`st $polski $związek $niewidomych - $zarząd $główny $biografie $osób $zasłużonych dla $środowiska $niewidomych część $ii Tom Całość w tomach $p$w$z$n $print 6 Lublin 1997 `pa Pozycja przygotowana przez Redakcję Wydawnictw Tyflologicznych PZN w składzie: Józef Mendruń - red. nacz. Elżbieta Oleksiak Jerzy Smoliński Danuta Trzpil - sekr. Przedruk na podstawie maszynopisu PZN ZG Warszawa 1990 Redakcja techniczna wersji brajlowskiej: Piotr Kaliński Skład, druk i oprawa: PWZN Print 6 20-bah Lublin, Hutnicza 9 tel.ż8şfax 081 746-ab-hj `st `tc Marek Bachulski.ă O życiu Jana Silhana `tc Komuś, kto stracił wzrok w wieku dojrzałym, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę w pełni z tego, co utracił, wydać się może dziwnym stosunek Jana Silhana do własnej utraty wzroku. W jednym ze swych listów do Stanisława Żemisa pisał on o ślepocie jak o czymś, do czego tak mocno się przyzwyczajamy, że nie możemy wyobrazić sobie bez niej działania. Jana Silhana trudno byłoby nazwać działaczem niewidomych, jeśli termin "działacz" kojarzy się komuś co najwyżej z typem urzędnika lub funkcjonariusza, któremu zalecono zajęcie się takim czy innym resortem, a który z tej racji rości sobie tytuł do chwały. Można by go nazwać raczej wybitną osobistością ruchu niewidomych w Polsce. Z metryki chrztu Jana Silhana możemy się dowiedzieć, że pochodzi z rodziny inteligenckiej. Ojciec Franciszek był urzędnikiem bankowym, matka Anna z Paczoskich - nauczycielką. Ich przynależność państwowa do monarchii austrowęgierskiej miała w przyszłości zaważyć na losach syna. Nawiasem warto wspomnieć, że księdzem udzielającym chrztu był prałat Jan Skalski, autor ciekawych wspomnień z tamtych czasów. Jan Silhan urodził się w Kijowie 1 listopada 1889 r. Ojciec jego, jak sam pisze był spolszczonym Czechem, matka Polką i w polskim duchu był wychowywany. W swym mieście rodzinnym ukończył średnią szkołę realną - gimnazjum matematyczno-fizyczne. W latach szkolnych Silhana stolica Ukrainy - dawniejszej Rusi, kolebki państwa carów - nie była terenem tak polakożerczej kampanii, z jaką polska młodzież musiała stykać się w szkołach ówczesnej Kongresówki. Ze wspomnień szkolnych - nie tylko Polaków, lecz i Rosjan, np. Konstantego Paustowskiego - wynikało, że w szkołach kijowskich nie dochodziło wówczas do większych zadrażnień między młodzieżą polską, rosyjską, ukraińską czy żydowską. Kijów, choć nie objęty granicami Polski sprzed pierwszego rozbioru, zasiedlała liczna kolonia polska, a do szkół zjeżdżali tu synowie polskiego ziemiaństwa czy jeszcze liczniejszych oficjalistów dworskich i inteligencji technicznej skupionej wokół dobrze rozwijającego się przemysłu cukrowniczego na tych żyznych ziemiach. Kiedy wysoki, jasnowłosy, przystojny Jan Silhan, mający niewątpliwie uzdolnienia matematyczno-techniczne (na późniejszym świadectwie z egzaminu państwowego we Lwowie widać same bardzo dobre i celujące stopnie) wstępował na politechnikę, na wydział budowy maszyn w rodzinnym mieście, było już po rewolucji 1905 r. Odpływała fala strajków, manifestacji, rozbijania fabryk monopolu spirytusowego i wylewania ich produktów do rynsztoków, zachęcano do programów antyżydowskich. Okres studiów Jana Silhana (1907-1911Ň) zbiega się z wprowadzeniem na terytorium państwa carów tzw. reakcji stołypinowskiej. Mianem tym określano politykę premiera i ministra spraw wewnętrznych Piotra Stołypina, która zmierzała do odebrania społeczeństwu niewielkiego marginesu swobody zdobytego podczas rewolucji 1905 r. Młodemu studentowi nie dane jest jednak ukończyć wybranej przez siebie uczelni, choć niewiele mu do tego brakuje. Kończy tylko 8 semestrów. Wrażliwość na krzywdę społeczną skłania go do działalności w szeregach Socjal-Demokratycznej Partii Robotniczej Rosji, co przyjdzie mu przepłacić dziewięciomiesięcznym pobytem w więzieniu w latach 1911-1912. Niezależnie od tego, na politechnice jest członkiem Korporacji Polskiej Młodzieży Demokratycznej. Tymczasem starania matki Jana zostały uwieńczone powodzeniem i krnąbrnego studenta wypuszczono z więzienia pod warunkiem, że natychmiast opuści granice Rosji. Sprawa była o tyle prosta, że jak już powiedziano wyżej, rodzice Jana byli poddanymi monarchii austrowęgierskiej, podobnie zresztą jak prawie wszyscy Polacy zamieszkujący wtedy wschodnią i zachodnią Małopolskę. Wkrótce Jan Silhan immatrykulowany został w poczet studentów politechniki lwowskiej, gdzie panowały bez porównania liberalniejsze stosunki, a językiem wykładowym był polski. Studiował tu 4 semestry, do 1913 r. Nie przerwał swojej działalności społecznej, uczestnicząc w pracach Akademickiego Zrzeszenia Młodzieży Lewicowej "Spójnia". Na terenie Lwowa kierował też działalnością emigracyjnej grupy SDPRR. Ale tymczasem to, co nazywano potem zbrojnym pokojem, a co wkrótce miało się przerodzić w wielką wojnę, wymagało nowych sił ludzkich i świeżo upieczony lwowianin zostaje powołany do austriackiej armii. Austriacka była to armia więcej z nazwy, strategii dowodzenia i mundurów, niż ze składu narodowościowego jej żołnierzy. Była to niewątpliwie najbardziej zróżnicowana pod względem narodowościowym armia europejska (w skład rosyjskiej wchodziły narodowości azjatyckie). Prócz rdzennych Austriaków spotykało się tam Węgrów, Polaków, Czechów, Słowaków, Niemców, Chorwatów, chłopów z Bośni i Hercegowiny, Rumunów, Żydów, Ukraińców, których wtedy jeszcze nazywano Rusinami, a nawet Tyrolczyków, którzy - choć używali między sobą niemieckiego dialektu - uważali się za coś odrębnego niż Austriacy z niżej położonych rejonów. Wojna zastaje por. Jana Silhana w macierzystym pułku w Libercu w płn. Czechach. Stamtąd zostaje on wraz ze swym pułkiem, wysłany na front serbski, gdzie dochodzi do bitwy pod Szabacem. Wojna ma swe żelazne prawa, które zmuszają żołnierza do walki, niezależnie od tego czy żywi wrogość lub nienawiść do człowieka ubranego w inny mundur, po tamtej stronie linii frontu, czy też przeciwnie - współczuje mu lub żywi do niego sympatię. W późniejszej korespondencji kpt. Silhan wyrażał się o serbskich żołnierzach z życzliwością, choć za walkę z nimi otrzymał austriacki złoty medal za waleczność. Ponadto serbska kula karabinowa wybija mu lewe oko, wychodząc w okolicy prawego przy skroni. W efekcie Jan Silhan traci obie gałki oczne. Dla każdego człowieka jest ciężkim przejściem, zwłaszcza nagłe, od stanu pełnej sprawności fizycznej do ciężkiego inwalidztwa. Pomocą w psychicznym przełamaniu przygnębienia, w jakim się znalazł młody oficer, był niewątpliwie ordynator szpitala w Budapeszcie, dokąd go przewieziono - prof. Gross, który sprowadził do Jana Silhana znanego tyflopedagoga z Czerniowiec, Jerzego Halarewicza. Ten nauczył nowo ociemniałego alfabetu brajla i pomógł mu w wyrobieniu przeświadczenia o możliwości dalszego działania na tym właśnie polu, w kształceniu młodzieży pozbawionej wzroku. Z myślą o poznawaniu metod nauczania w świecie ciemności, w którym znalazł się tak nagle, udaje się Silihan do Wiednia, aby tam uczęszczać, jako hospitant (rodzaj wolnego słuchacza), na zajęcia w Instytucie Wychowawczym Niewidomych Dzieci, który pod kierownictwem dyrektora Aleksandra Mella ma sławę drugiej, po paryskiej, tego rodzaju placówki w Europie. Chcąc pogłębić swą wiedzę, uczęszcza na wykłady pedagogiczne na wydziale filozoficznym trzeciej swej kolejnej wyższej uczelni - Uniwersytetu Wiedeńskiego. Wkrótce też spotkać ma oferującą mu pomoc przy przepisywaniu ze stenografii na alfabet brajla notatek z wykładów, starszą o 3 lata od siebie pannę Margit Krausz. Urodzona w Budapeszcie i pracująca jako księgowa, zgłosiła się na okres wojny do pracy w szpitalu wojskowym, jako asystentka chirurgiczna, by nieść pomoc rannym. Niedługo zostanie, mimo niechętnie patrzącej na ten mariaż rodziny, panią Silhanową, by towarzyszyć swemu mężowi aż do jego śmierci. O tym spotkaniu tak napisze po latach, w styczniu 1968 r., Jan Silhan: "Współpraca ta datuje się właściwie z okresu jeszcze wcześniejszego, albowiem rozpoczęła się niemal nazajutrz po zawarciu naszej z mą Margit znajomości na terenie jednego ze szpitali wiedeńskich, gdzie Margit była asystentką chirurgiczną. Było to w marcu 1915 r., gdy żona moja miała już za sobą dobrych parę miesięcy ochotniczej służby niesienia pomocy rannym. Do służby tej zgłosiła się przerywając, jak przypuszczała, na parę miesięcy swoją pracę biurową buchalterki w jednej z tamtejszych firm. (...) Z kolei i ja zgłosiłem się do podobnej pracy - z tym tylko, że obejmować miała zarówno ociemniałych wojennych jak i dzieci niewidome. Hospitalizowałem już w Państwowym Instytucie Wychowania Niewidomych, studiując odnośną literaturę fachową. A Margit z miejsca oświadczyła, że byłaby gotowa przyjść mi w tej pracy z pomocą, oczywiście - bezinteresownie. Toteż po wyczerpującej bądź co bądź pracy szpitalnej, w której zresztą wyróżniała się zarówno gorliwością jak i techniczną i merytoryczną sprawnością, całe popołudnia poświęcała czytaniu na głos, kopiowaniu brajlem niezbędnych tekstów, towarzysząc mi na popołudniowe wykłady tamtejszej wszechnicy na wydziale filozoficznym i sekundując mi w zabiegach o stworzenie Związku Ociemniałych Inwalidów Wojennych i w trosce o pozostających w ówczesnej Centrali Ociemniałych Inwalidów Wojny Polakach". A tak okoliczności ich ślubu opisała po wielu latach Margit Silhanowa: "Nasz ślub (...) był bardzo uroczysty i poważny związek serc, poświęcony przez kapelana wojskowego Henryka Dobrożeńskiego w małej, pięknie udekorowanej i rzęsiście oświetlonej kaplicy szpitalnej. Obecna była tylko z rodziny moja matka, świadkowie nasi, Dyrektor Radca Mell i Dr Bayer (nasi przełożeni), wszyscy z mojego szpitala pracujący lekarze z żonami, tamtejszy personel i nasi przyjaciele. "Nawet po latach pobytu w Polsce nie pozbyła się pani Margit drobnych, czasem zabawnie brzmiących dla polskiego ucha błędów językowych. Zamiast "zaręczeni" pisze "załączeni", miast "wyżej wymieniony" pisze "nazwany", miast "umniejszać" - "umalać", lecz świadczy to więcej o tym, jak trudny jest dla cudzoziemca język polski, niż o niezdolności językowej osoby z innego kraju nim się posługującej. Bo oprócz lekkiego obcego akcentu używała go w mowie i w piśmie na ogół poprawnie. Zapewne poczucie obcości wobec polskiego otoczenia musiała Margit odczuwać jednak przez czas jakiś, gdy znalazła się z mężem na terytorium Polski we Lwowie. Porozumiewała się początkowo z mężem noszącym mundur polski, po niemiecku, co po odzyskaniu niepodległości wywoływało wśród przypadkowych słuchaczy nieprzychylne komentarze. Był to przecież język byłego zaborcy. Rodzina panny młodej odnosiła się niezbyt życzliwie do jej małżeństwa, co zresztą stwierdzenia Margit Silhanowej, że na ślubie była tylko jej matka. Niewątpliwie jednak małżeństwo to miało dla Jana Silhana wielkie znaczenie, gdyż abstrahując od sfery uczuciowej - tak niezmiernie ważnej w życiu każdego człowieka, a tym bardziej inwalidy - ułatwiało mu pracę, a co za tym idzie, lepsze przystosowanie się do zmienionych warunków życia. We wrześniu 1917 roku Silhanowie udają się w podróż po różnych ośrodkach tyflopedagogicznych rozrzuconych po terenie monarchii. Inne państwa, oprócz wilhelmowskich Niemiec nie byłyby i tak dostępne, z racji toczących się działań wojennych. A więc: Praga, Linz, Insbruck, Salzburg, Graz, Usti nad Łabą. Tymczasem na wniosek dyrektora Instytutu Wychowawczego Niewidomych Dzieci prof. Aleksandra Mella, Ministerstwo Wojny powołało ponownie ociemniałego porucznika do służby czynnej, polecając mu zorganizowanie we Lwowie na bardziej nowoczesnych zasadach niż to robiono dotychczas, szkoły inwalidów wojennych dla Galicji i Bukowiny. Dotychczas działalnością tą zajmował się Związek Ciemnych we Lwowie. Na początku października 1917 r. porucznik Silhan powrócił z żoną do miasta znanego mu dobrze z czasów studenckich, którego nie mógł już więcej oglądać. Było ono malowniczo położone na starym szlaku kupieckim w połowie drogi między Morzem Bałtyckim a Czarnym. Ze swymi katedrami trzech obrządków katolickich, miasto miało jakiś specyficzny klimat, który kazał ludziom wspominać je po latach z rozrzewnieniem. Teraz do szkoły, - która była raczej, jak byśmy to dziś powiedzieli, ośrodkiem rehabilitacji podstawowej i zawodowej zarazem - zjeżdżali żołnierze w niebieskawych mundurach, w szkopkowatych czapkach z austriackim bączkiem, którym gaz bojowy wyżerał oczy, którzy stracili wzrok od kontuzji i ran od kul, odłamków granatów i szrapnęli. Po 3 latach wojny armia ta zatraciła już swego bojowego ducha, bo czy zresztą mogła go mieć walcząc za sprawę, do której żołnierz nie miał przekonania. "Bośmy żołnierze jako psy,@ bezdomni są włóczędzy.@ Trapi nas Moskal, gryzą wszy@ za Austrii skrawek nędzny" Śpiewano w okopach. Teraz, gdy ciężkie kalectwo wyłączyło ich z wojny, może wyrwało z grozy śmierci, zrezygnowani i przygnębieni, nie bardzo chcieli się poddać nawet temu minimum dyscypliny, którą musiał im narzucić kierownik szkoły. Por. Silhan był zdania, iż nawet zasługi wojenne nie powinny zwalniać żołnierza po utracie wzroku od postawy czynnej, zamiast biernego oczekiwania na renty i apanaże. Zamiłowanie do pracy pedagogiczno-społecznej, studia na uniwersytecie wiedeńskim, a także obserwacje poczynione w charakterze hospitanta w Instytucie Wychowawczym Niewidomych Dzieci, ułatwiały niewątpliwie por. Silhanowi zadanie. Nowy program ośrodka rehabilitacyjnego w dziedzinie zawodowej i społecznej (poprzedni program prowadzony był przez rok i organizowany w formie szkolenia ociemniałych żołnierzy przez Związek Ciemnych) zaplanowano na okres trzyletni. Obejmował on szkolenie w produkcji szczotkarskiej i koszykarskiej. Nie zapomniano o nauczaniu ociemniałych żołnierzy pisma Braille'a. Zapewne większy, niż w obecnych czasach, procent analfabetyzmu wśród żołnierzy wpływał na to, iż tylko 40% kończących szkolenie w ośrodku umiało się posługiwać pismem poznawanym za pośrednictwem dotyku. Uczono również posługiwania się zwykłą maszyną do pisania. By wypełnić ciszę bezradiowego prawie jeszcze świata sharmonizowanymi dźwiękami, a przy tym dać im samym rozrywkę kulturalną w postaci uprawiania muzyki, prowadzono naukę gry na mandolinie, skrzypcach i fortepianie. Wspólnie chodzono do teatru. Myślę, że był to naprawdę nowoczesny program rehabilitacji, skoro bez mała w 50 lat później program kursu rehabilitacyjnego, jeśli nie liczyć kilku gorzej lub lepiej zorganizowanych wykładów i tego, że koszykarstwo i szczotkarstwo zastąpiono zajęciami warsztatowymi w metalu, drewnie i robotach ręcznych, nie różniło się od tamtego. Okres nauki w szkole trwał, jak wspomniałem, trzy lata - z tym, że dwa ostatnie były właściwie dobrowolnym pobytem uczniów starszych dla pomocy nowo przybyłym na kurs. W ciągu 9 lat istnienia szkoły wykształcono w tych niewielkich pomieszczeniach 180 uczniów. Zakład składał się z trzech pokoi warsztatowych, pokoju szkolnego, magazynu, biura, sali jadalnej i 4 sal sypialnych na 12 osób każda. Przy zakładzie znajdował się duży ogród. Trzeba się też było zatroszczyć o przyszłe usamodzielnienie opuszczających ośrodek żołnierzy. Z pomocą Towarzystwa Zagród dla Ociemniałych Żołnierzy utworzono specjalny fundusz na zakup zagród wiejskich i własnych domków, z którego przyznawano jednorazowo kwotę w wysokości 6500 do 10000 koron. Do czasu realizacji kupna wypłacano z odsetek umieszczanego w banku kapitału kwotę 30-50 koron miesięcznie. Na zakup surowca i sprzętu do produkcji wypłacono zasiłki z funduszu im. Karoliny Dzieduszyckiej, zaś na potrzeby życiowe - z funduszu im. St.Mycielskiego. Zabiegano również o przyznawanie koncesji monopolowych ociemniałym żołnierzom. Nie wiadomo, jak walki polsko-ukraińskie wpłynęły na działalność ośrodka, gdyż brak tu danych. Potem już przybywali do szkoły żołnierze, którzy nosili polskie mundury. Działalność ośrodka zakończyła się wszakże dopiero w roku 1926. Lecz nie tylko do spraw ociemniałych żołnierzy ogranicza się działalność Jana Silhana. Jest on zdania, że choćby młodego wieku, w którym stracił wzrok, powinni oni odegrać kluczową rolę w ruchu niewidomym przez służenie innym radą i pomocą. Jan Silhan, który już w Wojsku Polskim otrzymuje awans na kapitana, działa jako prezes Kółka Rolniczego i Powiatowego Związku Osadników w Radziechowie, gdzie w latach 1926-1936 przebywał jako osadnik. Jego działalność przy żywej naturze i pogodnym usposobieniu skierowuje się wówczas na sprawy ogółu niewidomych. Gdy do Polski przyjeżdża z funduszem zebranym wśród Polonii amerykańskiej, Winifred Holt i w Warszawie powstaje Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi "Latarnia", rzutki niewidomy szybko nawiązuje z nim kontakt, przyczyniając się do powstania filii Towarzystwa we Lwowie. Godna jest uwagi energia tego człowieka. Działa w Związku Ociemniałych Żołnierzy Małopolski "Spójnia", włączonym później do Ogólnopolskiego Związku Ociemniałych Żołnierzy, jest prezesem powiatowej sekcji Związku Inwalidów Wojennych RP, a przez dwie kadencje radnym w Radziechowie, gdzie jako osadnik przewodniczy kółku rolniczemu. W wojskowej karcie ewidencyjnej z pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości zaznaczono, że zna język polski, rosyjski, ukraiński, czeski, niemiecki. Dziś trudno stwierdzić czy przebywanie w różnych krajach monarchii austro-węgierskiej, nie licząc terytorium Ukrainy i byłego zaboru rosyjskiego, czy też stykanie się z różnymi grupami narodowościowymi skłoniło go do poznania esperanto - sztucznego języka międzynarodowego. Uważa słusznie, że język ten może oddać duże zasługi w kontaktach poprzez granice państw między niewidomymi. Poznanie i nauczenie się go ułatwia kapitanowi Silhanowi kontakty z niewidomymi innych krajów a poprzez pisywanie artykułów w prasie esperanckiej, jak "Esperanta Ligillo", informuje opinię niewidomych w świecie o tym, co robią polscy inwalidzi wzroku. Jako przykład takiej propagandy osiągnięć polskich niewidomych można wymienić przetłumaczenie pracy dr Włodzimierza Dolańskiego o zmyśle przeszkód niewidomych, którą tłumaczy na esperanto. W tym także języku wygłoszono ją później na międzynarodowym kongresie niewidomych w roku 1937 w Warszawie. Jeśli już wspomnieliśmy o doktorze Dolańskim, warto zwrócić uwagę, że właśnie w korespondencji z tym znanym tyflopedagogiem zarysowuje się wyraźniej osobowość Jana Silhana. U pierwszego przejawiała się umysłowość niewątpliwie głębsza, bardziej skłonna do refleksji. Choć dr Dolański posiadał także pewne cechy praktyczne - jak zdolność samodzielnego poruszania się, mimo dodatkowego kalectwa, czy umiejętność uzyskiwania czegoś dla innych (po wojnie np. wyegzekwował bezpłatne przejazdy kolejowe dla przewodników i wolne od opłat przejazdy miejskimi środkami lokomocji dla niewidomych - był niewątpliwie mniej rzutki od swego ociemniałego współkorespondenta. W korespondencji między nimi stroną inicjującą, wysuwającą jakieś pomysły czy propozycje lub zapytania jest zawsze Jan Silhan. Zawsze jednak można - poza tymi pytaniami czy propozycjami - wyczuć atencję, z jaką się zwraca do niewiele starszego współtowarzysza losu. Przed zacytowaniem fragmentów wspomnianej korespondencji należy przypomnieć, iż Silhan był członkiem, potem wice- a wreszcie prezesem UABO (Universala Asocio de Blindul Organizajoj) - Międzynarodowej Federacji Związków Samopomocowych Niewidomych. Należały do niej organizacje niewidomych z 16 krajów. Polska była w niej reprezentowana przez Związek Ociemniałych Żołnierzy. Językiem, jakiego używano na zjazdach i w prasie tej organizacji, było esperanto. Oto jak zachęcał pkt. Silhan dr Dolańskiego do wzięcia udziału w warszawskim kongresie UABO i jak opisywał go po zjeździe, gdy Włodzimierz Dolański nie mógł nań przybyć: "Kongres zapowiada się bardzo sympatycznie, gdyż Państwowy Instytut (Pedagogiki Specjalnej) czyni wszelkie starania, aby należycie podjąć naszych zagranicznych gości. Zgłoszenia dalszych udziałów i referatów trwają. Polskie instytucje również bardzo mile potraktowały sprawę, tylko z Lasek nie mamy jeszcze żadnej wiadomości... Nawet instytucje zagraniczne już dawno odpisały. Także Valentin Hauy nie grzeszy skrupulatnością w korespondencji, a jednak jesteśmy w posiadaniu ich miłej, serdecznej odpowiedzi. Jedynie z powodu wystawy światowej i licznych kongresów, które podczas jej trwania odbędą się w Paryżu, Valentin Haudy nie przyśle delegata, natomiast weźmie udział w naszej wystawie. Nie chcę sobie milczenia Lasek tłumaczyć inaczej, jak tylko brakiem czasu. Byłbym jednak bardzo wdzięczny, za taką czy owaką odpowiedź, albowiem układam już definitywny program kongresu i chciałbym w nim uwzględnić całodzienną wycieczkę do Lasek, o ile takowa byłaby pożądana. (7 maja 1937 r.) I po kongresie dnia 7 kwietnia 1937 r.: "Dziękuję za referat, który został wygłoszony na kongresie i obudził nie tylko żywe zainteresowanie, ale i rewolucję wzgl. uchwałę, by referat ten, wydrukowany przez UABO w brajlu został rozpowszechniony wśród zrzeszonych organizacji i był streszczony w odnośnych czasopismach krajowych. Hipoteza pana Doktora odnośnie do problemu zmysłu przeszkód u niewidomych trafiła wszystkim do przekonania, oceniono ją nie tylko z punktu widzenia naukowego i praktycznego, ale i uznano za ważny przyczynek do rozwiązania w opinii ogółu tak szkodliwego dla niewidomych przesądu, jakoby posiadać oni mieli jakieś tajemnicze, różniące ich od świata widzących, właściwości, nie dające się wytłumaczyć niedwuznacznie na podstawie ścisłej analizy naukowej (...). Korzystam z okazji, aby przypomnieć Kochanemu Panu Doktorowi, iż w dniu 27 września r.b. Veliko Lj. Ramadanovic, założyciel i dyrektor "Domu Slepich Viteskog Krala Aleksandra I Ujedinitela" w Zemuniu, obchodzić będzie uroczyście 40 lecie swej ofiarnej i wydatnej nad podziw działalności dla dobra społecznie słabych tudzież 20-lecie istnienia Zakładu Ociemniałych. Zaczątki tegoż powstały na dalekiej Ziemi Afrykańskiej (Bezerta) w 1917 r., kiedy to Ramadanovic zajął się prawdziwie po ojcowsku losem zgromadzonych tam w barakach szpitali armii serbskiej ociemniałych żołnierzy". Mówiąc o działalności Jana Silhana w okresie międzywojennym warto może wspomnieć o tym, że usiłował połączyć dwie organizacje opiekujące się niewidomymi żydowskimi. Miał też zasługi, jak podano w życiorysie znajdującym się w zbiorach archiwalnych Centralnej Biblioteki, w ujednoliceniu polskiego alfabetu brajlowskiego, co nastąpiło w roku 1934. Do tego roku istniało w Polsce kilka systemów oznaczania znakami brajlowskimi liter, czego niedogodności nie trzeba chyba wyjaśniać. Aby nie przedstawiać działalności Jana Silhana wyłącznie jako jednego pasma sukcesów należy przypomnieć o tym, co sam także określał jako niepowodzenie. Nie udało mu się stworzyć działającego w skali krajowej komitetu do spraw opieki nad niewidomymi. Starania czynione w tym kierunku w Warszawie na początku lat trzydziestych, popierane przez innego wybitnego polskiego niewidomego - majora Edwina Wagnera, nie odniosły skutku. Powstały wreszcie komitet nie stał się do wybuchu Ii wojny światowej czynnie funkcjonującą placówką. Do tego momentu nie udało się kapitanowi Silhanowi, który w roku 1936 przeniósł się do Lwowa z Radziechowa, osiągnąć zmiany charakteru Towarzystwa Opieki nad Niewidomymi we Lwowie. Miało ono bowiem profil organizacji filantropijnej, natomiast kapitan zamierzał zaś nadać jej cechy organizacji produktywno-samopomocowej. Te poczynania przerwał wrzesień 1939 roku. Wrzesień 1939 roku stanowi wyraźną cenzurę w warunkach życia obywateli polskich niezależnie od tego czy byli to ludzie pełnosprawni, czy inwalidzi, czy znaleźli się pod bezpośrednimi działaniami wojennymi, czy też nie. Dla wszystkich, którzy interesują się niedawną przeszłością swego kraju, są to rzeczy znane i nie miejsce tu na szersze ich omawianie. W znajdującym się teraz pod władzą radziecką Lwowie państwo Silhanowie przystępują do pracy w spółdzielni "Kondytor", zorganizowanej zresztą przez innego niewidomego - Antoniego Starczewskiego. Spółdzielnia ta, w której zajmowano się wypiekaniem ciastek i wyrobem cukierków, obsługiwała 19 kawiarń. Dawała ona możność skromnego utrzymania żonom wielu oficerów polskich i inwalidów, co w ówczesnych warunkach nie było sprawą bez znaczenia. Margit Silhan została kierowniczką jednej z podległych działalności spółdzielni "Kondytor" kawiarń. Gdy Lwów zajęły w lipcu 1941 r. wojska niemieckie Jan Silhan zajął się udzielaniem lekcji matematyki, co pozwalało na przetrwanie tego trudnego okresu. Decyzje jałtańskie ze stycznia 1945 roku przesuwają daleko na zachód wschodnią granicę Polski, pozostawiając Lwów kilkadziesiąt kilometrów od niej. Silhanowie, jak wielu innych lwowiaków, postanawiają ruszyć na zachód, by znaleźć się w nowych granicach powojennej Polski. Osiedlają się na stałe w Krakowie, choć potem, w listach do Włodzimierza Dolańskiego, kapitan Silhan parokrotnie wspomina o niezrealizowanym projekcie przeniesienia się do Warszawy. Jak często, tak i tu o stałym miejscu pobytu decydowały okoliczności zewnętrzne. Ale przeniesienie się do innego miasta, które niekiedy wytrącało z równowagi psychicznej wielu ludzi pełnosprawnych w jego wieku, nie dotyka tego ociemniałego od trzydziestu lat człowieka. Z nową energią zabiera się do pracy. Sporą część własnych książek brajlowskich, które udało mu się ocalić z powojennej tułaczki przeznacza na cele społeczne dla innych niewidomych. Inicjuje też na terenie Krakowa akcję społecznych kopistek, które przepisują na brajla książki ukazujące się w zwykłym druku. Jest organizatorem oddziału szczotkarskiego przy Spółdzielni Inwalidów "Robotnik" na Stradomiu, który później staje się bazą do powstania Krakowskiej Spółdzielni Niewidomych. Uczestniczy we wznowionej działalności Związku Ociemniałych Żołnierzy i założonym po wojnie Związku Pracowników Niewidomych RP, gdzie od 1948 r. do 1951 r. pełni funkcję prezesa Oddziału. Ujemne skutki okresu stalinowskiego nie ominęły i niewidomych. Ponieważ wszędzie dopatrywano się działalności wroga klasowego, skwapliwie "czepiano" się znanych sprzed wojny osobistości świata niewidomych. Gdy Jan Silhan dawał w swym referacie przykład zatrudnienia niewidomych w rozwiniętych krajach zachodnich, zarzucano mu gloryfikowanie stosunków kapitalistycznych czy schlebianie amerykańskim imperialistom. Tak pisał o tym do dr Dolańskiego w liście z 18 lutego 1950 roku: "... Ubolewam, że m.in. i moje 2 artykuły dały powód do krytyki. Oba podyktowane były najlepszą wolą. (...) Chciałem wskazać, że niesłuszne jest twierdzenie wielu nawet miarodajnych działaczy, jakoby inwalida jako pracownik jest nieproduktywny, że akcja zatrudniania ich to kosztowne obciążenie machiny gospodarczej, to dodatkowe świadczenie przemysłu na inwalidów. Dlatego podałem dane statystyczne wskazujące dokładnie, że w takich USA gospodarczy efekt przeszkolenia inwalidów jest frapująco pozytywny. Miast wydatkować na ich utrzymanie od 300 do 500 dolarów rocznie, gospodarka ma dzięki ich pracy około 2.000 dolarów rocznego dochodu! Nie chodziło tedy o wskazanie wysokości zarobków tamtejszych inwalidów, ile o sam fakt efektywnego, znacznego wkładu pracujących inwalidów do dochodu społecznego. (...) A w artykule o pracy radzieckich niewidomych znowuż możemy zaczerpnąć wiele dla nas cennych wskazówek na dodatnich i ujemnych doświadczeniach tam poczynionych. Byłoby absolutnym głupstwem cytować tylko rzeczy imponujące, a przemilczać rzeczy słabsze (...) Na własnych błędach i na błędach naszych przyjaciół uczymy się postępować jak najlepiej. Unikajmy błędów gdzie indziej popełnionych, to wyjdzie nam na dobre". W roku 1951 podczas wyborów okręgu PZN zostaje, w wyniku odgórnej presji, zmuszony do rezygnacji, mimo iż za jego kandydaturą wypowiadają się miejscowi niewidomi. Przez kilka miesięcy w latach 1951-1952 znajduje zatrudnienie przy Akademii Górniczo-Hutniczej, w repetytorium z zakresu szkoły średniej, wykładając matematykę. Tym, co zastanawia w pracy Jana Silhana, jest wielotorowość, którą można wytłumaczyć chyba tylko stałą pomocą i współpracą żony, nazywanej przezeń jego "alter ego". Dziś na każdym odcinku, na którym pracował do ostatnich lat życia kapitan Silhan, pracuje inna osoba - i choć oczywiście można przyjąć że zakres pracy nad poszczególnymi zagadnieniami rozrzeszył się - wielostronność tego ociemniałego jest godna podziwu. Jednym z torów pana Kapitana było esperanto, które uznawał za język o szczególnym znaczeniu dla kontaktów między niewidomymi w różnych krajach. Niezależnie od esperanto i wymienionych uprzednio znanych mu języków, poznał jeszcze serbski, angielski i francuski. Ułatwiało mi to znacznie międzynarodowe kontakty z niewidomymi. Sam prenumerował około 30 czasopism poświęconych tematyce tyflologicznej. Był założycielem i przez szereg lat redaktorem brajlowskiego kwartalnika "Pola Stelo", który - wydawany w języku esperanto - popularyzuje sprawy polskich niewidomych daleko poza granicami naszego kraju. Dziedziną, którą się interesował był także masaż leczniczy. Pracę masażysty uważał za szczególnie odpowiednią dla niewidomych, z racji ich wyczulonego dotyku. Często zachęcał nowo ociemniałych, zwłaszcza posiadających średnie wykształcenie, do szkolenia się w tym zawodzie. Sam ukończył we Lwowie, jeszcze przed wojną, kurs masażu profesora Aleksiewicza i miał w swej bibliotece domowej sporo dzieł z tej dyscypliny. Zabiegał o powstanie Sekcji Masażystów przy PZN. Specjalnie dla niewidomych zajął się wydawaniem w brajlu kwartalnika "Niewidomy Masażysta", w którym prócz tematyki fachowej, można znaleźć przedruki artykułów z innych czasopism dotyczących spraw zdrowia. Znajomość ośmiu języków obcych i prenumerata szeregu zagranicznych czasopism tyflologicznych ułatwiała kapitanowi Silhanowi zapełenienie działu "Z zagranicy" w organie Zarządu Głównego PZN "Pochodnia", co orientowało polskich niewidomych w tym, co dzieje się wśród niewidomych w innych krajach. Nie można nie wspomnieć, iż kapitan Silhan prowadził korespondencję Zarządu Głównego PZN, a oprócz tego opracowywał kartotekę tyflologiczną. Obraz prac kapitana Silhana nie byłby pełny, gdybyśmy nie wspomnieli o jego zainteresowaniach sprawami pedagogicznymi, którym przecież zamierzał się poświęcić po utracie wzroku jeszcze w czasie trwania I wojny światowej. On także, obok innych osób, przyczynił się do powstania krakowskiej szkoły masażu, a jego zabiegi o przekształcenie Szkoły Specjalnej w Krakowie w Szkołę Muzyczną dla Niewidomych znajdują odbicie w korespondencji z doktorem Dolańskim. Kapitan Silhan w liście z 2.Vi.1952 r. pisze: "... Chcieliśmy osobiście omówić z Panem Doktorem sprawę muzycznego kształcenia dzieci niewidomych, co - jak Panu Doktorowi wiadomo - jest obecnie na porządku dziennym w dwóch ministerstwach. Udało się sprawą tą zainteresować Ministerstwo Kultury i Sztuki i pozyskać je dla idei stworzenia w Krakowie ośrodka takiego kształcenia w postaci Podstawowej Szkoły Muzycznej dla Niewidomych Dzieci w Krakowie. Czynniki miejscowe wysunęły niespodziewanie swoje zastrzeżenia co do tego, uważając, że zasadniczo myśl jest bardzo dobra, ale jej realizacja poprzez likwidację Publicznej Szkoły Specjalnej dla Niewidomych w naszym mieście wzgl. przez przekształcenie jej w szkołę muzyczną, uważają za niewłaściwą... Tymczasem w obecnych warunkach jest to jedyna możliwość rozwiązania sprawy. Jeśli się z tego zrezygnuje, przekreśli się całą sprawę w ogóle! Są atoli poważne dane do przypuszczenia, że te zastrzeżenia nie będą decydujące i że sprawa jeszcze w tym roku stanie się faktem. Uważam, że w dalszej perspektywie nie tylko osiągnie się to, że nasi przyszli niewidomi muzycy będą mieli gruntowne przygotowanie zawodowe, wysokie kwalifikacje, których na ogół muzykom naszym brakuje - ale i m.in. stworzy się w samej szkole poważne możliwości pracy pedagogicznej dla kilku wybitniejszych muzyków starszej generacji". W drugim z kolei liście (z 20.Vi.1952 r.), w którym pisze o utworzeniu Szkoły, warto zwrócić uwagę, jak trafnie kpt. Silhan przepowiedział tak, niestety, tragicznie przerwaną karierę Mieczysława Kosza: "Powstanie Państwowej Podstawowej Szkoły Muzycznej Niewidomych w Krakowie jest już faktem dokonanym - formalnie i faktycznie. Egzamin małych kandydatów odbyty w dniu 24 bm. w tut. szkole niewidomych dał wprawdzie stosunkowo nikłe wyniki, gdyż zakwalifikowano do przyjęcia zaledwie 4 z 9 dzieci, to jednak można sądzić, że w drugiej transzy jesiennej skompletuje się bodaj pierwszą klasę muzyczną spośród dzieci, które w nowym roku szkolnym rozpoczną naukę w klasie drugiej naszych szkół specjalnych. Przy tej sposobności muszę powiedzieć, że dzieci przysłane z Lasek odniosły walny sukces pod każdym względem! Komisja wraz z przedstawicielem prasy odniosła z ich uzdolnień muzycznych, rezolutnych odpowiedzi, swobodnego sposobu bycia i gorącej chęci uczenia się muzyki jak najlepsze wrażenie. Zwłaszcza Mietek Kosz zrobił furorę. Jeśli szkoła go nie wypaczy, wyrośnie z niego nieprzeciętny człowiek". Nie jest łatwo, a raczej jest niemożliwe, w tych z góry określonych, niezbyt obszernych ramach, naszkicować wierny obraz czyjejś postaci. Z jednej strony nie można jej utopić w masie suchych faktów z życiorysu, z drugiej - rozmyć ją w sentymentalnym wspominikarstwie. Powiedzmy jeszcze parę słów o konstrukcji psychicznej Jana Silhana. Trzeba powiedzieć, że umiał pogodzić się ze swoją ślepotą. Jak wspominał Stanisław Żemis, zdawał sobie sprawę ze stopnia swego kalectwa. Mówił, że większość poznanych przez siebie miast zna w taki sam sposób, jak znają ją niewidomi od urodzenia. Pisał też, że "walczyć z nią (ślepotą) i tworzyć wbrew niej - to podnieta tak wielka, że wielu z nas nawet już nie myśli o tym, by się z nią rozstać". Przy pisaniu tego szkicu najtrudniej mi było zebrać dane o słabostkach czy wadach Jana Silhana. Ludzi bez wad chyba nie ma - a tym, o których mówiono iż wad nie mają, postawione za życia pomniki burzono szybko po ich śmierci. Nie sądzę jednak, żeby kapitan Silhan posiadał wiele wad. Ktoś wspomniał, że wraz z żoną nieraz może zbyt naiwnie przeceniali zdolności młodzieży niewidomej, nadmiernie entuzjazmując się przeciętnymi talentami. Jan Silhan odznaczony był złotym medalem za waleczność (austriackim), medalem "Polska swemu obrońcy" 1918-21, złotym krzyżem zasługi i dwukrotnie srebrnym Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski i innymi. Zmarł w Krakowie dnia 29 czerwca 1971 roku. `pk `tc+ Kazimierz Siedlecki.