spółdzielni mieszkaniowej trzypokojowe mieszkanie przy ul. Kołłątaja 12. Były to pokoje: stołowy, sypialny i gabinet, w którym od 1927 roku mieściło się biuro związkowe, zaopatrzone w telefon. Tu przychodzili do ojca niewidomi interesanci, potrzebujący przede wszystkim pomocy materialnej. Na tym głównie polegała działalność związku. Pamiętam, jak towarzyszyłem ojcu do cukrowni w Nakle, aby od jej właściciela otrzymać cukier na potrzeby niewidomych. Podobnie fabryka obuwia Wernerowskich przekazywała niewidomym bezpłatnie obuwie, a restaurator Teper dostarczał posiłki dla najbiedniejszych niewidomych. Uzyskanie tej pomocy wymagało od ojca wielu zabiegów. W wędrówkach po prywatnych właścicielach często towarzyszyłem ojcu jako przewodnik. Nasze mieszkanie było nie tylko biurem związkowym. Gromadzono w nim również otrzymywane dary, do chwili ich rozprowadzenia wśród niewidomych". W pracy związkowej Władysław Winnicki musiał pokonywać wiele trudności, związanych głównie z brakiem zatrudnienia dla niewidomych oraz kłopotami finansowymi i niezgodą w działaniu wśród samych niewidomych. Przez ogół członków jego praca była wysoko oceniona. Świadczy o tym podziękowanie złożone mu za "reprezentowanie niewidomych i troskę o ich sprawy", wyrażone w protokole z 4 grudnia 1938 roku oraz wypłacona wówczas nagroda w wysokości 125 złotych. Związek Cywilnych Niewidomych został rozwiązany przez Niemców, którzy skonfiskowali ulokowane w bankach fundusze. Mimo, że bezpośrednio po wojnie jeszcze nie istniała organizacja niewidomych o charakterze ogólnopolskim, Władysław Winnicki zajmował się sprawami niewidomych Pomorza. O pracy Władysława Winnickiego, jako współorganizatora Związku Pracowników Niewidomych RP, świadczą wspomnienia prezesa, dr Włodzimierza Dolańskiego. "Władysław Winnicki był na terenie Bydgoszczy popularną postacią, orędownikiem spraw niewidomych. Po drugiej wojnie światowej był współorganizatorem jednolitej organizacji niewidomych, która jest wobec władz państwowych wyrazicielką potrzeb niewidomych. Zadaniem związku było zatrudnienie wszystkich zdrowych niewidomych i otoczenie pomocą tych, którzy jej potrzebowali. W realizacji tego trudnego zadania znalazłem w koledze Winnickim wiernego współtowarzysza pracy, który całą swoją energię, doświadczenie i entuzjazm oddał bezinteresownie dla dobra ogółu niewidomych. Od 1946 roku był członkiem ZG Związku Pracowników Niewidomych RP. Na terenie Bydgoszczy walczył o zachowanie schroniska dla niewidomych z warsztatami, które miały być przeniesione do Chlebna, w powiecie wyrzyskim, a budynek w Bydgoszczy przeznaczono na inne cele. Ileż to razy jeździliśmy z kolegą Winnickim po terenie całego kraju, niezależnie od pory roku, mrozu i śniegu. Była to niecodzienna postać. Współpracując z nim z bliska ceniłem nie tylko jego odwagę cywilną, zdolność organizacyjną, ale nie-często spotykaną zaletę: stawianie dobra ogólnego nad wszystko inne. Chętnie przemawiał na zebraniach i uroczystościach. Chociaż nie był krasomówcą, treścią przemówienia, wypowiedzianego donośnym głosem, potrafił poruszyć słuchaczy. W 1948 roku podczas lustracji schroniska powiedział np. "my, niewidomi, nie tylko chcemy ciągle brać, ale wręcz przeciwnie, staramy się na równi z widzącymi zająć odpowiednie miejsce w społeczeństwie. Pragniemy pracować dla kraju i wspólnie odbudowywać ojczyznę". Związek Pracowników Niewidomych RP, Oddział w Bydgoszczy, skupiał 450 członków na ogólną liczbę 1913. Pośredniczył w szkoleniu i zatrudnianiu niewidomych w przemyśle. Udzielał pożyczek na uruchomienie warsztatów. Rozprowadzał kartki żywnościowe I kategorii, bezpłatne bilety tramwajowe i teatralne, rozdzielał zegarki, maszyny czarnodrukowe, surowce szczotkarskie itp. W latach 1947-1950 sekretarzem bydgoskiego oddziału związku była żona prezesa, Klara Winnicka. Zebrania związkowe, z braku lokalu, odbywały się często w ich prywatnym mieszkaniu. Współpracownikami prezesa w okresie powojennym byli m.in.: Roman Konstańczak, Henoh Drat, Adam Chełmniak, Henryk Cywiński, Hieronim Kwiatkowski. Inicjatywie prezesa zawdzięczamy poszerzenie form pracy związku. Ważną rolę propagandową spełnił np. koncert zorganizowany w Domu Robotnika 24 kwietnia 1947 roku. Zawierał on podpisy niewidomych w grze na fortepianie i skrzypcach, śpiewie solowym, demonstrowaniu umiejętności posługiwania się brajlem, produkcji szczotek, koszyków, robót ręcznych. Wpłacane datki miały zasilić fundusze związkowe. Władysław Winnicki czynił również starania o przydział surowców dla pracujących szczotkarzy. Chodziło szczególnie o korzeń ryżowy, piasawę, basynę, o zakup noży szczotkarskich. Dążył do utworzenia Spółdzielni Inwalidów Niewidomych "Gryf" zatrudniającej inwalidów wzroku. Po zorganizowaniu Polskiego Związku Niewidomych w 1951 roku, w związku z prowadzeniem aparatu etatowego i budżetu państwowego, prezes Winnicki zostaje odciążony od szeregu obowiązków, ale honorowym prezesem pozostał do śmierci. Reprezentował bydgoskich niewidomych na dwóch krajowych zjazdach PZN. Oto wspomnienia kierownika bydgoskiego okręgu PZN, Klemensa Grai, o współpracy z prezesem Winnickim: "Nasz kontakt datuje się od 1948 roku. Pan Winnicki był wówczas nie tylko działaczem terenowym, ale również naszym przedstawicielem na szczeblu centralnym. Byłem wychowankiem Władysława Winnickiego. Zakładałem w szkole dla niewidomych koło ZMP, a on był jego opiekunem. Podziwiałem u swojego nauczyciela samodzielność, przedsiębiorczość, chęć działania, odwagę i śmiałość. Umiał radzić sobie w każdej sytuacji. Nie dał się odepchnąć, jeśli chodziło o sprawy niewidomych. Ich dobro leżało mu zawsze na sercu. Mimo upływu lat trudno pogodzić się nam z jego stratą. Dotąd nie mieliśmy tak zaangażowanego prezesa PZN. Niewidomi Pomorza bardzo dużo mu zawdzięczają. Mnie wypatrzył spośród innych, ukierunkował i dzięki niemu w 1953 roku zostałem członkiem urzędującym związku. Do dziś pracuje w PZN. Nauczył mnie solidnej pracy dla dobra innych ludzi". `ty W oczach najbliższych `ty "Chcąc żyć współczesnością, nie zapominaj o przeszłości". W myśl powyższego motta, przedstawimy Władysława Winnickiego jako człowieka, takiego jakim pozostał w oczach najbliższych. Obraz ukazanej postaci byłby niepełny, gdybyśmy ograniczyli się jedynie do jego osiągnięć zawodowych i społecznych. Dlatego w końcowym rozdziale naszej pracy powiemy o tym, co myślą o Władysławie Winnickim jego najbliżsi. Zrobimy to, posługując się wspomnieniami syna Tadeusza i kolegi - dr Włodzimierza Dolańskiego. Wspomina syn: "Atmosfera mojego domu rodzinnego była spokojna, bez napięć. Sprzyjała działaniu. Obowiązywał ustalony rytm życia, odmierzany godzinami posiłków: o 8-mej śniadanie, o 14-tej obiad, o 19-tej kolacja. Przestrzegał go przede wszystkim ojciec, który niechętnie wprowadzał zmiany. Ojca cechowało umiłowanie ładu i duża wewnętrzna dyscyplina. Dzięki temu wszystko miało swoje miejsce. Nie trzeba było niczego szukać, na wszystko był czas, mimo tylu różnych obowiązków. Ojciec był korpulentny, ale to nie przeszkadzało mu ani w szybkim chodzeniu, ani w działaniu. Czasem nawet nie liczył się z kondycją towarzyszącego mu przewodnika. Toteż potrafił go solidnie zmęczyć. Wierną towarzyszką i przyjacielem ojca była matka - Janina Klara z domu Weigielt. Młodsza od niego o 7 lat, przeżyła go również o 7 lat. Była osobą szczupłą, średniego wzrostu, bardzo subtelną, kobiecą, delikatną. Często pozostawała w cieniu ojca, ale świetnie go rozumiała. Była jego oczami i rękoma. Towarzyszyła mu wszędzie tam, gdzie było to możliwe. Nawet gdy ojciec studiował na PIPS-ie, towarzyszyła mu przez cały czas pobytu w Warszawie. Odciążała ojca od domowych trosk, stwarzała mu atmosferę spokoju, sprzyjającą pracy, a po niej wypoczynkowi. Była uczulona na sprawy wszystkich niewidomych. Umiała i chciała pomagać. tego uczyła nas, dzieci - szacunku dla drugiego człowieka, udzielania mu bezinteresownej pomocy zawsze wtedy, gdy tego potrzebował. Wiele zawdzięczamy rodzicom, a zwłaszcza ciepło naszego domu, wolnego od niezgody". A oto jak scharakteryzował Władysława Winnickiego dr Włodzimierz Dolański: "Posiadał gołębie serce, gdy chodziło o pomoc dla słabszych, a potrafił być twardy i nieustępliwy, jeśli chodziło o obronę słusznej sprawy. Wtedy z wrodzonym dynamizmem występował dla osiągnięcia zamierzonego celu, którym zawsze było niesienie pomocy w różnej formie. Osobiście występował, gdy chodziło o koncesję dla niewidomego, o rentę, zapomogę czy obniżenie niesłusznie wymierzonego podatku. Do nikogo nie odnosił się z uprzedzeniem. Wystarczył mu sam fakt, że stojące przed nim dziecko, młodzieniec lub człowiek dorosły potrzebuje pomocy. Starał się o umieszczenie niewidomego dziecka w szkole, chorego w szpitalu, starca w domu opieki, natomiast nowo ociemniałego wyrywał z apatii, wskazując mu drogę do samodzielności przez pracę. To wyczulenie na potrzeby innych wynikało nie tylko z potrzeby serca ale również z tego, że sam stracił wzrok na skutek wypadku. Wiek, szamotanie się z przeciwnościami życia oraz przykrości jakich i jemu nie oszczędzono, zostawiły nieodwracalne ślady w jego organizmie". W jednym z listów z 1958 roku pisze: "Moje 74 lata mówią już za