`st $polski $związek $niewidomych - $zarząd $główny $biografie $osób $zasłużonych dla $środowiska $niewidomych część $iii Tom Całość w tomach $p$w$z$n $print 6 Lublin 1997 `pa Pozycja przygotowana przez Redakcję Wydawnictw Tyflologicznych PZN w składzie: Józef Mendruń - red. nacz. Elżbieta Oleksiak Jerzy Smoliński Danuta Trzpil - sekr. Przedruk na podstawie maszynopisu PZN ZG Warszawa 1993 Redakcja techniczna wersji brajlowskiej: Piotr Kaliński Skład, druk i oprawa: PWZN Print 6 20-bah Lublin, Hutnicza 9 tel.ż8şfax 081 746-ab-hj `st `tc Roman W. Kołodziejczyk.ă Leon Wrzosek (1906-1972Ň)ă - człowiek, żołnierz,ă działacz `tc `ty W cieniu Jazdowa `ty Mieszkał wtedy w skromnym domu fińskim na terenie dawnego szpitala wojskowego, zwanego także Ujazdowskim - tam, gdzie obecnie wznoszą się gmachy Ambasady Republiki Francuskiej. Kto wie, czy jego domek nie stał w pobliżu theatrum i czy w jego pobliżu nie spacerował wielki Jan Kochanowski, stremowany przed prapremierą "Odprawy posłów greckich" - arcywzoru sztuki, jak to się obecnie nazywa "zaangażowanej", "publicystycznej". Bo przecież w "Odprawie" wcale nie chodzi o odprawienie posłów greckich - chodzi o ważkie sprawy współczesności Rzeczypospolitej w okresie wielkiego zakrętu historycznego: oto, po wiekach panowania rodów królewskich Piastów i Jagiellończyków, nastąpiła nowa epoka. Epoka Rzeczypospolitej szlacheckiej, której zewnętrznym przejawem były obieralność królów i wszechwładza organów przedstawicielskich, z Sejmem na czele. Epoka pojagiellońska zachowała nie zatarte (chyba do dziś!) resentymenty, sympatie i antypatie polityczne, poczucie bezpośredniej zależności każdego od każdego, ową piramidę władzy tę "quincunx", o której pisał Stanisław Orzechowski (1513-1566Ň), typową dla feudalizmu i średniowiecznego pojmowania wolności szlacheckiej. To właśnie owe resentymenty spowodowały, że pierwszy Sejm Elekcyjny (1573Ň) obrał królem francuskiego pretendenta do tronu św. Ludwika - Henryka de Valois (Walezego, ur. 1551, króla Polski do roku 1589, następnie króla Francji), który po kilku miesiącach "panowania" uciekł chyłkiem do Francji. Ten elekcyjny "niewypał" wstrząsnął Polską tak bardzo, że już kolejny Sejm Elekcyjny odrzucił średniowieczne, feudalne ideały i formuły rządzenia państwem: królem obrano księcia małego Siedmiogrodu, Stefana Batorego (1533-1586, od 1576 król Polski), przed którym i pod którego adresem tutaj, na theatrum w Jazdowie, miały paść słowa: "O, nierządne Królestwo i zginienia bliskie"... Dlaczego nasza pierwsza rozmowa z Leonem Wrzoskiem rozpoczęła się od takich historiozoficznych rozważań - nie wiem. Być może, zadecydowała kolorowa, pachnąca jesień Jazdowa, być może stanowiła dalszy ciąg rozmyślań pana Leona nad sytuacją Rzeczypospolitej roku 1956. Potwierdził to zresztą: "Dziwne - powiedział - że właśnie dzisiaj dużo myślałem o związkach między "Odprawą posłów greckich", jej uwarunkowaniach oraz polityczną odwagą Kochanowskiego i naszymi czasami, naszym zakrętem politycznym. Tym ostatnim, z października - nie pierwszym zresztą, dosłownie trzecim. Policzmy: 1944-1945, 1947-1956, i ten. Ile ich jeszcze będzie tych zakrętów w naszym życiu?" Zamyślił się. Nie przerywałem. "Za dużo tych wirów w naszej współczesności. Nie taką miała być nasza ludowa, socjalistyczna, o jakiej marzyliśmy w latach międzywojennych, w okresie okupacji i tuż po wyzwoleniu. Cóż to były za piękne lata - bodaj najpiękniejsze w moim życiu. Dla mnie osobiście trudne pod każdym względem, nie tylko materialnym. Widzi pan, w owych pierwszych latach nowej Polski byłem na etapie odnajdywania się w świecie niewidzących, poszukiwania siebie w innym człowieku. Po utracie wzroku niewiele we mnie pozostało z dawnego, widzącego i przyznaję, nieco lekkomyślnego Leona". Powrócił znowu do "Odprawy": "Zawsze mnie irytują poloniści, historycy i wszyscy, cytujący bezmyślnie porzekadło o tym, że "'Polska nierządem stoi". Jakim "nierządem"? Toż to brednia, nie mająca nic wspólnego z oryginalnym brzmieniem: "Polska nie rządem stoi, lecz wolą narodu". Tak to jest. Jakiś dureń "skrócił" sobie cytat w niewiadomym celu. Może wiadomym - licho wie... Bo z tą wolą narodu, którą stoi Rzeczypospolita - nie wszystkim "pretendentom do twarzy". Uśmiechnął się. Cały on. Leon Wrzosek, syn małorolnego chłopa trudniącego się ciesielstwem, urodził się 5 marca 1906 roku w Warszawie, dokąd rodzice przeprowadzili się, aby poprawić swoją egzystencję. Jednak także w Warszawie było trudno. Tak trudno, że Leonek był zmuszony do podjęcia pracy w 15 roku życia. Pracował jako goniec w redakcji ówczesnego "Kuriera Polskiego". Ze skromnych dochodów ojca i Leonka utrzymywała się 8-osobowa rodzina: rodzice, cztery siostry, brat i on sam - dwaj starsi bracia polegli w I wojnie światowej. Nie odpowiadała Leonowi funkcja gońca. Postanowił zdobyć prawdziwy zawód i od roku 1922 kształcił się w Szkole Elektrotechnicznej przy ul. Sienkiewicza 5 w Warszawie. Jednocześnie pracował jako instalator - elektryk. Temu zawodowi pozostał wierny. Również w czasie odbywania służby wojskowej w baonie elektrotechnicznym saperów w Nowym Dworze (1928-1930Ň). Po zwolnieniu z wojska rozpoczął pracę w przedsiębiorstwie "Grupa Techniczna", oczywiście jako instalator-elektryk. A wtedy rozpoczęła się wielka droga Leona Wrzoska do komunizmu. Był komunistą. Można by napisać - "komunistą z urodzenia", jak bywa się "katolikiem z urodzenia". Wzrósł i wychował się w środowisku robotniczym, na warszawskim Kole. Przesiąknął ideałami, funkcjonującymi w otoczeniu, wśród kolegów, przyjaciół, towarzyszy pracy. Nawet żołnierzy - takich przecież, jak on, robotników-rzemieślników. Im niepotrzebna była znajomość dzieł klasyków socjalizmu, jak "katolikowi z urodzenia" niepotrzebna jest znajomość Pisma Świętego, historii Kościoła, etyki, katechizmu, filozofii. "Komunistą trzeba być, nie bywać" - powiedział do mnie. Nie pamiętam, czy słowa te padły tego jesiennego wieczora 1956, czy kiedy indziej. Pamiętam jednak, że rozmawialiśmy znowu po jakimś kolejnym zakręcie historii. Czy to był rok 1968, czy już 1970Ň? Nieważne. Ważne jest, że mój rozmówca pozostał wierny swojej idei, że miał we wzgardzie koniunkturalizm polityczny, nie ufał "komunistom książkowym". "Naczytali się i źle zrozumieli" - powiedział. I dodał: "To tak, jak z tym osławionym nierządem, wyrwanym z kontekstu". Przypomniałem autentyczną anegdotę z moich lat gimnazjalnych: jakiś członek sekty religijnej przekonywał mnie, że psalmista napisał "Boga nie ma". "Dlaczego pan nie doczytał reszty zdania? - zapytałem. "Po co? - Mnie to wystarcza za pełny dowód nieistnienia Boga". Pozostała część zdania brzmi: "W sercu grzesznego". Pan Leon uśmiechnął się po swojemu. "Tak, tak to jest. I potem dziwią się, że teoria nie sprawdza się w praktycznym działaniu". U Leona Wrzoska sprawdzała się. I sprawdzanie się bywało źródłem konfliktów, napięć, małych tragedii. W małym domku fińskim w Jazdowie, niesłusznie nazywanym Ujazdowem, rodzina państwa Wrzosków spędziła wiele pięknych i dobrych lat. Kiedy po raz ostatni rozmawiałem z panem Leonem, już po przeprowadzce do nowego mieszkania, powiedział: "Jednak w tym (finie) było najlepiej. Szkoda, że trzeba było wyburzyć mój dom..." Do wybuchu Ii wojny światowej mieszkał na Kole. Tutaj sprowadził w roku 1935 swoją młodą małżonkę, panią Annę - robotnicę w wytwórni sztucznych kwiatów - tutaj przyszły na świat: pierwsza córeczka, Barbara i tuż przed wrześniem - Jolanta. W tym mieszkaniu spotykał się i rozmawiał z działaczami Komunistycznej Partii Polskiej i klasowego związku robotników budowlanych i pokrewnych. Z ruchem był związany już od roku 1930. Wtedy wstąpił do związku do oddziału elektromonterów i został wybrany w skład Komisji rewizyjnej tego oddziału, a następnie członkiem jego zarządu. W roku 1932 został członkiem KPP i w latach 1934-35 uczestniczył bardzo czynnie w organizowaniu jednolitego frontu ludowego. W tym czasie poznał i zaprzyjaźnił się z późniejszym przewodniczącym Rady Państwa PRL, marszałkiem Polski Marianem Spychalskim, jednym z późniejszych założycieli Związku Przyjaciół ZSRR - Balcerzakiem oraz Franciszkiem Łęczyckim - organizatorem Związku Walki Wyzwoleńczej w latach okupacji, i innymi. Kto znał tych ludzi osobiście, wiedział dobrze, że nie byli "książkowymi komunistami", jak nie był nim Leon Wrzosek. "Taki książkowiec" - mawiał do mnie - to potencjalny sekciarz. Taki, wiecie, (bigot na czerwono), co to klęczy pod figurą... Z takimi trudno mówić o jednolitym froncie, o tolerancji, o uszanowaniu cudzych przekonań i światopoglądu. Komunista szanuje wszystkich przyzwoitych ludzi i potrafi z nimi znaleźć wspólny język nawet wtedy, gdy światopoglądy różnią się, jak ogień i woda. Bo w końcu..." - nie dokończył zdania. Był ruchliwym, wesołym i mądrym młodym człowiekiem w owych międzywojennych latach. I takim pozostał w pamięci najbliższych i przyjaciół. Tych zaś miał wielu, nawet wśród nowo poznanych. Bo nikt nie rozstawał się z nim obojętnie. Był człowiekiem dobrym, na wskroś dobrym i rozumiejącym. Bywało, że naruszał obowiązujące przepisy, jeśli tak trzeba było - jego zdaniem - zrobić dla dobra innego człowieka. Takie postępowanie nie miało nic wspólnego z "uganianiem się za popularnością" - na to był zbyt pryncypialny. Było to zgodne z wyznawanym światopoglądem, charakterem i pojmowaniem służby społecznej. Kiedyś powiedział: "Chodzi o to, aby mnie było dobrze z ludźmi i ludziom było dobrze ze mną". Taki był z niego "altruistyczny egoista"! W cieniu Jazdowa nieraz wspominaliśmy dawne dzieje. Opowiadał o swojej pracy w "Grupie Technicznej", w wolskiej organizacji KPP, o współorganizowaniu strajku elektromonterów w roku 1935, o zbiórce pieniężnej na Fundusz Pomocy Walczącej Hiszpanii w latach 1936-1937, o strajkach i robotniczych manifestacjach, w których uczestniczył jako współorganizator. Wreszcie o smutnych miesiącach rozstania z rodziną, kiedy musiał pracować poza Warszawą. Dla chleba. W 1936 musiał przerwać swoją działalność w klasowym związku zawodowym, ponieważ firma oddelegowała go do robót w tzw. terenie. Nie zerwał kontaktów - zdezaktywizował się częściowo, to prawda, był jednak nadal działaczem, gotowym do wykonywania każdego zadania, do udzielania rady i pomocy. Słowem: pozostał działaczem na dobre i na złe. Dla Leona Wrzoska słowa: "Ojczyzna", "Polska", "internacjonalizm", "patriotyzm" - nie były pustymi dźwiękami. Wypełniała je treść, zawierała wskazania na życie i działanie, były bodźcami i ideą. Cokolwiek i jakkolwiek działo się w międzywojennej Polsce - a działo się często tragicznie - Leon każdy swój krok analizował pod kątem dobra. Dobra państwa, narodu, każdego człowieka. W roku 1944, kiedy mgr inż. arch., wówczas pułkownik Marian Spychalski był prezydentem miasta Pragi, w rozmowie ze mną wspomniał niektórych towarzyszy z KPP. Wśród tych, których losów nie znał w tym czasie, wymienił Leona Wrzoska: "Był taki towarzysz, robotnik, bodaj elektryk z Grupy Technicznej. Bojowy chłopak, mógł zajść bardzo wysoko. Pamiętam okres organizowania frontu ludowego. Czy wiecie, że ja, bądź co bądź intelektualista - bo chyba mam prawo tak siebie nazywać - czułem się w obecności tego prostego robotnika, jak uczeń wobec mistrza. Nie, żeby pouczał - nic z tych rzeczy! Po prostu on był komunistą, podczas gdy ja stałem się nim w wyniku przemyśleń i lektur. Jak on się nazywał? Leon - zamyślił się - Leon, bodaj Wrzosek. Co też z nim się dzieje? Bo że uczestniczył w partyzantce GL czy AL, wiem". Nie znałem wtedy pana Leona. Nie znałem go także wówczas, gdy równie pochlebnie wyrażał się o nim stary, cudowny komunista Leon Wojciechowski, robotnik z "Drucianki", instruktor KPP na Woli, pierwszy po wyzwoleniu starosta grodzki warszawsko-praski (południe) i - pod koniec pięknego życia - konsul generalny PRL w Bratysławie. Nie znałem go wówczas i nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę miał zaszczyt goszczenia w jego domu w Jazdowie. Że będę kiedyś z nim współpracował - luźno, bo luźno - i z bliska podziwiał jego stale wzbogacającą się osobowość. Dziennikarze nie lubią "monolitów dobra i szlachetności". Szukałem więc długo tzw. "dziury w całym" i - o dziwo! - znalazłem. Drobiazg, bo drobiazg - ale ucieszyłem się. `ty Wojna `ty Pan Leon nie lubił mówić o sobie. Nieraz siadywaliśmy na ławeczce w cieniu jazdowskich drzew; wielokrotnie usiłowałem go nakłonić do wspomnień. Bezskutecznie. Któregoś jednak dnia udało mi się, zresztą zupełnie przypadkowo. Dla mojej macierzystej redakcji pisałem wówczas tzw. sylwetkę inwalidy wojennego z września. Byłem tak pochłonięty tematem, że w pewnej chwili rozmowy z panem Wrzoskiem - tym razem o ... literaturze pięknej (tak, interesowała go sztuka we wszystkich jej przejawach i formach) wspomniałem o mojej pracy i jej bohaterze. Nie znał tego bohatera przed wyzwoleniem, nigdy nie spotkał go na szlaku bojowym, chociaż ten wspominał w swoim życiorysie, że walczył - jako saper - łącznościowiec - pod Włodawą. Pan Leon nie mógł sobie przypomnieć tego żołnierza ani w boju, ani też w okresach postojów i przemarszów. Pragnąc mnie przekonać o swojej prawdomówności - której nigdy nie kwestionowałem i nie kwestionuję - wspomniał, że walczył pod tym miastem, że uczestniczył ze swoją jednostką saperską pod Domanowicami, Uściługiem, Włodzimierzem Wołyńskim i Kamionką Strumiłową, gdzie dostał się do niewoli. Na krótko, ponieważ w zamieszaniu zdołał zbiec. Usiłowałem dopytać się szczegółów, niebezpiecznych sytuacji, aktów odwagi, przeżyć. Zbył mnie porzekadłem: "Na wojnie - jak na wojnie. Różnie bywało". I zaczął mówić o literaturze wojennej. Był w tym czasie zafascynowany "Szosą Wołokołamską". "Sylwetki" nie napisałem. Uwierzyłem panu Leonowi. Jeszcze raz miałem okazję rozmowy na temat udziału w walce zbrojnej z hitlerowcami. Nie pamiętam, jaka redakcja zleciła mi przeprowadzenie wywiadu z Leonem Wrzoskiem na temat akcji sabotażowych, tzw. "kolejówek" i innych działań bojowych GL i AL. Opowiadał ze swadą o innych, uwypuklał zasługi swoich towarzyszy broni - kiedy jednak zapytałem wręcz o jego udział, uchylił się od pełnej odpowiedzi. Skwitował pytanie uśmiechem i słowami: "No cóż, byłem tam. Musiałem przecie coś robić". `ty Pseudonim "Cienki" `ty Wszyscy niemal pamiętają pułkownika Wrzoska jako zażywnego, dobrze zbudowanego starszego pana. Takim pamiętają go nawet ci jego współpracownicy i przyjaciele, w których pamięci pozostał do dzisiaj "majorem". Następca Leona Wrzoska na stanowisku prezesa Zarządu Głównego Polskiego Związku Niewidomych, Mieczysław Michalak, zawahał się przez chwilę po usłyszeniu mojego pytania o "pułkownika Wrzoska". "Majora - poprawił mnie. Po chwili jednak dodał: - Rzeczywiście pułkownika. Ale my z najbliższego otoczenia nadal nazywamy go majorem. Degradujemy - to prawda - ale degradujemy awansując go w naszych sercach i pamięci do najwyższej rangi człowieka". Major Leon Wrzosek był także zażywny, trudno więc było i jest zestawić jego postać z konspiracyjnym pseudonimem "Cienki". Czy za tym pseudonimem ukrywał się człowiek o masywnej posturze? Nikt z moich rozmówców nie zdołał sobie przypomnieć sylwetki Cienkiego. I tak pozostało: w pamięci, na fotografiach, w sercach. Mało ważne, jak wyglądał - ważne jest, jaki był w owych latach walki zbrojnej, w latach odbudowy ruchu robotniczego i jego konsolidacji w okresie budowy struktur partyjnych i wojskowych robotniczej lewicy polskiej, rozbitej w latach międzywojennych, powoli odnajdującej drogi do jednolitego frontu, wahającej się w pierwszych miesiącach II wojny światowej. Cienki nie wahał się. Natychmiast po powrocie z wojny do Warszawy i przekonaniu się, że rodzina żyje i jakoś sobie radzi, nawiązał łączność z dawnymi towarzyszami, m.in. Balcerzakiem, Franciszkiem Łęczyckim. Balcerzak organizował wówczas Związek Przyjaciół ZSRR, Łęczycki - Związek Walki Wyzwoleńczej. Obie organizacje wydawały własne broszury i czasopisma - Cienki podjął się ich kolportażu. Pracował nadal w "Grupie Technicznej", której "auswajse" (mówiono także "ajwajse") chroniły przed tzw. łapankami i "przypadkowymi" aresztowaniami oraz kierowaniem do robót przymusowych w "Reichu". "Grupa Techniczna" była "kriegswichtig" - ważna dla celów wojennych - ponieważ wykonywała roboty na rzecz transportu kolejowego i kolejnictwa. Podobnie jak przed wrześniem 1939 roku, oddelegowano Cienkiego do pracy na dworcach kolejowych w Tłuszczu i Łochowie. Nie ma na to dowodów - trudno sobie wyobrazić, by Cienki "wytrzymał" bez usiłowania zorganizowania co najmniej grupy sabotażu kolejowego, jeśli nie podziemnej organizacji komunistycznej. Klimat dla takiej działalności był już wtedy bardziej sprzyjający, wszyscy bowiem - przede wszystkim zaś kolejowcy - wiedzieli, że zbliża się nieuchronnie napaść na Związek Radziecki. Był rok 1941. Przez stacje kolejowe Tłuszcz i Łochów, szosami prowadzącymi na wschód ciągnęły transporty broni i żołnierzy. Z Warszawy dochodziły wieści o koncentracji hitlerowskich wojsk. Takie same wiadomości nadchodziły od kolejowców dojeżdżających lub pracujących na stacjach nadbużańskich. Cienki rozpoczął "na własną rękę" osobistą wojnę z Hitlerem: zniszczył rozjazd na stacji Tłuszcz przez uszkodzenie iglicy, zniszczył dwie pompy na stacji w Łochowie. Tyle tylko zachowało się w dokumentach - wierzyć się nie chce, aby ograniczył się tylko do tych aktów sabotażu. Tym bardziej, że pozostawał w łączności z Franciszkiem Łęczyckim, któremu przekazał plany rozbudowy obu stacji kolejowych. Prawdopodobnie pod koniec roku 1941 został przez "Grupę Techniczną" odwołany do Warszawy, ponieważ już w marcu 1942 wstąpił do konspiracyjnej PPR i w maju tego samego roku przystąpił do współorganizowania na Woli oddziałów Gwardii Ludowej, które - po krótkim przeszkoleniu - uczestniczyły w akcjach bojowych w Warszawie oraz "Lewej i Prawej Podmiejskiej". Nie znam szczegółów tych walk - zresztą nie poszukiwałem dokumentów ani świadków tych działań, ponieważ powstała o nich bogata literatura. Sądzić jednak należy, że Cienki był nie tylko dzielnym żołnierzem, lecz równie znakomitym dowódcą, strategiem i taktykiem. Gdyby tak nie było, nie skierowano by towarzysza Cienkiego na przeszkolenie oficerskie w Chylicach (?), ani - po jego ukończeniu - nie wysłano by go do sztabu dowództwa GL Wola, na którego czele stał "Bruno" - obecny generał dywizji, Franciszek Księżarczyk, prezes Związku Inwalidów Wojennych PRL. "O Cienkim - powiedział w rozmowie ze mną Bruno - można mówić tylko dobrze. Co najmniej dobrze, aby "nie przelukrować". Towarzysz Wrzosek był i pozostanie w mojej oraz innych pamięci jako wspaniały człowiek, odważny żołnierz, zdyscyplinowany i rozważny dowódca". Generał Księżarczyk wspomina, że Cienki utrzymywał łączność z producentami środków dywersji: kluczy do demontażu torów kolejowych, materiałów wybuchowych itp. Cienki był w pewnym okresie roku 1943 podoficerem zaopatrzeniowym, zaś po ukończeniu szkolenia oficerskiego - komendantem podokręgu nr4, Wola. Być może, owe kontakty z producentami środków dywersji nawiązał Cienki jeszcze za czasów podoficerskich. I tak już pozostało do końca. Generał przypomina, że Wrzosek uczestniczył w przejmowaniu zrzutów broni i ich wypróbowaniu, m.in. w okolicach Wyszkowa i Drewnicy, wraz z pirotechnikami GL i AL, inżynierami Dulewskim i Lamotą. Bruno utracił bezpośrednią łączność z Cienkim kiedy objął dowództwo GL dla m. st. Warszawy, następnie zaś Krakowa. Z tego okresu współpracy utrwalił w pamięci wizerunek Leona Wrzoska jako człowieka niezmiernie skromnego, spokojnego i - aby użyć neologizmu językowego Tadeusza Kotarbińskiego - spolegliwego. "Zawsze i wszędzie, we wszystkich okolicznościach - wspomina generał Księżarczyk - pomagał wszystkim. Nie załamywały go żadne trudności - przynajmniej pozornie, dla (obcych ludzi miał twarz jednakową) - aby zacytować Słowackiego - i przed nikim (nie otwierał głębi swojego serca, choćby było najbardziej zatroskane i smutne. Zawsze okazywał pogodną twarz, był pełen wigoru, dowcipu, pomysłów. Do ostatnich dni swojego pięknego życia". Życie Leona Wrzoska było piękne pod każdym względem. Mało jest ludzi, o których można tak pisać lub mówić. Ilekroć wspominam pana Leona, nasuwają się pamięci strofy "Testamentu" Juliusza Słowackiego: "Lecz pozostanie po mnie ta siła fatalna,@ która żywemu na nic - tylko czoło zdobi,@ lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,@ aż was, zjadaczy chleba, w anioły przerobi". Czy przerobi? Wybuch Powstania Warszawskiego zastał go w piwnicy, do której schronił się wraz z żoną i dziećmi. Upewniwszy się, że rodzina może na razie być bezpieczna - wyszedł, zapowiedziawszy powrót w ciągu kilku godzin. Państwo Wrzoskowie mieszkali wówczas przy ul. Okopowej. W kilka godzin nieobecności w domu zdołał zmobilizować II pluton Czwartaków - który przebywał poza Warszawą, by przejąć zrzut - oraz I pluton Milicji RPPS, zdołał zameldować w dowództwie AK Wola (był przy tym Zbigniew Paszkowski) gotowość tych oddziałów do udziału w Powstaniu, jako samodzielnej grupy bojowej z własnym dowództwem. Późnym wieczorem powrócił do rodziny, zawiadomił małżonkę o swojej decyzji uczestnictwa w walkach powstańczych i z całym spokojem odszedł. Nie było ani łez, ani czułych pożegnań: jakby miał powrócić po załatwieniu drobnych zakupów w sklepiku na rogu. Ten spokój i ta codzienność napawały nadzieją, która nigdy nie opuściła pani Anny i dzieci. Ani w okresie pobytu w Warszawie, ani po przymusowej ewakuacji, ani w Jedlni, w której znalazł się po powstańczej tułaczce. Tymczasem Cienki walczył. Początkowo na Woli - tutaj był dwukrotnie ranny - następnie na Starym Mieście, gdzie był operowany w warunkach polowych i gdzie lekarze byli zmuszeni do usunięcia mu obu gałek ocznych. Już jako ociemniały, przedostał się na Żoliborz i tam pełnił w punkcie sanitarnym funkcję oficera oświatowego. Ponad miesiąc, do 30 września 1944, kiedy usiłował przedostać się na Pragę już wyzwoloną (13-14 Ix 1944Ň) i już organizującą podstawy nowego bytu państwowego, społecznego i politycznego. Łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo pragnął uczestniczyć w budowie zrębów państwa, które miało zrealizować wszystkie marzenia, spełnić wszystkie nadzieje, być ukoronowaniem wszystkich walk, trudów, cierpień, wysiłków i idei komunisty. Niestety, ucieczka zakończyła się zatrzymaniem przez hitlerowców i odtransportowaniem go na leczenie do szpitala we Włoszczowej. Lecz i tu nie był bezpieczny: życzliwa mu pielęgniarka ostrzegła go przed groźbą aresztowania przez gestapo - ktoś go rozpoznał. Z jej pomocą zdołał uciec nocą i - z pomocą córki przyjaciela, Danusi - koleją udać się do Jedlni k. Radomia. Do rodziny - nie do żony i dzieci, o których miejscu pobytu nie wiedział do czasu, gdy ta sama pielęgniarka nie ustaliła ich miejsca pobytu na wsi, w Łowickiem. Po otrzymaniu tej wiadomości wyjechał w towarzystwie tej samej Danusi do Łowicza. Pociąg, którym jechali trasą przez Skarżysko i Koluszki, został w okolicy Białaczewa wysadzony. Z powodu pomyłki partyzantów, działających w przeświadczeniu, że chodzi o transport wojskowy. Chociaż wagon, którym podróżował, został całkowicie zniszczony, pan Leon wyszedł z nieznacznymi obrażeniami. Danusia nie odniosła szwanku. "Był wieczór - nie pamiętam daty. Mieszkaliśmy u rolnika - wspomina pani Anna - i byłam właśnie zajęta jakąś grzebaniną w sadzie. Pracownik naszego gospodarza zawiadomił mnie, że wie, iż Leon żyje. Nie wierzyłam, nie mogłam wierzyć. W pewnej chwili spojrzałam na wiejską drogę, którą szli dziewczyna i mężczyzna. Czyżby Danusia? - pomyślałam. Wreszcie poznałam ją, obok szedł mężczyzna. Miał przewiązane oczy". Oczywiście poznała go natychmiast. I nie zdziwiła się wcale tą opaską na oczach. Może został ranny w czoło, w policzek - przecież walczył. Dziewczyna, ta sama Danusia, milczała na temat stanu zdrowia Leona: prosił ją o to - jak się później dowiedziała pani Anna. Po dwu - trzech godzinach powrócił do domu gospodarz. Uradowany z powodu szczęśliwego powrotu z wojny p.Leona, ugościł rodzinę czym tylko miał. "Kiedy już zasiedliśmy do stołu, zapytał mnie mąż: "Aneczko, czy już jest ciemno?" Pytanie nie zaszokowało mnie. Dopiero po chwili zrozumiałam, że Leon utracił wzrok" - wspomina pani Anna. Cienki jednak pozostał sobą: kolega zaprosił go na święta Bożego Narodzenia do Nowego Targu. Nie bardzo chciał nas opuszczać, wytłumaczyliśmy jednak, że to dla jego zdrowia. Wyjechał. Powrócił po wyzwoleniu. Rodzina nie wiedziała ani wtedy, ani nawet obecnie, że ociemniały żołnierz, oficer AL Leon Wrzosek, do czasu połączenia się z rodziną był kurierem na trasie Radomsko - Nowy Targ. Usiłowałem dotrzeć do kogoś, kto by mógł coś bliższego opowiedzieć o tym okresie żołnierskiego trudu - niestety, nikogo nie odnalazłem. Być może, wie coś o nim obecny ambasador Rzeczypospolitej w Węgierskiej Republice Ludowo-Demokratycznej, prof.dr hab., gen. bryg. Tadeusz Pietrzak, do którego - niestety - nie dotarłem. Szkoda. Dzieje ociemniałego kuriera byłyby pięknym zwieńczeniem żołnierskiego epizodu życia bohatera. `ty Wśród najbliższych `ty Kiedy rozpoczęto budowę gmachu ambasady francuskiej i zburzono fiński domek, państwo Wrzoskowie przeprowadzili się do nowego mieszkania. Nie wiem, czy był z tego zadowolony, mówił mi przecież generał Księżarczyk, że tak bardzo cieszył się swoim domkiem na Jazdowie, że nawet nie wspominał dawnego mieszkania na Kole. Pięknego - jak mówił. Zresztą wracał często na Jazdów i chętnie odpoczywał lub spacerował po terenie szpitala wojskowego. Może wiązały go jakieś nikomu nie ujawnione przeżycia, wspomnienia, działania? Może w tym szpitalu leczyli się jego ranni towarzysze broni? W mieszkaniu przy Al. Wyzwolenia przyjęła mnie pani Anna, córka państwa Wrzosków, pani Barbara, oraz wnuki, urocza para nastolatków. Nie obeszło się bez wspomnień o domku. Potwierdziły jego przywiązanie do niego. Jaki był w rodzinie? Przede wszystkim - zawsze cierpliwy, pełen dobroci, oddany wyłącznie jej sprawom. Do domu nie przenosił żadnych emocji i problemów, z jakimi stykał się w życiu publicznym. Zdumiewało, jeśli "wymierzał sprawiedliwość". Spokojnie, zimno, pozornie "bez serca". Pani Barbara pamięta tylko dwie kary przez niego wymierzone: zakaz wyjazdu na ferie, kiedy nie została promowana do następnej klasy, oraz zakaz powracania do domu po godzinie #20#/00, kiedy wydarzyło się, że - już jako absolwentka i studentka - przyszła około #22#/00. Był skrupulatny, "porządnicki" - lecz nie pedantyczny. Każdy przedmiot miał swoje miejsce - nawet w okresie, kiedy był widzącym. Zawsze odznaczał się zdumiewającą pamięcią miejsca, okoliczności towarzyszących zdarzeniom, nazwisk i ludzi. Wspomina gen. F. Księżarczyk: "Kiedy po kilku latach spotkałem Cienkiego po raz pierwszy i przywitałem go słowami: "Sie masz Cienki" - natychmiast zareagował: "Bruno, jak się cieszę!" Poznał mnie po głosie, po tylu latach!" Swoje kalectwo traktował jako normalne następstwo świadomego udziału w walce z wrogiem. Zresztą utrata wzroku nie zmieniła ani jego charakteru, ani sposobu bycia, ani aktywności umysłowej i fizycznej. O braki wzroku po prostu nie myślał: Kiedyś udał się w towarzystwie córki na Stare Miasto. Było już odbudowane. Odnajdywał znane sobie zaułki, wskazał domy, pod których resztkami walczył. Kiedy córka wspominała, jak piękne są odbudowane domy, po raz pierwszy - chyba, jak pamięta - ostatni, westchnął: "Żebym chociaż przez 10 minut mógł to obejrzeć!" Bywał roztargniony. Szczytem roztargnienia była historia konspiracyjnego spotkania w mieszkaniu w Kole. Chociaż pani Anna dobrze wiedziała o jego działalności w podziemiu, pan Leon pragnął uniknąć niebezpieczeństwa dla Niej. Uprzedziwszy, że spodziewa się gości, poprosił ją, aby udawała "gospodynię", do której zwracać się miał "per" pani. Goście weszli. Pan Leon zwrócił się do małżonki: "Zechce nam pani podać herbatę". Goście roześmiali się. "Co ty, Cienki!" Do żony mówisz "pani"? Skąd wiesz, że to żona? "Zobacz tam na ścianie..." Na ścianie wisiał portret małżeński, o którego usunięciu zapomniał "konspirator". Typowo polski konspirator, który oburzył się, kiedy towarzysz z partyzantki wołał z ulicy: Cienki, ale nie zauważył nigdy, że do mieszkania wchodzą młodzi ludzie w oficerkach i stylizowanych mundurach... Rzadko wspominał o sprawach