ă Pierwszy Ociemniałyă Żołnierz Rzeczypospolitejă (o Edwinie Wagnerze) `tc "Światłem naszem dobro@ Niepodległej Ojczyzny" Hasło to rzucił przed sześćdziesięciu laty major Edwin Wagner, założyciel i wieloletni prezes Związku Ociemniałych Żołnierzy Rzeczypospolitej Polskiej, pierwszej w dziejach ruchu niewidomych organizacji o zasięgu ogólnokrajowym. Umieszczone na sztandarze tej organizacji, stało się deklaracją programową jej członków, wyrazem ich przekonań i dążeń. `ty 1. Wszystko, co nasze, Polsce oddamy `ty Edwin Norbert Wagner urodził się 6 czerwca 1899 roku we Frysztaku na Rzeszowszczyźnie, w rodzinie urzędnika sądowego Józefa Wagnera i jego żony Amelii z domu Probst. Ostoją polskości w owych czasach obcych zaborów była rodzina i tam należy szukać źródeł patriotyzmu, tak charakterystycznego dla dorosłego Edwina Wagnera - żołnierza, obywatela i społecznika. Wtedy był to jedynie pełen egzaltacji patriotyzm dumnego ze swojej narodowej przynależności chłopca, wymagający ugruntowania i odpowiedniego ukierunkowania, by mógł się przerodzić w głęboko przemyślany i odczuty światopogląd. Takim świadomym celu wychowawcą stało się dla małego Edwina harcerstwo, z którym zetknął się jako uczeń jednego z krakowskich gimnazjów i którego ideałom pozostał wierny przez całe życie. Były to lata gwałtownego ożywienia ruchu niepodległościowego w związku z nadziejami, jakie wiązano z coraz wyraźniej rysującym się konfliktem między wielkimi mocarstwami, który mógł stworzyć dla sprawy polskiej godne szanse. Powstawały różne konspiracyjne i półkonspiracyjne organizacje, wśród nich zalążki przyszłych Legionów Piłsudskiego i pierwsze w kraju drużyny harcerskie, odwołujące się w swej pracy wychowawczej do szlachetnych zasad moralnych skautingu oraz polskich postępowych tradycji narodowych i społecznych. Wszystkie te nastroje, tendencje i wpływy znajdowały podatny grunt w duszy wrażliwego i pracowitego z natury chłopca, jakim był młodociany Edwin Wagner. Z łatwością przyjął za swoje zasady prawa harcerskiego, nakazujące bronić słabszych i zawsze wymagać najwięcej od siebie a miłość ojczyzny rozumieć jako osobistą odpowiedzialność za wspólny los rodaków, dla których dobra nie wolno szczędzić ani pracy, ani krwi. Tymczasem pierwsza wojna światowa trwała już od dwóch lat i wciąż napływały wiadomości o zwycięskich bojach Legionów Józefa Piłsudskiego, pierwszej od bardzo dawna regularnej polskiej formacji wojskowej. Wiadomości te musiały pobudzić wyobraźnię dorastającego, żądanego czynu chłopca, dla którego dalsze czekanie na pełnoletność stało się nie do zniesienia. W końcu przełamał wszelkie opory i 25 stycznia 1916 roku wstąpił ochotniczo, jako szesnastoletni uczeń 7 klasy gimnazjalnej, do 6 pułku piechoty tychże Legionów, do specjalnie utworzonej 9 kompanii harcerskiej. Uczestniczył we wszystkich bitwach tego pułku, łącznie ze sławną bitwą po Kostiuchnówką na Wołyniu, a potem podzielił niełatwy los swoich towarzyszy broni, gdy w czasie "kryzysu przysięgowego" w lipcu 1917 roku odmówili, na rozkaz Komendanta, posłuszeństwa państwom centralnym. Więziony przez 3 miesiące w obozie na Węgrzech, został następnie przymusowo wcielony do armii austriackiej, gdzie wkrótce wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej, przygotowywującej w ścisłej konspiracji dalszy opór rozproszonych w tej armii polskich żołnierzy. Mimo ciężkich wojennych przejść nie zapomniał o przyszłości, dobrze zdając sobie sprawę, że zniszczony po wojnie kraj będzie bardzo potrzebował ludzi wykształconych. Dlatego każdą wolną od służby chwilę spędzał nad książką, przygotowując się do egzaminów eksternistycznych, które zdał, odwiedzając przy okazji sporadycznych urlopów swoją macierzystą szkołę. Wykazał tym wielką dojrzałość i społeczne wyrobienie, a przede wszystkim - ogromną siłę charakteru, zaskakującą u tak młodego człowieka. Niełatwo zdobyć się na coś takiego wśród trudów i niebezpieczeństw wojennej tułaczki, kiedy ewentualność śmierci odbiera wartość i sens wszelkiej zapobiegliwości. Tym większym podziwem napawa fakt, że w tych warunkach przerobił dwie ostatnie klasy gimnazjalne i zdał w 1918 roku maturę, a potem zapisał się na Uniwersytet Jagielloński, gdzie ukończył pierwszy rok studiów na wydziale prawa. W tym czasie walczył dalej, w odrodzonym - po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku - Wojsku Polskim, już jako dowódca kompanii w randze porucznika, po ukończeniu w maju tego roku szkoły oficerskiej. Jego szlak bojowy i charakterystykę żołnierskiej postawy przedstawia zaświadczenie wydane 18.12.1923 roku przez dowództwo 2 pułku piechoty legionowej i podpisane przez pułkownika Czaplińskiego. Przy okazji wypada wspomnieć, że dowódcą tego pułku był późniejszy marszałek, a wtedy półkownik, Michał Rola-Żymirski, zaś dowódcą jednej z kompanii - późniejszy generał, Zygmunt Berling. "Major Wagner Edwin był dowódcą 6 kompanii 2 pp. leg., w czasie kompanii bolszewickiej. Za działalność osobistą, jak i wybitną działalność dowódcy, odznaczony został Orderem Virtuti Militari V kl. oraz posunięty w awansie do stopnia majora. Charakter wielce szlachetny oraz wysokie moralne zalety, obok wojskowych zdolności, uczyniły go najlepszym oficerem w pułku. W walkach majowych pod Berezyną i Uszą, w bitwie pod Niwkami dnia 23.05.1920 roku, ciężko ranny w głowę i lewy bok, dostał się do niewoli, z której po zawarciu pokoju powrócił zupełnym inwalidą, ślepym na oba oczy. W rzędzie bolesnych ofiar poniósł w nim pułk najcięższą stratę". Do niewoli dostał się dlatego że wycofujący się pod naporem nieprzyjaciela podkomendanci zostawili go na polu bitwy, uznawszy za poległego. Odnaleziony następnego dnia przez sanitariuszy znalazł się w szpitalu, skąd po wyleczeniu ran został skierowany do obozu jeńców wojennych pod Moskwą, gdzie przyjęto go z wojskowymi honorami jako bohaterskiego dowódcę. Tę dzielną postawę zachowywał nadal, mężnie znosząc swój ciężki los całkowicie ociemniałego. Cierpiał niewątpliwie - był przecież żywym człowiekiem - ale swych uczuć nie uzewnętrzniał i na pewno nie było to rozżalenie, rozpacz czy bunt. Nie pozwalało mu na to poczucie godności człowieka z natury silnego i świadomego rangi poniesionej dla Ojczyzny ofiary. Dzięki temu zachował równowagę duchową i rzeczowy stosunek do swojej nowej sytuacji, wolny od zahamowań i kompleksów. Pragnął wrócić do kraju i włączyć się w nurt jego odradzającego się po stupięćdziesięcioletniej niewoli życia, przekonany, że potrafi być pożyteczny, chociaż jeszcze nie wiedział, w jaki sposób. Na temat powrotu rozmawiał nawet dwukrotnie z Feliksem Dzierżyńskim, który obiecał odesłać go pierwszym transportem i obietnicy dotrzymał. `ty 2. W imię koleżeńskiej solidarności `ty Początki opieki nad ociemniałymi żołnierzami sięgają w Małopolsce wiosny 1916 roku, kiedy to na polecenie austriackiego ministerstwa wojny przewieziono z Wiednia do Zakładu Ciemnych we Lwowie kilkudziesięciu ociemniałych inwalidów wojennych, Polaków i Rosjan. Zapewniono im tam bezpłatne utrzymanie oraz naukę brajla, szczotkarstwa, koszykarstwa i muzyki; spotkali się też z dużą sympatią społeczeństwa, z jego spontanicznym poparciem i pomocą. Przykładem może tu być urządzony wiosną 1917 roku kiermasz, na którym wszystkie wyroby ociemniałych żołnierzy zostały błyskawicznie wykupione. Zachęcone powodzeniem szkolenia, władze przeniosły ich w październiku tegoż roku do wygodniejszego budynku na Kleparowie - i tak powstała Szkoła Ociemniałych Żołnierzy, pierwsza tego rodzaju placówka na ziemiach polskich. Jej kierownikiem został ociemniały kpt. Jan Silhan, znakomicie obeznany z zagadnieniami pedagogiki i tyflologii. Dzięki nowoczesnym metodom nauczania szkoła coraz lepiej spełniała swoje zadania również po roku 1918, kiedy przeszła na etat Wojsk Polskich. Do szkoły tej trafił po powrocie z niewoli, latem 1921 roku, por. Edwin Wagner, mianowany majorem dopiero w styczniu roku następnego. Przyuczając się do życia "po niewidomemu", chętnie pomagał mniej zaradnym i załamanym kolegom w ich inwalidzkich i zwyczajnie ludzkich kłopotach. Obok harcerskich nawyków skłaniało go do tego poczucie żołnierskiej solidarności wyniesione z dwóch frontów, gdzie wzajemna pomoc była moralnym nakazem i warunkiem przetrwania. Nie bez znaczenia było też, właściwe rasowym oficerom, poczucie odpowiedzialności za los niższych rangą towarzyszy broni, którzy zresztą sami do niego lgnęli, ulegając jego niewygasłemu autorytetowi niedawnego przełożonego. Był od nich duchowo silniejszy, bardziej zaradny i energiczny, lepiej orientował się w potrzebach człowieka ociemniałego i lepiej wiedział, dokąd się z tymi potrzebami udać - był zatem powołany do sprawowania opieki nad innymi. W ten sposób doszedł do przekonania, że troska o los współtowarzyszy niedoli jest jego życiową misją - tak, jak to widział u kapitana Silhana, z którym zapewne wiele rozmawiał i w którym później znalazł oddanego współpracownika. Na podjęcie podobnej decyzji miały również wpływ prowadzone w koleżeńskim gronie rozmowy na temat trudnych, w związku z ogólną sytuacją, warunków życia ociemniałych inwalidów wojennych. Zniszczenia wojenne były ogromne, ludność zubożała i nękana przez epidemie, zaś grozy położenia dopełniała gigantyczna inflacja, zastój gospodarczy i bezrobocie. Odrodzone po stupięćdziesięcioletniej niewoli państwo musiało zadbać nie tylko o odbudowę kraju, ale także o zorganizowanie od podstaw całej swojej polityczno-społecznej struktury i to mając za punkt wyjścia odmienne pozostałości ekonomiczno-prawne, odziedziczone po trzech zaborcach. W tych warunkach problemy ociemniałych żołnierzy - i w ogóle inwalidów - schodziły na dalszy plan, po części z braku funduszów, a po części z braku należytego zainteresowania ze strony odpowiedzialnych i przez nikogo nie przynaglanych władz. W rezultacie ci, którzy dla Ojczyzny poświęcili tak wiele, żyli nieraz w skrajnej nędzy, nie mogąc utrzymać się z symbolicznych rent ani sprostać konkurencji pełnosprawnych rzemieślników, gdy prowadzili warsztaty pracy. Problemy te z powodzeniem już od dawna rozwiązywali koledzy z byłego zaboru pruskiego. Przy wydatnej pomocy Polskiego Czerwonego Krzyża powstał tam 18 12 1919 roku Związek Ociemniałych Wojaków z siedzibą w Poznaniu, przeniesioną w roku następnym do Bydgoszczy. Jego założycielem i prezesem był ociemniały oficer, inż. Czesław Perzyński, znakomity organizator i utalentowany społecznik. Nie rezygnując z ofiarności społecznej, starał się oprzeć byt swojej organizacji na pewniejszej podstawie, jaką stały się wkrótce kwoty wpłacane regularnie przez dyrekcję monopoli państwowych. Starał się też włączać swoją organizację w nurt życia społecznego i wykorzystywać wszystkie istniejące tam możliwości, by nie tracić sił na ich niepotrzebne dublowanie. Wymownym tego przykładem jest sposób, w jaki rozwiązał kwestie czytelnictwa. Przeszkoleni na kursach związkowych widzący kopiści przekazywali przepisane przez siebie książki do biblioteki Wojewódzkiego Zakładu dla Dzieci Niewidomych, w zamian za co ociemniali żołnierze mieli dostęp do całego księgozbioru. W zakładzie tym uczyli się zresztą rzemiosł i brajla, bezpłatne zakwaterowanie i utrzymanie znajdując się w zakupionym przez Polonię Amerykańską i prowadzonym przez Polski Czerwony Krzyż Dom Ociemniałego Żołnierza. Po ukończeniu szkolenia Związek umożliwiał im zakładanie własnych warsztatów i dostarczał tanich surowców z własnej hurtowni. Zachęcony tym przykładem mjr Wagner wystąpił z inicjatywą powołania podobnej organizacji we Lwowie, co nastąpiło 11.02.1922 roku. Tak powstał Małopolski Związek Ociemniałego Żołnierza "Spójnia", swoją nazwą nawiązujący do idei samopomocy koleżeńskiej i wynikających stąd więzi. Obok majora Wagnera w roli prezesa do zarządu wszedł ociemniały porucznik Stanisław Kłak, wyróżniający się swoją aktywnością i zdolnościami były legionista, absolwent Szkoły Ociemniałych Żołnierzy a niebawem także Akademii Handlowej. Drugim nieocenionym współpracownikiem majora Wagnera w tym okresie była jego młoda, zaślubiona dopiero co żona Kazimiera, wspierająca go ofiarnie w sprawach związkowych swoim wzrokiem i pomocą. Pierwszym posunięciem władz młodej organizacji był apel o pomoc finansową, skierowany - ówczesnym zwyczajem - do społeczeństwa. Oddźwięk przekroczył oczekiwania, zwłaszcza w przypadku młodzieży i nauczycieli oraz robotników Lwowa i pobliskiego Borysławia. Tak nawiązane serdeczne kontakty okazały się trwałe i odtąd wiele organizacji społecznych nie szczędziło "Spójni" swego moralnego i materialnego wsparcia, uczestnicząc we wszelkich akcjach prowadzonych na rzecz jej członków. Swego poparcia nie odmawiały także różne instytucje komunalne Lwowa, czego przejawem było przyznanie ociemniałym żołnierzom prawa do bezpłatnych przejazdów tramwajami i do darmowego wstępu na przedstawienia teatralne. Mimo tych finansowych sukcesów mjr Wagner dobrze rozumiał, że ofiarność społeczna bywa zmienna i że musi szukać dla swojej organizacji pewniejszych źródeł utrzymania. Miała to być spółdzielnia handlowa, działająca jako wyodrębniona agenda, która prowadziłaby różne przedsiębiorstwa, oparte na koncesjach monopoli państwowych. Realizacją tego planu było uzyskanie w roku 1922 koncesji na hurtownię tytoniową we Lwowie i otwarcie w tymże roku spółdzielni. Wraz ze wzrostem dochodów zwiększyła się pomoc, świadczona członkom "Spójni" czy to w formie zapomóg, czy pożyczek. Prowadzono również starania o koncesje indywidualne dla poszczególnych ociemniałych żołnierzy i pomagano im w zakładaniu własnych przedsiębiorstw handlowych, widząc w tym najwłaściwszy sposób zapewnienia godziwych środków utrzymania. Przedsiębiorstwa takie przynosiły większy dochód i wymagały mniejszego zachodu, niż warsztaty rzemieślnicze czy przydzielane przez Urzędy Ziemskie inwalidom wojennym osady rolne, toteż ta forma zatrudnienia stawała się wśród ociemniałych żołnierzy coraz popularniejsza. Jednocześnie mjr Wagner obserwował uważnie wszystko, co działo się w ruchu niewidomych w kraju i za granicą. Jeszcze w roku 1921 nawiązał kontakt z miss Winifred Holt, która bawiła w Polsce jako reprezentantka amerykańskiego Towarzystwa Pomocy Ociemniałym Ofiarom Wojny "Phare" ("Latarnia"). To ona umożliwiła Wagnerowi wyjazd do Paryża, gdzie spędził przeszło rok, na przełomie lat 1922-1923. Robiono mu pewne nadziej na przywrócenie wzroku w jednym, które posiadał, lewym oku - niestety, leczenie nie dało żadnych rezultatów. Natomiast studia nad sytuacją i metodami reedukacji osób ociemniałych na Zachodzie powiodły się całkowicie. Nawiązał bliskie kontakty z wieloma wybitnymi działaczami i organizacjami, w tym również z "Phare de France" ("Latarnia Francji"). Do kraju wrócił pełen nowych myśli i planów. `ty 3. Na drodze do zjednoczenia `ty Na Pierwszy Krajowy Zjazd Małopolskiego Związku Ociemniałego Żołnierza w kwietniu 1925 roku, zaszczycony przez wiele czołowych osobistości miejscowego życia publicznego, zjechało 130 członków z całej Małopolski. Podjęto na nim rezolucję ujmującą problem opieki nad ociemniałymi żołnierzami w programową całość, co było dużym krokiem naprzód. Postulowano w niej ustawowe uregulowanie bytu tej grupy inwalidów i wdrożenie szeregu akcji mających na celu ulżenie ich niedoli. W Zjeździe uczestniczyła także delegacja Związku Ociemniałych Wojaków oraz przedstawiciele nie zrzeszonych jeszcze kolegów z Warszawy. Nie był to przypadek, gdyż wśród poruszanych spraw znalazła się od dawna kiełkująca idea zjednoczenia ruchu ociemniałych żołnierzy, rozumiana przez wszystkich jako życiowa konieczność. Prezesem "Spójni" na następną kadencję został por. Stanisław Kłak, gdyż mjr Wagner ustąpił, obdarowany w uznaniu zasług tytułem prezesa honorowego. W tym czasie zrezygnował z osady rolniczej na Wołyniu, gdzie gospodarował wraz z żoną od trzech lat, kursując między tą osadą a Lwowem. Objął inną osadę rolną - na Kujawach, nieopodal Innowrocławia - co było korzystne dla jego dalszych związkowych planów. Podjął się roli koordynatora akcji zjednoczeniowej, do czego predystynował go ogromny i wciąż rosnący autorytet, jakim się cieszył nie tylko we własnym środowisku. Przewyższał innych działaczy swoim zaangażowaniem i wybitnymi zdolnościami i był przez wszystkich zgodnie uważany za duchowego i faktycznego przywódcę ruchu, toteż podejmując się owej roli samorzutnie, spełniał jedynie powszechne oczekiwania. Miała ona polegać na zbliżaniu do siebie organizacji ociemniałych żołnierzy przez prowadzenie wspólnych akcji oraz wspólne występowanie do władz we wszystkich sprawach, by przyzwyczaić opinię publiczną do jej ideowej i praktycznej jedności. Właśnie te problemy poruszał mjr Wagner w rozmowach z inż. Perzyńskim, z którym teraz widywał się często, korzystając z bliskości Bydgoszczy. Wspólnie omawiali plany dalszych posunięć, zwłaszcza na obszarze działania Związku Ociemniałych Wojaków, gdyż ten, jako najstarszy i organizacyjnie najbardziej rozwinięty, miał odegrać rolę wiodącą. Wiele troski poświęcał także rodzącemu się właśnie w Warszawie Związkowi Ociemniałych Inwalidów Wojennych i Ofiar Wojny z zasięgiem działania na ziemie byłego zaboru rosyjskiego. Powstanie tego stwowarzyszenia usuwało główną przeszkodę stojącą na drodze do utworzenia organizacji ogólnokrajowej. Ośrodkiem konsolidacji dla nowej organizacji stał się założony w roku 1923 Zakład Reedukacyjny Towarzystwa Pomocy Ociemniałym Ofiarom Wojny "Latarnia". Towarzystwo to powstało dwa lata wcześniej w wyniku zabiegów wspomnianej już miss Winifred Holt. W zakładzie uczono kursantów szczotkarstwa, koszykarstwa i dziewiarstwa, a potem pomagano w tworzeniu własnych warsztatów lub zapewniano pracę w warsztatach zakładowych. Ujemną stronę stanowił niewłaściwy stosunek widzącego kierownictwa zakładu do ociemniałych, podyktowany przekonaniem, że są oni niezdolni do działalności społecznej i że nigdy nie przestaną być dla społeczeństwa ciężarem. Zmuszało to zwolenników utworzenia własnej organizacji samopomocowej do ukrywania swoich dążeń, na których kształtowanie miał duży wpływ kpt. Jan Silhan, docierający tu ze Lwowa, z ramienia "Spójni" i z polecenia majora Wagnera. Mimo tych utrudnień idee związkowe rozprzestrzeniały się na całą Warszawę i jej okolice, doprowadzając w roku 1926 do założenia Związku Ociemniałych Inwalidów Wojennych i Ofiar Wojny z siedzibą w Warszawie, obejmującego obszarem działania województwa centralne i wschodnie. Na czele organizacji stanął jej założyciel, kpt. Mikołaj Wroczyński, któremu udało się skupić wokół siebie 50 inwalidów wojennych i 25 ofiar wojny, przeważnie inwalidów wojennych nie zarejestrowanych w porę i pozbawionych przez to należnych im praw. Z właściwą sobie energią przystąpił kpt. Wroczyński do pracy związkowej w bardzo trudnym terenie, gdzie trzeba było wyszukiwać innych towarzyszy niedoli, zaniedbanych z powodu braku odpowiedniej opieki przez wiele lat. Tak odnalezionym inwalidom udzielano zapomóg i pożyczek, kierowano na bezpłatne przeszkolenie zawodowe, starano się o przydział koncesji i osad rolnych, a potem pomagano w usamodzielnieniu się i prowadzeniu własnych przedsiębiorstw. Dużej pomocy w tych poczynaniach udzielały działaczki Koła Polek, które zorganizowały specjalną sekcję opieki i załatwiły wiele trudnych spraw, między innymi zapewniły mu własny lokal. Osoby widzące we władzach miał również Związek Ociemniałych Wojaków - i to nieraz wysoce ustosunkowane, z racji zajmowanych stanowisk państwowych i samorządowych. Poza tym kraj był zasobny, a mieszkańcy uspołecznieni, co stwarzało ruchowi ociemniałych żołnierzy doskonałe warunki rozwoju - nic zatem dziwnego, że mjr Wagner pragnął je wykorzystać w swojej akcji zjednoczeniowej, sugerując inżynierowi Perzyńskiemu pewne posunięcia i wspierając go potem czynnie przy ich realizacji. Takim ważnym posunięciem stało się założenie, w wyniku starań tego Związku, ośrodka tresury psów przewodników, które od 1927 roku przydzielano bezpłatnie ociemniałym żołnierzom w całym kraju. Wspomnieć należy o sławnych zjazdach gwiazdkowych, organizowanych tradycyjnie co roku w różnych miastach Wielkopolski i Pomorza w ramach dbałości o utrzymanie bliskich więzów koleżeńskich i mających charakter walnych zjazdów. Zaczęto na nie zapraszać także członków obu bratnich organizacji regionalnych, co stwarzało doskonałą okazję do wzajemnego poznania się i polaryzacji poglądów. Temu samemu celowi zaczęto służyć założone w roku 1928 Letnisko Ociemniałych Żołnierzy Rzeczypospolitej Polskiej w Ziemnicach Nowych kż8şKościana. Przyjeżdżali tu na bezpłatny wypoczynek, wraz z rodzinami, ociemniali żołnierze z całej Polski, zaś związkowy aktyw miał okazję do kształtowania właściwych postaw patriotycznych i obywatelskich. W ten sposób pojawił się w życiu związkowym nowy duch, który w miarę rozwoju stał się spoiwem i siłą zjednoczonego ruchu. W roku 1926 mjr Wagner przeniósł się do Lwowa, wydzierżawiwszy przedtem swoją osadę rolną najbliższemu sąsiadowi, gen. Władysławowi Sikorskiemu. Został mianowany komendantem Domu Inwalidy - placówki opiekuńczej dla najciężej poszkodowanych, powstałej po zlikwidowaniu Szkoły Ociemniałych Żołnierzy. Znalazł się więc znowu w bliskości spraw "Spójni", kierowanej nadal bardzo prężnie przez por. Kłaka. Jej dochody rosły w miarę uzyskiwania nowych koncesji, takich jak koncesja "spirytusowa" czy "krześlana", uzyskana dla spółki z lwowskim oddziałem TPOOW "Latarnia". Wpływ majora Wagnera na te postępy jest niewątpliwy, jego uwagę pochłaniały jednak głównie prace nad projektem statutu. Jako pierwsza z trzech organizacji regionalnych, przyjęła go właśnie "Spójnia" na swoim drugim Walnym Zjeździe, który się odbył w październiku 1928 roku w Krakowie, przy dużym poparciu społeczeństwa i władz państwowych. Depesze powitalne z wyrazami wielkiego uznania przysłali Prezydent RP prof. dr Ignacy Mościcki i Marszałek Polski Józef Piłsudski. Pozostała do przezwyciężenia jeszcze jedna przeszkoda, w postaci sprzeciwu władz Związku Inwalidów Wojennych RP, który całą tę działalność uważał za rozbijanie jedności ruchu inwalidów. I tu mjr Wagner znowu okazał się niezawodny. Potrafił przekonać oponentów, że czynny udział w życiu ogółu inwalidów jest wielkim pragnieniem ociemniałych żołnierzy - mogą to jednak robić tylko w zwartej grupie, gdyż w rozproszeniu nie są w stanie zaspokoić swoich specyficznych potrzeb. Co więcej, potrafił oponentów nie tylko przekonać, ale pozyskać ich dla swojej sprawy. Odtąd popierali ideę zjednoczenia ruchu ociemniałych żołnierzy, widząc w ich ogólnokrajowej organizacji cennego partnera. `ty 4. Znów w pierwszym szeregu `ty Zjazd zjednoczeniowy odbył się 11 maja 1929 roku w Warszawie, a powstała na nim organizacja przyjęła nazwę Związek Stowarzyszeń Ociemniałych Żołnierzy Rzeczypospolitej Polskiej, zmienioną w roku 1934 na Związek Ociemniałych Żołnierzy Rzeczypospolitej Polskiej. O wadze wydarzenia świadczą słowa wydrukowane w wydawanym przez tę organizację i redagowanym przez kapitana Mikołaja Wroczyńskiego miesięczniku "Ociemniały Żołnierz": "Fakt ten miał doniosłe znaczenie dla ogółu ociemniałych żołnierzy którzy w ten sposób utworzyli jedno skonsolidowane i świadome swych celów zrzeszenie, posiadające wobec Władz i społeczeństwa niezbędny autorytet i tym samym nowe możliwości rozwojowe". Nowo powstała organizacja była federacją trzech związków regionalnych, które zachowały swoją organizacyjną odrębność i kontynuowały działalność dotychczasowymi metodami, korzystając jedynie z opieki i pomocy władz centralnych oraz świadcząc pewne usługi na rzecz całego środowiska. Stąd specyficzny skład zarządu, mający na celu zabezpieczenie interesów każdego z owych związków, a zarazem ogółu ociemniałych żołnierzy. Prezes mjr Edwin Wagner, sekretarz Zygmunt Wojdaliński i skarbnik Kazimierz Mroczkiewicz weszli do niego z wyboru, natomiast Czesław Perzyński, Stanisław Kłak i Mikołaj Wroczyński znaleźli się w nim z urzędu, jako przedstawiciele działów regionalnych. Zadania władz Związku Stowarzyszeń Ociemniałych Żołnierzy RP mjr Wagner określił następująco: "Uzgodnienie i wzmożenie działalności przynależnych związków i ściślejsze ich zespolenie. Występowanie wobec władz państwowych i społecznych we wszystkich sprawach zasadniczych i ogólnej natury, dotyczących interesów organizacji związkowych w zakresie poszczególnych działań przez nie podejmowanych. Inicjowanie nowych dróg działania w dziedzinie zadań ogólnych Związku i organizacji związkowych. Czuwanie nad prawidłową działalnością i gospodarką organizacji związkowych". Rezultaty tak podjętej działalności nie dały na siebie długo czekać. Związki regionalne otrzymały stałe i wciąż rosnące subwencje, przeznaczone na różnego rodzaju zapomogi i pożyczki. Uzyskano wysokie rekopmensaty dla najciężej poszkodowanych, będące wyrównaniem zaległych wypłat rentowych. Wywalczono zniżkę 50% na przejazdy koleją i specjalną odznakę sanitarną dla ociemniałych żołnierzy. Zapewniono im bezpłatną opiekę lekarską za pośrednictwem Ogólnopolskiego Związku Kas Chorych oraz nisko płatną opiekę lekarską dla rodzin. Ponadto Związek przydzielał bezpłatnie narzędzia pracy, zegarki brajlowskie, maszyny do pisania (czarnodrukowe i brajlowskie), radioodbiorniki i psy przewodniki. Duża zasobność organizacji opierała się tradycyjnie na wyzyskaniu koncesji monopolowych. Cennym nabytkiem były koncesje na hurtownie Państwowego Monopolu Solnego, których administrację, na korzyść całej organizacji, przejęła spółdzielnia handlowa "Spójni". Pewne sumy wpływały także z innych źródeł, jak choćby z opodatkowania przez Ministerstwo Skarbu na rzecz Związku Hurtowni należących do osób nieuprzywilejowanych. Lecz nie te sumy decydowały o jego materialnej sytuacji. Najważniejsza była własna działalność gospodarcza, której dochodowość uzależniała organizację od wymuszonych i z zasady ograniczonych subwencji państwowych czy samorządowych. Do głosu mogła dojść inwencja i imperatywność zainteresowanego wzrostem dochodów związkowego kierownictwa, toteż dochody te rosły systematycznie, chociaż odbywało się to w warunkach wolnego rynku, dotkniętego największym w dziejach kryzysem ekonomicznym lat 1929-35, gdzie rządziły twarde prawa konkurencji i kalkulacji, i gdzie za każdą nieudolność płaciło się - mimo uprzywilejowania - stratami w gotówce a nawet bankructwem. To, że ociemniali potrafili tak wspaniale wszystkiemu sprostać, świadczyło wymownie o ich życiowej przydatności i było potwierdzeniem słuszności przyjętej przez mjr Wagnera linii postępowania, jego wielkim sukcesem rehabilitacyjnym i propagandowym. Rezultatem tak ugruntowanej niezależności finansowej była swoboda w rozchodowaniu wypracowanych sum według własnego, wolnego od sugestii ewentualnych ofiarodawców, rozumienia potrzeb środowiska. Zapewniało to Związkowi wśród innych organizacji społecznych pozycję równorzędnego partnera a współpracę z nimi czyniło prawdziwie skuteczną. Nie występował bowiem w roli ubiegającego się o darmowe świadczenia petenta. Wnosił wkład lub wspierał finansowo te organizacje, których działalność wyraźnie służyła jego interesom. Przykładem może być współpraca z Federacją Polskich Związków Obrońców Ojczyzny, której prezesem był wielki przyjaciel ociemniałych żołnierzy, gen. dr Roman Górecki. ZOŻ należał do tej Federacji i na jej cele nie szczędził środków - nie tylko ze względu na zupełnie realne korzyści, jak choćby tę, że organizacja ta opłacała wszystkim ociemniałym żołnierzom składki ubezpieczeniowe. Federacja była wyrazicielem patriotyczno-obywatelskich dążeń całego kombatanckiego środowiska, a takie właśnie zaangażowanie wysunęło się w działalności ZOŻ-u na plan pierwszy. Ten nieustanny postęp dotyczył także poszczególnych członków Związku, których było około 700 - tzn.310 w ogniwie lwowskim, 250 w warszawskim i 130 w bydgoskim. Prawie wszyscy prowadzili jakieś przedsiębiorstwa rolne, rzemieślnicze, czy handlowe lub mieli udziały dzięki posiadanym koncesjom w przedsiębiorstwach osób widzących. Ich otoczenie widziało to, imponowali swoją mężną postawą i budzili poważanie - tym bardziej, że stały za nimi ich wojenne zasługi i ofiara poniesiona dla wspólnego dobra. Naturalnym tego następstwem musiało być pragnienie dalszej służby dotychczasowym ideałom, do czego ociemniali żołnierze czuli się moralnie zobowiązani. Chcieli służyć krajowi nie tylko swoją codzienną pracą, ale także brać czynny udział w życiu społeczeństwa przez wyrażanie swego poparcia lub sprzeciwu również dla spraw publicznych. Byli przecież nosicielami wielkich moralnych wartości, przez co siła ich zbiorowego głosu była ogromna. Nie szczędzili go też przy okazji różnych spotkań związkowych czy państwowych uroczystości. W ten sposób ujawniły się wyniki długoletniej pracy wychowawczej majora Wagnera, który o konieczności dochowania wiary patriotycznym ideałom przypominał kolegom od początku swojej związkowej działalności, dobrze rozumiejąc że pozbawione ideologii organizacja szybko skarleje i stanie się jedynie zgromadzeniem ludzi pobierających procenty od minionych zasług. Tym samym nadał swojej organizacji moralny status wyższej publicznej użyteczności, co wyraził tymi słowami: "Przychodząc z pomocą w potrzebie materialnej i broniąc bytu ociemniałych żołnierzy, Związek Stowarzyszeń Ociemniałych Żołnierzy, jako organizacja naczelna skupiająca wszystkich inwalidów ociemniałych w całej Polsce, stoi na straży godności i honoru swoich członków i pracę swoją prowadzi w myśl hasła: Dobro Najjaśniejszej Rzeczypospolitej niechaj będzie dla nas najwyższym prawem". Najwymowniejszym przejawem uspołecznienia i manifestacją zbiorowej siły członków tej organizacji stała się budowa Domu Związku Ociemniałych Żołnierzy RO im. Józefa Piłsudskiego w Muszynie. Letnisko w Ziemnicach Nowych i założony w roku 1930 Dom Zdrowia ZSOŻ w Zakopanem już nie wystarczały, wobec czego mjr Wagner wystąpił z projektem wzniesienia nowego ośrodka, specjalnie dostosowanego do potrzeb ociemniałych. Ogłoszono zbiórkę wśród członków Związku i zebrano w ciągu czterech lat ponad 50000,- zł. co dało rezultat imponujący. Suma na owe czasy była ogromna o do tego zebrana w okresie największego w dziejach kryzysu, kiedy nie przelewało się nikomu. Uroczystość poświęcenia muszyńskiego ośrodka stała się wielką manifestacją poparcia tamtejszego społeczeństwa i naczelnych władz państwowych dla ociemniałych żołnierzy i reprezentowanych przez nich ideałów. Między innymi odbyła się defilada, którą odebrał przedstawiciel Prezydenta RP, minister Pracy i Opieki Społecznej Marian Zyndran-Kościałkowski. Uchylił z szacunkiem kapelusza, gdy po wielu różnych organizacjach i młodzieży szkolnej nadeszła długa kolumna 230 ociemniałych żołnierzy, prowadzonych przez tyluż przewodników. Powiewał nad nimi ich sztandar a wypisana na nim dewiza "Światłem naszem dobro niepodległej Ojczyzny" mówił dobitnie, kim są. Wymowne też były wygłoszone na tej uroczystości przemówienia, obrazujące najlepiej rodzaj i sens nurtujących to środowisko dążeń i nastrojów, przy czym pamiętać trzeba, że były to już czasy wyraźnego zagrożenia ze strony hitlerowskich Niemiec i budzenie narodowego ducha stało się zadaniem chwili. Ks. Kanclerz Duszpasterstwa Wojska Polskiego, Kapelan Jan Mauersberger, powiedział: "Potrafiliście w poczuciu odpowiedzialności społecznej dźwignąć ten dom. Sami jesteście budynkiem, gdyż wasze myśli i uczucia nie tylko was rozwijają, ale służą innym za pokarm". Wiceminister Opieki Społecznej dr Eugeniusz Piestrzyński stwierdził: "Dom stanął ku chwale i pożytkowi Ojczyzny. Zamelduję Panu Prezydentowi, że stanął wysiłkiem samych ociemniałych żołnierzy z małą pomocą Rządu. Dom ten niech będzie przykładem, że w najcięższych warunkach można przy dobrych chęciach wielkiego dzieła dokonać". Minister Pracy i Opieki Społecznej M. Zyndram-Kościałkowski: "Życzę wam, abyście w tym domu mogli krzepić wiarę, że z trudów waszych i ran powstała wielka Rzeczypospolita. W swej dalszej, twórczej pracy twórzcie razem z nami świetlaną przyszłość Polski". Wiceprezes Związku Inwalidów Wojennych RP, poseł Pająk: "Posłannictwo naszych żołnierzy nie skończyło się. Stawiając dom na granicach Rzeczypospolitej faktem tym składamy ślubowanie, że zawsze stać będziemy na straży całości granic naszej Ojczyzny". Major Edwin Wagner: "Budowa domu dała nam poznać, jaką życzliwością otacza nas Rząd i społeczeństwo, uznając w nas tych, którzy chcą żyć i pracować dla dobra Ojczyzny. Jesteśmy żołnierzami i dla dobra i chwały Najjaśniejszej Rzeczypospolitej wykonamy każdy rozkaz, otrzymany od jej włodarzy Pana Prezydenta Rzeczypospolitej i Naczelnego Wodza". `ty 5. Na forum publicznym `ty Zabiegając o sprawy swojej organizacji mjr Wagner szybko dał się poznać i czynnikom oficjalnym jako człowiek o nieprzeciętnych możliwościach, wobec których jego inwalidztwo stawało się nieistotne. Był znakomicie zorientowany w problematyce życia państwowego i społecznego i umiał w tej gmatwaninie nie zawsze sprzyjających okoliczności z powodzeniem realizować postawione przed sobą cele, robiąc to taktownie i bez zadrażnień. Okazał się zatem zdolny do ponoszenia większej niż dotąd odpowiedzialności, a nawet niezastąpiony, bo przewyższał ewentualnych kontrkandydatów swoim autorytetem, energią i umiejętnościami. Otwierało mu to drogę na coraz wyższe szczeble w hierarhii społecznej, stwarzając możność bezpośredniego wpływania na bieg wielu ważnych spraw publicznych. Wstąpił na tę drogę tym łatwiej, że zdobywając wpływy i nabierając osobistego znaczenia mógł nie tylko służyć ogółowi obywateli, lecz także lepiej zaspokajać potrzeby swoich, zawsze najbardziej go obchodzących towarzyszy niedoli. Najważniejszym polem publicznego działania stał się dla majora Wagnera Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, dom którego wybrano go posłem z okręgu lwowskiego dwukrotnie - w roku 1930 oraz w 1935. Kandydował z ramienia stronnictwa rządowego, wychodząc z założenia, że jeśli chce się coś osiągnąć dla reprezentowanego przez siebie środowiska, dokonać tego można jedynie w ścisłej współpracy z władzami. Stąd jego wielkie osiągnięcia na arenie sejmowej, gdzie działał w trzech komisjach: Budżetowej, Społecznej i Wojskowej. Był stałym referentem budżetu emerytur i rent inwalidzkich oraz referentem wielu ustaw dotyczących opieki społecznej i wojskowej. Jego poselskie wystąpienia i usilne interwencje uchroniły najciężej poszkodowanych inwalidów wojennych od poważnych obniżek rent, gdy w związku z trudną sytuacją finansową wywołaną kryzysem chciano je zmniejszyć. Również i on między innymi, przyczynił się do późniejszego stałego wzrostu tych rent, które w wypadku ociemniałych żołnierzy doszły do wysokiej, jak na owe czasy, kwoty 325,00 zł. Te wybitne osiągnięcia zapewniły majorowi Wagnerowi wysoką pozycję w środowisku kombatanckim. Został prezesem Lwowskiego Zarządu Okręgowego Związku POW-iaków, wiceprezesem Federacji Polskich Związków Obrońców Ojczyzny, a 16 grudnia 1933 roku - przewodniczącym Zarządu Głównego Związku Inwalidów Wojennych RP, będąc wybrany na to stanowisko przez aklamację. Objęcie bezpośredniego kierownictwa nad tak dużą, bo liczącą 200 tys. członków organizacją miało wymowę szczególną, co "Ociemniały Żołnierz" ze stycznia 1934 roku skomentował następująco: "Wybór ten jest wielkim sukcesem pod kątem widzenia sprawy ogółu niewidomych, gdyż wynosi jednego z ich grona na stanowisko bardzo zaszczytne, rzadko spotykane wśród społeczeństw innych krajów. Tylko we Włoszech i Jugosławii na czele silnych liczebnie organizacji byłych wojskowych stoją ociemniali inwalidzi, przewodząc swym widzącym kolegom". Równolegle do tego, działał w międzynarodowym ruchu inwalidzkim i kombatanckim jako przewodniczący sekcji ociemniałych żołnierzy a potem wiceprzewodniczący CIAMAC oraz wiceprzewodniczący FIDAC. Występował tam z ramienia Związku Ociemniałych Żołnierzy RP i Federacji Polskich Związków Obrońców Ojczyzny, które należały do tych obu organizacji i odgrywały w nich ważną rolę, popierając ich statutowe poczynania w zakresie niesienia pomocy inwalidom wojennym i głoszenia idei pokojowych. Zwłaszcza w tym ostatnim zakresie aktywność delegacji polskiej i samego majora Wagnera była bardzo duża, w związku z niepokojącymi zabiegami dyplomacji niemieckiej. Korzystając z politycznej naiwności przedstawicieli byłych państw alianckich, prowadziła ona za pośrednictwem tych organizacji szeroko zakrojoną propagandę rewizjonistyczną, domagając się anulowania Traktatu Wersalskiego i usprawiedliwiając po dojściu Hitlera do władzy jego zbrojenia i aneksje. Znamienne jest przy tym, że już u progu lat trzydziestych mjr Wagner widział w tych poczynaniach groźbę światowego konfliktu, toteż występował przeciwko nim z całą mocą, zwłaszcza że bardzo często były zwykłym wtrącaniem się w wewnętrzne sprawy Polski pod pretekstem obrony rzekomo prześladowanej narodowej mniejszości niemieckiej. Znamienne są także poglądy, jakimi się w tych wystąpieniach kierował: "Pokój zabezpieczyć może światu jedynie bratnie współżycie wszystkich narodów i do pokoju należy dążyć tymi drogami, które by wszystkim narodom świata owo bratnie współżycie zabezpieczyło". Był ponadto prezesem Społecznego Komitetu Radiofonizacji Kraju i członkiem Rady Miejskiej Lwowa. Na wszystkich powierzonych sobie odcinkach działał z równym zaangażowaniem, wszędzie znajdując uznanie, którego zewnętrznym wyrazem były liczne odznaczenia. