Witold Gombrowicz Ferdydurke Rozdział I Porwanie We wtorek zbudziłem się o tej porze bezdusznej i nikłej, kiedy właściwie noc się już skończyła, a świt nie zdążył jeszcze zacząć się na dobre. Zbudzony nagle, chciałem pędzić taksówką na dworzec, zdawało mi się bowiem, że wyjeżdżam - dopiero w następnej minucie z biedą rozeznałem, że pociąg dla mnie na dworcu nie stoi, nie wybiła żadna godzina. Leżałem w mętnym świetle, a ciało moje bało się nieznośnie, uciskając strachem mego ducha, duch uciskał ciało i każda najdrobniejsza fibra kurczyła się w oczekiwaniu, że nic się nie stanie, nic się nie odmieni, nic nigdy nie nastąpi i cokolwiek by się przedsięwzięło, nie pocznie się nic i nic. Był to lęk nieistnienia, strach niebytu, niepokój nieżycia, obawa nierzeczywistości, krzyk biologiczny wszystkich komórek moich wobec wewnętrznego rozdarcia, rozproszenia i rozproszkowania. Lęk nieprzyzwoitej drobnostkowości i małostkowości, popłoch dekoncentracji, panika na tle ułamka, strach przed gwałtem, który miałem w sobie, i przed tym, który zagrażał od zewnątrz - a co najważniejsza, ciągle mi towarzyszyło, ani na krok nie odstępując, coś, cobym mógł nazwać samopoczuciem wewnętrznego, międzycząsteczkowego przedrzeźniania i szyderstwa, wsobnego prześmiechu rozwydrzonych części mego ciała i analogicznych części mego ducha. Sen, który mię trapił w nocy i obudził, był wykładnikiem lęku. Nawrotem czasu, który powinien być zabroniony naturze, ujrzałem siebie takim, jakim byłem, gdym miał lat piętnaście i szesnaście - przeniosłem się w młodość - i stojąc na wietrze, na kamieniu, tuż koło młyna nad rzeką, mówiłem coś, słyszałem dawno pogrzebany swój głosik koguci, piskliwy, widziałem nos niewyrośnięty na twarzy niedokształtowanej i ręce za wielkie - czułem niemiłą konsystencję tej fazy rozwoju pośredniej, przejściowej. Zbudziłem się w śmiechu i w strachu, bo mi się zdawało, że taki, jak jestem dzisiaj, po trzydziestce, przedrzeźniam i wyśmiewam sobą niewypierzonego chłystka, jakim byłem, a on znowu przedrzeźnia mnie - i równym prawem - że obaj jesteśmy sobą przedrzeźniani. Nieszczęsna pamięci, która każesz wiedzieć, jakimi drogami doszliśmy do obecnego stanu posiadania! A dalej, wydało mi się w półśnie, ale już po obudzeniu, że ciało moje nie jest jednolite, że niektóre części są jeszcze chłopięce i że moja głowa wykpiwa i wyszydza łydkę, łydka zasię głowę, że palec nabija się z serca, serce z mózgu, nos z oka, oko z nosa rechocze i ryczy - i wszystkie te części gwałciły się dziko w atmosferze wszechobejmującego i przejmującego panszyderstwa. A kiedym na dobre odzyskał świadomość i jąłem przemyśliwać nad swym życiem, lęk nie zmniejszył się ani na jotę, ale stał się jeszcze potężniejszy, choć chwilami przerywał go (czy wzmagał) śmieszek, od którego usta niezdolne były się powstrzymać. W połowie drogi mojego żywota pośród ciemnego znalazłem się lasu. Las ten, co gorsza, był zielony. Gdyż na jawie byłem równie nieustalony, rozdarty - jak we śnie. Przeszedłem niedawno Rubikon nieuniknionego trzydziestaka, minąłem kamień milowy, z metryki, z pozorów wyglądałem na człowieka dojrzałego, a jednak nie byłem nim - bo czymże byłem? Trzydziestoletnim graczem w bridża? Pracownikiem przypadkowym i przygodnym, który załatwiał drobne czynności życiowe i miewał terminy? Jakaż była moja sytuacja? Chodziłem po kawiarniach i po barach, spotykałem się z ludźmi zamieniając słowa, czasem nawet myśli, ale sytuacja była nie wyjaśniona i sam nie wiedziałem, czym człowiek, czym chłystek; i tak na przełomie lat nie byłem ani tym, ani owym - byłem niczym - a rówieśnicy, którzy już się pożenili oraz pozajmowali określone stanowiska, nie tyle wobec życia, ile po rozmaitych urzędach państwowych, odnosili się do mnie z uzasadnioną nieufnością. Ciotki moje, te liczne ćwierćmatki doczepione, przyłatane, ale szczerze kochające, już od dawna usiłowały na mnie wpływać, abym się ustabilizował jako ktoś, a więc jako adwokat albo jako biuralista - nieokreśloność moja była im niezwykle przykra, nie wiedziały, jak rozmawiać ze mną nie wiedząc, kim jestem, co najwyżej mamlały tylko. - Józiu - mówiły pomiędzy jednym mamlęciem a drugim - czas najwyższy, dziecko drogie. Co ludzie powiedzą? Jeżeli nie chcesz być lekarzem, bądźże przynajmniej kobieciarzem lub koniarzem, ale niech będzie wiadomo... niech będzie wiadomo... I słyszałem, jak jedna szeptała do drugiej, że jestem niewyrobiony towarzysko i życiowo, po czym znowu zaczynały mamlać umęczone próżnią, jaką tworzyłem im w głowie. W istocie, stan ten nie mógł trwać wiecznie. Wskazówki zegara natury były nieubłagane i stanowcze. Gdy ostatnie zęby, zęby mądrości, mi wyrosły, należało sądzić - rozwój został dokonany, nadszedł czas nieuniknionego mordu, mężczyzna winien zabić nieutulone z żalu człopię, jak motyl wyfrunąć, pozostawiając trupa poczwarki, która się skończyła. Z tumanu, z chaosu, z mętnych rozlewisk, wirów, szumów, nurtów, ze trzcin i szuwarów, z rechotu żabiego miałem się przenieść pomiędzy formy klarowne, skrystalizowane - przyczesać się, uporządkować, wejść w życie społeczne dorosłych i rajcować z nimi! Jakże! Próbowałem już, usiłowałem - i śmieszek mną wstrząsał na myśl o rezultatach próby. Aby się przyczesać i w miarę możności wyjaśnić, przystąpiłem do napisania książki - dziwne, lecz mi się zdawało, że moje wejście w świat nie może obyć się bez wyjaśnienia, choć nie widziano jeszcze wyjaśnienia, które by nie było zaciemnieniem. Pragnąłem naprzód książką wkupić się w ich łaski, aby potem w osobistym zetknięciu zastać już grunt przygotowany i - kalkulowałem - jeżeli zdołam zasiać w duszach dodatnie wyobrażenie o sobie, to wyobrażenie i mnie z kolei ukształtuje; w ten sposób choćbym nie chciał, stanę się dojrzały. Dlaczego jednak pióro mnie zdradziło? Czemu święty wstyd mi nie dozwolił napisać notorycznie zdawkowej powieści i zamiast snuć górne wątki z serca, z duszy, wysnułem je z dolnych odnóży, pomieściłem w tekście jakieś żaby, nogi, same treści niedojrzałe i sfermentowane, jedynie stylem, głosem, tonem chłodnym i opanowanym izolując je na papierze, wykazując, że oto pragnę wziąć rozbrat z fermentem? Dlaczego, jak gdyby na przekór własnym zamierzeniom, książce dałem tytuł "Pamiętnik z okresu dojrzewania"? Próżno przyjaciele doradzali mi, abym nie dawał takiego tytułu i strzegł się w ogóle najdrobniejszej aluzji do niedojrzałości. - Nie rób tego - mówili - niedojrzałość drastyczne pojęcie, jeśli sam siebie uznasz niedojrzałym, któż cię dojrzałym uzna? Czyliż nie rozumiesz, że pierwszym warunkiem dojrzałości, bez którego ani, ani, jest - samemu uznać się dojrzałym? Lecz mnie się zdawało, że wprost nie wypada zbyt łatwo i tanio zbywać smarkacza w sobie, że Dorośli zbyt są bystrzy i wnikliwi, aby dali się oszukać, i że temu, kogo smarkacz ściga nieustannie, nie wolno ukazać się publicznie bez smarkacza. Za poważny może miałem stosunek do powagi, zanadto przeceniłem dorosłość dorosłych. Wspomnienia, wspomnienia! Z głową wtuloną w poduszkę, z nogami pod kołdrą, miotany już to śmieszkiem, już to lękiem, czyniłem bilans wejścia pomiędzy dorosłych. Za dużo się milczy o osobistych, wewnętrznych skazach i spaczeniach tego wejścia, na zawsze brzemiennego w konsekwencje. Literaci, ci ludzie posiadający boski dar talentu na temat rzeczy najdalszych i najbardziej obojętnych, jak na przykład dramat duszy cesarza Karola II z powodu małżeństwa Brunhildy, wzdragają się poruszać sprawę najważniejszą swej przemiany w człowieka publicznego, społecznego. Pragnęliby, widać, aby każdy myślał, że są pisarzami z łaski boskiej, a nie - ludzkiej, że z nieba spadli na ziemię wraz z talentem swoim; żenują się wyświetlić, jakimi to osobistymi koncesjami, jaką klęską personalną okupili prawo wypisywania o Brunhildzie lub chociażby o życiu pszczelarzy. Nie, o własnym życiu ani słowa - tylko o życiu pszczelarzy. Zapewne, wypisawszy dwadzieścia książek o życiu pszczelarzy, można zrobić się posągiem - ale jakiż związek, gdzie łączność pszczelarskiego króla z jego prywatnym mężczyzną, gdzie łączność mężczyzny z młodzieńcem, młodzieńca z chłopcem, chłopca z dzieckiem, którym przecie onegdaj się było, jaką pociechę ma smarkacz wasz z waszego króla? Życie, które nie przestrzega tych połączeń i nie realizuje własnego rozwoju w całej rozciągłości, jest jak dom budowany od góry i nieuchronnie musi skończyć na schizofrenicznym rozdwojeniu jaźni. Wspomnienia! Przekleństwem ludzkości jest, iż egzystencja nasza na tym świecie nie znosi żadnej określonej i stałej hierarchii, lecz że wszystko ciągle płynie, przelewa się, rusza i każdy musi być odczuty i oceniony przez każdego, a pojęcie o nas ciemnych, ograniczonych i tępych jest nie mniej doniosłe niż pojęcie bystrych, światłych i subtelnych. Gdyż człowiek jest najgłębiej uzależniony od swego odbicia w duszy drugiego człowieka, chociażby ta dusza była kretyniczna. I stanowczo przeczę zdaniu tych moich kolegów po piórze, którzy w odniesieniu do opinii tępych przyjmują postawę arystokratyczną i wyniosłą głosząc, że "odi profanum vulgus". Cóż to za tani, uproszczony sposób uchylania się rzeczywistości, jakże nędzna ucieczka w kłamaną wyniosłość! Wręcz przeciwnie, twierdzę, że im bardziej opinia jest tępa i ciasna, tym bardziej jest dla nas ważka i paląca, zupełnie tak samo, jak ciasny trzewik dotkliwiej daje się we znaki niż trzewik dobrze dopasowany do nogi. O, te sądy ludzkie, ta otchłań sądów i opinii o twoim rozumie, sercu, charakterze, o wszystkich szczegółach twej organizacji - otwierająca się przed śmiałkiem, który swoje myśli ubrał drukiem i puścił między ludzi na papierze, o, papier, papier, druk, druk! I nie mówię tutaj o najserdeczniejszych, najmilszych sądach familijnych ciotek naszych, nie, raczej chciałbym dotknąć sądów innych ciotek - ciotek kulturalnych, tych licznych ćwierć_autorek i doczepionych pół_krytyczek, wypowiadających sądy swe po czasopismach. Gdyż kulturę świata obsiadło stado babin przyczepionych, przyłatanych do literatury, niezmiernie wprowadzonych w wartości duchowe i zorientowanych estetycznie, najczęściej z jakimiś swoimi poglądami i przemyśleniami, uświadomionych, że Oskar Wilde się przeżył i że Bernard Shaw jest mistrzem paradoksu. Ach, wiedzą już, że trzeba być niezależną, stanowczą i głębszą, przeto zazwyczaj są niezależne, głębsze i stanowcze bez przesady oraz pełne ciotczynej dobroci. Ciocia, ciocia, ciocia! O, kto nigdy nie znalazł się na warsztacie kulturalnej ciotki i nie był spreparowany niemo i bez jęku przez tę ich mentalność trywializującą i odbierającą życiu wszelkie życie, kto nie przeczytał o sobie w gazecie ciotczynego sądu, ten nie zna drobnostki, ten nie wie, co to jest drobnostka w ciotce. A dalej, weźmy sądy ziemian i ziemianek, sądy pensjonarek, małostkowe sądy drobnych urzędników oraz biurokratyczne sądy wyższych urzędników, sądy adwokatów na prowincji, przesadne sądy uczniów, zarozumiałe sądy staruszków tudzież sądy publicystów, sądy działaczów społecznych oraz sądy żon doktorów, wreszcie sądy dzieci przysłuchujących się sądom rodzicielskim, sądy pokojówek, młodszych i kucharek, sądy kuzynek, sądy pensjonarek - całe morze sądów, z których każdy określa cię w drugim człowieku i stwarza cię w jego duszy. Jak gdybyś się rodził w tysiącu przyciasnych dusz! Lecz moje położenie było tu o tyle bardziej trudne i drażliwe, o ile książka moja była trudniejsza, drażliwsza od konwencjonalnie dojrzałej lektury. Zyskała mi wprawdzie grono nie byle jakich przyjaciół i gdyby ciotki kulturalne oraz inni przedstawiciele pospólstwa mogli słyszeć, jak w zamkniętym i nawet ich marzeniom niedostępnym kółku karmiony bywam przez Uznanych i Świetnych świetnością, uznaniem i wiodę intelektualne rozmowy na szczytach, chyba padliby plackiem przede mną i lizaliby moje stopy. Ale z drugiej strony musiało być w nich coś niedojrzałego, coś, co upoważniało do poufałości i przyciągało istoty pośrednie ni z pierza, ni z mięsa, tę warstwę najstraszniejszą półinteligentów - okres dojrzewania zwabił półświatek kultury. Możliwe, iż będąc zbyt subtelna dla ciemnych umysłów, była jednocześnie za mało wyniosła i nadęta wobec gminu, który jest wrażliwy tylko na zewnętrzne oznaki powagi. I nieraz, wychodząc z miejsc świątynnych i wspaniałych, gdziem był fetowany mile poważaniem, spotykałem na ulicy jakąś inżynierową albo pensjonarkę, które poufale traktowały mię jak swego, jak niedojrzałego pobratymca i swojaka, klepały po ramieniu i wołały: - Serwus, Józiek, ty głupi, ty - ty niedojrzały! - I tak jednym byłem mądry, drugim głupi, jednym znaczny, drugim ledwie dostrzegalny, jednym pospolity, drugim arystokratyczny. Rozpięty pomiędzy wyższością i niższością, spoufalony zarówno z tym i z tamtym, poważany i lekceważony, pyszny i wzgardzony, zdolny i niezdolny, jak popadnie, jak się ułoży sytuacja! Życie moje stało się odtąd rozdarte bardziej, niż było za dni spędzanych w zaciszu domowym. I nie wiedziałem, czyj jestem - czy tych, co mnie cenią, czy tych, co nie cenią mnie. Ale, co najgorsza - że nienawidząc gminu półinteligentów, jak jeszcze chyba nigdy nikt nie nienawidził, nienawidząc wrogo, zdradzałem sam siebie z gminem; opierałem się elicie i arystokracji i uciekałem od jej przyjaźnie otworzonych ramion w chamskie łapy tych, którzy mnie mieli za chłystka. W istocie jest rzeczą pierwszorzędnej wagi i rozstrzygającą o dalszym rozwoju, względem czego człowiek się ustawia i organizuje - czy na przykład działając, mówiąc, bredząc, pisząc ma na myśli, bierze pod uwagę jedynie ludzi dorosłych, skończonych, świat pojęć jasnych, skrystalizowanych, czy też nieustannie prześladuje go wizja gminu, niedojrzałości, uczniów, pensjonarek, obywateli ziemskich i wiejskich, ciotek kulturalnych, publicystów i felietonistów, wizja podejrzanego, mętnego półświatka, który gdzieś tam czai się na ciebie i powoli obrasta cię zielenią jak pnącze, liany i inne rośliny w Afryce. Ani na chwilę nie mogłem zapomnieć o niedoświatku ludzi niedoludzkich - i bojąc się panicznie, brzydząc się okropnie, wzdrygając się na samo wyobrażenie jego bagnistej zieleni, nie umiałem jednak się oderwać, byłem zafascynowany jak ptaszę widokiem węża. Jakby demon jakiś kusił mię do niedojrzałości! Jakbym w kontrnaturze sprzyjał niższej sferze i kochał - za to, że przytrzymuje mnie u siebie chłystkiem. Nie mogłem ani przez jedną sekundę mówić mądrze, chociażby na tyle, na ile zdobyć się potrafię, ponieważ wiedziałem, że gdzieś tam na prowincji pewien lekarz ma mnie za głupiego i oczekuje ode mnie jeno głupstwa; i wcale nie mogłem zachowywać się przyzwoicie i poważnie w towarzystwie, gdyż wiedziałem, że niektóre pensjonarki oczekują ode mnie samych nieprzyzwoitości. Zaprawdę, w świecie ducha odbywa się gwałt permanentny, nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi, musimy być takimi, jakimi nas widzą, a już moją osobistą klęską było, że z jakąś niezdrową rozkoszą uzależniałem się najchętniej od niedorostków, wyrostków, podlotków oraz ciotek kulturalnych. A, ciągle, ciągle mieć na karku ciotkę - być naiwnym dlatego, iż ktoś naiwny sądzi, że jesteś naiwny - być głupim dlatego, że głupi ma cię za głupiego - być zielonym dlatego, że ktoś niedojrzały zanurza cię i kąpie we własnej zieleni - a, toż można by oszaleć, gdyby nie słówko "a", które jakoś żyć pozwala! Ocierać się o ten świat wyższy i dorosły i nie móc dostać się do niego, być o krok od dystynkcji, elegancji, rozumu, powagi, od sądów dojrzałych, od wzajemnego uznania, hierarchii, wartości i jeno przez szybę lizać te cukierki, nie mieć dojścia do tych spraw, być dodatkowym. Obcować z dorosłymi i wciąż, jak w szesnastu latach, mieć wrażenie, że się jedynie udaje dorosłego? Udawać pisarza i literata, parodiować styl literacki i dojrzałe, wyszukane zwroty? Przystępować, jako artysta, do bezlitosnej rozgrywki publicznej o własne "ja" sprzyjając podziemnie swym wrogom? O tak, na samym wstępie życia publicznego otrzymałem święcenia półświetne, zostałem hojnie namaszczony niższą sferą. A co jeszcze bardziej komplikowało sprawę, to że mój towarzyski sposób bycia również pozostawiał wiele do życzenia i był zupełnie mętny, marny, zamazany i bezbronny wobec półświetnych światowców. Jakaś nieumiejętność, zrodzona z przekory, a może z obawy, nie pozwalała mi zgrać się w żadnej dojrzałości, i nieraz bywało, żem ze strachu po prostu szczypnął tę osobę, która do mego ducha pochlebnie z duchem swym występowała. Jakże zazdrościłem owym literatom wysublimowanym już w kolebce i widać predestynowanym do wyższości, których Dusza funkcjonowała nieustannie wzwyż, jakby szydłem łechtana w sam tyłek - pisarzom poważnym, których Dusza brała się na serio i którzy z wrodzoną łatwością, w wielkiej męce twórczej, operowali w zakresie pojęć do tyla górnych, chmurnych i raz na zawsze uświęconych, że sam Bóg był im nieomal czymś pospolitym i mało szlachetnym. Dlaczegóż nie każdemu dozwolono napisać jeszcze jedną powieść o miłości albo w ciężkich bólach rozdrapać jakąś społeczną bolączkę i zostać Bojownikiem sprawy uciśnionych? Albo wiersze pisać i Poetą stać się i wierzyć "w świetlaną przyszłość poezji"? Utalentowanym być i duchem swym karmić i podnosić szerokie rzesze duchów nieutalentowanych? A, cóż za przyjemność dręczyć się i męczyć, poświęcać i spalać w ofierze, lecz zawsze w zakresie wyższym, w kategoriach tak wysublimowanych, tak - dorosłych. Satysfakcja własna oraz cudza satysfakcja - wyżywać się za pośrednictwem tysiącletnich instytucji kulturalnych tak pewnie, jakby się złożyło swą sumkę w P$k$o. Lecz ja byłem, niestety, chłystek i chłystkowatość była jedyną moją instytucją kulturalną. Podwójnie przyłapany i ograniczony - raz własną przeszłością dziecinną, o której nie mogłem zapomnieć - drugi raz dzieciństwem wyobrażeń ludzkich o mnie, tą karykaturą, jaką się zapadałem w ich duszach - melancholijny niewolnik zieleni, ot, owad w gąszczu głębokim i gęstym. Nie tylko przykra, lecz i groźna sytuacja. Albowiem Dojrzali niczym się tak nie brzydzą jak niedojrzałością i nic nie jest im bardziej nienawistne. Zniosą oni łatwo wszelkie burzycielstwo najzażartsze, byleby odbywało się w ramach dojrzałości, nie straszny im rewolucjonista, który jeden dojrzały ideał zwalcza drugim dojrzałym ideałem i na przykład Monarchię burzy gwoli Republice lub też, na odwrót, Republikę Monarchią napocznie i pożre. Owszem, z przyjemnością widzą, jak ruch się robi w dojrzałym, wysublimowanym interesie. Lecz jeśli u kogo zwęszą niedojrzałość, jeśli chłystka i smarkacza zwęszą, wówczas rzucą się na niego, zadziobią jak łabędzie kaczkę - sarkazmem, ironią, kpiną zakatrupią, nie dozwolą, by kalał im gniazdo podrzutek ze świata, którego dawno się wyparli. Więc na czym się to skończy? Dokąd zajdę na tej drodze? Na jakim tle (myślałem) powstało u mnie to niewolnictwo niedokształtowania, to zapamiętanie w zieleni - czy dlatego, żem pochodził z kraju szczególnie obfitującego w istoty niewyrobione, poślednie, przejściowe, gdzie na nikim żaden kołnierzyk nie leży, gdzie nie tyle Smęt i Dola, ile Niezguła z Niedojdą po polach snują się i jęczą? A może dlatego, iż żyłem w epoce, która co pięć mimut zdobywa się na nowe hasła i grymasy i konwulsyjnie wykrzywia oblicze swe, jak tylko może - w epoce przejściowej?... Świt blady sączył się przez uchylone story, mnie zaś, gdym tak sumował bilans mego życia, rumieniec oblewał i podrzucał nieprzyzwoity śmieszek w prześcieradłach - i wybuchałem bezsilnym zwierzęcym śmiechem, mechanicznym, nożnym jak podłechtywany w piętę, jakby to nie twarz, ale noga moja chichotała. Należało co prędzej skończyć z tym, zerwać z dzieciństwem, powziąć decyzję i zacząć od nowa - należało począć coś! Zapomnieć, na koniec, zapomnieć o pensjonarkach! Zerwać z ukochaniem ciotek kulturalnych i wieśniaczek, zapomnieć o drobnych, drastycznych urzędnikach, zapomnieć o nodze i własnej haniebnej przeszłości, wzgardzić smarkaczem i chłystkiem - skonsolidować się twardo na gruncie dorosłym, ach, przyjąć, na koniec, tę postawę skrajnie arystokratyczną, wzgardzić, wzgardzić! Nie, jak dotąd było, żem niedojrzałością pobudzał, nęcił i przywabiał niedojrzałość innych, lecz - przeciwnie - dojrzałość wydobyć z siebie, dojrzałością pobudzić ich do dojrzałości, duszą przemówić do duszy! Duszą? Lecz czy wolno zapomnieć o nodze? Duszą? A noga gdzie? Czy wolno zapomnieć o nogach ciotek kulturalnych? A dalej - co będzie, jeśli mimo wszystko nie uda się przezwyciężyć pączkującej zewsząd, pulsującej, rosnącej zieleni (a na pewno prawie nie uda się), co będzie, jeśli ja do nich wystąpię dojrzale, a oni mnie po staremu ujmą niedojrzale, jeśli ja do nich z mądrością, a oni z głupotą? Nie, nie, w takim razie wolę pierwszy zacząć niedojrzale, nie chcę narażać mądrości mej na ich głupotę, wolę głupotę przeciw nim wystawić! A zresztą nie chcę, nie chcę, wolę z nimi, kocham, kocham te pączki, te kiełki, te krzaczki zielone, o! - uczułem, że znów mnie przyłapują, chwytają w miłosne objęcia, ponownie zaniosłem się śmiechem mechanicznym, nożnym i zaśpiewałem nieprzyzwoitą piosenkę: "W Skolimowie, w willi Faramuszce,@ w pokoiku bony, panny Mici,@ byli skryci w szafie dwaj bandyci"@ ...gdy nagle w ustach zrobiło mi się gorzko, w gardle zaschło - spostrzegłem, że nie jestem sam. Był ktoś oprócz mnie w kącie, koło pieca, gdzie światło jeszcze nie dotarło - drugi człowiek był w pokoju. Jednakże drzwi były zamknięte na klucz. Zatem nie człowiek, tylko zjawa. Zjawa? Diabeł? Strach? Nieboszczyk? Naraz poczułem, że nie nieboszczyk, ale żywy człowiek, i momentalnie zjeżyłem się cały - poczułem człowieka jak pies psa. I znowu w ustach susza, bicie serca, zatamowanie oddechu - to ja sam stałem pod piecem. Tym razem nie był to sen - naprawdę pod piecem stał sobowtór. Spostrzegłem jednak, że boi się jeszcze bardziej ode mnie; stał z głową pochyloną, ze wzrokiem opuszczonym, z rękami wzdłuż boków - lęk jego dodał mi odwagi. Ukradkiem spod kołdry patrzyłem jakby nie na siebie i widziałem tę twarz, która była moją i nie moją. Wyłaniała się ona z głębokiej i ciemnej zieleni, sama zielona jaśniej - to oblicze, które nosiłem na sobie. Oto nos mój... oto moje usta... oto uszy moje, dom mój. Witajcie, znajome kąty! Jak znajome! Jak znałem to skrzywienie warg, maskujące napięcie lęku. Oto kącili ust - oto podbródek - ucho, które ongi naderwał mi Zdziś - znaki i symptomy dwojakich wpływów, twarz, którą dwie siły, zewnętrzna i wewnętrzna, utarły pomiędzy sobą. Było to moje - czy też to ja tym byłem - czy też było to cudze - a ja tym byłem jednak. Nagle wydało mi się nieprawdopodobne, żebym to miał być ja. Jak w lustrze, gdy się ujrzymy niespodzianie, przez chwilę nie jesteśmy pewni, czy to my, tak też zdziwiła mnie i obraziła zaskakująca konkretność tego kształtu. Z włosami zabawnie ukróconymi i uczesanymi, z powiekami, w spodniach, z narzędziami do słuchania, patrzenia i oddychania - byłże to przyrząd mój, czy to ja byłem? Sprecyzowany - wyraźny w konturze i drobiazgowo określony, szczegółowy... zbyt wyraźny. Musiał spostrzec, że widzę jego szczegóły, gdyż jeszcze bardziej się zawstydził, uśmiechnął się niewyraźnie i ręką uczynił ruch niepewny i cofający w mrok. Ale światło potęgowało się z okna i kształt wyłaniał się coraz jaskrawiej - już palce u rąk było widać i paznokcie - i widziałem... a duch widząc, że widzę, skulił się trochę i nie patrząc dawał mi znaki ręką, bym nie patrzył. Nie mogłem nie patrzeć. A więc taki byłem. Dziwny, doprawdy, jak pani de Pompadour. I przypadkowy. Dlaczego taki, a nie inny? Efemeryda. Wady i usterki wypełzały mu na światło dzienne, on zaś stał skulony, podobny do stworzeń nocnych, które światło wydaje na łup - jak szczur przyłapany na środku pokoju. I szczegóły uwydatniały się coraz lepiej, coraz straszniej, zewsząd wyłaziły mu części ciała, pojedyncze części, a te części były dokładnie określone, skonkretyzowane... do granic haniebnej wyrazistości... do granic hańby... Widziałem palec, paznokcie, nos, oko, udo i stopę, a wszystko wyprowadzone na wierzch - jak zahipnotyzowany szczegółami wstałem i uczyniłem krok ku niemu. Drgnął i zamachał ręką - jakby mnie przepraszał za siebie i mówił, że to nie to i wszystko jedno - pozwól, wybacz, zostaw... ale gest, poczęty ostrzegawczo, skończył się jakoś nikczemnie - ruszyłem na niego - i nie mogąc już powstrzymać wyciągniętej ręki trzasnąłem w twarz pełnym zamachem. Precz! Precz! Nie, to wcale nie ja! To coś przypadkowego, coś obcego, narzuconego, jakiś kompromis pomiędzy światem zewnętrznym a wewnętrznym, to wcale nie moje ciało! Jęknął i znikł - dał susa. A ja zostałem sam, a właściwie nie sam - gdyż nie było mnie, nie czułem, abym był, i każda myśl, każdy odruch, czyn, słowo, wszystko wydawało się nie moje, lecz jakby gdzieś ustalone poza mną, zrobione dla mnie - a ja właściwie jestem inny! I wtedy straszne ogarnęło mnie wzburzenie. Ach, stworzyć formę własną! Przerzucić się na zewnątrz! Wyrazić się! Niech kształt mój rodzi się ze mnie, niech nie będzie zrobiony mi! Wzburzenie pcha mnie do papieru. Wyciągam papier z szuflady i oto poranek nastaje, słońce zalewa pokój, służąca wnosi ranną kawę i bułeczki, a ja pośród form błyszczących i cyzelowanych zaczynam pisać pierwsze stronice dzieła mojego własnego, takiego jak ja, identycznego ze mną, wynikającego wprost ze mnie, dzieła suwerennie przeprowadzającego własną rację moją przeciw wszystkiemu i wszystkim, gdy nagle dzwonek się rozlega, służąca otwiera, we drzwiach ukazuje się T. Pimko, doktor i profesor, a właściwie nauczyciel, kulturalny filolog z Krakowa, drobny, mały, chuderlawy, łysy, i w binoklach, w spodniach sztuczkowych, w żakiecie, z paznokciami wydatnymi i żółtymi, w bucikach giemzowych, żółtych. "Czy znacie profesora? Czy znany wam profesor? Profesor?" Hola, hola, hola, hola, hola! Na widok tej Formy, tak przeraźliwie zdawkowej i doszczętnie zbanalizowanej, rzuciłem się na moje teksty zakrywając je całym ciałem, lecz on usiadł, wobec czego i ja musiałem usiąść, a usiadłszy złożył mi kondolencje z powodu śmierci pewnej ciotki, która umarła dość dawno i o której zupełnie zapomniałem. - Pamięć zmarłych - rzekł Pimko - jest arką przymierza pomiędzy nowymi a starymi laty, podobnie jak i pieśń gminna (Mickiewicz). Przeżywamy życie umarłych (A. Comte). Ciotka pana umarła i to jest przyczyna, dla której można, a nawet należy poświęcić jej przyczynek kulturalnej myśli. Nieboszczka miała swoje wady (wyliczył), lecz miała też zalety (wyliczył), przynoszące korzyść ogółowi, w sumie książka niezła, to jest, chciałem powiedzieć, raczej trójka z plusem - - więc ostatecznie, krótko mówiąc, nieboszczka była dodatnim czynnikiem, sumaryczna ocena wypadła dodatnio i uważałem sobie za miły obowiązek powiedzieć to panu, ja, Pimko, stojąc na straży wartości kulturalnych, do których bez kwestii należy i ciotka, zwłaszcza że umarła. A zresztą - dodał pobłażliwie - "de mortuis nihil nisi bene", więc choć dałoby się jeszcze wytknąć to i owo, po cóż zniechęcać młodego autora - przepraszam, siostrzeńca... Ale co to? - wykrzyknął ujrzawszy na stole rozpoczęty brulion. - Nie tylko więc siostrzeniec, ale i autor! Widzę, że próbujemy naszych sił na niwie? Cip, cip, cip, autor! Zaraz przejrzę i zachęcę... I siedząc, przez stół sięgnął po papiery, przy czym nałożył binokle, i siedział. - To nie... to tak tylko... - wybełkotałem siedząc. Świat nagle się załamał. Ciotka i autor zbulwersowały mnie. - No, no, no - powiedział - cip, cip, kurka. To mówiąc przecierał oko, a potem wyjął papierosa i trzymając go w dwóch palcach lewej ręki, dwoma palcami prawej ugniatał; jednocześnie kichnął, gdyż tytoń zawiercił mu w nosie, i siedząc jął czytać. I siedział mądrze, czytając. A mnie, gdy ujrzałem, że czyta, zrobiło się słabo. Świat mój się załamał i zorganizował naraz na zasadzie belfra klasycznego. Nie mogłem rzucić się na niego, bo siedziałem, a siedziałem dlatego, że siedział. Ni z tego, ni z owego siedzenie wybiło się na plan pierwszy i stało się największą przeszkodą. Wierciłem się przeto na siedzeniu, nie wiedząc, co zrobić i jak się zachować, zacząłem ruszać nogą, spoglądać po ścianach i obgryzać paznokcie, a przez ten czas on konsekwentnie i logicznie siedział, mając siedzenie zorganizowane i wypełnione czytającym belfrem. Trwało to okropnie długo. Minuty ciążyły jak godziny, a sekundy rozszerzały się i czułem się nieporęcznie jak morze, które by ktoś chciał wypić przez rurkę. Jęknąłem: - Na Boga, tylko nie belfer! Nie belfrem! Kanciasty, sztywny belfer mnie zabijał. Lecz on nadal czytał belfrem i moje żywiołowe teksty asymilował belfrem typowym trzymając arkusz blisko przed oczyma, a za oknem kamienica stała, dwanaście okien wszerz i wzdłuż! Sen?! Jawa? Po co tu przyszedł? Po co siedział, po co ja siedziałem? Jakim cudem wszystko, co było poprzednio, sny, wspomnienia, ciotki, męki, duchy, rozpoczęty utwór - streściło się w siedzenie belfra banalnego? Świat się skurczył w belfra. Stawało się to niemożliwe. On siedział z sensem (bo czytał), a ja bez sensu siedziałem. Uczyniłem kurczowy wysiłek, by powstać, lecz właśnie w tym momencie spojrzał na mnie spod binokli pobłażliwie i nagle - zmalałem, noga stała się nóżką, ręka - rączką, osoba - osóbką, istota - istotką, dzieło - dziełkiem, ciało - ciałkiem, on zaś wzrastał i siedział spoglądając oraz czytając skrypt mój na wieki wieków amen - siedział. Czy znana wam jest ta sensacja, gdy malejecie w kimś? Ach, maleć w ciotce to coś przedziwnie nieprzyzwoitego, lecz maleć w wielkim belfrze zdawkowym jest szczytem nieprzyzwoitej małości. I zauważyłem, że belfer jak krowa pasie się moją zielonością. Przedziwne uczucie - gdy zieloność twoją belfer skubie na łące, a jednak w mieszkaniu, siedząc na krześle i czytając - jednak skubie i pasie się. Coś okropnego działo się ze mną, lecz poza mną coś głupiego, coś bezczelnie irrealnego. - Duch! - krzyknąłem. - Ja! duch! nie autorek! Duch! Sam żywy! Ja! - Lecz on siedział, a siedząc siedział i siedział jakoś tak siedząc, tak się zasiedział w siedzeniu swoim, tak był absolutny w tym siedzeniu, że siedzenie, będąc skończenie głupim, było jednak zarazem przemożne. I zdjąwszy z nosa binokle przetarł je chusteczką, po czym nałożył na nos, a nos był czymś nie do zwalczenia. Był to nos nosowy, zdawkowy i banalny, belfrowaty, długi dosyć, złożony z dwu rurek równoległych, ostatecznych. I rzekł: - Jaki duch znowu? Krzyknąłem: - Mój! On zapytał wówczas: - Swojski? Ojczysty? - Nie swojski, a swój! - Swój? - zagadnął dobrotliwie. - Mówimy o swoim duchu? A czy znany nam jest przynajmniej duch króla Władysława? - I siedział. Jaki król Władysław? Byłem jak pociąg przewekslowany niespodzianie na boczny tor króla Władysława. Zahamowałem i otworzyłem usta uprzytomniwszy sobie, że nie znam ducha króla Władysława. - A ducha dziejów znamy? A ducha cywilizacji helleńskiej? A ducha galijskiej, ducha umiaru i dobrego smaku? A ducha nikomu prócz mnie nie znanego sielankopisarza z XVI wieku, który pierwszy użył wyrażenia "pępek"? A ducha języka? Jak się mówi: "wykonywa", czy też "wykonuje"? Pytanie zaskoczyło mnie. Sto tysięcy duchów przydusiło nagle mego ducha, bąknąłem, że nie wiem, on zaś spytał, co mi jest wiadomo o duchu Kasprowicza i jaki był stosunek poety do chłopów, po czym zapytał jeszcze o pierwszą miłość Lelewela. Chrząknąłem i rzuciłem ukradkowo wzrokiem na paznokcie - paznokcie były czyste, ściągaczki nie było. Wówczas obejrzałem się - jakbym oczekiwał, że ktoś mi podpowie. Ale z tyłu przecież nikogo nie było. Sen mara, Bóg wiara. Co się dzieje? Boże! Czym prędzej przywróciłem głowę do zwykłej pozycji i spojrzałem na niego, ale wzrok był nie mój, był to wzrok spode łba, dziecinny i przepojony żakowską nienawiścią. Chwyciła mię niewłaściwa i anachroniczna chętka - trafić nauczyciela w sam nos papierową kulką. Widząc, że niedobrze ze mną, uczyniłem kurczowy wysiłek, aby w towarzyskim tonie zapytać Pimkę, co słychać na mieście, ale zamiast normalnego głosu dobyłem z siebie głos piskliwy, zachrypnięty, jakbym znowu przechodził mutację, i zamilkłem; a Pimko zapytał, co wiem o przysłówkach, kazał przedeklinować "Mensa, mensae, mensae", przekoniugować "amo, amas, amat", skrzywił się, powiedział: - No tak, trzeba będzie trochę popracować - wyjął notes i dał mi złą notę, przy czym siedział, a siedzenie miał ostateczne, absolutne. Co? Co? Chciałem krzyknąć, że nie jestem uczeń, że zaszła pomyłka, porwałem się do ucieczki, ale coś mnie z tyłu chwyciło jak w kleszcze i przygwoździło na miejscu - dziecięca, infantylna pupa mnie chwyciła. Z pupą nie mogłem się ruszyć, belfer zaś wciąż siedział i siedząc wyrażał tak doskonałą belferskość, że zamiast krzyczeć, wystawiłem dwa palce do góry, jak to robią uczniowie w szkole, gdy chcą się odezwać. Pimko skrzywił się i rzekł: - Niech Kowalski siedzi. Znowu do klozetu? I siedziałem w nierealnym nonsensie jak we śnie, zakneblowany, zbelfrzony i zabelfrowany, siedziałem na dziecinnej pupci - on zaś siedział jak na Akropolu i zapisywał coś w notesie. Wreszcie rzekł: - No, Józiu, chodź, pójdziemy do szkoły. - Do jakiej szkoły?! - Do szkoły dyr. Piórkowskiego. Pierwszorzędny zakład naukowy. Są jeszcze miejsca wolne w szóstej klasie. Edukacja twoja - zaniedbana i trzeba przede wszystkim uzupełnić braki. - Ale do jakiej szkoły?! - Do szkoły dyr. Piórkowskiego. Nie lękaj się, my, nauczyciele, kochamy drobiazg, cip, cip, cip, nie brońcie maluczkim przyjść do mnie. - Ale do jakiej szkoły?!! - Do szkoły dyr. Piórkowskiego. Właśnie dyr. Piórkowski mnie prosił, bym mu zapełnił wszystkie wolne miejsca. Szkoła musi funkcjonować. Bez uczniów nie byłoby szkoły, a bez szkoły nie byłoby nauczycieli. Do szkoły! Do szkoły! Już tam w szkole zrobią z ciebie ucznia. - Ale do jakiej szkoły?!!! - E, proszę tylko bez dąsów! Do szkoły! Do szkoły! - Zawołał służącą, polecił podać mi palto, dziewczyna nie rozumiejąc, czemu obcy pan mnie wyprowadza, uderzyła w lament, lecz Pimko ją szczypnął, szczypnięta służąca nie mogła dłużej lamentować, wyszczerzyła zęby parsknąwszy śmiechem uszczypniętej sługi - wziął mnie za rękę i wyprowadził z domu, a na ulicy domy stały i ludzie chodzili! Policja! Zbyt głupie! Zbyt głupie, aby być mogło! Niemożliwe, ponieważ zbyt głupie! Lecz zbyt głupie, abym mógł się opierać... Nie mogłem wobec belfra zdawkowego, który był belfrem banalnym. Zupełnie jak kiedy was kto zagadnie zbyt banalnie i zdawkowo, nie możecie, tak właśnie i ja nie mogłem. Idiotyczna, infantylna pupa paraliżowała odbierając wszelką możliwość oporu; pędząc truchtem obok kolosalnego, który sadził wielkimi krokami, ani rusz nie mogłem z pupą. Żegnaj, Duchu, żegnaj - rozpoczęte dzieło, żegnaj formo własna i prawdziwa, witaj, witaj, formo straszna, infantylna, zielona i niewypierzona! Banalnie zbelfrzony drobię z boku belfra olbrzymiego, który bełkocze jeno: - Cip, cip, kurka... Zasmarkany nosek... Kocham, e, e... Człowieczek, maluś, maluś, e, e, e, cip, cip, cip, cipuchna, Józio, Józio, Józiunio, Józieczek, male, male, cip, cip, pupcia, pupcia, pcia... - Przed nami elegancka pani prowadziła na smyczy małego pinczerka, pies zawarczał, rzucił się na Pimkę, rozdarł mu nogawkę, Pimko krzyknął, ocenił ujemnie psa i właścicielkę, nogawkę spiął agrafką i poszliśmy dalej. Rozdział II Uwięzienie~ i dalsze zdrabnianie I oto przed nami - nie, nie wierzę własnym oczom - gmach dosyć płaski, szkoła, do której Pimko ciągnie mnie za rączkę pomimo płaczów i protestów i w którą wpycha mnie przez furtkę. Przybyliśmy akurat podczas wielkiej pauzy, na szkolnym podwórku spacerowały w kółko istoty pośrednie, od lat dziesięciu do dwudziestu, spożywając drugie śniadanie, złożone z chleba z masłem albo z serem. W płocie, okalającym podwórko, były szparki, a przez te szparki zaglądały matki i ciotki, nigdy nie syte swych pociech. Pimko z rozkoszą wciągnął w rasowe rurki szkolny zapach. - Cip, cip, cip - zawołał. - Maluś, maluś, maluś... A jednocześnie jakiś kulawy inteligent, zapewne dyżurny nauczyciel, podszedł do nas z oznakami wielkiej czołobitności względem Pimki. - Profesorze - rzekł Pimko - oto mały Józio, którego pragnąłbym wpisać w poczet uczniów szóstej klasy, Józiu, przywitaj się z panem profesorem. Zaraz pogadam z Piórkowskim, a tymczasem oddaję go panu, niech się wdroży w życie koleżeńskie. - Chciałem protestować, lecz szastnąłem nogą, wietrzyk lekki powiał, gałęzie drzew się poruszyły, a wraz z nimi pęczek włosów Pimki. - Mam nadzieję, że będzie dobrze się sprawował - rzekł stary pedagog gładząc mię po główce. - No, a jak tam młodzież? , zapytał ciszej Pimko. - Widzę, chodzą w kółko - bardzo dobrze. Chodzą, gwarzą między sobą, a matki ich podglądają - bardzo dobrze. Nie ma nic lepszego od matki za płotem na chłopca w wieku szkolnym. Nikt nie wydobędzie z nich bardziej świeżej i dziecięcej pupy niż matka dobrze ulokowana za płotem. - Pomimo to wciąż są za mało naiwni - poskarżył się kwaśno nauczyciel. - Nie chcą być jak młode kartofelki. Nasadziliśmy na nich matki, ale i to jeszcze nie wystarcza. Wciąż nie możemy wydobyć z nich świeżości i naiwności młodzieńczej. Nie uwierzy pan kolega, jak pod tym względem są oporni i niechętni. Nie chcą wcale. - Na umiejętności pedagogicznej wam zbywa! - skarcił Pimko ostro. - Co? Nie chcą? Muszą chcieć! Zaraz pokażę, jak się pobudza naiwność. O zakład, że za pół godziny będzie podwójna dawka naiwności. Plan mój jest następujący: zacznę obserwować uczniów i dam do poznania w sposób możliwie najbardziej naiwny, że uważam ich za naiwnych i niewinnych. To ich naturalnie rozjątrzy, będą chcieli wykazać, że nie są naiwni, i wtenczas dopiero popadną w prawdziwą naiwność i niewinność, tak słodką dla nas, pedagogów! - Czy nie sądzi pan jednak - zapytał go nauczyciel - że insynuować uczniom naiwność to chwyt pedagogiczny cokolwiek niedzisiejszy i anachroniczny? - Właśnie! - odparł Pimko. - Dajcie mi jak najwięcej tych anachronicznych chwytów! Anachroniczne są najlepsze! Nie ma nic lepszego nad prawdziwie anachroniczny chwyt pedagogiczny! Te miłe maleństwa, wychowywane przez nas w idealnie nierealnej atmosferze, tęsknią nade wszystko do życia i rzeczywistości i dlatego nic ich tak nie boli jak własna niewinność. Ha, ha, ha, zainsynuuję im zaraz niewinność, zamknę ich w tym dobrodusznym pojęciu jak w pudełku i zobaczycie, jacy staną się niewinni! I schował się za pień dużego dębu, nieco na uboczu, a mnie wychowawca wziął za rączkę i wprowadził między uczniów, zanim zdążyłem wyjaśnić i zaprotestować. Wprowadziwszy puścił i zostawił w samym środku. Uczniowie chodzili. Jedni dawali sobie sójki albo prztyczki - inni z głowami w książkach kuli coś bez przerwy, palcami zatykając uszy, jeszcze inni przedrzeźniali się albo podstawiali nogi, a wzrok ich błędny i tumanowaty ślizgał się po mnie nie odkrywając mego trzydziestaka. Przystąpiłem do pierwszego z brzegu - przekonany byłem, że cyniczna farsa musi się skończyć lada chwila. - Kolega pozwoli - zacząłem. - Jak kolega widzi, nie jestem... Lecz ten krzyknął: - Patrzcie! Novus kolegus! Obskoczyli mnie, któryś wrzasnął: - Gwoliż jakim złośliwym kaprysom aury waszmość dobrodzieja persona tak późno w budzie się pojawia? Inny znowu pisnął śmiejąc się kretynoidalnie: - Azaż amory do jakiej podwiki wstrzymały szanownusa kolegusa? Zaliż zadufały kolegus opieszały jest? Słysząc tę pokraczną mowę umilkłem, jakby mi kto język skręcił, oni zaś nie przestawali, jak gdyby nie mogli - lecz im okropniejsze były te wyrazy, z tym większą lubością, z maniackim uporem babrali w nich siebie i wszystko wokoło. I mówili - białogłowa, niewiasta, podwika, balwierz, Febus, miłosne zapały, skrzat, profesorus, lekcjus polskus, ideałus, chutnie. Ruchy mieli niezdarne - twarze szpikowane i faszerowane - a głównym ich tematem były bądź to - w młodszym wieku - części płciowe, bądź to - w starszym - sprawy płciowe, co w połączeniu z archaizacją i łacińskimi końcówkami tworzyło cocktail wyjątkowo wstrętny. Wyglądali jak wetknięci w coś, jak umieszczeni w czymś niedobrze, źle umiejscowieni w przestrzeni i w czasie, coraz zerkali na nauczyciela albo na matki za płotem, kurczowo łapali się za pupy, a świadomość ciągłej obserwacji utrudniała im nawet spożycie śniadania. Więc stanąłem jak zbaraniały w tym wszystkim, nie mogąc zdobyć się na wyjaśnienie i widząc, że farsa wcale się nie ma zamiaru kończyć. Gdy szkolarze dostrzegli obcego pana, ukrytego za dębem, który przyglądał się im bacznie i wnikliwie, zdenerwowanie ich wzrosło niepomiernie, rozległy się szepty, że wizytator przyszedł do szkoły, jest za dębem i podgląda. - Wizytator! - mówili jedni sięgając po książki i ostentacyjnie zbliżając się do dębu. - Wizytator! - mówili drudzy oddalając się od dębu, lecz i ci, i tamci nie mogli wzroku oderwać od Pimki, który dyskretnie schowany za drzewem pisał ołówkiem na karteczce wyrwanej z blocknotu. - Zapisuje coś - szeptano na prawo i lewo. - Notuje swoje obserwacje. - Wtem Pimko podrzucił im tak zręcznie tę karteczkę, że wyglądało, jakby wiatr ją uniósł. Na karteczce było napisane: "Na zasadzie moich obserwacji, przeprowadzonych w szkole X podczas wielkiej pauzy, stwierdzam, że młodzież męska niewinna jest! Takie jest moje najgłębsze przekonanie. Dowodem tego - wygląd uczniów oraz ich niewinne rozmowy tudzież ich niewinne i przemiłe pupy. T. Pimko 29. IX. 