pozadomowych, przede wszystkim przykrych. W biegu wielu lat dwukrotnie usłyszała o nich pani Anna. Raz, kiedy z radością poinformował: "Wywojowałem dla emerytów pół miliona", i wcześniej - kiedy z satysfakcją opowiadał o postępujących robotach budowlanych przy gmachu Polskiego Związku Niewidomych. O innych sukcesach i radościach dowiadywała się rodzina "z boku", o sprawach bardzo przykrych - z powtarzających się zawałów mięśnia sercowego. Od pielęgniarki dowiedziała się pani Anna, że w czasie pierwszego zawału odwiedzili go dwaj panowie, do których zwrócił się ironicznie: "Przyszliście zobaczyć, czy jeszcze zipię?!". Ta relacja dopiero uświadomiła pani Annie przyczynę choroby. Lubił towarzystwo, przyjacielskie "posiady" i śmiech. Zdrowy śmiech - innego nie znosił. Przyjaciele wspominają te godziny z nim ze wzruszeniem i radością. Zapytałem, czy nie pozostawił rękopisów lub maszynopisów w mieszkaniu. Pamiętam przecież, że w domku stała maszyna do pisania, przystosowana dla niego. Mówił o niej, jakby była jego narzędziem pracy. Tymczasem... Przykro, że nie pozostawił po sobie żadnych słów. Nawet te, których był autorem - jako redaktor naczelny organu PZERiI "Głos" - są trudne do zidentyfikowania. Nie podpisywał ich, niektóre tylko artykuły sygnował inicjałami. "Lecz nie odszedł, jak duch co odlata ..." ("Testament mój" J.Słowacki). Pozostał z nami - w pamięci i sercach. `ty "To" nie było nowym światem `ty Utrata wzroku nie zmieniła wizji świata. Tyle tylko, że ten świat utracił kontury i kolory - w swojej istocie pozostał nie zmieniony. Być może ta właśnie pamięć widzianego świata ułatwiła mu przystosowanie do nowych warunków. Przystosowanie - nie usprawnienie, adaptację - nie rewalidację czy rehabilitację. Bo - na dobrą sprawę - nikt nie wspomina, by Leon Wrzosek kiedykolwiek, chociaż przez krótki czas, usprawniał się pod czyimkolwiek kierunkiem - jeśli, oczywiście, poznanie pisma Braille'a nie będziemy traktowali jako usprawnianie. Być może także, że wspomniana pamięć widzianego świata ułatwia panu Leonowi również stosunkową łatwość nawiązywania kontaktu z ludźmi, widzącymi i niewidzącymi. Do zrozumienia ich indywidualności, cech osobowych, charakterów, nawet swoistych oboczności psychicznych. Natychmiast po powrocie do Warszawy - późną wiosną roku 1945 - zgłosił się do pracy w swojej macierzystej "Grupie Technicznej" (obecnie: PPRK nr 4Ň). Pracował, lecz "żyłka działacza" nie dała spokoju. Nie dał także spokoju analityczny i syntetyczny umysł, który wskazał na niedolę inwalidów w ogóle, a inwalidów wzroku w szczególności. Leon Wrzosek szybko dostrzegł, że inwalidów otacza się opieką pozbawioną sentymentalizmu i ... niechęci. Że inwalidzi nie są dobrze widziani w środowisku zdrowych, zaś poza nim nie mogą nigdzie zaspokoić swoich potrzeb bytowych, ambicji i marzeń. Nie wspominał o tym - piszący jest jednak przekonany, że już w tym pierwszym okresie zawodowej aktywności przygotowania do działalności społecznej wiedział o istnieniu i rozwoju Spółdzielni Pracy Inwalidów Wojennych "Świt", powstałej w roku 1944 na przyfrontowej (ściślej: frontowej) warszawskiej Pradze. W spółdzielni tej - bodaj pierwszej - inwalidzi wojenni usprawniali się w procesie pracy. Spółdzielczość i jej ideały były bliskie sercu i umysłowi Wrzoska - jednak w warunkach trwającej jeszcze wojny i bezpośrednio po niej, trudno było marzyć o utworzeniu w lewobrzeżnej Warszawie podobnej do "Świtu" spółdzielni. Ponadto - podczas gdy amputanci czy inwalidzi słuchu jakoś sobie mogli dać radę, inwalidzi wzroku byli w szczególnych sytuacjach. Przede wszystkim niemal wszyscy niewidomi byli "analfabetami brajlowskimi", niemal wszyscy nie mogli wykonywać znanych sobie zawodów lub przyuczyć się do nowych - zwłaszcza z powodu owego "analfabetyzmu". Inwalidzi wzroku byli więc zdani na pomoc społeczną, na charytatywność, na beznadziejną nudę prowadzącą prostą drogą do alkoholizmu. W najłagodniejszej formie - pijaństwa. Inwalidzi wzroku nie komunikowali się między sobą. Zresztą wtedy nikt nie rejestrował niewidomych i ociemniałych, zaś sam fakt tego inwalidztwa bywał przez rodziny inwalidów skrzętnie zatajany. Bywał i bywa, niestety. Taka to jest nasza obłędna obyczajowość, z którą walka jest bezskuteczna - wiedzą o tym działacze PZN. Nie byłoby jednak wielu tych działaczy, gdyby nie Leon Wrzosek który po zsyntetyzowaniu zagadnienia doszedł do wniosku, że działanie na rzecz poprawy sytuacji inwalidów wzroku należy rozpocząć spektakularnie. Z jego inicjatywy - jest to fakt nigdzie nie odnotowany w kronikach i dokumentach - powstał Związek Zawodowy Pracowników Niewidomych, którego został prezesem. Urzędującym prezesem. Założenie Związku i jego prowadzenie jest pozornie sprzeczne z zasadą Leona Wrzoska, że nie wolno tworzyć "getta inwalidów", nie wolno inwalidów oddzielać od społeczeństwa, dla poszczególnych rodzajów inwalidztwa i kalectwa tworzyć odrębnych środowisk. Ale tylko pozory świadczą przeciwko Wrzoskowi. Zanim bowiem można przystąpić do integracji inwalidów ze środowiskiem ludzi zdrowych, należy ich przystosować do normalnego życia. Do życia bez kompleksów. Cóż, nie każdy jest Wrzoskiem! Nie każdy potrafi sam sobą pokierować w życiu. Związek Zawodowy Pracowników Niewidomych był hasłem wywoławczym dla całego splotu problemów ludzi niewidzących. Udało się Związkowi przede wszystkim odnaleźć grupę aktywnych ludzi, gotowych do podjęcia wysiłku, niezbędnego w walce z nabytymi nałogami, z lenistwem, z kompleksami niższości. Z analfabetyzmem wreszcie. Liczba inwalidów wzroku - niepełna, jak i dzisiaj - była zbyt duża, by Instytut przy pl. Trzech Krzyży i ośrodek w Laskach mogły nauczyć ich wszystkich brajla. Trzeba było działać na szerszej platformie. Tak więc Wrzosek zainicjował ruch tworzenia społecznych organizacji inwalidów. W roku 1950 Związek Zawodowy został zlikwidowany. Leon Wrzosek został jego kuratorem i likwidatorem - jednocześnie jednak działał w celu ujednolicenia całego społecznego ruchu inwalidów wzroku w jednej organizacji, w Polskim Związku Niewidomych. `ty Obywatel major `ty Najbliższy współpracownik i następca Leona Wrzoska, Mieczysław Michalak, już na początku rozmowy powiedział, że prezes Wrzosek był i jest majorem Wrzoskiem dla wszystkich, którzy go znali w latach 1950-1956 - kiedy prezesował Związkowi. W tym czasie głosił już otwarcie, że "jesteśmy takimi ludźmi jak wszyscy, obywatelami naszej Polski - jak wszyscy. Różnimy się jedynie drobiazgiem - kalectwem. Dlatego nie uznawał podziału społeczeństwa na widzących i niewidzących, zdrowych i chorych, inwalidów i nieinwalidów - "każdy musi spełniać swój obowiązek wobec ojczyzny i narodu - mawiał - w sposób dlań możliwy i optymalny". Pan Michalak nie znał jeszcze Leona Wrzoska osobiście, kiedy już poddał się jego sugestywnemu oddziaływaniu. "Byłem wtedy prezesem oddziału w Lublinie. Moje życie w społeczności i w życiu zawodowym przebiegało bez wstrząsów do chwili, gdy z Warszawy nadeszła wiadomość o ropoczęciu budowy gmachu przy ul. Konwiktorskiej. Wyjechałem do Warszawy i ... przeżyłem wstrząs. Jakby iskra przebiegała przez ciało. Usłyszałem głosy ludzi, z których dowiedziałem się, że oto spora grupa niewidomych własnoręcznie usuwa gruz z przyszłego placu budowy. Zabrałem się i ja do roboty. Jakże by inaczej ... Major wybrał właściwy moment dla utworzenia nowoczesnego ruchu inwalidów wzroku. Po pierwsze - uporządkowany już podział administracyjny kraju ułatwił powoływanie placówek PZN, po wtóre - inwalidzi wzroku, ofiary Ii wojny światowej, byli spragnieni pracy, wysiłku, celu działania. Dotyczyło to szczególnie ludzi młodych, tych z rocznika Kolumbów, trzydziestolatków. Byliśmy młodzi - młodsi na pewno od naszych widzących rówieśników, ponieważ brak wzroku wytrącił nam szmat czasu - byliśmy jednak na tyle dojrzali, że "papcio major", bądź co bądź starszy od nas o blisko 15 lat, był uważany za starszego kolegę o większym doświadczeniu. Nam, Kolumbom anno 1920, zaimponowała pewność siebie i samodzielność majora, który nie tylko miał talent skupiania wokół siebie ludzi o wysokich kwalifikacjach moralnych i umysłowych, lecz potrafił im przewodzić - także widzącym, i "starszym" stopniem wojskowym, wiekiem, stażem pracy. Zaimponował i tym, że własnym wysiłkiem i pracą zdobył sobie autorytet i poważanie przedstawicieli najwyższych władz, uczonych, twórców. Przede wszystkim jednak wzięło nas to, że major nawoływał do usamodzielniania się i realizowania nawet najśmielszych ambicji. Byliśmy mu także wdzięczni za to, że dawał wszystkim nam szanse jednakowe: od nauczania alfabetu brajlowskiego aż po osiągnięcie najwyższych kwalifikacji zawodowych, naukowych i twórczych. Nie były to puste słowa. Major rozpoczął od powszechnego nauczania alfabetu. Następnie nawiązał współpracę z zagranicznymi ośrodkami niewidzących od których otrzymał pierwsze egzemplarze książek. Uruchomił nowoczesną drukarnię brajlowską, powielającą czasopisma, podręczniki elementarne książki polskie i tłumaczone. Zachęcał co zdolniejszych do kontynuowania nauki w szkołach średnich i wyższych. We własnych zakładach wytwórczych PZN szkolił fachowców różnych zawodów, w roku 1952 powołał w PZN szkołę masażu, której metoda nauczania i wyuczone zasady masażu uczyniły polskich niewidomych masażystów wzorem dla tej dziedziny lecznictwa na świecie. Zorganizowanie własnych zakładów PZN było - w założeniu - półśrodkiem, major bowiem dążył uporczywie do powołania spółdzielczości inwalidów, w której pracowaliby obok siebie inwalidzi i ludzie zdrowi na równych warunkach. Jedynie w wyjątkowych przypadkach chorobowych godził się na wyodrębnienie poszczególnych grup inwalidztwa lub schorzenia w zakładach pracy chronionej. Mówi wieloletni prezes Związku Spółdzielni Inwalidów i jej faktyczny twórca - Aleksander Futro: "Po raz pierwszy zetknąłem się z maj... przepraszam, pułkownikiem Wrzoskiem w roku 1948, w czasie jakiejś konferencji, kiedy Wrzosek wystąpił z żądaniem aktywizacji zawodowej inwalidów - przede wszystkim niewidzących - w celu ich pełnego włączenia do życia w społeczeństwie. Ku zdziwieniu zebranych major Wrzosek stwierdził, że w czasie walk ociemniali żołnierze stosunkowo łatwo wracali do normy, jeśli uczestniczyli w działaniach swoich jednostek. Mówił: "Inwalida może na siebie zapracować, jeżeli mu stworzy się warunki do pracy. Takie zaś może zapewnić spółdzielczość inwalidów". Od tego czasu A. Futro współpracował dorywczo z majorem. Nie bez jego pomocy powołano zorganizowaną formę spółdzielczości inwalidów, nie bez jego udziału wdrożono liczne doświadczenia i ułatwienia w pracy dla poszczególnych kategorii inwalidów, z jego też inicjatywy w ówczesnym Zakładzie Doskonalenia Zawodowego wprowadzono liczne dyscypliny nauczania. Kiedy więc spółdzielczość inwalidów okrzepła, major zdecydował się na przeniesienie zakładów PZN do pionu ZSI. Był urzędującym prezesem ZG PZN w latach 1951-1956. Wspaniałym prezesem, znakomitym wychowawcą, żywym wzorem dla wszystkich inwalidów wzroku. Zachęceni jego przykładem i entuzjazmem, niewidzący "Kolumbowie" nasiąkali tymi cechami i "szli w Polskę", aby tam wdrażać idee swojego majora. Jakim był prezesem? Gdyby nie jedna wada - wspaniałym. Wadą zaś był brak poczucia czasu, absolutny brak, doprowadzający współpracowników - bywało - do tzw. białej gorączki. Inną "wadą" był antybiurokratyzm. Jakże on nie lubił tych wszystkich papierków! Jak opowiadał były dyrektor Biura ZG PZN, Czesław Żychoniuk, kiedyś - kiedy był jeszcze pracownikiem odpowiedzialnym za magazyn Związku - zabrakło kilkunastu zegarków. Z obowiązku zameldował ten brak prezesowi i - ku swojemu zdumieniu - zobaczył wręcz dziecięcy uśmiech, towarzyszący słowom: "O co chodzi? Przyszli potrzebowscy - więc im dałem po zegarku". Trzeba było wyjaśniać, że przepisy wymagają wystawienia odpowiedniej, asygnaty podpisanej decyzji i iluś podpisów wystawców, decydentów, dysponentów i odbiorcy. "To okropne" - jęknął. Ale od tego dnia stosował się do biurokratycznych norm. Jakim był prezesem? Odważnym, ludzkim, sprawiedliwym, skromnym. Major przyjmował do pracy ludzi według kwalifikacji i postawy moralnej. Czyniono mu nieraz zarzuty - niemal aż do dnia zgonu - o otaczaniu się "zdrajcami", "wrogami socjalizmu" zgoła "faszystami", ponieważ wśród najbliższych współpracowników byli m.in. pułkownik WP z roku 1939, oficerowie AK, ludzie skazani za rzekomą działalność antypartyjną w latach 1949-1952 (dzisiaj wiemy, że obowiązywała maksyma "dajcie człowieka - znajdziemy paragraf na uziemienie go"). Ale major wiedział, co robi. Dla dobra swoich niewidzących przyjaciół, nad którymi postawiła go wola społeczności i Ojczyzny oraz idea, której służył wiernie przez całe świadome życie. Miał major przyjaciół i wrogów. Przyjaciół tysiące - wrogów kilku. I to - zdarzało się - zdobywał wśród nich co najmniej partnerów lub dobrych znajomych. Nie tu miejsce na ujawnianie nazwisk ludzi nieprzychylnych Leonowi Wrzosowi - wypada jednak stwierdzić, że nie ma wśród nich ludzi wartościowych. Nie sprawdza się na pułkowniku Wrzosku prawda ludowa głosząca "Każdy ma takich wrogów, na jakich zasługuje". Zresztą na pułkowniku sprawdza się bardzo mało porzekadeł ludowej mądrości... `ty W jedności siła `ty Leon Wrzosek był człowiekiem silnym - tak silnym, że uchodzić mógł za słabeusza. Bo i po co silny ma eksponować swoje możliwości. Siłą pana Leona było głębokie przekonanie o słuszności idei komunistycznej, jej celowości i ostatecznym zwycięstwie. Jeśli się więc zżymał, jeśli był niezadowolony lub wręcz oburzony niewłaściwymi metodami wdrażania i paczenia idei - nie manifestował, tylko po prostu postępował zgodnie ze swoimi przekonaniami. I zwyciężał. Niemal zawsze. Tylko dwukrotnie musiał się poddać złu: w roku 1956, kiedy "zrzekł się" godności prezesa PZN (i uległ zawałowi) i w roku 1972, gdy z tych samych przyczyn nie przyjął mandatu prezesa Polskiego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów w Ii kadencji. Przez cały okres powojennej działalności dążył Leon Wrzosek do scalania ludzi wokół wspólnych idei oraz celów. Tak było w czasie tworzenia i działania ZZ Prac. Niewidomych, tak było w PZN, tak w ZSI - którego był członkiem Rady. Jak wspomina były prezes ZSI, A. Futro, z inicjatywy pułkownika Wrzoska powołano w skład Rady ZSI przedstawicieli wszystkich organizacji społecznych inwalidów i zajmujących się problematyką inwalidów. Dzięki temu spółdzielczość inwalidów miała nie tylko wspaniałe polityczne i społeczne zaplecze, lecz wykorzystywała doświadczenia wybitnych znawców organizowania pracy, usprawnienia i wypoczynku inwalidów. Mało! Wspaniały rozwój gospodarczy spółdzielczości inwalidów pozwolił na finansowanie działalności organizacji społecznych inwalidów ludzi starych, rodzin wielodzietnych, organizujących pomoc społeczną itd itd. To właśnie półmilionowa dotacja ZSI dla PZERiI spowodowała już wspomniane zwierzenie wobec małżonki: "Wywojowałem 500000 zł dla emerytów!" `ty Moi emeryci `ty O emerytach i w ogóle ludziach materialnie źle sytuowanych myślał Leon Wrzosek już od dawna. Kiedy więc był już bliski scalenia ruchu inwalidów - społecznego i gospodarczego postanowił zaprowadzić ład w ruchu seniorów. Od roku 1947 powstały w różnych ośrodkach kraju organizacje rencistów i emerytów. Słabe, często skłócone, podejmowały przeróżne inicjatywy - nieraz bardzo cenne i ważkie - skazane jednak na niepowodzenie, ponieważ nie zyskiwały poparcia całego ruchu seniorów. Nie mogły nawet marzyć o tym - często najbardziej słuszne wnioski i postulaty nie docierały do świadomości najbliższych sąsiadów. Zaledwie doszedł do sił po pierwszym zawale, podjął się scalenia ruchu w jednej potężnej, milionowej organizacji. Nie łatwe to było zadanie. Przeciwko jego idei stanęły... ambicyjki lokalnych przywódców, zawistnych o tytuły prezesów, zazdrośnie strzegących swojej suwerenności i lokalnych wpływów. Wszczęte przez pułkownika rozmowy z prezesami największych organizacji - trzech warszawskich, dwu łódzkich i jednej (bardzo wyspecjalizowanej - jak to wynika z nazwy: Związek Emerytów Funduszu Ubezpieczeń Społecznych) krakowskiej natrafiły na bariery. "Ale prezes - mówi dyrektor Biura ZG PZERiI, Janina Dybciak - umiał z ludźmi rozmawiać. Miał dziwny dar nie tylko przekonywania racjami, lecz zdobywanie sympatii rozmówców. Nawet wrogo nastawionych lub wręcz wrogich. Mogłabym podawać nazwiska takich autentycznych wrogów, których w anioły przerobił. Na przykład..." Przerwałem: "Bez nazwisk, proszę". Kampania na rzecz scalania ruchu emerytów i rencistów trwała z różnym nasileniem siedem lat, od 1949 do 1956, w którym zaistniała zgoda społeczności na połączenie. Rachunek jednak sporządzono bez gospodarza: powołana przez przedstawicieli regionalnych i lokalnych stowarzyszeń Komisja Organizacyjna Centralnego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów opracowała projekt statutu, założenia programu działalności oraz strukturę przyszłego Związku. Działo się to już po Październiku 1956 r. - więc, zdawać by się mogło, w najlepszym okresie. Lecz organa władzy państwowej z bliżej nie znanych przyczyn nie zaaprobowały statutu i odmówiły rejestracji stowarzyszenia. Pułkownik Wrzosek nie spoczął. Jego syntetyczny umysł i polityczny realizm, jak również wielki autorytet oraz - co tu ukrywać - znajomości zdołały przełamać opory: po 10 latach wręcz partyzanckiej walki z administracją kraju, w dniu 4 grudnia 1949 otworzył I Zjazd Zjednoczonego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów, który powierzył mu mandat swojego prezesa. Pułkownik Wrzosek prezesował Związkowi nieprzerwanie od roku 1959 do roku 1972, w którym złożył na ręce Zarządu Głównego mandat przewodniczącego. Pod naciskiem, wskutek odmowy i wręcz politycznego szantażu. Już przed Zjazdem PZERiI zaczęły działać "złe siły", które po pierwszym dniu obrad doprowadziły do ponownego zawału, Zjazd powołał go jednak w skład zarządu głównego - chociaż on przebywał w stanie ciężkim w szpitalu. Oto jeszcze jeden dowód szacunku i zaufania, jakim cieszył się Leon Wrzosek wśród "swoich emerytów". Trzynaście lat poświęcił Związkowi. Nie tylko Związkowi - ludziom nie w pełni sprawnym, oczekującym pomocy i wsparcia, łaknącym sprawiedliwości społecznej, o której tyle się mówiło i - niestety - nadal mówi... "Nie zdarzyło się - mówi pani Janina - aby którykolwiek z członków Związku odszedł od prezesa bez pozytywnego załatwienia sprawy. Bardzo często prezes brał na swoją odpowiedzialność decyzje jawnie sprzeczne z przepisami, kiedy się jednak zwracało jego uwagę na fakt naruszenia przepisów, mówił, że skoro jego decyzja była merytorycznie słuszna i społecznie oraz moralnie uzasadniona - tym gorzej dla przepisów. Zresztą - mawiał - nie jest prawnikiem i biurokratą, do których obowiązków służbowych należy "dopasowanie" decyzji do przepisów. Nigdy odwrotnie"... Przez cały okres prezesowania PZERiI działał na rzecz aktywizacji inwalidów i ludzi starszych w procesie zatrudnienia, na rzecz uspółdzielczenia ruchu oraz jego ujednolicenia. "Jako członek Rady ZSI - wspomina A.Futro - oponował przeciwko autonomizacji spółdzielczości niewidomych. Uważał - był to i jest również mój pogląd - że nie można ani tworzyć sztucznych podziałów na zdrowych, kalekich, chorych, na inwalidów wzroku, słuchu, narządów ruchu. Wszyscy są równi, wszyscy są takimi samymi ludźmi - i jeśli należy niepełnosprawnym zapewnić warunki pracy dostosowane do ich schorzeń lub kalectw, nie wolno, pod żadnymi warunkami, izolować poszczególnych grup". Niechętnie zgodził się na powołania autonomicznego "pionu" spółdzielczości niewidomych, i to pod warunkiem, że w tego typu spółdzielniach będą zatrudniani tylko tacy inwalidzi wzroku, którzy muszą pracować w warunkach chronionych. "Pułkownik - charakteryzuje A. Futro - wyróżniał się znajomością całokształtu problematyki inwalidów. Cechował go głęboki humanizm, który powodował obiektywizm ocen ludzi, faktów i środowisk. Był skromny, pryncypialny - bez swoistej bigoterii światopoglądowej! - skrupulatny, rzetelny. Spolegliwy. `ty Non omnis moriar ... `ty Pułkownik Leon Wrzosek zmarł 27 września 1972 i został pochowany w Alei Zasłużonych Cmentarza Komunalnego w Warszawie. Odszedł Człowiek. Po prostu: Człowiek - każdy przymiotnik osłabi pełne znaczenie tego określenia. Odszedł. "... lecz pozostała ta siła fatalna,@ która żywemu na nic, tylko czoło zdobi ..." Nie zdobiła jego czoła za życia. Trudnego, pracowitego, lecz pięknego i szczęśliwego życia. Nie pozostawił pisanego testamentu - piszący te słowa z trudem i przy pomocy najbliższych współpracowników: J.Dybciak i red. A.Woroszyły, sekretarza redakcji "Głosu", zdołał zidentyfikować krótki fragment artykułu L.Wrzoska, jako pochodzący bezpośrednio od niego: "... dookoła nas nie mało jest jeszcze objawów dezorganizujących nasz powszechny wysiłek i umniejszających rezultaty naszej pracy. Walka z tymi obciążeniami musi znaleźć poparcie w każdym obywatelu. Tylko człowiek rozumiejący racje społeczne i umiejący kojarzyć je z racjami osobistymi w rzetelnym i uczciwym stosunku do pracy, do obowiązku i do własności publicznej daje w warunkach socjalizmu rękojmię spełnienia celów, kształtujących nasze przyszłe, powszechne losy". (Na Progu Nowego Roku - "Głos" nr 1, 1965Ň) Jak wielką wagę przywiązywał do działalności spółdzielni inwalidów i spółdzielczości w ogóle, świadczą tytuły artykułów, których autorstwa nie udało się ustalić. Red. Woroszyła zapewnia jednak, że tytuły typy "Spółdzielczość - podstawą zatrudnienia rencistów i inwalidów" - pochodzą od redaktora naczelnego "Głosu", którym był (nie tylko z urzędu) prezes Leon Wrzosek. Problem spółdzielczości przewija się przez wszystkie dokumenty organizacji, których był prezesem lub członkiem zarządu. Podobnie przejawia się problem zwalczania analfabetyzmu brajlowskiego, upowszechnienia nauki, sztuki i kultury wśród niewidzących. Prezes zwracał ciągle uwagę na problem kształcenia inwalidów we wszystkich im dostępnym zakresach i dyscyplinach. Doczekał sił rezultatów swojej uporczywej walki: są wśród niewidomych uczeni, pisarze, wysoko kwalifikowani inżynierowie i pedagodzy, są dziennikarze i publicyści ... Trwałym i widomym pomnikiem Leona Wrzoska jest siedziba Polskiego Związku Niewidomych i w nim znajdujące się liczne redakcje czasopism i książek, drukarnia brajlowska, studio nagrań (powstałe już za prezesury M.Michalaka, lecz pod przyjacielską presją "mistrza" - jak mówi Michalak). Jest także wspaniały zbiór wydawnictw brajlowskich, taśmoteka zawierająca nagrania literatury i muzyki. Najtrwalszy jest jednak pomnik w sercach najbliższych, przyjaciół, współpracowników i następców. Następców - jak gdyby apostołów idei Wrzoska, którą autor tych słów usiłował przedstawić na tych stronicach. `ty Kalendarz biograficzny `ty 1906 (5 Iii) - urodził się w rodzinie cieśli, Stanisława, jako szóste dziecko; 1922 - pierwsze zatrudnienie w charakterze gońca w redakcji "Kuriera Polskiego"; 1922-1928 - praca zawodowa (instalator-elektryk) i kształcenie się w Szkole Elektrotechnicznej przy ul. Sienkiewicza 5 w Warszawie; 1928-1930 - obowiązkowa służba wojskowa w baonie elektr. saperów (Nowy Dwór Mazow.); 1930 - praca zawodowa w przeds. Grupa Techniczna, działacz Zw. Zaw. Robotników Budowlanych i Pokrewnych (m.in. członek zarządu oddziału elektrotechników); 1932 - współorg. strajków i manifestacji; wstąpienie do KPP (Wola); 1934-1935 - współorganizator jednolitego frontu ludowego; 1935 - zawarcie związku małżeńskiego z Anną z d. Kondratiuk; 1939 (Ix) - udział w bitwach Ii wojny świat. (Domaniewicz, Włodawa, Uściług, Włodzimierz Woł., Kamionka Strumiłowa) - powrót do Warszawy i prace w "Grupie Technicznej"; 1941 - praca na st. kol. Tłuszcz i Łochów, sabotaż kolejowy (na własną rękę), przekazanie tow. Łęczyckiemu planów rozbudowy wymienionych st. kolejowych; 1942 (Iii) - wstąpienie do PPR (Wola); (V) - organizowanie GL na Woli i pierwszych akcji bojowych w Warszawie oraz Lewej i Prawej Podmiejskiej; 1943 - ukończenie szkolenia oficerskiego w Chylicach; odkomenderowanie do sztabu dowództwa Wola, nast. Warszawa GL pseud. "Cienki"; 1944 - udział w Powstaniu Warszawskim, ranny w boju; powrót do rodziny, kurier-łącznik, oficer oświatowy; utrata wzroku; próba przedostania się na Pragę; 1945 - powrót do pracy w "Grupie Technicznej"; współorg. Zw. Zaw. Prac.Niewidomych oraz organizacji kombatanckich, przewodniczący ZG ZZPN; 1948 - czł. egzekutywy KW PZPR; 1950 - rozwiązanie ZZPN; kurator i likwidator; - współorganizator zjednoczenia stowarzyszeń i związków inwalidów wzroku, I Zjazd Krajowy PZN - wybór na prezesa Związku; 1950-1956 - prezes PZN; 1956-1959 - działalność organizatorska na rzecz ujednolicenia ruchu emerytów i rencistów, udział w tworzeniu spółdzielczości inwalidów; 1959-1972 - prezes ZG PZERiI; 1972 (27 Ix) - zgon Leona Wrzoska `ty Odznaczenia `ty Krzyż Grunwaldu Ii kl. Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski Order Sztandaru Pracy I kl. Virtuti Militari V kl. Krzyż Walecznych Złoty Krzyż Zasługi `ty Źródła `ty - akta osobowe, - publikacje w "Trybunie Mazowieckiej", "Weteranie Walki i Pracy" "Głosie" i in., - notatki własne z rozmów z L.Wrzoskiem, M.Spychalski i in., - Rozmowy z: gen. dyw. F. Księżarczykiem płk. Jakubem Krajewskim dyr. C. Żychoniukiem M. Michalakiem mgr. Aleksandrem Futro red. Antonim Woroszyłło dyr. Janiną Dybciak - z PZERiI paniami Anną i Barbarą z d. Wrzosek płk. M. Golwalą - prezesem ZSN `ty Piękne, najtrudniejsze dni (uzupełnienie biografii Leona Wrzoska) `ty "Jurek", obecnie bardzo szanowany i ceniony pułkownik mgr. Ryszard Łapkowski, jest autorem kilku znakomicie napisanych wspomnień z owych najpiękniejszych trudnych dni "Cienkiego". Jaka szkoda, że już opublikowane teksty Jurka nie ukazały się jeszcze w książce, po uzupełnieniu o nowe szczegóły. O Cienkiem i jego znajomości, współpracy i ostatecznie przyjaźni z Jurkiem wiadomo stosunkowo niewiele. Cóż, ludzie niechętnie zwierzają się ze swoich uczuć w rozmowach - wolą je utrwalać na piśmie. Aż dziw bierze, że ci dwaj autentyczni komuniści i działacze KPP oraz związków zawodowych (Jurek był metalowcem) zetknęli się dopiero w okresie okupacji, i to za pośrednictwem członka okupacyjnych KC i KW PPR, Kazimierza Stalskiego. W dodatku "w interesie", bowiem Jurek - w owym czasie sekretarz organizacji PPR dzielnicy Ochota - i jako taki odpowiedzialny za szeroko pojętą działalność bojowych grup partyzantki miejskiej GL i AL - z urzędu wchodził w skład warszawskiego dowództwa, był zainteresowany dostawą zaopatrzenia bojowego. Leon Wrzosek na "swojej" Woli jako zaopatrzeniowiec o czym opowiadał już na tych kartach jego ówczesny bezpośredni dowódca, obecny prezes ZG ZIW. "Omal od pierwszej chwili poczułem sympatię dla Cienkiego - zwierzył się w rozmowie płk. Łapkowski. Kiedy jednak dostawy zaczęły spływać z Woli w niespodziewanych ilościach o wspaniałej jakości, Cienki stał się nie tylko moim najbliższym towarzyszem walki, lecz przyjacielem. Przecież wiedziałem, ile energii i zaparcia wymagała produkcja i transport broni, ile trzeba mieć serca ... Niestety, nasze osobiste kontakty były dorywcze i krótkotrwałe - wystarczy jednak, abym poznał szlachetność, oddanie sprawie ojczyzny i partii Cienkiego. Na kilkanaście kolejnych dni połączyło obu Powstanie Warszawskie. Pułkownik Łapkowski wspomina o tym w publikacji "Moje pierwsze sześć dni Powstania Warszawskiego na Woli" (opublikowane w czasopiśmie "Za wolność i Lud"). "... tego dnia (1 sierpnia 1944Ň) udałem się na Wolę w towarzystwie dwóch podległych mi oddziałów. Zamierzaliśmy dokonać akcji na fabrykę (papierosów przy ul. Dzielnej). Uderzył nas widok grup młodych ludzi, niosących pod pachą lub na ramionach - długie przedmioty owinięte w papier a nawet grupy, które niosły na ramionach broń niczym nie osłoniętą. Z rejonu placu Kercelego zaczęły dobiegać pojedyncze strzały, potem całe ich serie (...)" W tych warunkach należało nawiązać natychmiastową łączność z wolskimi bojowcami. Po krótkiej naradzie z towarzyszącymi dowódcami Jurek postanowił dotrzeć do towarzyszy na Kole, m.in. Cienkiego i jego oddziału. Od tego dnia nie rozstawali się aż do tragicznego 6 sierpnia 1944. We wspomnianej publikacji płk. R. Łapkowski pisze: "Sytuacja była bardzo trudna (...). Zapasy amunicji były na wyczerpaniu. Niespożyty Cienki organizuje produkcję butelek zapalających, nie daje to jednak pełnego zaspokojenia potrzeb..." "Jakież to były butelki - przerywa moją lekturę pułkownik - Cudo! I wie pan, jak Cienki je produkował? Kiedyś byłem w jego mieszkaniu. Usłyszałem dźwięczny odgłos moździerza - takiego do tłuczenia choćby goździków lub pieprzu. To Cienki tłukł na miał środki wybuchowe". Roześmieliśmy się obaj. Istotnie, trzeba być Cienkim, aby tak lekceważyć bezpieczeństwo i na zwróconą uwagę zareagować słowami: "No i co się stanie? Trochę chuczku..." Tego właśnie 6 sierpnia 1944 bronili barykady u zbiegu Chłodnej i Wroniej. "Niedługo czekamy na atak Niemców (...) Tuż za placem Karcelego ustawiają Niemcy karabin maszynowy. W zasięg ognia erkaemu dostają całe przedpole. Są zabici i ranni (...) Walka staje się coraz bardziej zacięta (...) Czołgi zbliżają się do barykady. (...) Walimy w nie butelkami..." "Produkcji Cienkiego - skomentował pułkownik i znowu: co za mistrz był z niego! Niech pan czyta dalej ..." "Czołg zatrzymuje się, słyszę zgrzyt wieży pancernej i widzę lufę działa obracającą się w naszym kierunku. Trwa to zaledwie chwilę, którą przerywa huk wystrzału (...) Uderzony podmuchem ląduję kilka metrów dalej. Krwawię obficie, ale nie tracę przytomności. Przez dym i kurz spostrzegłem Cienkiego, trzymającego się "za oczy" i słyszę jego krzyk "Rany Boskie, moje oczy"... Ulicami Chłodną, Elektoralną i innymi wycofaliśmy się w kierunku Starego Miasta wśród dymu, płomieni ognia, strzałów, wybuchów min i bomb lotniczych. Nieśliśmy Cienkiego, który przez cały czas milczał, zdawało się nawet, uśmiechał. Taki był!" - komentuje pułkownik. Na Starym Mieście przeprowadzono operację, polegającą na wyłuskaniu obu gałek ocznych. Grupa Jurka podjęła się transportu rannych kanałami w kierunku Żoliborza. 