Philip K. Dick - Gra nielosowa www.bookswarez.prv.pl Toczac piecdziesieciogalonowa beczke z woda z kanalu na swa plantacje ziemniaków, Bob Turk uslyszal nagle ryk silników; spojrzal w kierunku zamglonego jak zwykle wczesnym popoludniem marsjanskiego nieba i dostrzegl wielki, blekitny statek miedzyplanetarny. W przyplywie radosnego podniecenia pozdrowil go machnieciem reki. A potem przeczytal slowa namalowane na burcie statku i jego radosc zmacila troska. Poniewaz ten owalny kadlub, obnizajacy sie teraz, by wyladowac na rufie, byl statkiem - lunaparkiem, przybywajacym w ten rejon czwartej planety w celach zarobkowych. Napis na burcie glosil: PRZEDSIEBIORSTWO ROZRYWKOWE "SPADAJACA GWIAZDA" PRZEDSTAWIA FENOMENY NATURY, MAGICZNE SZTUKI, PRZERAZAJACE AKROBACJE ORAZ KOBIETY! Ostatni wyraz namalowany byl wiekszymi literami. - Chyba powinienem poinformowac o tym Rade Osady - pomyslal Turk. Zostawil beczke z woda i pobiegl truchtem w kierunku centrum handlowego, dyszac ciezko, gdyz jego pluca z wysilkiem wchlanialy rozrzedzone powietrze tego nienaturalnego, skolonizowanego swiata. Kiedy lunapark zawital ostatnio w te strony, mieszkancy zostali obrabowani z przewazajacej czesci swych zbiorów które obsluga kramów przyjela jako zaplate w naturze - i na pocieche pozostal im zaledwie stos bezuzytecznych gipsowych figurek. To nie moglo sie powtórzyc. A jednak... Czul w sobie silna pokuse, potrzebe rozerwania sie. Wszyscy odczuwali to samo; wszyscy mieszkancy osady tesknili za niezwykloscia. A wlasciciele lunaparku oczywiscie o tym wiedzieli i na tym wlasnie zerowali. - Gdyby udalo nam sie zachowac zdrowy rozsadek - myslal Turk. - Zaplacic w naturze nadwyzkami zywnosci i wlókna do produkcji tkanin, a nie tym, czego potrzebujemy... nie zachowywac sie jak gromada dzieci. Ale zycie w skolonizowanym swiecie bylo monotonne. Wozenie wody, zwalczanie robactwa, naprawa plotów, nieustanne majstrowanie przy maszynach rolniczych, czyli pólsamoczynnych robotach, które zapewnialy im byt... to im nie wystarczalo; nie bylo w tym... kultury. Ani niezwyklosci. - Hej! - zawolal Turk, gdy dobiegl do dzialki Vince'a Guesta. Jej wlasciciel siedzial okrakiem na swym jednocylindrowym plugu z kluczem francuskim w reku. - Slyszales ten halas? Mamy gosci! Znowu przyjechalo wesole miasteczko, takie jak w zeszlym roku pamietasz? - Pamietam - mruknal Vince, nie podnoszac wzroku. - Zabrali mi caly zbiór dyn. Niech diabli wezma wszystkie objazdowe wesole miasteczka. - Jego twarz przybrala posepny wyraz. - To jakas inna trupa - wyjasnil Turk, zatrzymujac sie. Nigdy dotad ich nie widzialem; maja blekitny statek i wyglada na to, ze wszedzie juz byli. Wiesz, co mamy zamiar zrobic? Pamietasz nasz plan? - Wielki mi plan - powiedzial Vince, przykrecajac szczeki klucza francuskiego. - Talent to talent - z zapalem gadal Turk, starajac sie przekonac nie tylko Vince'a, ale i siebie samego, stlumic dreczacy go niepokój. - Zgadzam sie, ze Fred jest przyglupem, ale jego talent jest prawdziwy - sprawdzilismy go milion razy i sam nie moge zrozumiec, dlaczego nie wykorzystalismy go przeciwko tym wlascicielom lunaparku, którzy byli tu w zeszlym roku. Ale teraz jestesmy zorganizowani. Przygotowani. - Wiesz, co zrobi ten glupi dzieciak? - spytal Vince, podnoszac glowe. - Przylaczy sie do tej trupy; wyjedzie z nimi i bedzie wykorzystywal swój talent dla ich korzysci. Nie mozemy mu zaufac. - Ja mu ufam - oznajmil Turk i pospieszyl w kierunku zakurzonych, wyszczerbionych, szarych budynków osady. Widzial juz krzatajacego sie w swym sklepie przewodniczacego Rady, Hoaglanda Rae; Hoagland zajmowal sie wynajmem uzywanego sprzetu i wszyscy mieszkancy osady byli od niego zalezni. Bez wymyslnych urzadzen Hoaglanda ani jedna owca nie bylaby ostrzyzona, ani jedno jagnie nie mialoby obcietego ogona. Nic wiec dziwnego, ze wlasnie on stal sie ich politycznym i ekonomicznym przywódca. Hoagland wyszedl ze sklepu na utwardzony piasek, oslonil oczy dlonia, przetarl mokre czolo zlozona chusteczka do nosa i przywital sie z Bobem Turkiem. - Tym razem inna trupa? - spytal cicho. - Zgadza sie - odparl Turk, czujac przyspieszone bicie serca. - I mozemy ich zalatwic. Hoag! Jesli dobrze to rozegramy, to znaczy jesli Fred... - Beda podejrzliwi - powiedzial z namyslem Hoag. - Inne osady z pewnoscia uzywaly swoich Psi, zeby ich ograc. Moze maja jednego z tych - jak oni sie nazywaja - tych antyparapsychologów. Fred nalezy do grupy p-k, wiec jesli maja jakiegos anty p-k... - Z rezygnacja machnal reka. - Pójde i powiem rodzicom Freda, zeby odebrali go ze szkoly - oznajmil Turk, walczac z zadyszka. - To naturalne, ze zaraz zbiegna sie dzieci; zamknijmy szkoly na dzisiejsze popoludnie, zeby Fred zgubil sie w tloku, wiesz, o co mi chodzi? On nie wyglada dziwacznie, przynajmniej dla mnie. - Zachichotal ze sztucznym ozywieniem. - To prawda - z godnoscia przyznal Hoagland. - Chlopak Costnerów wydaje sie zupelnie normalny. No dobrze, spróbujemy; zostalo to zreszta przeglosowane, wiec nie mamy wyboru. Idz i uderz w dzwon wzywajacy do gromadzenia nadwyzek, zeby ci chlopcy z lunaparku zobaczyli, ze mamy do zaoferowania dobre produkty. - Chce, zeby zgromadzono tu na stosach wszystkie jablka, orzechy wloskie, glowy kapusty i dynie. - Pokazal palcem wybrane przez siebie miejsce. - I chce miec w reku najdalej za godzine dokladny spis, z trzema kopiami. - Hoagland wyciagnal cygaro i przytknal do niego zapalniczke. - No, bierz sie do roboty. Bob Turk wzial sie do roboty. Idac z synem przez poludniowe pastwisko, wsród stada owiec z czarnymi pyskami, przezuwajacych twarda, sucha trawe, Tony Costner spytal: - Czy myslisz, ze dasz sobie rade, Fred? Jesli nie, powiedz mi. Nie musisz tego robic. Fred Costner, wytezajac wzrok, dostrzegal juz mgliste zarysy wesolego miasteczka, wznoszonego przed uniesionym dziobem statku miedzyplanetarnego. Kramy, migoczace wielkie transparenty i tanczace na wietrze metalowe serpentyny... slyszal tez dzwieki muzyki z tasm, a moze prawdziwych organów parowych? - Jasne - mruknal. - Poradze sobie z nimi. Cwiczylem codziennie, odkad pan Rae mi o tym powiedzial. - Chcac tego dowiesc, poderwal w góre wysilkiem woli lezacy przed nimi glaz; kamien zatoczyl w powietrzu luk i pomknal z wielka szybkoscia w ich strone, a potem nagle opadl z powrotem na brunatna, wyschnieta trawe. Owce zaczely mu sie tepo przygladac, a Fred wybuchnal smiechem. Wsród ustawionych budek zgromadzil sie juz spory tlum mieszkanców osady, wsród których bylo tez troche dzieci; Fred zerknal na oblezone stoisko z wata cukrowa, poczul