u 11 on M WAPSHOTT Freddie Meryi jeden ze zwyczajnych londyńskich weekendów pod koniec 1983 roku, Większość czasu spędzałem wówczas popijając w pubach i klubach dla gejów z moim kochankiem, Johnem Alexandrem. Byt to krepy, ciemnowłosy chłopak, a ja szalałem na jego punkcie, Niedzielny wieczór skończyliśmy w klubie dla gejów o nazwie Xocobana" w podziemiach hotelu w nSouth Kensington" w Londynie. Byłem tam pierwszy raz w życiu. Staliśmy przy barze i popijaliśmy piwo wprost z puszek. Klub był dość zatłoczony. Wokół kłębiło sie mnóstwo anonimowych twarzy, a na parkiecie tańczono w rytm ryczących z głośników utworów disco. Byłem chyba w połowie czwartego piwa, kiedy to sie stało. John poszedł do ubikacji, a ten facet mnie zaczepił. Miałem wtedy trzydzieści cztery lata, on był trochę starszy. Ubrany był zwyczajnie, w dżinsy i białą kamizelkę. Podobnie jak ja, miał wąsy. Był delikatnej budowy, zupełnie nie w typie mężczyzn, których uważałem za atrakcyjnych. Wolałem większych i potężniejszych facetów. - 11 - Jim Hutton, Tim Wapshott - Pozwolisz, że postawię ci drinka? - spytał. Miałem jeszcze ponad pół puszki piwa, więc odparłem: - Nie, dziękuję. Wtedy spytał, jakie mam plany na noc. - Odwal się - powiedziałem mu. - Możesz o to zapytać mojego chłopaka. Obcy zorientował się, że nic mu ze mną nie wyjdzie i dał spokój. Wrócił do swoich przyjaciół w kącie klubu. - Ktoś mnie właśnie próbował poderwać - powiedziałem Johnowi, kiedy wrócił. - Kto? - spytał. - Który to? - Tamten - odparłem, wskazując palcem. - Przecież to Freddie Mercury! - szepnął John z przejęciem, choć dla mnie to nic nie znaczyło. Nic a nic. Może gdybym był dyrektorem hotelu „Savoy", gdzie pracowałem, może wówczas byłoby inaczej. Ale nigdy nie nadążałem za nowoczesną muzyką. Mimo że ciągle słuchałem radia, nie byłem w stanie odróżnić jednej grupy od drugiej czyjednego piosenkarza od drugiego. Nigdy wżyciu nie słyszałem o „Queen". John wcale się nie zdenerwował, że Freddie robił do mnie podchody - wręcz przeciwnie, był dumny, że sławny piosenkarz podrywa jego partnera. Popijaliśmy z Johnem aż do północy, kiedy zamykano knajpę, a potem poszliśmy do domu, do naszego mieszkania w Clapham w południowym Londynie. Następnego dnia wcześnie rano byłem znów w pracy - fryzjer męski w małym zakładzie w hotelu „Savoy". Cztery czy pięć miesięcy po tym wieczorze John zabrał mnie na kolację do szpanerskiej restauracji „September" w Earls Court w zachodnim Londynie. - 12 - FREDDIE MERCURYI JA Siedziałem tyłem do drzwi i jadłem wspaniały posiłek. Byłem zadowolony z życia i losu. Nagle John zerknął ponad moim ramieniem i powiedział: - O, jest tu twój przyjaciel! - Kto? - spytałem. - Freddie Mercury - odparł. - Ten gość, który próbował cię poderwać parę miesięcy temu w „Co-cobanie". Odwróciłem się, starając się, żeby ten ruch był niezauważalny, i faktycznie, zobaczyłem tego samego faceta. Jadł kolacje z przyjaciółmi. Chyba mnie nie widział. Wkrótce potem John i ja przenieśliśmy się do Sutton w Surrey, gdzie wynajęliśmy mieszkanie. Naszą gospodynią była teraz lvy Taverner, pani po siedemdziesiątce. Zajmowaliśmy wspólnie dwa pokoje na poddaszu jej willi. Było to przyjemne miejsce; sypialnia, salonik i skromna kuchenka na półpietrze. Po pewnym czasie stwierdziliśmy jednak, że mamy za mało miejsca i że przez to działamy sobie na nerwy. Nie oczekiwałem od życia wiele, ale rozpaczliwie potrzebowałem harmonijnego związku pełnego miłości. Stałem się zaborczy wobec Johna, a on powoli zaczął mnie traktować jak kulę u nogi. Tęsknił za wolnością. Wiosną 1984 roku, po dwóch spędzonych razem latach, rozstaliśmy się. Ja zatrzymałem mieszkanie, John się wyprowadził. Pozostaliśmy przyjaciółmi. Pracowałem w zakładzie fryzjerskim piec dni w tygodniu i co jakiś czas w sobotę rano. W ciągu tygodnia wychodziłem z pracy około szóstej, a nim dojechałem do domu - czterdzieści pięć minut pociągiem z Victoria Station - i ugotowałem sobie coś do jedzenia, mijała większość wieczoru. - 13 - Jim Hutton, TLm Wapshott Prowadziłem spokojne, samotne życie u pani Ivy Taverner, Raz na Jakiś czas zdarzało mi się spotkać z jakimś przyjacielem na drinku w Sutton, ale z reguły trzymałem się na uboczu. Nie jestem typem motyla i nigdy nie wychodziłem z domu specjalnie z zamysłem poderwania kogoś. We własnym towarzystwie czułem się zdecydowanie lepiej niż miedzy ludźmi. Czasami spotykałem kogoś, i bywało, że nawet trochę się zabawiliśmy, ale zawsze wyznawałem filozofię: „Jeśli się przydarzy,to dobrze, jeśli nie, to drugie dobrze/' Nabrałem zwyczaju wychodzenia z domu raz w tygodniu, w czwartki, dzień wypłaty, do „Market Tavern\ klubu dla gejów w Vauxhall w południowym Londynie. Jak na skok na drinka z Sutton był to kawał drogi, ale ja traktowałem ten klub jako swój. Zawsze siedziałem w tym samym miejscu przy końcu baru i rozglądałem się po obecnych z kuflem w dłoni i paczką papierosów wsuniętą w rękaw. Przesiadywałem tam przez cały wieczór, nie ruszając się z miejsca, wypijając kilka kufli i napawając się atmosferą. Traktowałem wszystkich obojętnie, a rozrywką było dla mnie obserwowanie, jak nieznajomi ludzie spędzają czas na zabawie. Kiedy nadeszło lato, spędzanie całych weekendów w Sutton stało się nudne, przeniosłem się więc z piciem na sobotni wieczór. Zawsze myślałem, że w owe wieczory byłem zupełnie sam, lecz najwyraźniej tak nie było. Wiele lat później, po śmierci Freddiego, pogadałem sobie od serca z Joe Fannel-lim, poprzednim kochankiem Freddiego, jego kucharzem, spowiednikiem i powiernikiem. Choć Freddie miał mieszkanie w Londynie, przez cały 1984 rok mieszkał głównie w Niemczech, w Mona- - 14 - FREDDIE MERCURYIJA chium. Kiedy bywał w Londynie w weekendy, niezmiennie kończył wieczory w ttHeavenł\ klubie nocnym dla gejów pod Charing Cross Station. Nie wiem, jak to się stało, ale Freddie dowiedział sie, gdzie popijam. W drodze do „HeaverT kazał swojemu szoferowi, facetowi o imieniu Gary, nadrabiać trochę drogi i przejeżdżać obok „Market Tavern". Stary Mercedes Freddiego parkował pod klubem, a Gary dostawał polecenie sprawdzenia, czy jestem na swoim miejscu przy barze. A kiedy już wracał do Freddiego i informował go, że istotnie, takie stworzenie siedzi tam, gdzie zawsze, kontynuowali swoją podróż do „Heaven" na dalszą część wieczoru. Jeśli sie jest Irlandczykiem, a ja jestem, to data siedemnastego marca nigdy nie wylatuje z głowy: Dzień Świętego Patryka, W roku 1985 ten dzień przypadał w niedziele, a poprzedni wieczór spędziłem w „Market TayenT, popijając z kilkoma irlandzkimi przyjaciółmi. Umówiliśmy się na następny dzień na lunch w pubie. Bardzo rzadko piję alkohol w porze lunchu, ale tego dnia zrobiłem wyjątek. Popołudnie prędko zmieniło się w wieczór, aż wreszcie, późno, ruszyłem do domu, by się położyć. Następnego ranka musiałem przecież iść do pracy. Gdybym został i pił jeszcze dłużej, mógłbym pode-rżnąć komuś gardło przy goleniu. Ze względu na wdru kowany w mózg Dzień Pat-ryka wiem na pewno, że to właśnie w następną sobotę, dwudziestego trzeciego marca, spotkałem ponownie Freddiego. Dzień zaczął się jak wszystkie inne - zrobiłem sobie coś na kolację, a potem wyszedłem ubrany zgodnie z obowiązującymi wtedy gejowskimi standardami - dżinsy i biała kamizelka, - 15 - Jim Hutton, Tirn Wapshott Uzupełnieniem wyglądu był zalecany wąsik. Do Vauxhall pojechałem metrem, po czym - biorąc po trzy stopnie naraz - niemal wypadłem z dżinsów. Pękły w szwach. Tyłek i nogi częściowo wyszły mi na wierzch. Kiedy zamknięto „Market Tayern", wskoczyłem prosto na tylne siedzenie taksówki. Jej kierowca był już przyzwyczajony do mojego cotygodniowego bełkotu „Sutton". Tym razem jednak uznałem, ze mam ochotę na zabawę, i kazałem mu się zawieźć do „Heayen". Jak na mnie, było to dość niezwykłe; zawsze uważałem te knajpę za zbyt wielką jak na moje potrzeby i pozbawioną charakteru. Dotarłem dosyć późno. Byłem już tak skuty, ze ledwie ruszałem nogami, a myślami sięgałem innych planet. Co gorsza, po opłaceniu taksówki zostało mi w kieszeni tylko pięć funtów. Na szczęście nie musiałem płacić za wstęp, kiedy okazało się, że w drzwiach stoi jeden z moich przyjaciół. Poszedłem wprost do baru w piwnicy i zamówiłem kwaterkę piwa. - Pozwól, że ja ci to postawię - powiedział ktoś do mnie. Podniosłem wzrok. To był ten gość z „Co-cobany" w osiemdziesiątym trzecim roku, Freddie Cośtam. Miałem dobrze w czubie. Jeżyk mi się rozwiązał. Moje linie obronne już nie istniały. - Nie, ja ci postawie - odparłem* - Duża wódka z toniłtiem - padła natychmiastowa odpowiedź. Wtedy, z opóźnieniem, dotarło do mnie, że jak dobrze pójdzie, to zostanie mi trochę ponad jeden funt, z trudem na nocny autobus do Sutton. - Dużego masz kutasa? - spytał Freddie z uśmiechem. Jak się później dowiedziałem* był to jego typowy skandalizujący gambit. - 16 - FREDDIE MERCURYI JA Nie cierpię odpowiadać na takie osobiste pytania, wiec rzuciłem tylko; - Nie twoja sprawa! Gdybym nie był tak pijany, powiedziałbym mu zapewne, żeby sie odpieprzył. Teraz jednak uczepiłem się tylko jego akcentu, czegoś w rodzaju środkowo atlantyckiego slangu. - Na miłość boską, daj spokój z tym niby-amerykańskim akcentem! - powiedziałem. - Ależ ja nie mam amerykańskiego akcentu - odparł. Przedstawił rni sie jako Freddie. Wiedziałem jużt oczywiście, że to Freddie Mercury, ale nadal nie miałem bladego pojęcia, kim jest ani co robi. Nie bardzo mnie to ciekawiło. Freddie zaproponował, bym przyłączył sie do jego przyjaciół, którzy tłoczyli się w środkowej części baru. Był tam Joe Fannelli i Peter Straker, ten piosenkarz, oraz kilku innych. Joe był jasnowłosy i wyraźnie przepracowany. Miał trzydzieści parę lat i ostrożne podejście do ludzi i życia. Nie wiem, o czym paplaliśmy tamtego wieczoru. Ale i tak właściwie tylko oni gadali. Po jakimś czasie Freddie szepnął mi do ucha: - Chodź, zatańczymy. Poszliśmy wprost na parkiet. W tamtych czasach dostawałem małpiego rozumu, jeśli sobie trochę podpiłem. Ruszałem do tańca nawet sam ze sobą, kiedy miałem nastrój. A wtedy z parkietu leciały drzazgi, a każdy, kto stał na mojej drodze, móg} się uważać za męczennika. Przez kilka godzin rzucałem Freddiem po całej podłodze. Chyba mu się podobał mój szaleńczy, nie kontrolowany taniec. Około czwartej nad ranem Freddie doszedł do - 17 - Jim Hutton, Tim Wapshott wniosku, że ma już dość i zaprosił wszystkich do swojego mieszkania na Stafford Terrace 12 w Ken-sington. Siedziałem obok niego na tylnej kanapie samochodu. Mieszkanie Freddiego zajmowało dolną część przebudowanego domu. Na parterze był hali i jadalnia, kuchnia na antresoli. Na poziomie piwnicy były dwie sypialnie - Freddiego od strony ulicy, a Joego Fannelliego na tyłach - i wielki salon wychodzący na maty ogród w patio. Mimo że na dworze już wstawał świt, wszyscy byli w nastroju do zabawy. W pewnej chwili Freddie zaproponował mi kokainę, lecz to nie było w moim stylu. - Nie, dziękuje - powiedziałem. ~ Ja nie dotykam tego świństwa, - W swoim czasie zdarzało mi się popalać skręty z maryśka, ale nigdy nie próbowałem niczego mocniejszego. W każdym razie byłem już tak nawalony, że bardziej interesowała mnie zabawa z dwoma kotami Freddiego, Tiffanym i Oscarem. niż pakowanie sobie czegokolwiek do nosa, Mimo że pokój był pełen hałaśliwych ludzi, Freddie i ja cały czas ze sobą flirtowaliśmy. Co chwila nasze spojrzenia się spotykały, posyłaliśmy sobie jakieś dziwaczne mrugnięcia, skinienia, dotykaliśmy sie niby niechcący. W końcu wylądowaliśmy razem w łóżku, byliśmy jednak tak pijani, że nie starczyło nam sił na nic poza niezbyt skoordynowanymi dotknięciami, które i tak nie przyniosły właściwie żadnego efektu. Freddie czule się do mnie tulił i paplaliśmy coś obaj, póki nie zasnęliśmy. Następnego ranka obudziliśmy się wtuleni w siebie i natychmiast podjęliśmy paplaninę w tym samym miejscu, gdzie skończyliśmy - 18 - FREDDIE MERCURYI JA przed snem. Kiedy doszliśmy do tego, z czego żyjemy, powiedziałem mu, że jestem fryzjerem męskim. - Ja jestem piosenkarzem - powiedział Freddie, Potem zaproponował, że zrobi mi filiżankę herbaty. Później, około południa, kiedy już wychodziłem, Freddie dał ml swój numer telefonu. - No to masz, to mój telefon - powiedziałem. Po tej nocy nie miałem żadnych wiadomości od Freddiego i więcej o tym wszystkim nie myślałem. Trzy miesiące później, wczesnym latem, jednak się ze mną skontaktował. Wróciłem do domu w piątek i zacząłem sobie przygotowywać zapiekankę z kiełbasek, fasoli i smażonej cebuli. Właśnie postawiłem na gazie ziemniaki, kiedy na dole, w hallu, rozdzwonił się telefon. Pani Taverner podniosła słuchawkę i po chwili mnie zawołała. Zbiegłem na dół i usłyszałem nieznany głos. który zapytał: - Zgadnij, kto to? Wymieniłem kilka imion, ale nie trafiłem. - Tu Freddie - powiedział w końcu. - Jest u mnie impreza. Zbieraj się i przyjedź. - Nie mogę - odparłem. - Właśnie zacząłem sobie robić kolację. - No wiec zostaw to wszystko natychmiast! - zażądał. - Przyjeżdżaj zaraz. Dobrze się zabawisz, obiecuję. Wyłączyłem więc gaz pod zapiekanką i wyszedłem. Nie miałem butelki wina, żeby ofiarować ją gospodarzowi, a czułem, że powinienem przynieść ze sobą jakiś prezent. Kiedy więc dojechałem do Victoria Station, kupiłem Freddiemu dwa bukiety frezji po 1,99 funta. - 19 - Jim Hutton, Tim Wapshott Potem złapałem autobus do High Street w Ken-sington, wysiadłem i poszedłem w kierunku jego mieszkania. Pomyślałem sobie po drodze: „To idiotyczne. Odbija mi." Jeszcze nigdy nie przyszedłem do faceta z kwiatami. To, że je kupiłem, zaskoczyło nawet mnie. Poza tym były już na pół zwiędnięte. Skręciwszy w Stafford Terrace zobaczyłem śmietnik i zawstydzony wyrzuciłem kwiaty. Nie wiedziałem, że frezje to jedne z najukochańszych kwiatów Fred-diego. Gdybym mu je dał tego dnia, oszalałby z radości. A tak - kiedy Freddie już otworzył mi drzwi, ofiarowałem mu tylko szeroki uśmiech. Uścisnęliśmy się i zeszliśmy na dół, do salonu. Siedziało tam ze sześć osób. Miałem niejakie opory, jeśli chodzi o spotykanie się z przyjaciółmi Freddiego. Kiedy szliśmy po schodach w górę, do jadalni, jeden z nich położył mi rękę na ramieniu i uścisnął. Zabolało. - Dobra - syknął. - Olewaj mnie dalej. - Jezu! -jęknąłem. Przyjrzałem mu się uważnie i dopiero po chwili rozpoznałem. Był to Peter Freestone, mój niegdysiejszy kolega z czasów przed MSavoyem", kiedy jeszcze pracowałem na Oxford Street, w domu towarowym „Selfridges". Ja wtedy byłem pomocnikiem sprzedawcy peruk, Peter zaś pracował jako kierownik sali w położonej na parterze restauracji. Później był garderobianym w Królewskiej Operze. Teraz pomagał Freddiemu w organizowaniu życia i był na każde zawołanie. Peter dopiero co przekroczył trzydziestkę. Mierząc dobrze ponad sześć stóp górował nad wszystkimi, wielki i zwalisty. Był pucołowaty i miał ciepły - 20 - FREDDIE MERCURYI JA uśmiech. Na pierwszy rzut oka widać było, że to z gruntu dobry człowiek. Freddie i pozostali zawsze nazywali Petera HPho-ebeM. Freddie uwielbiał wymyślać przezwiska - z reguły o odmiennym rodzaju gramatycznym - dla wszystkich, którzy go otaczali. Jego ksywką była „Melina11, na cześć pełnej życia greckiej aktorki, Joe zaś występował jako „Liza", co świetnie brzmiało w połączeniu z jego nazwiskiem - MLiza Fannelli". (Mimo że zatytułowałem swoją książkę Mercury i Ja, nazywałem go wyłącznie „Freddie" przez cały czas, gdy byliśmy razem). W czasie kolacji siedziałem obok Freddiego. W którymś momencie znowu walnął sobie kokainę i nie mógł przestać gadać. Był taki nabuzowany, źe mówiłby nawet wtedy, gdyby przed nim była ściana. Po kolacji poszliśmy na kilka godzin do „Heaven", a potem, wykończeni, wróciliśmy na Stafford Ter-race. Wszyscy pozostali goście Freddiego, a szczególnie facet o imieniu Paul Prenter, starali się dowiedzieć czegoś na mój temat. Nie czułem sie swobodnie w towarzystwie Pren-tera. Był to drobny mężczyzna z wąsikiem i w okularach. Jego oczy nieustannie prześlizgiwały sie po pokoju, obserwując wszystkich i wszystko wokół. Nic nie uszło jego uwagi. Był bardzo gadatliwy, ale miał w sobie coś wrednego. W ogóle wśród przyjaciół Freddiego czuło się mnóstwo fałszu. Wyglądało na to, że wszyscy wciąż konkurują ze sobą, próbując zwrócić na siebie jego uwagę- Żaden z nich nie spotkał mnie dotąd w tym gejowskim światku. W przeciwieństwie do poprzednich chłopaków Freddiego, byłem zupełnie obcym facetem. 1 wobec nich wszystkich pozostałem cho- - 21 - Jim Hutton. Tim Wapshott dzącą tajemnicą. Znali moje imię, wiedzieli, gdzie mieszkam i jak zarabiam na życie, ale nic więcej. Kiedy zadawali pytania, byłem tak mrukliwy, jak tylko się dało, W końcu to nie by! ich zaklchany interes! Freddie nie zadawał żadnych pytań. Podjęliśmy znajomość dokładnie w tym samym momencie, gdzie ją przerwaliśmy trzy miesięce wcześniej. Nie odzywał się do mnie przez ten czas i tego wieczora wyjaśnił mi, dlaczego tak się stało. Po prostu po naszym poprzednim spotkaniu wyjechał do swojego mieszkania w Monachium. Właściwie to Monachium było jego prawdziwym domem, bo wówczas mieszkał poza Wielką Brytanią Jako podatkowy banita. Odbył też tournee po Australii, Nowej Zelandii i Japonii ze swą grupą „Oueen11. W styczniu zespół „Queen" zamieszkał na stałe na czołówkach gazet w związku z największym festiwalem rockowym „Rock in Rio" w Rio de Janeiro w Brazylii. Według wszelkich znaków na niebie i ziemi ta wyprawa była dla Freddiego jedną wielką orgią. Opowiedział mi, że jeździł wszędzie w opancerzonym samochodzie z policyjną eskortą, niekiedy grzejąc z wielką prędkością pod prąd jednokierunkowych ulic. Jeden z policjantów wciąż przyprawiał Freddiego o napady śmiechu, kiedy wsadzał sobie załadowany pistolet w spodnie. A gdy Freddie i Joe wymknęli się z hotelu, żeby zrobić zakupy, zostali otoczeni przez fanów i zamknięci dla własnego bezpieczeństwa w sklepie, póki obstawa nie nadciągnęła z odsieczą i nie wydobyła ich z oblężenia- Nawet wielki południowoamerykański piłkarz. Diego Maradona, okazał się fanem „Queenł\ i gdy spotkał się z Freddiem, dał mu na pamiątkę swoją koszulkę futbolową. - 22 - FREDDIE MERCURYI JA Na koncercie w Rio Freddie zrobił okropny błąd, występując w rozpoczynającym występ utworze I Want to Break Free w przebraniu i z wielkimi, plastikowymi piersiami. Brazylijczycy zaadaptowali tę piosenkę jako swój hymn wyzwoleńczy i poczuli się mocno obrażeni ubiorem Freddiego. Zaczynało się już robić bardzo gorąco, lecz Freddie uratował sytuację, zdzierając z siebie przebranie. Jedynym utworem, jaki rozpoznawałem* była piosenka z debiutanckiego, solowego singla Freddiego, Love Kills, Była ona wielkim przebojem w londyńskich klubach dla gejów pod koniec 1984 roku. Freddie wydał właśnie swój pierwszy solowy album Mr Bod Gwji zadedykowany jego kotom, i drugi singiel / Was Bom to Love Yoil Kiedy owego lata Freddie opowiada! mi historię swego życia, odkryliśmy istnienie miedzy nami czegoś specyficznego. Zakochałem się bardzo we Freddiem i nie rniało to związku z tym, z czego żył. Miał ogromne piwne oczy i bardzo delikatną, niemal dziecięcą osobowość. Był zupełnym przeciwieństwem typu mężczyzny, jaki mnie dotąd interesował. Lubiłem dużych mężczyzn o mocnych nogach, a Freddie miał talię jak osa i najcieńsze nogi, jakie kiedykolwiek widziałem. Na dodatek - mimo wszystkiego, co dotąd osiągnął - wydawał się wyjątkowo niepewny siebie. Był całkowicie szczery i otwarty, a ja poczułem, że jestem zgubiony. Freddie powiedział, że wpadłem mu w oko od pierwszego wejrzenia, bo przypominałem mu jego ulubionego bohatera - Burta Reynoldsa! Jego mężczyźni musieli być potężni i silni, pod warunkiem jednak, że mieli dobre serca. Po trzymiesięcznej ciszy obaj dojrzeliśmy do roz- - 23 - Jim Hutton, Tim Wapshott poczęcia romansu, Zdaje się, że stanowiłem dla niego swego rodzaju wyzwanie: był jedną z największych gwiazd rocka na świecie, tymczasem na mnie ta strona jego życia nie robiła najmniejszego wrażenia. Spędziliśmy tę noc razem. Wyszedłem dopiero po południu, zanim Freddiego zabrano na Heathrow na samolot z powrotem do domu w Monachium. Moje życie niezmiennie biegło dalej w Londynie. Poszedłem w stronę Kensington High Street na przystanek autobusowy. Idąc miałem jak zwykle pochyloną glowc. Ale nie dlatego, że byłem smutny czy wymęczony. Wręcz przeciwnie. Samochód Freddiego przemknął obok, lecz tego nie zauważyłem. Później Freddie powiedział mi, że dostrzegł mnie wtedy, odniósł wrażenie, że jestem przybity i zepsuło mu to humor. Odezwał się do Joego i kierowcy: - Tam idzie mój facet. Wygląda smętnie, prawda? Nie byłem przybity. Byłem po prostu sobą. Niemniej Freddie powiedział, że miał ochotę zawrócić i pocieszyć mnie. Następnego dnia byłem z powrotem w „Savoyu" w pracy i moje życie potoczyło się jak zwykle, bez żadnych wypadków. Potem, w piątek, do zakładu fryzjerskiego zadzwonił ktoś z Biura „Queen" i poinformował mnie, że Freddie oczekuje mnie wieczorem w Niemczech. Chce, żebym mu dotrzymał towarzystwa. Jego szofer miał być wysłany do „Savoyu"t odebrać mnie po pracy i zawieźć na Heathrow. Wpadłem w panikę. Byłem zupełnie zdruzgotany. - Przykro mi - odrzekłem przepraszającym tonem. - Nie stać mnie na to. Nie jestem w stanie ponieść kosztów przelotu. - 24 - FREDDIE MERCURYI JA - O to nie musisz sie martwić - brzmiała odpowiedź, -Twój bilet już jest opłacony. Tego samego wieczora, kiedy już zamknąłem zakład, szofer Freddiego wręczył mi bilet lotniczy „Lufthansy" i wkrótce już leciałem do Monachium. Przelot był dla mnie zupełnie wyjątkowym prze-życiem. Pierwszy raz w życiu podróżowałem pierwszą klasą. Miałem dla siebie całą kabinę i czterech stewardów czekających na każde moje skinienie. Miałem raczej mieszane uczucia na temat tego weekendu. Chociaż byłem mile połechtany, że kupił mi bilet, jednocześnie odczuwałem rozdrażnienie. Lubię bowiem sam za siebie płacić i nie mieć żadnych zobowiązań wobec innych. Pierwszy raz w życiu nie stać mnie było na niezależność. Byłem przecież tylko fryzjerem za siedemdziesiąt funtów tygodniowo. Kiedy samolot wylądował w Monachium, Freddie już czekał. Był z Joem i Barbarą Valentin, niemiecką aktorką, która w swoim czasie stanowiła niemiecką odpowiedź na Brigitte Bardot, a teraz była obiektem kultu z powodu współpracy z modnym niemieckim reżyserem filmowym, Rainerem Wer-nerem Fassbinderem, Freddie złapał mnie i przytulił. Takie publiczne okazanie uczuć okropnie mnie zawstydziło. Tego dnia brytyjską prasę brukową ominęła okazja do zrobienia wspaniałego zdjęcia na pierwsze strony. Freddiego Jednak zupełnie nie obchodziło, czy ktoś zobaczy, że sie ze mną ściska. Czuł, że w Niemczech ludzie są dużo bardziej tolerancyjni i faktycznie - nikt na lotnisku nawet nie mrugnął okiem. Z lotniska pół godziny jechaliśmy przez ciemności do mieszkania Freddiego. Kiedy tylko dojechaliśmy, - 25 - Jim Hutton, Tlm Wapshott dosłownie na mnie wskoczył. Ledwie zdążyłem postawić na ziemi torbę podróżną, a już się kochaliśmy. Trwało to jakieś pół godziny. Miałem się dopiero nauczyć, że był bardzo impulsywny jeśli chodzi o seks, który na szczęście obu nas bardzo satysfakcjonował. Kiedy nachodziła go ochota, nic nie było w stanie go powstrzymać - chciał już, zaraz. Byl bardzo seksownym mężczyzną i chyba częściowo - co dla mnie samego było zadziwiające - zakochałem się w jego zdumiewająco smukłym ciele. Miał zaledwie dwadzieścia osiem cali w pasie, Uprawiany przez nas seks byl gwałtowny, ale zarazem bardzo stonowany - żadnych akrobacji, Freddie mógł być zarówno czynny, jak i bierny, jednak przez cały czas trwania naszego związku miał raczej skłonność do pasywności. Zresztą, jak później zauważyłem, jego postawa uzależniona była od fazy księżyca! Myślę, że w tych początkowych dniach Freddie uważał to, co robiliśmy, za kochanie sie, ale według mnie był to czysty seks. Sądzę, że nasze stosunki można by nazwać „kochaniem się" dopiero dużo później. Kiedy wychynęliśmy ponownie z sypialni, Freddie pokazał mi resztę mieszkania. Mieściło się ono na trzecim piętrze czteropiętrowego bloku i miało dwie sypialnie. Było jasne i przestronne, umeblowane skromnie, ale ze smakiem. Stół, gotowy do kolacji, połyskiwał błyszczącą zastawą. Wkrótce nadeszli goście Freddiego, w większości angielskojęzyczni Niemcy. Po kolacji wybraliśmy się na wycieczkę po gejowsklch barach w monachijskim „Trójkącie Ber-mudzkim", dzielnicy cyganerii. Wieczór skończyliśmy w cudownym klubie t,New York, New York". I Freddie był regularnym gościem honorowym tego - 26 - FREDDJE MERCURYI JA klubu. Cały jeden narożnik był na stałe zarezerwowany wyłącznie dla niego i dla najbliższego kręgu jego przyjaciół, nazywanego z niejakim szacunkiem „Rodziną". Freddie znów był na kokainowym haju, a kiedy dotarliśmy do „New York, New York", podkręcił się jeszcze raz. A ja, kiedy już wypiłem kilka drinków i trochę sie rozkrochmaliłem, złapałem go za rękę i bezlitośnie powlokłem na parkiet. Tego wieczora Freddie wręcz ml nadskakiwał; traktował mnie jak najważniejszą osobę i przedstawia! mnie swoim wszystkim przyjaciołom. Sam byłem zaskoczony, że zdołałem to wszystko przetrwać. Otwierały się przede mną drzwi do zupełnie nowego świata. Mimo balowania do późna obudziłem sie sobotniego ranka bardzo wcześnie i wstałem z łóżka, zostawiając śpiącego Freddiego. Poszedłem do kuchni, zrobiłem sobie filiżankę kawy i gapiłem się przez okno sypialni. W końcu, po bardzo długim czasie, dom ożył. Było dobrze po dziesiątej, kiedy Freddie wstał z łóżka, a Joe wyszedł, żeby kupić coś do jedzenia. Po raz pierwszy w czasie tego wypadu Freddie i ja byliśmy razem, sami. Przytuliliśmy się do siebie na sofie i gadaliśmy o wszystkim, co nam przyszło do głów. Dzień upłynął, zanim sie spostrzegliśmy. Po kolacji wypuściliśmy się znów do pubów i klubów. Uświadomiłem sobie, że jako tajemniczy facet u boku Freddiego Mercury stałem się sławny. Monachijskie środowisko gejowskie zastanawiało się, kim, do cholery, jestem. A Freddie ograniczał się do przedstawiania mnie jako „mój nowy mężczyzna". Wieczór upłynął nam na śmiechu i tańcach, aż znów padliśmy na łóżko. - 27 - Jim Hutton, Tlm Wapshott Następnego dniaT w niedzielę, musiałem późnym popołudniem wracać do Londynu. Ciężko mi było żegnać się z Freddiem. Kiedy jeden z nowych przyjaciół odwoził mnie na lotnisko, zacząłem nastawiać sie psychicznie na powrót do mojego cichego, uporządkowanego życia w Sutton i codziennej rutyny w zakładzie fryzjerskim w „Sayoyu". Weekend z Freddiem był dla mnie niebywałym przeżyciem, ale nie ośmieliłem się powiedzieć nikomu, gdzie byłem. Po prostu obcinałem i układałem dalej włosy klientom, ciesząc sie po cichu, że poznałem Fred-diego. Napisałem do niego, dziękując za cudowny weekend i dołączyłem zdjęcie wielkiego, rudego kocura o imieniu Spock, którego kiedyś miałem. Kiedy Freddie zadzwonił do mnie w połowie tygodnia, byłem bardzo przejęty. W następny weekend byłem znów sam w Londynie. W sobotni wieczór wybrałem się na kilka piw do „Market Tavern'\ W niedzielę długo wylegiwałem się w łóżku, a potem zabrałem sie za ogródek pani Tavemer, co bardzo lubiłem. Zawsze uwielbiałem ogrodnictwo, potrafiłem całymi dniami kopać i pielić. Jeden z wersów piosenki Freddiego I Was Bom to Love You brzmiał: „Tak trudno uwierzyć w to, co mi się przytrafiło; to przedziwne uczucie." To zdanie idealnie odzwierciedlało moje odczucia dotyczące romansu z Freddiem. Kolejny raz spotkałem go, I kiedy zaprosił mnie jako widza na kręcenie wideo- I klipu do tego właśnie utworu w studio w East Endzie w Londynie. W tym klipie dwoje holenderskich tancerzy odtwarzało role bawiącej się w dusznym barze pary - Francuza i jego seksownej part- - 28 - FREDDIE MERCURYI JA nerki. Późnym wieczorem wydarzyło się nieszczęście: „Francuz" zakręcił partnerką na parkiecie i przerzucił ją przez całą szerokość sceny, tak że poślizgnęła się i rozbiła sobie głowę. Freddie wstrzymał nagranie i zabrał ją do szpitala, gdzie czekał na korytarzu, kiedy dziewczynę badano. Mimo że była już późna noc. wizyta Freddiego wywołała potężne zamieszanie. Już po chwili musiał rozdawać autografy ustawiającym się w kolejkę podnieconym młodym pielęgniarkom i cierpiącym na bezsenność starszym pacjentom. W następny piątek znów dostałem bilet lotniczy do Monachium, gdzie czekał mnie weekend; niewiele brakowało, a byłaby też pierwsza awantura z Freddiem. Tym razem odrzuciłem jego wielkoduszną ofertę i nie zgodziłem się, aby kierowca odwiózł mnie na Heathrow, Po prostu uważałem, że to już przesada: musiał jechać po mnie z Zachodniego Londynu do West Endu i z powrotem na Heathrow, Pojechałem metrem, I znowu leciałem pierwszą klasą. Na lotnisku przywitał mnie Joe. Freddiego z nim nie było. Joe powiedział mit że Freddie ma jakieś przedłużające się zajęcia. Zwykle Joe znal każdy najmniejszy ruch Freddiego, był informowany o wszystkim, ale tym razem twierdził, że nie ma zielonego pojęcia, gdzie on może być. Nie był nawet pewien, czy pojawi się na noc w domu. Zgodnie z instrukcjami Freddiego Joe zabrał mnie do „Trójkąta Bermudzkiego" i znów skończyliśmy noc w „New York, New York". Kiedy Joe doszedł do wniosku, że ma już dość, i chciał iść do domuf ja wciąż miałem ochotę siedzieć w klubie. Zostawił mnie więc pod pieczołowitą opieką innego członka - 29 - Jim Hutton, Tim Wapshott Rodziny, mojego krajana, Irlandczyka o imieniu Patrick. Kiedy „New York, New York" już zamykano, po- I szedłem do domu Patricka na drinka, a potem on mnie odprowadził do mieszkania Freddiego. Freddie był już w domu i - jak sądziłem - głęboko spal. Rozebrałem się po cichu, wsunąłem do łóżka i przytuliłem. - Gdzieś się włóczył aż do rana? - rzucił Freddie. - Byłem z Patrickiem - odparłem. Przez resztę nocy już sie nie odezwał. Następnego ranka całymi godzinami nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem. Wreszcie Freddie zdobył się na przełamanie lodów i przeprosił mnie, że nie czekał na lotnisku. Nie wiem dlaczego, ale odnosiłem wrażenie, że Freddie ma gdzieś na mieście innego chłopaka. Przemyślałem jeszcze raz swój przyjazd dwa tygodnie wcześniej i domyśliłem się, dlaczego Fred-diemu tak bardzo zależało wtedy na mojej wizycie: miałem być po prostu częścią gry między kochankami, Freddie chciał się ze mną ostentacyjnie po- I kazać, żeby jego chłopak nas zobaczył albo o mnie usłyszał, i żeby zrobił się zazdrosny. Biorąc wszyst- I ko pod uwagę, udało mu się zrealizować swój plan. I Tego wieczora znów Freddie i Rodzina wylądowali na koniec w „New York, New York". Tam też do- I strzegjem swojego rywala. Barbara wskazała mi I pewnego młodego Niemca i powiedziała, że to kochanek Freddiego. Pod wieloma względami różnił I się ode mnie. Freddie lubił, żeby jego mężczyźni I byli dość potężni; o tym Niemcu można by powiedzieć, że był raczej pulchny. Nazywał sie Winnie I Kirkenberger i był przy kości - być może dlatego, że - 30 - FREDDIE MERCURYI JA prowadził restaurację. Podobnie jak ja miał czarne włosy i nosił wąsy, ale w przeciwieństwie do mnie na oko wydawał się agresywny. Gdy tylko Winnie pojawiał sie w polu widzenia, Freddie ostentacyjnie się do mnie czulił, a ciemnowłosy Niemiec obrzucał mnie wściekłym spojrzeniem. Po powrocie do domu korciło mnie, żeby powiedzieć Freddiemu, że nie mam ochoty na odgrywanie takich ról w jego gierkach, ale kiedy już poszliśmy do łóżka, postanowiłem nic nie mówić. Następnego dnia, w niedzielę, szwendaliśrny się po mieszkaniu, czuliliśmy się do siebie na sofie i oglądaliśmy telewizję. Potem poleciałem do domu i w ciągu następnych dwóch tygodni napisałem do Freddiego kilka listów. Stawał się ważną częścią mojego życia. Pod koniec drugiego tygodnia przyleciał do Londynu na weekend i przedstawił mnie Mary Austiru drobnej kobietce o blond włosach do ramion, niebieskich oczach i jasnej cerze. Mary była pełna rezerwy, ale odnosiła się do mnie bardzo uprzejmie. Była szefową biura w prywatnej firmie Freddiego, Goose Productions Ltd., zajmującej się Jego wszystkimi prywatnymi sprawami i opłacającej jego pracowników. Mieszkała i pracowała jakieś sto jardów dalej, w mieszkaniu należącym do Freddiego bądź jego firmy. Następnego weekendu, wpadając już niemal w stale koleiny, poleciałem znowu do Niemiec. Z lotniska odebrano mnie samochodem, a kiedy dotarłem do mieszkania, czekał na mnie Freddie i na powitanie rzucił ml w twarz: - Wyjeżdżam z Winniem z Monachium! Dodał jeszcze, że będą gdzieś „wśród wzgórz - 31 - Jim Hutton, Tim Wapshott Bawarii" i wyszedł. Nie wrócił tej nocy do domu. Nie pozwoliłem, żeby mi to zepsuło nastrój. Chyba byłem trochę naiwny. Wyobrażałem sobie, że oni dwaj usiłują po prostu jakoś sobie poradzić ze swoim dobiegającym kresu, rozpadającym się związkiem. Na drugi dzień wcześnie rano zadzwonił telefon. To był Freddie. Poprosił, żebym zabrał ze sobą Joego i przyszedł do mieszkania Winniego, nad jego restauracją. Przespacerowaliśmy się przez centrum miasta i weszliśmy do tego mieszkania, Freddie pojawił się znikąd, przemknął koło nas i syknął: - Dobra, spadamy stąd. Poszliśmy z powrotem ta samą drogą i zajrzeliśmy do sklepiku zoologicznego, gdzie z miejsca zakochaliśmy sie w oferowanych tam kotach. Freddie kupił kilkadziesiąt puszek pokarmu dla kotów w smakach, których nie można było dostać w Londynie, i małe kocie zabawki dla swoich ukochanych zwierzaków, TifTany%ego i Oscara. Kiedy wyszliśmy ze sklepu, stało się. Przechodziliśmy właśnie przez gjówną ulicę, gdy Freddie nagle padł mi w ramiona. Gdybym go nie złapał, przewróciłby się na ziemie. Pokrył rnnie całego wilgotnymi pocałunkami. Byłem tak zawstydzony, że puściłem go i uciekłem. Zanim dal mi spokój, dopadał mnie jeszcze kilka razy. Nie byłem w stanie znieść czegoś takiego przy ludziach, toteż w końcu szedłem daleko przed nim. Wróciliśmy do domu, a Freddie jak szalony zaczął mnie wciągać do łóżka. Chciał natychmiast się kochać. Był niesamowicie napalony. Potem tuliliśmy sie do siebie na sofie i oglądaliśmy telewizje. To było coś, co robiliśmy bardzo często t kiedy byliśmy - 32 - FREDDIE MERCURYI JA razem. Na sofie z reguły siedzieliśmy obok siebie, ale czasami kładliśmy sie wzdłuż, głowami w przeciwne strony, i wówczas masowałem mu stopy. Uwielbiał to. W ciągu dnia bardzo rzadko pijaliśmy coś mocniejszego niż woda czy herbata, ale każdego wieczora szybko nadrabialiśmy zaległości. Freddie kochał stare, czarno-białe filmy i klasykę z wczesnego Technikoloru - repertuar z czasów Bette Davis. Bardzo lubił też stare komedie. Jego największymi ulubieńcami byli Bracia Mara. Był Ich wielkim fanem, o czym świadczą tytuły dwóch albumów płytowych rtQueen": A Night in the Opera (Noc w operze) i A Day ar the Races" (Dzień na wyścigach). Zespół musiał wystąpić do Graucha Mars o pozwolenie na wykorzystanie tych tytułów, Freddie opowiedział rai, że odpowiedź komika była bardzo ciepła, ale też -jak można było się spodziewać - żartobliwa. Graucho odpisał: „Niezwykle mnie cieszyt że nazwaliście jeden ze swoich albumów tytułem mojego filmu i że dobrze wam idzie. Byłbym szczęśliwy, gdybyście zatytułowali swój następny album tak samo jak ja swój ostatni film - Największe przeboje RolUng Stonesów." Tydzień później, na Stafford Terrace, Freddie ujawnił niezwykły sekret Po śniadaniu, w niedziele, przybyło kilku jego przyjaciół - w tym Trevor „BB" Clarke, jego dostawca żywności, artysta Rudi Pe-terson i Mary Austin ze swoim przyjacielem, Joe Bertem, muzykiem grającym przedtem w grupie Toma Robinsona „Sector 27\ - Idziemy na spacer - oznajmił nam Freddie. Był cudownie słoneczny dzień. Szliśmy jakieś dwadzieścia minut - około pół mili - aż doszliśmy do furtki w długim murze. Freddie otworzył ją - 33 - Jim Hutton, Tim Wapshott wyjętym z kieszeni kluczem i wpuścił nas do czarodziejskiego, tajemniczego ogrodu. Garden Lodge, 1 Logan Place to wielki, georgiań-ski dom, osadzony w ogromnym, bujnym, angielskim ogrodzie za wysokim ceglanym murem. Freddie kupił tę posiadłość pod koniec lat siedemdziesiątych od bankierskiej rodziny Hoare - stąd nawet w czasach, gdy właścicielem jej był Freddie, potocznie nazywano ją „Hoare House". Freddie kazał zupełnie opróżnić budynek, wręcz wypatroszył, całkowicie go odnowił i wyposażył dokładnie według swojego gustu. Tej właśnie niedzieli mieli sie wynieść ostatni budowlańcy i dekoratorzy; posiadłość była właściwie gotowa do zamieszkania. Frontowe drzwi Garden Lodge prowadziły do olbrzymiego jasnego hallu z eleganckimi, szerokimi schodami. Na lewo i prawo podwójne drzwi ot-wierały sie na dwa niebywale wielkie, wyłożone parkietem pokoje z gigantycznymi, wychodzącymi na ogród oknami. Pokój po prawej był najwspanialszy - wielkie pomieszczenie z galerią dla minstreli i wysokimi oknami. Kiedyś pokój ten stanowił studio jakiegoś artysty - i stąd te okna. Za tym pokojem znajdowała sie kuchnia i jadalnia. Na piętrze kilka mniejszych pokoi połączono w jeden, tworząc wielką, główną sypialnię Freddiego. Z półpietra wchodziło się najpierw do garderoby z dużym gipsowym plafonem. Po jej obu stronach były łazienki, obie wykładane włoskim marmurem ze złotymi okuciami. Łazienka na lewo, wyłożona żyłkowanym białym, szarym i różowym marmurem, kryła wannę jacuzzi tak wielką, że mogłyby się w niej kąpać naraz trzy osoby. Ta po prawej stronie lśniła - 34 - FREDDIE MERCURYI JA płytami czarnego marmuru. Na wprost znajdowały się podwójne, przesuwane drzwi, które zawsze stary otworem. Tedy wchodziło się do sypialni. Jej ściany pokrywała różowawokremowa mora malowana wodnymi farbami. Przeszklona ściana szczytowa otwierała sie na długi balkon, a wielkie okno po prawej stronie wychodziło na ogród. Łóżko Freddiego -„Queen Size"*, jak je nazywano - stało pod lewą ścianą sypialni. Klejnotem całej posiadłości był bez wątpienia ogród, dzięki któremu dom nabierał bardzo prywatnego charakteru. Większą część tej pierwszej wizyty spędziliśmy na zewnątrz, siedząc na niewielkim pagórku i wdychając powietrze pełne słońca i świergotu ptaków. Kiedyś Freddie mimochodem wspomniał coś 0 Garden Lodge, ale ten dom był o wiele wspanialszy, niż sie spodziewałem. Jednakże, pomimo piękna tej londyńskiej posiadłości, w tym okresie Freddie wciąż jeszcze uważał, że jego prawdziwy dom jest w Niemczech. Pracował wtedy nad albumami „Queen" zarówno w Londynie, jak i w Monachium, W czasie jednej z wielu takich sesji poznałem członków zespołu - gitarzystę Briana Maya, perkusistę Rogera Taylora 1 basistę Johna Deacona. Byli dla mnie niezwykle mili od pierwszej minuty i zaskoczyli mnie swoją naturalnością. Wiele lat wcześniej Roger prowadził z Freddiem kramik w Kensington Market i wyraźnie byli pokrewnymi duszami. Bardzo często siadywali • Queen Size - gra stów - po angielsku „King Size" oznacza dosłownie „królewski rozmiar", czyli coś bardzo dużego, zaś „Que-en* to „królowa", a także nazwa zespołu Mercury'ego, z czego można by wnioskować, że łóżko było naprawdę duże. [przyp. tłum.) - 35 - Jim Hutton, Tim Wapshott obok siebie gdzieś w kącie i chichotali. Brian miał zdecydowanie inklinacje intelektualne i był bardzo dokładny, gdy chodziło o jego kompozycje. Ale to Johna Deacona najbardziej polubiłem. Był milczącym członkiem grupy. Zadziwiająco skromny, cichy i bezpretensjonalny. On i Freddie byli najbardziej zaangażowani w organizacyjną stronę działalności grupy na początku kariery, a John dodatkowo trzymał kasę. Później ich sukcesy sprawiły, że ta praca stała się niezwykle absorbująca. Ulubionym dowcipem Johna było stwierdzenie: MJa tu tylko gram na basie." Następnym wielkim przeżyciem było dla mnie przygotowywanie przez Freddiego nowego solowego singla, Madę In Heauen, Wideoklip do tego utworu kręcono przy niewiarygodnych nakładach sił i środków. Główne tematy zaczerpnięto z Piekła Dantego - na planie obracał sie sześćdziesięciostopowej wysokości glob ziemski, otoczony apokaliptycznymi ogniami, szalejącymi burzami i mnóstwem innych przedmiotów. Freddie zaprosił mnie, żebym po pracy wpadł i obejrzał to wszystko, ale nie spodziewałem sie, że czeka mnie takie powitanie. Podszedłem do strażnika przy bramie studia i zapytałem o garderobę Freddiego. Wskazał mi kierunek i nie interesował się mną więcej. Kiedy otwarłem drzwi, Freddie podskoczył z wrażenia. - Jak się tu dostałeś? - niemal wrzasnął. Potem, wściekły, zaczął krzyczeć, że trzeba zwiększyć ochronę studia. Kiedy już się uspokoił, wyjaśnił mi, co go tak wkurzyło. Jakiś czas temu pewien człowiek włamał - 36 - FREDDIE NIERCURYI JA się do jego mieszkania i przymierzał wszystkie jego ubrania. Schwytany przez policje, został wsadzony za kratki, ale to wydarzenie bardzo rozzłościło Freddiego. Tego ranka, kiedy zaczęto kręcić teledysk, Freddie dowiedział się, że ten człowiek uciekł z więzienia. Jego dziewczyna powiadomiła policję, że widziała swojego chłopaka na wolności - był uzbrojony, niebezpieczny i prawdopodobnie zasadzał sie na Freddiego, Policja tak poważnie wzięła sobie do serca zagrożenie, że zaplombowała oba wejścia do mieszkania Freddiego na Stafford Terrace, Niewiele później dramat sie skończył; mężczyzna został schwytany i wsadzony z powrotem tam, gdzie powinien był się znajdować - do więzienia. Filmowanie wideoklipu trwało do późnej nocy, a kiedy wreszcie dotarliśmy z powrotem do mieszkania Freddiego około piątej nad ranem, czekało na nas dwóch policjantów. Poinformowali nas, że chcieli się upewnić, czy Freddiemu nic nie dolega po tym całym koszmarze i zostali z nami jeszcze przez chwile, dowcipkując. Freddie nie pozostał im dłużny. W pewnej chwili wskazał ręką małe starodawne japońskie pudełeczko z laki. - Pewnie się zastanawiacie, co jest w środku, prawda? - powiedział. - Tam są moje prochy! Policjanci wybuchneli śmiechem. Gdy już sobie poszli - a musiało być koło szóstej - Freddie zwrócił się do mnie: - Idź i prześpij się choć godzinę. Obudzę cię do pracy, nie martw się. Godzinę później zbudził mnie delikatnie, mówiąc: - Czas iść do pracy, kochany. Przygotowałem ci kąpiel. Zdecyduj się! .niej więcej tydzień później w „Savoyu" jakaś kobieta zadzwoniła do mnie z wewnętrznej linii 1 poprosiła o zarezerwowanie wizyty dla pana Jone-sa. Chciała umówić sie jak najpóźniej, a to oznaczało siedemnastą trzydzieści. Nigdy nie robię halo z dziesieciominutowego spóźnienia klienta, ale kiedy pan Jones nie pojawił się jeszcze za dwadzieścia szósta, zadzwoniłem i poprosiłem o połączenie z jego pokojem. Słuchawkę podniosła ta sama kobieta, która się ze mną umawiała, a ja powiedziałem jej kilka słów na temat punktualności jej męża. - Niedługo zamykamy. Pracujemy do szóstej - powiedziałem. - Pan Jones musi zejść natychmiast. Przyszedł po kilku minutach: był to David Bowie. Nie rozpoznałem Freddiego widząc go pierwszy raz, ale Bowie to co innego. Bądź co bądź Jako Ziggy Stardust dekadę wcześniej wprowadził własny styl - modę na fryzurę a la Bowie, z czego i ja czerpałem zyski. - 38 - FREDDIE MERCURYI JA - Czy jest pan tym, kim wydaje mi się, że pan jest? - spytałem, gdy skończyłem obcinać mu włosy. - A jak sie panu wydaje, kim jestem? - odpowiedział pytaniem. - Davidem Bowie - powiedziałem. - Tak - odrzekł po prostu, I to była cała nasza rozmowa. Następna sobota, trzynastego lipca 1985 roku, była piekielnie upalna i miała być bardzo wyjątkowym dniem dla Freddiego i dla mnie. Po skończeniu pracy w „Savoyu" pojechałem do jego mieszkania. Cały dom wydawał sie naelektryzowany. Freddie był w imprezowym nastroju. Wszyscy byli pochłonięci oglądaniem koncertu „Live Aid" w telewizji. Około czwartej po południu Freddie popatrzył na mnie i zapytał: - A ty nie masz zamiaru sie wybrać? Ciągle jeszcze byłem w swoim garniturze wprost z pracy. - Dokąd? - spytałem. - Jedziemy przecież na „Live Aid"l - wykrzyknął, a mnie opadła szczęka. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem na koncercie, o czym Freddie nie miał pojęcia. - Nie mam nic do ubrania - wysapałem. - Niczego nie potrzebujesz - odparł. - Włóż po prostu dżinsy, a w szafie są koszulki. Zbieraj sie! Pojechaliśmy na Wembley na tylnym siedzeniu jednej z długiego szeregu czarnych limuzyn. Miałem pierwszy raz zobaczyć „Queen" na żywo na scenie. Dotarliśmy na Wembley mniej więcej na godzinę przed koncertem. Specjalnie wyznaczony i ogro- - 39 - Jim Hutton, Tim Wapshott dzony teren aż kipiał od największych wykonawców rockowych w kraju. Byłem naprawdę podniecony. Każdy członek grupy miał swoją własną przyczepę kempingową jako garderobę. Na miejscu były już wszystkie trzy żony - Chrissy May, Dominiąue Taylor i Veronlca Deacon, a także dzieci Mayów i Taylorów. Przebywanie tego dnia za sceną na Wembley było nieprawdopodobnym przeżyciem. Atmosfera była tak naelektiyzowana. Freddie znał wszystkich: Pau-la McCartneya, „Status Quo", Stinga, „U2", „Dire Straits"... Kiedy napotkaliśmy Eltona Johna, zostałem mu przedstawiony przez Freddiego jako „mój nowy facet". Podszedł do nas Phil Collins i poprosił Freddiego o autograf. - Dla ciebie? - spytał Freddie. - Nie - odparł PhiL - Dla moich dzieciaków, Freddie roześmiał sie i podpisał. Potem poszedł się przygotowywać. łtQueen" miał występować po Davidzie Bowie, który właśnie był na scenie. Freddie postanowił wyjść w tym, co miał na sobie - dżinsy, biała kamizelka, amulet na szyi i nabijany gwoździami pas. Kiedy David Bowie zszedł ze sceny i pomaszerował do swojej przyczepy, Freddie podreptał cichaczem za nimt ciągnąc mnie ze sobą. David wyglądał dziwnie. Siedział przepocony przed elektrycznym wentylatorem, usiłując wysuszyć sobie włosy. - To twój jedyny fan, co, David? - zażartował Freddie*. Roześmieli sie obaj. Potem Freddie powiedział: - To jest Jim. Już sie chyba spotkaliście? * Gra słów - „fan" to po angielsku wentylator lub wielbiciel, {przyp. thim.) - 40 - FREDDIE MERCURYI JA David zerkną] na mnie i wydawał się trochę zdziwiony. - Nie, nie znam go. - A kto panu wczoraj obcinał włosy? - spytałem, ale chyba to nic nie dało. Bardzo dziwne. Kiedy przyszedł czas na „Queen", poszedłem z Freddiem na scenę i, obserwując go spoza kulis, przeżyłem najbardziej czarodziejskie dwadzieścia minut w życiu. Zespół brawurowo wykonał Ham-mer to Fali Crazy Little Thing Catled Love, Bo hemian Rapsody, Radio GaGa i na koniec We Are the Champions. Później Freddie i Brian wykonali w duecie wzruszającą piosenkę Is This the World We Created z repertuaru „Queenn, oddając szystkie należne z niej dochody na Fundusz „Ratujmy dzieci". Wreszcie zobaczyłem prawdziwego Freddiego Mer-cury przy pracy, wprawiającego siedemdziesiąt ty- jcy ludzi w szaleństwo. Włożył w występ wszystko; nic innego sie nie liczyło. Kiedy zszedł wreszcie ze sceny, pognał do swej przyczepy, a ja podreptałem za nim jak szczenię. Jego pierwsze słowa to: - Dzięki Bogu, już sie skończyło! Joe zdarł z niego mokre ciuchy i przebrał go. Freddiego wciąż roznosiła buzująca po żyłach adrenalina, wiec dla uspokojenia wlał w siebie dużą wódkę. Dopiero wtedy, po dłuższej chwili, rozjaśniła u się twarz. Widać było, że myśli; „Taaak, udało ?r Wychodząc z przyczepy nadzialiśmy sie na uśmie-dinietego Eltona Johna. - Wy skurwiele! - powiedział do Freddiego. - Zdo-klinowaliście ten cały koncert! -A potem się objęli uścisnęli. Za sceną wszyscy gratulowali Fred- - 41 - Jim Hutton, Tim Wapshott diemu, Brianowi, Rogerowi i Johnowi. Organizator koncertu, Bob Geldof, powiedział później: „Queen był po prostu najlepszym zespołem dnia." Zostaliśmy do końca koncertu i spotkaliśmy jeszcze George'a Michaela, ale cichaczem urwaliśmy sie z pokoncertowego przyjęcia, żeby świętować spokojnie w domu i obejrzeć w telewizji amerykańskie zakończenie tego zadziwiającego koncertu. Kiedy na filadelfljskim stadionie imienia Johna F. Kennedy'ego pojawił sie Phil Collins, który otworzył koncert na Wembley, a potem przeskoczył nad Atlantykiem na pokładzie Concordeła, Freddie pokręcił głową w podziwie. - Czy ten facet kiedyś usiądzie na tyłku? - spytał. Siedzieliśmy wokół telewizora, popijając i półgłosem komentując występy. Freddiemu najbardziej podobali się Tina Turner i Mick Jagger, śpiewający Priuate Dancer. A gdy wreszcie padliśmy na łóżko, Freddie wtulił sie we mnie i szepnął: - Podobało ci sie? - A jak myślisz? - odparłem, obejmując go mocno, ~ Pierwszy raz w życiu byłem na koncercie. - Żartujesz chyba? - powiedział zadziwiony. - Nie. Freddie był naprawdę zaszokowany. Zasnąłem w przekonaniu, że pierwszy raz widziałem prawdziwą gwiazdę - Freddiego Mercury, robiącego to, w czym był najlepszy - przyprawiającego ludzi o amok. Następnego ranka „Live Aid" był już odległy o całe lata świetlne od Freddiego, ale nie ode mnie. Kiedy w poniedziałek przyjechałem do „Savoyu'\ wciąż jeszcze miałem pełne uszy koncertu. - 42 - FREDDIE MERCURYI JA Wkrótce znów wpadłem w rutynę codzienności. Co dwa tygodnie latałem do Monachium, gdzie ktoś mnie odbierał z lotniska. Kiedy poleciałem do Niemiec pierwszy raz po „Live Aid", zostałem zabrany wprost do studia „Musikland", gdzie obserwowałem, jak Freddie pracuje nad nowym albumem „QueenM, zatytułowanym A Kind oj Magie, zawierającym również muzykę do filmu Highlander (Nieśmiertelny), Przestronne, położone w piwnicy studio mieściło się na skraju miasta pod masywnym kompleksem mieszkalnym, który Joe nazwał „blokiem samobójców". Głównym powodem do chwały tego studia był fakt, że tam Giorgio Moroder napisał i nagrał większość swoich największych przebojów disco. Freddie zabrał mnie do pokoju reżyserskiego i przedstawił swojemu niemieckiemu producentowi, Reinholdowi Maćkowi, Był to wysoki, chudy mężczyzna pod czterdziestkę. Wyglądał jak podstarzały hipis i miał włosy do ramion- Freddie posadził mnie i zniknął, żeby kontynuować nagrywanie. W studio umysł Freddiego zajmowała tylko jedna myśl - praca, pracat praca. Obserwowałem go przez szybę, ale on na mnie zerkał bardzo rzadko, bo był całkowicie pochłonięty pracą. Cały czas palił - a raczej tylko zapalał - Silk Cuty, a dla okiełznania roznoszącej go energii i adrenaliny co jakiś czas wlewał w siebie kieliszek rosyjskiej wódki. Pił wyłącznie Stoliczną. Niezmiennie zdumiewał mnie swoją energią. Musiał ciągle coś robić; była to nlerozdzielna część jego życia. Kiedy nie śpiewał, wpadał do reżyserki, siadał za konsoletą i sam sprawdzał efekty mi-ksowania playbacku. Zawsze miał wszystko pod - 43 - Jim Hutton, Tira Wapshott kontrolą. Pod koniec sesji zdarzało mi sie wspomnieć, że w jakiejś piosence podobało mi sie to czy tamto, ale nigdy nie wiedziałem, czy w ogóle zauważył moje spostrzeżenie. Tego wieczora Freddie pracował do jedenastej, zanim ogłosił fajrant. Przed pójściem do domu wpadliśmy jeszcze do „Trójkąta Bermudzkiego". Następnego dnia Freddie chciał wrócić do studia i popracować. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że miał zwyczaj wpadać do studia mówiąc, że „zajrzy tylko na pieć-sześć minut* i zostawał na pieć-sześć godzin. Bywały weekendy, kiedy Freddie pracował w studio sam, ale częściej razem z Brianem, Rogerem i Johnem. Kiedy pozostali członkowie „Cueen" byli w Monachium, mieszkali w hotelu. A w studio chłopcy lubili mieć koło siebie swoje „ekipy" do czarnej roboty, na przykład do robienia herbaty czy kawy. Freddie miał dwóch asystentów, Phoebe i Joego; Brian miał Jobby, a Roger swojego Chrisa „Christar TayJora. W rogu studia stał rower treningowy, z którego korzystano od czasu do czasu, kiedy komuś zaczynało brakować szwungu. Po zakończeniu sesji cała ekipa rzucała wszystko w kąt i wychodziliśmy na miasto, żeby razem coś zjeść. Znajdowaliśmy gdzieś w pobliżu jakąś przyzwoitą knajpkę na świeżym powietrzu i zjadaliśmy prosty lunch albo kolacje* Pracując w tym rytmie przez wiele godzin, grupa wyrobiła sobie sposób na rozładowanie napięć; przekręcali właściwe teksty utworów i wyśpiewywali jakieś śmiesznostki i głupstwa. Te nie nagrywane wersje przebojów „Queen" były z reguły wręcz opętańczo śmieszne i całe studio wyło ze śmiechu. - 44 - FREDDIE MERCURYI JA Pewnej nocy zespół nagrywał jeden z utworów napisanych do filmu Highlander zatytułowany One Vision (Jeden sposób myślenia). Otóż w trakcie Jednego z owych „rozładowywań napięć" wyszło Fried Chicken (Mrożony kurczak)] Dużo później tej samej nocy, kiedy już byłem z Freddiem sam, powiedziałem: - No dalej, na miłość boską! Przecież „Queen" jest już wystarczająco sławny! Chyba warn wystarczy jaj! - Na co? - spytał, nie rozumiejąc. - Na wstawienie tego wersu! „Fried Chicken"! Nic nie odpowiedział. Za każdym razem, kiedy Freddie wpadał do Londynu, zatrzymywał się w Garden Lodge. Tam właśnie pewnego sierpniowego weekendu dyskutowaliśmy nad rodzajem przyjęcia, jakie powinien wydać z okazji swoich trzydziestych dziewiątych urodzin, piątego września. Zasugerowałem przyjęcie czarno--białe, a jemu chyba spodobał się ten pomysł. I jak zwykle u Freddiego, pomysł ten przekształcił się w prowokacyjne, szokujące wydarzenie - czarno--biały bal przebierańców. Wynajął JHIenderson1^', jeden z najlepszych nocnych klubów w Monachium. Potem kazał go przerobić i przedekorować całkowicie na czarno-biało, przybierając go między innymi setkami czarnych i białych róż. Nawet tapicerka foteli została zmieniona na czarno-białą. Cały bal miał być nagrywany jako podkład do wideoklipu jego solowego singla Lwing On My Own, którego wydanie planowano na ten właśnie miesiąc. W dniu przyjęcia przylecieliśmy z Londynu niezłą watahą. Był Phoebe, Maiy, kilku pracowników - 45 - Jtm Hutton, Tim Wapshott Biura „Queen" i David Wigg, redaktor zajmujący sie w „Daily Express" showbusinessem. David i „Queenw I znali się od przeszło dziesięciu lat; był jednym z nielicznych dziennikarzy, którym Freddie wierzył. Kiedy przechodziliśmy przez brytyjska odprawę celną, zatrzymano nas. Wieźliśmy ze sobą kostium Freddiego na bal, w tym dwa pasy amunicyjne przystrojone sztucznymi nabojami. Pracownicy lotniska zdecydowali, że pasy z nabojami nie mogą być wniesione do kabiny, i trzeba byto oddać je na bagaż. Lecieliśmy samolotem „British Airways". Jako jedyny podróżujący w business class miałem darmowe drinki i lepsze jedzenie niż inni. Mary powiedziała, że powinienem ukraść w swojej klasie butelkę wina i przemycić ją do nich. Ale nie zrobiłem tego. Byłoby to nie fair. Większość zaproszonych na bal gości zakwaterowano w monachijskim „Hiltonie" na koszt Freddiego, lecz Mary zamieszkała z Freddiem i ze mną; miała spać na tapczanie w jego mieszkaniu. Kiedy dotarłem tam z nią, dom byt już pełen gości. Zrobiło mi sie ciężko na sercu, kiedy wszedłem do mieszkania i zobaczyłem te sterty drogich prezentów urodzinowych, które przynieśli przyjaciele Freddiego. Nie mogłem sie zdecydować, co mu dać. Nie miałem pieniędzy, żeby mu coś kupić, więc postanowiłem mu dać zasuszoną czterolistną koniczynę. Nie była to, oczywiście, prawdziwa koniczyna, ale dał mi ją wiele lat temu ojciec mojego przyjaciela, który sam ją zrobił. Za bardzo się wstydziłem, żeby dawać Freddiemu jego szczęśliwą koniczynkę przy wszystkich, wywołałem go więc do sypialni. - 46 - FREDDIE MERCURY1 JA - Przykro mi, ale nie stać mnie na żaden droższy prezent dla ciebie - powiedziałem, wręczając mu małe, cienkie zawiniątko. Kiedy go otworzył, był zachwycony. Pocałował mnie i pobiegł z koniczyną w dłoni do salonu. - Zobaczcie, jaki fantastyczny prezent dostałem od Jima! - krzyczał do wszystkich, a ja się rumieniłem. Wyglądało na to, że Freddie jest Lak zadowolony, bo wie, że to prezent naprawdę z serca. Około dziesiątej wyjechałem z Freddiem na przyjęcie limuzyną. Freddie miał na sobie czarno-biały lostium arlekina i przepiękną kurtkę w wojskowym itylu, zaprojektowaną przez ^Emanuels", modys-tów, którzy stworzyli sławną ślubną kreacje Lady >i. Oczywiście, miał też na sobie te pasy amunicyj-ie, które narobiły nam kłopotów na lotnisku. Tego ieczoru wszyscy byli ubrani - bądź przebrani - na czarno-biało. Wszyscy poza mną. Ja miałem na sobie wielokolorowe, obszywane cekinami wdzianko z frakowym ogonem, pożyczone od tancerza, który był kiedyś moim chłopakiem. Ale ponieważ włożyłem czarne spodnie, upierałem sie, że ujdę w tym przebraniu - i tak też sie stało. Większość ludzi na imprezie stanowili Niemcy, znajome twarze z monachijskiego światka gejów; wszyscy daliby sie pokroić za udział w dobrej zabawie. Niektóre kostiumy były wręcz genialne. Brian May pojawił się jako czarownica; David Wigg miał na sobie seksowny habit, nawet Richard Young, fotoreporter, był przebrany nie do poznania. Był tam Reinhold Mack z żoną fngrid, przyszedł też Steve Strange i wielu innych szefów firm nagraniowych. Miedzy nami przemykały ciągle kamery, chwyta- - 47 - Jim Huttoru Tim Wapshntt jąc czarodziejską atmosferę. Większość czasu spędzałem w pobliżu Freddiego, chciałem jednak zachować anonimowość, więc kiedy tytko w polu widzenia pojawiała sie kamera, znikałem. Szybko nabrałem wprawy w chowaniu sie w cień na pierwszy błysk soczewki. Tego wieczoru Freddie dostał w prezencie gigantyczny tort urodzinowy w kształcie wielkiego fortepianu. Był on tak duży, że każdy z trzystu gości dostał swoją porcję. Po paru godzinach przyjęcia odnalazł mnie Joe. Był zdenerwowany. - Freddie cie potrzebuje - szepnął, po czym trochę nieskładnie zaczął wyjaśniać, źe Freddie ma jakiś atak lękowy. Znalazłem go w samym środku sali. Wyglądał na zupełnie wykończonego. Miał za sobą kłótnię z kimś - ale z kim i o co, nie mam pojęcia. Zanim się do niego dopchałem, było już po wszystkim, lecz Freddie chciał, żebym mu pomógł przyjść do siebie. Objąłem go więc i mocno przytuliłem. Szybko się zorientowałem, że do takiego stanu doprowadziło go coś więcej niż sama kłótnia. Tej nocy do picia podawano tylko szampana, szampana i jeszcze raz szampana. Wszyscy go piliśmy, jednak Freddie zdecydowanie przeholował. Poza rym wokół krążyły prochy i ktoś mu zaserwował jakiś narkotykowy koktajl. Mimo iż Freddie lubił kokainę, nie cierpiał eksperymentowania z różnorakimi prochami. I chyba właśnie to go najbardziej rozdygotało. Po jakimś czasie uspokoił się. Bawiliśmy się dalej, a nawet wyszliśmy na parkiet. Taka noc była warta zapamiętania, W końcu, o szóstej rano padliśmy do łóżka. Następnego dnia niemal wszyscy wylegi- - 48 - FREDDIE MERCURYI JA wali się w łóżkach, ale Freddie wczesnym rankiem wróci! do klubu z ekipą wideo i kilkoma niemieckimi przebierańcami, żeby dokręcić jeszcze trochę ujęć do swojego prowokacyjnego wideoklipu. Kiedy dosta! rachunek za te imprezę* nie było mu do śmiechu. Koszt był ogromny, około pięćdziesięciu tysięcy funtów. Wiele osób pozwoliło sobie na ekstrawagancje na jego rachunek. Czuł się potem po prostu naciągnięty. Obejrzawszy wreszcie ukończony wideoklip, z zaskoczeniem znalazłem w nim siebie - przez krótki moment tańczyłem samotnie bez koszuli. Biorąc pod uwagę skrupulatność, z jaką Freddie traktował kręcenie tego klipu, musiał sam nastawać na moją tam obecność- Ten film nigdy nie został pokazany w Ameryce, bo CBS, mająca prawa do solowych nagrań Freddiego, uważała go za zbyt ryzykowny; dla nich było w nim za wiele transwestytyzmu. W owych szczęśliwych dniach mój związek z Fred-diem wyraźnie się pogłębił. Zacząłem za nim bardzo tęsknić. Kiedy nie byliśmy razem, popadałem w chandrę. Freddie miał te same odczucia w stosunku do mnie, I tak, któregoś kolejnego weekendu w Londynie, zaczął nagle mówić o wspólnym życiu. - Gdybym cie poprosił, żebyś przyjechał do Monachium i zamieszkał ze mną, poszedłbyś na to? - spytał. Do tej pory nigdy nie brałem pod uwagę wprowadzenia sie do Freddiego. - Owszem - odparłem. - Ale pod jednym warunkiem. Jeśli miałbym się przenieść do Monachium, musiałbym mieć jakąś pracę. - Miałem w Wielkiej Brytanii zobowiązania finansowe i nie zdobyłbym się na porzucenie pracy w „Savoyu"t mając w per- - 49 - Jim Hutton, Ttm Wapshott spektywie bieganie po Monachium jak kot z pęcherzem w poszukiwaniu posady dla fryzjera, który nie zna nawet niemieckiego. Niezależność miała dla mnie zawsze wielką wagę, więc nawet nie przeszło mi przez myśl życie na koszt Freddiego. Chwilowo porzucił ten temat, ale po piętnastu minutach znowu zagadnął: - A gdybym się zdecydował za jakiś czas opuścić Monachium i wrócić do Londynu? - Wtedy bym dokładnie przemyślał, co chcę zrobić - odrzekłem. Właśnie skłonność do zachowania niezależności była przyczyną większości niesnasek między nami, co zawsze kończyło się krzykiem Freddiego: „Ty i ta twoja pieprzona niezależność!" Tak naprawdę Freddie darzył uwielbieniem ludzi o niezależnych umysłach, ale bardziej mu odpowiadała sytuacja, w której mógł manipulacją skłaniać innych do wypełniania swojej woli. Nigdy nie miałem wątpliwości, że to on jest aktywniejszy w naszym związku - w końcu to on zaaranżował cały nasz romans. A bywało to na przykład tak: Pewnej nocy w Londynie poszliśmy na Earls Court do gejowskjego klubu „Copacabana", między innymi z Joem, Peterem Strakerem i Garym, kierowcą. Poszliśmy do baru, a potem ruszyliśmy do stołu bilardowego. Nagle Freddie odwrócił się do mnie i wbił we mnie spojrzenie. - Spier...! - wysyczał jadowicie. Byłem bardzo zaskoczony, ale zrobiłem, jak chciał. Zniknąłem. Odwróciłem się na pięcie i poszedłem do wyjścia. Po drodze minąłem Garyfego, któiy wyczuł, że nie wszystko jest w porządku, - Co się stało? - spytał. - 50 - FREDDIE MERCURYI JA - Nie wiem - odparłem. - Jest w tym swoim humorku i kazał mi spier.,.. Więc idę. - Wrócitem do Garden Lodge, spakowałem swój weekendowy zestaw bagażowy i pojechałem taksówką naTrafalgar Squaret żeby złapać nocny autobus do Sutton. Wszedłem do domu, wskoczyłem do łóżka i zasnąłem. O czwartej rano wściekła pani Taverner obu-dziła mnie waleniem do drzwi. Nie mogąc mnie złapać w inny sposób, Freddie zatelefonował do pani Ivy. a ona trzasnęła słuchawką o widełki. Przeprosiłem ją za wszystko, ale niewiele to pomogło. Byłem co najmniej równie uparty jak Freddie i nie miałem najmniejszego zamiaru dzwonić do niego rano. Kiedy wiec zatelefonował do mnie kilka dni później, spławiłem go. - Nie zawracaj mi dupy! - warknąłem na niego. - Nikt nie będzie mi mówił takich rzeczy! Dobrze wiedział, że między nami jeszcze się nie skończyło. Wręcz przeciwnie; nieszczęsne nocne telefony dopiero się miały zacząć. Przez następne kilka tygodni dzwonił do mnie prawie każdej nocy o trzeciej lub czwartej nad ranem. W końcu lvy Taverner miała tego po dziurki w nosie i kazała mi się wynieść w ciągu dwóch tygodni. 1 w ten sposób przez natręctwo Freddiego zostałem bezdomny. Kiedy wrócił do Londynu, powiedziałem mu, że dostałem wymówienie. - Wykopała mnie przez te twoje nocne telefony! - powiedziałem. - Nie przejmuj się tym - odrzekł spokojnie. - Wprowadź się do Garden Lodge. Tam nikogo nie ma, stoi pusty. Więc się wprowadziłem. - 51 - Jim Hutton, Tim Wapsłwtt Po dwóch latach mieszkania w Niemczech Freddie doszedł do wniosku, że ma dosyć bycia uchodźcą podatkowym, któremu wolno przebywać co roku tylko ograniczoną liczbę dni w Wielkiej Brytanii. Chciał wrócić do Londynu i zamieszkać w rezydencji Garden Lodge, Na razie jeszcze postanowił zatrzymać mieszkanie na Stafford Terrace i spokojnie, w ciągu paru miesięcy przenieść stamtąd rzeczy. Kiedy dotarłem do Garden Lodget okazało się, że nie jestem tak zupełnie sam. Mieszkał tam już Phoebe z kotami Tiffanym i Oscarem. Za to plany Freddiego, żeby przyjechać z Monachium do Londynu i spędzić ze mną ten pierwszy weekend, spaliły na panewce. Właśnie się zabierałem do rozpakowywania tych kilku toreb podróżnych, które zabrałem z Sutton, kiedy zadzwoniła Mary i poprosiła, żebym do niej zajrzał. Powiedziała mi, że Freddie utknął z jakichś powodów na dobre w Monachium i nieprędko do mnie dołączy. Wręczyła mi też karteczkę, którą Freddie napisał do mnie tydzień czy dwa wcześniej. Ciągle jeszcze mam tę małą, japońską karteczkę. „Uważaj na siebie. Wkrótce się zobaczymy. Kocham F." Tak więc spędziłem tę pierwszą noc sam w ogromnej, głównej sypialni, za towarzystwo mając tylko Oscara, skulonego na poduszce masywnego łóżka. Powiesiłem w szafie kilka koszul i garnitur do pracy, ale poza tym nie rozpakowywałem się, nie wiedząc, gdzie powinienem włożyć swoje rzeczy. Freddie przyjechał w następny weekend i od razu zaciągnął mnie do łóżka. Powiedział, że tęsknił za mną okropnie, i wiem, że mówił to na serio. A potem, kiedy już wybrał dla mnie szafy w garderobie, opróżnił jedną z szuflad ze swoich rzeczy. - 52 - FREDDIE MERCURYI JA - To na twoje drobiazgi i skarby - powiedział. W ten sposób doszło do tego, że się do niego przeprowadziłem. Mieszkaliśmy i żyliśmy razem przez następne sześć lat jak mąż i żona. Freddie zagrał pana młodego, kiedy brał udział w „Fashion Aid", pokazie mody zorganizowanym w ramach „Live Aid" w Royal Albert Hali w listopadzie. Podobnie jak sam koncert, było to prześwietne wydarzenie, obłożone wszelakimi uroczystościami i zbiórkami na ten sam cel. Freddie miał na sobie tę samą kurtkę, którą nosił w czasie przyjęcia urodzinowego w Monachium, ale tym razem do czarnych spodni. Jego partnerką była aktorka Jane Seymour, ubrana w sensacyjną suknię ślubną, również zaprojektowaną przez „Emanuels". Wśród innych, którzy paradowali przed nim na pomoście, byli Boy George i Julie Goodyear, gwiazdeczka serialu Coronation Street para z serialu Denipsey and Makepeace, Michael Brandon i Glynis Barber, Alison Moyet, Shirley Bassey, Lenny Henrył George Michael ze swym partnerem z zespołu „Wham!", Andrew Ridgeleyem, świeżo nazwany „Świętym" Bob Geldof i Paula Yeates. Przyjęcie, które sie odbyło po pokazie, miało miejsce w hotelu „Hyde Park*. Na widok Freddiego i Jane, którzy zajechali w swych strojach z pokazu, cale foyer hotelu stanęło jak zamurowane. Hotel był pełen amerykańskich turystów, którzy uwierzyli, że ta wspaniała para jest rzeczywiście małżeństwem. Jane była sławną hollywoodzką aktorką i natychmiast ją rozpoznali. Kiedy zaś w jej „mężu" rozpoznali Freddiego, wydało im się to tak nierealne, że doszli do wniosku, iż są świadkami naprawdę niesamowitej historii. Zaczęli wiwatować i robić zdjęcia. - 53 - Jim Hutton, Tim Wapshott Jak każda mieszkająca razem para Freddie i ja zmierzyliśmy się również z kwestią pieniędzy na dom. Biorąc pod uwagę zdolności Freddiego do przepuszczania pieniędzy, szczęśliwie to nie ja byłem głównym żywicielem rodziny. Niemniej zgodziliśmy sie, że uczciwie będzie, jeśli podzielimy sie bieżącymi wydatkami. Stanęło na tym, że będę mu co tydzień oddawał pięćdziesiąt funtów ze swych zarobków. Było to dużo ponad potowe moich przychodów, ale Freddie nigdy sie o tym nie dowiedział, Mimo wszystko płaciłem bardzo chętnie, bo w pewnym sensie utrzymywało to nasz związek na jakiejś uczciwej płaszczyźnie. Później jednak Freddie odstąpił od tego zwyczaju. W tym samym miesiącu przeżyłem miłą niespodziankę, kiedy „Queen" wydal swojego singla One Visioru Ostatni wers został zmieniony na „Fried Chicken", dokładnie takt jak zasugerowałem. Wideoklip do One Yision został nakręcony w „Mu-sikland" przez dwóch dżentelmenów, o których mówiono zawsze „Torpedo Twins" - reżyser i producent, Rudi Dolezal i Hans Rossacher. Obaj byli potężnymi, wysokimi Austriakami. Rudi nosił bardziej kolorowe ubrania niż jego partner, ale obaj byli równie jowialni i przyjacielscy. W miarę zbliżania się świąt Bożego Narodzenia One Vision szybko wspinał się na szczyt list przebojów, który to sukces dodał sprężystości krokom Freddiego, Fani „Queen" nie dostali w tym roku żadnego nowego albumu, więc zespól wydał The Complete Works, krótkoseryjny komplet jedenastu dotychczasowych albumów. Obawiam sie, że pozostał on poza finansowym zasięgiem większości fanów. - 54 - FREDDIE MERCURYI JA Popularniejszym posunięciem okazała się ambit-a decyzja grupy o zorganizowaniu następnego lata lunrnee po Europie. Człowiek, który zajmował się wszystkimi trasami koncertowymi „Queen'\ trzymał |nż rękę na pulsie. Był to Gerry Stickles. Poznałem kiedyś, gdy wpadł do Garden Lodge na spotkanie. Grubawy, wręcz pulchny Amerykanin po i /terdziestce, ojcował im wszystkim. Niesamowicie tfo polubiłem. Był trochę komediantem i zawsze miał na podorędziu nieskończoną liczbę śmiesznych dowcipów. Bardzo dużo się zastanawiałem, jaki prezent dać Freddiemu pod choinkę. No bo i co można podarować komuś, kto ma wszystko? W końcu podpowiedział mi coś mój przyjaciel, John Rowell. John był niezwykle przystojnym mężczyzną o identycznym wzroście i wieku co ja. Był jednak dużo szczuplejszy. Prowadził „Key Largo1, sklep z odzieżą w Covent Garden, gdzie kupiłem sobie skórzaną kurtkę, której wysoka cena stanowiła wówczas dla mnie niewielką fortunę - prawie dwieście funtów. Freddie zachwycał się nią niezmiennie, więc John umożliwił mi zakup bardzo podobnej kurtki dla Freddiego na Boże Narodzenie. Wziąłem ją na raty. Potem, na dwa tygodnie przed świętami, między Freddiem a mną doszło do awantury z piorunami na temat pewnego krępego, niedużego faceta, przezywanego „Duńskim Bekonem", Pochodził gdzieś z południowego Londynu. Freddie okropnie flirtował z innymi mężczyznami, kiedy tylko gdzieś razem wychodziliśmy, ale nie przejmowałem się tym; wiedziałem, że i tak to właśnie ze mną wyląduje w końcu w łóżku. Instynktownie wyczuwałem, że wiele razy zadawał się już przedtem z innymi, - 55 - Jim Huiton, Tim Wapshott i byłem o to zazdrosny - nie popadając jednak w zaborczość. Ale tej nocy, kiedy zaczął flirtować z „Duńskim Bekonem", poczułem, że mam dosyć. Wyciągnąłem Freddiego do sypialni Garden Lodge i poinformowałem go o tym. Powiedziałem mu, że musi się zdecydować, czego chce - mnie czy innego faceta. A potem wyszedłem. Zadzwoniłem do Johna Rowella, który mieszkał w południowym Londynie pomiędzy Vauxhall i Cla-pham, wytłumaczyłem mu swoją sytuację, a on z miejsca zaproponował mi swój pokój gościnny. Spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy - głównie ubranie do pracy - i opuściłem Garden Lodge. Skoro Freddie miał ochotę grać na kilka frontów, postanowiłem nie wchodzić mu w drogę. Kilka dni później zadzwonił do mnie do pracy. Poprosił, żebym wpadł wieczorem do Garden Lodge. Zaproponował, żebyśmy omówili nasze sprawy, - Przepraszam za to, co sie wtedy stało - powiedział. - Wróć do domu. Skończyło sie na tym, że pocałowaliśmy się i pogodzili. Przeniosłem się z powrotem w tygodniu poprzedzającym święta i od razu wpadłem w szaleńczy wir kupowania prezentów dla najbliższego kręgu przyjaciół Freddiego, Nie bardzo mnie było na to stać, bo mnóstwo wydałem na kurtkę. Tego pierwszego Bożego Narodzenia w Garden Lodge mieliśmy pięknie przystrojoną choinkę w salonie, ale jakoś nie zdołaliśmy się zabrać do udekorowania reszty domu. W Wigilie poszliśmy do „He-aven" i wróciliśmy nad ranem ledwie trzymając się na nogach. Kiedy Freddie i ja obudziliśmy się razem następnego ranka, pocałowaliśmy się i złożyliśmy sobie życzenia wesołych świąt. Potem wstaliśmy - 56 - FREDDIE MERCURYI JA I zeszliśmy na dół, żeby przygotować wszystko na lunch z garstką najbliższych przyjaciół - z Joem i Phoebe, Trevorem Clarke, Mary i Peterem Stra-kerem. Tego pierwszego roku do pieczonego indyka, wieprzowiny i szynki siadło nas dziesięcioro. Trzy godziny później rozłożyliśmy sie półkolem przed « hoinką i zaczęliśmy otwierać prezenty. Ktoś wrył się w górę paczek pod drzewkiem i rozdzielał je na wszystkie strony. Freddie sam wstałr dokopał się do swojego prezentu dla mnie i podał mi go. Potem ja odnalazłem swój prezent dla niego. Dostałem od Freddiego zapalniczkę Cartiera, a do świątecznej kartki od niego dołączony był czek. Oczy wyszły mi na wierzch. Opiewał na tysiąc luntów! Byłem zaszokowany. Freddie dał w prezencie świątecznym wszystkim bliskim mu osobom czeki, żeby każdy mógł sobie kupić to, czego naprawdę chciał. Był to jego sposób na podziękowanie wszystkim za te ciężką prace, jaką wykonali w ciągu roku. Dał każdemu z nas te samą kwotę, może poza Mary, która chyba dostała trochę więcej. Kiedy wręczyłem Freddiemu swój prezent, natychmiast przymierzył kurtkę. Pasowała idealnie. Jednak, mimo że wówczas wydawał sie zachwycony, chyba mu sie nie podobała. Miał ją na sobie jeszcze tylko raz. Tego dnia o wiele lepiej poznałem Petera Strakera, Był jednym z najbliższych przyjaciół Freddiego, póki wszystko razem nie skończyło sie we łzach. W trakcie wcześniejszych z nim spotkań nie bardzo wiedziałem, jak do niego podejść, ale szybko sie do niego przekonałem. Doszedłem do wniosku, że go - 57 - Jim Hutton, Tirn Wapshott lubię, a on chyba lubi! mnie. Phoebe jednak go nie cierpiał. Peter Straker był jednym z tych bardzo niewielu ludzi, którzy zawsze potrafili rozbawić Freddiego. Był piosenkarzem, co oznaczało, że - podobnie jak Freddie - rzadko kiedy musiał wcześnie wstawać. A to z kolei dawało im wymówkę, żeby nie kłaść się całą noc spać, tylko oglądać wideo i słuchać muzyki. Obu ich łączyła miłość do muzyki gospel, jednakże nigdy nie potrafili słuchać jej po cichu, kiedy reszta domu spała. W drugi dzień świąt w Garden Lodge bawiło trzydzieścioro przyjaciół. Gościnność Freddiego była równie nieokiełznana, jak jego skory do zabawy duch. Potem, w sylwestrowy wieczór, odbyło się kolejne przyjęcie, na które zaprosiłem mojego eks-chłopaka, Johna Alexandra. Nie znał nikogo, wiec spędziłem dużo czasu dotrzymując mu towarzystwa. Z wybiciem północy wszyscy życzyli sobie wszystkiego najlepszego, śmiejąc sie i całując. Ze smutkiem zauważyłem, że jedyną osobą, której Freddie nie złożył życzeń, był John. Ale nic nie powiedziałem. Większość z nas przeniosła się potem do „Hea-ven". John też z nami poszedł, lecz kiedy już weszliśmy do klubu, oddzielił sie od naszej grupy. Nieco później zorientowałem się, że już od jakiegoś czasu nie widzę Freddiego. Rozejrzałem się, jednak nie było po nim śladu. Zapytałem więc Joego, czy go nie widział. - Na parkiecie - odparł. Wtedy dopiero dostrzegłem tam Freddiego. Tańczył z jakimś nie znanym mi facetem. Przez chwilę go obserwowałem i zauważyłem, że bardzo śmiało - 58 - FREDDIE MERCURY ł JA sobie poczyna ze swym partnerem. Jeszcze przez moment patrzyłem, aż w końcu nie mogłem tego znieść i chwiejnie wkroczyłem do akcji. Przepchnąłem sie przez tłum na parkiecie i chwyciłem Fred-diego za ramie. - Mam do ciebie słówko - krzyknąłem i powlokłem go pod ścianę. Jego świeżo upieczony nowy przyjaciel, który - jak sie później dowiedziałem - miał na imię George, ruszył za nami, ale odwróciłem sie do niego i powiedziałem groźnie: - Trzymaj swój pieprzony nos z daleka! Przycisnąłem Freddiego do ściany, obejmując ramieniem jego szyje. - Nie rób tego, nie w noc sylwestrową, nie rób ze mnie wala! - warknąłem. - Dobra, puść - odpowiedział spokojnie, - Osiągnąłem, co chciałem. Chciałem, żebyś pokazał, że jesteś zazdrosny. Kiedy go puściłem, odszedł. Wróciłem do baru i dopiłem drinka. Gdy w końcu chciałem dołączyć do naszej grupy, nie mogłem ich nigdzie znaleźć. Opuścili klub zostawiając mnie w naprawdę fatalnej sytuacji. Na dworze było straszliwie zimnot a ja miałem na sobie tylko dżinsy i podkoszulek. Co gorsza, moja marynarka i klucze do domu zostały w samochodzie, którym odjechali. Byłem wściekły. Był przecież Nowy Rok, wiec znalezienie taksówki było niemożliwe. Musiało być już po piątej rano, kiedy wreszcie dotarłem do Garden Lodge. Nacisnąłem guzik domofonu i usłyszałem w interkomie głos Petera Strakera. - To ja, Jim. - 59 - Jim Hutton, Tim Wapshott Peter zwolnił zamek furtki, a kiedy szedłem już ścieżką do domu, przed drzwiami pojawił sie Freddie. Zacząłem wrzeszczeć i wyć. Poszedłem wprost do sypialni. Freddie pobiegł za mną. - Słuchaj! - powiedziałem wreszcie normalnym głosem. - Zdecyduj się w końcu! Chcesz mnie, czy kogoś innego? Po prostu sie zdecyduj! - Nie poprzestałem na tym. Zacząłem robić Freddiemu wyrzuty za potraktowanie Johna: - Jak śmiesz tak obrażać moich przyjaciół?! Freddie popchnął mnie na łóżko i przytrzymał, póki sie nie uspokoiłem. Niewiele czasu potrzebował, żebym sie rozchmurzył. Posłał mi triumfalne spojrzenie, z którego odczytałem, że mu przykro, choć właściwie nigdy nie słyszałem, aby wymówił te słowa do kogokolwiek. - Udało mi się dzisiaj zmusić cie do takiej reakcji, jakiej mi u ciebie zawsze brakowało - powiedział i otoczył mnie ramionami. Objąłem go w pasie i przytuliłem. Ale tak naprawdę pogodziliśmy sie dopiero w łóżku, kiedy już pozbyliśmy sie z domu ostatnich noworocznych hulaków. Następnego dnia wstałem i przyniosłem Freddiemu poranną herbatę. Jak zwykle. Trzy dni później były moje trzydzieste siódme urodziny. Freddie postanowił dać mi w prezencie dwa nowe garnitury i poprosił Joego, żeby mnie zabrał na zakupy na Savile Row. Pierwszy garnitur kupiłem u Tommyłego Nuttera. Kontrast pomiędzy tym garniturem a gotowymi, wielkoseryjnymi, do jakich byłem przyzwyczajony, przypominał przepaść. Jednakże plany Freddiego, żeby wyprawić dla mnie przyjęcie urodzinowe w Garden Lodge, szybko doprowadziły do wybuchu kłótni. Była to napra- - 60 - FREDDIE MERCURYI JA wde potężna impreza, na której zgromadzili się po raz pierwszy razem przyjaciele moi i Freddiego. Port urodzinowy był rewelacją. Jeszcze przez dwa lata trzymałem w lodówce figurki kotów, które Ł»o zdobiły. Ale kilka dni później Freddie wyskoczył z oskarżeniem, że któryś z moich przyjaciół ukradł maty, dość cenny wazonik z parapetu okiennego w salo-nie. Twardo upierałem się, że znam dobrze swoich przyjaciół i że żaden z nich nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Całymi tygodniami kłótnia powracała. Jak tylko zostawaliśmy sami w sypialni, Freddie zaczynał swoje narzekania. - Ktoś ukradł ten wazonik. Ty i ci twoi przyjaciele. Już nigdy ich tu nie wpuszczę. W końcu miałem tego dość i uciąłem sprawę: - Dobra, Freddie - powiedziałem. - Przejdę sie po domach wszystkich moich przyjaciół. I jeśli znajdę ten wazonik, odejdę od ciebie. Już nigdy o mnie nie usłyszysz. Po dłuższej chwili jego twarz się rozchmurzyła. - Kurczę, przecież to tylko wazonik - rzekł. Dopiero po śmierci Freddiego dowiedziałem się prawdy o zaginionym wazoniku. Joe powiedział mi, że stłukł się w dniu przyjęcia, zanim jeszcze zdążył przyjść pierwszy gość. Zęby Freddie nie dowiedział się o wypadku, Joe zakopał szczątki wazonika głęboko w śmietniku. - Ale dlaczego nie powiedziałeś Freddiemu później? Nie byłoby tej całej awantury. - Uznaliśmy, że lepiej, żeby Freddie raczej myślał, że ktoś go ukradł, niż że się stłukł - odparł Joe. To wiele mówi o Freddiem. On naprawdę kochał piękne przedmioty. W drodze wyjątku -L ^T lutego 1986 roku był naszym pierwszym wspólnym dniem Świętego Walentego. Zamówiłem dwa tuziny czerwonych róż z karteczką „Dla F,M.", które miary być dostarczone do Garden Lodge rano, kiedy byłem w pracy. Ale Freddie zachował sie równie romantycznie. Około południa do mojego zakładu fryzjerskiego wszedł hotelowy kwla-ciarz z pięknym bukietem z dwóch tuzinów czerwonych róż. Maria, moja pomocnica, aż zapiszczała z zachwytu. - OchT to dla mnie?! Nie tylko jej ze zdziwienia opadła szczeka, kiedy kwiaciarz wyjaśnił: - Nie, dla Jima! Siedzący na moim fotelu klient popatrzył na mnie ze zdziwieniem, a ja poczułem, że robię sie szkarłatny z zawstydzenia. Otworzyłem bilecik - była na 1111 nim tylko litera F. Przyjaciel Freddiego, Dave Clark, mistrz perkusji w zespole z lat sześćdziesiątych, „Dave Clark - 62 - FREDDIE MERCURYI JA /stawiał musical rockowy Time (Czas) w Dominion Theatre. Gwiazdami byli Cliff Richard na żywo i hologramLaurencea OlMera. Dave poprosił Fred-11 lego o napisanie dwóch utworów do tego przed-slawienia, w tym tytułowego, Time. Musical miał wejść na scenę dziewiątego kwietnia, a Freddie został zaproszony na uroczystości premierowe. Chciał, żebym z nim poszedł. Całe lygodnie wcześniej Joe otrzymał zadanie zakupienia /arnych fraków i lakierków dla siebie, Phoebe dla mnie. Jak na ironię, pierwszy wers głównego utworu reddiego, Time, brzmiał: „Time waits for no man" {Czas nie czeka na nikogo). A czas Freddiego i mój omal nie dobiegi kresu, zanim dotarliśmy na pre- liere. Odkryłem, że Freddie znów nie jest mi wier-\ Podczas gdy ja spędzałem większość nocy w do- iut zadowalając się oglądaniem telewizji i wcześnie Idąc spać, Freddie nadal do późna przesiadywał )oza domem, beze mnie. Bywały noce, kiedy w ogó-ie nie wracał. Wyjaśniał wówczas, że został na ftafford Terrace. Jednak do mnie dochodziły różne ituchy. Znajomi poszeptywali, że widują Freddiego, |ak nie kryjąc się z tym rwie facetów na prawo lewo. Zdawałem sobie sprawę, że Joe zawsze wiedział, gdzie jest Freddie. Pewnej niedzieli obudziłem się jkoło dziewiątej. Freddie, jak zwykle w owym czasie, nie wrócił na noc. Zszedłszy na dółt Joe skiero-sie wprost do drzwi, a ja poszedłem za nim w bezpiecznej odległości. Zaprowadził mnie do Freddiego, który - dokładnie tak, jak mówił - byl w mieszkaniu na Stafford Terrace. Joe wszedł przez frontowe drzwi i po jakichś - 63 - Jim Hutton, Tim Wapshott dwudziestu minutach wychynął z Freddiem. Dostrzegłem wtedy również trzecią osobę, młodego chłopaka, jak wymyka się za nimi na ulice i podąża w drugą stronę. Pojąłem, że plotki o Freddiem są prawdziwe. Powróciłem do Garden Lodge przed Joem i Freddiem. Kiedy weszli, nic nie powiedziałem. Tu potrzebny byl plan. Postanowiłem nie próbować śledzenia poczynań Freddiego, ale zabawić sie samemu. Spytałem więc Freddiego, czy miałby coś przeciwko temu, żebym wyszedł na drinka do mojego dawnego stałego klubu, „Market Tavem". Powiedział, że nie, i polecił Terryłemu Giddingsowi, swojemu nowemu kierowcy, żeby mnie tam zawiózł. W klubie wypiłem kilka piw i pogadałem z paroma starymi przyjaciółmi. Wszyscy stwierdzili to samo - że wyglądam nieszczególnie. - Masz, połknij to - powiedział jeden z nich, podając mi coś. - Co to jest? - dopytywałem się. - Nieważne, co - brzmiała odpowiedź- - Po prostu potknij. Podniesie cię to na duchu. - Nie miałem nic przeciwko poprawieniu sobie nastroju, więc połknąłem małą tabletkę. Był to kwas. W bardzo krótkim czasie zacząłem mieć kłopoty z orientacją. Wiem tylko, że opuściłem klub wraz z przyjaciółmi i nagle znalazłem się w „HeavenM. Nigdy dotąd nie straciłem kontroli nad sobą, niezależnie od ilości wypitego alkoholu. Ale po kwasie moja odporność błyskawicznie znikneia i wkrótce zacząłem zmieniać się w zombie. Spotkałem starego kumpla, Jaya, którego nie widziałem od wieków. - Co jest z tobą, Jim? - spytał, - Wyglądasz dziwacznie. - 64 - FREDDIE MERCURYI JA Opowiedziałem mu wszystko, co udało mi się i pamiętać: jak zacząłem w HTavem", połknąłem < «»ś i wylądowałem na innej planecie, z której nie mogę wrócić. Na szczęście Jay wziął mnie natychmiast pod opiekę i nie dopuścił, żeby przez resztę nocy coś mi się stało. - Nie wrócisz dzisiaj do siebie do domu - powie-11 ział stanowczo, - Pójdziesz do mnie, ja sie tobą zajmę. Następnego ranka obudziłem się w mieszkaniu l;iya z głową pękającą z bólu. Domyśliłem się, że w Garden Lodge czeka mnie zapewne wściekły Kreddie, poczłapałem więc do Mary, gdzie - jak sądziłem - mogłem spokojnie opowiedzieć, co mi sie przytrafiło i dlaczego nie wróciłem na noc do ilomu. Mary oświeciła mnie, że przez cały poprzedni wieczór Freddie był w morderczym nastroju i że rzeką)ąc na mnie nie położył sie spać, tylko przebadał całą noc z Peterem Strakerem. Zadzwonił telefon. Był to Freddie. - Jim tu jest - powiedziała mu Mary. - Fajnie - odparł. - Powiedz mu, żeby sie tu pofatygował, spakował swoje ciuchy i wyniósł. Jak wrócę ze studia, ma go już nie być. - I odłożył słuchawkę. Więc znów byłem bezdomny. Wyszedłem od Mary i z automatu zadzwoniłem do Johna Rowella. Spytałem, czy mogę jeszcze raz skorzystać z jego pokoju gościnnego. Powiedział, że mogę, i to na jak długo zechcę. Wróciłem do Garden Lodge, poszedłem do sypialni i spakowałem się. Potem pojechałem do mieszkania Johna. Doszedłem do wniosku, że między mną a Freddiem skończone na dobre. Kilka dni - 65 - Jim Hutton, Tim Wapshott później, w dniu premiery „Queenł\ gdy wróciłem z pracy, zadzwonił telefon. Freddie. - Wracasz do domu? - spytał od razu. - Nie - odrzekłem. - Ale ja chce, żebyś poszedł ze mną na premierę Time - powiedział miękkim głosem. - No cóż, możesz wziąć ze sobą swojego przyjaciela. Frak będzie na niego w sam raz - odparłem. - Przyjedź - nie ustępował. - Możemy przecież pogadać jak ludzie. Złapałem więc taksówkę i pojechałem. Przywitał mnie Joe. - Jest na górze, czeka na ciebie - powiedział. Kiedy wszedłem do sypialni, Freddie otoczył mnie ramionami. Bez słowa padliśmy na łóżko i kochaliśmy się. Kiedy skończyliśmy, poprosił: - Wróć do domu. Zgodziłem się. Potem zaczęliśmy się szykować do wyjścia na premierę. Freddie nie pozostawi! mi cienia wątpliwości, że to właśnie mnie chce mieć u swego boku tego wieczoru w teatrze. Po tym stwierdzeniu wszystko powróciło do szczęśliwej codzienności. W czasie przerwy w przedstawieniu Freddiemu zachciało się sprzedawać lody, ale szybko się rozbuchał i zaczął je rozdawać za darmo. Po przedstawieniu, na przyjęciu popremierowym w „Hip-podrome" na Leicester Sąuare, był nadal w znakomitym nastroju i przedstawił mnie Cliffowi Richar-dowi mówiąc: „To mój mężczyzna, Jim." Powiedział mi, że długowieczność Cliffa w biznesie muzycznym wprawiała go zawsze w pełen uwielbienia podziw. Mimo że sam był już przecież siedemnaście lat w tym interesie, w porównaniu z Cliffem wciąż czuł się jak nowicjusz. - 66 - FREDDIE MERCURYI JA Kiedy Freddie poinformował Dave'a Clarka, że niemal ubóstwia Laurence'a Oliyiera, Dave zor-^.inizowat mu prywatną kolacje z 01ivlerem i jego >ną, Joan Plowright. Freddie opowiedział mi później, że w trakcie kolacji rozmowa zeszła na kryty -kówt a wówczas Freddie zaczął się uskarżać na wyjątkowo wredne ataki w prasie na swój temat. Komentarz Oliviera był niezbyt wyrafinowany: - Pier... krytyków! - rzucił. Jeszcze nigdy nie widziałem Freddiego tak bardzo pod wrażeniem, jak tego wieczora po powrocie od 01iviera. - Spotkałem jednego z najwybitniejszych! - powtarzał z promieniejącą twarzą. Pewnego dnia wróciłem z pracy, a Freddie powiedział mi, że miał gościa - najbardziej niezwykłego ze wszystkich, jacy się pojawili w Garden Lodge - i to z najniezwyklejszego z możliwych powodów. Był to Dustin Hoffman, który rozglądał się za pomysłami na wystrój wnętrz do jednego ze swych