12 sierpnia 1944 Jurek zetknął się ponownie z Cienkim. "Zachowywał się, jakby się nic nie stało. O sytuacji boju wiedział wszystko, ale także interesował się wszystkim. We wspomnieniach "Kanałami na Żoliborz" napisałem: "... Miał jeszcze na głowie bandaże po operacji (...) Nie załamał się jednak ani na moment. Można było przypuszczać, że uczestniczył we wszystkich walkach, tak dobrze orientował się w sytuacji bojowej. Dla nas stał się pokrzepiającym przykładem prawdziwego bohaterstwa ... Kiedy znaleźliśmy się w żoliborskiej kwaterze, należało się po męsku pokrzepić. Pan rozumie ... ale Cienki pić nie chciał. Pod wpływem naszych namów poddał się. Wyciągnął ramię i "macał" wokoło. Zauważyłem to i powiedziałem: "podam tobie". "Co ty! Przecie widzę, gdzie kieliszek - zareagował Cienki". To był szok. Największy, bardzo osobisty szok, jaki przeżyłem w okresie Powstania. Nie zapomnę go nigdy... Przeprosiłem za nietakt. "Przyzwyczaisz się, Jurku, przyzwyczaisz. Jak ja", powiedział Leon z uśmiechem. Trzeba panu wiedzieć, że wszędzie wszystko "widział": w czasie obrad, posiedzeń, rozmów koleżeńskich, w teatrze..." Wiedziałem o tym z własnego doświadczenia. Pułkownik Ryszard Łapkowski podtrzymywał przyjacielskie kontakty aż po dzień zgonu pana Leona. Jest także częstym gościem obu pań - wdowy i córki - o których mówi z wielkim uznaniem, szacunkiem i przyjaźnią. "Czy może być inaczej po takich wspólnych przeżyciach, po stracie takiego wspaniałego człowieka?" - powiada towarzysz broni pana Leona. `tc Tadeusz Józefowicz.ă Józef Buczkowskiă (1909-1980Ň) `tc Gdyby Józef Buczkowski miał przedstawić swój życiorys, zapewne uczyniłby to tak, jak czynią wszyscy w podobnych sytuacjach: wziąłby arkusz papieru i napisałby krótko: "Urodziłem się 9 kwietnia 1909 roku w Starym Młynie, w byłym powiecie koneckim. Rodzina moja utrzymywała się z pracy ojca, który był malarzem pokojowym. W roku 1930 ukończyłem seminarium nauczycielskie im. Estkowskiego. W latach 1931-1933 pracowałem jako nauczyciel szkoły powszechnej w Czarnocinie, w powiecie łódzkim. Z pracy tej musiałem zrezygnować na skutek utraty wzroku. Od roku 1935 do zakończenia wojny przebywałem w Laskach, gdzie pracowałem jako nauczyciel w zakładzie dla niewidomych. W okresie tym ukończyłem Państwowy Instytut Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Po wyzwoleniu przystąpiłem do organizowania szkoły dla niewidomych w Łodzi, którą prowadziłem do 1947 roku. Przez następne dwa lata byłem kierownikiem szkolenia i wychowania w zakładzie dla inwalidów wojennych w Jarogniewicach-Głuchowie. W roku 1949 zakład szkoleniowy w Jarogniewicach-Głuchowie zamknięto, a ja wyjechałem do Gdańska, gdzie zostałem zatrudniony jako nauczyciel w zakładzie szkoleniowym dla niewidomych w Gdańsku-Wrzeszczu. W tym czasie kierowałem pracą kolegium redakcyjnego miesięcznika dla niewidomych "Pochodnia". Ponieważ w roku 1950 zakład szkoleniowy w Gdańsku-Wrzeszczu został zlikwidowany, przystąpiłem - wraz z innymi kolegami - do organizowania spółdzielni niewidomych w Gdańsku-Jelitkowie. W spółdzielni tej pracowałem jako szczotkarz do roku 1955. W tym roku osiedliłem się na stałe w Bydgoszczy, gdzie otrzymałem pracę w Ośrodku Rehabilitacji Zawodowej Związku Spółdzielni Niewidomych, początkowo jako kierownik pedagogiczny, a od roku 1957 jako dyrektor zakładu. Na emeryturę przeszedłem w roku 1971. Przez dwa następne lata pracowałem jeszcze w zakładzie jako nauczyciel. Od roku 1945 brałem czynny udział w pracach organizacji niewidomych, jak Związek Niewidomych Miasta Łodzi, Związek Pracowników Niewidomych RP, Polski Związek Niewidomych czy spółdzielczość niewidomych. W grudniu 1949 roku zawarłem związek małżeński". W ten sposób napisałby zapewne swój życiorys Józef Buczkowski - człowiek prosty, szczery i skromny. Czy mógłby zresztą przelać na kartkę z życiorysem wszystkie szlachetne uczucia, jakimi się kierował? Na to przecież nie ma miejsca w życiorysie. Toteż dla każdego, kto nie zna środowiska niewidomych ani związanych z nim zagadnień, kto nie znał Józefa Buczkowskiego, ani tworzonej przez niego historii, życiorys taki nie odda całej pełni życia tego wielkiego człowieka - a co najwyżej może wzbudzić podziw i szacunek dla inwalidy, który potrafił nie tylko szybko dostosować się do nowych, trudnych warunków życia, ale brał w nim czynny udział, tworzył je, pomagał innym w rehabilitacji, choć stracił wzrok już jako dorosły mężczyzna. Dziwna to była ślepota, jakiej uległ Józef Buczkowski. Wraz z zanikiem widoku otaczającego go świata zniknęły mu niejako sprzed oczu jego własne sprawy, potrzeby, własne radości; za to jakże szeroko roztoczył się przed nim horyzont spraw ludzkich - potrzeb, kłopotów i trosk. Oczy nie widziały, to prawda, ale wzrokiem ducha sięgał teraz daleko, o wiele dalej niż dotychczas, i widział - jak mało kto - nie tylko trudy i uciążliwości życia niewidomych, ale również drogę, po której należy kroczyć, drogę wspólną wszystkim niewidomym, złączonym w jednej organizacji, drogę, która wiedzie przez szkołę i pracę ku lepszej przyszłości. Taką drogę widział i taką konsekwentnie kroczył przez całe życie. Życie Buczkowskiego - to twórcze, wielkie, wspaniałe życie - zaczyna się jakby w następstwie osobistej tragedii, jaką niewątpliwie była utrata wzroku. Wszystko, co było wcześniej, dziś nie ma żadnego znaczenia. Buczkowskiego znłem od 1945 roku. Przez wiele lat współpracowaliśmy ze sobą - byliśmy przyjaciółmi - a nie przypominam sobie, by kiedykolwiek wspominał czasy, kiedy to posiadał jeszcze wzrok. Pewnego razu powiedział mi tylko, że ma dorosłego syna, ale rozmowa jakoś się urwała. Dla nas, niewidomych, biografia Buczkowskiego rozpoczyna się z chwilą utraty przez niego wzroku, toteż pisząc niniejszą pracę nie starałem się o przedstawienie szczegółów jego osobistego życia z lat młodzieńczych. Działalność swą rozpoczął zaraz po wojnie, a właściwie jeszcze podczas wojny. Zaraz po przejściu frontu przez ziemię łódzką począł zabiegać o przydzielenie lokalu na szkołę dla niewidomych. I choć wojna szalała jeszcze na polskich ziemiach, i na każdym kroku było pełno palących problemów, z decyzją nie zwlekano długo. W budynku przy ulicy Tkackiej, przeznaczonym na szkołę, stacjonowała jeszcze radziecka jednostka wojskowa, kiedy kolega Buczkowski poszedł tam po raz pierwszy. Komendant wojskowy przyrzekł, że wkrótce lokal zostanie zwolniony. Buczkowski zamieszkał więc w jakimś pustym pokoju i czekał. W pokoju tym panował chłód i nie było nawet możliwości zaparzenia gorącej herbaty. Buczkowski na to nie zwracał uwagi; zjadł trochę gorącej zupy, jaką przyjęli go żołnierze radzieccy, i pozostał w budynku. Nie chciał zamieszkać gdzie indziej, bo choć miał przydział, lokalu trzeba było strzec przed "dzikimi lokatorami" czy też zwykłymi złodziejami. Wyczekiwanie nie trwało długo. Jednostka radziecka opuściła budynek tak szybko i niespodziewanie, że nawet trudno było się zorientować, kiedy to nastąpiło. Buczkowski mógł teraz przystąpić do przeprowadzenia potrzebnego remontu. Budynek wymagał kompletnego odnowienia, łącznie z robotami murarskimi, bo w kilku miejscach trzeba było murować nowe ściany. Nie wiem, w jaki sposób Buczkowski to załatwił, ale myślę, że w dzisiejszych czasach taki remont trwałby znacznie dłużej. Udało się również wyposażyć szkołę i internat w najniezbędniejsze pomoce i sprzęt. Z pomocą przyszedł ówczesny minister Ziem Odzyskanych, Władysław Gomułka, który zezwolił na wywiezienie z byłego zakładu dla niewidomych we Wrocławiu rzeczy potrzebnych Łódzkiej szkole, a tam - niszczejących. Największe jednak trudności związane były z uzyskaniem zgody Ministerstwa Oświaty na otwarcie nowej szkoły. Według danych, jakimi dysponowały wówczas władze oświatowe, w Łodzi i okolicy było tak mało niewidomych dzieci, że zakładanie szkoły uznano za nieuzasadnione. Dopiero kiedy Buczkowski sam przystąpił do zapisywania dzieci, zebrał ich na początek około 40. Sam jeździł po okolicznych wioskach i miasteczkach, zbierał adresy od znajomych i udowodnił, że szkoła była potrzebna. Trzeba było nie lada odwagi i wiary, że to, co się robi jest słuszne, żeby zdecydować się na otwarcie szkoły w ówczesnych warunkach. Było to właściwie przedsięwzięcie skazane na niepowodzenie. O ile bowiem koszt utrzymania samej szkoły był pokrywany przez władze oświatowe, o tyle internat, bez którego nie można przecież wyobrazić sobie szkoły dla niewidomych, utrzymywał się w prawdziwie cudowny sposób. Sprawcą tego cudu był Józef Buczkowski. Dziś trudno byłoby ustalić, z jakich źródeł i w jakiej ilości nadchodziła pomoc. Jedynie Buczkowski wiedział do kogo i w jaki sposób trafić, aby zapewnić utrzymanie swoim wychowankom. Niemałej pomocy udzielał połnomocnik do walki z nadużyciami gospodarczymi, Stanisław Madej, który towary zarekwirowane spekulantom przekazywał na rzecz internatu dla dzieci niewidomych. Dzięki troskliwości Buczkowskiego, w zakładzie panował nastrój pełen pogody i jakiegoś spokoju. To było po prostu ognisko domowe. Tu w każdej chwili można było znaleźć dobrą radę czy pomoc w potrzebie. Tu, do szkoły, przychodziło się jak do starych, dobrych przyjaciół. Atmosfera serdeczności i szczerej gościnności sprawiała, że zakład stał się bliski nie tylko tym, którzy w nim zamieszkiwali, ale wszystkim tym, którzy utrzymywali z nim kontakt. W łódzkim środowisku niewidomych, a zwłaszcza wśród młodzieży, mówiło się po prostu "nasza szkoła", bo też Buczkowski otwierał jej podwoje przed każdym niewidomym, który tego potrzebował. "Z Józefem Buczkowskim los zetknął mnie przed 34 laty, w marcu 1946 roku - wspomina Władysław Gołąb ("Pochodnia", maj 1980 r.). - Przyjechałem wówczas do Łodzi w półtora roku po utracie wzroku. Przyjął mnie jak starego przyjaciela. Organizował wtedy szkołę dla niewidomych w Łodzi przy ulicy Tkackiej. Mimo, że ukończyłem już 7-klasową szkołę podstawową, przyjął mnie do internatu, abym mógł przejść proces rehabilitacji podstawowej. Do końca czerwca zdążyłem nauczyć się pisma Braille'a, pisania na maszynie czarnodrukowej oraz wykonywania wszystkich podstawowych czynności bez wzroku". W tym samym artykule Władysław Gołąb pisze, że nieraz towarzyszył Buczkowskiemu w jego podróżach służbowych. Jak widać z przytoczonego fragmentu, szkoła prowadzona przez Buczkowskiego otaczała opieką nie tylko uczniów, ale wszystkich niewidomych, którzy pragnęli się uczyć, niewidomi natomiast starali się zrobić coś dla "swojej" szkoły. Pamiętam, jaki byłem szczęśliwy, kiedy Buczkowski znalazł w zajęciach uczniów kilka wolnych godzin, w czasie których mogłem prowadzić nauczanie brajlowskie pisma muzycznego. Wprawdzie w szkole nie uczono muzyki i nie wiem, czy któremuś z moich uczniów znajomość nut była kiedyś w życiu potrzebna, ale wtedy cieszyłem się, że mogę innym przekazywać to, czego się sam nauczyłem. Zarazem była to dla mnie w pewnym sensie praktyka, a dla uczniów zajęcie, które może nie dawało praktycznych korzyści, ale rozwijało wykształcenie ogólne. Kiedy Buczkowski uzyskał zezwolenie na przyjęcie pomocy szkolnych, jakie udało się odszukać w zniszczonych budynkach poniemieckiego zakładu dla niewidomych we Wrocławiu, nie było mu trudno znaleźć ekipy składającej się z kilku niewidomych, którzy przez kilka dni szperali w ruinach, by dostarczyć łódzkiej szkole kilkanaście tabliczek brajlowskich, pewną ilość nut i inne drobne przedmioty, które wtedy miały dużą wartość. Oparcie w szkole mieli także niewidomi uczęszczający do szkół średnich i wyższych. W Łodzi w owym czasie powstało koło uczącej się niewidomej młodzieży, które postawiło sobie za zadanie niesienie pomocy wszystkim niewidomym, uczęszczającym do szkół średnich lub wyższych. W niedługim stosunkowo czasie koło mogło poszczycić się pewnymi osiągnięciami i działalność swą zamierzało rozszerzyć na cały kraj. Nieoficjalnym, ale prawdziwym, opiekunem koła był Józef Buczkowski. Po wyjeździe Buczkowskiego młodzież nie znalazła pomocy i poparcia dla dalszej swej działalności i wkrótce zostało ono rozwiązane. Niewątpliwie, w środowisku łódzkich niewidomych istniał wówczas zapał do pracy społecznej, ale Buczkowskiego zasługą było to, że umiał tym całym ruchem pokierować. Kiedy szkoła przetrwała pierwszy najtrudniejszy okres, przyszła z pomocą opieka społeczna. Buczkowski nie musiał już troszczyć się o zapewnienie swoim wychowankom środków utrzymania. Robili to odtąd Wydział Opieki Społecznej miasta Łodzi, który równocześnie zaangażował kierowniczkę internatu. W ten sposób przyszłość została zakładowi zapewniona. Wkrótce rozeszła się wieść, że o kierownictwo nad zakładem ubiega się pani F. z nauczycielskiej szkoły dla niewidomych, która zamieszkała w Łodzi. Powierzenie jej jednak tego stanowiska wypadłoby niezręcznie i trudno byłoby uznać takie posunięcie. Kuratorium szkolne przypomniało sobie wtedy o przedwojennym kierowniku szkoły dla niewidomych w Łodzi. Był nim Eugeniusz Stasiuk - dobry pedagog, który był zaangażowany w prowadzeniu szkoły. Sam opracowywał mapy plastyczne i inne pomoce szkolne dla niewidomych. Toteż był ogólnie lubiany i szanowany. Po wojnie został kierownikiem jednej z łódzkich szkół podstawowych. Nie zamierzał wracać do szkoły dla niewidomych gdyż uważał, że byłoby to nieuczciwe wobec Buczkowskiego. A jednak w roku 1947 Eugeniusz Stasiuk obejmuje po Buczkowskim stanowisko kierownika, by po roku przekazać je pani F., o której wspomniałem już wyżej. Tak więc Buczkowski musiał opuścić placówkę, w której zorganizowanie włożył tyle zapału, pracy i serca. Ze łzami w oczach żegnały dzieci swego opiekuna i przyjaciela i tak zakończył się pierwszy etap trudnej, ale jakże chwalebnej drogi, którą kroczył Józef Buczkowski. Już samo zorganizowanie szkoły i utrzymanie internatu w trudnych, powojennych warunkach świadczy o pracowitości i wytrwałości Buczkowskiego. A przecież trzeba pamiętać o jego działalności w związku niewidomych. Zaraz po wyzwoleniu niewidomi łódzcy przystapili do reaktywowania Związku Niewidomych miasta Łodzi, założonego jeszcze przed wojną. Wśród nich był również Józef Buczkowski. Jako bliski współpracownik doktora Włodzimierza Dolańskiego, duchowego przywódcy niewidomych polskich, a zarazem aktywny działacz Związku Niewidomych miasta Łodzi, Buczkowski położył ogromne zasługi w propagowaniu idei zjednoczeniowej, która ostatecznie znalazła całkowite poparcie w łódzkim środowisku niewidomych. Zanim powstała ogólnopolska organizacja niewidomych, musiało najpierw dojść do nawiązania kontaktu i zbliżenia pomiędzy poszczególnymi organizacjami niewidomych, w czym niemałą zasługę miał również Józef Buczkowski. Podczas wakacji w roku 1946, w szkole dla niewidomych w Łodzi, odbyło się spotkanie przedstawicieli organizacji niewidomych, które w kilka miesięcy później miały utworzyć w Chorzowie Związek Pracowników Niewidomych RP. Józef Buczkowski, podobnie jak dr Włodzimierz Dolański, głosił hasło "nic o nas bez nas". Było to stwierdzenie, że niewidomi muszą sami decydować o swoim losie i sami pracować nad własną przyszłością. Buczkowski nie chciał się godzić z tym, żeby niewidomi bezczynnie czekali na owoce ludzkiego miłosierdzia. Nie znaczy to, że nie doceniał działalności dobroczynnej, zwłaszcza w czasach gdy cały kraj korzystał z pomocy. Owszem, jako kierownik zakładu dla dzieci niewidomych, zabiegał o pomoc w utrzymaniu internatu, jako przedstawiciel związku niewidomych zabiegał o paczki z darami zagranicznymi dla nich. Ale z takiej pomocy korzystali wtedy wszyscy: niewidomi i widzący. Buczkowski uważał, że niewidomi mają takie same prawa i obowiązki jak ludzie widzący i dlatego muszą z nimi współpracować. Wbrew pozorom, nie było to takie łatwe. Często na przeszkodzie stawały wzajemne uprzedzenia, które narastały w ciągu minionych lat. Niewidomi, w olbrzymiej większości skazani na dobroczynność ze strony widzących, chętnie z niej korzystali, jednak samych widzących traktowali z nieufnością. Z kolei ludzie widzący w niewidomym widzieli człowieka nieszczęśliwego, który był godny politowania i podziwu zarazem. Bardzo często, nawet niesłusznie, przypisywano niewidomym jakieś nadzwyczajne zdolności, zwłaszcza w muzyce, ale nie wyobrażano ich sobie jako towarzyszy pracy, współpartnerów. Taki brak wzajemnego zrozumienia najlepiej ilustruje pewien fakt, o którym opowiadał dr Dolański. Otóż został on kiedyś oddelegowany do zbadania jakiegoś ośrodka szkoleniowego. Po złożeniu sprawozdania, zamiast rozliczenia delegacji, otrzymał kilkaset złotych zapomogi. Pieniądze oczywiście odesłał, wraz z odpowiednim pouczeniem. Buczkowski doskonale się orientował w istniejącej wówczas sytuacji. Wiedział, że brak zaufania wynika z tego, że ludzie widzący i niewidomi po prostu wzajemnie siebie nie znają. Dlatego uważał, że zbliżenie i współpraca między tymi dwiema grupami społeczeństwa jest sprawą zasadniczej wagi. W tym celu, zaraz na początku swojej działalności w Łodzi, założył Koło Przyjaciół Niewidomych. Zadaniem Koła było popularyzowanie spraw niewidomych wśród widzących. Z pewnością, działalność Koła wydatnie pomogła Józefowi Buczkowskiemu w utrzymaniu internatu. Odejście z łódzkiej szkoły dla niewidomych dzieci nie równało się odejściu od szkolnictwa w ogóle. Buczkowski był przede wszystkim pedagogiem i wychowawcą. W tej roli czuł się najlepiej. Toteż po przekazaniu dotychczasowej placówki przeniósł się do Jarogniewic, gdzie objął stanowisko kierownika wychowania i szkolenia w zakładzie inwalidów wojennych w Jarogniewicach-Głuchowie. Przebywali tam nie tylko inwalidzi wojenni, ale byli to ludzie dorośli, którzy w większości jeszcze nie przywykli do nowej sytuacji związanej z utratą wzroku. Buczkowski musiał więc być czymś więcej, niż kierownikiem szkolenia. Trudno wyobrazić sobie rolę wychowawcy osób dorosłych. A przecież byli tam ludzie z różnych środowisk, bardzo często zagubieni, załamani, bezradni, którym trzeba było wskazać nową drogę życia. Buczkowski zajmował się więc tym, co dziś nazywamy rehabilitacją inwalidów. Józef Konieczny, wieloletni pracownik Wrocławskiej Spółdzielni Niewidomych, który był wówczas w Jarogniewicach, kiedy spytałem go, jakie ma wspomnienia o Buczkowskim z tamtych lat, ożywił się: "Jaki wtedy był nasz Bucio? Bo myśmy go tak zdrobniale nazywali, "Bucio". Myśmy dla niego mieli wielki szacunek. Był wymagający, dokładny, potrafił utrzymać jakiś dystans - czuło się, że należałoby przed nim stać na baczność, a równocześnie miał w sobie coś, co nas do niego przyciągało, toteż jego wpływ na nasze wychowanie był duży. Był nauczycielem, z którym się najbardziej liczyliśmy, któregośmy najbardziej słuchali, a oprócz tego był dobrym kolegą. Wiesz, jak Buczkowski nie znosił alkoholu - a wyobraź sobie, że na swoje imieniny zapraszał do siebie wszystkich Józefów z całego zakładu. Wypijaliśmy tradycyjnie za zdrowie solenizantów, a potem rozmawialiśmy o różnych sprawach. Buczkowski bardzo często mówił nam o sytuacji niewidomych, o potrzebie zrzeszania się czy o ruchu spółdzielczym wśród niewidomych. Takie przyjęcie imieninowe było też okazją do prowadzenia odpowiednich rozmów. I jeszcze jedno - były to najspokojniejsze imieniny w całym roku. Nikt się nie upił". I tak wyrastała kadra przyszłych związkowców i spółdzielców. Z Jarogniewic wyszli założyciele spółdzielni niewidomych: Stanisław Zięba - w Łodzi, Leon Kudełko - w Poznaniu, Czesław Wrzesiński - we Wrocławiu, Bolesław Bal - w Elblągu, Stanisław Dąbek i Józef Konieczny przez wiele lat aktywnie pracowali w radzie Wrocławskiej Spółdzielni Niewidomych. Można by wymienić jeszcze więcej nazwisk aktywistów, ale przecież wystarczy tych kilka aby zorientować się, jaką rolę w ruchu niewidomych odegrał zakład w Jarogniewicach i jaki był w tym udział Buczkowskiego. Nie poprzestawał on na działalności wychowawczej w zakładzie. Wielu spośród swoich wychowanków odwiedzał w miejscach pracy, interesował się jak żyją, radził, pomagał ... Wielu spośród nich pozostało jego przyjaciółmi na całe życie. Pamiętam jeden z takich wyjazdów. Buczkowski mieszkał wówczas już w Gdańsku. Którejś niedzieli postanowił odwiedzić swoich znajomych z Jarogniewic, którzy mieszkali w Elblągu. Chciał zobaczyć, jak się urządził Bolesław Bal i inni. Zaproponowałem, że pojadę razem z nim w charakterze przewodnika, ale nie chciał: "Po co mam ci zabierać czas, dam sobie radę". Rzeczywiście, orientował się dobrze, jeździł przecież po całej Polsce. Owej niedzieli miał jednak wyjątkowego pecha. Pojechał do Elbląga i wrócił szczęśliwie, lecz przed samym wejściem do domu poślizgnął się, upadł i złamał nogę. Niejeden ponarzekałby w podobnym wypadku na ciężką dolę człowieka niewidomego, ale nie Buczkowski. Po prostu uznał, spotkało go nieszczęście, jakie mogło się zdarzyć każdemu. Taki już był - umiał godzić się z losem. Skierowanie Buczkowskiego do Gdańska nie było zwykłym przypadkiem. Przed wojną mieścił się tam duży zakład dla niewidomych, który składał się z kilku budynków usytuowanych na mało ruchliwym skraju Wrzeszcza. Na terenie zakładu znajdował się ogród, a za budynkami ciągnął się nieduży las. Spośród wszystkich budynków należących dawniej do zakładu, po wojnie niewidomym przypadł w udziale tylko jeden - i to nie w całości. Obok Wydziału Opieki Społecznej, Domu Matki i Dziecka, budynku Akademii Medycznej, znajdował się również Dom Opieki, w którym przebywali głównie niewidomi. Ówczesny prezes Związku Pracowników Niewidomych RP, dr Włodzimierz Dolański, dążył do tego, aby zakład ten w całości odzyskać dla niewidomych. Sprawa nie była prosta, gdyż Akademia Medyczna w Gdańsku również czyniła starania o ten obiekt, w którym zamierzała zorganizować Zakład Medycyny Tropikalnej. Trudno byłoby stwierdzić, że taki zakład jest mniej ważny w dużym mieście portowym niż ośrodek dla niewidomych. Dr Dolański jednak nie zrezygnował. Przekonywał, że Akademia Medyczna może sobie wybrać jakiś inny obiekt - nie ten, który został wybudowany specjalnie dla niewidomych. Poza tym zakład był dobrze usytuowany i ze względu na duży teren miał dobre perspektywy rozwojowe. Dolański chciał stworzyć w Gdańsku wspaniały ośrodek dla niewidomych, w którym znajdowałaby się drukarnia brajlowska, centralna biblioteka, szkoła zawodowa, warsztaty szkoleniowe, a może i dom spokojnej starości dla samotnych niewidomych. Dlatego starał się kierować do Gdańska ludzi, którzy by popierali te śmiałe plany i swą pracą potrafili udowodnić, że plany te są realne. Przede wszystkim postarał się o zorganizowanie dla niewidomych kursu przyuczenia, po ukończeniu którego otrzymywali oni pracę w zakładach przemysłowych Gdańska. Dom opieki zamienił się wówczas w swego rodzaju hotel pracowniczy. W roku 1948 została uruchomiona drukarnia brajlowska. Równocześnie zamieszkał tu redaktor miesięcznika "Pochodnia", który był zarazem pracownikiem świetlicowym, organizującym tak zwane życie kulturalno-oświatowe z mieszkańcami owego hotelu, a potem - z pensjonariuszami zakładu szkoleniowego, otwartego w roku 1949. W zakładzie pojawili się młodzi ludzie, którzy przybyli tu z całej Polski. Jako ich nauczyciel i wychowawca przyjechał również Józef Buczkowski. Gdańsk zaczął urastać do rangi dużego ośrodka ruchu niewidomych. Buczkowski zaś miał w tym ruchu rolę wiodącą. W środowisku gdańskim znany był ze swej działalności w Związku Pracowników Niewidomych RP. Nieraz zresztą przyjeżdżał do Gdańska w celu załatwienia różnych spraw związkowych. Toteż w momencie kiedy osiedlił się tam na stałe, na najbliższym zebraniu wybrano go na przewodniczącego gdańskiego oddziału Związku Pracowników Niewidomych RP. Ponieważ dotychczasowy redaktor "Pochodni" zrezygnował z dalszej pracy w redakcji, powołane zostało kolegium redakcyjne, na którego czele stanął Józef Buczkowski. Oficjalnie kolegium składało się z trzech osób: Józefa Buczkowskiego, Tadeusza Józefowicza i Wacława Perkowskiego. Praktycznie pracowaliśmy jednak we dwójkę, bez pomocy Perkowskiego. Ponieważ nie było funduszu na honoraria autorskie, trzeba było co miesiąc napisać kilka artykułów, aby "Pochodnia" nie składała się z samych przedruków. Buczkowski jednak był niezmordowany. Któregoś dnia zaproponował, by w czynie pierwszomajowym przystąpić do wydawania dwutygodnika dla dzieci i młodzieży. Choć wszystkim przybyło pracy, "Światełko" ujrzało światło dzienne. Krótki był żywot tego pisma, to prawda, ale inicjatywa Buczkowskiego nie przepadła. Jak dorosłym do dziś przyświeca "Pochodnia" Włodzimierza Dolańskiego, tak młodzieży świeci "Światełko" Józefa Buczkowskiego. I ten okres pionierskiej pracy nie trwał jednak długo. Taki już był los Buczkowskiego. W roku 1950 w Związku Pracowników Niewidomych RP nastąpiła całkowita zmiana. Na miejsce zarządu wprowadzono komisarycznego przewodniczącego. Żeby zrozumieć, jak do tego doszło, trzeba wrócić do organizacyjnego zjazdu delegatów, który odbył się w Chorzowie w roku 1946. Na zjeździe tym wszyscy delegaci, z wyjątkiem przedstawicieli Warszawy, na przewodniczącego Związku wysunęli kandydaturę Włodzimierza Dolańskiego. Delegaci warszawscy upierali się natomiast przy kandydaturze Michała Lisowskiego, człowieka nie znanego poza środowiskiem warszawskim. Po bardzo burzliwej dyskusji, która niemal nie doprowadziła do zerwania obrad, delegaci Warszawy ustąpili. Dolański został przewodniczącym, Lisowski - jego zastępcą. Współpracy jednak nie było. Dr Włodzimierz Dolański był uczciwy, pracowity, bezinteresowny, znał problematykę niewidomych w kraju i za granicą, ale w odczuciu ówczesnych decydentów od spraw związkowych miał widocznie swoje słabe strony. Może to, że studiował za granicą i miał tam szerokie znajomości, że był wierzący? Ale chyba najbardziej dlatego, że miał przeciwko sobie Michała Lisowskiego, który uchodził za wielkiego aktywistę partyjnego. W kraju ścierały się wtedy różne poglądy polityczne, przy czym - jak wiadomo - nie uniknięto błędów. Nie ma możliwości ani potrzeby zagłębiania się dziś w te sprawy, zwłaszcza że jest to biografia Buczkowskiego, a nie Dolańskiego. Ostatecznie wprowadzono przewodniczącego komisarycznego. Lisowski nie wygrał batalii o władzę, ale i Dolański został oficjalnie odsunięty od kierowania związkiem niewidomych. Odszedł Dolański, a więc nic dziwnego, że i jego bliski współpracownik - Buczkowski - musiał odczuć, że jego działalność jest nieodpowiednia. W maju czy czerwcu 1950 roku przyjechał do Gdańska komisaryczny przewodniczący związku, major Leon Wrzosek, aby wytknąć Buczkowskiemu błędy. Do głównych powodów przyjazdu należała sprawa kiosku z gazetami. Jeden z pensjonariuszy zakładu dla niewidomych w