zapach prazonej kukurydzy i dostrzegl z zachwytem duzy pek wypelnionych helem balonów, z którymi spacerowal pomalowany na jaskrawe kolory karzel w kostiumie wlóczegi. - Posluchaj, Fred - powiedzial spokojnie jego ojciec. - Musisz znalezc taka gre, w której stawka sa naprawde cenne nagrody. - Wiem o tym - odparl i zaczal przygladac sie kramom. - Nie potrzeba nam lalek w hawajskich spódniczkach - powiedzial sam do siebie. - Ani bombonierek z cukierkami ze slonej wody. Gdzies na terenie lunaparku mozna bylo zdobyc naprawde cenny lup. Moze w straganie, w którym trzeba bylo trafic w zawieszone na tablicy banknoty, moze przy magicznym kole, moze przy stole do gry w bingo; tak czy owak zdobycz lezala w zasiegu reki. Podswiadomie wyczuwal jej obecnosc, czul jej zapach. I przyspieszyl kroku. - Hmm... moze zostawie cie samego, Freddy - odezwal sie jego ojciec slabym, zduszonym glosem. Tony dostrzegl jedna z estrad, na których wystepowaly mlode kobiety, i ruszyl w jej kierunku, nie mogac oderwac oczu od tego widowiska. Jedna z dziewczyn byla juz - ale w tym momencie Fred Costner odwrócil sie, slyszac warkot ciezarówki i zaraz zapomnial o rozebranej dziewczynie z pokaznym biustem stojacej na podwyzszeniu. Ciezarówka wiozla wyhodowane w osadzie warzywa i owoce, które mialy byc wymienione na bilety lunaparku. Chlopiec podszedl do ciezarówki, zastanawiajac sie, ile produktów postanowil tym razem wyasygnowac Hoagland Rae po okropnej klesce, jaka poniesli poprzednio. Wydawalo sie, ze jest ich sporo i Fred poczul sie dumny; najwyrazniej mieszkancy osady mieli pelne zaufanie do jego zdolnosci. I nagle poczul charakterystyczny zapach Psi. Emanowal on ze straganu znajdujacego sie na prawo od niego, wiec od razu ruszyl w tamta strone. Temu wlasnie straganowi postanowili wlasciciele lunaparku zapewnic ochrone - tej jednej grze, w której nie mogli sobie pozwolic na przegrana. Przekonal sie, ze w tym wlasnie stoisku jeden z fenomenów natury sluzyl za cel; byl to bezglowiec, pierwszy jakiego Fred w zyciu widzial, totez zatrzymal sie, sparalizowany z wrazenia. Bezglowiec w ogóle nie mial glowy i wszystkie jego organa czuciowe - oczy, nos i uszy - przeniosly sie jeszcze przed jego urodzeniem w inne regiony ciala. Na przyklad otwarte usta znajdowaly sie w centralnym punkcie klatki piersiowej, z kazdego ramienia blyszczalo jedno oko; bezglowiec byl zdeformowany, ale nie uposledzony i Fred spojrzal na niego z szacunkiem. Bezglowiec widzial, czul zapachy i slyszal równie dobrze jak kazdy. Ale na czym polegala jego rola w tej grze? Bezglowiec siedzial w koszu, zawieszonym nad stojaca w glebi straganu wanna pelna wody. Za jego plecami Fred Costner dostrzegl cel, a potem zauwazyl znajdujacy sie w zasiegu jego reki stos pilek baseballowych i zrozumial, na czym polega gra. Kiedy trafilo sie w cel, bezglowiec wpadal do wanny z woda. I wlasnie po to, by temu zapobiec, wlasciciele lunaparku postanowili posluzyc sie silami swego Psi; jego zapach byl teraz wprost przytlaczajacy. Nie potrafil jednak powiedziec, kto wydawal ten zapach: bezglowiec, kobieta obslugujaca stragan, czy jakas niewidoczna dotychczas osoba trzecia. Obslugujaca stragan szczupla mloda dziewczyna w spodniach, swetrze i tenisówkach wyciagnela jedna z pilek w kierunku Freda. - Czy jestes gotowy do gry, kapitanie? - spytala, usmiechajac sie do niego drwiaco, jakby wydawalo jej sie zupelnie niemozliwe, ze moze zagrac i wygrac. - Zastanawiam sie - powiedzial Fred. Przygladal sie uwaznie nagrodom. Bezglowiec zachichotal ustami znajdujacymi sie w centralnym punkcie klatki piersiowej. - Zastanawia sie! Watpie w to! - powiedzial szyderczo. Zachichotal ponownie i Fred poczul, ze sie czerwieni. - Czy w to wlasnie chcesz grac? - spytal podchodzac blizej jego ojciec. Teraz pojawil sie równiez Hoagland Rae; dwaj mezczyzni staneli po obu stronach chlopca i wszyscy trzej przygladali sie nagrodom. - Co to jest - pomyslal Fred - lalki? Tak przynajmniej wydawalo sie na pierwszy rzut oka; na pólce ustawionej na lewo od dziewczyny obslugujacej stoisko lezaly rzedami male figurki, chyba plci meskiej. Nie mógl w zaden sposób zglebic przyczyn, dla których wlasciciele lunaparku postanowili je chronic; musialy byc calkowicie bezwartosciowe. Podszedl blizej, starajac sie zobaczyc... - Ale nawet jesli wygramy, Fred, co bedziemy z tego mieli? wyszeptal niepewnie Hoagland Rae, odciagajac go na strone. Nic, co mogloby sie nam przydac, tylko te plastikowe figurki. Nie uda nam sie ich nawet wymienic na towary z innymi osadami. Wydawal sie rozczarowany; kaciki jego ust opadly w dól, nadajac twarzy wyraz zniechecenia. - Mam wrazenie, ze nie sa tym, czym sie wydaja - powiedzial Fred. - Ale nie mam pojecia, czym sa. Tak czy owak niech mi pan pozwoli spróbowac, panie Rae; wiem, ze to wlasnie ten stragan. Wiedzial tez, ze wlasciciele wesolego miasteczka równiez sa tego zdania. - Zdaje sie na ciebie - powiedzial sceptycznie Hoagland Rae. Wymienil spojrzenia z ojcem Freda, a potem zachecajaco poklepal chlopca po plecach. - Chodzmy. Zrób, co mozesz, chlopcze. Cala grupa, do której przylaczyl sie teraz Bob Turk, wrócili do straganu, w którym siedzial bezglowiec, polyskujac umieszczonymi na ramionach oczami. - Zdecydowaliscie sie, panowie? - spytala z kamienna twarza dziewczyna, podrzucajac pilke i lapiac ja w powietrzu. - Masz - Hoagland wreczyl Fredowi koperte, w której znajdowaly sie bilety lunaparku, uzyskane w drodze wymiany za plody rolne osady. To bylo wszystko, co za nie dostali. - Spróbuje - powiedzial Fred do szczuplej dziewczyny, wreczajac jej bilet. Dziewczyna usmiechnela sie, pokazujac drobne, ostre zeby. - Wrzuc mnie do wody! - wrzasnal bezglowiec. - Skap mnie i wygraj cenna nagrode! I znów zachichotal z zachwytem. Wieczorem tegoz dnia Hoagland Rae siedzial w warsztacie na zapleczu swego sklepu i za pomoca trzymanej w prawym oku lupy ogladal jedna z figurek, które syn Tony'ego Costnera wygral tego popoludnia w lunaparku Przedsiebiorstwa Rozrywkowego "Spadajaca Gwiazda". Pod przeciwlegla sciana warsztatu lezalo rzedem pietnascie takich samych figurek. Hoagland oderwal malymi szczypczykami tylna scianke lalki i dostrzegl w jej wnetrzu zawily splot przewodów. - Chlopak mial racje - powiedzial do Boba Turka, który stal za nim, palac w nerwowym podnieceniu papierosa wypelnionego sztucznym tytoniem. - To nie lalka, to jakies skomplikowane urzadzenie. Moze to byc wlasnosc Narodów Zjednoczonych, która ci ludzie ukradli. Moze to nawet byc mikrorobot. No wiesz, jeden z tych precyzyjnych aparatów, których rzad uzywa