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski dekorował go osobiście Prezydent Rzeczypospolitej Ignacy Mościcki a Krzyżem Oficerskim Legii Honorowej ambasador francuski Leon Noel. Posiadał poza tym Kawalerski Oficerski Krzyż Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Orderu Virtuti Militari V kl., Krzyż Walecznych, Krzyż Niepodległości i wiele innych. Wśród rozlicznych zainteresowań nie zapominał o sprawie swoich cywilnych niewidomych kolegów, których los zawsze leżał mu na sercu. Wyraz swoim przekonaniom na ten temat dał na łamach "Świata Niewidomych", nr 1 z 1936 roku: "Najbardziej rzucająca się w oczy wada w dziedzinie wykonywania opieki nad niewidomymi w Polsce leży przede wszystkim w nieskoordynowaniu tych prac przez naczelne organa, zobowiązane do sprawowania opieki. Na myśli mam przede wszystkim Ministerstwo Opieki Społecznej i Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Brak skoordynowania prac tych dwóch naczelnych organów, skupiających u siebie opiekę nad niewidomymi, daje w konsekwencji smutne rezultaty". "Nikt w Polsce nie myśli o tym, by niewidomemu, który przeszedł specjalne przeszkolenie i zdobył jakiś fach, dać odpowiadającą jego umiejętnościom pracę. Wyjątki w tej dziedzinie są nieliczne, należy tu schronisko niewidomych w Bydgoszczy oraz Zjednoczenie Pracowników Niewidomych w Warszawie. W tym stanie pieniądz wydany na specjalne szkolnictwo dla niewidomych przez rząd względnie samorząd nie jest należycie zamortyzowany i często idzie na marne". "W Polsce przeważa typ organizacji opiekuńczych nad organizacjami samopomocowymi, przy czym wielką wadą jest niemal wyłącznie lokalny charakter działania. Sprawa konsolidacji organizacji niewidomych ma w Polsce już zapisaną kartę. Z inicjatywy kpt. Jana Silhana ze Związku Ociemniałych Żołnierzy RP został wyłoniony w roku 1933 Komitet Porozumiewawczy, który pod auspicjami Ministerstwa Opieki Społecznej przy współudziale szeregu organizacji niewidomych po licznych i mozolnych konferencjach opracował statut Głównego Komitetu Pomocy Niewidomym w Polsce". Sprawa, niestety, pozostała na papierze. "Idea konsolidacji i korzyści z tej płynące nie dotarły jeszcze widocznie do świadomości tych obywateli, którzy siłą przyzwyczajenia zostają w dalszym ciągu na ciasnym podwórku dotychczasowych metod pracy. Mam jednak nadzieję, że rzeczywistość potrzeb niewidomych przezwycięży te trudności i że w najbliższym czasie zrozumienie tej sprawy znajdzie swój oddźwięk w społeczeństwie polskim". `ty 6. Zwykły dzień niezwykłego człowieka `ty "Miał przyjemną powierzchowność" - mówi o majorze Wagnerze jego sekretarka Helena Jeruzalska, zatrudniona w Zarządzie Głównym ZOŻ w latach 1930-1944. "Blondyn, wysokiego wzrostu, o dość ciężkich ruchach, twarz bez oczu nie była jednak smutna. Jego urodą był szczery, polski uśmiech i bezpośredniość w obcowaniu". "Łatwo nawiązywał kontakty i był bardzo lubiany" - dodaje jego córka Aleksandra. "Zawsze pogodny - kontynuuje Helena Jeruzalska - dla każdego serdeczny, życzliwy, opiekuńczy i gotów z rzetelną poradą i pomocą". Wielu ociemniałych żołnierzy wspominało później ze wzruszeniem jego powiedzenie, którym starał się dodać im otuchy, gdy zgnębieni zwracali się do niego ze swoimi troskami: "Głowa do góry, kolego! Przez życie trzeba iść z uśmiechem!" Promieniował przy tym taką pewnością siebie i optymizmem, że przekonywał najoporniejszych, przywracając im nadzieję i siłę do dalszej walki. Opiekowanie się innymi uważał za swój moralny obowiązek i nigdy nie zawodził tych, którzy na niego liczyli. Czuł się od nich silniejszy i dlatego to on powinien zabiegać o pomyślność innych, a nie odwrotnie. Nie lubił też, gdy się o niego zbytnio troszczono i przyjmował tylko tę pomoc, bez której z braku wzroku obejść się nie mógł. Był przy tym człowiekiem wyzutym z wszelkiego materializmu, niezdolnym do zabiegania o osobiste zyski czy zaszczyty. Wszystkie swoje rozliczne funkcje społeczne sprawował honorowo, dokładając nieraz do sprawy z własnej kieszeni. Swoje wysokie poselskie diety (czyli poselską pensję) w całości przeznaczał na cele społeczne - m.in. na pokrycie kosztów bardzo częstych podróży służbowych. Wymowne jest to, że wolał pobierać emeryturę majora niż znacznie od niej wyższą rentę inwalidy wojennego. Ta ostatnia kojarzyła mu się z ofiarą poniesioną dla Ojczyzny z bezinteresownych pobudek patriotycznych, wobec czego wypracowana latami solidnej służby emerytura wojskowa wydawała się stosowniejsza. Jeszcze wymowniejsza była jego rezygnacja z wojskowej osady rolnej na Wołyniu. Otrzymał ją od Państwa po powrocie z niewoli jako mienie opuszczone przez zaginionych na wojnie właścicieli. Gdy nieoczekiwanie wrócili po wieloletniej tułaczce, przekazał im gospodarstwo w formie potwierdzonej aktem notarialnym darowizny. Stracił przez to prawo do uzyskania innej wojskowej osady, gdyż otrzymać ją można było tylko raz. Swoje drugie gospodarstwo rolne we wsi Tarchanie koło Innowrocławia musiał już kupić od Państwowego Funduszu Ziemi na spłaty. Nic zatem dziewnego, że o majorze Wagnerze mówiono iż ma charakter katoński, nawiązując tym do słynnego od czasów starożytnych Katona wzoru prawości i niezłomności w dotrzymywaniu wiary przyjętym ideałom. Ale mimo tej surowości zasad major Wagner wciąż pozostawał człowiekiem wrażliwym i zdolnym do wzruszeń, chociaż powściągliwym w ich wyrażaniu. Niech o tym świadczy fragment pewnego listu, już z okresu okupacji, w którym dziękuje za okazaną pomoc: "Od wielu lat uważałem za cel mojego życia opiekować się drugimi i nie odczuwałem potrzeby opieki lub troski ze strony kogoś. Lecz jako człowiek nie różnię się niczym od innych. Gdy ciężkie przeżycia w obecnych warunkach osłabiły stan mego zdrowia, to gdy czyjaś myśl i czyjeś serce zapukały dla mnie, to najpierw, w pierwszej chwili zdziwiłem się, lecz potem wytłumaczyłem sobie, że są ludzie dobrzy i życzliwi". Możność sprostania tak licznym obowiązkom zawdzięczał narzuconej sobie dyscyplinie i systematyczności. W siedzibie Związku przy ul. Hożej 1 zjawiał się zawsze o godzinie ósmej rano, tj. w chwili otwarcia biura. Nigdy nie robił niczego sam, w przekonaniu że jego zadaniem jest inicjowanie, koordynowanie i kontrolowanie pracy podległych mu i działających według jego zamysłów współpracowników. Był szefem bardzo wymagającym, zawsze pamiętał kto, co i kiedy miał załatwić i egzekwować to z całą stanowczością. Mimo to jednak cieszył się ogromnym przywiązaniem podwładnych - również i dlatego, że najwięcej wymagał od siebie. W pracy opierał się na fenomenalnej pamięci. Obszerne dane liczbowe, nazwiska, adresy czy numery telefonów zapamiętywał po dwukrotnym powtórzeniu i operował nimi potem bezbłędnie. W związku z tym nigdy nie robił notatek, chociaż znał brajla. Swoje wystąpienia przygotowywał w myśli, a następnie wygłaszał z pamięci, nawet jeśli referował rojący się od danych liczbowych budżet Komisji Zaopatrzeniowej. Podobnie przygotowywał swoje listy i artykuły prasowe, które później dyktował sekretarce. Szczególnie często wypowiadał się na łamach "Ociemniałego Żołnierza", doceniając rolę, jaką to czasopismo odgrywało w kształtowaniu opinii i utrzymaniu łączności środowiskowej. Swoją wielką pracę mjr Wagner wykonywał mimo ciągłych podróży - nie tylko służbowych - krajowych i zagranicznych. Zanim przeniósł się ze Lwowa do Warszawy w roku 1938, przez 10 lat kursował między tymi dwoma miastami, gdyż w pierwszym z nich miał rodzinę i pracował zawodowo jako komendant domu inwalidy, w drugim zaś znajdowała się siedziba sejmu i biura kierowanych przez niego organizacji. Podróżował najchętniej bez przewodnika, na co pozwalała mu znakomita orientacja przestrzenna i umiejętność radzenia sobie w każdej sytuacji. Nie używał przy tym ani białej laski, ani psa przewodnika, nie lubił zwracać na siebie zbytniej uwagi. Na dworcu kolejowym korzystał z pomocy bagażowego, który za opłatą odprowadzał go do taksówki. Do swego warszawskiego mieszkania na Kole przy ul. Bolacha 50 i na Hożą 1 też jeździł sam - tyle tylko, że zawsze ktoś na niego czekał o umówionej porze na przystanku tramwajowym. Swoją żonę Kazimierę mjr Wagner poznał w drodze na front, a więc jeszcze przed utratą wzroku. Była mu zawsze wierną towarzyszką życia, szczerze zainteresowaną jego działalnością, chociaż większość trudów związanych z prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci musiała - ze zrozumiałych względów - ponosić sama. Niejednokrotnie uczestniczyła bezpośrednio w działalności męża, m.in. załatwiała z jego polecenia interwencje poselskie w miejscowych urzędach w sprawach zgłaszanych przez wyborców. Godna uwagi jest także jej działalność okupacyjna. Aresztowana w listopadzie 1940 roku jako podejrzana o przynależność do organizacji podziemnej, spędziła na Pawiaku 2 lata i mimo okrutnych badań w al. Szucha nie wydała nikogo. W tym czasie działała konspiracyjnie w komórce więziennej jako łączniczka siatki wewnętrznej, a ponadto przemycała żywność do pilnie strzeżonych izolatek, gdzie trzymano więźniów skazanych na głodówkę. Major Wagner był ojcem bardzo wymagającym, ale zarazem troskliwym i uwielbianym przez dzieci. Do największych przyjemności należały wycieczki krajoznawcze po Polsce z ojcem w roli przewodnika, przy czym każde z trojga dzieci jeździło pojedynczo, według z góry określonej kolejności. Mimo braku wzroku Edwin Wagner był znakomitym przewodnikiem, widziane kiedyś miejsca pamiętał bowiem doskonale. Poza tym, stawiając dzieci wobec konieczności opiekowania się nim jako ociemniałym, uczył je samodzielności i odpowiedzialności, oczywiście stawiając wymagania na miarę ich możliwości. Był na tyle samodzielny, że mógł trudności dozować, otaczając jednak dziecko należytą opieką. Pomagał również w nauce, zwłaszcza języków obcych - znał bowiem biegle francuski i niemiecki, słabiej angielski, a poza tym łacinę i grekę. W duchu patriotycznym wychowywał swoim przykładem; dzieci wiedziały dużo o jego działalności, wynikającej właśnie z pobudek patriotycznych. O skuteczności tego oddziaływania świadczą okupacyjne dzieje jego dzieci. Obie córki uczyły się na tajnych kompletach i należały do harcerstwa, a w czasie powstania warszawskiego pracowały w Społecznym Punkcie Sanitarnym. Syn Jerzy też walczył w powstaniu, w zgrupowaniu "Krybar" na Powiślu, jako członek załogi słynnego samochodu pancernego "Kubuś". Zginął mając lat 20 w dniu 23 sierpnia 1944 roku podczas ataku na Uniwersytet Warszawski. `ty 7. W obronie ludzkiej godności `ty Klęska wrześniowa 1939 roku była dla majora Wagnera ciosem bolesnym, ale nie druzgocącym. Rozumiał, że zamienione przez wojnę warunki stawiają przed nim nowe zadania, w których wypełnieniu nikt go nie zastąpi, toteż działał z całą energią. Należało zaopiekować się nie tylko dotychczasowymi członkami Związku w sytuacji, kiedy wraz z szybko postępującą inflacją wszelkie stałe dochody, w tym nadal wypłacane renty inwalidzkie, traciły swoją wartość i do okien zaczęła pukać wojenna bieda. Trzeba było także zaopiekować się sporą gromadą nowo ociemniałych inwalidów z kampanii wrześniowej, podtrzymać na duchu, zrehabilitować i dać chleb do ręki. Co więcej, już wkrótce zaczęli napływać do Warszawy i innych miast Generalnego Gubernatorstwa ociemniali żołnierze wysiedleni z terenów wcielonych do Rzeszy i im także należało zapewnić chleb i dach nad głową. Ten ciągły napływ potrzebujących trwał przez całą okupację, bo z czasem zaczęli się zjawiać nowo ociemniali inwalidzi wojenni z ruchu oporu, przyjmowani do Związku jako rzekomo inwalidzi z kampanii wrześniowej - bo tylko w ten sposób można ich było zalegalizować. Swoją działalność mjr Wagner wznowił oficjalnie w listopadzie 1939 roku, kiedy się okazało, że takie organizacje jak Związek Ociemniałych Żołnierzy i Związek Inwalidów będą mogły nadal istnieć legalnie, oczywiście przy odpowiednim ograniczeniu zakresu działania. Przejawem tego było wprowadzenie do tej ostatniej organizacji niemieckiego Treuhandera, pełnomocnika, co stało się jedną z przyczyn rezygnacji Edwina Wagnera ze stanowiska jej prezesa. Skupił się na sprawach Związku Ociemniałych Żołnierzy, gdzie hitlerowskiego nadzorcy nie było, dzięki czemu miał pełną swobodę działania, niezbędną w czasach, gdy metodami legalnymi nie osiągało się zbyt wiele. Okupant narzucił społeczeństwu polskiemu tyle najróżniejszych, najczęściej zagrożonych karą śmierci ograniczeń, że większość spraw można było przeprowadzić jedynie w głębokiej konspiracji, choć również załatwiane legalnie zwykle kryły w sobie coś, co nie za bardzo się zgadzało z hitlerowskimi zarządzeniami. Świadczona przez Związek pomoc materialna polegała na wypłacaniu zapomóg i przydzielaniu deputatów żywnościowych, cenniejszych wówczas od pieniędzy. W związku z tym biuro przy Hożej 1 zmieniło się w rozdzielnię takich produktów, jak mąka, marmolada i margaryna, po odbiór których zgłaszali się zainteresowani z Warszawy i jej okolic. Przekradały się także z getta dzieci uwięzionych tam ociemniałych żołnierzy, co zwiększało zagrożenie, w jakim stale pracował personel związkowy. Obok żywności skupowano także marki niemieckie, przeznaczone na pomoc kolegom, zamieszkałym na terenach włączonych do Rzeszy. Przerzucano je przez zieloną granicę do Bydgoszczy specjalnie zorganizowaną przez mjra Wagnera tajną drogą, działającą sprawnie od roku 1940 do chwili jego drugiego aresztowania, tj. stycznia 1944 roku. Pieniądze te przejmował i rozprowadzał w ścisłej konspiracji Leon Łepkowski, prezes zlikwidowanego przez Niemców Związku Ociemniałych Wojaków, który przejął to stanowisko po zmarłym inż. Perzyńskim jeszcze przed wojną. Byt materialny Związku opierał się na wykorzystywaniu koncesji monopolu spirytusowego, które udało się utrzymać. Wysokość i regularność wpływów zależała jednak w bardzo dużej mierze od dobrej woli i społecznego zaangażowania bezpośrednich użytkowników koncesji i tu na szczególne wyróżnienie zasługują bracia Rokicińscy i Jóźwiak, właściciele hurtowni w Skierniewicach, Grodzisku i Pruszkowie. Potwierdza to list majora Wagnera, w którym daje ponadto wyraz swoim przekonaniom na temat istoty postawy społecznej i jej znaczenia dla przyszłości kraju: "Wojna jest sprawdzianem wzajemnych stosunków ludzkich i ujemne jej skutki odkrywają nie tylko wady, lecz i tę prawdę, czy współpracujący ze sobą obywatele pracowali tylko dla zysku i materialnej korzyści, czy też łączyło ich coś więcej. Otóż z prawdziwym zadowoleniem podkreślam, że zacny Pan i jego brat Józef Rokicińscy oraz Pan Jóźwiak w czasie obecnych trudnych warunków stwierdzili całością swego postępowania, że łączyło nas coś więcej i wierzę, że w lepszych warunkach z tym większą energią będziemy pracować nie tylko dla dobra naszego osobistego, ale przede wszystkim dla kraju. Bo przecież po tej wojnie czeka nas wielka, pożyteczna praca dla odbudowy naszego życia gospodarczego". Niestety, liczba oddanych przyjaciół ociemniałych żołnierzy nieustannie malała, wciąż bowiem trwały aresztowania i napływały wiadomości o czyjejś męczeńskiej śmierci. Tak zginęli m.in. dawni naczelnicy Wydziałów Inawalidzkich różnych instytucji - Henryk Rudowski, Gustaw Czaja i Wacław Pankowski oraz kierownik schroniska przy ul. Pięknej, Popiołek. W ten sposób Związek tracił cenne kontakty i poparcie dla swoich spraw wszędzie tam, gdzie podobni ludzie nadal coś znaczyli, a wraz z tym niejedna akcja opiekuńcza utknęła w martwym punkcie. "Wiadomo, jakie było nastawienie władz okupacyjnych dla działalności Polaków, cóż dopiero mówić o niesieniu pomocy ociemniałych żołnierzom" - wspomina Helena Jeruzalska. "Ogromna żywotność i upór w dążeniu do celu majora Wagnera, niebywały hart ducha, którym to bakcylem zarażał swoich kolegów, doprowadziwszy do większego zwarcia szeregów ociemniałych żołnierzy. Nikt nie był osamotniony, wszyscy czuli się jedną wielką polską rodziną. Major Wagner każdemu dodawał otuchy, że Polska będzie krajem wolnym. Największą jego troską stali się ci, którzy niedawno stracili wzrok. Otoczył ich specjalną opieką, kiedy jeszcze przebywali w szpitalach. Nie tylko pomagał finansowo, ale i uczył żyć w nowych warunkach. Trzeba było poświęcić dużo czasu i energii na kontakty z nowymi kolegami, aby zdobyli przeświadczenie, że jeszcze będą potrzebni dla kraju i nie zostaną zepchnięci na margines życia. Major Wagner dokonywał wprost cudów, a jedyną zapłatą był uśmiech na twarzy". "Podniósł bardzo morale ofiar wojny, oni poczuli swoją pełną wartość" - wspomina z kolei jego córka, Aleksandra. "Mój ojciec wymagał dużo nie tylko od siebie, ale także od nich, jeśli chodzi o etykę. Nie dopuszczał na przykład możliwości żebrania na ulicy, co czasem zdarzało się podczas okupacji. Jeśli się dowiedział, że ktoś z ociemniałych członków Zarządu stoi na ulicy i żebrze, to to już była sprawa najgorsza. Żądał, by każdy z honorem i ambicją znosił swój los i mało tego, nie tylko znosił, lecz także dawał coś z siebie innym". Jednym ze szpitali, gdzie przebywali nowo ociemniali żołnierze z kampanii wrześniowej, był Szpital Ujazdowski. Działała tam mgr Zofia Rybicka, której pomoc dla tych inwalidów była ogromna i która pomaga im do dziś. Na terenie tego szpitala mjr Wagner prowadził nie tylko akcję opiekuńczą, ale także uczył walki podziemnej. Do swoich poczynań wciągał ociemniałych żołnierzy w przekonaniu, że brak wzroku nie zwalnia od obowiązku obrony ojczyzny i przychodzenia z pomocą potrzebującym i zagrożonym. Stąd udział wielu ociemniałych żołnierzy z Warszawy i prowincji w ruchu oporu, zwłaszcza w kolportażu prasy podziemnej. Ich nazwiska poszły, niestety, w zapomnienie i wymienić można zaledwie kilka: Szczepan Wołowicz ps. "Jasnowidz", Władysław Banucha ps. "Longinus" i Szymon Fiołek ps. "Skalny". Na specjalne wspomnienie zasługuje zamieszkały w Krakowie Jan Kamiński ps. "Gbur", który ukrywał cztery rodziny żydowskie a jednej z nich zorganizował przejście przez zieloną granicę na Węgry. W jego mieszkaniu mieścił się konspiracyjny punkt kontaktowy i często zatrzymywał się mjr Wagner, gdy przyjeżdżał do Krakowa w sprawach związkowych lub konspiracyjnych. Wspomnieć też należy sporą grupę młodych kobiet, przeważnie fizycznych pracownic Państwowego Monopolu Tytoniowego i fabryki Wedla. Opiekowały się one nie tylko ociemniałymi żołnierzami ze Szpitala Ujazdowskiego, ale także zamieszkałymi w schronisku przy ul. Floriańskiej lub skierowanymi przez Edwina Wagnera na przeszkolenie zawodowe do Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Zaopatrywały swoich podopiecznych w żywność i papierosy, podtrzymywały ich na duchu służąc swoim towarzystwem, a zawiązywane w ten sposób przyjaźnie zakończyły się w paru przypadkach małżeństwem. Siedziba ZOŻ-u przy ul. Hożej 1 była nieraz wykorzystywana jako miejsce zebrań konspiracyjnych Polskiego Związku Wolności, organizacji powstałej z inicjatywy Edwina Wagnera już w listopadzie 1939 roku, na bazie Koła Pułkowego 36 p.p. Legii Akademickiej. Na zebraniu organizacyjnym wybrano go jednomyślnie na komendanta tej organizacji. Zrezygnował jednak ze względu na swoje inwalidzkie ograniczenia. Komendantem został Antoni Szadkowski, były pracownik Ministerstwa Opieki Społecznej i działacz robotniczy, zaś mjr Wagner był jego zastępcą. Wywarł wielki wpływ na rozwój i efektywną działalność PZW, zawsze postępując z właściwą sobie przedsiębiorczością, energią i odwagą. Liczebnie nie za duży Polski Związek Wolności działał na obszarze całego kraju, w tym również na odcinku najtrudniejszym, jakim były ziemie wcielone do Rzeszy. Już od początku roku 1940 związek ten współpracował w ramach akcji scaleniowej ze Związkiem Walki Zbrojnej, przekształconym później w Armię Krajową. W jej skład wszedł formalnie w połowie roku 1943 - dotyczyło to jednak w większym stopniu kierowniczej "góry" niż "dołów" organizacji, które nadal zachowały sporą odrębność i działały po dawnemu. W zakresie walki bezpośredniej były to akcje sabotażowe i dywersyjne w fabrykach i na kolei, a ponadto likwidowanie wyjątkowo szkodliwych przedstawicieli hitlerowskiego aparatu terroru. Lecz największe zasługi organizacja ta miała w dziedzinie propagandy, nastawionej na zagrzewanie wszystkich polskich obywateli do walki ze śmiertelnym wrogiem, w duchu jedności narodowej i bratniej współpracy z wszystkimi narodami słowiańskimi. Idee te szerzyły bardzo liczne podziemne gazety, wydawane już od roku 1939 - kolejno: "Za Wolność", "Głos Pracy", "Radło", "Głos Prawdy", "Kilof Śląski" oraz "Biuletyn Społeczno-Gospodarczy". Wydawano też czasopisma w języku niemieckim w ramach słynnej "akcji N", mającej na celu szerzenie w armii niemieckiej defetyzmu i nastrojów antyhitlerowskich. Akcję tę prowadzono tak umiejętnie, że Niemcy do końca wojny myśleli, że czasopisma te publikuje jakaś antyfaszystowska organizacja na terenie Rzeszy. Wspomnieć wreszcie wypada o radiostacji "Błyskawica" z okresu Powstania Warszawskiego, wyprodukowanej i dostarczonej do Warszawy przez częstochowski okręg PZW. Z Komendy Głównej tej organizacji wywodził się także płk. Karol Ziemski ps "Wachnowski", dowódca Grupy Północ w czasie Powstania Warszawskiego. Tę odpowiedzialną i niebezpieczną pracę Edwin Wagner prowadził w warunkach ciężkich przeżyć osobistych, w związku z aresztowaniem żony i jej dwuletnim pobytem na Pawiaku. Spadły na niego kłopoty z prowadzeniem gospodarstwa domowego, z którymi musiał sobie radzić przy pomocy kilkunastoletnich dzieci. W tym czasie zresztą Niemcy aresztowali i jego; przesiedział na Pawiaku dwa miesiące - od 12 stycznia do 15 marca 1941 roku. Został zwolniony w wyniku interwencji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i prezesa CIAMAC-u w Berlinie, do których z prośbą o pomoc zwróciła się rodzina. Charakterystyczne dla jego postawy było to, że już następnego dnia po opuszczeniu więzienia przystąpił do pracy. Po raz drugi aresztowano majora Wagnera 13 stycznia 1944 roku i chodziło tym razem o coś więcej niż tylko o jego przedwojenne antyhitlerowskie wystąpienia. Jak wspomniałem, Edwin Wagner przemycał nielegalnie do Rzeszy marki niemieckie przeznaczone na pomoc ociemniałym żołnierzom. Podobne operacje pieniężne prowadził jego przyjaciel, płk. Stanisław Tym, szef komórki finansowej Komendy Głównej Armii Krajowej. Słabo zorientowany denuncjator przypisał obie te sprawy majorowi Wagnerowi, co było oskarżeniem zbyt poważnym, by mogła tu pomóc interwencja Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i CIAMAC-u, chociaż rodzina zwróciła się do nich ponownie. Dla zachowania pozorów zwolniono go z Pawiaka 25 lutego 1944 roku - oficjalny akt zwolnienia znaleziono później w archiwum gestapo, przy al. Szucha. Do domu jednak nie wrócił nigdy. W chwilę po przekroczeniu przez niego więzienia w towarzystwie dwóch gestapowców, w więzieniu usłyszano strzały dochodzące z ruin Getta i tak powstało domniemanie, że go wtedy zamordowano. Wersję tę podważył ostatnio płk. Piotr Wojciszewski, który oświadczył, że przebywał wraz z Edwinem Wagnerem w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Przytoczył tyle przekonywujących faktów, że obie córki majora Wagnera dają mu wiarę, chociaż w archiwum Państwowego Muzeum Oświęcim-Brzezinka nazwisko ich ojca nie figuruje. Według relacji płk. Wojciszewskiego mjr Wagner zginął dopiero pod koniec roku 1944, skierowany wraz z kilkoma więźniami na blok 11, blok śmierci. Przedtem przebywał w szpitalu obozowym pod opieką pełniącego tam funkcję pielęgniarza doktora Jana Zieliny, który zapoznał go z życiem konspiracyjnym obozu. Odtąd brał w nim czynny udział, a że często leżał, jego prycza służyła jako tajna skrytka na dokumenty. Swoją relację płk. Wojciszewski kończy tak: "W rozmowach mjr Wagner, wierząc w klęskę Niemiec, nie podzielał naszych nadziei, że jej dożyje, twierdząc, że będzie zlikwidowany. Przyjmował to z godnością i bohaterskim spokojem. Zginął wspaniały człowiek, wzór oficera i Polaka. Cześć Jego Pamięci!" `ty 8. Non omnis moriar `ty "Ponieważ przez cały czas byłam jego oczami - wspomina Helena Jeruzalska - miałam możliwość bliższego poznania tego wspaniałego człowieka. Major Wagner do ostatniej chwili pracował dla ociemniałych, za nich i dla nich stracił swoje życie. Jako przekazanie dla historii idei niepospolitej pracy społecznej i głębokiej miłości swego kraju w 1965 roku na ścianie dużej sali Muzeum dawnego Pawiaka powieszono fotografię majora Edwarda Wagnera, zamordowanego przez hitlerowskich zbrodniarzy. Jestem przeświadczona, że pamięć o nim pozostanie na zawsze we wdzięcznych sercach ociemniałych inwalidów. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że po dwudziestu pięciu latach niejednokrotnie w rozmowach ociemniali żołnierze wspominają ze czcią swego opiekuna, a już najbardziej wzruszyła mnie wypowiedź jednego z ociemniałych żołnierzy, że podejmując decyzję myśli o tym, jak by tę sprawę załatwił mjr Wagner". "Majora Edwarda Wagnera osobiście nie znałem - pisze Alfons Cyrzon - obecnie prezes Spółdzielni Ociemniałych Żołnierzy w Warszawie. - Po utracie wzroku, po wojnie, osiedliłem się w Słupsku, gdzie poznałem współpracownika majora Wagnera, kol. Ludwika Stacheckiego, inwalidę wojennego. Kol. Stachecki towarzyszył mu we wszystkich wyjazdach krajowych i zagranicznych na kongresy, spotkania i zebrania. O pracy i zasługach majora Wagnera na rzecz środowiska ociemniałych dowiedziałem się od niego. Biorąc pod uwagę to wszystko, co usłyszałem o majorze Wagnerze, zostałem przekonany, że aby uczcić jego pamięć, Wojewódzka Spółdzielnia Inwalidów Niewidomych w Słupsku powinna nosić jego imię i tę sprawę doprowadziłem do końca. Portret Wagnera w mundurze wojskowym wisiał w świetlicy i gabinecie prezesa spółdzielni, kiedy byłem prezesem tej spółdzielni. Gdy byłem prezesem w Słupsku, odwiedziłem matkę Wagnera, staruszkę mieszkającą w Krakowie, gdzie delegacja Spółdzielni złożyła jej wizytę, wręczając jednocześnie pamiątkowe upominki. Uchwałą Walnego Zgromadzenia członków Spółdzielni co roku, aż do śmierci, otrzymywała ona z czystej nadwyżki pewne kwoty pieniężne". Dziś, nazwisko majora Wagnera nie mówi, niestety, nie przeciętnemu inwalidzie wzroku, jeśli nawet je kiedykolwiek słyszał. Zaważyła na tym powszechna nieznajomość dziejów ruchu niewidomych i wieloletnie przemilczanie zasług tego wybitnego działacza, zgodnie z panującą w swoim czasie tendencją potępiania wszystkiego, co przedwojenne. Tymczasem dzieło majora Wagnera nie zginęło wraz z nim, żyło nadal i wywarło wyraźny wpływ nie tylko na powojenne środowisko ociemniałych żołnierzy. Zlikwidowany ostatecznie przez kataklizm Powstania Warszawskiego Związek Ociemniałych Żołnierzy RP został reaktywowany już w maju 1945 roku a na jego czele stanął, jako pierwszy powojenny prezes, wspomniany już bliski współpracownik Edwina Wagnera z okresu okupacji, Jan Kamiński z Krakowa. Nie obeszło się bez trudności, gdyż swój sprzeciw ponownie zgłosił Związek Inwalidów Wojennych RP, występując w obronie jakoby zagrożonej jedności ruchu inwalidzkiego. Utworzono konkurencyjną Sekcję Ociemniałych Żołnierzy, by perspektywą pozornej odrębności i prowadzoną przez nią akcję zapomogową odciągnąć od Związku Ociemniałych Żołnierzy jego szereg członków. Już w samym fakcie powołania podobnej komórki było zwycięstwo Wagnerowskiej zasady odrębności potrzeb tej grupy inwalidów, zasada ta zresztą zwyciężyła wkrótce na całej linii, gdyż Związek Ociemniałych Żołnierzy ostał się jako samodzielna organizacja i nadal otaczał opieką i wychowywał swoich członków, zgodnie z moralnym testamentem majora Wagnera. Związek korzystał wtedy z subwencji różnych instytucji państwowych, samorządowych i prywatnych, wypłacał zapomogi stałe i doraźne, przydzielał żywność i odzież. Natomiast poszczególni ociemniali żołnierze porzucili działalność handlową, zamieniając ją na pracę rękodzielniczą. Wymagały tego nowe, zmienione stosunki ekonomiczno-społeczne. Nie naruszało to jednak zasady pełnej przydatności dla kraju, tak jak wciąż ważne były patriotyczne przesłanki tej obywatelskiej postawy. Odnosiło się to również do sporej gromady nowo ociemniałych inwalidów ostatniej wojny, którzy - co prawda - majora Wagnera nie znali, ale nieraz o nim słyszeli od starszych kolegów. A jeśli nawet wiedzieli o nim niewiele, jeśli nawet był dla nich tylko bladą postacią historyczną - i tak postępowali według jego zaleceń, unoszeni nurtem ogólnego nastroju. Zewnętrznym tego przejawem stało się powołanie do życia dwóch spółdzielni pracy ociemniałych żołnierzy - w Warszawie i Poznaniu - w których znaleźli zatrudnienie również niewidomi cywilni. Spółdzielnia poznańska, powstała w 1949 roku, była jedną z pierwszych tego typu placówek w kraju. Założyli ją wychowankowie kierowanego przez Dyr. Henryka Ruszczyca Zakładu Rehabilitacyjnego dla Ociemniałych Żołnierzy w Surhowie - Głuchowie-Jarogniewicach, gdzie w postaci Edwina Wagnera widziano godny naśladowania wzorzec osobowy. Z tą świadomością weszli ociemniali żołnierze do Polskiego Związku Niewidomych, gdy powstał w roku 1951 ze zjednoczenia Związku Pracowników niewidomych RP ze Związkiem Ociemniałych Żołnierzy RP. Wyróżniali się oni aktywnością i społecznym zaangażowaniem i wpłynęli znacząco na rozwój tej nowej organizacji, jak również spółdzielczości niewidomych. Wielu z nich pełniło - i nadal pełni - poważne funkcje w centralnych i terenowych władzach Polskiego Związku Niewidomych, nie szczędząc dla wspólnej sprawy czasu i sił. Sztandarowym przykładem może tu być kpt. Jan Silhan, który wspierał swoich cywilnych kolegów z ramienia Związku Ociemniałych Żołnierzy RP jeszcze przed wojną i który robił to ofiarnie przez wiele powojennych lat. Słuszna skądinąd idea jedności wszystkich inwalidów wzroku została jednak wypaczona przez narzuconą z góry, bez żadnego rozumienia sprawy, jedność organizacyjną, pozbawiającą jedną ze stron możliwości zaspokajania bardzo istotnych potrzeb. Pozbawieni reprezentacji grupowej ociemniali żołnierze nie mieli szans na rozszerzenie należnej im od państwa opieki z racji oddanych zasług, nie stanowili też żadnej społecznej siły zdolnej do zamanifestowania nurtujących ich środowisko patriotycznych i obywatelskich przekonań i dążeń. Toteż gdy się tylko nadarzyła okazja, pragnienia te znalazły wyraz w reaktywowaniu w roku 1957 Związku Ociemniałych Żołnierzy PRL. Wpływy ociemniałych żołnierzy na obecną sytuację całego środowiska inwalidów wzroku nie ograniczają się do działań bezpośrednich, w ramach przynależności do Polskiego Związku Niewidomych. Tak się składa, że większość przywilejów, z jakich korzystają niewidomi cywilni, zapewniło sobie przedtem środowisko ociemniałych inwalidów wojennych. Mieli, oczywiście, drogę ułatwioną, lecz to oni stwarzali precedensy, dzięki którym uzyskane przez nich przywileje stawały się potem przywilejami wszystkich niewidomych. Zaszczepiali przy tym w świadomości administracji i społeczeństwa ideę konieczności przyznania inwalidom udogodnień rozumianych jako sprawiedliwe wyrównanie życiowych szans obniżonych przez fizyczne upośledzenie. Kiedy zaczynali tę działalność przed sześćdziesięciu laty, takiego rozumienia społecznego jeszcze nie było nawet dla nich, zasłużonych, musieli je wypracować długoletnim kołataniem do różnych drzwi. Na początku tej drogi, na czele kroczących nią ociemniałych żołnierzy znalazł się major Edwin Norbert Wagner, człowiek wielki przez wielkość sprawy, której służył. Było nią spokojne i dostatnie życie wszystkich obywateli w wolnej, bezpiecznej ojczyźnie, a przede wszystkim - dostatnie i godne życie jej obywateli niewidzących. Toteż gdyby istniał jego grób, choćby tylko symboliczny, należałoby na nim wyryć słowa następujące: "Światłem moim było dobro niepodległej Ojczyzny. Dla niej się urodziłem, żyłem i umarłem. Przechodniu, powiedz mym kolegom, że ich kochałem tak, jak oni mnie kochali, bo byli cząstką Ojczyzny memu sercu najbliższą". `pk `tc+ Maria Ruszkiewicz.ă Nie tylko dla siebieă (o Marii Urban) `tc `ty Wstęp `ty Mijamy, a nasze dzieło zostaje - owocuje. Idąc znaczymy ślad - jaki? Codziennie przemijamy po trosze, lecz nie jesteśmy do głębi świadomi tej prawdy. Nie chcemy jej, bo kochamy życie, bo potrzebny nam jest czas na budowanie, na stwarzanie czegoś trwałego, w czym pozostanie część naszej istoty, naszej swoistej, niepowtarzalnej osobowości, czegoś, co przedłuży istnienie poza nasz kres. Wędrując, w różny sposób zapisujemy księgę życia, a dzieło nasze jest tym trwalsze i piękniejsze, im bardziej wyrzeźbi je miłość, im szersze i głębsze kręgi zatoczy wypływające z niego dobro. Takim właśnie wydaje się być koronne dzieło życia Marii Urbanowej - szkoła masażu leczniczego dla niewidomych. Nie piszą o tym dokumenty urzędowe, nie mówi saga rodzinna ani epitafium na nagrobku. Dlatego jest potrzebna prawdziwa opowieść o jej życiu. `ty 1. Beztroskie lata `ty Maria urodziła się na Ukrainie. W dzieciństwie uczęszczała do rosyjskiej szkoły. W jej sposobie mówienia pozostał do końca życia dość wyraźny obcy akcent. Stwarzało to dla środowisk, w których żyła, przyczyny do snucia domysłów na temat jej pochodzenia, wyznania i przynależności rasowej. Dlatego uważam za wskazane przytoczenie części dokumentu wyjaśniającego tę sprawę. Świadectwo urodzenia i chrztu Marii Urban: "Archidiecezja Lwowska. Dekanat: Lwów. Parafia: Św. Mikołaja. nr 182. Królestwo: Polska. Dyskrykt: Lwów. Świadectwo urodzenia i chrztu. Znaczek, opłata stemplowa za 3 marki. Na dole znaczka pieczątka prostokątna o treści: Urząd Parafialny Św. Mikołaja obrzd. łać. we Lwowie. Urząd Parafialny obrz. łać. we Lwowie niniejszym dokumentem oświadcza, że w księdze urodzeń i chrztów w tomie Xvi, str. 16, nr ser. 90 znajduje się co następuje: Roku Pańskiego tysiąc dziewięćsetnego to jest 1900 dwudziestego trzeciego, to jest 23 miesiąca czerwca pod numerem domu Kijów ur. i dnia 24.Iv. ochrzczona przez Wielebnego Księdza. Imię ochrzczonego: Maria. Miejsce urodzenia: Kijów. Religia: rzym. kat... Płeć: Dziewczynka. Łoże: prawe. Rodzice: Michał Kolcow lekarz, Olga Iwanów. Rodzice chrzestni: Janina Sawicka żona lekarza". (*) Ojciec Marii był lekarzem internistą o szerokiej praktyce. Jego powodzenie w pracy zawodowej wynikało zarówno z profesjonalnych umiejętności, jak i z postawy społecznika. Niezamożnych pacjentów leczył bezpłatnie a tam, gdzie zachodziła potrzeba, udzielał ponadto materialnego wsparcia. Matka Marii, Olga, pochodziła z polskiej rodziny Jaworskich. Według wspomnień Marii, dziadek Olgi był polskim zesłańcem politycznym po roku 1863. Nazwisko to zapamiętał syn Marii, Robert, z szerokich rodzinnych kontaktów we Lwowie w okresie międzywojennym (1930-1939Ň). Dom Kolcowów, względnie zasobny i szczęśliwy, znajdował się przy jednej z głównych ulic Kijowa, Krieszczatik. Tutaj mała Marylka spędziła beztroskie lata w dostatku materialnym i, co ważniejsze dla prawidłowego kształtowania się osobowości dziecka, w dostatku uczuć rodzinnych: miłości rodziców, piastunek, bliźniaczego brata, krewnych, przyjaciół domu. Tutaj, wcześniej nawet niż mogła to pojąć, otrzymała pierwsze praktyczne wzorce patriotycznego i społecznego wychowania. W swoim czasie zaczęła uczęszczać do szkoły stopnia elementarnego. Trudno obecnie ustalić, jaka to była szkoła, gdyż świadectwa się nie zachowały, a system oświaty w Rosji carskiej był bardzo zróżnicowany. Z tego, co Maria opowiadała, można jedynie wnosić, iż nie była to szkoła państwowa. Prawdopodobnie Maria uczęszczała na jakąś prywatną pensję, gdyż uczono tam obcego języka. Przypuszczenie to w pewnej mierze zostało potwierdzone przez następujące opowiadanie Marii: "W szkole uczyłam się między innymi francuskiego. Pewnego dnia profesorka poleciła mi wymienić w tym języku dni tygodnia. Zrobiłam to, w moim przekonaniu, dobrze. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłam na jej twarzy wyraz niezadowolenia, a potem usłyszałam takie słowa: Dziecko, ty masz fatalny akcent! Bardzo mnie to zirytowało, bo w domu się nad tym sporo napracowałam. Nie zastanawiając się wiele wypaliłam: Ja przecież dopiero zaczynam się uczyć, a Pani Profesorka już tak długo jest u nas, a ma fatalny akcent rosyjski. W sali zapanowała cisza. Potem podniosła się dama klasowa i powiedziała: Jesteś niedelikatna, zuchwała. Musisz teraz opuścić szkołę, a jutro niech przyjdzie z tobą maman. Na coś mi się to przydało, bo do dzisiaj pamiętam te dni tygodnia choć prawie wszystko inne zapomniałam". Maria była dzieckiem żywym, wrażliwym i bynajmniej nie bojaźliwym. Były to zresztą cechy znaczące dla jej struktury psychicznej. Dość wcześnie rwała się do samodzielnych wędrówek. Zanurzone w zieleni miasto urzekało ją swoją urodą. Kiedyś, po latach, będzie tak wspominać: "Wspaniałe, prawobrzeżne ogrody zbiegające tarasami ku rzece. Wielka przestrzeń wodna Dniepru w przepięknym ujęciu brzegów. Tutaj szczególnie działały na moją wyobraźnię przepływające statki żaglowe i morskie. Ogromny ogród botaniczny, tysiącletnie, wielkie jak wieże, kaukaskie sekwoje i kasztanowce. Piękna architektura: pałace, świątynie, mozaiki w Sofijskim Soborze, Cerkiew Andriejewska, przepiękne kościoły, muzea, zabytki, Złota Brama, wykopaliska, parki, ogrody - wszędzie zielono. Wtedy uważałam Kijów za najpiękniejsze miasto świata. Dzisiaj z perspektywy muszę dodać - najpiękniejsze z miast, które udało mi się poznać". `ty 2. Trudna młodość `ty Na jasne obrazy dzieciństwa nasuwa się wkrótce głęboki cień nadciągającej dziejowej burzy. 1 sierpnia 1914 r. Niemcy wypowiadają wojnę Rosji. Ojciec Marii zostaje powołany do wojska. Jako lekarz pracuje na tyłach zwyciężającej w tym okresie armii, w wojskowym szpitalu na terenie ówczesnej Galicji. Przez pewien okres przebywa tu z nim żona razem z dziećmi. Po pewnym czasie jednak sytuacja militarna Rosji się pogarsza i rodzina musi się znowu rozstać. W roku 1915 wojska carskie, aczkolwiek w szyku bojowym, cofają się poza linię Lwowa. W tym czasie Michał Kolcow zostaje wzięty do niemieckiej niewoli, gdzie przebywa do końca wojny. Tymczasem jego rodzina w Kijowie boleśnie odczuwa wielorakie skutki wojennej sytuacji. Maria zapada na hiszpankę (*). Od niej zaraża się pielęgnująca ją matka i umiera. Był to straszliwy cios dla Marii, o którym jeszcze po latach będzie wspominać: "Osłabiona chorobą, zagubiona psychicznie, nie mogłam pojąć tego, co się koło mnie działo, że nagle straciłam najbliższą istotę. Ogromnie kochałam matkę. Niewypowiedzianie cierpiałam. Czułam, że odeszła w najtrudniejszym dla mnie czasie: w okresie wojny oraz mojego wchodzenia w życie". Na domiar niedoli wkrótce potem przepadł bez wieści jedyny jej rówieśniczy brat. Do końca lat wojennych z Marią pozostaje babcia, a pośrednio opiekują się nią bliscy krewni rodziców. Po zakończeniu wojny Michał Kolcow powraca do Kijowa. W tym czasie umiera babcia Marii. Boleśnie uszczuplona rodzina przenosi się do Lwowa, gdzie mieszkają krewni. Tutaj Maria w roku szkolnym 1923ż8ş24 kończy gimnazjum, po czym w latach 1924-1925 pracuje jako pielęgniarka w miejscowym szpitalu. W tym czasie Michał Kolcow przenosi się do Warszawy. Korzystając z zaproszenia swoich wojennych przyjaciół zamierza przeprowadzić się do Francji. Pragnie jednak zabrać ze sobą córkę, ale tu następuje rozbieżność i konflikt uprawnień. Maria spotkała na swojej drodze zawodowego wojskowego, podporucznika o chlubnej przeszłości wojennej, Władysława Urbana, za którego zamierza wyjść za mąż. Przeżywa rozterkę. Waha się między obowiązkiem córki a prawem do własnego wyboru. Zwycięża młodszy z dwóch mężczyzn, chociaż nie bez trudu, gdyż zawarciu tego związku towarzyszyły dość niezwykłe okoliczności, o których Maria tak później opowiada: "Zlękłam się przyszłości. Mimo danego słowa, załatwionych formalności i wszystkich niełatwych przecież przygotowań, w ostatniej chwili uciekłam z domu i ukryłam się u przyjaciółki. Szukano mnie. Trzeba było odłożyć uroczystość. Ślub nasz odbył się na następny dzień. Było z tym wiele kłopotu i przykrości. Bardzo to męża bolało". Czy nagle zapragnęła pojechać z ojcem, czy nie znając dotąd bilansu swoich uczuć zrozumiała, że do wspólnego życia nie wystarczy jedynie miłość mężczyzny? Kto to wie? Kim był człowiek, z którym Maria związała swoje życie? Władysław Urban urodził się z początkiem 1893 r. we wsi Witryłów koło Sanoka (Galicja). Ojciec Władysława, Paweł, był małorolnym chłopem, miał dość liczne potomstwo: czterech synów i dwie córki. Władysław musiał się korzystnie wyróżniać na tle rodzeństwa, gdyż mimo skromnych środków materialnych rodzice łożyli na jego wykształcenie. Uczęszczał do gimnazjum i zdał maturę w Sanoku. Wkrótce po wybuchu I wojny światowej został powołany do austriackiego wojska, gdzie przebywał około czterech lat. Walczył na froncie rosyjskim, a następnie włoskim, gdzie został ranny i przez pewien czas pozostawał w lazarecie (*). Oto wojenny list Władysława do rodziców: Adres: Szanowny Pan Paweł Urban, Witryłów (...) Galicya. Treść listu: Dn. 26.Vi.918 "Najdrożsi Rodzice! Za list, który w tej chwili otrzymałem, serdeczne dzięki. Cały tydzień przeszło czekałem na niego. Nie rozumiem dlaczego tak rozpaczacie, przecież nic się nie stało, a jak Bóg da to także nic się nie stanie. Co tu na froncie dzieje się, to wiecie z pewnością z gazety może nawet lepeij ode mnie, gdyż tu takiej nie posiadam. Co już Wam wczoraj pisałem nasz marszbereit odwołany, na jak długo nie wiadomo. - Odpoczywamy obecnie więcej niż zwykle, parę godzin pokręcimy się na placu ćwiczeń, Rast itd., jakąś szkołę zwykle podczas tego trzymam, a po niej do domu. Ludzie rukują wprawdzie w marszadjusterunku (...). Komp. komendant zawsze mi wspomina o moich fanrychostwie, on san nie jest z tego zadowolony, że nie jestem nim, tylko żeby tego kapitana stąd wyniosło, on by to załatwił natychmiast. Dlaczego tak jest, o tem tu nie napiszę. Gdy doszlusuję do regimentu, to w najbliższych dniach dojdzie mój Beforderung do skutku. Na razie tu nie opłaci się robić krawatu, jat to mówią nie przystoi to jak na przyszłego oficera. Zdrów jestem jak dawniej, nic mi nie brakuje. Menaż ta sama co i przedtem, z tym wyjątkiem że fasuje się mniej chleba, to znaczy tylko jedną ćwiartkę na dzień, lecz się obejdę, bo i tak więcej nie zjadałem, a drugą ćwiartkę dawałem memu chłopakowi co koło mnie chodzi (...). Serdecznie Was wszystkich pozdrawiam i mocno całuję. Koch. Was Władek. Adres zwrotny: Wł. Urban S. Fr.korp. 2ż8ş39 M.K.J.R.77. Dag 24. Feldpost. 357". W połowie roku 1918, wiele ryzykując Władysław przebija się przez front rosyjski i zaciąga do Ii Brygady Polskich Legionów pod dowództwem generała Hallera na Ukrainie. Do kraju wraca z Ii Korpusem Polskim. Po zakończeniu wszystkich działań wojennych, już w niepodległej Ojczyźnie, pozostaje w wojsku na stałe. Przydzielony zostaje do Korpusu Ochrony Pogranicza na południowo-wschodnich kresach Polski. Dlatego jego ślub z Marią odbył się w miejscowości Rokitna. Tam właśnie związek ten został "potwierdzony powagą Kościoła" oraz adnotacją w metryce urodzenia Marii o następującej treści: "Maria Kolcow zawarła związek małżeński w Rokitniańskim Rzymsko-kat. kościele z Władysławem Urbanem, kawalerem, dnia 6 lipca 1925 r. Ks. Fijałkowski. Pieczątka prostokątna o treści: Proboszcz Tomaszgrodzko-Rokitniański Oraz pieczęć okrągła o treści: Pieczęć Kościoła Tomaszgród". Fotografia (*), która uwieczniła tę wielką dla obojga chwilę, przedstawia ciemnowłosą, czarnobrewą, raczej urodziwą Marię w bieli i Władysława w wojskowym mundurze. `ty 3. Pełnia życia `ty `ty Żona oficera Wojska Polskiego `ty W niespełna rok po tej uroczystości, 7 czerwca 1926 r., w szpitalu wojskowym we Lwowie przyszedł na świat syn Władysława i Marii, Robert. Według odczucia Marii była to jedna z najszczęśliwszych chwil jej życia. Później Maria raz jeszcze została matką. Prawem dziedziczności urodziły się bliźnięta - tym razem nie na radość, lecz na ból i żałobę, gdyż wkrótce po urodzeniu maleństwa zmarły. Poza tym bolesnym wydarzeniem, życie rodziny płynęło spokojnie w niewielkiej kresowej nadgranicznej miejscowości, urozmaicone wyjazdami do krewnych we Lwowie. W roku 1929 Władysław został służbowo przeniesiony do Bydgoszczy. Maria, jak wszystkie żony ówczesnych oficerów, nie pracowała zawodowo, lecz zaangażowała się w działalność społeczną na terenie "Rodziny Wojskowej" (RW). Zrzeszenie to organizowało życie kulturalno-oświatowe pracowników wojskowości: spotkania towarzyskie, odczyty, wycieczki, imprezy okazjonalne (19 marca - imieniny J.Piłsudskiego, 3 maja, 11 listopada itp.). W tę działalność Maria wprowadziła pewne novum, mianowicie poszerzyła program Związku i opierając się na materialnej bazie RW zaczęła organizować kursy kroju, szycia, haftu i pisania na maszynie dla żon żołnierzy, które w przeważającej części, nie mając przygotowania, nie mogły podjąć pracy zawodowej i żyły w bardzo trudnych warunkach. Działalność ta dawała pomyślne rezultaty, toteż Maria po pewnym okresie rozszerzyła zakres szkolenia o kursy stenografii, koronkarstwa, gotowania dla zakładu zbiorowego żywienia. Z czasem echa jej osiągnięć dotarły do miejscowej prasy. Przeprowadzono kilka wywiadów, umieszczono sporo artykułów, wyrażając wysoce pochlebną opinię o "humanitarnej działalności Marii Urban". Otrzymała ona w tym czasie kilka dyplomów za pracę społeczną (*). Piękna w swojej istocie sprawa wywołała bardzo niemiłe reperkusje dla rodziny Urbanów. Zawistne o dobrą sławę Marii żony wyższych oficerów postarały się, żeby zniknęła z ich pola widzenia. Władysław został przeniesiony do małej podówczas mieściny w województwie krakowskim, do Miechowa. Formalnie biorąc, sprawa nie mogła budzić zastrzeżeń, jednak miała aż nadto wyraźne cechy degradacji. Drobne ślady społecznej pracy Marii z tego okresu znajdujemy w okazjonalnych listach, będących w posiadaniu PP. Kalinowskich. Tutaj Władysław został zatrudniony w Rejonowej Komendzie Uzupełnień (RKU) przy poborze rekrutów do wojska, natomiast jego żona "niepoprawnie" zaangażowała się w działalność społeczną, pracując nadal w Rodzinie Wojskowej - tyle tylko, że w gorszych warunkach (świetlica straży pożarnej) i w mniejszym zakresie. Miała jednak tę pociechę, że i tu jej praca dawała dobre rezultaty, a "przyjaciółki" nie miały sposobności do zakulisowych działań na niekorzyść jej męża. Również i z tego okresu zachowały się drobne wzmianki o jej pracy, w wyżej wspomnianych listach. Podobnie i tutaj Władysław - pod względem profesjonalnym poprawny - nadal nie awansował, mimo że ukończył kurs majora w Rembertowie. Niejeden z jego szybko awansujących kolegów nie mógł się legitymować równie patriotyczną i udokumentowaną wojennym czynem przeszłością. Musiało go to boleć. Był legionistą, ale - tylko hallerczykiem. Miał za wiele godności, aby się o awans dopominać. Nic więc dziwnego, że w takiej atmosferze pracy Władysław skorzystał z pierwszej nadarzającej się sposobności i w wieku 43 lat przeszedł na przedwczesną emeryturę w randze kapitana. Z Miechowem nic go już nie wiązało, zatem z żoną i synem przeniósł się do Krakowa. Ale teraz warunki materialne rodziny znacznie się pogorszyły, gdyż koszty utrzymania w dużym mieście były wyższe, a emerytura Władysława stanowiła zaledwie połowę gaży oficera w czynnej służbie. Trzeba było szukać dodatkowych źródeł dochodu w czasie, gdy o jakiekolwiek płatne zajęcie było niezmiernie trudno. Władysław udał się na wschód Polski, do miejscowości Równe (*), gdzie otrzymał posadę instruktora Ligi Obrony Przeciwlotniczej (LOP) i szkolił młodzież. Raz jeszcze wrócił w strony, gdzie w latach młodości pełnił wojskową służbę już w niepodległej Polsce. Była to jednak rozłąka z rodziną. Maria pragnęła pomóc mężowi a równocześnie zdobyć zawód. W tym celu zapisała się do pomaturalnej medycznej szkoły zawodowej dla kalotechników w Krakowie i w roku szkolnym 1937ż8ş38 otrzymała dyplom. Na wysoki status tego kursu wskazuje zarówno rodzaj i ilość przedmiotów, jak i przygotowanie wykładowców. Między innymi uczono takich przedmiotów, jak: choroby przewodu pokarmowego, choroby układu krążenia, choroby skórne oraz fizykoterapia, gimnastyka lecznicza, masaż klasyczny, masaż głowy, dietetyka, kosmetyka, sporządzanie środków kosmetycznych itp. Wykładowcami byli lekarze (między innymi dr Tadeusz Koniar, dermatolog) oraz osoby o innych wysokich kwalifikacjach. Uzyskany na tym kursie dyplom znaczył więc wiele. Wkrótce potem Maria otworzyła własny zakład (Kraków, ul.Józefitów 3m7Ň), który prowadziła przez 20 następnych lat. To względnie dochodowe zajęcie pozwoliło jej utrzymywać dom i przetrwać ciężkie lata wojny. Tymczasem mroczył się horyzont nad Europą. Niemcy hitlerowskie zaanektowały już Austrię (1938Ň), Czechosłowację (1938Ň), Kłajpedę (1939Ň). Nadciągała dziejowa burza, wiedzieliśmy, że teraz kolej na nas. Odczuwaliśmy na przemian przerażenie i zapał bojowy - "do krwi ostatniej kropli z żył...". Na kilka tygodni przed wybuchem wojny, Władysław został powołany do czynnej służby wojskowej. Z jakimi uczuciami żegnał dwie najdroższe na ziemi istoty? Odchodził z życia Marii na długo - na bardzo długo. `ty Dramat niewoli `ty Pierwszego września 1939 roku wczesnym, cudownie rozjaśnionym porankiem, zawyły nad miastem syreny, obwieszczając początek jednej z najstraszniejszych w dziejach nowożytnej historii wojny - 2077 dni krwawego żniwa. Czysty błękit krakowskiego nieba rozpruły zuchwałym lotem żelazne ptaki ze znakiem swastyki, znamieniem Kali, hinduskiej bogini śmierci. Spadły pierwsze bomby na dworzec towarowy i lotnisko w Rakowicach. Uderzyły w niebo pierwsze pożary. Władysław brał udział w kampanii wrześniowej. W owe tragiczne "dni krwi i chwały" walczył na północy Polski w szeregach Samodzielnej Grupy Operacyjnej "Polesie", pod dowództwem generała Kleeberga. Po ciężkich zmaganiach, po wystrzeleniu ostatniego pocisku, osiem dni po kapitulacji Warszawy, 5 października 1939 roku generał poddał swoją armię i wraz z dziesiątkami tysięcy żołnierzy poszedł do niewoli. Władysław Urban podzielił więc los wielu bohaterskich obrońców Ojczyzny i cały okres wojny przetrwał w jenieckim, oficerskim obozie w Woldembergu, Neu Mark Oflag Ii c. Nie mniejszym brzemieniem wojna spadła na barki Marii. Musi ona teraz sama troszczyć się o byt, radzić sobie z wychowaniem syna, z własną samotnością. Psychicznie napięta, czujna, przewidująca, walczy o każdy dzień swojego dziecka, własny i pośrednio - męża. Utrzymuje dom z dochodu, jaki przynosi jej prowadzenie zakładu kosmetycznego. Również i w tym niezwykle trudnym okresie znajduje czas na działalność społeczną. Pracuje w Radzie Głównej Opieki (RGO). Tutaj, między innymi, zajmuje się pomocą dla osieroconych i chorych dzieci. Syn wspomina o zorganizowanej przez Marię kolonii letniej dla tych dzieci w Rabce. W pierwszym roku wojny zostają przesiedleni z reprezentacyjnej części miasta (ul.Józefitów 3m7Ň) na ul.Rzeszowską (Kazimierz) 8m8, do znacznie gorszych warunków mieszkania i pracy. Ten zarys informacji nie oddaje, rzecz jasna, nawet w przybliżeniu dramatu niewoli i grozy życia wojennej rzeczywistości. Pełniejszy obraz dramatu niewoli dla całej rodziny możemy odczytać z nielicznie zachowanych wojennych, jednostronnych listów Władysława do żony i syna. Nie znamy odpowiadających im listów Marii. Obozowa sytuacja i tu narzucała konieczność schematu. Ale tylko ten, kto świadomie przeżył koszmar wojny, może wiedzieć, jakie obszary lęku, tęsknoty i wszelakich ludzkich cierpień należy wkomponować między wiersze tych listów. A oto listy: `ty 18.Ix.39 `ty "Kochana Marylko! Pisałem już kilka kartek do Ciebie - czy żyjesz daj znać okazyjnie. Jutro wyjeżdża Pani Wanicka z osiedla ofic. do Krakowa (z powrotem), przez którą przekazałem Ci 300 zł. Tymczasowo - bo nie wiem na pewno czy jesteś w Kr. - bo mogłaś się ewakuować. Jak to dobrze, że ktoś rowerem jeździ, przez tego P.Zawrzykraja, który wraca rowerem, zaraz Ci karteczkę przekazuje. - Proszę odpisać - poznałem tu P.Drową Ramszejdową, stryjeczną P.R. z Miechowa - (Słowackiego 1Ň). Kończę. Całuję was Urban Wł" `ty Kielce 20.X.1939 r. `ty "Kochana Marylko i Roberciku! Piszę do Was znowu, by coś Wam o sobie powiedzieć. Pisałem już parę kartek, ale nie wiem, czy coś już otrzymaliście - bo dziś to wszystko odbywa się okazyjnie, przez znajomość. Wczoraj obóz tut. ofic. w Kielcach został ewakuowany, odjechało paruset oficerów, w kierunku niewiadomym albo na Śląsk (Wrocław, albo w kierunku Prus, jednym słowem nie wiadomo). Ja miałem szczęście, bo znalazłem się w tej małej liczbie, że brakło autobusów - zostało nas kilku - dziesięciu na transport późniejszy. Jak Ci już pisałem, przekazałem Ci przez P. Majrową Wanicką z Krakowa (ul. Prażmowskiego 54, Osiedle Ofic.) 300 zł - dziś ta Pani odjeżdża do Krakowa. Wczoraj poprosiłem Panią Drową Ramszejdową (...) (nieczytelne), którą tu poznałem szukając PP.Krakowiaków - mieszkają ul.Słowackiego 1, więc u P.Drowej zostawiłem dla Ciebie 1000 zł (tysiąc). Pani R. ma Ci przesłać tę kwotę nie od razu, lecz w dwu częściach po pięćset (ze względu - na kontrole i rewizje niemieckie) i tak w najbliższych dniach wyjeżdża stąd matka Drowej Latałowej z Krakowa - to ci przekaże 500 zł - poczem później resztę. - Masz szczęście, bo gdybym z tym transportem wyjechał, to nie miałbym możności zostawić Ci tych pieniędzy - a z Niemiec - to kontakt byłby trudny i przekaz niemożliwy. - Kochana Marylko, tak się urządź, zakupy na zimę sporządź, by Ci to wystarczyło - bo widoków na razie nie ma. Proszę tylko dla mnie postarać się o marynarkę (...) - używaną, starą - to mi by wystarczyło na razie po powrocie do domu. Jak Ci już pisałem, że straciłem wszystko, kompletnie wszystko w odwrocie z Polesia pod (...) (nieczytelne) - tak że posiadałem tylko to co na sobie. Obecnie mam już 3 pary bielizny, 2 ręczniki, 3 p. skarpetek, 3 chusteczki, 3 kołnierzyki - no i mundur - to wszystko. Nieźle jak na wojnie. - Spodziewamy się odjazdu (wywiezienia) z godziny na godzinę. Więc nie ma co myśleć o odwiedzeniu mnie - i tu w Kielcach, i gdzie indziej. Jakie widoki na przyszłość - horoskopów dziś stawiać nie można, ufajmy Bogu, a będzie dobrze - no może nawet niedługo - jedna woja się skończy - a któż wie, czy drugiej nie trzeba będzie toczyć na wschodzie. Co tam z Robusiem - niech chodzi do szkoły. - Jak tam Twój interes idzie, czy masz klientki, które Cię odwiedzają - może czy coś zarabiasz - jak z mieszkaniem - piszę z troską - odpowiedzi się nie spodziewam - na razie.- O ile ten list otrzymasz, to postaraj się te pieniądze dostać jak najszyciej - i zrobić użytek. Jak tam Twoje oszczędności z P.K.O. - czy możesz je podjąć, prawdopodobnie 5% tygodniowo.- Ze znajomych tu w obozie są (...) (nieczytelne) kpt. Baraniecki, z Krakowa nie ma bliższych.- Na tym kończę - Serdecznie Was ściskam i całuję Koch. Was "ojciec" `ty Dn. 7.I.1940 r. `ty "Kochana pani Zofio! Przed tygodniem przesłałem Pani kartkę. Oczekuję od Pani jakichś pełniejszych wiadomości o mej żonie. Napisałem również i do Lwowa pod adresem wskazanym przez Panią, lecz stamtąd nie ma widoków na otrzymanie wiadomości, gdyż wielu oficerów obozu posiada tam rodziny, jednak wiadomości nie otrzymują żadnych (prawie). Jakie takie wiadomości otrzymujemy z kraju i o naszym kraju. Jak tam, jak i tu panują mrozy od dwu tygodni od 10-18, takie tu należą do rzadkości. Używamy świeżego powietrza (...) (na tym kończy się możliwa do odczytania część listu)" `ty Dn. 13.Iii.1940 `ty "Kochana Marylko i Roberciku! Znowu piszę w terminie wyznaczonym nam z góry. Do dziś otrzymałem już 6 kartek, ostatnią z dn. 3.Ii. Napisz list, jak to tam było we Lwowie i jak wróciłaś do Krakowa. Nie napisałaś mi, czy otrzymałaś pieniądze od P.Wanickiej, jak również z Kielc - P.N. miała opiekować się mieszkaniem, niby za Twoją zgodą, no i sama napisała do mnie, więc się b. ucieszyłem, a tu tymczasem rozczarowanie. - Czekam na wiadomość co do mieszkania, powinni Ci mieszkanie urzędowo oddać, bo to Twoje, Twoje źródło utrzymania - a nie należało do mnie. W przyłączonych powiatach, to podobno postępowanie na porządku dziennym. Co u mnie. Jestem dotąd zdrów. W niewoli nie próżnuję. Uczęszczam na kurs języka angielskiego, kurs buchalterii i samochodowy. Ponadto czytam co wpadnie po niemiecku, - wreszcie uzupełniam język francuski i włoski. Aż mi czasu brakuje. PP.Jagielskim złóż ode mnie serdeczne podziękowanie za udzielenie kąta. Mam w Bogu nadzieję, że zdołam się jeszcze odwdzięczyć. Czy był u Ciebie kum z Miechowa. - Jak tam u Was z wyżywieniem, nawiąż kontakt z Miechowem (z R.), to może Ci pomogą, mam takie przekonanie. Następny list dopiero 23 bm. - Ale za to Ty i Robuś piszcie do mnie listy na "Kriegsgefangenenpost". Serdecznie Was ściskam i stokrotnie całuję. Koch. Was ojciec" `ty (data na stemplu pocztowym: 6.4.40Ň) `ty "Najdroższa Marylko i Roberciku! Dziękuję Wam za Życzenia Świąteczne. Święta spędziłem w gronie kolegów - współtowarzyszy niedoli. Przed świętami otrzymałem paczkę od chrzestnej matki, a po świętach drugą, od jej znajomej z Katowic. - Były to jednak święta spędzone poważnie i w trosce, co przyszłość nam da. Wierzymy głęboko w Zmartwychwstanie, a wiara czyni cudy! Od świąt nie mam od Was żadnej wiadomości. Jak Wy spędziliście święta. - Przeczuwałem jak spędzacie święta i wierzę, że Bóg da nam następne spędzić razem. Co u Was - czy był u Was mec.R. z Miechowa, czy otrzymaliście resztę z Kielc. Czy ode mnie otrzymaliście paczuszkę z kompletem do pisania, zegarkiem oraz oszczędności złotowe 242 zł, które zostały wysłane. W najbliższych dniach prześlę Wam zaświadczenie ze strony Kmdy. niem. obozu, że przebywam w obozie jeńców, które Ci posłuży do uzyskania u tamt. władz możności odzyskania niezbędnych pokojów (mieszkania) do pracy zarobkowej i utrzymania się przy życiu. Czy otrzymujesz jakieś wiadomości z Witryłowa. Uważam, że gdy będzie Wam ciężko, to tam znajdziecie chwilowe oparcie do czasu mego powrotu. W końcu bądź o mnie spokojną, paczek żadnych mi nie przysyłaj, tylko to o czem Ci pisałem, raz w miesiącu - trochę tytoniu - ewent. lp. zelówek, jeśli będziesz mogła je zdobyć. Serdecznie Was pozdrawiam i wielokrotnie całuję Koch. Was ojciec" `ty 4.Iii.41. `ty "Najdroższa Marylko i Roberciku! Dziś otrzymałem od was 2 listy i paczkę żywność., przesłaną przez P.C.K., za co was serdecznie całuję. Strasznie się zmartwiłem listem, mimo że ostatnio tyle ciosów doznaliśmy, to jednak w snach przeczułem Twoją chorobę. Bóg dobry, musisz być zdrową, przecież jesteś młodszą ode mnie o 10 lat - ja to już stary grat, niedługo 50-tka. Musisz uważać na siebie, - Nie przysparzaj sobie kłopotów z sublokatorami, - co to za marne indywidua, przecież sprawiedliwość istnieje, tylko trzeba do odpowiednich czynników się zwrócić. Myślę, że Robuś jest Ci bardzo pomocny - że Cię wyręcza, bo do mego powrotu do Was, to nic nie wiadomo, żadne obliczenia nie pomogą - wojna właściwie dopiero się zacznie - a dopóki wojna trwa - dopóty siedzenie za drutami. - Oby Bóg dał, żeby sprawiedliwe rozstrzygnięcie nastąpiło jak najprędzej. Ja tu w tych barakach pilnuję się - by jakoś tę niewolę przetrwać i wrócić do Was zdolnym jeszcze do jakiej takiej pracy. - Wy do tego czasu starajcie się przetrwać. W tych dniach już powinnaś otrzymać 90 mk - bo w tej dekadzie marca odejdzie zadeklarowana przeze mnie kwota 85 mk - te czem mogę Wam pomóc. W tych dniach prześlę Robercikowi 2 wieczne pióra i medalionik. Serdecznie Was całuję. Koch. Was - ojciec" `ty 11.V.41. `ty "Najdroższa Marylko i Roberciku! Dn. 30.Iv. otrzymałem list i kartkę, a wczoraj kartkę. Oczekiwałem na paczkę z nasionami, lecz nie należy się spieszyć, bo i tak dotąd zimno, śnieg, plucha i nie wiadomo jak długo to potrwa. Rok bez wiosny, to widmo nędzy i głodu. Może się ta wojna prędzej zakończy. Musicie troszczyć się o siebie, przede wszystkim dbać o siebie i Robercika. Nieboraczek trafił właśnie na lata wojny i niedostatku, - gdy w jego wieku - potrzeba się dobrze odżywiać, by nabrać siły i tężyzny fizycznej na przyszłe swoje życie. Również w tym wieku jest pozbawiony ojca, który powinien kształtować jego poglądy na życie i tworzyć silny charakter. Nadzieja w Bogu, że może to niedługo potrwa i wrócę do Was, może rok, może dwa. - Kochana Marylko, poślę Ci kartkę czerwoną, lecz na razie nie posyłaj mi z ubrania nic, trzymaj w rezerwie, to ubranie co mam to ceruję i łatam, dobre jest, a rzeczy tylko tyle mi wolno mieć, ile zmieszczę w walizce, to co mogę unieść, reszta w razie wymarszu, czy też przeprowadzki, pozostać musi na miejscu - przechodzi do rąk opiekunów. Czy otrzymałaś już w tym miesiącu moje oszczędności w kwocie 95 mk. W czerwcu otrzymasz tyleż. Ciekawy jestem, czy z pracy Twej zdobywasz tyle, by wystarczyło Wam na życie, podatki itp. Wydatki (to co ja wysyłam, to na komorne). Ostatnio zmieniłem barak na nowszy i czyściejszy, tylko na razie wilgotny. Zmiana otoczenia wpływa dodatnio na samopoczucie. Serdecznie Was pozdrawiam i wielokrotnie całuję. Koch. Was ojciec". `ty 19.Iii.42. `ty "Najdroższa Marylko! Wczoraj nareszcie otrzymałem list od Ciebie z dn. 11.Iii.bm. - za który dzięki. Paczkę otrzymałem, o czem w kartce dn. 13 bm. Cieszę się, że jesteś zdrową i że Robuś powraca do domu, po podreperowaniu zdrowia a to b.dużo znaczy. Zrobiło się ciepło i nareszcie wiosna zawitała i śniegi już stopniały. Racjonalnie postąpiłaś, że poleciłaś się wpisać jako chrzestna matka Milce, o czem nie mogłem się dowiedzieć - poślesz przy okazji chrzestne dla chrześniaka, a na to jest zawsze czas. Mam zaległą korespond. u Ciebie na 1 list i 2 kartki - spodziewam się też, że nie zaginęły. Nalepkę na paczkę wysłałem 13 bm., tak że masz 2. - Dziękuję Ci za życzenia urodzinowe, mam nadzieję i przekonanie, że drugie półrocze będzie dla nas lepsze - że wojna się przecież skończy z pomyślnym rezultatem i sprawiedliwość zapanuje na całym świecie i narody pozbędą się szowinizmu i zapanują zasady chrystianizmu - miłości bliźniego. Na razie przeżywamy ciężką rzeczywistość i trzeba się starać przetrwać tę wojnę. Co z Robusiem, czy to nie wpłynie na stratę roku - musi się teraz starać to nadrobić co stracił w nauce. Oczekuję zapowiedzianego dłuższego listu. Serdecznie Cię ściskam i całuję koch. Cię Władek". `ty W nowej rzeczywistości `ty 18 stycznia 1945 r. - wyzwolenie Krakowa. 9 maja - podpisanie przez Niemców kapitulacji, 2 września - kapitulacja Japonii i ostateczne zakończenie działań wojennych. Upragniony, okupiony straszliwą daniną krwi i bezmiaru ludzkich cierpień, pokój. Świat nowego życia dla tych "ze spalonych wsi i głodujących miast". Dźwiganie się z gruzów, leczenie głębokich ran wędrówki ludów we wszystkich krajach i kierunkach Europy, wyczekiwanie na bliskich, życie między trwogą i nadzieją. Władysław powrócił do kraju w roku 1946, po blisko siedmioletniej rozłące. Szczęścia w domu nie znalazł. Po krótkim pobycie z rodziną, wyjechał na stałe Ziemie Odzyskane. Ile kosztowało ich rozstanie, dlaczego tak się stało? Są to pytania, na które nikt już dzisiaj nie odpowie. Dramat wojennego pokolenia niejedno miał oblicze i niejedno imię... Było to ostatnie ich spotkanie. Władysław zamieszkał w okolicy Lubina Legnickiego, powiat Głogów, miejscowość Pohulanka, gdzie podjął pracę w administracji nadleśnictwa. Działał również społecznie w ZBOWiD-zie. Miał wartościowe hobby w postaci ziołolecznictwa, czemu sprzyjało środowisko leśne. Do końca życia nie związał się już z żadną kobietą. Zmarł mając 76 lat, w roku 1969. Szacunek i sympatia, jaką zdołał sobie pozyskać u ludzi wśród których żył, ujawniła się w pełni na jego pogrzebie: tłumy ludzi, organizacje społeczne ze sztandarami, strażacka orkiestra, wyeksponowane odznaczenia (Krzyż Walecznych oraz inne, pomniejsze), przemówienia. O śmierci Władysława powiadomił krakowską rodzinę bratanek zmarłego. Na pogrzeb pojechał syn. Boleśnie przeżył śmierć ojca. Zabrał symboliczne pamiątki, a w sercu zamknął ból rozstania i żal do losu o lata zubożone o obecność i miłość ojca. Jak już wspomniałam, Maria zdołała podczas okupacji opanować trudną sytuację życiową. Obecnie, przez zmianę mieszkania (Karmelicka 1 m 7Ň) zyskała bardziej eksponowany punkt dla gabinetu kosmetycznego. Nadal zajmowała się wychowaniem syna, a także włączyła się w szeroki front pracy społecznej i szkolenia zawodowego, do czego zaistniały teraz w pełni korzystne warunki. Czynności tych było sporo, zatem zacytujmy tutaj odnośną część życiorysu (*), którego wiarygodność Maria Urban poświadcza własnoręcznym podpisem i potwierdza dokumentami: "(...) W latach 1945-50 byłam kierownikiem kursu masażu leczniczego przy Służbie Zdrowia w Krakowie, 1945-50 - przewodniczącą Sekcji Masażystów S.Z., 1945-50 - referentką oddziału Służby Zdrowia, 1945-50 - członkiem Sądu Koleżeńskiego Okręgu S.Z., 1945-48 - przewodniczącą Opieki Zdrowotnej przy Przemysłowej Szk. Państwowej. Od roku 1945 do chwili obecnej (*) jestem przewodniczącą Bloku nr 19ż8şIii przy M.R.N., przewodniczącą Komitetu Obrońców Pokoju i członkiem Frontu Narodowego, (...) kierownikiem kursu ideologicznego od (...) 1949 r. do dnia 15.V.1950 r. i kierownikiem kursu języka rosyjskiego". Z tego okresu społecznej działalności Marii zachowały się ślady w postaci dokumentów o następującej treści: "Ogólnopolski Komitet Frontu Narodowego przyznaje Ob.Urbanowej Marii Dyplom Honorowy za zasługi w pracy społecznej w kampanii wyborczej do Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Przewodniczący Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Narodowego Bolesław Bierut. Warszawa, listopad 1952 r. (...)". "Dyplom Uznania za ofiarną pracę dla sprawy pokoju nadany Ob.Urbanowej Marii przez Miejski Komitet Obrońców Pokoju w Krakowie w Międzynarodowym Dniu Obrony Pokoju 2 października 1953. Przewodniczący Miejsk. Komitetu Obrońców Pokoju w Krakowie podpis (-) Marcin Waligóra. Pieczęć okrągła: Miejski Komitet Obrońców Pokoju w Krakowie". Aktywność Marii Urban w tym okresie jest zdumiewająca, gdyż do wymienionych funkcji należy jeszcze dodać studia na UJ w latach 1948-1952. O podjęciu tej decyzji przesądził dość zabawny incydent, o którym Maria tak opowiada: "(...) Wróciłam z wczasów wypoczęta, opalona. Wyświeżyłam się i poszłam na uczelnię załatwić synowi jakąś sprawę, której nie zdołał dopiąć przed wyjazdem. W sekretariacie Dziekanatu była spora grupa młodych ludzi, którzy podobnie jak i ja mieli jakieś sprawy do załatwienia. Wcisnęłam się poza kolejnością i wtedy usłyszałam o sobie różne rzeczy: Koleżnko! Tutaj obowiązuje kolejka! Czyżby blondynki miały pierwszeństwo? Złapałam dokument i szybko uciekłam. Wracając do domu myślałam o tym, co zaszło. Było to równocześnie miłe i niemiłe, ale pomogło mi podjąć nieodwołalną decyzję zapisania się na studia". Dyplom Ukończenia Studiów Wyższych pierwszego stopnia w WSNS i na Wydziale Filozoficzno-Społecznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie w zakresie nauk społecznych określił jej status zawodowy, a zdobyte wiadomości w zakresie takich przedmiotów jak: pedagogika, psychologia, historia wychowania, socjologia, historia kultury, oświata i kultura dorosłych, prawo pracy, metodyka nauczania i inne, dały Marii teoretyczne podstawy działalności pedagogicznej, które służyły jej przez dalsze 19 lat pracy. A oto wypowiedź na temat Marii Urban z tamtych lat mgr J.Hajeca, który razem z nią studiował: "Była najstarsza na roku, mimo to należała do ZAMO-u. Działała społecznie. Zawsze otwarta na potrzeby innych, usłużna. Była nie tylko akceptowana i zintegrowana z młodzieżą, ale ponadto ceniona i uznana za pięknego człowieka". W tym okresie, na płaszczyźnie działalności społecznej, Maria zetknęła się ze wspaniałym człowiekiem, społecznikiem najwyższego formatu, kapitanem Janem Silhanem. Był to bardzo pomyślny zbieg okoliczności, gdyż kapitan już od dłuższego czasu piastował w sercu ideę kształcenia niewidomych w zakresie masażu. Utrzymując kontakty z zagranicą wiedział, że np. we Francji (Paryż, Instytut Walentego Haudy) szkoła taka powstała już w roku 1909, a w Londynie, w Królewskim Narodowym Instytucie dla Niewidomych, w roku 1915. Ponadto w Warszawie pojawili się już pierwsi niewidomi masażyści, przygotowani w Laskach oraz na kursach dla osób widzących, prowadzonych przez profesora Zaorskiego. Maria szybko porozumiała się z kapitanem. Byli przecież krajanami, urodzili się i wychowali w Kijowie, i to na tej samej ulicy, ale przede wszystkim byli ideowymi społecznikami. Ówczesny Związek Niewidomych Pracowników PRL bezbłędnie wytypował kandydatów na pierwsze kursy masażu. Byli to: Roman Axenti - późniejszy instruktor w szkole masażu dla niewidomych oraz Helena Majewska, jego przyszła małżonka, na drugim zaś kursie - Mieczysław Orliński oraz Zofia i Jerzy Ruszkiewicz. Wszyscy inteligentni, ambitni, reprezentacyjni. Większość z nich ukończyła kurs z wysoką lokatą, a Jerzy Ruszkiewicz z postępem celującym. Maria Urban mówiąc o nich, stwierdziła: "Byli najlepsi w zespole przez swoje walory osobiste, przez silne zaangażowanie i lepiej niż u osób widzących wykształcony dotyk". Szlak został przetarty. Sprawa szkolenia niewidomych masażystów na terenie Krakowa dojrzewała. Klimat był korzystny, gdyż zreformowana po wojnie służba zdrowia rozszerzała zakres usług medycznych i ogarniała coraz szersze kręgi społeczne. Wynikało stąd w naturalny sposób coraz większe zapotrzebowanie na tego rodzaju pracowników służby zdrowia. Powiększała się liczba zakładów szkoleniowych, a równocześnie w powojennych latach sprawa produktywizacji ogromnych rzesz inwalidów urastała do rangi zagadnienia społecznego. Należy jednak zwrócić uwagę na fakt, że podobne warunki zaistniały w całym kraju, a jednak szkoła masażu dla niewidomych, dzięki takim ludziom jak kapitan Silhan i Maria Urban, powstała właśnie w Krakowie. `ty Praca dla niewidomych `ty Powstanie szkoły poprzedziły ofiarne starania głównego jej inicjatora, Jana Silhana, upoważnionego przez Zarząd Główny Polskiego Związku Niewidomych, działania Kazimierza Grabca z ramienia Wydziału Pracy i Pomocy Społecznej Prezydium WRN, Marii Urbanowej oraz krakowskiego aktywu PZN. W wyniku tej zbiorowej działalności uzyskano z Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej zezwolenie na otwarcie szkoły i lokal na jej pomieszczenie, opracowano program nauczania, określono warunki naboru kandydatów, zaopatrzono kurs w elementarne środki dydaktyczne i w wyposażenie dla internatu oraz zaangażowano wykładowców o odpowiednio wysokich kwalifikacjach. Maria miała wówczas 53 lata i ogromne życiowe doświadczenie. Posiadała szerokie kontakty społeczne i chyba dużo sił witalnych, gdyż przez wiele następnych lat jej życie toczyło się w kilku absorbujących czas i energię wymiarach, takich jak: prowadzenie domu, gabinetu kosmetycznego (tutaj miała pomoc), praca społeczna i kierowanie szkołą. Z czasem wycofała się z tego, co nie było konieczne i na czoło wszystkich jej usiłowań życiowych wysunęła się szkoła. W wyniku omówionych już działań, pismem Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej z października 1953 roku, powołano do życia kurs masażu leczniczego dla niewidomych i zlokalizowano go w Krakowie, w byłym internacie dla inwalidów wojennych przy ul.18 Stycznia 100 (później nr 86Ň). 