siebie. W Związku pociągnę ostatnie dwa lata. Na razie nie mogę sobie wyobrazić życia bez działalności, ponieważ siły i chęci dopisują mi jeszcze. Cieszą mnie nasze osiągnięcia, których zazdroszczą nam widzący. Cieszę się, że nasza praca tak dobrze się rozwija. Nie wiem czemu, ale teraz żal mi już życia. Żal mi tylu serdecznych i szczerych przyjaciół, którzy razem ze mną rozpoczęli pracę na naszym zachwaszczonym ugorze. Żal mi swojego życia, których 50 lat wysiłku i zaparcia, tej radości życiowej, tak skąpo dla mnie przez przeznaczenie odmierzanej. Żal mi i tych, którzy nie rozumieją, że Ojczyźnie należy wszystko poświęcić, aby zostawić ją pełną potęgi i chwały". Te ostatnie słowa, zaczerpnięte z listu Władysława Winnickiego, są jak gdyby testamentem przekazanym młodym pokoleniom. Służba Ojczyźnie była i jest sprawą zawsze aktualną. Oto relacja syna z ostatnich chwil ojca: "Szczególnie bolesne były dla mnie ostatnie chwile ojca. Zachorował, będąc na wczasach w Czechosłowacji. Tam w szpitalu przebył zawał, a potem z opóźnieniem wrócił do Polski. Dalej leczył się w Wojewódzkim Szpitalu w Bydgoszczy. Ostatnie dni przed śmiercią spędzał w domu. 9 listopada 1961 roku - w dniu śmierci ojca - wyjechałem służbowo z dyrektorem szkoły, Henrykiem Piotrowskim, do spółdzielni w Gdańsku. Niepokoiłem się o ojca. Chciałem jak najszybciej wracać do domu. Wyjechałem kombinowanym pociągiem z przesiadkami, po załatwieniu sprawy. O godzinie 17-tej byłem już w domu. Stan ojca był krytyczny. Matka ponownie wezwała lekarza. Zawiadomiono również moją siostrę Krystynę, która na stałe mieszkała w Warszawie. Właśnie tego dnia miała odlecieć na zawody pływackie do NRD. Z wyjazdu zrezygnowała i najbliższym pociągiem udała się do Bydgoszczy. Ojciec jak gdyby czekał na jej przybycie. Nie odzyskał już świadomości, ale czuł, że wszyscy najbliżsi są przy nim. Zmarł o godzinie 22-giej 9 listopada 1961 roku". Taki był w oczach najbliższych, w świetle przedstawionych wspomnień. Zachował się w ludzkiej pamięci jako człowiek prawy, uczciwy, stawiający dobro innych nad własne, oddany bez reszty pracy i ludziom. Może być wzorem postępowania dla młodych, a przede wszystkim musi być im znany. Jego dokonania nie mogą ulec zapomnieniu. `ty Zakończenie `ty W niniejszej pracy staraliśmy się ukazać, z perspektywy 20 lat, dorobek życia i pracy Władysława Winnickiego. Wykorzystaliśmy dostępne nam materiały źródłowe i wspomnienia ludzi, którzy na co dzień z nim obcowali. Jeżeli chociaż w części udało nam się przybliżyć jego postać czytelnikom, to spełniliśmy zamierzony cel. Powyższe opracowanie ma być również formą hołdu złożonego zmarłemu przez pomorskich niewidomych. Wnioskujemy, że uczniem Władysława Winnickiego, Tadeuszem Błażejewskim, którego cytowaliśmy, aby klub Polskiego Związku Niewidomych w Bydgoszczy nazwać imieniem Władysława Winnickiego i w ten sposób upamiętnić jego dzieło. `ty Bibliografia `ty Materiały źródłowe: teczka osobowa - KOS2276 (300 stron): życiorys z dnia 31 grudnia 1949 roku, ankieta personalna z dnia 2 01 1954 roku, odpisy świadectw: Seminarium Nauczycielskiego - Toruń 20 06 1920 roku, PIPS - Warszawa 22 06 1923 rok, dyplom PIPS - 15 12 1924 roku, opinia kierownika szkoły Henryka Piotrowskiego wystawiona 20 03 1954 roku. Protokół z posiedzenia Rady Pedagogicznej Zakładu Dzieci Niewidomych w Bydgoszczy z dnia 18 10 1948 roku. Umowa o pracę, świadectwa pracy. Dwie księgi protokołów zawierające protokoły z zebrań: Związku Cywilnych Niewidomych, Związku Pracowników Niewidomych RP, Polskiego Związku Niewidomych - od 22 maja 1923 do 23 stycznia 1963 roku. Nagrania wspomnień: syna Tadeusza - o ojcu, współpracowników: Antoniego Maślankowskiego, Klemensa Graji - o koledze, zwierzchniku, uczniów: Tadeusza Błażejewskiego, Haliny Kasprzyk-Zelcer - o nauczycielu (dokonane w maju 1980 roku). Korespondencja Salomei Krajewskiej-Kryjom z Poznania. Nekrologi zamieszczone w bydgoskiej prasie. Wspomnienie o koledze Władysławie Winnickim dr Włodzimierza Dolańskiego - Warszawa, listopad 1961 (zamieszczone w "Pochodni"). Dr Ewa Grodecka - Historia niewidomych polskich w zarysie - "Sprawa niewidomych" - zeszyt 7 i 8, PZN, Warszawa 1960 - strony: 28, 54, 66, 104 do 106. `tc Napoleon Mitraszewski.ă Doktor Maria Strzemińska `tc Historia niewidomych w Polsce, to biała karta. Istnieją, co prawda, drobne prace mające na celu naświetlenie pewnych zagadnień, lecz lakoniczność sformułowań, przy braku dokładnego rozeznania, bardziej zaciemnia niż rozjaśnia mrok niewiedzy w tej tak ważnej, bądź co bądź, dla nas dziedzinie. Rewolucyjny rozwój sprawy niewidomych po drugiej wojnie światowej, głównie dzięki powstaniu naszej organizacji związkowej, każe nam bliżej zainteresować się tym problemem. Przychodzi czas, kiedy należy znaleźć siły i środki na opracowanie całokształtu tych spraw w naszym kraju. Praca to niemała, wymagająca dużego nakładu sił i kosztów, tym niemniej konieczna, ponieważ przyszłe pokolenia mogą raz na zawsze stracić z pola widzenia ludzi, którzy nieraz całe swoje życie poświęcili dla dobra innych. Sądzę, iż opublikowanie biografii tych działaczy będzie pierwszym krokiem w kierunku zrealizowania tego tak ważnego dla sprawy niewidomych w Polsce zadania, które powinno być wykonane przez żyjące jeszcze dziś pokolenie ludzi, ponieważ niewiele dokumentów da się odszukać, a pamięć ludzka jest zawodna. Mówiąc o historii niewidomych w Polsce mam na myśli oczywiście całokształt spraw - obejmujących nie tylko okres powojenny, lecz także międzywojenny i wiek dziewiętnasty. Pragnąc dołożyć swoją cegiełkę do tego wielkiego dzieła, chciałbym scharakteryzować postać człowieka, który jest jednym z prekursorów dzisiejszego rozwoju sprawy niewidomych w naszym kraju. Tym człowiekiem jest kobieta, dr Maria Strzemińska. Urodziła się w roku 1884 w Wilnie, a zmarła - tamże - w roku 1937. obecnie niewielu ludzi zna to nazwisko, a jeszcze mniej miało okazję poznać jej działalność i osobowość. Jako jej dawny wychowanek chciałbym nie tylko niewidomym, lecz i całemu społeczeństwu przypomnieć tę postać, zasługującej na miano świetlanej. Jej życie i jej działalność powinny stać się wzorem dla obecnego i przyszłych pokoleń. Chcę także tą drogą choć w części spłacić dług wdzięczności wobec mojej dawnej przełożonej i wychowawczyni. Zdaję sobie doskonale sprawę, iż dokładne przedstawienie tej postaci wymagałoby dzieła na miarę obszernej monografii, znacznie przekraczającej ramy niniejszej pracy. Poświęciłem jej pamięci rozdział w mojej książce pt. "A jednak życie" i artykuł w czasopiśmie "Pochodnia", czego rezultatem było odszukanie w Wilnie grobu pani Marii, zaopiekowanie się nim i zbieranie po niej pamiątek przez 'Litewskie Towarzystwo Niewidomych". Może ktoś podejmie kiedyś trud większej i bardziej szczegółowej pracy na ten temat. Tymczasem przedstawię garść wiadomości o pani Strzemińskiej, zaczerpniętych z własnych wspomnień i obserwacji, a także zebranych od ludzi znających ją blisko - ludzi, których wielu już nie ma pośród żyjących. Wymienię tu: dr Józefę Moszyńską - wieloletnią przyjaciółkę pani Marii, dr Milewską - członka Towarzystwa Kuratorium nad Ociemniałymi w Wilnie, pana Erdmana, doktora Dobrzańskiego i jego syna Witolda, a także panią Kisielównę, córkę dr Kisiela z Wilna. Udało mi się zdobyć również jedyny ocalały dokument pisemny z owych czasów, będący głównie dziełem pani Marii Strzemińskiej. Jest to uwierzytelniony odpis "Statutu Towarzystwa Kuratorium nad Ociemniałymi w Wilnie". Z doktor Marią Strzemińską zetknąłem się po raz pierwszy w roku 1928, kiedy to jako dziewięcioletni chłopiec zostałem przez moich rodziców oddany pod jej opiekę w założonym przez nią zakładzie dla niewidomych w Wilnie, przy ul. Antokolskiej 44. Dotąd pamiętam delikatne dotknięcie jej rąk na mojej głowie, gdy kierowana opiekuńczym i serdecznym odruchem pogłaskała mnie, chcąc pocieszyć, w chwili rozstania z rodzicami. Odtąd stała się ona dla mnie - i nie tylko dla mnie - drugą matką. Wszyscy jej wychowankowie mogą zaświadczyć, ile serca i starań wkładała w nasze wychowanie, a także ile wiedzy potrafiła nam przekazać i nauczyć żyć w czasach, kiedy jeszcze nie istniały podręczniki dla niewidomych, nie było książek pisanych alfabetem Braille'a i brakowało najprostszych pomocy naukowych. Uczyła nas systemem pogadankowym - a miała taki dar obrazowego przedstawiania faktów, że mocniej wryły się one w naszej pamięci, niż wiadomości zaczerpnięte z najdoskonalszych podręczników. Jeżeli zaistniał konflikt pomiędzy wychowankiem i osobą z personelu wychowawczego lub pracownikiem fizycznym, Maria Strzemińska badała sprawę wnikliwie i najczęściej rozstrzygała ją na korzyść wychowanka, nie bacząc na to, jak przyjmą to inni pracownicy. To ona pierwsza zjawiała się przy naszych łóżkach jeżeli zachorowaliśmy i stawiała pierwszą diagnozę - zawsze trafną, chociaż była osobą całkowicie niewidomą. Zdarzało się niekiedy, że wydawała sąd niesprawiedliwy. Cóż - ludzie są omylni, ale zawsze wychodziło później na jaw, że to widzący pracownicy zakładu wprowadzili ją w błąd. W wielu sprawach polegała na sądach widzących współpracowników i osób zaufanych, nie zawsze szczerze i uczciwie traktujących