własnych domów. Ten amerykański aktor chciał przyjrzeć się efektom pracy dekoratora wnętrz, który urządzał Garden Lodge. Do Freddiego zadzwonił sam dekorator i zapytał, czy Dustin Hoffman mógłby obejrzeć kilka pomieszczeń, nad którymi pracował u Freddiego. Freddie był zachwycony. Na co najmniej godzinę Garden Lodge zmienił się w wystawę, jakiej jeszcze nie było. Freddie opowiadał miT że Dustin Hoffman okazał się dużo niższy, niż myślał, niesamowicie uprzejmy i raczej nerwowy. Ale Freddie zdołał go szybko rozluźnić - obejrzeli prace dekoratora i rozmawiali o wystrojach wnętrz, teatrze i muzyce rockowej. Freddie był w siódmym niebie. - 67 - Jirn Hutton, Tim Wapshott Przez pierwszą połowę tego roku Freddie, Brian, Roger i John znów przesiadywali w studio w Londynie i Monachium, kończąc prace przy swym albumie A Kind ojMagie. Zaczynali około południa i harowali przez następne dwanaście godzin. Freddie wracał do domu najwcześniej o dziesiątej, nigdy jednak nie później niż o pierwszej w nocy. Wpadał do pokoju i puszczał roboczą taśmę ze swoją najnowszą piosenką* dodając na bieżąco komentarz na temat drobiazgów, jakie według niego należało jeszcze poprawić czy też efektów dźwiękowych, które jeszcze zostaną dodane. Najprzyjemniej jednak było, kiedy wracał, włączał odtwarzanie i w ogóle się nie odzywał - nagranie było skończone, a on wiedział, że jest dobre. Singiel A Kind of Magie wyszedł w marcu, a wi-deoklip zrobiono w zupełnie wówczas opustoszałym „Playhouse Theater" przy Northumberland Avenue. Kiedyś po pracy zajrzałem tamt żeby popatrzeć na prace Freddiego i zorientować się, jak idzie nagrywanie wideo. Prawie natychmiast doszło do ostrego spięcia, kiedy Freddie pokazał, jaki potrafi być zazdrosny. Przyzwyczaiłem się już do tego, że w trakcie nagrań wideo wolno mi się pętać wokół. Tego wieczora usiadłem sam gdzieś w ostatnim rzędzie i obserwowałem Freddiego. Przysiadł się do mnie jeden z kierowców grupy i zaczęliśmy plotkować. Skończyło sie na tym, że wyszliśmy na drinka. Kiedy wróciłem do teatru, Freddie był w swojej przyczepie, zaparkowanej na ulicy obok drzwi na scenę. Wyglądał na wściekłego, wiec doszedłem do wniosku, że najlepiej nie pokazywać mu się na oczy. - 68 - FREDDIE MERCURYI JA Trzymałem się z daleka aż do odjazdu do domu. 11 iż w samochodzie, kiedy jechaliśmy do Garden Ix>dgeT Freddie odwrócił się do mnie i powiedział: - Jesteś obrzydliwy. Kto ci pozwolił przyprowadzić na nagrania swojego chłopaka? Spojrzałem na niego i wybuchnąłem śmiechem. - To nie był mój chłopak! To jeden z pieprzonych kierowców waszej bandy! Freddie także potrafił pokazać swoje poczucie humoru. W 1986 roku dostałem od niego kartkę Z okazji Dnia Świętego Patryka, A wieczorem powiedziano mi, że nie wolno mi wchodzić do kuchni. Joe i Phoebe co jakiś czas wynosili rni filiżankę kawy, żebym siedział cicho/ Potem Joe poinformował mniet że obiad już jest gotowy. Skierowałem się do kuchni, ale zagrodził mi drogę. - TY jesz w jadalni - powiedział. - Freddie dał mi Jasne instrukcje, żeby ci zrobić specjalny obiad z okazji Dnia Świętego Patryka. W jadalni zastałem stół kompletnie nakryty na Jedną osobę, włącznie z zapalonymi świecami. Na półmisku czekał wielki, soczysty stek, obstawiony wkoło małymi miseczkami - były na nich kartofle przyrządzone na wszelkie możliwe sposoby; pieczone, z wody, puree, gotowane, jako krokiety, frytki, < zipsy, opiekane i tak dalej. - Freddie kazał nam podać ziemniaki pod każdą postacią, jaką byliśmy w stanie wymyślić - wyjaśnił Joe. Freddie zawsze był przeświadczony, że jako Irlandczyk musze uwielbiać ziemniaki, 1 tak też było. Usiadłem i zjadłem najlepszy obiad, jaki pamiętam. Kilka razy do roku Freddie zabierał mnie na romantyczne kolacyjki do restauracji. Któregoś dnia - 69 - Jim Hutton, Tira Wapshott wróciłem do domu z pracy, a on objął mnie jak I zwykle. - Idź się przebrać - powiedział. - Wychodzimy. I Terry zawiózł nas do jednego z ulubionych miejsc Freddiego, indyjskiej restauracji o nazwie „Sha- I zans". Weszliśmy jednak tylko my, a wewnątrz ' - niebywałe - nie czekał na nas tłum przyjaciół Freddiego. Freddie poprosił o znajdujący sie w pod ziemiu najbardziej romantyczny stolik. Przez całą kolację dotykał mnie, chyba po to. żeby sprawdzić, czy będę sie wstydził w towarzystwie innych klientów restauracji. Sięgał przez stół ] i chwytał mnie za rękę, a kiedy przyniesiono lody. zaczął mnie karmić łyżeczką. Na oburzone spój- I rżenia innych burczał: „Pieprzę ich." Ale ja nie potrafiłem się tak zachowywać, i mimo że Freddie starał sie być bardzo romantyczny, w obecności tych wszystkich obcych ludzi czułem się cholernie onieśmielony 1 ciągle się czerwieniłem. Jednak kiedy byliśmy sami, potrafił być naprawdę niezwykle romantyczny- Nigdy nawet nie wspomnieliśmy w naszych rozmowach o tym, jak długo będziemy razem. Akceptowaliśmy po prostu, że jesteśmy i będziemy. Czasami pytał mnie, czego chcę od życia. - Zadowolenia i bycia kochanym - odpowiadałem. I wyglądało na to, że znajdowałem te rzeczy przy Freddiem. Aż do śmierci często powtarzał mi coś jeszcze: „Kocham cie." I nigdy nie było to takie „kocham cieł\ które ot, tak sobie, mówi się w łóżku. On to mówił na serio. Niełatwo mi było przełamać się i okazać swoje uczucia. Przez tak wiele lat żyłem w światku gejów - 70 - FREDDIE MERCURYI JA Ijondyiiie, że świetnie sobie zdawałem sprawę, iż koniec związku zawsze oznacza kolejne rany. I każdy zerwany związek tworzy następne psychiczne i inny obronne, które niezwykle trudno pokonać. A jednak z biegiem czasu Freddie zburzył wszystkie moje mury obronne. Sądzę, że obaj obawialiśmy sie tego samego - samotności. Można przecież mieć cafy świat pełen przyjaciół, a jednak czuć się potwornie samotnym tak ujął to kiedyś Freddie, Obaj boleśnie uświa-tlnmialiśmy sobie, że wielu spośród naszych przy-jaciół gejów prześladuje wizja życia w samotności, niechcianymi i niekochanymi. Następnym solowym utworem Freddiego był Time May. Tego samego miesiąca „Queen" miał być główną atrakcją dorocznego festiwalu rockowego „< iolden Rosę" w Montreux. Pojechałem z Freddiem. Po koncercie specjalnie dla zespołu odbyło się przyjęcie na łodzi. Kiedy tylko Freddie pojawił się na przyjęciu, oproszono go o pozowanie fotografom. Szybko sie orientowałem, że jednak ma pewną władzę nad prasą. Sesja zdjęciowa poszła bardzo gładko, a po pięciu czy dziesięciu minutach, kiedy fotografowie mieli już mnóstwo zdjęć, Freddie podziękował im, powiedział, że już skończył* i że czas już rozpocząć uroczystości. Usiadł przy stole i pogrążył się w rozmowie z piosenkarzem Belouisem Somem, który ciągle zmieniał imiona i nazwiska, za każdym razem domagając się opinii Freddiego w tej sprawie. Po kilku minutach podkrad! się do nich jakiś przebiegły fotoreporter i próbował znienacka zrobić Freddiemu zdjęcia. Ale zdążył strzelić najwyżej trzy fotki, kiedy - 71 - Jim Huttoru Tim Wapshott dopadło go pięciu innych fotografów. Poszturchuj, u wywlekli go z łodzi, czemu towarzyszyła niewielka wrzawa. - Założę się, że tych zdjęć nie będzie jutro w ga zetach - zachichotał Freddie z satysfakcją. Mii i I rację. W trakcie przyjęcia na łodzi nie zostało zrobione ani jedno zdjęcie. A przyjęcie było fan tastyczne. Nieco później „The Sun" opublikował zdjęcie Fred diego zrobione w trakcie koncertu na festiwalu, Freddiemu bardzo się ono nie podobało. Było zaty tułowane „Przewspaniały Freddie", a przedstawiało go z niewielkim brzuszkiem, złośliwie określonym jako „wzdęcie przepony". Gdy Freddie zobaczył zdjęcie, popatrzył na mnie i pokręcił głową z roz pacza. - To typowe - powiedział. - Jak jestem szczupły, gazety piszą, że wyglądam jak szkielet. A kiedy trochę przytyję, piszą, że jestem tłusty. Sytuacja bez wyjścia. Freddie i reszta zespołu na okrągło odbywali próby przed nadchodzącym tournee po Europie, mającym nazwę „Magie Tour". Mieli zacząć siódmego czerwca na stadionie piłkarskim „Rasunda" w Sztokholmie i ciągnąć tak aż do końca sierpnia, finiszując najfantastyczniejszym, niewyobrażalnym koncertem przed studwudziestotysięczną widownią brytyjską w Rnebworth Park, Hertfordshire. Kiedy w czerwcu wyjechali z Wielkiej Brytanii, wydano ich album A Kind of Magie wraz z singlem Friends WU1 Be Friends. Na jego drugiej stronie nagrano Seuen Seas ofRye, utwór z drugiego singla zespołu „QueerT z 1974 roku. Ten właśnie singieJ po raz pierwszy pozwolił im doznać przyjemności - 72 - FREDDIE MERCURYI JA bycia na szczytach list przebojów. A Kind of Magie ttychmiast wspiął się na czołówki list w Wielkiej I \\ ytanii i jeszcze trzydziestu innych krajach. "Magie Tour* dotarło do Paryża, a ja wówczas I •ustanowiłem niespodziewanie złożyć Freddiemu wizytę. Nie była to łatwa decyzja, gdyż jej skutki mogły być różne. Freddie bowiem uwielbiał robić niespodzianki innym, ale nienawidził być zaskakiwany. Po pracy wróciłem do domu i przebrałem się, >akowałem podręczny bagaż i ruszyłem na Heat-lnow. Poleciałem do Paryża i od razu zaatakowałem hotel „Royal Monceau". Zapytałem w recepcji, czy mają wśród swych gości kogoś o nazwisku Freddie Mercury, czy też „Queen" jako zespół, a konsjerż w odpowiedzi rzucił mi tylko zupełnie bezbarwne spojrzenie. W tym momencie wiedziałem już, że trafiłem do właściwego hotelu, domyśliłem się też, że cały zespól zameldował sie pod fikcyjnymi nazwiskami - dla uniknięcia prasy i fanów. Później lowiedziałem sie, że Freddie zawsze meldował sie lako A. Mason. Na szczęście natknąłem sie w hallu hotelowym na jednego z członków ekipy, który potwierdził, że Freddie istotnie mieszka w tym hotelu. Usłyszałem też natychmiast, że wraz z resztą zespołu pojechał na hipodrom w Vincennes na próby nagłośnienia. Usiadłem wiec sobie w fotelu i czekałem. Kiedy Freddie wrócił, zerknął na mnie i powiedział niedbale: - Cześć! Nie wyglądał na zaskoczonego moim widokiem, raczej na zagniewanego- Później napadł na Joego za niepoinformowanie go o moim przyjeździe. Zawsze musiał mieć wszystko pod kontrolą, - 73 - Jim Hutton, Tim Wapshott Następnego ranka w naszym apartamencie poją wtfa się Diana Moseley. Była projektantką kostiumów na „Magie Tour" i przywiozła ze sobą wspaniały kostium Freddiego: ciemnoczerwony płaszcz oblamowany sztucznymi gronostajami i bogato wysadzaną klejnotami królewską koronę, Freddie wyglądał niesamowicie, kiedy narzucił płaszcz na biały szlafrok kąpielowy, włożył na głowę koronę i zaczął się przechadzać po pokoju. Pochodził tak przez chwile z królewskim dostojeństwem, po czym stwierdził, że czegoś tu brakuje. Nagle złapał banana i potraktował go jak mikrofon. Znów zaczął się przechadzać, obserwując jak przy różnych ruchach układa się na ziemi jego królewski płaszcz. Wyraźnie był nim zachwycony, podobnie jak wszyscy fani tego wieczora. A kiedy tłumy szalały na jego punkcie, pomyślałem sobie: „To mój mężczyzna." Następnej soboty, dwudziestego pierwszego czerwca, MQueen" grał na Maimaritgelande w Mann-heim w Niemczech. W niedzielę rano, około czwartej, zbudził mnie w Garden Lodge telefon. Był to Freddie; wrzeszczał, że go zamknięto w jego pokoju i że nie może wyjść. Był wyraźnie w depresji i koniecznie chciał, żebym natychmiast do niego przyleciał. Gdy dotarłem do jego hotelu, Freddie wyglądał już dobrze, choć był nieco wykończony. Ale miło jest czuć się potrzebnym. Po Berlinie pojechaliśmy do Monachium. W hotelu Freddie nabzdyczył się na swój apartament, który był zupełnie bezbarwny i nieprzytulny; wcale mu się nie podobał. Przenieśliśmy się do innych pokoi, a potem dołączyliśmy do reszty ekipy i poszliśmy na obiad do niewielkiego lokalu. Bez ładu - 74 - FREDDIE MERCURY1 JA l składu zamawialiśmy potrawy, pochłonęliśmy ich ogromne ilości i spiliśmy się potwornie. Pamiętam, gadałem jak nakręcony z asystentem Rogera l; iylora, Chrisem „ChristaT Taylorem i asystentem I tilana, Jobym. Impreza ciągnęła się przez większą r/eść nocy po powrocie do hotelu. Z Monachium zespól poleciał do Zurichu, lecz ja |uż wróciłem do Londynu. Piątego lipca grali w Dublinie, gdzie jedyny raz w całym tym tournee przyjęto ich zupełnie bez entuzjazmu. Kilku pijaków wdarło się na koncert i obrzuciło czymś Freddiego. Po tym wieczorze Freddie przysiągł, że nigdy już „Queen" nie przyjedzie do Irlandii. I nie przyjechali. W końcu, przed samym powrotem do Londynu, zagrali w Newcastle. Piątek, jedenastego lipca, i sobota, dwunastego, byty kamieniami milowymi w karierze „QueenH. Dwa całkowicie wyprzedane koncerty na stadionie Wembley. Był to pierwszy występ grupy na tej olbrzymiej scenie od czasu, gdy na koncercie „Live Aid" rok wcześniej zdominowali całą imprezę. A teraz miało ich zobaczyć sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi! Freddie miał nawracające problemy z jakimiś naroślami na strunach głosowych - cena bycia piosenkarzem, Nie ruszał się więc nigdzie bez niedużej maszyny, parowego inhalatora, w którego działanie niezmiennie wierzył. Ssał też ciągle pastylki na gardło „Strepsils". Pierwszego wieczora na Wembley miał kłopoty z gardłem, ale zlekceważył je jako nie aż tak drastyczne, żeby przerwać występ. Jak zawsze, ja obserwowałem koncert podczas obu wieczorów z wszelkich możliwych miejsc na Wembley. Po koncertowe przyjęcie w sobotę odbyło się - 75 - Jim Hutton. Tirn Wapshott w „Roof Gardens Club" w Kensington. Z powodu obecności prasy Freddie chciał, żeby szła z nim pod rękę Mary. Zupełnie wyjątkowo udawał rym razem, że nie jest we mnie zakochany, i bardzo mnie za to przepraszał. - Musi tak być ze względu na prasę - powtarzał. Rozumiałem to w pełni i szedłem za nim w bezpiecznej odległości kilku kroków. Przyjęcie było charakterystycznym, typowym dla „Queen" utracjuszowskim wydarzeniem. Opróżniono setkę butelek szampana, a końcowy rachunek wyniósł ponad osiemdziesiąt tysięcy funtów. Na około pięciuset gości czekały w windach dziewczęta; nie miały na sobie nic poza malowidłami niemieckiego artysty, Bernda Bauera. Pojawiło się mnóstwo sławnych nazwisk: Jeff Beck, Nick Rho-des z „Duran Duran*, „Spandau Ballet", Paul King, Cliff Richard, Gary Glitter, Mel Smith, Griff Rhys Jones, Janet Street Porter i Fish z „Marillion"* ktoś, kogo naprawdę polubiłem. W pewnej chwili zespól „Queen" opanował niewielką scenę i zaczął grać stare numery rock and rollowe. Freddie znów skupił na sobie całą uwagę wraz z niezwykłą partnerką, modelką z trzecich stron gazet, Samanthą Fox. Wciągnął Sam siłą na scenę i razem odśpiewali szaleńczo Tutti Frutti i Sweet Little Rock and Roller. Kiedy kilkanaście minut później spotkałem Sam, dziewczyna wciąż jeszcze trzęsła się z podniecenia. Następnym przystankiem „Magie Tour" był stadion piłkarski „Main Road" w Manchesterze. Koncert miał się odbyć w środę, szesnastego lipca. Poleciałem tam z Freddiem i całą ekipą. Maryt Phoebe i ja chcieliśmy oglądać występ z widowni, - 76 - FREDDIE MERCURYI JA viec jeden z porządkowych poprowadził nas do < i /.ech foteli. Jakieś dziesięć minut później pojawiło • troje ludzi i poinformowało nas, że to ich miejs- i. Mary rozzłościła się i usiłowała ich wypłoszyć i wierdząc, że jest dziewczyną Freddiego, Nie byto to najszczęśliwsze posunięcie, nie pomogło nam też W niczym. Wręcz przeciwnie; nagle Mary została utresatką nieprzyjemnej tyrady chamowatego fa-ceta, o którym potem się dowiedziałem, że to Peter Moores, szef imperium Littlewoods Pools. Skoń- vło się na tym, że oddaliśmy miejsca i obejrzeliśmy koncert zza kulis. Po występie pod eskortą wyprowadzono nas wszystkich przez falujące, szalejące tłumy fanów. W pewnej chwili pojawiło się poważne zagrożenie zmiaż-c lżenia przez tłum, skryliśmy się więc do dwupoziomowego autokaru, który miał niestandardowe wyposażenie - specjalnie wbudowany tunel zamiast zwyczajnych drzwi. Żeby przyspieszyć odwrót „gueen", Mary, ja i spora część ekipy już siedzieliśmy w autobusie. Kiedy zespół wbiegł do tunelu, wszyscy pognaliśmy na górną platformę autokaru i patrzyliśmy na morze twarzy wokół. Co za pożegnanie! Odjechaliśmy pod eskortą policji. Syreny wyły, a nocne niebo rozjaśniały niebieskie światła. Dzięki temu mieliśmy swobodny przejazd przez miasto, a eskorta jechała z nami jeszcze daleko poza przedmieścia. W czasie tej podróży z powrotem do Londynu dużo myślałem o scenach, jakie rozegrały sie na moich oczach. Przypominały zdjęcia Beatlesów otoczonych rozszalałymi tłumami fanów w latach sześćdziesiątych. Po raz pierwszy w pełni zrozumiałem, jak bardzo przerażające mogą być takie sytuacje i dlaczego „Queen" przykłada taką - 77 - Jim Hutton, Tim Wapshott ¦ wagę do zabezpieczenia drogi odwrotu z wielotysięcznych tłumów podnieconych i rozbuchanych fanów. Po Manchesterze Freddie wyjechał z Joem na następny etap toumee - do Kolonii i Wiednia. A w niedziele, dwudziestego siódmego lipca, „gueen* grał w Budapeszcie. Było to historyczne wydarzenie. pierwszy raz za Żelazną Kurtyną, na otwartym stadionie, występował zachodni zespół rockowy z czołówki list przebojów. Grupa postanowiła na kilka dni przed występem wypuścić się na wyprawę Dunajem, by na koniec w wielkim stylu przybyć do Budapesztu wodolotem, którego przedtem używał prezydent Gorbaczow. Mary bardzo rzadko towarzyszyła Freddiemu w jego turach koncertowych, ale przy okazji tej wycieczki postanowił dać jej krótki urlop, więc zaprosił ją do Wiednia, żeby przyłączyła się do ekipy na wycieczce. Mary bardzo się denerwowała na myśl o pozostawieniu bez opieki Jerryłego, kota, którego odziedziczyła po Freddiem, więc zgłosiłem się na ochotnika, że pomieszkam w jej domu przez kilka dni i będę na niego uważał. Nie miałem jednak najmniejszego zamiaru przepuścić „węgierskiego wydarzenia", jak określano koncert. Biuro „Queen" w Londynie załatwiło mi przelot do Budapesztu na dwa dni przed występem, na piątek. Na lotnisku czekali na mnie Terry i Joe w samochodzie z kierowcą. Pojechaliśmy wprost do hotelu, gdzie Freddie zajmował Apartament Prezydencki. Był to naprawdę przewspanlały apartament z gigantycznym balkonem, teraz nabity tłumem ludzi - w rym Mary, Freddie, menedżer nQueen", Jim Beach, Brian May, John Deacon, Roger Taylor - 78 - FREDDIE MERCURYI JA (klóremu fizjoterapeuta ekipy właśnie rozluźniał mięśnie karku) i fotograf, Richard Young. Po wykonaniu prób nagłośnienia pojechaliśmy m.i ucztę w stylu węgierskim, gdzie wszystkie cholerne potrawy byty przyprawione papryką. Kiedy wróciliśmy do hotelu, przed snem wypuściłem się Mamotnie na niedługi, samotny, spokojny spacer po ulicach tego cudownego miasta. Kupienie na Węgrzech płyt i kaset było już bardzo I rudną rzeczą. Sam Pan Bóg wie, ile wysiłku trzeba było włożyć w nabycie jednego z osiemdziesięciu tysięcy biletów na koncert. Chociaż - z drugiej irony - dla większości mieszkańców Budapesztu hilety musiały być zbyt drogie. Kosztowały przecież równowartość miesięcznej pensji! Freddie chciał w bardzo wyjątkowy sposób po-i raktować swoich węgierskich fanów, którzy zdecydowali sie na taki wydatek, żeby tylko posłuchać im żywo swojego idola. Postanowił zaśpiewać Tava-szi Szef, wzruszającą, starą węgierską piosenkę. Dopiero po obiedzie w dniu występu dostał tekst, opędził wiec niezwykle pracowite popołudnie, prze- adzając się po pokoju i balkonie, i usilnie starając je opanować słowa. A nie było to łatwe. Obecność „Queen'y w Budapeszcie spowodowała mnóstwo zamieszania, a kiedy wreszcie wyjechaliśmy na koncert, policyjna eskorta całkowicie zablokowała miasto. Trwająca dwadzieścia minut podróż na stadion przypominała jazdę kolejką wysokogórską w lunaparku - na łeb na szyje. Jechałem z Freddiem w pierwszym z całej kawalkady samochodów, otoczonych ze wszystkich stron gęstym kordonem eskorty policyjnej. Z piskiem braliśmy zakręty, przeskakiwaliśmy skrzyżowania nie - 79 - Jim Hutton, Tim Wapshott zważając na światła, niemal przefruneliśmy przez miasto. Terry, Joe i ja byliśmy rozdygotani ze stra chu, na Freddiem jednak ta karkołomna jazda zdawała sie nie robić wrażenia. Cały czas uczył sk* słów węgierskiej pieśni i stale mruczał coś pod nosem. Koncert tego wieczora był czymś absolutnie niewiarygodnym. Na Nepstadionie wszędzie była policja, kontrolująca przeogromny tłum. Pierwszą część występu oglądałem zza kulis, ale potem poszedłem na widownie i resztę wieczoru spędziłem pośród ekstatycznego audytorium. Obserwowałem swojego meżczyzne-czarodzieja ze wszystkich możliwych miejsc na stadionie. Scena była wielka, a Freddie wykorzystywał każdy jej kawałek, w pocie czoła doprowadzając tłum do amoku. Ponad estradą sterczały wysokie pochodnie, plując ogniem. Całość wyglądała niesamowicie. Kiedy jednak Freddie zaczął śpiewać te węgierską piosenkę ludową, atmosfera stała się wręcz naelek-tryzowana. Napisał sobie słowa na dłoni i otwarcie korzystał z tej ściągi, ale to się nie liczyło! Po pierwszych słowach Węgrzy na widowni oszaleli, porwani odwagą tego obcokrajowca, który śpiewał ich najsławniejszą, najtrudniejszą pieśń. Na koniec ryk tłumu przytłoczył sobą wszystko, co dotąd słyszałem. Mimo że ledwie widziałem Freddiego z tej odległości, dojrzałem, że wyraźnie mu ulżyło. Dokonał tego! Przedarł sie przez tę pieśń. Pod koniec koncertu Freddie wrnaszerował na scenę w swym królewskim płaszczu i w koronie, a stadion eksplodował w euforii. Jeszcze wiele godzin po występie Freddie zachowywał się tak, jakby był na haju. - 80 - Z Freddicm na lerenic Garden Lodge w 13«5 roku. gdy pierwszy raz mnie t;im w brał. Z Freddiem w Monachium. 1985 rok. Z Freddiem i kocim gościem, Dorothy, w Monachium, 1985 rok. /, Freddiem i Uorothy, reddlcm grającym w .Sciabblc" W autobusie na Lraste kon^rto^ej, toumee w 1986 roku. zara^ pc JĘg0 dostarczeniu na Mu/radowana projektantka kostiumów Freddiego, Diana Mosely. M;nv Austin i ja właśnie pozowaliśmy do zdjęcia w Iraktrie „Magie Tour", kiedy Im Tim Wapshott kie drogi dojazdowe były tak zakorkowane nie kończącymi się sznurami samochodów, że całe hrabstwo stanęło. Na wiele mil przed Knebworth z okien śmigłowca widzieliśmy na każdej możliwej dróżce samochody, samochody, i jeszcze raz samochody - zderzak w zderzak. - Czy to wszystko przez nas? - spytał Freddie, - Tak - odrzekłem. - Oj! - pisnął z uśmiechem. Po wylądowaniu czekały już samochody, żeby dostarczyć zespół wprost do garderoby. Rozdzielono nas i spotkałem Freddiego dopiero w jego przyczepie. Zawsze przed występem był bardzo zdenerwowany. Tuż przed momentem wyjścia na scenę zdawał się buzować od nadmiaru nerwowej energii i często był wręcz niebezpiecznie rozdrażniony. Ale ten niepokój trwał tylko do chwili, kiedy wchodził na stopnie estrady. Gdy tylko widział twarze fanów, wpadał w świetny nastrój, W trakcie innych koncertów często wchodziłem pomiędzy publiczność i przepychałem się w stronę wież nagłośnieniowych, z których miałem najlepszy widok. Ale w Knebworth nie zdołałem przedrzeć się przez zbity tłum nawet w pobliże wież i przez większą część wieczoru pętałem się, popychany i zgniatany. Pod koniec koncertu podpłynęła do mnie w tłumie jakaś znajoma twarz. Należała do człowieka, którego spotkałem w Budapeszcie i który powiedział mi, że dostał specjalne pozwolenie na wyjazd z Węgier na koncert HQueen" w Knebworth. Tak mnie to poruszyło, że zabrałem go ze sobą za kulisy, gdzie przedstawiłem go Freddiemu. Węgier był zachwycony i pękał z dumy. Po koncercie, jak zwykle, odbyło się jedno z legen- - 92 - FREDDIE MERCURYIJA • I. irnych przyjęć ,.QueenłT, lecz Freddie i reszta grupy nie mogli zostać na noc - czekał na nas przecież helikopter, który miał nas zabrać z powrotem do I nndynu. W trakcie lotu powrotnego usłyszeliśmy, jeden z fanów zmarł, pchnięty nożem. Z powodu /bitego tłumu nie zdołano na czas dostarczyć go do karetki pogotowia i uratować mu życia. Po tej wiadomości Freddie zupełnie stracił humor. Następnego ranka Joe potwierdził niestety te I1 lotki - rzeczywiście jeden z fanów zmarł, nie doczekawszy pomocy po dźgnięciu nożem. Freddie okro-|niie się tym zmartwił, a przybycie przyjaciół na niedzielny lunch niewiele mu pomogło. Ja zaś, wychodząc po niedzielne gazety, pełen byłem najgor- ych przeczuć, co takiego brukowce zrobią z pożegnalnego koncertu „Queen". Ku mojemu wielkiemu skoczeniu nie znalazłem ani jednego złego słowa na ten temat, może z wyjątkiem doniesienia o tragicznej śmierci fana. Te przychylne informacje w gazę-lach trochę pocieszyły Freddiego, ale niepotrzebna itiierć na koncercie nie dawała mu spokoju. Chciał /; iwsze, żeby jego muzyka przynosiła tylko szczęście. Podczas gdy reszta ekipy leniwie spędzała ten dzień, Freddiego roznosiło. Już myślał intensywnie D przyszłości. Mimo że miał za sobą dopiero co odniesiony największy triumf na ziemi brytyjskiej, obmyślał nowe plany. Chciał natychmiast wracać do studia. Na razie jednak czekało go kilka tygodni odpoczynku i intensywnego życia towarzyskiego. Postanowił wydać przyjęcie z okazji swych czterdziestych urodzin w Garden Lodge, a potem ze mną i Joem wybrać się do Japonii. Obiecał mi, że to będą „wakacje życia", - 93 - Jim Hutton, Tim Wapshott Freddie strawił mnóstwo czasu na planowań u swych urodzin. W końcu zdecydował sie na przyjr cie „Szalony Kapelusz" i rozesłał ponad dwieścu zaproszeń na niedziele, siódmego września. Nir którzy z zaproszonych tak sie podniecili balem i wymogami, że w efekcie dwóch przyjaciół Fred diego z Royal Ballet nawiedziło nas na tydzień przed imprezą, w wymaganych strojach i do koni pletu w szalonych konstrukcjach na głowach. Chciałem dać Freddiemu coś wyjątkowego na tr wyjątkowe urodziny: złotą obrączkę ślubną. Miał to być sekret, wiec aby poznać jego rozmiar paicn serdecznego przymierzałem na wszystkie palce starą, spatynowaną obrączkę srebrną, którą dostał kiedyś od Winniego. Teraz obrączka ta poniewierał; i sie na dnie szuflady w sypialni. Pasowała idealnie na mój mały palec, i na tej podstawie kupiłem Freddiemu prostą, gładką, płaską złotą obrączkę. Wspomniałem Mary o tym, że ją kupuje, a ona uznała to za cudowny pomysł. W ciągu tygodnia poprzedzającego przyjęcie było cajty czas pochmurnie. Freddie chciał, żeby jego goście mogli swobodnie korzystać ze wszystkich przyjemności oferowanych przez dom i ogród, wiec modliliśmy sie o dobrą pogodę- A tymczasem dni upływały na przyjmowaniu dostaw na bal i przystrajaniu domu kwiatami. Freddie w swej skrupulatności doszedł do tego, że wszystkich spraw doglądał osobiście. Joe. Phoebe i ja po prostu wyko nywaliśmy polecenia naszego pana i władcy. Ogród był nieco zabałaganiony, bo Freddiemu właśnie budowano sporą sadzawkę, w której chciał hodować japońskie rybki koi Pośrodku ogrodu ziała wiec głęboka i szeroka dziura, a Freddie - 94 - FREDDIE MERCURYI JA i wiat się, że któryś z gości może w nią wpaść I poważnie się poturbować. W czwartek, w przeddzień jego urodzin, w domu |»vl(i kilka osób, między innymi Peter Straker, co i:iczato, że Freddie nie położy sie spać tej nocy. 111/ wiec przed pójściem do łóżka wywołałem Fredro do jadalni. Chciałem, żebyś to dostał rano, zaraz po wstaniu z łóżka - powiedziałem i wręczyłem mu pudełko brączką. Otworzył pudełko, wyjął obrączkę i natychmiast I i przymierzył. Pasowała jak ulał. Pocałował mnie, \n> czym przez chwilę sie do siebie tuliliśmy. Freddie nigdy nie był zwolennikiem obwieszania biżuterią, nie nosił ani łańcuszków, ani bran- ¦letek. Ale tę obrączkę zawsze miał na palcu. Kiedy byt w domu. Jednak wychodząc zdejmował |.|. Gej czy nie, nieważne - obrączka na serdecznym palcu jest jednoznaczna. A on nie miał ochoty niczym sie zdradzać. W sobotę poszedłem na zakupy i wróciłem z go- I1 >wym rozwiązaniem problemu dziury w ogrodzie. Przyniosłem kilkaset ogrodowych świeczek i lam-|irk, którymi można było otoczyć niebezpieczny teren. Kiedy się obudziliśmy w niedzielę, czysty błękit nieba zapowiadał słońce przez cały dzień. Zaraz rano zacząłem rozstawiać swoje świeczki wokół krawędzi dziury, Freddie wyjrzał przez okno i zaskoczył go mój widok na klęczkach koło nie dokończonego stawu. Po moim powrocie spytał, co robiłem. Ponieważ chciałem, żeby świeczki były niespodzianką, powiedziałem tylko, że zobaczy sam, wieczorem. - 95 - Jim Huźtori, Tim Wapshott Przyjęcie rozpoczęło się wczesnym popołudniem prezentacją kolorowych przebrań, mogących przyćmić każdą wielkanocną paradę. Wszyscy goście przybyli w kapeluszach, ale rodzaj nakrycia głowy zależał od właściciela tej głowy. Trafiały sie wioznal mnie w garniturze. Mimo że sam kupił mi lwa garnitury, nigdy nie zwracał specjalnej uwagi ia mój ubiór. I właśnie to mi powiedział, kiedy wróciłem z pracy wieczorem. Dodał, że dzisiaj po raz pierwszy zauważył na mnie garnitur. Przyjąłem to jako zawoa-lowany komplement. Jeny i zakupy W kilka dni po „Szalonym Kapeluszu" „Queen" znów zajął miejsce na czołówkach list przebojów utworem Who Wants to Live Foreuer. Dzięki temu Freddie był stale w euforii, kiedy pod koniec wrześ nia 1986 roku wyjeżdżaliśmy na nasze japońskie wakacje. Była to rzeczywiście podróż życia, a kosztowała ona Freddiego dobrze ponad milion funtów. Joe zapakował walizki Freddiego -jedną z koszulami i skarpetkami, drugą z dżinsami i kurtkami, Freddie był już przedtem w Japonii i uwielbiał mnie raczyć opowiadaniami o swych poprzednich wizytach. - Mowie ci, najlepiej pojechać tam na wiosnę, kiedy rozkwitają azalie! - powtarzał. Azalie były jego najulubieńszymi kwiatami. Powiedział mi też, że nie może sie doczekać robienia zakupów w Japonii - zakupów do Garden Lodge. Bo wreszcie postanowił zakrzątnąć sie wokół tego domu, który wciąż miał gołe ściany i puste pokoje. Chciał go zmienić w prawdziwy dom dla nas wszystkich. - 98 - FREDDIE MERCURYI JA Kole gospodyni w naszej japońskiej podróży miała k Misa Watanabe, zajmująca się wszystkimi ¦rawami p.Queenw w Japonii. Freddie kupił dla niej w prezencie przepiękny kryształowy wazon. Pocho- H z Francji, z firmy „Laliąue", ale prohibicyjne cła powodowały, że jego cena w Japonii była astronomiczna. Wazon był zbyt delikatny, żeby go oddać na kigaż, wzięliśmy go więc do samolotu w bagażu podręcznym. Ale kiedy przechodziliśmy przez bramkę kontrolną, wazonik nie pojawił się na ekranie I ochrona lotniska poleciła nam rozpakowanie go. Lecieliśmy dwanaście godzin samolotem „Japan Airlines" bezpośrednio do Tokio. Kiedy wylądowaliśmy około czwartej po południu miejscowego czasu, Misa Watanabe, delikatna, stylowa kobieta po czterdziestce, czekała na nas na lotnisku. Postarała sie nawet o niewielką ekipę rozhisteryzowanych fanów Freddiego. Misie Watanabe Freddie przedstawił mnie po prostu jako „swojego nowego faceta", a potem przez Jakąś minutę szeptał jej coś do ucha. Choć nie słyszałem, co mówił, byłem pewny, że opowiada o mnie. I nie potrzebowałem kończyć studiów, żeby się domyślić, że mówi miłe rzeczy. Na lotnisku czekał na Freddiego jeszcze jeden jego zaufany przyjaciel - ltami, niegdysiejszy ochroniarz, teraz właściciel agencji ochrony, który zawsze opiekował sie Freddiem w Japonii. Dobrą godzinę trwało powolne przedzieranie sie do Tokio w gigantycznym korku popołudniowego szczytu, A kiedy auto sie już zatrzymało, nie był to hotel, lecz ogromny sklep wielobranżowy o nazwie „Seibu". Był jeszcze otwarty specjalnie dla ostatniego klienta - Freddiego. A ten był w swoim żywio- - 99 - Jim Hutton, Tim Wapshott let kiedy witały go nie kończące się szeregi gotowych na każde skinienie sprzedawców. Przez następne cztery godziny Freddie robił zakupy. Sklep miał co najmniej siedem pięter, a każdr z nich przekopaliśmy w poszukiwaniu pięknych rzeczy. Okrzyk wojenny Freddiego brzmiał: „Kupuj do upadłego!" Kupił miedzy innymi czerwony lakie rowany kredens, filiżanki, miseczki, podpórki do pałeczek i kilka tuzinów pałeczek - niektóre kosz towaly po siedemdziesiąt piec funtów za parę, a były inkrustowane złotem lub srebrem. Wszystko w rym sklepie było niewiarygodnie drogie. Dorobił się szybko dziesięcioprocentowego rabatu, ale Misa biegała za nim i żądała, żeby sprzedawcy zapisywali wszystko na jej rachunek. - Jeśli to będzie na mnie, to dostane jeszcze piętnaście procent rabatu! - pokrzykiwała. Tak więc w efekcie Freddie dostał dwudziesto-pięcioprocentowy upust. Freddie mógłby robić zakupy całą noc. Uwielbiał wszystko, co japońskie, do tego stopnia, że jeszcze chwila, a zachciałby posiąść wszystko, co w zasięgu wzroku. W końcu jednak udało sie nam go wywlec ze sklepu. Już stojąc na chodniku na zewnątrz z fascynacją wpatrywałem się w ulice, pełne małych, szybko przemieszczających się czarnych gjów. Jak strumień mrówek-robotnic. Hałas i tempo poruszania się na chodnikach były niesamowite; wyglądało to wszystko jak żywa lawa. Napawałem się tym, a Freddie przyglądał mi się z uśmiechem. - Gdyby pojawiły się tu naturalne blond włosy, niezależnie od pici ich właściciela, wszyscy by się zatrzymywali i gapili - powiedział. - 100 - FREDDIE MERCURYI JA Wreszcie pojechaliśmy do hotelu. Zatrzymaliśmy się w hotelu „Ocura". Po przyj eż-t\/\v okazało się, że Misa zarezerwowała Freddiemu 11.1 j lepsze, co można było dostać - Apartament sarski. Był to bungalow wybudowany na dachu hudynku hotelowego, tak ogromny i luksusowy, że w jego skład wchodził osobny apartament dla pry- itnej służby. Drzwi wejściowe prowadziły do długiego hałlu, z którego w prawo wchodziło się do >i zewspaniałego salonu w kształcie litery L. Przez i< j^o zupełnie przeszklone ściany widać było hipnotyzującą panoramę miasta. Główna sypialnia niała swoją łazienkę z wanną w podłodze, tak wielką, że mogłoby się w niej kąpać dziesięć osób, Tnkoje Joego. również należące do apartamentu, miały własną kuchnię i salon. Misa dopilnowała, żeby czekał nas schłodzony szampan i kanapeczki. Freddie dal jej teraz tylko częściowo zapakowany wazonik, tłumacząc sie z jego nieszczęsnego wyglądu. Ale stan opakowania nie miał dla Misy najmniejszego znaczenia; była zachwycona. Potem zaczęły nadciągać tace z japońskim jedzeniem i wszyscy zajęli się konsumpcją. Kiedy w końcu Misa i jej ludzie poszli, padliśmy z Freddiem do łóżka. On wkrótce zasnął, ale ja nie mogłem. Pierwszy raz w życiu przeżywałem szok czasowy po podróży odrzutowcem i nie potrafiłem go pokonać. O czwartej nad ranem nie mogłem już dłużej wytrzymać bezsennego leżenia, więc dla rozrywki wstałem i zacząłem oglądać japońską telewizję. Oczywiście, żeby nie obudzić Freddiego, niemal zupełnie wyłączyłem dźwięk. Nie położyłem się już do łóżka; czekałem, aż Freddie sam się obudzi. - 101 - Jim Hutton, Tim Wapshott Około dziesiątej zjedliśmy śniadanie i już wpołn dnie byliśmy znów gotowi do akcji „Kupować! Ku pować! Kupować!" Kiedy wyszliśmy z apartament u, czekał na nas Itaini, który towarzyszy! nam hallu hotelowego. Tam czterech czy pięciu fanów czekało cierpliwie na Freddiego, każdy z małym, ślicznie zapakowanym prezentem. Kiedy Freddie Im dziękował, dawał autografy i pozował do zdjęć, poinformowano mnie, że są to fani tak oszalali na punkcie zespołu „Queen'\ iż jeżdżą za grupą po całym świecie. Jednym z pierwszych miejsc, w których sie za trzymaliśmy w tej zakupowej podróży, był sklep bardzo modnego projektanta mody o nazwisku Jun. którego ubrania Freddie wręcz uwielbiał. Potem poszliśmy do sklepu o nazwie „Beverly Hills'\ gdzie Freddie z miejsca zakochał się w garniturze. Był z błyszczącego materiału w kolorze pomiędzy płowym a szarym. Cały problem polegał na rym, że garnitur był na niego za duży. Wówczas Freddie rozejrzał sie po sklepie i znalazł inny garnitur, który pasował, po czym odwrócił sie do mnie i powiedział: - Może ty byś przymierzył tamten? Przymierzyłem i okazało sie, że leży idealnie. Ale powiedziałem, że go nie chcę, i oddałem go sprzedawcy. Biegaliśmy po „Beverly Hills" i kupowaliśmy koszule, potem przenieśliśmy się do innych butików. W jednym z nich Freddie spędził ponad dwie godziny na kupowaniu jedwabnych krawatów - w tym sporej liczby białych - które w większości kosztowały po siedemdziesiąt pięć funtów i więcej. Wybrał też i kupił kilka krawatów dla mnie, mimo że ja już też sobie kupiłem. - 102 - FREDDIE MERCURYI JA Aż do tego dnia nie miałem pojęcia, czy Freddie |jMsladał choćby jeden krawat. Ale jeśli nie, to dlyskawicznie nadrobi! zaległości, bo kupił ich pi/.cszło setkę. A już najgłupsze w tym wszystkim I o to, że nie umiał wiązać węzła na krawacie. Byt ).ik sroka, kupował na zapas, zdając sobie świetnie pi ;iwę, że będzie miał szczęście, jeśli zdoła założyć któryś z nich na szyję choćby raz w życiu. 1 zawsze, i' ndy miał ochotę nosić krawat, wolał mnie i prosił 11 | (ornoc w zawiązaniu. Gdy przyszło do płacenia, nkazało się, że Freddiemu zabrakło gotówki, a żalu ipów były już całe sterty, Joe i ja opróżniliśmy purtfele i jakoś zdołaliśmy wykupić go przy kasie. Myślę, że gdyby i nam nie starczyło pieniędzy, I reddie kazałby wszystko odłożyć i później przy- iłby tu któregoś z nas. Pojechaliśmy do Ginzy, części Tokio podobnej do londyńskiego Soho, gdzie jest mnóstwo sklepów nowinkami elektronicznymi. Freddie nie byl specjalnie dobry w elektronice i jej gadżetach, ale cała technika niezwykle go fascynowała. Puścił tam r.nów mnóstwo pieniędzy na elektroniczne notesy, a kiedy już wreszcie wyszliśmy ze sklepu, dał mi Jeden z nich. Po powrocie do hotelu ledwie zdołaliśmy wejść do hallu. Wszystko, co Freddie kupił w „Seibu", zostało sumiennie dostarczone i poustawiane w pudłach pod obiema ścianami. Zakupy Fred-diego z jednego sklepu kosztowały dwieście pięćdziesiąt tysięcy funtów! Jasne było, że niezależnie od ogromnych rozmiarów apartamentu niezbyt praktyczne jest zlecanie dostaw licznych zakupów Freddiego do hotelu. Od tamtej pory wszystko było wysyłane bezpo- - 103 - Jim Huttoru Tim Wapshott średnio do magazynu portowego, gdzie czekało na wysyłkę do domu. A Joe otrzymał niewdzięczni zadanie spisywania nabytków Freddiego. Tego wieczora Freddie, Joe i ja wychodziliśmy z Misą i jej przyjacielem do eleganckiej restauracji na dachu. Freddie chciał włożyć nową koszule, aJc okazało się, że jest paskudnie pognieciona. Nic mam pojęcia, dlaczego nie odesłaliśmy jej do wy prasowania, w każdym razie Joe zaczął wymyślać alternatywne sposoby usunięcia zagnieceń. Ale wyjście znalazłem ja: gorąca, metalowa pJyta, która utrzymywała w cieple przekąski w naszym pokoju. Odwróciłem ją do góry nogami i przy po mocy Joego po kilkuminutowej walce zdołałem uprasować koszulę. - Cwane z ciebie zwierzę, co? - mruknął Freddie. - No cóż, czasem się do czegoś przydaję - od parłem. Z okazji tej kolacji wszyscy włożyliśmy garnitury. Freddie wbił się w ten. który kupił w MBeverly Hills". Wówczas pierwszy raz w życiu widziałem go w garniturze i krawacie i muszę przyznać, że wyglądał wspaniale. Woląc trzymać się zachodniego jedzenia, Freddie, Joe i ja szarpnęliśmy się na soczyste steki, za które w Japonii zdzierają jak Cygan za matkę. Po kolacji wypuściliśmy się na obchód gejowskich klubów, włącznie z barem dla transwestytów. Kiedy tylko się tam pojawiliśmy, portier rozpoznał Misę i powitał ją z szacunkiem i radością, tytułując ją „Mamą Misą", Usiedliśmy i bawiliśmy się świetnie nieprzerwanym kabaretem przebierańców. W pewnej chwili do Freddiego dosiadła się jakaś dziewczyna. Powiedział jej, żeby sobie poszła, prze- - 104 - FREDDIE MERCURYI JA niosła się więc do mnie i paplała coś w łamanym unglelskim. Pojawiła się druga hostessa, zachęcając n;is do zabawy i picia. Ostrożnie z drinkami - szepnął Freddie. - Będą próbowały was nakłonić do picia większych ilości. Dużo później, kiedy zbieraliśmy się do wyjścia, l i eddie pochylił się do mnie. r- Wiesz, że te dwie dziewczyny to faceci? Zatkało mnie; nie miałem o tym pojęcia, W pierwszym tygodniu naszej wizyty w Japonii Misa urządziła u siebie w domu przyjęcie z okazji swoich urodzin. Cała nasza trójka przybyła, tym pazem w smokingach. I chociaż Freddie stanowczo odmówił założenia czarnej muszki, wyglądał wystrzałowo w jedwabnej, błękitnej kamizelce. Jadąc na przyjęcie zastanawialiśmy sięt czy wchodząc do domu Misy będziemy musieli zgodnie z japońskim r zwyczajem zdjąć buty. Na szczęście mimo swej wręcz okropnej tradycyjnej japoriskości Misa prowadziła dom o bardzo europejskim charakterze. Weszliśmy w butach. A kiedy nadszedł czas na tort urodzinowy, wjechały na stół aż dwa - jeden, cały pokryty białym lukrem, dla Misy, a drugi - przybrany wizerunkiem flagi brytyjskiej - dla Freddiego. - Skoro przeszło mi koło nosa twoje przyjęcie urodzinowe - powiedziała Misa - postanowiłam wyprawić ci urodziny tutaj. Tego wieczora Freddie całkowicie pogrążył się w rozmowie z japońskim artystą, postanawiając zamówić u niego obraz. Wyjaśniaj mu długo, jak obraz ma wyglądać, ruchami dłoni pokazując na-H wet, jak sobie wyobraża ruchy pędzla przy jego malowaniu. - 105 - Jim Hutton, Tim Wapshott Innego wieczora Misa zarządziła wyjście-niespo dziankę. Wiedzieliśmy tylko, że idziemy obejrzeć jakiś pokaz, ale nie było mowy o niczym szczególnym. Ubraliśmy się więc w zwykłe garnitury i wsied liśmy do czekającego samochodu. Jazda była sza leństwem. Posuwaliśmy sie w tempie chorego śli mąka i to, co na piechotę zajęłoby nam maksimum dziesięć minut, autem trwało wieczność. Dotarliśmy na miejsce z półgodzinnym opóźnieniem, ale naj gorsze dopiero miało nadejść. Kompletnym zaskoczeniem dla Freddiego - i to bardzo niemiłym - by! fakt, że miał być gościem honorowym na premierze musicalu Andrew Lloyda Webbera Cafe. Misa nie pisnęła na ten temat ani słowa, a całe przedstawienie opóźniono przez Freddiego. Misa pospiesznie wepchnęła nas do saloniku, gdzie Freddiemu przedstawiono pozostałych VIP--ów. Następnie jego przybycie obwieszczono ogromnej publiczności. I kiedy Freddie i Misa byli z honorami prowadzeni do przygotowanych specjalnie foteli w pierwszym rzędzie, wszyscy zerwali się z miejsc. Freddie dostał owację na stojąco. Tymczasem Joego i mnie po cichu doprowadzono do dwóch foteli przy końcu sali. Musical wystawiany był w całości po japońsku po gruntownej adaptacji oryginalnej londyńskiej produkcji. Mimo że nie rozumiałem ani słowa, występ bardzo mnie wciągnął. Po przedstawieniu Misa poprosiła Freddiego, żeby w ramach szczególnego ukłonu w stronę gospodarzy spotkaj się w garderobie z głównymi aktorami. Zgodził się, pod warunkiem jednak, że nie będzie musiał spotykać się z pozostałymi. Był na wakacjach, a to wszystko zbyt przypominało ciężką pracę. - 106 - FREDDIE MERCURYI JA Ale po spotkaniu z gwiazdą spektaklu Freddie ku emu przerażeniu zosta! zabrany na spotkanie r całym zespołem. Co gorsza, wszyscy ci aktorzy hyli w bardzo towarzyskim nastroju i rozwinęła sie / łego duża impreza. Nie było szans na ucieczkę bez zrobienia z siebie chama, więc zostaliśmy jesz-cze kilka godzin. Dużo, dużo później, już w hotelu, Kreddie rzucił się z wściekłością na Misę, wyrzucając jej, że nie uprzedziła go o rym wszystkim: że I >cdzie gościem honorowym, że powinien ubrać sie w smoking, i że będzie musiał spotkać się z aktorami. Ale wkrótce Misa zorganizowała dla Freddiego irawe, która była tak wspaniała* że chaos zwią-ly z Cats poszedł w zapomnienie. Zabrano nas la zwiedzanie wspaniałych terenów i cudownych ogrodów Złotego Pałacu, wybudowanego przez jednego z pierwszych cesarzy