14 października 1953 r. trzydziestu słuchaczy z różnych stron kraju i dziewięciu wykładowców rozpoczęło pracę szkolną. Oficjalne otwarcie zakładu nastąpiło w kilka tygodni później (14 listopada). Było ono dla wszystkich silnym przeżyciem psychicznym, dlatego utrwaliło się w pamięci uczestników. Ciemny listopadowy wieczór, wszystkie pomieszczenia należące do szkoły jasno oświetlone. Uroczystość otwarcia zakładu. Słuchacze stoją w zwartej grupie, w przeważającej części całkowicie niewidomi. Duża rozpiętość wieku i wykształcenia. Dziewczęta w jasnych bluzkach, mężczyźni - w czym kto ma. Wielkie stare, zniszczone stoły obite kwiecistym perkalem, z tej samej tkaniny zasłony na oszklonej ścianie sali wykładowej. Przemówienie kierowniczki kursu, która wita, dziękuje, życzy... Jest wyraźnie wzruszona. Cóż w tym dziwnego? Wszyscy jesteśmy wzruszeni. Czujemy, że stoimy u progu ważnej i dobrej sprawy. Po kierowniczce przemawiają inni: kpt. Silhan, przedstawiciele urzędów resortowych, grona, słuchaczy. Potem uczniowie śpiewają, recytują, grają, jest też taniec solowy. Nie ma oczywiście estrady, zastępuje ją tenisowy stół. Na nim to produkuje się, w półklasycznym, półakrobatycznym tańcu Emil Kordzisz - szczupła, drobna figurka, były cyrkowiec, z łysiejącym czołem, w grubych okularach. Zapamiętałam go szczególnie, ponieważ na pierwszej lekcji brajla niemal z rozpaczą powiedział: "Ło pierona! Palcami cytać! Przeco ja nie wydola!" Po części artystycznej przyjęcie, na które zastawę stołową przyniesiono z domu kierowniczki. Nie jest to zresztą gest sporadyczny. Również świetlicę przystroiły ofiarwane przez nią firanki, palma oraz stary fortepian. Były to pierwsze, ale nie ostatnie symptomy świadczące o tym, że szkoła jest nie tylko miejscem pracy zawodowej, lecz również strefą życia osobistego Marii Urban. Oprócz pełnego zaangażowania w działalność szkoły, Maria kontynuowała pracę społeczną w Związku Zawodowym Pracowników Służby Zdrowia, w Komitecie Blokowym nr 19ż8şIii oraz w Lidze Kobiet (Dzielnica Zwierzyniec). Poniżej zamieszczam relacje osób, które w tym okresie z nią współpracowały. Jan Krzaczyński, starszy inspektor Wojewódzkiego Urzędu Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej w Krakowie: "Z Panią Marią Urban zetknąłem się na terenie pracy społecznej w ZZPSZ w Krakowie, w latach 1947-1963, kiedy pełniłem funkcję sekretarza Okręgowego Zarządu Związku. Pani Urbanowa należała do społecznego aktywu naszej organizacji. Zaliczała się do bardzo czynnych i ofiarnych członków. Była wiernym rzecznikiem, tak, to wyrażenie chyba najbardziej odpowiada temu, co należy o niej powiedzieć - wiernym rzecznikiem ludzi poszkodowanych, niepełnosprawnych, potrzebujących pomocy. Dużym osobistym wkładem przyczyniła się do rozwoju i doskonalenia kadr medycznych. Cieszyła się uznaniem zarówno władz jak i środowiska medycznego. Szczególnym szacunkiem i sympatią darzyli ją wychowankowie i absolwenci szkoły masażu". Relacja doktora praw Bolesława Huczyńskiego, obrazująca działalność Marii Urban na terenie Komitetu Blokowego: "Sprawa komitetów blokowych jest mi dobrze znana, gdyż wkrótce po wojnie jako radca prawny opracowywałem ich status. Z Panią Urbanową zetknąłem się na terenie pracy społecznej w Komitecie Blokowym nr 19ż8şIii, gdzie pełniła funkcję przewodniczącej. Ja zaś byłem tam sekretarzem w latach pięćdziesiątych. Była to praca społeczna w pełnym znaczeniu tego słowa, bez żadnych ekwiwalentów materialnych. Blok nasz obejmował zabudowę między ulicami: Karmelicką, Garbarską i 1 Maja, ówczesnej Dzielnicy Zwierzyniec. Funkcje w komitecie były wybieralne. Oprócz przewodniczącego i sekretarza, w skład komitetu wchodziło jeszcze kilku członków. Praca była trudna, ponieważ nie miał żadnej egzekutywy. Bardzo często polegała na tym, że Pani Urbanowa sama lub z osobą zainteresowaną biegała po urzędach. Często zamiast do biura ludzie przychodzili do jej domu, a przede wszystkim do jej serca, które było otwarte dla potrzebujących. Dużo czasu i energii poświęcała dla ludzi starych, chorych, niepełnosprawnych. Godziła skłócone małżeństwa. Wywalczyła lokal dla Komitetu Blokowego w pomieszczeniach PZU, ul.1 Maja 5. Zorganizowała "ogródek dla dzieci" z dyżurami matek, posiłkami itd. Przy ul. Karmelickiej 7 zabiegała on to, żeby teren bloku obsadzać zielenią. Działała kolegialnie, powiadamiając wszystkich członków komitetu o tym, co zrobiła. Podobnego postępowania oczekiwała w stosunku do siebie. W pracę tę bardzo się angażowała. Postępowała rozumnie, celowo i z poczuciem odpowiedzialności. Była to bardzo dobra kobieta. Starała się autentycznie ludziom pomagać. Czyniła to bezinteresownie, z pobudek ideowych, z impulsu serca. Wśród ludzi miała wielki mir. Poważano ją w urzędach. Moja relacja, z konieczności pobieżna, nie oddaje włożonego przez Marię Urbanową wkładu pracy, ale na pewno jest obiektywna. Za każde zdanie mogę przyjąć pełną odpowiedzialność. Potem zmieniono strukturę tej instytucji. Przyszły większe jednostki terytorialne, czyli komitety dzielnicowe czy osiedlowe. Pani Urbanowa w tym czasie coraz bardziej angażowała się w sprawy szkoły dla niewidomych, miała mało czasu i wycofała się z tej pracy. Pozostawiła po sobie piękną pamięć i gdyby ktoś mówił o niej źle, to chyba ten, kto zawiścił, że nie był człowiekiem takiego jak ona formatu". Do osób współdziałających z Marią Urban na terenie Ligi Kobiet nie udało mi się dotrzeć. Mineły lata, odeszli ludzie, organizacja kilkakrotnie zmieniała swoją siedzibę, archiwum spłonęło. Dlatego posłużę się własnymi wspomnieniami. Któregoś roku, w latach pięćdziesiątych, Zarząd LK powierzył Marii Urban zorganizowanie imprezy z okazji Dni Oświaty, Książki i prasy. Mimo braku entuzjazmu z mojej strony Maria zdołała mnie nakłonić do wygłoszenia okolicznościowego wiersza. Kiedy podczas imprezy oczekiwałam na swoją kolej, zagadnęła mnie jakaś bardzo energiczna osoba: " - Pani jest z którego teatru? - Nie jestem aktorką. - Czy może Pani kształciła się w Ognisku pod Baranami? - Nie". Poczułam się marnie. Niemrawy z mojej strony dialog urwał się, gdyż moja rozmówczyni wybiegła na scenę, gdzie z ogromną ekspresją zaprezentowała zebranym wiersz Mickiewicza "Golono, strzyżono". Po niej wystąpiłam ja z jakimś płaskim utworem o dziewczynie, całej w kwiatach i wstążkach, a ta dziewczyna to właśnie książka... itd. Czułam się unicestwiona. Za sceną czekała Urbanowa. Uścisnęła mnie i powiedziała: "Ślicznie to pani recytowała", a jej mąż podał mi kwiaty i ramię. Idąc myślałam, że Maria ma wiele radości życia i nieźle znosi dyletantów. Wypada tutaj wyjaśnić, że w tym okresie zmieniła się sytuacja osobista Marii Urban, mianowicie, 24 czerwca 1954 r. wyszła za mąż. Tym razem związała się kontraktem cywilnym z Antonim Abramowiczem. Był to nieco tylko od niej starszy, wysoki, szczupły, bardzo elegancki, kulturalny i miły pan, który kierował wytwórnią męskich koszul. Historia się powtórzyła. Znowu o Marię walczyli dwaj mężczyźni i znów zwyciężył młodszy - tym razem syn. Maria nie chciała narażać ukochanego, choć już dorosłego, jedynaka na obecność ojczyma w domu; zatem Antoni, zdaniem osób postronnych zdominowany przez Marię, pozostał na prawach męża-gościa, głównie dla celów reprezentacyjnych. Prawdopodobnie nie sprawiło mu to większego kłopotu, gdyż ludzie po pięćdziesiątce na ogół niechętnie zmieniają środowisko, w które od lat wrośli. Wynikało to również stąd, że u obojga współmałżonków występowała silnie zarysowana psychiczna indywidualność. W chwilach rozgoryczenia Maria mówiła o mężu: "Ma własne mieszkanie, własne gospodarstwo, własne drogi, słowem - papierowy mąż. Z czasem zrezygnowała z działalności w wymienionych organizacjach społecznych i coraz głębiej wchodziła w nowy krąg społeczny, nawiązując ścisłą współpracą z Okręgiem PZN, ze Związkiem Ociemniałych Żołnierzy (ZOŻ), a także ze Spółdzielnią Niewidomych. Zamknęła gabinet kosmetyczny a jego wyposażenie przeniosła do szkoły. W znacznym trudzie organizacyjnym minął pierwszy rok pracy - Maria była kierowniczką kursu, instruktorką masażu oraz wykładowcą teorii tegoż przedmiotu. 31 sierpnia 1954 r. opuścili szkołę pierwsi absolwenci. Większość z nich otrzymała pracę w wyniku starań kierowniczki kursu. Z mieszanymi uczuciami, nie bez lęku, pożegnali szkołę i weszli w samodzielne życie. Trzeba im było dopomóc. I znowu z inicjatywy kapitana Silhana, przy współudziale pracujących już społecznie niewidomych masażystów, w styczniu 1955 r. powstała przy Okręgu PZN w Krakowie Sekcja Niewidomych Masażystów. Przez pierwsze lata przewodniczył jej Leon Kubiak, w dalszym okresie - Anicet Zborowski. Zadaniem Sekcji było zrzeszanie, dokształcanie zawodowe oraz niesienie pomocy niewidomym pracownikom służby zdrowia w rozwiązywaniu problemów zawodowych i życiowych. Z biegiem czasu zaczęły powstawać sekcje przy innych okręgach PZN, a 5 listopada 1975 roku na Zjeździe ukonstytuowała się Krajowa Sekcja Niewidomych Masażystów przy Zarządzie Głównym Polskiego Związku Niewidomych w Warszawie. Jej pierwszym przewodniczącym był Zbigniew Kargol z Zabrza. Prócz tego powstawały również komisje do spraw masażystów przy ZZPSZ. Sekcje te nie były bezpośrednio związane ze szkołą masażu, ale wyrastały z jej działalności. Podejmując nieco inne aspekty tej samej problematyki, jak gdyby uzupełniały szkołę i dlatego należy o nich wspomnieć. Dla ilustracji współpracy sekcji ze szkołą masażu zamieszczam urywek artykułu (9Ň): "(...) Rozpatrzono sprawę tegoroczonego kursu masażu segmentarnego, organizowanego przez krakowską szkołę masażystów z udziałem przedstwiciela KSNM i przy ścisły udziale sekcji wojewódzkich, z którymi szkoła nawiązała bezpośrednie kontakty". Przytaczamy również fragment protokołu z posiedzenia Rady Pedagogicznej Ośrodka Szkolenia Zawodowego dla Niewidomych, które odbyło się dnia 1 lutego 1968 r.: "(...) Dyrektorka poinformowała zebranych o pracy Sekcji Masażystów przy Zarządzie Okręgowym PZN w Łodzi, która jest w stałym kontakcie z dyrekcją Ośrodka i w trudnych sprawach i przypadkach zwraca się do Ośrodka po porady i wytyczne. (...) Dyrekcja Ośrodka postanowiła opracować dla Sekcji Masażystów Zarządu Okręgu PZN Kraków cykl wykładów, które byłyby wygłoszone przez wykładowców naszego Ośrodka, i przeznaczyć na ten cel pewne fundusze". Należy także wspomnieć, że do rozwoju niewidomych masażystów przyczynia się również brajlowski kwartalny dodatek do "Pochodni" - "Niewidomy Masażysta". Pierwszy numer tego pisma ukazał się z początkiem 1957 roku. Jego inspiratorem i pierwszym redaktorem był kpt. Jan Silhan a następnie, od roku 1971, redagował je absolwent krakowskiej szkoły masażu, Zbigniew Sitko z Tarnowa. Obecnie kieruje nim dr Michał Kaziów z Zielonej Góry. Czasopismo publikuje artykuły: redakcji - traktujące o nurtujących masażystów sprawach organizacyjnych, administracyjnych i prawnych, medyczne - przeważnie przedruki z pism profesjonalnych oraz takie stałe rubryki, jak korespondenci piszą, Zagadka medyczna, artykuły polemiczne i inne. Ale powróćmy do początkowych lat szkoły. 1 listopada 1957 r. Kurs Masażu dla Niewidomych został przemianowany na Ośrodek Szkolenia Zawodowego dla Niewidomych, 4 maja 1958 r. Maria Urban otrzymała nominację na kierownika, a 1 września - na dyrektora ośrodka. Sprawiło jej to wiele satysfakcji. Maria pracowała z całym oddaniem. Bardzo często pozostawała w szkole do późnych godzin popołudniowych. Nierzadko telefonowała wieczorem z domu, pytając o chorych, trudnych lub mających osobiste problemy wychowanków. Angażowała się w ich sprawy: pocieszała, tłumaczyła, doradzała. Uczniów mających trudności z nauką tłumaczyła przed wykładowcami. Prosiła o dodatkową, indywidualną pomoc dla nich. Dosłownie wojowała o uzyskanie dotacji na dożywianie, o paczki żywnościowe, o odzież dla niezamożnych słuchaczy. Jej emocjonalny stosunek do uczniów często wyrażał się w sformułowaniach: "Przecież to są nasze dzieci - trzeba je zrozumieć, należy im pomóc". W sytuacjach konfliktowych żarliwie broniła wychowanków, przytaczając wszystkie możliwe argumenty na ich korzyść, podkreślając, że "najprościej byłoby usunąć ze szkoły, ale przecież młodego człowieka trzeba wychować. Nie da się tego zrobić z dnia na dzień. Bardzo was proszę, dajmy mu jeszcze jedną szansę". Wynikiem takiego zaangażowania dyrektorki w pracę był zarówno rozwój szkoły jak i szacunek, jaki darzyli ją słuchacze, grono pedagogiczne oraz związane z Ośrodkiem instytucje administracyjne i społeczne. Wyrazem uznania dla Marii Urban były opinie kompetentnych osób, potwierdzające rozwój zakładu, w rodzaju przytoczonych poniżej fragmentów protokołów Rad Pedagogicznych Ośrodka: "Oceniając ogólnie kurs stwierdzam, że jednym z naczelnych powodów, iż kurs stoi na odpowiednim poziomie, jest ofiarna praca kierowniczki Urbanowej. W pracy tej, jak stwierdzili członkowie Rady Pedagogicznej, wykazuje (ona) duży zmysł organizacyjny, wkładając jednocześnie do pracy dużo serca. Rada Pedagogiczna udziela pochwały kierowniczce (Urbanowej)" (1.Iv.1954Ň); "Biorąca udział w posiedzeniu mgr Kempisty, przedstawicielka Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, wyraziła uznanie kierownictwu szkoły i wykładowcom za wysoki poziom naukowy kursu, który tylko przy umiejętnej organizacji i wnikliwej pracy został osiągnięty, czego dowodem są tak dobre wyniki egzaminu" (31.Viii.1954Ň); "Dr Wójcikiewicz podkreślił, że wyniki pracy na kursie w porównaniu z wynikami lat poprzednich są wyraźnie lepsze. Zaznacza przy tym, że odpowiedzi niektórych kursistów na egzaminie były zadawalające w takim stopniu, że porównać je można z odpowiedziami studentów medycyny" (24.Viii.1956Ň); "Przewodniczący temu zebraniu Dr Sokołowski, profesor Akademii Medycznej, oceniając przebieg egzaminów oraz w oparciu o odbytą praktykę, stwierdził, że poziom kursu, szczególnie w przedmiotach praktycznych, jest bardzo wysoki, że uczniowie mają bardzo dobre podejście do pacjentów, wpływają na nich dodatnio, i prosił, aby kierownictwo kursu w dalszym ciągu zechciało kierować uczniów na praktykę do Kliniki Reumatologicznej" (28.Vi.1957Ň); "Kpt Silhan stwierdził, że poziom szkoły jest bardzo wysoki i stale, z roku na rok, podnosi się. Za ofiarną pracę i serdeczną opiekę nad niewidomymi uczniami kpt. Silhan gorąco podziękował dyrektorce Ośrodka, gronu nauczycielskiemu i inspektorowi Grabcowi. Kpt. Silhan podkreślił, że Ośrodek krakowski jest wzorcowy, uzyskał pierwsze miejsce nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Na wzór tego Ośrodka powstały podobne ośrodki w Związku Radzieckim, na Węgrzech, w Rumunii i w Czechosłowacji. W praktyce zawodowej absolwenci ośrodka stoją na wysokim poziomie" (26.Vi.1959Ň); "Kierownik Grabiec z ramienia Wydziału Zdrowia WRN w Krakowie przekazuje Dyrekcji i Radzie Pedagogicznej podziękowanie za teoretyczne i praktyczne przygotowanie słuchaczy przez duży wkład pracy nad zdobyciem przez niewidomych tak potrzebnego w służbie zdrowia zawodu masażysty" (28.Vi.1962Ň). Trwalszymi od zapisanych słów śladami sukcesów Marii są przyznawane jej w tym okresie życia nagrody oraz odznaczenia, takie jak: Srebrny Krzyż Zasługi (1.V.1957Ň), Srebrna Odznaka z pracę społeczną dla miasta Krakowa (4.Vi.1957Ň), Złoty Krzyż Zasługi (prawdopodobnie w 1962 r.), Złota Odznaka Honorowa PZN za wybitne zasługi dla Niewidomych (21.Vi.1966Ň), Odznaka Tysiąclecia za działalność społeczną w obchodach Tysiąclecia Państwa Polskiego (1966Ň), Kawalerski Krzyż Orderu Odrodzenia Polski (Iv.1967Ň), Złota Odznaka Honorowa Związku Ociemniałych Żołnierzy PRL (22.Ii.1971Ň), Złota Odznaka za zasługi dla Ziemi Krakowskiej (23.Ii.1971Ň), nagroda pieniężna Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej (9.Xi.1959Ň) za całokształt jej pracy na odcinku szkolenia i zatrudnienia niewidomych masażystów. Z powyższego jasno wynika, że, jak na jedno życie kobiece, to dużo, a nawet bardzo wiele. Szczególnie miłą formą uznania, potrzebną dla instynktu społecznego macierzyństwa Marii, były bezpośrednie lub pośrednie kontakty z absolwentami. Tych, którzy odwiedzali szkołę, witała i gościła. W różnych porach roku, a szczególnie z okazji Dnia Nauczyciela, otrzymywała wiele kartek, listów, telegramów. Były to życzenia okolicznościowe, pozdrowienia z wyjazdów urlopowych, informacje o ważniejszych wydarzeniach z życia osobistego absolwentów. Otwierając koperty, uśmiechała się i mówiła: "Popatrzmy, co te dzieci napisały?". W czasie uroczystości szkolnych odczytywała głośno nadesłane życzenia. Było ich sporo. Korespondencję tę starannie przechowywała. Gromadziła również przysyłane jej fotografie, upamiętniające ważniejsze wydarzenia z życia byłych wychowanków. Układała je pod szklaną płytą biurka tak, aby pracując mogła na nie spoglądać. Kiedy opuszczała szkołę, zabrała je ze sobą, traktując je jako prywatną własność. Nie chciałabym, aby przytoczone wyrazy uznania stworzyły zbyt idylliczny obraz życia w Ośrodku. Wszystkich zainteresowanych szarą, znojną codziennością zakładu, z jego rozlicznymi zagadnieniami i trudnymi problemami oraz sposobami ich rozwiązywania, odsyłam do odpowiednich protokołów z posiedzeń Rady Pedagogicznej (protokoły z 24.Viii.1956 r., 28.X.1960 r. i inne). Tymczasem na terenie pracy Marii ciągle działo się coś nowego. W roku 1959ż8ş60 wprowadzono naukę pisania na maszynie, w roku 1960 - nowe przedmioty, takie jak fizyka w dostosowanym do potrzeb zakresie i masaż sportowy. Zaangażowano psychologa i nauczyciela wychowania fizycznego. W roku 1961 zorganizowano dożywianie słuchaczy w postaci drugich śniadań. Dla poszerzenia zakresu rehabilitacji wprowadzono naukę orientacji przestrzennej, pływania, tańca towarzyskiego, gospodarstwa domowego i zespołowe formy rekreacji (śpiew, turystyka po Ziemi Krakowskiej) oraz poszerzono kontakty ze społeczeństwem. Zasadniczym jednak problemem tego okresu, jaki nurtował Marię oraz związane z Ośrodkiem instytucje i osoby, było przedłużenie okresu szkolenia. Wśród wielorakich tego uwarunkowań na czoło wysuwała się konieczność podniesienia kwalifikacji zawodowych masażystów, w związku z wymaganiami stawianymi w tym czasie całej służbie zdrowia. Wreszcie nadszedł dzień, kiedy różne koncepcje i długotrwałe zabiegi nabrały realnego kształtu - 1 września 1966 r. Ośrodek przeszedł na dwuletni okres kształcenia masażystów. Był to moment znaczący w historii rozwoju szkoły. W minionych latach, na trzynastu dziesięciomiesięcznych kursach zdobyło zawód masażysty 403 inwalidów wzroku, wśród których znaczną część stanowiły osoby całkowicie niewidome - i zwłaszcza dla nich osiągnięcie zawodu masażysty było dużym awansem życiowym. Dwukrotne wydłużenie okresu kształcenia postawiło przed Marią poważne trudności natury organizacyjnej. Anatomię, fizjologię i higienę należało poszerzyć o nowe grupy zagadnień, w ramach innych przedmiotów trzeba było wprowadzić takie tematy, jak: choroby społeczne (skórne i weneryczne), ratownictwo, świadome macierzyństwo, dietetykę, choroby psychiczne, zagadnienia społeczno-prawne oraz - w drugim roku nauczania - tak bardzo oczekiwany masaż segmentarny. Należało również dokonać korelacji odpowiadających sobie przedmiotów i grup tematycznych, a także wzbogacić bibliotekę o najnowsze pozycje z zakresu dydaktyki i rehabilitacji. Trzeba było wreszcie opracować nowy, rotacyjny system praktyk zawodowych w trzech zasadniczych działach (interna, reumatologia i chirurgia) w lecznictwie otwartym i zamkniętym, zakupić nowe pomoce dydaktyczne, zaangażować potrzebnych wykładowców oraz opracować nowe kryteria naboru, odpowiednio zwiększając wymagania wobec kandydatów na przyszłych masażystów. W tych działaniach Maria Urban nie była wprawdzie sama, jednak olbrzymia część pracy związana z wdrażaniem dwuletniego okresu kształcenia spadła na jej barki. Zadania te wykonała poprawnie. Z utrwalonych w dokumentacji szkoły śladów świadczą o tym między innymi wyniki nauczania po pierwszym i drugim roku dwuletniego już cyklu szkolenia, z nietypowym - na korzyść - rozsiewem not: pierwszy rok ukończyło z wynikiem bardzo dobrym 16 słuchaczy, z wynikiem dobrym - 13, z dostatecznym - 4; drugi rok z wynikiem bardzo dobrym ukończyło 21 osób, z wynikiem dobrym - 7. Wizytująca w tym czasie Ośrodek osoba z nadzoru pedagogicznego stwierdziła: "Jest to bardzo dobrze prowadzona szkoła". Maria liczyła w tym okresie już 67 lat, a mimo to miała jeszcze na tyle sił, aby czynnie uczestniczyć w społeczno-zawodowym życiu niewidomych masażystów, biorąc udział w zebraniach i zjazdach sekcji. Było to wprawdzie związane z jej stanowiskiem zawodowym, ale motywacja uczestnictwa była głębsza. Chciała bowiem być wszędzie tam, gdzie sygnalizowano, rozważano lub rozwiązywano sprawy dotyczące tego zawodu. Wynikało to również z potrzeby jej serca. Pragnęła spotykać "swoje dzieci". A oto ślad jednego z takich spotkań: "(...) Obecna na Zjeździe dyrektor szkoły Maria Urbanowa opowiedziała zebranym o wielkim zainteresowaniu, jakie placówka ta budzi wśród działaczy służby zdrowia za granicą. W ostatnich latach szkołę odwiedziły delegacje z kilkunastu krajów. Potwierdzeniem tych słów była niejako depesza gratulacyjna przysłana na Zjazd przez Radę Niewidomych Masażystów Związku Radzieckiego, w której tamtejsi towarzysze proponują stałą wymianę doświadczeń pomiędzy masażystami obu krajów, a także wymianę fachowców w tej dziedzinie. (...). Uczestniczącą w zjeździe Marię Urbanową, założycielkę i dotychczasową dyrektorkę kursu masażystów niewidomych, przyjęto burzliwymi oklaskami. Wszyscy wypowiadający się wyrażali się o Pani Urbanowej z najwyższym uznaniem, wskazując nie tylko na olbrzymi wkład jej pracy i mądre kierowanie zakładem, lecz i na serdeczność w odnoszeniu się do każdego słuchacza oraz dbałość o dalsze jego losy po ukończeniu kursu. W ostatnich dniach Pani Urbanowa odznaczona została przez Radę Państwa Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Tego wysokiego odznaczenia gorąco gratulowali masażyści, gratulowały nasze władze związkowe. Do gratulacji tych dołączają się nie tylko redakcje naszych czasopism, lecz i ogół niewidomych z całej Polski. Życzymy Marii Urbanowej dużo zdrowia, dalszych osiągnięć w pracy dla niewidomych i wiele zadowolenia w życiu" (10Ň). Po dokonaniu wspomnianej reorganizacji można by oczekiwać pewnego choćby okresu stabilizacji dla Ośrodka, tymczasem ciągle rodziły się nowe problemy. Wprawdzie był już dwuletni okres kształcenia, ale z naborem co dwa lata. Taka sytuacja niepokoiła aktyw społecznych działaczy PZN, gdyż rynek pracy jest chłonny i z braku corocznego dopływu niewidomych absolwentów zatrudniano osoby widzące (kinezyterapeutów, magistrów wychowania fizycznego itp.), które na długie lata blokowały miejsca pracy niewidomym. Niepokoili się również długim oczekiwaniem kandydaci na uczniów Ośrodka. W takiej sytuacji, przy naborze kandydatów na rok szkolny 1968ż8ş69, korzystając z doświadczenia, zmniejszono rozpiętość ich wieku z 18-45 na 20-40 lat oraz przyjęto nie jeden a dwa zespoły uczniów, przy czym liczba słuchaczy zwiększyła się z 35 do 60 wychowanków, w niezmienionych na ogół warunkach lokalowych. Spowodowana ostateczną koniecznością, przy pomocy wszystkich dostępnych środków, Maria wznowiła długoletnią "świętą wojnę" o poszerzenie przestrzeni życiowej dla szkoły. Mimo pewnych osiągnięć sprawa ta pozostawała ciągle otwarta, a siły Marii zaczynały się wyraźnie wyczerpywać. Na ten trud życia, już ponad jej siły, nałożył się smutek wynikły ze zgonu pierwszego męża. Śmierć Władysława (1969 r.) głęboko ją dotknęła. Przeżycie było silniejsze, niż można było tego oczekiwać, uwzględniwszy lata rozłąki, powtórne małżeństwo oraz ogólnie dobrą życiową sytuację Marii, która odtąd często się zamyślała i mówiła o nim. Pojawiał się w jej wspomnieniach jako człowiek kochający, szlachetny, czysty. Rozpoczęła starania o budowę grobowca dla siebie. Zgodnie z wolą obecnego męża oraz pragnąc uregulować sprawy sumienia, Maria potwierdziła kontrakt cywilny ślubem kościelnym, który został zawarty w dniu 26 czerwca 1970 r. w parafialnym kościele pod wezwaniem św. Szczepana w Krakowie. Drugi mąż przeżył ją o blisko siedem lat. Po śmierci Marii zlikwidował jej oraz własne mieszkanie i osiedlił się na stałe w Warszawie. Tutaj zamieszkał przy ul.Wiejskiej 20 m.89. Po pewnym czasie przeniósł się na ul.Marszałkowską 84ż8ş92, gdzie żył i zmarł 8 marca 1980 r., pozostawiając po sobie dobrą pamięć wśród sąsiadów. Pochowano go na Cmentarzu Północnym w Wólce Węglowej. Powyższą informacją zamykam sprawy rodzinne i powracam, już po raz ostatni, na teren szkoły, gdzie wchodząca w zmierzch życia Maria z coraz większym trudem kierowała sprawami Ośrodka, w którym rozrastały się problemy, mnożyły trudności - zwłaszcza natury wychowawczej. Nie była to już wojenna młodzież, która doznała okrucieństwa okupacji i ubóstwa lat powojennych, która za wszelką cenę pragnęła się uczyć, pracować, budować. W życie wchodziło pokolenie powojenne, obciążone chaosem pojęć etycznych i pedagogicznych, w znacznej części konsumpcyjne i egocentryczne. Nie było więc łatwo. W tej sytuacji, 15 czerwca 1970 r. Maria zgłosiła gotowość przejścia na emeryturę z końcem czerwca 1970 r., aktualnie zaś poprosiła o skierowanie na komisję lekarską celem ustalenia stopnia niezdolności do pracy oraz wysokości odprawy. Odpowiedź otrzymała dnia 13 października 1970 r. w postaci orzeczenia Obwodowej Komisji Lekarskiej do Spraw Inwalidztwa i Zatrudnienia, przyznającego jej Ii grupę trwałego inwalidztwa z przeciwwskazaniem do pracy. W świetle tych dwóch dokumentów nie zaskakuje następny, odwołujący Marię Urban ze stanowiska dyrektora i rozwiązujący z dniem 31 listopada 1970 r. stosunek służbowy. Nie zaskakuje nas, ale zaskoczył Marię. Jej ostatnim jasnym dniem w szkole był Dzień Nauczyciela (21.Xi.1970Ň), w którym złożono jej wiele dowodów uznania ze strony władz resortowych, wiele wyrazów szacunku i dobrych uczuć ze strony grona i wychowanków. W dwa dni później wezwano Marię do kadr gdzie dano jej zaledwie kilka dni na przekazanie zakładu następcy. Mimo, iż liczyła się z koniecznością odejścia, taki sposób załatwienia sprawy był dla niej ciosem. Zniosła go w milczeniu i tylko z mimowolnie rzucanych powiedzeń w rodzaju: "Widzisz, moje dziecko, kiedy jest się silnym i dobrze się służy, jest się potrzebnym, a potem zostajemy odrzuceni" - widać było, że cierpi. Nie zgodziła się na oficjalną uroczystość pożegnania. Wiedziała, że wtedy jej ból będzie większy. Odeszła, nie uściskawszy swoich dzieci. Etatowi pracownicy wręczyli jej kwiaty i album pamiątkowy. Wykładowcy, nie zastawszy Marii w szkole, byli zaskoczeni. A ona? Ona nie umiała jeszcze żyć bez szkoły. Wieczorami dzwoniła do Ośrodka, żeby się dowiedzieć, co się tam dzieje - bezradne, pokorne i oczekujące odwzajemnienia przywiązanie. Widocznie nie mógł jej jeszcze wystarczyć, aczkolwiek piękny, to jednak tylko rozumowy bilans ostatnich, największych w jej życiu, osiemnastu lat: Rok 1953 - kurs dziesięciomiesięczny, jeden zespół słuchaczy, dziewięć przedmiotów, dziewięciu wykładowców, jeden etat pedagogiczny, pół etatu administracyjnego, nieliczne pomoce naukowe, jedna sala wykładowa, kilka pokojów internatowych, jeden administracyjny. Rok 1970 - dwuletni kurs nauczania, dwa zespoły uczniów, dwadzieścia dwa przedmioty, sześciu etatowych pracowników pedagogicznych, pięciu pedagogów i dziewięciu lekarzy - na zleconych godzinach efektywnych, czterech pracowników administracyjnych, gabinet z pomocami dydaktycznymi, gabinet lekarski, dwie sale wykładowe, sala ćwiczeń, ulepszone metody organizacji pracy, dydaktyki i naboru kandydatów, kontakty szkoły ze Służbą Zdrowia, z organizacjami społecznymi, z zagranicą i ze społeczeństwem, ponad pięciuset pracujących absolwentów, a w to wszystko wpleciony jej codzienny, mozolny, wieloletni wysiłek. Ale żeby mogła być sytą, nie wystarczyło jej żyć jedynie chlebem rozumu. `ty 4. Do kresu `ty W środowiskach związanych z Ośrodkiem utrzymywało się przekonanie, że Maria odeszła ze szkoły nie tak, jak na to zasługiwała. Toteż po upływie trzech miesięcy, 25 lutego 1971 r. jej gwiazda raz jeszcze, ale już ostatni, rozbłysła pełnym blaskiem. Z inicjatywy oraz staraniem Polskiego Związku Niewidomych (przewodniczącym ZG PZN był wówczas absolwent krakowskiej szkoły masażu, zatem były uczeń Marii, mgr Włodzimierz Kopydłowski), w świetlicy Krakowskiej Spółdzielni Inwalidów Niewidomych została zorganizowana uroczystość ku czci Marii Urbanowej. Wejście za zaproszeniami, w jasno oświetlonej, udekorowanej sali stoły nakryte bielą, na centralnym miejscu Maria w czarnej, koronkowej sukni, po obu jej stronach prezydialne osobistości z Zarządu Głównego PZN i Okręgu w Krakowie, Spółdzielni, Krajowej Sekcji Niewidomych Masażystów, Wydziału Produktywizacji Inwalidów, grono pedagogiczne Ośrodka, przedstawiciele słuchaczy szkoły, absolwenci. Przy fortepianie - były uczeń Z.W. z Krakowa; ciszę wypełniają dźwięki poloneza Ogińskiego "Pożegnanie Ojczyzny", a potem przemówienia, wyrazy uznania i wdzięczności, list Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej ze słowami podziękowania, specjalna nagroda z ministerstwa, Złota Odznaka za zasługi dla Ziemi Krakowskiej, Honorowa Odznaka Związku Ociemniałych Żołnierzy, serdeczne wspomnienia, krocie kwiatów. Kiedy podeszłam do niej z gratulacjami, powiedziała: "Dwadzieścia lat temu spotkałyśmy się po raz pierwszy na zebraniu, na którym planowaliśmy zorganizowanie Ośrodka, a dzisiaj - to jest już dla mnie koniec. Te kwiaty... Czuję się, jak na własnym pogrzebie". Wkrótce potem pojawił się w "Pochodni" artykuł kpt. Jana Silhana, podkreślający zasługi Marii dla sprawy niewidomych w Polsce. Poniżej zamieszczam ważniejsze jego fragmenty: "Wszystkich absolwentów szkoły masażu dla niewidomych w Krakowie, jej licznych przyjaciół, urzędy i organizacje społeczne, pozostające z nią w stałej łączności, zaskoczyła wiadomość, że jej założycielka Pani Maria Urban z dniem 1 grudnia ubiegłego roku opuściła tę szkołę, przechodząc na emeryturę. Wprawdzie stan zdrowia tej zasłużonej działaczki uległ ostatnio pogorszeniu, mimo to jednak pełniła Pani Urban swoje obowiązki do ostatniej chwili z niesłabnącą energią. (...) Zamknął się ten piękny odcinek życia i pracy Pani Dyrektor, z której imieniem na zawsze zwiąże się masaż w Polsce, a w szczególności masaż jako zawód dla niewidomych. (...) Składamy Pani Urban głęboką cześć i hołd w imieniu ogółu niewidomych w Polsce, życząc Jej z całego serca dalszych zdrowych i długich lat życia i zadowolenia z dobrze spełnionego ważnego obowiązku społecznego". (11Ň) W sześć miesięcy po odejściu Marii Urbanowej nowa dyrektor, mgr Józefa Żukiewicz, otrzymała półroczny urlop zdrowotny. Tak się złożyło, że wśród słuchaczy było w tym czasie kilka "wybitnych jednostek", które "rozłożyły" pod względem wychowawczym niemal cały zespół uczniowski. Nie było w tym okresie wśród grona nikogo, kto mógłby zastąpić nieobecną dyrektorkę. Nastały trudne czasy dla zakładu. Wtedy Wydział Zdrowia i Opieki Społecznej zaproponował Marii Urban objęcie funkcji p.o. dyrektora na okres sześciu miesięcy. Zgodziła się. Oczywiście, nie chodziło o dodatkowy zarobek. Nie odczuwała specjalnych braków w tym zakresie, bo niewiele dla siebie potrzebowała. Wróciła, żeby raz jeszcze, u schyłku swojej drogi, służyć Ośrodkowi, który przez tyle lat był treścią jej życia. Pracowała do kresu swoich możliwości. Mimo słabości, przychodziła codziennie, żeby borykać się z obowiązkami, które już przekraczały jej siły. Oprócz trudu doznała w tym okresie wielu cierpień psychicznych. W ciężkiej pod względem wychowawczym sytuacji, podczas "zasadniczej rozmowy", jedna z uczennic rzuciła jej w twarz: "Nie pamięta Pani - wiadomo, skleroza". Kiedy po tym incydencie spotkałam ją na korytarzu, powiedziała: "Nie posłuchałam rady męża i prośby syna. Okazało się, że źle zrobiłam wracając tutaj". Teraz opuszczała zakład z mieszanymi uczuciami, ale jeszcze i tym razem z zapewnieniem, że jeśli okaże się to pożyteczne, będzie służyć Ośrodkowi swym doświadczeniem i radą. Maria zeszła w zacisze domu, który nigdy nie mógł jej wystarczyć - tym bardziej teraz, kiedy po wyprowadzeniu się syna z żoną zupełnie opustoszał. W jakiś czas potem spotkałam ją na Plantach. Zręczny makijaż przykrywał szarość twarzy, ale spowolniałe ruchy, smutek w oczach i głosie wskazywały na to, że nie czuje się dobrze. 5 maja 1973 r. rozpoczęła leczenie w Klinice Chorób Wewnętrznych w Krakowie, przy ul.Kopernika 15. Odwiedzało ją mnóstwo osób. Każdego witała bladym już uśmiechem. Nadal dbała o swój zewnętrzny wygląd i o estetykę zacieśnionego do minimum środowiska. Nie skarżyła się, choć widać było, że cierpi. Czuła, że zbliża się do kresu, bo gdy jedna z koleżanek, chcąc być z Marią sam na sam, rozmyślnie odwiedziła ją o nietypowej porze, Maria objęła ją ramionami i boleśnie szlochała. Zmarła 5 czerwca około godziny piątej. Odchodziła, jak większość ludzi współcześnie, w samotności i uczuciowej pustce szpitalnego bytowania. Umierała przytomnie. Dogasała w brzasku letniego dnia... jeśli jest prawdą, że w chwili swego odchodzenia widzi się, jak w przyśpieszonym filmie, całe swoje życie, Maria mogła zobaczyć setki młodych ludzi pochylonych nad cierpieniem drugiego człowieka i żegnając ten świat, miała prawo pomyśleć: Non omnis moriar. 