Gdańsku-Wrzeszczu, Wacław Perkowski - o którym już wspomniałem - zgłosił chęć prowadzenia kiosku "Ruchu" z gazetami i papierosami. Wprawdzie sam nie widział nic, za to - jak twierdził - taki kiosk już kiedyś z powodzeniem prowadził przy pomocy osób widzących. Propozycję uznano za ciekawą. Przecież był to okres, kiedy Związek Niewidomych za główny cel stawiał sobie pomoc niewidomym w zdobywaniu pracy. Za okazaną pomoc Perkowski przyrzekł ponadto przekazać na rzecz gdańskiego oddziału Związku Niewidomych pewien procent z dochodu. Wkrótce udało się uzyskać taki kiosk na dworcu kolejowym w Gdańsku-Wrzeszczu - i to przy dużej pomocy gdańskiego oddziału Związku Niewidomych. Niestety, Perkowski nie dał sobie rady. Kiosk miał niedobory, toteż wkrótce został odebrany przez przedsiębiorstwo "Ruch". Buczkowski niewątpliwie odczuł to jako wielki zawód. Chciał jak najlepiej - nie udało się. Perkowski był człowiekiem poważnym i trudno było przypuszczać, że nie dopilnuje własnej sprawy. Gdański oddział Związku Niewidomych pomagał mu załatwić tę sprawę. Ostatecznie całą winę za niepowodzenie, przypisano Buczkowskiemu. Owego dnia wytknięto mu jeszcze jeden błąd, a mianowicie, że jeden z numerów miesięcznika "Pochodnia" został w całości poświęcony Czechosłowacji. Wprawdzie do dziś nie wiem, dlaczego to miało być błędem, poza tym nie sam Buczkowski odpowiadał za redagowanie "Pochodni" - ale tego nie brano pod uwagę. Po zmianach w kierownictwie Związku nastąpiły zmiany w działalności. Nikt już nie ubiegał się o otwarcie ośrodka dla niewidomych w Gdańsku. Ponieważ obiekt miała przejąć Akademia Medyczna, w połowie 1950 r. niewidomi opuścili budynek w Gdańsku-Wrzeszczu. Ich kształcenie przejmował zakład szkolenia we Wrocławiu, a urządzenia drukarskie zostały wysłane do Warszawy, gdzie przez dłuższy czas leżały bezczynnie, czekając na lepsze czasy. Buczkowski pozostał w Gdańsku. Niewątpliwie ważnym wydarzeniem w jego życiu było zawarcie w grudniu 1949 r. związku małżeńskiego. W żonie znalazł wiernego przyjaciela i wspólnika dla swych szlachetnych dążeń. Do roku 1955 państwo Buczkowscy mieszkali w Gdańsku. Okres ten upłynął Buczkowskiemu na pracy w spółdzielni niewidomych, której był współzałożycielem. Choć pracował przy naciągu szczotek i nie pełnił funkcji kierowniczych, dzięki swej aktywności i doświadczeniu wniósł duży wkład w rozwój tej spółdzielni. Prawdziwie stałym miejscem zamieszkania państwa Buczkowskich była Bydgoszcz. Tu, w roku 1955, Józef Buczkowski został zaangażowany w charakterze kierownika szkolenia w ośrodku rehabilitacji zawodowej Związku Spółdzielni Niewidomych. W dwa lata później został dyrektorem tego ośrodka. Bydgoski ośrodek stawał się instytucją coraz bardziej znaną w kraju. Na pewno działo się tak dlatego, że działalność ośrodka miała charakter ogólnopolski - gdyż szkolili się w nim przyszli pracownicy spółdzielni niewidomych z całego kraju. Ale swą popularność i uznanie wśród niewidomych zakład zawdzięczał niewątpliwie nieprzeciętnej osobowości Józefa Buczkowskiego. Był to działacz znany wszędzie. Pamiętali go niewidomi z Łodzi i Warszawy, Poznania i Gdańska - jedni ze Związku Niewidomych czy spółdzielni, inni ze szkoły czy zakładu szkoleniowego. On również pamiętał o wszystkich. Toteż nie musiał nawiązywać nowych kontaktów, jego osobista kultura, znajomość spraw, a przy tym życzliwość i nieustająca gotowość śpieszenia z pomocą tym, którzy tego potrzebowali, zjednywała mu powszechny szacunek. Ośrodek mieścił się w starym, nie przystosowanym do tego celu budynku. Nie można było go odpowiednio urządzić, bo na przeszkodzie stał brak pomieszczeń. Wszędzie panowała ciasnota. Ale mimo tego zarówno pensjonariusze, jak i przyjezdni goście, czuli się tu dobrze. Wszędzie panowała przyjazna, rodzinna atmosfera, która miała swój niepowtarzalny urok. Wszystko było tu naturalne i niewymuszone. Taką atmosferę wprowadził Buczkowski - człowiek szczery, życzliwy, bezpośredni. Tego wymagał od swojego personelu, tego uczył wychowanków. Zofia Krzemkowska, w swoich wspomnieniach o Buczkowskim ("Niewidomy Spółdzielca", maj 1980Ň), tak opisuje atmosferę panującą w bydgoskim ośrodku rehabilitacji zawodowej, w którym pracuje od roku 1963: "Pamiętam również burzliwe posiedzenia rad pedagogicznych, na których miała zapaść decyzja o ewentualnym usunięciu kursanta sprawiającego szczególne kłopoty wychowawcze lub przekazaniu go do domu opieki, ze względu na brak postępu w szkoleniu. Każdą sprawę Buczkowski rozpatrywał wnikliwie indywidualnie, szukając okoliczności łagodzących i możliwość pomocy. Dbał również o zwykłe, prozaiczne sprawy. Każdy absolwent odwiedzający ośrodek mógł liczyć na ciepły posiłek a nawet nocleg. Dlatego absolwenci chętnie przyjeżdżali. Ich więź z ośrodkiem była silna. Traktowali go jak drugi dom. Zresztą podobnie głęboką troskę o człowieka przejawiał wobec wszystkich gości odwiedzających ośrodek. Każdy po przyjeździe znajdował w hotelowym pokoju herbatę i kanapki. Te pozornie drobne fakty wpływały na atmosferę w ośrodku, która była domowa, swojska, kojąca po trudach dnia". Kto znał Buczkowskiego, kto z nim współpracował albo przebywał w prowadzonym przez niego zakładzie w Bydgoszczy czy jeszcze w Łodzi - ten wie, że przytoczony fragment odtwarza prawdziwą atmosferę, jaką potrafił wytworzyć ten działacz. Również w dziedzinie rehabilitacji inwalidów i szkolenia Buczkowski miał duże osiągnięcia. Przede wszystkim prowadził w ośrodku nauczanie z zakresu szkoły podstawowej. Doceniając znaczenie sprawności manualnej u niewidomych, stworzył swoim wychowankom w zakładzie warunki do majsterkowania. Wreszcie zainicjował prowadzenie rehabilitacji dla dorosłych głuchoniewidomych. W swej pracy był systematyczny i konsekwentny. Osobiście lub w kolektywie opracowywał dokumenty potrzebne do prawidłowego funkcjonowania Zakładu, jak programy rehabilitacji i szkolenia niewidomych czy struktura organizacyjna ośrodka. W roku 1971 Buczkowski, w pełni sił odszedł na emeryturę. Że nie łatwo mu było rozstać się z Zakładem świadczyć może fakt, że jeszcze przez dwa lata po przejściu na emeryturę pracował w ośrodku jako nauczyciel. Ale widać taki już jego los. Nigdzie nie mógł dłużej prowadzić rozpoczętego przez siebie dzieła. Kiedy odwiedziłem go w roku 1978, dużo rozmawialiśmy ze sobą, jak zwykle w takich sytuacjach. Powiedział mi wtedy, że miał nieoficjalną propozycję ponownego objęcia kierownictwa ośrodka w Bydgoszczy. Nie chciał jednak na nowo zaczynać pracy, którą przecież mógłby prowadzić bez przerwy. Do końca życia pozostał wierny swej działalności społecznej, od której nikt nie był w stanie go oderwać. Po przejściu na emeryturę nadal brał czynny udział w pracach Towarzystwa Przyjaciół Niewidomych, które powstało z jego inicjatywy 29 czerwca 1966 roku. Nadal zabiegał o realizowanie planu budowy nowego ośrodka rehabilitacji niewidomych. Celem Towarzystwa Przyjaciół Niewidomych, jak kiedyś Koła Przyjaciół Niewidomych w Łodzi, jest zapoznawanie społeczeństwa z problematyką środowiska niewidomych oraz ich współpraca z widzącymi. Trwałym symbolem tego działania stała się budowa nowego Ośrodka Rehabilitacji Zawodowej Niewidomych. Inicjatorem tej wspaniałej inwestycji był dyrektor Buczkowski. On też nie ustawał w wysiłkach zmierzających do ukończenia budowy. Nawet fakt odejścia na emeryturę w niczym nie osłabił jego zapału. Centrum Szkolenia Niewidomych znajduje się obecnie przy ulicy Powstańców Wielkopolskich 33. Składa się z czterech budynków, w których znajduje się szkoła, warsztaty, internat i urządzenia socjalne. W następnym etapie przewiduje się budowę sali gimnastycznej i krytego basenu. Otwarcie Ośrodka nastąpiło we wrześniu 1981 roku, a więc 15 lat po założeniu Towarzystwa Przyjaciół Niewidomych. Piętnaście lat żmudnej, mrówczej pracy. A kiedy przyszedł czas zakończyć dzieło, zabrakło tego, który je rozpoczął i doprowadził prawie do końca. Oto co z okazji otwarcia Ośrodka stwierdziła, między innymi, żona Józefa Buczkowskiego, Franciszka Buczkowska, w piśmie z dnia 11 września 1981 roku: "Przybył nam jeszcze jeden obiekt, w którym inwalidzi wzroku będą mogli odzyskać wiarę we własne siły, w samodzielność, a po ukończeniu szkoły - jako pełnowartościowi ludzie - wejdą w społeczeństwo widzących. Józef Buczkowski, wieloletni dyrektor starego Ośrodka, który mieścił się w czynszowej kamienicy, w warunkach krępujących rozwój działalności szkolenia w innych dostępnych zawodach dla inwalidów wzroku, powziął decyzję budowy nowego ośrodka, przystosowanego do potrzeb szkolenia. Ośrodek ten rodził się w bólach, wśród przeciwności władz różnych instytucji, lecz upór szlachetnych poczynań niewidomego dyrektora doprowadził do osiągnięcia zamierzonego celu, po piętnastu latach niestrudzonej pracy. Wobec wielu trudności w okresie starań o budowę Józef Buczkowski zaprosił do współpracy społecznej wiele osób zatrudnionych w różnych instytucjach, które podzielały słuszność jego działania. Grupa ta zawiązała Towarzystwo Przyjaciół Niewidomych, która działa dotychczas, oparta na statucie zatwierdzonym przez Wojewódzką Radę Narodową. Towarzystwo bezinteresownie pomagało w rozpoczętych przez Józefa Buczkowskiego staraniach o budowę Ośrodka Rehabilitacji Zawodowej Niewidomych ZSN w Bydgoszczy. Pan inżynier K. Kułakowski, instruktor budowniczy mający duży dorobek w sferze wykonanych przez siebie inwestycji budowlanych w Polsce i za granicą, kierował tą budową z doświadczeniem i oddaniem. Były dyrektor, Józef Buczkowski, zmarł półtora roku przed otwarciem Ośrodka. Nie było mu dane doczekać upragnionego dnia". Tak. Józef Buczkowski nie doczekał dnia swego największego tryumfu, największego osiągnięcia. Ale czy życie Buczkowskiego nie było jednym wielkim pasmem osiągnięć? Rzecz jasna, nie mam na myśli korzyści osobistych. Tych rzeczywiście nie posiadał wiele. Nigdy za nimi nie gonił, nigdy o nie nie dbał. A w życiu, niestety, najczęściej bywa tak, że nie wystarczy mieć zasługi; czasem trzeba mieć także tak zwane poparcie. Józef Buczkowski potrafił zabiegać o poparcie tylko w sprawach publicznych. Nie szczędził wtedy ni trudu, ni czasu. Dlatego, choć nieraz w życiu spotkał się z niesprawiedliwością - to co uczynił dla innych, dla środowiska niewidomych, urosło w kapitał wdzięczności i uznania dla niego samego i jego dzieła. Jeżeli dziś, z perspektywy czasu, patrzymy na życie i działalność Józefa Buczkowskiego, widzimy, że był to działacz społeczny dużego formatu, oddany bez reszty sprawie niewidomych. Świetny organizator, sumienny pracownik i uczciwy kierownik. Przede wszystkim był jednak nauczycielem i wychowawcą młodzieży. Miał tysiące wychowanków. Toteż nie ma w Polsce miejsca, gdzie by go nie wspominano w środowisku niewidomych. Jednych uczył brajla, innych podtrzymywał na duchu w trudnym okresie rehabilitacji, wreszcie jeszcze innym pomagał w uzyskaniu zajęcia. - Uczył swych wychowanków życia, a teorię wspierał własnym przykładem. On mógł nauczać "nie używaj alkoholu" - bo sam nie używał; "nie warto palić, kolego" - bo sam nie palił; "żyj uczciwie" - bo sam żył uczciwie; "pracuj rzetelnie" - bo sam rzetelnie pracował. Takie zasady niejednemu wydawały się nieżyciowe i raczej mogły przypominać regułę zakonną, jednak Buczkowski, choć jako katolik był głęboko wierzący, zakonnikiem nie był, lubił towarzystwo - a jego dom stał zawsze otworem dla przyjaciół i znajomych. Buczkowski udowodnił więc, że można nie tylko głosić piękne hasła, ale także postępować według nich. Za całokształt pracy zawodowej i społecznej Józef Buczkowski został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta, Złotą Odznaką Polskiego Związku Niewidomych, Złotą Odznaką Związku Ociemniałych Żołnierzy, a dwa tygodnie przed śmiercią otrzymał medal Komisji Edukacji Narodowej. Krajowe Centrum Szkolenia Niewidomych powstało dzięki Buczkowskiemu z miłości ku ludziom i stało się pomnikiem sławiącym tego wielkiego człowieka. Słusznie będzie, dodać do wszystkich wymienionych i nie wymienionych odznaczeń jeszcze jedno, które z pewnością zostanie przyjęte z uznaniem przez ogół niewidomych - dodania na tablicy z napisem Krajowe Centrum Szkolenia Niewidomych: - im. Józefa Buczkowskiego. `tc Zdzisław Stańczak.ă Stanisław Madej (1910-1980Ň)ă - człowiek, polityk, działacz `tc Zdarzają się ludzie, których nic nie złamie. Żadne przeciwieństwa losu. Przykre doświadczenia w konfrontacji z dniem powszednim czy z ludźmi. Nawet świadomość niemożności zrealizowania swoich najbardziej wymarzonych celów. Takim był Stanisław Madej - łódzki włókniarz i budowniczy zrębów Polski Ludowej. Jeden z czołowych zasłużonych działaczy Polskiego Związku Niewidomych. Stanisław Madej urodził się 11 listopada 1910 roku, we wsi Wierzchowisko w pow. Miechów w kieleckiem. Ojciec miał na imię Michał. Matka Katarzyna z domu Błaut. Po ukończeniu szkoły powszechnej w rodzinnej wiosce, w 1928 roku uzyskał maturę w gimnazjum im. Króla Kazimierza Wielkiego w Olkuszu. We wrześniu 1929 r. zaczął pracę w klasowym Związku Zawodowym Robotników Rolnych. W tym samym roku wstąpił do komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Działalność związkową prowadził w różnych powiatach, do roku 1932 - do czasu przeniesienia się do Łodzi. W tym czasie był już dojrzałym działaczem. Praca agitacyjna, organizatorska i oświatowa wypełniała mu bez reszty każdy dzień tygodnia. W roku 1934 Stanisław Madej zaczął pracować jako robotnik na wykończalni w "Widzewskiej Manufakturze" w Łodzi. Już po kilku tygodniach został delegatem w klasowym Związku Włókniarzy, a wkrótce przewodniczącym Rady Delegatów... Kiedy w roku 1936 podczas strajku, od strony Widzewa, przez całą szerokość ulicy Targowej - przy której znajdował się pałac jednego z najbogatszych fabrykantów - ciągnął robotniczy pochód, w pierwszym szeregu, wśród starszyzny włókniarskiej szedł młody robotnik wykończalni - 25-letni Stach Madej. Bezpośredni w stosunkach z ludźmi, czuły na kłopoty innych, towarzysz Madej posiadał cenny dar. Do organizowanych przez siebie akcji pozyskiwał szerokie kręgi robotników, również wśród politycznie niezaangażowanych. Mieli do niego zaufanie. Okupacja hitlerowska zastała Stanisława Madeja w tej samej fabryce. Otrzymała ona niemiecką nazwę "Zellgarn". Terror okupanta nie przeraził komunisty Madeja. W "Zellgarnie" dosłownie ani jeden dzień nie mijał bez jakiegoś aktu sabotażu. Ich organizatorem był Stanisław Madej - "Kajetan". Oto co sam pisze o jednym z takich sabotaży w książce "Czerwony Widzew", która ukazała się w 1972 roku w Wydawnictwie Łódzkim: "Do przerobu celulozy zużywano dużo wody - w związku z tym Niemcy zmuszeni byli rozbudować sieć wodociągową. Wykopano kilkanaście nowych studzien, zainstalowano najnowocześniejsze pompy i dla zasilania całego tego systemu wodociągowego zainstalowano specjalny transformator. Przed jego rozruchem wszystko zostało dokładnie sprawdzone, ale w czasie, jaki pozostał między przeprowadzeniem kontroli pracy transformatora a uroczystym uruchomieniem nowego systemu wodociągowego gwardziści zdążyli spiąć przewody elektryczne ... Nadeszła chwila oficjalnego otwarcia. W stacji pomp rojno było od galowych mundurów gości. W uroczystości uczestniczyła również cała dyrekcja Zellgarnu. W odpowiedniej chwili inżynier Schwarz dał znak Dankowskiemu: - Włączaj. Dankowski przerzucił hebel i w tym samym czasie nastąpił huk i błysk. Mimo, że awaria była niezwykle poważna i trudna do wytłumaczenia, nikt z nas na szczęście nie został pociągnięty do odpowiedzialności, uznano bowiem, że przyczyną krótkiego spięcia była jakaś przypadkowa pomyłka...". W organizowaniu masowego sabotażu, zamachów, niszczeniu gospodarstw niemieckich, we wszystkich akcjach podejmowanych przez komórki PPR czy Gwardię Ludową Stanisław Madej - szef sztabu tej organizacji na Łódź - ujawniał szczególne dyspozycje charakteru: opanowanie i pomysłowość. Oto jego relacja o jednym z incydentów - z publikacji "Łódź w walce o wolność": "Przypominam sobie zdarzenie, jakie mnie spotkało, gdy jechałem chłopską furą i wiozłem w siedzeniu wozu naszą literaturę. W Zgierzu zostałem zatrzymany przez żandarmerię. Gdy mnie zatrzymali, zeskoczyłem z wozu, zrzucając zarazem ławkę, w której była literatura i powiedziałem: Szukajcie. Żandarmi przeszukali wóz i kazali mi odjechać. Włożyłem z powrotem ławeczkę i pojechałem dalej...". Aresztowany został w czerwcu 1943. Już miał wychodzić z fabryki do domu. Wezwano go do majstra. A tam czekało na niego dwóch mężczyzn. W łódzkim gestapo przeszedł gehennę tortur. Przez dwa tygodnie usiłowano z niego wymusić informację o działalności partii. "Całe moje ciało - mówił o śledztwie Madej ("Kajetan") - było zielonkawo-granatowe. Utworzyły się na nim duże rany. Oprawcy przygniatali mi palce w drzwiach, bili mnie w stopy. Nogi mi tak spuchły, że nie mogłem nosić butów"... Przeżył obóz koncentracyjny Mauthausen. W kwietniu 1945 roku odbył tragiczną wędrówkę ewakuacyjną z obozu w Aflenz do Ebensee, w samym sercu gór. Z ponad 600 więźniów do Ebensee doszło 319. Wśród wielu drobiazgów z pietyzmem przechowywanych obecnie przez żonę Stacha, panią Barbarę, znajduje się zasuszony kwiat - fiołek alpejski zerwany na drodze śmierci do obozu w Ebensee. W kotlince, w której na północnym stoku leżał jeszcze śnieg. Tyle było ciepła i liryzmu w tym twardym człowieku... Wyzwolenie przyszło z amerykańskimi tankietkami. Jednak pomimo silnej agitacji za niepowracaniem do kraju, Ebensee wrzało niecierpliwością tych, którzy zdecydowali się na jak najszybszy powrót. Stanisław Madej ani jednego dnia nie był bezczynny. Nawiązał kontakt z miejscowymi komunistami, zaczął redagować lokalną gazetę "Ebensee Nachrichten", ale liczył godziny w oczekiwaniu na przepustkę do Polski. Powrócił do Łodzi, swego ukochanego miasta, któremu pozostał wierny do końca życia... Konsekwentnie rozpoczął pracę w KW Polskiej Partii Robotniczej. Po kilku miesiącach, w grudniu 1945 r., został przewodniczącym Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym. Nie był na tym stanowisku pobłażliwy. Tępił spekulantów, ale był sprawiedliwy. Nikt nie cierpiał niesłusznie. W tym czasie włączył się w wir życia społecznego. Radny, przewodniczący Związku Uczestników Walki Zbrojnej, przewodniczący Komisji Rewizyjnej Związku Byłych Więźniów Politycznych - to tylko ważniejsze funkcje, jakie pełnił towarzysz Madej na terenie Łodzi. W roku 1949 został przeniesiony na takie samo stanowisko w Warszawie. Znów znalazł się tam, gdzie mógł być pożyteczny. W różnych instytucjach i organizacjach. W Centrali Spółdzielni Inwalidów - w charakterze członka zarządu, w Centrali Związku Spółdzielczości Pracy - jako członek zarządu. Po reorganizacji tej instytucji został członkiem Rady. Na skutek bicia przez gestapo, warunków obozowych i nabytej awitaminozy Stanisław Madej tracił powoli wzrok. W roku 1951 został ociemniałym. Własne ślepnięcie otworzyło nową sferę działalności. Nietypowy to był ociemniały. I w tej nowej sytuacji potwierdziły się cechy charakteru Stacha. Zaczął uczyć innych, że i po niewidomemu można się śmiać. Nie przestał się cieszyć życiem. Opowiadał nieraz, że często przy goleniu gwiżdże lub śpiewa. Dzieciom wtedy - mawiał - nie wpadnie nawet do głowy, że ich tata może być nieszczęśliwy. Został członkiem Polskiego Związku Niewidomych i wkrótce wiceprezesem Zarządu Głównego. Objął też kierownictwo nad wydawnictwami Związku. Był ich naczelnym redaktorem. W jego przekonaniu publikacje ułatwiały otwieranie okien ku społeczeństwu. Obiektywnie trzeba stwierdzić, że pod kierownictwem redaktora Madeja "Pochodnia" stała się autentycznym środkiem przekazywania problemów trapiących środowisko niewidomych i jednocześnie pismem informacyjnym również dla widzących. Od października 1964 do V Zjazdu Stanisław Madej pełnił funkcję prezesa Zarządu Głównego PZN. W dalszym ciągu piastował różne stanowiska społeczne. Jego aktywność nie osłabła nawet po dwóch zawałach, które przebył w 1959 roku. Tak jak dawniej pozostał człowiekiem towarzyskim. Był członkiem Rady Nadzorczej Ubezpieczeń Społecznych, Rady Naukowej Zakładu Badawczego Związku Spółdzielni Niewidomych, Rady Techniczno-Ekonomicznej Przedsiębiorstwa Sprzętu Rehabilitacji ZSI i wielu innych. Z opowiadanych przez towarzysza Madeja swych dziejów z okresu działalności politycznej przed wojną, walki z hitlerowskim okupantem, okresu aresztowań i cierpień w obozach koncentracyjnych rysuje się portret człowieka o niezwykłej prawości i odwadze. W każdej życiowej sytuacji nawiązywał serdeczny stosunek ze środowiskiem, z ludźmi, z którymi współpracował. Niejeden kłopot innego człowieka był i jego troską. Podczas prowadzenia konferencji i w zwykłych roboczych kontaktach stwarzał atmosferę zaangażowania. Wyzwalał inicjatywę swych rozmówców. Jego komunikatywność zdobywała mu sympatię każdego młodzieżowego audytorium - szczególnie, kiedy w mundurze pułkownika WP opowiadał o czasach przedwojennych i o wojnie. Od siebie Madej dużo wymagał. Utrata wzroku nie ograniczała w niczym jego zainteresowań. Śledził wydarzenia polityczne. Uczestniczył w życiu partii. Martwiła go sytuacja ekonomiczna kraju. Dostrzegał dramatyzm współczesnego świata. Miał doskonałe rozeznanie aktualnych problemów kultury. Sięgał po nagrania książek z najrozmaitszych dziedzin. Lubił poezję. Z historii Polskiego Związku Niewidomych Stanisław Madej zapisał niejedną piękną kartę. Jego bystra inteligencja, zmysł organizacyjny i pomysłowość były zaraźliwe. W okresie prezesury towarzysza Madeja obserwowało się ożywienie wśród aktywu i pracowników Związku. Zebrania i narady prowadzone bez urzędowej sztampy zamykane były konkretnymi zadaniami. Często prowokowały do dyskusji, ale zawsze stymulowały właściwy kierunek realizacji tych zadań Związku, które bezpośrednio prowadziły do ułatwienia życia niewidomym. Podstawowym założeniem prezesa Madeja w działalności wewnątrzorganizacyjnej było wyzwolenie w większym stopniu aktywności czynnika społecznego w pracach Związku oraz decentralizacja. Preferowanie pracy o charakterze społecznym, a ograniczanie aparatu etatowego, przyniosło istotne korzyści Związkowi. Koncepcja nadzoru społecznego wywołała kontrowersje wśród działaczy centralnych. Natomiast decentralizacja władzy na rzecz Okręgów miała korzystny wpływ na rozwój PZN, wyzwalała bowiem inicjatywę terenu. W tym aspekcie korzystna dla Związku była inspiracja dotycząca nawiązywania współpracy z Wojewódzkimi Radami Narodowymi. Ułatwiało to pozytywne załatwianie lokalnych postulatów, a co za tym idzie, stwarzało warunki wzrostu pozycji Związku wśród niewidomych. Wspomniałem już o "otwieraniu okien ku społeczeństwu". Świadomość potrzeby większego zainteresowania społeczeństwa problemami niewidomych zrodziła koncepcję komisji popularyzującej sprawy niewidomych. Prezes Zarządu Głównego przypisywał dużą rolę wszelkim działaniom i formom przyczyniającym się do likwidowania psychologicznej bariery pomiędzy niewidomymi a widzącymi. Drogą ku temu było stwarzanie takich warunków, w których niewidomy pozbyłby się poczucia swej nieużyteczności dla społeczeństwa. Dla prezesa Madeja był to główny motyw w działalności Związku. Dlatego bez reszty angażował się w finalizowanie od dawna zgłaszanych postulatów. Pomagała mu w tym nie tylko energia, ale i bezkompromisowość, z jaką prowadził sprawy Związku na wysokim szczeblu instancji rządowych i partyjnych. Nie miał w sobie niczego z konformisty. Gdy Prezes Rady Ministrów przez 3 miesiące nie ustosunkował się do sprawy sfinansowania lektoratów, tow. Madej napisał do niego list, zwracając mu uwagę, że i jego obowiązuje ustalony tryb postępowania administracyjnego. Oczywiście po liście sprawa środków finansowych na lektoraty została natychmiast załatwiona pozytywnie. Inną sprawą była tresura psów. To właśnie osobista interwencja prezesa PZN spowodowała, że do dnia dzisiejszego psy tresowane są bezpłatnie w Ośrodku Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Trudno byłoby wymienić wszystkie sprawy załatwione pozytywnie dla niewidomych w okresie prezesury Stanisława Madeja. Związek przejął Zakład Rehabilitacyjny w Chorzowie. Otwarta została nowa szkoła dla dzieci niewidzących w Lublinie. Roczny kurs masażystów w Krakowie przekształcony został w dwuletnią szkołę masażu leczniczego. Wojewódzka Rada Narodowa w Łodzi podjęła decyzję budowy internatu dla niewidomych. W okresie działalności Stanisława Madeja w PZN wiele było nierozwiązanych problemów niewidomych, które nie dawały mu spokoju. Wykorzystywał więc swoją pozycję polityczną. Zgłaszał postulaty, pisał do instancji partyjnych. Przekonywał o słuszności swego stanowiska. O jego charakterze komunisty świadczy też fakt, że konsekwentnie bronił swego stanowiska nawet w sytuacji, kiedy najwyższa instancja PZPR wypowiadała się negatywnie w jakiejś sprawie. Taką była na przykład jego koncepcja połączenia Związku Spółdzielni Niewidomych z PZN. W okresie dyskusji nad tezami na V Zjazd Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej uzasadniał konieczność przyznania jednomiesięcznych urlopów niewidomym pracownikom fizycznym. Postulował zatrudnianie niewidomych absolwentów wyższych uczelni zgodnie z kierunkiem odbytych studiów. Traktował to jako istotny czynnik procesu wychowawczego przez pracę. Wskazywał na znaczenie działalności kulturalnej i artystycznej zespołów niewidomych w procesie integracji z pełnosprawnym społeczeństwem, z widzącą publicznością. Tkwiąc praktycznie w problematyce spółdzielczości inwalidzkiej, Stanisław Madej zaprezentował w Komitecie Pracy i Płac cały katalog spraw wymagających zajęcia stanowiska służącemu interesowi inwalidów. Przekonywał o konieczności odrębnego traktowania spółdzielni inwalidzkich w zakresie limitów płacowych, zatrudnienia i innych dyrektywnych wskaźników oraz warunków socjalnych. Podniósł sprawę praw dla inwalidów chałupników. Obserwując zmniejszanie się zatrudnienia niewidomych w przemyśle, lansował swoją koncepcję produktywizacji inwalidów. Widział też tzw. problem pseudowidzących (z 85% utratą wzroku). Katalog spraw spółdzielczości inwalidzkiej reprezentował również potrzebę utworzenia zakładów wykonastwa inwestycyjnego, baz remontowych i produkcji narzędzi, stanowiących zaplecze dla spółdzielni. Z nie mniejszą aktywnością Stanisław Madej włączył się w nurt problematyki międzynarodowej niewidomych. W Komitecie Europejskim Światowej Rady Pomocy Niewidomym powierzono funkcję wiceprzewodniczącego. Wybór na to stanowisko też jest charakterystyczny. Madej reprezentował kraj socjalistyczny, nie ukrywał swej ideologii. "Wojował" z przedstawicielami krajów zachodnich o przyjęcie NRD-owskiej organizacji niewidomych do Komitetu, a były wówczas przeciwko temu duże opory, ze względów politycznych oczywiście. Mimo to prezes PZN cieszył się sympatią całego gremium Europejskiego Komitetu. Posiedzenia Komitetu stanowiły forum nie tylko dla przeglądu sytuacji i warunków życia niewidomych w krajach europejskich. Umożliwiały one ustalenia wspólnego frontu w sprawach socjalnych i organizacyjnych niewidomych w Europie, formułowanie ujednoliconych stanowisk w występowaniu krajowych organizacji do władz państwowych. Stanisław Madej traktował swoją funkcję w Komitecie jako "wizytówkę" wszystkich krajów socjalistycznych. Jego wnioski spotykały się z aprobatą. Na przykład na posiedzeniu w Monachium, z inicjatywy tow. Madeja przyjęto wniosek do Organizacji Narodów Zjednoczonych, aby przywilej bezpłatnego przewodnika wprowadzić w całym świecie. Z kolei dobre doświadczenia związków niewidomych w krajach zachodnich przyjmował z aprobatą, popularyzując je w Polsce. Bardziej robocze kontakty nawiązały w tym czasie organizacje niewidomych z krajów socjalistycznych. Wynikało to zresztą nie tyle ze wspólnoty ideologicznej, co identyczności struktury społeczno-ekonomicznej. Na spotkaniach przedstawicieli związków z poszczególnych państw zapoznawano się z sytuacją niewidomych w danym kraju, konfrontowano osiągnięcia i metody pracy, formułowano postulaty w zakresie ułatwiania życia niewidomym. Na jednym takim spotkaniu, w sierpniu 1966 roku, przedmiotem dyskusji była sprawa integracji niewidomych ze społeczeństwem. Prezes Madej przedstawił uczestnikom spotkania, jak w Polsce - w przeciwieństwie do niektórych innych krajów - integruje się niewidomych w społeczeństwie widzących. Przede wszystkim nie izoluje się ich. Uczestniczą oni w życiu społecznym. Wybierani są do władz stowarzyszeń i instancji partyjnych. Piastują mandaty w organach władzy terenowej. Natomiast specjalne szkoły i zakłady pracy stanowią bardziej racjonalne i korzystne dla niewidomych rozwiązania ich życiowych sytuacji. Koncepcja rozproszenia niewidomych w okresie edukacji czy pracy zawodowej prowadzi do tego, że niewidomi się męczą, i z nimi inni. Ten polski system integracji został aprobowany przez większość uczestników spotkania. Stanisław Madej. Człowiek, działacz, polityk. Trudno powiedzieć, że w jego osobowości przeważały jakieś cechy potocznie przypisywane tym pojęciom. W przyrodzie znane jest zjawisko symbiozy. Osobowość Stanisława Madeja stanowiła właśnie symbiozę cech spójnych i przeciwstawnych. Humanista, czuły na strofy lirycznych wierszy, z gorącym sercem na niedolę innego człowieka i bezkompromisowy w walce ze złem i patologią społeczną. Komunista oddany bez reszty partii i ostro występujący przeciwko deformacjom w jej praktycznej działalności. Człowiek otoczony głęboką przyjaźnią ludzi i obiekt nienawiści. Seria z pistoletu maszynowego do samochodu, którym jechał ulicami Łodzi - chybiła. Ale w kilka dni później dotkliwie pobito jego ojca. Również jako prezes PZN miał poznać gorzki smak niechęci do siebie małodusznych ludzi. Los nie był mu łaskawy. Kiedy w 1957 roku, w sali Filharmonii Łódzkiej, dekorowano towarzysza Madeja "Sztandarem Pracy" mógł już tylko słyszeć wołanie: "Wróćcie nam Madeja do Łodzi". Stanisław Madej zmarł 18 października 1980 w Warszawie. Po śmierci wrócił do miasta, któremu pozostał wierny do końca. Jego grób znajduje się na cmentarzu Komunalnym w Łodzi. Za działalność polityczną i społeczną, za pracę zawodową otrzymał wiele odznaczeń: Złoty Krzyż Zasługi w 1946 roku; Srebrny Medal Zasłużonym na Polu Chwały w 1964Ň; Odznakę Grunwaldzką w 1964Ň; Order Odrodzenia Polski w 1947Ň; Krzyż Partyzancki w 1951 r.; Medal 10-lecia Polski Ludowej w 1955 r.; Złoty Krzyż Zasługi - po raz drugi - w 1955 r.; Sztandar Pracy Ii klasy w 1957 r.; Srebrny Medal za Zasługi dla Obronności Kraju w 1967 oraz Medal Xxx-lecia PRL w 1972 roku i Sztandar Pracy I klasy w 1979. O aktywności społecznej Stanisława Madeja świadczą też liczne wyróżnienia wielu instytucji i organizacji: Odznaka Zasłużonego Działacza Ruchu Spółdzielczego w 1959 roku; Honorowa Odznaka Miasta Łodzi w 1960 r.; Złota Odznaka Honorowa Związku Inwalidów Wojennych w 1962 r.; Złota Odznaka Honorowa Zasłużony dla Warmii i Mazur w 1963 r.; Odznaka Tysiąclecia w 1963 r.; Złota Odznaka Honorowa Związku Ociemniałych Żołnierzy w 1965 r.; Srebrne Odznaczenie Janka Krasickiego w 1968 r.; Złota Odznaka Polskiego Związku niewidomych w 1969 r.; Złota Odznaka Związku Emerytów i Rencistów w 1970 r, a także Złota Odznaka Warszawy w 1979 roku. `tc Józef Szczurek.