w starym Kyoto. Mieliśmy tam pojechać przesławnym japońskim „Pocią-giem-pociskiem". Byliśmy umówieni z Misą na dworcu około dziesiątej rano. Czekało na nas kilka osób z jej otoczenia, ale samej Misy nie było. Pociąg odjechał z peronu i szybko przyspieszał - w końcu jego nazwa wiąże się z jego szybkością maksymalną, przekraczającą sto pięćdziesiąt mil na godzinę. Freddie był pewien, że Misa po prostu się spóźniła. - Nie zdziwiłbym się, gdyby wynajęła helikopter - powiedział. - Pewnie już na nas czeka w Kyoto. Kilka minut później Misa weszła do naszego przedziału. Stare Kyoto okazało się niebywale pięknym miastem, pełnym sklepów z antykami, stanowiącymi wręcz raj dla Freddiego. Jeszcze zanim dotarliśmy - 107 - Jim Hutton, Tim Wapshott do Złotego Pałacu, Freddie uparł się na krótkie zakupy. I kupił ozdobne hibachi, coś w rodzaju starodawnego, przenośnego grilla z terakoty, mimu że nie było dokładnie w takim odcieniu błękitu. jakiego sobie życzył. Potem jeszcze nabył cztery bardzo wysokie stare świeczniki, lakierowane n;i czarno i złoto. Miały po cztery stopy wysokości i przypominały to, co ustawia się wokół trumny podczas ceremonii pogrzebowych. Nie podobały mi się. Chociaż Złoty Paląc przechodził właśnie renowa cje i był zamknięty dla zwiedzających. Misa zdołała zorganizować Freddiemu pozwolenie na spacer po niezliczonych akrach idealnie utrzymanych ogro dów. Chodziliśmy po terenach pałacowych przez kilka godzin, oglądając każdy kwiatek i krzew. Niestety, ukochane azalie Freddiego nie kwitły, ale nie narzekał, zafascynowany sztuką pielęgnacji roślin i kształtowania drzew. Potem trafił na inną swoją miłość, staw rybek koi, gdzie jak zahipnotyzowany wpatrywał się w złotego karpia królewskiego. Freddie uwielbiał biegać wszędzie, jak przystało na turystę, i pstrykać zdjęcia wszystkiego, co mu wpadło w oko. Nie był jednak zbyt sprawnym fotografem. Właściwie nie bardzo wiedział, co sie robi z aparatem fotograficznym, a pstrykał bez przygotowania. Kiedy wywołał już kilka swych pierwszych rolek filmu, okazało się, że wszystkie zdjęcia są nieostre. Niemniej stopniowo, ucząc się na własnych błędach, zaczynał chwytać metodę - szczególnie jeśli kilka razy mu się powtórzyło, co ma zrobić i kiedy. Od tej pory nic i nikt nie byłby już w stanie powstrzymać go przed robieniem zdjęć tuzinami. - 108 - FREDDIE MERCURY1 JA Z ogrodów Złotego Pałacu pojechaliśmy do hotelu w Kyoto. Byt to przygnębiający, betonowy potwór im modle zachodnią, wielki i bezosobowy. Freddie |rrinak zauważył, że leżący na tyłach hotelu pięknie ukształtowany ogród usiany jest chatynkami. Nie by to w nich właściwie nic poza fu tonami i łazienkami. Były to tradycyjne japońskie pokoiki. - Jesteśmy w Japonii, więc musimy żyć po japoń-Ku - zdecydował nagle Freddie. Dostaliśmy wiec taki pokój. Jednak najpierw Fred-11 u* postanowił wypić popołudniową herbatę, Ledwie znalazłem jakieś miejsce, gdzie można przysiąść t filiżanką, Freddie złapał mnie za ramię i powiedział: - Nie, nie będziemy tu siedzieć. Idziemy za róg. Wtedy dosłyszałem dobiegający zza rogu szrner \ plusk bieżącej wody, a kiedy podeszliśmy bliżej, okazało sie, że przez środek hotelu przepływa stru- lień pełen ryb kot Jeszcze bardziej zaskakujące >yło tof że za grubymi szybami okien był nawet iewielki wodospad i staw. Usiedliśmy więc obok tego wszystkiego i popijaliśmy herbatę, a Freddie tryskał radością i podziwem dla pomysłów twórców hotelu, znajdując szczególną przyjemność w pokazywaniu mi tego wszystkiego i zwracaniu uwagi na dziwaczne połączenia idei. Po herbacie poprowadzono nas przez ogród do naszej tradycyjnej japońskiej chatki. Była w najdalszym kącie ogrodu. Wewnątrz był jeden pokój, futon na podłodze i niewielka łazienka, W niej zaś nic wymyślnego, tylko spora drewniana wanna, którą postanowiliśmy natychmiast wypróbować. Rozebraliśmy się, a ja napuściłem wody. Kiedy wanna była pełna i już miałem do niej wejść, Freddie rnnie powstrzymał. - 109 - Jim Hutton, Tim Wapshott - Nie - powiedział. - Nie robi się tak. Przynaj mniej w Japonii. Skoro tu jesteśmy, zróbmy sobie japońską kąpiel. Postępując zgodnie z jego instrukcjami umyłem się poza wanną, mydląc się i spłukując za pomoc;i małego drewnianego naczynia. Do wanny należało wejść dopiero po oczyszczeniu ciała - po prostu po to, żeby się wymoczyć. Freddie również siv umył i wszedł do wannyt po czym moczyliśmy się razem. Freddie zawsze potrafił przesiadywać w wannie dużo dłużej ode mnie, był zdecydowania dzieckiem wody. Następną zaplanowaną dla nas przez Misę rzeczą była wizyta w szkole dla gejsz w Kyoto. Do wiedzieliśmy się tam, że są one częścią głęboko zakorzenionej w Japonii tradycji. Gejsza to poważny zawód, wymagający około siedmiu lat na-uki. Freddie był w swoim żywiole i chciał wiedzieć wszystko. Fascynował go makijaż dziewcząt. Dopytywał się, w jaki sposób uzyskuje się takie efekty i jak długo trwa nakładanie makijażu. Oszalał też na tle noszonych przez gejsze kolorowych kimon, wykonanych ze świetnych jedwabi i skrojonych z wielkimi, kwadratowymi rękawami. Zostaliśmy przedstawieni nauczycielce, starej, małej damie; w jej zasuszonej twarzy tkwił tylko jeden ząb. Grała ona na jednostrunowyrn instrumencie podobnym do banjo i śpiewała, a dziewczęta tańczyły wokółt żeby nas zabawić i zadowolić. Siedzieliśmy u ich stóp ze skrzyżowanymi nogami i braliśmy udział w tradycyjnej ceremonii picia herbaty. Potem pojechaliśmy do modnego klubu nocnego, w którym, oczywiście, Freddie natychmiast znalazł - 110 - FREDDIE MERCURYI JA \r w centrum uwagi. Wyglądało na to, że każdy chce go poznać. Freddiemu bardzo się spodoba! wesoły przebieraniec, przedstawiony nam przez Misę. Przezwał go natychmiast „HeShe" (OnOna). I < > zamknięciu lokalu HeShe zaprosił nas do siebie na drinka. Tam wszyscy plotkowali i chichotali, Awietnie się bawiąc, ale mnie tak bardzo rozłożył wreszcie szok czasowy, że wyciągnąłem sie na podłodze i zasnąłem na sposób japoński, opierając ^lowe na zaskakująco wygodnym klocku. Po kilku godzinach Freddie mnie obudził i pojechaliśmy z powrotem do hotelu i naszej spartańskiej chatki. Zaskoczyło mnie wówczas, że Freddie przy swoim stanie posiadania wciąż potrafił się < ieszyć na myśl o spaniu na podłodze po prostu po to, żeby spróbować japońskiego stylu życia. Rano, idąc do hotelu, zajrzeliśmy do Joego. Jego chatka była równie prosta jak nasza, ale trochę większa, co nie ucieszyło Freddiego. Mimo swych skłonności do wypróbowywania japońskiego stylu życia, entuzjastyczny stosunek Freddiego do tego kraju nie rozciągał sie na chęć nauki języka. Nigdy nie pociągało go mówienie innymi jeżykami. Uważał, że wystarcza mu angielski. Po dwóch latach mieszkania w Monachium poznał ledwie parę słów po niemiecku, a jedynym sygnałem, że przebywał poza Wielką Brytanią, było u niego czasami inaczej wymawiane „w". W czasie naszej podróży po Japonii Freddie używał tylko dwóch słów po Japońsku - domo i mushi mus/U Powtarzał je za każdym razem, gdy coś go bardzo ucieszyło lub zafascynowało, choć nie miał pojęcia, co te słowa oznaczają. Podłapał je wyłącznie dlatego, że podobało mu sie ich brzmienie. - 111 - Jim Hutton, Tim Wapshott Naszym następnym przystankiem w podróży byl;i Osaka, gdzie skierowaliśmy się do domu towarowego, o którym Freddie nie przestawał opowiada* od chwili wyjazdu z Garden Lodge. Sklep ten jesi niemal w całości pod ziemią i nawet metro przejeż dża przez jego wnętrze. Sprzedaje sie tam absolutnie wszystko, a jednak - niebywałe - Freddie niczego w nim nie kupił, choć musieliśmy obejść wszysI kie pomieszczenia. Była tylko jedna cześć tego sklepu, którą Freddie chciał mi pokazać i gdzie mnie w końcu zaprowadził: wielki staw z rybami koi Szalał na ich punkcie, a ja wreszcie zrozumiałem dlaczego. To były naprawdę wspaniałe ryby. Wieczorem wróciliśmy do Tokio, znów pociągiem, i oglądaliśmy telewizję. Nagle Freddie zamilkł. Tego właśnie popołudnia odkryto, że tory, po których porusza się „Pociąg-pocisk\ są niebezpieczne. Fred die zawsze starał sie unikać wszelkich niebezpieczeństw. Gdyby wiedział o torach wcześniej, albo odwołałby wizytę, albo uparłby się przy innym środku transportu. Jedną z pasji Freddiego była stara porcelana, Kiedy wiec usłyszał o pewnym człowieku w Chiba, który miał muzeum z bezcennymi jej zbiorami, poprosi I Misę o zorganizowanie prywatnej wizyty. Muzeum było o dobre dwie godziny jazdy od Tokio. Opuszczając hotel jak zwykle natknęliśmy się na grupkę cierpliwych fanów czekających w hallu hotelowym. Wszyscy byli uzbrojeni w niewielkie prezenty dla Freddiego. Przed wyjazdem jeszcze moment z nimi pogadaliśmy, Freddie nienawidził długich podróży samochodem i szybko sie podczas nich nudził- Dojrzawszy więc znak „McDonalda" wykrzyknął, że chce ham- - 112 - FREDDIE MERCURYI JA Imrgera. No i przeszliśmy całą operację „Big Mac / frytkami". Kiedy dotarliśmy do muzeum, czekała już na nas grupka tych samych fanów, którzy żegnali Fred-tliego przed hotelem. - Jak oni to zrobili, do cholery?! - wykrzyknął I'reddie i poszedł znów z nimi pogadać. Wizytę w muzeum rozpoczęliśmy od tradycyjnej ceremonii picia herbaty, potem właściciel oprowadził nas po swej kolekcji porcelany. Muzeum było pełne wyrobów we wszelkich kolorach i rozmiarach; od malutkich, delikatnych miseczek po gigantyczne wazony, dwukrotnie wyższe od człowieka. Nawet Kreddie przyznał, że czegoś takiego nie dałoby się wystać do domu. Poza porcelaną muzeum zawierało unikatowe dzieła sztuki japońskiej i druków. Byty tam też wspaniałe, lakierowane antyczne meble, a wśród nich stary wieszak na kimona, wyglądający jak delikatna, postawiona na jednym końcu rama łóżka. Zobaczywszy kilka przepięknych talerzy lmari, Freddie usiłował je natychmiast kupić, ale na jego wszelkie próby tego typu natychmiast odpowiadano, że nic w tym muzeum nie jest na sprzedaż. A dosłownie wszystko, co tam zobaczył, natychmiast chciał mieć, ciągle wiec prosił o sprzedanie tego czy tamtego w nadziei, że w końcu właściciel zmieni zdanie. Na koniec wizyty właściciel kolekcji wręczył Freddiemu katalog muzeum z dedykacją. Na szczęście katalog był po angielsku, więc Freddie pogrążył się w jego lekturze w czasie całej drogi powrotnej do Tokio. Tego wieczora wyszliśmy z Misą na kolację do restauracji podobnej do „Tokyo Joełs" w Londynie, - 113 - Jim Hutton, Tim Wapshott gdzie wszystko jest przyrządzane przy stole. Po wejściu okazało się, że odbywa się tam japońskie przyjęcie weselne. Państwo młodzi właśnie pozo wali do zdjęć, Freddie był oczarowany wspaniałym strojem dziewczyny. Miała na sobie fantastycznie kolorowe jedwabne kimono ozdobione wymyślnymi haftami. Przy jakiejś okazji Misa wspomniała Freddiemu, że niektórzy Japończycy kąpią się w sake, mocnym winie ryżowym. Wypytał ją na ten temat dokładnie, po czym, gdy tylko było to możliwe, wysłał Joego po dużą butle taniej sake. Potem napełnił wodą wannę, wlał całą butle sake i obaj weszliśmy do wanny. Być może alkohol zawarty w sake miał jakieś ściągające skórę działanie, które mogło być zdrowe, ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że kąpiel w sake nie jest doświadczeniem, które chcielibyśmy powtarzać. Niemniej później Freddie lubił opowiadać przyjaciołom: - Wchodzisz trzeźwy do kąpieli z sake, a wychodzisz pijany. Freddie zawsze był amatorem przygód - chciał przynajmniej raz wszystkiego spróbować, pod wa runkiem jednak, że nie było to niebezpieczne. Teraz znów opętał go szał zakupów i zaczął kupować na kilogramy popielniczki. Czasami obserwowałem u niego coś, co dałoby sie określić jako II paniczne zakupy. Zupełnie jakby się bał, że sklep się wyprzeda ze wszystkiego, nim on zdąży nakupić tyle rzeczy, żeby zaspokoić swoje żądze. Mógłby sam obkupić całą Anglię. |i Następnie odkrył w Nagoi sklep z tysiącami tera- kotowych hibachi, we wszystkich kolorach, starych i nowych, składowanych stertami od podłogi po 1 -114- FREDDIE MERCURYI JA t lit. Wciąż poszukiwał hibachi ozdobionego w spe-«\ liczny sposób, konkretnym odcieniem japońskiego błękitu. Poszukiwania takiego hibachi stały wręcz obsesyjne. Wszędzie metodycznie oglądaliśmy wszystkie hihajcht W tym wiec sklepie, jak zwykle, systematycznie przeszukiwaliśmy półki, .1 Freddie półprzytomnym wzrokiem sprawdzał każde • znalezione hibachL W pewnej chwili na czworakach zaglądałem pod polki, sprawdzając, czy nie ma już nic więcej. Na ten widok Misa dostała ataku niiechu -jeszcze nigdy w życiu nie widziała czegoś takiego. Jednak przyczyna jej śmiechu była prosta - nie rozumiała, że Freddie jest perfekcjonistą. W końcu znaleźliśmy to, czego szukaliśmy. Niemal czołgając sie pod półkami natknąłem się nagle na ten właśnie odpowiedni odcień błękitu, obwiedziony intensywną żółcią. Twarz Freddiego pojaśniała, gdy wręczyłem mu to hibachi. - Znalazłeś tam tylko jedno? - spytał niemal natychmiast. Westchnąłem i z powrotem opadłem na kolana. Okazało się na szczęście, że jest tylko jedno - i Fred-lieje kupił. W następnym sklepie wykonywano na zamówie- te piękne ceramiczne miski, zdobione głęboką czerwienią i złotem. Freddie zamówił dwie miski 1 polecił w ich wnętrzach wypisać po japońsku swoje imię. Potem poszliśmy obejrzeć wystawę wyjątkowo pięknych wyrobów emaliowanych, stworzonych przez jeden z japońskich „Żywych Skarbów", Ten zaszczytny tytuł nadawany jest w Japonii najwybitniejszym z żyjących artystów, których prace są tak :enne, że przed ich sprzedaniem należy je pokazać - 115 - Jim Hutton, Tim Wapshott publicznie na wystawie. Freddie oszalał na punkcir wielu wystawionych tam prac i chciał je natycl i miast kupić. Organizatorzy niemal dostali apop leksji z zatroskania, bo prace należało oficjalnir pokazać na wystawie, a to tutaj było zaledwie prób i ekspozycji. Z podnieceniem rozmawiali miedzy sob;i po japońsku, i nawet Misa wyglądała na podener wowaną tym wszystkim. Gdyby Freddiemu udało się kupić te rzeczy, trudno byłoby wywieźć je z Ja ponii, bo prace „Żywych Skarbów" są niezwykle cenne dla kraju, W końcu Freddie zgodził się, że dostanie swoje nabytki dopiero po publicznej ekspozycji, ale wytargował, że zostaną wystawione z informacją: „Dzięki uprzejmości pana Freddiego Mercury, z jego prywatnej kolekcji." W ciągu godziny Freddie przepuścił na zakupy ponad pół miliona funtów. Kupił wielki czerwono brązowy obraz przedstawiający opadające liście i sadzawkę koi oraz cztery inne dzieła sztuki, w tym trzycalowej wysokości kota, pięknie polakierowa-nego i wypolerowanego. Następnego dnia poszliśmy na zakupy z Itamirn i tłumaczką. Zajrzeliśmy do sklepu Cartierat gdzie Freddie kupił zapalniczkę i dwa pióra wieczne. Gdy tylko wyszliśmy, wyciągnął jedno pióro. - Proszę, to dla ciebie - powiedział, wręczając je tłumaczce. - To podziękowanie za opiekę nade mną. Dziewczyna odpowiedziała mu szerokim uśmiechem radości. Po powrocie do hotelu, kiedy zostaliśmy sami, Freddie dał mi drugie pióro i zapalniczkę. Innym pamiętnym wyjściem była wyprawa na spektakl Kabuki, tradycyjnego teatru mimiczno--tanecznego, Freddie uwielbiał tę bardzo japońską - 116 - FREDDJE MERCURYI JA formę teatru z jej wspaniałymi strojami, bardzo wystylizowanym stylem gry i efektów scenicznych. - To jest prawdziwy teatr! - powiedział mi po powrocie do hotelu, Tod koniec naszego pobytu w Japonii Misa zarządziła wyjście do restauracji wyspecjalizowanej w potrawach z kurczaków. Ja nie mogłem. Poprzedniego wieczora jedliśmy kolacje w niewielkiej knajpce, a kiedy wstałem rano, nie czułem sie • lobrze. Miałem lekkie zatrucie i uznałem, że najlepiej będzie pozostać w ióżku cały dzień - z Fred-ukował bilety na późniejszy powrót. - Twoja choroba nie może ci popsuć wyprawy * powiedział, - Będziesz miał pełne wakacje. Misa sprowadziła lekarza, który mnie zbadał wystawił mi zwolnienie z pracy - po japońsku. totem Joe zadzwonił do „Savoyu" w Londynie i wyjaśnił, że jestem chory i w związku z tym wrócę do pracy o tydzień później. Przez kilka dni Freddie nie ruszał się z naszego apartamentu, siedział przy łóżku jak kura na grzędzie i ciągle mnie tulił - a ja leżałem jak bezbronna ofiara. Kiedy już doszedłem do siebie, większość czasu spędziliśmy na zakupach na ostatnią chwile. Fred- - 117 - Jim Hutton, Tim Wapshott die zdąży} już kupić fenomenalne czerwone kimono, rozpoczęliśmy więc łowy na naprawdę dużej klasy antyczny wieszak dla niego - taki jak ten, który widzieliśmy w muzeum, W końcu dostaliśmy wia domość, że ktoś ze znajomych znalazł stojak z laki. pognaliśmy wiec, żeby go obejrzeć. - Biorę! - powiedział krótko Freddie, gdy tylko go zobaczył, W podzięce za świetną opiekę Freddie postanowi! dać Itamiemu miecz samuraj ski. Poprosił zatem Itamiego, żeby nas zabrał do sklepu z bronią i kupił tam dwa miecze. Po wyjściu ze sklepu Freddie zupełnie zaskoczył Kamiego, wręczając mu jeden z nich. Drugi był dla Terryego. Freddie kupił tez dla Phoebe piękny sekretarzyk, a dla Mary uszyto na miarę niesamowicie drogą skórzaną sukienkę. Była to bardzo romantyczna podróż. Freddie nie musiał mnie nawet pytać, czy mi się podobałot bo na twarzy ciągle miałem wyraz zachwytu. Mimo że nasze wakacje w Japonii dobiegły już kresu, najlepsze dopiero nadciągało: przez kilka miesięcy po powrocie nadchodziły do Garden Lodge wszystkie wspaniałe zakupy Freddiego. Jakimś cudem niczego nie brakowało; zaledwie kilka sztuk było uszkodzonych - w tym obie zamówione przez niego miseczki z jego imieniem. Lecieliśmy do domu przez Alaskę, gdzie musieliśmy czekać sześć godzin. Freddie obawiał się tej przerwy. Zgadywał, że poczekalnia pierwszej klasy będzie nieczynna, natomiast publiczna poczekalnia okaże sie pełna ludzi wymęczonych, zniecierpliwionych i pijanych. I niestety miał rację. Potem, na dokładkę do tych niemiłych wrażeń, nasz kolejny lot skończył się w Monachium, gdzie znów musieliś- - 118 - FREDDIE MERCURYI JA ¦ i iv czekać na połączenie cztery godziny. Po dotarciu ii.i Heathrow lecieliśmy z nóg ze zmęczenia i nie l tyliśmy przygotowani na stawianie czoła nieprzyjemnym niespodziankom. Kiedy przeszliśmy przez odprawę celną, zostaliśmy napadnięci przez repor-tera z Fleet Street z fotografem, którzy rzucili Fred- ¦ litłmu w twarz oskarżycielską historyjkę o lęku przed AIDS. Pod wielkim, całostronicowym tytułem Gwiazda Queen", Freddie Mercwy, obawia się AIDS gazeta News of the World" donosiła, że Freddie w tajemnicy poddał się testom na AIDS w klinice Harley ! ^i reet pod swym prawdziwym nazwiskiem, Freddie Hulsara. Rezultaty testu - według jakiegoś nie liniejącego rzecznika Freddiego - nie wykazały, /rby Freddie cierpiał na „śmiertelną zarazę". Ta pozbawiona smaku historyjka od początku do koń-i i była zmyślona. Nawet jej zakończenie było kłamliwe - artykuł donosił, że Freddie i Mary mieszkają razem w Garden Lodge. Freddie byl podenerwowany. Nie rozumiał, dla-zego nikt z Biura „pueen" w Londynie nie podniósł u i nie ostrzegł go. Czy wyglądam, jakbym umierał na AIDS? - spy-lał reportera. Powiedział, że nie ma pojęcia, kto mógł naopowiadać tych głupot, i że brudne ploty lylko go denerwują. - Rzygać mi się od tego chce - zakończył, - A teraz odwalcie się ode mnie i dajcie i święty spokój. W drodze do Garden Lodge wciąż jeszcze był ściekły. - Jak to miło wrócić do domu - powtarzał z sar- azmem. Po pewnym czasie rozjaśniła mu się twarz. Były - 119 - Jim Hutton. Tim Wapshott przecież ważniejsze sprawy - wracał po długi r rozłące do swych dwóch kotów - Oscara i TIfl;i ny'ego. Na pamiątkę czarodziejskich chwil Freddie d;il mi zupełnie wyjątkowy prezent z Japonii - złoi;i płytę. Dostai ją za sprzedanie stu tysięcy egzem p larzy albumu A Kurd of Magie w Japonii. - Z pewnością nigdy nie spodziewałeś sie, U będziesz miał złotą płytę - żartował, wręczając mi ji) I miał rację. Jesteś zwolniony I C wyglądam, jakbym umierał na AIDS? wścieka sie Freddie - krzyczał nagłówek poniedziałkowego „The Sunw czternastego października 1986 roku nad artykułem reklamowanym jako .1 kskluzywny". Freddie naprawdę był wściekły. Powtarzał, że nie robił testu, jak to sugerowały gazety, ale cała ta historia na kilka dni pogrążyła w chandrze. Wyraźnie go męczyła, ciągle o niej myślał. Zwykle Freddie ignorował spekulacje prasy, ale tym razem reporterzy chyba trafili w czuły punkt. Myślę, że sam skrywał wątpliwości na temat swojego zdrowia, bo przecież, zanim się spotkaliśmy, prowadził więcej niż bujne życie gwiazdy rocka - „all sex, drugs and rock and roli" plus długa lista przypadkowych znajomości na jedną noc. W dniu, w którym „The Sun" wydrukował tę jensacyjkę, powróciłem do swej szarej codzienności w „Sayoyu", Dzień nie przeszedł najlepiej. Z przerażeniem dowiedziałem się, że salon fryzjerski został sprzedany. Poznałem nowego właściciela i nie byłem nim zachwycony. Zupełnie przestało mi się - 121 - Jim Hutton, Tim Wapshott podobać, kiedy przedstawi! mi swojego młodszemu brata, śliskiego małego człowieczka, jako nowego kierownika. Życie w „Savoyu" zaczynało się robir nieprzyjemne. Nowy właściciel postanowił zmieni* salon ze staroświeckiego, szacownego punktu fryz jerskiego dla dżentelmenów w jedno z tych mod nych miejsc typu „obetnij, wysusz, gotowe". Moja praca szybko stawała się nie do zniesienia, ale przynajmniej miałem Freddiego i Garden Lodgr - miałem wiec do kogo i dokąd wracać. Na Boże Narodzenie tego roku t,Queen" postano wił wydać album pod tytułem Live Magie, zawierający wersje na żywo ich przebojów. Poza tym chłop cy umówili się, że na mniej więcej rok wezmą sobie wolne od pracy zespołowej, żeby naładować baterie i mieć trochę czasu na indywidualne plany. Ich decyzje wywołały w prasie artykuły, donoszące, że „Queen" jest o krok od rozpadu. Takie historie ciągle krążyły, ale nigdy nawet nie ocierały sie 0 prawdę. Owszem, czasami, gdy zespół pracował razem, po humorze Freddiego poznawałem, że wybuchła jakaś kłótnia, ale po pierwsze było to rzadkie, a po drugie naturalne. To byli czterej bardzo twórczy artyści, wybuchy temperamentu były więc najnormalniejsze w świecie. Każdy czasem coś chlapnie, choć naprawdę tak nie myśli. Zresztą, kiedy dochodziło do jakiejś mocno nerwowej sytuacji, zawsze potrafili znaleźć szybki sposób na rozładowanie napięcia, a Freddie, gdy było trzeba, umiał sie zmienić w największego dyplomatę pod słońcem. Byłem przekonany, że mając tyle wolnego czasu Freddie zacznie prowadzić bujne życie towarzyskie 1 wręcz nie będzie wychodził z klubów nocnych, A jednak stało się inaczej - zaczął prowadzić doma- - 122 - FREDDIE MERCURY1JA torski tryb życia, jak ja. Nasze życie biegło teraz cicho w Garden Lodge. Niemal w każdą sobotę wieczorem Joe i Phoebe wychodzili, zostawiając nas dwóch przytulonych na sofie i oglądających telewizję. Czasami kładliśmy się spać około dziesiątej, co nie oznaczało jednak, że Freddie wstawał choćby ociupinkę wcześniej. Lubił wypić w łóżku poranną filiżankę herbaty o ósmej, a potem po-drzemać jeszcze godzinę lub dwie, Freddie lubił, żeby w domu otaczały go zdjęcia wszystkich mu bliskich, większość w srebrnych ramkach. Wielki fortepian w salonie pokryty byt czterdziestoma (czy coś koło tego) fotografiami - mo-tmi, Joego, Mary, Barbary, Petera Strakera i oczywiście kotów, I Freddie, i ja mieliśmy też zdjęcia po obu stronach łóżka. Pewnego wieczora przeglądałem w łóżku stary album ze zdjęciami mojej rodziny. Freddie usiadł koło mnie i uważnie oglądał wszystkie zdjęcia. Szczególnie podobało mu się zdjęcie, na którym jako chłopiec byłem z rodzicami. Następnego wieczora pokazał mi nową srebrną ramkę, którą właśnie kupił. - To na twoje zdjęcie rodzinne - powiedział. - Nawet wiem już, gdzie będzie stało. 1 postawił je na małym okrągłym stoliczku w sypialni. W ten sposób było pierwszą rzeczą, na którą patrzył po wstaniu z łóżka. W pojęciu Freddiego Paul Prenter zawsze był członkiem Rodziny. Był wieloletnim przyjacielem, który kiedyś pracował jako menedżer „Queen\ ale został zwolniony. Żeby rnu pomóc, Freddie zlecił mu pracę nad niektórymi swymi indywidualnymi nagraniami. Pod koniec 1986 roku Prenter miał - 123 - Jim Hutton, Tira Wapshott bardzo pechowy okres życia, wiec Freddie postanowił zorganizować rnu wakacje. 1 tak Prenter prze/ cale ferie świąteczne i noworoczne miał mieszkać w domu przy Staftbrd Terrace. Ponieważ zaś Prenter był zupełnie spłukany, Freddie dał mu tyle pieniędzy, żeby mógł szaleć przez cate ferie. W sobotę przed Bożym Narodzeniem było szaro i pochmurno, ale Freddie był w znakomitym humorze. PoleciłTerryłemu przygotować samochód; mieliś my pojechać na zakupy do „Harrodsa". Freddie-zadecydował, że będzie to wyprawa po drogie wody koloriskie i płyny po goleniu - nic więcej. 1 wkrótce obsługa działu perfumeryjnego u „Harrodsa" w kon sternacji obserwowała, jak Freddie wciąż powiększa swe zamówienie o coraz to nowe butelki - w przeróżnych kształtach i rozmiarach. Uzbierał tego w końcu wystarczająco dużo, żeby do połowy zatopić Knights-bridge. Wówczas nastąpił ambarasujący moment. Freddie uprzejmym gestem wręczył uśmiechniętej sprzedawczyni swoją kartę American Express, a ta zniknęła za przepierzeniem, żeby zaksięgować ogromną sumę. Jednak niemal natychmiast pojawiła się z powrotem z niewyraźną miną. - Przykro mi, proszę pana - powiedziała oddając Freddiemu kartę. - Ma pan przekroczony limit. Czy ma pan jakąś inną kartę? - Jestem Freddie Mercury - odparł Freddie. - Takt proszę pana - odrzekła dziewczyna. - Ja o tym wiem. Ale American Express nie wie. I odmówiła transakcji, z czego Freddie był bardzo niezadowolony. On nigdy nie rozumiał słowa „nie". Byl w tym wspaniały. Tymczasem Joe, Terry i ja wypróżniliśmy portfele i kieszenie, żeby zapłacić za to wszystko. - 124 - FREDDIE MERCURYI JA Pośród całego tego morza zapachów, które Fred-die wówczas kupił, była wielka butla wody kolońs-kiej Lagerfelda, jedynego zapachu, jakiego używam. obok tego kanistra buteleczka, którą do tej pory u /ymałem na półce w łazience, wyglądała jak bez-l.itna próbka. Freddie dał mi wtedy także kom-tny zestaw upominkowy Lagerfelda, którego do-i ul nie zdołałem jeszcze zużyć, mimo że korzystam 11 codziennie. Święta Bożego Narodzenia 1986 roku byty zdecy-lowanie weselsze niż te pierwsze w Garden Lodge. V pierwszy dzień świąt gościliśmy w naszym domu niedzy innymi Mary, Paula Prentera, Trevora Clar-te'a i Petera Strakera, który został już członkiem todziny. Razem ponad dwadzieścia osób zasiadło lo obiadu. Jadalnia okazała sie za malat wiec >olączyliśmy dwa stoły i ustawiliśmy je w salonie. ło posiłku rzuciliśmy się do rozkopywania góry >rezentów świątecznych leżących pod choinka. Ja lałem Freddiemu srebrne pudełko na chusteczki, które kupiłem w antykwariacie niedaleko „Savoyu". W noc noworoczną odbyło się przyjęcie, którego lie zapomną ani goście, ani sąsiedzi. Na dzień i inya Fawkesa kupiłem sztuczne ognie, ale ich nie wykorzystałem, postanowiliśmy wiec odpalić je na powitanie 1987 roku. Spędziłem z Phoebe pracowity dzień, ustawiając race w ogrodzie i układając setki zimnych ogni w kamiennych urnach na zwień-eniach bramy. Kiedy nadeszła północ, Phoebe I ja ruszyliśmy do roboty. Do zapalenia zimnych ogni użyłem lampy lutowniczej. Nasze fajerwerki rozświetliły noc, a sąsiedzi wiwatowali i cieszyli sie razem z nami po każdym kolejnym wybuchu kolorów na niebie. - 125 - Jim Hutton. Tim Wapshott I Na przypadające kilka dni później moje urodzin\ Freddie chciał mi dać coś z biżuterii, na przykhiil cienką złotą bransoletkę. Powiedziałem, ze to nk w moim guście, ale on się ze mną nie zgodził Poszliśmy wiec obejrzeć biżuterie u Cartiera ru Bond Street. Na szczęście nie mieli nic odpowie dniego na składzie. Ale wówczas wpadły nam w oko dwie nieprawdopodobne obrączki, zamo wionę, lecz nie wykupione. Mniejsza z nich byl;i delikatnym sygnetem z osiemnastokaratowego zło ta z platynowym okiem. Przymierzyłem, ale sygntl był za duży. Daliśmy sobie spokój z planami hu laszczych zakupów. - Nie przejmuj się - powiedział Freddie, - Znaj dziemy coś na urodzinowy prezent dla ciebie, tyle że nie dostaniesz go w dzień urodzin. Freddie dopytywał sie, czy chce przyjęcie w Garden Lodge, ale mając w pamięci hecę z zaginionym wazonikiem rok wcześniej, stanowczo zaprzeczy łem. - Nie - odparłem. - Zapraszam cię do restauracji. Poszliśmy do „Ponteyecchio", restauracji położonej niedaleko domu, na Old Brompton Road w Earl's Court Zaprosiłem też Joego, Phoebe, Mary i Petera Strakera. Impreza miała być na mój koszt. Ale chwile potem, jak poprosiłem o rachunek, poczułem, że ktoś delikatnie stuka mnie pod stołem w kolano. Zerknąłem w dół; była to dłoń Freddiego, pełna banknotów. - Nie, ja płacę - szepnąłem. Po powrocie do Garden Lodge przeżyłem niespodziankę. Kiedy Freddie otwierał szampana i po raz enty wznosił toast za moje zdrowie, Joe i Phoebe wyślizgnęli się z pokoju. Po chwili zgasły światła, - 126 - FREDDIE MERCURYI JA mii wkroczyli niosąc nieprawdopodobny tort kształcie ryby kroi z pojedynczą świeczką na samej ftrze. I ¦; irę dni później pracowałem w ogrodzie, kiedy I mc I szedł do mnie Freddie. Masz, to jest czek podpisany in blanco - powielał. - Idź i kup sobie jakieś świecidełko u Cartiera. Wróciłem więc na Bond Street, ponownie poprosiłem o ten sygnet, który oglądałem z Freddiem, i kazałem go zmniejszyć. Wróciłem do domu, a Freddie od razu spytał, co kupiłem. - Ten sygnet, który razem oglądaliśmy - od-l>. triem. - Świetnie - zawołał. W Walentynki wysłaliśmy sobie nawzajem czerwone róże, które dostarczono do Garden Lodge. l vviatła punktowe, a publiczność wstała i zaczęła ileńczo bić brawo. Więc Freddie również wstał I gestami podziękował za oklaski, po czym opadł / powrotem na fotel. Jak zahipnotyzowany wysłuchał E^cercises in Free Love w wykonaniu Montsy, Po zakończeniu recitalu poszliśmy do garderoby spotkać się z wielką śpiewaczką, a potem zabraliśmy ją na kolację do Garden Lodge. W tym samym tygodniu Montserrat przyjechała do studia, żeby zacząć pracę z Freddiem, ale okazało się* że nic nie poszło tak, jak się spodziewała. Myślała, że aby nagrać płytę z Freddiem, wystarczy, żeby wpadła, zaśpiewała kilka piosenek z partytury i wyjechała. Nie miała pojęcia o sposobie pracy Freddiego. Nie przygotował dla niej na zapas żadnych nut, za to ciągle ją prosił o spróbowanie czegoś, po czym przeprawiał swoje notatki i znowu o coś prosił. Trwało to tak długo, aż razem znaleźli dokładnie taki efekt, o jaki mu chodziło. - Kochana moja - powiedział jej wówczas. - Puc-cini i cała reszta kompozytorów są martwi. Ja żyję. Usłyszawszy to, Caballe zaakceptowała jego dziwaczny sposób pracy nad nagraniem, A Freddie okazał się bardzo trudnym partnerem, stawiającym - 131 - Jim Hutton, Tim Wapshott duże wymagania. Dużo później Montserrat wyznu \ \ że w trakcie tych sesji nagraniowych Freddie wy[-zez pomyłkę wszystko im opowiedział, Freddiego nic obchodziły wymówki Prentera. Czuł się w niewybaczalny sposób zawiedziony. Najsmutniejszym i ustępstwem wybryków Prentera było to, że Freddie utracił zupełnie zaufanie do ludzi - poza kilkoma wybranymi osobami. Po tej aferze już nie zawarł .idnej nowej przyjaźni. Często było mi szkoda Freddiego. Przy wszystkim, • o miał - pieniądzach, sławie i sukcesach - nie mógł nigdy zaznać normalnego życia. Nie mógł iść na spacer czy na zakupy, żeby go nie ścigały ciekawskie spojrzenia. Zraniony przez Prentera i „The Sun" Freddie doszedł do wniosku, że potrzebuje od nich ucieczki, polecieliśmy więc na tygodniowe wakacje na lbizę, izy'\ jak ich nazywaliśmy. Tej nocy występowało kilka grup - „Spandau Ballet'\ „Duran Duran", „Marillion" i Chris Rea. Freddie i Montsy zostali chowani jako niespodzianka na sam koniec. Jak zwykle poszedłem sam na widownię. Kiedy strady zszedł ostatni zespół, publiczność szybko 01 hłonęła i zapanowała atmosfera „anty-ekstazy". I wtedy, nagle, na scenę wyszli razem Freddie l Montserrat Caballe. Tłum oszalał. Kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki Barcelony, wszyscy zamilkli. ( isza na widowni była tak dojmująca, że zjeżyły mi się wszystkie włosy. A publiczność jeszcze nie miała pojęcia, co się szykuje. Było to pierwsze publiczne wykonanie Barcelony. Widownia pozostała cicha przez cały utwór, lecz coraz bardziej wyczuwalna była duma, jaką słowa piosenki budziły w tych ludziach. W oczach kilku osób dojrzałem łzy. Po zakończeniu piosenki publiczność dosłownie eksplodowała. Ludzie podskakiwali, machali rękami i marynarkami, rzucali części garderoby na scenę. Podsłuchałem grupę młodych Hiszpanów, powtarzających z podnieceniem, że to nowy hymn narodowy Hiszpanii. A potem niebo zapłonęło w najdłuższym pokazie sztucznych ogni, jaki widziałem w życiu. Po występie Freddie naprawdę popłynął - najpierw zaczęła się hulanka w ,tKu Club11, a potem odbyła się gigantyczna impreza w hotelu. Barcelona 141 - Jtm Hutton, Tim Wapshott okazała sie takim sukcesem, napotkała tak entuzjastyczne reakcje u publiczności, że Freddie poczuł się, jakby wygrał wszystkie możliwe nagrody i kim kursy. Kilka osób z Hiszpańskiego Komitetu Olim pijskiego zakochało sie w piosence; przysięgali, h będzie ona hymnem Igrzysk w Barcelonie. Po powrocie do Londynu Freddie i reszta zespołu podjęli renegocjacje ich kontraktu z wytwórnią EMI w związku z nowym albumem. Atmosfera była gorąca, napięcie sięgało zenitu. Pewnego dnia wro cilem z pracy i od razu wyczułem, że coś jest ni< tak. Joe stał w kuchni przy zlewie, a Freddie sic+ dział na stole z ponurą miną. - Ciebie też zwalniani! - warknął do mnie. - Siucham? - spytałem. - Nie możesz wywalić Jima - odezwał sie Joe ze wspaniale fllisterskim wyrazem twarzy. - Dlaczego niby nie? - zasyczał Freddie. - Bo on dla ciebie nie pracuje - odrzekł spokojnie Joe. - No tak, on dla mnie nie pracuje, prawda - po wiedział powoli Freddie wściekłym głosem. Kilka sekund siedział w milczeniu, po czym ryknął śmiechem. Najwyraźniej wróciwszy z rozmów w okropnym nastroju Freddie wywalił wszystkich z pracy. Potem oczywiście powtórnie zatrudnił. Mimo że Freddie faktycznie nie mógł mnie wywalić, pojąłem nagle, że w „Savoyu" też nie mam zabezpieczonego miejsca pracy, W zakładzie fryzjerskim zaczynało być nieprzyjemnie. Zacząłem informować swoich stałych klientów, że istnieje możliwość, iż odejdę - choć wciąż nie miałem żadnego pomysłu na alternatywne rozwiązanie. Ale w połowie lipca miałem dosyć. Zakończywszy ostat- - 142 - FREDDIE MERCURYI JA strzyżenie tego dnia zadzwoniłem do właściciela kładu i poprosiłem o spotkanie. Był jednak zbyt ijęty. Świetnie - powiedziałem. - A więc z dniem i isiejszym o szesnastej trzydzieści kończę prace u pana. Nie pytał dlaczego, tylko czy mógłbym odejść miesięcznym okresem wymówienia. Odparłem, że i nr mógłbym. Zadzwoniłem do Freddiego do Garden Lodge, < by mu powiedzieć, co się stało. Telefon odebrał ,Joe i powiedział mi, że Freddie siedzi w jadalni, ^dzie odbywa sie bardzo gorące, służbowe spot- anie zespołu „Queen" z Jimem Beachem. Freddie dał sztywne instrukcje, żeby mu nie przeszkadzać. Nalegałem, żeby jednak Joe poprosił Freddiego do telefonu i opowiedziałem, co zrobiłem. - W porządku, kochany - powiedział spokojnie Freddie. - Od jutra zaczynasz pracę u mnie w ogrodzie. Twoje zarobki omówimy, jak wrócisz do domu. Kiedy wróciłem, czekał na mnie. - Dobra robota! - powiedział, obejmując mnie. - Cieszę się, że już tam nie pracujesz. Potem zaczęliśmy omawiać przejęcie przeze mnie obowiązków od ogrodników zatrudnianych na ćwierć etatu. Powiedziałem Freddiemu, że zostanę Jego ogrodnikiem pod jednym warunkiem - że nikt, nawet on, nie będzie się wtrącał w moje metody pracy. Zgodził się. Mało tego, dostałem nawet podwyżkę; dał mi sześćset funtów miesięcznie po opodatkowaniu. Nazajutrz, nim ktokolwiek w domu otworzył oczy, zacząłem w ogrodzie swoje nowe, codzienne obowiązki. Od tego dnia zapanował pewien nowy zwyczaj: - 143 - Jim Hutton, Tim Wapshott każdego ranka po wstaniu z łóżka Freddie najpierw wyglądał z sypialni do ogrodu. Odnajdywał mnie, machał ręką, wołał „Cooee!", i dopiero potem sch<> dzlł na dół na poranną herbatę. Wkrótce zorientowałem się, że przyjąłem etal o ośmiodniowym tygodniu pracy. Mimo źe ogród był ładnie zaprojektowany, brakowało w nim jesz cze wielu roślin i plam kolorystycznych. Chociaż miałem pracować tylko w Garden Lodgt\ czasami szedłem do domu Mary, żeby rozejrzeć siv również po jej ogrodzie i trochę go uporządkował W czasie jednej z takich wypraw po raz pierwszy pogadałem sobie z Mary o chorobie Freddiego, Nigdy nie byłem w stanie rozpoznać prawdziwych myśli i odczuć Mary, nie wiem wiec, czy ona równie* była tak wstrząśnięta wiadomością o jego zdrowiu jak ja. Kiedyjednak poruszyliśmy ten temat obojgu nam drżały głosy. Nigdy nie wspomniałem o tyni Freddiemu, ale postanowiliśmy wtedy, że zrobimy wszystko, by Freddie miał stałą opiekę i że za wszelką cenę będziemy trzymać jego stan zdrowia w tajemnicy przed prasą. A jego stan powoli zaczynał się ujawniać na zewnątrz. Na grzbietach dłoni i lewym policzku pojawiło mu się kilka sporych, czerwonych znamion. Były to tak zwane miesaki Kaposiego, czyli KS. Te pierwsze znamiona zneutralizowano promieniami lasera i powoli się zagoiły, ale kuracja pozostawiła blizny, więc kiedy tylko Freddie miał się pojawić publicznie, pokrywał ślady na twarzy makijażem. Zrobiła mu sie także bolesna, otwarta rana z boku prawej łydki. Leczyliśmy ją specjalnymi preparatami, żeby spowodować jej zaschnięcie, ale nigdy nie zagoiła się do końca, - 144 - FREDDIE MERCURYI JA Freddie chyba zawsze bardziej interesował sie ułanem zdrowia rybek koi niż własnym. W sierpniu 11 ważyliśmy, że rybki stały sie ospałe. Potem, |m wnego ranka, dwie nieduże zasnęły i pływały i u mchami do góry po powierzchni stawu. Zadzwoniliśmy do hurtownika, który je nam sprzedał, a on przyjechał, żeby się im przyjrzeć. Powiedział nam o kilku chorobach, jakie mogły złapać, ale odjechał nie znalazłszy rozwiązania naszych problemów. Byliśmy bardzo przybici. Uwertury i wstępy W lecie 1987 roku przemieszkiwała nieco w Garden Lodge Barbara Valentin. Rozmawiała z Freddiem o różnych marzeniach i nagle wspólnie postanowili wyjechać na pięć dni do Austrii. Nic nie wiedziałem o tej wycieczce, a kiedy oboje wyjeżdżali na lotnisko, siedziałem właśnie na drabinie i przycinałem gałęzie wierzby rosnącej obok domu. Spostrzegłem pod drabiną Freddiego - patrzył w górę i coś do mnie wołał, ale nie dosłyszałem słów. Sądziłem, że wychodzą na zakupy, i dopiero kiedy zszedłem z drabiny i wszedłem do domu, Joe poinformował mnie, że wyjechali na kilka dni na wakacje. Freddie i Barbara mieli wrócić w niedzielę, lecz przyjechali o dzień wcześniej. Freddie natychmiast mnie odnalazł, uścisnął i pocałował. Spytałem go o przyczynę wcześniejszego powrotu. - Chciałem być z tobą - odrzekł. Barbara potwierdziła, że ciągle marudził i mówił o mnie. - On naprawdę za tobą tęsknił - powiedziała. - 146 - FREDDIE MERCURYI JA Nigdy przedtem nie spotkałem nikogo, kto tak lubiłby się kąpać jak Freddie. Brał kąpiel codzien-mu*. albo zaraz po wstaniu z łóżka, albo w ciągu -luia. i lubił wodę tak gorącą, jak tylko mógł wy-h/ymać. Potrafił swobodnie moczyć się w wannie przez godzinę, a czasami te kąpiele urastały do i i mgi przedstawień; Joe i Phoebe przychodzili się przyglądać. Pewnej niedzieli, po skoszeniu trawy, poszedłem »lę przebrać i już na schodach usłyszałem do-< I lodzący z łazienki dźwięk, którego nie dało się liczym pomylić; Freddie śpiewał w wannie. Wszedłem do łazienki i zobaczyłem Freddiego, jakiego nigdy nie zapomnę. Siedział w jacuzzi zupełnie nakryty pianą. Wtedy pierwszy raz wlał do jacuzzi płyn do kąpieli i - oczywiście - grubo przesadził z jego ilością. Kiedy otworzył wszystkie dysze wodne, cała łazienka momentalnie utonęła w pianie. Wśród szaleństwa bąbelków widziałem tylko parę oczu i szeroko otwarte usta - Freddie na cały głos parodiował piosenki Marilyn Monroe i Judy Gar-land, od czasu do czasu fikając w powietrzu nogą dla podkreślenia efektu. Chociaż lubił się kąpać, nie był z tych, co spędzają godziny przed lustrem. Mył zęby i golił się na mokro - i to by było na tyle. Nie kombinował też z doborem specjalnych szamponów czy mydeł - używał wyłącznie kosmetyków Lancastera, oczywiście drogich jak nieszczęście. Bardzo często, poszedłszy do łazienki umyć zęby przez snem, wyskakiwał biegiem i piszczał: - Pająk! Musisz go wyrzucić! Ja nie mogę! Cierpiał na dość łagodną arachnofobię; nie cierpiał pająków, ale nie chciał, by im się działa jakaś - 147 - Jim Hutton, Tim. Wapshott krzywda. Musiałem wstawać, łapać pająka i wyrzucać go przez okno. Freddie nigdy nie poprosił mnie, żebym któregoś zabił. Lubił jednak, kiedy łapałem pająka do szklanki albo pudełka i wynosi łem na dwór. Pod koniec lata ryby koi stały się poważnym problemem, Ulubiona ryba Freddiego, długa na dwie stopy, złotożóUa, zdechła. Zadzwoniłem do sprzedawcy, a ten przyjechał ze specjalistą od ryb. Wszyscy poszliśmy za nimi, ciekawi, na czym polega problem. Bez żadnego ostrzeżenia, pod samym nosem Freddiego, przywieziony przez hurtownika specjalista wbił nóż w brzuch martwej ryby, wypatroszy! ją i powiedział, że nie widzi nic nienormalnego. Potem odrzucił ją na bok, Freddie na ten widok dostał furii. Obaj panowie odjechali, nie potrafiąc wymyślić lekarstwa na stan ryb. Gdy tylko zamknęła sie za nimi brama, Freddie rzucił sie na mnie i zażądał, żebym szybko znalazł jakiegoś specjalistę od ryb, który wie, co robić. Zacząłem wydzwaniać do wszystkich weterynarzy w Londynie, aź wreszcie znalazłem człowieka, który pracował w zespole weterynaryjnym „Arka". Przyjechał do nas, pobrał próbki łusek kilku ryb, zbadał je i dał lekarstwa. Powiedział nam też, co powinniśmy zrobić, żeby poprawić jakość wody. Ale następnej niedzieli znów zdechło kilka ryb, wiec w desperacji zadzwoniłem do londyńskiego zoo. Nawet jednak oni nie potrafili pomóc. Ratunek przyniósł nam dopiero Mikę Moran. Miał przyjaciela, który hodował koi i znał w Londynie renomowanego specjalistę od tych stworzeń, Neila Portera. Był on takim fanatykiem tych ryb, że zwinął nawet - 148 - FREDDIE MERCURYI JA v ą prywatną praktykę lekarską, żeby się całkowicie poświęcić rybom kot Zadzwoniłem do Neila do domu i przedstawiłem u i u całą smutną historię. Potem wspomniałem, że i vby należą do Freddiego Mercury. - Tego z „Oueen"? - Tak - odparłem. - No cóżt biorę sześćdziesiąt funtów za wizytę domową - powiedział Neil. - W porządku - odrzekłem. - Kiedy może pan przyjechać? Odpowiedział, że postara się przyjechać tego popołudnia - i tak sie stało. Przybył ze sprzętem, sieciami* wysokimi butami i dwoma synami, wyraźnie fanami Freddiego. Wybierając ryby na chybił 11 afil badał je i pobierał próbki, które potem oglądał pod mikroskopem. Niektóre, jak odkrył, miary pasożyty. Spytałem więc, co powinniśmy zrobić, żeby woda była zdrowsza. - Na początek wywalcie ten filtr - odparł. - Jest bezużyteczny, w ogóle nie oczyszcza wody z bakterii. Spytał mnie potem, skąd wzięliśmy ryby. - Rozumiem - odrzekł kiwając głową, kiedy mu powiedziałem. - No cóż, mogę tylko zaproponować, że wrócę jutro i zabiorę ryby ze sobą, żeby je