sprawy wychowanków. Nie wahała się wszakże naprawić zła, jeżeli uświadomiła sobie swoją pomyłkę. Każdy z pracowników wiedział o tym, iż tak długo będzie mógł pracować w zakładzie, jak długo niewidoma kierowniczka, pani Maria, będzie mu ufała i wierzyła w jego pozytywny stosunek do wychowanków. Nigdy nie uzyskała pełnej samodzielności w poruszaniu się, zwłaszcza na ulicy. Wszyscy kochaliśmy ją. Jeszcze jako dzieci, a później już jako wyrostki, chętnie siadaliśmy otaczając kołem swoją przełożoną w niedzielne popołudnie, kiedy kradnąc sobie wolny czas, przychodziła do zakładu, żeby nam opowiedzieć ułożoną przez siebie baśń lub opowiadanie. Umiała nas zainteresować. Najważniejsze wszakże było to, że dając nam konieczne wiadomości o świecie i ludziach, przygotowała do samodzielnego życia. Buntowaliśmy się czasem, kiedy musieliśmy sami sprzątać, chodzić po ulicach Wilna albo samodzielnie przygotowywać różne imprezy. Dopiero po latach mogliśmy zrozumieć jej intencję i korzyści, jakie odnieśliśmy z takiej polityki wychowawczej. Z własnej pensji nauczycielskiej kupowała nam często łakocie, fundowała wystawne obiady, kiedy nadeszły jej imieniny lub inna uroczystość. Nie zapominała także o swoich wychowankach po skończeniu przez nich nauki i zajmowała się zawsze ich losem. Zakład wileński, w rezultacie takiej opieki nad nami, stał się naszym drugim domem i każdą znajdującą się w nim rzecz uważaliśmy za własną. Byłem wychowankiem tego zakładu w latach 1928-1939. Dr Maria Strzemińska nawiązała z nami więź uczuciową, stworzyła atmosferę miłości i zaufania. To rzadki dar pedagogiczny i wielki sukces jej pracy. Umiała jednak zdobyć nie tylko serca wychowanków. Lubili ją i szanowali inni ludzie. To ona, niewidoma, nie umiejąca się samodzielnie poruszać po mieście, zdobyła serdecznych przyjaciół w gronie lekarzy, prawników i naukowców, a wreszcie pracowników administracji szkolnej i państwowej. Wszyscy witali ją z szacunkiem i chętnie załatwiali każdą sprawę. Nie wykorzystywała tych znajomości dla siebie, lecz zawsze miała na względzie sprawę niewidomych. Wszyscy ci ludzie zostali członkami "Towarzystwa Kuratorium nad Ociemniałymi w Wilnie", utworzonego z jej inicjatywy w roku 1927. Wieloletnim prezesem tego towarzystwa był okulista, późniejszy marszałek Senatu Rzeczypospolitej Polskiej, prof. Szymański. Właśnie przy pomocy "Towarzystwa Kuratorium nad Ociemniałymi" założyła w roku 1928 zakład dla niewidomych, pierwszy na terenach północnowschodniej Polski. Duszą wymienionego towarzystwa była zawsze pani Maria. Członkowie jego zarządu zawsze słuchali jej rad i poleceń. Zakład powstał w wynajętym od prywatnego właściciela domku przy ul. Antokolskiej 44, składającego się z sześciu zaledwie pokoi. Potem wynajęto lokal na warsztaty koszykarskie i założono internat dla dorosłych niewidomych. Przechodzili oni kurs dokształcający. Oprócz znajomości zawodu uczyli się tu pisma Braille'a, historii, materiałoznastwa i zdobywali pewne minimum wiedzy ogólnej. Pensjonariusze zakładu pochodzili nie tylko z województwa wileńskiego, lecz także z dalszych województw - jak chociażby lwowskiego czy warszawskiego. Wreszcie pani Strzemińska, dzięki nieustającym pragnieniom jak najpełniejszego rozwoju swojej placówki, wynajęła jeszcze jeden lokal - przy ul. Antokolskiej 18, gdzie przeniesiono internat dorosłych a później dzieci. Rozrzucenie budynków zakładu, mieszczących się w dodatku w prywatnie wynajętych lokalach, nie sprzyjało udoskonaleniu pracy administracyjnej ani wychowawczej zakładu, stwarzało bowiem wiele dodatkowych trudności i przysparzało kosztów, a dochody Towarzystwa były arcyskromne. W końcu i na to znalazła radę pani Maria. Przed pierwszą wojną światową istniało w Wilnie rosyjskie towarzystwo "Popieczytielstwo Slepych". Miało ono dwa własne budynki, przy Małej i Wielkiej Pohulance. Te budynki zajęło po wojnie żydowskie towarzystwo "TOZ". Przy pomocy biegłych prawników pani Strzemińska wytoczyła temu towarzystwu proces o eksmisję, najpierw uzyskawszy prawo własności budynków na rzecz "Towarzystwa Kuratorium nad Ociemniałymi". W roku 1933 proces został wygrany i cały zakład przeniósł się na Pohulankę, gdzie po przeprowadzeniu remontu pomieściły się: szkoła, kursy dla dorosłych i internat dla dorosłych i dzieci. Tu w roku 1935 założyła pierwsze w Polsce gimnazjum zawodowe dla młodzieży - na dodatek nielegalnie, ponieważ aż do wybuchu wojny nie uzyskano na nie zezwolenia ministerstwa WRiOP. Świadczyło to o przyszłościowych planach, jakie snuła co do swoich wychowanków pani Strzemińska. Ona pierwsza w Polsce chciała zdobyć dla niewidomych nowe stanowiska pracy - i to pracy umysłowej - zapewniając im średnie wykształcenie. Nieraz mówiła: "Teraz nie mogę wam powiedzieć wszystkiego, ale w przyszłości, kiedy wy dorośniecie, a ja pójdę na emeryturę i będę niezależna, powiem wam dużo o moich planach i o tym, jak można poprawić los niewidomych w Polsce". Prowadzenie zakładu szkoleniowego było dla niej rzeczą bardzo trudną, bo chociaż przekwalifikowała się z lekarza na pedagoga, nie miała żadnego doświadczenia pedagogicznego. To doświadczenie zastąpiło jej serce, intuicyjnie odgadujące jak należy w danej sytuacji postąpić. Trudności piętrzyły się nie tylko przed założeniem zakładu, lecz także w trakcie jego istnienia. Wspomniałem już, że z braku podręczników do nauki, wprowadziła metodę nauczania za pomocą pogadanek zapisywanych później w formie notatek w zeszytach uczniowskich. Była to metoda naprawdę świetna, rozwijająca pamięć i samodzielność uczniów. Ponieważ występowały trudności w nauce pisma brajlowskiego, dokonała wynalazku. Na jej polecenie woźny zakładu, pan Stanisław Wiśniewski, wykonał ramki z drewna, w które wkładało się drewniane tafelki z sześcioma otworami w kształcie sześciopunktu, tylko znacznie powiększonego. Wynalazek ten do dziś jest u nas używany w szkołach dla niewidomych. Z Paryża sprowadziła brajlowskie książki beletrystyczne i przyrządy do matematyki, zwane kubarytami. Tabliczki do pisania sprowadzała najpierw z Paryża, potem z Bydgoszczy i Czechosłowacji. Najgorzej przedstawiała się sprawa z mapami. Parę map świata sprowadziła z Anglii. Tłoczono je na papierze techniką podobną do dzisiejszej. Wówczas pani Strzemińska wpadła na doskonały pomysł który nie miał dotąd sobie równego. Na zwykłej mapie naszywano rzeki jedwabną tasiemką, góry wełną, miasta guzikami, granice państw i granice administracyjne za pomocą różnej grubości sznurków, a morze jedwabiem. W ten sposób powstawała mapa bardzo łatwo czytelna, z powodu zróżnicowania materiałów użytych do jej uplastycznienia. Mapy te wyszywały bezinteresownie, według pomysłów pani Marii, różne kobiety. Fragmenty tych map utrwalaliśmy później, odwzorowując je w glinie. W ten sposób doskonale zapamiętywaliśmy wiadomości geograficzne. Modelowanie w glinie, również z inicjatywy naszej kierowniczki, od najmłodszych klas służyło nam jako wyraz ekspresji, a jednocześnie pozwalało nauczycielom sprawdzić adekwatność przyswojonych przez uczniów wiadomości. Zastępowało nam rysunek - i to w pełnym tego słowa znaczeniu. modelowanie łączyło się ze wszystkimi przedmiotami. W nauce każdego z nich samodzielność pracy ucznia posuwano do granic najdalszych. Należy powiedzieć, że zastosowane przez naszą niewidomą kierowniczkę metody nauczania były doskonałe i na owe czasy niezmiernie nowoczesne. Osiągała to dzięki pełnemu zaangażowaniu w sprawę rehabilitacji wszystkich sił duchowych i psychicznych. Sama w życiu zdobywała różne umiejętności z wielkim - nieraz wręcz nadludzkim - nakładem sił, więc chciała swoim wychowankom wszystko ułatwić i to się jej udawało. Czego nie potrafił umysł, to podpowiadało jej serce. Słowem - był to wielki człowiek nie tylko na miarę owych czasów, lecz wybiegający daleko w przyszłość. Położyła wielkie zasługi w sprawie szkolenia niewidomych, lecz jednocześnie przekonała społeczeństwo miasta, w którym był zakład, że niewidomi potrafią być ludźmi pełnowartościowymi. Można by śmiało powiedzieć, że była ona prekursorem epoki niewidomych w Polsce, którą przeżywamy obecnie. Kto wie, jakich dzieł dokonałaby ta kobieta, gdyby przedwczesna śmierć nie przerwała nici jej życia. Po pobieżnym naświetleniu sylwetki Marii Strzemińskiej, chciałbym czytelnikom podać kilka danych dotyczących drogi, które do tych sukcesów doprowadziła. W roku 1971 przypadkiem dowiedziałem się, iż żyje jeszcze przyjaciółka pani Marii, u której mieszkała aż do swojej śmierci. Dr Moszyńska mieszkała w Łodzi przy jednej ze znanych mi ulic. Uprzedzono mnie, że ma już przeszło 80 lat i źle słyszy. Po napisaniu listu niebawem otrzymałem odpowiedź: "Proszę przyjechać". To, co zastałem w Łodzi, przeszło wszelkie moje oczekiwania. W małym mieszkanku przywitała mnie u drzwi jakaś staruszka. Okazało się, iż była nią Andzia, od czterdziestu lat służąca doktorostwa Moszyńskich. Nigdy bym jej nie poznał. Pamiętałem ją jeszcze jako dość młodą kobietę. Często odprowadzała bowiem do szkoły panią Marię. Dr Moszyńska niegdyś była kobietą tryskającą energią i zdrowiem. Teraz miałem przed sobą staruszkę. Mówiła dziwnym wileńskim dialektem, nie pasującym do tytułu doktora. Na dobitkę pamięć już ją