do tysiaca róznych celów - od szpiegowania do operacji rekonstrukcyjnych, jakie robia weteranom wojennym. Ostroznie otworzyl przednia scianke figurki. Tu równiez dostrzegl przewody i jakies miniaturowe podzespoly, które nawet pod lupa trudno bylo zidentyfikowac. Nie zamierzal zreszta podejmowac takiej próby; w koncu jego umiejetnosci ograniczaly sie do napraw napedzanych silnikiem zniwiarek i innych tego typu maszyn. To przekraczalo jego mozliwosci. Znów zaczal sie zastanawiac, w jaki sposób osada moglaby wykorzystac te mikroroboty. Odsprzedac je z powrotem Narodom Zjednoczonym? A tymczasem wlasciciele lunaparku zwineli swe stragany i odlecieli. Nie mozna bylo dowiedziec sie od nich; co to za urzadzenia. - Maze on chodzi i mówi - niepewnie powiedzial Turk. Hoagland zaczal szukac na obudowie figurki jakiegos wylacznika, ale nie znalazl go. - Moze reaguje na ludzki glos - pomyslal. Zacznij chodzic! - rozkazal. Figurka trwala w bezruchu. - Wydaje mi sie, ze mamy tu cos ciekawego - powiedzial do Turka. - Ale... - Wykonal znaczacy gest. - To troche potrwa; musimy byc cierpliwi. - Moze gdyby zawiezc jedna z tych figurek do miasta M - pomyslal - gdzie mozna znalezc prawdziwych fachowców; inzynierów, elektroników, wszelkiego rodzaju mechaników... ale chcial to zrobic sam; nie ufal mieszkancom jedynego wielkiego miasta tej skolonizowanej planety. - Ci faceci z lunaparku byli naprawde wsciekli, ze wygrywamy raz za razem - zachichotal Bob Turk. - Fred mi mówil, ze przez caly czas zmuszali do wysilku swego wlasnego Psi i byli kompletnie zaskoczeni, ze... - Cicho - powiedzial Hoagland. Znalazl system zasilania figurki w energie - teraz trzeba bylo tylko odszukac wlasciwy obwód, by wszystko sie wyjasnilo. Zamykajac obwód mógl uruchomic mechanizm; bylo to - a raczej wydawalo sie - zupelnie proste. Niebawem znalazl przerywnik obwodu. Mikroskopijny wylacznik, ukryty w klamerce paska lalki... Hoagland z triumfem przekrecil wylacznik cienkimi jak igly kleszczami, postawil lalke na swym warsztacie i czekal na rezultat. Figurka poruszyla sie. Siegnela do zwisajacej u jej boku torby, przypominajacej ladownice, wyjela z niej malenka tube i skierowala jej wylot w strone Hoaglanda. - Poczekaj - powiedzial slabym glosem Hoagland. Stojacy za jego placami Turk zabeczal jak owca, pospiesznie sie wycofujac. Cos wybuchlo mu prosto w twarz, swiatlo, które odrzucilo go do tylu; zamknal oczy i krzyknal z przerazenia. - Atakuja nas! - zawolal, ale glos nie wydobyl sie z jego gardla; nic nie uslyszal. Wolal bezsilnie w nie konczacej sie ciemnosci. Blagalnym gestem wyciagnal przed siebie po omacku rece... Pochylila sie nad nim dyzurna pielegniarka osady, przyciskajac do jego nosa butelke z amoniakiem. Stekajac z wysilku zdolal uniesc glowe, otworzyc oczy. Lezal w swoim warsztacie, otoczony wianuszkiem doroslych mieszkanców osady, wsród których czolowe miejsce zajmowal Bob Turk; wszyscy mieli poszarzale z przerazenia twarze. - Te lalki, czy cokolwiek to jest - zdolal wyszeptac Hoagland - zaatakowaly nas; zachowajcie ostroznosc. - Przewrócil sie na bok, by spojrzec na rzad lalek, które tak starannie poukladal pod przeciwlegla sciana. - Uruchomilem nieopatrznie jedna z nich - wymamrotal. - Zamknalem obwód; popelnilem blad, ale teraz juz wiemy... Nagle zamrugal oczami. Lalki zniknely. - Poszedlem po panne Beason - tlumaczyl sie Bob Turk a kiedy wrócilem, juz ich tu nie bylo. Przepraszam. - Wydawal sie skruszony, jakby to byla jego wina. - Ale ty byles nieprzytomny, balem sie, ze nie zyjesz. - W porzadku - powiedzial Hoagland, dzwigajac sie na nogi; bolala go glowa i czul mdlosci. - Postapiles slusznie. Moze lepiej zawolac tu tego chlopaka Costnerów, spytac go, co o tym sadzi. No cóz - dodal - zostalismy nabrani. Drugi rok z rzedu. Tyle, ze tym razem jest gorzej. Tym razem - pomyslal - wygralismy. Bylismy w lepszej sytuacji rok temu, kiedy po prostu przegralismy. Mial przeczucie, ze prawdziwe klopoty dopiero sie zaczna. W cztery dni pózniej Tony Costner, wykopujac motyka chwasty na swej plantacji dyn, zauwazyl, ze cos porusza sie pod powierzchnia ziemi. Przerwal prace i bezszelestnie siegnal po widly. - To marsjanski susel - pomyslal - podgryzajacy korzenie roslin. Zaraz go dostane. - Podniósl widly i gdy ziemia poruszyla sie po raz drugi, wbil w nia gwaltownie zeby widel, przebijajac sypka, piaszczysta glebe. Spod powierzchni ziemi doszedl go pisk bólu i przerazenia. Chwycil za lopate i odgarnal warstwe piachu. Odslonil w ten sposób tunel, w którym - jak przewidzial na podstawie dlugoletniego doswiadczenia - lezal drgajacy w przedsmiertelnych konwulsjach marsjanski susel; klebek futra, w którym lsnily tylko zamglone w agonii oczy i wysuniete zeby. Dobil go kierujac sie litoscia. A potem pochylil sie by go obejrzec. Dostrzegl bowiem cos, co zwrócilo jego uwage; blysk metalu. Susel mial na sobie obroze. Byla ona oczywiscie wykonana z jakiegos sztucznego tworzywa i luzno opinala gruba szyje zwierzecia. Wystawaly z niej niemal niewidoczne, cienkie jak wlos druty, które znikaly pod skóra pokrywajaca glowe susla, u nasady jego czaszki. - O Boze - mruknal Tony Costner; podniósl zabitego susla i stal bezradnie, z przerazeniem zastanawiajac sie co zrobic. Od razu skojarzyl to odkrycie z lalkami wygranymi w lunaparku i z ich ucieczka; to bylo ich dzielo, to one - jak mówil Hoagland - atakowaly osade. Zastanawial sie, co zrobilby ten susel, gdyby nie zostal przez niego zabity. W jakis czas pózniej siedzial obok Hoaglanda Rae w jego warsztacie. Rae ostroznie zdemontowal obroze i zajrzal do jej wnetrza. - Przekaznik radiowy - oznajmil i halasliwie wypuscil powietrze, jakby wrócila mu astma, na która cierpial w dziecinstwie. Krótki zasieg, moze pól mili. Susel byl nim zdalnie sterowany, moze nawet nadawal z powrotem sygnaly informujace, gdzie sie znajduje i co robi. Te elektrody podlaczone do mózgu oddzialywaly zapewne na obszary przyjemnosci i bólu... w ten sposób mozna bylo sklonic go do okreslonego zachowania. - Zerknal na Tony'ego Costnera. - No co, chcialbys nosic na sobie taka obroze? - Nie chcialbym - odpowiedzial Tony czujac, ze wstrzasa nim dreszcz. Zapragnal nagle wrócic na planete Terra, mimo ze panowal tam taki tlok; odczul tesknote za napierajacym ludzkim tlumem, za zapachami i odglosami, jakie wydawaly wielkie tabuny mezczyzn i kobiet chodzace po twardych, jasno oswietlonych kraweznikach. I jakby po wplywem olsnienia zdal sobie sprawe, ze nigdy nie lubil zycia na Marsie. - Czlowiek czuje sie tu o wiele zbyt samotny pomyslal. - Popelnilem blad. To