ă Józef Stroiński (1920-1973Ň)ă Szczęśliwy nie szukaă zapomnienia... `tc Józefa Stroińskiego spotkałem po raz pierwszy w szkole w Laskach, w czerwcu 1949 roku. W niewielkiej sali sypialnej, zwanej podchorążówką, siedział nad brajlowską książką. Nie pamiętam, o czym wtedy rozmawialiśmy; utrwalił mi się natomiast jego raczej niski, spokojny i ciepły głos. Potem, po dziesięciu latach, kiedy stał się znanym działaczem społecznym, a ja podjęłęm pracę w "Pochodni", spotykaliśmy się wielokrotnie. Prawie za każdym razem, kiedy służbowo przyjeżdżał do Warszawy, wstępował również do redakcji. Rzeczowo i życzliwie przekazywał wtedy swoje uwagi o treści naszego czasopisma, mówił co należy zrobić, aby spełniało ono jeszcze lepiej swe zadania. Opowiadał także o osiągnięciach i kłopotach białostockiego środowiska niewidomych i o swych osobistych porażkach i radościach. Bardzo ceniłem te wizyty. Wszyscy ludzie, ale przede wszystkim tacy jak on, niewidomi, byli mu bardzo bliscy. Służył im wiernie przez całe swe dorosłe życie. Bezinteresowny, dobry, serdeczny, opiekuńczy - te określenia najlepiej charakteryzują Józefa Stroińskiego. Taki pozostał w sercach i pamięci swych współpracowników, przyjaciół, ale nade wszystko tych, którym podawał pomocną rękę, ułatwiał znalezienie właściwego miejsca w społeczeństwie. Dla niewidomych Białostocczyzny, która jeszcze do niedawna należała do terenów najbardziej zaniedbanych ekonomicznie i społecznie, Józef Stroiński był i pozostał najwybitniejszym i najbardziej ofiarnym działaczem społecznym i pionierem. Dla nich organizował ogniwa Polskiego Związku Niewidomych, dla nich stworzył zakład pracy - spółdzielnię - żywił bowiem głębokie przekonanie, że praca zawodowa i niezależność materialna są warunkiem samodzielnego, normalnego życia. Bardzo chciał, aby ci ludzie, spychani przez swe kalectwo na margines społecznej egzystencji, mogli pracować, zakładać rodziny, przeżywać - jak wszyscy inni - nie tylko codzienne kłopoty, ale i radości, satysfakcje. Temu celowi poświęcał cały czas, wszystkie swoje siły. W ciągu 25 lat pracy zawodowej i społecznej jeździł po kraju, zdobywał dla spółdzielni maszyny, surowce, załatwiał najtrudniejsze sprawy. Brał udział we wszystkich zjazdach krajowych Polskiego Związku Niewidomych, zresztą przez dłuższy czas należał do jego władz centralnych. Miał licznych znajomych i przyjaciół. Wszyscy go cenili za prawdomówność, ofiarność, społecznikowską pasję i nieustanną gotowość pomagania innym. Nie oznacza to jednak, że nie miał przeciwników, zwłaszcza wśród ludzi, którzy nie zawsze mieli dobre intencje. Bali się go, wiedzieli, że Stroiński, kiedy chodzi o dobro niewidomych, nie cofnie się: "wyrąbie" prawdę publicznie. Toteż niejednokrotnie pod nogi Józefa Stroińskiego rzucano kłody, narażano na szwank jego dobre imię - a wszystko po to, aby go odsunąć na dalszy plan, zmniejszyć jego wpływ na losy niewidomych, którzy na zapadłych białostockich wsiach żyli w poniżeniu, bez możliwości wyrwania się z nędzy, bez perspektyw i wiary w przyszłość. Ostatni raz spotkałem się z Józefem Stroińskim w sierpniu 1973 roku. Przebywaliśmy razem na wczasach w Jastrzębiej Górze w ośrodku Związku Spółdzielni Inwalidów. Mieszkaliśmy w sąsiednich pokojach. Józef Stroiński, jak zwykle, wiele czasu spędzał nad brajlowskimi książkami i czasopismami. Przez dwa tygodnie, każdego dnia spędzaliśmy razem kilka chwil. Często rozmawialiśmy o tym, jak słowa, zamiary i plany odnoszące się do niewidomych w Polsce zamienić na fakty, owocujące ludzką radością i spełnieniem. Podziwiałem jego łatwość w nawiązywaniu serdecznych kontaktów z innymi wczasowiczami, z pracownikami ośrodka - w biurze, stołówce, ogrodzie. Nie wiedziałem, że są to nasze ostatnie spotkania, że już nigdy nie usłyszę jego sympatycznego głosu. Był przecież jeszcze taki młody, energiczny, silny. To prawda, że już wtedy skarżył się czasem na dolegliwości serca, że przeżywał niekiedy chwile głębokiej zadumy i jakby smutku, ale któż od nich jest wolny? Kiedy się rozstawaliśmy, opowiadał o własnych planach, cieszył się sukcesami i dorastaniem swoich dzieci. Mówił, że dobry początek został już zrobimy i że teraz można będzie sprawie niewidomych na Białostocczyźnie nadać szybsze tempo. Niestety, już niewiele z tych planów los pozwolił mu zrealizować. Życie Józefa Stroińskiego nie było długie, ale pełne autentycznej pasji i dokonań. Niech opowiedzą o nim jego bliscy i przyjaciele. Rys biograficzny zacznijmy od fragmentu pamiętnika, w którym Józef Stroiński opisuje swoje dzieciństwo i młodość. Pamiętnik zamieszczony został w "Pochodni" w styczniu 1976 roku pod znamiennym tytułem "Portret samotnością pisany". "Jako uczeń drugiej klasy, w końcu września 1929 roku pozwoliłem sobie pójść z mniej obowiązkowymi kolegami na cmentarz znajdujący się przy drodze, którą wracaliśmy ze szkoły, aby jak najdłużej przedłużyć wolny czas, zwykle przeznaczony na pasienie krów. Zostałem oczywiście ukarany praktykowanym na wsi sposobem - rózga raz nie trafiła w plecy, tylko w twarz; dostałem zapalenia oka wskutek przecięcia rózgą, no i zaczęło się... Szkoda było kilku złotych, a może jeszcze bardziej czasu na jeżdżenie do lekarzy, więc robiono okłady z serwatki, przykładano liście bobkowe, olszowe, podbiału... Trzeciego dnia po uderzeniu widziałem świat prawym okiem przez delikatną mgłę. Po tygodniu ta mgła zasłoniła wszystko. Dopiero w sześć tygodni po wypadku zgłoszono mnie do okulisty we Włocławku, a następnie w Toruniu. Wożono mnie do różnych lekarzy, znanych aptekarzy, a wreszcie do znachorów. Na szczęście zajął się mną proboszcz miejscowej parafii, ks. Pomiankowski - warszawiak z pochodzenia, który przypadkowo znał zakład w Laskach i nawiązał z nim korespondencję. Dużo było narad rodzinnych, sąsiedzkich kalkulacji i przewidywań. W październiku 1930 roku, jako 10-letni chłopiec, znalazłem się w Laskach, już zewnętrznie pogodzony ze swoją ślepotą. Mówię "zewnętrznie", bo do dziś nie mogę pogodzić się z tym stanem. Pamiętam, że po powrocie z toruńskiego szpitala nie pozwalałem młodszemu rodzeństwu brać moich zeszytów i książek szkolnych. Tłumaczyłem, że jeszcze będą mi potrzebne do szkoły. Wierzyłem ciągle, że coś się stanie, że znów zobaczę wyraźnie obraz cmentarza, znajdującego się na wzgórzu, na wprost mego podwórka, wieżę kościelną i dachy wsi. O pół kilometra dalej dwie ogromne topole przy drodze. Trochę na lewo za nimi - zielony zagajnik na widnokręgu, wiatrak na wzgórzu i ten cały krajobraz, który do dziś mam w pamięci, a który wówczas był jakby chwilowo przesłonięty przez mgłę czy ciemność nocy. Mój słabnący wzrok pozwalał jeszcze odróżniać sylwetki ludzi, lecz nie mogłem rozpoznać twarzy. Kryłem się z tym i wstydziłem. Jeśli przychodził ktoś z sąsiadów lub znajome dzieci - unikałem spotkania, bo wszyscy głośno okazywali mi współczucie, biadolili z rodzicami. Matka przeważnie wybuchała płaczem, ojciec wzdychał i ocierał łzy. W Laskach, już w styczniu wypożyczyłem pierwszą książkę z biblioteki. Czytać lubiłem bardzo. Wykorzystywałem nawet przerwy między lekcjami, a później, w wyższych klasach, czytałem nawet w nocy, trzymając książkę na brzuchu pod kołdrą (żeby wychowawca nie zobaczył). Pamiętam, że kiedy wydano "Emancypantki" Prusa, bodajże w r. 1935 (38 tomów druku), czytałem 5 - 6 tomów dziennie. Doszło do tego, że czytałem przez chusteczkę, ponieważ zdarcie naskórka powodowało krwawienie palców. Co roku wakacje spędzałem w domu, ferii świątecznych - nigdy, bo rodzice nie mieli pieniędzy na przejazd... Ojciec zobowiązał się płacić za mój pobyt w Laskach 20 złotych miesięcznie (czasem płacił, czasem nie) - resztę miała dopłacać gmina, bo całość opłaty wynosiła 60 złotych. Ojciec zapadał coraz bardziej na zdrowiu. W gminie nie miał kto mojej sprawy popierać. W konsekwencji szkoła utrzymywała mnie na koszt Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Czasem ks. Pomiankowski i jego siostra przysyłali mi paczki odzieżowe, lecz później przenieśli się w inne strony i straciłem z nimi kontakt. 22 października 1937 roku otrzymałem list zawiadamiający, że nagle zmarł ojciec, że matka nie widzi żadnego wyjścia i nie wie, co robić dalej, że zadłużenie, że bieda itd. Natychmiast zdecydowałem się wyjechać. Praca na roli i wychowanie pięciorga młodszego rodzeństwa (najmłodsza siostra miała wówczas 4 lata), były to zadania dla 17-letniego niewidomego chłopca ani właściwe, ani możliwe do wykonania - tym bardziej, że chciałem się uczyć. Z Lasek przychodziły listy od kolegów i pisma od kierownictwa zakładu, abym wracał i kontynuował naukę... Zawsze przeważało u mnie serce, a nie rozsądek i jakoś nie mogłem i nie mogę przyswoić sobie zasady, że nie ma ludzi niezastąpionych. Mimo rozterki wewnętrznej zostałem. Po nocach pilnowałem sadu i zabudowań, bo amatorów na cudze nie brakowało. Raz tylko, wczesnym, jesiennym wieczorem, gdy czytałem rodzinie z brajlowskiej książki "Ogniem i mieczem" - wpadli i zdołali zabrać dwie gęsi... W czasie wieczornych dyżurów plotłem koszyki, czytałem książki brajlowskie lub odpisywałem na listy. Po parogodzinnym przespaniu się rwałem trawę i chwasty na miedzach i w rowach, żeby dożywiać krowy, cięlęta i maciory. W czasie żniw wiązałem snopki za którymś z rodzeństwa, które zbierało zboże z pokosów, a przy zwózce podawałem snopki na wóz i w stodole z wozu do sąsieka. Wiosną i jesienią wyrzucałem z obory i ładowałem na wóz obornik. Po żniwach oczyszczałem i pogłębiałem rowy odprowadzające wodę z łąki i pola. Gdy młócono zboże, odnosiłem słomę z klepiska na sterty. Przy oczyszczaniu wymłóconego zboża kręciłem wialnią, a potem ziarno ważyłem i wynosiłem na strych, gdzie było przechowywane. Gotowałem ziemniaki i przygotowywałem karmę dla świń, doiłem krowy... Końmi dzieliliśmy się z bratem - brat tylko jeździł, lecz w stajni należały do mnie. Karmiłem je, czyściłem, zaprzęgałem. Swoje pola i łąki znałem dobrze, wszędzie trafiałem - np. bez większych trudności przywoziłem koniczynę, którą sam skosiłem... Roboty miałem pełne ręce i gospodarzyliśmy coraz lepiej. Rodzeństwo podrastało, ja coraz lepiej orientowałem się w hodowli zwierząt i załatwianiu spraw w urzędach. ... Przy swoich codziennych zajęciach marzyłem o tym, że gdy brat podrośnie, wrócę znów do Lasek i będę uczył się dalej. 10 sierpnia 1939 r. ułożyliśmy z rodziną sprawy w ten sposób, że rodzinie będzie pomagał jeden z kuzynów matki, a ja miałem wyjechać. Niestety, 8 września przemaszerowały w pobliżu naszej wsi kolumny piechoty niemieckiej". Józef Stroiński miał liczne rodzeństwo - dwu braci i trzy siostry. Najmłodsza - pani Teresa Cebulowa - mieszkająca w Lublinie, opowiada o dziejach swej rodziny w czasie okupacji, zwłaszcza o życiu w obozach niemieckich i w pierwszych miesiącach po wyzwoleniu: "Józek w naszym rodzeństwie był najstarszy. Przejął więc na siebie obowiązki ojca. W 1943 roku Niemcy wywieźli całą naszą rodzinę, najpierw do obozu dla przesiedleńców w Potulicach koło Łodzi, a następnie do pracy w majątku rolnym w północnych Niemczech (koło Lubeki). Józek nieraz rozmawiał z Niemcami, aby mieli jakieś względy dla naszej licznej rodziny. Niewiele można było zabrać ze sobą do obozu, ale akordeon Józek zabrał. W Potulicach Niemcy chcieli się przekonać, czy umie grać. Józek zagrał "Boże, coś Polskę". Nie pozwolili mu dokończyć, a akordeon zabrali. Ciężko mu było bez ulubionego instrumentu, bez muzyki. Pamiętam, że już potem, w Niemczech, za pierwsze pieniądze, które otrzymał za hodowane króliki, kupił znów akordeon. W naszym mieszkaniu prawie codziennie zbierała się polska młodzież, wojskowi i cywile wywiezieni do Niemiec do pracy u gospodarzy. Śpiewaliśmy pieśni patriotyczne i religijne. Akordeon, muzyka Józka, bardzo pomagały w przetrwaniu trudnych czasów. Najpierw Józek wyplatał kosze, chętnie kupowane przez okoliczną ludność. Pracował w stajni przy koniach. Wykonywał także inne prace w gospodarstwie. Potem, kiedy w 1944 roku zbombardowano Lubekę, znaczna część Niemców z tego miasta przyjechała do naszej miejscowości. Rozwinął się handel. Niemcy z miasta dawali za artykuły żywnościowe rozmaite wartościowe rzeczy. Józek, jako że znał najlepiej język niemiecki, odgrywał teraz dużą rolę w tych, nielegalnych zresztą kontaktach. Jak mógł, starał się zapewnić byt naszej rodzinie. Zaraz po zakończeniu wojny przebywaliśmy w obozie dla przesiedleńców pod nadzorem Anglików. Było mnóstwo ślubów, wesel. Józek ze swym akordeonem miał olbrzymie powodzenie. Dzięki temu zarabiał na nasze utrzymanie. W 1949 roku wróciliśmy do swej wsi. Wszystko było zniszczone. musieliśmy zaczynać niemal od nowa. Józek znowu jeździł do władz, starał się o narzędzia pracy, o drewno na budowę. W sąsiednim Klonowie zakład dla niewidomych w Laskach miał swój majątek. Jego robotnicy, na polecenie dyrektora zakładu, Antoniego Marylskiego, pomagali nam w cięższych pracach polowych swymi maszynami. Podrastało rodzeństwo. Udało się również podźwignąć z ruiny gospodarstwo. Teraz Józek znów mógł pomyśleć o swoim dalszym życiu". (Z nagrania na taśmie magnetofonowej). Powróćmy znowu do pamiętnika Józefa Stroińskiego. Niech jeszcze opowie nam o dalszych swych losach. "Skontaktowałem się z zakładem w Laskach i w końcu listopada 1948 roku znalazłem się tam ponownie. W drodze wyjątku, jako byłego wychowanka, wcielono mnie do grupy terminatorów, przygotowujących się do egzaminu ze szczotkarstwa. Marzyłem, żeby zostać w laskach na stałe, bo ogromnie bałem się przyszłości. Fakt, że nic nie umiałem, a miałem już lat 28, zmuszał mnie do wracania w przeszłość i rozczulania się nad samym sobą. Jak na złość, siedmiomiesięczny pobyt w Laskach częściowo przechorowałem, wskutek jakiegoś skomplikowanego zapalenia. Wydajność przy naciąganiu szczotek była minimalna i bardzo daleka od wymaganej normy, nic więc dziwnego, że bałem się przyszłości. Z Lasek trzeba wyjeżdżać - ale dokąd? Do domu w żadnym wypadku. Na horyzoncie zarysuje się możliwość pracy w spółdzielni w Lublinie - jest to rada dyrektora Ruszczyca i Modesta Sękowskiego - kolegi szkolnego. Nie mam wyboru. 2 sierpnia 1949 r. przybywam do Lublina. Dawni koledzy szkolni, jak i inni, przyjęli mnie bardzo serdecznie. Mieczysław Miroński wziął mnie do swojego mieszkania przy ulicy Wspólnej. Wszyscy pomagali w przystosowaniu się do miejscowych warunków, opanowaniu pracy i ułożeniu sobie życia. Zabrałem się pilnie do pracy, lecz w pierwszych dniach nie przekraczałem 7 "szrobrów" dziennie, a norma wynosiła 19,5... W styczniu wykonywałem już od 30 do 40 "szrobrów". Wyniki te zawdzięczam współzawodnictwu, które zaimprowizowaliśmy wspólnie z Władkiem, siedzącym naprzeciw mnie. Drugim sposobem dopingu było liczenie w czasie naciągania poszczególnych pęczków. Ta, zdawałoby się nierealna, rada jednego z kolegów okazała się bardzo pomocna". I tu urywają się wspomnienia Józefa Stroińskiego, zawarte w brudnopisie zatytułowanym "Pamiętnik inwalidy". Niemniej, na Białostocczyźnie, dalszy ciąg życia i pracy organizatora ruchu niewidomych w tym regionie jest powszechnie znany. W 1974 i 1976 roku redakcja "Pochodni" ogłosiła konkursy na temat przemian dokonujących się w życiu niewidomych w Polsce Ludowej. Autorzy kilku spośród nadesłanych prac przedstawili życie i działalność Józefa Stroińskiego. Posłużmy się więc fragmentami tych prac, aby ukazać dalszą jego działalność: "W Lublinie, jako szczotkarz, Józef Stroiński pracuje niedługo. W nowym środowisku wcześnie zaczyna swą działalność społeczną. Praca na rzecz niewidomych staje się jego pasją. Oddział Związku Pracowników Niewidomych RP w Lublinie dostrzega jego zaangażowanie i zdolności organizacyjne. Nie jest więc rzeczą przypadku, że Józefowi Stroińskiemu powierza się zorganizowanie spółdzielni pracy i oddziału Związku Niewidomych w Białymstoku. Na stałe przenosi się tam w 1951 roku. Białostocczyzna należy wtedy do tzw. terenów trudnych - dawna Polska B, powszechne zaniedbanie i ciemnota, a problem niewidomych szczególnie drastyczny. Początki są wyjątkowo ciężkie. Brakuje wszystkiego: lokalu na spółdzielnię, wyszkolonych ludzi, zrozumienia społeczeństwa i ówczesnych władz. Wszystko trzeba stworzyć dosłownie z niczego. Nie załamuje to jednak młodego działacza. Jest w swym żywiole. Jego energia i oddanie sprawie dokonują cudów. W 1951 roku zdobywa na spółdzielnię dla niewidomych trzypokojowy lokal przy ulicy 1 Maja (obecna ulica Sienkiewicza). Tu szkolą się i pracują przy produkcji szczotek pierwsi niewidomi. Warunki są prymitywne, ale entuzjazm wśród pracowników ogromny. Lata pięćdziesiąte, to najaktywniejszy okres w życiu Józefa Stroińskiego. Zawsze jest tam, gdzie go najbardziej potrzebują. A różnorodność problemów ogromna: jak zdobyć większy lokal na spółdzielnię, jak namówić Marysię na obcięcie kołtuna, a Kola znowu w niedzielę poszedł żebrać pod kościół, chociaż już pół roku pracuje. W 1952 roku, dzięki usilnym staraniom Stroińskiego, spółdzielnia otrzymuje znacznie większy lokal przy ulicy Kraszewskiego 9. Pozwala to na wydzielenie działu produkcji i internatu dla pracowników. W tym samym roku powstaje Wojewódzki Oddział Polskiego Związku Niewidomych w Białymstoku. Stroiński pełni jednocześnie funkcję prezesa spółdzielni i kierownika oddziału. Pracuje bardzo intensywnie. Organizuje koła powiatowe i grupy związkowe PZN. Często wyjeżdża w teren. Dociera do niewidomych, namawia ich do pracy, przekonuje rodziców o konieczności umieszczenia ich niewidzących dzieci w szkołach specjalnych. Wieczorami szkoli aktyw związkowy, uczy niewidomych pisma Braille'a, prowadzi zespół muzyczny. W pokoju prezesa Stroińskiego jest zawsze pełno interesantów. Przychodzą do niego ze wszystkim, jak do dobrego ojca. On dla każdego ma czas, każdego wysłucha, doradzi, pomoże rozwiązać trudny problem. Jego oddanie dla współtowarzyszy niedoli jest wprost niewiarygodne. Kiedy zakładowi przy 1 Maja grozi przestój z powodu braku drewienek, a spółdzielnia nie dysponuje transportem, Józef Stroiński na własnych plecach nosi wieczorem drewienka z magazynu spółdzielni przy ulicy Kraszewskiego. Innym razem potrafi grzać we własnym mieszkaniu wodę i nosić ją do oddalonego o ponad 100 metrów zakładu po to, by niewidomi szczotkarze mogli się umyć... Fenomenalna pamięć, szybki refleks, łatwość nawiązywania kontaktów zjednuje mu ludzi. Zna dobrze problemy niewidomych, jasno i ściśle wyraża swoje myśli. Jego argumentacja jest nie do odparcia. Jako przełożony cieszy się wielkim autorytetem, zdobywa uznanie partyjnych i administracyjnych władz województwa. Na początek lat 50-tych przypada okres narzeczeństwa a następnie małżeństwa Józefa Stroińskiego z mgr Zofią Wysocką. Do roku 1959 Józef Stroiński pracuje nadzwyczaj aktywnie, zarówno w spółdzielni, jak i w Związku Niewidomych; chętnych do pracy wciąż przybywa. Pomieszczenia przy ul. Kraszewskiego 9 są już niewystarczające. Józef Stroiński czyni starania w sprawie budowy nowego zakładu i internatu. Jego zabiegi zostają w końcu, w latach 60-tych, uwieńczone sukcesem". (Kazimierz Wierzbicki, pracownik służby zdrowia z Białegostoku: "Wspomnienie o Józefie Stroińskim", praca nadesłana na konkurs z okazji 30-lecia PZN). "Nie widziałem od urodzenia. Miałem jedynie nikłe resztki wzroku. Od najwcześniejszego dzieciństwa musiałem pracować, przeważnie przy obrządzaniu bydła. Słyszałem o istnieniu szkół, ale dla mnie miejsca w nich nie było. Czas płynął. Wiosną i latem pasałem owce. Zimą chodziłem młócić żyto, aby zarobić parę złotych na bułki, bo czarny chleb to był, ale do chleba nic. W domu brakowało dla mnie miejsca, więc sypiałem często między owcami, gdyż tam było najcieplej. W jesienne i zimowe wieczory grywałem na organkach. W zamian za to starsi częstowali mnie wódką i tytoniem. Później poczułem wstręt do tego poczęstunku. Mawiali: Władziu, ty masz talent, pograj jeszcze, pośpiewaj. Jednak wiedziałem, że nie są oni moimi przyjaciółmi. Chcą mnie po prostu wykorzystać. Powszechnie uważano mnie za dobrego pastucha, grajka, a nawet śpiewaka, ale ze względu na łachmany, w jakich chodziłem, nazywano mnie dziadem. Z biegiem czasu coraz więcej dawano mi zajęć w domu i wysyłano do pracy u innych ludzi. Często bolały mnie dłonie, całe w pęcherzach od wideł przy wyrzucaniu obornika. Z pracy tej nie miałem żadnych korzyści. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni chodziłem boso. Nogi miałem poobijane i pokaleczone. Nigdy nie myślałem, że w moim życiu nastąpi jakaś zmiana. Istotnie, nic się nie zmieniało. Wciąż byłem taki sam, obdarty, brudny i wyczerpany. Miałem jednak świadomość, że jeśli chcę żyć, muszę pracować. Nie sposób opisać wszystkiego, co przeżyłem w domu rodzinnym i na wsi. Miałem już trzydzieści lat, kiedy powiedziano mi, że przyjechał do domu mojego ojca jakiś człowiek z Białegostoku i chce się ze mną widzieć. Przyprowadzono mnie do niego. Wraz z nim przyjechała jakaś pani. Powiedziała, żebym się nie bał, że ten pan też jest niewidomy. - Nazywam się Stroiński - oświadczył - Jestem kierownikiem Związku Niewidomych, interesuje mnie twoja dola, kolego. Czy chcesz być człowiekiem samodzielnym, zarabiającym na własne utrzymanie? Nasz Związek przychodzi z pomocą niewidomym, aby mogli żyć tak, jak inni, widzący. Matka i ojciec nie rzekli ani słowa. - Jedziesz ze mną do Białegostoku? - zapytał. - Jadę - powiedziałem od razu. Zostawił adres Związku. Ustaliliśmy, że za trzy dni będę w Białymstoku. Pojechałem. Pomógł mi w tym sąsiad, u którego najwięcej pracowałem. On przyprowadził mnie do oddziału Polskiego Związku Niewidomych. Zostałem sam z kierownikiem. Kiedy mnie o wszystko już wypytał, podał mi jakąś grubą książkę i rzekł: - Pomacaj palcami. Co czujesz? - Jakiś chropowaty papier. - A tak lepiej jeszcze pomacaj, wolniej. Co czujesz pod palcami? - Tak jakby jakieś kropki. - Masz orientację. Będzie z ciebie jeszcze uczeń i dobry pracownik. Tego dnia, a było to chyba w roku 1952 albo w 1953, byłem aż u trzech lekarzy. Stwierdzili, że jestem zdrowy. Kierownik oprowadzał mnie po wszystkich warsztatach, informował o każdej czynności i o zarobkach. Później zaprowadził mnie do internatu, pokazał mi łazienki, gdzie będzie się można umyć po pracy. Wszystko to było dla mnie niezwykle ważne i nowe. Potem weszliśmy do dużej sali. Stało w niej około dwudziestu łóżek. - Tutaj będziesz spał, kolego Władku - powiedział kierownik. Na pewno lepiej jeszcze niż w domu. Istotnie, tej nocy wyspałem się chyba za wszystkie czasy. Łóżko sprężynowe, miękka poduszka, czysta pościel. Rano obudził mnie pan Stroiński. - Co, kolego Władku, podobało się u nas? - O tak, poczułem się jak król w takiej pościeli. - Władziu, czy wiesz, gdzie są warsztaty? - Wiem, tam na dole, w baraku. - Dobrze. Co tam robią? - zapytał. - Korki do butelek, proszę pana. - Jak się nazywają te korki? - Pająkowe. Kierownik roześmiał się, a za nim inni. - Kolego Władku. Te korki nazywają się pałąkowe, a nie pająkowe. Można je również nazwać kabłączkowe. Proszę powtórzyć. Powtórzyłem trzy razy. - Jacy tam ludzie pracują? - Niewidomi, proszę pana. Idziemy do warsztatu. Mój opiekun zawołał brygadzistę i kazał mnie przydzielić do grupy wykonującej porcelanowe korki. Przez tydzień miałem trudności z nie znaną mi dotąd pracą. Później szło już znacznie lepiej. Nabierałem wprawy. Pierwszą wypłatę otrzymałem w wysokości ośmiuset złotych. Skakałem z radości. Nigdy dotychczas tyle pieniędzy nawet nie widziałem. Dawniej miewałem tylko złotówki albo grosze, toteż nabierałem niezwykłej chęci do pracy. Do roboty, Władku - powtarzałem sobie w duchu. - Im więcej zrobisz, tym więcej zarobisz. Buty sobie kupisz, nowe spodnie, marynarkę, koszulę... Oszczędzałem. Nie paliłem papierosów, nie piłem wódki. Po trzech miesiącach kupiłem to, co dawniej było dla mnie nieosiągalne. Ubranie niedrogie, ale dobre, bieliznę też nową. Wtedy pojechałem do domu. Ojciec i matka oraz kilku sąsiadów przeżeganli się z wrażenia, gdy wszedłem do izby. - Skąd to masz? - Co? - zapytałem ciekawy. - Toć my cię poznać nie możemy. Ubrany jesteś jak minister. W tym momencie wszyscy wiedzieliśmy, że nieludzkie warunki, w jakich żyłem poprzednio, bezpowrotnie się skończyły. Wkroczyłem w nowe życie. Zapał do pracy mnie nie opuszczał. Dzięki temu uskładałem sporo pieniędzy. A że miałem przyjaciela w osobie pana Józefa Stroińskiego i bliskich kolegów, wkrótce otrzymałem przydział na kwaterunkowe mieszkanie. Przedtem nie przychodziło mi to na myśl nawet w marzeniach. Do nowego mieszkania nie przeprowadziłem się sam, miałem już żonę. Tak rozpoczął się zupełnie nowy etap w naszym życiu. Sprawdziły się słowa pana Józefa Stroińskiego, który powiedział mi w czasie naszego pierwszego spotkania, że Polska Ludowa wszystkich obywateli traktuje jednakowo i dla wszystkich, którzy chcą pracować, znajduje się odpowiednie miejsce w społeczeństwie". (Władysław Odachowski, pracownik Spółdzielni Niewidomych w Białymstoku: "Za własne pieniądze", "Pochodnia" nr 7 z 1975 r.) "Mnie do pracy pan prezes Józef Stroiński namówił w lutym 1952 roku, na zebraniu powiatowym niewidomych w Bielsku Podlaskim. Przyrzekłem mu, że przyjdę, ale nie wierzyłem w to, co mówił, że niewidomi mogą zarobkować. 