zawodziła i wielu rzeczy nie mogła powiedzieć. Po dłuższej rozmowie z nią zrozumiałem, że nie osiągnę celu. Tych szczegółów z życia pani Strzemińskiej, o które mi najbardziej chodziło, a które - jako jej wychowanek - mogłem znać jedynie z różnych szeptanych domysłów, nie podała mi. "Ona nie miała życia osobistego" - powiedziała. "Nie miała na to czasu". Cóż, możliwe - ale legenda twierdziła, że było inaczej. I oto jestem zmuszony połączyć legendę z prawdą istotną, zaobserwowaną osobiście i opartą na opowiadaniu tej kobiety, która przed czterdziestu laty była energicznym lekarzem chirurgiem, znanym w całym Wilnie i jego okolicach. Pani Maria urodziła się i wychowała w rodzinie szlacheckiej. Posiadała nawet pieczątkę z herbem, o której wspominała nam podczas mego pobytu w szkole. Ojciec pani Marii, Ignacy Strzemiński, posiadał dyplom doktora okulisty. Wraz z rodziną mieszkał w Wilnie. Borykał się z wielkimi trudnościami materialnymi, ponieważ leczył ludzi najbiedniejszych, przeważnie za darmo. Napisał wiele prac naukowych z dziedziny okulistyki. Sam od wielu lat chorował na gruźlicę, starannie kryjąc to przed całą rodziną. Żona jego, Katarzyna, bez reszty poświęcała się wychowaniu dzieci: córki Marii i o 6 lat młodszego syna Ignacego, urodzonego w 1890 roku. Państwa Strzemińskich, poza trudnościami finansowymi gnębiącymi ich od wielu lat, obciążyła jeszcze jedna wielka troska. Ich syn zachorował na gruźlicę kolana. Choroba ta w owych czasach stwarzała wielkie niebezpieczeństwo i tylko usilne starania obojga rodziców uratowały życie ich dziecka. Mimo wszystko pozostał kaleką na całe życie - utykał na jedną nogę. Państwo Strzemińscy bardzo dbali o wykształcenie swoich dzieci. Starsza Maria kontynuowała naukę w rosyjskim gimnazjum w Wilnie. Właśnie w tym czasie uderzył w rodzinę nowy cios. Pan Ignacy Strzemiński zmarł, a jego rodzina została bez środków do życia. Pani Katarzyna nie załamała się. W owych czasach niewiele kobiet pracowało. Dzięki poparciu znajomych uzyskała posadę gospodyni w szpitalu zakaźnym na Zwierzyńcu w Wilnie. Tu w małym, służbowym mieszkanku, w chwilach wolnych, zajmowała się swoimi dziećmi. Wszystkie posiadane pieniądze łożyła na ich naukę. Marysia po skończeniu gimnazjum rozpoczęła studia w Instytucie Medycyny w Moskwie, a jej brat kontynuował naukę w gimnazjum Wileńskim. Pani Katarzynie jednak z wiekiem ubywało sił i z wolna jej organizm zaczynał się załamywać. Właśnie Maria składała egzamin ostateczny, kiedy nadeszła wiadomość, iż jej matka została dotknięta paraliżem. Natychmiast wróciła do domu i objęła posadę po matce, żeby zapewnić byt jej i bratu. Pani Katarzyna niebawem umarła, lecz Maria pracowała dalej, pomagając bratu w ukończeniu gimnazjum. Tymczasem nadeszła pierwsza wojna światowa i niebawem Wilno znalazło się pod okupacją wojsk niemieckich. W roku 1915, po uzyskaniu dyplomu lekarskiego, Maria Strzemińska została przyjęta w poczet pracowników Wileńskiego Instytutu Ospy, a niebawem objęła nad nim kierownictwo. W czasie swego pobytu w Moskwie, Maria nawiązała serdeczną więź przyjaźni z jedną z koleżanek - medyczek, Józefą Dowgiałło. Jej serdeczną przyjaciółką z owych czasów była również Alicja Erdman. W czasie studiów w Moskwie Maria borykała się z wielkimi trudnościami materialnymi. Pani Katarzyna nie mogła zapewnić córce dobrych warunków, dorabiała więc korepetycjami i cały wolny czas we dnie, a często i w nocy, spędzała nad książką. Dodatkową trudność stanowił słaby wzrok. Ta wrodzona wada przysparzała jej wielu trudności. Bardziej energiczna, przedsiębiorcza Józia opiekowała się koleżanką i dbała o jej wątłe zdrowie, służyła dobrą radą. Z czasem stały się serdecznymi przyjaciółkami, co miało odegrać w przyszłości Marii ogromną rolę. Legenda opowiada, iż w owym czasie był tam jeszcze ktoś, kto zabiegał o względy Marii, a którego ona darzyła również wielkim uczuciem. Dla tej egzaltowanej dziewczyny człowiek ten stanowił nadzieję lepszego jutra. W swoich marzeniach widziała wówczas małe, przytulne mieszkanko z kaflowym piecem w rogu pokoju i niską sofę, na której można będzie usiąść i zwierzać mężowi wszystkie troski przeżytego dnia. Do tych marzeń egzaltowanej Marii krytycznie ustosunkowała się patrząca realnie na świat Józia. Według niej człowiek ten nie był wart uczuć Marii. Nie wiadomo jak długo i w jakiej formie trwało to uczucie. Po wyjeździe Marii z Moskwy jej kontakt z przyjaciółką urwał się na pewien czas. Podczas pracy w szpitalu zakaźnym zaraziła się panującym wówczas w Wilnie tyfusem plamistym. Powoli powracała do zdrowia. Nadszedł rok 1917. Pewnego dnia, w czasie pełnienia obowiązków w Instytucie, nagle straciła wzrok. Wskutek osłabienia organizmu nadwątlonego już poprzednio wytężoną pracą nastąpiło odklejenie siatkówek. Grono najbliższych przyjaciół zaopiekowało się Marią. Leczeniem w szpitalu zajął się znakomity okulista Niemiec. Nie znano wówczas sposobu przyklejenia siatkówek. Leczenie polegało głównie na ułożeniu chorej twarzą do poduszki i pozostawieniu jej w tej pozycji przez długie tygodnie. Zaczęło ono dawać rezultaty i Maria odzyskała wzrok. Należało dalej kontynuować leczenie szpitalne. Tymczasem władze niemieckie wydały rozkaz wzywający Marię do objęcia funkcji w Instytucie Ospy, w którym dotąd pracowała. Podczas jazdy dorożką do pracy nastąpiło ponowne i ostateczne odklejenie siatkówek. Niemcy skreślili ją natychmiast z listy pracowników i Maria została bez środków do życia. Tymczasem jej brat ukończył gimnazjum. Szczęśliwym zrządzeniem losu otrzymał pracę kontrolera liczników elektrycznych, co zapewniało bardzo skromny byt dla niego i jego siostry. Energiczna dotąd natura Marii nie wytrzymała ciosu. Załamanie psychiczne spowodowane utratą wzroku i niemożnością kontynuowania pracy zaczęło się pogłębiać. W końcu nadszedł dzień krytyczny. Maria czuła, iż nie zniesie dalej takiego losu. Nie mogła i nie chciała być ciężarem dla brata, którym się dotąd opiekowała. Postanowiła popełnić samobójstwo. I oto właśnie w tym dniu zjawiła się jej dawna serdeczna przyjaciółka, Józefa Dowgiałło. Józefa zabrała ją do siebie i odtąd już nie rozłączyły się. Znalazły tu potwierdzenie słowa Adama Mickiewicza, że "prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie". W kole przyjaciół Marii Strzemińskiej, poza kilkoma osobami z grona dawnych współpracowników Instytutu, znalazła się również dr Alicja Erdman. Okres okupacji niemieckiej szczególnie dawał się we znaki. Ludzie padali z głodu na ulicy jak muchy. Józefa wprawdzie pracowała w szpitalu, lecz to nie mogło zapewnić utrzymania nawet jej, a cóż dopiero Marii. Dlatego co sobotę brały się pod ręce i zabrawszy ze sobą torby z przyborami lekarskimi szły na wieś. Za porady i lekarstwa dostawały trochę chleba, słoniny i innych produktów. Maria, mimo braku wzroku, pomagała dzielnie koleżance w stawianiu diagnoz. Żeby postawić właściwą diagnozę w sytuacji, kiedy nie widziała, musiała przestawić się zupełnie. Dotyk i słuch zastępowały jej wzrok. Niekiedy łzy kręciły się jej w oczach, gdy nie mogła ustalić właściwego schorzenia. Na szczęście Józia znajdowała się przy niej. Ona zastępowała teraz Marii jej oczy. Widząc zakłopotanie koleżanki, sama podpowiadała jej swoje spostrzeżenia wzrokowe. W rezultacie diagnozy zazwyczaj okazywały się prawdziwe. Obie młode lekarki wkrótce zasłynęły w okolicznych wsiach. Najbardziej dziwiono się Marii, jak można rozpoznać chorobę nie widząc? "Niewidomy lekarz" - to wyrażenie zawierało w sobie coś magicznego. Zaczęto w końcu szeptać, iż ta "ślepa" doktor chyba czaruje. Nie czarowała. Jej wiedza zdobyta w czasie studiów i kilka miesięcy praktyki w szpitalu dały jej gruntowną wiedzę medyczną. Teraz pamięć podsuwała jej to, czego nie mogła sprawdzić w książce, a resztę dopowiadała intuicja - no i nieznaczne spostrzeżenia czynione przez Józię. Wracały zawsze wesołe, dźwigając na plecach tobołki z żywnością. Tu znowu trzeba było polegać na spostrzegawczości koleżanki, bo po drodze należało przejść obok patroli niemieckich, czyhających na takich wycieczkowiczów jak one. Udawało się. Niewiele mogły przynieść, ale przynajmniej nie umierały z głodu. Maria odnosiła z tych wypraw jeszcze jedną korzyść, a mianowicie poczucie własnej wartości. Ona, która już zwątpiła w swoją samodzielność życiową, przekonywała się teraz, że i bez wzroku można sobie jakoś radzić. Choć w pewnej mierze zależało to od oczu Józi, było to w każdym razie dobre jak na początek. Tak przetrwały wspólnie ciężkie wojenny chwile i doczekały się wolnej Polski. Cieszyły się jak dzieci. Od czasu utraty wzroku po raz pierwszy chyba Maria cieszyła się tak szczerze i mocno. Nie trwało to jednak zbyt długo. Najcięższe chwile razem przeżyły, ale co teraz? Józia musi sobie układać życie, a ona? Widziała przed sobą ciemność, a w niej żadnego światełka nadziei. Ciemność ta gęstniała jeszcze, kiedy jej koleżanka, z którą w dalszym ciągu mieszkała, wychodziła do pracy. Otrzymała ją w jednym ze szpitali wileńskich. Przez czas jej nieobecności Maria pozostawała w domu sama. Przeważnie spędzała czas siedząc na wygodnej otomanie, z rękami złożonymi na kolanach. Myślała - ach, jak intensywnie myślała! Szukała wyjścia z