193... Warszawa." Kiedy ta notatka doszła do wiadomości uczniów, zaroiło się w szkolnym mrowisku. - My niewinni? My, młodzież dzisiejsza? My, którzy już chodzimy na kobiety? - Śmiechy i śmieszki rosły, gwałtowne, aczkolwiek sekretne, i zewsząd pojawiały się sarkazmy. Ach, naiwny dziadek! Cóż za naiwność! Ha, cóż za naiwność! Wprędce jednak pojąłem, że śmiech trwa zbyt długo... że, zamiast się skończyć, wzrasta i utwierdza się w sobie, a utwierdzając się stale nadmiernie sztuczny w swoim rozwścieczeniu. Cóż się działo? Dlaczego śmiech się nie kończył? Dopiero potem zrozumiałem, jaki to gatunek trucizny wstrzyknął im diaboliczny i makiaweliczny Pimko. Albowiem prawda była taka, że te szczeniaki, uwięzione w szkole i oddalone od życia - były niewinne. Tak, byli niewinni, pomimo iż nie byli niewinni! Byli niewinni w swoim pragnieniu, aby nie być niewinnymi. Niewinni z kobietą w ramionach! Niewinni w walce i w biciu. Niewinni, gdy recytowali wiersze, i niewinni, gdy grali w bilard. Niewinni, gdy jedli i spali. Niewinni, gdy zachowywali się niewinnie. Zagrożeni bez przerwy świętą naiwnością, nawet gdy krew rozlewali, torturowali, gwałcili albo przeklinali - wszystko, aby nie popaść w niewinność! Dlatego ich śmiech, zamiast ucichnąć, rósł i rósł, jedni powstrzymywali się na razie od ostrzejszej reakcji, lecz inni nie mogli się powstrzymać - i z początku powoli, potem coraz śpieszniej zaczęli wygadywać najgorsze brudy i wyrazy, jakich nie powstydziłby się pijany dorożkarz. I gorączkowo, szybko, po kryjomu wymieniali brutalne przekleństwa, wyzwiska i inne plugastwa, a niektórzy rysowali je kredą na płocie w kształcie geometrycznych figur; i w jesiennym, przejrzystym powietrzu zaroiło się od słów po stokroć gorszych niż te, którymi na wstępie mnie uczęstowali. Zdawało mi się, że śnię - gdyż we śnie się zdarza, że popadamy w sytuację głupszą od wszystkiego, co by się dało wymarzyć. Próbowałem powstrzymać ich. - Dlaczego mówicie d...! - zapytałem gorączkowo któregoś z kolegów. - Dlaczego mówicie to?! - Milcz, szczeniaku! - odparł ordynus dając mi kuksańca. - To wspaniałe słowo! Powiedz je natychmiast - syknął i nastąpił mi boleśnie na nogę. - Natychmiast powiedz je! To jedyna nasza obrona przed pupą! Nie widzisz, że wizytator jest za dębem i pupę nam robi? Ty, zdechlaku, francuski piesku, jeżeli zaraz nie powiesz największych świństw, zrobię ci korkociąg. Hej, Myzdral, chodź no, przypilnuj, żeby ten nowy zachował się przyzwoicie. A ty, Hopek, puść w kurs jaki pieprzny kawał. Panowie, ostro, bo pupę nam zrobi! Wydawszy te rozkazy ordynarny łobuz, zwany przez innych Miętusem, podkradł się pod drzewo i wyrył na nim cztery litery w ten sposób, że były niewidoczne dla Pimki oraz dla matek za płotem. Cichy śmiech, pełen skrytej satysfakcji, rozległ się wokoło, matki za płotem i Pimko za dębem także poczęli śmiać się dobrodusznie słysząc śmiech młodzieży - i zapanował śmiech podwójny. Bo młodzi złośliwie śmieli się, że starszych nabrali, a starsi poczciwie śmieli się z beztroskiej wesołości młodych - i obie potęgi zmagały się w cichym powietrzu jesiennym, pośród liści spadających z dębu, w rozhoworze życia szkolnego, a staruszek woźny zgarniał miotłą śmieci do śmietniczki, trawa żółkła i niebo było blade... Lecz Pimko za drzewem stał się w mgnieniu oka tak naiwny, łobuzy, piejące z uciechy - tak naiwne, lizusy z nosami w książkach - tak naiwne i w ogóle sytuacja tak wstrętnie naiwna, iż zacząłem tonąć wraz ze wszystkimi nie wypowiedzianymi protestami. I nie wiedziałem, kogo ratować - siebie, kolegów czy Pimkę? Nieznacznie zbliżyłem się do drzewa i szepnąłem: - Panie profesorze. - Co? - zapytał Pimko, również szeptem. - Panie profesorze, niech profesor wyjdzie stąd. Po drugiej stronie dębu brzydkie słowo wypisali. I śmieją się z tego. Niech profesor wyjdzie stąd. A gdym szeptał w powietrzu te głupawe zdania, zdało mi się, że jestem mistyczny zaklinacz głupoty, i przeraziłem się własnej pozycji - z dłonią przy ustach, nie opodal dębu, szepczący coś do Pimki, który stał za dębem i na podwórku szkolnym... - Co? - zapytał profesor, skulony za drzewem. - Co takiego wypisali? W oddali zabrzmiała trąbka automobilu. - Brzydkie słowo! Brzydkie słowo wypisali! Niech profesor wyjdzie! - Gdzie wypisali? - Na dębie. Z drugiej strony! Niech profesor wyjdzie! Niech profesor skończy z tym! Niech profesor nie daje się nabrać! Profesor chciał w nich wmówić, że są niewinni i naiwni, a oni panu cztery litery wypisali... Niech profesor przestanie się drażnić. Dość. NIe mogę dłużej mówić tego w powietrzu. Zwariuję. Profesorze, niech profesor wychodzi! Dość! Dość! Babie lato snuło się leniwie, gdym tak szeptał, a liście spadały... - Co, co? - zawołał Pimko. - Ja miałbym zwątpić o czystości młodzieży naszej? Przenigdy! Za stary jestem wyga życiowy i pedagogiczny! Wyszedł zza drzewa, a uczniowie widząc jego postać absolutną wydali dziki ryk. - Kochana młodzieży! - przemówił, gdy się nieco uciszyli. - Nie sądźcie, że nie wiem, iż używacie między sobą nieprzyzwoitych i brzydkich wyrazów. Wiem o tym doskonale. Ale nie obawiajcie się, żadne, nawet najgorsze, wybryki nie zdołają we mnie naruszyć tego głębokiego przekonania, że jesteście w gruncie skromni i niewinni. Stary wasz przyjaciel będzie was miał zawsze za czystych, skromnych i niewinnych, zawsze wierzyć będzie w waszą skromność, czystość i niewinność. A co do brzydkich wyrazów, wiem, że powtarzacie je nie rozumiejąc, ot, dla popisu, pewnie któryś nauczył się ich od służącej. No, no, nic w tym nie ma złego, przeciwnie - niewinniejsze to, niż wam się zdaje. Kichnął i wytarłszy nos z zadowoleniem, skierował się do kancelarii pogadać z dyr. Piórkowskim w mej sprawie. A matki i ciotki za płotem wpadły w zachwyt i biorąc się w ramiona powtarzały: - Cóż za wytrawny pedagog! Pupcię, pupcię, Pupcię mają maleństwa nasze! - Lecz śród uczniów przemowa jego wywołała konsternację. Oniemieli patrzyli za odchodzącym Pimką, dopiero gdy zniknął, posypał się grad złorzeczeń. - Słyszeliście? - ryknął MIętus. - Jesteśmy niewinni! Niewinni, psiakrew, cholera, zaraza! On myśli, że niewinni jesteśmy - za niewinnych nas ma! Ciągle ma nas za niewinnych! Za niewinnych! - i nie mógł żadną miarą wyzwolić się z tego wyrazu, który go pętał, krępował, zabijał, unaiwniał jakoś, uniewinniał. Wtedy jednak tęgi, wysoki młodzieniec, zwany przez kolegów Syfonem, jak gdyby z kolei wpadł w naiwność, która rozszalała się w powietrzu, gdyż powiedział niby to do siebie, ale tak, że wszyscy słyszeli - w powietrzu jasnym, przejrzystym, gdzie głos dźwięczał jak dzwonki krów w górach: - Niewinność? Dlaczego? Właśnie niewinność jest zaletą... Trzeba być niewinnym... Dlaczego? Zaledwie powiedział, Miętus przyłapał go w tym. - Co? Uznajesz niewinność? I cofnął się o krok, tak jakoś głupio to zabrzmiało. Lecz Syfon, podrażniony, przyłapał go w tym. - Uznaję! Ciekawe, dlaczego nie miałbym uznawać? Nie jestem pod tym względem tak dziecinny. Miętus, podrażniony, porwał się do kpiny w powietrzu echowym. - Słyszeliście? Syfon jest niewinny! Ha, ha, ha, niewinny Syfon! Padły wykrzykniki: - Syfonus niewinnus! Azali zadufały Syfon nie zna białogłowy? Posypały się sprośne koncepty na modłę Reya i Kochanowskiego i znowu świat stał się na moment zbabrany. Syfona jednak podrażniły koncepty i zawziął się. - Tak, niewinny jestem - więcej powiem, jestem nieuświadomiony i nie pojmuję, czemu miałbym wstydzić się tego. Koledzy, żaden z was chyba poważnie nie twierdzi, że brud jest lepszy od czystości. I cofnął się o krok, tak jakoś fatalnie to zabrzmiało. Zapanowało milczenie. Wreszcie rozległy się szepty. - Syfon, nie żartujesz? Naprawdę jesteś nieuświadomiony? Syfon, to nieprawda! I cofali się o krok. Ale Miętus splunął. - Panowie, to prawda! Spójrzcie tylko na niego! To widać! Tfy! Tfy! Myzdral krzyknął. - Syfon, to niemożliwe, wstyd nam przynosisz, daj się uświadomić! Syfon: Co? Ja? Ja mam się dać uświadomić? Hopek: Syfon, Matko Święta, Syfon, ależ pomyśl, że to nie tylko o ciebie chodzi, ty nas kompromitujesz, nas wszystkich - nie będę śmiał spojrzeć na żadną dziewczynę. Syfon: Dziewczyn nie ma, są tylko dziewczęta. Miętus: Dziewcz... słyszeliście? To może i chłopięta, co? Może chłopięta? Syfon: A tak, kolega z ust mi to wyjął, chłopięta! Koledzy, dlaczego mielibyśmy wstydzić się tego wyrazu? Czyż gorszy od innych? Dlaczego mielibyśmy w odrodzonej ojczyźnie wstydzić się dziewcząt naszych? Przeciwnie, należy je hodować w sobie! Dlaczego, pytam, w imię sztucznego cynizmu wstydzić się czystych wyrażeń, jak chłopię, orlę, rycerz, sokół, dziewczę - bliższe one chyba naszym młodym sercom niż karczemny słownik, którym kolega Miętalski zanieczyszcza sobie wyobraźnię. - Dobrze mówi! - przytaknęło paru. - Lizus! - krzyknęli inni. - Koledzy! - zawołał, już zawzięty, porwany, zagorzały w niewinności własnej. - W górę serca! Proponuję, abyśmy tu natychmiast ślubowali, iż nigdy nie zaprzemy się chłopięcia ani orlęcia! Nie damy ziemi, skąd nasz ród! Ród nasz od chłopięcia i dziewczęcia się wywodzi! Ziemia nasza to chłopię i dziewczę! Kto młody, kto szlachetny, za mną! Hasło - młodzieńczy zapał! Odzew - młodzieńcza wiara! Na to wezwanie kilkunastu zwolenników Syfona, porwanych młodzieńczym zapałem, podniosło ręce i ślubowało z twarzami nagle poważnymi, promiennymi, Miętus rzucił się na Syfona w powietrzu czystym, Syfon się zaperzył - ale na szczęście rozdzielono ich, nim doszło do bitki. - Panowie - szarpnął się Miętus - dlaczego nie dacie kopniaka temu orlęciu, chłopięciu? Czy już nie ma w was wcale krwi? Czy nie ma ambicji? Kopniaka, kopniaka dlaczego nie dacie? Kopniak tylko może was uratować! Chłopakami bądźcie! Pokażcie mu, żeśmy chłopaki z dziewczynami, nie jakieś tam chłopięta z dziewczętami! Szalał. Patrzyłem na niego z kropelkami potu na czole i z policzkami powleczonymi bladością. Miałem cień nadziei, że po odejściu Pimki zdołam jakoś przyjść do siebie i wyjaśnić - ha, jakże miałem przyjść do siebie, gdy o dwa kroki ode mnie w powietrzu świeżym i ożywczym naiwność i niewinność coraz się wzmagały. Pupa przetoczyła się w chłopię i w chłopaka. Świat jakby się załamał i zorganizował na powrót na zasadzie chłopięcia, chłopaka. Cofnąłem się o krok. Syfon, rozdrażniony, zawołał w przestrzeni bladoniebieskawej, na twardej ziemi podwórka, pokrytej żyłkami cieniów i plamami świateł: - Przepraszam, Miętalski warcholi! Proponuję nie zwracać na niego uwagi, postępujmy, jakby go nie było, precz z nim, koledzy, to zdrajca, zdrajca własnej młodości, on nie uznaje żadnych ideałów! - Jakie ideały, ośle? Jakie ideały? Twoje ideały nie mogą być inne niż ty sam, choćby nie wiem jak były piękne - miotał się Miętus w obieży własnych słów. - Nie czujecie, nie widzicie, że jego ideały muszą być różowe i tłuste, z dużym nosem? Bydlaki! Niedługo wstyd będzie wyjść na ulicę! Toć wy nie rozumiecie, że prawdziwe chłopaki, synowie stróżów i chłopów, rozmaici czeladnicy i terminatorzy, parobki w naszym wieku wykpiwają nas! Mają nas za nic! Brońcie chłopaka przed chłopięciem! - prosił się na wszystkie strony. - Chłopaka brońcie! Wzburzenie rosło. Uczniowie z wypiekami skakali do siebie, Syfon trwał nieruchomo, z rękami na piersiach, a Miętus zaciskał pięści. Za płotem matki i ciotki także zdradzały wielkie podniecenie nie rozumiejąc dobrze, o co chodzi. Lecz większość uczniów była niezdecydowana i zapychając się chlebem z masłem, powtarzała tylko: - Azali zadufały Miętus sprośnikiem jest? Syfonus idealistus? Kujmy się, kujmy, bo cwaję dostaniemy! Inni znów, nie chcąc się w to wdawać, prowadzili taktowne rozmowy o sportach i udawali wielkie zainteresowanie jakimś meczem footballowym. Ale coraz któryś, nie mogąc, widać, oprzeć się palącej i przypiekającej tematyce sporu, nasłuchiwał, dumał, dostawał wypieków i łączył się z grupą Syfona albo też Miętusa. Nauczyciel na ławce zdrzemnął się w słońcu i przez sen smakował z dala młodzieńczą naiwność. - Hej, pupa, pupa - mruczał. Tylko jeden uczeń nie został porwany ogólnym podnieceniem ideowym. Stał z boku i najspokojniej wygrzewał się na słońcu w koszulce siatkowej i w miękkich, flanelowych spodniach, ze złotym łańcuszkiem naokoło przegubu lewej dłoni. - Kopyrda! - wołały na niego obie partie - Kopyrda, chodź do nas! - Zdawał się wzbudzać ogólną zazdrość, wrogie obozy chciały go pozyskać, jednakże nie słuchał ani tych, ani tamtych. Wysunął jedną nogę i kiwał nią. - Zdaniem stróżaków, terminatorów i rozmaitych uliczników gardzimy! - krzyknął Pyzo, przyjaciel Syfona. - Oni nie są inteligentni. - A pensjonarki? - ozwał się Myzdral z trwogą. - Czy i zdaniem pensjonarek gardzicie? Pomyślcie, co pomyślą pensjonarki? Padły okrzyki - Pensjonarki lubią czystych! - Nie, nie, brudnych wolą! - Pensjonarki?! - przeciął wzgardliwie Syfon. - Obchodzi nas tylko zdanie szlachetnych dziewcząt, a te są z nami! Miętus podszedł do niego i powiedział rwącym się głosem. - Syfonie! Ty nam tego nie zrobisz! Cofnij i ja cofnę! Cofnijmy obaj, chcesz? Gotów jestem... przeprosić cię, gotów jestem zrobić wszystko... bylebyś tylko cofnął te słowa o tych chłopiętach... i dał się uświadomić. Cofnij o chłopiętach. Ja o chłopakach cofnę. To nie jest wyłącznie twoja osobista sprawa. Pylaszczkiewicz, zanim odpowiedział, zmierzył go spojrzeniem jasnym i łagodnym, ale pełnym wewnętrznej mocy. A z takim spojrzeniem nie mógł odpowiedzieć inaczej jak mocno. Odpowiedział tedy, cofając się o krok: - Za ideały gotów jestem oddać życie! Lecz Miętus już szarżował na niego z pięściami. - Hajda! Hajda! Na niego, chłopaki! Bić chłopię! Bij, zabij, bijcie, zabijajcie chłopię! - Do mnie, chłopięta, do mnie! - krzyknął Pylaszczkiewicz. - Brońcie mnie, ja jestem nieuświadomiony, jestem wasze chłopię, brońcie mnie! - krzyczał przejmująco. I na to wezwanie wielu poczuło w sobie chłopię przeciw chłopakowi. Otoczywszy Syfona zwartym kołem stawili czoło poplecznikom Miętusa. Sypnęły się razy, a Syfon wskoczył na kamień i krzyczał podniecając opór - lecz miętusowcy poczęli brać górę, zastęp Syfona cofał się i łamał. Już się zdawało, że chłopię przepadło. Nagle Syfon, wobec świtającej klęski, zaintonował ostatkiem sił na nutę "Marsza Sokołów". "Hej, bracia chłopięta, dodajcie mu sił,@ by ocknął się z martwych, by powstał, by żył!"@ Pieśń, podchwycona zaraz, oczywiście rosła i wzbierała, ogromniała i płynęła falą. Śpiewali stojąc nieruchomo, z oczami za przykładem Syfona utkwionymi w jakąś daleką gwiazdę i w sam nos napastnikom. Napastnikom wobec tego opadły zaciśnięte pięści. Nie wiedzieli, jak się zabrać do nich, jak tu ich zaczepić i czym - tamci zaś śpiewali gwiazdą w nos coraz potężniej, coraz goręcej i żarliwiej. Ten i ów z miętusowców szepnął coś z cicha, pokręcił się, wykonał parę zbędnych ruchów i odszedł na stronę, a wreszcie i sam Miętus zmuszony był chrząknąć niepewnie i odejść. ...Bywa, iż niezdrowy sen przenosi nas w krainę, gdzie wszystko krępuje, paczy i dusi, ponieważ jest z czasów młodości - młode, a przeto zbyt stare już dla nas, przebrzmiałe i anachroniczne, i żadna męka nie dorówna męce takiego snu, takiej krainy. Nie może być nic straszniejszego niż wracać do spraw, z których się wyrosło, do tych dawnych, młodzieńczych, niedojrzałych, od dawna już zepchniętych w kąt i załatwionych... jak na przykład problem niewinności. O, po trzykroć mądrzy ci, którzy żyją jedynie dzisiejszą problematyką, problematyką dorosłą, w sile wieku, a starym ciotkom pozostawiają problemy już nieaktualne. Albowiem wybór tematyki i problematyki jest nieskończenie ważny dla jednostek i całych narodów, a nierzadko widzimy, że człowiek rozumny i dorosły na temat dorosłych staje się w mgnieniu oka gorzko niedojrzały, gdy mu się podsunie temat nazbyt młody albo nazbyt stary - niezgodny z duchem czasu, rytmem dziejów. Zaprawdę, nie można łatwiej unaiwnić i zdziecinnić świata jak insynuując mu podobne problemy, i trzeba przyznać, że Pimko z maestrią, cechującą jeno najznakomitszych i najwytrawniejszych belfrów, uwikłał z punktu mnie i mych kolegów w dialektykę i problematykę możliwie najbardziej udziecinniającą. Znajdowałem się jakby w samym środku snu pomniejszającego i dyskwalifikującego niestrudzenie. Chmara gołębi przefrunęła w jesiennym słońcu i powietrzu, zawisła nad dachem, przysiadła na dębie i pofrunęła dalej. Nie mogąc znieść pieśni tryumfalnej Syfona MIętus powlókł się w przeciwległy róg podwórka z Myzdralem i Hopkiem. Po pewnym czasie opanował się na tyle, że mógł mówić. Patrzył tępo w ziemię. Wybuchnął. - No - i co teraz? - Co teraz? - odparł Myzdral. - Nie pozostaje nam nic innego jak tym energiczniej używać naszych najbardziej plugawych sobie powiedzonek! Cztery litery - cztery litery - to jest jedyna nasza broń. To broń chłopaka naszego! - Znowu? - zapytał Miętus. - Znowu? Aż do uprzykrzenia? Powtarzać ciągle, w kółko? W kółko mamy śpiewać tę piosenkę dlatego, że tamten nuci inną pieśń? Załamał się. Wyciągnął dłonie, cofnął się o parę kroków i spojrzał dokoła. Niebo na wysokościach zwisało lekkie, pobladłe, chłodne i szydercze, drzewo, rosły dąb pośrodku podwórza, odwróciło się tyłem, a stary woźny nie opodal bramy uśmiechnął się pod wąsem i odszedł. - Parobek - szepnął Miętus. - Parobek... Pomyślcie - gdyby jaki parobek usłyszał te nasze inteligenckie fidrygałki... - I nagle, przerażony sobą, rzucił się do ucieczki, w powietrzu przejrzystym drapaka chciał dać. - Dość, dość, nie chcę ani chłopięcia, ani chłopaka, dość tego... Przyjaciele złapali go. - Mięto, co z tobą? - mówili skąpani w powietrzu. - Tyś wódz! Bez ciebie nie damy rady! Miętus, przytrzymywany za ręce i schwytany, pochylił głowę i rzekł gorzko. - Trudno... Myzdral i Hopek, wstrząśnięci, milczeli. Myzdral ze zdenerwowania wziął kawałek drutu, machinalnie wepchnął w dziurę w płocie i uszkodził jednej z matek oko. Zaraz jednak rzucił drut. Matka jęknęła za płotem. W końcu Hopek zapytał nieśmiało: - I cóż będzie, Mięto? Miętus otrząsnął się z chwilowego zwątpienia. - Nie ma rady! - rzekł. - Musimy walczyć! Walczyć aż do upadłego! - Brawo! - zawołali. - Takim cię chcemy mieć! Teraz jesteś znowu nasz, nasz dawny Miętus! Lecz przywódca machnął beznadziejnie ręką. - O, te wasze okrzyki! Nielepsze one od pieśni Syfona! Ale trudno, skoro trzeba, to trzeba. Walczyć? Ale walczyć nie można. Bo przypuściwszy nawet, że damy po zębach, cóż z tego? W to mu graj - zrobimy z niego męczennika, dopiero wtedy zobaczycie, jaką nam odwali niezłomną i uciśnioną niewinność. A zresztą, choćbyśmy i chcieli rzucić się na nich, widzieliście przecież - odstawią nam takie bohaterstwo, że najodważniejszy zwieje. Nie, to na nic! I w ogóle wszystko - przekleństwa, występki, brudy na nic, na nic! Mówię wam, to tylko woda na jego młyn, to tylko mleczko dla jego chłopięcia. Na pewno on na to liczy! Nie, nie, ale na szczęście - głos Miętusa przybrał tony dziwnej zajadłości - na szczęście, jest inny sposób... bardziej skuteczny... Odbierzemy mu raz na zawsze ochotę do śpiewów. - Jak? - zapytali z przebłyskiem nadziei. - Panowie - powiedział suchno i rzeczowo - jeżeli Syfon sam nie chce, musimy go uświadomić siłą. Trzeba będzie porwać go i związać. Na szczęście, można jeszcze dostać się do środka przez uszy. Zwiążemy i tak uświadomimy, że rodzona matka nie pozna! Raz na zawsze zepsujemy cacko! Ale cicho! Przygotujcie sznury! Słuchałem tego spisku z zapartym tchem i łomoczącym w piersi sercem, gdy Pimko ukazał się we drzwiach szkoły i kiwnął, abym poszedł z nim do dyrektora Piórkowskiego. Gołębie znów się ukazały. Trzepocząc przysiadły na płocie, za którym były matki. Idąc długim szkolnym korytarzem zastanawiałem się gorączkowo, jakby wyjaśnić i zaprotestować, nie mogłem jednakże, gdyż Pimko pluł do każdej spotkanej po drodze spluwaczki i mnie kazał robić to samo - więc nie mogłem... i tak, plując, doszliśmy do gabinetu dyr. Piórkowskiego. Piórkowski, olbrzym jakiś gigantyczny, przyjął nas siedząc absolutnie i potężnie, lecz łaskawie, bezzwłocznie po ojcowsku szczypnął mnie w policzek, wytworzył serdeczny nastrój, ręką wziął pod brodę, ja ukłoniłem się zamiast protestować, a dyrektor rzekł basem nade mną do Pimki. - Pupa, pupa, pupa! Dziękuję za pamięć, drogi profesorze! Bóg zapłać, panie kolego, za nowego ucznia! Gdyby wszyscy umieli tak zdrabniać, bylibyśmy jeszcze dwakroć więksi, niż jesteśmy! Pupa, pupa, pupa. Nie uwierzy pan, że dorośli, sztucznie przez nas zdziecinnieni i zdrobnieni, stanowią jeszcze lepszy element niż dzieci w stanie naturalnym? Pupa, pupa, bez uczniów nie byłoby szkoły, a bez szkoły życia by nie było! Polecam się pamięci i nadal, zakład mój bez wątpienia zasługuje na poparcie, metody nasze wyrabiania pupy nie mają sobie równych, a ciało nauczycielskie pod tym względem dobrane jest jak najstaranniej. Czy chciałby pan zobaczyć ciało? - Z największą przyjemnością - odparł Pimko - wiadomo wszak, iż nic tak nie wpływa na ducha jak ciało. - Dyrektor uchylił drzwi do kancelarii i obaj panowie zajrzeli dyskretnie, a ja z nimi. Przeraziłem się nie na żarty! W dużym pokoju za stołem siedzieli nauczyciele i popijali herbatę zagryzając bułką. Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć razem tylu i tak beznadziejnych staruszków. Większość chlipała donośnie, jeden ciamkał, drugi mlaskał, trzeci ciągnął, czwarty siorpał, piąty był smutny i łysy, a nauczycielce francuskiego łzawiły się oczy i wycierała je różkiem chusteczki. - Tak, panie profesorze - rzekł dyrektor z dumą - ciało jest starannie dobrane i wyjątkowo przykre i drażniące, nie ma tu ani jednego przyjemnego ciała, same ciała pedagogiczne, jak pan widzi - a jeżeli konieczność zmusza mnie czasem do zaangażowania jakiegoś młodszego nauczyciela, zawsze dbam o to, aby był obdarzony przynajmniej jedną odstręczającą właściwością. Tak, na przykład, nauczyciel historii jest, niestety, w sile wieku i na oko wydaje się znośny, ale niech pan tylko zauważy, jakiego ma zeza. - Tak, ale nauczycielka francuskiego wydaje się sympatyczna - rzekł poufale Pimko. - Jąka się i łzawi. - A, to co innego! Racja, nie zauważyłem w pierwszej chwili. Ale czy nie jest przypadkiem zajmująca? - Ale skąd, ja sam nie mogę z nią rozmawiać przez minutę, żeby dwa razy nie ziewnąć. - A, to co innego! Ale czy są dość taktowni, dość wyrobieni i świadomi doniosłości misji, żeby nauczać? - To najtęższe głowy w stolicy - odparł dyrektor - żaden z nich nie ma jednej własnej myśli; jeśliby zaś i urodziła się w którym myśl własna, już ja przegonię albo myśl, albo myśliciela. To zgoła nieszkodliwe niedołęgi, nauczają tylko tego, co w programach, nie, nie postoi w nich myśl własna. - Pupa, pupa - rzekł Pimko - widzę, że oddaję mego Józia w dobre ręce. Bo nie ma nic gorszego od nauczycieli osobiście sympatycznych, zwłaszcza jeśli przypadkiem mają osobiste zdanie. Tylko prawdziwie niemiły pedagog zdoła wszczepić w uczniów tę miłą niedojrzałość, tę sympatyczną nieporadność i niezręczność, tę nieumiejętność życia, które cechować winny młodzież, by stanowiła obiekt dla nas, rzetelnych pedagogów z powołania. Tylko za pomocą odpowiednio dobranego personelu zdołamy wtrącić w zdziecinnienie cały świat. - Tsss, tsss, tsss - odparł dyrektor Piórkowski ciągnąc go za rękaw - pewnie, pupa, ale ciszej, nie trzeba o tym zbyt głośno. - W tej chwili jedno ciało zwróciło się do drugiego ciała i spytało: - He, he, hm, no, co tam? Co tam, panie kolego? - Co tam? - odrzekło tamto ciało. - Staniało. - Staniało? - powiedziało pierwsze ciało. - Chyba podrożało? - Podrożało? - spytało drugie ciało. - Chyba cośkolwiek staniało. - Bułki nie chcą stanieć - mruknęło pierwsze ciało i schowało resztki nie dojedzonej bułki do kieszeni. - Trzymam ich na diecie - szepnął Piórkowski dyrektor - gdyż tylko wtedy są dostatecznie anemiczni. Tylko na pożywce anemii zakwitają w pełni krosty "age ingrat", wieku niewdzięcznego. Naraz nauczycielka kaligrafii, ujrzawszy w drzwiach dyrektora w towarzystwie obcego pana o bardzo doniosłym wyglądzie, zakrztusiła się herbatą i pisnęła przenikliwie: - Wizytator! Na to hasło wszystkie ciała zadrżawszy powstały i zbiły się w kupę jak stado kuropatw, dyrektor, nie chcąc płoszyć więcej, zamknął dyskretnie drzwi, po czym Pimko ucałował mnie w czoło i rzekł uroczyście: - No, Józiu, idź już do klasy, zaraz rozpocznie się lekcja, a ja przez ten czas rozejrzę się za jaką stancją dla ciebie i po lekcjach przyjdę odprowadzić cię do domu. - Chciałem protestować, lecz bezwzględny belfer tak mnie nagle zbelfrzył absolutnym belfrem swoim, że nie mogłem, i ukłoniwszy się poszedłem do klasy pełen nie wypowiedzianych protestów i szumu, w którym tonęły protesty. Klasa też szumiała. W ogólnym rozgardiaszu uczniowie zajmowali miejsca w ławkach i krzyczeli, jakby za chwilę mieli zamilknąć na zawsze. I nie wiadomo kiedy ukazał się na katedrze nauczyciel. Było to to samo ciało, wyblakłe i smutne, które w kancelarii wyraziło ważki pogląd, że staniało. Zasiadłszy na krześle nauczyciel otworzył dziennik, strząsnął pyłek z kamizelki, obrócił rękawy, żeby się na łokciach nie wytarły, zacisnął usta, stłumił coś w sobie i założył nogę na nogę. Następnie westchnął i spróbował przemówić. Hałasy wybuchnęły ze zdwojoną mocą. Krzyczeli wszyscy, za wyjątkiem chyba jednego Syfona, który pozytywnie wyciągał zeszyty i książki. Nauczyciel spojrzał na klasę, poprawił mankiet, zwęził usta, otworzył je i znowu zamknął. Uczniowie wrzasnęli. Nauczyciel zmarszczył się i skrzywił, obejrzał mankiety, pobębnił palcami, pomyślał o czymś dalekim - wyciągnął zegarek, położył go na pulpicie, westchnął, znów coś stłumił w sobie czy przełknął, a może ziewnął, dłuższy czas skupiał energię, wreszcie huknął dziennikiem w katedrę i krzyknął: - Dość tego! Proszę się uspokoić! Lekcja się zaczyna. Wtedy cała klasa (prócz Syfona i kilku jego zwolenników) jak jeden mąż objawiła nie cierpiącą zwłoki konieczność udania się do ubikacji. Nauczyciel, zwany pospolicie Bladaczką od szczególnie niezdrowej i ziemistej cery, uśmiechnął się kwaśno. - Dosyć! - krzyknął automatycznie. - Zwolnić was! Chciałaby dusza do raju? A dlaczego to mnie nikt nie zwolni? Dlaczego to ja muszę siedzieć? Siadać, nikogo nie zwalniam, Miętalskiego i Bobkowskiego zapisuję do dziennika, a jeżeli jeszcze który się odezwie, to wyzwę go do odpowiedzi! - Wówczas nie mniej niż siedmiu uczniów przedstawiło świadectwa, że z powodu takich to a takich chorób nie mogli przygotować lekcji. Prócz tego czterech zadeklarowało migrenę, jeden dostał wysypki, a jeden drgawek i konwulsji. - Tak - powiedział zawistnie Bladaczka - a dlaczego to mnie nikt nie da świadectwa, że z przyczyn od siebie niezależnych nie przygotowałem lekcji? Dlaczego mnie nie wolno mieć konwulsji? Dlaczego, pytam, nie mogę mieć konwulsji, tylko muszę siedzieć tu dzień w dzień oprócz niedziel? Precz, świadectwa są sfałszowane, choroby udane, siadać, znamy się na tym! - Ale trzech uczniów, najbardziej spoufalonych i wymownych, zbliżyło się do katedry i zaczęło opowiadać zabawną historię o Żydach i ptaszkach. Bladaczka zatkał uszy. - Nie, nie - jęczał - nie mogę, zlitujcie się, nie kuście, lekcja przecież, co by było, gdyby nas pan dyrektor przyłapał. Tu zatrząsł się, obejrzał niepewnie na drzwi i blady strach wypłynął mu na policzki. - A gdyby pan wizytator nas przyłapał? Panowie, uprzedzam, że wizytator jest w szkole! Właśnie!... Uprzedzam panów... Nie pora na głupstwa! - jęknął przestraszony. - Trzeba natychmiast zorganizować się wobec wyższej władzy. No... hm... który tam najlepiej opanował przedmiot? Tylko bez blagi, nie czas na żarciki! Pomówmy zupełnie szczerze. Co?! nikt nic nie umie? Zgubicie mnie! No, może jednak któryś, no, przyjaciele, śmiało, śmiało... Aa, Pylaszczkiewicz, mówicie? Bóg zapłać, Pylaszczkiewicz, zawsze miałem Pylaszczkiewicza za wartościowego. No, a co Pylaszczkiewicz najlepiej opanował? "Konrada Wallenroda"? Czy "Dziady"? A może ogólne rysy romantyzmu? Niech Pylaszczkiewicz wyzna mi. Syfon wszakże, już na dobre utwierdzony w chłopięciu, wstał i odpowiedział: - Przepraszam pana profesora. Jeżeli pan profesor wyzwie mnie do odpowiedzi przy panu wizytatorze, będę odpowiadał według najlepszej swojej wiedzy - ale obecnie nie mogę zdradzić, co opanowałem, gdyż zdradzając zdradziłbym samego siebie. - Syfon, zgubisz nas - ozwali się z przerażeniem inni - Syfon, wyznaj szczerze! - No, no, Pylaszczkiewicz - rzekł pojednawczo Bladaczka. - Dlaczego to Pylaszczkiewicz nie chce wyznać? Rozmawiamy przecież prywatnie. Niech Pylaszczkiewicz wyzna mi. Pylaszczkiewicz nie ma chyba zamiaru gubić mnie i siebie? Jeżeli Pylaszczkiewicz nie chce powiedzieć otwarcie, niech Pylaszczkiewicz da do zrozumienia. - Przepraszam pana profesora - odpowiedział Syfon - ale nie mogę wdawać się w żadne kompromisy, gdyż jestem bezkompromisowy i nie mogę sprzeniewierzać się sobie ani zdradzać siebie. I usiadł. - Tiu, tiu - mruknął nauczyciel - uczucia te przynoszą zaszczyt Pylaszczkiewiczowi. Ale niech Pylaszczkiewicz tego do serca nie bierze, ja tylko tak sobie prywatnie żartowałem. Oczywiście, oczywiście, paczyć się nie można, co to mamy na dzisiaj? - rzekł surowo i zajrzał do programu. - Aha! Wytłumaczyć i objaśnić uczniom, dlaczego Słowacki wzbudza w nas miłość i zachwyt? A zatem, panowie, ja wyrecytuję wam swoją lekcję, a potem wy z kolei wyrecytujecie swoją. Cicho! - krzyknął i wszyscy pokładli się na ławkach, rękami podpierając głowy, a Bladaczka, nieznacznie otworzywszy odnośny podręcznik, zacisnął usta, westchnął, stłumił coś w sobie i rozpoczął recytację. - Hm... hm... A zatem dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlaczego płaczemy z poetą czytając ten cudny, harfowy poemat "W Szwajcarii"? Dlaczego, gdy słuchamy heroicznych, śpiżowych strof "Króla Ducha", wzbiera w nas poryw? I dlaczego nie możemy oderwać się od cudów i czarów "Balladyny", a kiedy znowu skargi "Lilli Wenedy" zadźwięczą, serce rozdziera się nam na kawały? I gotowiśmy lecieć, pędzić na ratunek nieszczęsnemu królowi? Hm... dlaczego? Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był! Wałkiewicz! Dlaczego? Niech Wałkiewicz powtórzy - dlaczego? Dlaczego zachwyt, miłość, płaczemy, poryw, serce i lecieć, pędzić? Dlaczego, Wałkiewicz? Zdawało mi się, że Pimkę znów słyszę, ale Pimkę na skromniejszej pensji i bez tych rozległych horyzontów. - Dlatego, że wielkim poetą był! - powiedział Wałkiewicz, uczniowie wycinali scyzorykiem ławki albo robili małe kuleczki z papieru, najmniejsze, jak mogli, i wrzucali je do kałamarza. Był to niby staw i ryby w stawie, więc też łowili je na wędkę z włosa, ale nie udawało się, papier nie chciał chwytać. Więc włosem łechtali nos albo podpisywali się w zeszytach, raz za razem, to z zakrętasem, to bez, a jeden kaligrafował przez całą stronicę: - Dla_cze_go, dla_cze_go, dla_cze_go, Sło_wac_ki, Sło_wac_ki, Sło_wac_ki, wac_ki, wac_ki, Wa_cek, Wa_cek_Sło_wac_ki_i_musz_ka_pchła. Twarze im zbiedniały. Gdzież się podziało niedawne podniecenie, spory i dyskusje - paru tylko szczęśliwców zapomniało o bożym świecie nad Wallace'em. Nawet Syfon zmuszony był wytężyć całą siłę charakteru, żeby nie sprzeniewierzyć się swoim zasadom samodoskonalenia i samokształcenia, lecz umiał on się tak urządzić, że właśnie przykrość była mu źródłem rozkoszy, jako probierz siły charakteru. Inni zasię tworzyli wzgórki i dołki na dłoni i dmuchali w dołki z rosyjska - ech, ech, dołki, górki, dołki, górki. Nauczyciel westchnął, stłumił, spojrzał na zegarek i mówił. - Wielkim poetą! Zapamiętajcie to sobie, bo ważne! Dlaczego kochamy? Bo był wielkim poetą. Wielkim poetą był! Nieroby, nieuki, mówię wam przecież spokojnie, wbijcie to sobie dobrze w głowy - a więc jeszcze raz powtórzę, proszę panów: wielki poeta, Juliusz Słowacki, wielki poeta, kochamy Juliusza Słowackiego i zachwycamy się jego poezjami, gdyż był on wielkim poetą. Proszę zapisać sobie temat wypracowania domowego: "Dlaczego w poezjach wielkiego poety, Juliusza Słowackiego, mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza?" W tym miejscu wykładu jeden z uczniów zakręcił się nerwowo i zajęczał: - Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! Wcale się nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogę wyczytać więcej jak dwie strofy, a i to mnie nie zajmuje. Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca? - Wytrzeszczył oczy i usiadł, grążąc się w jakieś bezdenne przepaście. Naiwnym tym wyznaniem aż zakrztusił się nauczyciel. - Ciszej, na Boga! - syknął. - Gałkiewiczowi stawiam pałkę. Gałkiewicz zgubić mnie chce! Gałkiewicz chyba nie zdaje sobie sprawy, co powiedział? Gałkiewicz: Ale ja nie mogę zrozumieć! Nie mogę zrozumieć, jak zachwyca, jeśli nie zachwyca. Nauczyciel: Jak to nie zachwyca Gałkiewicza, jeśli tysiąc razy tłumaczyłem Gałkiewiczowi, że go zachwyca. Gałkiewicz: A mnie nie zachwyca. Nauczyciel: To prywatna sprawa Gałkiewicza. Jak widać, Gałkiewicz nie jest inteligentny. Innych zachwyca. Gałkiewicz: Ale, słowo honoru, nikogo nie zachwyca. Jak może zachwycać, jeśli nikt nie czyta oprócz nas, którzy jesteśmy w wieku szkolnym, i to tylko dlatego, że nas zmuszają siłą... Nauczyciel: Ciszej, na Boga! To dlatego, że niewielu jest ludzi naprawdę kulturalnych i na wysokości... Gałkiewicz: Kiedy kulturalni także nie. Nikt. Nikt. W ogóle nikt. Nauczyciel: Gałkiewicz, ja mam żonę i dziecko! Niech Gałkiewicz przynajmniej nad dzieckiem się ulituje! Gałkiewicz, nie ulega kwestii, że wielka poezja powinna nas zachwycać, a przecież Słowacki był wielkim poetą... Może Słowacki nie wzrusza Gałkiewicza, ale nie powie mi chyba Gałkiewicz, że nie przewierca mu duszy na wskroś Mickiewicz, Byron, Puszkin, Shelley, Goethe... Gałkiewicz: Nikogo nie przewierca. Nikogo to nic nie obchodzi, wszystkich nudzi. Nikt nie może przeczytać więcej niż dwie lub trzy strofy. O Boże! Nie mogę... Nauczyciel: Gałkiewicz, to jest niedopuszczalne. Wielka poezja, będąc wielką i będąc poezją, nie może nie zachwycać nas, a więc zachwyca. Gałkiewicz: A ja nie mogę. I nikt nie może! O Boże! Nauczycielowi pot kroplisty zrosił czoło, wyjął z pugilaresu fotografię żony i dziecka i próbował wzruszyć nimi Gałkiewicza, lecz ten powtarzał tylko w kółko swoje: "Nie mogę, nie mogę". I to przejmujące "nie mogę" rozpleniało się, rosło, zarażało, już z kątów dochodziły szmery: "My też nie możemy", i zagrażać jęła powszechna niemożność. Nauczyciel znalazł się w okropnym impasie. Lada sekunda mógł nastąpić wybuch - czego? - niemożności, lada moment dziki ryk niechcenia mógł porwać się i dopaść dyrektora i wizytatora, lada chwila gmach cały mógł runąć grzebiąc pod gruzami dziecko, a Gałkiewicz właśnie nie mógł, Gałkiewicz ciągle nie mógł i nie mógł. Nieszczęsny Bladaczka poczuł, że jemu także grozić zaczyna niemożnmość. - Pylaszczkiewicz! - krzyknął. - Niech Pylaszczkiewicz natychmiast wykaże mnie, Gałkiewiczowi i wszystkim w ogóle piękności którego z celniejszych ustępów! Prędzej, bo "periculum in mora"! Proszę uważać! Jeżeli kto piśnie, zarządzę ćwiczenie klasowe! Musimy móc, musimy móc, bo z dzieckiem będzie katastrofa! Pylaszczkiewicz podniósł się i zaczął recytować ustęp z poematu. I recytował. Syfon ani trochę nie uległ powszechnej, a tak nagłej niemożności, przeciwnie - mógł zawsze, gdyż właśnie z niemożności czerpał swoją możność. Recytował zatem i recytował ze wzruszeniem tudzież z właściwą intonacją i z uduchowieniem. Co więcej, recytował pięknie i piękność recytacji, wzmożona pięknością poematu i wielkością wieszcza oraz majestatem sztuki, przetwarzała się niepostrzeżenie w posąg wszelkich możliwych piękności i wielkości. Co więcej, recytował tajemniczo i pobożnie; recytował usilnie, z natchnieniem; i wyśpiewywał śpiew wieszcza tak właśnie, jak śpiew wieszcza winien być wyśpiewany. O, cóż za piękność! Jakaż wielkość, jakiż geniusz i jakaż poezja! Mucha, ściana, atrament, paznokcie, sufit, tablica, okna, o, już niebezpieczeństwo niemożności było zażegnane, dziecko było uratowane, a żona tak samo, już każdy się zgadzał, każdy mógł i prosił tylko, żeby przestać. Zarazem spostrzegłem, że sąsiad smaruje mi rękę atramentem - pomazał już sobie własne, a teraz zabierał się do moich, bo trudno było zdejmować buciki, ale cudze ręce były tym okropne, że właściwie takie same jak swoje, więc cóż z tego? - Nic. A cóż z nogami? Machać? I cóż z tego? Po kwadransie sam Gałkiewicz zajęczał, że dosyć, że już uznaje, że uchwycił, że cofa, zgadza się, przeprasza i może. - A widzi Gałkiewicz?! Nie ma to jak szkoła, gdy chodzi o wdrożenie uwielbienia dla wielkich geniuszów! A ze słuchaczy wydobywały się na wierzch dziwne rzeczy. Zniknęły różnice, wszyscy, czy to spod znaku Syfona, czy Miętusa, jednakowo wili się pod brzemieniem wieszcza, poety, Bladaczki i dziecka oraz otępienia. Gołe ściany i gołe czarne ławki szkolne z kałamarzem nie dostarczały ani krzty rozmaitości, przez okno widać było kawałek muru z jedną wystającą cegłą i wydłubanym na niej napisem: "Wyleciał". Przeto nie pozostawało nic innego do wyboru, jak tylko albo ciało pedagogiczne, albo własne. Ci zatem, którzy nie zatrudniali uwagi liczeniem włosów Bladaczki na czaszce i badaniem zawiłych sznurowadeł u jego bucików, starali się zliczyć własne włosy oraz zwichnąć szyję. Myzdral wiercił się, Hopek machinalnie klapał, Miętus miętolił się niejako w bolesnej prostracji, niektórzy zatapiali się w marzeniach, inni popadali w fatalny nałóg szeptania do siebie, inni obrywali guziki, niszczyli ubranie i wszędzie zakwitały dżungle i pustynie niesamowitych odruchów, dziwacznych czynności.Jeden jedyny perwersyjny Syfon prosperował tym lepiej, im większa była powszechna niedola, posiadał bowiem specjalny mechanizm wewnętrzny, za pomocą którego umiał bogacić się nawet ubóstwem. A nauczyciel, pomny na żonę i dziecko, nie ustawał: - Towiański, Towiański, Towiański, mesjanizm, Chrystus Narodów, znicz, ofiara, czterdzieści i cztery, natchnienie, cierpienia, odkupienie, bohater i symbol. - Słowa wchodziły przez uszy i dręczyły umysł, a twarze wykrzywiały się coraz przeraźniej, zrywały z pojęciem twarzy i zmiętoszone, znużone i wymaglowane, gotowe były przyjąć każdą twarz - z tych twarzy można było zrobić wszystko, co się zamarzyło - o, co za ćwiczenie wyobraźni! A rzeczywistość, też wymaglowana, też znużona, zmiętoszona, zdarta, niepostrzeżenie pomału zmieniała się w świat ideału, daj mi teraz marzyć, daj! Bladaczka: - Wieszczem był! Wieszczył! Panowie, zaklinam panów, a zatem jeszcze raz powtórzmy - zachwycamy się, gdyż był wielkim poetą, a czcimy, gdyż wieszczem był! Nieodzowne słowo. Cimkiewicz, proszę powtórzyć! - Cimkiewicz powtórzył: - Wieszczem był! Zrozumiałem, że muszę uciekać. Pimko, Bladaczka, wieszcz, szkoła, koledzy, wszystkie przeżycia od rana znienacka zakręciły mi się w głowie i wypadło - jak los na loterii - uciekać. Gdzie? Dokąd? - dokładnie nie zdawałem sobie sprawy, wiedziałem wszakże, że muszę uciekać, jeżeli nie mam paść ofiarą dziwactw, które zewsząd napierały. Ale zamiast uciekać, zacząłem kiwać palcem w bucie, a kiwanie było paraliżujące i niweczyło zamiary ucieczki, gdyż jakże tu uciekać kiwając jednocześnie palcem na parterze? Uciekać - uciekać! Uciec od Bladaczki, od fikcji i nudy - lecz w głowie miałem wieszcza, którego wcisnął mi Bladaczka, dołem kiwałem palcem, uciekać nie mogłem, a niemożność moja była większa jeszcze od niedawnej niemożności Gałkiewicza. Teoretycznie zdawało się - nic łatwiejszego, po prostu wyjść ze szkoły i nie wrócić, Pimko nie poszukiwałby mnie przez policję, tak daleko macki pedagogii pupiej chyba nie sięgały. Wystarczyło jedynie - chcieć. Ale chcieć nie mogłem. Bo do ucieczki potrzebna jest wola ucieczki, a skądże wziąć wolę, gdy się palcem kiwa i twarz zatraca się w grymasie nudy. I teraz zrozumiałem, czemu nikt z nich nie mógł uciekać z tej szkoły - oto ich twarze i całe postacie zabijały w nich możność ucieczki, każdy był więźniem swojego grymasu, i choć powinni byli uciekać, nie czynili tego, ponieważ nie byli już tym, czym być powinni. Uciekać znaczyło nie tylko - uciekać ze szkoły, lecz przede wszystkim uciekać od siebie, och, uciec od siebie, od smarkacza, którym uczynił mię Pimko, porzucić go, powrócić do mężczyzny, którym byłem! Jakże jednak uciekać od czegoś, czym się jest, gdzie znaleźć punkt oparcia, podstawę oporu? Forma nasza przenika nas, więzi od wewnątrz równie jak od zewnątrz. Miałem przeświadczenie, że gdyby choć na jedną chwilę rzeczywistość odzyskała prawa, nieprawdopodobna groteska mojej sytuacji rzuciłaby się w oczy tak jaskrawo, iż wszyscy krzyknęliby: "Co robi tutaj ten mężczyzna?!" Lecz na tle powszechnego dziwactwa ginęło poszczególne dziwactwo mojego przypadku. O, dajcie mi chociaż jedną twarz nie wykrzywioną, przy której mógłbym poczuć grymas mojej twarzy - ale naokoło widniały same twarze wywichnięte, sprasowane i przenicowane, w których moja odbijała się jak w krzywym zwierciadle - i dobrze przytrzymywała mnie rzeczywistość zwierciadlana! Sen? Jawa? Wtem Kopyrda, ów opalony, w spodniach flanelowych, co to na podwórku uśmiechnął się z wyższością, gdy padło słowo "Pensjonarka", nasunął się memu spojrzeniu. Równie obojętny wobec Bladaczki, co wobec sporu Miętusa z Syfonem, siedział niedbale pochylony i wyglądał dobrze - wyglądał normalnie - z rękami w kieszeniach, schludny, rześki, łatwy, trafny i przyjemny, siedział dość