moja zona; ona mnie namówila do przyjazdu. Ale teraz bylo juz za pózno, by sie nad tym zastanawiac. - Mysle - powiedzial Hoagland ze smiertelna powaga - ze powinnismy zawiadomic zandarmerie ONZ. - Ciezkim krokiem podszedl do wiszacego na scianie telefonu, zakrecil korbka, a potem wykrecil numer, pod który nalezalo dzwonic w naglych wypadkach. Odwrócil sie do Tony'ego i powiedzial tonem na wpól gniewnym, a na wpól przepraszajacym: - Nie moge wziac na siebie odpowiedzialnosci za te sytuacje, Costner; to zbyt trudna sprawa. - To równiez moja wina - przyznal Tony. - Zobaczylem te dziewczyne, która zdjela wlasnie górna czesc swego stroju, i... - Regionalna komenda sil bezpieczenstwa ONZ - przemówil telefon na tyle glosno, ze uslyszal go równiez Tony Costner. - Mamy klopoty - oznajmil Hoagland. A potem opowiedzial o statku Przedsiebiorstwa Rozrywkowego "Spadajaca Gwiazda" i zrelacjonowal przebieg wydarzen. Mówiac do telefonu wycieral chustka do nosa ociekajace potem czolo; wygladal jak stary, zmeczony czlowiek, któremu bardzo potrzebny jest wypoczynek. W godzine pózniej na srodku jedynej ulicy osady wyladowala zandarmeria ONZ. Z pojazdu wysiadl umundurowany oficer w srednim wieku, z teczka w reku; rozejrzal sie i dostrzegl w zóltawym swietle póznego popoludnia grupe mieszkanców oraz stojacego na jej czele Hoaglanda Rae. - Czy general Mozart? - spytal Hoagland, niepewnie wyciagajac reke. - Zgadza sie - odparl masywnie zbudowany oficer ONZ, wymieniajac z nim krótki uscisk dloni. - Czy moze mi pan pokazac ten mechanizm? - Wydawalo sie, ze patrzy z lekka pogarda na przybrudzonych mieszkanców osady. Hoagland wyraznie to odczul, a jego poczucie kleski i przygnebienia jeszcze sie poglebily. - Oczywiscie, panie generale - odparl Hoagland, po czym poprowadzil go przez sklep na zaplecze, do warsztatu. General Mozart obejrzal dokladnie martwego marsjanskiego susla, przyjrzal sie obrozy, elektrodom i powiedzial: - Byc moze, panie Rae, wygraliscie nagrody rzeczowe, których oni wcale nie chcieli oddac. Ich ostatecznym, to znaczy prawdziwym miejscem przeznaczenia nie byla zapewne ta osada. - Ponownie ujawnil zle ukrywane lekcewazenie; któz chcialby zawracac sobie glowe ta miejscowoscia? - Sadze, choc to tylko domysl, ze tym miejscem przeznaczenia moglaby byc Ziemia i rejony liczniej zaludnione. Ale poniewaz wykorzystaliscie przy tej grze polegajacej na rzucaniu pilka parapsychologiczne zdolnosci waszego... - Przerwal nagle i zerknal na zegarek. - Mysle, ze spryskamy wszystkie okoliczne pola arsenowodorem; pan i panscy ludzie bedziecie musieli opuscic caly region, w istocie jeszcze dzis wieczorem. My zapewnimy transport. Czy moge skorzystac z panskiego telefonu? Ja zamówie transport, a pan zbierze wszystkich swoich ludzi. Usmiechnal sie zdawkowo do Hoaglanda i podszedl do telefonu, zeby polaczyc sie ze swa kwatera w miescie M. - A co z inwentarzem? - spytal Rae. - Nie mozemy go poswiecic. - Zastanawial sie, w jaki sposób zaladuja po ciemku swe owce, psy i bydlo do transportowców ONZ. - Co za piekielne zamieszanie - pomyslal tepo. - Oczywiscie inwentarz równiez - powiedzial general Mozart tak oschlym tonem, jakby uwazal Hoaglanda za idiote. Trzeci sposród byczków wpedzonych na poklad transportowca ONZ mial na szyi obroze; zandarm pelniacy sluzbe przy klapie wlazu zauwazyl ja, zastrzelil na miejscu byczka i wezwal Hoaglanda polecajac mu usunac martwa sztuke. Hoagland Rae przykucnal przy martwym byczku, by obejrzec obroze i przewody. Podobnie jak w przypadku susla obroza polaczona byla delikatnymi drucikami z mózgiem zwierzecia. Hoagland doszedl do wniosku, ze ktokolwiek zainstalowal ten przekaznik, musial sie znajdowac nie dalej niz o mile od osady. - Ale co to zwierze mialo robic? - zastanawial sie zdejmujac obroze. - Przekluc któregos z nas rogami? A moze podsluchiwac? - To zdawalo sie bardziej prawdopodobne; ukryty w obrozy przekaznik wydawal wyraznie slyszalny pomruk, widocznie byl na stale wlaczony i chwytal wszystkie wydawane w poblizu odglosy. A wiec wiedza juz, ze sprowadzilismy wojsko - pomyslal Hoagland. - I ze znalezlismy juz dwa sposród tych urzadzen. Mial glebokie przeczucie, ze oznacza to koniecznosc porzucenia osady. Ten obszar stanie sie wkrótce polem walki miedzy silami ONZ a... nie znanym przeciwnikiem. Przedsiebiorstwo Rozrywkowe "Spadajaca Gwiazda". Zastanawial sie, skad pochodza wlasciciele tego lunaparku. Najwyrazniej spoza Systemu Slonecznego. - Prosze sie nie martwic - powiedzial przyklekajac obok niego na chwile jakis ubrany na czarno oficer tajnej policji ONZ. - W ten sposób zdradzili swoje zamiary - nigdy dotad nie bylismy w stanie dowiesc, ze te lunaparki maja wrogie zamiary. Dzieki wam nie dotarli do planety Terra. Przyslemy wam posilki, nie poddawajcie sie. - Usmiechnal sie do Hoaglanda i odszedl pospiesznie w ciemnosc, w kierunku zaparkowanego tam czolgu sil ONZ. Tak - pomyslal Hoagland. - Wyswiadczylismy wladzom przysluge.- A oni wynagrodza nas za to, zwalajac sie nam masowo na glowe. Odczuwal przekonanie, ze osada nigdy juz nie bedzie taka sama jak dawniej, bez wzgledu na to, co zrobia wladze. Chocby z tego powodu, ze jej mieszkancy nie umieli sami uporac sie ze swoim problemem i musieli zwrócic sie o pomoc do obcych. Do moznych tego swiata. Podszedl Tony Costner, by pomóc mu usunac martwego byczka; razem odciagneli z wysilkiem cieple jeszcze cialo na bok, z trudem lapiac oddech. - Czuje sie odpowiedzialny - powiedzial Tony, gdy pozbyli sie juz ciezaru. - Nieslusznie - Hoagland przeczaco potrzasnal glowa. - I powiedz swemu chlopcu, zeby tez nie czul sie winny. - Nie widzialem Freda, odkad pojawil sie ten pierwszy - oznajmil przygnebionym glosem Tony. - Zniknal gdzies, byl strasznie wzburzony. Pewnie znajda go ci zandarmi z ONZ - obstawili caly teren i kaza wszystkim zebrac sie w centrum. - Mówil tepym glosem, jakby nie mógl do konca pojac tego, co sie wokól niego dzieje. - Jeden z zandarmów powiedzial mi, ze rano mozemy tu wrócic. Arsenowodór zalatwi do tej pory cala sprawe. Czy myslisz, ze zetkneli sie z czyms takim juz wczesniej? Nic nie mówia, ale wydaja sie doskonale zorganizowani. I tacy pewni, ze postepuja slusznie. - Bóg raczy wiedziec - odparl Hoagland. Zapalil prawdziwe, wyprodukowane na Ziemi cygaro marki Optimo i wciagnal dym w posepnym milczeniu, obserwujac stado owiec z czarnymi pyskami, które zaganiano wlasnie do transportowca. - Kto by sie domyslil, ze legendarna, klasyczna inwazja na Ziemie przybierze wlasnie taka forme - spytal sam siebie. - Ze zacznie sie tutaj, w naszej nedznej