tej sytuacji, w którą rzucił ją los. Niestety, nic nie mogła wymyśleć, chociaż jej energiczna natura nie chciała tak łatwo ulec. W swoim wyuczonym zawodzie, z braku wzroku, nie mogła już pracować. Można było leczyć chorych wieśniaków w czasie wojny, ale nie teraz. Z trudem mogła się samodzielnie poruszać nawet po mieszkaniu. Nie umiała zrobić prawie nic, prócz osobistej toalety, a i w tym potrzebowała czasem pomocy. I oto pewnego dnia w tej ciemności zabłysnęło przed nią, jeszcze niewyraźnie, jak błędny ognik, światełko. Zdarzyło się to pewnej niedzieli, kiedy z Józią wracała z kościoła. Na ulicy, tuż obok drzwi kościoła Świętego Ducha, usłyszała jękliwy głos żebraka: "Ludzie kochane! Dajcie grosik biednemu ślepemu człowiekowi!" Józia zatrzymała się i rzuciła do miseczki trzymanej przez żebraka jakąś monetę. Zabrzęczała żałośnie. Wtedy właśnie Marii przez główę przemknęła myśl": "Przecież niewidomych można uczyć". Słyszała o tym. "We Francji są takie zakłady, a u nas? A gdyby tak posiadaną wiedzę oddać na usługi innym niewidomym? Gdyby poświęcić się pracy uczenia niewidomych?" Przez kilka następnych dni zastanawiała się nad tą sprawą. "Co należy zrobić, ażeby zrealizować ten zamiar?" Niebawem pomysł ten musiał jednak zejść na margines, przynajmniej na razie. Józia powiedziała jej o swoim zamiarze wyjścia za mąż. Kandydatem na męża był kolega Józi ze szpitala, lekarz ginekolog. Co teraz? - Nie mogę więc dalej stanowić dla Ciebie ciężaru - stwierdziła w rozmowie z przyjaciółką. - Ale skąd! Nigdy nie stanowiłaś dla mnie ciężaru. Jesteśmy przecież przyjaciółkami, a moje ułożenie swojego losu nie może nas rozdzielić. On wie o tym i nie ma nic przeciwko temu, żebyś zamieszkała wraz z nami. Poznasz go. To bardzo miły człowiek. Poznała. Rzeczywiście, zrobił na niej bardzo dodatnie wrażenie. Mogła zaprzyjaźnić się z nim bez obaw. Ale zostać przy nich? Nie miała wyboru. Brakowało jej podstawy bytu. Została więc i niebawem przyzwyczaiła się do niego. Jej poprzednie obawy rozwiały się. Natomiast zawiązała się przyjaźń z mężem Józi, człowiekiem dobrodusznym, o wesołym usposobieniu, łatwo nawiązującym kontakt z otoczeniem. Najważniejsze to, że nigdy, ani przez chwilę, nie dał jej odczuć, iż traktuje ją inaczej niż inne poznane kobiety. Nim się wszakże ułożyło to wszystko, nie mogła myśleć o sprawie uczenia niewidomych. Dopiero po upływie roku myśl ta znowu wróciła do niej i to z jeszcze większą siłą. Kiedyś, w rozmowie z mężem Józi, wspomniała o swoim pomyśle. Zadumał się. "Nie znam się na tym - powiedział z wolna - ale może masz rację. Trzeba by się zastanowić". W parę miesięcy potem przyniósł jej wiadomość o zakładzie dla niewidomych w Paryżu, wraz z adresem tego zakładu. Dokładna znajomość języka francuskiego pomogła Marii w odszyfrowaniu różnych francuskich pism i książek o niewidomych, a także w nawiązaniu korespondencji z Instytutem dla niewidomych w Paryżu. Z pism francuskich dowiedziała się, że Francja jest kolebką nauczania niewidomych. Dowiedziała się o ich losie w różnych krajach. Najbardziej poruszył ją los niewidomych w Chinach, gdzie w dwudziestym wieku wciąż uważano ich za ludzi ukaranych przez Boga, którym nie wolno udzielać żadnej pomocy. Zmuszeni byli żebrać i ranieniem własnego ciała wzbudzać litość przechodniów dla zdobycia choćby najmniejszego datku. "A u nas? Jak jest właściwie u nas?" W pismach codziennych niebawem napotkała wzmianki o Instytucie Głuchoniemych i Niewidomych na Placu Trzech Krzyży w Warszawie oraz o zakładzie dla niewidomych w Laskach pod Warszawą, założonym przez niewidomą hrabiankę, Różę Czacką, która po utracie wzroku wstąpiła do zakonu i poświęciła się sprawie kształcenia niewidomych. Niebawem dowiedziała się o istnieniu w Polsce jeszcze dwóch zakładów dla niewidomych, mianowicie we Lwowie i w Bygdoszczy. Jakże przydałby się taki zakład w Wilnie. Wreszcie zawitała pod jej dach pierwsza książka brajlowska a razem z nią alfabet Braille'a oraz tabliczka do pisania. Zaczęło się samodzielne, żmudne uczenie. Palce nie mogły wyczuć punktów, gubiły się wiersze, rwały się słowa i zdania już zjawiające się w jej umyśle. Opanowała ją apatia i zniechęcenie. Książka zsuwała się z kolan. Niekiedy chciało się jej płakać z tej bezsilności. Następnie znowu brała się w garść i zaczynała pracę na nowo. Na koniec zaczęło się udawać. Powoli, ale mogła już przeczytać kilka zdań. Wzięła się do nauki pisania na zdobytej tabliczce. Tu szło łatwiej. Nim jednak opanowała sztukę pisania i czytania brajlem, upłynęło sporo czasu. Wreszcie zwycięstwo. Mogła już czytać i pisać. Należało jednak pracować dalej, żeby zdobyć wprawę. Jeżeli chce uczyć innych, to musi sama umieć dobrze czytać i pisać. Pozostawała jeszcze jedna sprawa - zdobycie kwalifikacji. W roku 1925 w Wilnie Maria Strzemińska zdała egzamin nauczycielski i uzyskała kwalifikacje pedagogiczne. W tym czasie w Warszawie został otwarty Instytut Pedagogiki Specjalnej. Napisała do jego dyrektorki, pani Marii Grzegorzewskiej. W odpowiedzi nadszedł bardzo miły i serdeczny list. Pani Grzegorzewska nie tylko zgadzała się przyjąć Marię w poczet słuchaczy Instytutu, ale obiecywała wszelką pomoc. I tak zaczęły się studia w Warszawie. W szczerych rozmowach z dyrektorką pani Maria zwierzyła się ze swoich planów założenia na terenie Wilna zakładu dla niewidomych. Dr Grzegorzewska przyjęła tę myśl z entuzjazmem i przyrzekła wszelkie możliwe poparcie. Okres nauki w Warszawie stał się też okresem zawarcia szczerej przyjaźni z dyrektorką - przyjaźni, która przetrwała przez długie lata. Maria Strzemińska ukończyła Instytut w 1927 roku. Na koniec znowu Wilno i znajomy, pełen ciepła rodzinnego dom przyjaciół, od dawna również jej dom. Odpoczynek i snucie nowych, pięknych planów, mających niebawem znaleźć swój realny kształt. Następuje może najcięższy w życiu okres próby. Nerwy i wola napinają się do najwyższych granic, myśl pracuje gorączkowo. Założyć szkołę. Sprawa niby prosta, a jednocześnie jakże trudna - szczególnie dla niej, kobiety niewidomej w czasach, kiedy w Polsce społeczeństwo nie rozumiało jeszcze potrzeby kształcenia niewidomych. Należało najpierw przekonać władze szkolne, z ministerstwem WRiOP na czele, o potrzebie utworzenia takiej szkoły. Niełatwe to było zadanie i sporo czasu pochłonęły te starania, chociaż przyjaźń z panią Marią Grzegorzewską przychodziła jej z pomocą. Nareszcie. Listonosz przynosi upragnione pismo. To początek. Teraz czekała ją trudniejsza część zadania: zdobycie potrzebnych funduszów, wynajęcie lokalu, no i tysiące innych problemów. Dom państwa Moszyńskich, u których w dalszym ciągu mieszkała, napełniał się ludźmi. Przeważnie byli to dawni koledzy pani Marii, albo obecni znajomi i przyjaciele doktorostwa. Zaczęła się agitacja, tłumaczenie, przekonywanie, aż wreszcie wyłonił się konkretny plan, już dawno w cichości obmyślony przez panią Marię, utworzenia towarzystwa opieki nad niewidomymi na wzór dawnego, jeszcze z czasów niewoli, rosyjskiego towarzystwa "Popieczitelstwo Slepych". Grupka najbliższych przyjaciół, między którymi znaleźli się także prawnicy, ułożyła projekt statutu i przeformowała zezwolenie władz na utworzenie takiej organizacji. Powstało "Towarzystwo Kuratorium nad Ociemniałymi w Wilnie". Ze składek i ofiar powstał skromny fundusz. Jeszcze sprawa lokalu i pomocy naukowych. Pani Maria w tym czasie spędziła wiele bezsennych nocy. W gronie ludzi zrzeszonych w ramach Towarzystwa tylko ona znała najlepiej zagadnienie, wiedziała jakie pomoce naukowe są potrzebne. Skąd je wziąć, jak ulepszyć? Owocem tych bezsennych nocy stał się wymyślony przez nią przyrząd do początkowego nauczania pisania i czytania brajlem. Przy pomocy tego przyrządu dzieci szybciej i lepiej opanują pismo Braille'a. Sama przeszła te trudności i dlatego właśnie potrafiła znaleźć sposób ich łatwiejszego przełamania. Nadeszły oczekiwane tabliczki do pisania z Paryża. Wynajęto lokal na szkołę i internat. Mała grupka ludzi tworząca trzon Towarzystwa pracowała wytrwale. W roku 1928 szkoła ruszyła. Zakład napełnił się gwarem dziecięcych głosów. Marzenia pani Strzemińskiej stały się rzeczywistością. Na ziemiach wschodnich, na północnych krańcach Polski, powstał zakład dla niewidomych, którego założycielką i opiekunką była tak jeszcze niedawno nieporadna kobieta, żyjąca z łaski swoich przyjaciół. Cieszyła się tą "swoją" szkołą. Odtąd Maria zmieniła się zupełnie. Wrodzona energia znalazła teraz właściwe ujście. Ciągle biegała to do szkoły, to na zebrania zarządu "Towarzystwa Kuratorium nad Ociemniałymi". Korespondowała z różnymi osobami za granicą i w kraju. Robiła starania o pomoce naukowe. Martwiła się o zdrowie dzieci w zakładzie i o wyniki w nauce. A jak cieszyła się z każdego osiągnięcia, jak przejmowała się każdym niepowodzeniem! Płakała z radości, kiedy w dniu jej imienin po raz pierwszy dzieci złożyły jej życzenia. Mówiła przez łzy, że przypomniał się jej dom rodzinny i że wydaje się jej, jakby te wszystkie małe serduszka dziecięce biły w jej piersi. W czasie wolnym pani Maria wyjeżdżała z państwem Moszyńskimi na wieś albo nad morze. I wtedy - poznając dostępnymi sobie zmysłami piękno przyrody - zamyślała się nagle i mówiła niespodziewanie: "Szkoda, że moje dzieci nie mogą tu przyjechać!". Zbierała też muszelki, kamyki, nabierała do butelki wody morskiej. Ciągle z myślą o swoich dzieciach. W tym miejscu dr Moszyńska przerwała opowiadanie. Łzy nie pozwoliły jej mówić dalej. Mimo wielkiej odległości czasowej uczucia wzięły górę. Mówiła o wielkiej przyjaźni, zagrzebanej już pod gruzami wydarzeń życiowych, ale zdawałem sobie dobrze sprawę z tego, iż mówi o człowieku, który odegrał w jej życiu wielką rolę. Na koniec wyszeptała przez łzy: "To była kobieta wyjątkowa, świetlana". W tym momencie przypomniało mi się kilka faktów opowiadanych nam jeszcze kiedyś przez panią Strzemińską, a dotyczącą jej przyjaciół. Jedno z nich wiązało się z mężem pani doktor. Pracował jako ginekolog w szpitalu kolejowym w Wilnie. Cieszył się sławą doskonałego lekarza, a zarazem bardzo dostępnego człowieka, pełnego humoru i życzliwego dla ludzi. Najwidoczniej też na skutek jakiejś choroby był człowiekiem wielkiej tuszy, czyli - jak byśmy potocznie powiedzieli - "potężnym grubasem". Sprawiało mu to niemałe kłopoty. Z powodu tej właśnie tuszy nie mógł wsiąść przez wąskie drzwi do autobusu miejskiego. Ponieważ szpital, w którym pracował, znajdował się dość daleko za miastem na Wilczej Łapie, jeździł do pracy dorożką, która podobno uginała się pod jego ciężarem. Potem kupił sobie samochód - odkrytego forda. Naturalnie, pani Maria zaraz wykorzystała ten fakt dla naszego Zakładu. Szofer musiał przyjechać tym samochodem i do nas. Z ciekawością oglądaliśmy samochód. Niewielu ludzi w tym czasie posiadało własne auta. Szofer nie tylko tłumaczył nam, jak działa motor - pokazując nam silnik, podniósłszy maskę wozu, ale pozwalał nam zapalić motor, przyciskać klakson w kształcie dużej gumowej gruszki, a wreszcie przewiózł nas samochodem po naszej ulicy. Niestety, pośród opowiadań naszej pani kierowniczki znalazło się i jedno smutne. Dr Moszyński zachorował. Zaatakowała go straszna choroba - skrzep krwi. Pewnego dnia nastąpiło nieszczęście. Skrzep utknął w jednym z naczyń krwionośnych w nodze. Musiano ją amputować. Dr Moszyński po wyjściu ze szpitala leżał w domu. Bardzo cierpiał, ale nie skarżył się. Pani Maria każdą wolną chwilę spędzała teraz przy jego łóżku, zabawiając go rozmową. Niekiedy przerywał tę rozmowę cichym syknięciem z bólu, a potem mówił: "Bolą mnie palce u chorej nogi". Wyglądało to na żart, ale kiedy uśmiechaliśmy się, pani Maria wyjaśniła nam, że chorzy, którym amputowano nogi, często miewają złudzenie, iż bolą ich palce, choć w rzeczywistości bolał kikut uciętej nogi. Nasz uśmiech zamierał nam wtedy na ustach a miejsce humoru zajęło zdziwienie. Pewnego dnia nasza przełożona nie przyszła do szkoły. Dopiero nazajutrz dowiedzieliśmy się, z jakiego powodu. Historia, którą nam opowiedziała, zasmuciła nas, gdyż dotyczyła osoby dobrze nam znanej osobiście z jej opowiadań. "Tego wieczoru - mówiła - jak zwykle usiadłam przy łóżku chorego i zaczęłam z nim przyjacielską pogawędkę o szkole i jego kolegach. Zapominał wtedy o bólu. Jego stan zdrowia nie rokował nic dobrego. Skrzepy krwi w każdej chwili mogły zaatakować inny punkt organizmu. Zaczął mi opowiadać zabawną przygodę, która zdarzyła się mu podczas pracy. Miał wyjątkowo dobry humor i umiał opowiadać obrazowo. Oboje czuliśmy się dobrze w swoim towarzystwie. Żona doktora Moszyńskiego nie wróciła jeszcze z pracy, a w domu oprócz nas znajdowała się tylko służąca Andzia. Wstałam z krzesła i podeszłam do pieca. Tak lepiej się rozmawiało. i nagle, w pół zdania, a nawet w pół słowa, doktor przerwał opowiadanie. Usta jego gwałtownie wciągnęły chaust powietrza. Przerażona, podbiegłam do łóżka, żeby sprawdzić puls doktora. Siedział oparty o poduszki - już nie żył. Skrzep krwi musiał zablokować którąś z głównych arterii mózgu". I znowu Maria Strzemińska została sama ze swoją przyjaciółką. Ta śmierć bliskiej dla nich obu osoby zbliżyła je do siebie jeszcze bardziej. I tak zostały razem, nierozłączne aż do chwili ostatecznej katastrofy. W roku 1936 pani Maria zachorowała na wątrobę. Dokładne badania pod kierunkiem dr Moszyńskiej wykazały nowotwór. Niestety - rak. Ta przeklęta choroba dwudziestego wieku zabiła przedwcześnie wspaniałą kobietę, która snuła właśnie plany utworzenia średniej szkoły dla niewidomych. Nawet już częściowo były one wprowadzone w czyn. Zaraz po ujawnieniu się choroby dr Moszyńska zajęła się sprawą zdrowia przyjaciółki. Sama była przecież chirurgiem. Chorą zajęli się także jej dawni koledzy lekarze i obecni koledzy jej przyjaciółki. Odbywało się jedno konsylium za drugim. Zrobiono operację. Niestety, nie tylko ówczesna medycyna stawała się w takim wypadku bezradna. W większości bowiem i dziś nie ma rady na tę chorobę. Śmierć nastąpiła w parę miesięcy po operacji, w jej własnym domu, dnia 24 listopada 1937 roku. Przy łożu umierającej zebrała się grupka bliskich jej osób. Pani Maria w bólach konania powtarzała wciąż nieprzytomnie pamiętne słowa, charakteryzujące całe życie tej dzielnej kobiety-społecznicy: "Boże, miej w opiece niewidomych...!". Po tej rozmowie w mieszkaniu w Łodzi, która wypełniła mi serce bolesnymi i zarazem tkliwymi wspomnieniami myślałem: "Dlaczego tacy ludzie, jak ona, tak szybko odchodzą? Najwidoczniej spalają się w ogniu miłości do człowieka". W domu zastała mnie jeszcze jedna wiadomość. Zmarł dr Dobrzański, dawny wiceprezes zarządu Towarzystwa Kuratorium nad Ociemniałymi w Wilnie. Mieszkał we Wrocławiu i nawet przed laty spotkałem go na ulicy, a on mnie poznał i witał jak kogoś bardzo bliskiego. Szukałem więc jego grobu na cmentarzu, aby złożyć w dowód pamięci wiązankę kwiatów. Wspólnie z żoną z trudem odnaleźliśmy miejsce jego wiecznego spoczynku. Stałem długo w milczeniu, a w mojej pamięci przebiegały obrazy przeszłości. Czy warto do nich wracać? Myślę, że tak, albowiem ludzie ci dzięki swoim czynom przeszli do historii, stwarzając podwaliny dzisiejszej swej rzeczywistości. `tc Dr Michał Kaziów.ă Maria Grzegorzewskaă - Prekursor Pedagogikiă Specjalnej `tc Motto: "Nie trapcie się niepowodzeniem dzisiejszym, lecz@ cieszcie się powodzeniem, które nas jutro może spotkać" Powyższe słowa wypowiedziała głuchoniewidoma, 16-letnia Helena Keller, na Zjeździe Towarzystwa Zachęty Głuchoniemych do Nauki Mowy, dnia 8 lipca 1896 roku w Mont Aisy. To zdanie przyszłej wybitnej działaczki i uczonej na niwie rehabilitacji głuchoniewidomych - choć nie tylko ich - odsłania z jednej strony radość człowieka z jego nieoczekiwanych osiągnięć, z drugiej zaś wskazuje na konieczność pokonywania trudów, wręcz utrapień. Utrapienia te - z czego trzeba sobie zdać sprawę - dotykają nie tylko rehabilitowanego, ale i - w nie mniejszym stopniu - osobę, która zajmuje się człowiekiem niepełnosprawnym. Stałe i systematyczne zajmowanie się inwalidą nie jest - z wielu względów - łatwe jeśli wręcz nie uciążliwe. Człowiek taki w zależności od swego wieku, rodzaju i stopnia kalectwa wymaga specyficznej opieki (niektórzy w ogóle obejść się bez niej nie mogą) oraz metodycznego wychowania i przystosowania. Obowiązkom tym nie każdy może podołać, czego dowodem jest fakt, że niektórzy rodzice oddają swoje dzieci lub rodzeństwo do domów opiekuńczych, a niekiedy w ogóle się ich wyrzekają. Nie zawsze są to ludzie bez serca - po prostu nie potrafią znaleźć sposobów i metod zajęcia się osobą nie w pełni sprawną fizycznie lub psychicznie. Niekiedy jest i tak, że warunki domowe i materialne na tą rodzinną opiekę nie pozwalają. Jeżeli jesteśmy już przy rodzinie, to warto pamiętać o tym, że wciąż żywe są zakorzenione w społeczeństwie błędne poglądy na inwalidztwo, prowadzące do izolacji, tak poszkodowanego, jak i jego rodziny. Są jednostki twierdzące "poufnie", że jest to stygmat kary za grzechy przodków lub własne, albo że inwalida jest człowiekiem z gruntu złym, złośliwym itp. Wynika to również z historycznych przekazów obyczajowości, wierzeń, czy kultury. Na przykład przed wiekami w Chinach, zgodnie z tamtejszymi wierzeniami uważano, że kto uzdrowi komuś jedno oko będzie ukarany przez bogów ślepotą. Napawać to musiało strachem każdego, kto by się choć trochę zaopiekował przygodnie poznanym ślepcem. Trzeba było pokonać wiele przesądów, barier obyczajowych, zwyczajowych i psychicznych, a nawet przepisów prawnych, żeby stworzyć właściwe podwaliny pod roztoczenie opieki nad osobami niepełnosprawnymi i w miejsce litościwej, filantropijnej jałomużny rozwinąć wszechstronną rehabilitację. W dziedzinie rehabilitacji niewidomych prekursorem jest Valentin Hauy, założyciel pierwszej na świecie szkoły specjalnej dla niewidomych, później przekształconej w Narodowy Instytut dla Niewidomych. Z całą odpowiedzialnością można twierdzić, że na gruncie polskim do prekursorów w tej dziedzinie zaliczyć należy prof. dr Marię Grzegorzewską. Miała ona wprawdzie w Polsce kilku poprzedników choćby wymienić przykładowo pijara Jana Zebedeusza Falkowskiego, ale zarówno on, jak i inni, tworzyli warunki do bezpośredniej zakładowej opieki nad niewidomymi czy głuchymi, natomiast Maria Grzegorzewska stworzyła fundamenty dyscypliny naukowej, jaką jest pedagogika specjalna. Jej dzieciństwo i młodość przypada na lata okresu rozbiorowego i pierwszej