izolować i leczyć. Freddie się zgodził i w ten sposób na całe miesiące straciliśmy nasze koi Podczas ich nieobecności ja dostałem zadanie zorganizowania nowego filtru i zmodyfikowania stawu. W każdej fazie przebudowy konsultowałem sie z Freddiem, tłumacząc, dlaczego to czy tamto powinno być wbudowane czy zainstalowane, ale on zawsze reagował jednakowo. - 149 - Jim Hutton. Tim Wapshott I - Jeśli jesteś przekonany, że coś musi być zn« bione, to nie musisz mnie o to pytać - mawi;ii Albo: - Dobra, zrób to. Nie zawracaj mi tym głou\ Skoro uważasz, że tak trzeba, to po prostu to zróh1 Obok Garden Lodge była mała uliczka, Log;ni I MewsT a przy niej, zaraz za murem po praw* | stronie Garden Lodget stały dwa małe domy poł;| czone w jedną całość garażem. Oba domki należały niegdyś do Garden Lodge i dlatego Freddie miał prawo pierwokupu, gdyby ich właściciel zdecydował I się kiedyś je sprzedać. Tego roku wystawiono je n;t sprzedaż za trzysta tysięcy funtów, Freddie złożył właścicielowi propozycje nie do odrzucenia: zapłaci czekiem od razu całą sumę pod warunkiem jednak, że w momencie realizacji czeku posesja zostanie natychmiast opuszczona. Wręczył więc sprzedającemu czek z pamiętnymi słowami: - Dobra, masz. A teraz wypier...! I tak jeszcze niezupełnie doprowadzono do finału wszystkie prace wykończeniowe w Garden Lodge, a już Freddie rozpoczął realizację zupełnie nowego projektu przebudowy w Logan Mews. Nagle staw koi i świeżo zakupiona posiadłość przy Logan Mews zrównały sie w ważności i były przebudowywane jednocześnie. Pojawiły się tłumy architektów i de koratorów wnętrz, planujących roboty. Nowa posesja, która była już określana jako „Mews*\ miała być przekształcona z początkowego stanu zupełnego zapuszczenia w śliczny trzy sypialni owy dom gościnny. Jasne sie dla nas stało, że Freddie chce zrobić jak najwięcej, zanim dopadnie go choroba. Chciał pozostawić po sobie kawałek raju na ziemi. Postanowił też wybudować cieplarnie obok Mews. - 150 - FREDDIE MERCURYI JA Naszkicował, jak sobie ją wyobraża - nietypowy, ¦ lwukopulowy budynek - i wynajął firmę do jej wybudowania. W firmie tej jeszcze nigdy nie wi-tl/iano czegoś takiego, ale zgodzono się zrobić cieplarnię ściśle według wymogów Freddiego. Przywieźli jii w gotowych elementach, a kiedy została złożona, wyglądała cudownie. We wrześniu pojechaliśmy do „Pike^s", tego zaci-H/nego hotelu na lbizie, na kolejne wakacje. Podróżowaliśmy z klasą, prywatnym, dziesieciomiejs-rowym odrzutowcem. Byli z nami Joe, Phoebe, u-rry, Peter Straker i reporter z „Daily Express", I )avid Wigg. W tym samym czasie na wyspie byli na wakacjach Brian, Roger i John z rodzinami. Freddie zaplanował urządzenie na lbizie przyjęcia Z okazji swoich czterdziestych pierwszych urodzin. Miała to być utracjuszowska hulanka w hotelu „Pikełs'\ organizowana do spółki z Johnem Reidem, którego urodziny wypadały dzień czy dwa później. Hiszpański rząd i Komitet Olimpijski, wdzięczne Freddiemu za Barcelonę, miały pokryć część -jeśli nie całość - wydatków. Nie wiem, czy Freddie umiał pływać. Ja z pewnością nigdy nie widziałem go pływającego. Wydaje mi się, że bat się wody. Pewnego popołudnia popłynęliśmy łodzią na wycieczkę z właścicielem hotelu, Tonym Pike'em, i nagle zauważyłem, że Freddie jest bardzo zdenerwowany. Jednak kiedy już wypłynęliśmy, zapomniał o lekach przed utonięciem i cieszył sie wycieczką. Po toT żeby go jeszcze bardziej rozluźnić, otwarliśmy ogromną butle szampana. Po powrocie na brzeg zaczął sie dramat; okazało sie, że John Reid wycofuje się z przyjęcia. Freddie - 151 - Jim Hutton, Tim WapshoU był wściekły. Zamówił już na ten wieczór specjahc fajerwerki - clou wieczoru miał być pokaz sztucz nych ogni, które wybuchając miały ułożyć sii w świetlisty napis: „Wszystkiego najlepszego, Frcd die i John.11 Freddie zarządził jednak, że przygoln wania do przyjęcia mają przebiegać zgodnie z pki nem - włącznie z przelotem osiemdziesięciu gości z Londynu specjalnie wyczarterowanym samolotem DC 9 i rozlokowaniem ich w hotelach na kosz! Freddiego. Nawiasem mówiąc, wszyscy tak świetnie się bawili w czasie tej podróży, że opowiadano, 1/ przelot był równie pamiętny jak przyjęcie, W dniu przyjęcia, kiedy leżeliśmy wokół basenu w hotelu, podszedł do mnie John Deacon. Jasne było, że Freddie nie jest w stanie dłużej ukrywać faktu, iż zaczyna być poważnie chory. John zauwa żył na nogach Freddiego kilka śladów - jedynych wskazówek zdradzających jego stan. Dyskretnie, choć bez owijania w bawełnę, John spytał mnie, co to za plamy. Zlekceważyłem je jako nic poważnego. - Freddie jest uczulony na słońce - powledzia łem. -To plamy od opalania. Nie dodałem nic więcej, robiąc do tego swobodny minę i ukrywając przed Johnem prawdziwe uczu cia. John przyjął wyjaśnienie i chyba nie podej rzewał nic złego. Jednak począwszy od tych urodzin wiedziałem już, że zaczynam kilka swoich ostatnich lat z Freddiem. Oprócz specjalnie importowanych gości z Wielkiej Brytanii na przyjęciu pojawiła się „cała Ibiza". Teren hotelowy był udekorowany przezroczystym, kolorowym papierem, biegnącym od dziedzińca hotelo wego przez bufet do basenu. Tej balsamicznej nocy chyba z tysiąc ludzi nawiedziło „Pike's", korzystając - 152 - FREDDIE MERCURY1 JA i niepohamowanej gościnności Freddiego. Upał 11 opuścił zupełnie wymyślny czekoladowy tort, zro-I nono więc w zastępstwie gigantyczne płaskie ciasto tak wielkie, że niosło je sześć osób, W poprzek \ wista biegły wielkie litery „Barcelona". Kiedy wreszcie zaczęto odpalać fajerwerki, każdy Ich wybuch był kwitowany głośnymi okrzykami iprobaty zebranych. Ale przy finałowym, nieco króconym fajerwerku; „Wszystkiego najlepszego, Freddie", zachwycony wrzask gości był wręcz ogłuszający. Do połowy przyjęcia Freddie kręcił się pomiędzy gośćmi na zewnątrz, a potem przeniósł się do jednego z pokoi recepcyjnych, gdzie zabawiał wchodzących i wychodzących przyjaciół. Impreza była jeszcze w pełni, kiedy jakaś iskierka omal nie spowodowała katastrofy, podpalając kolorowy papier. Ponieważ był on bardzo łatwopalny, w ciągu sekundy obok mnie stanęła ściana ognia, którego jęzor przeleciał mi po twarzy. Pożar ugaszono, nim komukolwiek stała się krzywda, a poza lekkim osmaleniem ściany hotelu nie było też większych szkód. Później odkryłem, że przyczyną pożaru była nieostrożność jednego z brytyjskich gości. Freddie bardzo się o to rozzłościł i uznał takie zachowanie za osobisty afront. Będąc na Ibizie Freddie udzielił jednego ze swych bardzo rzadkich wywiadów Davidowi Wiggowi z „Daily Express". A po powrocie do domu wziął do ręki gazetę z artykułem Wigga i westchnął: - Popatrz tylko! Daję imt co najlepsze, a oni drukują jakieś śmiecie. Wigg później przepraszał i usprawiedliwiał się, że od momentu napisania artykułu nie miał już więcej - 153 - Jim HuttOTU Tirn Wapshott na nic wpływu. To wydawca pociął artykuł i zmienił go nie do poznania. Freddie także ciął i zmieniał bez końca. Mews kompletnie przebudowywano. Myślał teraz całymi dniami nad wystrojem wnętrz. Zdecydował siv wyłożyć jedną z łazienek antycznymi kafelkami, polecieliśmy wiec do Madrytu na szybkie zakupy. Znaleźliśmy antykwariat z kafelkami na wystawie, ale Freddie nie znalazł wśród nich tego, czego szukał. - Macie inne kafelki? - spytał właścicielkę. - Całe stosy, proszę pana - odrzekła i poprowa dziła nas do magazynu, gdzie kilka pięter było zawalonych po suńt kafelkami. Na najwyższym piętrze weszliśmy do zupełnie pustego pomieszczenia wyłożonego boazerią. Freddie był zaskoczony. W boazerii było kilkanaście drzwiczek, za którymi kryły się obrazy starych mistrzów. Kiedy kobieta otworzyła drzwiczki zasłaniające obraz LI Greco, Freddie oszalał; natychmiast zakochał się w malowidle. Był to portret mężczyzny, możliwe, że autoportret. Wydawało się, że człowiek ten zaraz wyjdzie z ram. - Czy to jest na sprzedaż? - spytał Freddie. W tym miejscu wszystko było na sprzedaż, nawet boazeria. A El Greco kosztował około siedmiuset pięćdziesięciu tysięcy funtów i Freddie chciał go mieć. Ale nagle natrafił na mur nie do przebycia. - Obraz jest skatalogowany przez rząd hiszpari ski i zaliczony do skarbów narodowych, a jako taki nie może opuścić kraju - powiedziała anty-kwariuszka. Freddie odszedł bardzo niezadowolony. Całymi - 154 - FREDDIE MERCURYI JA i liliami nie mówił o niczym innym, aż w końcu zadzwonił z Garden Lodge do jednego z organizato rów hiszpańskich Igrzysk Olimpijskich i spytał, czy me można by czegoś zrobić, aby umożliwić mu wywiezienie obrazu z Hiszpanii. Powiedziano mut że prawa nie wolno łamać - nawet dla niego. Ale ten cudowny El Greco nie dawał mu spokoju. Kreddie specjalnie poleciał znów do Madrytu, żeby tfo jeszcze raz obejrzeć, i zakochał sie jeszcze bardziej. W milczeniu przyglądał mu sie przez dobre dziesięć minut, a potem popatrzył na mnie. - Może po prostu będę musiał kupić dom w Hiszpanii, żebym mógł go oglądać, kiedy zechcę - powiedział. W samolocie poważnie rozważał ze mną te kwestie, ale parę dni później zarzuci! ten pomysł i skoncentrował się na rzeczach, które chciał kupić bliżej domu. W październiku Freddie i Montserrat Caballe wydali singla Barcelona, W celu promocji płyty wytwórnia chciała zrobić wideoklip, wiec Montsy przyleciała do Londynu na sesje zdjęciową, W dniu kręcenia wideo Freddiemu gwałtownie spadła liczba białych ciałek we krwi i lekarze odradzali mu pracę, ale on zdawał już sobie sprawę z wagi czasu i był zdecydowany zrobić tyle, ile zdoła, póki nie zostanie zmuszony do poddania się. W tej sytuacji uznał, że absolutnie nic nie powstrzyma go przed zrobieniem tego wideoklipu. Uparł się, źe prace przy filmowaniu pójdą zgodnie z planem. Nowych sił dodał mu kolejny projekt, nagranie całego albumu z Montserrat Caballe. Kiedy tylko jej przeładowany harmonogram koncertów na to pozwalał, przylatywała do Londynu na popołudnio- - 155 - Jim Hutton, Tim Wapshott we lub wieczorne, wciąż dla niej dziwaczne sesje nagraniowe z nim. Pod koniec października przyleciała na króciutki wizytę ze swą asystentką, kuzynką, również prze zwaną Montsy. Freddie zabrał obie panie Montser rat, mnie, Phoebe i Mike'a Morana na kolację do ekskluzywnej i ultradrogiej restauracji „Masimy Jednak restauracja nie dorastała do takiego spol kania. Była tak zatłoczona, jakby zaczęli w nk j organizować obiady dla wycieczek. Muzyka byhi okropna i strasznie głośna, a kiedy Freddie zamówi! jedynego szampana, jaki lubił - Vintage Crystal - nie mieli go. W trakcie tego wieczoru Montsy starsza dyskutowała z Freddiem na temat formatu ich albumu. Potem zaczęli razem planować daty następnych wspólnych sesji, Freddie rzucił jakąś datę, a ona zwróciła się do Montsy młodszej. - Gdzie wtedy będę? - spytała. Montsy młodsza wyciągnęła kalendarz, odszukała datę i orzekła: - Dajesz wtedy recital w Rosji. - Aha - mruknęła Montsy starsza. Popatrzyła na Freddiego, machnęła niecierpliwie dłonią i rzuciła: - Odwołaj to, Freddie otworzył usta ze zdziwienia. - Nie możesz tego odwołać! - wyjąkał wreszcie. - Mogę - powiedziała. 1 odwołała. Freddie był wstrząśnięty jej postępowaniem i przez całe miesiące przypominał sobie tę historię. Trochę później, kiedy skończyliśmy jeść, zapaliłem papierosa. Montsy starsza pochyliła się do mnie, - 156 - FREDDIE MERCURYI JA - JimT możesz mnie poczęstować papierosem? spytała, Freddie, chociaż wciąż jeszcze sam był palaczem, nie aprobował tego i próbował się wtrącić. - Nie wolno ci palić - zawołał, - Zrujnujesz aobie głosi - Nie, nie, nie! - odparta zapalczywie, zaciągając ¦»k* papierosem, - Pale tylko czasami. Freddie nie potrafi! się pogodzić z myślą, że śpiewaczka operowa może narażać swój głos paląc papierosy. Współpraca Freddiego z Montserrat Caballe zaowocowała tak ogromnym sukcesem na listach przebojów na całym świecie, że Montsy zaczęła być oblegana przez fanów Freddiego. Opowiadała Fred-dieniu, że powodzenie płyty całkowicie ją zaskoczyło i że pierwszy raz w swej karierze w trakcie przechodzenia przez lotnisko została otoczona przez piszczących nastolatków. Wielokrotnie chodziłem do Town House Studios, żeby być z Freddiem i Montsy w trakcie nagrywania ¦ przez nich albumu. Wszyscy oglądali ich w zachwycie, tylko ja -jak zawsze filistyński - nieco się znudziłem i wymknąłem do kuchni na drinka. Tam przedstawiono mnie jako „ogrodnika Freddiego" Marcie Brett, pracownicy studia. Była pulchną kobieta, którą spotkałem kilka razy przedtem. - Jim, chcesz drinka? - spytała. - Tak, proszę - odparłem. - Napijmy się po lampce wina. Jedna lampka zmieniła sie w dwie, potem w trzy* a potem otworzyliśmy drugą butelkę. W pewnej chwili do kuchni wpadł Terry i zawołał: - Aaaa! Tu jesteś, Jim! Freddie cię szuka. - 157 - Jim Hutton, Tim Wapshott - Powiedz mu, że jestem tu z Martą - powir działem. - Ale on chce jechać do domu! - wyjaśnił Terry. - No cóż, jak tylko bede gotowy - rzuciłem. Zwykle to ja pętałem sie po studiu, czekając nTn, śmfesznjTfi koszyczkiem Streer - te czekoladki mogą nawet ode w trakcie świąt Bożego Narodzenia. grać nile w dekoracjach świątecznych. róż z klasą - na wyprawy na Ihizę i do Szwajcarii Freddie często wynajmował iimu^c Ori {pum. Graham Hamilton. Freddie. Terry, ja i l3hoebe. laą ypy odrzuLowlet;. Od lewej: Graham Moje róże Bhw Moon. dla Freddlego na Zaspany Freddte ze ślubną obrączką WalentynKi 1988 roku. Freddie cipowia- ode mnie na palcu, popija pierwszą, dal wszystkim: „Dat ml je mój mąż!". poranną herbatę. Oscar. - i Freddip. Uly. Ulubiona fctoilta Freddtego, Dęlllah, w swym ulubionym, miękkim gniazdku. Freddie zawsze uwielbiał torly urodzinowe: ten, o ovien-Lalnym posmat^ku. byl zdecydowanie szalow>r. ^Zimowa Kraina Czarów' w Garden Ladge - śnieg na ziemi 1 lampki mrugające na drzewie. Ukochane koi Freddiego - plus Kreddie I Jego ludzie. Od lewej. Mary. ja, Mary kaczki na gościnnych wystę- Pikę (jedna z pokojówek), Phoebe, Freddie pach. i Joe. Phocbe z tortem urodzinowym dla Joego - scena narciarska, jako że Joe sie właśnie na wakacje w góry. Freddie dal mi Lort - i mocno mnie ucałował. Na urodziny Mary w 1990 roku Freddie przygotował „kocią" niespodziankę. FREDDIE MERCURYI JA nagrywając muzykę do albumu Barcelona, w Garden Lodge wybuchło pandemonium. Wieczorem okazało się, że nie ma Goliata. Poszukując go Phoebe, Joe i ja obiegliśmy cały dom, zaglądając do wszystkich szaf, kredensów i szuflad. Potem prze-rzesaliśmy ogród, ale tam również go nie znaleźliśmy. Rozszerzyliśmy więc poszukiwania na okoliczne ulice, ale po Goliacie wciąż nie było śladu. Wiedzieliśmy, że jeśli Goliat nie będzie czekał w domu razem z innymi kotami, Freddie po powrocie dostanie białej gorączki. Szukaliśmy wiec na okrągło, lecz aż do pojawienia sie Freddiego tuż przed północą nadal go nie odnaleźliśmy. Od razu sie przyznaliśmy: - Nie mamy pojęcia, gdzie jest Goliat. Nigdzie go nie możemy znaleźć - powiedział Joe. Z wyglądu Freddiego można było poznać, że tego dnia w studio wszystko szło pechowo. Tylko tego mu wiec było trzeba. Tak bardzo zdenerwował sie tym, co mogło sie przydarzyć kotu, że był bliski łez. Kilka razy obiegł dom dookoła, wołając głośno Goliata. Wypytał nas, gdzie szukaliśmy, i podpowiadał inne miejsca. Ale my byliśmy pewni, że szukaliśmy wszędzie. Freddie zaczął szaleć i w desperacji wyrzucił przez okno gościnnego pokoju piękne japońskie hibachi, to samo, którego tak długo szukaliśmy w Japonii. Kiedy trochę ochłonął, zaczęliśmy omawiać inne możliwości działań. Joe zasugerował rozlepienie w okolicy ogłoszeń o zaginionym kocie, a Freddie powiedział, że dałby tysiąc funtów nagrody. Wyszedłem do ogrodu, po raz ostatni wołając Goliata. Usłyszałem, że na Logan Mews zatrzymuje sie samochód, a potem otwierają się i zamykają - 169 - Jim Hutton, Tirn Wapshott drzwi wejściowe. I wtedy dotarł do moich uszu cichuteńki pisk. Wybiegiem z domu i ruszyłem w tamtym kierunku. Goliat drżąc z zimna kulił si< pod samochodem. Podniosłem go i zabrałem do domu. Freddn wpadł w ekstazę. Przez dobre piec minut tulił do siebie kociaka i głaskał go pieszczotliwie. A potem jak matka, skarcił kota za opuszczenie Garden Lodge. Kiedy Freddie na niego krzyczał, Goli;i( siedział grzecznie, spokojnie wysłuchując repry mendy. Cały czas głośno mruczał. Zawsze gdy grzebałem w ogrodzie, Goliat wskakiwał mi na ramię i mrucząc mi w ucho, przygląda! się pracy. Delilah była zupełnie inna. Ona była księżniczki w domu. Spośród wszystkich kotów w Garden Lodge Delilah była najulubieńszą pieszczoszku Freddiego; ją najczęściej brał na ręce i głaskał Idąc spać przynosił ją ze sobą, a ona zasypiała w nogach łóżka; dopiero potem wstawała na nocny obchód domu. Delilah była bardzo rozpuszczonym kotem, uzależnionym od Freddiego we wszystkim, nawet jeśli chodzi o obronę przed resztą stada. Kiedy tylko sic na nią rzucały, uciekała do naszej sypialni, która w ten sposób urosła do rangi kociego sanktuarium. Pod wieloma względami kory były dziećmi Freddiego - i tak też je wszyscy traktowaliśmy. Najmniejsze kocie kichnięcie czy kaszel, a już Freddie wysyłał nas z kotami do weterynarza na badania. A ponie waż obaj byliśmy staroświeccy i uprawialiśmy seks w intymnych warunkach, za każdym razem, gdy sie do siebie dobieraliśmy, Freddie rozglądał się, czy nie podglądają nas koty. - 170 - FREDDIE MERCURYI JA Tego roku gwiazdkowy posiłek zjedliśmy wraz Joem i Phoebe w domu Mary, która przygotowała wspaniałe jedzenie ze wszystkimi szykanami. Potem odpoczywaliśmy oglądając telewizję i wyrnieniliśiny niewielkie upominki, które przynieśliśmy ze sobą /, Garden Lodge. Główne prezenty miały być otwarte dopiero po powrocie do domu, Podobnie jak wszystkim innym, mnie także Freddie wraz z prezentem dał czek. Dołączył go do karteczki świątecznej, na której dziękował mi za opiekę, jaką go otaczałem przez cały ten rok, i podpisał się: z wyrazami miłości. Ja podarowałem mu piękny zestaw do przypraw, wykonany z kryształu z Waterford. Wieczór sylwestrowy był znacznie mniej huczny niż zazwyczaj, a do Garden Lodge zaproszono ledwie garstkę najbliższych przyjaciół, Freddie wyraźnie zwalniał tempo życia, w miarę jak choroba niepowstrzymanie wysysała zeń soki, ale my wszyscy żyliśmy jak zawsze, dla dobra Freddiego udając, że nic sie nie zmieniło. Drugiego stycznia dostałem list informujący mnie o terminie egzaminu na prawo jazdy, którego się tak bardzo obawiałem. W dniu, kiedy miał sie odbyć test, siedziałem rano z Freddiem i Mary, - No cóż - powiedział nagle Freddie. - Miałem zamiar kupić ci na urodziny skórzaną kurtkę, ale jeśli zdasz egzamin, pomogę ci kupić samochód. - Nie wygłupiaj sięl - odparłem. - Bałbym się jeździć, nawet gdybym miał ostatnią ruinę. Poszedłem na egzamin i zdałem, co mnie bardzo zaskoczyło. Chciałem się jak najszybciej podzielić tą milą nowiną z wszystkimi w Garden Lodge, lecz podróż powrotna trwała ponad godzinę. Kiedy wreszcie dotarłem, Freddie siedział w hallu i czekał na mnie niecierpliwie. - 171 - Jirn Hutton, Tim Wapshott - No i? - rzuci! na mój widok, - Zdałem - odparłem, sam nadal nie bard/n mogąc w to uwierzyć. - Świetnie! - wykrzyknął, skoczył i uściskał mni< czule. Tego wieczora Freddie wydał nie zaplanowane przyjęcie, którego przyczynę zaproszeni poznali właściwie dopiero tuż przed przyjściem. Posypały sie drobne, śmieszne prezenciki. Między innymi dostałem mały rysunek, na którym widać było pan na przednim siedzeniu samochodu, z podpisem „Melina i Jim". Jednak imiona te napisano w takiej kolejności, że wychodziło na tot iż kierowca jest Freddie. Niewielkie widziałem szansę na coś takiego, Freddie opowiedział mi, że poszedł kiedyś na lekcje nauki jazdy, ale trwała ona najwyżej dziesięć minut: przywitał sie z instruktorem, wsiadł do auta. uruchomił silnik, zgasił i wysiadł. Zdumionemu instruktorowi oświadczył, że nie ma zamiaru za wracać sobie głowy. W kilka dni potem siedziałem z Freddiem, Joem i resztą w kuchni. Wszedł Terry z dziwnym błyskiem w oku. Okazało sie, że Freddie w tajemnicy kazał mu rozejrzeć sie i znaleźć dla mnie odpowiednie auto. Freddie wywołał mnie z towarzystwa. Na stole były rozłożone lśniące prospekty Volvo 740 GLE kombi. - Masz, wybierz sobie kolor - zwrócił się do mnie. Mówił poważnie. Mary sądziła, że Freddie nie powinien mi kupować akurat tego samochodu. Uważała za niemądre, żeby mój pierwszy samochód był zupełnie nowy. Ja twierdziłem, że ma dużo racji> ale Freddie nie przyjmował tego do wiadomości. - 172 - FREDDIE MERCURY ł JA - Na miłość boską! - powiedział do niej. - Przecież to jego prezent urodzinowy! Dostanie nowe auto I koniec! Nazajutrz dał mi czek na pokrycie zaliczki na /amówienie Volvo, a Terry zawiózł mnie do salonu, hyłem tak podekscytowany! Ale kto by nie był? I Yzejrzeliśmy wszystkie kolory i modele, aż zdecydowałem sie na antracytowy metalic z otwieranym dachem i czarną skórzaną tapicerką. Pod koniec stycznia Freddie ponownie zaczął sie spotykać z Brianem, Rogerem i Johnem w Town House Studios, gdzie pracowali nad nowym albumem, The Miracle. Freddie był szczęśliwy, mogąc /nów nagrywać z resztą zespołu. W jego głowie powstało kilka nowych pomysłów, które nie dawały mu spokoju. Chciał je koniecznie wcielić w życie. Freddie i Mikę Moran pracowali też z chłopakiem Ellaine Paige, tekściarzem Timem Ricem, nad piosenką The Golden Boy do albumu Barcelona. Eilen powiedziała, że chciałaby nagrać album z piosenkami „Queen", a Freddiemu bardzo się podobał ten pomysł. Niezwykle go ciekawiła jej interpretacja tych titworów. Freddie i ja kilka razy spotkaliśmy sie z Elaine i Timem. Kiedyś Tim zabrał nas do polskiej restauracji „Wódka" w Kensington, gdzie mają wszystkie najlepsze wódki na świecie. Freddie byi w swoim żywiole. Wypróbował kilka różnych gatunkówł a kiedy wychodziliśmy, ledwie niosły nas nogi. Do Garden Lodge dotarliśmy niemal na czworakach. Ślub Rogera i Domtnique Taylor odbył się dwudziestego piątego stycznia w Urzędzie Stanu Cywilnego dla Chelsea i Kensington. Freddie i Mary poszli na ślub jako świadkowie, podczas gdy w Gar- - 173 - Jim Hutton, Tim Wapshott den Lodge Phoebe i ja pomagaliśmy Joemu w przy gotowaniu niedużego przyjęcia po ceremonii, Byłi to bardzo radosna impreza, a kiedy goście ju* wychodzili Freddie przytulił mnie i pocałował. - Kochasz mnie? - spytał. - Tak. kocham cie - odparłem. Objąłem go moc no i pocałowaliśmy się. Potrzebował ciągłego zapewniania o mojej miłości i do samego końca co jakiś czas się o to dopytywał. Wiedział, że go kocham, ale koniecznie chciał to słyszeć. Mimo że świat był pełen tysięcy fanów, którzy go uwielbiali - chociaż nigdy w życiu nawel go nie spotkali - byłem jedyną osobą, o której miłości chciał wiedzieć. Sprawiało to, że czułem się kimś bardzo wyjątkowym. Jeszcze nigdy nikomu tak bardzo nie zależało na moich uczuciach. I naprawdę go kochałem. W przeddzień Waleńtynek w 1988 roku okropnie sie pokłóciliśmy. Nie pamiętam, o co poszło, ale skończyło sie na tymt iż położyliśmy sie spać nie mówiąc do siebie ani słowa. Następnego ranka wstałem bardzo wcześnie, zostawiając śpiącego Freddiego w łóżku. Pojechałem do New Covent Garden w południowym Londynie i kupiłem sześćdziesiąt róż Blue Moon. Były blado niebieskie, dużo większe od zwyczajnych róż. i miały przewspaniały zapach. Gatunek Blue Moon był absolutnym ideałem i Freddie go uwielbiał. Pojechałem do domu i ułożyłem róże w wiklinowym koszyku, po czym zaniosłem kosz wraz z filiżanką herbaty Freddiemu do łóżka. - Dużo szczęścia z okazji Walentynek! - powiedziałem. Freddie wciąż był w złym humorze, odburknął - 174 - FREDDIE MERCURY J JA więc coś tylko. Obudził się chyba w tym samym fatalnym nastroju, w jakim się położył. Zostawiłem więc róże, herbatę i Freddiego razem z tym jego humorkiem i poszedłem do pracy w ogrodzie. Gdy Freddie wstał z łóżka około dziesiątej, prze-niósł kompozycje z Blue Moon do hallu. Potem zaczęli się schodzić goście i wszyscy rzucali jakieś uwagi na temat ciekawej kompozycji w koszyku. - A tak - odpowiadał Freddie. - Dał mi je mój mąż. Więc jednak mimo wszystko był z kwiatów zadowolony. Powiedział mi to zresztą tego wieczora w łóżku. Pocałowaliśmy sie i pogodzili, a Freddie dał mi liścik walentynkowy. Następne moje spotkanie z Montserrat Caballe połączone było z kolacją w „Ponteyecchio", gdzie w piętnaście osób zajęliśmy całą cześć restauracji, zestawiając stoliki. Włoscy kelnerzy nie wierzyli własnym oczom, kiedy zorientowali się, kto jest naszym honorowym gościem. Było tak miło, że po kolacji Freddie i Montsy zaśpiewali Ebcercises in Free Love i kilka innych kawałków. Pewnego ranka, kiedy wszedłem do kuchni po pracy przy stawie koi, popijający właśnie kawę Freddie przyjrzał mi się uważnie i spytał: - Co się stało twojemu sygnetowi? Zerknąłem na rękę. Piękna obrączka Cartiera, którą Freddie kupił mi na urodziny, była mocno zgnieciona i porysowana. Musiałem ją zniszczyć w trakcie przesuwania głazów nad stawem. ~ Widzisz, dlatego właśnie nie iubie nosić biżuterii - powiedziałem. Praca w ogrodzie szkodziła obrączkom. Oddałem sygnet do naprawy, a potem nosiłem go tylko na - 175 - Jim Hutton, Tim Wapshott specjalne okazje. Po pracy w ogrodzie zwykle zap<» minąłem o jego włożeniu. W kwietniu Freddie wystąpił pierwszy i ostatni raz w życiu w musicalu na West Endzie. Wzml udział w specjalnym, charytatywnym przedstawić niu „Tirne" Dave'a Clarka w Dominion Theatn-Wszystkie dochody z tego musicalu przekazano do Terrence Higgins Trust na badania nad AIDS. Freddie wciąż bardzo niechętnie rozmawiaj y.v mną o swoim stanie zdrowia. Wiedziałem, że regu lamie chodził na testy do swojego lekarza, doktora Gordona Atkinsona, i że spotyka! się z wieloma specjalistami od AIDS. Ale wiedziałem też, że żaden z tych lekarzy nie potrafił dać dobrych wieści. Śmierć Freddiego była nieunikniona. Kwestią było tylko, jak długo zdoła utrzymać się przy życiu. Pałac Duckingham W czesnym latem 1988 roku poleciałem z Fred-diem na lbize na ciche dziesięciodniowe wakacje. Pojechali z nami Phoebe, Peter Straker i Graham Hamilton w charakterze zastępczego kierowcy, bo Terry był na urlopie- Zanim opuściliśmy Wielką Brytanie, Freddie zrobił piekło dealerowi Volvo w związku z terminem dostawy mojego samochodu. Zażądał, żeby auto było na miejscu* kiedy wrócimy. W przeciwieństwie do naszych poprzednich wizyt, te wakacje były kojąco ciche i spokojne - po raz pierwszy też nie zatrzymaliśmy sie w hotelu JPike's\ Freddie był już wyraźnie dużo słabszy i chciał uniknąć wszelkich intensywniejszych form życia towarzyskiego. Poza tym uważał, że hotel nie daje tej prywatności i intymności, jakiej teraz potrzebował. Zęby zniknąć z oczu prasie, pożyczyliśmy od Rogera Taylora jego wille i większość czasu spędzaliśmy opalając się leniwie nad basenem, ukryci przed wścibskimi oczami. Oczywiście, wychodziliśmy z domu. Kilka razy wypuściliśmy sie na zakupy do lbizy, po ubrania - 177 - Jim Hutton, Tira Wapshott i ceramikę do Logan Mews. Poza tym codzienni' jadaliśmy w dobrych restauracjach. Braków;ilu nam tylko komfortu, jaki dałoby przywiezienie sobą kotów. Kiedy wróciliśmy do Garden Lod; pierwszą rzeczą, jaką zrobił Freddie, było przytulinie wszystkich kotów, które czekały na nas w hallu Oczekiwała nas również wiadomość, że moj* Volvo jest gotowe do odebrania. Terry pojechał ze mną po samochód. Dostał przedtem od Fred diego dokładne instrukcje, żeby natychmiast aa brał mnie na autostradę. Po powrocie byłem nci wowym wrakiem. Freddie pierwszy raz przejechał sie yolyem, kiedy pojechałem po niego do studia. Był bardzo nei wowym pasażerem, wciąż niezadowolonym z powo du mojego okropnego zwyczaju jechania „na ogonie poprzednika i zatrzymywania się tuż za kimś. Z;i każdym razem, gdy to robiłem, Freddie odruchowi > wpierał się obiema rękami w deskę rozdzielczą. Nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo, ale i tak zaw sze pilnowałem, żeby miał zapięte pasy. Nalegałem też, żeby w czasie jazdy nie zachodził miedzy nami żaden kontakt fizyczny, bo obawiałem sie, że to rozproszy moją uwagę. W trakcie tej pierwszej, niezwykle ostrożnej przejażdżki z Freddiem wlokłem się do Garden Lodge nie przekraczając szybkości dwudziestu pięciu mil na godzinę, bo ciągle mi się przypomina! obrazek „Melina i Jim\ Ale pojechałem do domu inną trasą niż ta, którą Terry zwykle odwoził Freddiego. Głównie dzięki pustym uliczkom okazała się szybsza. - Dlaczego Terry nigdy mnie tędy nie wozi? - spytał Freddie. -Ta droga jest szybsza. - Bo Terry jest przyzwyczajony do swojej drogi, - 178 - FREDDIE MERCURYI JA i |a do swojej - wyjaśniłemt znów ujrzawszy oczami wyobraźni obrazek „Melina i Jim'\ Tego roku znowu spróbowałem szczęścia w hodowli narybku kot Rok wcześniej cały narybek wy- iyehał, ale w rym sezonie przetrwało około dwu-• l/iestu rybek. Freddie bardzo interesował się ich losami, szczególnie upodobawszy sobie jedną z mło-\ Kreddie spytał, czy mistrz zgodzi się na każdy wzór .. i mówiony przez klienta. Właściciel przytaknął. Wte-i lv Freddie zamówił dwie wielkie lampy stojące z kroił wskimi herbami. Kiedy dotarły do Garden Lodge, I i eddie był nimi zachwycony. Całą naszą porcelanowy eskapadę opisał „The Sun", ale ze swą zwykłą dokładnością doniósł, iż Freddie zakupił obiadowy serwis porcelanowy na trzydzieści sześć osób. Po przyjeździe do Londynu poszliśmy na przyjęcie I1 rodzinowe Petera Strakera, odbywające się w nocnym klubie ^enon" na Piccadilly. Byli tam Tim Kice i Ellaine Paige, a Freddie spotkał jeszcze Fay Treadwell z zespołu riDrifters", Zaczęliśmy się przygotowywać do Bożego Narodzenia. Wszyscy dekorowali dom, a ja upiększałem ogród, postanowiwszy zrobić z niego coś w rodzaju zimowej krainy czarów. Wśród gałęzi magnolii rosnącej przy bramie zawiesiłem maleńkie lampki. Freddiemu tak bardzo się podobały, że już nigdy Ich nie zdjąłem. A on nalegał, żebym takie same lampki zawiesił na drugiej magnolii, którą widać było z okien sypialni. Ja jednak stale odmawiałem, twierdząc, że to już by było za wiele i że ogród zacząłby wyglądać jarmarcznie. Uważałem, że nie należy przesadzać. W domu mieliśmy mnóstwo kłopotu z choinką, Została specjalnie zamówiona, a kiedy ją wreszcie ustawiliśmy na miejscu i przybraliśmy, zaczęła gubić igły. Po dwóch dniach mieliśmy kompletnie łyse drzewko. Freddie uważał to za znakomity dowcip, ale mnie nie było tak do śmiechu. Przecież święta dopiero nadchodziły, a choinka wyglądała żałośnie. Dopadłem dostawcę i poleciłem mu przywieźć inne drzew- - 195 - Jim Hutton, Tim Wapshott ko, a wtedy Freddie zaczął sie ze mną draznu twierdząc, że wolał ten ogryzek. W dniach bezpośrednio poprzedzających święlłi Goliat zaczął sobie wynajdywać naprawdę dziwar/ ne miejsca do spania- Zawsze znikał z widoku kiedy odwiedzali nas goście, ale pewnego wieczoru zniknął na dobre. Gdy po wielu godzinach wciąż go nie było, Freddie zaczai się denerwować, Czyżhy Goliat znów gdzieś wywedrował, jak wtedy, gna, i kazałem się zawieźć do Cambridge. Po-slanowiłem po prostu kupić Freddiemu i sobie szorty. Odjeżdżając spytaliśmy jednego z obstawia-licych stacje policjantów, jak daleko jest do Cambridge, a on pospieszył z wszelką pomocą. - Poprowadzę was - powiedział. -1 tak mam już wracać. Tak więc pojechałem na zakupy w eskorcie policyjnej. Mimo że tego roku Freddie pracował non stop, nadal nie tracił kontroli nad życiem codziennym Garden Lodge. Bez względu na to, jak był zajęty, nic nie uchodziło jego uwagi. Kiedy koi zaczęły tarło, ikra zaległa staw w takich Ilościach, że musiałem ją wybierać wiadrami* żeby dorosłe ryby nie zaczęły jej pożerać. Tym razem bardzo wiele młodych rybek przetrwało. Zbiornik na narybek okazał się zbyt mały i trzeba było znów przenosić młode do innego. Zabrawszy sie za te porządki, postanowiłem przy okazji przerwać wreszcie męczarnie ryby, którą wyhodowałem rok wcześniej. Była zdeformowana, kiepsko pływała i miała kłopoty z jedzeniem. Była najmniejsza z zeszłorocznego tarła. Zabiłem ją szybkim uderzeniem w głowę. Niewiele później Freddie przyszedł do ogrodu i mimo że mu nic nie powiedziałem, od razu się domyślił, co zrobiłem. - Gdzie ona jest? - spytał. - Zabiłem ją. - 209 - Jim Hutton, Tira Wapshott - Jak? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a on cholery. Wrzeszczał, że jeśli jeszcze kiedykolwiek bede musiał zabić jakąś rybę, musze znaleźć baj dziej humanitarny sposób. Zadzwoniłem wiec dO specjalisty od ryb, Neila Porterat który przysłał im specjalny proszek. Za pomocą tego proszku możrn było w humanitarny sposób pozbawić rybę żychi Pewnego poranka, zaraz po wstaniu z łóżk;i, Freddie spytał mnie, czy nie mógłbym zrobić dli niego jeszcze jednego stoliczka do sypialni, idcn tycznego z tym pierwszym. Zatroskałem sie. - Co sie stało? - zapytał. - Dlaczego nie poprosiłeś mnie o to, kiedy robi łem pierwszy? - odrzekłem. - Teraz będziesz miał dwa różne odcienie, a mogty być zrobione z tego samego kawałka drewna. Miałem jednak nadzieje, że za pomocą bejcy zdołam jakoś podrobić podobny kolor drzewa, Par<ł godzin później Freddie natknął sie na mnie, gdy wymierzałem pierwszy stolik. - Nie masz planów tego stolika? - zapytał. - Nie, nie zrobiłem ich - odparłem. - Gdybyś je zrobił, nie miałbyś teraz żadnych problemów - powiedział, - Wtedy musiałbyś tylko je wyjąć i odrysować. - Aleja nigdy nie robię planów mebli - skomen towałem. Freddie był zaskoczony. On miał zdecydowanie bardziej zorganizowane podejście do swych działań. Niemniej, kiedy pokazałem Freddiemu ukończony drugi stolik, był zachwycony. Od tej pory oba stoliki stały po bokach drzwi do sypialni, pokryte zdjęciami w ramkach i bibeiotami. - 210 - FREDDIE MERCURYI JA Kilka dni potem Freddie kupił cały worek mosież-ch okuć meblowych. - Mam świetny pomysł - powiedział entuzjastycznie, kiedy przywlókł do domu te okucia. - Skoro |uż mamy takie piękne mosiężne okucia, dopasujmy kilka do tych stolików, które zrobiłeś. - To je tylko zniszczy - zaoponowałem. - Przecież (o tylko proste, zwyczajne stoliczki. - Nie, nie zniszczy - upierał się. - Zobaczysz, że świetnie będą pasowały. Znam się na tym. Wybiegł z pokoju i przytargal worek z mosiądzem, po czym wysypał to wszystko i zaczai wybierać poszczególne kawałki, tłumacząc mi, gdzie który dopasować. I rzeczywiście, kiedy je zamocowałem, wyglądały naprawdę dobrze. Freddie był bardzo dumny z tych stolików i zawsze pokazywał je swym gościom, mówiąc: - Mój mąż zrobił je dla rnnie. Zrobiłem kiedyś drewnianą skrzynkę z wieczkiem na zawiasach - ot, tak, żeby coś zrobić. Freddie zażądał jej dla siebie, gdy tylko ją zobaczył. Wszedł do warsztatu, kiedy ją właśnie polerowałem. - Po co to robisz? - zapytał. - Nic konkretnego - odrzekłem. - Tak sobie dłubię. - Mógłbym ją dostać na moje prywatne papiery? - Jasne, ale może najpierw założę jakiś zamek - powiedziałem. Przez kilka dni szukałem wszędzie odpowiednio małego zameczka, aż w końcu wziąłem zamek ze starej maszyny do szycia, która kiedyś była własnością mojej babki. Wręczyłem skrzynkę Freddiemu, a on ustawił ją na widoku w naszej sypialni, ale nigdy w niej - 211 - Jim Hutton, Tira Wapshott niczego nie trzymał. W końcu nie był jej potrzebm zameczek. W Garden Lodge gruchnęła wspaniała wit-st Mary spodziewała się dziecka Fiersa Cameronn Tak wiec teraz w trakcie naszych regularnych po droży do Montreux lista zakupów była wzbogaca r m 0 śpioszki i zabawki. W czasie ciąży Mary w gazetach ukazała si<* okrutna historyjka, jakoby Freddie zawarł urnowy z Mary o „ojcowaniu" jej dziecku z Piersem. Było tu niesprawiedliwe i kłamliwe, tak jak sugestia, żfl Freddie będzie ojcem chrzestnym dziecka. Kiedy Ir historyjki pojawiły sie w gazetach, Freddie pod powiedział Mary rozsądną radę. - Kochanie - powiedział - powinnaś zrobić sobie śliczne zdjęcie z Piersem i przesłać je prasie. Mary jednak wolała załatwić tę sprawę po swoje mu - i nie zrobiła nic. W sierpniu, kiedy singiel The Inuisible Mon wszedł na listy przebojów, w Garden Lodge przybył nowy domownik. Jeszcze jeden kot. Zobaczyłem go w sklepie zoologicznym na Kensington High Street, gdzie siedział ze zwieszonym łebkiem w oknie wystawowym. Było to grubo kościste kocię w szare, białe i czarne pasy. Wszedłem i spytałem Colina - właściciela sklepu - o cenę. Powiedział, że dwadzieścia pięć funtów, a ja uznałem, że to za dużo 1 wyszedłem. Po powrocie do Garden Lodge opowiedziałem o tym Phoebe i Joemu. - Skoro ci się tak bardzo podobał, to dlaczego go nie kupiłeś? - spytali niemal jednocześnie. Odparłem, że przecież Freddie dostałby szału, gdyby w domu pojawił się jeszcze jeden kot. Ale potem nie wytrzymałem, usłuchałem głosu serca - 212 - FREDDIE MERCURYI JA i poszedłem z powrotem do sklepu. Kiedy dotarłem Iia miejsce, trzy kobiety rozmawiały z Colinem na temat kota. Wszystkie chciały go kupić, nie odpowiadała im tylko perspektywa dokupienia za piec funtów kartonowego pojemnika do transportu. Colin pozostawił kobiety same sobie i - pozwalając im na kłótnie we własnym gronie - spytał mnie ponad ich głowami: - O co chodzi, Jim? - Ue za tego kota? - zapytałem, choć przecież znałem odpowiedź. - Dwadzieścia pięć funtów - odparł. Wyjąłem z portfela pieniądze i wręczyłem mu. - Proszę - powiedziałem do niego, a potem do kobiet: - Kot jest już sprzedany. Mam nadzieję, że paniom to nie przeszkadza. -1 wyszedłem ze sklepu z kotem w kartonowym pojemniku. Od strony Mews mieliśmy teraz drugie wejście do Garden Lodge, więc dla ominięcia Freddiego wślizgnąłem się tamtędy z pojemnikiem pod pachą. Nie chciałem się przyznawać od razu, że kupiłem kota, ale oczywiście natychmiast nadziałem się na Freddiego. - Mam tu coś - powiedziałem szybko, żeby ukryć zaskoczenie. - Jak ci się nie spodoba, dam Annie Nicholas. Anna była aktorką, przyjaciółką Freddiego, i parę dni wcześniej pytała go, gdzie może kupić kota. Wiedziałem, że byłaby szczęśliwa, mogąc dać kotu dach nad głową, gdyby Freddie go nie zechciał. - Co to jest? - spytał Freddie z niepokojem, - Mówię poważnie - ciągnąłem. - Jak nie chcesz... - Otworzyłem pudełko, a Freddie niecierpliwie zajrzał do środka. - Ty bydlaku! -jęknął, ale z wyrazu jego twarzy - 213 - Jim Hutton, Tim Wapshott widać było od razu, że kot może zostać. WkróU i ogłosilt że kot będzie się nazywać Romeo. - To będzie bardzo duży kot - mówiłem dalr| szybko, nie dając mu dojść do słowa. - Może nawel większy niż Oscar. - I rzeczywiście, Romeo wyrósł na prawdziwego tygrysa. Wkrótce potem, jak Romeo znalazł u nas dom, dostałem ważne wiadomości z Irlandii. Rodzin;i była gotowa do rozpoczęcia budowy domu, poszed tem wiec do Freddiego po pieniądze. Wypisał czek i podał mi goH Zerknąwszy nań chciałem go odda<. bo był wystawiony na sumę o kilka tysięcy funtów wyższą, niż potrzebowałem. - Nie - powiedziałem Freddiemu. - Dom ma kosztować najwyżej trzydzieści dwa tysiące funtów. - Przecież to tylko szacunkowa wycena - odparł. - Dlatego czek jest wyższy. - Zawiesił głos na moment i dodał: - To prezent. Protestowałem oczywiście* ale chyba nie tak mocno, jak powinienem. Zresztą dom okazał się tak duży, że nawet tych pieniędzy było mało i musiałem jeszcze wziąć kredyt w wysokości piętnastu tysięcy funtów. Ale nie powiedziałem o rym Freddiemu. W każdym razie, zachęcony w ten sposób przez Freddiego, przez następne dziewięć miesięcy jeździłem często do Irlandii, żeby obejrzeć postępy robót. Za każdym razem przed wyjazdem Freddie instruował mnie: - Zrób tyle zdjęć naszego domu, ile zdołasz. Jeździłem więc do Irlandii z aparatem fotograficznym albo kamerą wideo i po powrocie pokazywałem Freddiemu wszystkie nowości. A on chciał wiedzieć o wszystkim. - 214 - FREDDIE MERCURYI JA Od czasu do czasu zamiast kolacji przyrządzanej przez Joego jedliśmy jakieś danie na wynos, po które Freddie wysyła! jednego z nas. On sam lubił hamburgery, a jeszcze bardziej ryby w cieście z frytkami, które jedliśmy wprost z papieru. Zawsze przed wyjściem po takie danie Freddie przypominał 0 kupnie dodatkowych sześciu ryb - po jednej dla każdego z kotów. Przygotowanie ryb dla nich było Już później moim zajęciem. Freddie nie zaczynał jeść sam, póki się nie upewnił, że obrałem ryby z ciasta 1 wszystkich ości i że żaden kot się nie zadławi. Mniej więcej od połowy 1989 roku moje niepowstrzymane, okropne chrapanie zaczęło wywierać wpływ na moje życie z Freddiem. Kiedyś go nie zauważał, ale teraz nie mógł przy nim spać. A kiedy byłem po kilku drinkach, chrapałem jeszcze głośniej. Pewnej nocy chrapałem wniebogłosy, a leżący obok mnie Freddie usiłował w jakiś sposób mnie uciszyć, przekręcając mnie z boku na bok. Jednak nic nie skutkowało. Wreszcie, zrozpaczony, obudził mnie. - Co robisz? - spytałem, oszołomiony, - Chrapiesz! - rzucił ze złością. - Okay - powiedziałem, rozbudziwszy się szybko. - Skoro jest aż tak źle, to przeniosę się do pokoju gościnnego. - Wstałem i pozwoliłem mu spać w spokoju. Różowy Pokój, nasza ogromna, niemal nie umeblowana gościnna sypialnia, był o parę kroków od sypialni głównej. Stało w nim ogromne łóżko, duża trzylustrowa toaletka i kanapa - tak wielka, że trzeba było ją wnosić przez okno. Freddie postanowił, że ta kanapa będzie do naszego domu w Irlan- - 215 - Jim Hutton, Tim Wapshott dii, kiedy jego budowa już sie skończy. Do poko|«< przylegała łazienka i ubieralnia. Moja przeprowadzka do Różowego Pokoju z pn czątku była tylko „na pół etatu" - większość nocy przesypiałem z Freddiem, ale kiedy tylko zaczyna łem chrapać, przenosiłem sie do gościnnej sypialni Tego października Freddie pracował z zespołem w Szwajcarii i nagle na dobre rzucił palenie, A było to tak: przez większą cześć roku „Queen" pracowni w Mountain Studios w Montreux, gdzie pokój reży serski był bardzo maleńki. Wszedłszy doń pewnej i ranka Brian zatrzymał sie gwałtownie i wycofał si<, mówiąc, że jak na niego jest tu zbyt nadymione. - Racja! - rzucił Freddie. - Koniec palenia w rc żyserce! Wobec reżysera, DaveTa Richardsa, nie było to do końca fair, bo on nie mógł sobie wychodzić n;* papierosa, kiedy chciał. Ale to właśnie wtedy Fred die rzucił palenie. Przedtem - mimo używania bardzo łagodnych papierosów - Freddie często z powodu palenia miał ataki kaszlu po przebudzeniu. Wstawał i zaczynał odkaszliwać i pluć. Pewnego ranka w Szwajcarii tak rzęził, że powiedziałem mu, że powinien to rzucić. A potem sam zapaliłem papierosa. Od tego dnia w studio Freddie nigdy nie zatęsknił za papierosem. Palił przez całe życieł a ni gdy sie nie uzależnił. A ja tak. byłem i wciąż jestem nałogowcem. Pod koniec 1989 roku nasz kot, Tiffany, zdychał powoli na raka. Pewnego październikowego ranka, jeszcze zanim Freddie wstał, widząc, jak zwija sie i jęczy z bólu, zabrałem go do naszego weterynarza, Keitha Butta. Keith bez ogródek przeszedł do rzeczy: - 216 - FREDDIE MERCURYI JA - Jim, naprawdę powinniśmy go uśpić. Ale pozo-tawiam decyzję tobie. Zostawiłem TiffanyTego u niego i pojechałem z powrotem do domu skonsultować się z Freddiem. Powtórzyłem mu opinię Keitha, a Freddie był zdruzgotany. Przyjechała Mary. Freddie opowiedział jej o sytuacji. Wszyscy wiedzieliśmy, jaką musimy podjąć decyzję, i po paru chwilach Freddie sie zgodził. Mary pojechała