lekceważąco, nogę założył na nogę i patrzył na nogę. Jak gdyby nogami uchylał się szkole. Sen? Jawa? "Czyżby? - pomyślałem. - Czyżby nareszcie zwykły chłopiec? Nie chłopię i chłopak, ale chłopiec zwykły? Z nim może wróciłaby utracona możność..." Rozdział III Przyłapanie~ i dalsze miętoszenie Nauczyciel coraz częściej spoglądał na zegarek, uczniowie także wyjęli swe zegarki i patrzyli. Wreszcie zadźwięczał zbawczy dzwonek, Bladaczka przerwał w pół zdania i zniknął, audytorium ocknęło się i podniosło straszny wrzask - jeden jedyny Syfon pozostał cichy i skupiony, zatopiony w sobie. Zaledwie jednak ustąpił Bladaczka, problemat niewinności, stłumiony nudą wieszcza podczas lekcji, rozżarzył się na nowo. Uczniowie bezpośrednio z oficjalnych rojeń buchnęli twarzami w chłopię i w chłopaka, a rzeczywistość się pomału zmieniała w świat ideału, daj mi teraz marzyć, daj! Sam Syfon nie brał udziału w dyspucie, lecz jedynie siedział i piastował siebie - poplecznikom jego przywodził Pyzo, Miętusowi zasię sekundował Hopek. I oto ponownie w powietrzu dusznym i zgęszczonym zakwitły wypieki, spór się rozrastał - nazwiska licznych doktrynerów, rozmaite teorie wyskakiwały jak z procy, pędziły do boju, nad głowami rozgorączkowanych zmagały się światopoglądy, tam znowu hufiec dam uświadomionych i uświadamiających szarżował z zapalczywością neofitek płciowych na obskurantyzm prasy zachowawczej. "Endecja! - Bolszewizm! - Faszyzm! - Młodzież Katolicka! - Rycerze Miecza! - Lechici! - Sokoły! - Harcerze! - Czuj duch! - Czołem! - Czuwaj!" - padały słowa coraz wymyślniejsze. Okazało się, że każda partia polityczna faszerowała ich swoim specjalnym ideałem chłopca, a prócz tego poszczególni myśliciele nadziewali ich na własną rękę swoimi gustami i ideałami, poza tym zaś nadziani byli jeszcze kinem, romansem, gazetą. I dopieroż rozmaite typy chłopięcia, chłopaka, komsomolca, sportrsmana, młodzika, młodzianka, łobuza, estety, filozofa, sceptyka wystrzelały nad pobojowiskiem i plwały na siebie, niesłychanie podrażnione i rozczerwienione, a z dołu dolatywały tylko jęki i okrzyki: "Tyś naiwny!" "Nie, to tyś naiwny!" Bo te ideały wszystkie bez wyjątku były bezmiernie skąpe, ciasne, nieporęczne i niewydarzone; wyrzucali je z siebie w ferworze dysputy i cofali się jak katapulta, przerażeni tym, co wyrzucali, nie mogąc już cofnąć słów niewypierzonych, które padły. Zatraciwszy wszelki kontakt z życiem i z rzeczywistością, prasowani przez wszystkie odłamy, kierunki i prądy, traktowani wciąż pedagogicznie, otoczeni fałszem, dawali koncert fałszu! I co rusz, to głupio! fałszywi w patosie swoim, okropni w liryzmie, fatalni w sentymentalizmie, nieudolni w ironii, żarcie i dowcipie, pretensjonalni we wzlotach, obrzydliwi w swoich upadkach. I tak toczył się świat. Tak oto świat się toczył i urastał. Traktowani sztucznie, mogliż nie być sztuczni? A będąc sztuczni, czy mogli mówić w sposób niehańbiący? Więc niemożność straszna unosiła się w powietrzu dusznym, rzeczywistość pomału przetwarzała się w świat ideału i tylko jeden Kopyrda nie dawał się wciągnąć, obojętnie podrzucając pilnik od paznokci i patrząc na nogi... Tymczasem Miętus na boku z Myzdralem przygotowywał jakieś sznurki, a Myzdral zdjął nawet szelki. Ciarki przeszły mię po grzbiecie. Jeśliby Miętus przeprowadził swój plan uświadomienia Syfona przez uszy, to zaiste - rzeczywistość... rzeczywistość w koszmar się przemieni, pokraczność wzmoże się do tyla, że już ani mowy o ucieczce. Należało za wszelką cenę przeciwdziałać. Czy mogłem jednakże działać sam przeciwko wszystkim, i to w dodatku z palcem w bucie? Nie, nie mogłem. O, dajcie mi chociaż jedną twarz nie wykrzywioną! Zbliżyłem się do Kopyrdy. Stał w oknie patrząc na podwórko i gwiżdżąc przez zęby, w spodniach flanelowych, i zdawało się, że ten przynajmniej nie żywi sobie żadnych ideałów. Jak zacząć? - Oni chcą zgwałcić Syfona - rzekłem po prostu. - Może lepiej byłoby wyperswadować im. Jeżeli Miętus Syfona zgwałci, atmosfera w szkole stanie się zupełnie niemożliwa. I z trwogą czekałem, jak zabrzmi, jak zadźwięczy, jaki głos wyda Kopyrda... Lecz Kopyrda nie odpowiedział ani słowa, tylko równymi nogami, jak stał, wyskoczył przez okno na podwórko. Na podwórku dalej pogwizdywał przez zęby. Zostałem, zdezorientowany. Co to było? Uchylił się. Dlaczego wyskoczył zamiast odpowiedzieć? Nie było to normalne. I dlaczego nogi - dlaczego nogi w nim wysuwały się na plan pierwszy, na czoło? Nogi miał na czole. Potarłem czoło ręką. Sen? Jawa? Ale nie było czasu na myślenie. Miętus przyskoczył do mnie. Dopiero teraz spostrzegłem, że Miętus stojąc nie opodal podsłuchał, co mówiłem do Kopyrdy. - Co się wtrącasz? - krzyknął. - Kto ci pozwolił gadać o naszych sprawach z tym Kopyrdą? Jego to nic nie obchodzi! Nie waż się mówić z nim o mnie! Cofnąłem się o krok. Wybuchnął najgorszymi przekleństwami. Szepnąłem błagalnie: - Miętus, nie róbcie tego z Syfonem. Zaledwie to powiedziałem, wybuchnął: - Wiesz, gdzie go mam, a ciebie z nim razem? Mam was w du... żym poważaniu! - Nie róbcie tego - błagałem. - Nie pakujcie się w to! Czy ty nie widzisz siebie w tym? Słuchaj, czyś ty to sobie wyobraził? Czyś ty to zobaczył? Tu Syfon, na ziemi, związany, a ty dopiero uświadamiasz go, na siłę, przez uszy! Czy ty nie widzisz siebie w tym? Wykrzywił mi się jeszcze szkaradniej. - Widzę tylko, że i z ciebie niezłe chłopię! I ciebie Syfon przekabacił! A ja, wiesz, gdzie mam to wasze chłopię? Mam je w du... żym poważaniu! I kopnął mię w kostkę u nogi. Szukałem słów, których jak zawsze, nie było. - Miętus - szepnąłem. - Rzuć to... Przestań robić z siebie... Czy dlatego, że Syfon jest niewinny, ty musisz rozwiązły być? Rzuć to. Spojrzał. ,- Czego chcesz ode mnie? - Przestań się wygłupiać! - Przestań się wygłupiać? - bąknął. Oczy mu się zamgliły. - Przestać się wygłupiać - rzekł tęsknie. - Są przecie chłopaki, które się nie wygłupiają. Są chłopaki - synowie stróżów, czeladnicy i parobcy - wodę wożą albo jezdnię zamiatają... Dopieroż muszą śmiać się z Syfona i ze mnie, z naszych fidrygałek! - Zapadł w jedno z tych swoich bolesnych zamyśleń, na chwilę porzucił trywialność i robione chamstwo, twarz mu się rozkurczyła. Gdy wtem porwał się, jak przypieczony rozpalonym żelazem. - Pupa! Pupa! - krzyknął. - Nie, nie chcę dopuścić, żeby uczniów uważano za niewinnych. Syfona zgwałcić muszę przez uszy! D... d... d...! Ponownie spokraczniał do obrzydliwości i bluznął stekiem ohydy, aż cofnąłem się o krok. - Miętus - szepnąłem machinalnie w przerażeniu. - Uciekajmy! Uciekajmy stąd! - Uciec? Nadstawił uszu. Przestał bluzgać i spojrzał na mnie pytająco. Stał się normalniejszy - chwyciłem się tego jak tonący brzytwy. - Uciekajmy, uciekajmy, Miętus - szeptałem. - Rzuć to i uciekajmy! Zawahał się. Twarz jego jakby zwisła, niezdecydowana. A ja widząc, że myśl o ucieczce działa na niego dodatnio, i drżąc, żeby znowu nie popadł w pokraczność, szukałem na gwałt, czym by go zachęcić. - Uciec! Na swobodę! Miętus, do parobków! Znając jego tęsknotę do prawdziwego życia czeladników myślałem, że da się schwytać na wędkę parobka. Ach, wszystko jedno mi było, co mówię, szło już tylko o to, żeby go utrzymać z dala od groteski, żeby się nagle nie wykrzywił. Jakoż oczy mu się zaiskrzyły i szturchnął mnie po bratersku w bok. - Chciałbyś? - zapytał cicho, poufale. Roześmiał się cicho i czysto. Ja także się roześmiałem śmiechem cichym. - Uciec - mruknął - uciec... Do parobków... Do tych prawdziwych chłopaków, co nad rzeką konie pasą i kąpią się... I wówczas spostrzegłem rzecz straszną - oto na twarzy jego pojawiło się coś nowego - jakieś roztęsknienie, jakaś specjalna uroda chłopca szkolnego uciekającego do parobków. Z brutalności przerzucił się w śpiewność. Biorąc mnie za swego przestał się maskować i wydobył tęsknotę i liryzm. - Hej, hej - powiedział śpiewnie, cicho. - Hej, z parobkami razem jeść chleb czarny, na koniach oklep kłusować po łące... Wargi mu się rozchyliły gorzkim i dziwnym uśmiechem, ciało stało giętsze i smuklejsze, a w karku i w ramionach pojawiło się jakieś zaprzedanie. Był teraz chłopcem szkolnym roztęsknionym do swobody parobczaków - już otwarcie, z pominięciem wszelkich ostrożności, łysnął do mnie zębami. Cofnąłem się o krok. Znalazłem się w strasznym położeniu. Czy też miałem łysnąć? Jeżeli nie łysnę, gotów znowu parsknąć przekleństwami, ale jeśli łysnę... czy łyskanie nie było bodaj jeszcze gorsze, czy potajemna uroda, którą mi tutaj proponował, nie była bardziej groteskowa od jego brzydoty? Do licha, do licha, po cóż go rozmarzyłem tym parobkiem? W końcu nie łysnąłem, tylko złożyłem wargi i gwizdnąłem cicho, i tak staliśmy naprzeciw siebie łyskając i gwiżdżąc lub śmiejąc się cicho, a świat jakby się załamał i zorganizował na zasadzie chłopca łyskającego i uciekającego, gdy nagle ryk szyderczy zabrzmiał o dwa kroki od nas, ze wszystkich stron! Cofnąłem się o krok. Syfon, Pyzo, z dodatkiem pół tuzina innych syfonistów, trzymali się za niewinne brzuchy rechocząc i rycząc, z wyrazem twarzy pobłażliwym i złośliwym. - Czego?! - wykrzyknął Miętus, przyłapany. Lecz było za późno. Pyzo wrzasnął. - Ha, ha, ha! A Syfon zawołał: - Winszuję, Miętalski! Nareszcie wiemy, co w was siedzi! Przyłapaliśmy kolegę! O parobku kolega marzy! Po łące chciałby kłusować z parobkiem! Udajecie życiowego realistę, brutala, zwalczacie cudzy idealizm, a w głębi jesteście sentymentalni. Sentymentalista parobczański! Myzdral wrzasnął najordynarniej, jak mógł. - Milcz! Psiakrew! Cholera! Choroba! - Lecz było za późno. Żadne, nawet najgorsze, wymysły nie mogły wyratować Miętusa, zdybanego in flagranti potajemnych marzeń. Spłonął krwawym rumieńcem, a Syfon dorzucił tryumfująco i złośliwie: - Cudzy idealizm zwalcza, ale sam do parobków się wdzięczy. Teraz przynajmniej wiadomo, dlaczego czystość mu przeszkadza! Zdawało się, że Miętus rzuci się na Syfona - ale się nie rzucił. Zdawało się, że zmieżdży wymysłem hiperordynarnym, lecz nie zmiażdżył. Przyłapany in flagranti nie mógł - i stężał w zimnej, jadowitej uprzejmości. - Aha, Syfonie - zagadnął na pozór nonszalancko, by zyskać na czasie - to ty uważasz, że ja miny stroję? A ty nie stroisz min? - Ja? - odparł Syfon zaskoczony. - Ja nie stroję do parobków. - Tylko do ideałów? A, to mnie nie wolno do parobków, ale tobie wolno, bo ty do ideałów stroisz? Czy nie zechciałbyś spojrzeć na mnie? Pragnąłbym, jeżeli ci to przykrości nie sprawi, zobaczyć z frontu twoje oblicze. - Po co? - zapytał Syfon z niepokojem i wyciągnął chusteczkę od nosa, a Miętus nagle porwał mu tę chusteczkę i cisnął o ziemię: - Po co? Po to, że nie mogę znieść twojej twarzy! Przestań mieć tę minę szlachetną, czystą! A, to tobie wolno?... Przestań, mówię, bo ci się wykrzywię tak okropnie, że ci się odechce - odechce... już ja ci pokażę... pokażę ci... - Co mi pokażesz? - odparł. Lecz Miętus krzyczał jak w gorączce: - Pokażę! Pokażę! Pokaż mi, to ja ci pokażę! Dość gadania, nuże, pokaż nam to twoje chłopię zamiast gadać o nim, a ja też pokażę i zobaczymy, kto przed kim ucieknie! Pokaż! Pokaż! Dość frazesów, dość tych takich połowicznych, wstydliwych min, mineczek, miniąt delikatnych, panieńskich, co to człowiek sam przed sobą z nimi się ukrywa - diabli, diabli - wyzywam cię na wielkie, prawdziwe minasy, na miny całą gębą, a zobaczysz, pokażę ci takie, że twoje chłopię zemknie, gdzie pieprz rośnie! Dość gadania! Pokaż, pokaż, a ja też pokażę! Szaleńczy pomysł! Miętus wyzwał Syfona na miny. Wszyscy ucichli i spoglądali na niego jak na niespełna rozumu, a Syfon gotował się do ironicznej inwektywy. Lecz twarz Miętalskiego wyrażała taką zjadliwość diabelską, że uchwycono snadnie straszliwy realizm propozycji. Miny! Miny - to broń, a zarazem tortura! Tym razem bój miał się toczyć na ostre! Niektórzy zlękli się widząc, że Miętalski wyciąga na jaw to straszne narzędzie, którym dotąd każdy posługiwał się z największą oględnością, a swobodnie i jawnie chyba tylko przy drzwiach zamkniętych i przed lustrem. A ja cofnąłem się o krok, gdyż zrozumiałem, że doprowadzony do ostateczności, rozszalały, chce zbabrać minami nie tylko chłopię i Syfona, lecz także parobka, chłopaka, siebie, mnie i wszystko! - Tchórz cię obleciał? - zapytał Syfona. - Ja miałbym się wstydzić moich ideałów? - odparł nie mogąc wszakże ukryć lekkiego zmieszania. - Ja miałbym się bać? - ale głos drżał mu nieco. - A więc dobrze, Syfonie! Czas - dziś po lekcjach! Miejsce - tu w klasie! Wyznacz swoich arbitrów, ja swoimi mianuję Myzdrala i Hopka, a na superarbitra (tu diabelstwo w głosie Miętusa wezbrało) na superarbitra proponuję... tego nowego, który dziś przybył do szkoły. Będzie bezstronny. - Co? Mnie? Mnie proponował na superarbitra? Sen? Jawa? Ależ ja nie mogę! Nie mogę przecież! Nie chcę tego widzieć! Nie mogę patrzeć na to! Porwałem się do protestów, ale ogólna obawa ustąpiła miejsca wielkiemu podnieceniu, wszyscy zaczęli wrzeszczeć: "Dobrze! Dalej! Prędzej!" - jednocześnie zaś rozległ się dzwonek, do klasy wkroczył mały człowieczek z bródką i siadł na katedrze. Było to to samo ciało, które w kancelarii wyraziło w swoim czasie pogląd, że zdrożało, staruszek nadzwyczaj przyjazny, siwy gołąbek z małą purchawką na nosie. Śmiertelna cisza zaległa w klasie, gdy otworzył dziennik - rzucił rozjaśnionym okiem ku górze listy i wszyscy, co na A, zadrżeli - rzucił okiem na dół i wszyscy na Z zamarli ze strachu. Gdyż nikt nic nie umiał, zapomniano odpisać łacińskiego tłumaczenia z powodu dyskusji i oprócz Syfona, który już w domu sobie przygotował lekcję i mógł na każde żądanie, nikt nie mógł. Atoli staruszek, nie domyślając się wcale strachu, jaki wzbudzał, pogodnie błądził spojrzeniem po paciorku nazwisk, wahał się, zastanawiał i droczył się z sobą, aż w końcu wyrzekł ufnie: - Mydlakowski. Lecz wprędce okazało się, że Mydlakowski nie zdolen jest przetłumaczyć zadanego na dzisiaj Cezara, a co gorzej, nie wie, iż "animis oblatis" to "Ablativus absolutus". - O, panie Mydlakowski - rzekł łagodny starzec ze szczerym wyrzutem - pan nie wie, co znaczy "animis oblatis" i jaka to forma? Dlaczego pan nie wie? I postawił mu kica, okropnie zmartwiony, następnie zaś rozpromienił się i w nowym przypływie ufności wyzwał na ka Koperskiego sądząc, że wyróżnieniem uszczęśliwia, i zachęcając do szlachetnej emulacji wzrokiem i gestami, pełnymi najgłębszego zaufania. Lecz ani Koperski, ani Kotecki, ani Kapuściński, ani Kołek nawet nie wiedzieli, co znaczy "animis oblatis", wychodzili przed tablicę i milczeli niechętnie, milkliwie, a staruszek wyrażał przelotne rozczarowanie swoje zwięzłym sztykiem i znowu, jakby wczoraj przybyły z księżyca, jakby nie z tego świata, w przypływie wzmożonej ufności wyzywał oczekując za każdym razem, że wyróżniony i uszczęśliwiony godnie odpowie na wyzwanie. Nikt nie odpowiadał. Już blisko dziesięć pałek postawił w dzienniku, a przecież ciągle nie zdawał sobie sprawy, że ufność jego odtrącana jest martwym i zimnym przerażeniem, że nikt nie życzy sobie tej ufności - niezmiernie ufny staruszek! Na ufność tę nie było rady! Daremnie próbowano rozmaitych sposobów perswazji, na próżno przedstawiano świadectwa, wymówki, choroby, nauczyciel mówił ze zrozumieniem i współczuciem. - Co, panie Bobkowski! Pan z powodów od siebie niezależnych nie mógł przygotować lekcji? Niech pan się nie martwi, zapytam pana z dawniejszego tekstu. Co? I główka boli? A to doskonale, właśnie mam tu ciekawą maksymę "de malis capitis", jak znalazł dla pana. Co - i odczuwa pan konieczność natychmiastowego udania się do ubikacji? O, panie Bobkowski! I po cóż to? Przecież i to także znajduje się u starożytnych! Zaraz przedstawię panu słynny "passus" z księgi piątej, gdzie całe wojsko Cezara, zjadłszy nieświeżą marchew, uległo temuż przeznaczeniu. Całe wojsko! Całe wojsko, Bobkowski! I po cóż to samemu robić nieudolnie, jeśli ma się pod ręką taki genialny i klasyczny opis? Te księgi są życiem, panowie, są życiem! Zapomniano o Syfonie i Miętusie, zaprzestano sporów - starano się nie istnieć, starano się nie egzystować, uczniowie kurczyli się, szarzeli i nikli, wciągali w siebie brzuch, ręce i nogi, lecz nikt się nie nudził, o nudzie nawet mowy być nie mogło, gdyż wszyscy bali się ponuro, i każdy z bólem strachu oczekiwał, kiedy jego przyłapie wezwanie dziecięcej wiary, spasionej na tekstach. A twarze - jak to twarze - pod naporem trwogi przetwarzały się w cień, w iluzję twarzy, i nie wiadomo, co było wreszcie bardziej szalone, nieistotne, chimeryczne - twarze czy niepojęte "accusativy cum infinitivo", czy też piekielna ufność chorego z urojenia starca, i rzeczywistość się pomału zmieniała w świat ideału, daj mi teraz marzyć, daj! Atoli nauczyciel, udzieliwszy sztyka Bobkowskiemu i wyczerpawszy ostatecznie "animis oblatis" uroił sobie nowy problem - jak będzie "passivum futurum conditionalis" w trzeciej osobie liczby mnogiej od czasownika zwrotnego "colleo, colleavi, colleatum, colleare", i ta myśl zachwyciła go. - Niesłychanie ciekawa rzecz! - zawołał zacierając ręce. - Rzecz ciekawa i pouczająca! No, panowie! Problemat pełen finezji! Oto wdzięczne pole do wykazania sprawności intelektualnej! Bo jeśli od "olleare" jest "ollandus sim", to... no, no, no... panowie... - panowie znikali w przestrachu. - O, właśnie! No, no? "Collan... collan..." Nikt się nie odezwał. Staruszek, jeszcze nie tracąc nadziei, powtarzał swoje: "no, no" i "collan, collan", promieniał, kokietował zagadką, zachęcał, pobudzał i - jak umiał - wyzywał do wiedzy, do odpowiedzi, do szczęścia i zaspokojenia. Naraz ujrzał, że nikt nie chce, że tańczy do muru. Przygasł i rzekł głucho: - "Collandus sim! Collandus sim!" - powtórzył zgnębiony i upokorzony powszechnym milczeniem i dodał: - Jakże to, panowie? Czyżbyście naprawdę nie doceniali! Czyż nie widzicie, że "collandus sim" kształci inteligencję, rozwija intelekt, wyrabia charakter, doskonali wszechstronnie i brata z myślą starożytną? Bo zważcie, że jeśli od "olleare" jest "ollandus", to przecież od "colleare" musi być "collandus", bo "passivum futurum" trzeciej koniugacji kończy się na "dus, dus, us", z wyjątkiem jedynie wyjątków. "Us, us, us" - panowie! Nie może być nic logiczniejszego niż język, w którym wszystko, co nielogiczne, jest wyjątkiem! "Us, us, us", panowie - zakończył w zwątpieniu - cóż to za czynnik rozwoju! Wówczas zerwał się Gałkiewicz i zajęczał. - Tra, la, la, mama, ciocia! Jak to rozwija, kiedy nie rozwija? Jak to doskonali, gdy nie doskonali? Jak to wyrabia, kiedy nie wyrabia? O Boże, Boże - Boże, Boże! Nauczyciel: Co, panie Gałkiewicz? "Us" nie doskonali? Powiada pan, że końcówka ta nie doskonali? - że ta końcówka "passivi futuri" trzeciej koniugacji nie wzbogaca? Jakże to, Gałkiewicz? Gałkiewicz: Ten ogonek nie wzbogaca mnie! Ten ogonek mnie nie doskonali! Wcale! Tra, la, la. O Boże! Mama! Nauczyciel: Jak to nie wzbogaca? Panie Gałkiewicz, jeżeli ja mówię, że wzbogaca, to wzbogaca! Przecież ja mówię, że wzbogaca. Niech Gałkiewicz zaufa mi! Zwykły umysł nie pojmie tych wielkich korzyści! Żeby pojąć, trzeba samemu po długoletnich studiach stać się zgoła niezwykłym umysłem! Chryste Panie, wszak w ciągu ubiegłego roku przerobiliśmy siedemdziesiąt trzy wiersze z Cezara, w których to wierszach Cezar opisuje, jak ustawił swoje kohorty na wzgórku. Czyż te siedemdziesiąt trzy wiersze tudzież słówka nie objawiły Gałkiewiczowi mistycznie wszystkich bogactw antycznego świata? Czyż nie nauczyły stylu, jasności myślenia, precyzji wysłowienia i sztuki wojennej? Gałkiewicz: Niczego! Niczego! Żadnej sztuki. Ja tylko sztyka się boję. Ja tylko sztyka się boję! O, nie mogę, nie mogę! Zagrażać jęła powszechna niemożność. Nauczyciel spostrzegł, że i jemu grozi, i co gorzej, że jeżeli zdwojoną ufnością nie przezwycięży własnej nagłej nieufności, niemożności, zginie. - Pylaszczkiewicz! - zakrzyknął w rozpaczy opuszczony przez wszystkich samotnik. - Niech Pylaszczkiewicz bezzwłocznie zrekapituluje dorobek nasz za ostatnie trzy miesiące ukazując całą głębię myśli i rozkosze stylu, a ufam, ufam, Jezus, Maria, ufam! Syfon, który - jak się rzekło - mógł zawsze na każde żądanie, wstał i płynnie, z dużą łatwością rozpoczął: "- Następnego dnia Cezar, zwoławszy zebranie i zganiwszy zapalczywość i chciwość żołnierzy, ponieważ zdawało mu się, że oni sobie osądzili, według własnego mniemania, dokąd mają iść i co mają czynić, i że oni po daniu hasła do odwrotu postanowili, że nie będą mogli być powstrzymywani przez trybunów wojskowych i legatów, tłumaczył, jak wiele znaczy niedogodność miejsca, co odnosiło się do Avaricum, kiedy schwytawszy wrogów bez wodza i bez konnicy pewne zwycięstwo stracił i niemała nawet szkoda zdarzyła się w walce z powodu niedogodności miejsca. Jakże bardzo podziwiana jest wielkość duszy tych, których nie może opróżnić obwarowanie obozu, wysokość gór ani mury miasta, tak samo trzeba ganić zbytnią samowolę i śmiałość tych, którzy sądzą, że więcej od wodza wiedzą o zwycięstwie i wyniku rzeczy, i niemniej trzeba życzyć sobie u żołnierza skromności i umiarkowania jak męstwa i wielkoduszności. A potem idąc naprzód, postanowił i rozkazał, ażeby zatrąbić na odwrót, aby dziesięć legionów natychmiast wstrzymało się od walki, co zostało dokonane, ale żołnierze z pozostałych legionów nie usłyszeli dźwięku trąb, ponieważ oddzielała ich od pozostałego miejsca dość wielka dolina. Więc przez trybunów wojskowych i legatów, ponieważ tak było nakazane przez Cezara, byli powstrzymywani, lecz byli podnieceni nadzieją zwycięstwa, przewyższenia wrogów i ich ucieczki w czasie pomyślnej walki do tego stopnia, że nie wydawało im się trudne, co mogli dosięgnąć męstwem bez ucieczki, i nie wcześniej zatrzymali się, aż doszli do murów miasta i bram, wtedy zaś u wszystkich części miasta dał się słyszeć hałas, wskutek czego ci, którzy byli przerażeni nagłym krzykiem, sądzili, że wróg był już w bramie, i wybiegali z miasta." - "Collandus sim", panowie! "Collandus sim"! Co za jasność, co za język! Co za głębia, co za myśl! "Collandus sim", co za skarbnica mądrości! Ach, oddycham, oddycham! "Collandus sim" i wciąż, i zawsze, i aż do końca "collandus sim, collandus sim, collandus sim, collandus sim, collandus sim" - wtem zadźwięczał dzwonek i uczniowie wydali dziki wrzask, a staruszek zdziwił się i wyszedł. W tej samej chwili wszyscy z oficjalnych rojeń buchnęli twarzami w prywatne rojenia o chłopięciu, chłopaku, dyskusje zawrzały, a rzeczywistość się pomału w świat zmieniała ideału, daj mi teraz marzyć, daj! Umyślnie to zrobił! Umyślnie powołał mnie na superarbitra! Żebym musiał patrzeć, żebym widział. Zawziął się - babrząc siebie, mnie również chciał zbabrać, nie mógł znieść, że go przywiodłem do chwilowej słabości z parobkiem. Czyż mogłem narażać twarz swą na ten widok? Wiedziałem, że jeśli wchłonę to małpiarstwo, twarz moja przenigdy nie wróci do normy, bezpowrotnie przepadnie ucieczka, nie, nie, niech wyprawiają, co im się podoba, ale nie przy mnie, nie przy mnie! Kiwając nerwowo palcem w bucie, chwyciłem go za rękaw, spojrzałem błagalnie i szepnąłem: - Miętus... Odepchnął mnie. - O nie, mój chłoptysiu! Na nic! Jesteś superarbitrem, i koniec! Chłoptysiem mnie nazwał! Cóż za wstrętne słowo! Było to z jego strony okrucieństwo, pojąłem, że wszystko stracone i że całą parą dążymy do tego, czego się najwięcej obawiałem, do zupełnej pokraczności, do groteski. A tymczasem dzika, niezdrowa ciekawość opanowała nawet tych, którzy aż dotąd powtarzali obojętnie: - Azali Syfonus... - Chrapy rozdęły się, wypieki dobrze przypiekały i jasne się stało, że pojedynek na miny będzie pojedynkiem na ostre, na śmierć i życie, a nie na czcze słowa! Otoczyli obu zwartym kołem i krzyczeli w powietrzu ciężkim. - Zaczynać! Bierz go! Huzia! Dalej! Tylko jeden Kopyrda najspokojniej przeciągnął się, zabrał kajet i poszedł na nogach swych... Syfon siedział na swoim chłopięciu osowiały i nastroszony jak kura na jajach - widoczne było, że jednak trochę się zląkł i wolałby się wycofać! Za to Pyzo w lot ocenił niezmierne szanse, jakie dawały Syfonowi jego wyższego rzędu przekonania i zasady. - Mamy go! - szeptał mu do ucha i zagrzewał. - Nie pietraj się! Pomyśl o swoich zasadach! Ty masz zasady i zasadom gwoli będziesz mógł łatwo wytworzyć wszelkie miny w dowolnej ilości, on zaś nie ma zasad i będzie musiał wytwarzać gwoli sobie, nie - zasadom gwoli. Pod wpływem tych szeptów mina Pylaszczkiewicza zaczęła się poprawiać i wkrótce zajaśniała zupełnym spokojem, gdyż rzeczywiście zasady dawały mu taką moc, że mógł zawsze w dowolnej ilości. Co widząc Myzdral i Hopek odciągnęli Miętusa na bok i błagali, żeby nie narażał się na pewną klęskę. - Nie gub siebie i nas, od razu lepiej się poddaj - on jest o wiele bardziej miniasty od ciebie - Miętal, udaj, że się rozchorowałeś, zemdlej, a już potem jakoś się załagodzi, wytłumaczymy cię! Odpowiedział jedynie. - Nie mogę już, kości rzucone! Precz! Precz! Chcecie, żebym stchórzył? Wyrzućcie tych gapiów! To mnie denerwuje! Żeby mi nikt z boku się nie przypatrywał oprócz arbitrów i superarbitra. - Lecz mina mu zrzedła, a zawziętość na niej zmieszała się z wyraźną tremą, co tak kontrastowało ze spokojną pewnością Syfona, że Myzdral szepnął: - Marnie z nim - a wszystkim zrobiło się groźnie i wynieśli się chyłkiem, w milczeniu, starannie zamykając drzwi za sobą. Nagle w opustoszałej i zamkniętej klasie znaleźliśmy się w siedmiu, tj. oprócz Pylaszczkiewicza i Miętusa - Myzdral, Hopek, Pyzo, niejaki Guzek, drugi arbiter Syfona, no i ja pośrodku, jako superarbiter, oniemiały superarbiter arbitrów. I rozległ się ironiczny, choć groźbą brzemienny głos Pyzy, który cokolwiek pobladły odczytywał z karteczki warunki spotkania: - "Przeciwnicy staną naprzeciwko siebie i oddadzą serię min kolejnych, przy czym na każdą budującą i piękną minę Pylaszczkiewicza Miętalski odpowie burzącą i szpetną kontrminą. Miny - jak najbardziej osobiste, swoiste i wsobne, jak najbardziej raniące i miażdżące - stosowane być mają bez tłumika aż do skutku". Zamilkł - a Syfon i Miętus zajęli wyznaczone stanowiska, Syfon potarł policzki, Miętus ruszył szczęką - i Myzdral odezwał się podzwaniając zębami. - Możecie zaczynać! I właśnie gdy to mówił, że "mogą zaczynać", właśnie gdy powiedział, że "zaczynać mogą", rzeczywistość przekroczyła ostatecznie swe granice, nieistotność skulminowała się w koszmar, a zdarzenie z nieprawdziwego zdarzenia stało się zupełnym snem - ja zaś tkwiłem w samym środku przyłapany jak mucha w sieci, nie mogąc się ruszyć. Wyglądało, jak gdyby na drodze długiego ćwiczenia osiągnięto nareszcie stopień, na którym zatraca się twarz. Frazes przeistoczył się w grymas, a grymas - pusty, czczy, próżny, jałowy - złapał i nie puszczał. Nie byłoby dziwne, gdyby Miętus i Syfon ujęli twarze w ręce i cisnęli na siebie - nie, nic już nie mogło być dziwne. Zabełkotałem: - Miejcie litość nad swymi twarzami, miejcie litość nad moją przynajmniej, twarz nie jest przedmiotem, twarz podmiotem jest, podmiotem, podmiotem! - Ale już Syfon wystawił twarz i odwalił pierwszą minę tak gwałtownie, że i moja twarz skręciła się jak gutaperka. Mianowicie - zamrugał jak ktoś, kto wychodzi na światło z ciemności, rozejrzał się na prawo i lewo z nabożnym zdumieniem, zaczął przewracać gałkami ocznymi, wystrzelił nimi w górę, wybałuszył, otworzył usta, krzyknął z cicha, jakby coś tam dojrzał na suficie, przybrał wyraz zachwycenia i trwał w nim, w upojeniu i w natchnieniu; po czym przyłożył rękę do serca i westchnął. Miętalski skurczył się, skulił i uderzył w niego z dołu następującą przedrzeźniającą, druzgocącą kontrminą: także przewracał, także podniósł, wybałuszył, także rozdziawił w stanie cielęcego zachwycenia i obracał w kółko tak spreparowaną twarzą, póki do jadaczki nie wpadła mu mucha; wtenczas zjadł ją. Syfon nie zwracał na to uwagi, zupełnie jakby pantomina Miętusa nie istniała (miał bowiem nad nim tę wyższość, że dla zasad czynił, nie dla siebie), lecz wybuchnął płaczem gorącym, żarliwym i szlochał osiągając w ten sposób szczyt pokajania, objawienia i wzruszenia. Miętus też zaszlochał i szlochał tak długo i obficie, póki z nosa nie pojawiła mu się kapka - wówczas strząsnął ją do spluwaczki osiągając w ten sposób szczyt obrzydliwości. To zuchwałe bluźnierstwo przeciw najświętszym uczuciom wyprowadziło jednak Syfona z równowagi - nie wytrzymał, mimo woli dostrzegł i z tej irytacji, na marginesie szlochów, spiorunował śmiałka wściekłym spojrzeniem! Nieostrożny! Miętus tylko na to czekał! Gdy poczuł, że udało mu się ściągnąć na siebie wzrok Syfona z wyżyn, momentalnie wyszczerzył się i wypiął gębę tak obmierźle, że tamten, ugodzony do żywego, syknął. Zdawało się, że Miętus górą! Myzdral i Hopek wydali ciche westchnienie! Za wcześnie! Za wcześnie wydali! Bo Syfon - orientując się w porę, że niepotrzebnie zagalopował się na twarz Miętusa i że z irytacji własna zaczyna mu odmawiać posłuszeństwa - prędko się wycofał, doprowadził do porządku rysy, z powrotem wystrzelił wzrokiem w górę, a co więcej, wysunął naprzód jedną nogę, zwichrzył trochę włosy, kosmyk nieznacznie wypuścił na czoło i trwał tak samowystarczalnie, z zasadami i ideałami; po czym podniósł rękę i nieoczekiwanie wystawił palec wskazując wzwyż! Cios był bardzo gwałtowny! Miętus natychmiast wystawił ten sam palec i napluł na niego, podłubał nim w nosie, drapał się nim, spotwarzał, jak mógł, jak umiał, bronił się atakując, atakował broniąc się, ale palec Syfona ciągle, niezwyciężony, trwał na wysokościach. I nie skutkowało, że Miętus gryzł swój palec, wiercił nim w zębach, skrobał w piętę i robił wszystko, co w mocy ludzkiej, żeby go zohydzić - niestety, niestety - nieubłagany, niezwyciężony palec Pylaszczkiewicza trwał wymierzony w górę i nie ustępował. Położenie Miętalskiego stawało się straszne, gdyż wyczerpał już wszystkie swoje ohydy, a palec Syfona ciągle i ciągle wskazywał do góry. Groza ścięła arbitrów i superarbitra! Ostatecznym kurczowym wysiłkiem Miętus skąpał swój palec w spluwaczce i wstrętny, spotniały, czerwony, potrząsał nim rozpaczliwie przed Syfonem, lecz Syfon nie tylko nie zwrócił uwagi, nie tylko nawet nie drgnął palcem, ale jeszcze w dodatku twarz mu pokraśniała jak po burzy tęcza i odmalował się na niej siedmioma barwami cudny Orlik_Sokół oraz czyste, niewinne, nieuświadomione Chłopię! - Zwycięstwo! - krzyknął Pyzo. Miętus wyglądał okropnie. Cofnął się aż pod ścianę i rzęził,charczał, toczył pianę z pyska, złapał się za palec i ciągnął go, ciągnął chcąc wyrwać, wyrwać z korzeniem, odrzucić, zniszczyć tę wspólność z Syfonem, odzyskać niezależność! Nie mógł, choć ciągnął z całej mocy, bez względu na ból! NIemożność znowu dała się we znaki! A Syfon mógł zawsze, mógł bez przerwy, spokojny jak Niebo, z palcem wzniesionym do góry, nie gwoli Miętusowi naturalnie i nie gwoli sobie, lecz zasadom gwoli! O, co za potworność! Oto jeden wypaczony, wyszczerzony w jedną, drugi w drugą stronę! A pośród nich ja, superarbiter, na wieki chyba uwięziony, więzień cudzego grymasu, cudzego oblicza. Twarz moja, jakby zwierciadło ich twarzy, również pokraczniała, przerażenie, wstręt, zgroza żłobiły na niej niezatarte piętno. Pajac pomiędzy dwoma pajacami, jakże miałbym zdobyć się na coś, co by nie było grymasem? Palec mój u nogi tragicznie wtórował ich palcom, a ja grymasiłem, grymasiłem i wiedziałem, że zatracam siebie w tym grymasie. Nigdy już chyba nie ucieknę Pimce. Nie wrócę do siebie. O, co za potworność! I co za cisza straszna! Bo cisza chwilami była doskonała, żadnego szczęku oręża, wyłącznie miny i bezgłośne ruchy. Wtem rozdarł ją przeraźliwy wrzask Miętusa: - Trzymaj! Łapaj! Bij! Zabij! Co to? Czy jeszcze coś nowego? Czy jeszcze coś? Czy nie dosyć? Miętus spuścił palec, rzucił się na Syfona i strzelił go w gębę - Myzdral i Hopek rzucili się na Pyzę, Guzka i strzelili w gęby! Zakotłowało się. Kłębowisko ciał na podłodze, nad którym stałem nieruchomy jak superarbiter. Nie upłynęła minuta, a Pyzo i Guzek leżeli jak kłody, związani szelkami, Miętus zaś zasiadł okrakiem na piersiach Syfona i zaczął się chełpić strasznie. - No co, robaczku, ty Chłopię niewinne, ty myślałeś, że mnie zwyciężyłeś? Paluszek do góry i kontent, co? To ty, cacusiu (i użył najokropniejszych wyrażeń), łudziłeś się, że Miętus nie da sobie rady? Pozwoli owinąć się na twoim paluszku? A ja ci powiem, że jeśli nie można inaczej, to siłą ściąga się na dół paluszek! - Puszczaj... - wyrzęził Syfon. - Puścić! Zaraz cię wypuszczę! Zaraz cię wypuszczę, tylko nie wiem, czy zupełnie takim, jakim jesteś. Pogadamy sobie! Nadstaw uszko! Na szczęście jeszcze można dostać się do ciebie... na siłę... przez uszy... Już ja ci się dostanę do środka! Nadstaw, mówię, uszko! Poczekaj, niewiniątko, powiem ci coś... Nachylił się nad nim i poszeptał - Syfon zzieleniał, kwiknął jak zarzynane prosię i rzucił się jak ryba wyjęta z wody. Miętus go przydusił! I wytworzyła się pogoń na podłodze, gdyż gonić zaczął ustami to jedno, to drugie znów ucho Syfona, który turlając głową, uciekał z uszami - i zaryczał widząc, że nie może uciec, zaryczał, by zagłuszyć zabójcze, uświadamiające słowa, i ryczał ponuro, okropnie, stężał, zapamiętał się w rozpaczliwym i pierwotnym wrzasku, aż wierzyć się nie chciało, iżby ideały wydać mogły ryk podobny dzikiemu bawołu na puszczy. Oprawca zaś również zaryczał: - Knebel! Knebel! Knebel wsadź! Gapo! Co się gapisz? Knebel! Chusteczkę od nosa wsadź! To na mnie tak wrzeszczał. To ja miałem chusteczkę wsadzić! Bo Myzdral i Hopek siedzieli okrakiem, każdy na swoim arbitrze, ruszyć się nie mogli. Nie chciałem! Nie mogłem! Stałem nieruchomo i wstręt mnie zdjął do ruchu, do słowa i do wszelkiego w ogóle wyrazu. O, superarbiter! Trzydziestak, trzydziestak, gdzie trzydziestak mój, gdzie mój trzydziestak? Nie ma trzydziestaka! A tu nagle Pimko ukazuje się we drzwiach klasy i stoi - w bucikach żółtych, giemzowych, w płaszczu brązowym i z laską w dłoni - stoi... stoi. I stoi tak absolutnie, jakby siedział. Rozdział IV Przedmowa do~ "Filidora dzieckiem podszytego" Zanim podejmę dalszy ciąg tych prawdziwych wspomnień, pragnę tytułem dygresji zamieścić w następnym rozdziale opowiadanie pod nazwą "Filidor dzieckiem podszyty". Widzieliście, jak złośliwie dydaktyczny Pimko mnie upupił; widzieliście idealistyczne zakamarki inteligenckiej młodzieży naszej, niemożność życia, rozpacz dysproporcji, żałość sztuczności, ponurość nudy, śmieszność fikcji, mękę anachronizmu, szaleństwo pupy, twarzy oraz innych części ciała. Słyszeliście słowa, słowa, słowa ordynarne, walczące ze słowami wzniosłymi i inne słowa równie nieistotne, wygłaszane na lekcjach przez nauczycieli - i byliście niemymi świadkami, jak rzecz złożona ze słów nieistotnych skończyła się podle cudacznym grymasem. Tak już w zaraniu młodości człowiek wsiąka we frazes i w grymas. W takiej kuźni wykuwa się dojrzałość nasza. Za chwilę ujrzycie inną rzeczywistość, inny pojedynek - bój śmiertelny profesorów G. L. Filidora z Leydy oraz Momsena z Colombo (ze szlacheckim przydomkiem "anty_Filidora"). I tam także występują słowa tudzież poszczególne części ciała, nie należy jednak doszukiwać się ścisłego związku pomiędzy tymi dwiema częściami niniejszej całości; i ten, kto by mniemał, że włączając w me dzieło opowiadanie "Filidor dzieckiem podszyty" nie miałem na celu jedynie pewnego zapełnienia miejsca na papierze, nieznacznego zmniejszenia ogromu białych kart przed sobą, byłby w błędzie. Lecz gdyby specjalni znawcy i badacze, wyspecjalizowane Pimki od konstruowania pupy za pomocą wytykania braków konstrukcyjnych w dziele artystycznym, uczynili mi taki zarzut: że - ich zdaniem - pragnienie zapełniania miejsca jest racją prywatną i niedostateczną i nie godzi się wsadzać w utwór artystyczny wszystkiego, co się kiedykolwiek napisało, odpowiem, że w moim skromnym przekonaniu poszczególne części ciała oraz słowa stanowią wystarczającą więź konstrukcyjną estetyczno_artystyczną. I dowiodę, że konstrukcja moja pod względem ścisłości i logiki nie ustępuje najściślejszym i najbardziej logicznym konstrukcjom. Patrzcie - podstawowa część ciała, dobra, oswojona pupa jest podstawą, od pupy przeto zaczyna się akcja. Z pupy, jak z pnia głównego, rozchodzą się rozgałęzienia poszczególnych części, jako to palec u nogi, ręce, oczy, zęby, uszy, przy czym jedne części przechodzą nieznacznie w inne dzięki subtelnym i kunsztownym przetworzeniom. A twarz ludzka, zwana także w Małopolsce "papą", jest koroną, uliścieniem drzewa, które poszczególnymi częściami wyrasta z pnia pupy; papa zatem zamyka cykl poczęty przez pupę. Doszedłszy do papy cóż mi pozostaje, jak nie - zawrócić ku poszczególnym częściom, aby poprzez nie znowu dojść do pupy? - i temu właśnie ma służyć nowela "Filidor". "Filidor" jest nawrotem konstrukcyjnym, pasażem albo ściślej mówiąc - codą, jest to tryl, a raczej skręt, skręt kiszek, bez którego nigdy bym nie dostał się do lewej łydki. Czy nie żelazny to szkielet konstrukcyjny? Czy nie dość, by zaspokoić wymogi wyspecjalizowane najsubtelniej? A cóż dopiero, gdy wnikniecie w głębsze związki poszczególnych części, w rozmaite przejścia od palca do zębów, w mistyczne znaczenie niektórych ulubionych części, w sens - dalej - pojedynczych stawów, w całość części, zarówno jak we wszystkie części części? Zapewniam, jest to konstrukcja nieoszacowana pod względem zapełniania miejsca, badaniami wnikliwymi nad nią można zapełnić trzysta tomów zapełniając coraz więcej miejsca i coraz wyższe uzyskując miejsce, i rozsiadając się coraz wygodniej i obszerniej na swym miejscu. A czy lubicie puszczać bańki z mydła nad jeziorem o zachodzącym słońcu, kiedy karpie pluszczą się w wodzie i rybak w milczeniu siedzi przeglądając się w lustrzanej tafli? I polecam wam moją metodę nasilania przez powtarzanie, dzięki której powtarzając systematycznie niektóre słowa, zwroty, sytuacje oraz części nasilam je potęgując zarazem wrażenie jednolitości stylu do granic nieomal maniackich. Przez powtarzanie, przez powtarzanie najsnadniej tworzy się wszelka mitologia! Zważcie jednak, że taka cząstkowa konstrukcja nie tylko jest konstrukcją, jest właściwie całą filozofią, którą tu przedstawię w formie piankowej i lekkiej beztroskiego felietonu. Powiedzcie mi, jak sądzicie - czy zdaniem waszym czytelnik nie asymiluje części tylko i tylko częściowo? Czyta on część albo kawałek, a potem przerywa, by za jakiś czas przeczytać następny kawałek, a nieraz tak się zdarza, iż zaczyna od środka lub od końca posuwając się wstecz, ku początkowi. Nierzadko poczyta parę kawałków i rzuci, nie dlatego nawet, aby go nie zajmowało, ale że coś innego mu się nasunęło. A choćby wreszcie przeczytał całość - czy mniemacie, że obejmie ją wzrokiem i pozna się na stosunku i harmonii poszczególnych części, jeśli nie dowie się od specjalisty? Na to więc autor biedzi się latami, kroi, nagina, zrywa, łata, poci się i męczy, aby specjalista powiedział czytelnikowi, że dobra konstrukcja? Ale dalej idźmy, dalej, na teren codziennego prywatnego doświadczenia! Czy byle telefon albo byle mucha nie oderwie go od lektury akurat w tym miejscu, gdzie wszystkie poszczególne części zbiegają się w jedność dramatycznego rozwiązania? A cóż dopiero, jeśli w tym momencie brat jego (dajmy na to) wejdzie do pokoju i coś powie? Szlachetny trud pisarza idzie na marne wobec brata, muchy albo telefonu - fe, niedobre muszki, dlaczego kąsacie ludzi, którzy potracili już ogony i nie mają czym się opędzać? A dodatkowo weźmy jeszcze pod uwagę, czy to dzieło wasze, jedyne, wyjątkowe i wypracowane, nie jest tylko cząstką trzydziestu tysięcy innych dzieł, równie jedynych, pojawiających się w myśl zasady co rok prorok? Przeraźliwe części! Na to więc konstruujemy całość, aby cząstka części czytelnika wchłonęła cząstkę części dzieła, i to tylko częścią? Trudno nie igrać żarcikiem na ten temat. Żarcik sam się prosi. Albowiem od dawna nauczyliśmy się zbywać żartem to, co z nas żartuje sobie zbyt chłoszcząco. Czy kiedyś pojawi się geniusz powagi, który spojrzy w oczy realistycznym małostkom życiowym nie wybuchając tępawym chichotem? Czyja wielkość sprosta na koniec małostce? Ejże, ty tonie mój, tonie lekkiego felietonu! Ale zauważmy dalej (aby już do końca wychylić puchar cząstki), że owe kanony i zasady konstrukcji, którym ulegamy niewolniczo, są także wytworem części zaledwie, i to nader nikłej. Znikoma część świata, szczupłe grono specjalistów i estetów, światek nie większy od małego palca, który w całości mógłby zmieścić się w jednej kawiarni, wciąż tam między sobą się urabia wyciskając coraz bardziej wyrafinowane postulaty. Lecz, co gorzej, gusta te nie są właściwie gustami, nie, wasza konstrukcja smakuje im tylko w części, w dużo większej części smakuje im własne znawstwo w przedmiocie konstrukcji. Po toż zatem twórca usiłuje wykazać zdolność konstrukcyjną, aby znawca wykazać mógł swoje znawstwo w tym przedmiocie? Cicho, cyt, misterium, oto pięćdziesięcioletni twórca tworzy klęcząc przed ołtarzem sztuki z myślą o arcydziele, harmonii, precyzji, pięknie, duchu i przezwyciężeniu, oto znawca zna się pogłębiając tworzywo twórcy w pogłębionym studium, po czym dzieło idzie w świat do czytelnika - i to, co zostało poczęte z męką całkowitą i zupełną, przyjęte zostaje nad wyraz cząstkowo, pomiędzy telefonem i kotletem. Tu pisarz duszą, sercem, sztuką, trudem, męką karmi - a