osadzie, za pomoca kilkunastu malych, wypelnionych drutami figurek, które z takim trudem wygralismy od Przedsiebiorstwa Rozrywkowego "Spadajaca Gwiazda"? General Mozart twierdzi, ze najezdzcy nie chcieli ich wcale oddac. Ironia losu. - Zdajesz sobie chyba sprawe, ze zamierzaja nas poswiecic - spytal cicho Bob Turk, podchodzac blizej i stajac obok niego. - To oczywiste. Arsenowodór zabije wszystkie susly i szczury, ale nie zabije mikrorobotów, bo one przeciez nie oddychaja. Sily specjalne ONZ beda musialy operowac w tym regionie jeszcze przez wiele tygodni, moze miesiecy. Ten atak gazowy to dopiero poczatek. Odwrócil sie do Tony'ego Costnera i spojrzal na niego z wyrzutem. - Gdyby twój chlopak... - Przestan - powiedzial ostrym tonem Hoagland. - To wystarczy. Gdybym ja nie rozebral tej pierwszej... nie zamknal obwodu... mnie tez mozesz obwiniac, Turk; szczerze mówiac chetnie podam sie do dymisji. Mozecie kierowac osada beze mnie. - Uwaga! - zagrzmial glosno przedstawiciel ONZ przez reczna tube wyposazona w zasilany bateriami wzmacniacz. - Wszystkie osoby znajdujace sie w zasiegu mojego glosu maja przygotowac sie do wejscia na poklad! O godzinie 14.00 zostanie na tym terenie rozpylony trujacy gaz! Powtarzam... - Wylot glosnika zwracal sie w róznych kierunkach, a powtarzany komunikat odbijal sie echem wsród wieczornych ciemnosci. Fred Costner brnal potykajac sie przez nie znany mu, pelen nierównosci teren, jeczac z rozpaczy i zmeczenia; nie zwracal uwagi na otoczenie i nie patrzyl, dokad idzie. Chcial tylko odejsc jak najdalej. Zniszczyl osade i wszyscy, poczynajac od Hoaglanda Rae, dobrze o tym wiedzieli. Z jego powodu... Daleko za nim zagrzmial plynacy z glosnika komunikat: - Wszystkie osoby znajdujace sie w zasiegu mojego glosu maja przygotowac sie do wejscia na poklad! O godzinie 14.00 zostanie na tym terenie rozpylony trujacy gaz! Powtarzam, wszystkie osoby znajdujace sie w zasiegu mojego glosu... - Nadawano ten komunikat bez konca. Fred nadal brnal przed siebie, pragnac znalezc sie poza zasiegiem halasliwego glosnika, pospiesznie oddalajac sie od niego. W ciemnosciach unosil sie zapach pajaków i wyschnietych chwastów; czul wokól siebie pustkowie. Byl juz poza ostatnim obwodem uprawy ziemi; opuscil pola nalezace do osady i brnal przez nie zaorane tereny, na których nie bylo plotów ani nawet slupków mierniczych. Mozna sie bylo jednak domyslac, ze równiez ten teren zostanie skazony; statki ONZ beda lataly nad nim w te i z powrotem, rozpylajac arsenowodór, pózniej zas wkrocza do akcji zolnierze oddzialów specjalnych, wyposazeni w maski gazowe, miotacze ognia i czujniki wykrywajace metal, by wytepic pietnascie mikrorobotów, które szukaly schronienia pod ziemia w kryjówkach szczurów i robactwa. - I tam jest ich miejsce - powiedzial sam do siebie Fred. - I pomyslec, ze to ja chcialem je zdobyc dla osady, myslalem, ze skoro wlasciciele lunaparku chca je zatrzymac, musza miec jakas wartosc. Zastanawial sie mgliscie, czy móglby w jakis sposób naprawic to; co zrobil. Znalezc te pietnastke mikrorobotów, no i tego uaktywnionego, który omal nie zabil Hoaglanda Rae? A potem... mysl ta wydala mu sie tak absurdalna, ze mimowolnie wybuchnal smiechem. Nawet gdyby znalazl ich kryjówke - zakladajac, ze wszystkie schronily sie w tym samym miejscu - to przeciez nie wiedzialby, jak je zniszczyc. A one byly uzbrojone. Hoagland Rae cudem uszedl z zyciem, a mial przeciw sobie tylko jednego, samotnego mikrorobota. Przed nim zablysnelo jakies swiatlo. W ciemnosciach nie widzial ksztaltów, które poruszaly sie na krawedzi tego swiatla; stanal i czekal, próbujac zorientowac sie w sytuacji. Slyszal stlumione glosy kobiet i mezczyzn, najwyrazniej chodzacych w te i z powrotem. I szum pracujacego silnika. Uswiadomil sobie, ze ONZ nie wysylalaby kobiet. Nie byli to wiec przedstawiciele wladz. Nagle zdal sobie sprawe, ze nie widzi czesci nieba, na którym blyszczaly gwiazdy i jasna nocna poswiata, gdyz zaslania je jakis wielki nieruchomy obiekt. Zastanawiajac sie nad jego ksztaltem doszedl do wniosku, ze moze to byc oparty na rufie i gotowy do odlotu statek miedzyplanetarny. Usiadl na ziemi, drzac z chlodu typowego dla marsjanskich nocy i wytezajac wzrok, by przekonac sie, po co biegaja w te i z powrotem goraczkowo czyms zajete niewyrazne postacie. Czyzby ten lunapark wrócil? Czyzby byl to znowu pojazd Przedsiebiorstwa Rozrywkowego "Spadajaca Gwiazda"? Przyszla mu do glowy przerazajaca wizja: oto teraz, w srodku nocy, na tym nagim obszarze lezacym pomiedzy osadami, ustawiane sa stragany, flagi, namioty i estrady, kramy z grami losowymi i platformy, na których pokazywano kobiety i fenomeny natury. Tworzy sie zawieszona w prózni replike wesolego lunaparku, której nikt nie zobaczy ani nie odwiedzi. Tylko on Sam - przypadkowym zrzadzeniem losu. Jego zas obraz ten napawal odraza - dosc juz mial lunaparku, obslugujacych go ludzi i... wszystkiego innego. Cos przebieglo po jego stopie. Wykorzystujac swe zdolnosci psychokinetyczne zatrzymal niewidoczny obiekt na miejscu i zmusil go do cofniecia sie, a potem siegnal nagle obu rekami i wydobyl z mroku wijacy sie twardy przedmiot. Podniósl go wyzej i ujrzal z przerazeniem jednego z mikrorobotów; odruchowo chwycil go mocniej, udaremniajac jego próby wyrwania sie. - Mikrorobot biegl w kierunku zaparkowanego statku - pomyslal Fred. - A wiec statek zabiera je z powrotem. Zeby nie znalazly ich sily ONZ. Wlasciciele lunaparku umozliwiaja im ucieczke, zeby zrealizowac swoje plany. - Prosze cie, polóz go na ziemi. On chce odejsc - przemówil do niego z najblizszej odleglosci jakis delikatny kobiecy glos. Podskoczywszy z wrazenia upuscil mikrorobota, który natychmiast z szelestem skryl sie wsród chwastów i zniknal. Przed nim stala usmiechajac sie lagodnie szczupla dziewczyna ze straganu, nadal w dzinsach i swetrze; w reku trzymala latarke i w odbitym kregu swiatla widzial jej ostre rysy, slabo zarysowana szczeke i wyraziste, jasne oczy. - Czesc - powiedzial jakajac sie; potem wstal z ziemi i wyczekujaco spojrzal na dziewczyne. Byla nieco wyzsza niz on i czul przed nia lek. Ale nie dochodzil od niej zapach Psi, wiec uswiadomil sobie, ze to nie ona stawiala opór jego zdolnosciom podczas gry, jaka toczyl na jej straganie. Mial wiec nad nia pewna przewage, a w dodatku ona byc moze o tym nie wiedziala. - Lepiej sie stad zabieraj - oswiadczyla. - Czy nie slyszales glosnika? Beda rozpylac w tym rejonie gaz. - Slyszalem - odparl. Dziewczyna przyjrzala mu sie uwaznie. - To ty jestes tym wielkim wygranym, prawda, synku? Mistrzem