8 czerwca. Pochmurne przedpołudnie. Cmentarz Rakowiecki w Krakowie. Prosta, dębowa trumna, płonące świece, modły i pieśni żałobne, zapach kadzidła, kwiecia i jodły. Pod skrzydłami rozkołysanego dzwonu sunie w deszczu długi żałobny kondukt w stronę wojskowej części cmentarza: rodzina, przedstawiciele środowisk związanych z działalnością zawodową i społeczną zmarłej, szkoła masażu, absolwenci, przyjaciele, znajomi, wieńce - wieńce - kwiaty - kwiaty - kwiaty. A oto otwarty grobowiec - przemówienia - Requiescat in pace - ostatnia chwila wśród żyjących ... A potem kamienna płyta powoli zamyka zgasłe już życie ostatnią pieczęcią - pieczęcią wiecznego milczenia... Napis na nagrobku: Śp. z Kolcow, Maria Urban-Abramowicz, nauczycielka. Ur. 23.Vi.1901 r., zm. 5.Vi.1973 r. (Adres grobu: Kwatera Lxxxvii Zachód, Grób 12Ň). W kronice ośrodka (rok 1973, s.31Ň) - żałobna karta, w prawym rogu fotografia Marii Urban obwiedziona czarną linią i napis: "5 czerwca 1973 r. odeszła od nas na zawsze Maria Urban, współzałożyciel i długoletni dyrektor Ośrodka Szkolenia Zawodowego dla Niewidomych, oddany przyjaciel niewidomych". Pośmiertne wspomnienia z "Pochodni" (Ix.1973Ň) - pogrążeni w żałobie: "W środowisku niewidomych naszego kraju znana jest dobrze sylwetka Pani Marii Urban. Była ona współzałożycielem krakowskiej szkoły masażu i przez 18 lat, aż do końca grudnia 1970 r. pracowała na stanowisku dyrektora tej placówki. Wychowała około 500 niewidomych masażystów, którzy pracują w ośrodkach zdrowia w całej Polsce. Pani Maria Urban była wytrwałym pedagogiem i prawdziwym przyjacielem ludzi nie mających wzroku. Szanowali ją i cenili wychowankowie, cieszyła się ich głębokim przywiązaniem. Ceniły ją również władze państwowe, czego wyrazem jest przyznanie Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski i wielu innych odznaczeń. Wielką radość i satysfakcję sprawiła jej Złota Odznaka PZN. 5 czerwca br. Pani Maria Urban odeszła od nas na zawsze. Na krakowskim cmentarzu, pogrążenie w żałobie żegnali ją wychowankowie, przyjaciele, przedstawiciele władz i organizacji społecznych. Cześć Jej pamięci". `ty 5. Charakterystyka i podsumowanie `ty Maria Urban była osobą średniego wzrostu, o harmonijnej budowie, w okresie młodzieńczym bardzo szczupła, w pięćdziesiątych latach życia - o zaokrąglonych kształtach, aż do znacznej tuszy w starości. Włosy jasne (naturalny ich kolor był ciemny), karnacja jasna, ciemne, rozumne i śmiałe oczy; nosiła okulary. Zawsze bardzo starannie uczesana, twarz i ręce zadbane, ubrana w stosunku do aktualnej mody wybiórczo, z prostotą i spokojną elegancją, w sytuacjach oficjalnych - wytwornie. Ruchy zharmonizowane, z latami powolniejące, sposób mówienia umiarkowany, z akcentem wschodnim. Ubierała się przeważnie w kolory zielone, beżowe, popielate, białe i czarne. Przy pierwszym zetknięciu sprawiała wrażenie osoby eleganckiej, dobrze sytuowanej, psychicznie ciepłej, z uzasadnionym poczuciem własnej wartości. Na potwierdzenie powyższego przytaczam wypowiedź absolwentki M.Sz. z Iwonicza: "Do szkoły przyjechałam później. Trzeba było zacząć od spraw kancelaryjnych. Czekałam w hallu. Mijały mnie różne osoby. Kiedy dostrzegłam Panią Urbanową, od razu wiedziałam, że to dyrektorka. Zobaczyłam osobę wytworną, godną i chyba pewną siebie. Te jej cechy nas zniewalały, narzucały sposób bycia. Pamiętam, że zawsze wybierając się do niej, mimo iż dbałam o swój zewnętrzny wygląd, poprawiałam włosy, zmieniałam bluzkę, dopinałam guziki". Jej postępowanie było nacechowane mądrością. Nie należy jednak tego identyfikować z szerokim zakresem wiedzy encyklopedycznej, lecz z dobrym użytkowaniem posiadanego jej zasobu oraz z intuicją wypływającą z życiowego doświadczenia. Osoby, które nie precyzowały powyższych cech psychicznych Marii, określały je krótko jako spryt życiowy. Omawiając jej wrodzony temperament według typologii Pawłowa, można by powiedzieć o przewadze cech typu silnego zrównoważonego, co między innymi przejawiało się w stałej tendencji do działania. Była wierna w przyjaźni i konsekwentna w kwestiach swego światopoglądu. Miała niezmienne zasady postępowania, mimo zmieniających się układów koniunkturalnych. Wynikało to między innymi z wyrazistego charakteru, z silnej woli i wytrwałości. Cechy te pozwalały Marii na podejmowanie - na pewno nie bez wahań i lęku, wdrażanie w życie - nie bez potknięć i doprowadzenie do pomyślnych rezultatów małych, jak również ważkich decyzji. Wobec zwierzchników poprawna, w stosunku do władz społecznych i politycznych lojalna, w odniesieniu do mniej zaangażowanej w szkole części grona (lekarze) układna, w kontaktach ze stałymi etatowymi pracownikami - wymagająca, czasem nawet zewnętrznych, przejawów szacunku. Pracowita do kresu sił, systematyczna, dokładna, podświadomie oczekiwała podobnego stosunku do pracy od innych. W rosnących w liczbę słuchaczy i pracowników zakładzie - jak zresztą wszędzie - zdarzały się nieporozumienia czy konflikty, w wyniku których można było usłyszeć w kuluarach szkoły takie sformułowania pod jej adresem, jak: "Pani na włościach", "autokratka", "arbitralny dyrektor" itp. Tego rodzaju napięcia szybko się jednak rozmywały w cieple jej autentycznej życzliwości i potwierdzonej czynem dobroci w takich np. działaniach jak: pomoc w umieszczeniu dziecka w przedszkolu, szkole, uzasadnione koniecznością życiową - choć nie zawsze formalne - zwolnienia, mowa obrończa na rozprawie rozwodowej jednej z koleżanek, dobre rady, serdeczna, iście macierzyńska troska o koleżanki spodziewające się potomstwa itp. Nie było to robione na pokaz, lecz wypływało w sposób naturalny z jej ogromnie bogatej sfery emocjonalnej. Na tej bazie zasadzały się jej uczucia wyższe, jak patriotyzm, wrażliwość na cierpienie lub krzywdę drugiego człowieka. Stąd, jak z nie wysychającego źródła, płynęła jej pasja pracy społecznej. Gdyby mi przyszło określić Marię Urban jednym tylko słowem, powiedziałabym - społecznik. Osobny rozdział tej sfery psychicznej Marii stanowi miłość do syna, a dalej - szeroko pojmowane macierzyństwo, ogarniające każde spotkane dziecko, szczególnie zaś skoncentrowane na niewidomych uczniach szkoły masażu. Oni to autentycznie liczyli się w jej życiu osobistym. Młodzież na ogół doceniała i częściowo odwzajemniała to uczucie, toteż mimo psich figli czy naburmuszonej pozy, parafrazując mówiła o niej między sobą "nasza Mama". Na potwierdzenie powyższego przytaczam sympatyczną wypowiedź absolwentki, mgr A.S. z Krakowa: "Straciłam wzrok w dzieciństwie podczas nieszczęśliwego wypadku. Resztka wzroku została, ale brwi się spaliły. Pani dyrektor podeszła do mnie prosto i życzliwie. Poradziła jak dbać o twarz, jak się malować, żeby ten brak zmniejszyć. Wiedziała, że miałam ciężkie dzieciństwo. Okazywała mi wiele serca. To był niezwykły, piękny człowiek. Stwierdzam to z całą świadomością. Już od dzieciństwa tułałam się po różnych internatach, mam więc skalę porównawczą. Takiej dyrektorki jak Pani Urban nie spotkałam". Dla nakreślenia pełniejszego obrazu Marii Urban we wspomnieniach absolwentów, zamieszczam jeszcze jedną, równie reprezentatywną dla wielu rozmówców, wypowiedź na jej temat: "Jak widzę w moich wspomnieniach Marię Urbanową? Na ten temat można by na pewno powiedzieć wiele. Z pełną świadomością i z całą szczerością chciałabym stwierdzić, że była ona dla nas Człowiekiem, a nie urzędnikiem, pełnym dobroci przyjacielem niewidomych, a nie dyrektorem szkoły. My, uczniowie Pani Urbanowej, doznawaliśmy na co dzień jej serca i pomocy, często nawet rodzicielskiej opieki. Jej funkcja kierownicza schodziła na drugi plan, czego najlepszym dowodem był przydomek, jakim obdarzali ją niewidomi uczniowie - Mateczka. Troszczyła się z jednakowym poświęceniem o szkołę jako całość, jak i poszczególnych słuchaczy. Odczuwaliśmy, że w tym okresie życia Marii Urbanowej praca dla niewidomych była jej powołaniem. Realizując je, starała się umożliwić nam zdobycie odpowiedniego zawodu, wpoić etykę pracownika służby zdrowia, szlachetności i zasady prawego życia, a w odniesieniu do osób młodych - dopomóc w założeniu własnej rodziny. Często wzruszało nas, a nawet czasem bawiło, jej angażowanie się w nasze sprawy osobiste. Gdyby nie ona - mam na myśli jej nieprzeciętną osobowość - oraz klimat, jaki potrafiła wytworzyć w szkole, to wielu z nas nie osiągnęłoby tego, co ma obecnie, nie uzyskałoby dyplomów uniwersyteckich i naukowych tytułów. Jesteśmy jej winni wdzięczność i pamięć, gdyż właśnie ona stwarzała ten charakterystyczny, wyzwalający klimat w naszej szkole". (mgr Janusz Farcinkiewicz z Warszawy, przewodniczący Krajowej Sekcji niewidomych Masażystów w latach 1967-1977Ň). Wśród moich rozmówców byli i tacy - zresztą nieliczni - u których wspomnienia szkoły i jej dyrektorki kojarzyło się z uczuciami spod ujemnego znaku. Sięgając do własnych wspomnień i studiując protokoły z posiedzeń Rady Pedagogicznej Ośrodka stwierdziłam, że występowała tu pewna prawidłowość, mianowicie: osoby te na skutek niewłaściwych postaw popadały w konflikt z regulaminem słuchacza i środowiskiem socjalnym szkoły. Zakończmy tę część rozważań słowami jej syna: "Odkąd ją zapamiętałem, zawsze była otwarta na drugiego człowieka, wrażliwa na potrzeby i cierpienia innych, gotowa spieszyć z pomocą, usłużyć tym, na co aktualnie było ją stać. Tę cechę odziedziczyła po rodzicach". Zatem wszystko, w co została wyposażona przychodząc na świat, wzbogaciła własną pracą i posiadane środki maksymalnie wykorzystała - żyła nie tylko dla siebie. Najwybitniejszym dziełem jej życia była szkoła masażu dla niewidomych. Czy jest to jednak wystarczający powód, aby życie Marii Urban - choćby w bardzo pobieżnym szkicu - utrwalić na kartach niniejszej pracy? Najbardziej adekwatnej odpowiedzi mogłoby nam udzielić ponad pięciuset masażystów, przygotowanych do zawodu w czasie, kiedy Maria Urban kierowała tą szkołą. Dlatego niech nam wystarczy słowo już raz drukowane: "(...) Masaż jest zawodem dającym niewidomemu pełną satysfakcję i równe możliwości z widzącymi kolegami. Nie wymaga pomocy lektora. O powodzeniu i uznaniu u pacjentów oraz przełożonych decyduje własna praca i posiadana wiedza. (...) Zawód masażysty włącza niewidomego w ogromną rzeszę pracowników służących jednemu z najszczytniejszych ideałów za jaki uważa się niesienie pomocy chorym i cierpiącym". (12Ň) "(...) Masaż leczniczy zajmuje jedno z czołowych miejsc w nowoczesnej fizykoterapii i rehabilitacji. (...) Zabiegu wykonanego przez masażystę nie da się zastąpić żadnym urządzeniem mechanicznym. Ponieważ jedynie żywy człowiek może wyczuć wszelkie rodzaje stwardnień i zniekształcenia w organizmie chorego (...) Niewidomi masażyści cieszą się bardzo dobrą opinią lekarzy i pacjentów w całym kraju. Stanowią oni grupę pracowniczą aktywną społecznie" (13Ň) "(...) Praca masażysty jest ciężka, ale bardzo ją lubiłem. Widziałem w niej sens swojego życia. Wciąż pogłębiałem wiedzę zawodową i ogólnomedyczną. I może to wszystko sprawiało, że lubili mnie i cenili lekarze, nie mówiąc już o pacjentach. Właśnie dzięki temu czułem swoją przynależność do wielkiej rodziny, jaką stanowi Służba Zdrowia" (14Ň). Zyskując ten zawód, niewidomi ludzie stali się użyteczni i akceptowani społecznie, a tym samym zintegrowani i włączeni na równych prawach do wielkiej ludzkiej rodziny - pokonali swój los... `ty 6. Cicha służba `ty Na rozwój szkoły i jej wysokie osiągnięcia pracowało wraz z dyrektorką całe grono pedagogiczne, któremu w tym miejscu należą się słowa uznania, gdyż każdy w zakresie danej specjalności działał według swoich sił i możliwości. Z tego szacownego zespołu wypada jednak wyróżnić niewidomego nauczyciela zawodu, instruktora masażu, Romana Axentiego, zarówno ze względu na zasadniczy charakter przedmiotu, jak i na jego osobiste zaangażowanie oraz olbrzymi wkład pracy w przygotowanie zawodowe słuchaczy Ośrodka. Zanim powiemy o jego pracy - garść danych biograficznych. Roman Axenti, syn Michała, profesora seminarium oraz Jadwigi, nauczycielki szkoły powszechnej, urodził się 23 grudnia 1906 r. w Stanisławowie. Szkołę powszechną i gimnazjum ukończył w swoim rodzinnym mieście, a studia wyższe - Politechnikę oraz Akademię Handlu Zagranicznego - we Lwowie. Na dwa lata przed wojną podjął pracę w Ministerstwie Przemysłu i Handlu w Warszawie, w charakterze referendarza. W czasie wojny, podczas okupacji niemieckiej, w latach 1942-1944 pracował jako profesor w polskim gimnazjum w Stanisławowie. W roku 1949 ukończył sześciomiesięczny kurs masażu leczniczego. Kurs ten został zorganizowany przez Związek Zawodowy Pracowników Służby Zdrowia (Oddział Kraków, Sekcja Kosmetyczek i Masażystów), której przewodniczyła Maria Urban. Pracę w służbie zdrowia podjął 1 maja 1950 r. w Miejskim Szpitalu im. Edmunda Biernackiego przy ul. Trynitarskiej 11 w Krakowie, gdzie pracował do roku 1969, tj. do końca życia. Wzrok utracił w rodzinnym Stanisławowie w roku 1944. O tym tragicznym wydarzeniu tak wspomina: "Zbudziłem się w głębi nocy. Jak się później okazało, eksplodowała niemiecka wojskowa cysterna z benzyną za oknem naszego domu. Huku nie słyszałem. Zobaczyłem tylko straszliwy blask i to było ostatnie, co w życiu widziałem. Straciłem przytomność, a kiedy się ocknąłem, było mi bardzo słabo i zimno. Na twarzy miałem maskę z zakrzepłej krwi. Obok jęczała matka, a dalej leżał trup ojca i siostry... A potem było ciężko - niewypowiedzianie ciężko. Przetrwałem dla matki. Ale ja nie nadaję się na niewidomego, nie mam siły przebicia". Rzeczywiście, "nie przebijał się" - nie z braku siły, ale dlatego, że był wysoce kulturalny, subtelny: wykształcenie, znajomość języków obcych, rozległe wiadomości i zainteresowania, uzdolnienia i przygotowanie muzyczne, delikatny sposób bycia, szacunek dla ludzi, życzliwość, usłużność, a przy tym wszystkim skromność. W ciągu dziewiętnastu lat pracy w szpitalu i szesnastu w Ośrodku nie miał najmniejszego konfliktu ze współpracownikami, pacjentami, czy słuchaczami. Nie bez powodu organizująca szkołę masażu Maria Urban, mając do wyboru kilku doskonałych masażystów, wybrała właśnie Romana Axentiego na swego najbliższego współpracownika, a wiadomo, że na ludziach się znała. `nv Wychowankowie szkoły darzyli go zaufaniem, szacunkiem, sympatią. Zbierając materiały do niniejszej pracy, rozmawiałam na temat szkoły z kilkoma dziesiątkami znających go absolwentów i nie było wśród nich nikogo, kto miałby do niego najmniejsze zastrzeżenia. Poniżej przytaczam najbardziej reprezentatywne wypowiedzi: "Był doskonałym masażystą, fachowcem wysokiej klasy i wspaniałym nauczycielem" (T.W.); "Do pracy z nami podchodził naukowo, to znaczy opowiadał nam, z jakimi chorobami spotyka się w szpitalu; jakie stosuje zabiegi i jakie są tego, w określonych przypadkach, rezultaty. Uczył nas rozpoznawać dotykiem obrzęki, wysypki, wewnętrzne stwardnienia i inne patologiczne odchylenia w układzie kostno-mięśniowo-stawowym" (U.G.); "Miał bardzo dobre podejście do uczniów. Był ofiarny i ogromnie cierpliwy przy nauczaniu, stwarzał dobrą atmosferę na lekcjach. Nikt się nie denerwował" (M.Sz.); "Uczył nas nie tylko masażu, ale również pracował nad kształtowaniem naszego zawodowego charakteru, zmuszając słuchaczy do uczciwej pracy. Nie pozwalał na próżnowanie, uniki czy łatwizny. Szybko wykrywał i pilnował takiego cwaniaka" (M.Z.); "Był bardzo kulturalny i dobry. Kochał swoją matkę" (słuchacze często odprowadzali go do domu) (W.W.); "Przekazywał nam wszystko, co wiedział i co umiał, niczego nie zostawiał dla swojego wyłącznego użytku, czy raczej pożytku" (J.S.); Wszyscy rozmówcy zachowali swojego instruktora w żywej i wdzięcznej pamięci. Wiadomość o jego śmierci, którą przeżyli osobiście, boleśnie wszystkich zaskoczyła i znalazła odbicie w profesjonalnej prasie: "W Krakowie zmarł 20 grudnia ubiegłego roku, po długich i ciężkich cierpieniach, w wieku 63 lat kolega Roman Axenti. Przez 20 lat był on wysoko kwalifikowanym, cenionym i ofiarnym fizykoterapeutą w szpitalu im. Biernackiego i przez 15 lat wielce zasłużonym i cenionym instruktorem masażu w krakowskiej szkole niewidomych masażystów. Był też czynnym członkiem Wojewódzkiej Sekcji Masażystów PZN i gorącym aktywnym działaczem ruchu esperanckiego. Wiadomość o jego zgonie poruszyła wszystkich, którzy znali tego szlachetnego, skromnego i nader gorliwego pracownika. W szczególności głęboko odczują tę stratę niewidomi masażyści, byli uczniowie zmarłego, którzy w liczbie 400 pracują w całym kraju, korzystając z umiejętności nabytych pod jego kierunkiem. (...) Wspomnienie naszego drogiego Przyjaciela, zasłużonego działacza i obywatela, pozostanie zawsze żywa we wdzięcznej pamięci tych, co go znali i cenili (...)" (15Ň). Oprócz napisanych słów pozostał ponadto trwały wyraz pamięci, o którym mówi następny artykuł (16Ň): "W Polsce pracuje obecnie ponad 300 niewidomych masażystów, będących w swej znacznej większości uczniami śp. Romana Axentiego, długoletniego instruktora szkoły masażu dla niewidomych w Krakowie. Wszyscy oni wspominają swego mistrza z serdeczną wdzięcznością a zgon jego w grudniu 1969 roku przyjęli z głębokim żalem. Ostatnio, na posiedzeniu Zarządu krajowej Sekcji Masażystów w Warszawie, prezes Janusz Farcinkiewicz poddał myśl, by wśród wszystkich niewidomych masażystów przeprowadzić zbiórkę na ufundowanie na grobie Romana Axentiego osobnej tablicy pamiątkowej (...)" Napis na nagrobku: "Ś. P. Roman Axenti lat 63 zm. 20.Xii.1969 - nieutulona w żalu żona. Jezu zbaw ich dusze". Tablica Ii: "Drogiemu Koledze Romanowi Axentiemu, długoletniemu instruktorowi szkoły niewidomych w Krakowie, w uznaniu zasług tablicę tę ofiarowują wychowankowie z całej Polski". (Adres grobu: Cmentarz Rakowickie. Kraków, ul.Rakowicka 26, Kwatera Xv B, Rząd 8 Grób 8Ň). W nauczaniu masażu zastąpił go były jego uczeń, magister pedagogiki, Anicet Zborowski. `ty Posłowie `ty Ze względu na nader szczupłe, w stosunku do tematu, ramy niniejszego opracowania, wypadło zrezygnować z wielu określających osobowość Marii Urban cytatów z prasy, z protokołów posiedzeń Rady Pedagogicznej Ośrodka, z wypowiedzi syna, zwierzchników, znajomych, współpracowników i absolwentów szkoły, z zamieszczenia obrazków znanych mi zdarzeń z jej życia rodzinnego i zawodowego. Pozwalam sobie żywić nadzieję, że wyobraźnia czytelnika w miarę uzupełni te luki, a przede wszystkim zarysuje wyraźniej sylwetkę Marii i przechowa ją w pamięci jako - zgodnie z wypowiedziami prawie wszystkich rozmówców - pięknego Człowieka. Bo nie da się żadnymi słowami, w żadnych ramach opisać czy odtworzyć życia istoty ludzkiej. `ty Kalendarium `ty Maria Kolców, córka Michała Kolców lekarza, i Olgi z domu Iwanów, urodziła się 23 czerwca 1900 (1901Ň) r. w Kijowie. Do szkoły stopnia elementarnego uczęszczała w Kijowie. W okresie I wojny światowej przedwcześnie traci matkę oraz bliźniaczego brata. W roku szkolnym 1923ż8ş24 kończy gimnazjum we Lwowie. W latach 1924-1925 pracuje jako pielęgniarka w szpitalu we Lwowie. 6 lipca 1925 r. zawiera związek małżeński w Rokitniańskim Kościele rzymsko-katolickim z Władysławem Urbanem, podporucznikiem Wojska Polskiego. 7 czerwca 1926 r., we Lwowie, przychodzi na świat syn Władysława i Marii, Robert Urban. W latach 1925-1939, w związku z przeniesieniem służbowym męża na inną placówkę wojskową, rodzina kilkakrotnie zmienia miejsce pobytu, między innymi zamieszkuje w Rokitnej, Bydgoszczy, Miechowie i Krakowie. W roku 1935 mąż Marii przechodzi na przedwczesną emeryturę w wieku lat 42. W latach 1937-1938 Maria Urban uczęszcza w Krakowie do szkoły zawodowej dla kalotechników i masażystów, po ukończeniu której rozpoczyna samodzielną praktykę w wymienionym zawodzie. W lipcu 1939 r. Władysław zostaje na nowo powołany do czynnej służby wojskowej w związku ze zbliżającą się Ii wojną światową. 5 października 1939 r., jako uczestnik kampanii wrześniowej w armii generała Kleeberga dostaje się do niemieckiej niewoli, gdzie przebywa przez cały okres Ii wojny światowej. W roku 1946 Władysław wraca z niewoli, lecz po krótkim pobycie z rodziną wyjeżdża na Ziemie Odzyskane, gdzie pozostaje do końca życia. W latach 1945-1948 Maria Urban pełni funkcję przewodniczącej Opieki Zdrowotnej przy Państwowej Szkole Przemysłowej w Krakowie. W latach 1945-1950 sprawuje następujące funkcje zawodowe i społeczne: kierownika kursu masażu leczniczego przy Służbie Zdrowia, referentki Oddziału Służby Zdrowia, przewodniczącej Sekcji Masażystów Związku Zawodowego Służby Zdrowia, członka Sądu Koleżeńskiego Okręgowego Związku Zawodowego Służby Zdrowia. W roku 1949 rozpoczyna studia na Wydziale Filozoficzno-Społecznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, a w roku 1952 otrzymuje dyplom ukończenia studiów wyższych. W latach 1949-1956 jest przewodniczącą Bloku 19ż8şIii przy Miejskiej Radzie Narodowej i równocześnie przewodniczącą Komitetu Obrońców Pokoju oraz członkiem Frontu Narodowego. W latach 1949-1950 jest kierownikiem kursu ideologicznego i kierownikiem kursu języka rosyjskiego. W roku 1952 Ogólnopolski Komitet Frontu Narodowego przyznaje Marii Urban Dyplom Honorowy za zasługi w pracy społecznej w kampanii wyborczej do Sejmu PRL. W roku 1953 Miejski Komitet Obrońców Pokoju w Krakowie nadaje jej Dyplom uznania za ofiarną pracę dla sprawy pokoju. W roku 1953 Maria Urban organizuje kurs masażu leczniczego dla niewidomych w Krakowie i z dniem 1 listopada 1953 r. obejmuje stanowisko kierownika kursu. Od 17 listopada 1953 r. pełni funkcję instruktora masażu, a od 1 września 1954 r. - wykładowcy teorii masażu. 24 czerwca 1954 r. zawiera kontrakt cywilny z Antonim Abramowiczem, synem Andrzeja i Praksedy Wzientek. 1 maja 1957 r. zostaje odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi, a 4 czerwca 1957 r. - Srebrną Odznaką za pracę społeczną dla Miasta Krakowa. 4 maja 1958 r. Maria Urban zostaje powołana na stanowisko kierownika Ośrodka Szkolenia Zawodowego dla Niewidomych, powstałego z dniem 1 listopada 1957 r., a 1 września 1958 r. - na dyrektora tegoż Ośrodka. Prawdopodobnie w roku 1962 otrzymuje Złoty Krzyż Zasługi (legitymacja zaginęła). Od 8 października do 3 listopada 1962 r. przebywa na leczeniu w Klinice Chirurgicznej Akademii Medycznej, gdzie przechodzi zabieg operacyjny. W 1966 r. Ośrodek przechodzi z 10-miesięcznego na 2-letni okres szkolenia. 21 czerwca 1966 r. Maria Urban otrzymuje Odznakę Honorową Polskiego Związku Niewidomych za wybitne zasługi dla dobra niewidomych w PRL, w tym samym roku jest wyróżniona Odznaką Tysiąclecia za działalność społeczną w obchodach Tysiąclecia Państwa Polskiego. W kwietniu 1967 r. zostaje odznaczona Kawalerskim Krzyżem Orderu Odrodzenia Polski. W dniu 20 czerwca 1970 r. Antoni Abramowicz i Maria Urban potwierdzają kontrakt cywilny, zawierając związek małżeński w kościele rzymsko-katolickim, w parafii św. Szczepana w Krakowie. Z dniem 1 grudnia 1970 r. Maria Urban-Abramowicz przechodzi na emeryturę. 22 lutego 1971 r., w uznaniu za pomoc udzielaną ociemniałym żołnierzom, otrzymuje Złotą Odznakę Honorową Związku Ociemniałych Żołnierzy PRL. 23 lutego 1971 r. Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Krakowie nadaje jej Złotą Odznakę za zasługi dla Ziemi krakowskiej. 1 czerwca 1971 r. Maria Urban-Abramowicz przyjmuje funkcję p.o. dyrektora Ośrodka Szkolenia Zawodowego dla Niewidomych na okres sześciu miesięcy, zastępując nieobecną z powodu urlopu zdrowotnego aktualną dyrektor Ośrodka. Od 5 maja do 5 czerwca 1973 r. przebywa na leczeniu w szpitalu Akademii Medycznej (Instytut Medycyny Wewnętrznej, ul.Kopernika 15Ň), gdzie kończy życie. 8 czerwca 1973 r. zostaje pochowana na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. `ty Źródła `ty Teka akt osobowych Marii Urban. Teczka akt osobowych Romana Axenti. Protokoły z posiedzeń Rady Pedagogicznej Ośrodka Szkolenia Zawodowego dla Niewidomych z lat 1954-1971. Księga pamiątkowa Ośrodka. Inne dokumenty: Metryka urodzenia i ślubu. Legitymacja od odznaczeń: Srebrny Krzyż Zasługi, Srebrna Odznaka za pracę społeczną dla Miasta Krakowa, Odznaka Honorowa Polskiego Związku Niewidomych, Odznaka Tysiąclecia, Złota Odznaka Honorowa Związku Ociemniałych Żołnierzy PRL, Złota Odznaka za zasługi dla Ziemi Krakowskiej. Korespondencja prywatna: list Władysława Urbana do rodziców z 26.Vi.1918; 14 okazjonalnych listów od przyjaciół sprzed Ii wojny światowej, między innymi z Bydgoszczy i Miechowa; Wojenne listy Władysława Urbana do żony: list z 18.Ix.1939, list z obozu w Kielcach z 20.X.1939, listy z Oflag Ix z 17.I.1940, 13.Ii.1940, 6.Iv.1940, 4.Iii.1941, 11.V.1941, 15.V.1941, 19.Iii.1942. Listy powojenne do Marii Urban: list z 5.Ii.1957, list absolwenta, list J.Silhana z 15.X.1968. Artykuły z prasy: Artykuły z "Niewidomego Masażysty": Na kursie masażu potrzebne są pomoce naukowe (1.I.- 31.Iii.1957Ň); J.Silhan, Szkoła niewidomych masażystów w Krakowie (1.Iv-30.Vi.1957Ň); J.Silhan, Z krakowskiej szkoły masażu (1.Vii-30.Ix.1957Ň); Krajowa Sekcja Masażystów (1.I.-31.Iii.1958Ň); Z Krajowej Sekcji Masażystów PZN (1.Iv. - 30.Vi.1958Ň); Zb.Kargol, ze Szkoły Masażu w Krakowie - zakończenie roku szkolnego 1957ż8ş58 (1.Vii. - 30.Ix.1958Ň); Z Zarządu Krajowej Sekcji Masażystów (1.X. - 31.Xii.1958Ň); Ze Szkoły Masażu w Krakowie (1.Vii. - 30.Ix.1959Ň); J.Silhan, Krakowska Sekcja Niewidomych Masażystów (1.X. - 31.Xii.1959Ň); Ze Szkoły Masażu w Krakowie (1.I. - 31.Iii.1960Ň); Zb. Kargol, Z krakowskiej Szkoły Masażu (1.Vii. - 30.Ix.1960Ň); Z Krakowskiej Szkoły Masażu (1.X. - 31.Xii.1960Ň); J.Silhan, Reforma kształcenia niewidomych masażystów (1.X - 31.Xii.1960Ň); Po Ii Krajowym Zjeździe Niewidomych Masażystów (1.I. - 31.Iii.1961Ň); W.Sieradzki, Problem szkolenia masażystów (1.I - 31.Iii.1961Ň); Z Krakowskiej Szkoły Masażu (1.Vii. - 30.Ix.1961Ň); Z Krakowskiej Szkoły Masażu (1.X. - 31.Xii.1961Ň); J.Silhan, z Krakowskiej Szkoły Masażu - goście zagraniczni zwiedząją szkołę (1.Iv. - 30.Vi.1962Ň); Z Krakowskiej Szkoły Masażu (1.Vii. - 30.Ix.1962Ň); J.Silhan, z Krakowskiej Szkoły Masażu (1.X. - 31.Xii.1962Ň); J.Silhan, z Krakowskiej Szkoły Niewidomych Masażystów (1.Vii. - 30.Ix.1963Ň); Z Krakowskiej Szkoły Niewidomych Masażystów (1.X. - 31.Xii.1964Ň); Kolega Roman Axenti nie żyje (1.I. - 31.Iii.1970Ň); Z Krakowskiej Szkoły Niewidomych Masażystów (1.Iv. - 30.Vi.1970Ň); J.Silhan, z Krakowskiej Szkoły Masażu - osiemnaście lat wielkiej pracy (1.I. - 31.Iii.1971Ň); Z Krakowskiej Szkoły Niewidomych Masażystów (1.Iv. - 30.Vi.1971Ň); Pożegnanie zasłużonego pedagoga (przedruk z "Dziennika Polskiego" z 27.Ii.1971Ň) (1.Iv. - 30.Vi.1971Ň); Z Krakowskiej Szkoły Masażu (1.Iv. - 30.Vi.1973Ň); B.Geruszczak i A.Zborowski, Przygotowanie zawodowe (1.Vii. - 30.Ix.1976Ň); Praca zawodowa w moim życiu (1.X. - 31.Xii.1976Ň); Sekcja masażystów przed Vii Krajowym Zjazdem Delegatów PZN (1.Iv. - 30.Vi.1977Ň); Problematyka inwalidów głównym celem (1.X. - 31.Xii.1977Ň); Informacja dla masażystów sportowych (1.X. - 31.Xii.1977Ň); Z wizytą w Krakowskiej Szkole masażu (1.I. - 31.Iii.1978Ň); Podkomisja Niewidomych Masażystów (1.Iv. - 30.Vi.1978Ň); Z archiwalnych nagrań (1.Iv. - 30.Vi.1978Ň); J.Żukiewicz, Krakowski Ośrodek wczoraj i dziś (1.Vii. - 30.Ix.1978Ň); Cz.Sokołowski, Jubileusz (1.I. - 31.Iii.1979Ň); Z Obrad Podkomisji Niewidomych Masażystów (1.I. - 31.Iii.1979Ň); Masażyści - ludzie dobrej roboty (1.I. - 31.Iii. 1979Ň); L.Turkowski, Pan Marian (1.I. - 31.Iii.1980Ň); Z.Krzemkowska, Wśród polskich masażystów (1.X. - 31.Xii.1980Ň); Laureaci konkursu (1.I. - 31.Iii.1981Ň); J.Sutkowski, Wpływ zawodu na moje życie społeczne (1.I. - 31.Iii.1981Ň); M.Gudz, O masażu i masażystach (1.Iv. - 30.Vi.1981Ň); K.Łopacki, Praca zawodowa w moim życiu (1.Iv. - 30.Vi.1981Ň); Prezydium Zarządu Głównego Polskiego Związku Niewidomych o masażystach (1.Vii. - 30.Ix.1981Ň); H.Urbaniak, Gdyby mi przyszło jeszcze raz wybierać (1.Vii. - 30.Ix.1981Ň); M.Kaziów, Jeden z pionierów (1.X. - 31.Xii.1981Ň); Może zrodzi się coś dobrzego (1.X. - 31.Xii.1981Ň); Artykuły z "Pochodni": Życie na kursie masażu leczniczego (Ii 1954Ň); Odznaczenie niewidomych nauczycieli (Xxiv 1959Ň); J.Stroiński, Kilka uwag o kursie masażu (Ii 1960Ň); J.Silhan, kurs masażu w Krakowie (Iv 1960Ň); J.Silhan, Pięciolecie Krakowskiej Sekcji (Vi 1960Ň); J.Stroiński, Nie tylko nauka (Ix 1960Ň); Zjazd Niewidomych Masażystów (I 1961Ň); U niewidomych Masażystów (Xxiv 1961Ň); J.Silhan, Ze szkoły i sekcji masażystów (Xvi 1962Ň); Z pobytu brytyjskiej delegacji w Polsce (Xii 1963Ň); Z.Kursz, Wędrownicze impresje (Xxiii 1964Ň); J.Silhan, Ważne spotkanie masażystów (Xxii 1965Ň); Nasi masażyści (Viii i Ix 1966Ň); Z Krakowskiej Sekcji Masażystów (Xi 1966Ň); J.Silhan, kronika związkowa (Xvi 1966Ň); A.Szyszko, Lepsze perspektywy dla masażystów (Iii 1967Ň); J.Szczurek, Masaż jutro i dzisiaj (Iv 1967Ň); Iii Krajowy Zjazd Niewidomych Masażystów (Vii 1967Ň); Sprawa masażu w Krajowej Sekcji Masażystów (Viii 1968Ň); Za wzorową pracę w służbie zdrowia (Vi 1969Ň); ZB.Sitko, Moja praca (I 1970Ň); Moja praca (Iv 1970Ň); J.Silhan, Nieodżałowanej pamięci Roman Axenti (Ix 1970Ň); Z obrad Prezydium (Xi 1970Ň); Pogrążeni w żałobie (Ix 1973Ň); A.Zborowski, Jak zostać masażystą (Vii i Viii 1975Ň); Rozmowy: Z synem Marii Urban, Robertem Urbanem (Kraków); Ze zwierzchnikami: J.K., W.S. (Kraków); Ze znajomymi: Cz.Cz., B.H., W.L., W.P., W.S.; Ze współpracownikami: H.B., B.G., J.H., H.H., J.S., I.W., M.W., A.Z., (kraków); Z absolwentami: S.F. (Kraków), I.K. (Kraków), M.K. (Kraków), J.O. (Kraków), A.S. (Zielona Góra), F.S. (Iwonicz), K.S. (Kraków), J.S. (Busko), M.Sz. (Iwonicz), W.W. (Wrocław), Zb.W. (Kraków), I.Z. (Kraków), M.Z. (Laski), Z.W. (Rabka). Własne wspomnienia autorki niniejszej pracy z 18-letniej współpracy z Marią Urban. `pk `tc+ Katarzyna Łańcucka.ă Henryk Ruszczyc `tc O Henryku Ruszczycu mówiono, że już za życia stał się legendą. Jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy - ale też rzadko zdarza się, by jedna biografia obejmowała tyle zamierzeń i tyle osiągnięć - wszystkie związane były z działalnością na rzecz niewidomych. A przecież dzieciństwo i młodość Henryka Ruszczyca nie zapowiadały, że będzie to człowiek, który życie swoje bez reszty poświęci innym; ba, nawet nie pozwalały przypuszczać, że cokolwiek pożytecznego się w tym życiu zdarzy... Ojciec Henryka Ruszczyca - Tadeusz (ur. w 1861 roku) był lekarzem. Ukończył studia w Warszawie, po czym rozpoczął pracę w Cukrowni Chodrków na Ukrainie - i tam poznał swoją przyszłą żonę - Jadwigę Gnatowską (ur. w 1871 roku). Po ślubie oboje przenieśli się do Kijowa. Tam w 1899 roku urodził się im syn Władysław, a 5 maja 1901 roku przyszły na świat bliźnięta: Janina i Henryk. Dostatni dom, troskliwa opieka matki, budujący przykład ojca, ofiarnego lekarza z prawdziwą pasją poświęcającego się swej pracy - wszystko to zdawało się gwarantować, że z dziećmi nie będzie żadnych kłopotów. Ale życie nie lubi stereotypów. Henryk przez pierwsze lata szkoły przebrnął bez trudności. W 1910 roku został zapisany do prywatnego gimnazjum i ... wkrótce zaczęły się problemy. Chłopak do nauki się nie przykładał, opuszczał lekcje, wagarował zamiast ślędczyć nad książką wolał godzinami włóczyć się ulicami Kijowa, łobuzować z kolegami, przesiadywać w cukierni. Zbierał oceny niedostateczne, repetował klasy. Wreszcie w 1918 roku definitywnie przerwał naukę. Tymczasem Kijów stał się widownią rewolucyjnych zdarzeń. Wprawdzie władze radzieckie odniosły się do Tadeusza Ruszczyca z życzliwością, zezwoliły mu na kontynuowanie praktyki lekarskiej, wyraziły zgodę, by zatrzymał swoje spore mieszkanie, jednak miasto w czasie walk rewolucyjnych przechodzące ustawicznie z rąk do rąk, z pewnością nie było miejscem bezpiecznym. Toteż ojciec Henryka zdecydował, że żona z dziećmi powinna je opuścić. Wiosną 1919 roku Jadwiga Ruszczycowa, zabierając ze sobą Władysława, Janinę i Henryka wyjechała z Kijowa, by zamieszkać w Warszawie. Osiemnastoletniemu Henrykowi Warszawa szybko się spodobała. Dobrał sobie grupę kompanów, począł odwiedzać z nimi kawiarnie i restauracje. Matka jeszcze kilkakrotnie podejmowała próby umieszczenia go w którymś z prywatnych warszawskich gimnazjów, ale wszystkie one kończyły się fiaskiem. Henryk nie chciał się uczyć i już! Najchętniej spędzał czas na zakrapianych alkoholem towarzyskich spotkaniach. Tam był gwiazdą: obdarzony żywiołowym poczuciem humoru, pełen fantazji - umiał i lubił się bawić. Zaczęły się coraz późniejsze powroty do domu, nieraz już nad ranem. Matka była bezradna; lekkomyślność syna doprowadzała ją do rozpaczy, ale nie miała żadnego wpływu na jego postępowanie. Pod koniec 1919 roku zjechał do Warszawy Tadeusz Ruszczyc. Zachowanie młodszego syna coraz częściej stawało się powodem rodzinnych scysji i nieporozumień. A Henryk się nie zmieniał. Hulał, ile dusza zapragnie, nawiązywał liczne romanse. Wreszcie cierpliwość ojca się wyczerpała - zirytowany próżniaczym trybem życia swego syna postanowił, że nie będzie łożył na jego utrzymanie. Matce trudno było się pogodzić z tą surową decyzją, ale nie dysponowała przecież żadnymi własnymi zasobami materialnymi. Czasami ukradkiem sprzedawała coś ze swojej biżuterii, by tylko wesprzeć finansowo syna. Ale to nie było żadne rozwiązanie. Wreszcie - wykorzystując różne swoje towarzyskie powiązania - załatwiła Henrykowi posadę rządcy w majątku ziemskim. Henryk rozpoczął pracę w 1921 roku. Przejawił nawet niejaką inicjatywę, ale jego upodobania pozostały nie zmienione. Wypady do nocnych lokali, huczne zabawy przygodne związki z kobietami. Praktyka rolnicza nic go w gruncie rzeczy nie obchodziła. Efekt był łatwy do przewidzenia; uprzejma rozmowa z właścicielem majątku - po której Henryk "na własną prośbę" odchodził. Odchodził zaopatrzony nawet w kurtuazyjną opinię, podkreślającą jego autentyczne zdolności organizacyjne i inwencję oraz - w istocie mocno wątpliwą - rzetelność w wykonywaniu obowiązków. Z takimi referencjami mógł oczywiście podjąć pracę w innym miejscu. Historia taka powtarzała się kilkanaście razy. Krótkie okresy czasu, gdy pozostawał bez pracy, spędzał w domu prowadzonym przez braci albertynów - gdyż drzwi jego rodzinnego domu były dla niego zamknięte, a może to on sam nie chciał wracać, pamiętając o nieprzejednanej postawie ojca... W czerwcu 1929 roku Tadeusz Ruszczyc nagle zmarł. Matka, nie umiejąc poradzić sobie z 28-letnim już synem, podjęła jeszcze jedną próbę, by choć na krótko wyrwać go z kręgu nieustannych zabaw i romansów. Wykorzystując swoje towarzyskie koneksje zwróciła się do Antoniego Marylskiego z prośbą, by zechciał przyjąć na jakiś czas Henryka do pracy w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach. Henryk Ruszczyc przybył do Lasek latem 1929 roku. Na życzenie Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi rozpoczął pracę jako lektor niewidomego nauczyciela Włodzimierza Dolańskiego, który w swym czasie przygotowywał się do egzaminów magisterskich na Uniwersytecie Warszawskim i potrzebował kogoś, kto mógłby mu czytać fachową literaturę. I nagle zaskakująca decyzja: "Złoty młodzieniec", który bynajmniej nie z kółka różańcowego przybył do Lasek, postanawia poświęcić się działalności na rzecz niewidomych i podjąć stałą pracę w Zakładzie! To, co miało być swoistym kaftanem bezpieczeństwa chroniącym przed hulaszczym trybem życia, okazało się niespodziewanie życiowym powołaniem. Jak do tego doszło? Krąży na ten temat kilka efektownych i ckliwych powiastek - trudno orzec, czy są one prawdziwe, w każdym razie odwołują się do rzeczywistych cech charakteru Henryka Ruszczyca, które zapewne musiały mieć wpływ na jego życiowy wybór. Może najlepiej ujęła to wieloletnia nauczycielka laskowskiej szkoły dla niewidomych s.Monika Bohdanowicz: "W wielu wspomnieniach o Henryku Ruszczycu opisany jest moment, gdy widok niewidomego dziecka, które - płacząc - szuka upuszczonej zabawki, przyciąga do pracy w Laskach - tj. całkowicie zmienia bieg - życia człowieka, który do tej pory nie interesował się pracą społeczną (...). W zdarzeniu tym występują najbardziej charakterystyczne cechy osobowości Henryka Ruszczyca: niesłychana wrażliwość (...) i jednocześnie niemożność zajęcia pasywnej postawy wobec czyjegoś cierpienia. Za wszelką cenę pomóc, pomimo przeszkód i trudności, czasami - zdawałoby się - wbrew logice". Młody człowiek trafił wreszcie na pracę, w której mógł wykorzystać swoją inwencję i fantazję - tak bardzo potrzebną w obcowaniu z dziećmi - swoją umiejętność nawiązywania kontaktów, a jednocześnie, może po raz pierwszy, uświadomił sobie, co to znaczy być odpowiedzialnym za kogoś... W kwietniu 1930 roku Henryk Ruszczyc rozpoczął pracę w internacie jako wychowawca grupy najmłodszych chłopców. Jego naczelną troską stało się to, by żaden maluch nie poczuł się samotną, anonimową cząstką grupy. Przychodził wieczorami do sypialni, by opowiadać bajki, porozmawiać, utulić każdego przed snem. Uczył piosenek, wymyślał rozmaite zabawy. "Bawił się z nami, jakby był jednym z nas - wspomina jeden z byłych wychowanków, Henryk Karolak - zabawy te były znakomicie dobrane do wieku chłopców: bitwy, zdobywanie i obrona pagórków leśnych (...) albo też koncerty, do których służyły miednice, łyżki i tym podobne przedmioty jako instrumenty". Pan Ruszczyc brał grupę najmłodszych i nieraz pędził z nią w stronę Sierakowa, śpiewając ulubioną piosenkę: "Grzmią pod Stoczkiem armaty". Gdy spotkał