tu czytelnik wcale nie chce, a jeśli i zechce, to od niechcenia, tak sobie, póki nie odezwie się telefon. Drobne realia życiowe was gubią. Jesteście jak człowiek, który wyzwał smoka do walki, lecz którego mały pokojowy piesek zapędzi w kozi róg. A dalej, zapytam (aby jeszcze haust pociągnąć z pucharu cząstki), czy - zdaniem waszym - utwór skonstruowany w myśl wszystkich kanonów wyraża całość czy część tylko? Ba! Czyż wszelka forma nie polega na eliminacji, konstrukcja nie jest uszczupleniem, czy wyraz może oddać co innego jak tylko część rzeczywistości? Reszta jest milczeniem. Czy wreszcie my stwarzamy formę, czy ona nas stwarza? Wydaje się nam, że to my konstruujemy - złudzenie, w równej mierze jesteśmy konstruowani przez konstrukcję. To, co napisałeś, dyktuje ci sens dalszy, dzieło rodzi się nie z ciebie, chciałeś napisać to, a napisało ci się coś zupełnie odmiennego. Części mają skłonność do całości, każda część zmierza do całości po kryjomu, dąży do zaokrąglenia, poszukuje dopełnienia, doprasza się reszty na obraz i podobieństwo swoje. Umysł nasz wyławia z rozbełtanego oceanu zjawisk jakąś część, dajmy na to - ucho albo nogę, zaraz na początku dzieła nasuwa się nam pod pióro ucho albo noga i potem już nie możemy wybrnąć z części, dopisujemy do niej dalszy ciąg, ona nam dyktuje wszystkie pozostałe członki. Dokoła części owijamy się jak bluszcz dokoła dębu, początek zakłada koniec, a koniec - początek, środek zaś stwarza się między początkiem a końcem. Absolutna niemożność całości znamionuje ludzką duszę. Cóż tedy począć mamy z taką częścią, która się urodziła niepodobna do nas, jakby tysiąc jurnych, ognistych ogierów nawiedziło łoże matki naszego dziecięcia - ha, jedynie chyba dla uratowania pozorów ojcostwa musimy z całą potęgą moralną upodobnić się do naszego dzieła, gdy ono nie chce być do nas podobne. Ba, ba, pamiętam, znałem przed laty pisarza, któremu na wstępie kariery pisarskiej napisała się książka heroiczna. Całkiem przypadkowo w pierwszych zaraz słowach uderzył w klawisz heroiczny, choć mógł równie dobrze uderzyć w nutę sceptyczną albo i liryczną - ale pierwsze zdania wypadły heroicznie, wobec czego nie mógł, mając na względzie harmonię konstrukcji, nie wzmagać i stopniować heroizmu aż do końca. I póty zaokrąglał, gładził i udoskonalał, poprawiał i dopasowywał początek do końca, koniec do początku, aż wreszcie wynikł z tego utwór jak żywy i pełen najgłębszego przekonania. Cóż tedy miał zrobić z tym swoim najgłębszym przekonaniem? Czy można wyprzeć się najgłębszego przekonania? Czy twórca odpowiedzialny za słowo może wyznać, że to tylko tak mu się napisało heroicznie i po prostu tak wypadło heroicznie, że jego najgłębsze przekonanie nie jest bynajmniej jego przekonaniem, ale z zewnątrz mu jakoś nalazło, przylazło, oblazło i wlazło? Wykluczone! - Gdyż takie małostki, jak nalazło, napisało się, wypadło, oblazło, nie mieszczą się w wyższym stylu kulturalnym, co najwyżej, mogą stanowić namiastkę figlarnie nieobowiązującego i piankowego felietonu. Daremnie nieszczęsny heroik wstydził się i krył się, i próbował wymigać się od części, część, raz ucapiwszy, nie chciała popuścić, musiał przystosować się do swojej części. I póty upodabniał się do części, aż wreszcie pod koniec kariery pisarskiej był już zupełnie taki sam i heroiczny - cherlak heroizmu swego. I tylko unikał jak ognia kolegów i towarzyszy z czasów dojrzewania, ci bowiem nie mogli nie dziwić się całości, która tak ściśle do części się dopasowała. I wołali na niego: - Hej, Bolek! A pamiętasz ten paznokieć... Ten paznokieć... Bolek, Bolek, Boluś, paznokieć pamiętasz na zielonej łące? Paznokieć? Paznokieć, Bolo, gdzie jest? Te zatem są zasadnicze, kapitalne i filozoficzne racje, które mnie skłoniły do zbudowania dzieła na fundamencie poszczególnych części - ujmując dzieło jako cząstkę dzieła - i traktując człowieka jako związek części - podczas gdy ludzkość całą ujmuję jako mieszaninę części i kawałków. Ale gdyby ktoś zrobił mi taki zarzut: że ta cząstkowa koncepcja nie stanowi, Bogiem a prawdą, żadnej koncepcji, a tylko bzdurę, kpinę, nabieranie gości, i że ja, zamiast poddawać się surowym prawidłom i kanonom sztuki, próbuję wykpić się im ową kpiną - odpowiedziałbym, że tak, że właśnie, że takie, a nie inne są moje zamiary. I - na Boga - nie waham się przyznać - ja pragnę uchylić się tyleż waszej Sztuce, panowie, której nie mogę znieść, ile wam samym... ponieważ i was nie mogę znieść z waszymi koncepcjami, z waszą artystyczną postawą i całym waszym światkiem artystycznym. Panowie, istnieją na ziemi środowiska mniej lub więcej śmieszne, mniej lub więcej hańbiące, zawstydzające i upokarzające - a także ilość głupoty nie jest wszędzie ta sama. Tak na przykład środowisko fryzjerów wydaje się na pierwszy rzut oka bardziej podatne głupocie niż środowisko szewców. Ale to, co się dzieje w środowisku artystycznym świata, bije wszystkie rekordy głupoty i hańby - i do tego stopnia, że człowiek jako tako przyzwoity i zrównoważony nie może nie pochylić czoła objętego pożarem wstydu wobec tej dziecinnej i pretensjonalnej orgii. O, te śpiewy natchnione, których nikt nie słucha! O, te mądrzenia się znawców i zapał na koncertach i wieczorach poetyckich, i owe inicjacje, waloryzacje, dyskusje i twarze tych osób, gdy deklamują lub słuchają celebrując wspólnie misterium piękna! Na mocy jakiejś bolesnej antymonii wszystko, co robicie lub mówicie, na tym właśnie terenie przemienia się w śmieszność? Gdy w ciągu wieków jakieś środowisko popada w takie konwulsje głupoty, można z całą pewnością dojść do wniosku, że jego koncepcje nie odpowiadają rzeczywistości, że po prostu faszeruje się ono fałszywymi koncepcjami. I bez wątpienia koncepcje artystyczne wasze osiągnęły szczyt naiwności koncepcyjnej; i jeśli chcecie wiedzieć, jak i w jakim sensie należałoby je zrewidować, mogę to wam zaraz powiedzieć - ale trzeba, byście nadstawili uszu. Czegóż właściwie pożąda ten, kto w naszych czasach poczuł powołanie do pióra, pędzla lub klarnetu? On przede wszystkim pragnie być artystą. Pragnie tworzyć Sztukę. Marzy mu się, że Pięknem, Dobrem i Prawdą będzie sycił siebie i współobywateli, chce być kapłanem i wieszczem ofiarowując skarb swego talentu ludzkości spragnionej. A także, być może, pragnie oddać talent w służbę idei oraz Narodu. Jakże szczytne cele! Cóż za wspaniałość zamierzeń! Czyż nie taka była rola Szekspirów, Szopenów? Lecz zważcie, i w tym cały szkopuł, że wy jeszcze nie jesteście Szopenami ani Szekspirami - że jeszcze nie staliście się w pełni jako artyści i kapłani sztuki - i że co najwyżej w obecnej fazie waszego rozwoju jesteście li tylko półszekspirami i ćwierćszopenami (o, przeklęte części!) - i że wobec tego taka pretensjonalna postawa obnaża jedynie waszą nędzną niedostateczność - i że to wygląda, jakbyście chcieli gwałtem wyskoczyć na piedestał pomnika narażając na szwank wasze cenne i wrażliwe części ciała. Wierzcie mi: jest wielka różnica między artystą, który już się urzeczywistnił, a zgrają półartystów i ćwierćwieszczów, którzy dopiero pragną się urzeczywistnić. I to, co przystoi artyście już wykończonemu w całym profilu swoim, w was inny ma wydźwięk. Ale wy, zamiast stworzyć sobie koncepcję na własną miarę i wedle własnej rzeczywistości, stroicie się w cudze piórka - i oto dlaczego stajecie się aspirantami, wiecznie nieudolnymi, wiecznie na tę trójczynę, wy, słudzy i naśladowcy, hołdownicy i wielbiciele Sztuki, która was trzyma w przedpokoju. Zaprawdę, straszne jest widzieć, jak się staracie i jak wam się nie udaje, jak za każdym razem mówią wam, że jeszcze nie całkiem, a wy znowu pchacie się z nowym utworem, i jak usiłujecie wmuszać te utwory, jak ratujecie się okropnymi drugorzędnymi sukcesinami, rozdajecie sobie komplimenty, urządzacie wieczorki artystyczne, wmawiacie w siebie i w innych coraz nowe upozorowanie własnej nieudolności. I nawet nie macie tej pociechy, aby dla was samych to, co piszecie i fabrykujecie, miało jakiekolwiek znaczenie. Bo to wszystko, powtarzam, jest tylko naśladownictwem, jest to podpatrzone u mistrzów - to nic innego jak tylko przedwczesne złudzenie, że już się jest cennym, już się jest wartością. Sytuacja wasza jest fałszywa, a będąc fałszywą, musi rodzić gorzkie owoce - i już w waszym gronie rośnie wzajemna niechęć, lekceważenie, złośliwość, każdy pogardza drugim i sobą w dodatku, jesteście bractwem samopogardy - aż wreszcie sami zlekceważycie się na śmierć. Bo na czymże właściwie polega sytuacja drugorzędnego pisarza, jeśli nie na jednym wielkim odpaleniu? Pierwsze nielitościwe odpalenie wymierza mu zwykły czytelnik, który zdecydowanie nie chce lubować się jego utworami. Drugie i haniebne odpalenie wymierza mu własna jego rzeczywistość, której nie zdołał wyrazić. A trzecie odpalenie i kopnięcie, najhaniebniejsze ze wszystkich, spotyka go od strony sztuki, do której się schronił, a która gardzi nim jako nieudolnym i niedostatecznym. I to wypełnia miarę hańby. Tu już zaczyna się kompletna bezdomność. To sprawia, że drugorzędny staje się przedmiotem pośmiewiska ze wszystkich stron, wzięty w krzyżowy ogień odpalenia. Zaprawdę, czegóż można się spodziewać po człowieku odpalonym po trzykroć, i za każdym razem haniebniej? Czyż człowiek tak oporządzony nie powinien wyjechać, ukryć się gdzieś, aby go nie widziano? Czy niedostateczność, paradująca w biały dzień, żądna honorów, może być zdrowa i czy nie musi sprowokować natury do czkawki? Lecz naprzód odpowiedzcie mi - czy, zdaniem waszym, bery lepsze są i bardziej soczyste od ananasówek, czy raczej tamtym skłonni jesteście oddać pierwszeństwo przed tymi? I czy lubicie pojadać je siedząc wygodnie w trzcinowych fotelach na werandzie? Hańba, hańba, panowie, i hańba, hańba! Nie jestem filozofem i teoretykiem, nie - ja o was mówię, mam na myśli wasze życie, zrozumcież, mnie męczy jedynie wasza osobista sytuacja. Nie można się oderwać. O, ta niemożność przecięcia pępowiny łączącej z odpaleniem człowieczym! Dusza odpalona - kwiat nie wywąchany - cukierki, które chciały smakować i nie smakowały - kobieta wzgardzona - zawsze sprawiały mi boleść wprost fizyczną, nie umiem ścierpieć tego niezaspokojenia - i gdy spotkam na mieście któregoś z artystów i widzę, jak zwykłe odpalenie leży u podstawy jego egzystencji, jak każdy ruch, słowo, wiara, entuzjazm, przecinek, obraza, duma, litość, ból zalatują zwykłym nieprzyjemnym odpaleniem, wstyd mi. A wstyd mi nie dlatego, bym mu współczuł, lecz że z nim współżyję, że jego chimeryczność mnie dotyka i tak samo dotyka każdego, do czyjej świadomości przeniknęła. Wierzcie, najwyższy czas opracować i ustalić postawę drugorzędnego pisarza, inaczej bowiem wszystkim ludziom zrobi się niedobrze. Nie jestże to dziwne, że osoby, poświęcające się "ex professo" formie i - sądzić by można - wrażliwe na styl, godzą się bez protestu na taką sytuację, fałszywą i pretensjonalną? Czyż nie rozumiecie, że właśnie z punktu widzenia formy, stylu nie ma nic fatalniejszego w skutkach - gdyż ten, kto się znajduje w sztucznej sytuacji, w tandetnym ze wszech miar położeniu, nie może wypowiedzieć jednego słówka, które by nie było tandetą? Jakaż tedy - zapytacie - ma być nasza koncepcja, iżbyśmy zdołali wypowiadać się w sposób odpowiadający naszej rzeczywistości, a zarazem bardziej suwerenny? Panowie, nie leży w waszych możliwościach przekształcenie się, ot tak, z wtorku na środę, w dojrzałych mistrzów - a jednak moglibyście w pewnej mierze uratować godność oddalając się od Sztuki, która wam pupę tak kłopotliwą przyprawia. Przede wszystkim zerwijcie raz na zawsze z tym słowem: sztuka, a także z tym drugim: artysta. Przestańcie nurzać się w tych słowach, które powtarzacie z nieskończoną monotonią. Czyż nie jest tak, że każdy jest po trosze artystą? Nie jestże prawdą, że ludzkość tworzy sztukę nie tylko na papierze lub na płótnie, ale w każdym momencie życia codziennego - i gdy dziewczę wpina kwiat we włosy, gdy w rozmowie wypsnie się wam żarcik, gdy roztapiamy się w zmierzchowej gamie światłocienia, czymże to wszystko jest, jeśli nie praktykowaniem sztuki? Po cóż więc ten podział dziwaczny i bzdurny na "artystów" i resztę ludzkości? I czyż nie byłoby zdrowiej, gdybyście, zamiast mienić się dumnie artystami, mówili po prostu: "Ja może nieco więcej niż inni zajmuję się sztuką"? A dalej, na cóż wam ten cały kult dla sztuki, która zawiera się w tak zwanych "dziełach" - skąd wam się ubzdurzyło i przyśniło, że człowiek tak bardzo podziwia dzieła sztuki i że omdlewamy z niebiańskiej rozkoszy słuchając fugi Bacha? Czyż nigdy nie przyszło wam do głowy, jak dalece jest nieczysta, mętna, niedojrzała owa artystyczna dziedzina kultury - dziedzina, którą chcecie zamknąć w waszej frazeologii symplistycznej? Błąd, który nachalnie i nagminnie popełniacie, polega w pierwszym rzędzie na tym: że redukujecie obcowanie człowieka ze sztuką wyłącznie do emocji artystycznej, ujmując zarazem to obcowanie w jego aspekcie skrajnie indywidualistycznym, jakby każdy z nas przeżywał sztukę na własną rękę, nogę, w hermetycznym odosobnieniu od innych ludzi. Lecz w rzeczywistości mamy tu do czynienia z mieszanką, złożoną z wielu emocji tudzież z wielu ludzi, którzy, wzajemnie na siebie oddziaływując, wytwarzają zbiorowe przeżycie. Tak więc, gdy na estradzie pianista bębni Szopena, mówicie, że czar Szopenowskiej muzyki w kongenialnej interpretacji genialnego pianisty oczarował słuchaczy. Lecz, być może, w rzeczywistości żaden ze słuchaczy nie został oczarowany. Nie jest wykluczone, że gdyby im nie było wiadome, że Szopen jest wielkim geniuszem, a pianista - również, z mniejszym wysłuchaliby żarem tej muzyki. Jest możliwe również, że jeśli każdy z nich, blady z entuzjazmu, bije brawo, krzyczy i się miota, należy przypisać to temu, iż inni także miotają się krzycząc; albowiem każdy z nich myśli, że inni doznają straszliwej rozkoszy, nadziemskiego wzruszenia, wobec czego i jego wzruszenie zaczyna rosnąć na cudzych drożdżach; i w ten sposób łatwo może się wydarzyć, że choć nikt na sali nie został bezpośrednio zachwycony, wszyscy przejawiają oznaki zachwytu - ponieważ każdy przystosowuje się do swych sąsiadów. I dopiero gdy wszyscy w kupie podniecą się między sobą należycie, dopiero wówczas, mówię, te oznaki wywołują w nich wzruszenie - musimy bowiem przystosowywać się do naszych oznak. Lecz także jest pewne, że uczestnicząc w owym koncercie, wypełniamy coś w rodzaju aktu religijnego (zupełnie jakbyśmy asystowali Mszy świętej), pobożnie klęcząc przed Bóstwem artyzmu; w tym wypadku przeto nasz podziw byłby tylko aktem hołdu i wypełnieniem obrządku. Któż jednak mógłby powiedzieć, ile w tej Piękności jest prawdziwego piękna, a ile historyczno_socjologicznych procesów? Ba, ba, wiadomo, ludzkość potrzebuje mitów - ona wybiera sobie tego lub owego ze swoich licznych twórców (któż jednak zdołałby zbadać i wyświetlić drogi tego wyboru?) i oto wynosi go ponad innych, zaczyna uczyć się go na pamięć, w nim odkrywa swoje tajemnice, jemu podporządkowuje uczucie - ale gdybyśmy z tym samym uporem zabrali się do wywyższania innego artysty, on stałby się naszym Homerem. Czy nie widzicie zatem, ile najróżnorodniejszych i często pozaestetycznych czynników (których wyliczenie mógłbym monotonnie przedłużać w nieskończoność) składa się na wielkość artysty i dzieła? I to mętne, skomplikowane i trudne współżycie nasze ze sztuką chcecie zawrzeć w naiwnym frazesie, że "poeta, natchniony, śpiewa, a słuchacz, zachwycony, słucha"? Porzućcie zatem owo cackanie się ze sztuką, porzućcie - na Boga! - cały ten system wydymania jej, wyolbrzymiania; i zamiast upajać się legendą, pozwólcie, aby fakty was stwarzały. I już to jedno powinno by przysporzyć wam niezłej ulgi, otwierając was na Rzeczywistość - ale zarazem pozbądźcie się lęku, że to zuboży wam i skurczy ducha - albowiem Rzeczywistość jest zawsze bogatsza od naiwnych iluzji i kłamliwych fikcji. I zaraz ukażę wam, jakie to bogactwa oczekują was na nowej drodze. To pewne, że sztuka polega na doskonaleniu formy. Lecz wy - i tu objawia się inny wasz błąd kardynalny - wyobrażacie sobie, że sztuka polega na stwarzaniu dzieł doskonałych pod względem formy; ów niezmierzony i wszechludzki proces stwarzania formy sprowadzacie do produkcji poematów lub symfonii; i nawet nie umieliście nigdy wyczuć należycie oraz wyjaśnić innym, jak olbrzymia jest rola formy w naszym życiu. Nawet w psychologii nie umieliście zapewnić formie należnego miejsca. Jak dotychczas, wciąż wam się wydaje, że to uczucia, instynkty, idee rządzą naszym zachowaniem, a formę skłonni jesteście uważać za powierzchowny dodatek i zwykłą ozdóbkę. I gdy wdowa, idąc za trumną męża, do rozpuku szlocha, sądzicie, że szlocha, ponieważ ciężko odczuwa swą stratę. Gdy jakiś inżynier, lekarz lub adwokat zamorduje swą żonę, dzieci albo przyjaciela, uważacie, że dał się porwać swym krwawym instynktom. Gdy zaś jakiś polityk głupio się wypowie, uznacie, że głupi, ponieważ same głupstwa mówi. Lecz w Rzeczywistości sprawa przedstawia się, jak następuje: że istota ludzka nie wyraża się w sposób bezpośredni i zgodny ze swoją naturą, ale zawsze w jakiejś określonej formie i że forma owa, ów styl, sposób bycia nie jest tylko z nas, lecz jest nam narzucony z zewnątrz - i oto dlaczego ten sam człowiek może objawiać się na zewnątrz mądrze albo głupio, krwawo lub anielsko, dojrzale albo niedojrzale, zależnie od tego, jaki styl mu się napatoczy i jak uzależniony jest od innych ludzi. A jeśli robaki, owady cały dzień uganiają się za pożywieniem, my bez wytchnienia jesteśmy w pościgu za formą, użeramy się z innymi ludźmi o styl, o sposób bycia nasz, i jadąc tramwajem, i jedząc, zabawiając się lub wypoczywając, lub załatwiając interesy - zawsze, bez przerwy szukamy formy i rozkoszujemy się nią lub cierpimy przez nią i przystosowujemy się do niej lub gwałcimy i rozbijamy ją, lub pozwalamy, aby ona nas stwarzała, amen. O, potęga Formy! Przez nią umierają narody. Ona wywołuje wojny. Ona sprawia, że powstaje w nas coś, co nie jest z nas. Lekceważąc ją nie zdołacie nigdy pojąć głupoty, zła, zbrodni. Ona rządzi naszymi najdrobniejszymi odruchami. Ona jest u podstawy życia zbiorowego. Jednakże dla was Forma i Styl wciąż jeszcze są pojęciami z dziedziny ściśle estetycznej - dla was styl jest li tylko stylem na papierze, stylem waszych opowiadań. Panowie, któż wypoliczkuje pupę, którą ośmielacie zwracać do ludzi klękając przed ołtarzem sztuki? Forma nie jest dla was czymś żywym i ludzkim, czymś - rzekłbym - praktycznym i codziennym, a tylko odświętnym jakimś atrybutem. Pochylając się nad waszym papierem zapominacie o własnej osobie - i nie zależy wam na doskonaleniu waszego osobistego i konkretnego stylu, a tylko uprawiacie jakąś abstrakcyjną stylizację w próżni. Zamiast aby sztuka wam służyła, wy służycie sztuce - i z owczą łagodnością zezwalacie, iżby wam hamowała rozwój i wpychała w piekło indolencji. Spójrzcie teraz, jak odmienna byłaby postawa tego, kto zamiast sycić się frazeologią rozmaitych konceptualistów, świeżym spojrzeniem ogarnąłby świat w zrozumieniu bezdennego znaczenia formy w naszym życiu. Jeśliby ujął za pióro, to już nie po to, aby stać się Artystą, lecz aby - powiedzmy - wyrazić lepiej swoją osobowość i wytłumaczyć ją innym osobom; lub też aby uładzić się lepiej wewnętrznie, a także, być może, aby pogłębić, zaostrzyć stosunki swe z innymi ludźmi mając na uwadze niezmierny i twórczy wpływ innych dusz na naszą duszę; lub na przykład starałby się wywalczyć sobie świat taki, jakim mieć go chce i jaki mu do życia nieodzowny. Rzecz jasna, nie będzie szczędził wysiłków, aby dzieło artycznym powabem przyciągało i podbijało innych - ale głównym jego celem już nie będzie sztuka, lecz tylko własna osoba. I mówię "własna", a nie "cudza", ponieważ czas już, abyście przestali mieć się za wyższe istoty, które mogą kogokolwiek pouczać, oświecać, prowadzić, uwzniaślać oraz umoralniać. Któż wam zagwarantował tę wyższość? Gdzie jest powiedziane, że już należycie do wyższej sfery? Któż to mianował was arystokracją? Kto wam dał patent na Dojrzałość? O, nie, ten pisarz, o którym mówię, nie będzie oddawał się pisaniu dlatego, że uważa się za dojrzałego, lecz właśnie ponieważ zna swą niedojrzałość i wie, że nie posiadł formy i że jest tym, kto się wspina, ale nie wylazł jeszcze, i tym, kto się robi, ale jeszcze się nie zrobił. I jeśli przytrafi mu się napisanie dzieła nieudolnego i niemądrego, powie: - Doskonale! Napisałem głupio, lecz nie zawierałem z nikim kontraktu na dostawę samych dzieł mądrych, doskonałych. Dałem wyraz mej głupocie i cieszę się z tego, bowiem niechęć i surowość ludzka, jaką pobudziłem przeciw sobie, kształtuje mnie i urabia, stwarza jak gdyby na nowo, i oto jestem jeszcze raz na nowo urodzony. - Z czego widać, że wieszcz o zdrowej filozofii tak mocno jest utwierdzony w sobie, iż nawet głupota i niedojrzałość go nie przestraszają ani mogą mu zaszkodzić - z podniesionym czołem może on się wyrażać i objawiać w swojej indolencji, podczas gdy wy nic prawie nie jesteście już w stanie wyrazić, ponieważ strach wam głos odbiera. A więc pod tymi względami reforma, którą wam zalecam, dostarczyłaby wam sporej ulgi. Trzeba jednak dodać, że tylko krasopisarz z takim podejściem do rzeczy byłby zdolen sprostać problemowi, który jak dotąd, czynił wam najprzykrzejszą z pup - i problem, który tu poruszam, jest, być może, najbardziej fundamentalnym, straszliwym i najgenialniejszym (nie waham się użyć tego słowa) ze wszystkich problemów stylu i kultury. W sposób plastyczny tak zreformowałbym ów problem: wyobraźcie sobie, że bardzo dorosły i dojrzały, pochylony nad papierem, tworzy... lecz na karku umieścił mu się młodzieniec lub jakiś półinteligent półoświecony, albo dziewczę młode, lub jakaś osoba o przeciętnie nijakiej i rozlazłej duszy, lub jakakolwiek istota młodsza, niższa lub ciemniejsza - i oto istota owa, ten młodzieniec, dziewczę czy półinteligent, czy wreszcie inny jakiś mętny syn ciemnej ćwierćkultury, rzuca się na jego duszę i ściąga ją, zwęża, ugniata łapami i obejmując ją, wchłaniając, wsysając, odmładza ją swą młodością, zaprawia swą niedojrzałością i przyrządza ją sobie na swą modłę, sprowadzając na poziom swój - ach, w swoje ramiona! Lecz twórca, zamiast zmierzyć się z najeźdźcą, udaje, że go nie dostrzega, i - cóż za szaleństwo! - sądzi, że uniknie gwałtu robiąc minę, jakby nie był przez nikogo gwałcony. Czyż nie to właśnie zdarza się wam, poczynając od wielkich geniuszów, a kończąc na podrzędnych bardach drugiego chóru? Czyż nie jest prawdą, że wszelka istota dojrzalsza i wyższa, i starsza jest uzależniona na tysiąc rozmaitych sposobów od istot na niższym stopniu rozwojowym, i czyż owa zależność nie przenika nas na wskroś aż w samo sedno, tak dalece, iż wolno powiedzieć: starszy przez młodszego jest stwarzany? Czyż pisząc nie musimy przystosowywać się do czytelnika? Mówiąc - nie uzależniamy się od osoby, dla której mówimy? Czyż nie jesteśmy śmiertelnie zakochani w młodości? Czyż nie musimy w każdej chwili ubiegać się o łaskę istot niższych, dostrajać się do nich, poddawać się bądź to ich przemocy, bądź czarowi - i czyż ten gwałt bolesny, dokonany na naszej osobie przez półciemną niższość, nie jest najpłodniejszym z gwałtów? Wy jednak - jak dotąd i na przekór całej waszej retoryce - zdobyliście się jedynie na chowanie głowy w piasek i wasza szkolarsko_dydaktyczna umysłowość, nasycona pychą, nie zdołała zdać sobie z tego sprawy. Gdy w rzeczywistości jesteście bez przerwy gwałceni, udajecie, że nic się nie stało - o, bo wy, dojrzali, tylko z dojrzałymi obcujecie, i dojrzałość wasza tak jest dojrzała, że tylko z dojrzałością może się pokumać! Gdybyście jednak mniej przejmowali się Sztuką czy też nauczaniem i doskonaleniem innych, bardziej zaś własnymi godnymi pożałowania osobami, nigdy nie przeszlibyście do porządku nad tak okropnym pogwałceniem osoby - i zamiast by poeta dla innego poety stwarzał poematy, on by się poczuł przeniknięty i stwarzany z dołu przez siły, których dotąd nie dostrzegał. Pojąłby, że tylko uznając je, zdoła się od nich wyzwolić; i dołożyłby starań, aby w jego stylu, postawie i formie - zarówno artystycznej, jak codziennej - zaznaczył się wyraźnie ów związek z niższością. Już nie czułby się tylko Ojcem, lecz Ojcem i zarazem Synem: i nie pisałby tylko jako mądry, subtelny, dojrzały, lecz raczej jako Mądry wciąż ogłupiany, Subtelny bez wytchnienia brutalizowany i Dorosły nieustannie odmładzany. I jeśliby, odchodząc od biurka, spotkał przypadkiem młodzieńca lub półinteligenta, już nie klepałby ich protekcjonalnie, dydaktycznie i pedagogicznie po ramieniu, lecz raczej w świętym drżeniu zacząłby jęczeć i ryczeć, a może nawet padłby na kolana! Zamiast uciekać przed niedojrzałością, zamykając się w kręgu wysublimowanym, pojąłby, że styl uniwersalny to ten, który potrafi miłośnie objąć niedorozwój. I to doprowadziłoby was w końcu do formy tak dyszącej twórczością i wypełnionej poezją, że wszyscy w kupie przetworzylibyście się w potężnych geniuszów. Patrzcie tedy, jakie nadzieje wam zsyła ta osobowo_osobista koncepcja moja - jakie perspektywy! Jednakże aby się stała koncepcją na sto procent twórczą i definitywną, musicie postąpić jeszcze krok naprzód - a ten krok jest tak śmiały i stanowczy, tak bezgraniczny w swoich możliwościach i burzycielski w swoich konsekwencjach, że tylko z cicha i z daleka napomkną o nim moje wargi. Oto - już nadszedł czas, już wybiła godzina na zegarze dziejów - starajcie się przezwyciężyć formę, wyzwolić się z formy. Przestańcie utożsamiać się z tym, co was określa. Wy, artyści, próbujcie uchylić się wszelkiemu swemu wyrazowi. Nie ufajcie własnym słowom. Miejcie się na straży przed wiarą waszą i nie dowierzajcie uczuciom. Wycofajcie się z tego, czym jesteście na zewnątrz, i niech lęk was ogarnie przed wszelkim uzewnętrznieniem, tak właśnie, jak ptaszka drżenie ogarnia wobec węża. Albowiem - ale nie wiem, doprawdy, czy już dzisiaj mogą o tym napomknąć me wargi - jest błędny postulat, jakoby człowiek miał być określony, to znaczy niewzruszony w swoich ideach, kategoryczny w swoich deklaracjach, niewątpliwy w swej ideologii, stanowczy w swych gustach, odpowiedzialny za słowa i czyny, ustalony raz na zawsze w całym swoim sposobie bycia. Rozpatrzcie bliżej chimeryczność tego postulatu. Żywiołem naszym jest wieczysta niedojrzałość. Co dzisiaj myślimy, czujemy, będzie nieuniknienie głupstwem dla prawnuków. Lepiej tedy, abyśmy już dzisiaj uznali w tym porcję głupstwa, którą przyniesie czas... i ta siła, która was zmusza do przedwczesnej definicji, nie jest, jak sądzicie, siłą całkowicie ludzką. Niezadługo zdamy sobie sprawę, że już nie to jest najważniejsze: umierać za idee, style, tezy, hasła, wiary; i nie to także: utwierdzać się w nich i zamykać; ale co innego, ale to: wycofać się o krok i zdobyć dystans do wszystkiego, co nieustannie wydarza się z nami. Odwrót. Przeczuwam (ale nie wiem, czy już mogą to wyznać me wargi), że wkrótce nastąpi czas Generalnego Odwrotu. Zrozumie syn ziemi, że nie wyraża się w zgodzie ze swoją najgłębszą istotą, lecz tylko i zawsze w formie sztucznej i boleśnie z zewnątrz narzuconej, bądź przez ludzi, bądź też przez okoliczności. Pocznie przeto lękać się tej formy swojej i wstydzić się jej, jak dotąd czcił ją i nią się pysznił. Wkrótce poczniemy obawiać się naszych osób i osobowości, stanie się nam jasne bowiem, że one bynajmniej nie są w pełni nasze. I zamiast ryczeć: "Ja w to wierzę - ja to czuję - ja taki jestem - ja tego bronię" - powiemy z pokorą: "Mnie się w to wierzy - mnie się to czuje - mnie się to powiedziało, uczyniło, pomyślało". Wieszcz wzgardzi swym śpiewem. Wódz zadrży przed swym rozkazem. Kapłan zlęknie się ołtarza, a matka wpajać będzie w syna nie tylko zasady, lecz także zdolność umykania się im, iżby go nie przydusiły. Długa i ciężka będzie to droga. Albowiem dzisiaj zarówno jednostki, jak narody całe umieją już wcale nieźle zarządzać swym życiem psychicznym i nieobca im umiejętność wytwarzania stylów, wiar, zasad, ideałów, uczuć wedle woli, a też wedle tego, co im dyktują ich doraźne interesy; ale bez stylu nie umieją żyć; i nie wiemy jeszcze, jak bronić naszej najgłębszej świeżości przed szatanem ładu. Wielkie odkrycia są nieodzowne - potężne ciosy, wymierzone miękką ludzką dłonią w pancerz stalowy Formy - chytrość niesłychana i wielka uczciwość myśli, i niezmierne zaostrzenie inteligencji - iżby człowiek umknął swej sztywności i zdołał pogodzić w sobie formę i bezformie, prawo i anarchię, dojrzałość i niedojrzałość wieczystą i świętą. Ale zanim to nastąpi, powiedzcie mi: czy, zdaniem waszym, bery są lepsze od ananasówek? I czy lubicie pojadać je siedząc wygodnie w trzcinowych fotelach na werandzie, czy też wolicie oddawać się temu w cieniu drzewa, podczas gdy wasze części ciała chłodzi wietrzyk łagodny i świeży? I zapytuję was o to z całą powagą i z całą odpowiedzialnością za słowo tudzież z jak największym respektem dla wszystkich waszych części bez wyjątku, ponieważ wiem, że stanowicie część Ludzkości, której ja także jestem częścią, oraz że częściowo uczestniczycie w części części czegoś, co także jest częścią i czego również jestem częścią w części, wraz ze wszystkimi cząstkami i częściami części, części części części części części części części części części części... Ratunku! O, przeklęte części! O, krwiożercze, przeraźliwe części, a więc znowu mnie ucapiłyście, czyż nie ma ucieczki przed wami, ha, gdzież się schronię, co pocznę, o, dość; dość, dość, skończmy tę część książki, przejdźmy co żywiej do innej części, i przysięgam, że w następnym rozdziale już nie będzie cząstek, bo otrząsnę się z nich i zrzucę je, i wyrzucę je na zewnątrz, pozostając na wewnątrz (częściowo przynajmniej) bez części. Rozdział V Filidor dzieckiem podszyty Księciem najchlubniej znanym wszystkimi czasy syntetyków był bez wątpienia dr prof. Syntetologii uniwersytetu w Leydzie, wyższy synteta Filidor, rodem z południowych okolic Annamu. Działał on w patetycznym duchu Wyższej Syntezy głównie za pomocą dodawania + nieskończoność, w wypadkach nagłych także za pomocą mnożenia przez + nieskończoność. Był to mężczyzna dobrego wzrostu, niezłej tuszy, z rozwianą brodą i twarzą proroka w okularach. Lecz zjawisko duchowe tej miary nie mogło nie wywołać w naturze swego kontr_zjawiska, w myśl Newtonowskiej zasady akcji i reakcji, dlatego też równie znakomity Analityk rychło urodził się w Colombo i na uniwersytecie Columbia uzyskawszy doktorat tudzież profesurę Wyższej Analizy, szybko wspiął się na najwyższe szczeble kariery naukowej. Był to mężczyzna suchy, drobny, gładko wygolony, z twarzą sceptyka w okularach i z jedyną misją wewnętrzną ścigania i pognębienia znakomitego Filidora. Działał on rozkładowo, a specjalnością jego był rozkład osoby na części za pomocą rachowania, w szczególności za pomocą prztyczków. I tak za pomocą prztyczka w nos pobudzał nos do samoistnego bytu, przy czym nos ruszał się spontanicznie na wszystkie strony ku przerażeniu właściciela. Sztukę tę często stosował w tramwaju, jeżeli było nudno. Idąc za głosem swego najgłębszego powołania, puścił się w pogoń za Filidorem, a nawet w małym miasteczku w Hiszpanii udało mu się uzyskać szlachecki przydomek anty_Filidora, z którego był szalenie dumny. Filidor - dowiedziawszy się, że tamten go ściga - ma się rozumieć, również puścił się w pogoń i dłuższy czas obaj uczeni ścigali się bez rezultatu, duma bowiem nie pozwalała żadnemu z nich przyjąć, iż jest nie tylko ścigającym, lecz także ściganym. A przeto gdy, na przykład, Filidor był w Bremie, anty_Filidor pędził z Hagi do Bremy, nie chcąc czy też nie mogąc uwzględnić, iż Filidor w tym samym czasie i w tym samym celu pośpiesznym pociągiem wyrusza z Bremy do Hagi. Zderzenie dwóch rozpędzonych uczonych - katastrofa, rzędu największych kolejowych katastrof - nastąpiła zupełnie przypadkowo w lokalu pierwszorzędnej restauracji hotelu "Bristol" w Warszawie. Filidor w towarzystwie profesorowej Filidor z rozkładem jazdy w ręku właśnie badał najlepsze połączenia, gdy prosto z pociągu wpadł zdyszany anty_Filidor pod rękę ze swoją analityczną towarzyszką podróży, Florą Gente z Mesyny. My, tj. obecni przy tym asystenci, doktorowie Teofil Poklewski, Teodor Roklewski i ja, orientując się w powadze sytuacji, od razu przystąpiliśmy do spisywania notat. Anty_Filidor podszedł do stolika i w milczeniu zaatakował wzrokiem profesora, który wstał. Usiłowali przeprzeć się duchowo. Analityk parł chłodno, z dołu, Syntetyk odpowiadał z góry, wejrzeniem pełnym odpornej godności. Gdy pojedynek na spojrzenia nie dał stanowczych wyników, dwaj wrogowie z ducha rozpoczęli pojedynek na słowa. Doktor i mistrz Analizy rzekł: - Kluski! Syntetolog odpowiedział: - Klusek! Anty_Filidor zaryczał: - Kluski, kluski, czyli kombinacja mąki, jaj i wody! Filidor zaś odparował momentalnie: - Klusek, czyli wyższa istota Kluska, sam najwyższy Klusek! Oczy jego miotały błyskawice, broda powiewała, jasne było, iż odniósł zwycięstwo. Profesor Wyższej Analizy odstąpił kilka kroków w bezsilnej furii, lecz zaraz potem wpadł na straszną mózgową koncepcję, mianowicie, słabowity cherlak wobec Filidora osobiście, zabrał się do jego żony, który stary, zasłużony Profesor nade wszystko kochał. Oto dalszy przebieg zajścia według Protokołu: 1. Pani Profesorowa Filidor jest bardzo zażywna, tłusta, dosyć majestatyczna, siedzi, nic nie mówi, koncentruje. 2. Prof. dr anty_Filidor ustawił się naprzeciwko profesorowej ze swym obiektywem mózgowym i zaczął jej się przyglądać wzrokiem, który rozbierał ją do cna. Pani Filidor zatrzęsła się z zimna i ze wstydu. Dr prof. Filidor w milczeniu okrył ją podróżnym pledem i spiorunował aroganta wzrokiem pełnym bezmiernej pogardy. Okazał jednak przy tym ślady niepokoju. 3. Wówczas anty_Filidor odezwał się z cicha: - Ucho, ucho! - i wybuchnął szyderskim śmiechem. Pod wpływem tych słów ucho natychmiast wyszło na jaw i stało się nieprzyzwoite. Filidor rozkazał żonie nasunąć kapelusz na uszy, niewiele to jednak pomogło, gdyż wtedy anty_Filidor mruknął niby do siebie: - Dwie dziurki w nosie - obnażając tym dziurki w nosie czcigodnej Profesorowej w sposób zarówno bezwstydny, jak analityczny. Sytuacja stawała się groźna, zwłaszcza że o zakryciu dziurek nie mogło być mowy. 4. Profesor z Leydy zagroził wezwaniem policji. Szala zwycięstwa wyraźnie jęła przechylać się na stronę Colombo. Mistrz Analizy powiedział mózgowo: - Palce, palce u ręki, pięć palców. Niestety, tusza Profesorowej nie była dostateczna, by zatuszować fakt, który nagle ukazał się zebranym w całej, niesłychanej jaskrawości, to jest fakt palców u ręki. Palce były, pięć po każdej stronie. Pani Filidor, całkiem zbezczeszczona, próbowała resztkami sił wciągnąć rękawiczki, ale - rzecz wprost nie do wiary - doktor z Colombo zrobił jej naprędce analizę moczu i zarykując się wykrzyknął zwycięsko: - H;$o$c/, T$p$s, trochę leukocytów i białka! Wszyscy wstali. Dr prof. anty_Filidor oddalił się ze swoją kochanką, która parsknęła ordynarnym śmiechem, zaś Profesor Filidor przy pomocy niżej podpisanych odstawił bezzwłocznie żonę do szpitala. Podpisani - T. Poklewski, T. Roklewski i Antoni Świstak, asystenci. Następnego ranka zeszliśmy się, Roklewski, Poklewski i ja z Profesorem u łoża chorej pani Filidor. Rozkład jej posuwał się nader konsekwentnie. Napoczęta analitycznym zębem anty_Filidora traciła powoli swój wewnętrzny związek. Od czasu do czasu tylko jęczała głucho: - Ja noga, ja ucho, noga, moje ucho, palec, głowa, noga - jakby żegnając się z częściami ciała, które już zaczynały się ruszać autonomicznie. Osobowość jej była w stanie agonii. Skupiliśmy się wszyscy w poszukiwaniu środków natychmiastowego ratunku. Środków tych nie było. Po naradzie z udziałem jeszcze docenta S. Łopatkina, który o #/7#40 nadleciał z Moskwy samolotem, uznaliśmy jeszcze raz nieodzowną konieczność najgwałtowniej syntetycznych, naukowych metod. Metod tych nie było. Lecz wtedy Filidor skupił wszystkie swe władze myślowe do tego stopnia, iż odstąpiliśmy na krok, i powiedział: - Policzek! Policzek i to siarczysty, jedynie pośród wszystkich części ciała zdolny jest przywrócić cześć mojej żonie i zsyntetyzować rozpierzchłe elementy w pewien wyższy sens honorowy klaśnięcia i plaśnięcia. A zatem do dzieła! Lecz światowej sławy Analityka nie tak łatwo było odnaleźć na mieście. Dopiero wieczorem dał się przyłapać w pierwszorzędnym barze. W stanie trzeźwego pijaństwa wychylał butelkę za butelką, im zaś więcej pił, tym bardziej trzeźwiał, a jego analityczna kochanka tak samo. Właściwie trzeźwością bardziej upijali się niż alkoholem. Gdyśmy weszli, kelnerzy, bladzi jak płótno, tchórzliwie kryli się za ladą, a oni, milcząc, oddawali się jakimś bliżej nie określonym orgiom zimnej krwi. Ułożyliśmy plan działania. Profesor miał naprzód wykonać fałszywy atak prawą ręką na lewy policzek, po czym lewą miał uderzyć w prawy, my zaś - tj. doktorowie asystenci Uniwersytetu Warszawskiego, Poklewski, Roklewski i ja, oraz docent S. Łopatkin - mieliśmy bez zwłoki przystąpić do spisania protokołu. Plan był prosty, działanie nieskomplikowane. Lecz Profesorowi opadła podniesiona ręka. A my, świadkowie, osłupieliśmy. Nie było policzka! Nie było, powtarzam, policzka, były tylko dwie różyczki i coś w rodzaju winiety z gołąbków! Anty_Filidor z szatańską zręcznością przewidział i uprzedził plany Filidora. Trzeźwy ten Bachus wytatułował sobie na policzkach po dwie różyczki z każdej strony i coś w rodzaju winiety z gołąbków! Skutkiem tego policzki, a co za tym idzie także i policzek zamierzony przez Filidora, utraciły wszelki sens, nie mówiąc o wyższym. W istocie - policzek dany różom i gołąbkom nie był policzkiem - był raczej czymś w rodzaju uderzenia w tapetę. Nie mogąc dopuścić, by ogólnie szanowany pedagog i wychowawca młodzieży ośmieszał się waleniem w tapetę dlatego, że żona chora, odradzaliśmy mu stanowczo czynów, których by potem żałował. - Ty psie! - ryknął starzec. - Ty podły, ach, podły, podły psie! - Ty kupo! - odparł Analita ze straszną analityczną pychą. - Ja też jestem kupą. Chcesz - kopnij mię w brzuch. Nie kopniesz mnie w brzuch, kopniesz brzuch - i nic więcej. Chciałeś zahaczyć policzkiem policzek? Policzek możesz zahaczyć, ale nie mnie - nie mnie. Mnie nie ma w ogóle! Nie ma mnie! - Ja jeszcze zahaczę! Jeżeli Bóg pozwoli, to zahaczę! - Na razie są impregnowane! - zaśmiał się anty_Filidor. Flora Gente, siedząca obok, wybuchnęła śmiechem, kosmiczny doktor obojga analiz rzucił jej zmysłowe spojrzenie i wyszedł. Natomiast Flora Gente pozostała. Siedziała na wysokim taburecie i spoglądała na nas spełzłymi oczyma doszczętnie zanalizowanej papugi i krowy. Od razu, o #/8#40, przystąpiliśmy - prof. Filidor, dwaj medycy, docent Łopatkin i ja - do wspólnej konferencji; pióro jak zwykle trzymał docent Łopatkin. Konferencja miała przebieg następujący. Wszyscy trzej doktorowie Prawa: Wobec powyższego nie widzimy możliwości załatwienia zatargu na drodze honorowej i doradzamy Wielce Szanownemu Panu Profesorowi zignorowanie obrazy, jako pochodzącej od jednostki niezdolnej do udzielenia satysfakcji honorowej. Prof. dr Filidor: Ja zignoruję, a tam żona umiera. Doc. S. Łopatkin: Żona jest nie do uratowania. Dr Filidor: Nie mówcie tak, nie mówcie tak! O, policzek, jedyne lekarstwo. Lecz policzka nie ma. Nie ma policzków. Nie ma środka boskiej syntezy. Nie ma honoru! Nie ma Boga! Tak, ale są policzki! Jest policzek! Jest Bóg! Honor! Synteza! Ja: Widzę, że zawodzi Profesora logika myślenia. Albo policzki są, albo ich nie ma. Filidor: Panowie zapominacie, że pozostają jeszcze moje dwa policzki. Jego policzków nie ma, ale moje są jeszcze. Jeszcze możemy postawić na kartę dwa moje nie tknięte policzki. Panowie, tylko zechciejcie zrozumieć moją myśL - ja go nie mogę spoliczkować, ale on mnie może - a czy ja jego, czy też on mnie, to wszystko jedno, zawsze będzie Policzek i będzie Synteza! - Ba! Ale jakże zmusić, by Profesora - spoliczkował?! Jakże zmusić, by Profesora spoliczkował?! Jakże zmusić, by Profesora spoliczkował?!! - Panowie - odparł w skupieniu genialny myśliciel - on ma policzki, lecz ja też mam policzki. Zasadą jest tu pewna analogia i dlatego będę działał nie tyle logicznie, ile raczej analogicznie. "Per analogiam" dużo jest pewniejsze, bowiem naturą rządzi pewna analogia. Jeżeli on jest królem Analizy, to ja jestem wszak królem Syntezy. Jeżeli ma policzki, to ja też mam policzki. Jeżeli ja mam żonę, to on ma kochankę. Jeżeli zanalizował mi żonę, to ja zsyntetyzuję mu jego kochankę i w ten sposób wydrę mu policzek, którego wzdraga się dać! W ten sposób zmuszę go i sprowokuję do spoliczkowania mnie - jeśli ja go nie mogę spoliczkować. I bez dalszej zwłoki kiwnął na Florę Gente. Zamilkliśmy. Podeszła poruszając wszystkimi częściami ciała; jednym okiem zezując na mnie, drugim na Profesora, zęby szczerząc do Stefana Łopatkina, wypinając przód ku Roklewskiemu, zaś tyłem wiercąc pod adresem Poklewskiego. Wrażenie było takie, iż docent rzekł po cichu: - Pan naprawdę porywasz się ze swoją wyższą syntezą na tych pięćdziesiąt oddzielnych kawałków? Na tę bezduszną, płatną kombinację pierwiastków (dp + pd) do potęgi? Ale uniwersalny Syntetolog miał tę właściwość, że nigdy nie tracił nadziei. Zaprosił