w grach zrecznosciowych. Wykapales antyglowca szesnascie razy z rzedu. - Zasmiala sie pogodnie. - Simon byl wsciekly; zaziebil sie przez to i ma pretensje do ciebie. Wiec mam nadzieje, ze na niego nie wpadniesz. - Nie mów do mnie synku - powiedzial Fred, którego lek zaczynal opuszczac. - Douglas, nasz p-k, mówi, ze jestes silny. Pokonales go za kazdym razem; gratuluje. No cóz, czy jestes zadowolony z wygranej? - Raz jeszcze zasmiala sie bezglosnie, a jej male ostre zeby zalsnily w pólmroku. - Czy uwazacie, ze otrzymaliscie równowartosc swoich produktów? - Wasz p-k jest do niczego. Nie mialem z nim zadnych trudnosci, choc jestem w gruncie rzeczy niedoswiadczony. Powinniscie zatrudnic kogos lepszego. - A moze ciebie? Czy chcesz sie do nas przylaczyc? Czy mam to rozumiec jako twoja oferte, chlopaczku? - Nie - odpowiedzial, czujac lek i odraze. - W scianie warsztatu waszego pana Rae siedzial szczur - powiedziala dziewczyna. - Mial wlaczony przekaznik, wiec natychmiast dowiedzielismy sie o waszym telefonie do ONZ. I mielismy mnóstwo czasu, by odzyskac - zawahala sie przez chwile - nasz towar. Gdyby nam na tym zalezalo. Nikt nie chcial zrobic wam krzywdy; to nie nasza wina, ze ten nadgorliwiec Rae wetknal swój srubokret w obwód kontrolny jednego z mikrorobotów, prawda? - Przedwczesnie uruchomil cykl. Ten robot i tak w koncu by sie uaktywnil. - Musial w to wierzyc, wiedzial, ze osada ma za soba prawo. - I nic wam nie przyjdzie z tego, ze pozbieracie te wasze mikroroboty, bo ONZ wie o nich i... - Pozbieracie? - Dziewczyna zatrzesla sie ze smiechu. - Nie zbieramy wcale tych szesnastu mikrorobotów, które wy biedacy wygraliscie. Realizujemy nasz plan, bo zmusiliscie nas do tego. Wyladowujemy ze statku cala reszte. - Zwrócila w kierunku pojazdu swiatlo latarki i Fred ujrzal przez ulamek sekundy tlum wylewajacych sie ze statku mikrorobotów, które rozpelzaly sie po okolicy szukajac schronienia, jak chmara uczulonych na swiatlo insektów. Zamknal oczy i jeknal glucho. - Czy nadal jestes pewien - spytala kuszacym glosem dziewczyna - ze nie chcesz jechac z nami? To zapewni ci przyszlosc, synu. W przeciwnym razie - rozlozyla rece. - Kto wie? Kto moze zgadnac, co stanie sie z wasza mala osada i z waszymi biednymi, malymi ludzmi? - Nie - powiedzial. - Mimo wszystko nie jade. Kiedy otworzyl oczy, dziewczyny nie bylo juz przy nim. Stala obok bezglowca imieniem Simon, przygladajac sie trzymanej przez niego tabliczce z zaciskiem na papiery. - Zastapilem tu generala Mozarta - mówil wysoki, szczuply general tajnej policji ONZ w czarnym mundurze - który niestety nie ma kwalifikacji niezbednych do zwalczania wewnetrznych ruchów wywrotowych; zajmuje sie wylacznie sprawami zwiazanymi z wojskiem. - Nie wyciagnal reki, by powitac Hoaglanda Rae. Zamiast tego zaczal nerwowo chodzic po warsztacie, marszczac z namyslem brwi. - Zaluje, ze nie zostalem tu wezwany ubieglego wieczora. Móglbym wam na przyklad od razu wyjasnic pewna sprawe... której general Mozart nie byl w stanie pojac. - Zatrzymal sie i spojrzal na Hoaglanda badawczo. - Rozumie pan chyba, ze nie przechytrzyliscie wcale tych ludzi z lunaparku. Oni chcieli przegrac te szesnascie mikrorobotów. Hoagland Rae w milczeniu kiwnal glowa; nie bylo nic do powiedzenia. Teraz wydawalo sie to oczywiste, jak slusznie powiedzial general sil specjalnych. - Pojawiajac sie tutaj poprzednio - ciagnal general Wolff - to znaczy w ubieglych latach, ci ludzie od lunaparku chcieli was ograc, ograc kolejno wszystkie osady. Wiedzieli, ze tym razem zaplanujecie wszystko tak, zeby koniecznie wygrac. A wiec tym razem przywiezli swoje mikroroboty. I swojego slabego Psi, który mial stoczyc pozorna "batalie" o supremacje. - Chce wiedziec tylko jedno - powiedzial Hoagland. - Czy otrzymamy ochrone. - Wzgórza i równiny otaczajace osade, jak doniósl Fred, roily sie od mikrorobotów; niebezpiecznie bylo wychodzic z budynków nawet w centrum miasteczka. - Zrobimy, co bedzie w naszej mocy. - General Wolff znów zaczal chodzic po magazynie. - Ale, rzecz jasna, nie mozemy skoncentrowac naszej uwagi na was ani na zadnej innej osadzie czy wiosce nawiedzonej przez te plage. Musimy myslec o sytuacji globalnej. Ten statek odwiedzil w ciagu ostatnich dwudziestu czterech godzin czterdziesci osiedli. Jakim cudem mogli przemieszczac sie tak szybko... Przerwal na chwile. - Przygotowali dokladnie kazdy krok. A wy mysleliscie, ze wystrychneliscie ich na dudka. - Spojrzal groznie na Hoaglanda Rae. - Tak samo myslala kazda z odwiedzonych przez nich osad, wygrywajac swoja porcje mikrorobotów. - Sadze - powiedzial po chwili Hoagland, unikajac wzroku generala - ze spotkala nas kara za oszustwo. - Spotkala was kara za to, ze usilowaliscie przechytrzyc przeciwników z innego systemu - stwierdzil oschlym tonem general Wolff. - Lepiej bedzie, jesli spojrzycie na to w ten sposób. A nastepnym razem, kiedy pojawi sie jakis pojazd nie pochodzacy z Terra - nie próbujcie wymyslac mistrzowskiej strategii, zeby ich pokonac - wezwijcie nas. - Okay, rozumiem. - Hoagland Rae potakujaco kiwnal glowa. Nie odczuwal zlosci, tylko tepy ból; zasluzyl - wszyscy zasluzyli - na te slowa nagany. Jesli beda mieli szczescie, na tym reprymenda sie skonczy. Nie byl to zreszta w tej chwili najpowazniejszy problem osady. - Ale czego oni chca? - spytal generala Wolffa. - Czy pragna skolonizowac te obszary? A moze to ekonomiczny... - Niech pan nie próbuje - przerwal mu Wolff. - J-jak to? - Nie zrozumie pan tego ani teraz, ani kiedykolwiek. My wiemy, o co im chodzi - i oni wiedza, o co im chodzi. Czy to ma jakies znaczenie, czy wy bedziecie to wiedziec? Wy macie starac sie na nowo podjac uprawe roli. A jesli nie bedziecie w stanie tego zrobic, musicie zwinac wszystko i wrócic na Ziemie. - Rozumiem - powiedzial Hoagland, czujac wlasna niemoc. - Wasze dzieci beda o tym mogly przeczytac w podrecznikach historii - ciagnal Wolff. - To wam powinno wystarczyc. - W porzadku - powiedzial Hoagland Rae przygnebionym tonem. Usiadl bez przekonania przy swym warsztacie, wzial do reki srubokret i zaczal majstrowac przy uszkodzonej wiezyczce sterowniczej samoczynnego traktora. - Niech pan spojrzy - zawolal general Wolff, wskazujac cos palcem. W kacie warsztatu stal skulony, niemal niewidoczny na tle pokrytej kurzem sciany mikrorobot i przygladal im sie z uwaga. - Jezu! - zawyl Hoagland, szukajac po omacku na blacie warsztatu starego rewolweru kaliber 32, który poprzednio wyjal z ukrycia i zaladowal. Mikrorobot zniknal, zanim jeszcze namacal palcami kolbe rewolweru. General Wolff