pana Krauzego, pana Serafinowicza lub kogoś innego, wołał "Chłopcy, brać go!" Po kilku takich napadach (...) nawet pan Marylski czuł respekt przed grupą najmłodszych i omijał ją z daleka" - wspomina inny wychowanek, Stanisław Kaliński. Można sobie wyobrazić, jaką dumą i radością napełniała niesfornych brzdąców sprawnie przeprowadzonej akcji bojowej, zwłaszcza gdy jej ofiarą padał któryś z kierowników! Niekiedy Henryk Ruszczyc zamykał kilkuletnich urwisów w "lochu" swojego gabinetu i pozwalał, by wyczyniali tam wszelkie harce i opychali się łakociami, które przemyślnie umieszczał w szufladach biurka. Ze starszymi chłopcami rozmawiał o wszystkich interesujących ich problemach, często też przychodził, by się w jakiejś sprawie poradzić, zasięgnąć opinii. On - kierownik internatu (pełnił tę funkcję od 1935 roku) - i kilkunastoletni wychowankowie w roli doradców! Nie obawiał się, że jego autorytet może na tym ucierpieć. Wiedział, że prawdziwy autorytet buduje się własną postawą - a nie krzykiem czy stosowaniem przymusu - bo wszelki despotyzm wzbudza jedynie strach, który na dłuższą metę, nigdy nie może być pozytywną siłą w kształtowaniu ludzkiej osobowości. Ale nie był też łagodnym safanduą, który z melancholijnym uśmiechem pozwala wchodzić sobie na głowę. Potrafił trzepnąć niesfornego wychowanka po łepetynie, wymierzyć żartobliwego szturchańca, ryknąć stentorowym głosem. Nigdy nie stosował kary jako narzędzia represji, starał się natomiast, by była ona okazją do zdobycia nowych umiejętności czy rozwijania dobrych cech charakteru. Efekty były zdumiewające: niewidomi wychowankowie darzyli go całkowitym zaufaniem, zwierzali mu wszystkie swoje niepokoje, kłopoty i pragnienia - a jednocześnie żywili dla niego głęboki szacunek. Nie darmo nazywany był w internacie "Premierem". Wspaniała intuicja pedagogiczna w pełni rekompensowała mu brak fachowego wykształcenia i przygotowania do zawodu wychowawcy. Szczere zainteresowanie przeżyciami i problemami każdego niewidomego wychowanka pozwalało mu najlepiej poznawać mechanizmy postępowania, reakcje, motywy działania młodzieży, z którą pracował. A interesował się naprawdę wszystkim, nawet pozornymi drobiazgami - i dlatego np. zawsze wiedział, któremu chłopakowi dać w gwiazdkowym upominku wymarzone organki, a komu największą radość sprawi komplet śrubokrętów... I wszystko to powodowało, iż chłopcy czuli, że mają nie tylko troskliwego opiekuna, ale przede wszystkim kogoś bliskiego. A ta świadomość w internatowym skupisku była szczególnie potrzebna. W czasie wakacji, gdy wychowankowie Lasek przeważnie rozjeżdżali się do swoich domów rodzinnych, Henryk Ruszczyc wędrował po całej niemal Polsce, we wsiach i małych miasteczkach odnajdywał niewidome dzieci, które nigdzie się nie uczyły, a często nawet nie umiały samodzielnie się poruszać po izbie czy po podwórzu, nie wiedziały, co to zabawa. Rozmawiał wtedy z rodzicami, tłumacząc im, jakie cele przyświecają działalności Zakładu w Laskach i jakie ważne jest to, by niewidome dziecko mogło się uczyć i miało zapewnione warunki podstawowej rehabilitacji. Często jednak spotykał się z nieprzejednanym oporem - wtedy nawiązywał kontakty z wojewodami i starostami, nakłaniając ich do pomocy. W efekcie każdego roku przybywali do Lasek nowi uczniowie - często z regionów, w których w ogóle nie słyszano dotąd o istnieniu instytucji kształcącej niewidomych. Jednocześnie Henryk Ruszczyc coraz więcej czasu poświęcał zagadnieniom rehabilitacji zawodowej inwalidów wzroku. Pojmując wychowanie jako rozbudzanie w drugim człowieku pasji i zainteresowań, wyzwalanie energii i aktywności, pomaganie we właściwym kształtowaniu postaw i hierarhii wartości - rozumiał, że tego wszystkiego nie da się osiągnąć, dopóki inwalida nie zdobędzie pewnej samodzielności, która pozwoli mu uwierzyć we własną wartość i przydatność w społeczeństwie. A więc przygotowanie do pracy, będącej dla inwalidy źródłem utrzymania - a także sposobem przezwyciężenia własnych ograniczeń, czynnością kształtującą czynną postawę wobec życia - urastało do rangi jednego z najważniejszych problemów. W 1935 roku Henryk Ruszczyc zostaje kierownikiem szkolenia zawodowego dla niewidomych, w rok później organizuje 3-letnią szkołę rzemieślniczą, następnie staje się współtwórcą gimnazjum zawodowego, reorganizuje szkolne warsztaty. W 1938 roku organizuje w Laskach dla najzdolniejszych wychowanków, kursy obejmujące program liceum ogólnokształcącego. W tym samym czasie podejmuje starania mające na celu utworzenie w Kielcach pierwszej w Polsce spółdzielni pracy niewidomych. Wybuch wojny przekreślił te plany. Henryk Ruszczyc został zmobilizowany, jednak w kampanii wrześniowej nie wziął udziału, gdyż - na skutek komplikacji, jakie wywiązały się po niegdyś przebytym zapaleniu płuc - znalazł się w szpitalu. W listopadzie 1939 roku powrócił do Lasek. Na teren Zakładu zaczęli przybywać żołnierze, którzy utracili wzrok w wyniku działań wojennych. Trzeba było ich jakoś przywrócić życiu. Jednocześnie nad Laskami coraz wyraźniej pojawiało się widmo głodu. Henryk Ruszczyc wybrał się do Warszawy i skontaktował z władzami okupacyjnymi, oświadczając, że niewidomi gotowi są robić szczotki do czyszczenia koni. Niemcy przyjęli tę propozycję i dali potrzebny materiał. Odbierali gotowe szczotki a w zamian dawali przydziały żywności. I tak w 1940 roku rozpoczęła swoją działalność 3-letnia szkoła zawodowa i warsztaty szczotkarskie, w których ociemniali żołnierze mogli zdobyć dyplom czeladnika i zawód. Jednak żywności wciąż brakowało. W Zakładzie było coraz ciężej - wspomina Stanisław Kaliński - kto miał pieniądze, ten na własną rękę sobie chleb kupował. Wtedy pan Ruszczyc zaproponował, żebyśmy się złożyli i kupili żyto, ktoś je zmiele i siostry upieką chleb, będzie lepszy i tańszy. W ten sposób powstała nasza spółdzielnia. Henryk Ruszczyc - czując się odpowiedzialny za warunki życia w Zakładzie - odbywał, pieszo lub na rowerze, niekończące się wędrówki do Warszawy i z powrotem, by załatwić najpilniejsze sprawy w stołecznych urzędach. Ani mróz ani zadymka, ani ulewne deszcze nie stawały mu na przeszkodzie, przeziębiał się, chorował, ale zawsze, gdy sytuacja tego wymagała, ruszał w uciążliwą drogę. Jego refleks i opanowanie niejednokrotnie przyczyniły się do zażegnania niebezpieczeństwa, które zdawało się już nieuchronne. Potrafił śmiało stawić czoła Niemcom: "Gdy jakiś Niemiec z wrzaskiem kazał wyrzucić bibliotekę brajlowską z pomieszczenia ocalałego w 1939 roku, Ruszczyc nachylił się ku niemu i półgłosem - jakimś konfidencjalnym tonem - powiedział - "To wszystko jest ręcznie pisane, tego dużo na świecie nie ma". Niemiec zamilkł momentalnie. Obrócił się na pięcie i wyszedł. Tylko od drzwi warknął: "Das alles bleibt" - wspomina s.Monika Bohdanowicz. "Szczególnie ciężkie chwile w Laskach - relacjonuje Henryk Karolak - nastały, gdy Niemcy odkryli organizację AK. Pan Ruszczyc w tych dniach był poza terenem Lasek. Gdy dowiedział się o zajściach, czym prędzej przybył do swoich niewidomych, aby być razem z nami na zagrożonym okręcie, jakim był wówczas Zakład. Wizytujący nasze Zakłady Niemiec, który słynął ze strzelania do ludzi na ulicach Pruszkowa, kiedy przychodził na teren warsztatów, broń pozostawiał w gabinecie pana Ruszczyca". Wraz z wybuchem powstania warszawskiego pojawiły się przed Zakładem w Laskach nowe dramatyczne zadania. Henryk Ruszczyc włączył się w nie z całą energią i odwagą. Warto tu chyba przytoczyć obszerną relację s.Moniki Bohdanowicz, która pracowała w powstańczym szpitaliku na terenie Lasek: "Z wybuchem powstania pan Ruszczyc przystąpił do organizacji punktu medycznego. Nie mając żadnego przygotowania fachowego w przeciągu dwóch dni zmontował mały szpitalik, który przez wiele tygodni zupełnie nieźle spełniał swoje zadanie w tak potwornie ciężkich warunkach. Pracował wtedy bardzo intensywnie: starania o zapewnienie aprowizacji, porozumiewanie się z władzami wojskowymi, transport rannych, ewakuacja tych, którzy już mogli się obyć bez naszej pomocy, zaopatrzenie w dowody osobiste tych, którzy nie mogli się posługiwać własnymi - wszystko to było na jego głowie (...). Zagadnienia transportu rozwiązywał po mistrzowsku. Wszyscy chorzy i ranni z reguły byli przewożeni do nas. Ciężko rannych, wymagających zabiegu, przewożono do Domu Rekolekcyjnego - a stamtąd do nas przenoszono pacjentów wymagających dłuższego stacjonarnego leczenia. Cały ten ruch odbywał się prawie na oczach Niemców - i w obecności oddziału własowców, stacjonujących pod murem Zakładu. Rannego, ułożonego na wózku zaprzężonym w osły, przykrywano jarzynami. Cały transport nie mógł obudzić najmniejszego podejrzenia. Gorzej było z przewożeniem rannych z lasu musiało się to oczywiście odbywać w nocy, kiedy w zasadzie bez przepustek ruch był surowo zabroniony, a naokoło stali Niemcy i własowcy. Wszystko musiało trwać dosłownie minuty. Wypracowanego przez Ruszczyca planu nie powstydziłby się żaden sztab generalny. Miejsca zatrzymania kolejnych furmanek, postój ludzi z noszami, trasy, po których każda para z noszami miała biec do szpitala, były dokładnie przestudiowane i wielokrotnie sprawdzone". Tak więc Henryk Ruszczyc znów okazał się świetnym organizatorem. Podejmował wszelkie działania wymagające zimnej krwi i mistrzowskiego panowania nad emocjami. A jednocześnie: "Odwiedzin Ruszczyca w szpitalnych salach - mówiąc szczerze - bardzośmy nie lubiły. Przy jego niesłychanej wrażliwości i chęci niesienia pomocy, obecność cierpiącego człowieka była dla niego czymś nie do zniesienia. Skoro go boli - to powinien dostać coś przeciwbólowego... Nie pomagały żadne tłumaczenia, że pacjent dopiero co dostał taki środek, że za dużo dawać nie można. On nie ustępował. Zaczynała się ostra wymiana zdań: - Jak ktoś jest pozbawiony ludzkich uczuć, to nie powinien podejmować się pielęgnowania chorych! - Kto nie ma zdrowych nerwów - replikowałyśmy - nie powinien wchodzić na salę, bo tylko przeszkadza pracować i denerwuje chorych!" Styczeń 1945 roku. Jeszcze nie umilkły strzały na polach bitewnych, gdy Henryk Ruszczyc podejmuje nową inicjatywę: Oto przedstawiciel Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej nad Ociemniałymi PRL w Lublinie zwrócił się do Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach z prośbą o oddelegowanie kogoś, kto mógłby zająć się zorganizowaniem ośrodka szkoleniowego dla ociemniałych żołnierzy. Wybór padł oczywiście na Henryka Ruszczyca, który przecież zdobył już w tej dziedzinie tyle doświadczeń - zarówno kierując warsztatami szkoleniowymi jak i prowadząc rehabilitację ociemniałych żołnierzy podczas wojny. Henryk Ruszczyc nawiązał niezwłocznie kontakt z placówką Polskiego Czerwonego Krzyża w Lublinie - i już w lutym 1945 roku przystąpił do organizowania pierwszego w Polsce Ludowej ośrodka rehabilitacji dla ociemniałych żołnierzy. Siedzibą ośrodka stał się były majątek ziemski w Surhowie - oddalony o 70 km od Lublina. Żeby zapewnić opał, żywność i niezbędny dla placówki rehabilitacyjnej sprzęt, Henryk Ruszczyc kilka razy w tygodniu musiał jeździć do Lublina. Jedynym środkiem lokomocji, jakim dysponował, był motocykl. Pierwsi ociemniali żołnierze przybyli do zakładu w marcu 1945 roku. Henryk Ruszczyc sprowadził tymczasem kilku dorosłych wychowanków Lasek i zatrudnił ich jako instruktorów - zrehabilitowani niewidomi stawali się w ten sposób dla nowo ociemniałych przykładem i dowodem tego, że można się cieszyć życiem, pracować, być samodzielnym i potrzebnym innym - mimo braku wzroku. O skuteczności tej - nowatorskiej jak na owe czasy - metody najlepiej świadczą wspomnienia żołnierzy, którzy w 1945 roku znaleźli się w Surhowie: "Dla nas problemem jeszcze było samodzielne golenie się, samodzielna wyprawa z laską w dłoni do odległej o pięćdziesiąt metrów bramy parku, a za nią obcy, bezkształtny, tonący w nieprzeniknionym mroku świat. Drobne nieraz niepowodzenia w pokonywaniu początkowych trudności bywały bezpośrednią przyczyną wielkich załamań. To, że stany te szybko mijały, że stawały się coraz rzadsze, zawdzięczaliśmy naszym niewidomym instruktorom i całemu zespołowi ludzi dobranemu i kierowanemu przez pana Ruszczyca i natchnionemu jego duchem, duchem głębokiej życzliwości dla ludzi w ogóle, a dla niewidomych w szczególności" (Kazimierz Siedlecki). "Henryk Ruszczyc zabiegał o środki do życia, pomagał stawiać pierwsze, nieporadne kroki. Organizował zajęcia, aby wyrwać nas z depresji, poczucia apatii i kompleksów; czynił to w czasie rekonawalescencji, kiedy trzeba udowodnić inwalidzie, iż mimo wszystko nie jest tak źle, że nadal będzie potrzebny społeczeństwu. Robił wszystko, by swoich podopiecznych natchnąć optymizmem i wiarą we własne siły" (Bronisław Kruczko). A warunki życia w zakładzie nie były łatwe. Parterowy budynek otoczony zdewastowanym parkiem, był nieduży. Na wyposażenie wnętrz składały się drewniane prycze i ... ogrodowe krzesła. Odzież wieszało się po prostu na gwoździach wbitych w ścianę. Uzyskanie większych środków finansowych na prowadzenie zakładu dla ociemniałych w sytuacji, gdy cały kraj był wyniszczony wojną - nie należało do spraw prostych. Jednak Henryk Ruszczyc okazał się wytrawnym dyplomatą i sięgnął po argumenty, które w owych czasach były najskuteczniejsze: we wszystkich podaniach kierowanych do władz administracyjnych i politycznych używał języka liczb, odwoływał się do namacalnych korzyści ekonomicznych płynących z faktu, że grupa inwalidów, miast być ciężarem dla państwa, podejmie pracę przynoszącą wymierne efekty materialne. W tym samym czasie - pod koniec 1945 roku - Henryk Ruszczyc inspirował również działania zmierzające do założenia w Lublinie pierwszej w Polsce spółdzielni niewidomych (jej organizatorem został Modest Sękowski). Wśród żołnierzy, którzy trafili do Surhowa, byli i tacy, którym wojna - oprócz utraty wzroku - przyniosła jeszcze dodatkowe kalectwo. Henryk Ruszczyc jeździł z nimi do Warszawy, do pracowni protetycznej i nie tylko pilnował, by protezy były właściwie wykonane i funkcjonalne, lecz często osobiście projektował niektóre rozwiązania techniczne. Gdy zatrzymywał się na noc a Laskach, zamykał się w swoim pokoju i - paląc papierosa za papierosem - przez wiele godzin szkicował plany i sporządzał notatki, które pozwalały później na skonstruowanie takiego przyrządu, który byłby najdogodniejszy dla inwalidy. Jednak aktywność Henryka Ruszczyca nie ograniczała się oczywiście do spraw ściśle związanych z przygotowaniem ociemniałych żołnierzy do podjęcia pracy. Wielką wagę przywiązywał także do wyrabiania w nich nawyków kulturalnych, podnoszenia poziomu intelektualnego, do zainteresowania lekturą. To ostatnie zadanie było może szczególnie trudne, gdyż wśród podopiecznych trafiali się tacy, którzy wcześniej byli praktycznymi analfabetami. Więc trzeba było nie tylko nauczyć ich posługiwania się pismem Braille'a, lecz także rozbudzić zainteresowania całkiem im dotąd obce. Wszystkim poczynaniom dyrektora ośrodka w Surhowie towarzyszyła nieustanna troska o to, by zapewnić wychowankom zaspokojenie podstawowych potrzeb emocjonalnych, by wszyscy oni spotykali się z życzliwością i serdecznym zainteresowaniem dla swoich problemów i przeżyć. A jak to wyglądało w praktyce? - "Jest Gwiazdka 1945 roku. W wigilijny wieczór na drodze między Krasnymstawem a Surhowem psuje się samochód, którym Henryk Ruszczyc wiezie dla swojej ociemniałej rodziny posiłek i prezenty. Wokół ciemno i pusto. Długie majsterkowanie przy silniku nie daje rezultatu. Pan Ruszczyc wraz z kierowcą układają w workach ile tylko mogą udźwignąć i, zgięci pod ciężarem, idą do Surhowa. Wprawdzie późnym wieczorem, ale będzie opłatek i wigilijna ryba, a przede wszystkim gwiazdkowe prezenty. Sam je wręcza każdemu. A potem wspólne kolędowanie do późnej nocy" (Bronisław Kruczko). "Jeden z żołnierzy miał mieć ślub i wesele. Był zmartwiony, że na takich uroczystościach będzie musiał wystąpić w mocno sfatygowanym ubraniu. Więc zwrócił się do dyrektora Ruszczyca i powiedział: - Mam wesele, a mój garnitur nie jest w zbyt dobrym stanie. Może Pan by mi pożyczył swojego? A pan Ruszczyc odpowiedział: - Drogie dziecko, ja ci pożyczę, z całego serca, ale najpierw ty go obejrzyj! I żołnierz, jak obejrzał, to przekonał się, że jego garnitur jest cudowny w porównaniu z tym, w którym chodził pan Ruszczyc" (Kazimierz Lemańczyk). "Uregulowany tryb życia z pewnością sprzyjał postępom w szkoleniu. Ale któż lepiej niż pan Ruszczyc mógł zdawać sobie sprawę, że proces naszej rehabilitacji nie tylko od tych postępów zależy. Byliśmy przecież podwójnie dotknięci przez los i oprócz urazów związanych z utratą wzroku wynieśliśmy z wojny brak wiary w niejedną ludzką wartość. Przywrócenie zachwianej równowagi mogło nastąpić tylko w zetknięciu z ludźmi o psychice wolnej od tego rodzaju zahamowań, w tym też kierunku zmierzały starania pana Ruszczyca. (...) W soboty często odbywały się w naszej świetlicy wieczorki taneczne, nieraz brał w nich udział pan Ruszczyc, okazując się wspaniałym wodzirejem. Swą werwą i humorem potrafił wszystkich wprawić w beztroski nastrój. I tak oto, niewiadomo kiedy, wcale nie występowaliśmy w roli ubogich krewnych" (Kazimierz Siedlecki). Jednak przed ośrodkiem w Surhowie stawały nowe trudności. Przede wszystkim wyplatanie koszyków, którego tam uczono, nie dawało niewidomym żadnych właściwie perspektyw, gdyż było już zawodem przeżytym. Henryk Ruszczyc przyuczanie do tego zawodu traktował więc jako sprawę przejściową, a zarazem rodzaj ćwiczenia wyrabiającego sprawność manualną. Jednak coraz częściej myślał o stworzeniu nowego kierunku szkolenia. Innym problemem była ciasnota pomieszczeń oraz lokalizacja zakładu w okolicy rolniczej, z dala od ośrodków przemysłowych. Henryk Ruszczyc chciał przenieść ośrodek na inny teren, gdzie mógłby bez większych trudności skompletować fachową kadrę instruktorską, która umożliwiłaby szkolenie niewidomych w nowych zawodach i gdzie można by później zatrudnić ich w przemyśle i spółdzielczości pracy. Poza tym nowy obiekt powinien być przygotowany na przyjęcie około 100 inwalidów, podczas gdy w Surhowie nie mogło ich przebywać więcej niż 30. Wiosną i latem 1946 roku Henryk Ruszczyc prowadził w tej sprawie bardzo energiczne starania i wreszcie uzyskał pozwolenie przyjęcia dwóch pałacyków: w Głuchowie i w Jarogniewicach (okolice Poznania). Przeprowadzka nastąpiła już w sierpniu 1946 roku. "Kiedy pierwszego dnia pan Ruszczyc osobiście przydzielał nam miejsca w Głuchowie - wspomina Kazimierz Siedlecki - byliśmy olśnieni przestronnością i dostatkiem nowego zakładu, tak odmiennymi od skromniutkich surhowskich warunków. Już nie drewniane prycze i ogrodowe krzesła, ale prawdziwe meble tapczany, stoły, a nawet szafy, wszystko lśniące pod palcami nowoczesnością... Równie bogate było wyposażenie zakładu w pomoce naukowe. Z wielkim zaciekawieniem oglądaliśmy takie nie znane nam jeszcze przedmioty jak kubarytmy, wypukłe rysunki geometryczne czy mapy plastyczne". Wkrótce jednak Henryk Ruszczyc przekazał ośrodek szkoleniowy swemu następcy a sam objął w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej stanowisko doradcy do spraw rehabilitacji i szkolenia zawodowego niewidomych. Organizował w całym kraju kursy przysposobienia do pracy w przemyśle dla niewidomych, w porozumieniu z dyrektorami fabryk i zakładów produkcyjnych zapewniał inwalidom zatrudnienie, występował o przyznawanie kwater i funduszy, niezbędnych pomocy rehabilitacyjnych, pracował nad realizacją filmów instruktażowych. Oto jak wspomina okres współpracy z Henrykiem Ruszczycem - w późniejszych latach szef Urzędu Rady Ministrów - Janusz Wieczorek: "Henryk Ruszczyc jeździł po całej Polsce i jednał dla swojej idei dyrektorów fabryk i zakładów produkcyjnych, zarażając ich koncepcją zatrudniania ociemniałych, tworzył zasady szkolenia, inspirował inżynierów i techników, którzy z jego inicjatywy podejmowali się przystosowania maszyn i urządzeń do możliwości pracy ludzi dotkniętych nieodwracalnym kalectwem. Był w swoich działaniach nieustępliwy i konsekwentny. Okazywał jednak przy tym niezwykłą cierpliwość i takt, które jednały mu sojuszników. Potrafił przekonać nie tylko swoich podopiecznych o tym, że żadne kalectwo nie stoi na przeszkodzie w życiu zawodowym i społecznym, że jest to tylko kwestia stworzenia odpowiednich programów i stosowania właściwych metod. Potrafił przekonać do tego również kierownictwo resortu, działaczy. Budził Henryk Ruszczyc ludzkie sumienia i zarażał innych swoją wiarą". Działalność ta szybko przyniosła niespodziewane efekty: W 1950 roku już ponad 1000 niewidomych znalazło pracę w przemyśle państwowym. Tymczasem jednak Henryk Ruszczyc - przekonany, iż opracowane przez niego koncepcje organizacyjne i podjęte działania mogą być kontynuowane już bez jego bezpośredniego udziału - powrócił pod koniec 1948 roku do pracy w Laskach. Ponownie objął stanowisko kierownika internatu i dyrektora szkolenia zawodowego. Znów owocowała jego niezwykła umiejętność budowania głębokich, osobistych więzi z wychowankami. Do Lasek trafiali w tych latach ludzie ciężko okaleczeni, przerażeni nową sytuacją życiową, często rozgoryczeni i pełni rozpaczy, czasem zbuntowani przeciwko wszelkim normom moralnym świata, który przyniósł im tak trudny los. Henryk Ruszczyc potrafił dostrzec siły i możliwości drzemiące w każdym niewidomym, nawet najbardziej załamanym czy agresywnym, budził zaufanie, sprawiał, że ociemniały człowiek odzyskiwał poczucie własnej wartości. I temu właśnie nadrzędnemu celowi służyły wszystkie inicjatywy podejmowane przez Henryka Ruszczyca. Dzięki jego staraniom absolwenci 3-letniej szkoły zawodowej, za zgodą Państwowej Izby Rzemieślniczej, przystępują do egzaminów i ... zdobywają dyplomy mistrzowskie. Jednocześnie Henryk Ruszczyc energicznie zabiera się do rozbudowy i modernizacji warsztatów szkolnych. W 1955 roku powołał do istnienia dwa nowe oddziały: mechanicznej obróbki metali i drzewny. W cztery lata później ruszyła budowa nowych pomieszczeń, oddano do użytku kolejno: szczotkarnię, tapicernię, biura warsztatowe, nowocześnie wyposażone warsztaty drzewne i metalowe, a wreszcie - magazyny. W latach 1955-59 Henryk Ruszczyc organizował szkolenie zawodowe dla niewidomych amputantów, pierwsza grupa ociemniałych inwalidów bez rąk zdobyła zawód dziewiarza lub ślusarza - w zależności od uzdolnień i możliwości zatrudnienia. Laski - dzięki inicjatywie Henryka Ruszczyca - były wówczas jedynym miejscem, gdzie tak ciężko dotknięci przez los ludzie mogli zdobyć przygotowanie do samodzielnego życia i pracy zawodowej. Oto wspomnienia jednego z uczestników takiego specjalnego kursu - Wincentego Mierzejewskiego: "Gdy miałem 11 lat, na skutek wybuchu niewypału utraciłem oczy i obie ręce (...) W 1951 roku umieszczono mnie w zakładzie dla niewidomych w Jarogniewicach, gdzie przebywałem 3 lata (...) Pragnąłem się uczyć i czegoś w życiu dokonać. Każdy chciał mi jakoś pomóc, lecz po pewnym czasie stawał się bezradny wobec mojego podwójnego kalectwa i rezygnował (...) W 1954 roku dowiedział się o moich problemach pan Ruszczyc i wezwał mnie do Lasek. Przywitał mnie serdecznie a następnego dnia po moim przyjeździe zaprowadził mnie do warsztatu tkackiego, który był specjalnie przygotowany. Zacząłem próbować. Kiedy utkałem 10 cm płótna - pan Ruszczyc klepnął mnie w ramię i powiedział: "Będziesz, dziecko, pracować! Teraz musimy tylko załatwić różne formalności" (...) Ponownie przyjechałem do Lasek w styczniu 1955 roku. Zostałem zaopatrzony w specjalne końcówki do protez. Rozpocząłem naukę tkactwa. Szło mi coraz lepiej, moja praca była coraz wydatniejsza. Pan Ruszczyc obserwował moją robotę. Kiedyś usłyszałem jego radosny okrzyk: "Dzielny z ciebie zuch!" Poczułem, że wszystko najgorsze jest poza mną, a przede mną otwierało się nowe życie (...) W listopadzie 1959 roku razem z Antonim Buczkiem - również niewidomym amputantem - mieliśmy egzamin czeladniczy w Izbie Rzemieślniczej w Warszawie. Pan Ruszczyc sam nas odwiózł. Widząc, jak bardzo się denerwujemy, zagadywał nas, pocieszał, częstował papierosami, starał się oderwać nasze myśli od tego, co ma nastąpić. Egzamin udał się i dostaliśmy piątki. Pan Ruszczyc cieszył się ogromnie i mówił, że jest to pierwszy wypadek, by niewidomy bez obydwu rąk zdał tak pięknie egzamin". Jednak troska Henryka Ruszczyca o wychowanków nigdy nie kończyła się na tym, by dać im tylko kwalifikacje. Sprawą najważniejszą pozostawało przywrócenie inwalidy normalnemu życiu, stworzenie mu możliwości podjęcia samodzielnej pracy. Oto dalszy ciąg relacji Wincentego Mierzejewskiego: "W 1961 roku dowiedzieliśmy się z Antonim Buczkiem, że niestety, nie będziemy pracować w tkactwie, ponieważ wszystkie spółdzielnie tkackie rozwiązały się. Zdawało się, że nasza kariera skończona. Lecz i w tym wypadku przyszedł nam z pomocą pan Ruszczyc - i skierował nas na przeszkolenie metalowe, a po kilku tygodniach wysłał do Lublina pod opiekę Modesta Sękowskiego. Pracowaliśmy w tamtejszej spółdzielni przy obróbce metalu, potem przeszliśmy do działu elektrycznego (...) Chociaż byliśmy już w Lublinie, pan Ruszczyc ciągle się nami interesował, pisał, przyjeżdżał kilka razy, rozmawiał z panem Sękowskim o naszych sprawach". Tak było zawsze - wychowanek, który odszedł już z Lasek i rozpoczął samodzielne życie mógł zawsze liczyć na pomoc i życzliwe zainteresowanie ze strony swego opiekuna. Osobny rozdział w działalności Henryka Ruszczyca to patronowanie przy organizowaniu cepeliowskiej spółdzielni dziewiarskiej, gdzie praca nie ograniczałaby się do wykonywania prostych, mechanicznych czynności, lecz wymagałaby od niewidomych twórczego udziału i artystycznej inwencji. To z jego inicjatywy w Laskach w 1955 roku zostały zorganizowane dla niewidomych specjalne kursy, przygotowane i prowadzone przez Instytut Wzornictwa Przemysłowego. Uczniowie szybko przekonali się, że dziewiarstwo artystyczne jest dla nich dostępne. Ale to był właściwie dopiero początek. "Pozostała jeszcze jedna zasadnicza sprawa - relacjonuje Kazimierz Lemańczyk - sprawa przekonania innych o tym, że my, niewidomi, możemy pracę o takim charakterze wykonywać, a to Centralnego Związku Spółdzielczości Pracy, Cepelii, Ministerstwa Kultury i Sztuki, Ministerstwa Oświaty i innych instytucji. I tu rzeczywiście zaczęła się droga istnej męki dla pana Ruszczyca. Trzeba było wszędzie jeździć osobiście, przekonywać, dyskutować. Trzeba było tych ludzi do Lasek przywozić, organizować pokazy, bezpośrednio, naocznie ukazywać nasze możliwości". Lecz wreszcie przyszedł sukces: w październiku 1956 roku spółdzielnia Nowa Praca Niewidomych rozpoczęła swoją działalność. A w dwa lata później niczego nie przeczuwający Henryk Ruszczyc po wyjściu z gmachu spółdzielni... został zaproszony do stojącego przed budynkiem auta. Gdy wsiadł - dowiedział się, że samochód jest jego własnością. To dawni wychowankowie chcieli odwdzięczyć się za trud poniesiony przy organizowaniu ich spółdzielni i jednogłośnie postanowili - przy pierwszym podziale dywidendy - kupić samochód dla swego opiekuna. A był on Henrykowi Ruszczycowi bardzo potrzebny, gdyż niezmordowana aktywność wymagała od niego stałych podróży na trasie Laski - Warszawa, zaś chroniczna choroba płuc mocno nadwyrężała już jego siły. Mogłoby się wydawać, że Henryk Ruszczyc - w swej pasji organizatorskiej - był typowym człowiekiem czynu, pochłoniętym bez reszty tworzeniem, opracowywaniem i wcielaniem w życie coraz to nowych zamierzeń. I że - zaprzątnięty działaniami podejmowanymi na szeroką skalę - na nic więcej już nie znajdował czasu. Jednak tak nie było. Bo Henryk Ruszczyc zawsze na pierwszy plan stawiał konkretnego człowieka z jego indywidualnymi problemami, trudnościami i przeżyciami. Jakim cudem to serdeczne zainteresowanie sprawami każdego wychowanka nie przeszkadzało mu w podejmowaniu tak licznych i czasochłonnych zadań - pozostanie jego tajemnicą. Faktem jest, że nigdy nie pozwolił, by otoczyła go aura "zapracowanego działacza", który nie ma ani chwili czasu, by prywatnie porozmawiać, okazać swoją życzliwość, przyjaźń. Słowa serdecznej zachęty ze strony pana Ruszczyca niejednokrotnie pomagały niewidomym wychowankom nabrać odwagi, by zmierzyć się z nieprzezwyciężonymi, zdawałoby się, trudnościami i realizować swoje plany życiowe. Często bywało tak, że wszyscy wokół traktowali marzenia niewidomego chłopaka o tym, by ukończyć szkołę radiotechniczną czy też studia dziennikarskie jako naiwną mrzonkę a wszelkie zwierzenia na ten temat kwitowane były ironicznym śmiechem. Wtedy zjawił się Henryk Ruszczyc i jeśli był przekonany, że zdolności wychowanka pozwolą na taki eksperyment - dodawał otuchy w sposób, który sprawiał, że tamte kpiny i uśmieszki stawały się nieważne. A w efekcie chłopak, który musiał pokonać ogromne trudności, by móc uczyć się w technikum radiotechnicznym - kończył z powodzeniem wydział elektroniczny na Politechnice Warszawskiej, a inny, po ukończeniu studiów, zostawał redaktorem naczelnym przeznaczonego dla niewidomych czasopisma... Henryk Ruszczyc poważnie traktował swoich wychowanków. Potrafił z nich żartować, ale nigdy nie wyśmiewał. I nawet do malutkich dramatów potrafił odnosić się ze zrozumieniem. Oto kiedyś chłopak wiedziony pasją eksperymentatorską postanowił zrobić elektromagnez. W efekcie wysadził korki i cały internat został pozbawiony prądu. Przerażony winowajca ukrył się w ubikacji, skąd jednak został wyciągnięty i doprowadzony przed groźne oblicze dyrektora. I co usłyszał? - Serdeczne pytanie: Nic złego ci się nie stało? A gdy wyjaśnił motywy swojego postępowania - o karze nie było w ogóle mowy. Henryk Ruszczyc wraz ze swoim bliskim przyjacielem a zarazem długoletnim kierownikiem szkoły w Laskach - Zygmuntem Serafinowiczem potrafił znakomicie rozwiązywać niełatwe problemy wychowawcze, rozładowywać drażliwe sytuacje, interweniować w przypadkach, które wymagały dużego taktu i często równie dużego poczucia humoru. To oni obaj - pan Ruszczyc i pan Serafinowicz - byli zawsze mediatorami i rozjemcami, oni prowadzili "rokowania" z grupami "buntowników" protestujących przeciwko złemu wyżywieniu czy też domagających się zwolnienia z pracy jakiegoś wychowawcy. Często mówiono, że życzliwość Henryka Ruszczyca dla niewidomych ma dość ograniczony zasięg - obejmuje bowiem tylko chłopców i mężczyzn, podczas gdy dziewcząt dyrektor jakoby nie darzył sympatią; przebąkiwano coś o wpływie nie najlepszych doświadczeń z okresu młodości... Czy tak było naprawdę - trudno orzec, faktem jednak jest, że indywidualnymi losami dziewcząt Henryk Ruszczyc właściwie się nie interesował, choć oczywiście dbał o to, by niewidome w trakcie zajęć warsztatowych zdobywały te same umiejętności co ich koledzy. Jednak sprawie ich zatrudnienia nie poświęcił już właściwie uwagi. Można się tu zapewne dopatrzyć pewnego wpływu poglądów samej założycielki Lasek Matki Elżbiety Czackiej, która chyba nie dostrzegała ani potrzeby, ani możliwości przygotowywania niewidomych kobiet do samodzielnego życia poza Zakładem. Szkoleniem zawodowym niewidomych Henryk Ruszczyc kierował do września 1971 roku. Przez cały ten czas wiele starań poświęcał sprawie zatrudnienia niewidomych w dużych zakładach przemysłowych, gdzie mogliby oni znaleźć się w środowisku ludzi pełnosprawnych. Dużą wagę przywiązywał do tego, by niewidomi nie zasklepiali się w obrębie jakiejś wąskiej specjalności, by podnosili nieustannie swoje kwalifikacje, zdobywali nowe doświadczenia, wzbogacili wiedzę. "Wiedza jest podstawą aktywności społecznej i kulturalnej - podkreślał często - daje również niewidomym większą swobodę w wyborze pracy zawodowej i możliwości szerszego utrzymywania kontaktów z ludźmi". Nieustannie szukał też nowych możliwości pracy dla inwalidów wzroku: tapicerstwo, zabawkarstwo, wyrób pomocy szkolnych, elektromontaż. Nie miał łatwego życia. Bywało, że ludzie przypatrujący się jego działalności stukali się w czoło i nazywali go fantastą, niepoprawnym idealistą nie liczącym się z twardymi wymogami rzeczywistości. Jeśli owa rzeczywistość miała oznaczać zgodę na zbużenie życia niewidomego człowieka - to Henryk Ruszczyc rzeczywiście się z nią nie liczył. Jego usiłowania czasem kończyły się fiaskiem, jednak niepowodzenia wynikały nie tyle z niedopasowania profilu kształcenia do możliwości inwalidów wzroku, co raczej z niechęci i braki zrozumienia ze strony osób, które nie chciały zatrudniać niewidomych, czy też kontynuować szkolenia ich w niestereotypowych dziedzinach. Aby niezachwiana wiara Henryka Ruszczyca w możliwości niewidomych wytrzymała konfrontację z rzeczywistością, musiała napotkać na podobną wiarę we strony wszystkich tych, którzy w taki czy inny sposób mieli współpracować w dziele przywracania inwalidów wzroku normalnemu życiu. A oto było najtrudniej. I w Laskach, i poza nimi. W Laskach spora grupa ludzi wyrażała opinię, że niewidomy powinien wprawdzie nauczyć się zawodu, lecz zawsze, do końca życia pozostawać pod patronatem Zakładu - bo inaczej nie da sobie rady. Nie brakowało też osób, które koniecznie chciały się "poświęcać", nie przyjmując do wiadomości, że niewidomy nie jest "okazją" do praktykowania takiej czy innej cnoty, że pracować trzeba razem z nim, a nie tylko dla niego... W zakładach produkcyjnych nierzadko panował istny kult ekonomizmu, praca często zdegradowana była do roli czynnika pomnażającego wyłącznie materialne dochody. Trudno było wytłumaczyć, że winna ona służy wszechstronnemu rozwojowi człowieka i być źródłem jego afirmacji. Kto chce słuchać słów o ludzkiej godności, gdy gonią terminy i straszny plan? A przecież Henryk Ruszczyc nie zrażał się trudnościami, wciąż na nowo podejmował starania zmierzające do rozrzerzenia możliwości zatrudnienia niewidomych. W ostatnich latach życia przewlekała, chroniczna choroba układu oddechowego zmusiła go do pewnego ograniczenia aktywności. Ale nawet większość czasu przyszło mu już spędzać w niewielkim pokoiku przybudowanym do laskowskiej infirmerii, czy wręcz w łóżku - zawsze znajdował czas i siły, by interesować się losami swych niewidomych wychowanków. Utrzymywał z nimi bogatą krespondencję, przyjmował wizyty. W ostatnich miesiącach prawie zawsze była przy nim jego siostra Janina. W tym czasie Henryk Ruszczyc zaczął powracać myślą do tego co stanowiło - zdawałoby się - jakiś mało znaczący margines jego życia: do wspomnień związanych z okresem dzieciństwa i wczesnej młodości. Planował nawet wyjazd do Kijowa, chciał jeszcze raz zobaczyć swoje rodzinne miasto. Jednak stan zdrowia nie pozwolił mu już na zrealizowanie tego planu. Henryk Ruszczyc zmarł w Laskach 3 stycznia 1973 roku. Już w kilka miesięcy później zawiązał się Komitet Uczczenia Pamięci Dyrektora Henryka Ruszczyca grupujący jego wychowanków i współpracowników. Z inicjatywy komitetu przeprowadzona została m.in. akcja zbierania funduszy na budowę domu im. Henryka Ruszczyca. W 1980 r. dom ten - mieszczący się na terenie Zakładu w Laskach - został oddany do użytku, stanowiąc jakiś symboliczny wyraz pamięci o człowieku, który potrafił przywrócić niewidomym wiarę w ich własną wartość, umiał rozbudzić w nich inwencję, wyzwolić aktywność, otworzyć perspektywy twórczego, pełnego życia. Taki kapitał, wyniesiony z kontaktów z Henrykiem Ruszczycem, pozwalał odważnie zmierzyć się z trudnościami, pokonywać przeszkody, samodzielnie rozwiązywać problemy. I procentuje w niezliczonych sytuacjach. A pomagać w ten sposób innym, by budzić w nich to, co najcenniejsze, może tylko człowiek, który potrafi z szacunkiem i przyjaźnią traktować ludzi, z którymi przyszło mu związać swój los. "Pan Ruszczyc - to był człowiek utalentowany. Miał dar miłości. Miał dar przyjaźni i dzięki temu wiedział, kiedy trzeba być tolerancyjnym, a kiedy trzeba wymagać; kiedy trzeba być łagodnym, a kiedy podejść zdecydowanie i być srogim (...) Nietrudno jest pracować dla innych. Wielu mamy ludzi, którzy całe swoje życie poświęcili dla pewnej idei. Ale w postępowaniu pana Ruszczyca było zupełnie coś innego. Pan Ruszczyc nie poświęcał się - pan Ruszczyc niejako oddał się nam. Był naszym przyjacielem i potrzebował naszej przyjaźni" - te słowa jednego z niewidomych wychowanków chyba najpełniej oddają istotę i sens powołania, któremu Henryk Ruszczyc pozostał wierny przez całe życie. `pk `tc+ Władysław Gołąb.