ze mną do weterynarza, gdzie Tiffany dostał zastrzyk i natychmiast zasnął. - Po wszystkim - powiedziała cicho Mary. Zwłoki Tiffanyłego zostały spalone w krematorium, a prochy zakopane w małym pojemniku, dokładnie tak, jak tego chciał Freddie - w ogrodzie, naprzeciwko wielkiego okna jadalni. Było to bardzo poruszające. W tym samym miesiącu „gueen" wydał swój najnowszy singiel, Scandal Na stronie B nagrano utwór My Life Has Been Saued. Następnym przebojem zespołu był wydany pod koniec listopada album The Miracle, W nadchodzące święta Bożego Narodzenia postanowiłem z pociągu „RhinegokT uczynić główny element dekoracji Garden Lodge. Najpierw planszę pociągu zmieniłem w zimowy, ośnieżony krajobraz. a na dwanaście dni przed świętami wziąłem się na poważnie za dekorowanie. Doszedłem do wniosku, że jedynym miejscem, gdzie można ulokować moja śnieżno-kolej ową scenkę, jest koncertowy fortepian Freddiego w salonie. Zdjąłem więc z niego wszystkie zdjęcia, dla zabezpieczenia zaś lakieru ułożyłem nL pokrywie płyty styropianu i dopiero wtedy przy krylem to wszystko moją planszą. Kiedy Freddie wszedł do salonu, doszły mnie j - 217 - Jim Hutton, Tira Wapshott wściekłe wrzaski, wiec pognałem tam. Zdołał wy powiedzieć w miarę spokojnym głosem, że pomyl wystawienia planszy kolejowej mu się podoba, nl< że złości go niszczenie instrumentu. Wtedy pok;t załem mu styropianowe płyty, a on natychmiasi sie uspokoił. Po południu pomógł mi udekorować oba skrzycil.i wielkich drzwi hallu pomalowanymi na biało i czci wono gałązkami, z których zwisały czerwone i sre\ * rne bombki. - Coś tu jeszcze jest nie tak - powiedział pu chwili, przyglądając się dekoracji. - Trzeba to tra - Nic nie trzeba, jest okay - zaoponowałem. - Nie - upierał sie. - Brakuje mi tu czegoś - Przyniósł wielki pojemnik czekoladek QuaJiiy Street. - Masz - powiedział. - Powieś kilka z nicii na tych gałązkach. Zgodziłem się z nim, że po tym zabiegu gałązki wyglądają o wiele lepiej. Rano w pierwszy dzień świąt Freddie poprosił mnie, żebym położył bukiecik kwiatów w miejscu, gdzie pochowaliśmy Tiffany'ego. Ten dzień zapadł wszystkim w Garden Lodge głęboko w pamięć z powodu niespodzianki, jaką zrobił nam Freddie. Kiedy siadaliśmy do stołu, zauważyliśmy przy każdym nakryciu prezencik - niezwykłą biżuterię. Były to różności z firmy „Butler and Wilson", broszki, wisiorki i inne rzeczy. Dla wszystkich - Phoebe, Joego, Mary, Petera Stra-kera, Dave'a Clarka, Grahama Hamiltona i jego chłopaka, Gordona. Były tam srebrne pudelki na łańcuszkach, minikije golfowe, klucze wiolinowe... Ale najwspanialszy prezent dostałem ja: przedziwną - 218 - FREDDIE MERCURYI JA spinkę do krawata z przezroczystym, szlifowanym, wielkim kamieniem. Ze świąteczną wizytą wpadł do Freddiego Jim Ueach i zakochał się w moim kolejowym modelu. Postanowił kupić taki dla swojego syna i poprosił mnie, żebym go zmontował równie pięknie, jak to /robiłem ze swoją kolejką. Zgodziłem się z przyjemnością. Jim był zatrudniony przez zespół, ale właściwie to on nimi zarządzał. Świetnie z nim żyłem, choć nie sądzę, żeby rozumiał związek Freddiego ze mną. Ale to było nieistotne; jak długo Freddie był szczęśliwy ze mną, Jim również był zadowolony. Jim rozpoczął nowy rok od prób podpisania nowej umowy nagraniowej dla „Queen" w Stanach Zjednoczonych. Zespół przez wiele lat miał kontrakt z firmą Capitol, ale nie byli zadowoleni z tej reprezentacji, wiec odkupili swoje prawa, co dało im silną pozycję przetargową. Na początku 1990 roku, kiedy Romeo był już u nas od kilku miesięcy, szedłem przez ogród z Freddiem, a za nami dreptały C2tery koty. Nagle Romeo odwrócił się do pozostałych kotów i rzucił się na nie - na Goliata, Miko i Delilah. Popatrzyłem na Freddiego i zawołałem: - Rambo! - Co masz na myśli? - nie zrozumiał Freddie. - Och, popatrz na niego - odparłem. - Atakuje inne koty. To Rambo! To przezwisko przylgnęło do Romea. Nie wiedziałem, co robić z podłogą w naszym domu w Irlandii i w końcu poprosiłem Freddiego o radę. Spytał mnie, co mam do wyboru, a ja między innymi powiedziałem mu o białym klonie kanadyjskim, który mogłem dostać tanio przez rodzinne powiązania. - 219 - Jim Hutton, Tira Wapshott - Dowiedz sie, ile to by kosztowało - polecił. Dwa tygodnie później przypomniał sobie o nas/< | rozmowie. - Wiesz już, ile ten klon ma kosztować? Podałem cenę, jaką mi zaproponowano, a ofl na to: - Okay, zapłacę za to. To będzie prezent dl;i ciebie. Po przerwie powróciliśmy do wahadłowych podn > ży pomiędzy Mountain Studios w Montreux i Metro polis Studios w zachodnim Londynie, gdzie Freddi< i reszta zespołu nagrywali swój ostatni album, Irmuendo. Całymi miesiącami żyliśmy tylko tym. W lutym ^Queen" został uhonorowany nagrodo za wyjątkowy wkład w muzykę brytyjską przr/ brytyjski przemysł fonograficzny. Ceremonia odbyła sie w Dominion Theatre. Mimo grubego makijażu Freddie nie wyglądał najlepiej. Po uroczystości dla uczczenia dwudziestu jeden lat MQueen" odbyło sie przyjęcie w „Groucho Club". Było to prawdziwe wydarzenie; wśród gości byli George Michael, Lisa Minnelli, Barry Humphries. Michael Winner i Patsy Kensit. Kiedy pojawił sH> Rod Stewart, Freddie przedstawił mu mnie jako: „mój mężczyzna, Jim", a ja przypomniałem sobie, że Freddie wymyślił kiedyś dowcip: założy z Rodem Stewartem i Eltonem Johnem zespół o nazwie „Ze by, Nos i Włosy". Moją towarzyszką na tym przyjęciu była Martha Brettt która naprawdę wystrzałowo się ubrała Jako maniakalna miłośniczka Roda Stewarta wpatrywała sie w swego idola przez cały czas, kiedy Freddie z nim rozmawiał. Potem nagle Freddie wbił oczy we mnie, - 220 - FREDDIE MERCURY1JA - Kto to? Z kim przyszedłeś? - spytał. - Nie [ znam jej. - To jest Martha - wyjaśniłem. - Martha Brett z Town House Studios. - Naprawdę? - powiedział niedowierzająco. Przyjrzał się jej uważnie i nagle wybuchnął śmiechem. Późnym wieczorem wtoczono wyjątkowo wymyślny tort. Była to ogromna plansza do Monopolu, ale wszystkie pola nosiły nazwy przebojów „Queen\ Zanim Freddie stal się liderem tego zespołu, sludiował w Szkole Sztuk Pięknych Ealing w za-< liodnim Londynie. Dawno już zarzucił malowanie, nie pewnego dnia poczuł nagłą potrzebę ponowienia próby. Wysiał jednego z nas do sklepu po pędzle I inne materiały. Przez kilka tygodni zatapiał się na całe godziny w szkicach i malowaniu. Usiłował sportretować Delilah, ale - podobnie jak inne jego obrazy - ten portret nie został ukończony. Tylko dwa z jego obrazków zostały dokończone - dla Joego i Phoebe, a i te powstały przypadkowo. Kiedyś Freddie kartkował katalog „SothebyV i na-tknął sie na wystawiony na sprzedaż nowoczesny portret, narysowany prostymi kreskami. - Tak to i ja umiem! - zawołał. Złapał szkicownik i po kilku minutach skończył pracę. Podniósł swe dzieło. Była to idealna kopia obrazu w katalogu. - Mógłbym to dostać? - spytał Joe. Freddie podpisał sie i dał mu rysunek. Phoebe poprosił o taki sam, a Freddie znów chwycił za ołówek i po paru chwilach wręczył mu gotowy szkic. Freddie uwielbiał sztukę. Preferował dzieła japońskie i impresjonistyczne, do nowoczesnej sztuki - 221 - Jim Hutton, Tim Wapshott zaś miał jakby awersje. Napotykając w katalogach nowoczesne obrazy krzywił się strasznie, a najbm dziej sie złościł na widok wielkich płócien, zamalo wanych jednym kolorem lub przedstawiający111 dwie linie. - Co to ma za sens? - prychał. - To nie jest sztu k; if Parę dni później pojechaliśmy do Montreux. Do tarliśmy na miejsce wczesnym wieczorem i natrąII liśmy akurat na oszałamiający zachód słońca nad jeziorem, Freddie koniecznie chciał zrobić zdjet i» nas obu na tym romantycznym tle, ale nie mieliśmy aparatu. Bardzo sie rozzłościł; zależało mu na tym romantycznym obrazku. - Nie martw się - powiedziałem -jeszcze zrobimy takie zdjęcie. Bardzo żałuję, że nigdy do tego nie doszło. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie pragnął zrobir zaraz po przyjeździe do Montreux, było przespać^ rowanie sie nad jezioro, żeby popatrzeć na łabędzie. Mówił o nich „moje łabędzie", a kiedy je wreszcie zobaczył, był gotów szybko przestawić sie z powrotem na szwajcarski tryb życia. Tego dnia, po spacerze nad jeziorem i obejrzeniu łabędzi, Freddie usiadł na brzegu, nad wodą, i zaczął nucić. Napisał potem piosenkę A Winter's Tale, bożonarodzeniową piosnkę o Szwajcarii i życiu w górach. Nikt jej nie słyszał, choć jestem pewny, że Freddie ją nagrał. Niestety, taśma musiała przepaść, bo utwór nigdy nie ujrzał światła dziennego. Dzień pracy Freddiego z reguły zaczynał się około południa. Mimo że w strasznym tempie tracił wagę, upierał sie przy samodzielności - wstawanie, ubieranie, herbata przed wyjazdem do studia i tak dalej - i nie trwało to ani chwili dłużej niż zwykle. - 222 - FREDDIE MERCURYI JA Coraz częściej zdarzało mu się prosić Terry'ego 11 zatrzymanie samochodu w drodze do studia. - Chce wysiąść. Pójdę stąd pieszo - mawiał. Kiedy zdarzyło się to pierwszy raz, Freddie był bardzo zamyślony. Poprosił Terry'egot żeby zatrzyma! się koło jeziora. Chciał przez kilka minut być sam. Bardzo powolnym krokiem poszedł na drugą i ronę jeziora, do łabędzi. Postał obok nich przez chwilę i równie powoli wrócił. - Dobrze - powiedział po powrocie. - Wystarczy. Czas do pracy. Już wkrótce chodzenie zaczęło mu sprawiać trudności. Podarowałem mu laskę, ale z niej nie korzys-Lał. Zgodził się spróbować raz, tylko raz. Nie było również mowy o kulach. Dawanie sobie rady bez pomocy stanowiło część jego siły. I robił to tak długo, jak mógł. - Mam zamiar być na chodzie tak długo, póki Matka Natura nie powie: „dalej już nie pójdziesz" -mawiał. Pewnego dnia w Londynie Freddie i ja wypuściliśmy się z Grahamem Hamiltonem i jego chłopakiem, Gordonem, na zakupy. Freddie kupił trochę szkła i ceramiki u Thomasa Goode'a na Bond Street, a także piękny komplet sztućców do naszego domu w Irlandii. Powiedziałem mu, że wychodzę na papierosa, ale poszedłem wprost do sklepu z artystycznymi wyrobami szklanymi „Laliąue" na Mount Street, zaraz za rogiem. Ekspedientkę znałem, bo Freddie był tam starym bywalcem. - Chciałbym kupić mały prezent-niespodziankę - powiedziałem jej, a ona od razu wiedziała, dla kogo. - Może kota - zasugerowała i pokazała, o jakiego - 223 - Jim Hutton, Tim Wapshott kota jej chodzi. Byl ze szkła i siedział na cokok Byl idealny. Zapłaciłem i poprosiłem o zapakt. wanie. Kiedy weszliśmy z Freddiem na herbatę do „Rich loux'\ dałem mu upominek. - Po co to kupiłeś? - spytał. - To tylko mały prezent dla ciebie - odparłem. Do sklepu „Laliąue" na Mount Street Freddlr poszedł kiedyś na specjalne zaproszenie z oka/|i jednej z niezwykle rzadkich wizyt samej modemu* Laliąue. Była dyrektorem naczelnym firmy i przylc ciała do Londynu, żeby wygrawerować swój podph na kilku niezwykłych wyrobach kryształowych cii.¦ najlepszych klientów. Na to spotkanie Freddie wziął ze sobą Mary Wrócili z trzema cudownymi zegarami. Jeden miał podpis „Dla Freddiego*, drugi, również podpisany, dostała Mary. Mój nie miał podpisu, ale był grawe rowany w delikatne irysy po obu stronach cyfei blatu. Oba zegary, Freddiego i mój, stały na honu rowych miejscach po obu stronach łóżka. Kiedy Mary urodziła syna, Richarda, Freddie byl w siódmym niebie. Odwiedził kilka razy matkc i syna w Queen Charlotte's Hospital, a kiedy po wrócili do domu, wpadał do nich - bywało - kilka razy dziennie, żeby zobaczyć, co u nich słychać. Wszyscy daliśmy Richardowi jakieś specjalne prezenty. Freddie przybył z naręczami dziecięcych ciuszków od najlepszych modystów - trofea z naszych wypraw szwajcarskich - i niewielką góra miękkich zabawek. Ja zrobiłem tradycyjną drewnianą kołyskę i namalowałem na jej bokach karuzele z konikami i uśmiechniętych clownów. Phoebe kupił dla ukoronowania kołyski cudowną lnianą - 224 - FREDDIE MERCURYI JA pościel. Niestety, kołyska nigdy nie została wyko-i /ystana do usypiania Richarda, ale i tak zrobiono uej dobry użytek - służyła jako skład zabawek-przytulanek. Freddie naprawdę był zachwycony przyjściem na świat Richarda* Raz na jakiś czas bardzo lubił prze2 parę minut trzymać go na rękach, Lecz widać było, że nie jest jednym z tak zwanych urodzonych Ojców. Lubił dzieci, ale wolał się trzymać na bezpieczną odległość. Współtowarzysze niedoli W czasie krótkie] wizyty w Montreux w 1990 roku Freddie i ja zatrzymaliśmy sie wraz z Joern i Barbarą Valentin w „Montreux Pałace Hotel". Właśnie w trakcie tej podróży Freddie napisał swqj;i piosenkę Delilah, zadedykowaną ulubionej kotce. Kiedy we czwórkę wracaliśmy ze studia, sklepy jeszcze były otwarte. Freddie poszukiwał teraz lad nych, płóciennych obrusów. Nagle dostrzegliśmy w witrynie jednego ze sklepów coś tak śmiesznego, że wszyscy zaczęliśmy rechotać. Była to piżama, składająca się z szortów i koszulki z wizerunkami Myszki Mickey i Minnie, oraz szlafmycy. Barbarii natychmiast wskoczyła do sklepu i kupiła ten kom plet w prezencie dla Freddiego. Wręczyła mu to w hotelu. Wkrótce po powrocie Joe i ja poszliśmy spać, ale Freddie i Barbara byli w nastroju na całonocne pogaduchy. Wstałem o siódmej rano i wszedłem do salonu, gdzie Freddie i Barbara wciąż gadali jak nakręceni. Freddie wyglądał wystrzałowo. Miał na sobie kom- - 226 - FREDDIE MERCURYI JA pletne nocne wdzianko z Mickeyem i Minnie i szlaf- myce- - Och, już tak późno! - zawołaj na mój widok. - Jim, napisałem nową piosenkę. To o mojej De- lilah. W końcu przespał się tego ranka kilka godzin, ale po przebudzeniu kręcił się po apartamencie i przerabiał słowa do nowej piosenki, recytując ml co chwila nowe wersje. Moim ulubionym wersem był ten, zawarty w ostatniej powstałej tego dnia wersji: „You make me slightly mad when you piss all over my Chippendale suitę." (Dostaje lekkiego szału, kiedy sikasz na mój chippendale'owski kredens). Na urodziny Joego w 1990 roku Freddie wysłał mnie na rynek w New Covent Garden w południowym Londynie, żebym za pięćset funtów nakupił tyle różnych kwiatów w różnych kolorach i wielkościach, ile zdołam. Kupiłem tyle, że ledwie sam wsiadłem do Volvo. W domu czekał na mnie Freddie. Joego nie byłot a my spędziliśmy kilka godzin na układaniu kwiatów. Napełniliśmy wszystkie wazony i dzbanki w domu. Garden Lodge jeszcze nigdy nie widział takiej ilości kompozycji kwiatowych. Kiedy Joe wrócił, omal nie zemdlał, - Niespodzianka! - zawołał do niego Freddie. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Wieczorem poszliśmy do restauracji na przyjęcie urodzinowe z solenizantem. Nie zostaliśmy jednak długo, bo Freddie był zmęczony. W tym samym miesiącu Joe poinformował wszystkich w Garden Lodge, że ma niedobre wieści. On także był chory, - To znaczy, że masz HIV? - zapytałem. - 227 - Jim Hutton, Tim Wapshott - Nie, mam w pełni rozwinięty AIDS - odparł. Co można powiedzieć? Przykro mi? Nie przyszli» mi nic sensownego do głowy. Byt to kolejny pm blem, któremu należało stawić czoło w Garden Lodge. Wszyscy martwiliśmy się, co będzie, jeśli prasa się dowie, że Joe także jest chory. Już w I dzieliśmy te ohydne nagłówki; odgadliśmy nawrl. jak by został przezwany nasz dom: AIDS Lod^' Ale wszystko to jeszcze bardziej nas zdetermino wało. Postanowiliśmy wziąć się w garść i pozosti. optymistami. Mimo że robiłem dobrą minę do złej gry, z;i czynałem się poważnie obawiać o swój stan zdm wia. Doszedłem do wniosku, że również mogę byt' nosicielem. I im bardziej odsuwałem od siebie W myśl, tym bardziej mi się to wydawało prawdopo dobne. Postanowiłem zrobić sobie test na AIDS, nikogo o tym nie informując. Zrobiłem to w zupełne( tajemnicy i pod pseudonimem. Powiedziałem, że jadę na spotkanie z przyjacielem, i pojechałem do szpitala w Brighton. Na miejscu lekarz nie zgodził się rozpocząć ba dań, póki nie przeszedłem specjalnego instruktażu. Przedstawiono rni szczerze, choć delikatnie, wszys tkie implikacje bycia nosicielem. Powiedziałem, że zdaję sobie z tego sprawę, i poprosiłem o test. Wieczorem, po powrocie do Garden Lodge, nie mogłem zasnąć. W szpitalu powiedziałem, że jestem nastawiony na wszystkie możliwości i zniosę również złe nowiny. Ale wewnętrznie wcale nie byłem o tym przekonany. Co ja zrobię? Po kilku dniach zadzwoniłem po wyniki. - Bardzo mi przykro, ale ma pan wynik pozytywny - powiedział lekarz. Na razie nie miałem AIDS. - 228 - FREDDIE MERCURYI JA Byłem oszołomiony. Nie powiedziałem Freddie -mu. Miał i tak dosyć na głowie, moje nowiny mogłyby go tylko niepotrzebnie przybić. Rzuciłem się wiec w wir pracy w ogrodzie i warsztacie, wyrzucając z głowy myśli o przyszłości. Ale co noc, gdy usiłowałem zasnąć, wracały, a ich gonitwa była niepowstrzymana. Pewnego dnia wybrałem się z Freddiem do Syon Park na zakupy. Chcieliśmy kupić kilka nowych roślin do ogrodu. Kiedy Terry ładował rośliny do bagażnika, fotograf „The Sun", który nas śledził, zrobił nam zdjęcie. Ukazało się nazajutrz z nieprawdziwym komentarzem, że Freddie opuścił Garden Lodge pierwszy raz od dwóch miesięcy. Za każdym razem, kiedy w telewizji pojawiała sie reklama kociego pożywienia ze śnieżnobiałym kotem Arthurem, Freddie powtarzał, że chciałby mieć białego kota, ale zawsze się mitygował, twierdząc, że utrzymanie takiego zwierzaka w czystości byłoby niemożliwe. Kiedyś przechodziłem obok sklepu zoologicznego na Kensington High Street i zobaczyłem na wystawie pięć kociąt z tego samego miotu. Wszystkie były śnieżnobiałe, poza niewielkimi, ledwie widocznymi plamkami. Udało mi się zwalczyć pokusę i nie kupiłem wtedy żadnego z nich dla Freddiego. Wróciłem do Garden Lodge, założyłem gumiaki i zabrałem się za czyszczenie zbiornika koi. Wtedy przez tylne drzwi wyszli do mnie Joe i Phoebe. - Mamy do ciebie prośbę - powiedział Joe. - Tak? - Właśnie wracam z Kensington High Street i... - zaczął. - 229 - Jurt Hutton, Tira Wapshott - I przechodziłeś obok zoologu i widziałeś kot W ta? - dokończyłem za niego. - Tak - odparł, - Są po dwadzieścia pięć funtów, Phoebe i ja damy ci pieniądze. Kupisz najbielszej dla Freddiego? - A dlaczego sarni nie kupicie? - Postanowiliśmy poprosić ciebie - odrzekł Joe - bo jeśli ty go kupisz. Freddie nie wścieknie sir i nie będzie wrzeszczał. - Pojadę - zdecydowałem. - Ale pod jednym wa runkiem: jeśli Freddie jednak się wścieknie i za cznie wrzeszczeć, weźmiecie na siebie cześć winy. No 1 pojechałem, mając nadzieję wrócić, nim Freddie wstanie. Pojechałem Volvem. Zostały już tylko trzy kocięta. Wybrałem jedno z nich, kotkę, i wróciłem do Gar den Lodge. Wchodząc wsadziłem kotkę pod kurtkę. Freddie był w ogrodzie, więc powoli podszedłem do niego z szerokim uśmiechem- Spojrzał na mnie wilkiem. - Ty bydlaku! - powiedział. - Znowu kupiłeś kota, tak?! - Skąd wiesz? - spytałem zaskoczony. - Bo jego ogon wystaje ci spod kurtki! -zasyczał. Wyjąłem kotkę i postawiłem na ziemi- Freddie pochylił się i pogłaskał ją, a potem nie potrafił się powstrzymać i wziął ją na ręce. Szybko ochrzci! naszego szóstego kota. - Będziemy ją nazywać Lily! - powiedział. Została więc Lily. Mimo źe uwielbiał nową kotkę, zastanawiał się, czyjej przybycie nie zepsuje humorów pozostałym pięciu. Oscar był kotem chodzącym własnymi drogami i wolał swoje własne towarzystwo. Przybycie - 230 - FREDDIE MERCURYI JA nowej kotki chyba stanowiło gwóźdź do trumny; Oscar coraz częściej wymykał się w odwiedziny do Innych domów, a jednego z sąsiadów właściwie zaadoptował:. Zaczął nawet spędzać noce poza domem, ale Freddie się nie gniewał. - Jeśli Oscar jest szczęśliwy, to wszystko w porządku - mawiał. Stan zdrowia Freddiego ulegał ciągłemu pogorszeniu. Był już bardzo chudy i zaczął mieć trudności ze spaniem. Postanowiłem więc przenieść się na stale do swojej sypialni. Bywały jeszcze noce, kiedy spałem z nim, ale zwykle tylko kładłem sie obok niego na pościeli, a on układał sie koło mnie do snu. Freddie przezwał moją sypialnię „lodówką", bo nawet w środku zimy spałem przy szeroko otwartym oknie. Kiedyś w niedzielę Freddie wstał i zszedł na dół, po czym zorientował się, że ja jeszcze jestem w łóżku. Miałem grypę. Przyszedł do mniet wszedł do mojego łóżka i przytulił się. Pocałował mnie. - Moje biedactwo! - powiedział. Wyraźnie nie obawiał się złapania ode mnie grypy. Wszyscy byliśmy świadomi konieczności unikania przez niego kontaktu z wszelkimi infekcjami, a szczególnie grypami i przeziębieniami, które mog-Ły się okazać śmiertelne, ale tego dnia w ogóle nie martwił się o siebie. Nie złapał ode mnie grypy i pozostał odporny. Właśnie wtedy, pielęgnując mnie w czasie grypy, Freddie doszedł do wniosku, że musi coś zrobić z moim pokojem. Przeanalizowawszy różne pomysły zdecydował się na zamówienie w firmie w Chelsea mebli w stylu biedermeier według jego własnego projektu. Zaprojektował stolik do kawy i wezgłowie - 231 - Jim Hutton, Tim Wapshott łóżka. Kartkował albumy o meblach biedermeierow skich w poszukiwaniu pomysłów, po czym zaczgl szkicować stolik, który miał być okrągły i dwu poziomowy, z toczonymi, drewnianymi nogami, zd< > bionyrni złotymi gwiazdkami. Wezgłowie łóżka wy glądalo świetnie, ale Freddie uznał, że brak mu jego osobistego, końcowego muśnięcia. Wyszedł i wrócił ze swym workiem okuć mosiężnych, {><• czym wybrał kilka dużych kawałków i dopasow;if je. Kupił mi również etażerkę i trzy antyczne, bieda rneierowskie komody. Kilka tygodni później zamówi! jeszcze parę mebli u dostawcy. I Wysyłając Terry'ego, żeby zapłacił i odebrał za mówienia, udowodnił, że nauczył się też czegoś ode mnie: - Me zapomnij upomnieć sie o rabat! - powiedział Terry'emu na drogę. Wyprowadzając się do swojego pokoju pozosta wiłem na stoliku po mojej stronie łóżka wszystkie zdjęcia, bo nie chciałem, żeby Freddie odnosił wra żenię, że wynoszę się na dobre. Zabrałem tylko mały budzik Cartiera, Z biegiem czasu Freddie powoli, sztuka po sztuce, przenosił te fotografie do mojej sypialni. Przeprowadzka do Różowego Pokoju zbiegła sie z momentem, kiedy skończyły się między nami praktycznie wszystkie normalne stosunki seksualne. Dla Freddiego seks nie był już przyjemnością, a stał się niezwykle wyczerpującym wysiłkiem. Przeszliśmy wiec na inny rodzaj przyjemności - delikatne pocałunki i pełne ciepła uściski. Te pieszczoty w swoim rodzaju były równie zaspokajające jak przedtem uprawiany przez nas seks. Kiedy Freddiemu założono mały cewnik na piersi - 232 - FREDDIE MERCURYI JA poniżej lewego ramienia, jego terapia przeciw AIDS nabrała zupełnie innego charakteru. Cały cewnik, łącznie z gumowym koreczkiem, byl tak mały, że ledwie się go zauważało, a zdecydowanie ułatwiał dożylne stosowanie lekarstw. Z pewnością w niczym nam nie przeszkadzał, kiedy tuliliśmy się do siebie. Najważniejsze jednak, że to urządzenie umożliwiało Freddiemu normalne funkcjonowanie, bo mógj wrzucić lekarstwo do kieszeni i schować prowadzącą do cewnika rurkę, i chodzić, a nawet opuszczać dom. Przedtem pomagałem Joemu i Phoebe w podawaniu Freddiemu lekarstw. Musiał brać jakiś biały proszek, zmieszany z wodą, więc przygotowywałem tę mieszankę lub odnajdowałem tabletki. Od kiedy jednak Freddiego przestawiono na dożylne podawanie leków i założono mu cewnik, wszystko się bardzo skomplikowało. Gdy usłyszałem, że mógłbym czasami sam podawać Freddiemu leki dożylnie, poprosiłem o wyłączenie mnie z tego. Uważałem to za niepotrzebne ryzyko i branie na siebie zbyt dużej odpowiedzialności. Istniało przecież ryzyko infekcji, a ja całymi dniami pracowałem w ogrodzie, uwalany błotem po łokcie, i w brudnej sadzawce. Ogród stanowił przecież siedlisko wszelkich możliwych bakterii i drobnoustrojów. Gdybym miał co kilka godzin podawać Freddiemu lekarstwa, spędzałbym cały dzień na szorowaniu się. Przecież nawet Joe, który pracując w kuchni był naprawdę czysty, przez pół godziny mył i dezynfekował ręce przed podaniem leku. Obawiałem się po prostu, że nie doszoruję się kiedyś wystarczająco dokładnie. Freddie doskonale to rozumiał i nie miał mi za złe tej decyzji. - 233 - Jim Hutton, Tim Wapshotl W miarę jak jego zdrowie stopniowo się po& szafo, coraz częściej miewałem ciche rozmowy zM.i ry. Ciągle jej powtarzałem, że zawsze jej chętnie \\< wszystkim pomogę. Gdyby czegoś potrzebownl.i, wystarczy, że poprosi. Wiecie ni stąd, ni zowąd Freddie podniósł m<>|i pensję z sześciuset do tysiąca funtów. Smutne, nl< moja podwyżka stalą się przyczyną kłótni Freddie^ * z Mary. Księgowi byli na wakacjach, więc Freddie musi;\I sam podpisać czeki wypłat. Nigdy nie kwestionował :em swoich zarobków. Wiedziałem, że Joe i Phoefor dostają dużo więcej, ale oni byli na służbie prz prawej). Osta-tnJ ra^ byliśmy lam w p^rfoiermku \99\ roku, Witm. że właśnie wtedy Freddie , żc \mo walka z AIHS .się s Freddie wiosną 1991 roku, wychudzony i wątły. Wtedy ostatni raz pozował zdjęcia. Freddie Mercury - mój FREDDIE MERCURYI JA zaczęli, nic nie mogło ich powstrzymać. Obaj byli na najwyższych obrotach. Poszedłem spać, słuchając rechotów i wycia. Bytem akurat w Irlandii, kiedy Freddie i Straker się rozstali. Powstała pustka, której już nikt nigdy nie zapełnił. Nieobecność Petera była zauważalna szczególnie w weekendy, kiedy zawsze wpadał na drinka i siedział całą noc. Spytałem Freddiego, dlaczego go ostatnio nie widujemy. - Bo mnie wkurzył w „Joełs Cafe" - odrzekł i odmówił dalszej rozmowy na ten temat. Poszedłem wiec do Joego i Phoebe. Freddie umówił się ze Strakerem w „Joes Cafe" w Knightsbridge. Peter przyszedł trochę spóźniony i podpity. Freddie poczuł się publicznie wystawiony do wiatru. Postanowił, że nie chce mieć ze Strakerem więcej do czynienia. Patrząc na to z dystansu myślę t że Peter Straker nie powinien mieć wyrzutów o to, co się stało. Wówczas zachowanie Freddiego było w dużej części - i coraz bardziej - skutkiem jego pogarszającego się zdrowia. Poza tym zapewne był zazdrosny o Petera, który ciągle jeszcze mógł sobie pozwolić na traktowanie życia jako nieprzerwanej balangi -jak Freddie kiedyś. I nie tylko Peter został wtedy spławiony. Z pola widzenia znikła Barbara Valentin, nie widywałem już Grahama Hamiltona i Gordona. Stosunki Freddiego i Gordona Hamiltona ochłodziły się, bo Graham nie umiał trzymać jeżyka za zębami. Freddie oczekiwał pełnej lojalności i dyskrecji od swego otoczenia, A Graham czy Gordon wioząc Freddiego. opowiadali mu o innych VIP-ach, którzy zasiadali na tylnym siedzeniu ich auta. - 249 - Jim HuttorL Tim Wapshott Freddie doszedł wiec do wniosku, że muszą też opowiadać innym o nim. Ale skończyło się inaczej. Kiedyś poszedłem na drinka do „Champions", pubu dla gejówwNotting Hil! Gate. Był tam Gordon, który podszedł sie przywitać i przedstawić mi swojego młodego przyjaciela-akurai z nim popijał. Nieco później wyszedłem i zajrzałem do niedalekiego gejowskiego klubu „Gate Club". Po jakiejś półgodzinie wszedł ten młody człowiek, którego przedstawił mi Gordon. Od razu przyłączył sie do mnie. - Wiem o tobie wszystko - pochwalił sie. - Wiem, że jesteś chłopakiem Freddiego Mercury. I tak dalej... Opowiedział mi wszystkie ploty, jakie usłyszał na mój temat od Gordona. Zaniemówiłem. Przecież to był zupełnie obcy facet! 1 znał szczegóły mojego prywatnego życia! - Kto ci to wszystko powiedział? - spytałem, choć odpowiedź była oczywista. Wyszedłem z klubu i wróciłem do domu około północy. Freddie był w łóżku, lecz nie spał. - Wyglądasz jak śmierć. Co się stało? - spytał. Opowiedziałem, a on pokręcił głową. - Dobra - powiedział. 1 od tego dnia już nie widziałem Grahama ani Gordona. W listopadzie „Queen" podpisał nowy wielomilionowy kontrakt nagraniowy, który Jim Beach wynegocjował w Stanach Zjednoczonych z Hollywood Records, będącym własnością Walt Disney Corporation. W ten sposób zespół zyskał nieocenioną możliwość korzystania z najlepszych animatorów Disneya, używających do kręcenia wideoklipów najnowszych technologii. - 250 - FREDDIE MERCURYI JA W tym samym miesiącu Freddie chciał wygnać raz na zawsze „The Sun" z Garden Lodge. Stało się to potem, jak gazeta wydrukowała artykuł pod nagłówkiem: Wiadomość oficjalna! Freddie jest poważnie chory! Dziennik przytaczał wypowiedź Bria-na Maya, że Freddie jest chory, i na jej podstawie w ogromnym artykule donosił, że Freddie umiera. Wtedy powiedział, że nie chce już nigdy widzieć w domu „The Sun". A ponieważ to ja kupowałem gazety, nie było już więcej problemu, bo kartkowałem je przed oddaniem w domu i -jeśli znalazłem jakiś niemiły fragment - mówiłem, że w kiosku danej gazety już nie mieli. Przyjęcie, które odbyło się w roku 1990 dla pracowników Biura „Queen", okazało sie ostatnim. Zespól nigdy wcześniej nie pokazywał pracownikom przedpremierowo swoich wideoklipów, ale tym razem zrobiono wyjątek i wszyscy mieli okazje zobaczyć klip do innuendo, zrobiony za pomocą najnowszych technik animacyjnych Disneya. Sam klip stworzyli oczywiście „Torpedo Twins1*, Rudi i Hans, a animacja była niezwykle staranna i powolna. Rezultaty były zaskakujące. Okrzyknięto później w Ameryce, że to zbyt kontrowersyjne, bo trwała akurat wojna w Zatoce i wytwórnia bardzo nerwowo zareagowała na pacyfistyczny wydźwięk utworu. Co dzień więc nadchodziły do przeglądu nowe wersje nagrania. Wreszcie wydano je powtórnie, omijając pisane po arabsku wersety z Koranu, świętej księgi islamu. Na Gwiazdkę kupiłem Freddiemu kolorowe antyczne kielichy i niemal zepsułem niespodziankę. W witrynie sklepu zobaczyłem sześć pięknych szklanych kielichów na białych, czystych nóżkach, - 251 - Jim Hutton, Tim Wapshott które przy bliższym obejrzeniu okazały sie ciemno czerwone. Kupiłem je i uradowany wróciłem d<> domu, gdzie wpadłem na Freddiego* Spytał mnie, dlaczego wyglądam na takiego uszczęśliwionego, a ja jak głupi pokazałem kielichy. - To twój prezent na Gwiazdkę. Popatrz - powie działem. A potem wstawiłem je do kredensu. Około południa w Wigilie pojechałem na Earls Court kupić sobie dżinsy. Byłem wściekły na siebie. że pokazałem Freddiemu jego prezent. Kiedy prze chodziłem obok antykwariatu, właściciel go właśnie otwierał. Zauważył mnie i zatrzymał. - Zapomniałem panu powiedzieć - zaczął - że na zapleczu mam jeszcze sześć takich samych kieli chów. Stanowią dwunastosztukowy komplet. Spytałem o cenę. Zaoferował mi nieduży rabat. wiec je kupiłem. Pognałem z powrotem do Garden Lodge, ominąłem Freddiego, opakowałem je ładnie i wsadziłem pod choinkę. W Boże Narodzenie obudziłem sie z tak strasznym bólem zęba, że musiałem pojechać na ostry dyżur dentystyczny, gdzie mi go usunięto. Podobnie jak ja, Freddie nienawidził dentystów. Chodził tylko na przegląd raz na rok. Niemniej w trakcie badania przez dentystkę przeżywał zarówno strach, jak i ekstazę, tak bardzo podobała mu sie agresywność tej kobiety przy pracy. Przednie zęby Freddiego były wystające, bo dwójki wyrosły mu za jedynkami. Powinny były być usunie te w dzieciństwie, ale nie zrobiono tego. Osiągnąwszy sukces Freddie obiecywał, że je sobie wyreperuje, ale tak naprawdę nie miał ochoty zawracać sobie tym głowy. Poza tym wiedział, że są jego znakiem firmowym - każda karykatura zawsze je uwypuklała. - 252 - FREDDIE MERCURYI JA Uważam, że mimo tych wystających zębów miał śliczny uśmiech. Przypominał sobie o nich i wstydził się właściwie tylko wtedy, kiedy śmiał się z całego serca, rechocząc w głos i ukazując wszystkie zęby. Wtedy jego dłoń natychmiast wędrowała w gore, zasłaniając dół twarzy. Po świątecznym posiłku poszliśmy otwierać prezenty. Wyjąłem swój prezent dla Freddiego i wręczyłem mu go. Rozerwawszy papier spojrzał na mnie ze zdziwieniem. - Przecież stoją w kredensie! - powiedział. - A nie! - odparłem. - To druga szóstka. Dostąpiły zaszczytu stania za szkłem w kredensie. Freddie był już teraz naprawdę wątły. Ale za to 1991 rok zaczął się dla niego wspaniale pod względem muzycznym. Wydany w połowie stycznia singiel innuendo wyniósł jego i MQueen" z powrotem na należne im miejsce - na szczyty list przebojów. Album wyszedł w lutym i natychmiast znalazł się na szczycie. W Walentynki Freddie był w studio i nagrywał wideo do Vm Going Slightly Mad, która to piosenka miała być ich następnym singlem. Ale nieobecność nie powstrzymała go od zrobienia mi numeru. Koty i ja mieliśmy dla siebie cały domT bo Phoebe wyszedł, a Joe i Terry byli z Freddiem na zdjęciach. Zadzwonił telefon. Był to Terry; pytał, czy Phoebe „dostał to, czego chciał Freddie". W tej samej chwili wszedł Phoebe, więc oddałem mu słuchawkę. Dosłyszałem jeszcze, jak mówi: - Mam tylko jeden. Siedziałem sam w salonie, kiedy - około ósmej wieczorem - wrócił Freddie. Zza zamkniętych drzwi - 253 - Jim Hutton, Tim Wapshott do hallu słyszałem jakieś szepty, a potem szamol.i nine. Otworzyły się drzwi. Wszedł Freddie, nios;n ogromny pakunek, zawinięty w brązowy papier. - Niespodzianka! - zawołał, wręczając mi jakiś ciężki przedmiot. - Co to jest? - spytałem. - Niespodzianka! - powtórzył Freddie z rozisk rzonymi oczami. Rozpakowałem te niespodziankę. Był to duży, wiktoriański obraz olejny w przeplek nych, pozłacanych ramach, na który zwróciłem uwagę dzień czy dwa wcześniej w katalogu „Sothe-by's". Na obrazie dwa małe kotki bawiły się ślimakiem na ogrodowej ścieżce. Malowidło nosiło tytuł Niespodzianka. - Nawet wiemt gdzie go powiesimy - ciągnął Freddie. - Gdzie? - Przesuń tamten obraz. - Wskazał cześć ściany, która była widoczna ze wszystkich stron. Obraz wisiał tam jakiś czas, ale niedługo, bo Freddie kupił go z myślą o irlandzkim bungalowie. Kupił wtedy jeszcze jeden obraz. Był wielki i masywny. Jedyny portret, jaki Freddie kiedykolwiek nabył. Przedstawiał młodego chłopca o silnym, promiennym wyglądzie, stojącego na progu życia. Obraz natychmiast odesłano na poważne roboty restauratorskie i nie widzieliśmy go przez kilka miesięcy. Freddie był już bardzo słaby i filmowanie klipu do Vm Going Slightly Mad wyczerpywało go. Poza tym trzeba go było dosłownie okładać makijażem. Nosił też grubą, czarną perukę. Ponieważ miał tak zmieniony wygląd, nie poznałem go, gdy pewnego razu wpadłem popatrzeć - 254 - FREDDIE MERCURYI JA na nagranie. Było tam kilka pingwinów, które miały być filmowane. W chwilach przerw Freddie podchodzi! do nich i poił je. W światłach studia było im strasznie gorąco, a Freddie - mimo własnych kłopotów zdrowotnych - cały czas sie o nie troszczył. - Dla nich jest zdecydowanie za gorąco! - narzekał. W sumie był to niezły sposób na odwracanie uwagi od własnych kłopotów, Freddie postanowił kupić dom w Montreux. Zabrał wiec kilkoro z nas do „Duck House" na wakacje - w tym Mary z małym Richardem i Terry'ego z rodziną. Pewnego dnia wyszliśmy obejrzeć spokojny domek z lat pięćdziesiątych. Stał nad jeziorem i miał własną przystań, a także - co mi bardzo odpowiadało - ogród. Ale nie nadawał się. Tak naprawdę ze względów bezpieczeństwa potrzebowaliśmy mieszkania. Poza tym, i tak spędzalibyśmy tam niewiele czasu. Potem Jim Beach znalazł trzysypialniowy apartament na dachu wspaniałego budynku nazywanego „La Tourelle". Pognaliśmy obejrzeć to miejsce. Mieszkanie miało piękne parkiety, olbrzymi salon, wielkie okna i balkon, wychodzący na jezioro i miasto. Był tam także mniejszy salonik, właściwie gabinet, a na tyłach kuchenka oraz trzy sypialnie - dla Joego, Freddiego i mnie. Po powrocie do Londynu miałem pilny telefon od mojej siostry, Patricii. Powiedziała mi, że już od kilku miesięcy „Daily Mirror" usiłuje wytropić miejsce, gdzie stoi nasz irlandzki dom. Człowiekowi, który dla nas transportował kilka mebli, oferowali tysiąc funtów w zamian za adres. Redakcja najwyraźniej uważała, że trafili na gorący temat: Fred- - 255 - Jim Hutton, Tim Wapshott die Mercury w tajemnicy wyprowadza się do Irlan dii, żeby uciec przed światem. Na razie zabrali tylko za „ujawnianie" mojej rodzinie, że jestem gejem. Rodzina już dawno o tym wiedziała i zupH nie zlekceważyła prasea toteż wkrótce pismaki zwi nęry manatki. Pewnego dnia po powrocie z Irlandii siedziałem z Freddiem w kuchni i pokazywałem mu najśwież sze zdjęcia naszego bungalowu. Dom wypadł dzl wacznie, wielki i pokraczny, coś. o czym książę Karol powiedziałby „pryszcz". Ale Freddiemu bardzo odpowiadał jego wygląd i powiedział, że bardzo by chciał obejrzeć go na własne oczy, - A właściwie dlaczego nie? - spytałem. - Polecielibyśmy najwcześniejszym lotem z Heathrow i o dziesiątej bylibyśmy w Dublinie* A potem jeszcze tylko dwie godziny. - Czy musiałbym spotykać sie z twoją rodziną? - spytał. Byl właśnie taki nieśmiały. - Nie. nie musisz sie spotykać z moją rodzina - odrzekłem. - Najwyżej zobaczysz moją marne. Freddie wiedział, że to nie byłoby problemem. Przemyślał wszystko i trochę się zapalił do pomys łu. Zasugerował nawet, że moglibyśmy wynająć helikopter, żeby dostać sie na miejsce jeszcze szybciej, a ja zacząłem się rozpytywać o możliwości. Ale po paru dniach jego entuzjazm przybladł. Irlandia stanowiła dla niego ziemię nieznaną, a to by było dodatkowym utrudnieniem. Poza tym choroba powodowała, że stawał się słabszy i dużo szybciej sie męczył, niż chciał przyznać. Nie nadawał się do sześciogodzinnej podróży, nieważne dokąd. Wystarczająco wiele wysiłku kosztowało go - 256 - i FREDDIE MERCURYI JA znajdowanie w sobie sił na prowadzenie w miarę normalnego życia. Nigdy nie postawi! stopy w naszym bungalowie, ale jego osoba jest tam wyczuwalna. Tak ściśle śledził wszystkie stadia jego powstawania, że czuje go i widzę w każdym pomieszczeniu. Mniej więcej w kwietniu Joe popadł w depresje w związku ze swym AIDS. Otworzywszy serce przed Freddiem wyznał, że boi sie. iż nie będzie miał gdzie mieszkać, kiedy on umrze. Freddie natychmiast zaczął szukać wyjścia. - Słuchaj - powiedział po chwili - znajdź sobie jakiś ładny dom, a ja ci go kupie. Po kilku tygodniach Joe wynalazł sobie mały domek w Chiswick. Freddie natychmiast go kupił. Rezygnacja W maju 1991 roku „Queen" wydał singla Head long. Słowa zdawały się podsumowywać nasze życie w Garden Lodge: „Pędzisz na łeb na szyję i uważasz, że jesteś taki mocny. Ale pewnych rzeczy nie pokonasz i nic na to nie poradzisz." Z pewnością nie było sposobu na powstrzymanie pogarszania sie zdrowia Freddiego i wszyscy o rym wiedzieliśmy. Jego nastrój bardzo sie poprawi! po kupieniu mieszkania w Montreux. Kilka razy polecieliśmy tam, żeby je obejrzeć. Freddie miał dokładną wizję wystroju tego mieszkania i wybierał wszystko osobiście. Joemu i mnie pozwolił tylko na jedno: wybór koloru naszych sypialni. Wybraliśmy pastelowy zielony i pastelowy niebieski. Już przy pierwszej wizycie Freddie chciał mieć od razu ogród na balkonach, wybrałem sie więc na miasto wydać niewielką fortunę na kwiaty. - Chce mieć mnóstwo wszystkiego i jeszcze więcej zieleni - zażyczył sobie Freddie. Trzy godziny później balkony zostały zupełnie zmienione i obfitością roślin podkreślały widok na jezioro. - 258 - FREDDIE MERCURYI JA Wynajął najwybitniejszych dekoratorów wnętrz w Montreux i zdecydowanie zażądał, żeby wszystko było gotowe na Boże Narodzenie, które postanowił spędzić w ciszy w tym mieszkaniu. Ostatnim kupionym przez Freddiego obrazem był wspaniały Tissot wypatrzony w „Christie's'\ Był to portret kochanki artysty, Kathleen Newton, w czepcu, z delikatnie uniesioną do policzka dłonią. Freddie zapłacił za niego sto sześćdziesiąt tysięcy funtów. Obraz miał swoją smutną i zarazem ironiczną historie, kobieta wyglądała bowiem na portrecie znakomicie, a w rzeczywistości cierpiała na nieuleczalną chorobę i zmarła wkrótce po powstaniu dzieła. Tego lata Freddie ostatni raz w życiu pozował do zdjęcia - i to mnie. A było to tak: fotografowałem w ogrodzie kwiaty w pełni kwitnienia* kiedy podszedł do mnie Freddie. Skierowałem na niego obiektyw, a on poprosił, żebym się na chwilę wstrzymał. Chciał się trochę odsunąć, żeby uniknąć zbliżeń. Potem pozował mi do czterech zdjęć, a nawet zdobył się dla ich potrzeb na uśmiech. Był tak blady i wychudzony, że zdawał sobie sprawę, iż nie jest w najlepszej formie, ale to nie miało znaczenia; ze wszystkich zdjęć Freddiego, jakie mam, te najbardziej lubię, W sierpniu dowiedzieliśmy się, źe Paul Prenter zmarł na AIDS. Freddie wiedział, że Paul jest chory, ale nie miał pojęcia, że AIDS może zabić tak szybko. Śmierć Prentera wstrząsnęła nim na wiele tygodni i w nieunikniony sposób przypomniała mu o jego własnym przeznaczeniu, W tym samym miesiącu spytałem go, co chciałby dostać na urodziny. - 259 - Jim Hutton, Tim Wapshott - Kilka pięknych kieliszków do szampana z U landzkiego kryształu - odparł. - Do mieszkania w Szwajcarii. Tak więc, wracając do domu z krótkiej wizyty w Irlandii kupiłem takie kieliszki. Ale tym razem utrzymałem to w kompletnej tajemnicy. Przez wi<* kszość czasu w następnych tygodniach siedziałem w warsztacie, wykonując z drewna pudełko dn przechowywania kielichów. Wypolerowałem pudc łko, pokryłem lakierem i obiłem niebieskim we lurem. Urodziny Freddiego piątego września 1991 roku były bardzo ciche. Rano Freddie zszedł na dól w szlafroku na poranną herbatę. Mój Boże, pomy siałem, ależ wychudł! Wyglądał tego dnia tak krucho! Razem z nami w kuchni byli Mary i Dave Clark, którzy przyszli mu złożyć życzenia. Pudełko, które chciałem dać Freddiemu, było przed nim schowane w jednym z kuchennych kredensów. Kiedy Dave i Mary wręczyli mu prezenty, pomyślałem, że na mnie też już chyba czas. - No cóż - powiedziałem, wyjmując pudełko z kredensu. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Freddie. Obejrzał pudełko i przejechał po nim dłonią, po czym powiedział, że jest śliczne i wspaniale zrobione. Dopiero po paru minutach dotarło do mnie, że Freddie uznał za prezent samo pudełko, i jest nim wystarczająco zachwycony* - Nie otworzysz? - spytał Dave, który wiedział, że wewnątrz są kieliszki, Freddie posłusznie otworzył pudełko i wyglądał na mocno zaskoczonego. - Przecież powiedziałeś, że chcesz piękne kieli- - 260 - FREDDIE MERCURYI JA szki do szampana z irlandzkiego kryształu do mieszkania w Szwajcarii - wtrąciłem. Niestety, te kieliszki nigdy do Montreuxnie dotarły. Czterdzieste piąte urodziny Freddiego byty chyba najcichsze w jego życiu. Świetnie zdawał sobie sprawę, że nie jest w szczytowej formie i że nie zdoła już ukryć faktu, tż koniec zbliża się wielkimi krokami. Nie miał ochoty na huczną libację i tłum przyjaciół, bo nie chciał, żeby zobaczyli go w takim okropnym stanie. W czasie swych ostatnich urodzin życzył sobie od wszystkich tylko jednego: spokoju. Ale prasa wciąż deptała mu po piętach. Poszliśmy kiedyś na lunch do „PontevecchkT na Earls Court. Kierownik sali powiedział nam, że przed restauracją poluje na Freddiego reporter i fotograf z wNews of the World", Z tą informacją zadzwonił do niego Liam Byrne, kierownik pubu „Coleherne" po drugiej stronie ulicy. Tak wiec Freddie i ja wynieśliśmy się po cichu tylnymi drzwiami. W październiku łtQueen" wydal singla The Show Must Go On [Przedstawienie musi trwaćł, z nagraniem Keep YourselJAlwe [Trzymaj się przy życiu) na stronie B. Zgodnie z oczekiwaniami Freddiego prasa natychmiast zajęła sie pełnymi zapytań i obsesji tekstami obu utworów. Dziennikarze spekulowali na temat ukrytych znaczeń wersów; HPo cóż żyjemy?" i „Już niedługo zniknę za rogiem" w chwili, gdy Freddie wyglądał tak wątle. Dla mnie jednak najbardziej osobisty wers to: „Mój makijaż sie złuszcza, ale uśmiech nie znika mi z twarzy." To była prawda. Nieważne, jak bardzo był chory, nigdy się nie uskarżał i nie szukał współczucia. To była jego walka i zawsze robił dobrą minę w obliczu wciąż piętrzących się przeciwności. - 261 - Jim Huttoru Tim Wapshott Ostatnim wldeoklipem Freddiego był film <\ został wydany wkrótce po jego śmierci jako wkt;nl ka do albumu Bohemian Rapsody. To nagram-jest prawdziwym łabędzim śpiewem. W trakn. kręcenia tego kllpu Freddie wyglądał gorzej m kiedykolwiek. Teraz gruby makijaż, który nii.il zakrywać ślady na twarzy, tylko podkreślał ostn wychudłych rysów. Studio było niezwykle ścisk strzeżone, a przy nagraniu obecni byli tylko n;i| bardziej niezbędni technicy. Diana Moseley i |i siedzieliśmy cały czas na krawędzi sceny, u stóp Freddiego. Na koniec ostatniego ujęcia Freddir uśmiechnął się i mrugnął do mnie, a ja się żarn mieniłem, Diana powiedziała: - Jim, na miłość boską, weź się w garść! Freddie byl teraz niebywale słaby, ale zebra! w sobie dość sił, żeby zrobić jeszcze jedno, bardzo specjalne przyjęcie w Garden Lodge. Było to podziękowanie dla wszystkich lekarzy, którzy opiekowali się nim podczas choroby. Był tam doktor Gordon Atkinson z pięcioma irinyrni specjalistami, między innymi z doktorem Grahamem Moyle, Nikt przy stole nie znał mojego stanu zdrowia, choć z pewnością kilka osób miało podejrzenia. W trakcie posiłku doktor Moyle zagadnął mnie na temat zrobienia sobie testu na AIDS. Nie próbował niczego owijać w bawełnę. - Zrób sobie test - powiedział. - Jeśli się okaże, że jesteś nosicielem, to przynajmniej będziesz wiedział. A jeśli wynik będzie negatywny, to stracisz tylko kilka siwych włosów. Tak czy tak znałem odpowiedź. Druga opinia mogła jedynie potwierdzić smutną prawdę. Ale - 262 - FREDDIE MERCURYI JA /robienie sobie drugiego testu nie wydawało się głupie, więc się zgodziłem. Freddie chciał ostatni raz zobaczyć mieszkanie w Szwajcarii, więc polecieliśmy tam prywatnym odrzutowcem - my dwaj, Joe, Terry i dawny przyjaciel Freddiego, Tony King, który był asystentem Micka Jaggera. Poszedłem do kliniki doktora Atkinsona, żeby pobrał mi krew do testu na AIDS. Ponieważ rezultaty z laboratorium miały przyjść dopiero za jakiś czas, przyrzekł mi zadzwonić do Montreux natychmiast, gdy tylko dostanie wyniki. Była to nasza trzecia wizyta w mieszkaniu w Montreux, ale widać by to, że Freddie i ja nie przyjedziemy tu razem po raz czwarty na nasze starannie zaplanowane ciche Boże Narodzenie. Codziennie przez dziesięć dni wychodziliśmy wieczorami do restauracji, choć Freddie poruszał się już bardzo wolno i potrzebował pomocy przy chodzeniu. Wykorzystał tę podróż do Szwajcarii dla odzyskania spokoju i jako okazję do podjęcia kilku ostatecznych decyzji. Właśnie wtedy zdecydował się odstawić leki i umrzeć. Postanowił, że żaden z nas się o tym nie dowie. Walka z chorobą się skończyła. Był gotów odpłynąć bez dalszych prze-pychanek. Zaczął spędzać więcej czasu w swej sypialni, leżąc w łóżku w podkoszulku i szortach, przedrze-mując większość dnia. Opiekowaliśmy się nim po kolei. Tony King siedział przy nim cały dzień, a Joe i ja w nocy, pilnując jego snu, kiedy nie miał siły plotkować. Na cztery dni przed terminem naszego powrotu do Londynu miał zadzwonić doktor Atkinson z wy- - 263 - Jim Huttoru Tim Wapshott nikaml testu. Mimo że wiedziaiem, jaki będzie rezultat, byiem kłębkiem nerwów. Przecież istniał.i jedna szansa na milion, że wynik pierwszego test 11 byt pomyłką. Freddie i Joe nie wiedzieli, że spn dziewam sie telefonu tego ranka. Joe byt w pobliżu, a ja nie potrafiłem sie przytulić do Freddiego na sofie i oglądać telewizji, nie potrafiłem się odprężyć. Całymi godzinami chodziłem po pokoju i czeka łem na telefon. Zastanawiałem sieT jak Freddie przyjmie wiadomość, jeżeli powiem wszystko wprost. Kiedy już niemal wydeptałem w dywanie koleiny, Freddie spytał, o co chodzi. - Jestem wkurzony na tego twojego doktorka! - wybuchnąłem. - Obiecał mit że zadzwoni dzisiaj z wynikami mojego testu na AIDS! - A dlaczego sam do niego nie zadzwonisz? - spy tai spokojnie Freddie. Zatelefonowałem. Przedarłem się przez telefonistkę i sekretarkę. Doktor był bardzo oficjalny i rzeczowy. - Przykro mi - powiedział - ale jesteś pozytywny. Odłożyłem słuchawkę i spojrzałem na Freddiego. - No i? - spytał. - Jestem nosicielem - odparłem. Z jego twarzy odpłynęła krew. - Skurwiele! - syknął, mając na myśli tego, kto mu to sprzedał, i poprzedniego, i jeszcze poprzedniego- ., cały łańcuch. Później Freddie położył się i odpoczywał, a ja pogadałem sobie z Joem o mojej sytuacji. Powiedział mi, że i on, i Freddie znali odpowiedz jeszcze zanim zadzwoniłem; bytem bardzo blady i wynik miałem wypisany na twarzy. Wszystko to bardzo mnie przygnębiło. Niezależnie - 264 - FREDDIE MERCURYI JA Od moich przyszłych losów zaakceptowałem wreszcie fakt, ze Freddie już długo nie pożyje. Były to już ostatnie dni i nie dawało się dłużej oszukiwać samego siebie. Cały czas chciało mi się płakać. Gdy Freddie spał, szedłem na krótki spacer lub paliłem papierosa za papierosem. Zamiast kłaść sie do łóżka, wychodziłem z domu, bo wiedziałem, źe i tak nie zasnę. Pewnego razu na długim, powolnym spacerze wokół jeziora towarzyszył mi Tony. Zaczęliśmy gadać. Opowiedział mi o kilku sprawach, jakie przedyskutował z Freddiem. Mając na myśli rnnie zapytał Freddiego: - A co będzie z chłopakami? - No cóż, Jim będzie mieszkał w Garden Lodge - odrzekł Freddie, - Ale przecież Mary go nie cierpi! - zawołał zaskoczony Tony, na co, według jego relacji, Freddie miał odpowiedzieć: - No to będą musieli jakoś się dogadać, prawda? Nie byłem zaskoczony stwierdzeniem, że Mary mnie nie lubi. Kilka dni później Freddie i ja siedzieliśmy razem na sofie w salonie i oglądaliśmy czarno-biały film z lat trzydziestych. Filmowa bohaterka spytała swego partnera: - Czy spędzimy ze sobą resztę życia? Freddie spojrzał na mnie i powtórzył to pytanie. - Oczywiście, że tak - odparłem. - Nie bądź niemądry. Poczułem, że w gardle rośnie mi jakaś kula. Kiedy wracaliśmy ze Szwajcarii, Freddie był w dobrym nastroju. Załatwiliśmy z urzędnikami celnymi - 265 - I Jun Hutton, Tim Wapshott szybkie przepuszczenie go przez odprawę, o czym opowiada! wszystkim przez ostatnie tygodnie żyri.i - Nawet Liz Taylor nie mogła tego unikną . a mnie puścili! Oczywiście, Freddiemu wydano specjalne pozwu lenie na ominięcie kolejek na cle i kontroli paszpoi towej, ponieważ był tak ciężko chory. Łatwo sic męczył i wyglądał strasznie, okrucieństwem by wi nie dało. Musieliśmy przejść przez kontrolę imi^ racyjną jak wszyscy, a biedny wychudzony Freddii siedział samotnie w hali odpraw celnych i czeka! na nas. Śmiał się potemt że równie dobrze mógł prze dzierać się przez kolejki z nami, ale przyznał, że personel Urzędu Celnego bardzo się o niego troszczył. Po powrocie do Garden Lodge Freddie rozpoczął ostatnie trzy tygodnie życia. Podobnie jak to było w Szwajcarii, pozostawał w pogodnym nastroju, choć większą część dnia leżał w łóżku, Ani razu nie wspomniał o pracy. Często schodził rano do kuchni w szlafroku, wypijał filiżankę herbaty i wracał do łóżka, albo ja zanosiłem mu herbatę wraz z jego ukochaną Delilah do towarzystwa. Przy zdrowych zmysłach trzymało nas to, że wykonywaliśmy codzienne prace domowe i udawaliśmy, że wszystko jest jak dawniej. Założyłem lampki na drugim drzewie magnolii, pod oknami sypialni. Ogród nabrał wyglądu jarmarcznego, ale - 266 - FREDDIE MERCURYI JA cóż to miało za znaczenie, jeśli Freddie byt przez to szczęśliwszy? Odczekałem do czasu, kiedy zostałem z Freddiem sam na sam w sypialni, i dopiero wtedy pokazałem mu lampki. - Nic nie mówisz o drzewie - powiedziałem z udawanym wyrzutem. - O jakim drzewie? - spytał. - Chodź do okna, to ci pokaże - odrzekłem. Wyjrzał i na widok błyskających w gałęziach lampek pojaśniał z zadowolenia. - Och, wiec zrobiłeś to! - szepnął i objął mnie. Jeszcze nie tak dawno zareagowałby zupełnie inaczej, na przykład rzucając sarkastycznie: - Dlaczego ci to zabrało tak dużo czasu?! Ale teraz nie miał już siły na takie pokazy. Znalazłem ukojenie przy pracy w ogrodzie. Żyłem dla radości, jaką przynosiło mu oglądanie mnie i ogrodu z okna sypialni. Aż do ostatniego dnia pracowałem w ogrodzie. Nawet w niedzielę, gdy umarł, kosiłem trawę. Ponieważ Freddie wyraźnie się wykańczał, odwołałem zaplanowaną podróż do Irlandii. Joe powiedział mi, że w drugim tygodniu po powrocie ze Szwajcarii Freddie odstawił wszystkie lekarstwa poza środkami przeciwbólowymi. Decyzję tę podjął wbrew sprzeciwom lekarzy. Większość czasu spędzał śpiąc lub oglądając telewizje. W ciągu dnia byli z nim ciągle Joe lub Phoebe, zmieniani na krótko przez Mary lub Daveła Clarka. Dave przychodził co dzień, a my bardzo ceniliśmy jego pomoc. Freddie zawsze mógł mnie zobaczyć w ogrodzie, zerknąwszy przez okno. Ale ponieważ w rym okre- - 267 - Jim Hutton, Tira Wapshott sie bardzo potrzebował moich ciągłych zapewnień 0 tym, że go kocham, mimo natłoku zajęć ogrodowych zacząłem co jakiś czas wbiegać na gore, do jego sypialni. Wsadzałem głowę przez drzwi 1 wołałem: - Hej. ty! Kocham cię! Potem zbiegałem z powrotem do pracy. Wiedziałem, że te głupiutkie zagrania poprawiają mu humor - choć na kilka minut. Czasami, kiedy już wróciłem do pracy, zerkałem w gore, w oknie, i dostrzegałem jego twarz. Czekał tam na moje ponowne pojawienie sie, a gdy spotykaliśmy sie wzrokiem, posyłał mi całusa. Wieczory spędzałem sam z Freddiem. Gadaliśmy. oglądaliśmy telewizje albo drzemaliśmy obok siebie. Często wtulał swą wynędzniałą twarz w moją rękę. a ja delikatnie masowałem mu głowę. Joe, Phoebe i ja zaczęliśmy też dyżury przy nim w ciągu nocy, zwykle leżąc obok niego w ciągłej gotowości. Kazaliśmy założyć system intercom, żeby móc się szybko powiadamiać, podobnie jak pagery. Chcieliśmy być przy nim w chwili śmierci. W ostatnich dniach przed śmiercią Freddiego prasa rozbiła obóz przed Garden Lodge. Wczesnym rankiem pojawiało sie dwóch-trzech dziennikarzy i z każdą godziną ich przybywało. W okolicach południa było ich już kilkudziesięciu. Już nazajutrz po rozpoczęciu tego oblężenia co bardziej wścibscy z nich obstawili oba wejścia do Garden Lodge. Robili, co mogli. Włazili na przykład na mury posesji po drugiej stronie ulicy i robili zdjęcia domu. Ich teleobiektywy obserwowały wszystkie okna. Każdy, kto wchodził lub wychodził z Garden Lodge, był natychmiast przesłuchiwany, a za - 268 - FREDDIE MERCURYI JA gośćmi biegli jeszcze parę przecznic dalej. Ja zwykle pochylałem nisko głowę i na wszystkie pytania odpowiadałem burkliwie, na przykład: - Pewnie zaraz będziesz chciał wiedzieć, jakiego koloru papieru toaletowego używam, co? Na pytania o zdrowie Freddiego z reguły odpowiadałem, że nie ma go w domu, że jest za granicą. Odegrałem się na nich. Ich ulubionym miejscem była ławka po drugiej stronie muru, którą przezywaliśmy „przystankiem autobusowym". Siedzieli tam dziennikarze i fotoreporterzy i plotkowali. Wyciągnąłem z garażu węża hydrantu i puściłem wodę wysokim łukiem ponad murem. Odpowiedzią były pełne przerażenia wrzaski z drugiej strony. Musiałem ich zupełnie przemoczyć. Terry miał z prasą bardzo ciężkie życie. Reporterzy wiedzieli, że był jednym z najbardziej zaufanych pracowników Freddiego, wiec go zamęczali. Ale i on się w końcu odgryzł. Dziennikarze zablokowali nam przejazd i zatrzymali nas tego samego dnia, kiedy na Wyspach Kanary]skich znaleziono zwłoki magnata prasowego, Roberta Maxwella, który miedzy innymi był właścicielem „Daily Mirror". - Jak sie dzisiaj czuje Freddie? - zapytał nas dziennikarz „Daily Mirror". - Lepiej niż Maxwell! - warknął Terry. Pewnego razu, późną nocą, Roger Taylor przyjechał do nas w odwiedziny i skręcił w Logan Mews. Paparazzi jak na komendę nacisnęli wyzwalacze w aparatach fotograficznych, z czego powstał jeden wielki błysk. Roger, oślepiony, stracił na chwilę wzrok i wpakował się w tył samochodu policyjnego. Oblężenie Garden Lodge stanowiło ogromny prób- - 269 - Jim Hutton, Tim Wapshott lem dla różnych osobistości, które przyjeżdżały z ostatnimi odwiedzinami. Używaliśmy sekretnego wejścia do posesji przez garaż w Mews. Tamtędy wślizgiwali się bez wiedzy prasy. Elton John infor mował nas o swej bliskości przez telefon komórkowy z samochodu i przemykał sie przez szeregi dziennikarzy w zwykłym starym Morusie Mini. Freddie wiedział, że na zewnątrz czekają dziennikarze, bo z sypialni często było ich słychać, ale nigdy nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów ich grupy. Myślał, że ot - od czasu do czasu pojawia sie ich kilku. Oczywiście, nikt z nas nie wyprowadzał go z błędu. Przecież w niczym by mu to nie pomogjo. W przeciwieństwie do tego, co wypisywały niektóre gazety, sypialnia Freddiego nigdy nie zmieniła sie w „miniszpitar. Obok łóżka miał stojak do kroplówki, na wypadek gdyby konieczna była nagle transfuzja, ale poza tym wszystko w pokoju pozostało dokładnie tak samo jak przedtem. W ostatnich dniach Freddie przestał przyjmować pokarmy stałe; jadł tylko miękkie owoce i pił soki owocowe- Pod koniec drugiego tygodnia dostarczono do Garden Lodge kupione przez Freddiego na aukcjach obrazy, które odesłał do odświeżenia lub renowacji. Wśród nich byt portret chłopca, kupiony w dzień Świętego Walentego. Dobrze wiedzieliśmy, gdzie Freddie chciał je widzieć, wiec po powieszeniu zabrałem się za ich właściwe oświetlenie. Portret chłopca miał wisieć w salonie, obok okna. Oświetliłem go ukrytym reflektorem punktowym. Mary zdarzało się wypowiadać okropne rzeczy, ale chyba mówiła je bezmyślnie. Pewnego dnia zaproponowała, żebym poprosił Freddiego o zdjęcie - 270 - FREDDIE MERCURYI JA ślubnej obrączki, bo kiedy jej matka zmarła, strasznie napuchły jej pałce. - Nie, Mary, obrączka zostanie na miejscu - powiedziałem z naciskiem. Później, kiedy byłem z Freddiem sam, wspomniałem o pomyśle zdjęcia obrączki na wypadek napu-chniecia palców, ale nic więcej nie powiedziałem. - Nie - odrzekł. - Będę ją nadal miał na palcu. Nie zdjął jej już; została nawet wraz z nim poddana kremacji, W niedzielę, siedemnastego listopada, Freddie poprosił mnie o przystrzyżenie brody. Za każdym razem, gdy mnie o to prosił, udawaliśmy, że wciąż jestem fryzjerem, a on umawia sie na wizytę. - Okay - odparłem. - Zrobię to dla ciebie we wtorek, o dziesiątej trzydzieści rano. We wtorek wszedłem do jego sypialni o umówionej godzinie. Był z nim Dave Clark. Freddie popatrzył na mnie. - Och, przykro mi, kochanie. Nie mogę dzisiaj. Czy moglibyśmy to przełożyć? - Nie ma problemu - odpowiedziałem. - Zrobimy to jutro w jakiejś wolnej chwili. Wróciłem do niego nazajutrz rano, ale znowu był z nim Dave Clark- Tym razem jednak Freddie chciał przystrzyc brodę od razu. - Wiesz - powiedział, kiedy skończyłem, - Od kilku dni się nie kąpałem. - Nie martw się - uspokoiłem go. - Zaraz sie tym zajmiemy. Był już w takim stanie, że prawdziwa kąpiel byłaby dla niego udręką. Zszedłem więc na dół i odnalazłem Phoebe. - Chyba czas go porządnie umyć - powiedziałem. - 271 - Jim Hutton, Ttm Wapshott Wróciliśmy razem na górę i Phoebe przygotował łóżko. Ponieważ Freddie miał bardzo wysuszoną skón\ była to kąpiel oliwkowa. Gdy byliśmy w połowir, weszła Mary, a zorientowawszy się, co robimy, chciała się wycofać. Jednak przed wyjściem od wróciła sie i popatrzyła przeciągle na Freddiego. - Wiesz co? - rzuciła. - Masz taką zadowolona minę. Nie żałujesz, że nie zmusiłeś ich do tego juź przed laty? Freddiemu ta kąpiel wyraźnie dobrze zrobiła; zdecydowanie poprawiła mu nastrój. Miał teraz niewinną, chlopieco-łobuzerską minę. Kiedy go zostawialiśmy, paplał szczęśliwie z Davem- Choć już wtedy raczej słuchał, niż sam mówił. Jedna z gazet donosiła, że Freddie szuka u Da-ve'a zapewnienia, że jego muzyka nie umrze, ale to nieprawda. Nie musiał robić niczego takiego. Wiedział doskonale, że jego muzyka przetrwa próbę czasu. Słuchał dużo muzyki w tych ostatnich tygodniach, lecz nigdy własnych utworów. Najbardziej lubił wsłuchiwać się w muzykę z albumu Natalie Cole, na który składały się stare piosenki miłosne. Lubił je, bo były tak bardzo mu bliskie; ale były bliskie również mnie. Kiedyś słuchał tego albumu, a gdy zaczął sie utwór Mona Lisa, zacząłem wtórować. - Znasz to? - spytał. - Jasne, że tak - odrzekłem. - Znam wszystkie stare nagrania. Słuchał przez chwilę mojego podśpiewywania, a potem powiedział coś niebywale śmiesznego: - Powinniśmy byli nagrać razem jakąś piosenkę. Czwartek, dwudziestego pierwszego listopada, był - 272 - FREDDIE MERCURYI JA ' dla mnie bardzo smutny już od samego rana. Tego dnia Freddie po raz ostatni pojawi! się w oknie, wołając „Cooee!", a ja widziałem, że koniec jest już bardzo bliski. W nocy opiekowałem się nim. Leżałem na pościeli obok niego; drzemał. Wystarczyło* że mnie lekko trącił, a już byłem gotów do udzielenia mu pomocy. O świcie byłem całkowicie rozbudzony i w ciszy oglądałem telewizję. Freddie jeszcze spal, wtulony w moje ramię, i trzyma! mnie kurczowo za rękę. Co jakiś czas ściskał mi dłoń. - Kochasz mnie? - spytał, gdy sie obudził. Bardziej niż kiedykolwiek przedtem chciał słyszeć, że mi na nim zależy. - Tak, kocham cię - szepnąłem i pocałowałem go w czoło. Około pół do siódmej chciał iść do ubikacji. Poszedłem z nim i podtrzymywałem go. Usiadł, żeby się wysiusiać, a ja oparłem się o jego ramię, żeby go podeprzeć. - Przeszkadzasz mi - burknął i szturchnął mnie boleśnie. - Jak się odsunę, to spadniesz - nie ustąpiłem. Odprowadziłem go z powrotem do łóżka, gdzie posiedział przez chwilę cicho, a potem podniósł na mnie wzrok i powiedział: - Wiesz, chciałbym jeszcze zobaczyć jedną rzecz. - Co takiego? - spytałem, - Marzę o zobaczeniu moich obrazów - odparł. W tym czasie tak bardzo utracił już władze w mięśniach, że nie był w stanie nawet objąć nikogo za szyję, kiedy się go niosło. - Nie ma sprawy - powiedziałem. - Zaniosę cię. - 273 - Jim Hutton, Tim Wapshott Freddie jeszcze kilka minut siedział bez ruchu na łóżku, zbierając siły, po czym mrugnął i sapnął: - Dobra, Idziemy! Był w swojej piżamce w Myszki Mickey i mi;il bose nogi. Choć obiecałem, że go zaniosę, chcinl przynajmniej spróbować przejść kawałek. Oparł sie o poręcz schodów i powoli, chwiejnie zwlókł suną dół. Szedłem tuż za nim, delikatnie dotykają dłonią jego ramienia, żeby natychmiast go złapar. gdyby stracił równowagę. Ciągle odpychał moju rękę. Typowy dla niego odruch przekory. Stanąwszy wreszcie u podnóża schodów, rozejrzał się po hallu i dostrzegł powieszone tu przez Petera grafiki. Westchnął cicho i patrzył na nie przez kilkn chwil. - Och, wspaniale wyglądają - wyszeptał. Potem poprowadziłem go do salonu i posadziłem w fotelu. Siedział dokładnie na wprost pogrążonego w ciemności portretu chłopca. Powoli, po kolei, oświetlałem wszystkie obrazy od lewej do prawej. Na koniec oświetliłem portrei chłopca. Prawie całe światło padało na jego twarz, ubranie jedynie tonęło w poświacie. - Są piękne! - powiedział cicho Freddie. Najbardziej poruszył go portret chłopca. Był nim dosłownie zahipnotyzowany. Posapai i powzdychal z zadowoleniem, a po jakichś dziesięciu minutach oświadczył, że może już wracać. Wniosłem go po schodach do sypialni, co okazało się wcale nie takie łatwe. Już na górze powiedział: - Wiesz, nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że jesteś taki silny. - Dobrze o tym wiedziałeś - odparłem. Wiedział, musiał wiedzieć już od naszych naj- - 274 - FREDDIE MERCURYI JA wcześniejszych wspólnych chwil, kiedy nim miotałem po zatłoczonym parkiecie w klubie. Myślę, że powiedział tak tylko po to, żeby jakoś wyrazić podziękowanie za opiekę. Zszedłem z powrotem na dół, żeby powylączać światła. Rozejrzałem się powoli dookoła, wdychając piękno tych obrazów. Myślę, że ten piątkowy przedświt był ostatnią chwilą, kiedy Freddie był szczęśliwy, ostatnią chwilą jego wyraźnej obecności, ostatnią chwilą, w której Freddie Mercury tryskał swym sławnym entuzjazmem. Przez resztę poranka pozostał rozbudzony i w pełni świadomy tego, co się dzieje. Po przyjeździe Jima Beacha na prywatną wizytę zaczęło się straszne zamieszanie w związku z oświadczeniem Freddiego dla prasy, że cierpi na AIDS. Zawsze byłem pełen wątpliwości, czy Freddie wydał to oświadczenie z własnej woli. Tak długo trzymał wszystko w tajemnicy, że dziwaczna wydała mi się nagła chęć wyznawania czegokolwiek, jakby się czegoś wstydził. Jestem pewny, że uważał, iż jego losy nie powinny się stawać przedmiotem publicznych rozważań. Była to sprawa tylko jego i jego najbliższych przyjaciół. Przekonany jestem także, że nie miał zamiaru wystawiać Joego i mnie na pastwę prasy. Nie miałem w ogóle pojęcia, że Freddie ma zamiar wydać oświadczenie. Uważam, że został zmuszony do wydania tego oświadczenia. Jednakże wiem, że skoro już się dal przekonać, specjalnie kazał Jimowi Beachowi ogłosić tekst na cały świat, żeby brytyjska prasa brukowa nie miała wyłączności na taki materiał. Był to jego sposób na powiedzenie tym wyczekującym niecierpliwie jego śmierci hienom: „Pier... się wszyscy!" - 275 - Jim Hutton, Tim Wapshott i( Tego piątku wymknąłem się na relaksującego drinka w „Gate Club" w Notting HilL Po powrót i< do domu wszedłem wprost do sypialni Freddiego, Spal; obok niego drzemał Peter. Przespał prawie cały następny dzień, a wieczorem poszedłem na górę, żeby sprawdzić, czy mu niczego nie trzeba. Leżeliśmy przez dłuższą chwilę na łóżku, gdy nagle spytał mnie, która godzina. - Jest ósma - odparłem. - Wkrótce cały świat sie dowie - szepnął, patrząc na mnie smutno swymi wielkimi, ciemnymi oczami. Była to pierwsza wskazówka, że coś sie dzieje. Po chwili zasnął, a ja zszedłem na dół i przekażą tem jego słowa Joemu i Peterowi. Potwierdzili, że właśnie jest przygotowywane oświadczenie dla prasy i ma być wydane około północy. Tego wieczora nie ja miałem czuwać przy Fred-diem; to była kolej Joego. Ale wyszedł do siłowni, a potem na drinka, i nie wrócił. Byłem z Freddiem, gdy około dziesiątej obudził sie i był strasznie podenerwowany. Ciągle się dopytywał, dokąd poszedł Joe. - A właściwie dlaczego tak sie dopytujesz? - spytałem. - Musze wziąć lekarstwa! -wyjaśnił nerwowo. - No to w czym problem? - odrzekłem. - Przecież mogę podać ci tabletki. Które to mają być? - Wiedział dokładnie, które trzy czy cztery proszki musi wziąć - przeciwbólowe. Przedtem brał AZT, ale odstawił to wraz z innymi lekami. Przegadałem z nim cały wieczór. Nie pamiętam, o czym paplaliśmy, po prostu paplaliśmy. Już nie oglądaliśmy telewizji. Leżeliśmy i tuliliśmy sie do siebie, póki nie zasnął. Ja też się zdrzemnąłem. - 276 - FREDDIE MERCURYI JA Co jakiś czas trącał mnie, żebym przestał chrapać. Potem poprosił, żebym mu przygotował jakieś owoce. Pokroiłem w plastry mango i dodałem trochę sorbetu, bo cierpiał na chroniczne odwodnienie. Później znów zasnęliśmy. Ponownie obudził mnie około trzeciej, ale nie potrafił się wysłowić. Nie mógł normalnie mówić, pokazywał tylko na usta i krzywił się. Coś było bardzo żle. Usiłowałem zrozumieć, o co chodzi, ale nie zdołałem. Jakieś pól godziny później wrócił Joe. Zorientował sięt że mam jakieś kłopoty, a Freddie na jego widok natychmiast znów pokazał na usta, - O co chodzi, Freddie? - spytał Joe. - Czego chcesz? Powiedziałem mu, że Freddie robi tak już od pół godziny, od czasu, gdy dałem mu mango, Joe pochylił się nad chorym i otworzył mu usta. Kawałek mango przywarł do gardła Freddiego w taki sposób, że nie mógł go ani połknąć, ani wypluć. Joe rozchylił szczęki Freddiego i palcem usunął zawadzający kawałek owocu. Freddie nic nie powiedział, Joe i ja w pełni zdawaliśmy sobie sprawę, że zdrowy Freddie dostałby szału w takiej sytuacji, ale teraz tylko popił trochę soku i znowu zasnął. Zszedłem na dół na kawę, a tuż za mną Joe. Chciał się usprawiedliwić za ucieczkę, lecz nie dopuściłem go do słowa. - Nie przejmuj się - powiedziałem po prostu. Rozumiałem go. Ten dzień był dla niego tak wyczerpujący, że musiał iść gdzieś, gdzie mógł zapomnieć na chwilę o Freddiern i Garden Lodge. Teraz Joe poszedł na górę do Freddiego i położył się obok niego. Po kilku minutach przyszedłem tam również i powiedziałem Joemu, żeby poszedł - 277 - Jim Huttoru Tim Wapshott się trochę przespać. Sam zająłem jego miejsce obok Freddiego, który mocno spal. Freddie obudził się ponownie około szóstej rano i wyszeptał cicho to, co miało być jego ostatnim słowem w życiu: „siusiu". Chciał, żeby go ktoś zaprowadził do ubikacji. Był niesłychanie słaby. Musiałem go nieść. Kiedy kładłem go z powrotem do łóżka, usłyszałem ogłuszający trzask. Brzmiało to, jakby jedna z kości pękła jak sucha gałąź. Freddie zawył i dostał konwulsji. Zacząłem głośno wzywać Joego. Potrzebowałem got żeby przycisnął Freddiego do łóżka i powstrzymał go od dalszego rzucania się. Przez te wszystkie lata Joe widywał Freddiego w trakcie napadów lęku 1 umiał sobie z tym radzić. Po prostu przywalał go swym ciężarem i trzymał, póki atak nie minął. Teraz próbował tego samego, powtarzając: - Freddie, uspokój się, Freddie, uspokój się! Nagle dłoń Freddiego wystrzeliła w gore i zacisnęła się na szyi Joego. Wyglądało to tak, jakby tonący szukał pomocy. Joe z łatwością uwolnił się z chwytu i w końcu uspokoił Freddiego, który, wykończony tym wszystkim, natychmiast znów zasnął. Zadzwoniliśmy po doktora Atkinsona; przyjechał i zrobił choremu zastrzyk morfiny, żeby mu pomóc w przetrwaniu dnia. Joe powiedział mi potem, że Freddie był uczulony na morfinę, ale na rym etapie choroby nie miało to już znaczenia. Nieco później wpadła do nas Mary i wszyscy staliśmy w kuchni, czekając na orzeczenie doktora Atkinsona. Pojawił się niedługo i powiedział: - Freddie prawdopodobnie przetrwa do czwartku. - 278 - FREDDIE MERCURYI JA Joe i ja popatrzyliśmy po sobie. Obaj wiedzieliśmy, że nie ma mowy, by pociągnął tak długo. Mary wkrótce sobie poszła. Resztę dnia Freddie przetrwał w półśnie, drzemiąc i budząc sie na przemian. Ostatni raz odwiedził go Elton John. Przyjechał swoim zielonym Bentleyem i zaparkował przed bramą, kompletnie blokując Logan Road. Na uwagi ze strony prasy odparł z prostotą: - Wypchajcie się wszyscy! Chce zobaczyć mojego przyjaciela i gówno mnie wszyscy obchodzicie. Ale nie został długo. Odczułem potrzebę wyrwania się z Garden Lodge, wiec po południu pojechałem Volvem do Holland Park, gdzie szwendałem sie przeszło godzinę. Kiedy wróciłem, Freddie był chory jak jeszcze nigdy. Wydawało sie, że wie, co się dzieje wokół, lecz nie był w stanie na nic reagować. Słyszał, lecz nie mógł nawet ruszyć oczami dla potwierdzenia, że zrozumiał. Po prostu patrzył wprost przed siebie wytrzeszczonymi oczami. Doktor Atkinson pozostał z nami przez całe popołudnie i wyszedł dopiero około pół do siódmej. Podziękowałem mu za tak długą wizytę i odprowadziłem go, po czym wróciłem do chorego. Przez cały dzień Delilah była w sypialni, lecz ani razu nie wskoczyła na łóżko; siedziała tylko zwinięta u podnóża. Obok łóżka siedział Dave Clark i masował Freddiemu dłoń. Wziąłem Delilah na ręce i posadziłem na łóżku, przy Freddiem. Dave podniósł dłoń Freddiego i pogładził nią futerko kotki. - To Delilah - powiedział miękko do Freddiego, który zdawał się rozumieć, co się do niego mówi. Freddie zdołał dać nam wyraźnie do zrozumienia, - 279 - Jim Hutton, Tim Wapshott ze chce do ubikacji. Po strasznych przeżyciach przy poprzedniej wizycie w toalecie nie miałem odwagi wysadzać go sam. Pognałem więc na dół po Phoebe. Zanim wróciliśmy, Freddie zmoczył łóżko, czego Dave chyba nie zauważył. Peter popatrzył na mnie. - Zmieniamy pościel? - spytał. - Lepiej zmieńmy - odparłem. - Bo, jak się obudzi, dostanie szału. Nie wiemt dlaczego to powiedziałem. Być może było to podświadome pragnienie bagatelizowania wszystkiego, udawania, że jeszcze nie jest tak źle. Peter zaczął zmieniać pościel, a ja zająłem się Freddiem. Chcąc przebrać go w świeży podkoszulek i szorty, poprosiłem Dave'a Clarka, żeby na chwilę wyszedł. Właśnie wciągałem Freddiemu szorty, kiedy poczułem, że usiłuje mi pomóc, podnosząc nieco lewą nogę. To był jego ostatni ruch. Spojrzałem na niego i wiedziałem, że już nie żyje. - Phoebe! - krzyknąłem. - On umarłl Wsunąłem rękę pod głowę Freddiego i pocałowałem go, a potem tak leżałem, tuląc go do siebie. Oczy wciąż miał otwarte. Doskonale pamiętam wyraz jego twarzy - co noc, gdy kładę się spaćt widzę tę jego twarz. Wyglądał promiennie. Jeszcze przed chwilą był chłopcem o znużonej, smutnej twarzy, a zaraz potem - uosobieniem ekstazy. W jednym momencie powróciło mu na twarz wszystko, co na niej było niegdyś. Wreszcie byl zupełnie spokojny. Jego wygląd dawał ukojenie mej rozpaczy. Poczułem wszechogarniające poczucie ulgi. Zrozumiałem, że on już nie czuje bólu. - 280 - FREDDIE MERCURYI JA Dave Clark zdążył dojść zaledwie do drzwi, kiedy Freddie umarł. Wrócił i został ze mną, a Peter pobiegł szukać Joego. Zatrzymałem malutkie koło zamachowe w nakręcanym budziku przy łóżku. Dałem go Freddie-mu, bo powiedział, że zawsze chciał mieć taki. Było dwadzieścia po siódmej. Nigdy już nie uruchomiłem jego mechanizmu. Me uciekniesz przed rzeczywistością ±\ilka minut po śmierci Freddiego tej listopadowej nocy 1991 roku Joe wpadł do sypialni, rozglądając się za lusterkiem. Chciał sprawdzić, czy nie ma już śladu oddechu. - Joe - powiedziałem cicho. - On umarł. - Gdzie jest lekarz? - zawył Joe, biegnąc w kierunku Mews. Płakał. Skrzyżowaliśmy ramiona Freddiego, układając mu w dłoniach małego misia. Maskotkę przysłał ktoś, kto go naprawdę lubił, wydawała się nam więc odpowiednia. Jako pierwszą zawiadomiono telefonicznie Mary. Potem złapano w samochodzie lekarza, który zaczął się przebijać przez miasto z powrotem do nas. Mary zadzwoniła do rodziców i siostry Freddiego, przekazując wieści. Mnóstwo rzeczy, które zaszły w godzinach bezpośrednio po śmierci Freddiego, widzę jak przez mgłę. Nie bardzo wiedziałem, gdzie jestem. Zszedłem na dółt żeby na kilka sekund wyłączyć światła w ogrodzie, a potem wślizgnąłem się do - 282 - FREDDIE MERCURYI JA swojego pokoju i zadzwoniłem do mamy w Irlandii. Kiedy podniosła słychawkę, zacząłem płakać. Nie mogłem się powstrzymać. Nie rozumiała, co do niej mowie, a ja prosiłem ją, żeby zadzwoniła do biskupa i zamówiła msze za Freddiego. - Uspokój się, synu - powiedziała, a kiedy mi się to wreszcie udałot dokończyła: - No! A teraz mi powiedz, co się stało? - Freddie umarł - powiedziałem. Nic, co mogłaby powiedzieć, nie było w stanie mnie ukoić, ale przynajmniej próbowała. Poprosiła mnie, żebym jej dokładnie wszystko opowiedział. Zrobiłem to. Czułem potrzebę wygadania się przed kimśt kto zrozumie. Potem odłożyłem słuchawkę i stałem w ciemności, usiłując powstrzymać łzy. Kiedy wreszcie powróciłem do pozostałych, Phoebe próbował złapać telefonicznie Jima Beacha, który poleciał do Los Angeles po spotkaniu z Fred-diem w piątek. Potem wrócił doktor Atkinson. Poszedłem jeszcze raz do pokoju Freddiego. Kiedy zostałem z nim na chwile sam na sam, zmówiłem krótką modlitwę, a potem powiedziałem na glos: - Ty bydlaku! No, wreszcie jesteś wolny! Żaden pismak już cię nie skrzywdzi! Mniej więcej pół godziny po śmierci Freddiego przyszła Mary, żeby go pożegnać. Pozostała dziesięć minut. Kiedy Joe i Phoebe weszli do pokoju, uścisnęliśmy się we czwórkę. W tej ciężkiej godzinie wszyscy zwróciliśmy się do Phoebe. Niedawno zmarła mu matka i wiedział, co należy robić. A tylko Joe, Phoebe i ja wiedzieliśmy, jak wyczerpujące było niańczenie Freddiego przez te ostatnie noce, kiedy patrzyliśmy bezradnie, jak choroba wysysa z niego życie. - 283 - Jim Hutton, Tim Wapshott Późno w nocy nadjechali rodzice Freddiego i stanęli koło jego łóżka. Freddie wyglądał tak spokojnie, szczęśliwie i promiennie, że spytali, czy nałożyliśmy mu makijaż. Odparliśmy, że nie. Wszyscy w Garden Lodge wiedzieliśmy, jak mamy postępować po śmierci Freddiego. Nie potrzebowaliśmy instrukcji od niego; po prostu wiedzieliśmy. Jego ciało miało być zabrane z domu tak szybko, jak to możliwe. Ojciec Phoebe był emerytowanym przedsiębiorcą pogrzebowym i wszystko miało być załatwiane przez jego firmę. Zwykle zwłoki są zabierane w worku i w metalowym pudle, ale zgodziliśmy się, że to nie jest odpowiednie dla Freddiego. Uparliśmy się, żeby opuścił dom w porządnej, dębowej trumnie. Zaplanowaliśmy, że ciało Freddiego opuści Garden Lodge z wybiciem północy. Zwłoki miały być odwiezione do utrzymywanego w tajemnicy miejsca - kaplicy przy domu pogrzebowym w Ladbroke Grove w zachodnim Londynie. Jednak Phoebe miał takie trudności ze złapaniem Jima Beacha w Stanach Zjednoczonych, że odbiór zwłok się opóźnił. Kiedy w końcu się do niego dodzwoniliśmy, Jim poprosił, żebyśmy przetrzymali ciało Freddiego w Garden Lodge do następnego dnia, aby zdołał wrócić z Ameryki i towarzyszyć Freddiemu, Phoebe i ja byliśmy przeciwni. Wieści o śmierci Freddiego dotarły do dziennikarzy na dwadzieścia minut przed wywiezieniem jego ciała z Garden Lodge, co stało się dwadzieścia minut po północy. Ale zwłoki zabrano nie oznakowaną furgonetką, a policja wykonała genialną robotę, nie dopuszczając, aby dziennikarze i fotoreporterzy za nią pojechali. - 284 - FREDDIE MERCURYI JA Nazajutrz wokół Garden Lodge zapanowało pan-demoniuni. Śmierć Freddiego była główną wiadomością na całym świecie, a prasa wyłaziła ze skóry, żeby się dowiedzieć, o której dokładnie zmarł i jak wyglądał. Kiedy w domu odzywał się telefon, nie zwracałem na niego uwagi; zostawiałem to Phoebe i Joemu. Z całego świata zaczęły napływać kwiaty od fanów Freddiego. Było ich tyle, że Joe, Phoebe, Terry i ja działaliśmy jak sztafeta, odbierając kwiaty przy bramie i przenosząc je do domu. W końcu Biuro „Queen" przysłało swoich ochroniarzy, którzy nam w tym pomagali. Im więcej kwiatów przybywało, tym bardziej zaczynałem się rozklejać bez Freddiego. W końcu obiegłem dom i zebrałem wszystkie kasety z teledy-skami Freddiego, jakie znalazłem. Potem usiadłem i w towarzystwie kotów oglądałem to wszystko na okrągło, szlochając. Naprawdę bardzo mi to pomogło. Robiłem tak niemal cały czas przez następne dwa tygodnie, wypłakując morze łez i tuląc sie do kotów, A kiedy wychodziłem z domu, w moim walkmanie lub w odtwarzaczu samochodowym obracała sie taśma z nagraniem albumu Mr Bod Guy, który Freddie dał mi w pierwszym naszym wspólnym roku. W tytułowym nagraniu, Mr Bad Guy, jest wers, który za każdym razem powodował, że włosy mi sie jeżyły na karku: „O, tak, dla każdego jestem złym facetem. Nie widzisz, że jestem Mercury? Rozłóż skrzydła i odleć ze mną." Dla mnie Freddie był zawsze dobrym facetem- Słysząc te piosenkę cieszyłem się, że odlatywaliśmy razem, póki nasze skrzydła nie zostały okrutnie podcięte. - 285 - Jim Hutton, Tim Wapshott Każdy z nas trzech w Garden Lodge zmagał się ze śmiercią Freddiego na swój sposób. Phoebe nit' wychodził z kuchni, oglądając non stop telewizję Joe wypacal swój smutek w siłowni, ale zbyt mocno się za to wziął i omal się nie połamał. Po powrocie z siłowni nie mógł znieść, że ciągle słucham nagrań Freddiego. Pognał do kuchni, gdzie wrzasnął na cały głos: - Dlaczego on puszcza wszystkie nagrania Freddiego?! Poszedł potem do swojego pokoju, gdzie uspokoił sie i uświadomił sobie, że to, co robię, jest po prostu odpowiednikiem jego ćwiczeń w siłowni. Ochłonął i w okropnych dniach, które nastąpiły potem, byt mi prawdziwą podporą duchową. W poniedziałkowy wieczór, nazajutrz po śmierci Freddiego, wyszedłem z domu, by w samotności utopić smutki w alkoholu, Poszedłem do „Gate Club" w Notting Hills z zamiarem zaJania się w pestkę. Kiedy wszedłem, Bobby - barman - powiedział do mnie: - Jim, wyglądasz na strasznie przybitego! - Tak - odparłem. - Mój chłopak właśnie umarł. Wspomniałem, że był nim Freddie, ale nie sądzę, żeby mi ktokolwiek uwierzył. Późną nocą, pijany i wyprany emocjonalnie, powoli powlokłem sie do Garden Lodge. Znalazłem przyjaciela w zupełnie obcym człowieku, samotnym fanie Freddiego, który siedział pod bramą Garden Lodge. zanosząc sie płaczem z bólu i smutku. Próbowałem go jakoś pocieszyć i przegadaliśmy kawał czasu, opowiadając sobie nawzajem, jak wspaniały był Freddie. Przytakiwałem jego każdemu słowu pochwały na temat Freddiego. Sądzę, - 286 - FREDDIE MERCURYI JA że wziął mnie po prostu za innego fana, który przybył z pielgrzymką. W sumie miał rację pod pewnymi względami. Na Logan Road zatrzymała się taksówka i wysiadła z niej kompletnie pijana kobieta. Chwiejnie przeszła obok, bełkocząc do nas coś, czego nie zrozumieliśmy. Po pięciu minutach powróciła, niosąc nam po kubku straszliwie gorącego kakao. Tej chłodnej nocy był to nieoczekiwanie miły gest. Kiedy popijaliśmy kakao, kobieta odezwała się zupełnie trzeźwym głosem: - Wiecie, mieszkam tu od dawna, ale nigdy nie widziałam Freddiego Mercury, choć zawsze byłam świadoma jego obecności tutaj. Pogadaliśmy w ten sposób jeszcze jakiś czas, aż w końcu wstałem. - Przepraszam was - powiedziałem, - Muszę już iść do łóżka. Wyjąłem klucz i włożyłem do zamka w bramie. - Co to ma znaczyć? - spytała kobieta. - Czy to jakiś trick? - Co pani ma na myśli? - nie zrozumiałem. - Otwiera pan bramę - wyjaśniła. - Tak. Ja tu mieszkam - odrzekłem. Biedny fan Freddiego nie wiedział, co ma zrobić. Zaprosiłem oboje do środka, do ogrodu, i pokazałem gigantyczny pas kolorowych kwiatów pokrywających trawnik. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, potem oni wyszli, a ja poszedłem do łóżka. We wtorek znów od świtu zaczęły nadchodzić kwiaty i znów musieliśmy wahadłowo nosić je od bramy do ogrodu. Nie pozostawiliśmy na zewnątrz ani jednego kwiatka, każda najmniejsza wiązanecz-ka, każdy pączek pojechał następnego dnia na - 287 - Jim Hutton, Tim Wapshott pięciu karawanach pogrzebowych. Nie wiedzieliśmy, co zrobić z tymi wszystkimi kwiatami po pogrzebie, aż w końcu Phoebe wymyślił rozwiązanie. Zostały rozesłane do wszystkich hospicjów AIDS i wszystkich domów starców w okolicy. Kwiaty były dla Freddiego tak ważne, że chciałem posłać od siebie coś naprawdę odpowiedniego. Mając w pamięci jego ukochane widoki w Mont-reux, posłałem mu łabędzia z białych kwiatów. Dołączyłem do niego karteczkę z wierszem, który napisano dla mojego zmarłego prawie dziesięć lat wcześniej ojca: Inni też odeszli wiem. Ale ty byłeś mój, tak bardzo cię kochałem. Modlitwa, łza po wsze czasy Dla kochającego przyjaciela. Którego miałem honor nazywać swoim. Jaki smutny koniec tak pięknego życia. Umarłeś, jak żyłeś - przyjacielem wszystkich. Ranek w dniu kremacji Freddiego, w środę, dwudziestego siódmego listopada 1991 roku, był pochmurny i ponury. Obudziłem się w okropnym stanie- Ubierając się czułem, że mam początki kolejnego nawrotu ciężkiej grypy. Niezbyt dobry początek tak strasznego dnia. Uroczystości pogrzebowe miały się odbyć w North London Crematory. Ale nawet tego jednego, jedynego dnia odebrano nam prawo do prywatności. Na zaproszenie Jima Beacha fotograf Richard Young pojawił się w Garden Lodge, żeby robić zdjęcia przed i po pogrzebie. - 288 - FREDDIE MERCURYI JA Joe zaproponował, żeby do zdjęć po pogrzebie każdy z nas założył biżuterię „Butler and Wilson's", którą dostaliśmy od Freddiego na Gwiazdkę 1989 roku. Joe uważał to za piękny gest i powiedział, że Freddiemu by sie to podobało. Zgodziliśmy się z nim. Aż do tego dnia nigdy nie miałem na sobie tej masywnej, srebrnej spinki do krawata. Ale na całym świecie mówi się o noszeniu z dumą baretek; ja tego dnia z dumą nosiłem swoją spinkę do krawata. Już wcześniej uzgodniono, że Mary i ja powinniśmy jechać w pierwszym samochodzie procesji pogrzebowej. Ale w trakcie przygotowań do wyjazdu z Garden Lodge po raz pierwszy dostałem od Mary policzek - metaforycznie. Oświadczyła, że nie chce mnie w pierwszym aucie. Chciała Davea Clarka. Bardzo mnie to zraniło. Kiedy opuszczaliśmy domt Mary i Dave wsiedli do pierwszego auta, Jim Beach do drugiego, a Joe, Phoebe i ja gnietliśmy sie w trzecim. Wszyscy trzej czuliśmy się zlekceważeni. To my byliśmy z Fred-diem przez cały czas jego ciężkiej choroby, na dobre i na złe, a okazało sie, że jeszcze dobrze nie wystygł, a już nas spychano na bok. W małej kapliczce rodzina Freddiego usiadła po prawej stronie, a my wszyscy po lewej. Poczułem lekkie bicie sercat zobaczywszy w pierwszym rzędzie samotną Mary, oczekującą naszej trójki. Dave Clark musiał zdać sobie sprawę z tego, że sposób, w jaki Mary nas potraktowała, to okrucieństwo, i przesiadł się do jednego z dalszych rzędów. Zanim jednak sie do niej przysiedliśmy, porozmawialiśmy z rodzicami Freddiego. Cała uroczystość była bardzo ciężka, uznałem wlec, że powinienem trzymać Mary za rękę. Freddie wyznawał najstarszą religię na świecie - 289 - Jim Hutton, Tim Wapshott - zaratustrianizm. Z tego powodu ceremonia była prowadzona w bardzo nietypowy sposób - przez kapłanów w białych szatach, śpiewających stare modlitwy, niezrozumiale dla zebranych. Tak więc po cichu odmówiłem własne modlitwy i w duchu odprawiłem swój ceremoniał dla Freddiego. Gdy żył, nigdy nie rozmawialiśmy o swych wyznaniach, jestem jednak pewny, iż się domyślał, że jestem katolikiem. Ale póki żył, póki mieliśmy siebie, nic innego się nie liczyło. Na ceremonii byli obecni Brian, Roger i John, podobnie jak Elton John. Później Brian uścisnął mi dłoń i powiedział, jak bardzo mu przykro z powodu śmierci Freddiego. Roger nie potrząsnął moją ręką; uściskał mnie i powtórzył słowa Briana. Byłem zadowolony, widząc na pogrzebie Johna. Powiedziałem mu to i podziękowałem. Trzyma! sie z dala, gdy Freddie gasł, ale przyszedł złożyć ostatnie uszanowanie. Uścisnęliśmy sobie ręce i objęliśmy się. Niewiele więcej pamiętam z tej ceremonii. Po pogrzebie odbyło sie małe przyjęcie w Garden Lodge, który wciąż był oblężony przez prasę, Jim Beach uważał, że jeśli żałobnicy będą mieli ochotę, powinniśmy umożliwić im spotkanie w domu po ceremonii. Brian, Roger i John poszli sobie jednak od razu na cichy lunch, Elton po prostu zniknął, ale lekarze Freddiego przyszli do Garden Lodge. Może to zabrzmi ponuro, ale spodziewałem się, że w Garden Lodge usiądziemy i będziemy cicho rozmawiać o pogrzebie i ogólnie wspominać Freddiego - z godnością i delikatnością. Okazało się jednak, że zamiast stypy zrobiła sie regularna impreza. Z kuchni dobiegały straszliwe, przerażające ryki śmiechu, które rozdzierały mi serce. 