1 marca 1952 r. przekroczyłem progi spółdzielni, gdzie serdecznie powitał mnie prezes Józef Stroiński i majster szczotkarstwa pan Kazimierz Draps oraz grupka pracujących tam koleżanek i kolegów. Sala warsztatowa była rozdzielona płócienną kotarą, za którą mieściła się męska sypialnia. W przedniej części stały trzy stoły po 8 stanowisk każdy, przy których robiliśmy szczotki do szorowania podłóg, później droższe, bo z włosia końskiego, do zamiatania podług i ze szczeciny do ubrania i butów. Nasza załoga była szczęśliwa, nikt tu nie biadolił, przeciwnie - przy pracy śpiewaliśmy różne piosenki ludowe i wojskowe, polskie i rosyjskie, a czasami ktoś opowiadał jakąś anegdotę. Dla urozmaicenia czasu zainstalowano nam głośnik radiowy, zwany pospolicie toczką. Życie toczyło się tu wesoło. Nawzajem sobie pomagaliśmy. Nawet nie przeszkadzał gryzący w oczy dym, który wydostawał się ze szczelin pieca popękanego jeszcze chyba od działań wojennych, stojącego w pomieszczeniu warsztatowym. Damska sypialnia mieściła się w innym pokoju, do którego prowadziło wejście z warsztatu przez dość duży przedpokój. Ten przedpokój służył nam za jadalnię, a oprócz tego stało to jeszcze łóżko i dobry piec, który jednocześnie ogrzewał damską sypialnię i przedpokój. Gorsza sprawa była z wodą, gdyż dostęp do niej był tylko wtedy, gdy był otwarty podręczny magazyn majstra, to znaczy od 1 do 15. Podręczny magazynek był w kącie pomieszczenia warsztatowego i tam znajdował się kran. Później zrobiono nam blaszaną wannę, w rodzaju krypy do pojenia koni i pan majster czy jego pomocnik, odchodząc do domu wlewali nam kilka wiader wody, aby można się było umyć po dalszej pracy, a pracować można było, ile kto chciał, bo przecież w warsztacie spaliśmy, jak wcześniej wspomniałem. Prezes Stroiński uzyskuje wreszcie obszerne pomieszczenie przy ulicy Kraszewskiego 9. Na początku 1953 roku całkowicie nas tam przeniesiono. Mieliśmy osobne pomieszczenia warsztatowe, osobne pokoje sypialne dla kobiet i dla mężczyzn, a także stale bieżącą wodę i łazienki na miejscu, brakowało jedynie ciepłej wody. Dobrze zorganizowana była tu też stołówka, ale czasami obiady braliśmy z internatu szkoły przy ulicy Pałacowej. Wieczorami, po pracy, prezes Józef Stroiński prowadził zajęcia świetlicowe, uczył także czytać i pisać pismem punktowym. Montował aktyw, szkolił i wysyłał w teren zdolniejszych, bo samemu było mu za ciężko obsłużyć całe województwo. Nasze wyjazdy w teren miały na celu wygłaszanie referatów na temat nowego życia dla niewidomych i przekonanie widzących niedowiarków, że niewidomi są zdolni do samodzielnego życia i pracy, i sami, przy pomocy państwa, mogą decydować o własnym losie. Ja osobiście, na polecenie prezesa, obsługiwałem najodleglejsze powiaty i moja praca w terenie spowodowała duży napływ do pracy w spółdzielni następnych koleżanek i kolegów. Okazało się, że i nowe pomieszczenia są za ciasne. Zaszła więc pilna potrzeba wybudowania dość dużego baraku produkcyjnego w podwórku przy ulicy Kraszewskiego 9. Został on ukończony w 1956 roku. Prezes Józef Stroiński prowadzi biuro związkowe PZN i nadzoruje rozwój spółdzielni, nadal szkoli aktyw i werbuje coraz to nowych ludzi. Przekonały się wreszcie władze Białegostoku, że niewidomi potrafią i mogą wydajnie pracować, a spółdzielnia osiąga coraz to lepsze wyniki, wykonując w stu procentach swoje plany. Na wniosek Wojewódzkiego Oddziału Polskiego Związku Niewidomych i zarządu naszej spółdzielni władze miasta przydzielają piękny plac pod budowę nowego obiektu produkcyjnego i socjalnego przy ulicy Kraszewskiego 26. Obiekt został wybudowany z nowoczesnym internatem, gabinetem lekarskim, stołówką i świetlicą na miejscu oraz bieżącą ciepłą i zimną wodą. Ziarno, które rzucił w Ziemię Białostocką prezes Józef Stroiński, wydało nieoczekiwany plon i największy niedowiarek przekonał się, że ludzie bez wzroku nadają się nie tylko do pokornego odmawiania pacierzy, ale są zdolni do samodzielnej pracy, do zakładania własnych rodzin, do zdobywania odpowiedniego wykształcenia i zawodu". (Wiktor Jańczuk, masażysta z Hajnówki: "Moje wspomnienia za okres 25 lat"; praca nadesłana na konkurs z okazji 30-lecia PZN) "Na wsi odnalazł mnie pan Józef Stroiński. On stał się moim nowym, po ojcu, autorytetem. Wprowadził mnie w sprawy środowiska niewidomych, pozwolił poznać jego swoistość a potem dalej sterował moim losem. Na własnym przykładzie stwierdziłem, że taki "przewodnik" jest nieodzowny dla nowo ociemniałego i że najlepiej właśnie tę funkcję pełni niewidomy, który zna te przeżycia z autopsji. Ja znalazłem go w panu Stroińskim". (Czesław Kubaszewski, nauczyciel z Bydgoszczy: "Jesteśmy sobie potrzebni", "Pochodnia" nr 3, 1982 r.) "Józefa Stroińskiego poznałam jeszcze w szkole w Laskach. Gdyby właśnie on nie przyjechał na Białostocczyznę, niewidomi na tym terenie prawdopodobnie jeszcze bardzo długo nie mieliby tych osiągnięć, jakimi się cieszą teraz. Tutaj zawsze Związek, Spółdzielnia - to był Stroiński. I odwrotnie. Z trudnymi sprawami szło się nie do Związku czy Spółdzielni, tylko do Stroińskiego. On był wszystkim. Czy kto chciał zapomogę, pracę, pożyczkę, mieszkanie - zawsze zwracał się do niego. On pokierował, doradził, pomógł każdemu. Józef Stroiński był bardzo wartościowym i ciekawym człowiekiem. Trzydzieści lat pracuję społecznie w Związku i Spółdzielni, przewinęły się w tym czasie setki ludzi, ale drugiego takiego człowieka jak Stroiński nie spotkałam i pewnie już nie spotkam tak ofiarnego, serdecznego i życzliwego ludziom działacza. Z każdym potrafił porozmawiać, przekonać go, że otrząsał się z załamania i zabierał do pracy. Zależało mu bardzo, aby każdy niewidomy był jak najlepiej przystosowany do życia. Niewidomi stanowili jego prawdziwą rodzinę. W Związku i Spółdzielni spędzał całe dni, a nieraz i noce, bo wszyscy czekali na jego rady, wskazówki, pomoc, na serdeczne słowa. Nieraz niemalże ostatnią koszulę oddawał niewidomemu, który przyjechał ze wsi obdarty i trzeba go było ubrać. Przez cały czas pobytu na Białostocczyźnie pełnił funkcje kierownicze, przez kilka lat był prezesem Spółdzielni Niewidomych, potem zastępcą do spraw rehabilitacji, w ostatnich latach powierzono mu kierowanie działem nakładztwa. Przez wiele lat był także kierownikiem okręgu PZN i prezesem zarządu. Niezależnie od tego, jaką pełnił funkcję, zawsze czuwał nad całością spraw niewidomych, zawsze jednakowo im służył i pomagał. Miał też swoje słabości. Musiał załatwiać sprawy najtrudniejsze. Dawniej były takie czasy, że - jak to się mówiło - sprawę trzeba było przeprowadzić przez bufet. I tak raz, drugi, trzeci. Poza tym sytuacja była bardzo trudna, szarpał się na wszystkie strony. Czasem więc szukał uspokojenia w kieliszku, nigdy jednak sam, zawsze w towarzystwie. Dzięki Stroińskiemu wielu z nas znalazło pracę, mieszkanie, założyło rodziny, zaczęło żyć normalnie. Takich niewidomych były setki. W latach 50-ych mieliśmy dużo zespołów amatorskich. Jeździliśmy do małych miasteczek i wsi, aby jak najbardziej rozpropagować sprawy niewidomych. Oprócz występów, organizowaliśmy rozmaite wystawy w Białymstoku i w terenie. Ludzie garnęli się do nauki brajla i teraz tylko ci czytają, którzy wtedy - w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych - poznali pismo Braille'a. Józef Stroński był wspaniałym organizatorem. Nie lękał się żadnych trudności i innych podtrzymywał na duchu, nie pozwalał się załamywać. (Janina Iwaniuk, pracownik spółdzielni w Białymstoku - z nagrania na taśmie magnetofonowej) "Na początku 1959 roku Józef Stroiński czuje się bardzo zmęczony. Dochodzi do wniosku, że powinien zmienić zawód i środowisko. Dlatego też we wrześniu tego roku wyjeżdża do Krakowa na kurs masażu leczniczego. Z tych czasów pamiętam go jako człowieka o dużym poczuciu humoru. Niekiedy miewa jednak okresy obniżonego samopoczucia. Popada wtedy w melancholię i dokuczają mu dolegliwości nerwicowe. Jako uczeń jest bardzo pracowity i dociekliwy. Zawsze jednak znajduje czas, by pomóc słabszym. W 1960 roku kończy kurs masażu, jednak pracy w nowym zawodzie nie podejmuje. Jego miejsce jest wśród niewidomych. Wraca ponownie do pracy w spółdzielni w Białymstoku. Jest prezesem do spraw rehabilitacji. W Związku pełni funkcję przewodniczącego zarządu okręgu. Uczęszcza również do wieczorowego technikum ekonomicznego, które ukończy w roku 1966. Praca na odpowiedzialnych stanowiskach i intensywny tryb życia oddziaływują jednak niekorzystnie na zdrowie Józefa Stroińskiego. Pojawiają się u niego dolegliwości sercowe. Kryzys przychodzi wieczorem 15 Xi 1973 roku - Józef Stroiński umiera na zawał serca, a wiadomość o jego śmierci okrywa głęboką żałobą wszystkich, którzy go znali i na rzecz których pracował przez całe życie". (Kazimierz Wierzbicki z Białegostoku: "Wspomnienie o Józefie Stroińskim", praca nadesłana na konkurs z okazji 30-lecia PZN) Józef Stroiński cieszył się uznaniem nie tylko tych, którym bezpośrednio pomagał. Cenili go również ludzie, którzy z nim współpracowali lub też z dala obserwowali jego działalność i zmagania z rozlicznymi przeciwnościami. Oto kilka wypowiedzi utrwalonych na taśmie magnetofonowej: Józef Stroiński miał dużą intuicję jako działacz społeczny. Potrafił w jakiś dziwny, sobie tylko znany sposób, wyczuć kto i czego najbardziej potrzebuje. Potrafił, jak mało kto, przeprowadzić wywiad, nawiązać bliski kontakt, wzbudzić zaufanie, dlatego tak bardzo niewidomi lgnęli do niego. Dobrze rozumiał znaczenie nauki dla niewidomych. Wielu młodym ludziom pomagał w zdobywaniu wykształcenia. Kilku osobom dał zakwaterowanie we własnym mieszkaniu, byle tylko mogli się uczyć. Bardzo dbał o pracowników nakładczych. Wiedział, że dzieje im się krzywda, że mają małe zarobki, robił więc, co mógł, aby poprawić ich sytuację zarobkową i socjalną. Doceniał naukę, sam zajęty ciągłą pracą dla innych, nie miał czasu na zdobywanie wykształcenia, dopiero w 1966 roku skończył średnią szkołę ekonomiczną dla pracujących. Marzył o studiach wyższych, niestety, tego zamierzenia nie udało mu się już zrealizować. Umarł zbyt młodo. Miał wszechstronne zainteresowania. Nie tylko pomagał ludziom w znalezieniu pracy i w sprawach materialnych, dbał także o rozwój kultury i oświaty. Organizował kulturalny ruch amatorski. Sam także występował w zespołach, wynajdywał zdolnych, młodych niewidomych i zachęcał ich do rozwijania umiejętności. Józef Stroiński dużą wagę przywiązywał do kształtowania dzieci. Wyszukiwał je, wyciągał z najdalszych wsi Białostocczyzny i Suwalszczyzny i kierował do szkół specjalnych. Dla niego sprawa nie kończyła się na przekazaniu dziecka do zakładu szkolno-wychowawczego. Co roku jeździł do szkół, w których przebywali uczniowie z okręgu białostockiego, pomagał, konsultował ich przyszłość z dyrektorami i nauczycielami. Jednym słowem, wzorując się na metodach pracy Henryka Ruszczyca, starał się kompleksowo rozwiązywać życiowe sprawy niewidomych. Po opuszczeniu szkoły na absolwenta czekało przeważnie stanowisko pracy. Szkoda, że taka metoda działania nie znajduje naśladownictwa wśród większości działaczy. Należy zadać sobie pytanie, dlaczego Józef Stroiński - działacz tak bez reszty oddany sprawie niewidomych, legitymujący się tak wielkimi osiągnięciami na rzecz tej grupy inwalidów - miał za życia wielu oponentów i przeciwników. Wydaje mi się, że można dać następującą odpowiedź: po pierwsze - w naszym środowisku nie mamy zbyt wielu stanowisk kierowniczych, które zapewniałyby jednocześnie środki utrzymania na odpowiednim poziomie. Z tego tytułu występuje znaczna rywalizacja w zdobywaniu kierowniczych stanowisk pracy. Po drugie - Stroińskiemu wiele osób zazdrościło wyjątkowej umiejętności nawiązywania kontaktów z ludźmi niewidomymi i widzącymi. Wielu zazdrościło mu tego, że wśród niewidomych był człowiekiem powszechnie cenionym i szanowanym, a nawet kochanym. Było to źródłem zawiści u wielu jego rywali. Józef Stroiński był niewątpliwie wybitnym działaczem, o niesłychanej wrażliwości na niedolę innego człowieka. Tym się wyróżniał wśród innych, to mu zapewniało pozycję w aktywie. Sam pochodząc ze wsi, potrafił się świetnie dogadać z ludźmi z terenów rolniczych, do jakich należały Białostocczyzna czy Suwalszczyzna. Potrafił z nimi porozmawiać na temat uprawy ziemi, hodowli zwierząt, umiał im wskazać nowe możliwości pracy i działania, potrafił się wczuć w ich sytuację życiową, udzielić im praktycznych rad. Nigdy nie szczędził swego czasu, zdrowia, a nawet swoich środków materialnych. Po trzecie - chyba w każdym środowisku ścierają się różne poglądy, dążenia, ambicje i w każdym chyba znajdują się ludzie, którzy mimo olbrzymich zasług dla innych spotykają się z krzywdzącymi opiniami i niezrozumieniem. Sukcesom często towarzyszą trudności i zawiść". (Adolf Szyszko, dyrektor dż8şs rehabilitacji w ZG PZN) "Pana Józefa Stroińskiego poznałem osobiście w 1966 roku. Jednak już wcześniej docierały do mnie dość kontrowersyjne o nim opinie, - że nadużywa alkoholu, że czasem nie przestrzega kodeksu obyczajowego w odniesieniu do kobiet. Może fakt, że był w tych kontaktach bardzo bezpośredni, serdeczny, że nie potrafił utrzymać dystansu, że często zwracał się do współpracujących z nim pań: "kochana", "aniołku", przysparzał mu niezbyt pochlebnej opinii, która nie znajdowała potwierdzenia w życiu. Serdeczny i bezpośredni był przecież w kontaktach ze wszystkimi ludźmi. Prawdą jest natomiast, że często nie potrafił się oprzeć spotkaniom, w których programie był alkohol. W moich ośmioletnich kontaktach z panem Stroińskim tylko raz widziałem go nietrzeźwego, gdyż jeśli był w takim stanie, zawsze unikał spotkań z ludźmi. Słabość ta, moim zdaniem, nie umniejsza jego olbrzymich zasług. Uważam że postawa Józefa Stroińskiego w odniesieniu do ludzi, do pracy, może być wzorem do naśladowania. Zawsze widział człowieka nie jako hasło, ale człowieka autentycznego, z jego problemami, troskami, radościami. Dla każdego niewidomego miał czas, z każdym porozmawiał, doradził, pomógł. Osobiście odwiedzał chałupników, sprawy każdego z nich potrafił właściwie reprezentować wobec spółdzielni i władz ZSN. Często krytykowano jego pomysły. Pamiętam na przykład, jak mówiono, że Stroiński wpadł na pomysł budowania kiosków dla niewidomych, w których będzie urządzał warsztaty. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, czy rzeczywiście jest to słuszne czy nie. Dzisiaj natomiast wiem, że miał rację. Praca chałupnicza dla wielu ludzi była, tak zresztą jak i jest teraz, koniecznością, a warunki mieszkaniowe, w jakich żyli niewidomi, nie pozwalały na umieszczenie warsztatu w izbach mieszkalnych. Słusznie więc Stroiński domagał się rozwiązania tego problemu i dobudowania jakiegoś pomieszczenia, w którym można by pracować bez szkody dla zdrowia rodziny. Wielu ludziom pomagał z własnych środków finansowych, których przecież nie miał w nadmiarze. Ofiarność, serdeczność i inne zalety pana Stroińskiego są bardziej widoczne z perspektywy, zwłaszcza kiedy się je zestawi z jego następcami, którzy może także dbają o dokumentację, przepisy, ale nie wkładają w swoją pracę autentycznego zaangażowania, serca. Józef Stroiński miał czworo dzieci. Jego postawa wobec nich wzbudzała we mnie prawdziwe wzruszenie. Pewnego razu byłam świadkiem jego rozmowy z córeczką, która zatelefonowała, że wychodzi do szkoły i nie może znaleźć klucza, by zamknąć mieszkanie i jest bardzo zdenerowana. Szczególnie utkwiło mi w pamięci, jak pan Stroiński ciepło przemawiał do dziecka, uspakajał, że tatuś tam zaraz przyjedzie, że znajdzie się wyjście. Nie wyobrażałam sobie, że można być tak dobrym ojcem, troskliwym, czułym, rozumiejącym rozterki dziecka. Wiem także, jak bardzo troszczył się o to, by dzieci miały w domu wszystko, co potrzeba. Pana Stroińskiego doceniają ludzie zwłaszcza teraz, kiedy od jego śmierci upłynęło już kilka lat, kiedy można go porównać z tymi, co przyszli po nim. Był potrzebny taki właśnie, jaki był". (Elżbieta Myśliborska, pracownik CZSN). "Józefa Stroińskiego poznałam w roku 1949. Przyjechał tutaj i pracował w lubelskiej spółdzielni niewidomych. Bardzo chciał się kształcić, ale warunki życiowe tak mu się ułożyły, że tego marzenia nie mógł zrealizować, musiał się bowiem opiekować rodzeństwem. Do wykształcenia przywiązywał dużą wagę. Przyjechał tu ze swoją najmłodszą siostrą, aby też mogła się uczyć. Był człowiekiem bardzo inteligentnym, ambitnym. Wkrótce po przyjeździe ujawniły się jego społecznikowskie zamiłowania. Cechowała go ponadto olbrzymia pracowitość i żywotność. Tutaj, w środowisku już zorganizowanym nie widział dla siebie miejsca i odpowiedniego pola do działania. Wyjechał więc do Białegostoku, na teren bardzo zaniedbany, gdzie niewidomi żywli przeważnie na wsiach, bez żadnych perspektyw. Tam postanowił zorganizować dla nich warsztaty pracy i stworzyć im warunki normalnego życia. To było zadanie bardzo trudne, ale jednocześnie na miarę jego energii i pasji działania. Niedługo po wyjeździe z Lublina Józef Stroiński ożenił się z mgr Zofią Wysocką. Mieli czworo dzieci, utrzymywaliśmy z nimi nadal bliskie kontakty. Zostałam nawet chrzestną matką jednej z córek. Znałam więc dobrze tę rodzinę. Ofiarność, zapał do pracy społecznej, całkowita bezinteresowność, opiekuńczość - to najważniejsze cechy Józefa Stroińskiego. Sam dla siebie nie wymagał prawie niczego. Był silną indywidualnością. Chyba pierwszy spośród działaczy zrozumiał, że trzeba podać rękę niewidomym żyjącym na wsi, dać im pracę i tę ideę zaczął z pasją realizować. Miał wielkie osiągnięcia. Cieszył się dużym uznaniem środowiska niewidomych. Szkoda, że tak krótko żył. Mógł jeszcze bardzo wiele zrobić. Kochał swoje dzieci. W gruncie rzeczy Józef stroiński był człowiekiem bardzo samotnym. Miał trudne życie i otoczenie nie zawsze go rozumiało. To prawda, że miał też słabość. Nierzadko szukał zapomnienia w alkoholu, ale trzeba też wiedzieć, że gdy człowiek jest szczęśliwy, nie poszukuje zapomnienia. Bardzo był przywiązany do zakładu w Laskach, często tam jeździł. Miał dużą łatwość przemawiania, a także nawiązywania kontaktów nie tylko z niewidomymi, ale także z ludźmi widzącymi, czyli mówiąc inaczej - był bardzo zintegorwany, czego nie spotyka się często. Postać piękna, dobrze że zostanie upamiętniona" (Zofia Sękowska, profesor UMCS w Lublinie). Poznaliśmy więc okruchy prawdy o życiu człowieka oddanego bez reszty sprawie ludzi, którzy codzienną przestrzeń i czas przemierzają z białą laską w ręku; okruchy, bo czyż można ukazać całą złożoność i bogactwo ludzkiego losu, zwłaszcza w niewielkim szkicu? 15 listopada 1973 - chmurny, jesienny dzień - był ostatnim w życiu Józefa Stroińskiego. Jego dobre serce nagle przestało bić. Uroczystość pogrzebowa zgromadziła tłumy ludzi, z całego ówczesnego województwa białostockiego i innych miast. Z bardzo wielu oczu płynęły łzy szczerego bólu, jak po stracie kogoś najbliższego. Wieńce i wiązanki pokryły mogiłę. Odszedł na zawsze, ale w ludzkiej pamięci Józef Stroiński pozostał nadal ciągle żywy i obecny, a jego dzieło stale się rozwija ku pożytkowi ogółu. `ty Kalendarz biograficzny `ty Józef Stroiński urodził się 5 października 1920 roku. W dziewiątym roku życia stracił wzrok. W 1930 przybył do szkoły dla niewidomych w Laskach. Wyjechał z niej po śmierci ojca w 1937 roku. Od tego czasu opiekował się młodszym rodzeństwem. W 1943 roku, w ramach akcji przesiedleńczej, wraz z rodziną został wywieziony do majątku na roboty w północnych Niemczech. W 1946 roku powraca do kraju, do swej rodzinnej wsi w województwie bydgoskim. W 1948 roku znów przyjeżdża do zakładu w Laskach, a w rok później do spółdzielni dla niewidomych w Lublinie, gdzie podejmuje pracę w zawodzie szczotkarza. Tutaj ujawniają się jego pasję społeczne. W 1951 roku wyjeżdża do Białegostoku, gdzie rozpoczął organizowanie oddziału Polskiego Związku Niewidomych i spółdzielni niewidomych. Spółdzielnia powstała w 1951 roku, a oddział PZN - w 1952. Józef Stroiński do końca życia pełnił różne kierownicze funkcje w obydwu tych instytucjach. Przez pewien czas, na początku lat pięćdziesiątych, pełnił funkcję kierownika okręgu Polskiego Związku Niewidomych, a potem prezesa spółdzielni niewidomych, zastępcy prezesa do spraw rehabilitacji, kierownika działu nakładztwa. W 1960 roku ukończył roczny kurs masażu leczniczego w Krakowie, nie podjął jednak pracy w nowym zawodzie. Powrócił do Białegostoku do pracy w spółdzielni. W 1965 roku ukończył wieczorowe technikum ekonomiczne. Zmarł 15 listopada 1973 roku i pochowany jest na cmentarzu w Białymstoku. `tc Adolf Szyszko.ă Modest Sękowski (1920-1972Ň)ă - Życie i Praca `tc `ty Wprowadzenie `ty Omówienie życia i pracy Modesta Sękowskiego, wybitnego działacza społecznego i gospodarczego jest wyjątkowo trudne, z uwagi na jego bogatą działalność i ogólnikowy charakter istniejących o nim publikacji. Zadania tego podjąłem się - po dłuższym wahaniu - tylko dlatego, iż spośród osób żyjących najdłużej go znałem 41 lat, tj. od 1931 do 1972 roku. Łączyły nas bliskie, koleżeńskie, serdeczne stosunki, datujące się od pierwszych chwil pobytu Modesta Sękowskiego w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach, aż do chwili gdy po raz ostatni spotkałem się z nim w Warszawie, w biurze Zarządu Głównego Polskiego Związku Niewidomych, w kwietniu 1972 r. Przeprowadziliśmy wówczas dyskusję na temat rozwoju Polskiego Związku Niewidomych i jego współpracy ze Związkiem Spółdzielni Niewidomych. Przejawiałem wtedy dość duży krytycyzm, z którym on się nie zgadzał, zarzucając mi, że nie zdaję sobie w pełni sprawy z trudności, na jakie natrafia kierownictwo obu Związków w codziennej realizacji swych zamierzeń i planów. Dyskusja ta miała charakter akademicki, czysto towarzyski, wypełniała wolny czas. Nie wiedziałem, że jest to nasza ostatnia rozmowa. Przy opracowywaniu biografii Modesta Sękowskiego starałem się pokazać go jako człowieka, który w wyniku stałej, systematycznej pracy nad sobą uzyskiwał coraz większe osiągnięcia - zarówno w kształtowaniu własnego charakteru, jak również w rozwijaniu tworzonego przez siebie dzieła. Pokazanie życiowej drogi jedenastoletniego wiejskiego chłopca, który na skutek wypadku traci wzrok i trafia do Zakładu dla Niewidomych w Laskach, a następnie, pod wpływem wychowawczego ukierunkowania środowiska laskowskiego, uzyskuje wyjątkowe osiągnięcia i staje się jednym z najwybitniejszych działaczy społecznych i gospodarczych wśród inwalidów wzroku, ma szczególne znaczenie dla naszego środowiska. Chciałbym, by ta biografia przybliżyła czytelnikom postać Modesta Sękowskiego jako wzorca osobowego, stanowiącego przykład dla innych niewidomych. Modest Sękowski urodził się 25 Xii 1920 roku w Luberadzu na terenie ziemi ciechanowskiej, jako syn Stanisława i Czesławy z Wierzczyńskich. Jego ojciec do 1928 r. pracował w charakterze stelmacha w majątkach ziemskich a następnie prowadził własne gospodarstwo rolne, z chwilą odziedziczenia go po teściach. W 1925 r. umiera matka, pozostawiając troje dzieci. Ojciec żeni się powtórnie. Z małżeństwa tego rodzi się dwoje dzieci. Sytuacja rodzinna w domu staje się coraz trudniejsza. Nerwowość macochy wprowadza w życie atmosferę napięcia i konfliktów. Modest uczęszcza do szkoły powszechnej oddalonej od miejsca zamieszkania o 5 km. Czas ma całkowicie wypełniony nauką w szkole, odrabianiem lekcji, wykonywaniem dorywczych prac w gospodarstwie, oraz czytaniem książek. Już wówczas przejawia duże zainteresowanie nauką i otaczającym go życiem. Okres ten zawsze bardzo miło wspominał, jako nie zmarnowany czas, obfitujący w mnóstwo wrażeń dotyczących najczęściej otaczającej go przyrody - kwitnących drzew owocowych, sosen przysypanych śniegiem, jaskółek wijących gniazda itp. W 1931 r. Modest ulega wypadkowi. Lejąc wodę do butelki z wapnem nie gaszonym wywołuje wybuch, powodujący poparzenie oczu. Do szpitala w Warszawie zostaje odwieziony dopiero po siedmiu dniach. To opóźnienie w udzieleniu kompetentnej pomocy lekarskiej wywarło zdecydowanie ujemny wpływ, uniemożliwiając uratowanie wzroku. Poparzenie wapnem rogówek spowodowało całkowite ich zbliznowacenie i zmętnienie. Po wielu latach Modest wspominał jeszcze o okropnym bólu, jaki odczuwał przy odklejaniu powiek od poparzonych wapnem gałek ocznych. W konsekwencji pozostała mu jedynie możliwość rozróżniania najbardziej kontrastowych kolorów i poczucie światła. W tym czasie pracownicy Zakładu dla Niewidomych w Laskach podjęli działalność penetracyjną, mającą na celu wyszukiwanie dzieci kwalifikujących się do szkoły specjalnej dla niewidomych. W jej wyniku odnaleziono między innymi Modesta, którego bezpośrednio ze szpitala, po porozumieniu się z rodzicami, zabrano do Zakładu w Laskach. Pierwsze miesiące zostały wykorzystane na naukę pisma brajla oraz wstępną rehabilitację, przystosowującą go do warunków szkolnych i internatowych. Znajomość pisma punktowego bardzo szybko sobie przyswoił, dzięki swojej pracowitości i ambicji. Naukę w czwartej klasie specjalnej, siedmioklasowej szkoły powszechnej dla niewidomych, rozpoczął we wrześniu 1932 r. Początkowo miał trudności w zakresie języka polskiego, ponieważ wolno czytał brajla. Posiadane poczucie światła ułatwiło szybkie poznanie terenu zakładu, a tym samym swobodne chodzenie. W drugim półroczu niczym się już nie wyróżniał od pozostałych kolegów w zakresie osobistej zaradności w życiu szkolnym i internatowym. W następnych latach, dzięki swej systematycznej pracy, zaczął się wybijać i w końcu stał się jednym z najlepszych uczniów. W roku 1934 umiera jego ojciec. Macocha nie wyraża zgody na dalszy pobyt Modesta w szkole, ponieważ nie chce za niego płacić. Zrozpaczony 14-letni chłopiec zwraca się w liście brajlowskim do swego wychowawcy, Henryka Ruszczyca, z prośbą o pomoc i ratunek, gdyż chciałby wrócić do Lasek, kolegów i szkoły. Wywiera to natychmiastowy skutek. Henryk Ruszczyc jedzie do Luberadza i przywozi Modesta do Zakładu. Koszt pobytu chłopca będzie od tej chwili pokrywany przez Zarząd Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Nawiązuje się szczególnie serdeczna przyjaźń między wychowankiem a wychowawcą, która przetrwa aż do końca ich życia. W 1936 r. Modest kończy szkołę powszechną, z wynikiem bardzo dobrym. Uczniowie 7 klasy, na zakończenie swojej nauki, wystawili sztukę Stanisława Wyspiańskiego "Noc Listopadowa", wyreżyserowaną przez Zofię Wyrzykowską i Henryka Ruszczyca. Modest występuje w niej w charakterze narratora. W latach 1937-1939 kilkakrotnie bierze udział w słuchowiskach radiowych i w przedstawieniach teatralnych przygotowywanych w Laskach. Na szczególne podkreślenie zasługuje jego udział w charakterze głównego bohatera Janka w baśni "Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami" Ewy Szelburg-Zarębiny, przerobionej na sztukę i wystawionej w teatrze letnim w Warszawie oraz w radio. Występy artystyczne wymagały od niego dużo pracy nad sobą, ponieważ miał naleciałości gwarowe: "chyba" wymawiał "chiba", "cukier" - "cuker". W 1936 roku rozpoczyna w Laskach, wspólnie z trzema kolegami, przerabianie programu pierwszych klas ogólnokształcącego gimnazjum. Wykładowcy pochodzili z grona kadry pedagogicznej szkoły w Laskach. W chwilach wolnych od nauki Modest pracuje w warsztatach szczotkarskich i uprawia sport. Do jego najlepszych osiągnięć w tym zakresie należy zaliczyć: udział w narodowym biegu przełajowym (3 Maja), który w Laskach wynosił 2 km, i zajęcie w nim (1936 r.) pierwszego miejsca; uzyskanie w biegu na 200 metrów 26,5 sek.; osiągnięcie w biegu na 100 metrów 13 sek. (biegi odbywały się w trudnych warunkach - w zwykłym ubraniu, po "kocich łbach"). Na szczególne podkreślenie z tego okresu jego życia zasługuje fakt systematycznego uprawiania treningów biegów długodystansowych, niezależnie od pogody, a nawet i stanu zdrowia. Co roku w czasie wakacji wyjeżdża do rodzinnego domu, jedynie na kilka dni, w celu utrzymania rodzinnej więzi. Modest jest uczynnym, dobrym kolegą, chętnie pomagającym w nauce. Pogodny, powściągliwy, najczęściej poważny, przejawia tendencje do przewodzenia innym. Jego udział w zabawach jest chętnie widziany przez współtowarzyszy, mimo że cechuje go rozwaga i opanowanie. Nie umie się bawić żywiołowo. W tym czasie rozwijają się w nim wszechstronne zainteresowania, wśród których na pierwszym planie znajduje się literatura piękna, historia i sport. Pasjonuje się piłką nożną, interesuje się również polityką i rozwojem gospodarczym kraju. Atmosfera Lasek wywiera na jego osobowość psychofizyczną i moralną decydujący wpływ. Założycielka Zakładu, Matka Elżbieta Czacka, imponuje mu zarówno w zakresie uzyskanych osobistych i społecznych osiągnięć, jak również jako człowiek stanowiący uosobienie pokory i