nawet sie nie poruszyl; w istocie wydawal sie nawet rozbawiony. Stal z zalozonymi rekami, patrzac, jak Hoagland obraca w dloniach antyczna bron. - Pracujemy nad centralnym systemem - powiedzial - który unieruchomi je wszystkie równoczesnie, przerywajac doplyw energii z ich podrecznych zasilaczy. Niszczenie ich kolejno byloby oczywiscie absurdem; w ogóle nie rozwazalismy takiej mozliwosci. Jednakze... - Przerwal i pograzyl sie w myslach, marszczac czolo. - Istnieje powód do przypuszczen, ze oni, ci przybysze z innej przestrzeni, uprzedzili nasza akcje i zróznicowali systemy zasilania w taki sposób, ze... - Z filozoficznym spokojem wzruszyl ramionami. - No cóz, moze wymyslimy cos innego. W swoim czasie. - Mam nadzieje - oswiadczyl Hoagland. I próbowal zabrac sie na nowo do naprawiania uszkodzonej wiezyczki traktora. - W gruncie rzeczy porzucilismy nadzieje, ze uda nam sie utrzymac na Marsie - powiedzial general, jakby do siebie. Hoagland powoli odlozyl srubokret i spojrzal na dowódce tajnej policji. - Zamierzamy skoncentrowac nasze wysilki na planecie Terra - ciagnal general, z rozmyslem drapiac sie po nosie. - A zatem - powiedzial Hoagland po chwili milczenia - chce pan powiedziec, ze w gruncie rzeczy nie ma tu dla nas perspektyw? General nie odpowiedzial. Nie bylo to konieczne. Pochyliwszy sie nad zielonkawa, spieniona powierzchnia kanalu, nad którym brzeczaly gzy i male czarne chrzaszcze, Bob Turk dostrzegl katem oka jakis uciekajacy panicznie drobny obiekt. Odwrócil sie pospiesznie, siegnal po swa laserowa laske, uniósl ja, wystrzelil, i zniszczyl - cóz za szczesliwy dzien! - jedynie stos zardzewialych, porzuconych beczek po paliwie. Mikrorobot zdazyl czmychnac. Drzaca dlonia wetknal laske z powrotem za pasek i znów pochylil sie nad pelna robactwa woda. Mikroroboty jak zwykle dzialaly tu minionej nocy; widziala je jego zona, slyszala ich szczurze chrobotanie. - Co, do diabla, tu robily? - z niechecia pomyslal Turk, gleboko wciagnal nosem powietrze. Wydawalo mu sie, ze zwykly odór stojacej wody nieznacznie sie zmienil. - Cholera - powiedzial glosno i wstal, czujac sie bezradny. Mikroroboty wpuscily do wody jakis srodek zanieczyszczajacy - to nie ulegalo watpliwosci. Teraz trzeba ja bedzie poddac dokladnej analizie chemicznej, która zajmie kilka dni. W jaki sposób ma utrzymywac przez ten czas przy zyciu swoje ziemniaki? Dobre pytanie. W bezsilnej wscieklosci chwycil za swa laserowa laske, marzac o ujrzeniu jakiegos celu i wiedzac, ze nigdy, nawet za milion lat, nie uda mu sie go dostrzec. Mikroroboty jak zwykle dokonaly swego dziela pod oslona nocy; stopniowo wypieraly mieszkanców osady z zajmowanych dotad terenów. Juz dziesiec rodzin spakowalo manatki i przenioslo sie na planete Terra. By podjac - o ile sie to uda - dawne zycie, które niegdys porzucily. Wkrótce nadejdzie kolej na niego. Gdyby przynajmniej mogli cos przedsiewziac. W jakis sposób przystapic do kontrataku. - Zrobilbym wszystko - myslal - oddalbym caly swój majatek, zeby miec szanse dobrania sie do tych mikrorobotów. Przysiegam. Gotów bylbym zadluzyc sie, oddac w niewole, pójsc na sluzbe, w zamian za szanse uwolnienia od nich naszego terytorium. Trzymajac rece gleboko w kieszeniach kurtki i powlóczac posepnie nogami zaczal oddalac sie od kanalu, gdy nagle uslyszal nad glowa ogluszajacy ryk miedzysystemowego pojazdu. Stal jak slup soli patrzac w góre i czujac, ze jego serce przestaje bic. - Czyzby wracali? - spytal sam siebie. - Czy to statek Przedsiebiorstwa Rozrywkowego "Spadajaca Gwiazda"... Czy zamierzaja znowu na nas napasc, wykonczyc nas do reszty? - Osloniwszy oczy wpatrywal sie goraczkowo w pojazd, nie mogac nawet zmusic sie do ucieczki, jak czlowiek, którego cialo nie reaguje juz na instynktowny zwierzecy lek. Statek, przypominajacy gigantyczna pomarancze, schodzil do ladowania. Ksztalt pomaranczy, pomaranczowy kolor... teraz widzial wyraznie, ze nie jest to blekitny, podluzny statek "Spadajacej Gwiazdy". Ale nie byl to tez statek z planety Terra; nie nalezal do ONZ. Fred nie widzial jeszcze nigdy dotad takiego pojazdu i byl przekonany, ze jest to kolejny statek spoza Systemu Slonecznego; bardziej przekonany niz wtedy, kiedy ujrzal po raz pierwszy blekitny wehikul tych istot ze "Spadajacej Gwiazdy". Nie zadano sobie nawet trudu, by upodobnic go choc troche do pojazdów uzywanych na Terra. A jednak na jego burtach widnialy namalowane wielkimi literami slowa w jezyku angielskim. Poruszajac wasami odczytal te wyrazy, podczas gdy statek ladowal na pólnocny wschód od miejsca, w którym stal. OPERUJACA W SZESCIU SYSTEMACH SPÓLKA "BAWIC UCZAC" FEERIA RADOSCI I ZABAWY DLA WSZYSTKICH! A wiec byl to - dobry Boze! - kolejny wedrowny lunapark. Chcial koniecznie oderwac wzrok od pojazdu, odwrócic sie i jak najszybciej odejsc. Ale nie mógl sie do tego zmusic - znana mu dobrze wewnetrzna potrzeba, pokusa czy ciekawosc byla zbyt silna. Nadal wiec wpatrywal sie w wehikul, z którego wysuwano teraz na ziemie przez otwarte juz wlazy samoczynne mechanizmy, przypominajace ksztaltem splaszczone paczki. Najwyrazniej rozbijali obóz. - I co teraz? - spytal podchodzac do Turka jego sasiad, Vince Guest. - Sam widzisz - odparl, Turk.. - Masz przeciez oczy. Samoczynne mechanizmy wznosily juz centralny namiot; kolorowe serpentyny wzbily sie pionowo w powietrze, a potem opadly na nadal dwuwymiarowe stragany. Pojawili sie tez pierwsi ludzie - czy moze humanoidy. Vince i Bob dostrzegli mezczyzn w jaskrawych kostiumach, a potem kobiety w trykotach. A raczej w czyms, co bylo znacznie bardziej skape niz trykoty. - O rany! - wykrztusil Vince, przelykajac sline. - Widzisz te damy? Czy widziales kiedys kobiete z takimi... - Widze je - odparl Turk. - Ale ani ja, ani Hoagland nie zblizymy sie nigdy wiecej do zadnego z tych nieterrenskich lunaparków spoza naszego systemu. Jestem tego równie pewien, jak tego, ze nazywam sie Bob Turk. Jakze szybko zabierali sie do pracy. Nie tracili ani chwili; Turk slyszal juz z oddali pobrzekujaca muzyke towarzyszaca zwykle karuzelom. I czul zapachy. Wata cukrowa, pieczone orzeszki ziemne... i subtelna won przygody i podniecajacych widowisk, won owocu zakazanego. Jakas kobieta o dlugich splecionych wlosach zrecznie wskoczyla na estrade i zaczela cwiczyc swój taniec; miala na sobie tylko skapy stanik i strzepek jedwabiu na biodrach. Turk nie mógl oderwac od niej wzroku. Wirowala coraz szybciej i szybciej, az w koncu podniecona rytmem, zrzucila calkowicie swój skapy strój. Ale najdziwniejsze w tym wszystkim bylo to, ze mial poczucie obcowania z