do stolika, poczęstował kieliszkiem cinzano i na początek, by wybadać, rzekł syntetycznie: - Dusza, dusza. Odpowiedziała coś podobnego, ale nie to samo, odpowiedziała coś, co było częścią. - Ja! - rzekł Profesor badawczo i natarczywie, chcąc wzbudzić w niej zaprzepaszczone ja. - Ja! Odpowiedziała: - A, pan, bardzo dobrze, pięć złotych. - Jedność! - krzyknął Filidor gwałtownie. - Wyższa Jedność! Jedność! - Mnie wszystko za jedność - powiedziała obojętnie - staruszek czy dziecko. Spoglądaliśmy bez tchu na tę piekielną analityczkę nocy, którą anty_Filidor doskonale wyćwiczył po swojemu, a może nawet wychował sobie od małego. Jednakowoż Twórca Nauk Syntetycznych nie ustawał. Nastąpił okres ciężkich zmagań i wysiłków. Odczytał jej dwie pierwsze pieśni "Króla Ducha", zażądała za to dziesięć złotych. Miał z nią długą i natchnioną rozmowę o wyższej Miłości, Miłości, która ogarnia i jednoczy wszystko, za co wzięła jedenaście złotych. Odczytał jej dwie ogólnikowe powieści najbardziej znanych autorek na temat odrodzenia przez Miłość, za co policzyła sobie sto pięćdziesiąt złotych i ani grosza nie chciała ustąpić. Gdy zaś chciał pobudzić w niej godność, zażądała ni mniej, ni więcej, tylko pięćdziesiąt dwa złote. - Za dziwactwa się płaci, pierniku - rzekła - na to nie ma taksy. I puściwszy w ruch tępe oczy sowie, nie reagowała, koszty rosły, a anty_Filidor śmiał się na mieście w kułak z beznadziejności wysiłków, zabiegów... Na konferencji z udziałem dra Łopatkina oraz trzech docentów znakomity badacz zdał sprawę z porażki w następujących słowach: - Kosztowało mnie to w sumie kilkaset złotych, istotnie nie widzę możności zsyntetyzowania, daremnie próbowałem najwyższych Jedni, jako to - Ludzkość, wszystko zamienia na pieniądze i wydaje resztę. Ludzkość oszacowana na czterdzieści dwa przestaje być Jednią. Rzeczywiście, nie wiadomo, co robić. A żona tam do reszty traci wewnętrzny związek. Noga już puszcza się na spacer po pokoju, jak się zdrzemnie - naturalnie, żona, nie noga - musi ją trzymać rękami, ale ręce też nie chcą, straszna anarchia, straszne rozwydrzenie. Dr med. T. Poklewski: A anty_Filidor rozsiewa pogłoski, że z Profesora nieprzyjemny maniak. Docent Łopatkin: A czyby nie można dostać się do niej właśnie za pomocą pieniędzy? Jeżeli wszystko zamienia na pieniądze, to zajechać ją właśnie od strony pieniędzy? Przepraszam, niedobrze widzę, co mam na myśli, ale jest coś takiego w naturze - na przykład, miałem pacjentkę chorą na nieśmiałość, śmiałością nie mogłem jej leczyć, bo śmiałości nie asymilowała, ale dałem jej taką dawkę nieśmiałości, że już nie mogła wytrzymać, i dlatego, że nie mogła, musiała się ośmielić i naraz stała się szalenie śmiała. Najlepsza metoda jest "per se", wywrócić rękaw podszewką do góry, to znaczy samo w sobie. Samo w sobie. Trzeba by zsyntetyzować ją pieniędzmi, tylko, przyznam się, nie widzę jak... Filidor: Pieniądze, pieniądze... Ależ pieniądze to jest zawsze cyfra, suma, to nie ma nic wspólnego z Jednią, właściwie tylko grosz jest niepodzielny, a grosz znów nie wywiera żadnego wrażenia. Chyba... chyba... panowie, a gdyby jej dać tak wielką sumę, żeby zgłupiała? - zgłupiała? Panowie... żeby zgłupiała? Zamilkliśmy, Filidor zerwał się, a jego czarna broda powiewała. Wpadł on w jeden z tych stanów hipomaniakalnych, w które geniusz popada stale co lat siedem. Zlikwidował dwie kamienice i willę pod miastem, a uzyskaną sumę 850 tysięcy złotych zmienił na złotówki. Poklewski przyglądał mu się ze zdumieniem, ten płytki lekarz powiatowy nie umiał nigdy zrozumieć geniusza, nie umiał zrozumieć i dlatego też właściwie wcale nie rozumiał. A tymczasem filozof, już pewny swego, wystosował ironiczne zaproszenie do anty_Filidora, który, odpowiadając ironią na ironię, stawił się punktualnie o wpół do dziesiątej w gabinecie restauracji "Alkazar", gdzie miał się odbyć decydujący eksperyment. Uczeni nie podali sobie ręki, tylko mistrz Analizy zaśmiał się sucho i złośliwie: - No, używaj pan sobie, używaj! Moja dziewczyna nie taka znów pochopna do składu jak pańska żona do rozkładu, pod tym względem jestem spokojny. I on także wpadał stopniowo w stan hipomaniakalny. Pióro trzymał dr Poklewski, Łopatkin trzymał papier. Prof. Filidor wziął się do rzeczy w ten sposób, że najpierw położył na stół jedną jedyną złotówkę. Gente nie zareagowała. Położył drugą złotówkę, nic, dołożył trzecią, także nic, ale przy czterech złotych rzekła: - Oho, cztery złote. Przy pięciu ziewnęła, a przy sześciu rzekła obojętnie: - Co tam, staruszku, znowu uwzniaślanie? Lecz dopiero przy dziewięćdziesięciu siedmiu zanotowaliśmy pierwsze objawy zdziwienia, a przy stu piętnastu wzrok, dotąd rozbiegany pomiędzy drem Poklewskim, docentem i mną, jął się syntetyzować nieco na pieniądzach. Przy stu tysiącach Filidor ciężko dyszał, anty_Filidor zaczął się trochę niepokoić, a heterogeniczna dotąd kurtyzana uzyskała niejaką koncentrację. Jak przykuta spoglądała na rosnącą kupę, która właściwie przestawała być kupą, usiłowała rachować, lecz rachunek już nie dopisywał. Suma przestawała być sumą, stawała się czymś niepojętym, czymś wyższym od sumy, rozsadzała mózg swoim ogromem, równym ogromowi Niebios. Pacjentka jęczała głucho. Analityk rzucił się na ratunek, lecz obaj doktorzy przytrzymali go całą siłą - na próżno radził szeptem, żeby rozbiła całość na setki albo na pięćsetki, całość nie dawała się rozbić. Gdy triumfujący kapłan wiedzy całkującej wyłożył wszystko, co miał, i przypieczętował kupę, a raczej ogrom, górę, górę Synaj finansową jednym jedynym niepodzielnym groszem, jak gdyby jakiś Bóg wstąpił w kurtyzanę, wstała i okazała wszystkie symptomaty syntetyczne, płacz, westchnienie, uśmiech i zamyślenie - i powiedziała: - Państwo to ja. Ja. Coś wyższego. Filidor wydał okrzyk triumfu, a wtedy anty_Filidor z okrzykiem zgrozy wyrwał się z rąk lekarzy i uderzył Filidora w twarz. Ten wystrzał był piorunem - był błyskawicą syntezy wydartą analitycznym trzewiom, prysły ciemne mroki. Docent i medycy ze wzruszeniem winszowali ciężko zhańbionemu Profesorowi, a zażarty wróg jego skręcał się pod ścianą i wył z męki. Lecz raz nadanego biegu honorowego żadne wycie nie mogło zahamować, sprawa bowiem, dotąd nie honorowa, weszła na zwykłe tory honorowe. Prof. dr G. L. Filidor z Leydy wyłonił dwóch sekundantów w osobie doc. Łopatkina i mojej - prof. dr P. T. Momsen z przydomkiem szlacheckim anty_Filidora wyłonił dwóch sekundantów w osobach obu asystentów - sekundanci Filidora zahaczyli honorowo sekundantów anty_Filidora, ci zaś ze swej strony zahaczyli sekundantów Filidora. A za każdym z tych kroków honorowych wzrastała synteza. Kolumbijczyk wił się jak na rozżarzonych węglach. Leydeńczyk zaś, uśmiechnięty, w milczeniu gładził swoją długą brodę. A w szpitalu miejskim chora Profesorowa zaczęła jednoczyć części, ledwie dosłyszalnym głosem zażądała mleka i otucha wstąpiła w lekarzy. Honor wyjrzał zza chmur i uśmiechał się słodko do ludzi. Ostateczny bój miał nastąpić we wtorek, punkt o siódmej z rana. Pióro trzymać miał dr Roklewski, pistolety doc. Łopatkin, Poklewski miał trzymać papier, a ja palta. Niezłomny bojownik spod znaku Syntezy nie żywił żadnych wątpliwości. Pamiętam, co mi mówił poprzedniego dnia rano. - Synu mój - powiedział - równie dobrze może on polec jak i ja, ale ktokolwiek polegnie, duch mój zawsze zwycięży, bowiem nie idzie o śmierć samą, lecz o jakość śmierci, a jakość śmierci będzie syntetyczna. Jeżeli on padnie, to śmiercią swą odda hołd Syntezie - jeżeli zabije mnie, to zabije trybem syntetycznym. Tak więc moje będzie za grobem zwycięstwo. I w uniesieniu, chcąc tym godniej uczcić moment chwały, zaprosił obie panie, tj. żonę i Florę, aby przyglądały się z boku, w charakterze zwykłych asystentek. Lecz mnie gnębiły złe przeczucia. Obawiałem się - czegóż to ja się obawiałem? Sam nie wiedziałem czego, całą noc męczyła mnie trwoga niewiedzy i dopiero na placu zrozumiałem, czego się obawiam. Ranek był suchy i jasny, jak na obrazku. Przeciwnicy z ducha stanęli naprzeciwko siebie, Filidor ukłonił się anty_Filidorowi, anty_Filidor zaś ukłonił się Filidorowi. I wtedy pojąłem, czego się obawiam. To była symetria - sytuacja była symetryczna i w tym się zawierała jej moc, lecz także jej słabość. Gdyż sytuacja miała tę właściwość, że każdemu ruchowi Filidora musiał odpowiadać analogiczny ruch anty_Filidora, a Filidor miał inicjatywę. Jeżeli Filidor się kłaniał, to musiał też ukłonić się anty_Filidor. Jeżeli Filidor strzelał, to musiał też wystrzelić i anty_Filidor. A wszystko, podkreślam, musiało się odbywać po osi przeprowadzonej przez obu walczących, osi, która była osią sytuacji. Ba! Lecz co będzie, jeśli tamten w bok wyłamie? Jeżeli uskoczy? Jeśli figla spłata i umknie jakoś żelaznym prawom symetrii oraz analogii? Ba, jakież szały i zdrady kryć mogła mózgowa głowa anty_Filidora? Biłem się z myślami, gdy wtem Profesor Filidor podniósł rękę, zmierzył koncentrycznie prosto w serce przeciwnika i wystrzelił. Wystrzelił i chybił. Chybił. A wtedy Analityk podniósł z kolei rękę i wymierzył w serce przeciwnika. Już, już gotowaliśmy się do krzyku zwycięstwa. Już, już się zdawało, że jeśli tamten strzelił syntetycznie w serce, to ten także wystrzelić musi w serce. Zdawało się, że nie ma wprost innego wyjścia, że nie ma żadnej bocznej furtki intelektualnej. Lecz nagle w jakimś mgnieniu oka Analityk z najwyższym wysiłkiem jakoś pisnął z cicha, zaskowyczał, nieznacznie zboczył, zjechał lufą pistoletu z osi i znienacka wypalił w bok, i w co - w mały palec Profesorowej Filidor, która wraz z Florą Gente stała nie opodal. Strzał był szczytem mistrzostwa! Palec odpadł. Pani Filidor, zdumiona, podniosła rękę do ust. A my, sekundanci, straciliśmy na chwilę panowanie nad sobą i wydaliśmy okrzyk podziwu. I wtedy stała się rzecz straszna. Wyższy Profesor Syntezy nie wytrzymał. Urzeczony celnością, mistrzostwem, symetrią, oszołomiony naszym okrzykiem podziwu także zboczył i także wystrzelił w mały palec u ręki Flory Gente i zaśmiał się krótko, sucho, gardłowo. Gente podniosła rękę do ust, wydaliśmy okrzyk podziwu. Wtedy Analityk wystrzelił znowu, utrącając drugi mały palec Profesorowej, która podniosła drugą rękę do ust - wydaliśmy okrzyk podziwu, a w ćwierć sekundy potem strzał Syntety, oddany z nieomylną pewnością z odległości siedemnastu metrów, utrącił Florze Gente analogiczny palec. Gente podniosła rękę do ust, wydaliśmy okrzyk podziwu. I tak już poszło dalej. Palba trwała nieustająca, zażarta, gwałtowna i świetna jak świetność sama, a palce, uszy, nosy, zęby odpadały jak liście z drzewa miotanego wichrem, my zaś, sekundanci, zaledwie mogliśmy nadążyć okrzykom, które z nas wyrywała błyskawiczna celność. Obie panie były już ogołocone ze wszystkich naturalnych odnóg i występów, nie padały trupem po prostu dlatego, iż także nie mogły nadążyć, a zresztą myślę, że miały też w tym swoją rozkosz - wystawiając się na taką celność. Ale w końcu zabrakło nabojów. Mistrz z Colombo ostatnim strzałem przewiercił Profesorowej Filidor sam wierzchołek prawego płuca, mistrz z Leydy przewiercił momentalnie w odpowiedzi wierzchołek prawego płuca Florze Gente, wydaliśmy jeszcze raz okrzyk podziwu i zaległa cisza. Oba kadłuby umarły i osunęły się na ziemię - obaj strzelcy spojrzeli na siebie. I cóż? Obaj spojrzeli na siebie i obaj nie wiedzieli tak bardzo - co? Co właściwie? Nabojów już nie było. A zresztą trupy już leżały na ziemi. Nie było właściwie co robić. Dochodziła dziesiąta. Analiza właściwie zwyciężyła, ale cóż z tego? Zupełnie nic. Mogła równie dobrze zwyciężyć Synteza i też by z tego nic nie było. Filidor wziął kamień i cisnął we wróbla, ale chybił i wróbel poleciał. Słońce zaczynało przypiekać, anty_Filidor wziął bryłę i cisnął w pień drzewa - trafił. Tymczasem Filidorowi nadarzyła się kura, cisnął, trafił, kura uciekła i skryła się w krzaki. Uczeni zeszli ze stanowisk i ruszyli - każdy w swoją stronę. Nad wieczorem anty_Filidor był w Jeziornie, a Filidor w Wawrze. Jeden pod stertą polował na wrony, a drugi wypatrzył sobie jakąś ustronną latarnię i w nią celował na dystans pięćdziesięciu kroków. I tak wędrowali po świecie celując, czym się dało, w co się dało. Śpiewali piosenki i najchętniej rozbijali szyby, lubili też stanąć na balkonie i pluć przechodniom na kapelusze, a cóż dopiero, jeśli zdołali trafić w grube żubry, jadące dorożką. Filidor wyspecjalizował się nawet tak dalece, że umiał z ulicy opluć kogoś, kto stał na balkonie. A anty_Filidor gasił świecę rzucając w płomyk pudełkiem zapałek. Najchętniej polowali na żaby z floweru lub na wróble z łuku, lub też z mostu rzucali na wodę papierki i trawki. A już największa rozkosz, to było kupić dziecinny balonik i pędzić za nim przez pola i lasy - hej, ha! - wypatrując, kiedy pęknie z trzaskiem, jakby trafiony niewidzialną kulą. A kiedy kto ze świata naukowego wspominał dawną sławną przeszłość, boje z ducha, Analizę, Syntezę i całą bezpowrotnie utraconą glorię, odpowiadali tylko z rozmarzeniem: - Tak, tak, pamiętam ten pojedynek... dobrze się pukało! - Ależ, Profesorze - krzyknąłem, a ze mną Roklewski, który przez ten czas ożenił się i na Kruczej założył rodzinę - ależ, Profesorze, pan mówi jak dziecko! A na to zdziecinniały starzec odparł: - Wszystko podszyte jest dzieckiem. Rozdział VI Uwiedzenie i dalsze zapędzanie w młodość Akurat w kulminacyjnym punkcie strasznego psychofizycznego gwałtu, jakiego dopuścił się Miętus na Syfonie, otworzyły się drzwi i do klasy wkroczył "Deus ex machina", Pimko, zawsze najgłębiej niezawodny w każdym calu. - Doskonale, bawicie się w piłeczkę, dzieci! - zawołał, aczkolwiek wcale nie bawiliśmy się w piłeczkę i w ogóle nie było piłeczki. - W piłeczkę, w piłeczkę bawicie się, w piłeczkę, jak ładnie jeden drugiemu podrzuca piłeczkę, jak ładnie tamten ją chwyta! - A widząc moje wypieki na twarzy bladej, ściągniętej kurczem zgrozy, dodał: - O, jaki rumieńczyk! Szkoła idzie ci na zdrowie, Józiu, i piłeczka także. Pójdź - rzekł - zaprowadzę cię na stancję do pani Młodziakowej, z którą już omówiłem całą sprawę przez telefon. Wyszukałem ci stancję u państwa Młodziaków. Naganne byłoby, gdybyś w swoim wieku miał osobne mieszkanie na mieście. Od dziś - u pani Młodziakowej twoje miejsce. I zabrał mnie opowiadając po drodze dla zachęty o Młodziaku, który był inżynierem_konstruktorem, i o Młodziakowej, która inżynierową była. - To nowoczesny dom - zauważył - nowoczesno_naturalistyczny, hołdujący nowym prądom i obcy mej ideologii. Lecz spostrzegłem w tobie pewną sztuczność, pozę, wciąż jeszcze udajesz dorosłego - otóż Młodziakowie wyleczą cię z tej przykrej wady, nauczą cię naturalności. Zapomniałem ci jednak powiedzieć, że jest tam też córeczka, Młodziakówna Zutka, pensjonarka - dodał półgębkiem, ściskając mi dłoń i spoglądając na mnie zezem pedagogicznym spod binokli. - Pensjonarka - rzekł - nowoczesna również. Hm, nie jest to najszczęśliwsze towarzystwo, poważne są niebezpieczeństwa... lecz z drugiej strony nic tak nie wciąga w młodość jak nowoczesna pensjonarka... już tam ona patryjotyzmem cię natchnie młodzieńczym. Tramwaje jeździły. Doniczki z kwiatami stały w oknach domów. Jakiś jegomość z najwyższego piętra cisnął w Pimkę pestką od śliwki, ale chybił. Co? Co? Pensjonarka? W lot pojąłem plan Pimki - pensjonarką chciał mnie ostatecznie uwięzić w młodości. Liczył na to, że gdy zakocham się w młodej pensjonarce, odechce mi się być dorosłym. W domu, jak w szkole, ani momentu luzu, abym przypadkiem nie drapnął przez szparę. Nie było chwili do stracenia. Pośpiesznie ugryzłem go w palec i rzuciłem się do ucieczki. Na rogu ulicy ujrzałem jakąś dorosłą kobietę - do niej to pędziłem z twarzą przerażoną, osłupiałą, pokręconą, byle dalej od Pimki i jego pensjonarki strasznej. Lecz wielki Zdrabniacz dopadł mię błyskawicznie w paru susach i złapał za kołnierz. - Do pensjonarki! - krzyknął. - Do pensjonarki! Do młodości! Do Młodziaków! Wsadził mię w dorożkę i uwiózł do pensjonarki kłusem przez rojne ulice, pełne pojazdów, ludzi, śpiewu ptasząt. - Jedźmy, jedźmy, czemu się oglądasz, za tobą nie ma nic, tylko ja jestem przy tobie. I ściskając mi rękę mruczał, cały ośliniony: - Do pensjonarki, do pensjonarki nowoczesnej! Już tam pensjonarka potrafi zakochać go w młodości! Już tam Młodziakowie potrafią go zdrobnić! Już tam pupę mu zrobią doskonałą! Cu, cu, cu! - zawołał, aż koń zaczął wierzgać, a dorożkarz zasiadł się na koźle plecami do Pimki z bezmierną pogardą ludu. Pimko siedział jednak w sposób najzupełniej absolutny. Lecz na progu taniego inteligenckiego domku kolonii Staszyca czy też Lubeckiego jakby się zawahał, oklapł i - o dziwo - stracił część absolutyzmu. - Józiu - szepnął trzęsąc i ruszając głową - robię dla ciebie wielkie poświęcenie. Tylko dla młodości twej to czynię. Tylko dla niej narażam się na spotkanie z nowoczesną pensjonarką. Ha, pensjonarka, nowoczesna pensjonarka! I ucałował mnie, jakby w strachu usiłując zaskarbić sobie mą życzliwość - a jednocześnie jak na pożegnanie. A zaraz potem, stukając laską, w stanie wielkiego podrażnienia zaczął deklamować, cytować, recytować, wypowiadać myśli, aforyzmy, sądy i koncepcje, wszystko w najlepszym gatunku, najklasyczniej belfrowate, ale jak belfer chory i zagrożony w swym jestestwie. Wspominał nieznane mi nazwiska jakichś literackich przyjaciół i słyszałem, jak powtarzał cicho ich pochlebne opinie o sobie wypowiadając z kolei o nich pochlebne opinie. Trzykrotnie też podpisał się ołówkiem na ścianie "T. Pimko" ni to Anteusz czerpiący siły w kontakcie z własnym podpisem. Patrzyłem zdumiony na nauczyciela. Co to? Czyżby i on lękał się nowoczesnej pensjonarki? Czy tylko udawał? Jakim cudem belfer tak wytrawny mógł się lękać pensjonarki? Ale już służąca otworzyła nam drzwi i weszliśmy obaj - profesor jakoś skromnie, bez zwykłej wyższości, ja z twarzą jak ścierka, zmiętoszoną, bladą, osłupiałą i otumanioną. Pimko zastukał laską, zapytał: - Czy państwo są w domu? - a jednocześnie otworzyły się drzwi w głębi i wyszła ku nam pensjonarka. Nowoczesna. Lat szesnaście, sveater, spódnica, gumiane sportowe półbuciki, wysportowana, swobodna, gładka, gibka, giętka i bezczelna! Na jej widok struchlałem w duchu i na twarzy. Zrozumiałem na pierwszy rzut oka, że oto - zjawisko potężne, potężniejsze bodaj od Pimki i równie absolutne w swym rodzaju, nie dające się nawet porównać z Syfonem. Przypominała mi kogoś - kogo, kogo? - ach, Kopyrdę mi przypominała! Czy pamiętacie Kopyrdę? Była taka sama, lecz mocniejsza, pokrewna mu typem, ale bardziej nasilona, doskonała pensjonarka w swej pensjonarskości i absolutnie nowoczesna w swej nowoczesności. I podwójnie młoda - raz wiekiem, a drugi raz nowoczesnością - była to młodość przez młodość. Więc zląkłem się jak ktoś, kto się natyka na mocniejsze od siebie zjawisko, a strach wzmógł się jeszcze, kiedy zobaczyłem, że nie ona belfra, lecz belfer jej się lęka i dosyć niepewnie kłania się nowoczesnej pensjonarce. - Rączki całuję - zawołał niby to wesoło i nadrabiając elegancją. - Panna Zuta nie na plaży? Nie na Wiśle? Czy zastaliśmy mamusię? Jaka tam woda w basenie, co? Zimna? Zimna jest najlepsza! Ja sam za dawnych czasów kąpałem się w zimnej! Co to? W głosie Pimki usłyszałem starość przypochlebiającą się młodości sportem, starość uniżoną - cofnąłem się o krok. Pensjonarka nie odpowiedziała Pimce - spojrzała jedynie - i wsadziwszy sobie w zęby angielski kluczyk, który trzymała w prawej ręce, podała mu lewą z taką obojętnością bezceremonialną, jakby to nie był Pimko... Profesor zmieszał się, nie wiedział, co począć z tą lewą młodzieńczą wyciągniętą ku niemu, wreszcie ścisnął ją obiema dłońmi. Ja się ukłoniłem. Wyjęła klucz z zębów i powiedziała rzeczowo: - Matki nie ma, ale zaraz powinna wrócić. Proszę... I wprowadziła nas do nowoczesnego hallu, gdzie stanęła w oknie, my zaś zajęliśmy miejsca na tapczanie. - Mamusia pewnie na sesji komitetu? - zagaił profesor towarzyską konwersację. Nowoczesna powiedziała. - Nie wiem. Ściany pomalowane były na jasnoniebiesko, firanki kremowe, na półeczce - radio, mebelki nowoczesne, konsekwentne, czyste, gładkie, proste, dwie szafy wpuszczone w ścianę i stoliczek. Pensjonarka stała w oknie, jakby nikogo w pokoju nie było, i skubała skórę, która złaziła jej z ramion wskutek opalenia. Obecność nasza nie istniała dla niej - nic sobie nie robiła z Pimki - i zaczęły upływać minuty. Pimko siedział, nogę założył na nogę, ręce splótł, palcami kręcił młynka jak gość, którym nikt się nie zajmuje. Poruszył się, chrząknął parę razy, kaszlnął pragnąc podtrzymać rozmowę, ale nowoczesna odwróciła się przodem do okna, tyłem do nas i dalej skubała sobie skórę. Więc nie odezwał się wcale, tylko siedział - lecz siedzenie jego bez rozmowy było niekompletne, niezupełne. Przetarłem oczy. Co się działo? Bo, że coś się działo, to na pewno - ale co właściwie? Władcze siedzenie Pimki niekompletne? Belfer porzucony? Belfer? Niekompletność domagała się uzupełnienia - czy znacie te męczące luki, gdy jedno się kończy, a drugie jeszcze nie zaczyna? W głowie powstaje pustka. Nagle zobaczyłem, że z belfra wyłazi starość. Nie zauważyłem dotąd, że profesor ma już powyżej pięćdziesiątki, nigdy jakoś przedtem nie przyszło mi to na myśL, jakby absolutny belfer był istotą wieczną i ponadczasową. Stary czy profesor? Jak to - stary czy profesor? Dlaczegożby nie mógł być starym profesorem? Nie, nie o to chodzi, ale co się tu na mnie gotuje (bo, że byli w zmowie, to na pewno). Boże, dlaczego siedzi? Dlaczego przyszedł tutaj, żeby siedzieć przy mnie z pensjonarką? Siedzenie jego było dla mnie tym bardziej męczące, że siedziałem z nim razem. Gdybym stał, nie byłoby to takie straszne. Ale wstanie przedstawiało okropne trudności, ściśle biorąc, nie było powodu do wstania. Nie, nie o to chodzi - lecz czemu siedzi z pensjonarką, czemu siedzi staro z młodą pensjonarką? Litości! Lecz nie ma litości. Dlaczego siedzi z pensjonarką? Czemu jego starość nie jest zwykłą starością, ale pensjonarską? Jak to, starość z pensjonarką? Co to znaczy - starość pensjonarska? Nagle zrobiło się strasznie, ale nie mogłem uciekać. Starość pensjonarska - starość młodo_stara - oto jakie niekompletne, niezupełne, ohydne formuły galopowały mi w mózgu. I naraz śpiew rozległ się w pokoju. Nie wierzyłem własnym uszom. Belfer śpiewał arię pensjonarce. Ze zdumienia odzyskałem przytomność. Nie, nie śpiewał, nucił - Pimko, urażony obojętnością pensjonarki, zanucił kilka taktów z operetki podkreślając całą niewłaściwość, złe wychowanie, nietakt Młodziakówny. A więc jednak śpiewał? Zmusiła dziadka do śpiewania! Czy to był ów groźny, absolutny, umiejętny Pimko, ten dziadek porzucony na kanapie, śpiewający przymusowo pensjonarce? Byłem bardzo osłabiony. Po tylu przejściach od rana, od chwili, w której duch do mnie zawitał, mięśniom mojej twarzy nie było dane ani razu się rozkurczyć, policzki paliły mię jak po bezsennej nocy, spędzonej w pociągu. Lecz teraz pociąg jakby stawał. Pimko śpiewał. Wstyd mi się zrobiło, że mogłem ulegać tak długo nieszkodliwemu staruszkowi, na którego zwykła pensjonarka nie zwracała żadnej uwagi. Twarz moja nieznacznie zaczęła powracać do normy, poprawiłem się na siedzeniu i po chwili odzyskałem pełną równowagę, oraz - o, radości! - utraconego trzydziestaka. Postanowiłem wyjść najspokojniej, nawet bez protestów, gdy profesor złapał mię za rękę - był teraz zupełnie inny. Zestarzał się, spoczciwiał, wyglądał biednie i niezdarnie, litość wzbudzał. - Józiu - szepnął mi na ucho - nie bierz przykładu z tej nowoczesnej dziewczyny, nowego, powojennego gatunku, z epoki sportów i jazz_bandów! Powojenne zdziczenie obyczajów! Brak kultury! Brak szacunku dla starszych! Głód użycia nowego pokolenia! Zaczynam się obawiać, że tu atmosfera nie będzie dobra dla ciebie. Daj mi słowo, że nie ulegniesz wpływom tej rozwydrzonej dziewczyny. Podobni jesteście - mówił jak w gorączce - macie coś wspólnego, wiem, wiem, ty także właściwie jesteś nowoczesny chłopiec, niepotrzebnie cię tu przywiodłem do nowoczesnej dziewczyny! Spojrzałem jak na wariata. Co, ja z moim trzydziestakiem podobny nowoczesnej pensjonarce? Pimko wydał mi się głupi. Lecz on dalej przestrzegał mnie przed pensjonarką. - Nowe czasy! - mówił. - Wy, młodzi, dzisiejsze pokolenie. Lekceważycie starszych, a między sobą jesteście zaraz po imieniu. Brak szacunku, brak kultu przeszłości, dancing, kajak, Ameryka, instynkt chwili, "carpe diem", wy młodzi! I jął strasznie pochlebiać mojej rzekomej młodości i nowoczesności, bądź że my nowoczesna młodzież, bądź że dla nas tylko nogi, bądź jeszcze inaczej, a Młodziakówna przez ten czas obojętnie stała i skubała skórę nie wiedząc, co się święci za jej plecami. Zrozumiałem wreszcie, o co mu chodziło - chciał w ten sposób po prostu zakochać mię w pensjonarce. Kalkulacja jego była taka: chciał od razu wciągnąć mnie w pensjonarkę, przekazać z rączki do rączki, ażebym nie uciekł. Szczepił mi ideał, pewny, że skoro raz na wzór Syfona i Miętusa uzyskam ideał młodości, będę na wieki uwięziony. Profesorowi w gruncie rzeczy było obojętne, jakim pozostanę chłopcem, bylebym tylko nie wylazł z chłopięctwa. Jeśliby mu się udało z miejsca mię zakochać i natchnąć nowoczesnym ideałem chłopca, mógł spokojnie odejść i oddać się licznym swoim zajęciom postronnym, które nie dozwalały mu osobiście trzymać mnie w zdrobnieniu. I paradoks: Pimko, który - zdawałoby się - nade wszystko cenił własną wyższość, zgodził się zagrać upakarzającą rolę staromodnego poczciwiny, zgorszonego nowoczesnym pokoleniem panien, ażeby zwabić mnie do pensjonarki. Zgorszeniem staruszkowatym i wujaszkowatym sprzymierzał nas przeciwko sobie, starością i staroświeckością chciał zakochać mnie w młodości i w nowoczesności. Lecz Pimce przyświecał tu inny jeszcze cel niemniej ważny. Nie wystarczało mu samo zakochanie - chciał nadto związać mnie z nią nie inaczej, jak tylko w sposób możliwie najbardziej niedojrzały, nie odpowiadałoby jego zamierzeniom, gdybym ją pokochał zwyczajną miłością, nie, pragnął, abym się zadurzył w tej właśnie szczególnie tandetnej i wstrętnej poezji młodo_starej, nowoczesno_staroświeckiej, jaka się rodzi z kombinacji przedwojennego staruszka z powojenną pensjonarką. Belfer pragnął, widać, uczestniczyć pośrednio w mym oczarowaniu. Wszystko to było bardzo zręcznie obmyślone, ale nazbyt głupie, i w poczuciu zupełnego wyzwolenia z Pimki słuchałem niezdarnych pochlebstw starego wujaszka. Głupi! Nie wiedziałem, że tylko głupia poezja jest prawdziwie wciągająca! I z niczego wywiązał się potworny układ, straszny poetycki zespół - tam pod oknem nowoczesna pensjonarka, obojętna, tu na tapczanie staruszek profesor, biadający nad zdziczeniem powojennym, a ja między nimi osaczony poezją młodo_starą. Na Boga! Ależ mój trzydziestak! Wyjść, wyjść, jak najprędzej! Lecz świat jakby się załamał i zorganizował na nowych zasadach, trzydziestak stał się znowu blady i nieaktualny, nowoczesna pod oknem nabierała coraz większego powabu. A przeklęty Pimko nie ustawał. - Nogi - podniecał do nowoczesności - nogi, znam was, znam wasze sporty, obyczaj nowego zamerykanizowanego pokolenia, wolicie nogi niż ręce, dla was nogi najważniejsze, łydki! Kultura ducha dla was niczym, tylko łydki. Sporty! łydki, łydki - pochlebiał mi strasznie - łydki, łydki, łydki! I tak jak na pauzie podsunął szkolarzom problem niewinności, który ich rozjątrzył i zwiększył stokrotnie niedojrzałość, tak teraz mnie podsuwał łydki nowoczesne. A ja z przyjemnością słucham, jak łączy me łydki z łydkami pokolenia, i czuję już okrucieństwo młodości wobec starych łydek! I było w tym jakieś koleżeństwo łydek z pensjonarką, plus tajne rozkoszne porozumienie łydczane, plus patryjotyzm nogi, plus zuchwalstwo łydki młodej, plus poezja nogi, plus młodzieńcza duma łydczana i kult łydki. Szatańska część ciała! Nie potrzebuję dodawać, że wszystko działo się cicho na tyłach pensjonarki, która stała w oknie na łydkach swoich rówieśnych i skubała skórę, niczego się nie domyślając. Jednakże byłbym w końcu wyrwał się z łydek i wyszedł, gdyby nie to, że naraz otworzyły się drzwi i nowa osoba zjawiła się w pokoju; wejście osoby nowej a nie znanej do reszty mnie zaprzepaściło. Była to Młodziakowa, kobieta dość otyła, lecz inteligentna i uspołeczniona, z bystrym i bacznym wyrazem twarzy, członkini komitetu dla ratowania niemowląt lub dla zwalczania plagi żebraniny dziecięcej w stolicy. Pimko zerwał się z tapczana, jak gdyby nigdy nic, dystyngowany, kordialny, starawy profesor jeszcze z przedwojennej Galicji. - A, kochana pani inżynierowa! Pani droga zawsze zapracowana, zawsze czynna, pewnie z sesji komitetu. A ja tu przyprowadziłem mego Józia, którego pani łaskawa godzi się wziąć pod opiekę, to właśnie Józio, ten oto kawaler, Józiu, ukłoń się pani, moje dziecko. Co to? Pimko znów zmienił ton na pobłażliwy i protekcjonalny. Kłaniać się starej, ja, młody? Z szacunkiem kłaniać się? Musiałem - a Młodziakowa podała mi dłoń drobną, ale tłustą i spojrzała z przelotnym zdziwieniem na moją twarz, rozhuśtaną pomiędzy trzydziestakiem a siedemnastakiem. - Ile lat ma ten chłopiec? - usłyszałem, jak spytała Pimkę odchodząc z nim na bok, profesor zaś odparł poczciwie: - Siedemnaście, siedemnaście, pani droga, siedemnaście ukończył w kwietniu, wygląda nad wiek poważnie, troszkę może pozuje na dorosłego, ale serce złote, thu, thu! - A, pozuje - rzekła Młodziakowa. Zamiast protestować usiadłem i siedziałem na tapczanie jak przykuty. Niesłychana głupota tej insynuacji uniemożliwiała wszelkie wyjaśnienia. I zacząłem męczyć się potwornie. Bo Pimko odciągnął Młodziakową pod okno, tam właśnie, gdzie stała pensjonarka, i wszczęli rozmowę poufną, rzucając na mnie od czasu do czasu spojrzenia. Lecz belfer zdawkowy umyślnie, choć niby przypadkiem, podnosił chwilami głos. I męka! Gdyż usłyszałem, że łączył mnie z sobą wobec Młodziakowej - jak poprzednio połączył mnie z pensjonarką przeciw sobie, tak obecnie łączył mnie z sobą. Nie dość, że przedstawił mnie jako pozera, który udaje dorosłego i zblazowanego, lecz nadto mówił z rozczuleniem o moim do niego przywiązaniu, unosił się nad zaletami mego umysłu i serca (jedna tylko wada, że trochę pozuje - ale to przejdzie), a ponieważ mówił z jakimś starczym rozczuleniem i głosem staromodnego belfra typowego, więc wychodziło na to, że i ja jestem również staromodny i nienowoczesny! I zorganizował taką diabelską sytuację - tu ja na tapczanie siedzę i muszę udawać, że nie słyszę, tu pensjonarka w oknie stoi i nie wiem, czy słyszy, tam Pimko w kącie trzęsie głową, pokasłuje i rozczula się nade mną, judząc gusta i skłonności inżynierowej postępowej. O, ten, kto w pełni docenia, czym jest nawiązywanie z obcym świeżo poznanym człowiekiem, jaki to nieprawdopodobnie ryzykowny proces obfity w zdrady i zasadzki, ten pojmie moją bezsilność wobec Pimki z Młodziakową. Fałszywie wprowadzał mnie w dom Młodziaków, nie dość na tym - umyślnie podnosił głos, abym słyszał, że fałszywie mnie wprowadza - zdradziecko wprowadził mnie w Młodziaków, a Młodziaków we mnie! Jakoż Młodziakowa spojrzała w mą stronę z politowaniem i zniecierpliwieniem. Musiało ją zdenerwować ckliwe ględzenie Pimczyne, a poza tym owe przedsiębiorcze inżynierowe dzisiejsze, zapalone do kolektywu i emancypacji, nienawidzą wszelkiej sztuczności i nienaturalności u młodzieży, w szczególności zaś nie znoszą pozy na dorosłość. Jako postępowe i całe wytężone w przyszłość, żywią kult młodości gorętszy, niż żywiono kiedykolwiek, i nic ich nie jest w stanie bardziej zirytować, niż gdy chłopiec paskudzi sobie młode lata pozą. Co gorzej, nie tylko nie lubią, lecz jeszcze w dodatku lubią tę swoją nielubność, bowiem to im daje poczucie własnej postępowości i nowoczesności - i zawsze gotowe są pofolgować swemu nielubieniu. Inżynierowej nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ta tłusta skądinąd kobieta mogła oprzeć swój stosunek ze mną na jakiejkolwiek innej podstawie, nie tylko na gruncie formuły nowoczesność_staroświeckość, wszystko zależało od pierwszego akordu, gdyż pierwszy akord wybieramy sami, a reszta jest jedynie konsekwencją. Lecz Pimko pociągnął smyczkiem starego bakałarza na jej nowoczesnej strunie i w mig podchwyciła ton. - A, nie lubię - rzekła z grymasem - nie lubię! Młody starzec, zblazowany i pewnie niewysportowany! Nie cierpię sztuczności. Ależ, profesorze, niechże pan porówna z nim moją Zutę - szczera, swobodna, naturalna - oto, do czego doprowadzają wasze anachroniczne metody. Gdy to usłyszałem, straciłem resztkę wiary w skuteczność protestów, już by mi nie uwierzyła, że jestem dorosły, gdyż polubiła siebie i swą córkę ze mną - staroświeckim chłopcem, wychowanym wedle dawnych zasad. A jeśli matka polubi swoją córkę z tobą, już przepadło, musisz być taki, jaki jesteś potrzebny jej córce. Oczywiście, mogłem protestować, któż mówi, że nie mogłem - mogłem w każdej chwili wstać, podejść i - ze względu na trudności - siłą im wyjaśnić, że nie mam lat siedemnastu, lecz trzydzieści. Mogłem - lecz nie mogłem, bo mi się nie chciało, już chciało mi się tylko dowieść, że nie jestem chłopiec staromodny! To mi się chciało wyłącznie! Wściekałem się, że pensjonarka słyszy gadaninę Pimki i gotowa powziąć ujemne mniemanie. Ta sprawa przesłoniła kwestię mego trzydziestaka. Tamto zbladło! To się rozżarzyło, to zapiekło, to mię rozbolało! Siedziałem na tapczanie i nie mogłem krzyczeć, że umyślnie kłamie - więc poprawiam się na siedzeniu, wysuwam nogi, usiłuję przybrać wygląd swobodny i śmiały, siedzieć nowocześnie i krzyczę niemo, że nieprawda, że nie jestem taki, jestem inny, łydki, łydki, łydki! Pochylam się naprzód, wzrok ożywiam, siedzę naturalnie i niemo zadaję kłam całą postacią - jeśli pensjonarka się obejrzy, niech zobaczy - gdy wtem słyszę, jak Młodziakowa mówi po cichu do Pimki. - Rzeczywiście, chorobliwie zmanierowany, niech pan spojrzy - ciągle przybiera jakieś pozy. Nie mogłem się ruszyć. Gdybym zmienił pozę, okazałoby się, że usłyszałem, i znowu byłaby maniera - już teraz wszystko, cokolwiek bym zrobił, byłoby manierą. Zasię pensjonarka odwraca się od okna, obejmuje mnie wzrokiem, jak siedzę nie mogąc się wycofać z mojej pozy na naturalnego, i widzę na jej twarzy wyraz nieżyczliwy. A wycofać się tym bardziej nie mogę. I widzę, jak w dziewczynie wzbiera ostra młodzieńcza nieprzychylność wobec mnie, nieprzychylność, jak z bicza strzelił, czysta. Aż Młodziakowa przerwała rozmowę i zapytała córkę "en camarade", po koleżeńsku. - Cóż się tak patrzysz, Zuta? Pensjonarka, nie odrywając wzroku, lojalnieje - lojalna się robi - lojalna, otwarta, szczera - i wydętymi usteczkami wyrzuca z siebie. - On cały czas podsłuchiwał. Wszystko słyszał. O! Powiedziane to zostało ostro!... Chciałem zaprotestować, lecz nie mogłem, a Młodziakowa rzekła ciszej do profesora, z lubością smakując zryw dziewczyny. - One teraz są wyjątkowo wrażliwe na punkcie lojalności i naturalności - zupełnie zwariowane na tym punkcie. Nowe pokolenie. To moralność Wielkiej Wojny. My wszystkie jesteśmy dziećmi Wielkiej Wojny, my i dzieci nasze - inżynierowa lubowała się wyraźnie. - Nowe pokolenie - powtórzyła. - Jak to jej oczka pociemniały - rzekł poczciwie staruszek. - Oczka? Moja córka nie ma "oczek", profesorze, tylko oczy. My - mamy oczy. Zuta, spokojnie z oczami. Ale dziewczyna zgasiła twarz i wzruszyła ramionami, odtrącając matkę. Pimko zgorszył się momentalnie i zauważył do Młodziakowej na stronie. - Jeżeli pani to uważa za właściwe... Za moich czasów młoda osoba nigdy by się nie ośmieliła wzruszać ramionami... Matce! I dopieroż Młodziakowa z satysfakcją, z gotowością, w to jej graj: - Epoka, profesorze, epoka! nie zna pan spółczesnego pokolenia. Głębokie przemiany. Wielka rewolucja obyczajowa, ten wiatr, który burzy, podziemne wstrząsy, a my na nich. Epoka! Wszystko trzeba przebudować od nowa! Zburzyć w ojczyźnie wszystkie miejsca stare, pozostawić tylko młode miejsca, zburzyć Kraków! - Kraków! - wykrzyknął Pimko. Atoli pensjonarka, która dość lekceważąco słuchała tej dysputy starych, wybrała odpowiedni moment i kopnęła mnie z boku, krótko, zwięźle, w nogę, ukradkiem, nienawistnie i po łobuzersku, nie naruszając pozycji ciała ani wyrazu twarzy. Kopnąwszy - cofnęła nogę i stała nadal obojętna, obca temu, co mówił Pimko z Młodziakową. O ile matka ciągle prawie pchała się do córki, o tyle córka unikała matki - jak gdyby była dumniejsza, bo młodsza. - Kopnęła go! - wykrzyknął profesor. - Widziała pani? Kopnęła. My tu gadamy, a ona sobie kopie go. A to dopiero dzikość, śmiałość, tupet powojennego rozpasanego pokolenia. Nogą kopnęła! - Zuta, spokojnie z nogami! A profesor niech się nie przejmuje. Nic wielkiego - roześmiała się. - Nic się nie stanie pańskiemu Józiowi. Na froncie podczas Wielkiej Wojny nie takie rzeczy się działy. Ja sama, jako sanitariuszka, w okopach nieraz bywałam kopana przez prostych żołnierzy. Zapaliła papierosa. - Za moich czasów - rzekł Pimko - młode panienki... A cóż by na to powiedział Norwid? - Kto to Norwid? - zapytała pensjonarka. A zapytała doskonale ze sportową niewiedzą młodego pokolenia i ze zdziwieniem Epoki, rzeczowo i nie angażując się zanadto w pytanie, ot, tyle tylko, by dać posmakować swoją sportową ignorancję. Profesor złapał się za głowę. - Nie słyszała o Norwidzie! - zawołał. Młodziakowa uśmiechnęła się. - Epoka, profesorze, epoka! Zapanował niesłychanie przyjemny nastrój. Pensjonarka nie wiedziała o Norwidzie do Pimki. Pimko Norwidem gorszył się do pensjonarki. Matka śmiała się w Epoce. Ja jeden siedziałem wykluczony z towarzystwa i nie mogłem - nie mogłem się odezwać ani pojąć, że tak się odwróciły role, że antyk o łydkach tysiąc razy gorszych pokumał się przeciwko mnie z nowoczesną, że ja jestem kontrapunktem ich melodii. O, Pimko, piekielnik! Gdym siedział milczący i skopany przez nią, wyglądało, że jestem zły i nadąsany, a Pimko zagadnął życzliwie. - Czemu milczysz, Józiu? W towarzystwie należy odzywać się... czyżbyś pogniewał się na pannę Zutę? - Obraził się! - zawołała drwiąco sportówka. - Zuta, przeproś pana - rzekła z akcentem inżynierowa. - Pan obraził się na ciebie, ależ niechże kawaler nie gniewa się na moją córkę, nie należy być drażliwym. Zuta przeprosi, naturalnie, ale swoją drogą, że troszeczkę pozujemy, święta prawda. Więcej naturalności, więcej życia, proszę spojrzeć na mnie i na Zutę - no, ale oduczymy młodego człowieka, niech pan będzie spokojny, profesorze. Damy mu szkołę. - Pod tym względem myślę, iż pobyt u państwa wyjdzie mu na zdrowie. No, Józiu, rozchmurz czółko. A każda z tych wypowiedzi ostatecznie i - zdawałoby się - na zawsze porządkowała, ustalała, wyznaczała. Omówili pokrótce warunki finansowe, po czym Pimko ucałował mnie w czoło. - Bądź zdrów, chłopcze, do widzenia, Józiu. Sprawuj mi się dobrze, nie płacz, nie płacz, będę cię odwiedzał co niedziela, a w szkole również nie stracę cię z oczu. Moje uszanowanie pani drogiej, do widzenia, do widzenia, panno Zuto, a fe, proszę być dobrą dla Józia! Wyszedł i jeszcze na schodach słychać było pokasływanie i pochrząkiwanie: - Thu, thu, thu, hem, hem, thu, thu! Eh, eh, eh! - Porwałem się do protestów i wyjaśnień. Ale Młodziakowa zaprowadziła mnie do małej, nowoczesnej, nieprzytulnej ciupki tuż obok hallu, który (jak się potem okazało) był zarazem pokojem Młodziakówny. - Proszę - rzekła - pokój. Łazienka obok. Śniadanie o siódmej. Rzeczy są tutaj - służąca przyniosła. I zanim zdołałem wyjąkać "dziękuję", wyszła na sesję komitetu dla zwalczania nieeuropejskiej plagi żebraniny dziecięcej w stolicy. Zostałem sam. Usiadłem na krześle. Ucichło. W głowie mi szumiało. Siedziałem w nowych okolicznościach, na nowym mieszkaniu. Po tylu ludziach, jakich widziałem od rana, nastąpiło nagle zupełne odludzie i tylko obok w hallu ruszała się i krzątała pensjonarka. Nie, nie, nie była to samotność - była to samotność z pensjonarką. Rozdział VII Miłość I znowu porwałem się do protestów i wyjaśnień. Musiałem działać. Nie mogłem dopuścić, żeby miał na zawsze utrwalić się stan, w którym mnie pozostawiono. Wszelka zwłoka groziła utrwaleniem stanu. Siedząc na krzesełku sztywno, nie zabierałem się do układania i porządkowania moich rzeczy, które z rozkazu Pimki przyniosła służąca. "Teraz - myślałem - teraz jedyna sposobność sprostowania, wyjaśniania i porozumienia. Pimki nie ma. Młodziakowa wyszła. Ona jest sama. Nie tracić czasu, czas obciąża i usztywnia, teraz, zaraz iść, wyjaśnić, pokazać się jej we właściwej postaci, jutro już będzie za późno. Pokazać się, pokazać się" - jakże gwałtownie chciałem się pokazać, jakaż żądza mnie chwyciła pokazania. Ba, lecz pokazać się - jakim? Dorosłym i trzydziestoletnim? Nie, nie, nie, przenigdy, o, w tej chwili nie pragnąłem wcale wydostać się z młodości, przyznać się do trzydziestaka, świat mój się zawalił, już nie widziałem świata poza cudnym światem nowoczesnej pensjonarki, sport, gibkość, hardość, łydki, nogi, dzikość, dancing, statek, kajak - to była nowa kolumnada mej rzeczywistości! Nie, nie - nowoczesnym chciałem się ukazać! Duch, Syfon, Miętus, Pimko, pojedynek, wszystko, co dotychczas było, zepchnięte zostało na margines i myślałem tylko - co myśli o mnie pensjonarka, czy uwierzyła Pimce, jakobym był pozer i nienowoczesny - i jedynym moim problemem było teraz, zaraz, wyjść, ukazać się jej