skromności franciszkańskiej. Cele wyznaczone przez Nią stworzonemu przez siebie działowi - działalność charytatywna, tyflologiczno-wychowawcza i apostolska bardzo mu odpowiadają. Modest jest pod urokiem Jej autorytetu, powszechnie uznawanego w całym środowisku zakładowym, mimo że nie brakuje w nim ludzi wykształconych i wybitnych. Codzienna obserwacja bezinteresownej, ciężkiej pracy sióstr, przepojonej miłością bliźniego i uzyskiwanych przez nie wyników, utrwaliła w jego pamięci na całe życie pogląd, że w służbie człowieka tylko taka postawa w działaniu może zapewnić właściwe rezultaty, na miarę występujących u niewidomych potrzeb. Laski nauczyły go uczuciowego zaangażowania się w każdą, nawet najdrobniejszą sprawę drugiego człowieka, potrzebującego pomocy. Po wielu latach, napisze o nim prezes Zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, Władysław Gołąb, następujące słowa: "Modest Sękowski był dla mnie człowiekiem do gruntu ludzkim. Umiał w sposób wyłączny pochylić się nad każdą, najdrobniejszą bolącą sprawą drugiego człowieka. Przy tej wyłączności nie tracił z oczu perspektywy widzenia spraw w ujęciu możliwie najszerszym. Te drobne ludzkie bolączki nigdy go nie gubiły, nie wpędzały w ślepy zaułek zagonienia (bibliografia, poz. 6Ň). Od września 1938 r. Modest zamieszkuje w Warszawie na ul. Wolności 4 (filia Zakładu dla Niewidomych w Laskach) i podejmuje naukę w 3 klasie gimnazjum Rejtana. Wybuch Ii wojny światowej zastaje go w Laskach. Kierownictwo Zakładu podejmuje decyzję ewakuowania niewidomych i części personelu do swego majątku w Żułowie, pow. Krasnystaw. Modest przebywa tu kilka miesięcy, wykonując wspólnie z innymi niewidomymi pomocnicze prace w gospodarstwie rolnym. Po ustabilizowaniu się sytuacji okupacyjnej powraca do Lasek. W czasie wojny Zarząd Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, mimo olbrzymich zniszczeń, starał się kontynuować swą oświatową i opiekuńczą działalność na rzecz niewidomych. Podstawowym dążeniem wszystkich pracowników Zakładu jest przetrwać okres okupacji, doczekać lepszych czasów, by w przyszłości móc rozwijać dzieło Matki Elżbiety Czackiej. W tej sytuacji każdy pracownik, w tym również i niewidomy, robi wszystko, co tylko może, aby przyczynić się do realizacji wspomnianych zamierzeń. Modest Sękowski wyróżnia się w tym zakresie swą aktywnością. Pracuje w szczotkarni, bo za szczotki Zakład może dostać kartki żywnościowe i odzież. Pomaga w pracy wychowawczej, gdyż występują trudności kadrowe. Koresponduje z wychowankami Zakładu, którzy po wybuchu wojny nie powrócili do szkoły. W wyniku jego listów brajlowskich szereg osób w czasie wojny ukończyło szkołę podstawową i rzemieślniczą, zdobywając zawód. Wspólnie z dyrektorem Henrykiem Ruszczycem organizują w 1941 r. koleżeńską, szczotkarską spółkę akcyjną, dając starszym niewidomym możliwość dodatkowych zarobków, a tym samym poprawę warunków egzystencji. Wspomniana spółka rozpoczyna swą działalność od kapitału 350 zł, składającego się z 35 dziesięciozłotowych akcji. Modest, za pożyczone pieniądze, kupuje ich siedem, skupiając w swych rękach 20% wszystkich zasobów finansowych nowo powstałego "przedsiębiorstwa". Przez dwa lata jest jego pierwszym prezesem. Uzyskiwany ze sprzedaży szczotek zysk dzielony jest między członków, proporcjonalnie do posiadanych akcji. W 1943 r., pod naciskiem licznej grupy nowo wstępujących członków, zostaje przeprowadzona reorganizacja, w wyniku której dokonano zmiany na stanowisku prezesa. Nowy Zarząd zmodyfikował podział zysków, uzależniając go od wyników pracy - nie zaś, jak poprzednio, od ilości posiadanych akcji - podnosząc ich indywidualną wartość do 500 zł. Modest, mimo że był w opozycji, włączył się do pracy Zarządu, całkowicie respektując jego postanowienia. W 1945 r., po zakończeniu wojny, spółka się rozwiązała, a część jej członków wyjechała do Lublina organizować spółdzielnię dla niewidomych. Surowce, wyroby gotowe i półfabrykaty na kwotę ok. 180 tys. zł. zostały oddane w komis nowo organizowanej spółdzielni, stanowiąc zaczątek zasobów finansowych - środków obrotowych. W latach 1941-1943 występuje u Modesta choroba wrzodowa żołądka. Leczy go w tym czasie słynny internista warszawski, dr Stanisław Wąsowicz. Pacjent jest wyjątkowo cierpliwy i zdyscyplinowany, ściśle przestrzega wskazań lekarskich, choć wymagały one czasem wyjątkowej woli - np. przez siedem tygodni pił jedynie mleko, nic nie jedząc. Leczenie internistyczne nie dało mimo to pozytywnego wyniku i w 1943 r., Modest poddał się operacji - resekcji żołądka - co z uwagi na trudności okupacyjne wymagało dużej odwagi i determinacji. Po operacji, dzięki staraniom Kierownictwa Zakładu, a w szczególności dyrektora Henryka Ruszczyca, rekonwalescentowi niczego nie brakuje. Otrzymuje masło, białe mięso i specjalne pieczywo. W tym okresie pogłębia się wzajemna przyjaźń między Modestem a jego Wychowawcą i Opiekunem. W latach okupacji Modest podejmuje konspiracyjnie naukę w Liceum Rejtana, zakończoną w 1944 r. pomyślnym egzaminem maturalnym. Ciesząc się pełnym zaufaniem pana Ruszczyca, korzysta z jego zgody i często wyjeżdża do Warszawy na zebrania młodzieżowych kółek zainteresowań, rekrutujących się spośród uczniów liceum i jego wykładowców. Spotkania odbywają się w prywatnych mieszkaniach, w różnych punktach Warszawy - m.in. u państwa Grosmanów na Żurawiej. Ich tematyka jest różna - najczęściej są dyskutowane zagadnienia wchodzące w zakres literatury pięknej, historii, sztuki teatralnej, filmowej i inne. Urozmaicane są one recytacjami, muzyką i śpiewem. Te kontakty wywierają na Modesta bardzo silny wpływ i dostarczają mu wielu przeżyć patriotycznych i estetycznych. W tym czasie wielu pracowników Lasek należy do AK, co dodatkowo powiększa niebezpieczeństwo dla Zakładu. Zarząd Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi świadomie podejmuje ryzyko, narażając istnienie całej instytucji, gdyż reprezentuje pogląd, iż postawa patriotyczna obowiązuje wszystkich Polaków bez wyjątku. Znajduje to swój wyraz między innymi, w zorganizowaniu na jesieni 1939 roku na terenie Zakładu szpitala wojskowego dla rannych polskich żołnierzy, a następnie - w 1944 r. - szpitala AK. Wielu spośród sprawniejszych niewidomych, zwłaszcza posiadających resztki wzroku, pracuje w nim wykonując pomocnicze funkcje. Należą do nich Modest Sękowski, Jakub niewiadomski, Szczepan Kutyła, Mieczysław Miroński, Cyryl Żądło i inni. Modest nosi rannych na noszach z lasu do szpitala, kopie groby dla zmarłych w szpitalu partyzantów, przenosi żywność, odzież, pomaga piec chleb w piekarni itp. Jak wielkie ta działalność dla Zakładu pociąga za sobą ryzyko, wystarczy wspomnieć, że był on dwukrotnie otaczany przez niemiecką żandarmerię, która przeprowadzała szczegółową rewizję, szukając broni. Wiara w Opatrzność Bożą, podtrzymywana i umacniana przez Matkę Elżbietę Czacką, ks. Stefana Wyszyńskiego i inne osoby - dodawała wszystkim ducha i zapobiegła panice. Zakład, mimo poważnych strat, jakie poniósł w czasie wojny, odrodził się w latach następnych i jeszcze bardziej rozwinął niż poprzednio. Pobyt w Laskach w czasie okupacji był dla Modesta okresem wyjątkowo intensywnej pracy. Rozwija się w nim skłonność opiekuńcza, przejawiająca się wielokrotnie w stosunku do młodszych kolegów, w czasie pobytu w szpitalu lub infirmerii, w odniesieniu do chorych leżących w łóżkach obok. Zarażony duchem ofiarności i bezinteresowności sióstr, stara się w ramach swoich możliwości pomagać innym. Dużo obcuje ze starszymi kolegami - Leonem Lechem i Edwardem Gwiazdą - z którymi często, przy grze w "piętałkę" (rodzaj gry domino), dyskutuje na temat możliwości społecznego i zawodowego usamodzielnienia niewidomych. Doktor Włodzimierz Dolański, nauczyciel, stały mieszkaniec Lasek, zapoznaje go przy różnych okazjach z koncepcjami rehabilitacji niewidomych, propagowanymi za granicą. W latach 1943-1944 Modest jest słuchaczem świetnego cyklu wykładów Antoniego Marylskiego (późniejszego prezesa Zarządu Towarzystwa... i księdza), poświęconego historii rozwoju formacji społeczno-politycznych i spółdzielczych. Po raz pierwszy w tym czasie otrzymuje naukowe przygotowanie do swojej przyszłej pracy. Przeżycia wojenne i okupacyjne rozwijają w Modeście życiowy praktycyzm. W celu zdobycia np. nieosiągalnych w generalnej gubernii artykułów, nawiązuje korespondencyjne kontakty ze swymi kolegami - Józefem Stroińskim i Zygmuntem Mrozkiem - w wyniku których prowadzi z nimi handel wymienny (nici, cukier, odzież itp.). Wyrabia w sobie zaradność życiową - łatwość nawiązywania kontaktów, dobrą orientację przestrzenną, odwagę cywilną, pewność siebie i przedsiębiorczość. Dzięki tym działaniom w pracy nad sobą, zapoczątkowanym już przed wojną, Modest uzyskuje wyjątkową sprawność fizyczną i umysłową. Posiadane bardzo szczupłe resztki wzroku - poczucie światła i rozróżnianie kontrastowych kolorów - wykorzystuje racjonalnie, w stopniu maksymalnym i może być w tym okresie, bez najmniejszej przesady, uznany za wzorzec osobowy. Świetnie się porusza zarówno na terenie Zakładu i jego okolic, jak również w Warszawie. Jako własną przyjmuje zasadę obowiązującą wówczas w Laskach, że niewidomi powinni dążyć w sposobie życia do jak najmniejszego wyróżniania się spośród ludzi widzących. Odnosiło się to także do orientacji przestrzennej. Długotrwały pobyt wychowanków w Zakładzie, doskonała znajomość topografii terenu podbudowały tę tezę. Niewidomi bez trudności poruszali się po całym kilkudziesięciohektarowym obszarze Zakładu. Przypisywano wówczas nadmierną rolę kompensacji zmysłów, nie dostrzegając innych uwarunkowań określających dobrą lub złą orientację przestrzenną. Z tego czasu pozostała Modestowi osobista niechęć do białej laski, której do końca życia nie używał. Nie przeciwstawiał się jednak jej wprowadzeniu, z uwagi na wyniki doświadczeń krajowych i zagranicznych. Wykorzystując poczucie światła i cienia oraz kontrast kolorów, bez trudności utrzymywał właściwy kierunek marszruty, pomagał sobie jedynie poruszaną lekko, trzymaną w ręku gałązką lub kijkiem przy odnalezieniu drzwi, poręczy lub słupa orientacyjnego. Do zawarcia małżeństwa, tj. do roku 1948, chodził samodzielnie, bardzo szybko, z brawurową odwagą. Później przez jezdnię nigdy samodzielnie nie przechodził. Co było przyczyną tej zmiany, trudno ustalić. Jego sprawność na pewno się nie obniżyła - wzrosło natomiast poczucie odpowiedzialności za siebie, swą rodzinę i tworzone dzieło. W Laskach przebywał do 1 października 1945 r., tj. 13 lat, z krótkimi przerwami. Zetknął się w tym okresie z szeregiem wybitnych ludzi, których wpływ zdecydowanie oddziałał na ukształtowanie się jego postawy społecznej i ideowo moralnej oraz skrystalizowanie światopoglądu. Decydującą rolę w tym zakresie odegrali ks. Władysław Korniłowicz i ks. Stefan Wyszyński przez swoje homilie. Bezpośredni wpływ wywarli na niego Matka Elżbieta Czacka, doktor Włodzimierz Dolański i Henryk Ruszczyc - jako wzorce osobowe, z których w przyszłej swej działalności bardzo często brał przykład. Mimo swych rozlicznych zainteresowań, będąc w Laskach uprawiał sport i do końca życia żywo się nim interesował. Tę skłonność rozbudził i zaszczepił u niego w latach 1932-1936 Leon Krauze, nauczyciel gimnastyki i wychowania sportowego w szkole powszechnej w Laskach, który był prekursorem krzewienia sportu w środowisku niewidomych w naszym kraju. Zamiłowanie do literatury pięknej i do przedmiotów humanistycznych w ogóle wpoił Modestowi Zygmunt Serafinowicz. Wpływ ten odegrał dużą rolę przy wyborze kierunku studiów w Lublinie. Pracując już samodzielnie w Lublinie, Modest często nawiązuje do zasad wyniesionych z Lasek. W swych wypowiedziach lubi stwierdzać, że "wartości życia człowieka nie mierzy się ilością zjedzonego przez niego bochenków chleba, ale ilością i jakością dokonań" (bibl.poz.17Ň). W codziennym działaniu realizuje zasadę wypowiedzianą kiedyś przez ks. kard. Stefana Wyszyńskiego: "Trzeba wszystko poświęcić, nawet samego siebie i osobistą wygodę, byle ratować człowieka" (bibliografia, poz.14, 20Ň). W lutym 1945 roku Zarząd Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, na prośbę przedstawiciela Rządu Lubelskiego, deleguje na teren Lubelszczyzny Henryka Ruszczyca, w celu zorganizowania Ośrodka Rehabilitacji dla Ociemniałych Żołnierzy i innych niewidomych ofiar ostatniej wojny. Placówka ta w ciągu kilku tygodni zostaje powołana do życia w Surchowie, pow. Krasnystaw. Jej działalność w głównej mierze opiera się o kadrę z Lasek, w skład której wchodzą niewidomi instruktorzy, siostry delegowane z ośrodka laskowskiego w Żułowie i inne osoby. Nakreślając perspektywę rozwoju rehabilitacji zawodowej ociemniałych żołnierzy, dyrektor Ośrodka, Henryk Ruszczyc, bardzo wcześnie (w pierwszych miesiącach) stwierdził konieczność powołania do życia Spółdzielni Niewidomych, która korzystając z pomocy państwa i innych instytucji o charakterze społecznym mogłaby podjąć problem zapewnienia pracy inwalidom wzroku - absolwentom Ośrodka Rehabilitacji Ociemniałych Żołnierzy, wychowankom szkoły w Laskach (którzy aktualnie bezczynnie tam przebywali, czekając na pomoc w znalezieniu pracy) oraz innym niewidomym znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej. W związku z powyższym, podjął prace przygotowawcze w Lublinie, by zapewnić lokal i wyżywienie dla pierwszej grupy niewidomych, przyszłych założycieli spółdzielni. Z pomocą w tym zakresie przyszedł mu Wojewódzki Oddział PCK, który na ten cel przeznaczył pięcioizbowe pomieszczenie w Lublinie, przy ulicy 1 Maja 41, o powierzchni 150 mżó;ş. Jednocześnie zobowiązał się do zapewnienia w pierwszym okresie bezpłatnego wyżywienia i pomocy odzieżowej dla 10-osobowej grupy. W tej sytuacji do Lublina, na wniosek pana Henryka Ruszczyca przyjeżdża w dniu 2 X 1945 r. Modest Sękowski, który po krótkim wahaniu przyjmuje propozycję podjęcia zadań związanych z organizacją spółdzielni. W ślad za nim na przestrzeni kilku dni przyjeżdżają z Lasek niewidomi: Jan Wachowicz, Cyryl Żądło, Stanisław Kaliński, Jan Szpakowski, Mieczysław Zarzecki, Konstanty Szoka, Eugeniusz Bartoszewski - razem 8 osób. Dołanczają do nich pan Henryk Ruszczyc i Antoni Rzeszowski (pracownik PCK), tworząc - zgodnie z wymogami prawnymi - zespół zdolny do powołania spółdzielni. Pierwsze walne zgromadzenie zostaje przeprowadzone w dniu 29 Xii 1945 r. W czasie obrad powołano do życia pierwszą spółdzielnię niewidomych w Polsce, pod nazwą "Spółdzielcze Zakłady Pracy dla Niewidomych Inwalidów przy Polskim Czerwonym Krzyżu w Lublinie, z odpowiedzialnością udziałami". Wybrano Zarząd w składzie: Henryk Ruszczyc - społeczny honorowy prezes, Modest Sękowski - członek zarządu, kierownik spółdzielni, Jan Wachowicz - członek zarządu. Po kilku miesiącach do spółdzielni przystąpili dwaj niewidomi z Lasek: Stanisław Karwowski i Mieczysław Miroński. W tym czasie rezygnację z pracy w Zarządzie złożył pan Henryk Ruszczyc, dokooptowano natomiast Mieczysława Mirońskiego. Prezesem i kierownikiem spółdzielni został wybrany Modest Sękowski. Przed spółdzielnią, a przede wszystkim przed jej zarządem, stanęło bardzo trudne zadanie zapewnienia przedsiębiorstwu właściwego rozwoju i zabezpieczenia niewidomym pracy, a tym samym środków utrzymania. Województwo lubelskie było terenem wyjątkowo zaniedbanym, należącym w okresie międzywojennym do tzw. Polski B. Rzadkie zaludnienie, małe uprzemysłowienie, zła komunikacja oraz przysłowiowa bieda stanowiły podstawowe cechy tego regionu. Gdy do tego dodamy zaniedbania społeczne i kulturowe, będziemy mieli zbliżony obraz środowiska, w jakim podjęła pracę pionierską dziesięcioosobowa grupa inwalidów wzroku. Praktycznie biorąc nie posiadali niczego, co by mogli nazywać swoją własnością. Pracowali i mieszkali w lokalu w PCK, produkując szczotki z materiałów oddanych im w komis przez "Laskowską spółkę". Krótko mówiąc, dysponowali jedynie zapałem i kapitałem pracy. Mimo tych niewesołych perspektyw, prezes dodawał im otuchy, podnosił na duchu stwierdzając, że na pewno dadzą sobie radę, przezwyciężą trudności i rozwiną spółdzielnię, gdyż idea jest słuszna, a tego rodzaju przedsiębiorstwo potrzebne dla dobra licznych rzesz niewidomych Lubelszczyzny i innych. W ciągu pierwszych miesięcy samodzielnej pracy Modest Sękowski korzystał z pomocy pana Ruszczyca w zakresie nawiązania kontaktów z miejscowymi władzami państwowych i społecznych instytucji. Przyśpieszyło to proces jego adaptacji w nowych warunkach lubelskich. W październiku 1945 r. podejmuje studia na KUL-u, na wydziale humanistycznym (sekcja historii). Był to w zasadzie główny cel, dla którego zdecydował się na przyjazd do Lublina. Organizowaniem Spółdzielni szczotkarskiej dla niewidomych miał się zająć przejściowo, do czasu znalezienia innego kandydata na prezesa. Jak się później okazało, praca ta całkowicie go wciągnęła, wypełniając mu życie. Wybór kierunku studiów wynika z jego zamiłowań humanistycznych, a ponadto z faktu, że stosunkowo najłatwiej mógł je pogodzić z pracą społeczną i zawodową. Dzięki swej systematyczności i stale rozwijanym zdolnościom uzyskuje w indeksie same bardzo dobre wyniki. Profesorowie, początkowo nastawieni do niego z rezerwą, czasem wręcz niechętnie, później zmieniają zdanie, stawiając go za wzór, jako jednego z najlepszych studentów. Z ulicy 1 Maja 41, gdzie zamieszkuje w prowizorycznej, spółdzielczej bursie, do uniwersytetu jest około 5 km. Przestrzeń tę Modest codziennie przebywa pieszo, ponieważ władze miejskie, zwłaszcza w początkowym okresie 1946 r. nie zdążyły jeszcze zorganizować komunikacji miejskiej. Godzenie pracy społecznej i zawodowej ze studiami w prymitywnych warunkach egzystencji wymaga od niego ogromnej dyscypliny wewnętrznej i wytrwałości, w sprostaniu postawionym sobie obowiązkom. W tym czasie krystalizuje się w jego charakterze cecha maksymalisty - tj. takiego nastawienia psychicznego, w którym człowiek dąży do najlepszego, najbardziej efektywnego wykorzystania każdej chwili swego życia. Osiąga w tym czasie szczyt swej sprawności w zakresie orientacji przestrzennej. Porusza się po ulicach miasta z taką pewnością siebie, że wywołuje podziw i zdumienie u przechodniów, którzy nie wierzą, że jest niewidomy. Swą brawurę w chodzeniu z lat 1945-1948 określi później jako "kuszenie losu". Jego porządek dnia jest następujący: Godziny ranne - studia na uniwersytecie, później załatwianie spraw spółdzielczych w urzędach; w porze obiadowej wraca do spółdzielni na ul. 1 Maja, informując co udało mu się załatwić, wysłuchuje relacji o przebiegu pracy, wydaje dyspozycje, a następnie wraca na uczelnię. Wieczorem rozpatruje z kolegami bieżące problemy. W pierwszych miesiącach 1946 r. spółdzielnia zostaje zarejestrowana w sądzie i może od tej chwili formalnie prowadzić swą działalność, bowiem posiada osobowość prawną. Sytuacja dziesięcioosobowej załogi jest trudna. Nie ma stałej, systematycznej pracy, ponieważ występuje brak surowców i oprawek szczotkarskich. W 1946 r. założona spółdzielnia spłaca swe zadłużenie w stosunku do członków laskowskiej spółki akcyjnej na wspomnianą już kwotę 180 tys. złotych. Prezes Sękowski w wyniku swych starań, uzyskuje znaczne subwencje z Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, ze Związku Rewizyjnego Spółdzielni "Społem" oraz z Wojewódzkiego Związku Gminnych Spółdzielni "Samopomoc Chłopska", które przyczyniają się wydatnie do poprawy sytuacji materialnej. Z uwagi na brak własnych środków przewozowych oraz posiadanie bardzo skromnych funduszy, transport surowców i wyrobów gotowych odbywa się w workach, na plecach członków spółdzielni. Wymaga to bardzo dużego wysiłku, czasem wręcz heroizmu. Na przełomie lat 1946ż8ş7 prezes organizuje kurs masażu leczniczego i sportowego dla 8-osobowej grupy. Trzech ich absolwentów podejmuje pracę w służbie zdrowia, pięciu natomiast wykonuje nowy zawód dorywczo. W czwartym kwartale 1946 r. prezes powołuje trzyosobową komisję, która zleca opracowanie koncepcji systemu płac spółdzielni. Zespół przewiduje system akordowy stawek płacowych, nie wysuwa natomiast żadnego wniosku w sprawie wynagrodzenia kierownika spółdzielni. Prezes czuje się tym dotknięty i wyznacza sobie pensję we własnym zakresie, w wysokości 6 tys. zł miesięcznie, co odpowiada w przybliżeniu przeciętnym poborom średniego personelu medycznego. Ta decyzja, nieregularne zarobki pozostałych osób oraz niepewna przyszłość spółdzielni, doprowadzają do nieporozumień i pierwszego późniejszego zgrzytu. Na najbliższym walnym zgromadzeniu członków sprawa zostaje wszechstronnie przedyskutowana i rozstrzygnięta w drodze głosowania. Zdecydowana większość uznaje słuszność decyzji prezesa i krytycznie ustosunkowuje się do opozycji. Koledzy - Eugeniusz Bartoszewski i Konstanty Szoka kapitulują. Modest Sękowski nigdy za ich krytyczne stanowisko nie miał do nich żalu uważając, że każdy ma prawo do swojego zdania. Kolegę Bartoszewskiego, który po ukończeniu kursu masażu podjął w Gdyni pracę w służbie zdrowia, zawsze gościnnie zapraszał do siebie. W tym czasie do spółdzielni przyjęto kilku niewidomych z Lubelszczyzny. W 1946 r. tytułem rozliczeń z byłymi członkami laskowskiej spółki akcyjnej Modest Sękowski otrzymuje 21 tys. złotych. Za całą tę sumę, za pośrednictwem znajomych, kupuje 150 kg tytoniu, traktując tę prywatną transakcję jako zabezpieczenie posiadanych pieniędzy przed dewaluacją. Sprzedażą tej "lokaty" (z braku czasu) nigdy się nie zajął i praktycznie rzecz biorąc tytoń i pieniądze mu przepadły. W latach 1946-1947 wyprofilowały się zręby organizacyjne ogólnoinwalidzkiej spółdzielczości. W tej sytuacji prezes Sękowski uniezależnia się od PCK, włączając się do ogólnego, inwalidzkiego ruchu spółdzielczego. Przeprowadza zmianę nazwy spółdzielni, ustalając ją w brzmieniu następującym: "Spółdzielcze Zakłady Pracy Niewidomych w Lublinie". W 1947 r. spółdzielnia przyjęła do pracy biurowej na stałe panią Zofię Braunschweig, która wykonywała wszystkie prace kancelaryjne i księgowe. W latach 1946-1949 prezes Sękowski organizuje stałe zaopatrzenie w surowce i oprawki spółdzielni oraz zbyt jej wyrobów. Początkowo za pośrednictwem sklepu przy ul. 1 Maja 41. W konsekwencji w 1948 r. pracownicy mają zapewnioną już stałą pracę (bez postojów). Modest Sękowski nasila penetrację całej Lubelszczyzny w poszukiwaniu niewidomych. Organizuje się dla nich pomoc materialną. Pamiętając swoją sytuację szkolną sprzed kilkunastu lat, prezes Sękowski kładzie szczególny nacisk na wyszukiwanie dzieci i pomoc im w załatwieniu formalności związanych z przyjęciem do szkół specjalnych dla niewidomych. 15 sierpnia 1948 roku zakłada własną rodzinę, biorąc ślub z panią Zofią Braunschweig. We wrześniu 1948 r. organizuje Wojewódzki Oddział Związku Pracowników Niewidomych Rzeczypospolitej, którego zostaje prezesem zarządu. Organizuje na dużą skalę poszukiwania niewidomych w całym województwie lubelskim. Opracowuje i wydaje krótki biuletyn informacyjny, donoszący o powstałej w Lublinie spółdzielni niewidomych, możliwościach rehabilitacji i pracy. Ta krótka publikacja została rozprowadzona w terenie przez Powiatowe Rady Narodowe oraz za pośrednictwem Kurii Biskupiej przez parafie. W akcji uczestniczyło całe społeczeństwo woj.lubelskiego, przy współudziale PCK. Rozwijała się typowa w późniejszych latach praca Związku. Prezes, główny inicjator całej kampanii propagandowej, nie szczędził czasu na rozmowy indywidualne z niewidomymi, prowadząc osobiście poradnictwo i rehabilitację psychiczną. Wychodził naprzeciw ciężkim, ludzkim problemom, starając się w każdym indywidualnym przypadku znaleźć formę pracy, a przynajmniej dobre słowo pociechy. Chodził po szpitalach i gdy udało mu się odszukać niewidomego, któremu mógł pomóc, szczerze się cieszył. Pamiętał, jak kiedyś jego samego pracownik Lasek odnalazł w szpitalu. Nie należą w tym czasie do osamotnionych przypadki zapraszania przez niego do swego mieszkania biednych niewidomych i dzielenia się z nimi kawałkiem chleba. Szczególną wojnę Modest Sękowski wypowiedział żebractwu. W tym celu dokładał starań, by jak najszybciej rozwinąć spółdzielnię, powiększyć jej bazę lokalową i stworzyć stanowiska pracy dla niewidomych. Nie zapomina o propagandzie swoich idei rehabilitacyjnych poprzez radio i prasę. W wyniku tej działalności już w roku 1949 Wojewódzki Oddział Związku Pracowników Niewidomych miał zarejestrowanych (po niespełna rocznej działalności) 600 niewidomych, w tym 100 do lat trzydziestu. Modest Sękowski jest nie tylko organizatorem spółdzielczej produkcji i rehabilitacji zawodowej niewidomych, lecz również wybitnym działaczem społecznym i opiekunem wielu inwalidów wzroku, dla których organizuje wszechstronną pomoc. Świetnie sformułował cele swojej działalności w artykule "Niewidomi Lubelszczyzny organizują się" (bibliografia poz.19Ň), w którym czytamy "Dążyliśmy do tego, by stać się ośrodkiem uświadamiającym coraz szersze kręgi zupełnie zaniedbanych niewidomych Lubelszczyzny o ich ludzkiej godności i o konieczności przezwyciężenia, zniechęcenia i apatii". Spółdzielnia zatrudnia już wówczas 18 niewidomych, (początek 1949 r.). We wspomnianym artykule autor nawiązuje do hasła doktora Włodzimierza Dolańskiego "Nic o nas bez nas" i formułuje myśl "Tak więc, ostatnia wojna stała się okresem przełomowym w samostanowieniu o własnym ruchu oraz o sposobie rozwiązywania tak palącego problemu, jakim jest społeczne uaktywnienie niewidomych w Polsce" (bibliog.poz.19Ň). W tym czasie na terenie naszego kraju rozchodzi się sława wybitnego radzieckiego okulisty, prof. Fiłatowa, który swymi operacjami dokonuje niemal cudów. Prezes Sękowski, licząc się z ewentualnością poprawy wzroku, wybrał się na konsultację do kliniki okulistycznej w Lublinie z zapytaniem, jakie ma możliwości wyjechania do Związku Radzieckiego na operację. Pracownik odpowiadając mu stwierdził, że w jego sytuacji nie widzi możliwości i celowości wyjazdu, natomiast radzi zwrócić się do prof. Krwawicza. Na to prezes machnął ręką i powiedział: Profesor Krwawicz - niech lepiej się jeszcze pouczy". Nie wiedział o obecności wspomnianego profesora w pokoju. To była ostatnia próba, jaką podjął w zakresie leczenia. Rozwijająca się na coraz większą skalę jego działalność społeczna i świadczenie pomocy socjalnej, psychicznej i moralnej dała mu satysfakcję, zadowolenie, poczucie spełnionego obowiązku, a ponadto autentyczną radość i przyjemność - upewniając go, że ten charakter pracy jest realizacją życiowego powołania. Obecnie już nie tylko rozumiał i wierzył lecz również czuł całym sercem celowość swej ślepoty. Wyraził to w słowach: "Dlatego wzrok utraciłem, by ratować innych niewidomych od biedy, załamania i bezradności" (bibliografia, poz. 17Ň). Założenie własnej rodziny z panią Zofią przyśpieszyło i pogłębiło jeszcze bardziej wszechstronny rozwój jego osobowości, wpływając na usystematyzowanie i większą dojrzałość życia religijnego. Bliski kontakt z ks. bp. Stefanem Wyszyńskim oraz środowiskiem inteligencji katolickiej, nawiązany za pośrednictwem żony, przyczynił się do wprowadzenia go w nurt najnowszej katolickiej myśli społeczno-filozoficznej. Dzień pracy rozpoczynał o godz. #6#/00 od wzięcia udziału we mszy św. Dzięki rodzinie zyskał dom, którego dobrodziejstw w dzieciństwie został pozbawiony. Szczęśliwie doczekał się czterech synów, którzy byli jego dumą i nadzieją. W żonie znalazł przyjaciela, powiernika, oparcie w chwilach trudnych i pomoc w rozwiązywaniu szeregu problemów w życiu osobistym, społecznym i zawodowym. Małżeństwo odegrało w życiu Modesta Sękowskiego ogromną rolę, przyczyniając się do uzyskania pełnej, życiowej dojrzałości i ułatwiło mu całkowicie zintegrowanie się z załogą swej spółdzielni. Własne doświadczenia i przeżycia pozwalały na lepsze rozumienie problemów życiowych innych ludzi i udzielanie właściwych wskazówek i pomocy. Wzorem pana Ruszczyca nie ograniczał godzin przyjęć lecz załatwiał swych interesantów niemal o każdej godzinie dnia i nocy. Mimo swej łagodności zdarzało się, że rugał swych petentów za niewłaściwe postępowanie - np. za pijaństwo, rozwiązłość obyczajów czy żebractwo. Każdą reprymendę kończył dobrym słowem, zachętą do poprawy, często bezpośrednią pomocą. Szczególnie dużo czasu poświęcał niewidomym z dodatkowym kalectwem lub chorym wymagającym większej pomocy. W 1949 r. kończy studia, które