wojny światowej. Urodziła się jako piąte dziecko w rodzinie, 18 kwietnia 1888 roku z ojca Adolfa i matki Felicji z Bohdanowiczów Grzegorzewskiej, we wsi Wołucza pow. Rawa Mazowiecka. Maria ze wsią była bardzo zżyta, gdyż ojciec jako dzierżawca, a w następnych latach administrator kilku kolejnych majątków, niemal jak Niechcic z powieści Marii Dąbrowskiej "Noce i dnie", przenosił się z miejscowości do miejscowości. Ponadto wychowywano ją w kulcie patriotycznej tradycji narodowej, gdyż obaj dziadkowie byli powstańczymi oficerami. Gdy rodzice oddali ją na pensję pani Kotwickiej w Warszawie, Maria, nie znosząca słodkawej i ugładzonej atmosfery, jaka tam panowała, bez wiedzy rodziców przeniosła się do prywatnej szkoły pani Hewelke, którą ukończyła w roku szkolnym 1906ż8ş1907. W czasie rocznego kursu przygotowawczego na studia matematyczno-przyrodnicze, prowadzonego przez Ludwika Krzywickiego, wciągnęła się z wolna do konspiracyjnej pracy społeczno-oświatowej na kompletach dokształcania robotników. Naraziła się tam żandarmerii carskiej, toteż uchodząc przed aresztowaniem musiała podjąć pracę domowej nauczycielki na Litwie. Mimo niedostatku i trudności finansowych rozpoczęła w roku akademickim 1909ż8ş1910 studia na wydziale przyrodniczym U.J. w Krakowie, gdzie pasjonowały ją zwłaszcza zagadnienia filozoficzno-neurologiczne. Pełna pasji naukowej, żywotności i życzliwości, nazywana "pomocną ręką", była lubiana i ceniona przez otoczenie. Niestety, utrzymując się głównie z korepetycji, żyła w skrajnej nędzy, stołując się w garkuchni. Zapadła wówczas też na poważną chorobę, w wyniku której po dwóch latach przerwała studia i udała się na kurację do Zakopanego, a następnie do Włoch, skąd - pogrążona w depresji pisała: "Żyć będę, muszę, ale teraz już tylko praca będzie treścią mojego życia". Z tego odrętwienia obudziła ją wiadomość o organizowaniu w Brukseli - przez prof. Józefę Jotejko - Międzynarodowego Fakultetu Pedagogicznego. Wzbudził się w niej ponownie głód wiedzy i dlatego jesienią 1919 roku wyjechała na studia do Brukseli, by kontynuować naukę pod kierunkiem prof. J. Jotejko. Tu pod wpływem wybitnych naukowców, O.Decroly'ego i E.Clapare'da, pogłębia się jej zainteresowanie pedologią, metodą zajmującą się rozwojem psychicznym dzieci i młodzieży pojmowaną jako proces uwarunkowany ściśle czynnikami biologicznymi i środowiskowymi, lecz nie uwzględniającą roli wychowania i własnej aktywności dziecka. Jeszcze ważniejszym w życiu Marii Grzegorzewskiej stało się w tym czasie nawiązanie trwałych więzów przyjaźni z prof. J. Jotejko, słynną już uczoną i wybitną działaczką. Przyjaźń - jak zawsze podkreślała M. Grzegorzewska - daje moc do wspólnego przezwyciężania trudności, a w swoim wspólnym działaniu dążyły obie do podnoszenia wartości człowieka. W 1914 roku Maria Grzegorzewska przyjechała do Warszawy na wakacje. Wybuch I wojny światowej uniemożliwił jej powrót do Brukseli gdzie zresztą Międzynarodowy Fakultet Pedologii został rozwiązany. Choć pochłaniał ją w Warszawie ruch społeczno-patriotyczny, jaki się uaktywnił po wybuchu wojny, to jednak pragnienie kontynuowania studiów było tak silne, że nielegalnie z wielkimi trudnościami przedostała się do Londynu, gdzie czekała już na nią prof. J. Jotejko. Stamtąd wyjechała do Paryża na studia w College de France, w której to uczelni J. Jotejko jako pierwsza kobieta dostąpiła zaszczytu wykładania. M. Grzegorzewska prowadziła psychologiczne badania z zakresu estetyki, które opublikowała jako pracę doktorską w 1916 roku, pt. "Rozprawa na temat rozwoju poczucia estetycznego", jednakże - jak to w życiu i zgodnie z jej usposobieniem bywało - po zwiedzeniu szpitala w Bicetre dla głęboko upośledzonych i kalek, zmieniła nagle swoje zainteresowanie estetyką na zupełnie nowe pole działania. Zdecydowała poświęcić się systematycznej i stałej pracy nad upośledzonymi dziećmi i kalekami, by choć w części wyrównać im krzywdy losu. Powiedziała wówczas kategorycznie "Wyrównanie krzywd upośledzonym i niedostosowanym stało się nakazem mego życia". Z miejsca więc - zgodnie ze swoim postanowieniem - poszła do paryskiej szkoły, w której była klasa dla upośledzonych umysłowo, aby tam realizować swoją ideę. Paryskie władze szkolne wysoko oceniły jej pracę i zaproponowały stałą posadę. Grzegorzewska jednak, wraz z Jotejko, żyła pragnieniem - gdy tylko zaistnieje ku temu możliwość - powrócenia do kraju i poświęcenia się szkolnictwu w wolnej Polsce. Działała przecież w Paryżu w Polskiej Lidze Nauczania i posłannictwu temu była wierna. W maju 1919 roku wróciła przez Szwajcarię do kraju i z miejsca wszczęła w Warszawie starania o położenie fundamentów pod szkolnictwo specjalne. Trzeba pamiętać, iż termin "szkolnictwo specjalne" został wprowadzony w Polsce przez Marię Grzegorzewską. W tym czasie nie minął jeszcze rok od chwili odzyskania przez Polskę niepodległości i wiele spraw było uznawanych za ważniejsze, niż lecznicze szkolnictwo. Trzeba było odbudować - poza administracją państwową - szkolnictwo zwykłe, prawie doszczętnie zniszczone przez rozbiorców. Maria Grzegorzewska, która w dzieciństwie - jak sama wspomina - bała się niewidomych i do pewnego stopnia czuła odrazę i do głuchoniemych (przed którymi chowała się pod stół), za wszelką cenę postanowiła stworzyć w odradzającej się ojczyźnie system opieki oświatowo-leczniczej nad dziećmi i młodzieżą dotkniętą różnego rodzaju inwalidztwem i upośledzeniem psychicznym. Dzięki jej wytrwałym staraniom stworzony został w Ministerstwie Oświecenia Publicznego i Wyznań Religijnych Wydział Szkolnictwa Specjalnego, gdzie podjęła pracę w charakterze referenta, szybko awansowana do stopnia kierownika. Powstająca wówczas w kraju, przy jej udziale, sieć placówek szkół specjalnych, wymagała odpowiednio wykwalifikowanych w tym kierunku nauczycieli. Toteż Tytus Benni, profesor Uniwersytetu Warszawskiego i językoznawca, w 1920 roku utworzył Instytut Fonetyczny, w którym zaczęto kształcić nauczycieli szkół dla głuchych. Jednak nie mógł instytut ten zaspokoić potrzeb jakie narastały w związku z brakiem nauczycieli do wielu innych szkół specjalnych. W tej sytuacji następnego roku Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego zorganizowało półroczne seminarium doświadczalne w dziedzinie przygotowania nauczycieli dla szkół specjalnych i na początki roku szkolnego 1921ż8ş22 połączono je w Instytut Pedagogiki Specjalnej. Kierownikiem nowo powstałego instytutu została właśnie Maria Grzegorzewska, która szybko rozwijała jego kształcącą działalność. Placówka ta nabrała żywych rumieńców i w 1922 roku została przekształcona w Państwowy Instytut Pedagogiki Specjalnej (PIPS), którego dr Grzegorzewska została zasłużenie - jako twórca - dyrektorem. Był to pierwszy w Polsce i jedyny tego rodzaju pionierski instytut, bez jakiegokolwiek wzorca strukturalnego. Przed Marią Grzegorzewską stanęło więc wielkie, przebojowe zadanie. Choć po ciężko przebytej chorobie - wciąż cierpiała na niedomogi serca - pracowała bez wytchnienia, by PIPS pod jej kierunkiem stał się placówką prawdziwie naukową i kształcącą. Mimo złych warunków lokalowych - gdyż PIPS początkowo mieścił się w pomieszczeniach ciasnego Instytutu Głuchoniemych w Warszawie - dążyła by spełniał on dwie zasadnicze funkcje: kształcenia nauczycieli dla szkół specjalnych i ośrodków opiekuńczych osób niepełnosprawnych oraz centrum badań naukowych w tej obszernej, złożonej i dziewiczej dziedzinie. PIPS miał przygotować nauczycieli - według planów Marii Grzegorzewskiej - do wszystkich działów szkolnictwa specjalnego: głuchych, niewidomych, oligofreników itp. Tymczasem pracę wśród dzieci i młodzieży z upośledzeniem fizycznym lub psychicznym pojmowano wówczas jako działalność głównie filantropijną. Maria Grzegorzewska przeciwstawiała się takim poglądom, gdyż - jak głosiła - "nie ma kaleki, jest człowiek" i w związku z tym kładła nacisk na rozwój osobowości każdego dziecka, a nie tylko na jego usprawnienie lub zapewnienie mu opieki. Maria Grzegorzewska, sama posiadająca bogatą osobowość, wrażliwość moralną i uczuciową oraz stawiająca na dobroć, pragnęła widzieć te cechy jako podstawowe walory każdego nauczyciela szkolnictwa specjalnego. Nauczyciel ma - jej zdaniem - nie tylko nauczać, ale wychowywać i wpływać na więź ucznia ze społeczeństwem. Wysokie wymagania stawiane nauczycielom przez Marię Grzegorzewską nie odstręczały, a raczej zachęcały do podjęcia tego zawodu, dzięki czemu spod jej ręki wyszły liczne zastępy nauczycieli szkół specjalnych. Z resztą M. Grzegorzewska zajmowała się także kształceniem nauczycieli szkół zwykłych i założyła w Warszawie Państwowy Instytut Pedagogiki, którego była dyrektorem w latach 1935-1940. Maria Grzegorzewska musiała również dać PIPS-owi podstawy naukowe, określić, co to jest pedagogika specjalna, jaki obejmuje zakres oraz jakie realizuje cele i zadania. Zaprogramowała przeto badania naukowe i ich zakres, jak np: metody badań zjawisk patologicznych w rozwoju dzieci i młodzieży, metody wykrywania przyczyn powstawania upośledzeń, zaburzeń i osłabień psychofizycznych, metody ogólnego usprawniania, kompensowania i korektury braków oraz odchyleń od normy, metody włączania osób upośledzonych