ă Doktor Ewa Grodecka `tc Herbem "Starykoń", według Kaspra Niesieckiego, pieczętowało się 14 rodów, a wśród nich i ród Grodeckich z Podola. "Koń powinien być biały z złotymi kopytami w polu czerwonym, wpół przepasany czarnym popręgiem szerokim, ogon do góry zadarty, noga przednia lewa, a tylna prawa, trochę od ziemi podniesione, właśnie jak bywa w biegu; na hełmie topór, końcem niższym jakby utopiony w koronie" - tak go opisuje Bielski, Paprosiecki. (1Ň) Początek tego herbu sięga wieku Xiv. Według "Wywodu rodowitości szlacheckiej urodzonych Grodeckich" z 11 października 1802 roku, Grodeccy herbem "Starykoń" posługiwali się od roku 1554. Nie dorobili się jednak fortuny - bądź to z faktu zamieszkiwania na terenach, które nader często ogniem i mieczem były nawiedzane, bądź z braku przyrodzonej zapobiegliwości - dość, że często chodzili po dzierżawach, nobilitacji swej dowodząc gruntowanym przygotowaniem zawodowym i przywiązaniem do Ojczyzny. Żeby dobrze zrozumieć, kim była i dlaczego była taką, a nie inną dr Ewa Grodecka, trzeba nieco miejsca poświęcić jej rodzicom: Józefowi Grodeckiemu i Katarzynie z domu Stempkowskiej. "Józef Grodecki urodził się 10 października 1870 roku we dworze wsi Miasjłówka, której folwark miał w dzierżawie dziad i ojciec" - pisze Agnieszka Jadwiga Grodecka. "Była to parafia rzymsko-katolicka w Bohusławiu, powiecie kniowskim gubernii kijowskiej - dziś tereny Ukraińskiej Republiki Radzieckiej". W roku 1895 ukończył Wydział Matematyczno-Przyrodniczy Uniwersytetu Kijowskiego. W tym też roku ożenił się z Katarzyną Stempkowską, studentką wyższego kursu Szkoły Muzycznej w Kijowie. W roku 1897 Grodecki wraz z rodziną przeniósł się do Warszawy. Tu podjął dalsze studia na Politechnice. Józef Grodecki należał do ludzi o wielu zamiłowaniach. Niewątpliwie głównym była praca pedagogiczna. Był nauczycielem w szkołach Zgromadzenia Kupców, dyrektorem w Gimnazjum Kreczmara w Warszawie, członkiem Koła Wychowawców, współorganizatorem Związku Nauczycielstwa Polskiego, a od roku 1917 - wizytatorem szkół średnich w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, następnie w Kuratorium Warszawskim. Walczył o szkołę polską, w roku 1905 był redaktorem Kuriera Codziennego. Za działalność polityczną aresztowany, przesiedział 3 miesiące na Pawiaku. Jego wielkim umiłowaniem była także praca przyrodnicza. W roku 1911 nabył rżysko na terenie Utraty (2Ň) (obecny Piastów pod Warszawą). Po kilku latach zmienił je w uroczy zakątek, który zachwycał najwybredniejszych znawców pięknem zieleni, kwiatów i drzew, niestety w roku 1953 zrównany z ziemię pod tereny fabryczne. Przez całe życie Józef Grodecki był także człowiekiem pióra. pisał wiersze, dramaty, powieści (3Ň). Za poniesione zasługi został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Niepodległości oraz Odznaką za Walkę o Szkołę Polską. Zmarł w Piastowie, 16 marca 1963 roku. Z kolei matka Ewy Grodeckiej, Katarzyna Stempkowska, urodziła się 18 maja 1873 roku w Ługańsku (4Ň) - gubernia Ekaterynosławska. Ojciec Katarzyny, Ludwik Stempkowski (5Ň), za udział w powstaniu styczniowym został skazany na 12 lat katorgii. Po 9 latach zwolniony, musiał osiedlić się na terenie guberni ekaterynowskiej. "Podstawą mego wychowania - pisze Katarzyna, matka Ewy - były tradycje powstań i orężnego w nich udziału w 1831 r. obojga moich dziadostwa Stempkowskich, a w 1863 r. ojca mego i kilku członków rodziny matki (...). Od 17 lat życia, odwiedzając Kijów, stykałam się z gronem ideowej młodzieży akademickiej, co nadawało kierunek moim myślom i dążeniom". Po przeniesieniu się Józefa i Katarzyny Grodeckich do Warszawy, wpadli oni w nurt życia ugrupowań lewicowych. Pisze o tym dalej: "Jako sympatycy PPS braliśmy wówczas żywy udział w życiu partii, witając co dzień u siebie jej głównych przywódców, to transporty "bibuły" i rzesze "dromaderek" (6Ň) z ich niezapomnianą naczelniczką Paszkowską" (7Ň). Po pierwszej wojnie światowej Katarzyna Grodecka rzuciła się w wir pracy pedagogicznej na rzecz dorosłych, nie rezygnując z działalności patriotycznej i społecznej. Prowadziła sekcję opieki nad rodzinami legionistów. Była członkiem Zarządu Naczelnego Ligi Kobiet. Działając początkowo w ramach Centralnego Biura Oświaty dla Dorosłych, przekształconego później w Instytut Oświaty Dorosłych, zmuszona była sama przygotowywać odpowiednie podręczniki (8Ň). Brak tu miejsca na wymienienie wszystkich form działalności Katarzyny Grodeckiej. Za zasługi była odznaczona - Krzyżem Niepodległości, Złotym Krzyżem Zasługi, Srebrnym Wawrzynem Akademickim Polskiej Akademii Literatury oraz Odznaką za Walkę o Szkołę Polską. Katarzyna Grodecka zmarła 22 stycznia 1966 roku i została pochowana obok męża, w grobowcu rodzinnym na Powązkach. W takiej to rodzinie dnia 15 lutego 1904 roku w Warszawie przyszła na świat Ewa-Konstancja Grodecka, jako trzecia z sześciorga dzieci Katarzyny i Józefa. Już z mlekiem matki wyssała umiłowanie ojczyzny i ofiarność społeczną. W tym domu, przez który przewijały się dziesiątki ludzi zaangażowanych w pracę wyzwoleńczą, gdzie dyskutowano o sprawach publicznych, gdzie nie było ludzi "letnich", mała Ewa stawiała pierwsze kroki w bogaty świat życia politycznego, społecznego i naukowego. Nie miała jeszcze dwóch lat, gdy przeżyła aresztowanie ojca. Mając osiem lat przeniosła się wraz z rodzicami z pełnego ludzi mieszkania warszawskiego do cichego ustronia w podwarszawskiej Utracie. Mimo to dom był ludny. Wraz z rodzicami przeniosła się babcia, Konstancja Stempkowska i pięcioro rodzeństwa: najstarsza Hanna, Jerzy, Agnieszka-Jadwiga, Adam i jednoroczny Maciej. Chyba te dwa następne lata były najradośniejsze w życiu Ewy, bo już w roku 1914 trzeba było uchodzić do Warszawy. Po roku powrócono do Utraty. Jednak czas wojny nie sprzyjał radościom. Rodzice więcej czasu spędzali w Warszawie, zajęci wielkimi sprawami, a Ewa się uczyła. W roku 1922 ukończyła Państwowe Gimnazjum im. Emilii Plater przy ul. Mazowieckiej 11. Studia wyższe podjęła na Polonistyce Uniwersytetu Warszawskiego. Na dalsze studia przeniosła się jednak do Lwowa, gdyż w Warszawie brak było specjalizacji z zakresu historii wychowania. Studia zakończyła w roku 1931, broniąc rozprawy doktorskiej na temat: "Ruch oświatowy w Wielkim Księstwie Poznańskim w świetle czasopism polskich". Dr Ewa Grodecka miała w swoim życiu trzy pasje. Pierwsza z nich to harcerstwo. Poświęciła mu przeszło ćwierć wieku, zyskując stopień harcmistrza. W roku 1921, po ukończeniu kursu drużynowych, zorganizowała piętnastą żeńską drużynę harcerską w Warszawie oraz drużynę w Utracie pod Warszawą. O pasji tej bardzo skrótowo i skromnie pisze sama Ewa Grodecka: "Od roku 1921 do 1938 pełniłam kolejno lub łącznie obowiązki drużynowej, hufcowej, komendantki Chorągwi Mazowieckiej Harcerek, zastępczyni komendantki Harcerskiej Szkoły Instruktorskiej, kierowniczki Wydziału Organizacyjnego Głównej Kwatery Harcerek, zastępczyni Naczelniczki Harcerek, członka Rady Naczelnej ZHP. Byłam wieloletnią redaktorką pisma instruktorskiego i broszur, autorką artykułów, programów, instrukcji i prac drukowanych. Prowadziłam liczne obozy i kursy instruktorskie". Harcerstwu dr Ewa Grodecka poświęciła kilka obszernych prac, publikowanych w latach trzydziestych i po wojnie: - "Ćwiczenia i gry" - praca zbiorowa Ewy Grodeckiej i Jadwigi Zwolakowskiej - Warszawa 1930; - "Tropem zastępu Żurawi" - Katowice, 1933; - "Rzeka" - Katowice 1935; - "Nasze siostry, nasze patronki" - Warszawa 1937; - "Nasze prawo, przyrzeczenie i pozdrowienie" - Warszawa 1937; - "O metodzie harcerskiej i jej stosowaniu - dla starszego harcerstwa, przyjaciół harcerstwa, wychowanków" - materiały do historii w czterech częściach - Warszawa, lata 1937-1938; - "Organizacja harcerek w latach 1939 - 1945" - praca zbiorowa - Warszawa 1965. Warto w tym miejscu dodać, że praca Grodeckiej "O metodzie harcerskiej i jej stosowaniu ..." była wznowiona w Londynie, w roku 1943, jako pierwsza z cyklu najcenniejszych prac dotyczących harcerstwa polskiego (trzecie wydanie w roku 1974 - Londyn). Druga pasja Ewy Grodeckiej - to służba Ojczyźnie. Rodzice jej walczyli o polską szkołę, o Ojczyznę wolną i niepodległą. Ona również gotowa była w obronie Polski oddać swe życie. Słowa te nie zawierają pustej deklaracji, ale udokumentowane są bogatą jej działalnością. W latach 1929 - 1939 pracowała w Przysposobieniu Kobiet do Obrony Kraju. Między innymi była kierowniczką wydawnictw. W okresie okupacji hitlerowskiej działała w Pogotowiu Harcerek. W czasie Powstania Warszawskiego w stopniu kapitana, pełniła funkcję zastępcy szefa wojskowej służby kobiet w Komendzie Głównej Armii Krajowej. Posługiwała się pseudonimem "Magda". Dr Ewa Grodecka niechętnie mówiła o swej działalności wojskowej. Z wewnętrznego przekonania była pacyfistką. Walkę z okupantem traktowała jako zło konieczne, bo tylko ta droga prowadziła do wolności i niepodległości ukochanej Ojczyzny. Z okresu powstania więcej mówiła o swych dziewczętach z internatu na 6 Sierpnia niż o akcjach zbrojnych. Dziewczęta te wyprowadziła z płonącej Warszawy, gdy powstanie upadło. I wreszcie trzecia pasja - praca naukowa. Początków jej należy szukać jeszcze w okresie lwowskim, kiedy to zbierała materiały do pracy doktorskiej. Już z tej pracy można poznać jej warsztat naukowy. Dla dr Grodeckiej syntetyczne wnioski stanowią wypadkową z analitycznych przesłanek zaczerpniętych z materiałów źródłowych. Metodzie tej była wierna we wszystkich pracach o charakterze historycznym. Dr Ewa Grodecka była jednak przede wszystkim wielkim społecznikiem - a naukowiec o takim zacięciu pragnie, aby nauka służyła ukochanej sprawie, stąd u niej powiązanie nauki z działalnością praktyczną. Okres dwudziestolecia międzywojennego, to głównie harcerstwo. Dlatego wszystko, co napisała w tym czasie, wiązało się z harcerstwem. Pracą o trwałym znaczeniu, było "Pierwsze ćwierćwiecze harcerstwa żeńskiego". Całość ukazała się w czterech częściach. Pierwszy tomik obejmuje historię harcerstwa żeńskiego za lata 1911 do 1914 (Warszawa 1937 r., wydawnictwo "Na topie" str. 159 plus mapa). We wstępie dr Grodecka napisała: "Ta książka nie jest historią harcerstwa, lecz tylko po raz pierwszy opublikowanymi materiałami do historii". Pierwszy tomik historii obejmuje następujące tytuły: "Poprzednicy" - w rozdziale tym nawiązuje jeszcze do Filaretów i Filomatów, "Inicjatorzy", "Skauting żeński - Galicja 1911 - 1914", "Kongresówka 1911 - 1914", "Wilno 1912 - 1918", "Wielkopolska 1912 - 1918" i "Na Rusi 1913 - 1914". Całość autorka zamknęła wykazem drużyn i miejscowości, w których drużyny te działały. Pozostałe trzy tomiki oznaczone są wspólnym tytułem "Służba wojenna" i ukazały się w Warszawie, w roku 1938 (tom drugi, str. 152 plus mapa; tom trzeci, str. 145 plus mapa i tom czwarty, str. 90 plus mapa). W tych trzech tomikach dr Grodecka ukazuje lata walki od roku 1914 do 1921. Między innymi opisuje udział harcerek w obronie Lwowa; pisze o drużynach polskich harcerek w Kijowie, Mińsku, Odessie, Moskwie, Petersburgu, a nawet o tzw. "Hufcu syberyjskim". Całość kończą arcyciekawe informacje o udziale harcerek w walce o polski Śląsk (sprawa cieszyńska). Żaden rzetelny badacz historii polskiego harcerstwa nie powinien pominąć pracy dr Grodeckiej. Stanowi ona jedno z pierwszych opracowań, ukazujących harcerstwo polskie w okresie jego powstawania. Wbrew skromnej ocenie własnej autorki, jest to syntetyczne ujęcie zagadnienia z dużą dozą obiektywizmu. Wiele zebranych przez Ewę Grodecką informacji stanowi dziś jedyny materiał źródłowy, gdyż inne zaginęły. Na początku lat siedemdziesiątych Związek Harcerstwa Polskiego zwrócił się do dr Ewy Grodeckiej z propozycją opracowania dalszej historii harcerstwa polskiego. Dr Grodecka propozycję przyjęła, ale zdążyła opracować zaledwie część materiałów (w maszynopisie). Kontynuacją zainteresowań historycznych dr Grodeckiej była wydana w roku 1960 "Historia niewidomych polskich w zarysie". Praca ta dziś stanowi fundamentalne dzieło dotyczące przeszłości niewidomych w naszym kraju. Autorka zgromadziła w nim mnóstwo informacji zaczerpniętych z dokumentów, prac rękopiśmiennych, druków ulotnych, listów oraz relacji ustnych. W bibliografii przytacza, nie licząc prasy, kilkadziesiąt źródeł drukowanych. W tekście bardzo często oddaje głos autorom przytaczanych źródeł lub bezpośrednim świadkom, składającym relacje ustne. Ta metoda pisania historii jest nam dobrze znana z popularnych książek Stanisława Szenica czy Mariana Brandysa. Ze wstępu redakcyjnego dowiadujemy się, że "Historia niewidomych polskich" stanowi pierwszą część książki pt. "Niewidomi, ich przygotowanie do życia i pracy", którą ma opracować Centralny Ośrodek Tyflologiczny na podstawie badań przeprowadzanych z udziałem wszystkich okręgów Związku oraz licznych współpracowników niewidomych i widzących. We wstępie autorskim dr Ewa Grodecka przypomina warunki historyczno-polityczne, w jakich żyli i działali polscy niewidomi. Uwagi wstępne kończy słowami: "Z przyczyn polityczno-społecznych zatem, rozwój sprawy niewidomych w Polsce musiał mieć charakter swoisty, bo odmienny w każdym zaborze, opóźniony w stosunku do państw zachodnich, dwukrotnie zniwelowany przez poważne straty w ludziach i ciężkie zniszczenia wojenne. Dlatego przeszłość sprawy niewidomych polskich rozpatrywać musimy w trzech odrębnych okresach: 1Ň) do roku 1918, 2Ň) od roku 1918 do 1945 i 3Ň) od roku 1945". Uwzględniając podział na trzy kresy, dr Grodecka z ogromną skrupulatnością przedstawia historię wszystkich instytucji szkolnych, organizacji niewidomych oraz organizacji działających na rzecz niewidomych. Najstarszą placówką szkolną w Polsce jest Instytut Głuchoniemych i Ociemniałych w Warszawie, a najstarszym stowarzyszeniem niewidomych - Towarzystwo Niewidomych Muzyków w Warszawie. Pisząc o organizacjach niewidomych wprowadza rozróżnienie na ociemniałych żołnierzy i niewidomych cywilnych. Ociemniali żołnierze zjednoczyli swą działalność w jednym ogólnopolskim związku jeszcze w latach dwudziestych, gdy tymczasem niewidomym cywilnym udało się ideę tę zrealizować dopiero w roku 1946. Ogromną wartość w pracy dr Grodeckiej stanowi krytyczna ocena poszczególnych działań ludzi i organizacji. Między innymi bardzo klarownie przedstawia różnicę koncepcji Związku u doktora Dolańskiego i majora Wrzoska. "Historia niewidomych polskich" dr Ewy Grodeckiej spotkała się z poważną krytyką. Żyło jeszcze zbyt wielu ludzi, których jej ocena bezpośrednio dotykała. Dr Grodecka nie należała do ludzi gotowych w imię "świętej zgody" w słowa lub w piśmie rozmijać się z prawdą. W "Historii niewidomych polskich" nie brak błędów i pominięć, jak w każdej tego typu pracy nowatorskiej, budowanej od podstaw. Błędy i pominięcia usunęłaby w drugim wydaniu "Historii", ale niestety, do tego nie doszło. Gdyby nawet dr Grodecka w swoim życiu nic więcej nie napisała, to i tak tą pracą trwale zapisałaby się na liście wybitnych historyków polskich. Drugi nurt działalności naukowej Ewy Grodeckiej sięga lat czterdziestych, kiedy to nawiązała kontakt z profesorem Janem Mazurkiewiczem (9Ň), zafascynowana jego metodą psychologiczną. Opracowała wówczas filozoficzną teorię - teorię procesu powszechnego - przedstawioną w pracy "Ku przodowi i ku górze". Praca pozostała w maszynopisie, po śmierć autorki zdeponowana w Polskiej Akademii Nauk. Dr Grodecka zebrała w niej wartościowe materiały życiorysowe i przedstawiła je w rozwoju historycznym. Ubolewała, że nie może znaleźć oficyny wydawniczej, która zechciałaby opublikować to dzieło. Wydawców przypuszczalnie odstraszał rozmiar pracy (około 400 stron maszynopisu), trudny język oraz niepopularność teorii. Należałem do nielicznych osób, które pracę tę przeczytały w całości. Zachęcałem autorkę do pewnych skrótów i zmian, ale nie wyraziła zgody. Po raz pierwszy Ewa Grodecka swoją teorię powszechnego rozwoju zaprezentowała publicznie na konferencji tyflologów w Muszynie, w styczniu 1958 roku. Krytyczne przyjęcie referatu stało się przyczyną tego, że główną uwagę zwróciła na prace naukowe o znaczeniu praktycznym. Był to trzeci nurt jej działalności naukowej, po historycznym i filozoficzno-historycznym. "Żyjemy w czasach, które przyjęły zasadę, że każda działalność praktyczna musi opierać się na podbudowie naukowej" - pisała w roku 1957 w zeszycie "Sprawa niewidomych". W naszym Związku długo lekceważyliśmy tę zasadę i woleliśmy popełniać liczne i poważne błędy niż uznać konieczność wiązania naszych spraw z wiedzą o nich i wysnuwania wniosków z naszych licznych doświadczeń". Dr Ewa Grodecka była inicjatorką podbudowania nauką działalności praktycznej Związku. Zdaniem ówczesnego prezesa Zarządu Głównego Polskiego Związku Niewidomych, Mieczysława Michalaka. "Dr Ewa Grodecka jako pierwsza w Polsce dała teoretyczno-naukowe podstawy pod rehabilitację podstawową i społeczną. Jej działalność naukowa umożliwiła Związkowi uruchomienie Ośrodka Rehabilitacji Podstawowej w Warszawie przy ul. Sapieżyńskiej i Konwiktorskiej a następnie powołanie Ośrodka Rehabilitacji Podstawowej i Zawodowej w Chorzowie". Z inspiracji dr Grodeckiej powstał w końcu 1956 roku Ośrodek Tyflologiczny przy Zarządzie Głównym PZN, przekształcony w roku 1957 w Centralny Ośrodek Tyflologiczny, który według słów organizatorki miał być "naukową placówką usługową dla działalności Polskiego Związku Niewidomych i Związku Spółdzielni Niewidomych". Dr Grodecka sprzyjała idei, aby Centralny Ośrodek Tyflologiczny z czasem został przekształcony w instytut naukowy, skupiający myśl twórczą zarówno samych niewidomych, jak i naukowców widzących, działających na rzecz niewidomych. 26 czerwca 1957 roku odbyła się narada polskich tyflologów, która określiła zasady dalszej pracy. Na posiedzeniu Prezydium Zarządu Głównego Polskiego Związku Niewidomych, 16 października 1957 roku powołano Komisję Tyflologiczną Zarządu Głównego, którą uchwałą z 12 lutego 1958 roku przekształcono Radę Tyflologiczną. W skład Rady weszli: przewodniczący - dr Włodzimierz Dolański, zastępca przewodniczącego - Stanisław Żemis, sekretarz - dr Ewa Grodecka oraz członkowie: inż. Tadeusz Biernacki, adw. Władysław Gołąb, dr Stefan Gruszecki (10Ň), dyr. Stefan Łopatto (11Ň), dyr. Henryk Ruszczyc i kpt. Jan Silhan. Dr Grodecka była "motorem napędowym" Rady, potrafiła znaleźć wspólny język z członkami Rady. Każdy miał swoją sferę zagadnień za którą odpowiadał. Działalność dr Ewy Grodeckiej jako inspiratora, organizatora i koordynatora prac tyflologicznych Polskiego Związku Niewidomych spotkała się z krytyką, głównie ze strony władz nadrzędnych. Zarzucano jej brak właściwych kwalifikacji. Z żalem pisze ona o tym do przewodniczącego Zarządu Głównego, w piśmie z 25 stycznia 1961 roku: "Historyczną metodę badań ugruntowaną pod kierunkiem profesorów Stanisława Łempickiego i Juliusza Kleinera, stosuję od bardzo wielu lat, zajmując się problemami dalszego, lecz na przeszłości opartego rozwoju człowieka w społeczeństwie. Od blisko ośmiu lat badania prowadzone równocześnie z pracą organizacyjną przeniosłam na płaszczyznę zagadnień niewidomych, co w wyniku musiało mi dać znajomość problemów tyflologicznych. (...) Lata mojej pracy w Polskim Związku Niewidomych (...), dzięki takiej podbudowie (...) i kierunkowie dr Dolańskiego, ośmielam się uważać za okres specjalistycznego studium tyflologicznego. Wyniki jakie zdołałam osiągnąć, mogą określić: dr Dolański i prof. dr Starkiewicz, pod których kierunkiem, z ramienia Komisji Kompensacji Czynności Narządów Zmysłów w Wydziale Nauk Medycznych PAN, w latach od 1958 do 1960 zorganizowałam i wykonałam pracę badawczą na temat rehabilitacji inwalidów wzroku". Nieporozumienia jednak nie ustały. W połowie 1962 roku dr Ewa Grodecka wypowiedziała umowę o pracę. Współpracowała jeszcze przez następne dwa lata ze Związkiem, ale po zmianie w roku 1964 na stanowisku przewodniczącego Zarządu Głównego i ten kontakt urwał się całkowicie. Na początku 1965 roku został też ostatecznie zlikwidowany Centralny Ośrodek Tyflologiczny. Zaniechano również wydawania zeszytów "Sprawa niewidomych". Prezes Mieczysław Michalak powiedział między innymi: "Składam dr Grodeckiej głęboki hołd za jej wiedzę, zaangażowanie i to wszystko, co dała polskim niewidomym. Wyrzucam sobie, że nie potrafiłem jej obronić przed atakami naszych działaczy, szczególnie tych, którzy swą pozycję społeczną zawdzięczali nie walorom osobistym, ale układom, demagogii lub politycznej pozycji. Dr Grodecka odeszła ze Związku nie dlatego, że atakowali ją przedstawiciele jednostek nadzorujących działalność Związku, ale dlatego, że nie znalazła zrozumienia wśród wielu liczących się niewidomych". Niezwykle twórczym okresem działalności naukowej Ewy Grodeckiej były lata 1957 - 1964, kiedy to zajęła się wyłącznie problematyką niewidomych. Wydała w tym czasie 9 zeszytów "Sprawy niewidomych", w tym podwójny zeszyt 7-8 o objętości 191 stron, zawierający wyżej już omówioną pracę "Historia niewidomych w zarysie". Z pozostałych prac dotyczących niewidomych należy wymienić: - "Społeczna i zawodowa rehabilitacja niewidomych. Sytuacja na terenie Warszawy i województwa warszawskiego w roku 1958" - Warszawa 1959 (stron 97 - maszynopis); - "Niewidomi i ich przystosowanie do życia i pracy". Część druga. Sytuacja w zakresie rehabilitacji niewidomych na terenie całej Polski i poszczególnych województw według stanu z roku 1958ż8ş59 w świetle cyfr - Warszawa 1960 (stron 88, tablic 19 - maszynopis powielany); - "Z zagadnień niewidomych i źle widzących". Część I-Iii - Warszawa 1962 (łącznie stron 360 - maszynopis); - "Niewidomi wśród widzących" - Warszawa 1964 (stron 132 - maszynopis); - "Niewidomi dawniej i dziś" - Warszawa 1964 (stron 139 - maszynopis); - "Rehabilitacja niewidomych" - Warszawa 1964 (stron 104, tabele porównawcze - maszynopis). Nawet szkicowe omówienie wszystkich tych prac wymagałoby odrębnego studium, ograniczę się zatem jedynie do kilku krótkich informacji, co ta bogata spuścizna zawiera. "Społeczna i zawodowa rehabilitacja niewidomych. Sytuacja na terenie Warszawy i województwa warszawskiego w roku 1958". Praca zakończona jest postulatami kierunkującymi dalszą działalność na odcinku rehabilitacji. We wstępie czytamy między innymi: "Obojętność trwa. Robotnik, chłop czy inteligent wychodzący ze szpitala po utracie wzroku oddawany jest u nas beztrosko rodzinie i samemu sobie na łaskę i niełaskę przypadku, bez drogowskazu, bez zaprawy do życia w warunkach bezwzrokowych, bez odbudowania zrujnowanych wielokrotnie perspektyw przyszłościowych". Rozwiązanie może dać, zdaniem dr Grodeckiej, stworzenie ośrodka rehabilitacji podstawowej, który powinien prowadzić Polski Związek Niewidomych. Celem opracowania jest przekonanie społeczeństwa o niezbędności powołania takiego ośrodka. Autorka przebadała akta osobowe 1.200 członków Związku z terenu Warszawy i województwa warszawskiego. Na tę liczbę niewidomych tylko 160 członków przeszło przez zakłady wychowawcze i szkoły specjalne. Ewa Grodecka kolejno omawiała: wyniki rehabilitacji Zapoczątkowanej w zakładach wychowawczych i szkołach specjalnych dla dzieci niewidomych; wyniki rehabilitacji zapoczątkowanej w zakładach szkolenia zawodowego dla dorosłych niewidomych i ociemniałych; skupiska społeczne i zawodowe niewidomych i ociemniałych, jako zastępcze ośrodki rehabilitacyjne; zatrudnianie niewidomych wśród widzących jako zastępcza forma rehabilitacji; dzielność jako czynnik rehabilitacji samodzielnej; ocena sytuacji na terenie Warszawy i województwa warszawskiego w porównaniu z innymi województwami. Pisząc o zakładach wychowawczych i szkołach specjalnych, przedstawiła autorka historię powstania Instytutu Głuchoniemych i Ociemniałych, Zakładu dla Niewidomych w Laskach oraz Zakładu Ciemnych we Lwowie. Ocenia walory rehabilitacyjne tych zakładów, informuje w jakich zawodach wychowankowie są zatrudnieni, jaka jest ich sytuacja rodzinna. Zapowiada ponadto dalsze prace badawcze dotyczące rodzinnych budżetów niewidomych, sytuacji małżeństw dwojga niewidomych, niewidomych z widzącymi, sytuacji niewidomych na wsi itp. "Rehabilitacja niewidomych". Praca ta nie stanowi rozwinięcia poprzedniej, ale jej uzupełnienie. Bazuje na materiale statystycznym z lat 1959ż8ş60. Znajdziemy w niej, między innymi, omówienie następujących problemów: sytuacja w zakresie rehabilitacji niewidomych i słabowidzących w Polsce; poradnictwo rehabilitacyjne podczas okulistycznego leczenia szpitalnego; zakłady rehabilitacyjne dla dorosłych niewidomych za granicą. Głównym walorem tej pracy jest przedstawienie materiałów porównawczych z Polski i innych krajów. Autorka przytacza informację z kilkunastu krajów europejskich. Praca ta przygotowywana była w latach sześćdziesiątych i oddana w roku 1964, a zatem pod koniec działalności dr Grodeckiej w Związku. W źródłach zawiera wykaz opracowań przyczynkowych z minionych lat, które wyszły bezpośrednio spod pióra dr Grodeckiej lub były przez nią kierowane. Daje to obraz i zakres prac, jakie pozostawiła po sobie w Centralnym Ośrodku Tyflologicznym. I jeszcze jedna praca, którą chcę zaprezentować w niniejszym szkicu - "Niewidomi wśród widzących", również sygnowana rokiem 1964. Znajdziemy tam informacje dotyczące następujących tematów: sytuacja niewidomych w ciągu wieków i współcześnie; niewidomi w świecie według danych z lat 1956-59; niewidomi i słabo widzący w Polsce Ludowej; program Światowej Rady Pomocy Niewidomym (życie, współżycie, praca, wychowanie i nauka); sytuacja niewidomych w Związku Radzieckim; uprawnienia przysługujące niewidomym w Polsce; życie niewidomych w środowisku naturalnym; udział niewidomych w przekształcaniu środowiska naturalnego; Polski Związek Niewidomych, Związek Spółdzielni Niewidomych i spółdzielnie, jako środowiska specjalne dla dorosłych niewidomych. W rozdziale przedstawiającym niewidomych w liczbach, dr Grodecka między innymi pisze: "Światowa Organizacja Pomocy Niewidomym (OMPSA) (12Ň) przedstawia w swych komunikatach te same liczby, lecz w zaokrągleniu, określając ilość niewidomych na około 10 milionów, liczbę mieszkańców wsi na około 7 milionów, liczbę dzieci na około 650 tysięcy, z czego tylko 40 tysięcy uczy się w szkołach specjalnych". Największą liczbę niewidomych posiadają Azja i Afryka. W rozdziale poświęconym udziałowi polskich niewidomych w przekształcaniu środowiska naturalnego przytacza dr Grodecka szereg interesujących danych biograficznych, dotyczących Stanisława Bukowieckiego i Januarego Kołodziejczyka. Praca ta jest niezwykle przydatna dla ludzi tylko marginesowo znających życie i pracę niewidomych. Wprawdzie zawarte w niej dane liczbowe, niestety, w dużym stopniu straciły na aktualności, ale wnioski nadal są aktualne. Dr Ewa Grodecka nie ograniczała się wyłącznie do pracy naukowej, na rzecz niewidomych działała także jako publicystka. Pisała na łamach prasy związkowej oraz pism specjalistycznych innych instytucji, interesujących się problematyką związkową. W roku 1960 brała udział w obradach międzynarodowej konferencji w Lipsku, poświęconej sprawom niewidomych. Na konferencji tej wygłosiła referat, opublikowany w materiałach sprawozdawczych. Dr Ewa Grodecka odeszła od spraw niewidomych z żalem. Należała do ludzi, którzy nie potrafią żyć połowicznie. Wszystko, co robiła, czyniła z gorącego serca, z pełnym zaangażowaniem. Nie potrafiła inaczej. Na swą rehabilitację w Związku musiała czekać pięć lat. W roku 1969, za zasługi w pracy na rzecz niewidomych, otrzymała Złotą Odznakę Honorową Polskiego Związku Niewidomych. `ty * * * `ty Harcerstwo, służba Ojczyźnie i praca naukowa, to trzy pasje dr Ewy Grodeckiej. Była jednak i praca zawodowa, która w dużym stopniu pokrywała się z tymi pasjami. W domu rodziców Ewy Grodeckiej nigdy się nie przelewało. Trzeba było dużego talentu, aby starczyło na najskromniejsze potrzeby dnia powszedniego. Dlatego Ewa, jeszcze jako uczennica Gimnazjum im. Emilii Plater, udzielała płatnych korepetycji. Po maturze pracowała zarobkowo na kursach dla dorosłych, w redakcji czasopism dla młodzieży "Iskry" oraz prowadziła kolonie dla dzieci. W latach 1931-1932 była nauczycielką w seminarium nauczycielskim w Końskich, w województwie kieleckim. W latach 1932-1935 była instruktorką w Harcerskiej Szkole Instruktorskiej na Buczu. (13Ň) Do wybuchu drugiej wojny światowej poświęciła się niemal wyłącznie działalności wydawniczej oraz pracy społecznej. Od października 1939 r. kierowała domem dla Dzieci Ofiar Wojny w Skolimowie a od stycznia 1942 r. aż do końca wojny, prowadziła internat dla dziewcząt w Warszawie przy ul. 6 Sierpnia 16. Po powstaniu, wraz z dziewczętami, przybyła do Pruszkowa a następnie wyjechała do Krakowa. W podwawelskim grodzie w roku 1945 pełniła funkcję kierowniczki internatu dla młodzieży. Lata 1946-1953 to okres, o którym dr Grodecka wspominała niechętnie. Z jej ankiety osobowej dowiadujemy się, że pracowała w różnych prewentoriach na terenie opolszczyzny i koło Otwocka. Był to czas, kiedy wolała nie mówić o swojej przeszłości harcerskiej i działalności w Armii Krajowej. Pamiętam, że jeszcze w latach sześćdziesiątych irytowały ją moje pytania o jej przedwojenne publikacje. Poważne osłabienie wzroku skierowało zainteresowania dr Grodeckiej na życie i pracę niewidomych. 25 czerwca 1953 roku podjęła pracę w Oddziale Warszawskim Polskiego Związku niewidomych i w grudniu 1956 roku została służbowo przeniesiona do Zarządu Głównego PZN, gdzie od roku 1957 pełniła funkcję kierownika Centralnego Ośrodka Tyflopedagogicznego. Ze Związku odeszła 31 lipca 1962 roku. Nowej pracy zawodowej już nie podjęła. Jeszcze przez dwa lata pracowała na rzecz Związku na podstawie umów zlecenia, ale w październiku 1964 roku i ten kontakt został przerwany. Dr Ewa Grodecka mieszkała na stałe w Piastowie pod Warszawą - w tym samym Piastowie, który kiedyś nosił nazwę Utraty, od rzeczki przepływającej w pobliżu. Nie było to jednak owo urocze ustronie, zbudowane i zorganizowane przez ojca Ewy, ale mieszkanie w bloku, dane jej rodzicom w zamian za wywłaszczoną posiadłość. Początkowo mieszkała wraz z rodzicami, lecz po ich śmierci została sama. 18 października 1973 roku w Piastowie potrącił ją motocyklista. Wypadek okazał się tragiczny. W dniu 1 listopada zmarła w szpitalu kolejowym w Pruszkowie. Spoczęła na cmentarzu Powązkowskim w grobowcu rodzinnym. `ty * * * `ty Jaką była dr Ewa Grodecka jako człowiek? Znałem ją dość dobrze. Ostatni raz spotkaliśmy się w Podkowie Leśnej na procesji Bożego Ciała. Była człowiekiem wierzącym, ale nad jej stosunkiem do Boga zaciążył intelektualny liberalizm domu rodzinnego. Po wojnie zastanawiała się nawet czy nie wybrać życia zakonnego, ale zdecydowała się na intelektualną i światopoglądową wolność. Nie lubiła więzów; uznawała tylko te, które sama na siebie nałożyła w ramach przyjętej dyscypliny wewnętrznej. W pracy była najsumienniejszym pracownikiem, w pełni podporządkowanym kierownictwu, byleby ta władza nie nakłaniała jej do rzeczy nierealnych. Dla podwładnych nie była łatwa, ale mimo to ludzie ją szanowali i lubili. Nie wyszła za mąż, aby całkowicie oddać się służbie innym. Swój szkic rozpocząłem od herbu "Starykoń", który zdobił ród Grodeckich. Dr Ewa Grodecka nie miała jednak w sobie nic ze szlachcianki minionej epoki. Zgoła nie lubiła szlachetczyzny, z poglądów była socjalistką, jak jej rodzice. O wszystkim, co herbowe, mówiła z nutką kpiny. Jeżeli łączyło ją coś z epoką herbowych, to osobista kultura, wyniesiona z domu. Napoleon powiedział, że dziecko wychowuje się na dwadzieścia lat przed jego urodzeniem - myślę, że kulturę czerpie się z okresu wielu dziesiątek lat sprzed urodzenia. Tą właśnie kulturą promieniowała. Poza tym życie dr Ewy Grodeckiej było służbą. Wypełniła je tym szczególnym darem po brzegi. `ty Przypisy: `ty 1Ň) "Herbarz polski Kaspra Niesieckiego S.J. powiększony datkami z późniejszych autorów, rękopisów, dowodów urzędowych i wydany przez Jana Nep.Bobrowicza", tom Viii. W Lipsku nakładem i drukiem Breitkopfa i Haertela 1841 r., str. 503. 2Ň) Utrata, kolonia w gminie Ożarów, została przemianowana w roku 1926 w kolonię Piastów; od roku 1929 gmina. W 1952 r. Piastów otrzymał prawa miejskie. 3Ň) Według Agnieszki Jadwigi Grodeckiej, ojciec - Józef pozostawił w dorobku literackim: a) "Rzecz o Juliuszu Słowackim - poemat dramatyczny, obejmujący ważniejsze wydarzenia z życia poety, wielką jego twórczość oraz stosunek do niej krytyki i publiczności"; b) "Legenda o prababce-księżniczce - obraz z życia artystokracji polskiej po rozbiorach"; c) "Rozłogi życia" - dziesięciotomowa powieść biograficzna; d) "Legenda o Polsce Xx wieku" - "składająca się z pięciu trylogii lub tryptyków dramatycznych oraz poematu w 7 częściach, a 49 obrazach; - prace Józefa Grodeckiego nie były publikowane i pozostały w maszynopisie. 4Ň) Ługańsk, obecnie Woroszyłowgrad, miasto w Donieckim Zagłębiu Węglowym; około 400 tysięcy mieszkańców. 5Ň) Stempkowski Ludwik, ur. 1829 r., zm. 1876 r., agronom. 6Ň) Dromaderka - kolporterka nielegalnej bibuły w okresie przed pierwszą wojną światową. 7Ň) Paszkowska Maria Gertruda, ur. 1859 r., zm. 1925 r. - działaczka ruchu robotniczego, nauczycielka, członek Ii Proletariatu, PPS. 8Ň) Katarzyna Grodecka jest autorką następujących pozycji: a) "Kurs nauki czytania i pisania dla dorosłych" cz.I - "Elementarz kartkowy", z dodatkiem metodycznym "Dla uczących" - wyd. 1919; Arot (szóste wydanie w roku 1923Ň); b) "Kurs nauki czytania i pisania dla dorosłych", cz.Ii - "Czytanki - ze wsi do miasta" - wyd. 1921. Arot, drugie wyd. Arot, 1923, pod tytułem "Ze wsi do stolicy"; c) "Nauczanie języka polskiego w zakresie elementarza na kursach dla dorosłych" (wskazówki metodyczno-dydaktyczne i program); wyd. 1922 - Centr. Biuro Kursów dla Dorosłych; d) "Boje o niepodległość"; wyd. przygotowane przez Arota, wstrzymane na wniosek autorki; e) "Do słońca" - wyd. 1923, Arot; f) "Program nauczania języka polskiego na 3-stopniowych Kursach dla Dorosłych" - wyd. 1925; g) "Nowe kartki" (Elementarz rozpowszechniony w odbitkach powielaczowych); h) "Ku jasnej doli" - wyd. 1926, Centralne Biuro Kursów dla Dorosłych. 9Ň) Mazurkiewicz Jan ur. 1871 r., zm. 1947 r. - psychiatra; prof. Uniwersytetu Warszawskiego, członek PAU, autor cennych prac z zakresu psychiatrii i psychologii. 10Ň) Gruszecki Stefan, ur. 1914 r., zm. 1978 r. - dr habilitowany historyk, niewidomy pracownik naukowy Polskiej Akademii Nauk. 11Ň) Łopatto Stefan, zm. w latach sześćdziesiątych, dyrektor Instytutu Głuchoniemych i Ociemniałych w Warszawie w latach 1930-1933; autor pierwszej po drugiej wojnie światowej statystyki niewidomych w Polsce. 12Ň) Światowa Organizacja Pomocy Niewidomych (OMPSA), dziś używamy nazwy: Światowa Rada Pomocy Niewidomym (WCWB); utworzona 19 lipca 1951 r. w Paryżu. Polska jest członkiem tej organizacji. 13Ň) Bucze: wzgórze położone w Beskidzie Śląskim; wysokość 417 m n.p.m.. Była własność Kossaków, od roku 1931 - harcerski ośrodek szkolenia instruktorów.