pogłębiły jego kulturę ogólną, humanizm praktyczny wykorzystywany w trosce o każdego człowieka, w ofiarnej służbie społeczeństwa. Mimo zdobytej wiedzy miał nastawienie do ludzi i ich problemów raczej społecznika, aniżeli intelektualisty. Z pisania pracy magisterskiej rezygnuje, mimo zachęty profesorów, ponieważ szkoda mu na nią czasu. Uważa, że lepiej jest każdą chwilę poświęcić dla innych. We wspomnianym już artykule w 1949 r. Modest Sękowski daje wyraz - w imieniu własnym i założonej spółdzielni - wdzięczności Laskom oraz Henrykowi Ruszczycowi za pomoc w przezwyciężaniu pierwszych trudności, a w szczególności uzyskania lokalu przy ul. 1 Maja oraz wyposażenia w niezbędny sprzęt do produkcji szczotek. Rozumiał, że wspomniany zakład dla niewidomych przeżywa wyjątkowo trudny okres odbudowy zniszczeń wojennych. Sprawa ta zasługuje na podkreślenie, ponieważ zarzucono mu w tym okresie, że zapomniał o Laskach, którym bardzo dużo zawdzięczał. W rozmowach indywidualnych często zwracał uwagę na ich zasługi dla środowiska niewidomych oraz pomoc jaką otrzymała spółdzielnia lubelska. Nie było to, rzecz jasna, na miarę jej potrzeb, lecz innych możliwości zakład nie miał. Z ogromnym uznaniem Modest Sękowski wyraża się w artykule o swoich kolegach i założycielach, podkreślając ich pracowitość i poświęcenie się bez reszty dla spółdzielni. Na wyjątkową uwagę zasługuje utrzymywanie przez niego stałego, bliskiego kontaktu z panem Ruszczycem. W latach 1947-1972 wymienili ze sobą 75 listów i 38 kart. Poruszali w nich sprawy stanowiące przedmiot wspólnych zainteresowań. Były to najczęściej problemy dotyczące pomocy poszczególnym niewidomym w znalezieniu pracy, ich oprzyrządowania, świadczeń socjalnych, poradnictwa życiowego itp. W korespondencji uwidacznia się wzajemny szacunek, uznanie oraz więź uczuciowa, jaka występuje między ojcem a synem. Zatrudnienie w biurze spółdzielni pani Zofii Braunchweig, późniejszej żony, umożliwiło wprowadzenie dobrej organizacji pracy administracyjnej w spółdzielni. Posiadanie pracownika zaufanego i kompetentnego zawsze ma duże znaczenie, w wypadku niewidomych szczególnie. Członkowie spółdzielni mogli liczyć na Jej pomoc zarówno w sprawach służbowych, jak i prywatnych. Ten stan rzeczy długo jednak nie trwał, ponieważ kilka miesięcy po zawarciu małżeństwa członek spółdzielni Mieczysław Miroński zwrócił prezesowi uwagę, że ze względów formalnych jego żona nie powinna pracować w biurze. Pani Zofia odeszła ze spółdzielni, przechodząc do pracy na Uniwersytecie. Zarządowi, zwłaszcza na początku, utrudniało to pracę - lecz Modest Sękowski uznał, że kolega Miroński miał słuszność. W latach 1945-1950 spółdzielnia na skutek ciasnoty lokalowej, nie miała możliwości rozwoju; mimo usilnych starań nie udało się prezesowi uzyskać w tym czasie dodatkowych pomieszczeń. Wyjątkowo trudna sytuacja w Lublinie, spowodowana migracją ludności ze wsi, zmniejszeniem się ilości mieszkań w czasie wojny, koniecznością wygospodarowania pomieszczeń dla urzędów, była przyczyną istniejącego stanu rzeczy. Niezależnie od powyższego, wielu urzędników władz miejskich i wojewódzkich nie wierzyło w możliwości pracy niewidomych. Jednak wytrwałe starania prezesa Sękowskiego zostały w końcu uwieńczone sukcesem. Na początku lat 50-ych otrzymuje on dla swego przedsiębiorstwa lokale przy ulicach: Rusałki, Dąbrowskiego i Kunickiego, co pozwala na zwrot Polskiemu Czerwonemu Krzyżowi zajmowanych pomieszczeń. Poprawa bazy lokalowej radykalnie wpływa na możliwości rozwojowe spółdzielni. W szybkim tempie wzrasta liczba zatrudnionych, którzy w wyjątkowych wypadkach korzystają z zakwaterowania w bursie. Podjęta jest na dużą skalę działalność kulturalno-oświatowa. Powstają zespoły muzyczne, chóralne, recytatorskie oraz sekcje sportowe. Spółdzielnia uzyskuje doskonałe wyniki ekonomiczne. Powstaje solidna baza do dalszego jej rozwoju na miarę potrzeb licznego środowiska niewidomych. W 1951 r. Wojewódzki Oddział Związku Pracowników Niewidomych Rzeczypospolitej zostaje przekształcony w Polski Związek Niewidomych, Oddział w Lublinie. W 1950 r. spółdzielnia po raz pierwszy organizuje szkolenie przywarsztatowe dla niewidomych pragnących podjąć pracę. Niezależnie od tego organizuje się zatrudnienie systemem nakładczym. Prezes Sękowski zaczyna wprowadzać, poza szczotkarstwem, nowe branże: metalową i elektrotechniczną. W latach 50-ych przeprowadza się eksperymenty pozwalające na wypracowanie rozwiązań organizacyjnych i technologicznych przy wprowadzaniu nowych asortymentów produkcyjnych - są to próby znaczące, choć robione na małą skalę. Szereg niewidomych posiadających przeciwwskazania lekarskie do pracy w szczotkarstwie może teraz zarobkować bez szkody dla swego zdrowia. Szybko wzrost liczby niewidomych w PZN i w Spółdzielni stwarza nowe sytuacje, wymagających odmiennych metod pracy. Jest coraz większe zapotrzebowanie na poradnictwo, konsultacje i właściwie dobraną pomoc. Prezes nie szczędzi pracy na bezpośrednie kontakty z nowo przyjmowanymi inwalidami, wychodząc z założenia, że w indywidualnych rozmowach najlepiej ludzie się poznają. Stwarza to jednocześnie możliwość doboru drogi rehabilitacji, dostosowanej odrębnie dla każdego niewidomego. W tej pracy zdarzają się czasem przykre sytuacje. Na przykład w 1952 r. złożył prezesowi wizytę niewidomy, inwalida wojenny, Henryk Kubanek. Będąc w stanie nietrzeźwym, wywołał w biurze awanturę a prezesa, który starał się go uspokoić, uderzył dwukrotnie laską. Tego rodzaju wypadki zdarzają się bardzo rzadko i nie psują harmonii współpracy załogi z kierownictwem zakładu pracy. W 1954 r. Modest Sękowski jest wybrany do Komisji Rewizyjnej Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, a po dwóch latach - tj. w 1956 r. - wchodzi do jego zarządu, gdzie pracuje nieprzerwanie przez 15 lat niemal do śmierci, czyli do 1971 r. Przejawia tu szczególną aktywność w zakresie problemów związanych ze szkoleniem zawodowym i zatrudnieniem niewidomych. Na tym odcinku działalności współpracuje ściśle z dyrektorem Henrykiem Ruszczycem, pomagając mu w realizacji jego eksperymentów. Walne zgromadzenia spółdzielni i jej jubileusze są okazją do analizy dotychczasowej pracy i wyciągania wniosków na przyszłość. Działalność spółdzielcza w niczym nie ogranicza jego aktywności w pracach Polskiego Związku Niewidomych, prowadzonych z coraz większą dynamiką. Jubileusz 10-lecia spółdzielni jest obchodzony wyjątkowo uroczyście i stanowi okazję do generalnej oceny dotychczasowych osiągnięć. Redaktor Halina Banaś, w swym sugestywnym artykule "Rezultat woli i wytrwałości", relacjonuje przebieg uroczystości, przytacza między innymi wypowiedź prezesa Sękowskiego "Wszystko to (czyli spółdzielnia) powstało z "niczego", tzn. z ogromnego wysiłku dziesięciu młodych zapaleńców, którzy przybywszy do Lublina nie posiadali ani własnego lokalu, ani też dostatecznych funduszy na zakupienie surowca i zorganizowanie kolektywnej produkcji, ponadto we wszystkich swoich poczynaniach natrafiali na wielki opór ze strony lubelskiego społeczeństwa, które niewidomych nie znało, nie rozumiało i nie wierzyło w żadne ich możliwości (biografia, poz. 1Ň). Założyciele spółdzielni spełniali i tutaj pracę pionierską, mającą ogromne znaczenie dla całokształtu sprawy niewidomych w Polsce. Autorka pisze następnie: "Najpełniejsze pojęcie o osiągnięciach na tym polu daje wymowne porównanie ob.Sękowskiego, który stwierdza: "Społeczeństwo lubelskie z ugoru, jakim było przed dziesięcioma laty, dziś stało się ziemią żyzną". Spółdzielnia zamknęła okres 10-lecia czystym zyskiem za rok 1955 w kwocie milion trzydzieści trzy tysiące złotych, zatrudniając w tym czasie, według stanu na koniec roku, 128 pracowników - w tym 105 niewidomych. Prezes Sękowski, niezależnie od pracy na rzecz lubelskich niewidomych, podejmuje działalność w instytucjach centralnych w Zarządzie Głównym PZN, w Centralnym Związku Spółdzielczości Pracy, a następnie w Związku Spółdzielni Inwalidów, gdzie jest cenionym aktywistą. Po początkowych trudnościach w nawiązaniu współdziałania z miejscowymi władzami w Lublinie, Modestowi Sękowskiemu udaje się zacieśnić współpracę. Kilku niewidomych w różnych kadencjach wchodzi w charakterze radnych do Miejskiej lub Wojewódzkiej Rady Narodowej - np. Mieczysław Michalak, Marian Ostojewski, Franciszek Cebula, Modest Sękowski. Prezes Sękowski np. jest radnym WRN w latach 1958-1966. W tym samym czasie jest również członkiem Komisji Rewizyjnej ZUS-u. W obu instytucjach reprezentuje interesy ogólnoinwalidzkie i spółdzielcze, nie tylko niewidomych. W latach 50-ych ma problemy z gardłem, kilkakrotnie przechodzi zapalenie strun głosowych. W roku 1956, wraz z kilkoma kolegami, przebywa na wczasach nad morzem, w Sobieszewie. W czasie kąpieli morskiej jego koledzy w pewnym momencie słyszą cichy, spokojny głos prezesa Sękowskiego: "Tonę, proszę mi pomóc, ratunku, już nie mogę, nie mam siły, tonę". Z trudem dopłynął do płytszej wody i wyszedł na brzeg. Przez trzy dni nie miał żalu do kolegów, że mógłby się przy nich utopić, a nikt mu na pomoc nie pośpieszył. Na pytanie dlaczego głośno nie wołał o ratunek, odpowiedział: niedawno chorowałem na zapalenie strun głosowych i lekarz nie pozwolił mi głośno mówić, a tym bardziej krzyczeć. To wydarzenie, zresztą jedno z wielu, charakteryzuje zrównoważenie i opanowanie prezesa nawet w chwilach trudnych. W tym czasie państwo Sękowscy mają już czterech synów, co bardzo ich oboje absorbuje. Gospodarstwo domowe z reguły prowadzi pani Zofia, ponieważ występują trudności w znalezieniu na stałe pomocy domowej. Mąż w miarę posiadanego czasu - a ma go niewiele - stara się żonie pomagać. Oto jak na ten temat, już po jego śmierci, wypowiada się sama pani Sękowska: "Mąż - mówi - żył tylko jednym życiem. Był w pełni pochłonięty pracą społeczną i zawodową, żył i działał dla niewidomych. W ten ogólny nurt wciągnięta była także najbliższa rodzina. Nie przeszkadzało mu to w pełnym angażowaniu się w sprawy domu, wychowanie synów i gospodarkę domową. To był człowiek idealny. Był dla siebie niezwykle wymagający - to był pryncypialista i maksymalista. Równocześnie był wyrozumiały dla innych" (bibliografia, poz.6Ň). W cytowanym artykule Władysław Gołąb pisze dalej: "Pani Sękowska ze wzruszeniem przypomina sobie, jak to nieraz zastawała męża przy zmywaniu naczyń. Na pytanie, czemu to robi, odpowiadał: "Po pierwsze sprawia mi to przyjemność, po wtóre niech synowie uczą się włączać w życie domu, niech mają dobry wzór". Do tej charakterystyki trudno coś dodać lub ująć, między jej wierszami można jednak wyczytać, jaki był podział pracy w prowadzeniu domu. Swój pryncypializm, maksymalizm przenosił również w sferę życia rodzinnego. Dopingował np. żonę, by nie rezygnowała, mimo braku czasu, z pracy naukowej na uniwersytecie, zachęcał do robienia doktoratu, a następnie habilitacji. Przy realizowaniu obowiązków związanych z wychowaniem czterech synów, prowadzeniem gospodarstwa domowego (w tym również - w okresie zimowym - paleniu w piecach kaflowych), pracy zawodowej i naukowej, wysiłek fizyczny i psychiczny pani Zofii Sękowskiej był ogromny, nieraz na pewno na granicy możliwości. W liście z 15 lutego 1962 roku. Adresowanym do Henryka Ruszczyca, między wierszami pisze: "Pośpiech jest tyranem mojego istnienia". Jak z powyższego wynika, w małżeństwie tym zetknęły się dwie wybitne osobowości, które przez wzajemne, korzystne oddziaływanie na siebie uzyskały wspaniałe osiągnięcia. Dziś nie można sobie wyobrazić, by prezes Sękowski mógł mieć tak wybitne rezultaty w pracy społecznej i zawodowej bez udziału żony w jego życiu. W latach 1956-1957 środowisko niewidzących pod kierunkiem aktywu PZN i Spółdzielczego organizuje Związek Spółdzielni Niewidomych, który powstaje w marcu 1957 roku. Na prezesa aktyw wybiera Modesta Sękowskiego. Jest to dla niego wyraz powszechnego uznania i szacunku. Prezes Sękowski przyjmując wybór, podejmuje decyzję przeniesienia się z Lublina do Warszawy. W związku z tym składa w Stołecznej Radzie Narodowej papiery o zamianę mieszkania. Jego zastępca, wiceprezes Zarządu Spółdzielni Niewidomych Stanisław Łuka, przesyła do władz stołecznych doniesienie, że Warszawa dysponuje dostateczną ilością specjalistów, wobec czego nie występuje potrzeba przyjazdu do Warszawy prezesa Sękowskiego na stałe. Powstają trudności z zamianą mieszkania. W tej sytuacji Modest Sękowski, zwłaszcza gdy się dowiedział o przyczynach wspomnianych trudności, rezygnuje ze stanowiska prezesa Zarządu ZSN. Pozostaje w Lublinie, z ogromną korzyścią dla swojej spółdzielni. Dziesięcioletnia praca w Lublinie zamknęła w jego działalności pewien okres. Została zbudowana solidna baza do dalszego rozwoju i rozwiązania wszystkich problemów niewidomych zamieszkujących na tych terenach. Spółdzielnia jest jednostką gospodarczą dobrze zorganizowaną, rentowną, przynoszącą - jak na owe czasy - wysokie zyski. Dysponuje prężnym, wyszkolonym, ideowo zaangażowanym aktywem. Dojrzała zatem do jej intensywnej budowy. W latach 1957-1972 wybudowanych zostaje pięć bloków. W 1959 r. dwa budynki, w których 52 rodziny niewidomych otrzymują mieszkania. W 1963 r. blok produkcyjny o kubaturze 14 tys mżó:ş. W roku 1969 budynek socjalny (uwzględniający pomieszczenia lekarskie, stołówkę, internat). W 1972 r. zostaje oddany w Żułowie budynek produkcyjny przewidziany dla niewidomych kobiet, zamieszkujących w specjalnym Domu Opieki, podlegającym Towarzystwu Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Na podkreślenie zasługuje dobrze przemyślana przez prezesa Sękowskiego i jego aktyw koncepcja rozbudowy spółdzielni. Najpierw zabezpieczone potrzeby mieszkaniowe dla niewidomych, znajdujących się w wyjątkowo trudnej sytuacji. Następnie stworzono odpowiednie warunki dla rozwoju produkcji, jej reorganizacji i modernizacji. Blok produkcyjny daje możliwość wprowadzenia na dużą skalę nowych branż, stwarzających warunki doboru pracy dla niewidomych, w zależności od ich stanu zdrowia. Budynek socjalny i internat poprawił warunki pracy załogi, a ponadto umożliwił przyjęcie do pracy nowych kandydatów nie posiadających możliwości zamieszkania (poza bursą). Obiekt produkcyjny w Żułowie umożliwił zatrudnienie niewidomych kobiet, stwarzając im, obok uzyskiwanych zarobków, szanse zdobycia podstaw do otrzymania rent lub emerytur. Niezależnie od powyższego, praca dla wielu osób w tym wypadku spełnia rolę terapii zajęciowej. Wyjątkowe komplikacje nastąpiły w 1963 r. w momencie oddawania bloku produkcyjnego do użytku. Władze Związku Spółdzielni Inwalidów postanawiają zabrać jedną kondygnację i ulokować w niej spółdzielnię ogólnoinwalidzką. Spółdzielnia Niewidomych nie zgadza się na wprowadzenie wspomnianego lokatora. Zapadają w tej sprawie uchwały Walnego Zgromadzenia spółdzielni i Rady Nadzorczej. Prezes Sękowski w oparciu o nie podejmuje walkę. Zarząd Związku Spółdzielni Inwalidów w Warszawie wystosowuje pismo do Rady Nadzorczej Spółdzielni, sugerując zwolnienie z pracy prezesa za brak subordynacji, polecając jednocześnie oddanie części budynku. Dzięki poparciu państwowych władz terenowych Lublina oraz Wojewódzkiego Komitetu PZPR, batalia o cały budynek zostaje wygrana. W walce tej prezes wykazał rozum, odwagę i determinację. Przyszłość w pełni wykazała słuszność uporu spółdzielni, gdyż budynek już po trzech latach był za ciasny. Zgodnie z apelem ONZ, Minister Zdrowia i Opieki Społecznej, Zarządu Głównego PZN i Zarządu Spółdzielni Niewidomych, prezes Sękowski wspólnie z profesorem Krwawiczem organizuje w 1962 r. na terenie Lubelszczyzny Komitet Zapobiegania Ślepocie. W tym zakresie jest organizowana energiczna działalność propagandowa i lekarska, obejmująca swym zasięgiem najdalsze zakątki województwa. Zarządy Okręgu PZN i Spółdzielni biorą w tej akcji żywy udział. Spółdzielnia pokrywa część kosztów. Uznając słuszność założeń Towarzystwa Walki z Kalectwem, prezes Sękowski zapisuje się na członka i podejmuje współpracę z nim na terenie Lublina. Lata 1963-1972 to okres wzmożonej działalności kierownictwa spółdzielni przy reorganizacji produkcji i wprowadzania nowych asortymentów. W jej wyniku szczotkarstwo przestaje odgrywać główną rolę i obecnie jego roczna wartość stanowi 20% całej produkcji. Jan Mróz w artykule "Słowo o Lublinie" (bibliografia, poz. 11Ň) z uznaniem wypowiada się o reorganizacji zarządu spółdzielni i wprowadzeniu działu administracyjno-handlowego. Ryszard Dziewa w swej publikacji "Nowe asortymenty" (bibliog.poz.9Ň) analizuje szybkie tempo modernizacji produkcji, podkreśla z uznaniem wprowadzenie wytwarzania bezpieczników samochodowych, palników do pieców łazienkowych, wyłączników do pralek i rozgałęźników. Spółdzielnia w tym okresie rozwija swój eksport do obydwu stref dewizowych - rublowej i dolarowej. Z małego przedsiębiorstwa w krótkim czasie staje się dużym zakładem pracy, zatrudniającym ponad 700 osób. (Dziesięć lat później już zatrudnia 870 osób, w tym 487 niewidomych). Modest Sękowski nasila swą współpracę z panem Ruszczycem, współdziałając z nim w realizacji szkolenia zawodowego niewidomych z uszkodzeniami kończyn górnych. Pięciu z nich zatrudnia w połowie lat 60-ych. Bez jego pomocy eksperyment by się nie udał, gdyż żadna spółdzielnia na terenie kraju nie miała odwagi ich przyjąć do pracy. A oto co mówi na ten temat Wincenty Mierzejewski, jedna ze wspomnianych osób. "Tym śmiałym człowiekiem, który nie bał się takich ludzi jak ja, był prezes Modest Sękowski" (bibliografia poz. 21Ň). Początkowo pracowali wykonując lichtarze, a następnie zaciskacze do transfuzji krwi, które produkowane są do chwili obecnej. Niezależnie od przytoczonej wypowiedzi, Wincenty Mierzejewski, w reportażu Małgorzaty Sawickiej, dalej wypowiada się w sposób następujący: "Prezes Sękowski - zresztą nie tylko on - potrafił ludzi jakoś tak ustawić, że ci ludzie po prostu wytwarzali przyjemną atmosferę dla nas. To dodawało nam jakiejś otuchy, jakiejś siły. Wierzyliśmy, że ci ludzie chcą nam pomóc". Należy dodać, że eksperyment był trudny zarówno dla szkolących, jak i inwalidów oraz spółdzielni. Omawiany przypadek jest najwyższym osiągnięciem rehabilitacyjnym i humanitarnym, świadczącym dobitnie, do czego jest zdolna miłość człowieka. W spółdzielni lubelskiej jest znacznie więcej tego rodzaju przykładów. Obecnie pracuje około 10 niewidomych z uszkodzeniami kończyn górnych, nie licząc znacznej ilości osób z dodatkowym inwalidztwem. Prezes Sękowski działał i pracował na rzecz całego środowiska, niezależnie od przynależności organizacyjnej lub zawodowej. Spółdzielnia często pomagała Polskiemu Związkowi Niewidomych organizacyjnie i finansowo (podobnie jak to ma miejsce i obecnie). Prezes Sękowski jest uznany za szefa całego środowiska niewidomych na Lubelszczyźnie. Charakterystyczna jest jego metoda postępowania z podległym sobie personelem. Marian Ostojewski w swym artykule (bibliografia, poz. 14Ň) pisze: "Nie nakazywał, lecz prosił". W swym postępowaniu z ludźmi, zarówno podległymi jak i zwierzchnikami, miał zawsze odwagę cywilną głoszenia poglądów zgodnych ze swym przekonaniem. W działaniu cechowała go rozwaga, konsekwencja i uczciwość. Ze swymi przekonaniami religijnymi nigdy się nie kryje. Każdy wie, że jest człowiekiem praktykującym, głęboko religijnym. Budzi powszechny szacunek i uznanie. Uzyskiwane sukcesy zawsze przypisuje środowisku i kierowniczemu aktywowi, bez którego, jak mówi on sam, nic by nie osiągnął. Ostatnie lata życia to finisz jego działalności i pracy. Robi wrażenie, jakby przeczuwał bliski swój koniec, w związku z czym stara się zrobić jak najwięcej. Jest to okres całkowicie odmienny niż pierwsze dziesięciolecie w Lublinie. Dopracowuje się zgodnego, dobrze współpracującego aktywu środowiskowego. Redaktor Szczygieł tak oto go charakteryzuje: "Środowisko lubelskie niewidomych wyróżnia się szczególnie sympatyczną atmosferą, harmonijnym współżyciem i co najważniejsze, pozytywną postawą wobec spraw własnych jak i społecznych". (bibliografia, poz. 4Ň). "Niewidomy spółdzielca" w swym artykule informuje (bibliografia poz. 10Ň): "Bezpośredni sposób bycia i prawdziwa życzliwość dla wszystkich powodowały, że do Modesta Sękowskiego napływało stale wielu ludzi szukających pomocy i rady w rozwiązywaniu najtrudniejszych spraw życiowych. Jego takt, wiedza i spokój niejednemu pozwoliły odnaleźć własną drogę. Dzięki swej całkowitej bezinteresowności w licznych kontaktach z władzami Modest Sękowski uzyskiwał pozytywne załatwienie wielu trudnych, często bardzo skomplikowanych problemów środowiska i poszczególnych jednostek". Dalej pisze: "Ta ogromna troska o wszystkich i wszystko, którą Modest Sękowski dawał nam przykład prawdziwego społecznika na zawsze głęboko zapadła w sercach tych, którzy mieli możność obcować z nim i uczyć się od niego. Prezes Sękowski swoją funkcję kierownika spółdzielni traktuje bardzo poważnie, nie ograniczając jej jedynie do funkcji zarządzania. Wychowuje jej członków w duchu jedności, solidarności i wzajemnego zaufania. Osobiście co kilka dni składa przez radiowęzeł relację o załatwianych sprawach i uzyskiwanych przez załogę wynikach produkcyjnych. Przyjmując do spółdzielni nowego pracownika, dokonuje za pośrednictwem radiowęzła jego prezentacji całej załodze. To postępowanie przyczynia się do rozwijania wzajemnych więzi między kierownictwem a szeregowymi członkami. W 1970 roku Mieczysław Miroński publicznie skrytykował tę praktykę prezesa, zarzucając mu, że się kompromituje, a przekazywane przez niego informacje nie interesują pracowników. Ta krytyka sprawiła Modestowi Sękowskiemu ogromną przykrość - tym bardziej, że się z nią nie zgadzał. Przyszłość wykazała, że miał rację. Jego następca, nie doceniając tej formy działania wychowawczego, przestał ją na co dzień stosować. Obecnie ogół załogi odczuwa jej brak, ponieważ nie orientuje się na bieżąco w aktualnej problematyce swego zakładu pracy. Mimo swych licznych obowiązków społecznych i zawodowych prezes utrzymuje kontakty ze swymi kolegami i koleżankami z czasów szkolnych, których odwiedza przy nadarzających się okazjach. Na temat stosunku prezesa Sękowskiego do innych osób w szeregu publikacjach wypowiadają się jego współpracownicy i znajomi. Kilka z nich, najbardziej charakterystycznych przytaczam poniżej: "Żartował chętnie, choć umiarkowanie, mówił cicho i łagodnie, miał urzekający sposób mówienia, uśmiechał się lekko i łagodnie. Nie nakazywał, lecz prosił, sugerował, że tak a tak było by lepiej. Działał środkami ubogimi, działał nie uczonością, lecz życzliwością, głos cichy, jasny, harmonijny, nie było w nim nic z natarczywości, a jednak był nieustępliwy. Przeszedł dobrze czyniąc". Leszek Prorok (bibliografia poz. 20Ň). Z przemówienia prezesa Sękowskiego na zjeździe Okręgu w Lublinie 1966 r.: "Potrzeb istnieje bardzo dużo, niewidomi to nie jedyni ludzie, którzy cierpią niedostatek z powodu swojej mniejszej zaradności i sprawności fizycznej. Są jeszcze inni, a pomocy udzielić trzeba wszystkim. Dlatego nie zawsze może ona jest szybka i dostateczna". Autor posłużył się przykładem bochenka, który należy dzielić sprawiedliwie, ale jednocześnie i tak, by przez nadmierne dzielenie nie rozkruszyć go i nie zmarnować (bibliografia poz.4Ň). Władysław Gołąb w artykule "Zagadka wielkości - wspomnienie o prezesie Sękowskim" (bibliografia, poz.6Ň) przytacza następujące wypowiedzi: Mieczysława Mirońskiego: "Wrogów nigdy nie likwidował. Można mu było nawymyślać, a mimo to, gdy przyszła potrzeba, zawsze liczyć na jego pomoc. Potrafił z każdym znaleźć wspólny język - z człowiekiem prostym i naukowcem, dzieckiem i dorosłym". Tadeusza Niedziałka: "Był życzliwy dla wszystkich, a jeżeli miał wrogów, to byli nimi ludzie nienormalni". Podobnie wypowiada się Franciszek Cebula: "To był człowiek nieprzeciętny, świadczył nawet tym, którzy byli mu nieżyczliwi". Modest Sękowski już w czasie swego życia był doceniany i wyróżniany przez władze państwowe i społeczne oraz własne środowisko, w którym żył i dla którego pracował. Znalazło to m.in. swój wyraz w przyznaniu mu licznych odznaczeń. Otrzymał: Medal X-lecia PRL, Medal 1000-lecia, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, złote honorowe odznaki: TPD, PKPS, Związku Ociemniałych Żołnierzy PRL, PZN, PCK. Na podkreślenie zasługuje fakt, że nigdy o żadne odznaczenia i wyróżnienia nie zabiegał. Redaktor Szczygieł w swym artykule "W środku lata" (bibliografia, poz.18Ň) napisał: "Cieszył się wielkim szacunkiem wśród nas wszystkich, ale cieszył się jeszcze czymś, co jest ponad szacunkiem, na co nie każdy aktor czy artysta potrafi sobie zasłużyć. Był kochany". Chyba najlepiej scharakteryzowała prezesa Sękowskiego dr Halina Sawicka, mówiąc: "To był człowiek tak pełen niezwykłego czaru, że trudno mu było cokolwiek odmówić" (bibliografia, poz.6Ň). Z okazji 30-lecia spółdzielni prezes Jan Ujma, omawiając zasługi swego zmarłego poprzednika stwierdził między innymi: jego wiara w lepsze jutro, w pomyślną realizację zamierzeń, mobilizowała wszystkich do coraz większego wysiłku. Dynamicznie wzrastała liczba zatrudnionych niewidomych oraz ilość i jakość wykonywanej produkcji" (bibliografia, poz7Ň). Z przytoczonych wypowiedzi wynika zgodność oceny wyjątkowych cech osobowych prezesa Sękowskiego oraz zasług dla spółdzielni i społeczeństwa. Jego ciężka choroba i śmierć okryła wszystkich głęboką żałobą. Redaktor Szczygieł wyraził stosunek przyjaciół i kolegów zmarłego w słowach: "Wszystkim się zdaje, że on nie umarł, lecz tylko pojechał w daleką podróż. Będziemy o sobie pamiętać mimo rozstania, nie może bowiem umilknąć bez echa mocne i dobre serce prawdziwego człowieka" (bibliografia, poz.18Ň). `ty Bibliografia `ty 1. "Rezultat woli i wytrwałości" Halina Banaś, "Pochodnia" mies. ZG PZN, nr 3ż8ş91, marzec 1956 r. 2. "Lubelska Spółdzielnia u progu 20-lecia", Marian Stój, "Pochodnia", dwutygodnik ZG, PZN, nr 15ż8ş283, 1-15 Viii 1965 r. 3. "Pierwsza w Polsce", artykuł redakcyjny (nie podpisany), "Pochodnia", dwutygodnik ZG PZN, nr 18ż8ş286, 15-30 Ix 1965 r. 4. "Przypowieść o bochenku", Jerzy Szczygieł, "Pochodnia", dwutygodnik ZG PZN, nr 5ż8ş297, 1-15 Iii 1966 r. 5. Kronika związkowa, "Lepsze warunki pracy", materiał redakcyjny (nie podpisany), "Pochodnia", mies. 11ż8ş40 listopad 1969 r. 6. "Zagadka wielkości", Wspomnienie o prezesie Sękowskim, Władysław Gołąb, Pochodnia", mies. ZG PZN, nr 9ż8ş421, wrzesień 1972 r. 7. "Jubileusz dobrej roboty", Adolf Szyszko, "Pochodnia", mies. ZG PZN, nr 5ż8ş465, maj 1976 r. 8. "Na niej wzorowali się inni", Józef Szczurek, "Pochodnia", mies. ZG PZN, nr 8ż8ş516, sierpień 1980 r. 9. "Nowe asortymenty", Ryszard Dziewa, "Niewidomy Spółdzielca", mies. Zw. Sp. Niew. nr 8 - 9ż8ş67ż8ş68, sierpień-wrzesień 1072 r. 10. "Modest Sękowski nie żyje", artykuł redakcyjny (bez autora), "Niewidomy Spółdzielca", mies. Zw. Sp. Niew. nr 8-9ż8ş67ż8ş68, Viii-Ix 1972 r. 11. "Słowo o Lublinie", Jan Mróz, "Niewidomy Spółdzielca", mies. Zw. Sp. Niew. nr 8-9ż8ş67ż8ş68, sierpień-wrzesień 1976 r. 12. "Lubelski jubileusz", (bez autora), "Niewidomy Spółdzielca", mies. Zw. Sp. Niew. nr 7ż8ş161, lipiec 1980 r. 13. "Lublin wskazuje drogę", Krzysztof Mostowicz, "Niewidomy Spółdzielca", mies. Zw. Sp. Niew. nr 11ż8ş165, listopad 1980 r. 14. "To już 10 lat...", W rocznicę śmierci Modesta Sękowskiego, Marian Ostojewski, "Niewidomy Spółdzielca", mies. Centralnego Zw. Sp. Niew. nr 6ż8ş184 czerwiec 1982 r. 15. "Co wiem o ruchu niewidomych na Lubelszczyźnie" (1945-1972Ň), Mieczysław Miroński, praca na konkurs, zorganizowany przez "Niewidomego Spółdzielcę". 16. "Historia mojej spółdzielni", reportaż - wspomnienie 1945-1964 r. Cyryl Żądło, praca na konkurs zorganizowany przez "Niewidomego Spółdzielcę". 17. "Życie i działalność Modesta Sękowskiego", ZB, "Wypisy tyflologiczne" cz. I, opr. przez S. Cecylię Gawrysiak, rok wydania 1977. 18. "W środku lata", Jerzy Szczygieł, "Nasz świat", miesięcznik społeczno-literacki 9ż8ş214, wrzesień 1972 r. 19. "Niewidomi Lubelszczyzny organizują się", Modest Sękowski, "Przyjaciel Niewidomych", mies. nr 10ż8ş20, październik 1949 r. 20. "Modest Sękowski", Leszek Prorok, "Więź", mies. 7-8. 1976 r., 21. "Ballada z tamtej strony", rep. Małgorzaty Sawickiej, nadany przez radio w Lublinie i Warszawie w 1979 r. 22. Korespondencja Modesta Sękowskiego z Henrykiem Ruszczycem, (75 listów, 38 kart - lata 1947 - 1972Ň).