do życia gospodarczego i kulturalnego. Jednym z największych osiągnięć Marii Grzegorzewskiej było jej naukowe wskazanie metod rewalidacji dzieci upośledzonych, polegające na integracji wszystkich kierunków działalności pedagogicznej - co pozwalało w tym samym czasie maksymalnie rozwijać nieuszkodzone elementy organizmu, korygować lub kompensować istniejące braki. Żeby można było te założenia rewalidacyjne (Maria Grzegorzewska nie używała terminu "rehabilitacja") realizować, opracowała ona odmienną niż Decroly metodę ośrodków pracy, a więc system zajęć kształcąco-wychowujących w szkole specjalnej. Decroly kładł nacisk na indywidualne prace dzieci zgodnie z ich zainteresowaniami, wiąże je z biologicznymi potrzebami i możliwościami dziecka, przez co prace dziecka upodabniał do zabawy, czyli pracy "na niby". Maria Grzegorzewska natomiast, obok indywidualnych prac, położyła nacisk na uspołecznienie dzieci. O wykonywanych pracach miało decydować nie tylko zainteresowanie własne, co potrzeby społeczne. Wymagała tego rewalidacja dzieci prowadząca do aktywizacji narządów i rekompensaty zmysłów. Do powyższych celów opracowała własną, wszechstronnie rozwiniętą metodę i program dla zainspirowanych przez nią ośrodków pracy, stosowaną we wszystkich polskich szkołach specjalnych. Te ośrodki pracy stanowiły w założeniach Grzegorzewskiej jednocześnie bazę badań naukowych dla nauczycieli i studentów PIPS-u. Metodę ośrodków pracy Marii Grzegorzewskiej wprowadzono również w powstającym w 1922 roku zakładzie dla niewidomych w Laskach Warszawskich. Psychika i osobowość niewidomego oraz metody jego nauczania i wychowania zajmowały w pracach naukowych Marii Grzegorzewskiej poczesne miejsce. Żeby poznać możliwości dziecka i młodzieży niewidomej, prowadziła nad tym zagadnieniem wiele badań. W tym celu zwiedzała zakłady dla niewidomych w kraju i za granicą, głównie we Francji i Belgii. Na podstawie przeprowadzonych tam zadań, obserwacji i studiów napisała i opublikowała wiele prac naukowych, m.in.: "Struktura psychiczna tzw. zmysłu przeszkód niewidomych" (1925ż8ş26Ň), "Orientowanie się niewidomych w przestrzeni", "Uwagi o strukturze psychicznej niewidomych od urodzenia", "Struktura wyobrażeń surogatowych u niewidomych" (19926ż8ş27Ň), "Głuchociemni" (1927ż8ş28Ň), "Opieka wychowawcza nad dziećmi niewidomymi i głuchociemnymi" (1930Ň) i fundamentalną pracę z zakresu tyflologi "Psychologia niewidomych" Tom I (1929Ň). Drugi przygotowany już do druku tom spłonął niestety podczas Powstania Warszawskiego w 1944 roku. Publikacja tych prac i innych pomniejszych artykułów o niewidomych miała doniosłe znaczenie nie tylko dla szkolnictwa, ale także dla integracji społecznej. Publikacje te bowiem oczyszczały rodzinny grunt z zakorzenionych w społeczeństwie szkodliwych postaw i poglądów na temat niewidomych. Maria Grzegorzewska dowodziła w tych pracach naukowo, że niewidomy posiada taką samą strukturę psychiczną jak każdy inny człowiek. Brak zmysłu wzroku nie przekreśla inteligencji niewidomego dziecka i jest ono wyuczalne - należy tylko przy pomocy odpowiednich metod nauczania doprowadzić do korelacji zmysłów, wytworzenia struktur zastępczych, dających szanse poznania i rozumienia rzeczywistości, doprowadzenia do tego, by drugi układ sygnałów, nie był zupełnie oderwany od pierwszego układu, żeby surogaty i analogie jakimi się posługuje niewidomy w swym kontakcie słownym były jak najmniej skażone nieadekwatnymi wyobrażeniami o desygnatach. Wykazywała ona w tych pracach, że niewidomi są zdolni także do wykonywania różnych zawodów, że trzeba im tylko stworzyć odpowiednie warunki. W okresie międzywojennym, kiedy prace te były publikowane, spełniały dodatkową rolę społeczno-wychowawczą. Przykłady, osiągnięć niewidomych, a zwłaszcza głuchoniemych, jakie przytaczała w swoich pracach w zarysie historycznym, wskazywały drogę w środowiskach nauczycielskich i instytucjach opiekuńczych do właściwego zajęcia się w Polsce rehabilitacją niewidomych. Wyniki badań Grzegorzewskiej, dotyczące psychiki niewidomego, struktur orientacji przestrzennej, struktur psychicznych czytania były absolutnie prekursorskie na gruncie polskim i zapoczątkowały rozwój tyflologii. Autorka ustaliła w nich metodę, zakres i terminologię. Wielu naukowców podjęło na ten temat w okresie powojennym i choć niektórzy w pewnych zagadnieniach mieli pogląd odmienny, choćby na temat zmysłu przeszkód niewidomego, to w podstawowych tezach Maria Grzegorzewska pozostała największym autorytetem w tyflopsychologii i tyflopedagogice. Swoich badań nie zawężała ona tylko do jednej dziedziny naukowej, najbliższej jej, psychologii, ale włączała inne - takie jak medycynę ogólną, biologię, neurologię, okulistykę, fizjologię, pedeutologię, czy patologię. Dzięki temu wyniki badań nad osobowością niewidomego wyróżniały się wszechstronnością i obiektywizmem, wprowadzały szereg nowych pojęć i ujęć, rozszerzały w znacznym stopniu dotychczasowy stan wiedzy. Maria Grzegorzewska w swoich badaniach i działalności pedagogicznej uwzględniała element uczuciowy, sygnalizując, że dobroć nauczyciela spełnia doniosłą rolę wychowawczą. Wypływało to z jej postaw humanitarnych, bo przecież mówiła: "Nie ma kaleki, jest człowiek". Wpływ wychowania na wyrównanie braków jednego ze zmysłów ludzkich, w przeciwieństwie do Decroly'ego, uważała za najistotniejszy w pedagogice specjalnej. Można to zauważyć, gdy się studiuje opracowany przez nią program nauczania dla Ośrodka Pracy, metody stosowanej w szkołach specjalnych. Więź uczuciowa nauczyciela z uczniem oparta na tym programie nauczania jest jednym z ważniejszych elementów. Utrapienie, na jakie cierpi zarówno niepełnosprawny uczeń z powodu swoich fizycznych lub psychicznych niedomogów oraz nauczyciel, który musi mieć przysłowiową "anielską cierpliwość" dla podopiecznego, zostaje wynagrodzone radosnym osiągnięciem, jakim jest usprawnianie, wychowanie i nauczanie osoby rewalidowanej. Wszystkie publikacje Marii Grzegorzewskiej, dotyczące problematyki niewidomych, z uwagi na ich wartość naukową, pedagogiczną i społeczną winny być zebrane w jedną całość i w opracowaniu monograficznym wydane jako dzieło, które w komplecie winno być zawsze dostępne tyflologom i nauczycielom pedagogiki specjalnej. Winni również znać te prace działacze organizacji niewidomych - stąd zachodzi potrzeba wyciągnięcia choćby głównych tez ze wszystkich opracowań Grzegorzewskiej i z odpowiednio objaśniającym komentarzem opublikowania w formie broszury brajlowskiej i jej mutacji w postaci książki mówionej. Dałoby to szansę niewidomym poznania z jednej strony badań Marii Grzegorzewskiej, z drugiej Polski Związek Niewidomych w ten sposób uczciłby pamięć wybitnej orędowniczki spraw niewidomych i prekursorki pedagogiki specjalnej na gruncie polskim. Maria Grzegorzewska, która z własnej woli i potrzeby ducha zajęła się bez reszty różnego rodzaju osobami niepełnosprawnymi, powinna służyć za wzór osobowy wszystkim tym, którym są bliskie sprawy człowieka oczekującego podania mu pomocnej ręki. Poza stworzeniem w 1921 roku Instytutu Pedagogiki Specjalnej, przekształconego w następnym roku w Państwowy Instytut Pedagogiki Specjalnej, którego od początku powstania przez cały czas (z wyjątkiem okupacji), aż do 1960 roku była dyrektorem, działała także społecznie i założyła przy Głównym Zarządzie Związku Nauczycielstwa Polskiego sekcję szkolnictwa specjalnego, której była wieloletnią przewodniczącą. Z końcem roku 1924 założyła i redagowała kwartalnik naukowy "Szkoła Specjalna", poświęcony sprawom wychowania i nauczania dzieci z odchyleniami od normy. Współpracowała aktywnie z Towarzystwem Opieki nad Ociemniałymi. Podczas okupacji brała czynny udział w tajnym szkolnictwie i pracach konspiracyjnych oraz w akcji ratowania Żydów od grożącej im zagłady. W czasie Powstania Warszawskiego niosła pomoc rannym jako sanitariuszka. Po wyzwoleniu pełniła funkcję dyrektora PIPS-u, rozwijała i poszerzała jego działalność naukową, wznowiła wydanie kwartalnika "Szkoła Specjalna". W latach 1958-1960 została kierownikiem Katedry Pedagogiki Specjalnej przy Uniwersytecie Warszawskim. Po odejściu na emeryturę, w roku 1960, nadal wykładała w Państwowym Instytucie Pedagogiki Specjalnej, pozostając do dziś jego opiekunem duchowym. Za całokształt zasług Maria Grzegorzewska została odznaczona niemal wszystkimi odznaczeniami państwowymi oraz resortowymi i jako pierwsza kobieta w Polsce Ludowej dostąpiła zaszczytu uhonorowania Jej Orderem Budowniczych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Zmarła 6 maja 1967 roku. W tym samym roku, kiedy odeszła od nas na zawsze, dla uczczenia Jej zasług naukowych i wychowawczych Państwowemu Instytutowi Pedagogiki Specjalnej nadano imię Marii Grzegorzewskiej. `ty Bibliografia `ty 1. Grzegorzewska M.: Opieka wychowawcza nad dziećmi niewidomymi i głucho-ciemnymi. Warszawa 1933. 2. Grzegorzewska M.: Pedagogika specjalna (skrypt wykł.) Warszawa 1964. 3. Grzegorzewska M.: Wybór pism. Warszawa 1964. 4. Materiały z sesji naukowej z 7 Ii 1969 r. "Maria Grzegorzewska". Warszawa 1972. 5. Okoń W.: "Słownik pedagogiczny". Warszawa 1975. 6. Studia pedagogiczne (praca zbiorowa). Wrocław 1955, Tom Ii.