290 - FREDDIE MERCUHYI JA Kiedy wystrzelił pierwszy korek szampana, zacząłem się odsuwać od towarzystwa. Byłem pełen obrzydzenia, uważałem takie zachowanie za brak szacunku dla Freddiego. Jestem pewnyt że Fred-diemu bardzo by sie podobało ogromne, pożegnalne przyjęcie z szampanem, ale to nie było to. Może gdybyśmy wyszli gdzieś razem do restauracji, Rodzina i zespół, może zdołalibyśmy urządzić uroczyste pożegnanie Freddiego. Niestety, tak się nie stało; Freddie otrzymał pożegnanie iście surrealistyczne. Echo tego przerażającego śmiechu prześladuje mnie do dziś. Nie byłem w stanie go znieść, wyniosłem się wiec do „przystanku autobusowego", gdzie tuliłem do siebie Delilah i Goliata. Co jakiś czas zerkałem w okno sypialni Freddiego i zawsze widziałem go tam, wyglądającego na ogród 1 wołającego: „Cooee!" Byłem tak zatopiony we własnych myślach, że nie mam pojęcia, co się działo tego okropnego popołudnia i kiedy goście zaczęli się rozchodzić. Phoebe, Joe i ja nie potrafiliśmy od razu usiąść i rozmawiać o naszej przyszłości. Było to coś, na co miał przyjść czas później, kiedy już oswoimy się ze śmiercią Freddiego i wszystko ucichnie. A tymczasem postanowiliśmy prowadzić normalne życie, jakby Freddie po prostu wyjechał na tournee. Potem Joe poinformował nas. że nie zostanie w domu długo, bo bez Freddiego nie miał komu gotować, nie miał co robić. Co ważniejsze, zdawał sobie sprawę, ze jego czas też szybko sie kończy, chciał więc wrócić do Ameryki- Oczywiście, praca Phoebe jako asystenta Freddiego również już się skończyła, nie miał jednak chwilowo żadnych planów. - 291 - Jim Hutton, Tun Wapshott W tych dniach Jim Beach był dla nas ogromną pomocą. Jako wykonawca ostatniej woli Freddiego znał jego życzenia. - Co z nami będzie? - spytał go Joe. - No cóż - odrzekł Jim. - Jak wiecie, Freddie chciał, żebyście mieszkali w tym domu tak długo, jak chcecie. - Tak - odparliśmy. - Wiemy o tym. Wiedzieliśmy też, że Freddie zapisał posiadłość i dom Mary, a Jim to potwierdził. Wspomniał także o czymś, co było dla nas bardzo istotne, a mianowicie, że każdy z nas dostanie wolną od podatku kwotę pięciuset tysięcy funtów. - Mój Boże! Tak dużo? - wysapał Phoebe, wyrażając również moje myśli. Wszyscy zostaliśmy zupełnie zaskoczeni. Myślałem, że Freddie mógł mi zapisać kilka tysięcy funtów, ale nie spodziewałem się aż takiej kwoty. Dużo później odkryłem, że kiedy rozmawiał z przyjaciółmi na nasz temat w kontekście swego nieuniknionego losu, powtarzał: - Zadbam o nich. Już nigdy nie będą musieli pracować. Potem Joe zadał inne pytanie o kolosalnym znaczeniu dla niego i dla mnie. Freddie zapewniał nas, że kiedy on umrze, z pozostawionego przezeń majątku będą pokrywane nasze wydatki na leczenie. Wiem, że tego chciał; mimo że nigdy o to nie prosiłem, zawsze upiera! się przy płaceniu rachunków za moje leczenie. A Joe był przerażony, bo już poddawał sie niezwykle kosztownej, prywatnej kuracji przeciw AIDS. Jim Beach niczego nam nie obiecał, ale powiedział, że zorientuje się, co można zrobić. - 292 - FREDDIE MERCURYI JA Wciąż brała mnie grypa, kiedy więc goście się wynieśli, położyłem się na kanapie w salonie. Odkręciłem gaz w kominku na pełny regulator i owinąłem się pledem. Było mi tak zimno, że sie trząsłem, a jednocześnie spływałem potem. W domu byli wciąż trzej spośród czterech lekarzy Freddiego, Joe zaczepił ich wiec i zapytał, czy nie mogliby mi jakoś pomóc. Jednak było to po prostu silne przeziębienie, niczego nie mogli mi wiec zaproponować, Joe uparł sie, żeby dać mi dwie tabletki nasenne i odprowadzić do łóżka. Połknąłem je i przespałem jakieś pół godziny, po czym od razu byłem w pełni obudzony. Mój mózg nie przestawał pracować pełną parą. Przypominały mi sie te wszystkie wspaniałe chwile z Freddiem. Niektóre musiałem dzielić z tysiącami innych ludzi, ale były też takie, kiedy byliśmy tylko my dwaj. Przez głowę przelatywały mi miliony obrazów, a w nich Freddie albo zaśmiewał się do łez, albo wyglądał tak miękko i bezbronnie jak pączek róży. Jeszcze około czwartej nad ranem pamięć eksplodowała mi kolorowymi wspomnieniami naszego wspólnego życia. Przypominałem sobie zdziwienie na twarzy Freddiego, gdy w domu pojawiał się nowy kot, i szczęście, gdy karmił kot Poleciałem myślą dookoła świata, odwiedziłem Japonie, Ibizę, Barcelonę, Montreux i Węgry, W końcu myśli przestały galopować, zapadłem się w ciemność i zasnąłem krótkim, ale ciężkim snem. Kiedy wstałem nazajutrz, poszedłem do kuchni na kawę, a Joe spytał mnie, jak spałem. Opowiedziałem mu o moich nocnych szaleństwach myślowych na temat Freddiego, które spowodowały, że właściwie nie spałem. - 293 - Jim Hutton, Tim Wapshott - Wziąłeś obie tabletki naraz? - spytał. - Tak - odrzekłem. - Powinieneś był wziąć tylko jedną - oświadczył zaniepokojony, - Tak działają, kiedy sie weźmie ich za wiele. Wtedy działają jak speed. Kilka nocy spędziłem w sypialni Freddiego - mimo że bez niego był to strasznie pusty pokój. Leżałem na pościeli płacząc albo uśmiechając sie bez powodu. Nigdy nie położyłem sie normalnie do łóżka - to by mnie chyba zupełnie załamało. Obawiałem się przebudzenia w tej sypialni i stwierdzenia, że jego tu nie ma. Wiele razy miałem nadzieje, że to wszystko jest tylko strasznym snem, ale zaraz wracałem do rzeczywistości, będącej ponurym koszmarem. W czwartek rano wstałem i znów zacząłem przenosić kwiaty spod bramy do ogrodu. Pogadałem też z kilkoma fanami Freddiego, którzy przyjechali złożyć mu hołd. Przyjeżdżali chyba z całego świata - z Wielkiej Brytanii, Japonii, Ameryki, Ale przynajmniej prasa już znikneła. We trzech ustaliliśmy z Mary. że jeszcze tego roku, po raz ostatni, spędzimy Boże Narodzenie razem w Garden Lodge - z Piersem, małym Richar-dem, Davem Clarkiem i Trevorem Clarkem, Potem, dokładnie w tydzień po kremacji Freddiego, zebraliśmy się na drugie spotkanie, które również odbyło się w domu. Tym razem było to zebranie z Jimem Beachem - biznesmenem. Przeszedł od razu do rzeczy. Tydzień wcześniej zapewni! nas, że wolą Freddiego było, abyśmy mieszkali w Garden Lodge, jak długo zechcemy. Tym razem jednak mówił co innego: - Jak wiecie, życzeniem Freddiego było, żebyście - 294 - FREDDIE MERCURYI JA tu mieszkali, jak długo chcecie. Niestety, nie zapisał tej woli w testamencie, nie jest więc ona prawnie wiążąca. Mary zaś otrzymała na własność posiadłość i, oczywiście, dom - Garden Lodge. Oho, pomyślałem, teraz się zacznie. - Tak więc - ciągnął Jim - otrzymujecie trzymiesięczne wymówienie na czas znalezienia sobie innych mieszkań. Tymczasem, żebyście mogli sobie jakoś poradzić, postaramy się wydostać cześć z przeznaczonych dla was pieniędzy. Będę się starał o dziesięć procent zaliczki. Sądzę, że tyrada Jima była skierowana przede wszystkim do mnie. jako że mieszkając od siedmiu lat z Freddiem nie miałem innego dachu nad głową. Zaliczka pozwoli mi przynajmniej na zdobycie szybkiego kredytu i kupienie jakiegoś mieszkania. Dano nam do zrozumienia, że Mary wkrótce wprowadzi sie do Garden Lodge wraz z Piersem i Richardem. Tak że jedyną dobrą wieścią tego dnia było zapewnienie, że do czasu opuszczenia domu będziemy otrzymywać pensje. Datat jaką ustalono jako dzień naszej wyprowadzki, wciąż stoi mi przed oczami: pierwszy marca, niedziela. Wisiała nade mną jak chmura i znaczyła również termin, z nadejściem którego stosunek Mary do mnie dramatycznie się zmienił. W trzy tygodnie po śmierci Freddiego w pośpiechu wydano największy utwór „Queen"t Bohemian Rapsody. Był to hołd dla Freddiego i metoda na zbieranie pieniędzy, bo wszystkie wpływy z tej płyty zostały przekazane na badania AIDS. Utwór natychmiast znów wszedł na pierwsze miejsce list przebojów, co znaczyło, że wszędzie, gdzie poszedłem, słyszałem śpiewającego Freddiego, Brakowało - 295 - Jim Hutton, Tim Wapshott mi go aż do bólu, ale nie było ucieczki przed rzeczywistością. Pewnego wieczora znowu poszedłem do „Gate Club" i gadałem z pracującym tam znajomkiem. Od czasu mojej ostatniej tam wizyty musiano mnie widzieć w gazetach, bo tym razem wszyscy zdawali sie doskonale wiedzieć, że naprawdę bytem chłopakiem Freddiego Mercury. Siedziałem z kwaterką piwa przy barze, gdy nagle z głośników buchnęły pierwsze dźwięki A Kind of Magie, a monitory wideo wypełniły wizerunki Freddiego. W ciągu dwóch sekund zarówno muzyka, jak wideo zostały wyłączone. James, jeden z kierowników, podbiegł do mnie z przeprosinami za taką niedelikatność. - Nie wygłupiaj sie - powiedziałem spokojnie. - Włącz to. Za moment twarz Freddiego znów pojawiła sie na monitorach. Popijałem piwo i paląc papierosa rozglądałem sie wokół. Wszyscy zdawali sie cieszyć tą muzyką. To właśnie mój mężczyzna, pomyślałem radośnie. Postanowiłem pojechać na tydzień do Irlandii i pobyć trochę z rodziną. Obawiałem sie nieco tego powrotu, bo „Sunday Mirror" dopiero co przedrukował kolejny raz artykuł, mówiący o mnie jako o chłopaku Freddiego. To znaczy, uważałem, że istnieje poważne ryzyko, iż prasa będzie mnie na-gabywać, żeby znaleźć coś nowego na temat śmierci Freddiego, co dałoby się wydrukować na pierwszych stronach. W czasie gdy szykowałem się do wyjazdu, Mary również opuszczała Garden Lodge, W jakimś dziwacznym i zupełnie bezmyślnym usiłowaniu poprawienia mi nastroju, powiedziała: - 296 - FREDDIE MERCURYI JA - Freddie już pewnie na ciebie czeka. Bardzo brutalna i okrutna uwaga, jeśli sie pomyśli, że czekał mnie ten sam los co Freddiego. Okazało sie na szczęście, że nie było żadnych kłopotów z prasą. Pierwszej nocy w Irlandii położyłem się około dziesiątej i szybko zasnąłem. Cztery godziny później obudziłem się z najdziwniejszego snu w życiu: unosiłem sie w powietrzu w tunelu wypełnionym piórami i rozmawiałem z Freddiem. Zszedłem na dół, szeroko uśmiechnięty, i w kuchni natknąłem się na mamę, która nie żyje w zgodzie z zegarem. - Coś taki uszczęśliwiony? - spytała. Opowiedziałem jej o swym śnie i po wypiciu filiżanki herbaty wróciłem do łóżka, ale nie zdołałem już przywołać marzenia. Ciągle jeszcze marzę o tym, żeby śnić o Freddiem, lecz przewijają mi się w snach tylko krótkie błyski jego twarzy. W trakcie tej wizyty postanowiłem skoncentrować wysiłki i energię na urządzaniu domu mamy. Pewnego dnia zadzwonił do mnie Phoebe i zasugerował mi spędzenie Bożego Narodzenia z rodziną w Irlandii. - Nie! - odparłem stanowczo, nie zdając sobie sprawyt że Peter usiłuje mi delikatnie powiedzieć^ iż nie jestem mile widziany w Garden Lodge. Ale ja byłem uparty. - Postanowiłem, że spędzę mimo wszystko święta w Garden Lodge! - powiedziałem. Wróciwszy do Londynu spotkałem smutnego Phoebe. Powiedział mi, że już nie śpimy w Garden Lodge. Zostaliśmy przeniesieni do Mews. Od tej pory Garden Lodge miał być otwierany co dzień, żebyśmy mogli wykonywać swoje obowiązki, a o szóstej zamykany - i nikt nie mógł tam spędzać - 297 - Jim Hutton, Tim Wapshott nocy. A system alarmowy posiadłości wzmocniono dziesięciokrotnie. Tak więc powróciłem do domu i stwierdziłem, że już nie mam domu. Było to paskudne posunięcie, które nas trzech niezwykle przybiło. Powiedziałem Phoebe, że moim zdaniem atmosfera po śmierci Freddiego zrobiła sie nieznośna, a on się ze mną zgodził. - Równie dobrze mogę iść do hotelu albo wynająć mieszkanie - powiedziałem. - Mews nic dla mnie nie znaczy. Wszystkie moje wspomnienia o Fred-diem są w domu. Później dowiedziałem się, co spowodowało tę zmianę. Pewnego dnia podczas mojego pobytu w Irlandii dom został bez opieki i bez włączonego alarmu. Ale to nie do końca była prawda. Tego dnia Joe spał w Garden Lodge, a Phoebe w Mews, Ponieważ Joe umówił się na śniadanie z przyjaciółmi, wyszedł z domu o ósmej trzydzieści. Phoebe miał przyjść w ciągu pól godziny, więc Joe zamknął drzwi, lecz nie włączył alarmu. Jednak jeszcze przed przyjściem Petera do Garden Lodge przyjechała Mary i - znalazłszy dom bez opieki - powiadomiła 0 tym Jima Beacha, który zadzwonił do Joego 1 Phoebe. Powiedział im, że nasza trójka zostaje przeniesiona do Mews, aż do czasu zupełnego opuszczenia przez nas posiadłości. Byłem zdruzgotany traktowaniem nas w ten sposób. Wiem, że Freddie wpadłby w furię - Garden Lodge, niegdyś tak ciepłe i miłe miejsce, zmieniał się w Fort Knox. Sprowadzono kilku chłopaków z ochrony Biura „Queen" dla zapewnienia dwudziestoczterogodzinnego nadzoru nad posiadłością, Znaliśmy ich wszyst- - 298 - FREDDIE MERCURYI JA kich. a oni znali Garden Lodge za życia Freddiego i nie rozumieli, co się dzieje. Zwłaszcza jeden z nich, Sean, ciągle się dopytywał: - Co tu jest, cholera, grane? Nie powiedziałem mu, ale odpowiedź brzmiała: to wszystko robota jednej osoby i następstwo jej paranoi. Garden Lodge* który powinien być pogrążony w cichej żałobie, tętnił tłumem obcych z hukiem i łomotem wiercących niezliczone dziury pod okablowanie kamer, które miały chronić posiadłość przed fanami Freddiego. W domu wciąż stały kwiaty, ale poza robotnikami nie było nikogo, kto by się nimi cieszył. Wiele z tych kwiatów przyniesiono spod bramy, gdzie wciąż zostawiali je pielgrzymujący fani. Nie mieli pojęcia, że po drugiej stronie muru cudowny świat Freddiego przestawał istnieć. Dostałem niezmiernie miły list od matki Freddiego. Dziękowała mi za miłość do Freddiego i tak czułą nad nim opiekę. Były to bardzo uprzejme słowa. Byłem za nie wdzięczny. Potwierdzono nasze domysły, że po naszej wyprowadzce z Garden Lodge przeniesie sie tam Mary z Piersem i Richardem. Powiedziano nam, źe „rodzinne" święta odbędą się zgodnie z planem, ale również w Mews. Był to kolejny kopniak. Co więcej, nie będzie na nich Joego. Mary powiedziała Phoebe i mnie nie przebierając w słowach, że go nie lubi. Dodała, że skoro raz opuścił Garden Lodge, więcej jego noga tam nie postanie. Brutalne słowa, jak na wypowiedź o kimś, kto był tak lojalny i oddany Freddiemu przez całą jego chorobę. Jedynym miłym zdarzeniem w tym okresie był telefon od Eltona Johna. Zapraszał naszą trójkę na - 299 - Jim Hutton, Tim Wapshott przyjęcie w pierwszy dzień świat do swej przepięknej posiadłości w Old Windsor. Nie mogliśmy się zdecydować, kto będzie prowadził, bo zanosiło się na uczciwą imprezę, ale Etton zajął się tym. Czekał na nas samochód. Nie wyczekiwałem Bożego Narodzenia, Myślałem: nie ma Freddiego, nie ma świąt. Byłem tak zrezygnowany, że nie miałem nawet ochoty zajmować się kupowaniem i ubieraniem choinki, ale Phoebe mnie przekonał. W końcu więc kupiłem małe drzewko, lecz nawet po przystrojeniu wyglądało ono jak stary wiecheć w porównaniu z choinkami, jakie miewaliśmy w Garden Lodge. Jako że Joe nie był zaproszony, w Wigilię Phoebe przygotował w kuchni Garden Lodge posiłek i przeniósł go do Mews, Bardzo sie staraliśmy być weseli, ale nie czuliśmy się swobodnie. Wszyscy boleśnie odczuwaliśmy brak człowieka, który tyle lat robił nam święta. Dla mnie dzień ten był sztuczny, a atmosfera nijaka. Wymieniliśmy prezenty, jednak nie było to ani trochę radosne. Freddiemu także nie podobałby się ten wieczór. On chciałby, żebyśmy spędzili święta w Garden Lodge. Niemniej robiliśmy, co można, żeby uratować ten dzień, Dave Clark i Trevor Clarke wpadli na chwilę, żeby zobaczyć, jak sobie dajemy radę. Przyjęcie u Eltona w pierwszy dzień świąt stanowiło miłą odmianę po koszmarze Garden Lodge. Jego dom to wiejska posiadłość położona wśród akrów fantastycznych, wiejskich krajobrazów. Będąc, jak zawsze, znakomitym gospodarzem, Elton wyprawi! przyjęcie z ogromnym bufetem. Z początku bardzo dobrze się bawiłem, ale potem - przy zachowaniu całego szacunku dla Eltona - zacząłem - 300 - FREDDIE MERCURYUA się nudzić. Było tam dwadzieścia-trzydzieści bardzo miłych osób, ja jednak znałem ledwie parę z nich. Nigdy nie miałem do czynienia z muzycznym światkiem, moje miejsce było u boku Freddiego. Jedną z niewielu przyjaznych mi twarzy był tam Tony King, który spytał, jak się miewam. Ponieważ nie była to sytuacja, w której wypadało narzekać, powiedziałem mu, że jestem trochę rozdygotany, ale poza tym wszystko w porządku. Zrobiło mi sie okropnie smutno, kiedy Elton zaczął wymieniać się prezentami ze swymi gośćmi. Ta zwykle najszczęśliwsza ze scen napełniła mnie okropnym smutkiem, przypomniała mi radość, jaka panowała zawsze przy tej okazji w Garden Lodge, Wymknąłem się z domu i poszedłem na spacer. Szedłem, aż natknąłem się na dwa śliczne koniki pony. Stałem przy nich długo i wróciłem do domu tylko na chwilę, żeby zabrać jabłka dla zwierzaków. Nawet wśród tak wielu ludzi czułem się przeraża-jąco samotny. Nie umiałem sie z nimi bawić. Około ósmej wieczorem goście zaczęli się rozchodzić, lecz ja nie miałem ochoty nigdzie sie ruszać. Po spędzeniu czasu w tak miłym otoczeniu, z tak dbałym gospodarzem, powrót do Mews wydawał się okropny. Był powrotem w pustkę. Wszystkie moje wspomnienia o Freddiem wiązały się z Garden Lodge. Menedżer Eltona, John Reid, czekał w samochodzie, żeby sie ze mną pożegnać. - Słuchaj, Jim - powiedział- - Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebował, powiedz nam o tym. Zrozumiałem, że mówiąc „nam", miał na myśli siebie i Eltona. Było to bardzo miłe, ale żaden z naszej trójki nie miał zwyczaju zawracać komuś głowy swoją osobą. - 301 - Jim Hutton, Tim Wapshott Wróciliśmy do Mews, Ten dom był tak obcy, tak odpychający, że od razu wyszedłem do pubu. Nazajutrz rano stanąłem na progu i wpatrzyłem się w okno sypialni Freddiego. „Cooee!" - zadźwięczało mi w głowie. Oczy zaszły mi łzami. Przez cały ten czas jedynymi regularnymi gośćmi Mews były koty. Miko spała ze mną co nocł a Romeo szukał u nas schronienia przed szaleństwem Garden Lodge. Zaraz po Nowym Roku Mary powiedziała nam trzem, że możemy zabrać z Garden Lodge wszystkie prezenty, jakie daliśmy Freddiemu. Naszą instynktowną odpowiedzią było: „Nie!", bo przecież kupiliśmy te wszystkie rzeczy dla Freddiego! Były częścią jego i częścią Garden Lodge, stworzonego od podstaw przez Freddiego! Każdy z tych prezentów miał swoje specjalne miejsce w naszych sercach i w tym domu! Ale Mary powróciła do tego tematu kilka dni później, kiedy wszyscy byliśmy w kuchni. Powiedziała wówczas, że aby utrzymać dom. będzie musiała sprzedać trochę rzeczy; na pierwszy ogień pójdą wtedy nasze prezenty dla Freddiego, chyba że je zabierzemy. Nasza trójka wymieniła między sobą znaczące spojrzenia. Nadal uważaliśmy, że nasze prezenty powinny pozostać między innymi skarbami Freddiego. Niemożliwe było, żeby Freddie zostawił Mary bez środków do życia, z całą pewnością nie musiała więc się wyprzedawać. Po prostu chciała nas wyrzucić* Zrozumieliśmy, co chciała nam powiedzieć tego dnia; wiedziała, że każda z rzeczy wręczonych przez nas Freddiemu jest wspomnieniem naszych cudownych czasów z nim. Każdy prezent był wyjątkowy na swój sposób. A ona chciała nam teraz powiedzieć, że to wszystko już się nie liczy. - 302 - FREDDIE MERCURYI JA Byliśmy bardzo przeciwni odbieraniu prezentów, ale musieliśmy w końcu przyznać się do porażki. Dalsza dyskusja z Mary nie miała sensu, a my nie chcieliśmy, żeby nasze rzeczy po prostu wyleciały z Garden Lodge. Rozejrzeliśmy się więc po domu, zabierając z powrotem część prezentów, które niegdyś dawaliśmy z miłością. Pod wieczór każdy z nas pozostawi! za sobą wielki kawat życia. Jedynym meblem, jaki zabrałem z Garden Lodge, była kanapa z Japońskiego Pokoju. Freddie dał mi ją do naszego domu w Irlandii. Natomiast z roz-mysłem pozostawiłem w sypialni oba zrobione na życzenia Freddiego stoliki. Uważałem, że należą do tego pokoju. Jestem pewny, że Freddie nigdy nie chciał, żebym został usunięty z domu, o którym zawsze wyrażał się „nasz". Zapewne spodziewał się również, że wciąż będę się troszczył o koty, i nawet gdybym musiał się wyprowadzić z Garden Lodge, zabrałbym je ze sobą. Spytałem więc Mary, czy mogę zabrać ze sobą Mikof ale odpowiedź była krótka; nie. Zgodnie z zawsze wyrażanymi przez Freddiego życzeniami, Joe miał prawo do Goliata i Delilaht prosił mnie więc, abym się nimi zajął w jego zastępstwie. Ale szybko i stanowczo sprowadzono nas na ziemię: żaden z kotów nie opuści Garden Lodge, Później usłyszałem, że być może będę mógł zabrać Goliata, jeśli nie będzie się dobrze zachowywał w stosunku do małego Richarda. Goliat alergicznie reagował na dzieci, więc istniała nadzieja. Jednak już nigdy nie słyszałem słowa na ten temat. Szóstego lutego Freddie został pośmiertnie uhonorowany nagrodą „Brits" brytyjskiego przemysłu fonograficznego. Żaden z nas trzech nie został - 303 - Jim Hiitton, Tim Wapshott zaproszony na uroczystość. Biuro nQueenH uznało, źe nie byliśmy wystarczająco bliscy Freddiemu. Było to okrutne z ich strony. Obejrzałem ceremonie w telewizji. Tego dnia spotkałem się w kuchni Garden Lodge z Mary. Ciągle nie wiem, czy miała wtedy napad wyrzutów sumienia. - Jim - powiedziała nagle. - Tak sobie myślę. Może byś został w Garden Lodge, póki nie znajdziesz sobie innego mieszkania? - Mary - odparłem bardzo uprzejmie, - Dziękuję ci bardzo, ale chyba powinnaś to omówić najpierw z Jimem Beachem. Na tym skończyła się rozmowa. Nazajutrz Mary w następujący sposób powróciła do tematu: - Wszystko jest tak. jak było. I w ten sposób sprawa została zakończona. Moje stosunki z Mary były wciąż napięte. W Garden Lodge miałem zbiór zdjęć, z których część chciałem odzyskać na pamiątkę moich chwil z Fred-diem, ale nie chciałem robić tego na własną rękę. Kiedy wiec pewnego dnia byłem z Mary w sypialni Freddiego, spytałem ją, czy mógłbym sobie zabrać część spośród fotografii w ramkach, które Freddie ustawił po mojej stronie łóżka. Nie odpowiedziała. Następnego dnia rano siedzieliśmy w kuchni - Mary, Joe i Terry. Spytałem ją ponownie, czy mogę zabrać zdjęcia z mojej strony łóżka. Jej odpowiedź mnie zaskoczyła. Odwróciła się na pięcie i zaczęła krzyczeć, że nigdy jej o to nie pytałem, że nigdy nie słyszała takiego pytania, Terry również nie. A przecież Terry'ego wówczas z nami nie było. Mary zaczęła go wypytywać, czy słyszał takie pytanie. - 304 - FREDDIE MERCURYI JA - Nie, Mary - odparłem za niego. - Terry nie słyszał. Mary nadal wykrzykiwała, że mnie nie słyszała. Zachowywała się jak pies z kością, kiedy wbiła sobie coś w glowe. Była tak hałaśliwa i niemiła, tak samolubna, że straciłem panowanie nad sobą, - Mary! - wrzasnąłem. - Straciłem przyjaciela, straciłem kochanka, straciłem dom, całe moje życie! Wybiegłem do ogrodu. Terry i Joe zamarli w drzwiach, przekonani, że jestem tak wściekły, że mogę ją uderzyć. Przez wszystkie te lata, kiedy mnie znali, nigdy nie widzieli, żebym stracił panowanie nad sobą. W ogrodzie ochłonąłem i po dziesięciu minutach wróciłem do kuchni. Podszedłem do Mary i objąłem - Przepraszam za ten wybuch - powiedziałem, ale nie dostałem odpowiedzi- Był to ostatni raz, kiedy sie do niej odezwałem - aż do wyprowadzki- Sara O 'stateczny termin opuszczenia przez nas posiadłości, pierwszy marca 1992 roku, nadciągał nieubłaganie, a ja wciąż nie miałem dokąd iść. Na szczęście w ostatniej chwili pomógł mi jeden z moich przyjaciół, proponując pokój w swoim małym mieszkaniu w Shepherdrs Bush. Powiedziano nam, że Mary zatroszczyła się, aby z chwilą naszego wyjazdu do Garden Lodge wprowadził sie ktoś, kto będzie się opiekował posiadłością do czasu, kiedy Mary i jej rodzina będą gotowi do zamieszkania. Tak więc zupełnie obcy człowiek miał być pierwszą osobą, która zamieszka w świecie Freddiego od czasu naszej ekspulsji w grudniu. Zapewniono nas, że ten człowiek nie przybędzie wcześniej. Miał to być wyraz troski o nasze uczucia; każdy z nas miał mieć chwilę czasu dla siebie, na pożegnanie z domem i wspomnieniami o Freddiem. Dwu- czy trzykrotnie wyjeżdżałem do Isleworth w Middlesexł przewożąc różne swoje drobiazgi na przechowanie do przyjaciół. W czasie jednej z tych podróży wpadłem w taką depresję, że omal nie - 306 - FREDDIE MERCURYI JA spowodowałem wypadku na autostradzie. Nie mogłem nawet słuchać MrBad Guy, po prostu płakałem. W miarę upływu czasu jasne się stało, że Mary nie ma zamiaru osobiście pożegnać sie z żadnym z nas. Było to żenujące. Nasze ostatnie wypłaty przyszły poczta pod koniec weekendu - po raz pierwszy nie zostały nam doręczone osobiście przez Mary. Otrzymaliśmy teź odprawę - w moim wypadku równowartość zarobków za cztery tygodnie. Poza tym dowiedzieliśmy sie, że mimo iż zwróciliśmy już dawno nasze klucze do Garden Lodge, w ciągu paru godzin od naszego wyjazdu wszystkie zamki mają być zmienione. Smutny koniec szczęśliwych lat. Poranek ostatniej niedzieli zaczął sie dzwonkiem do drzwi o siódmej trzydzieści. Pojawi! się nowy, nadgorliwy zarządca Mary. I oto stał tam, na schodkach, z walizeczką w ręce, gotów wprowadzić się do swojego nowego domu. Nawet obiecane godne odejście zostało nam odebrane. Phoebe odszedł pierwszy, około dziesiątej. Pożegnanie nie było łzawe. Do tego czasu już wszystkie łzy zostały wypłakane. Mimo że sie rozdzielaliśmy, wiedzieliśmy, że zawsze będziemy w kontakcie. Joe i ja objęliśmy go i poszedł, A jednak przy odjeździe Joego znów polały sie łzy. Leciał wprost do Ameryki. Pomogłem mu się spakować, a kiedy nadszedł czas jego odejścia, długo obejmowaliśmy się w drzwiach Mews. Postanowiłem odjechać dopiero około drugiej. Jeśli nie liczyć nowego zarządcy i pełniącego tego dnia służbę strażnika, Seana, byłem sam i miałem całą posiadłość ostatni raz dla siebie. Zacząłem z zadumą obchodzić dom i rozglądać się. - Jim, a co z twoimi sypialnianymi meblami? - spytał Sean. - 307 - Jim Hutton, Tim Wapshott - No cóż - odparłem - nie mam ich gdzie przechować. Z wielkim żalem musiałem wszystko to zostawić. Biedermeierowski stolik, który Freddie zaprojektował specjalnie dla mnie, przepiękne biedermeie-rowskie wezgłowie łóżka, zdobione pięknym mosią- I dżem, i komody. Jeszcze jeden, ostatni raz obszedłem powoli dom, wyszedłem przez frontowe drzwi i popatrzyłem na okno sypialni Freddiego, wyobrażając sobie ostatnie „Cooee!". Wróciłem do Mews i zabrałem resztę rzeczy. Znów przeszedłem przez ogród, rzuciłem ostatnie spojrzenie na Jego okno i odjechałem* Szóstego marca były urodziny Mary, wysłałem więc do Garden Lodge kwiaty. Jeśli o mnie chodzi, nie czułem do niej nigdy żadnej animozji. Uważam nawet, że pozostało coś w rodzaju starej, długotrwałej przyjaźni. Zawsze obiecywałem Freddiemu, że będę się opiekował Mary, a to, czy mieszkałem w Garden Lodge, nie miało tu żadnego znaczenia. Po pewnym czasie dotarło do mnie, że zostałem usunięty z pozostałości po życiu Freddiego. Były noce, kiedy nie mogłem znieść tej myśli. Popadałem w depresję, czułem się zagubiony i cierpiałem na załamanie nerwowe. Całe tygodnie i miesiące były ponure. Chodziłem wtedy do Garden Lodge - późną nocą, gdy nie było nikogo w zasięgu wzroku - i cicho wołałem Miko i inne koty. Ku mojemu wielkiemu zadowoleniu jeden lub dwa zawsze w odpowiedzi na mój głos przeskakiwały przez mur. Bawiłem się z nimi i głaskałem je, otwierałem przed nimi serce i wypłakiwałem żale. Ich towarzystwo choć odrobinę zbliżało mnie do Freddiego. A to już dużo. W ciągu marca, kwietnia i maja odprawiałem ten - 308 - FREDDIE MERCURYI JA rytuał cztery razy w tygodniu. Nie potrafiłem myśleć o żadnym innym miejscu i o nikim poza kotami, w których obecności odżywały wspomnienia o Fred-diem. Regularnie powtarzałem te wizyty aż do pierwszej rocznicy śmierci Freddiego. Potem koty przestały wychodzić na moje wołanie. Już nigdy ich nie widziałem. Zaliczka obiecana nam przez Jima Beacha wreszcie nadeszła, ale zamiast pięćdziesięciu tysięcy funtów, na które mieliśmy nadzieje, każdy z nas dostał tylko po dwadzieścia. W wielkanocny poniedziałek, dwudziestego kwietnia 1992 roku, cały świat śpiewał i tańczył dla Freddiego w trakcie koncertu ku jego czci, zorganizowanego na stadionie Wembley. Zamówiłem bilet w Biurze „Queen" i -jak wszyscy - nie żałowałem grosza, choć było drogo. Wszystkie przychody były przekazane na badania nad AIDS i szeroką profilaktykę oraz uświadamianie. Byli tam również Joe i Phoebe, a wszyscy mieliśmy ograniczone pozwolenie wejścia za kulisy w trakcie przerwy. Spotkaliśmy Briana, Rogera i Johna - po raz pierwszy od dnia kremacji. Byli bardzo mili i przyjacielscy. Stojąc w tłumie, pośród siedemdziesięciu dwóch tysięcy ludzi t miałem mieszane uczucia na temat tego widowiska. Byłem zadowolony, że odbywa sie coś ku pamięci Freddiego, ale sam koncert nie przekonywał mnie do końca. Choć wiedziałem, że z pewnością Freddiemu podobałby się taki pomysł, nie miałem już tej pewności, jeśli chodzi o niektórych wykonawców. Przed koncertem odniosłem wrażenie, że mają w nim uczestniczyć jego najbliżsi przyjaciele z branży muzycznej. Gdzież więc była - 309 - Jim Hutton, Tira Wapshott Montserrat Caballe? Gdzie ClifT Richard? Peter Straker? Albo muzycy, których lubił? Aretha Frank-lin, Dionne Warwick, Natalie Cole. Nie sądzę, żeby ktoś ich choćby zaprosił. Tego lata dostałem resztę swej części spadku po Freddiem. Ani Joe, ani Phoebe, ani ja nie zostaliśmy poinformowani, kiedy testament się uprawomocnił; sami musieliśmy wyczytać to sobie w prasie. Za cześć tych pieniędzy kupiłem skromny dom z trzema sypialniami w Stamford Brook i zabrałem sie za jego całkowite przerobienie. Nareszcie miałem stałe miejsce zamieszkania w Londynie, gdzie mogłem trzymać skarby po Freddiem. Rzuciłem sie do pracy w ogrodzie, przekształcając go według swoich upodobań. Zrobiłem nawet małą sadzawkę na dziesięć koi Nie zapomnę nigdy kotów z Garden Lodge, ale ponieważ nie mogłem ich mieć, znalazłem sobie dwójkę nowych kocich przyjaciół o imionach Zig i Zag. Odwiedzała mnie rodzina i przyjaciele; były to zawsze ekscytujące i ciepłe spotkania. Wiecie 1992 roku wyjechałem z przyjacielem do Włoch - kraju, w którym nigdy nie byłem z Freddiem. Nie było już limuzyn z kierowcami, nie było wyczekujących fanów. Jedną z prostych przyjemności związanych ze zwykłym podróżowaniem okazało się dla mnie własnoręczne taszczenie walizek wszędzie, gdzie się przenosiłem. Już w Londynie, kiedy malowałem z zewnątrz cieplarnię, słuchałem na cały regulator utworów z albumu Freddiego Barcelona. Sąsiadka poprosiła mnie o ściszenie, ale zaraz pojawiła się inna i spytała, czy u mnie jest przyjęcie. Kiedy powiedziałem, że nie, spytała: - 310 - FREDDIE MERCURYI JA - A co to za muzyka? Siedzę w ogrodzie i słu-chamt i bardzo mi się podoba. Potem człowiek, który pracował w niewielkiej fabryczce z tyłu ogrodu, okazał się fanem Freddiego. Zaczepił mnie i powiedział: - Słyszałem, że ciągle pan gra utwory Freddiego Mercury. Od śmierci Freddiego odczuwam dumę za każdym razem, gdy ktoś w mojej obecności mówi, że ta muzyka mu się podoba. 1 zawsze wtedy myślę sobie: „To mój mężczyzna!" Wiosną 1992 dostałem zaproszenie na doroczną konwencję „Oueen* dla „Zawsze Lojalnych Fanów". Byłem na takim spotkaniu pierwszy raz w życiu i dobrze się czułem w towarzystwie ludzi, którzy jak ja chcieli pamiętać i czcić Freddiego jako największego śpiewaka wszechczasów. Zorganizowano aukcje charytatywną pamiątek „Queen". Jednym z eksponatów był piękny, pełen życia olejny portret Freddiego, namalowany przez utalentowanego fana. Joe zakupił kiedyś portret Freddiego, ale zabrał go ze sobą. Zakochałem sie z tym obrazie i kupiłem goT widząc już oczami duszy, gdzie go powieszę. Joe spędzał teraz większość czasu w podróżach z Ameryki do Anglii i z powrotem w związku z kuracją AIDS. Zawsze obiecywał, że mnie odwiedzi w nowym domu, ale nigdy nie znalazł na to czasu. Piątego września 1992 roku, w urodziny Freddiego, zapakowałem kupiony na aukcji portret, wziąłem dwa tuziny czerwonych róż i pojechałem do Garden Lodge, Przyjechalem dość wcześnie i nie zapowiedziany. Zadzwoniłem do bramy, usłyszałem w domofonie głos Mary, a potem zabrzęczał zamek furtki. Wszedłem i zobaczyłem, że Mary wychodzi - 311 - Jim Hutton, Tim Wapshott kuchennymi drzwiami i rusza w moją stronę. Przez moment myślałem, że mnie obejmie, ale jakieś cztery stopy przede mną zatrzymała się i chłodno spytała, o co chodzi. Powiedziałem jej, że kupiłem portret Freddiego na konwencji i chcę go zostawić w Garden Lodge. Proszę, żeby go powieszono - gdziekolwiek, byle w Garden Lodge. - Kupiłem go dla tego domu - wyjaśniłem. - Odzywaj sie czasem - powiedziała mi na pożegnanie po kilku minutach. Dwa miesiące później, w pierwszą rocznice śmierci Freddiego, wróciłem do Garden Lodge. Zadzwoniłem i Mary mnie wpuściła. Byłem uzbrojony w ogromny bukiet kolorowych kwiatów, coś, co Freddie uwielbia! - mnóstwo różnych rodzajów. Wszedłem do kuchni i pogadaliśmy przez jakiś czas. Tym razem, kiedy już miałem wychodzić, pojawiła sie mała Miko. Weszła do kuchni i mruczała na mnie przez minutę lub dwie. Uśmiechnąłem się do niej, ale wiedziałem, że na mnie już czas. Później spacerowałem z kilkoma przyjaciółmi po Chiswick High Road obok restauracji o nazwie „TootsiełsH i nagle dostrzegłem kogoś, kto skakał i machał rękami jak szalony. Był to Joe; nawet nie wiedziałem, że znów jest w mieście. Z początku go nie poznałem, tak bardzo wychudł. Wyraźnie zdrowie mu sie pogarszało. Umówiliśmy się na spotkanie przy kawie nazajutrz. Dużo się uśmiechał, ale terapia tego dnia nie była chyba najprzyjemniejsza. Był podminowany. Gadaliśmy o wszystkim, wspomnienia o Freddiem płynęły jak rzeka. Potem poszliśmy razem do mnie, gdzie spędził prawie cztery godziny. Opowiadał mi - 312 - FREDDIE MERCURYI JA o swych planach otwarcia jakiegoś małego interesu, może hoteliku, i bardzo się tym entuzjazmował. Powiedział też, że planuje podróż do Japonii 1 spytał, czy z nim pojadę. Odparłem, źe nie. Uważałem, że Japonia to jedno z tych miejsc* które zbyt mocno się wiążą z Freddiem i źe tak szybko po jego śmierci nie zdołałbym tego wytrzymać. Odwiozłem go potem do domu, objęliśmy się i pożegnali. Jakieś dziesięć dni później znienacka zadzwonił do mnie Phoebe. Tego dnia zmarł jeden z moich najstarszych przyjaciół, powiedziałem więc od razu Peterowi, że jestem przygnębiony. - No to lepiej weź się mocno w garść - poradził miękkim głosem. - Dziś rano umarł Joe. Byłem wstrząśnięty, zdruzgotany. Szok po śmierci Freddiego jeszcze nie do końca minął, nie byłem przygotowany na kolejny, po Joem. Od listopada 1991 roku nasza trójka stała się sobie bardzo bliska. Poznaliśmy szczegóły naszego prywatnego życia, o jakich się nam nie śniło, gdy Freddie żył. Od chwili, gdy zamieszkaliśmy w Mews, staliśmy się bliskimi przyjaciółmi. Nagle świadomi swojej nawzajem obecności, dobrych i złych nawyków. Cieszę się, że wciąż jestem w kontakcie z Phoebe, Wiedzieć, że jest, to już bardzo dużo. Byłem w Garden Lodge z bukietami kwiatów jeszcze we wrześniu i listopadzie 1993 roku. Za każdym razem Mary zapraszała mnie na kilka minut. Miałem wielką ochotę spojrzeć choć raz na ogród Freddiego, ale Mary sama mnie tam nie zaprosiła, a głupio mi było prosić. Od drugiej rocznicy śmierci Freddiego nie byłem już w kontakcie z Mary. Rozmawiałem z nią przed- - 313 - Jim Hutton, Tim Wapshott tem przez telefon, ale nigdy nie dostałem od niej listu. Uznawszy, że co było, minęło, wysłałem do niej kartkę z podróży do Włoch, a ona powiedziała, że to miłe. Miała jakieś dziwaczne wyobrażenia o ostatnich dniach Freddiego. Poinformowała mnie na przykład* że Freddie zupełnie stracił wzrok na długo przed śmiercią, w co nie mogę uwierzyć. Pewnego razu byłem z Mary w sypialni Freddiego i włączyłem telewizor, a wtedy Mary powiedziała, że Freddie nie mógł znieść myśli o włączonym telewizorze. Była to dla mnie zaskakująca nowina, bo przecież tak wiele wieczorów spędziliśmy razem przed telewizorem po wyjściu Mary do domu i nigdy nie poprosił mnie o wyłączenie odbiornika. Nie, jeśli rzeczywiście stracił wzrok, to stało się to dopiero w niedziele, dwudziestego czwartego listopada. Po śmierci Freddiego Mary poinformowała również prasę o tym, jak strasznie cierpiał z powodu ciągłego bólu. Nie rozumiem tych uwag. Nigdy nie słyszałem, żeby choć raz skarżył się na pogarszający się stan zdrowia. 1 zdziwiłbym sie, gdyby swe ewentualne skargi zawierzył wyłącznie Mary. W końcu to Joe i Phoebe podawali mu leki. Uważam te uwagi Mary za objaw lekceważenia i obrazę dla lekarzy, którzy tak ofiarnie opiekowali się nim aż do końca. Część moich rzeczy wciąż pozostaje w Garden Lodge. Zupełnie zapomniałem na przykład o kufrze z różnościami - w tym z tekstem Bohemian Rapsody - który Freddie dał mi przed śmiercią- Kufer zapewne wciąż jeszcze stoi w warsztacie, gdzie go wniosłem. A jeśli nie, to mam nadzieje, że choć oryginał tekstu nie został przez pomyłkę wyrzucony. To by była tragedia. - 314 - FREDDIE MERCURYI JA Nie mam oryginału tekstu Bohemian Rapsody, ale mam oryginalny tekst How Can I Go On, napisany własnoręcznie przez Freddiego. Miałem małą, starą walizkę z różnymi szpargałami i do niej to właśnie Freddie wrzucił mi kiedyś kartkę ze słowami piosenki. W albumie Barcelona utwór Holu Can I Go On jest nagrany po Guide Me Home. Słucham obu na okrągło. Gazety ciągle powtarzały stare powiedzonko Freddiego, że każdy zakochiwał się w jego gwiazdorstwie. Uczciwie mówię, że ja nie. Dla mnie mógłby być równie dobrze zamiataczem ulic. Gwiazdorstwo było częścią jego pracy i nie zakochałem się w nim ani ciut bardziej niż on w moim zawodzie fryzjera. Ostateczne miejsce spoczynku prochów Freddiego jest tajemnicą, ale jestem niemal pewny, że je znam. Dwa, a może trzy miesiące przed śmiercią Freddie siedział na słońcu na „przystanku autobusowym" z Mary i ze mną. Właśnie skończyliśmy karmić kot Nagle odwrócił się do nas i powiedział: - Macie mi oboje przyrzec, że zakopiecie moje prochy tutaj, pod tą wiśnią, żebym mógł mieć na was wszystkich oko. Tak więc Jego miejsce wiecznego spoczynku powinno być w Garden Lodge, u podnóża wiśni, w wyjątkowo dobrym punkcie obserwacyjnym całej posiadłości. Jego prochów nie odbierano z przedsiębiorstwa pogrzebowego przez prawie rok. Według jednej z gazet zabrali je jego rodzice i ustawili urnę na kredensie, ale ja w to nie wierzę. Jestem pewny, że Freddie leży pod wiśnią w ogrodzie, a fakt ten jest trzymany w tajemnicy, żeby uniknąć niechcianych wizyt fanów. - 315 - Jim Hutton, Tim Wapshott W trakcie załatwiania formalności związanych z kremacją na North London Cemetery Phoebe zamówił tam również pomnik dla Freddiegp. Był on absolutnie fantastyczny, a miał kosztować dwadzieścia piec tysięcy funtów, Z początku wszyscy się do tego bardzo zapalili, ale jak przyszło co do czego, to nagle się okazało za drogo i zamówienie szybko wycofano. Czy mnie to złości? Tak. Bo gdyby pomnik postawiono, fani mieliby gdzie składać wyrazy uszanowania - i byłoby to najwłaściwsze miejsce. Dziś żyję normalnie i rzadko przytrafiają mi się czarne dni. Żeby powspominać Freddiego i nasze wspólne życie, słucham jego muzyki. Moimi ulubionymi utworami są jego dwa solowe albumyt Mr Bod Guy i Barcelona, Spośród dorobku całego zespołu rtQueen" zawsze najbardziej porusza mnie miłosna piosenka 77iese Are the Days oJOur Liues z albumu Inniuendo. Ponieważ jest ona także na odwrocie pospiesznie wydanego singla Bohemian Rapsody, można powiedzieć, że to ostatnia piosenka „Queen'\ Freddie był największą miłością mojego życia; wiem, że już nigdy nikogo tak nie pokocham. Choć lubił manipulować, nigdy nie próbował mnie zmienić. A ja nie próbowałem zmienić jego. Kochałbym go równie mocno niezależnie od tego, kim był, i co robił - za jego wyjątkową osobowość. Kiedyś spytałem go, dlaczego ze wszystkich ludzi na ziemi wybrał akurat mnie. Popatrzył na mnie tymi swoimi wielkimi, ciemnymi oczami. - Bo ty mnie pokonałeś. Wygrałeś ze mną - odpowiedział. - 316 - FREDDIE MERCURYI JA Gdybym mógł przeżyć to jeszcze raz, zmieniłbym coś. Freddie i ja nigdy nie omawialiśmy AIDS, HIVt czy w ogóle czegokolwiek związanego z tą straszliwą chorobą. Jeśli ktoś jest szczery ze mną, to ja też mowie prawdę. Ale my dwaj nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co działo się w naszych sypialniach, zanim sie spotkaliśmy. Wydawało nam sie to bez sensu. Dziś każdy powinien wie-dzieć, że ta choroba jest przenoszona drogą płciową. Będąc z Freddiem, sądziłem, że nie potrzebujemy prezerwatyw. A to był okropny błąd. Patrząc na to z dystansu uważam, że powinienem był od razu sobie uświadamiać, że Freddie o wiele bardziej niż ja należał do potencjalnych nosicieli wirusa HIV. To, że miał wielu partnerów, nigdy nie miało wp]ywu na nasz związek. Nigdy o tym nie myślałem. Spotkałem Freddiego i byliśmy kochankami przez ostatnie siedem lat jego życia. Jeśli o mnie chodzi, nasz związek zaczął sie od zera. Ludzie mogą sobie mówić: „Ty głupku!" Nie jestem w stanie im przeszkodzić. Ale ja i tak zrobiłbym jeszcze raz to samo - tyle że z kondomem. Oddałbym wszystko za przeżycie związku z Freddiem jeszcze raz, Gdyby mogło sie tak stać, byłbym dużo bardziej aktywny w próbach kierowania jego życiem - i chorobą. Kiedy postanowiłem nie wtrącać sie do podawania mu lekarstw, byłem pewny, że tak jest lepiej. Teraz zrobiłbym co innego - chciałbym wiedzieć wszystko. I wreszcie, nie dopuściłbym, by ludzie traktowali mnie tak, jak to robili. Przez cały czas mojego związku z Freddiem żyłem wśród ludzi, którzy mnie brali za „ogrodnika Freddiego" i tak samo przedstawiali mnie innym. Freddie nigdy nie zrobiłby mi - 317 - Jim Huiton, Tim Wapshott tak okrutnej krzywdy. Mam wiele sympatii wobec Johna Deacona, który mówi o sobie: „Ja tu tylko gram na basie." Joe przyszedł kiedyś do mnie, już w Mews, i powiedział: - Jirru chciałbym cię przeprosić. - Za co? - Za to, że zawsze widziałem cię tylko jako ogrodnika Freddiego - powiedział. - Nigdy nie uznawaliśmy cię za chłopaka Freddiego. To wyznanie nieco mi wynagrodziło wszystkie te pełne okrucieństwa lata. Nie jestem bardzo religijny, ale wierze, że kiedyś spotkam znowu Freddiego. Nie wiem jak, ale tak będzie. Kiedy rozmawiałem z Joem i zeszliśmy na temat śmierci, powiedział: - Nie martw się. Jeśli umrę przed tobą, opowiem mu o wszystkim, co tu się działo. - Nie będziesz musiał - odparłem z uśmiechem. - On wie. Spis treści Podziękowania ................. 7 Przedmowa ................... 9 Jaki Freddie? .................. 11 Zdecyduj sie! .................. 38 W drodze wyjątku................ 62 Jeny i zakupy.................. 98 Jesteś zwolniony!................ 121 Uwertury i wstępy ............... 146 Paląc Duckingham ............... 177 Odwrót ...................... 198 Współtowarzysze niedoli............ 226 Rezygnacja.................... 258 Nie uciekniesz przed rzeczywistością..... 282 Sam ....................... 306 I I Mercur im Hutton i TIM WAPSHOTT Freddie Mercury był jedyną w swoim rodzaju gwiazdą muzyki pop. Przez dwadzieścia lat zachwycał słuchaczy1 na całym świecie, zarówno jako wokalista zespołu Queen, jak i solista czy partner Montserrat Caballe. Sprzedaż jego płyt przyniosła wytwórniom ponad miliard dolarów. A jednak pomimo całego bogactwa, Freddie nie mógł się ustrzec przed utratą jedynej rzeczy, na jakiej mu zależało - miłości J ima Huttona. Nawet pieniądze nie mogły go bowiem wyleczyć ze straszliwej choroby. Freddie poznał Huttona - skromnego fryzjera - w 1983 roku i wkrótce zostali kochankami. Znajomym przedstawiał go jako „męża", dla obcych Hutton był tylko ogrodnikiem słynnego muzyka. Freddie Mercury zamilkł na zawsze w wieku 45 łat, 24 listopada 1991 roku. Umarł na AIDS, w ramionach Juna Huttona, który nie opuścił go aż do śmierci. „Freddie Mercury i ja" to książka zupełnie wyjątkowa - nie jest to bowiem zwykła historia miłosna, tęcz nieprawdopodobnie wzruszający zapis miłości i romansu dwóch jakże różnych mężczyzn. Książka, która z jednej strony ujawnia najskrytsze tajemnice genialnego wokalisty, z drugiej zaś burzy mur milczenia, jakim otaczana Polsce miłość samej ISBN 83-86611-75-8 Cena 11,80 zł GBGK)