nowoczesnym, naturalnym, żeby zrozumiała, iż Pimko mnie załgał, a w rzeczywistości jestem inny i taki jak ona, rówieśnik wiekiem i epoką, pokumany łydką... Ukazać się - ale pod jakim pozorem? Jakże jej wyjaśnić? Kiedy nie znałem jej prawie wcale i towarzysko była mi obca, choć już dysponowała mną w sobie. Dostęp do niej był mi niesłychanie trudny w głębszych pokładach bytu, gdy chodziło o mnie samego - miałem dostęp do niej wyłącznie w błahych drobiazgach, co najwyżej, mogłem, zastukać i spytać, o której podają kolację. Kopnięcie, które mi wymierzyła, wcale nie ułatwiało zadania - był to bowiem kopniak nawiasowy, wymierzony nogą bez udziału twarzy, a mnie właśnie brakowało odpowiedniej twarzy. Siedziałem na krześle niczym zwierzę w klatce, koń pędzony na lince, batem trzymany na dystansie, i tarłem ręce - jak, pod jakim pozorem zabrać się do Młodziakówny i do siebie? Wtem zadźwięczał dzwonek telefonu i usłyszałem kroki pensjonarki. Wstałem, ostrożnie uchyliłem drzwi do hallu i rozejrzałem się - nikogo nie było, mieszkanie stało pustką, zmierzch nadciągał, a ona umawiała się przez telefon z przyjaciółką na siódmą do cukierni, z nią, z Polkiem i z Baby (miały one swoje przezwiska, nazwy, wyrażenia). - Przyjdziesz, punkt, na pewno, tak, nie, dobrze, boli mnie noga, ścięgno naderwane, idiota, fotka, przyjdź, przyjdziesz, przyjdę, heca, na mur. - Słowa te, mówione przez jedną nowoczesną drugiej nowoczesnej półgłosem w tubę aparatu, gdy nikogo przy tym nie było, poruszyły mnie bardzo. "Własny język - pomyślałem - własny nowoczesny język!" I wtedy wydało mi się, że dziewczyna, mając usta zajęte rozmową, a swobodne oczy i będąc unieruchomiona aparatem, staje się bardziej dostępna i podatna moim zamierzeniom. Mogłem ukazać się jej bez żadnych wyjaśnień, objawić się - bez komentarzy. Prędko poprawiłem krawat i kołnierzyk, włosy przylizałem, żeby rozdziałek był dobrze widoczny, gdyż wiedziałem, że ta linia równa na głowie nie jest pozbawiona w danych okolicznościach znaczenia. Linia, nie wiedzieć czemu, była nowoczesna. Przechodząc przez jadalny wziąłem ze stołu wykałaczkę i ukazałem się (telefon był w przedpokoju), wyłoniłem się na progu drzwi jak najobojętniej, stanąłem, opierając się ramieniem o framugę. Podałem się z cicha całym sobą, a w zębach gryzłem wykałaczkę. Wykałaczka była nowoczesna. Nie myślcie, że łatwo przyszło stanąć tak z wykałaczką i udawać swobodę, gdy wszystko jest jeszcze sparaliżowane, być agresywnym, gdy się śmiertelnie biernym pozostaje. Młodziakówna tymczasem mówiła do przyjaciółki. - Nie, niekoniecznie, psiakość, dobrze, chodź z nią, nie chodź z nim, fotka, heca, przepraszam cię, chwileczkę. Odłożyła słuchawkę i zapytała: - Chce pan telefonować? A zapytała tonem towarzyskim, chłodnym, jakbym to nie ja był przez nią kopnięty. Odpowiedziałem przeczącym ruchem głowy. Chciałem, by poznała, że stoję tu bez żadnych innych po temu powodów, jak tylko ja i ty, że mam prawo stanąć we drzwiach podczas twojego telefonu, jako towarzysz w nowoczesności i rówieśnik. Młodziakówno, pomnij, że między nami wyjaśnienia są zbyteczne, po prostu mogę bez ceremonii przyłączyć się do ciebie. Ryzykowałem dużo, bo gdyby zażądała ode mnie wyjaśnień, nie umiałbym się wytłumaczyć i straszliwa sztuczność od razu by mnie zmusiła do odwrotu. Lecz jeśli przyjmie, jeśli zaakceptuje, jeżeli zgodzi się w milczeniu, naturalność, o jakiej ledwie śmiałem marzyć! I już wtedy mógłbym naprawdę być z nią, nowoczesny. "Miętus, Miętus" - myślałem z trwogą, wspominając, jak MIętus wykrzywił się okropnie po pierwszych uśmiechach. Z kobietą, co prawda, było łatwiej. Inność ciała stwarzała lepszą możność. Ale Młodziakówna ze słuchawką przy uchu, nie patrząc na mnie, rozmawiała jeszcze dość długo (a czas znowu zaczynał zagrażać mi ciężarem), wreszcie rzekła. - Dobrze, punktualnie, na pewno, kino, pa - i zawiesiła słuchawkę. Wstała i odeszła do swego pokoju. Wyjąłem wykałaczkę z ust, odszedłem do mego pokoju. A było tam krzesełko koło szafy pod ścianą, z boku, nie do siadania, a do składania rzeczy na noc - na tym krzesełku usiadłem sztywno i zatarłem ręce. Pominęła mnie - drwić nawet nie chciała. Dobrze, ale skoro raz się zaczęło, nie można tego tak zostawić, póki Młodziakowej nie ma w domu, trzeba to rozstrzygnąć, spróbuj znowu, bo ona teraz po twym nieszczęśliwym wystąpieniu naprawdę i ostatecznie gotowa pomyśleć, żeś pozer, a w każdym razie poza twoja utwierdza się, wzmaga, czemu usiadłeś tu z boku pod ścianą, dlaczego zacierasz ręce? Wszak zacieranie rąk u siebie w pokoju, na krześle, jest przeciwieństwem wszelkiej nowoczesności, jest staromodne. O Boże! Ucichłem nasłuchując, co się dzieje za ścianą. Młodziakówna ruszała się, jak wszystkie dziewczyny ruszają się u siebie, w swym pokoju. A ruszając się jednocześnie na pewno utwierdzała się w swoich opiniach o mnie, jakobym był pozer. Być wypchniętym ze swego pokoju, musieć siedzieć, gdy ona tam sama wytwarza o tobie, straszne - ale jak ją zahaczyć, jak zahaczyć ją znowu, co począć? Pretekstów nie miałem - a choćbym i miał preteksty, nie mogłem ich użyć - gdyż sprawa była zbyt wewnętrzna dla pretekstów. Tymczasem mrok zapadał i samotność - owa kłamana samotność, gdy człowiek, sam, nie jest sam jednak, lecz w duchowym, bolesnym związku z drugim człowiekiem za ścianą - a przecież dość sam na to, żeby zacieranie rąk, kurcze palców i inne objawy były niedorzeczne - a zatem mrok i owa fałszywa samotność uderzały mi do głowy, oślepiały, odbierały do reszty poczucie jawy, w noc strącały. Jakże często noc w dzień nam się wdziera! Sam, w tym pokoju, na krzesełku, w tej akcji, byłem zbyt bezprzedmiotowy, nie mogłem tu dłużej wysiedzieć. Procesy, które przeżywane razem, wespół z kimś i jawnie nie są groźne, stają się nie do zniesienia bez partnera. Samotność jest wypychająca. Więc po dłuższej męce znowu otworzyłem drzwi, ukazałem się na progu, z samotności trochę na oślep jak nietoperz. Stanąwszy spostrzegłem, że znowu nie wiem, jak mam ją zahaczyć i niby jak się dobrać do niej - była wciąż najściślej odgraniczona i zamknięta, piekielna rzecz ten wyrazisty i sprecyzowany kontur formy ludzkiej, ta chłodna linia wyodrębniejąca - forma! Pochylona, z nogą opartą o krzesełko, czyściła bucik miękką ściereczką zamszową. Było w tym coś klasycznego i wydało mi się, że dziewczynie nie tyle idzie o polor bucika, ile raczej o to, by łydką i nogą doskonalić typ swój w tajemnicy i utrzymać się w dobrym stylu nowoczesnym. To mi dodało odwagi. Sądziłem, że nowoczesna, przyłapana z nogą, powinna okazać się łaskawsza, mniej formalistyczna. Podszedłem do niej - i stanąłem blisko, w odległości jednego do dwóch kroków, w milczeniu zaproponowałem siebie nie patrząc, ze wzrokiem cofniętym - pamiętam do dziś doskonale, jak podchodzę, jak stoję o krok od niej, na samej granicy przestrzennego okręgu, w którym ona się zaczyna, jak cofam wszystkie zmysły, żeby móc podejść jak najbliżej, i czekam, po co? - po to, żeby się nie zdziwiła wcale. Tym razem bez wykałaczki i bez żadnej szczególnej postawy. Niech przyjmie albo niech odrzuci, starałem się być zupełnie bierny, neutralny. Zdjęła nogę z krzesła i wyprostowała się... - Pan ma do mnie... interes? - zapytała niepewnie, z ukosa, jak człowiek, do którego inny człowiek podchodzi bez powodu zbyt blisko; a gdy się wyprostowała, napięcie między nami jeszcze się zwiększyło. Czułem, że wolałaby się odsunąć. Ale ponieważ stałem zbyt blisko, nie mogła. Czy miałem do niej interes? - Nie - odpowiedziałem cicho. Ręce opuściła po bokach. Spojrzała spod oka. - Pan pozuje? - rzekła obronnie, na wszelki wypadek. - Nie - szepnąłem natrętnie - nie. Stolik był obok mnie. Dalej kaloryfer. Na stoliku szczotka i scyzoryk. Zmierzch narastał - światło pośrednie pomiędzy nocą a dniem zacierało po trosze granice i groźną linię demarkacyjną, za welonem mroku byłem szczery, najszczerszy, jak mogłem, chętny do pensjonarki, gotów. Nie udawałem. Gdyby przyjęła, że teraz nie udaję, udaniem byłaby poprzednia sztuczność moja w obecności Pimki. Dlaczego myślałem, że dziewczynie nie wolno odrzucić oferty mężczyzny, który domaga się przyjęcia? Czy przypuszczałem, że pensjonarka ulegnie w ciemnościach pokusie uczynienia ze mnie kogoś dogodnego? Dlaczego nie miałaby wybrać mnie przychylnym i dogodnym? Wszak wolała chyba mieć w domu kolegę Amerykanina niż staroświeckiego, skisłego i urażonego udawacza? Czyż nie zagra na mnie o zmroku swej melodii, jeżeli przychodzę i jeżeli podstawiam się - zagraj, zagraj, melodię swoją na mnie, tę melodię nowoczesną, którą wszyscy nucą w kawiarniach, na plażach i w dancingach, melodię czystą wszechświatowej młodzieży w tenisowych spodniach. Zanuć na mnie nowoczesność tenisowych spodni. Nie chcesz? Młodziakówna, zaskoczona mną przy sobie, usiadła na stole, rękami opierając się o kant z pewnym fizycznym humorkiem - twarz jej wyłoniła się z mroku, niezdecydowana pomiędzy zdziwieniem a rozbawieniem - i zdawało mi się, że siada jakby do zagrania... Tak Amerykanki siadają na brzegu łodzi. I w samym już fakcie, że usiadła, było coś, od czego zbiegło mię gorąco, przynajmniej była w tym milcząca zgoda na przedłużenie sytuacji. Wyglądało, jakby się ulokowała na dłużej, do zużytkowania. I z biciem serca zauważyłem, że puszcza w ruch niektóre ze swych wdzięków. Lekko przechyliła główkę - niecierpliwie poruszyła nóżką - wydęła usteczka kapryśnie - a jednocześnie duże jej oczy, nowoczesnej, obróciły się ostrożnie w bok, w stronę jadalni, czy służącej przypadkiem tam nie ma. Bo cóż by powiedziała służąca, gdyby nas ujrzała, nie znających się prawie, tutaj, w tak dziwnym układzie? Czy posądziłaby nas o zbytnią sztuczność? Czy też o nadmierną naturalność? Lecz to ryzyko właśnie podoba się dziewczynom, tym dziewczętom mroku, które tylko w mroku mogą pokazać, co umieją. Czułem, że zdobyłem pensjonarkę dziką naturalnością sztuczności. Wsadziłem ręce w kieszenie od marynarki. Wytężony naprzeciw niej, łowiąc każde tchnienie, towarzyszyłem jej cicho, lecz żarliwie, z całej siły - sympatyczny, znowu sympatyczny... Tym razem czas okazywał się dla mnie przychylny. Każda sekunda, pogłębiając sztuczność, pogłębiała jednocześnie naturalność. Oczekiwałem, że nagle powie coś do mnie, jakbyśmy się znali od wieków, o nodze, że noga ją boli, bo ścięgno sobie naderwała. - Noga mnie boli, bo ścięgno sobie naderwałam. Ty pijesz whisky, Annabelie... Już miała to powiedzieć, już poruszyła wargami - gdy wtem powiedziało się jej zupełnie coś innego, mimowolnie - w sposób oficjalny zapytała: - Czym mogę służyć? Cofnąłem się o krok, a ona, połechtana tym powiedzeniem, nie tracąc wszakże nic z fasonu i sznytu młodej dziewczyny nowoczesnej, siedzącej na stole z nogami bujającymi, owszem, zyskując więcej jeszcze fasonu, powtórzyła z naciskiem i z formalnym zimnym zainteresowaniem: - Czym mogę służyć? A ponieważ uczuła, że te słowa niczego jej nie ujmują w zakresie własnym, a wprost przeciwnie - darzą ją ostrością, trzeźwością asentymentalną, że to jej dobrze robi na typ, więc ponownie, patrząc jak na wariata, zapytała. - Czym mogę służyć? Odwróciłem się i odszedłem, ale plecy moje, oddalając się, jeszcze bardziej ją podnieciły, gdyż za drzwiami już posłyszałem: - Błazen! Odstrychnięty, odepchnięty usiadłem na mym krzesełku pod ścianą, zziajany. - Skończone - szepnąłem. - Popsuła. Dlaczego popsuła? Coś ją ugryzło - wolała się przejechać po mnie niż jechać razem ze mną. Krzesełko moje, tu, pod ścianą, witaj mi, ale trzeba wreszcie rozpakować rzeczy, walizka stoi na środku pokoju, ręczników nie ma. Usiadłem skromnie na krzesełku i po ciemku prawie zacząłem układać bieliznę w szufladach - trzeba poukładać, jutro trzeba pójść do szkoły - jednakże nie zapalałem światła, zaiste, dla mnie nie warto. Jakże ubogo mi było, jak biednie, ale dobrze, byleby tylko można nie ruszać się więcej, usiąść, siedzieć i nie pragnąć nic, do końca nic. Lecz po paru minutach siedzenia stało się oczywiste, że w moim wyczerpaniu i niedostatku znów muszę być aktywny. Czy nie ma spoczynku? Teraz - musiałem po raz trzeci iść do jej pokoju i pokazać się jej jako błazen, ażeby wiedziała, że wszystko poprzednie było z mej strony umyślnym błazeństwem i że to ja z niej zakpiłem, nie ona zakpiła ze mnie. "Tout est perdu sauf l'honneur" - jak powiedział Franciszek I. Więc pomimo ubóstwa i zmęczenia wstałem i znowu zacząłem przygotowywać się do wejścia. Przygotowania trwały dość długo. Wreszcie uchyliłem drzwi i naprzód głowę wprowadziłem do jej pokoju. Oślepiająca jasność. Zapaliła lampę. Zamknąłem oczy. Doszła mię zniecierpliwiona uwaga. - Proszę nie wchodzić bez pukania. Odpowiedziałem z zamkniętymi oczyma, poruszając głową w szparze. - Sługa i podnóżek. Otworzyła drzwi i na dobre wszedłem, posuwiście, dowcipnie, o, ta posuwistość nędzarza! Postanowiłem doprowadzić ją do złości w myśl starej maksymy, że złość piękności szkodzi. Przypuszczałem, że zdenerwuje się, a ja, zachowując spokój, pod maską błazeńską, zdołam osiągnąć przewagę. Krzyknęła. - Pan jest źle wychowany! Zdumiałem się tymi słowami w nowoczesnych ustach, tym bardziej że zabrzmiały tak autentycznie, jakby dobre wychowanie było ostateczną instancją rozwydrzonych powojennych pensjonarek. Nowoczesne mistrzowsko umieją żonglować na przemian złym i dobrym wychowaniem. Poczułem się chamem. Za późno było się cofać - świat istniaje tylko dzięki temu, że zawsze za późno się cofać. Odparłem z ukłonem: - Podnóżek wielce szanownej pani. Wstała i skierowała się ku drzwiom. Fatalność! Jeżeli wyjdzie pozostawiając mnie z chamstwem - przepadło! Rzuciłem się naprzód, zastąpiłem drogę. Stanęła. - Czego pan chce? Niepokój pojawił się w niej. A ja, zniewolony konsekwencją mego ruchu, i ponieważ nie mogłem już się wycofać, zacząłem iść na nią. A ja na nią, wariat, błazen, pozer, małpa na pannę, barokowy szkolarz i kawalarz, z tępą arogancją - ona cofa się za stół - a ja na nią posuwiście, z małpowaniem, palcem wytykam kierunek i ku niej sunę jak pijak, cham złośliwy, jak bandyta - ona pod ścianę, ja za nią. Lecz, przekleństwo! - Następując na nią koszmarnie i poczwarnie, wyłupiasto, widzę jednocześnie - wobec wariata nie traci nic ze swojej krasy - gdy ja staję się nieludzki, ona pod ścianą drobna, pochylona, blada, z rękami opuszczonymi, zgiętymi lekko w łokciu, zdyszana i jakby rzucona przeze mnie o ścianę, z rozszerzonymi źrenicami i szalenie cicha, napięta niebezpieczeństwem, wroga, jest prześliczna - jak z kina - nowoczesna, poetyczna, artystyczna, a strach - zamiast oszpecać, zdobi ją! Jeszcze chwila. Zbliżałem się do niej i siłą rzeczy musiały nastąpić nowe rozstrzygnięcia - przemknęło mi przez myśl, że koniec, że muszę ręką złapać ją za tę jej twarzyczkę - zakochany byłem, zakochany!... gdy wtem wrzask rozległ się w przedpokoju. A to Miętus zaatakował służącą. Nie dosłyszeliśmy dzwonka. Przyszedł do mnie w odwiedziny na nowe mieszkanie, a znalazłszy się sam na sam ze sługą w przedpokoju, chciał dopuścić się na niej gwałtu. Albowiem Miętus po pojedynku z Syfonem nie mógł już wyzbyć się swoich min straszliwych i popadł w taką więź piekielną, że w ogóle nie mógł inaczej jak potwornie. Ujrzawszy służącą nie omieszkał być wobec niej najbardziej ordynarny i brutalny, jak tylko mógł. Służąca podniosła wrzask. Miętus dał jej kopniaka w brzuch i wszedł do pokoju z półbutelką czystej monopolowej pod pachą. - A, tu jesteś! - wrzasnął. - Serwus, Józiek, kolega! Wizytę składam. Przyniosłem wódzi i serdelków! Ho, ho, ho, ale masz gębę! Nic, nic, moja nie lepsza! "Niech gęba gębie daje w gębę!@ To nasz los! To nasz los!@ Daj gębą swą komu po zębach@ lub powieś się na dębie!"@ - Co to za Syfon tak cię urządził? Ta flanca pod ścianą? Moje uszanowanie! - Zakochałem się, Miętus, zakochałem się... Miętus odrzekł z mądrością pijaka: - A to dlatego masz gębę? Sztama, Józio! No, ale ukochana gębę ci wlepiła. Żebyś widział, jak wyglądasz. Nic to, nic to, moja także niezgorsza. Sztama! Chodź, chodź, co tam będziesz piętę sobie zawracał, zaprowadź mnie do swych apartamentów, przynieś chleba do serdelków - mam butelczynę na zgryzoty! Co tam się frasować! Józio, kolega, napijmy się, rajcować będziemy, gębować na wszystko, co popadnie, ulgę sobie zrobimy! Już trzecią dzisiaj trąbię monopolkę. Ulgę sobie zrobimy. Uszanowanie szanownej... bon jour... au revoir... moje uszanowanie! Allons, allons! Jeszcze raz zwróciłem się do nowoczesnej. Chciałem coś powiedzieć, wytłumaczyć - powiedzieć jakieś jedno jedyne słowo, które by mnie uratowało - lecz słowa tego nie było, a Miętus złapał mię pod ramię i zataczając się ruszyliśmy do mego pokoju, pijani nie alkoholem, ale gębami naszymi. Rozpłakałem się i opowiedziałem mu wszystko o pensjonarce, niczego nie pomijając. Wysłuchał mię dobrotliwie jak ojciec i zaśpiewał: "Hej gęba@ na dębie@ jak zięba!"@ - Pij, popijaj, czemu nie pijesz? Golnij trochę! Daj buzi butelczynie, daj gęby butelczynie! Twarz miał ciągle straszną, przeraźliwie ordynarną i trywialną, i żarł serdela w zatłuszczonym papierze, wsadzając w otwór gębowy. - Miętus, ja chcę się wyzwolić! Wyzwolić się z niej! - krzyknąłem. - Wyzwolić się z gęby? - zapytał. - Psiakrótka. - Wyzwolić z pensjonarki! Miętus, przecież ja mam trzydzieści lat, jak jeden dzień! Trzydzieści lat! Przyjrzał mi się ze zdziwieniem, w słowach moich musiał być szczery ból. Ale zaraz parsknął śmiechem. - Te, nie trajluj! Trzydzieści lat! Zgłupiał bubek, z byka spadł, frajer pumpka (i użył innych wyrażeń, których nie powtórzę). Trzydzieści lat! Te, wisz co - pociągnął z butli i splunął. - Ja znam skądsiś tę twoją magnifikę. Znam ją z widzenia. Za nią chodzi Kopyrda. - Kto chodzi za nią? - Kopyrda. Ten z naszej klasy. Spodobała mu się, bo on także taki - nowoczesny. Ba, jeśli ona naprawdę nowoczesna, nic tu nie zdziałasz, cholera! Nowoczesna tylko z nowoczesnymi się zadaje, tylko z takimi jak sama. Ba, ba, jeśli nowoczesna wlepiła ci gębę, to się nie wykaraskasz tak łatwo. To gorzej niż Syfon. Nic to, bracie, każdy ma doczepiony jakiś ideał do swej osoby, jak klocek na Popielec. Pij, pij, popijaj! Myślisz, że ja się wyzwoliłem? Zrobiłem z gęby ścierkę, a parobek ciągle mi doskwiera. - Przecież zgwałciłeś Syfona? - Co z tego? Zgwałciłem, ale gęba pozostała. Patrzaj - zdziwił się. - A to z nas para. Ja z parobkiem, a ty z pensjonarką. Gól tę wódkę! Hej, parobek - rozmarzył się nagle - hej, parobek! Józiu, żeby uciec do parobka. Na łąki, na pola, uciec, zwiać - mamrotał. - Do parobka... do parobka... Ale mnie jego parobek wcale nie obchodził. Tylko nowoczesna! Zazdrość mnie złapała o Kopyrdę - ach, więc Kopyrda chodził za nią! Jeśli jednak "za nią", a nie "z nią", to by znaczyło, że nie znają się... Nie śmiałem się pytać. I tak siedzieliśmy z gębami, dwutorowo, każdy oddany własnym myślom, pociągając z flaszy co pewien czas. Miętus podniósł się chwiejnie. - Muszę już iść - nadmienił półgębkiem. - Jeszcze stara przyjdzie. Wyjdę przez kuchnię - mruknął. - Zajrzę jeszcze do służącej. Służącą masz niczego, wcale, wcale... Wprawdzie to nie parobek, ale zawsze z ludu. Może brata ma parobka. Ech, bracie - parobek... parobek... Wyszedł. A ja zostałem z pensjonarką. Światło księżycowe barwiło bladawo drobne pyłki, które w ogromnych ilościach bujały w powietrzu tam i sam. Rozdział VIII Kompot A następnego ranka szkoła i Syfon, Miętus, Hopek, Myzdral, Gałkiewicz i "accusativus cum infinitivo", Bladaczka, wieszcz i codzienna powszechna niemożność, nudno, nudno, nudno! I znowu to samo! I znowu wieszcz wieszczy, nauczyciel ględzi wieszczem, na życie zarabia, uczniowie pod ławkami męczą się w prostracji, palec w bucie kręci się jak kołowrotek i nie pieprz Pietrze wieprza pieprzem i nie wieprz Pietrze wieprza pieprzem i nie pieprz Pietrze wieszcza pieprzem, nudno, nudno! I znowu nuda ciśnie, pod ciśnieniem nudy, wieszcza i nauczyciela rzeczywistość się pomału w świat przemienia ideału, daj mi teraz marzyć, daj - i już nikt nie wie, co jest realne, a czego w ogóle nie ma, gdzie prawda, gdzie złuda, co się czuje, czego się nie czuje, gdzie naturalność, a gdzie sztuczność, zgrywa i to, co powinno być, miesza się z tym, co nieubłaganie jest, i jedno drugie dyskwalifikuje, jedno drugiemu odbiera wszelką rację bytu, o, wielka szkoło nierzeczywistości! A więc i ja także przez bitych pięć godzin marzyłem o swym ideale, gęba w pustce rozrastała mi się jak balon, bez przeszkód - bo w świecie fikcyjnym, irrealnym nie było nic, co by mogło wrócić ją do normy. A więc i ja miałem już swój ideał - nowoczesną pensjonarkę. Byłem zakochany. Marzyłem, jako smętny amant i aspirant. Po nieudanych próbach pozyskania ukochanej - po próbie wyszydzenia ukochanej - żałość wielka mną owładnęła, wiedziałem, że wszystko stracone. Rozpoczął się różaniec dni monotonnych. Byłem uwięziony. Cóż mam powiedzieć o tych dniach bliźniaczych? Rano chodziłem do szkoły, ze szkoły wracałem na obiad do Młodziaków. Nie zamierzałem już uciekać ani wyjaśniać, ani protestować - owszem, z przyjemnością stawałem się uczniem, jako uczeń bliższy przecież byłem pensjonarki niż jako człowiek samodzielny. Ejże, ejże! - zapomniałem prawie o moim dawnym trzydziestaku. Nauczyciele polubili mnie, dyrektor Piórkowski klepał mnie po pupie, a podczas dysput ideologicznych i ja teraz dostawałem wypieków i krzyczałem: - Nowoczesność! Tylko nowoczesny chłopiec! Tylko nowoczesna pensjonarka! - Z czego śmiał się Kopyrda. Przypominacie sobie zapewne Kopyrdę, jedynego nowoczesnego chłopca w całej szkole? Starałem się stowarzyszyć z nim, próbowałem zaprzyjaźnić się i wydobyć sekret relacji jego z Młodziakówną - ale on mnie zbywał odnosząc się do mnie z większym jeszcze lekceważeniem niż do innych, jakby przeczuł, że zostałem odpalony przez siostrę jego w typie, nowoczesną pensjonarkę. W ogóle bezwzględność, z jaką uczniowie tępili wrogie sobie gatunki młodości, była nadzwyczajna, czystościowcy nienawidzili brudnych, nowocześni brzydzili się staromodnymi i tak dalej. Tak dalej, dalej! I dalej! I cóż mam jeszcze powiedzieć? Syfon umarł. Zgwałcony przez uszy, nie mógł przyjść do siebie, nie mógł żadną miarą pozbyć się pierwiastków złowrogich, które mu zaszczepione zostały przez uszy. Nadaremnie męczył się, godzinami całymi próbował zapomnieć słów uświadamiających, które chcąc nie chcąc usłyszał. Powziął awersję do swego skażonego typu i chodził z wewnętrznym niesmakiem, coraz bledszy, ciągle mu się odbijało, spluwał, krztusił się, charczał, kaszlał, ale nie mógł, aż na koniec, czując się niegodnym, powiesił się pewnego popołudnia na wieszaku. Co wywołało ogromną sensację, nawet w prasie pojawiły się notatki. Miętusowi jednak niewiele z tego przyszło, śmierć Syfona nie poprawiła bynajmniej stanu jego gęby. Cóż z tego, że Syfon skonał? Miny, które robił podczas pojedynku, przywarły mu do twarzy - nie tak łatwo wyzbyć się min, twarz raz naruszona nie wraca się sama, nie jest z gumy. Chodził zatem nadal z gębą tak antypatyczną, że nawet Hopek i Myzdral, jego przyjaciele, unikali go, o ile mogli. Im zaś był pokraczniejszy, tym - oczywiście - bardziej wzdychał do parobka; im zaś bardziej wzdychał, tym - rzecz jasna - pokraczniejsza stawała się gęba. Niedola zbliżyła nas, on do parobka wzdychał, ja do nowoczesnej, i tak na wspólnym wzdychaniu czas schodził powoli, ale rzeczywistość była ciągle niedostępna i nieosiągalna, jakbyśmy mieli na twarzach wysypkę. Opowiedział mi, że ma widoki na posiadanie służącej Młodziaków - owego wieczoru wychodząc przez kuchnię pod gazem skradł jej całusa, ale to go bynajmniej nie zadowoliło. - To nie to - mówił - to nie to. Skraść całusa dziewce? Wprawdzie dziewka bosa prosto ze wsi i - jak się dowiedziałem - brata ma parobka, ale cóż z tego, cholera, psiakrew, zaraza morowa (i użył innych wyrażeń, których nie powtórzę), siostra nie brat, domowa sługa nie parobek. Chodzę do niej wieczorami, kiedy ta twoja Młodziakowa jest na sesji komitetu, gadam, trajluję, co wlezie, nawet gwarą ludową zaiwaniam, ale ciągle jeszcze nie chce uznać mnie za swego. I tak oto kształtował mu się świat - ze służącą na drugim planie, z parobkiem na pierwszym. Ale mój świat przeniósł się bez reszty ze szkoły do domu Młodziaków. Młodziakowa zauważyła rychło z bystrością matki, że jestem zadurzony w córce. Nie potrzebuję dodawać, że inżynierową, którą już Pimko nieźle podekscytował na wstępie, jeszcze bardziej podekscytowało to odkrycie. Chłopiec staromodny i zmanierowany, nie umiejący ukryć zachwytu dla nowoczesnych atrybutów pensjonarki, był niejako językiem, w którym mogła smakować i wyczuć wszystkie uroki córki, a pośrednio - własne. Tak więc stałem się językiem tej tłustej kobiety - i im bardziej byłem staroświecki, nieszczery i nienaturalny, tym one lepiej czuły nowoczesność, szczerość i prostotę. A przeto te dwie rzeczywistości infantylne - nowoczesna, staromodna - pobudzając jedna drugą, jątrząc się i podniecając tysiącznymi, najdziwaczniejszymi spięciami, kumulowały się i piętrzyły w świat coraz bardziej ułamkowy i zielony. I doszło do tego, że Młodziakowa stara jęła popisywać się przede mną, chwalić się i puszyć nowoczesnością, która po prostu młodość jej zastępowała. Nieustannie przy jedzeniu oraz w wolnych chwilach odchodziły rozmowy o Swobodzie Obyczajów, Epoce, Rewolucyjnych Wstrząsach, Czasach Powojennych etc. i stara zachwycona była, że może być młodsza Epoką od chłopca, który był młodszy wiekiem. Zrobiła z siebie młódkę, a ze mnie staruszka. - No cóż tam nasz młody staruszek? - mawiała. - Nasze zgniłe jajo? I z wyrafinowaniem inteligentnej inżynierowej nowoczesnej, jaką była, znęcała się nade mną swoją przedsiębiorczością życiową i swoim doświadczeniem życiowym, i tym, że zna życie, i tym, że jako sanitariuszkę skopano ją w okopach podczas Wielkiej Wojny, i swoim zapałem, i horyzontami swymi, i liberalizmem swoim kobiety Postępowej, Czynnej, Śmiałej tudzież obyczajem swoim nowoczesnym, codzienną kąpielą i jawnym chodzeniem do pewnej, dotąd zakonspirowanej, ubikacji. Dziwne, dziwne rzeczy! Pimko odwiedzał mię od czasu do czasu. Stary nauczyciel delektował się pupą moją. - Co za pupa - mruczał - niezrównana! - i w miarę możności jeszcze podbijał bębenka Młodziakowej doprowadzając niemal do przesady "genre" staroświeckiego pedagoga i gorsząc się jak najusilniej nowoczesną pensjonarką. Zaobserwowałem, że gdzie indziej, z Piórkowskim na przykład, nie był wcale taki stary ani nie miał staroświeckich zasad, i nie mogłem pojąć, czy to Młodziakowie wywołują w nim tę staroświeckość, czy - przeciwnie - on wywołuje nowoczesność Młodziaków, czy wreszcie nawzajem, jednocześnie uzależniają się gwoli wyższej racji rymu. Do dziś nie wiem, czy Pimko, belfer skądinąd przecie absolutny, popadł w ten gatunek przedwojenny belfra, zmuszony rozwydrzeniem powojennym Młodziakówny, czy może sprowokował rozwydrzenie przybierając umyślnie taką właśnie nieszczęśliwą i niezdarną postać poczciwego dziadka. Kto kogo tu stwarzał - nowoczesna pensjonarka dziadka, czy też dziadek nowoczesną pensjonarkę? Pytanie dosyć bezprzedmiotowe i jałowe. Jak dziwnie jednakże krystalizują się całe światy między łydkami dwóch osób. Tak czy owak, oboje czuli się w tym doskonale, on - jako pedagog dawnych zasad i poglądów, ona - jako rozwydrzona, i stopniowo wizyty jego stawały się coraz dłuższe i coraz mniej poświęcał mi uwagi koncentrując się na nowoczesnej. Czy mam to powiedzieć? Byłem zazdrosny o Pimkę. Cierpiałem nieludzko, widząc, jak tych dwoje uzupełnia się, zgadza, rymuje piosenkę, jak tworzą razem mały pieprzny poemacik staro_młody, i było to haniebne widzieć, że antyk o łydkach tysiąc razy gorszych jest bardziej ode mnie zgrany z nowoczesną. W szczególności Norwid stał się dla nich pretekstem tysiąca igraszek, łagodny Pimko nie mógł pogodzić się z jej ignorancją w tym przedmiocie, obrażało to jego najświętsze uczucia, ona znowu wolała skakać o tyczce - i tak wciąż on się oburzał, a ona się śmiała, on zalecał, a ona nie chciała, on błagał, a ona skakała - ciągle, ciągle, ciągle! Podziwiałem mądrość i wytrawność, z jaką belfer, nie przestając ani na chwilę być belfrem, działając zawsze na zasadzie belfra, umiał jednak czerpać rozkosz z nowoczesnej pensjonarki na mocy kontrastu i sposobem antytezy, jak belfrem pobudzał ją do pensjonarki, ona zasię jego pensjonarką do belfra podniecała. Zazdrościłem strasznie, choć przecie i ja również podniecałem antytetycznie i byłem przez nią podniecany - ale ja, o Boże, nie chciałem być staromodny z nią, chciałem być z nią nowoczesny! Hej, męka, męka, męka! Nie mogłem i nie mogłem wyzwolić się z niej. Wniwecz poszły wszelkie próby wyzwolenia. Szyderstwo, jakiego nie szczędziłem jej w myślach, nie dawało żadnych rezultatów - w istocie cóż znaczy tanie szyderstwo za plecami? I zresztą szyderstwo było niczym innym, jeno hołdem właśnie. Gdyż na dnie szyderstwa czaiła się trująca żądza podobania - jeżeli szydziłem, to wyłącznie chyba, by ustroić się w pawie pióra szyderstwa, i dlatego tylko, że nie zostałem zaakceptowany. A takie szyderstwo zwracało się przeciw mnie czyniąc mi gębę jeszcze obrzydliwszą i straszniejszą. I z takim szyderstwem nie śmiałem wystąpić wobec niej - wzruszyłaby ramionami. Bo dziewczyna, podobna w tym do innych ludzi, nigdy nie zlęknie się tego, kto szydzi, ponieważ nie został dopuszczony... A błazeński wypad na nią wówczas, w jej pokoju, przyniósł mi tylko tyle, że odtąd - miała się przede mną na baczności, ignorowała mnie - ignorowała, jak tylko nowoczesna pensjonarka to potrafi, niemniej doskonale wiedząc o mym rozkochaniu w jej urokach nowoczesnych. Potęgowała zatem te uroki z wyrafinowanym okrucieństwem sroki, wystrzegając się jednak starannie wszelkiej kokieterii, która by mogła ją ode mnie uzależnić. Tyle tylko, że sama dla siebie stawała się coraz dziksza, bardziej bezczelna, śmiała, ostra, gibka, wysportowana, łydczana, że szparko dawała się ponosić nowoczesnym wdziękom. I siadywała przy obiedzie, ach, dojrzała w niedojrzałości, pewna siebie, obojętna i sama dla siebie, a ja siedziałem dla niej, dla niej, dla niej siedziałem i nie mogłem ani przez jedną sekundę nie siedzieć dla niej, w niej byłem, ona mnie w sobie zawierała razem z mym szyderstwem, jej gusta, jej smaki były dla mnie decydujące i mogłem podobać się sobie tylko o tyle, o ile jej się podobałem. Tortura - tkwić bez reszty w nowoczesnej pensjonarce. I nigdy ani razu nie zdołałem przyłapać jej na najmniejszym choćby załamaniu w nowoczesnym stylu, nigdy żadnej luki, przez którą mógłbym wydostać się na wolność, dać drapaka! To właśnie mnie w niej urzekało - owa dojrzałość i suwerenność w młodości, pewność stylu. Gdy my tam, w szkole, miewaliśmy wągry, gdy nieustannie wyskakiwały nam rozmaite krosty, ideały, gdy ruchy mieliśmy niezdarne, gdy co krok, to gafa - jej "exterieur" był zachwycająco wykończony. Młodość dla niej nie była wiekiem przejściowym - młodość dla nowoczesnej stanowiła jedyny właściwy okres życia człowieczego - gardziła ona dojrzałością, a raczej niedojrzałość była dla niej dojrzałością - nie uznawała bród, wąsów, mamek ani matek z dzieckiem - i stąd brała się jej moc magiczna. Młodość jej nie potrzebowała żadnych ideałów, gdyż sama sobie była ideałem. Nie dziwota, że ja, udręczony młodością idealistyczną, łaknąłem jak kania tej młodości idealnej. Lecz nie chciała mnie! Gębę mi robiła! I z dniem każdym straszliwszą robiła mi gębę. Przebóg - jakże mię dręczyła w mojej krasie! Ach, nie znam nic okrutniejszego niż człowiek, który drugiemu człowiekowi gębę robi. Wszystko mu jest dobre, byle w śmieszność, w groteskę, w maskaradę, wepchnąć, albowiem brzydota tamtego - jego piękność syci, o, wierzcie, robienie pupy niczym jest w porównaniu do robienia gęby! Na koniec, doprowadzony do ostateczności, zaczynałem roić najdziksze plany fizycznego zniszczenia pensjonarki. Oszpecić twarzyczkę. Nos jej uszkodzić, oderżnąć. Lecz przykład Miętusa z Syfonem wskazywał, że fizyczna przemoc nie na wiele się przydaje, nie, duszy nic po nosie, dusza - tylko przezwyciężeniem duchowym się wyzwala. I cóż mogła począć moja dusza, gdy w niej tkwiła, gdy byłem w niej, gdy ona mnie w sobie zamykała. Czy można wydobyć się o własnych siłach z kogoś nie mając nic poza nim, żadnego oparcia, żadnego kontaktu z niczym, jak tylko przez niego, gdy styl jego dominuje cię całkowicie? Nie, o własnych siłach to wyłączone, wykluczone. Chyba że ktoś trzeci dopomoże ci z boku, poda choć koniuszek palca. A któż miał dopomóc? Miętus, który nie bywał u Młodziaków (tylko w kuchni, po kryjomu) i nie asystował nigdy memu obcowaniu z pensjonarką? Młodziak, Młodziakowa, Pimko, wszyscy zaprzysiężeni pensjonarce? Czy wreszcie płatna służąca, istota bez głosu? A tymczasem gęba stawała się coraz okropniejsza, im zaś okropniejsza była, tym bardziej Młodziakowa z Młodziakówną konsolidowały się w stylu nowoczesnym i tym okropniejszą robiły mi gębę. O, styl - narzędzie tyranii! Przekleństwo! Lecz przeliczyły się baby! Gdyż nadszedł moment, kiedy przypadkowo za sprawą Młodziaka (tak, właśnie Młodziaka) nadwątliły się okowy stylu, a ja po trosze odzyskałem możność. I wówczas - ruszyłem do ataku na całego. Hajda, hajda, hajda, na styl, na urodę nowoczesnej pensjonarki! Rzecz dziwna - inżynierowi zawdzięczam wyzwolenie, gdyby nie inżynier, na wieki byłbym uwięziony, a on to mimo woli sprawił, że nastąpiło małe przesunięcie, że naraz pensjonarka znalazła się we mnie, nie ja - w pensjonarce, tak, inżynier wciągnął we mnie córkę, do zgonu będę mu wdzięczny. Pamiętam, jak się zaczęło. Pamiętam - przychodzę ze szkoły na obiad, Młodziakowie siedzą już przy stole, służąca wnosi zupę kartoflaną, pensjonarka również siedzi - siedzi doskonale, z nieco bolszewicką fizkulturą i w gumianych półbucikach. Zupy jadła mało - a za to wypiła duszkiem szklankę zimnej wody i zagryzła kromką chleba, zupy unikała, rozwodniona papka, ciepła i zbyt łatwa, musiała zapewne szkodzić jej na typ, i prawdopodobnie chciała być jak najdłużej głodna, przynajmniej do mięsa, gdyż dziewczyna nowoczesna głodna jest wyższej klasy niż dziewczyna nowoczesna syta. Młodziakowa również zjadła b. mało zupy, a mnie nie zapytała wcale, jak tam w szkole się powiodło. Dlaczego nie zapytała? Dlatego, że nie uznawała tych matczynych pytań i w ogóle matka trochę ją mierziła, nie lubiła matki. Wolała siostrę. - Proszę, Wiktorze, weź soli - rzekła, podając mężowi sól tonem prawdziwej wiernej towarzyszki oraz czytelniczki Wellsa i dodała, wpatrzona nieco w przyszłość, nieco w przestrzeń, z akcentem humanitarnego buntu jednostki ludzkiej, walczącej z hańbą zła społecznego, niesprawiedliwości i krzywdy. - Kara śmierci jest przeżytkiem. A wtedy Młodziak, ten Europejczyk, inżynier i uświadomiony urbanista, który kształcił się w Paryżu i stamtąd przywiózł dryg europejski, czarniawy, w ubraniu - swobodny, w bucikach żółtych, giemzowych, nowych, które na nim bardzo się uwydatniały, w kołnierzyku ~a la Słowacki i w rogowych okularach, pozbawiony przesądów czerstwy pacyfista i wielbiciel naukowej organizacji pracy, z dowcipami i anegdotami naukowymi oraz dowcipami z kabaretów, rzekł biorąc sól. - Dziękuję, Joanno. Po czym dodał głosem uświadomionego pacyfisty, ale z domieszką studentów politechniki. - W Brazylii topią całe beczki soli, gdy u nas jest po sześć groszy gram. Politycy! My, fachowcy. Reorganizacja świata. Liga Narodów. A wówczas Młodziakowa odetchnęła głęboko i rzekła inteligentnie, z wizją lepszego jutra i szklanych domów Żeromskiego, nawiązując do tradycji zmagań Polski wczorajszej, a dążąc do Polski jutrzejszej. - Zuta, kto to był ten chłopiec, z którym dziś wracałaś ze szkoły? Jeżeli nie chcesz, możesz nie odpowiadać. Wiesz, że cię w niczym nie krępuję. Młodziakówna zjadła obojętnie kawałeczek chleba. - Nie wiem - odpowiedziała. - Nie wiesz? - rzekła z przyjemnością matka. - Zaczepił mnie - rzekła pensjonarka. - Zaczepił? - zapytał Młodziak. Właściwie zapytał machinalnie. Ale już samo pytanie obciążało kwestię i mogło wywołać wrażenie ojcowskiego niezadowolenia starej daty. Dlatego Młodziakowa interweniowała. - A cóż w tym dziwnego? - zawołała, ale z przesadną, być może, dezinwolturą. - Zaczepił ją - wielkie rzeczy! Niech zaczepia! Zuta, a może umówiłaś się z nim? Doskonale! Może chcesz wybrać się z nim na kajak - na cały dzień? A może chcesz pojechać na week_end i nie wracać na noc? Nie wracaj w takim razie - rzekła usłużnie - nie wracaj śmiało! Albo może chcesz wybrać się bez pieniędzy, może chcesz, żeby on za ciebie płacił, a może wolisz płacić za niego, żeby on był na twoim utrzymaniu - w takim razie dam ci pieniędzy. Ale najpewniej poradzicie sobie oboje bez pieniędzy, co? - zawołała hardo, napierając całym ciałem. Inżynierowa rzeczywiście zagalopowała się trochę, córka jednak uchyliła się zręcznie od matki, która zbyt wyraźnie pragnęła wyżywać się za jej pośrednictwem. - Dobrze, dobrze, mamo - zbyła ją niczym, nie dobierając kotletów, gdyż siekane mięso nie służyło jej - za pulchne i za łatwe jakieś. Nowoczesna była bardzo ostrożna z rodzicami, nie dopuszczała ich nigdy zbyt blisko. Ale już inżynier podchwycił wątek żony. Ponieważ żona zainsynuowała, jakoby widział coś złego w zaczepianiu córki, on z kolei zapragnął się wykazać. Tak to oni na przemian podchwytywali swoje wątki. I zawołał. - Pewnie, nic w tym złego! Zuta, jeżeli chcesz mieć dziecko nieślubne, bardzo proszę! A cóż w tym złego! Kult dziewictwa ustał! My, inżynierowie konstruktorzy nowej rzeczywistości społecznej, nie uznajemy kultu dziewictwa dawnych hreczkosiejów! Wychylił haust wody i urwał czując, że może nieco się zagalopował. Wtedy jednak Młodziakowa podchwyciła wątek i pośrednio, ogólnikowo zaczęła namawiać córkę do nieślubnego dziecka, dawała wyraz swemu liberalizmowi, opowiadała o stosunkach w Ameryce, cytowała Lindsaya, podkreślała niezwykłą łatwość pod tym względem spółczesnej młodzieży itd., itd... Był to ich ulubiony konik. Gdy jedno zsiadało z niego, czując, że za daleko się zagalopowało, drugie dosiadało i pędziło. Było to tym dziwniejsze, że właściwie, jak się rzekło, wszyscy oni (bo i Młodziak również) nie lubili matki ani dziecka. Lecz trzeba zrozumieć, że dosiadali tej myśli nie od strony matki, a od strony pensjonarki, i nie od strony dziecka, a od strony nieślubnego. Zwłaszcza Młodziakowa dzickiem nieślubnym córki pragnęła wysunąć się na czoło awangardy dziejów i żeby to było dziecko poczęte przygodnie, łatwo, śmiało, hardo, w krzakach, na sportowej wycieczce z rówieśnikiem, jak opisują w nowoczesnych romansach etc. Zresztą już samo mówienie, samo namawianie pensjonarki, przez rodziców częściowo realizowało pożądany smaczek. A używali sobie tym śmielej na tej myśli, że czuli mą niemożność wobec niej - rzeczywiście, nie umiałem dotychczas obronić się czarowi siedemnastolatki w krzakach. Lecz nie uwzględnili, że tego dnia nawet na zazdrość byłem już za biedny. Cóż - od dwóch tygodni bez przerwy robili mi gębę i gęba stała się wreszcie tak fatalna, że nawet zazdrościć już nie miałem z czego. Domyśliłem się, że chłopiec, o którym mówiła Młodziakowa, to pewnie Kopyrda, lecz cóż, wszystko jedno, żałość, smutek - smutek i ubóstwo - ubóstwo i zmęczenie wielkie, rezygnacja. Zamiast tedy ująć myśl od strony zielono_błękitnej, hardej, świeżej, ująłem ją ubogo. "Cóż, dziecko jest dzieckiem" - myślałem wyobrażając sobie poród, mamkę, choroby, ognipiór, nieporządki dziecięce, koszta utrzymania oraz że dziecko swym ciepłem dziecięcym i mlekiem zniweczyłoby wkrótce dziewczynę czyniąc ją ociężałą i ciepłą mateczką. Toteż powiedziałem ubogo, mentalnie, nachylając się do Młodziakówny. - Mamusia... A powiedziałem bardzo smutno, rzewnie i cieplutko, wsadziłem w ten wyraz całe to ciepełko mamie, którego oni w swej ostrej, świeżej, dziewczęcej i młodzieńczej wizji świata nie chcieli uwzględnić. Po co to powiedziałem? Ot, tak sobie. Dziewczyna, jak każda dziewczyna, estetką była przede wszystkim, zadaniem jej głównym była przystojność, a ja, dopasowując do jej typu ciepłe, uczuciowe i nieco roznegliżowane wyrażenie "mamusia", tworzyłem coś ohydnie rozmamłanego i nieprzystojnego. I myślałem, że może pęknie od tego. Co prawda wiedziałem, że mi się uchyli, a nieprzystojność pozostanie przy mnie - albowiem taki był układ między nami, że wszystko, co przeciwko niej przedsięwziąłem, przylegało do mnie, jak gdybym pluł pod wiatr. A tu Młodziak jak nie kichnie! Zachichotał niespodziewanie dla siebie, gardłowo, złapał serwetę, zawstydził się - chichotał z oczami na wierzchu, zakasłał się i ryczał w serwetę, strasznie, automatycznie, mimo woli. Aż się zdumiałem! Co go tak połechtało w systemie nerwowym? Ten wyraz - "mamusia"? Rozśmieszył go kontrast pomiędzy jego dziewczyną a moją mamusią, coś mu się skojarzyło, może z kabaretem, a może głos mój smutny i żałosny wywiódł go na podwórko rodzaju ludzkiego. Miał on tę właściwość, wspólną wszystkim inżynierom, że był niezmiernie łechczywy na szmonces, a moje powiedzenie istotnie zatrącało coniebądź szmoncesem. I chichotał tym intensywniej, im bardziej przed chwilą gloryfikował się w dziecku nieślubnym. Okulary spadły mu z nosa. - Wiktorze - rzekła Młodziakowa. A ja jeszcze dodałem mu gazu: - Mamusia, mamusia... - Przepraszam, przepraszam - chichotał - przepraszam, przepraszam... A to! Nie mogę! Przepraszam... Dziewczyna