prawdziwa sztuka - nie byl to zwykly lunapark zalatujacy na mile tandeta. W ruchach dziewczyny bylo cos pieknego i ozywczego; czul sie wprost urzeczony. - Chyba... pójde lepiej po Hoaglanda - wykrztusil wreszcie Vince. Liczni osadnicy, wsród których bylo tez sporo dzieci, posuwali sie juz jak zahipnotyzowani w kierunku ustawionych rzedami straganów i kolorowych serpentyn, które lsnily i powiewaly na tle bezbarwnego marsjanskiego nieba. - Podejde blizej i dokladnie im sie przyjrze - powiedzial Turk - a ty postaraj sie go tymczasem znalezc. - Ruszyl w kierunku lunaparku stopniowo przyspieszajac bieg i wzbijajac tumany piasku. - Zobaczymy przynajmniej, co maja do zaoferowania - mówil Tony Costner do Hoaglanda. - Wiesz, to nie sa ci sami ludzie; to nie oni zwalili nam na glowe te okropne, cholerne mikroroboty - mozesz sam sie przekonac. - Moze to byc cos gorszego - powiedzial Hoagland, ale odwrócil sie do Freda i spytal: - A co, ty o tym myslisz? - Chce to zobaczyc - odparl chlopiec. Byl juz zdecydowany. - Okay - mruknal Hoagland kiwajac glowa. - Zgadzam sie z toba. Nie zaszkodzi popatrzec. Musimy tylko pamietac o tym, co powiedzial ten general tajnej policji ONZ. Nie oszukujmy sie sadzac, ze bedziemy w stanie ich przechytrzyc. - Odlozyl klucz francuski, wstal od warsztatu i podszedl do szafy, by wyjac swój podbity futrem plaszcz. Kiedy dotarli do wesolego miasteczka, stwierdzili, ze gry losowe zostaly - korzystnie - umiejscowione na samym przodzie przed wystepujacymi dziewczetami i fenomenami natury. Fred Costner szybko ruszyl naprzód, zostawiajac doroslych za soba; wciagal nosem powietrze, chlonal zapachy, sluchal muzyki. Za straganami, w których miescily sie gry losowe, dostrzegl estrade z fenomenami natury; ich ogladanie bylo jego ulubionym zajeciem podczas wizyt w przyjezdzajacych poprzednio wedrownych lunaparkach, ale prezentowany tu okaz górowal nad wszystkim, co dotad widzial. Byl to samoglowiec. Odpoczywal spokojnie w poludniowym marsjanskim sloncu; pozbawiona ciala glowa, z wlosami, uszami, inteligentnymi oczami... - Bóg jeden wiedzial, w jaki sposób utrzymywala sie przy zyciu... w kazdym razie Fred wyczul intuicyjnie, ze jest to prawdziwy fenomen. - Przyjdzcie obejrzec Orfeusza, glowe bez widocznego ciala! - wolal przez megafon konferansjer, a grupa osadników, zlozona glównie z dzieci, ogladala to widowisko w zaleknionym milczeniu. - Jak utrzymuje sie przy zyciu? Jak sie przemieszcza? Pokaz im, Orfeusz! - Konferansjer rzucil w kierunku glowy garsc jakichs jadalnych kapsulek - Fred Costner nie widzial ich dokladnie ona zas otworzyla szeroko przerazajaco wielkie usta i wchlonela wiekszosc kasków, które znalazly sie w jej zasiegu. Konferansjer zasmial sie i kontynuowal swój monolog. Samoglowiec kolysal sie teraz, pracowicie zbierajac kaski, które przelecialy obok niego. - Jezu! - pomyslal Fred. - No i co? - spytal Hoagland Rae, który wyrósl nagle obok niego. - Czy widzisz tu jakies gry, na których moglibysmy cos zyskac? Czy masz ochote rzucic w cos pilka do baseballu? - Jego glos przesiakniety byl gorycza. Nie czekajac na odpowiedz odszedl zmeczonym krokiem malego, grubego czlowieczka, który poniósl zbyt wiele klesk, zbyt wiele razy zostal pokonany. - Chodzmy - powiedzial, podchodzac do grupy doroslych mieszkanców osady. - Zbierajmy sie stad, zanim wdamy sie w nastepna... - Poczekajcie - zawolal Fred. Czul juz ten zapach, znany, przyjemny zapach. Dochodzil on ze straganu stojacego na prawo od niego, wiec od razu ruszyl w tamta strone. Tega, szpakowata kobieta w srednim wieku stala przy straganie, w którym rzucalo sie do celu, trzymajac w rekach garsc lekkich, wiklinowych kólek. - Chodzi o to, zeby zarzucic kólko na przedmiot, który jest do wygrania - tlumaczyl Hoaglandowi Rae stojacy za placami Freda jego ojciec. - Jesli zarzucone przez ciebie kólko utrzyma sie - dany przedmiot jest twój. - Ruszyl w slad za Fredem w strone kramu, mruczac pod nosem: - To chyba wymarzona gra dla kogos, kto ma zdolnosci psychokinetyczne. Tak mi sie przynajmniej wydaje. - Proponuje - powiedzial do Freda Hoagland Rae - zebys tym razem uwazniej przyjrzal sie nagrodom. Tym przedmiotom, które mozna wygrac. - Mimo wszystko on równiez podszedl blizej. W pierwszej chwili Fred nie mógl sie zorientowac, do czego sluza blizniaczo do siebie podobne, estetyczne, skomplikowane, polyskujace metalem urzadzenia. Podszedl do straganu i kobieta w srednim wieku zaczela melodyjnym glosem recytowac swój monolog, proponujac mu garsc kólek. Za dolara lub jego równowartosc w produktach, które miala na zbyciu osada. - Co to jest? - spytal Hoagland, mruzac oczy. - To chyba... jakies mechanizmy. - Wiem, co to jest - odparl Fred. - I musimy o nie zagrac - pomyslal. - Musimy zebrac w osadzie wszystkie towary, które ci ludzie zechca przyjac w zamian, wszystkie glówki kapusty, kurczeta, owce i welniane koce. Poniewaz musimy wykorzystac te szanse. I to bez wzgledu na to, czy general Wolff o tym wie i czy mu sie to spodoba. - Mój Boze - cicho powiedzial Hoagland - to pulapki. - Zgadza sie, prosze pana - spiewnym glosem zawolala kobieta. - Homeostatyczne pulapki; same wykonuja cala prace i samodzielnie mysla. Trzeba je tylko wypuscic, a one wedruja i wedruja, i nie spoczna, dopóki nie zlapia... - Mrugnela znaczaco. - Wie pan czego. Tak, wie pan, co one lapia, mój panie: te male paskudne stworzonka, których nigdy nie bedziecie w stanie wylapac sami, które zatruwaja wam wode, zabijaja wasze bydlo i doprowadzaja do ruiny wasza osade. Wygrajcie jedna taka pulapke, cenna, przydatna pulapke, a sami sie przekonacie, sami sie przekonacie! - Rzucila wiklinowe kólka, które niemal osiadlo na jednej ze skomplikowanych, lsniacych metalicznie pulapek; w istocie zatrzymaloby sie na niej, gdyby rzucila je choc troche bardziej starannie. Tak przynajmniej sie wydawalo, i wszyscy tak to odczuli. - Bedziemy potrzebowali co najmniej dwustu takich urzadzen - powiedzial Hoagland do Tony'ego Costnera i Boba Turka. - I w tym celu - odparl Tony - musimy wymienic na bilety wszystko, co mamy. Ale to sie oplaci - przynajmniej nie zostaniemy doszczetnie zniszczeni. Zaczynajmy - z blyskiem w oczach zwrócil sie do Freda: - Czy potrafisz grac w te gre? Czy mozesz wygrac? - Chyba... chyba tak - odparl Fred, choc niedaleko od nich stal w pogotowiu którys z pracowników lunaparku, dysponujacy przeciwstawnymi silami psychokinetycznymi. - Ale ja mam nad nim pewna przewage - doszedl do wniosku. - Niewielka przewage. Mozna by niemal pomyslec, ze celowo zaaranzowali wszystko wlasnie w taki sposób.