pochyliła się nad talerzem i nagle ujrzałem nieomal fizycznie, że poprzez chichot ojcowski dotknęło ją moje wyrażenie - a zatem dotknąłem ją, dotknięta była - tak, tak, nie omyliłem się, śmiech ojca z boku zmienił sytuację, wydobył mnie z pensjonarki. Nareszcie mogłem jej dotykać! Siedziałem jak trusia. Rodzice również to zauważyli, przybiegli na pomoc. - Wiktorze, dziwię się - rzekła z niezadowoleniem Młodziakowa - uwagi naszego staruszka nie są bynajmniej dowcipne. To poza, nic więcej! Inżynier pohamował wreszcie śmiech. - Co, myślisz, że ja z tego się śmiałem? Nigdy w życiu, nawet nie słyszałem - coś mi się przypomniało... Ale ich wysiłki tylko jeszcze bardziej wciągały pensjonarkę w sytuację. Choć nie rozumiałem dobrze, co się dzieje, powtórzyłem jeszcze parę razy "mamusia, mamusia" tym samym tonem ospałym i biednym, a przez powtórzenie wyraz zyskał, widać, nową siłę, gdyż inżynier ponownie chichnął krótko, urywanie, śmiechem wykrztuśnym, gardłowym. I zapewne śmiech ten go rozśmieszył - gdyż znienacka parsknął na całego, zatykając usta serwetką. - Proszę się nie wtrącać! - krzyknęła na mnie Młodziakowa w złości, ale swoją złością bardziej jeszcze wciągnęła córkę, która na koniec wzruszyła ramionami. - Dajże pokój, mamo - odezwała się na pozór obojętnie, ale i to także ją wciągnęło. Zadziwiające - tak radykalnie zmienił się układ między nami, że każde słowo ich wciągało. Właściwie było nawet dość przyjemnie. Czułem, że odzyskałem możność z pensjonarką. Ale było mi właściwie wszystko jedno. I czułem, że odzyskałem możność, ponieważ jest mi wszystko jedno, i że gdybym choć na mgnienie oka smutek i żałość, ubóstwo i nędzę zastąpił triumfem, natychmiast moja możność byłaby unicestwiona, gdyż była to właściwie przedziwna przemożność osnuta na kanwie zdeklarowanej i zrezygnowanej niemożności. Więc aby utwierdzić się w ubóstwie i zaznaczyć, jak bardzo jest mi wszystko jedno, jak niegodny jestem czegokolwiek, zacząłem babrać się w kompocie, wrzucałem okruszyny, śmiecie, gałki z chleba, bełtałem łyżeczką. Gębę miałem, cóż ostatecznie, dla mnie i to dobre - ach, psiakrew, co mi tam - myślałem ospale, dodając jeszcze trochę soli, pieprzu i dwie wykałaczki - ach, niech tam, wszystko zjem, byle czym mogę się pożywić, wszystko jedno... I byłem, jakbym leżał w rowie, podczas gdy ptaszki fruwają... zrobiło mi się ciepło i przytulnie od bełtania. - Co kawaler?... Co kawaler?... Dlaczego kawaler babrze się w kompocie? Młodziakowa zadała pytanie cicho, lecz nerwowo. Podniosłem nieudolny wzrok znad kompotu. - Ja tylko tak... mnie wszystko jedno... - szepnąłem boleśnie i obleśnie. I zacząłem jeść papkę; a memu duchowi papka rzeczywiście nie sprawiała już żadnej różnicy. Trudno wypowiedzieć, jakie wrażenie wywarło to na Młodziakach, nie spodziewałem się równie silnego wrażenia. Inżynier spontanicznie zachichotał po raz trzeci, śmiechem kabaretowym, śmiechem podwórkowym, śmiechem tylnym. Dziewczyna pochyliła się nad talerzem i jadła swój kompot w milczeniu, poprawnie, wstrzemięźliwie, nawet - heroicznie. Inżynierowa zbladła - i wpatrywała się we mnie jak zahipnotyzowana, z oczami na wierzchu, najwyraźniej bała się mnie. Bała się! - To poza! Poza! - mamrotała. - Proszę nie jeść... Nie pozwalam! Zuta! Wiktorze - Zuta! Wiktorze! Zuta! Zuta! Wiktorze - przestań, zabroń! O... Jadłem ciągle, bo dlaczegóż miałbym nie jeść? - wszystko zjem, zdechłego szczura, wszystko jedno... - "Ech, Miętus - myślałem - dobre, dobre... Dobre... Niech tam, co tam, byle co do gęby włożyć, niech tam, co tam, niech tam..." - Zuta! - krzyknęła przeraźliwie Młodziakowa. Dla matki widok wielbiciela córki, konsumującego wszystko bez różnicy, był nie do zniesienia. Lecz wtedy pensjonarka, która właśnie skończyła swój kompot, wstała od stołu i wyszła. Młodziakowa wyszła za nią. Młodziak wyszedł konwulsyjnie rozchichotany, zatykając usta chusteczką od nosa. Nie było wiadomo, czy ukończyli obiad, czy uciekli. Wiedziałem, uciekli! Porwałem się za nimi! Górą nasza! Dalej naprzód, atakuj, zaczepiaj, bij, goń, ścigaj, następuj, chwytaj, przyduś, duś, duś, gnęb i nie popuszczaj! Bali się? Straszyć! Uciekali? Gonić! Cicho, spokojnie, spokojnie, spokojnie, biednie i żałośnie, nie zmieniaj żebraka na zwycięzcę, wszak żebrak przyniósł ci zwycięstwo. Bali się, żebym im mózgowo dziewczyny, jak kompotu nie przyrządził. Ha, teraz już wiedziałem, jak się zabrać do jej stylu! I mogłem w sobie mózgowo, mentalnie nadziewać ją wszystkim, co popadnie, bełtać, drobić, mieszać, nie przebierając w środkach! Ale spokojnie, spokojnie... Kto uwierzy, że chichot podziemny Młodziaka przywrócił mi zdolność oporu? Moje czyny i myśli odzyskały szpony. Nie, partia nie była wygrana. Ale mogłem przynajmniej działać. Wiedziałem, po jakiej linii mam pójść. Kompot wyjaśnił mi wszystko. Tak samo, jak zbabrałem kompot zamieniając go w rozwiązłą papkę, tak też mogłem zniszczyć nowoczesność pensjonarki doprowadzając do niej pierwiastki obce, heterogeniczne, mieszając, co wlezie. Hajda, hajda, hajda, na nowoczesny styl, na urodę nowoczesnej pensjonarki! Ale cicho, cicho... Rozdział IX Podglądanie i dalsze zapuszczanie się w nowoczesność Cicho udałem się do swego pokoju i położyłem się na kanapie. Musiałem obmyślić plan akcji. Drżałem i pot ze mnie spływał, gdyż wiedziałem, że w pielgrzymce mojej schodzę oto koleją klęsk na samo dno piekła. Bo nic, co jest smaczne, nie może być straszne (jak samo słowo "smaczne" to wskazuje), tylko niesmaczne jest naprawdę niejadalne. Z zazdrością wspominałem owe piękne, romantyczne lub klasyczne zbrodnie, gwałty, wyłupianie oczu w poezji i w prozie - masło z konfiturą, to wiem, że jest straszne, a nie wspaniałe i piękne zbrodnie u Szekspira. Nie, nie mówcie mi o tych waszych zrymowanych bólach, które połykamy gładko jak ostrygę, nie mówcie o cukierkach hańby, kremie czekoladowym zgrozy, ciasteczkach nędzy, landrynkach cierpienia i smakołykach rozpaczy. I dlaczegóż taka paniusia, która nieulękłym palcem rozdrapuje najkrwawsze bolączki społeczne, śmierć głodową robotniczej rodziny złożonej z sześciorga osób, dlaczegóż, pytam, tym samym palcem za nic nie odważy się w uchu publicznie podłubać. Dlatego, że to byłoby znacznie okropniejsze. Śmierć głodowa albo, na wojnie, śmierć miliona ludzi, da się zjeść, nawet ze smakiem - ale istnieją wciąż na świecie kombinacje niejadalne, womitalne, złe, dysharmonijne, odpychające i odstręczające, ach, szatańskie, które zrzuca organizm ludzki. A smakować jest przecie naszym najpierwszym zadaniem, smakować musimy, smakować, niech kona mąż, żona i dzieci, niech serce rozdziera się na strzępy, byle smacznie, byle smakowicie! Tak, to, co miałem przedsięwziąć w imię Dojrzałości i dla uwolnienia się spod magii pensjonarskiej, było już działaniem antykulinarnym i w kontrpodniebieniu, przed którym wzdryga się przełyk. Nie łudziłem się zresztą - sukces mój przy obiedzie był dość iluzoryczny, odnosił się głównie do rodziców, dziewczyna wyszła bez większego szwanku, pozostawała nadal daleka i nieosiągalna. Jak kazić na dystans jej styl nowoczesny? Jak na dobre wciągnąć ją w orbitę mojego działania? A przecież oprócz dystansu psychicznego był dystans fizyczny - widywała się ze mną tylko podczas obiadu i kolacji. Jak kazić ją, jak nadziewać mentalnie na dystans, to znaczy, gdy mnie nie ma przy niej, gdy jest sama? "Chyba - myślałem ubogo - przez podglądanie i podsłuchiwanie". Funkcję tę miałem już przez nich utorowaną o tyle, że sami od pierwszej chwili naszej znajomości przyjęli mnie jako podsłuchiwacza, podglądacza. "I kto wie - myślałem ospale, z nadzieją - czy przyłożywszy oko do dziurki od klucza, nie ujrzę od razu czegoś, co mnie odstręczy od niej, niejedna piękność bowiem w pokoju u siebie zachowuje się odpychająco do rozpuku". Lecz znowu zachodziło to niebezpieczeństwo, iż niektóre z pensjonarek, przejęte własnym czarem i poddane dyscyplinie stylu, w samotności pilnują się tak samo jak przy ludziach. Przeto zamiast brzydoty mogłem równie dobrze zobaczyć urodę, a uroda ujrzana w samotności jest bardziej jeszcze mordercza. Pamiętałem, jak wszedłszy niespodziewanie do pokoju zastałem pensjonarkę ze ściereczką przy nodze w postawie bardzo wystylizowanej - tak, ale z drugiej strony sam fakt podglądania już poniekąd kaził i nadziewał, gdyż szpetnie podglądamy piękność, coś z naszego wzroku osiada jednak na piękności. W ten sposób rozumowałem trochę jak w gorączce - wreszcie ociężale zwlokłem się z kanapy i skierowałem się do dziurki od klucza. Atoli zanim przyłożyłem wzrok do dziury, spojrzałem przez okno, a dzień był śliczny, świeży i jesienny - na rozjaśnionej jesienią ulicy Miętus skradał się do kuchennego wejścia. Widocznie zmierzał do służącej. Nad dachem sąsiedniej willi gołębie frunęły w jasnym słońcu i zbiły się w kupę, w oddali zabrzmiała trąbka samochodu, bona na chodniku bawiła dziecko, szyby pławiły się w słońcu, które miało się ku zachodowi. Przed domem stał żebrak, stary, wynędzniały żebraczyna, tęgi chłop, włochaty i brodaty dziad kościelny. Brodacz nasunął mi pewną myśl - ospale i ślamazarnie wyszedłem na ulicę, urwałem zieloną gałązkę ze skweru. - Dziadku - rzekłem - macie tu pięćdziesiąt groszy. Dostaniecie na wieczór złotówkę, ale musicie wsadzić sobie tę gałązkę w usta i trzymać ją przez cały czas do nocy. Brodacz wsadził sobie zieleń w gębę. Błogosławiąc pieniądz, który jedna sprzymierzeńców, powróciłem do mieszkania. Przyłożyłem oko do dziurki. Pensjonarka ruszała się, jak zwykle dziewczyna rusza się w swoim pokoju. Coś przekładała w szufladach, wyjęła zeszyt - położyła na stole - twarz jej widziałem z profilu, twarz typowej pensjonarki nad zeszytem. Podglądałem bez przerwy ubogo od czwartej do szóstej (podczas gdy żebrak gałązkę trzymał w ustach nieustannie) daremnie oczekując, że zdradzi się może jakimś nerwowym refleksem porażki poniesionej przy obiedzie, chociażby przygryzaniem warg lub marszczeniem czoła. Nie jednak. Jakby nic się nie zmieniło. Jakbym nie istniał. Jakby nic nigdy nie zakłóciło jej pensjonarskości. A pensjonarskość ta w czasie stawała się coraz zimniejsza, okrutniejsza, bardziej obojętna, nieprzystępna, i można było zwątpić o możności zepsucia pensjonarki, która w samotności zachowywała się tak samo jak przy ludziach. Nieomal można było zwątpić, czy zaszło coś podczas obiadu. Około szóstej drzwi się otworzyły znienacka, podstępnie - inżynierowa stanęła na progu. - Pracujesz? - zapytała z ulgą, mierząc córkę badawczo. - Pracujesz? - Odrabiam niemiecki - odpowiedziała pensjonarka. Matka odetchnęła parę razy. - Pracujesz - to dobrze. Pracuj, pracuj. Pogładziła ją, uspokojona. Czyż i ona spodziewała się załamania w córce? Zuta niechętnie usunęła główkę. Matka chciała coś powiedzieć, otworzyła usta i zamknęła - wstrzymała się. Rzuciła dokoła podejrzliwym okiem. - Pracuj! Pracować! Pracować! - mówiła nerwowo. - Bądź zajęta - intensywna. Wieczorem wymknij się na dancing - wymknij się na dancing - wymknij się na dancing. Wróć późno, zaśnij kamiennym snem... - Niech mama głowy nie zawraca! - zawołała twardo. - Nie mam czasu! Matka spojrzała na nią z tajonym podziwem. Twardość pensjonarki uspokoiła ją zupełnie. Poznała, iż córka wcale nie rozkleiła się podczas obiadu. A mnie złapała za gardło brutalna ostrość pensjonarki. Ostrość jej była bezpośrednio skierowana przeciwko niej samej, a nic nas nie boli w tym stopniu, co gdy widzimy, że ukochana nie tylko względem nas jest nieubłaganie ostra, lecz również w naszej nieobecności, jakby na zapas, daje sobie szkołę. Przy tym zjawiskowość dziewczyny zaznaczyła się boleśnie w dziewczęcej brutalności. Po wyjściu Młodziakowej pochyliła nad zeszytem profil i samowystarczalnie, obco i okrutnie zabrała się do odrabiania. Czułem, że jeśli dłużej pozwolę dziewczynie być zjawiskową w samotności i jeśli nie nawiążę kontaktu pomiędzy nią a mym podglądaniem, sprawa gotowa wziąć tragiczny obrót. Zamiast ją kazić sobą, napawałem się jej osobą, zamiast bym ja chwycił ją za gardło, ona chwyciła mnie za gardło. Przełknąłem głośno ślinę pod drzwiami, aby usłyszała, że podglądam. Drgnęła i nie odwróciła głowy - co było najlepszym dowodem, że od razu usłyszała - głębiej wtuliła główkę w ramiona, ugodzona. Lecz momentalnie profil jej przestał istnieć sam dla siebie, skutkiem czego nagle i wydatnie wyzionął wszelką zjawiskowość. Dziewczyna z podpatrywanym profilem walczyła ze mną czas dłuższy ciężko i w milczeniu, a walka polegała na tym, że nawet nie mrugnęła okiem. Dalej wodziła piórem po papierze i zachowywała się jak nie podglądana. Aliści po paru minutach dziurka we drzwiach, spoglądająca na nią moim wzrokiem, zaczęła jej dolegać - aby zamanifestować swoją niezależność i potwierdzić obojętność siąknęła głośno nosem, pociągnęła nosem wulgarnie i brzydko, jakby chciała powiedzieć: "Patrz się, nic mnie nie obchodzi, siąkam". W ten sposób dziewczyny okazują swoją najwyższą pogardę. Na to tylko czekałem. Gdy popełniając błąd taktyczny pociągnęła - pociągnąłem także nosem za drzwiami wyraźnie, ale niezbyt głośno, tak właśnie, jakbym nie mógł się powstrzymać, zarażony jej siąknięciem. Ucichła jak trusia - ten dwugłos nosowy był nie do przyjęcia dla dziewczyny - ale nos, raz zmobilizowany, dał się jej we znaki, po krótkim zmaganiu zmuszona była wyciągnąć chusteczkę od nosa i wytrzeć nos, po czym jeszcze w dłuższych odstępach nerwowo, niedostrzegalnie pociągała nosem, na co repetowałem za drzwiami raz za razem. Winszowałem sobie, że udało mi się tak łatwo wydobyć z niej nos, nos dziewczyny był nieskończenie mniej nowoczesny od nóg dziewczyny, łatwiejszy do przezwyciężenia. Podkreślając i wydobywając z niej nos, czyniłem wielki krok naprzód. Gdybym zdołał nabawić nerwowego kataru Młodziakównę, gdyby - zakatarzyć nowoczesność. A nie mogła przecie po tylu siąkaniach wstać i zasłonić dziurki jaką szmatą - byłoby to równoznaczne z przyznaniem, że nerwowo siąka. Cicho, siąkajmy nędznie, beznadziejnie, kryjmy się z nadzieją! Nie doceniłem jednak umiejętności i sprytu dziewczęcego. Naraz, szerokim ruchem od ucha do ucha, utarła sobie nos ręką - całym przedramieniem - a ruch ten śmiały, sportowy, zamaszysty i zabawny zmienił oblicze sytuacji na jej korzyść, przyozdobił wdziękiem siąkanie. Złapał mnie za gardło. Jednocześnie - zaledwie zdążyłem odskoczyć od dziurki - podstępnie i niespodziewanie weszła do mego pokoju Młodziakowa. - Co kawaler robi? - rzekła podejrzliwie, widząc mnie w nieokreślonej pozycji na środku. - Po co kawaler tu... stoi? Dlaczego kawaler stoi? Dlaczego kawaler lekcji nie odrabia? Czy kawaler nie uprawia żadnych sportów? Trzeba się zająć czymś - wyrzuciła z pasją. Bała się o córkę. W mojej nieokreśloności na środku pokoju wietrzyła niejasną machinację przeciw córce. nie uczyniłem żadnego wyjaśniającego posunięcia i stałem dalej na środku apatycznie i niezdarnie, jak zahamowany, aż Młodziakowa odwróciła się do mnie bokiem. Wzrok jej padł na żebraka przed domem. - Co on... ma? Dlaczego gałązkę... ma w ustach? - Kto? - Żebrak. Co to znaczy? - Nie wiem. Wsadził i trzyma. - Kawaler z nim rozmawiał. Widziałam przez okno. - A rozmawiałem. Myszkowała mi oczami po twarzy. Wahała się jak wahadło. Coś miarkowała, że gałązka zawiera ukrytą treść, wrogą, zjadliwą dla córki. Lecz nie mogła znać moich myślowych kombinacji i nie mogła wiedzieć, że gałązka w ustach stała się u mnie atrybutem nowoczesności. Nonsens posądzenia, że to ja poleciłem brodatemu trzymać zieleń w ustach, nie dawał się sformułować w słowie. Popatrzyła nieufnie na mój umysł, podejrzewając, że pada ofiarą kaprysu, i wyszła. Huzia! Bij! Trzymaj! Łapaj, ścigaj! Niewolnica mojej fantazji! Ofiara kaprysu! Cicho, cicho! Poskoczyłem do dziurki od klucza. W miarę rozwoju wypadków coraz trudniej przychodziło zachować pierwotną, beznadziejną i nędzną postawę - walka rozgrzewała, małpia złośliwość brała górę nad prostracją, rezygnacją. Pensjonarka znikła. Usłyszawszy głosy za ścianą zorientowała się, że już nie patrzę i to jej umożliwiło wydostanie się z potrzasku. Wyszła na miasto. Czy zauważy gałązkę w żebraku, odgadnie, pod czyim adresem trzyma ją brodaty? Choćby nie odgadła - gałązka w brodaczu, cierpka, zielona gorycz w żebraczej jamie ustnej musiała ją nadwątlić, zbyt sprzeczne to było z jej nowoczesnym odczuwaniem świata. Mrok zapadał. Latarnie skąpały miasto w fiolecie. Synek dozorcy wracał ze sklepiku. Drzewa gubiły liście w powietrzu czystym i przejrzystym. Aeroplan furczał nad domami. Trzasnęły drzwi frontowe zwiastując wyjście Młodziakowej. Inżynierowa, niespokojna, zakłócona, przeczuwając coś złego w powietrzu, poszła na sesję komitetu zaczerpnąć na wszelki wypadek nieco elementu dojrzałego, światowego, społecznego. Przewodnicząca: Proszę pań, na porządku dziennym mamy plagę porzuconych niemowląt. Inżynierowa Młodziakowa: Skąd wziąć fundusz? Mrok zapadał, a żebrak przed oknami trwał z zielenią młodą, jak dysonans. Zostałem sam w mieszkaniu. Jakaś holmesada zaczynała tworzyć się w pustych pokojach, coś detektywnego domieszało się, gdy stałem w półmroku szukając dalszego ciągu szczęśliwie rozpoczętej akcji. Ponieważ uciekły, postanowiłem sforsować mieszkanie, może uda mi się dosięgnąć ich w tej cząstce aury, którą pozostawiły na miejscu. W pokoju sypialnym Młodziaków - jasnym, ciasnym, czystym i oszczędnym - zapach mydła i kąpielowego płaszcza, owo ciepełko inteligenckie, nowoczesne, schludne, zalatujące pilnikiem do paznokci, palnikiem gazowym i pidżamą. Dość długo stałem na środku pokoju, wdychając atmosferę, badając pierwiastki i szukając, jak i skąd wydobyć niesmak, czym by skazić? Na pozór - nie było do czego się przyczepić. Czystość, porządek i słońce, oszczędność i skromność - a wonie toaletowe były nawet lepsze niż w staroświeckich pokojach sypialnych. I nie wiedziałem, czemu to przypisać, że szlafrok nowoczesnego inteligenta, jego pidżama, gąbka, pasta do golenia, jego pantofle, pastylki Vichy i gumiany przyrząd gimnastyczny jego żony, firaneczka jasna, żółta w nowoczesnym oknie stwarzają poszlaki czegoś tak wstrętnego. Standaryzacja? Filisterstwo? Mieszczaństwo? Nie, to nie to, nie - dlaczego? Stałem nie umiejąc wykryć formuły niesmaku, brakowało słowa, gestu, czynu, w które mógłbym złowić nieuchwytny niesmak i zabrać do siebie - gdy wzrok padł na książkę, rozłożoną na nocnym stoliczku. Były to wspomnienia Chaplina, otworzone tam, gdzie opowiada, jak Wells odtańczył przed nim taniec solo własnego układu. "Potem H. G. Wells tańczy świetnie jakiś fantastyczny taniec". Taniec solowy angielskiego pisarza pomógł mi wyłowić niesmak, jak na wędkę. Oto właściwy komentarz! Ten pokój był właśnie Wellsem tańczącym solo przed Chaplinem. Bo czymże był Wells w swym tańcu? - Utopistą. Stary nowoczesny sądził, że wolno mu dać wyraz radości i tańczyć, upierał się przy swoim prawie do radości i harmonii... pląsał z wizją świata, jaki miał nadejść za tysiąclecia, pląsał solo, wyprzedzając czasy, teoretycznie tańczył, ponieważ sądził, że ma prawo... A czymże był ten pokój sypialny? - Utopią. Gdzie było w nim miejsce na te szumy i pomruki, jakie człowiek we śnie wydaje? Gdzie miejsce na otyłość połowicy? Gdzie miejsce na brodę Młodziaka, brodę wprawdzie ogoloną, lecz niemniej istniejącą "in potentia"? Inżynier przecież był brodaty, choć brodę codziennie wyrzucał do zlewu wraz z pastą - a ten pokój był ogolony. Dawniej szumiący las stanowił pokój sypialny ludzkości, gdzież jednak było miejsce na szumy, ciemność, czarność lasu w tym jasnym pokoju, pośród tych ręczników? Jakże skąpa była ta czystość - i ciasna - jasnoniebieska, niezgodna z barwą ziemi i człowieka. I inżynierostwo zdali mi się równie przeraźliwi w tym pokoju, jak Wells w swoim tańcu własnego pomysłu przed Chaplinem. Dopiero jednak gdym puścił się w taniec solowy - dopiero wówczas myśli oblekły się w ciało i stały się czynem, ośmieszając potężnie wszystko naokoło i dobywając abszmak. Tańczyłem - a pląs bez partnera w pustce, w ciszy, nabrzmiewał szałem, aż brakło odwagi. Gdym obtańczył Młodziakom ręczniki, pidżamy, pastę, łóżka i przyrządy, wycofałem się prędko, zamykając drzwi za sobą. Napuściłem im tańca do nowoczesnego wnętrza! Ale dalej, dalej, teraz pokój pensjonarki, teraz tam zatańczyć, napsuć! Lecz pokój Młodziakówny, a właściwie bawialny hall, w którym spała i odrabiała lekcje, był nieskończenie trudniejszy do przyrządzenia niesmacznego. Już fakt, że dziewczyna nie miała własnego pokoju, tylko spała kątem w hallu, wydzielał zachwycające i upojne treści. Była w tym wielka tymczasowość naszego stulecia, koczownictwo pensjonarki i jakieś "carpe diem", które tajnymi przejściami łączyło się z gładką, wzorowaną na samochodzie naturą młodości spółczesnej. Należało przypuszczać, że zasypia natychmiast, gdy główkę (nie głowę; miały one oczy - ale wciąż jeszcze miały główki) złoży na poduszce, a to znowu nasuwało myśl o intensywności i tempie życia dzisiejszego. A poza tym brak pokoju sypialnego sensu stricto uniemożliwiał mi akcję taką jak u Młodziaków w sypialni. Pensjonarka spała właściwie nie prywatnie, lecz publicznie, nie miała nocnego życia prywatnego, a twarda publiczność dziewczyny łączyła ją z Europą, z Ameryką, z Hitlerem, Mussolinim i Stalinem, z obozami pracy, z chorągwią, z hotelem, dworcem kolejowym, stwarzała zasięg niezmiernie rozległy, kącik własny wykluczała. Pościel, schowana w tapczanie, miała pomocniczy charakter, co najwyżej mogła być dodatkiem do snu. Tak zwanej toaletki nie było. Pensjonarka przeglądała się w lustrze ściennym. Żadnego ręcznego lusterka. Przy tapczanie mały stolik, czarny, pensjonarski, na którym książki i zeszyty. Na zeszytach pilnik do paznokci, na oknie - scyzoryk, tanie wieczne pióro za sześć złotych, jabłko, program zawodów, fotografia Freda Astaire i Ginger Rogers, paczka opiumowanych papierosów, szczoteczka do zębów, tenisowy pantofel, a w nim kwiat, goździk, przypadkowo porzucony. I to wszystko. Jakże skromnie, a jak mocno! Zatrzymałem się w milczeniu nad goździkiem - nie mogłem nie podziwiać pensjonarki! Co za umiejętność! Wrzucając kwiat do pantofla, jednym strzałem ubijała dwie kuropatwy - miłość zaostrzała sportem, sport zaprawiała miłością! Wrzuciła kwiat do przepoconego tenisowego pantofla, a nie do zwykłego trzewika, gdyż wiedziała, że kwiatom nie szkodzi tylko - pot sportowy. Kojarząc pot sportowy z kwiatem, narzucała przychylny stosunek do potu swego w ogóle, coś kwietnego i sportowego mu przydała. O, mistrzyni! Gdy staromodne, naiwne, banalne hodowały azalie w doniczkach, ona w pantofel kwiat wrzuca, w sportowy! I - łajdaczka jedna - na pewno zrobiła to nieświadomie, przypadkowo! Zastanawiałem się, co począć z tym fantem! Wyrzucić kwiat do zlewu? Wsadzić go brodatemu żebrakowi w jadaczkę? Ale te mechaniczne i sztuczne zabiegi byłyby jedynie ominięciem trudności, nie, kwiat należało zepsuć tam, gdzie się znajdował, i nie przemocą fizyczną, lecz psychiczną. Brodacz z gałązką zieloną w gąszczu brody trwał pod oknami wiernie i wytrwale, mucha brzęczała na szybie okiennej, z kuchni dolatywał monotonny jazgot sługi, nakłanianej przez Miętusa do parobka, z dala tramwaj pojękiwał na zakręcie - pośród owych napięć stałem z wątpliwym uśmieszkiem - mucha zabrzęczała głośniej. Złapałem muchę, oberwałem jej nogi i skrzydełka, uczyniłem z niej cierpiącą, bolesną, przerażającą i metafizyczną kulkę, nie całkiem okrągłą, ale w każdym razie przepaścistą i dołożyłem ją do kwiatu, wsadziłem cicho do pantofla. Pot, który przy tej sposobności na czoło mi wystąpił, okazał się mocniejszy od kwietnych potów tenisowych! Jakbym diabłem poszczuł nowoczesną! Mucha tępą i głuchą męczarnią dyskwalifikowała pantofel, kwiat, jabłko, papierosy, całe gospodarstwo pensjonarki, a ja stałem z niedobrym uśmieszkiem, nasłuchując, co się dzieje teraz w pokoju i we mnie, badając aurę, podobny jak dwie krople wody do wariata - i myślałem, że nie tylko mali chłopcy topią koty i męczą ptaszki, że duzi i dorośli chłopcy także męczą czasem tylko po to, żeby przestać być chłopcami pensjonarek, żeby przezwyciężyć jakąś swoją pensjonarkę, pensjonarkę! Czy nie po to męczył Trocki? Torquemada? Na czym polegała pensjonarka Torquemady? Cicho. Cicho. Brodacz umajony stał na posterunku - mucha cierpiała bezgłośnie w pantoflu, chińskim teraz, bizantyjskim - w sypialnym Młodziaków taniec mój był - zacząłem szperać głębiej w rzeczach nowoczesnej. Dostałem się do szafy w murze, z bielizną, lecz bielizna w szafie zawiodła moje nadzieje. Majtki jak majtki - nowoczesne majtki nie psuły bynajmniej dziewczyny, zatraciły dawniejszy, domowy charakter, pokrewne były raczej majtkom okrętowym. Natomiast w szufladzie, którą podważyłem nożem - stosy listów, korespondencja miłosna pensjonarki! Rzuciłem się na to, podczas gdy brodacz, mucha, taniec działały ciągle, bez ustanku. O pandemonium pensjonarki nowoczesnej! Jakież treści zawierała ta szuflada. Dopiero wówczas nabrałem pojęcia, ilu straszliwych tajemnic paniami są spółczesne pensjonarki, i co by było, gdyby która chciała zdradzić powierzone jej sekrety. Lecz w dziewczyny zapada to jak kamień w wodę, zbyt są przystojne, zbyt są urodziwe, aby mogły opowiadać... a te, których krasa nie krępuje, nie otrzymują takich listów... Jest to rzecz przepiękna, że tylko osoby skrępowane krasą mają dostęp do pewnych treści psychicznych ludzkości. O, dziewczyna, ten zbiornik hańby, zamknięty na klucz przez urodę! Tu, do tej świątyni, czy stary, czy młody znosił takie rzeczy, że wolałby chyba umrzeć ze trzy razy i przypiekany być na wolnym ogniu, niż żeby to zostało opublikowane... I oblicze wieku - oblicze XX wieku, wieku pomieszania wieków, wyzierało dwuznacznie, jak Sylen z gęstwiny... Były tam między innymi listy miłosne od uczniów ze szkoły, tak przykre, niemiłe, drażniące, denerwujące, niewydarzone, niewypierzone, fatalne, hańbiące i zawstydzające, jakich nigdy jeszcze nie oglądała Historia - ani starożytna, ani średniowieczna. I gdyby rówieśnik jaki z Asyrii, Babilonu, Grecji lub ze średniowiecznej Polski, a choćby nawet zwykły pauper z czasów Zygmunta Augusta to przeczytał, niechybnie rumieńcem by spłonął, po mordzie by walił. O, kakofonie okropne, jakie wydawali! Fałsze drapiące ich pieśni miłosnej - jakby sama Natura w bezbrzeżnej pogardzie dla nędznych, nafaszerowanych bubków odebrała im głos wobec Dziewczyny, nie chcąc dopuścić do rozmnażania plemienia szkolarzy. I tylko te listy, które ze strachu nic nie wyrażały, były znośne: "Zuta z Marysią i z Olkiem na kort, jutro, telefnij, Heniek." - Tylko takie nie były kompromitujące... Znalazłem po dwa listy Myzdrala i Hopka, wulgarne w treści, ordynarne w formie i nadmierną butą usiłujące nadać sobie pozór dojrzałości. Garnęli się jak ćmy do ognia, wiedząc, że się spalą... Lecz listy studentów wyższych uczelni były nie mniej płochliwe, choć już zręczniej maskowane. Widać było, jak każdy z nich kreśląc piórem po papierze lękał się i męczył, jak pilnował się i ważył słowa, aby się nie stoczyć po równi pochyłej prosto w niedojrzałość własną, w łydki swoje. Dlatego też o łydkach nie znalazłem nigdzie żadnej wzmianki, a za to wiele było o uczuciu, sprawach społecznych, zarobkowych, towarzyskich, o grze w bridża i wyścigach konnych, a nawet o zmianie ustroju państwa. Zwłaszcza politycy, ci gębacze z "życia akademickiego", nadzwyczaj umiejętnie i ostrożnie ukrywali łydki, niemniej jednak systematycznie przesyłali pensjonarce wszystkie swe programy, odezwy oraz deklaracje ideowe. "Panno Zutko, może zechce pani zapoznać się z naszym programem" - pisali, lecz w programach również nigdzie nie było wyraźnie o łydkach, chyba że zdarzył się sporadycznie "lapsus linguae", na przykład zamiast "sztandar połyska" napisano "sztandar po łydkach". A także jacyś Łodzianie w deklaracji swojej wyrazili się pomyłkowo "my Łydczanie". Prócz powyższych dwóch wypadków ani razu łydki się nie ujawniły. Podobnie i w pismach, wielce skądinąd lubieżnych, przy pomocy których stare ciotki, pisujące w prasie artykuły na temat "epoki jazzbandów", usiłowały nawiązać duchowy kontakt z pensjonarką i powstrzymać ją na drodze upadku, łydki były bardzo ściśle zakonspirowane. Czytając miało się wrażenie, że wcale nie chodzi o łydki. A dalej - całe stosy owych pospolitych dziś, drobnych tomików z wierszami, w ilości nie mniejszej niż trzysta albo i czterysta, walających się na dnie szuflady, zresztą - przyznać trzeba - wcale nie rozciętych i nie napoczętych przez rzeczoną pensjonarkę. Opatrzone dedykacjami w tonie wewnętrznym, rzetelnym, szczerym i uczciwym, które jak najenergiczniej domagały się od dziewczyny przeczytania, zniewalały do czytania, w wyszukanych i morderczych zwrotach piętnowały nieprzeczytanie u dziewczyny, czytanie zaś wysławiały i wynosiły pod niebiosa, za nieprzeczytanie groziły wykluczeniem ze społeczności ludzi kulturalnych i żądały, aby dziewczyna przeczytała ze względu na samotność poety, pracę poety, misję poety, rolę poety, cierpienie poety, awangardę poety, powołanie poety i duszę poety. Najdziwniejsze jednak, że i tutaj nie było wyraźnie o łydkach. Co dziwniejsze jeszcze, że i tytuły zbiorków nie zawierały łydek ani na lekarstwo. Same Blade Świty i Wschodzące Świty, i Świty Nowe, i Nowe Świtanie, i Epoka Walki, i Walka w Epoce, i Trudna Epoka, i Młoda Epoka, i Młodzież na Czatach, i Czaty Młodości, i Młodość Walcząca, i Młodość Idąca, i Młodość Stojąca, i Hej, Młodzi, i Gorycz Młodości, i Oczy Młodości, i Usta Młodości, i Wiosna Młoda, i Moja Wiosna, i Wiosna i Ja, i Wiosenne Rytmy, i Rytm Kulomiotów, i Salwa do Góry, Semafory, Anteny, Śmigła i Mój Pocałunek, i Moja Pieszczota, i Moje Tęsknoty, i Moje Oczy, i Moje Usta (o łydkach nigdzie ani dudu), a wszystko pisane poetyckim tonem z kunsztownymi asonansami lub bez kunsztownych asonansów i ze śmiałymi metaforami lub z podskórną melodią słowa. Ale łydek wszędzie tak jak nic, bardzo niewiele, nieproporcjonalnie mało. Autorzy zręcznie i z dużym mistrzostwem poetyckim kryli się poza Piękno, Doskonałość Rzemiosła, Wewnętrzną Logikę Utworu, Żelazną Konsekwencję Asocjacyj lub też poza Świadomość Klasową, Walkę, Jutrznię Dziejów i tym podobne, obiektywne, antyłydczane momenty. Lecz od razu było jasne i widoczne, że wierszyki owe w swojej zawiłej, wysilonej i nikomu na nic nie przydatnej sztuce są jedynie skomplikowanym szyfrem i że musi istnieć jakaś istotna i nie byle jaka racja, która skłania tylu chuderlawych, drobnych marzycieli do układania tych dziwacznych szarad. Jakoż po chwili głębszego namysłu udało mi się przełożyć na język zrozumiały treść następującej zwrotki: Wiersz Horyzonty pękają jak flaszki@ zielona plama pęcznieje pod chmury@ przenoszę się znowu do cienia pod sosny -@ stąd:@ dopijam chciwym haustem@ moją codzienną wiosnę.@ Moje tłumaczenie Łydki, łydki, łydki@ łydki, łydki, łydki, łydki@ łydki, łydki, łydki, łydki, łydki -@ łydka:@ łydka, łydka, łydka@ łydki, łydki, łydki@ A dalej - i tu dopiero zaczynało się istne pandemonium pensjonarki - dalej była cała kupa poufnych liścików od sędziów, adwokatów i prokuratorów, aptekarzy, handlowców, obywateli miejskich i ziemskich, doktorów itp. - od tych wspaniałych i świetnych, którzy mi zawsze tak imponowali! Zdumiałem się, podczas gdy mucha nadal cierpiała bezgłośnie. Zatem i oni także, wbrew pozorom, utrzymywali stosunki z pensjonarką? - Nie do wiary - powtarzałem - nie do wiary! - Zatem tak ich gniotła ta Dojrzałość, że w tajemnmicy przed żoną i dziećmi słali długie pisma do nowoczesnej pensjonarki z szóstej klasy? Oczywiście, tutaj tym bardziej nigdzie nie było wyraźnie o łydkach, wręcz przeciwnie, każdy szczegółowo tłumaczył się, czemu nawiązuje tę "wymianę myśli", iż sądzi, że "panna Zutka" go zrozumie, nie weźmie tego opacznie itd. Po czym składali hołd nowoczesnej w wyrazach krętych, lecz służalczych, zaklinając między wierszami, by zechciała pomarzyć o nich, naturalnie w tajemnicy. I każdy, nie wspominając wszakże ani razu łydek, ile mógł, podkreślał i uwydatniał swą chłopięcość nowoczesną. Prokurator: "Wprawdzie występuję w todze, lecz jestem właściwie chłopcem do posługi. Jestem karny. Robię, co mi każą. Nie mam własnego zdania. Prezes może mnie zbesztać. Ostatnio fają mnie nazwał". Polityk zapewniał: "Jam chłopak, jam tylko chłopak polityczny, chłopak historyczny". Jakiś podoficer o wyjątkowo zmysłowej i lirycznej duszy pisał co następuje: "Ślepa karność mnie obowiązuje. Na rozkaz muszę oddać życie. Jestem niewolnikiem. Wszak wodzowie zawsze mówią do nas - chłopcy, bez względu na lata. Nie wierz mej metryce, to szczegół czysto zewnętrzny, żona i dzieci to dodatek tylko, jam nie żaden rycerz, lecz chłopak wojskowy, z chłopięcą, wierną, ślepą duszą, a w koszarach jestem pies, pies jestem!" Obywatel ziemski: "Już zbankrutowałem, żona idzie na młodszą, dzieci na psy, a ja - nie żaden obywatel, lecz chłopak wygnany. Czuję tajemną rozkosz". Atoli łydki "en toutes lettres" nie były ani razu wymienione. W post scriptach błagali pensjonarkę o dyskrecję zaznaczając, że kariera ich byłaby na zawsze skończona, gdyby choć jedna literka tych zwierzeń przedostała się do publicznej wiadomości. "To tylko dla Ciebie. Zachowaj to przy sobie. Nie mów nikomu!" Nieprawdopodobne! Te listy dopiero unaoczniły mi całą potęgę nowoczesnej pensjonarki. Gdzież jej nie było? W czyjej głowie nie tkwiły jej łydki? Pod wpływem tych myśli nogi same mi zadrgały i byłbym zatańczył na cześć Chłopaków starych XX wieku, musztrowanych, popędzanych, poganianych i ćwiczonych batem, gdy na dnie szuflady spostrzegłem wielką kopertę z kuratorium, zaadresowaną najwyraźniej pismem Pimki! List był suchy. "Nie będę nadal - pisał Pimko - tolerował lekceważenia i skandalicznej ignorancji w zakresie objętym programem szkolnym. Wzywam do stawienia się w moim gabinecie - w kuratorium, pojutrze, w piątek o #/4#30 celem wytłumaczenia, wyłożenia i nauczenia Norwida oraz uzupełnienia luki w wykształceniu. Zwracam uwagę, że wzywam legalnie, formalnie, oficjalnie i kulturalnie, jako profesor i wychowawca, a w razie oporu napiszę list do dyrektorki z wnioskiem o usunięcie ze szkoły. Zaznaczam, że nie mogę dłużej znieść luki, a jako profesor mam prawo nie znosić. Proszę zastosać się. T. Pimko dr fil. i prof. honoris causa. Warszawa..." Tak daleko między nimi zaszło? Groził jej? A więc tak? Tak długo kokietowała go ignorancją, aż belfer pokazał pazury. Pimko, nie mogąc urządzić sobie randki z pensjonarką jako Pimko, wzywał ją jako profesor szkół średnich i wyższych. Już się nie kontentował igraszkami w domu pod okiem rodziców - wyzyskiwał autorytet swego stanowiska, chciał wmusić w dziewczynę Norwida na drodze legalnej. Skoro nic innego nie mógł, chciał przynajmniej Norwidem zaważyć w jej życiu. Trzymałem list w ręku z głębokim zdziwieniem, stałem nad stosem papierów nie wiedząc, czy było to złe, czy dobre dla mnie. Ale pod tym listem leżała w szufladzie druga kartka - wyrwana z notesu, kilka zdań ołówkiem - i poznałem pismo Kopyrdy! Tak, Kopyrda, nie ulegało wątpliwości, Kopyrda, nikt inny! Gorączkowo schwyciłem kartkę. Lakoniczna, zmięta, niedbała - wszystko przemawiało za tym, że została wrzucona przez okno. "Zapomniałem ci podać adresu (tu następował adres Kopyrdy). Jakbyś chciała ze mną, to i ja chcę. Daj znać. H. K." Kopyrda! Czy pamiętacie Kopyrdę? Ach, od razu wszystko zrozumiałem! Nie omyliły mnie przeczucia! Kopyrda był nieznajomym chłopcem, który zaczepił pensjonarkę, jak o tym była mowa przy obiedzie! Kopyrda wrzucił przez okno tę karteczkę przechodząc niedawno. Zaczepił dziewczynę na ulicy, a teraz oto czynił jej dodatkową propozycję - jakże obcesową, nowoczesną! "Chcesz ze mną, to i ja chcę" - rzeczowo, pozytywnie, zwięźle proponował... Zobaczył ją na ulicy, poczuł pociąg płciowy... i zagadał - a teraz kartkę wrzucił przechodząc pod oknem, bez ceregieli zbytecznych, wedle nowego obyczaju młodych... Kopyrda! A ona - ona przecież nie znała nawet jego nazwiska, bowiem nie przedstawił się jej... Złapało mnie za gardło. A tu znowu Pimko, Pimko stary, który kulturalnie, jawnie, legalnie, oficjalnie i formalnie profesorem przyniewalał. Musisz, musisz mnie zadowolić pod względem Norwida, bom ja pan, twój profesor, tyś moja niewolnica - pensjonarka!... Tamten miał do niej prawo jako brat_rówieśnik nowoczesny, a ten jako nauczyciel szkół średnich, patentowany pedagog... Ponownie złapało mnie za gardło. Cóż znaczyły zwierzenia obywateli, jęki adwokatów albo śmieszne szarady poetyckie wobec tych dwóch listów? Te dwa zwiastowały pogrom, katastrofę. Groźne, aktualne niebezpieczeństwo polegało na tym, że dziewczyna gotowa była ulec Pimce i Kopyrdzie bez uczucia, tylko na mocy obyczaju, wyłącznie dlatego, że jeden i drugi miał prawo, jeden nowoczesne i prywatne, drugi - staroświeckie i publiczne. Ale wtedy urok jej wzmagał się niesłychanie... i nie wyratowałyby mnie tańce i muchy mej akcji, zdusiłaby za gardło tym urokiem. Jeśli rzeczowo, asentymentalnie, fizycznie, nowocześnie puści się z Kopyrdą... A jeśli do Pimki pójdzie, posłuszna jego rozkazowi belfra... Dziewczyna, która idzie do starego, ponieważ jest pensjonarką... dziewczyna, która oddaje się młodemu, ponieważ jest nowoczesna... O, ten kult, to posłuszeństwo, to niewolnictwo dziewczyny wobec pensjonarki i wobec nowoczesnej! Obaj wiedzieli, co robią odzywając się do niej tak szorstko i zwięźle, wiedzieli, że właśnie dlatego dziewczyna gotowa się zgodzić... Wytrawny Pimko nie spodziewał się przecie, że zlęknie się jego pogróżek - nie na to liczył, a na to, że ulegać pod groźbą staremu jest uroczo - równie prawie uroczo jak ulec młodemu po prostu dlatego, że nowoczesnym językiem przemawia. O, niewolniczość aż do samozatraty wobec tylu, o posłuszeństwo dziewczyny! Już wiedziałem, że to jest nieuniknione... A wtedy... cóż pocznę, gdzież się schronię... jakże się obronię... przed tym nowym przypływem i wezbraniem? Zważcie tylko, jakie to było dziwne. Wszakże obaj w ostatecznym rezultacie niszczyli nowoczesny urok Młodziakówny. Bo Pimko chciał zniweczyć jej sportową ignorancję na punkcie poezji. A z Kopyrdą gorzej jeszcze - mogło skończyć się mamusią. Ale sam moment zniszczenia realizował stokrotnie wszystkie wdzięki... Czemuż zaglądałem do szuflady? Błogosławiona nieświadomość. Gdybym nie wiedział - mógłbym dalej prowadzić akcję przedsięwziętą przeciw pensjonarce. Ale już wiedziałem - i to mnie okropnie osłabiło. Przenikające i przeszywające tajniki życia osobistego siedemnastolatki, demoniczna zawartość szuflady pensjonarskiej. Poezja... Czym skazić? Jak zepsuć sobie? Mucha cierpiała bez ruchu, bez głosu. Brodacz gałązkę trzymał. Z listami w ręku myślałem, co by urządzić, co by tu zrobić takiego, jak zaradzić nieuniknionemu a straszliwemu wezbraniu wdzięków, kras, uroków, tęsknot... Aż wreszcie, w głębokim pomieszaniu zmysłów, zaświtał pomysł pewnej intrygi - tak dziwaczny, że póki nie przystąpiłem do realizacji, wydawał się nierealny. Wydarłem z zeszytu stronicę. Napisałem ołówkiem wyraźnym, rozstrzelonym pismem Młodziakówny: "Jutro, w czwartek o 12_tej w nocy zastukaj do okna z werandy, wpuszczę. Z." Wsadziłem w kopertę. Zaadresowałem do Kopyrdy. I napisałem drugi identyczny list: "Jutro, w czwartek, po 12_tej w nocy zastukaj do okna werandy, wpuszczę. Z." Zaadresowałem do Pimki. Plan polegał na tym: Pimko, otrzymawszy w odpowiedzi na swoje profesorskie pismo taki liścik per ty i cyniczny, straci głowę. Dla starego będzie to jak pałką w łeb. Wyobrazi sobie, że pensjonarka pragnie mieć z nim randkę sensu stricto. Zuchwałość, cynizm, zepsucie, demonizm nowoczesnej - zważywszy wiek, klasę społeczną, wychowanie - upiją go jak haszysz. Nie wytrwa w roli profesora - nie wytrwa w legalności i jawności. Tajnie, nielegalnie, przyleci pod okno, będzie stukał. A wówczas spotka się z Kopyrdą. Co będzie dalej? Nie wiedziałem. Lecz wiedziałem, że narobię krzyku, obudzę rodzinę, wywlokę tę sprawę na jaw, Pimkę Kopyrdą ośmieszę, a Kopyrdę Pimką - i zobaczymy, jak na jawie będą wyglądały amory, co się zostanie z uroku! Rozdział X Hulajnoga i nowe przyłapanie Nazajutrz po nocy burzliwej i dręczonej snami zerwałem się skoro świt. Nie do szkoły jednak. Skryłem się za wieszakiem w małej sionce, oddzielającej kuchnię od łazienki. Nieubłaganą koleją walki miałem oto zaatakować psychicznie Młodziaków w łazience. Witaj, pupo! Witaj, królowo! Musiałem zmobilizować się i zdynamizować ducha do rozgrywki z Pimką i z Kopyrdą. Drżałem i pot ze mnie spływał - lecz walka na śmierć i życie nie przebiera w środkach i nie wolno mi było pozbawić się tego atutu. Wroga staraj się zdybać w łazience. Patrz na niego, jakim jest wtedy! Zobacz go i zapamiętaj! Gdy szaty opadną, a wraz z nimi, jak liść jesienny, wszystek blask szyku, sznytu i fasonu, wtedy możesz duchem dopaść go jak lew jagnięcia. Nie wolno pominąć niczego, co służy mobilizacji, dynamizacji i uzyskaniu przewagi nad wrogiem, cel uświęca środki, walka, walka, walka przede wszystkim, walka z zastosowaniem najbardziej nowoczesnych metod, i nic, tylko walka! To głosiła mądrość narodów. Cały dom spał jeszcze, kiedym się zaczaił. Z pokoju dziewczyny nie dochodziły żadne szmery, spała bezszelestnie, za to Młodziak, inżynier, pochrapywał w swojej jasnoniebieskiej sypialni jak prowincjonalny rządca albo jak cyrulik... Lecz służąca zaczyna krzątać się po kuchni, budzą się zaspane głosy, rodzina powstaje do rannych ablucji i obrzędów. Natężyłem zmysły. Zdziczały duchowo, byłem jak dzikie cywilizowane zwierzę w kulturkampfie. Zapiał kur. Pierwsza ukazała się Młodziakowa w szlafroku jasnopopielatym i w pantoflach, powierzchownie przyczesana. Szła spokojnie z podniesioną głową, a na twarzy jej widniała szczególna mądrość, rzekłbym, mądrość urządzeń kanalizacyjnych. Szła z pewnym nawet nabożeństwem, w imię świętej naturalności i prostoty i w imię racjonalnej higieny porannej. Zanim weszła do łazienki, zboczyła na chwilę z podniesionym czołem do closetu water i zniknęła tam kulturalnie, mądrze, świadomie i inteligentnie, jak kobieta, która wie, iż nie należy wstydzić się funkcji naturalnej. Wyszła stamtąd dumniejsza niż weszła, jakby pokrzepiona, rozjaśniona i uczłowieczona, wyszła jak gdyby ze świątyni greckiej! A wówczas pojąłem, że wchodziła przecież także jakby do świątyni. Z tej świątyni czerpały moc nowoczesne inżynierowe i mecenasowe! Codziennie wychodziła z tego miejsca coraz lepsza, coraz bardziej kulturalna dzierżąc wysoko sztandar postępu i stąd brała się inteligencja oraz naturalność, którymi znęcała się nade mną. Dość. Przeszła do łazienki. Zapiał kur. A potem kłusa nadbiegł Młodziak w bonżurce, hałaśliwie chrząkając i spluwając, szparko, żeby nie spóźnić się do biura, z gazetą, żeby nie tracić czasu, w okularach na nosie, z ręcznikiem na szyi, czyszcząc paznokcie paznokciem, klapiąc pantoflami i kapryśnie fyrkając gołymi piętami. Ujrzawszy drzwi ubikacji zachichotał chichotem tylnym, podwórkowym, tym samym co wczoraj, i wlazł tam jako pracujący inteligent_inżynier, filuternie i figlarnie, niezwykle dowcipny. Bawił długo, wypalił papierosa i śpiewał kariokę, a wyszedł doszczętnie zdemoralizowany, typowy inteligent_chamuś z gębą tak kretynicznie krotochwilną, obmierźle sprośną i plugawo zbaraniałą, że skoczyłbym mu na tę jego gębę, gdybym się siłą nie powstrzymał. Rzecz dziwna - o ile na żonę closet water działał konstruktywnie, o tyle na niego zdawał się działać destruktywnie, choć przecie był inżynierem_konstruktorem. - Prędzej! - krzyknął rozwiąźle na żonę, która myła się w łazience. - Prędzej, stara! Wiktoś do biura śpieszy! Pod wpływem water_closetu Wiktosiem zdrobniale się nazwał i odszedł z ręcznikiem. Przez rysę w matowej szybie zajrzałem ostrożnie do łazienki. Inżynierowa, goła, wycierała udo prześcieradłem kąpielowym, a twarz jej, ciemniejsza w karnacji, mądra, zaostrzona, zwisała nad tłustobiałą, cielęco niewinną, beznadziejną łydką, jak sęp nad cielakiem. I była w tym straszliwa antyteza, zdawało się, że orzeł krąży bezsilnie nie mogąc porwać cielaka, który beczy wniebogłosy, a to inżynierowa Młodziakowa przypatrywała się higienicznie i inteligentnie swojej babskiej, klępowatej nodze. Podskoczyła. Stanęła w pozycji, rękami ujęła się pod boki i dokonała półobrotu tułowiem z prawa w lewo z wdechem i wydechem. Z lewa w prawo z wydechem i wdechem! Wyrzuciła do góry nogę, a stopę miała drobną i różową. Potem drugą nogę z drugą stopą! Puściła się w przysiady! Dwanaście przysiadów odwaliła przed lustrem, oddychając przez nos - raz, dwa, trzy, cztery - aż biusty klaskały, aż i mnie nogi zadrgały, i byłbym ruszył w pląs piekielny, kulturalny. Uskoczyłem za wieszak. Nadchodziła lekkimi kroki pensjonarka, przyczaiłem się jak w dżungli, gotów do psychologicznego skoku, rozbestwiony... nieludzko, arcyludzko rozbestwiony... Teraz albo nigdy, przyłapując ją ze snu, nieporządną, ciepłą, roznegliżowaną, zniszczę w sobie jej urodę, jej tanie wdzięki pensjonarskie! Zobaczymy, czy Kopyrda z Pimką uratują ją od zagłady! Szła pogwizdując, wyglądała zabawnie w pidżamie, z ręcznikiem na szyi, cała w ruchu precyzyjnym i szybkim, w działaniu. Po chwili była już w łazience i rzuciłem się na nią wzrokiem z ukrycia. Teraz, teraz albo nigdy, teraz, kiedy jest najsłabsza i najbardziej rozmamłana! - ale działała tak szybko, iż żadne zgoła rozmamłanie nie zdołało się jej uczepić. Wskoczyła do wanny - puściła zimny prysznic. Trzęsła lokami, a jej akt proporcjonalny drgał, kulił się i zachłystywał pod strumieniem wody. Ha, nie ja ją, to ona mnie złapała za gardło! Dziewczyna, przez nikogo nie zmuszana, rano, bez śniadania, lała na siebie zimną wodę, zniewalała ciało do kurczów i drgawek po to, by młodzieńczym zachłyśnięciem na czczo odzyskać dzienną krasę! Musiałem wbrew sobie podziwiać dyscyplinę urody dziewczęcej! Szybkością, precyzją, zręcznością zdołała wymigać się z najtrudniejszego przejściowego okresu pomiędzy nocą a dniem, jak motyl uniosła się na skrzydłach ruchu. Nie dosyć na tym - jeszcze poddała ciało zimnej wodzie, aby się zachłysnąć młodzieńczo i ostro, czując instynktownie, że dawką ostrości do reszty znihiluje rozmamłanie. W istocie - cóż mogło zaszkodzić dziewczynie ostrej, zachłyśniętej? Gdy zakręciła kran i stała nago, ociekająca wodą, zadyszana, jakby zaczęła się na nowo, jakby tamtego nie było. Hej! - gdyby zamiast zimnej użyła ciepłej z mydłem, nie na wiele by się przydało. Tylko zimna mogła zachłyśnięciem wymusić zapomnienie. Ohydnie wylazłem z sionki. Nikczemnie powlokłem się do siebie w przeświadczeniu, że dalsze podglądanie nie doprowadzi do niczego, owszem, może okazać się zgubne. Ścierwo, ścierwo - znowu porażka, na samym dnie inteligenckiego piekła jeszczem doznawał porażek. Gryząc palce do krwi przysięgałem nie dawać za wygraną, lecz dalej mobilizować się, dynamizować, i napisałem ołówkiem w łazience na ścianie te tylko słowa: "Veni, vidi, vici". Niech przynajmniej wiedzą, że widziałem, niech poczują się zobaczonymi! Wróg nie śpi, wróg czyha. Motoryzacja i dynamizacja! Poszedłem do szkoły, w szkole nic nowego, Bladaczka, wieszcz, Myzdral, Hopek i "accusativus cum infinitivo", Gałkiewicz, twarze, gęby, pupy, palec w bucie i codzienna powszechna niemożność, nudno, nudno, nudno! Na Kopyrdzie, jak się zresztą spodziewałem, zupełnie nie znać było mego listu, co najwyżej, może troszeczkę więcej niż zazwyczaj akcentował nogi, ale nie byłem pewny, czy mi się nie zdaje. Za to na mnie koledzy patrzyli ze wstrętem, a nawet Miętus zapytał. - Na miłość boską, gdzieś się tak urządził? Rzeczywiście, gęba moja po dynamizacji i mobilizacji stała się tak mętna, że sam nie wiedziałem dobrze, na czym siedzę, ale mniejsza o to, wszystko jedno, noc, noc była najważniejsza, z drżeniem oczekiwałem nocy, noc rozstrzygnie, noc zadecyduje. W nocy nastąpi może przesilenie. Czy aby Pimko się skusi? Wytrawny, dwururkowy belfer dubeltowy czy da się wytrącić z formy dziewczęcym listem zmysłowym? Od tego wszystko zależało. - Oby Pimko - modliłem się - dał się wytrącić, oby stracił głowę - i nagle przerażony gębą, pupą, listem, Pimką, tym, co było, tym, co jeszcze będzie, porywałem się do ucieczki, jak kompletny wariat zrywałem się na równe nogi w klasie - i siadałem - bo dokądże miałem uciekać, w tył, naprzód, w prawo czy w lewo, przed własną swoją gębą, pupą? Milcz, milcz, nie ma ucieczki! Noc zadecyduje. Podczas obiadu nie zaszło nic godnego zanotowania. Pensjonarka i inżynierowa były bardzo wstrzemięźliwe w mowie i nie szafowały już nowoczesnością jak zazwyczaj. Bały się wyraźnie. Czuły doskonale mobilizację i dynamizację. Spostrzegłem, że Młodziakowa siedziała sztywno, z godnością osoby podpatrzonej na swoim siedzeniu, zabawne, ale to jej nadawało pozory matrony, nie spodziewałem się tego efektu. W każdym razie nie ulegało kwestii, że przeczytała mój napis na ścianie. Starałem się patrzeć na nią jak najbardziej przenikliwie i powiedziałem ubogo, obleśnie, w formie oderwanej, że odznaczam się wzrokiem wyjątkowo bystrym i na wskroś przewiercającym, który wchodzi przez twarz, a wychodzi drugą stroną... Udała, że nie słyszy, za to inżynier spazmatycznie zachichotał mimo woli i chichotał długo, automatycznie. Młodziak - jeżeli wzrok mnie nie omylił - zdradzał pod wpływem ostatnich wypadków pewną skłonność do niechlujstwa, smarował duże pajdy chleba masłem i wtykał sobie w twarz wielkie kawały, które przeżuwał mlaszcząc. Po obiedzie starałem się podglądać pensjonarkę od czwartej do szóstej, bezowocnie jednak, gdyż ani razu nie weszła w orbitę mego wzroku. Pilnowała się niewątpliwie. Zauważyłem też, że Młodziakowa mnie szpieguje, kilka razy wchodziła do pokoju pod błahym pozorem, a raz nawet naiwnie zaproponowała, abym poszedł na jej koszt do kina. Niepokój ich wzrastał, czuli się zagrożeni, wietrzyli wroga i niebezpieczeństwo, choć nie wiedzieli dokładnie, co im grozi i do czego dążę - wietrzyli i to ich demoralizowało, nieokreśloność budziła niepokój, niepokój zasię nie miał na czym się skonkretyzować. I nawet mówić ze sobą nie mogli o niebezpieczeństwie, gdyż słowa tonęły w ciemności bezkształtnej i nieokreślonej. Inżynierowa omackiem próbowała zorganizować coś na kształt obrony i jak się przekonałem, całe popołudnie spędziła na lekturze Russella, a mężowi dała do czytania Wellsa. Lecz Młodziak oświadczył, że woli rocznik "Cyrulika Warszawskiego" oraz "Słówka" Boya, i słyszałem, jak co pewien czas wybuchał śmiechem. W ogóle - nie mogli sobie znaleźć miejsca. Młodziakowa w końcu zaczęła robić rachunki domowe wycofując się na grunt finansowego realizmu, a inżynier szwendał się po domu, przysiadał na coraz to innym meblu i nucił dosyć frywolne melodie. Denerwowało ich, że siedzę w swym pokoju i nie daję znaku życia. Przeto oczywiście starałem się zachować ciszę. Cicho, cicho, cicho, nierzadko cisza dochodziła do wielkiego nasilenia i brzęczenie muchy rozlegało się w niej jak trąba, a nieokreśloność w ciszy sączyła się tworząc mętne rozlewiska. Około siódmej ujrzałem Miętusa, przemykającego się za sztachetami do służącej i przesyłającego porozumiewawcze znaki w stronę kuchni. Nad wieczorem inżynierowa także zaczęła przysiadać na stołkach, a inżynier wypił parę kieliszków w spiżarce. Nie mogli sobie znaleźć miejsca ani formy, nie mogli usiedzieć, siadali i zrywali się jak przypiekani i chodzili tam i sam jak podminowani, jakby ścigani od tyłu. Rzeczywistość, wytrącona z łożyska pod wpływem silnych impulsów mej akcji, przelewała się i bełtała, wyła i jęczała głucho, a ciemny, śmieszny żywioł brzydoty, ohydy, plugastwa otaczał ich coraz namacalniej i wzrastał na ich wzrastającym zaniepokojeniu jak na drożdżach. Przy kolacji inżynierowa zaledwie siedziała, cała skoncentrowana w twarzy i górnych rejonach postaci, lecz Młodziak, przeciwnie, przyszedł do stołu w kamizelce, serwetę podwiązał pod brodę i smarując masłem grube, nadgryzione pajdy opowiadał inteligenckie kawały i chichotał. Świadomość, iż był przeze mnie podpatrzony, degrengolowała go w ordynarny infantylizm, cały dostroił się do tego, com ujrzał, i stawał się drobnym, kokietliwym, rozśmieszonym inżynierkiem, pieszczotliwym, rozkapryszonym i figlarnym. Usiłował też mrugać do mnie i dawać mi dowcipne znaki porozumiewawcze, na które - naturalnie - nie odpowiadałem siedząc z twarzą zbiedniałą i bladą. Dziewczyna siedziała obojętnie, zaciskając usta, ignorowała wszystko z prawdziwie dziewczęcym heroizmem, można by przysięgać, że nie wie o niczym - o, z trwogą patrzyłem na ten jej heroizm, który podnosił jej piękno! Ale noc rozstrzygnie, noc zadecyduje, jeżeli Pimko z Kopyrdą zawiodą, nowoczesna zwycięży na pewno i nic nie uratuje mnie od niewolnictwa. Nadchodziła noc, a z nią rozgrywka. Wypadki nie dawały się przewidzieć, nie było programu, wiedziałem tylko, że muszę współdziałać z każdym pierwiastkiem deformującym, śmiesznym, mętnym, karykaturalnym i dysharmonijnym, jaki się narodzi, z każdym elementem destrukcyjnym - i przenikało mnie jełkie, słabowite przerażenie, przy którym tęgi strach mordercy jest igraszką. Po jedenastej pensjonarka udała się na spoczynek. Ponieważ uprzednio dłutem wyrobiłem w drzwiach ukośną szparę, mogłem objąć wzrokiem część pokoju dotychczas niedostępną. Rozebrała się szybko i zaraz zgasiła światło, ale zamiast zasnąć przewracała się tylko z boku na bok na twardym posłaniu. Zapaliła lampę, wzięła ze stolika angielski romans kryminalny i widziałem, jak zmusza się do czytania. Nowoczesna wpatrywała się bacznie w przestrzeń, jakby próbując wzrokiem wykryć sens niebezpieczeństwa, odgadnąć kształt, ujrzeć wreszcie postać grozy, zrozumieć konkretnie, co się przeciwko niej knuje. Nie wiedziała, że niebezpieczeństwo nie miało ani kształtu, ani sensu - bezsens, bezkształt i bezprawie, mętny, rozbełtany, bezstylowy żywioł zagrażał jej nowoczesnemu kształtowi, oto wszystko. Z sypialni inżynierstwa doszły mię podniesione głosy. Pobiegłem co szybciej pod ich drzwi. Inżynier w bieliźnie, rozchichotany i kabaretowy, znowu opowiadał anegdoty o posmaku wybitnie inteligenckim. - Dosyć! - Młodziakowa w szlafroku tarła nerwowo ręce. - Dosyć, dosyć! Przestań! - Czekaj, czekaj, Jaśka - jeszcze pozwól... Zaraz skończę! - Nie jestem żadną Jaśką. Jestem Joanną. Zdejm te majtki albo nałóż spodnie. - Majteczki! - Milcz! - Majtaski, hi, hi, hi, majtaski! - Milcz, mówię... - Majtaski, majtasy... - Milczeć! - zgasiła gwałtownie lampę. - Zapal, stara! - Nie jestem żadną starą... Nie mogę się patrzeć na ciebie! Dlaczego cię pokochałam? Co z tobą? Co się z nami dzieje! Opamiętaj się. Przecież razem idziemy ku Nowym Dniom! Jesteśmy bojownikami Nowych Czasów! - Dobrze, dobrze, tłusta, tłusta langusta - hi, hi, hi - tłusta langusta wpada mi w usta. Mimo dość tłustego cielska była bardzo marzycielska. Ale jemu już wychłódło, bo już było stare pudło... - Wiktorze! Co ty mówisz! Co ty mówisz! - Wiktoś się weseli! Wiktoś bryka! Wiktoś truchcikiem bryka! - Wiktorze, co ty mówisz? Kara śmierci! - krzyknęła. - Kara śmierci! Epoka! Kultura i postęp! Nasze dążenia! Nasze porywy! Wiktorze! o, przynajmniej nie tak tłusto, nie tak pieprznie, nie tak drobno... Co cię oplątało? Zuta? O, jak ciężko! Coś jest niedobrego! Coś losowego jest w powietrzu! Zdrada... - Zdradunia - rzekł Młodziak. - Wiktorze! Nie zdrabniaj! Nie zdrabniaj! - Zdradeczka, Wiktoś powiada... - Wiktorze! Zaczęli się szamotać! - Światło - dyszała Młodziakowa - Wiktorze! Światło! Zapal! Puszczaj! - Czekaj! - dyszał chichocząc. - Czekaj, niech cię plasnę, niech cię plasnę w karczek! - Nigdy! Puść, bo będę gryzła! - Plasnę, plasnę w karczusio, karczunio, karczątko... I nagle wyrzucił z siebie wszystkie alkowiane zdrobnienia miłosne począwszy od kurki, a na mumu kończąc... Cofnąłem się w strachu. Choć nie zbywało mi na ohydzie, nie mogłem tego wytrzymać. Piekielne zdrobnienie, które ongi tak silnie zaważyło na moim losie, teraz im dawało się we znaki. Diaboliczny był to eksces inżynierka, o, potworne, gdy drobny inteligent weźmie na kieł i zrzuci wędzidło, jakich to czasów dożyliśmy? Plasnęło. W karczek dał czy w policzek wyciął? W pokoju dziewczyny było ciemno. Spała? Było cicho i wyobrażałem sobie, że śpi z głową objętą ramieniem, przykryta do połowy i zmęczona. Nagle zajęczała. Nie był to jęk przez sen. Gwałtownie, nerwowo poruszyła się na tapczanie. Wiedziałem, że kuli się, a rozszerzone oczy trwożnie badają ciemność. Czyżby nowoczesna pensjonarka była już tak dalece wyczulona, że wzrok mój poraził ją w mroku przez dziurkę od klucza? Jęk był przedziwnie piękny, wydarty z głębin nocy - jakby sam los zaklęty dziewczyny zajęczał, daremnie wzywając ratunku. Znowu zajęczała głucho, rozpaczliwie. Czyżby przeczuwała, że w tej chwili właśnie zdeprawowany przeze mnie ojciec matkę plaska? Czy rozeznała osaczającą ze wszech stron ohydę? Zdawało mi się, że widzę w pomroce nowoczesną załamującą dłonie i gryzącą się w przedramię aż do bólu. Jakby zębami chciała dorwać się do piękności w sobie. Zewnętrzna ohyda, czająca się po kątach, podniecała ją do własnych wdzięków. Ileż bogactw, ileż wdzięków posiadała! Pierwsze bogactwo - dziewczyna. Drugie bogactwo - pensjonarka. Trzecie bogactwo - nowoczesna. A to wszystko było w niej zamknięte jak orzech w skorupie, nie mogła dostać się do arsenału, choć czuła na sobie nikczemny mój wzrok i wiedziała, że odpalony wielbiciel pragnie skazić, zniszczyć, zepsuć, oszpecić psychicznie jej piękność dziewczęcą. I nie zdziwiło mnie wcale, że dziewczyna, zagrożona pokątną szpetotą, rozszalała się na dobre. Wyskoczyła z łóżka. Zrzuciła koszulę. Puściła się w pląs po pokoju. Już nie zważała, że podglądam, owszem, sama niejako wyzywała mię do walki. Nogi lekko, zwinnie unosiły jej ciało, ręce trzepotały się w powietrzu. Wtulała główkę gdzie bądź. Ramionami okalała głowę. Trzęsła lokami. Kładła się na podłodze i wstawała. Łkała, to znowu śmiała się lub śpiewała cicho. Wskoczyła na stół, ze stołu na tapczan. Zdawało się, że lęka się zatrzymać chociażby na chwilę, jakby szczury i myszy ją ścigały, że lotnością ruchu pragnie unieść się ponad okropność. Nie wiedziała już, czego się imać. Wreszcie złapała pasek i jęła chłostać się po plecach z całej siły, byle cierpieć młodzieńczo, boleśnie... Złapało mnie za gardło! Jakże piękność znęcała się nad nią, do czego jej nie przymuszała, jak miotała nią, ciskała, jak turlała! Zamarłem przy dziurce od klucza z gębą dysharmonijną i obmierzłą, podzieloną równo między zachwyt i nienawiść. Pensjonarka, miotana pięknością, coraz gorętsze wyprawiała szprynce. A ja uwielbiałem i nienawidziłem, dreszcze mną wstrząsały, gęba kurczowo ściągała się i rozciągała niczym prasowana gutaperka, Boże, do czegóż nie doprowadza nas miłość piękności! W stołowym wybiła dwunasta. Rozległo się ciche pukanie do okna. Trzykrotne. Struchlałem. Rozpoczynało się. Kopyrda, Kopyrda nadchodzi! Pensjonarka urwała skoki. Pukanie odezwało się ponownie, natarczywe, ciche. Podeszła do okna i uchyliła rolety. Wpatrywała się... - To ty?... - doleciał szept z werandy w ciszy nocnej. Pociągnęła za sznurek. Księżyc zalał pokój. Ujrzałem, że stoi w koszuli natężona, czujna... - Czego? - powiedziała. Podziwiałem mistrzostwo sroki! Wszakże zjawienie się pod oknem Kopyrdy było dla niej nieoczekiwane. Inna na jej miejscu, staromodna, rozwiodłaby się w zdawkowych wykrzyknikach i pytaniach: "Przepraszam! Co to znaczy? Czego pan sobie życzy o tej porze?" Ale nowoczesna wyczuła instynktem, że zdziwienie mogłoby co najwyżej popsuć... że dużo piękniej bez zdziwienia... O, mistrzyni! Wychyliła się z okna poufała, koleżeńska, towarzyska. - Czego? - powtórzyła półgłosem dziewczyńskim, opierając podbródek na rękach. Ponieważ on do niej odezwał się per "ty", nie powiedziała "pan". I podziwiałem nieprawdopodobnie gwałtowne przejście w stylu - tak ze skoków od razu w towarzyskość! Któż by się domyślił, że przed chwilą miotała się i skakała? Kopyrda, aczkolwiek także nowoczesny, był nieco zdezorientowany niezwykłą rzeczowością pensjonarki. Momentalnie jednak dostroił się do jej tonu i rzekł chłopięco, niedbale, z rękami w kieszeniach. - Wpuść mnie. - Po co? Gwizdnął i odparł brutalnie. - Nie wiesz? Puszczaj! Był podniecony i głos drżał mu z lekka, ale krył się z podnieceniem. Przez cały czas drżałem, aby nie wygadał się o liście. Obyczaj nowoczesny nie pozwalał im, na szczęście, dużo mówić ani dziwić się sobie, musieli udawać, że wszystko rozumie się samo przez się. Niedbałość, brutalność, zwięzłość i lekceważenie - oto, czym dobywali poezję, którą dawniejsi kochankowie dobywali za pomocą jęków, wzdychów i mandolin. Wiedział, że jedynie z lekceważeniem mógł posiąść dziewczynę, a bez lekceważenia - ani mowy. Ale podpuszczając nieco zmysłowego, nowoczesnego sentymentalizmu dodał tęsknie, pozytywnie, głucho, z twarzą w dzikim winie, pnącym się po ścianie. - Przecie sama chcesz! Zrobiła ruch, jakby miała zamknąć okno. Lecz nagle - jakby ten ruch właśnie pobudził ją do czegoś przeciwnego - zatrzymała się... Zacisnęła wargi. Sekundę stała nieruchomo, tylko oczy jej obróciły się ostrożnie, wolno w obie strony. Na twarzy pojawił się wyraz... wyraz ultranowoczesnego cynizmu... I pensjonarka, podniecona wyrazem cynizmu, oczami i ustami w świetle księżycowym, w oknie, wychyliła się niespodziewanie do połowy i dłonią, w której nie było wcale żartu, rozwichrzyła mu włosy. - Chodź! - szepnęła. Kopyrda nie okazał zdziwienia. Nie wolno mu było dziwić się ani jej, ani sobie. Najmniejsza wątpliwość mogłaby zaprzepaścić wszystko. Musiał postępować, jakby rzeczywistość, którą wytwarzali między sobą, była czymś codziennym i zwyczajnym. O, mistrz! Tak też postępował. Wylazł na okno i zeskoczył na podłogę tak właśnie, jakby co nocy właził do jakiejś wczoraj poznanej pensjonarki. W pokoju roześmiał się cicho, na wszelki wypadek. Ona jednak wzięła go za włosy, odchyliła mu głowę i wgryzła się ustami w jego usta! Diabli, diabli! Jeżeli była dziewicą! Jeżeli dziewczyna dziewicą była! Jeżeli była dziewicą i oto miała oddać się bez ceregieli pierwszemu lepszemu, który zastukał do okna. Diabli, diabli! Złapało mnie za gardło. Bo jeżeli była zwykłą puszczalską i zdzirą, no to ostatecznie nic takiego, lecz jeśli dziewica, to - trzeba przyznać - nowoczesna potrafiła wydobyć wprost dziką piękność z siebie i z Kopyrdy. Tak bezczelnie, tak cicho, brutalnie i łatwo złapać chłopaka za włosy - mnie złapać za gardło... Ha, wiedziała, że podglądam przez dziurkę od klucza i nie cofała się przed niczym, byle zwyciężyć urodą. Zachwiałem się, bo gdybyż przynajmniej to on ją złapał za włosy - ale to ona jego złapała za włosy! Hej, wy tam, panny wychodzące za mąż z pompą i po długich ceremoniach, wy zdawkowe, które pozwalacie sobie skraść całusa, patrzcie, jak nowoczesna zabiera się do miłości i do siebie! Przewróciła Kopyrdę na tapczan. Zachwiałem się ponownie. Na udry szło! Siedemnastolatka najwyraźniej stawiała na kartę największy atut swej piękności. Modliłem się, żeby Pimko nadszedł - jeżeli Pimko zawiedzie, przepadłem, nigdy, nigdy już nie wyzwolę się spod dzikiego czaru nowoczesnej. Dusiła, dławiła - mnie, który przecież ją chciałem zadusić, który chciałem ją zwyciężyć! A tymczasem dziewczyna w największym rozkwicie swojej dziewczęcości ściskała się z Kopyrdą na tapczanie i gotowała się przy jego pomocy osiągnąć kulminantę wdzięków. Przypadkowo, byle jak, bez miłości i zmysłowo, nie szanując się wcale, po to jedynie, po to, żeby dziką pensjonarską poezją złapać mnie za gardło. Diabli, diabli, zwyciężała, zwyciężała, zwyciężała! Na koniec rozległo się zbawcze pukanie do okna. Przerwali ściskanie. Nareszcie! Pimko nadchodził z odsieczą. Zbliżały się decydujące rozstrzygnięcia. Czy Pimko zdoła popsuć - czy nie doda jeszcze piękności, uroków? O tym myślałem przygotowując za drzwiami gębę swą do interwencji. Na razie stukanie Pimki przyniosło pewną ulgę, gdyż zmuszeni byli przerwać szał i zapamiętanie, a Kopyrda szepnął. - Ktoś stuka. Pensjonarka zerwała się z tapczana. Nasłuchiwali, czy mogą znowu przystąpić do szału. Pukanie ponowiło się. - Kto tam? - zapytała. Za oknem rozległo się gorące, dychawiczne... - Zutka! Uchyliła rolety dając znak Kopyrdzie, by się cofnął. Lecz Pimko gorączkowo wgramolił się do pokoju, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Bał się, żeby go kto nie zobaczył pod oknem. - Zutka! - szeptał namiętnie, fizycznie. - Zutka! Pensjonarka! Mała! Ty - powiedz "ty"! Koleżanką jesteś moją. Jam kolega! - List mój upoił go. Dwururkowy i zdawkowy belfer miał usta boleśnie skrzywione poezją. - Ty! Mów mi "ty", Zutka! Czy nikt nie zobaczy? Gdzie mama? - Lecz niebezpieczeństwo jeszcze bardziej upajało go. - Jakie to... małe, młode... a bezczelne... bez względu na różnicę wieku, stanowiska... Jak mogłaś... Jak się ośmieliłaś... do mnie? Czy naprawdę podziałałem? Mów mi "ty"! Na "ty", na "ty"! Powiedz, co ci się we mnie spodobało? Ha, ha, ha, ha, ha, pedagog zmysłowy! - Czego? Co pan?... - bełkotała. Tamto z Kopyrdą już przepadło, już było rozchwiane. - Tu ktoś jest! - wykrzyknął Pimko w półmroku. Odpowiedziało milczenie. Kopyrda nie odzywał się. Nowoczesna stała między nimi w koszuli, bez sensu, jak mała damulka. A wtedy rozdarłem się za drzwiami. - Złodzieje! Złodzieje! Pimko okręcił się parę razy jak na sznurku, dopadł szafy ściennej. Kopyrda chciał wyskoczyć przez okno, nie zdążył - skrył się w drugiej szafie. Wpadłem do pokoju jak stałem, w spodniach i w koszuli. Miałem ich! Byli przyłapani! Za mną Młodziakowie, on - jeszcze plaskający, ona - wyplaskana. - Złodzieje?! - krzyczał tuzinkowo i małomieszczańsko inżynierek w spodniach, boso. Zbudził się w nim instynkt posiadania. - Ktoś wszedł przez okno! - zawołałem. Zapaliłem światło. Pensjonarka leżała pod kołdrą i udawała, że śpi. - Co się stało? - spytała półsennie, w doskonałym, lecz kłamliwym stylu. - Nowa intryga! - zawołała Młodziakowa spoglądając na mnie bazyliszkowato w szlafroku, z głową rozkudłaną i z ciemnymi plamami na policzkach. - Intryga? - zawołałem podnosząc z podłogi szelki Kopyrdy. - Intryga? - Szelki - powiedział tępo inżynierek. - To moje! - zawołała bezczelnie Młodziakówna. Bezczelność dziewczyny podziałała przyjemnie, choć nikt, naturalnie, nie uwierzył! Otworzyłem jednym szarpnięciem szafę i zebranym ukazała się dolna część ciała Kopyrdy, mianowicie para wysmukłych nóg w wyprasowanych spodniach flanelowych i w lekkich pantofelkach sportowych. Górna część była spowita sukniami wiszącymi w szafie. - Aa... Zuta! - rzekła pierwsza Młodziakowa. Pensjonarka schowała się z głową pod kołdrę, tylko nogi było widać i trochę czupryny. Jakże mistrzowsko to rozgrywała! Inna na jej miejscu zaczęłaby coś tam bąkać pod nosem, szukać usprawiedliwienia. A ona tylko nagie nogi wysadziła i przebierając nimi grała na sytuacji - nogami, ruchem, wdziękiem - jak na flecie. Rodzice spojrzeli po sobie. - Zuta... - rzekł Młodziak. I roześmieli się oboje z Młodziakową. Znikła z nich plaskanina, ordynarność i ohyda - dziwne piękno zapanowało. Rodzice, ucieszeni, ożywieni, zachwyceni, śmiejąc się pobłażliwie i swobodnie, patrzyli na ciało dziewczyny, która wciąż grymaśnie i płochliwie chowała główkę. Kopyrda widząc, że nie potrzebuje się obawiać surowych dawniejszych zasad, wyszedł z szafy i stanął uśmiechając się, blondyn, z marynarką w rękach, nowoczesny chłopiec sympatyczny, zdybany z dziewczyną rodziców. Młodziakowa spojrzała na mnie spod oka złośliwie. Triumfowała. Musiałem być pod urokiem. Chciałem skompromitować pensjonarkę, ale nowoczesny wcale jej nie kompromitował! Żeby tym dotkliwiej dać im odczuć moją zbędność, zapytała. - A kawaler tu po co? Kawalera nic to nie powinno obchodzić! Dotychczas umyślnie nie otwierałem szafy z Pimką. Szło mi o to, żeby sytuacja ustaliła się w swoim charakterze, osiągając pełnię stylu nowoczesnego i młodego. Teraz w milczeniu otworzyłem szafę. Pimko, skulony, zaszył się pomiędzy suknie - tylko para nóg, para nóg profesorskich w zmiętych spodniach była widoczna, i nogi te stały w szafie, nieprawdopodobne i szalone, doczepione... Wrażenie było wywracające, przewracające. Śmiech zamarł na ustach Młodziaków. Sytuacja zachwiała się jak uderzona z boku nożem przez mordercę. Coś idiotycznego. - Co to? - szepnęła Młodziakowa blednąc. Za sukniami rozległ się lekki kaszelek i konwencjonalny śmieszek, którymi Pimko przygotowywał sobie grunt do wystąpienia. Wiedząc, że za chwilę musi okazać się śmieszny, poprzedzał śmieszność swoją własnym śmieszkiem. Śmieszek ten zza damskich sukien był czymś tak kabaretowym, że Młodziak zachichotał raz jeden i utknął... Pimko wyszedł z szafy i ukłonił się, śmieszny z zewnątrz, wewnątrz nieszczęśliwy... Od wewnątrz czułem mściwy, wściekły sadyzm, lecz od zewnątrz parsknąłem śmiechem. W śmiechu moim rozpłynęła się zemsta moja. Ale Młodziakowie zbaranieli. Dwóch mężczyzn w dwu szafach! I to w jednej - stary. Gdyby było dwóch młodych! Lub gdyby przynajmniej było dwóch starych! Lecz jeden młody i jeden stary. Stary, i do tego Pimko. Sytuacja nie miała osi - nie miała diagonali - nie można było znaleźć komentarza do tej sytuacji. Odruchowo spojrzeli na dziewczynę, ale pensjonarka zamarła pod kołdrą. Wtem Pimko, chrząkając i podśmiewując się błagalnie, zapragnął wyjaśnić sytuację i jął tłumaczyć coś o liście, że panna Zuta napisała... że on chciał Norwida... ale że panna Zuta na "ty"... że per "ty" do niego... na "ty" z nim... że on chciał tylko na "ty"... że po imieniu... Nie, czegoś tak plugawego i jednocześnie głupiego nie słyszałem nigdy w życiu, tajemna i prywatna zawartość majaczeń staruszka była niemożliwa w sytuacji jasno oświetlonej lampą u sufitu, nikt nie chciał rozumieć, więc nikt nie rozumiał. Pimko wiedział, że nikt nie chce, ale zabrnął - belfer wytrącony z belfra stracił się doszczętnie, wierzyć się nie chciało, że to ten sam absolutny i wytrawny dwururkowiec, który ongiś mnie upupił. Utopiony w lepkiej masie swych wyjaśnień, budził litość indolencją i byłbym rzucił się na niego, lecz machnąłem ręką. Ale ciemne i mętne majaki Pimczyne popchnęły inżyniera w oficjalność - było to silniejsze niż uzasadniona nieufność, jaką ze względu na mnie mógł odczuwać wobec sytuacji. Krzyknął. - Ja się pytam, co pan tu robi o tej porze? To z kolei Pimce podyktowało ton. Na moment odzyskał formę. - Proszę nie podnosić głosu. Młodziak zapytał. - Co? Co? Pan sobie pozwala robić mi uwagi w moim domu? Lecz inżynierowa pisnęła spojrzawszy w okno. Brodata twarz z gałązką w ustach ukazała się nad sztachetami. Zapomniałem na śmierć o żebraku! Kazałem mu i dzisiaj stać z gałązką, ale zapomniałem wypłacić złotówki. Brodacz wytrwale czekał aż do nocy, a widząc nas w oświetlonym oknie, wysunął umajoną, płatną gębę, aby się przypomnieć! Wjechała ona pomiędzy nas jak na półmisku. - Czego chce ten człowiek? - krzyknęła inżynierowa. Widok ducha nie podziałałby na nią silniej. Pimko z Młodziakiem zamilkli. Nędzarz, na którym skoncentrowała się przez moment ogólna uwaga, ruszał gałązką jak wąsami, nie wiedział, co mówić. Dlatego powiedział. - Dopraszam się łaski. - Dajcie mu co - inżynierowa opuściła ręce i rozczapierzyła palce. - Dajcie mu co - krzyczała histerycznie - niech idzie... Inżynier zaczął szukać drobnych po kieszeniach spodni, ale nie miał. Pimko prędko wyjął portmonetkę czepiając się kurczowo każdej możliwej czynności, a chyba i licząc na to, że Młodziak w zamęcie przyjmie od niego drobne, co naturalnie utrudniłoby dalszą wrogość - lecz Młodziak nie przyjął. Drobne rachunki wdarły się przez okno i rozszalały po ludziach. Co do mnie, stałem z gębą, śledząc bacznie rozwój zdarzeń, gotowy do skoku, ale właściwie patrzyłem na to jak przez szkiełko. Gdzież była moja zemsta, moja papranina w nich i wycie szarpanej rzeczywistości, i pękanie stylu, i mój szał na gruzach? Farsa zaczynała mnie powoli nużyć. Nasuwały mi się rozmaite myśli bez związku, na przykład - gdzie Kopyrda kupuje krawaty, czy inżynierowa może lubić koty, ile płacą za mieszkanie? Przez ten czas Kopyrda stał dalej z rękami w kieszeniach. Nowoczesny nie podszedł do mnie, miną nawet nie zaznaczył, że się znamy - i bez tego był dosyć rozdrażniony koleżeństwem z Pimką na gruncie dziewczyny, aby jeszcze witać się ze szkolnym kolegą w negliżu - jedno i drugie koleżeństwo było mu bardzo nie na rękę. Kiedy Młodziakowie z Pimką rozpoczęli szukanie drobnych, Kopyrda bez pośpiechu skierował się ku drzwiom - otworzyłem usta, żeby krzyknąć, ale Pimko, który spostrzegł manewr Kopyrdy, co prędzej schował portmonetkę i ruszył za nim. Wtem inżynier, widząc ich obu nagle uchodzących, rzucił się jak kot za myszą. - Przepraszam! - krzyknął. - Tak gładko nie pójdzie! Kopyrda z Pimką stanęli. Kopyrda, doprowadzony do furii koleżeństwem z Pimką, odsunął się od niego; Pimko jednak pod działaniem ruchu machinalnie przysunął się do niego - i tak stali razem jak dwaj bracia - jeden młody... a drugi starszy... Inżynierowa w fatalnym stanie nerwowym złapała za ramię inżyniera. - Nie rób scen! Nie rób scen! - czym oczywiście pobudziła go do sceny. - Przepraszam! - ryknął. - Jestem chyba ojcem! Ja pytam, jak i w jakim celu znaleźli się panowie w sypialni mojej córki? Co to ma znaczyć? Co to znaczy? Nagle spojrzał na mnie i ucichł, przerażenie wylazło mu na policzki, zorientował się, że to woda na mój młyn, na młyn skandalu - i byłby ucichł, byłby ucichł - ale słowo już się rzekło... więc powtórzył jeszcze raz. - Co to ma znaczyć? - cicho, jedynie dla zaokrąglenia i błagając w duchu, aby nie podejmowano kwestii... Zapanowała cisza, gdyż nikt nie mógł odpowiedzieć. Każde z nich miało ostatecznie jakąś swoją zrozumiałą rację, lecz całość była bez sensu. W ciszy bezsens dławił. I nagle głuchy, beznadziejny szloch dziewczyny rozległ się pod kołdrą. O, mistrzyni! Łkała z łydkami nagimi, wystającymi spod kołdry, z łydkami, które w miarę płaczu coraz bardziej wystawały, a ten płacz nieletniej łączył Pimkę, Kopyrdę, rodziców, nizał ich na demonizm jak na sznurek. Rzecz, jak nożem uciął, przestała być śmieszna i bez sensu, odzyskała sens, i to sens nowoczesny, chociaż mroczny, czarny, dramatyczny i tragiczny. Kopyrda, Pimko, Młodziakowie poczuli się lepiej - a ja poczułem się gorzej, schwytany za gardło. - Wyście ją... deprawowali - wyszeptała matka. - Nie płacz, nie płacz, dziecko... - Winszuję, panie profesorze! - krzyknął wściekle inżynier. - Pan mi za to odpowie... Pimko, zdaje się, odetchnął. Nawet to było mu lepsze niż dotychczasowe nieumiejscowienie w niczym. A więc deprawowali ją. Sytuacja obracała się na korzyść dziewczyny. - Policja! - krzyknąłem. - Trzeba wezwać policję! Krok był ryzykowny, gdyż policja z nieletnią nie od dziś komponowały się w zaokrągloną, piękną i ponurą całość - jakoż Młodziakowie podnieśli dumnie głowy - ale ja dążyłem do wystraszenia Pimki. Pobladł, chrząknął, kaszlnął. - Policja - powtórzyła matka delektując się policją nad gołymi nogami dziewczyny - policja, policja... - Proszę mi wierzyć - wyjąkał profesor - wierzcie mi państwo... Pomyłka, jestem fałszywie posądzony... - Tak! - zawołałem. - Jestem świadek. Widziałem przez okno! Pan profesor wszedł do ogródka, żeby sobie ulżyć. Panna Zuta wyjrzała oknem, a pan profesor przywitał się i wszedł normalnie drzwiami, które otworzyła panna Zuta! Pimko załamał się w strachu przed policją. Podle i tchórzliwie chwycił się tego tłumaczenia, bez względu na jego sens mierżący i haniebny. - Tak, właśnie tak, przycisnęło mnie, zaszedłem do ogródka, zapomniałem, że państwo tu mieszkają - a panna Zuta akurat wyjrzała oknem, więc symulowałem, he, he, he, symulowałem, że jestem z wizytą... Państwo rozumieją... w tak drastycznym położeniu... Qui pro quo, qui pro quo - powtarzał. Poraziło to zebranych odrażająco i odstręczająco. Dziewczyna schowała nogi. Kopyrda udał, że nie słyszy. Młodziakowa odwróciła się tyłem do Pimki, lecz uprzytomniwszy sobie, że przecież tyłem się odwraca, odwróciła się co prędzej przodem. Młodziak mrugnął - ha, znowu dostali się w obieże tej zabójczej części, ordynarność powracała całą parą, przyglądałem się z zaciekawieniem, jak powraca i jak ich przewraca; byłaż to ta sama, w której i ja niedawno się pławiłem, tak, chyba ta sama - ale teraz była już tylko między nimi. Młodziakówna pod kołdrą nie dawała znaku życia. I Młodziak zachichotał - nie wiadomo, co go połechtało - a może qui pro quo Pimki nasunęło mu wspomnienie kabaretu, który w swoim czasie istniał w Warszawie pod tą nazwą - wybuchnął ostatecznym chichotem drobno_inżynierkowatym, chichotem odtylnym, makabrycznym i mimicznym - wybuchnął i - wściekły na Pimkę o to, że chichocze - podskoczył i drobno, arogancko, inżynierkowato, plasnął i trzasnął go w papę. Trzasnął - i zastygł z ręką wyciągniętą, dysząc. Spoważniał. Zesztywniał. Przyniosłem sobie marynarkę i buty z mojego pokoju i zacząłem z wolna się ubierać, nie tracąc zresztą z oczu sytuacji. Spoliczkowanemu zagrało w gardle, zaszpuntowało go - lecz mam przekonanie, że w głębi duszy przyjął z wdzięcznością policzek, który jakoś go klasyfikował. - Pan mi za to zapłaci - wypowiedział zimno i z widoczną ulgą. Ukłonił się inżynierowi, inżynier jemu się ukłonił. Pimko, skwapliwie wykorzystując ukłon, skierował się do wyjścia. Kopyrda prędko dołączył się do ukłonów i ruszył za Pimką, pragnąc i siebie przemycić... Młodziak skoczył. Co? - to tutaj wyciągane są konsekwencje, pojedynek, a ten łobuz wychodzi jakby nic, wykpić się chce! To i jemu w papę! Inżynier podskoczył z wyciągniętą ręką, lecz w ostatnim ułamku sekundy zastanowił się, że nie może bić po twarzy smarkacza, ucznia, chłystka, ręka zwichnęła mu się dziwnie i zamiast uderzyć, złapał go (nie mogąc powstrzymać rozpędu), złapał go za podbródek. Kopyrda, złapany tak nielegalnie, rozwścieklił się bardziej, niż gdyby dostał w twarz, co więcej, fałszywy chwyt niedozwolony po długim kwadransie bezsensu wyzwolił w nim najpierwotniejsze instynkty. Bóg wie, co mu wykluło się w głowie - że inżynier umyślnie go złapał, że jeśli ty mnie, to ja ciebie - taka myśl jakaś musiała go złapać i prawem, które należałoby chyba nazwać "prawem skosu", schylił się i złapał inżyniera pod kolano. Młodziak runął - on zaś ugryzł go w lewy bok, złapał zębami, nie puszczał - podniósł twarz i szalonymi oczami wodził po całym pokoju, gryząc bok. Zawiązywałem krawat i naciągałem marynarkę, ale wstrzymałem się zaciekawiony. Czegoś podobnego nigdy nie zdarzyło mi się widzieć. Inżynierowa rzuciła się mężowi na ratunek, złapała Kopyrdę za nogę i ciągnęła ze wszystkich sił. Zakłębiło się i runęło do reszty. Na domiar Pimko, który stał o krok od kłębowiska, popełnił nagle rzecz nadzwyczaj dziwną, prawie nie nadającą się do powiedzenia. Czy belfer zwątpił o sobie ostatecznie? Czy się poddał? Czy zabrakło mu stanowczości, by stać, gdy tamci leżeli? Czy leżenie wydało mu się nie gorsze od stania na nogach? Dość, że dobrowolnie położył się w kącie na grzbiecie i podniósł kończyny do góry, gestem zupełnej bezbronności. Zawiązałem krawat. I nie wzruszyło mnie nawet, gdy dziewczyna zerwała kołdrę, wyskoczyła z płaczem i skakała około turlających się Młodziaków z Kopyrdą jak sędzia na meczu bokserskim zaklinając z płaczem. - Mamusiu! Tatusiu! Inżynier, znieprzytomniały turlaniem, szukając dla rąk oparcia, złapał ją za nogę powyżej kostki. Upadła. Tarzali się we czworo cicho, jak w kościele, gdyż wstyd pomimo wszystko nie pozwalał. W pewnej chwili ujrzałem, że matka gryzie córkę, Kopyrda ciągnie Młodziakową, a inżynier pcha Kopyrdę, po czym znowu mignęła mi się łydka Młodziakówny na głowie matki. Jednocześnie profesor w kącie jął objawiać coraz silniejszą skłonność do rojowiska - leżąc na plecach, z kończynami w górę, ciążył jednak wyraźnie w tę stronę i bez ruchu oscylował ku niej, niewątpliwie bowiem rojowisko i kłębowisko stało się dlań jedynym rozwiązaniem. Wstać nie mógł, nie miał żadnej racji do wstania - a leżeć dłużej na grzbiecie także nie mógł. Wystarczyło małe zahaczenie, gdy rodzina z Kopyrdą przewaliła się w pobliże - złapał Młodziaka gdzieś w okolicy wątroby i wir go wciągnął. Kończyłem pakować najpotrzebniejsze rzeczy do małej walizki i nałożyłem kapelusz. Znudziło mi się. Żegnaj, nowoczesna, żegnajcie, Młodziakowie i Kopyrdo, żegnaj, Pimko - nie, nie żegnajcie, bo jakże żegnać się z czymś, czego już nie ma. Odchodziłem lekki. Słodko, słodko otrząsnąć pył z obuwia i odchodzić nie pozostawiając nic za sobą, nie, nie odchodzić, ale iść... Czy było to, że Pimko, belfer klasyczny, mnie upupił, żem był uczniem w szkole, nowoczesnym z nowoczesną, że byłem tańczącym w sypialni, musze obrywającym skrzydła, podglądającym w łazience, tra, la, la... Że byłem z pupą, z gębą, z łydką, tra, la, la... Nie, zniknęło, ani młody, ani stary, ani nowoczesny, ani staromodny, ani uczeń, ani chłopiec, ani dojrzały, ani niedojrzały, byłem nijaki, byłem żaden... Odchodzić idąc, iść odchodząc i nie czuć nawet wspomnienia. Zobojętnienie błogie! Bez wspomnienia! Kiedy umiera w tobie wszystko, a nikt jeszcze nie zdążył urodzić cię na nowo. O, warto żyć dla śmierci, by wiedzieć, że w nas umarło, że już nie ma, pusto i czczo, cicho i czysto - i gdy odchodziłem, zdawało mi się, że nie sam idę, ale z sobą - tuż przy mnie, a może we mnie, lub naokoło mnie szedł ktoś identyczny i tożsamy, mój - we mnie, mój - ze mną i nie było między nami miłości, nienawiści, żądzy, wstrętu, brzydoty piękna, śmiechu, części ciała, żadnego uczucia ani żadnego mechanizmu, nic, nic, nic... Na setny ułamek sekundy. Bo gdy przechodziłem przez kuchnię, macając w półmroku, zawołano po cichu z alkowy służbowej. - Józio, Józio... A to Miętus siedział na służącej i nakładał pośpiesznie obuwie. - Ja tu jestem. Wychodzisz? Czekaj, wyjdę z tobą. Szept ugodził mię z boku i zatrzymałem się jak postrzelony. Gęby jego nie mogłem dobrze rozróżnić w ciemności, lecz sądząc po głosie musiała być straszna. Służąca dyszała ciężko. - Tss... cicho. Chodźmy - zlazł ze sługi. - Tędy, tędy... Uważaj - kosz. Znaleźliśmy się na ulicy. Świtało. Domki, drzewa i sztachety stały wyciągnięte pod sznur, uporządkowane - i powietrze przejrzyste przy ziemi, ku górze gęstniejące w rozpaczliwy opar. Asfalt. Próżnia. Rosa. Pustka. Przy mnie Miętus zapinający garderobę. Starałem się nie patrzeć na niego. Z otwartych okien willi - pobladłe światło elektryczne i nieustający szurgot przewalania. Chłód przenikał, zimno bezsenne, kolejowe; zacząłem drżeć i szczękać zębami. Miętus, usłyszawszy szurgotanie Młodziaków za oknem, rzekł: - Co tam? Masują kogo? Nie odpowiedziałem, on zaś widząc walizeczkę w moim ręku zapytał: - Uciekasz? Pochyliłem głowę. Wiedziałem, że mnie złapie, że musi mnie złapać, ponieważ byliśmy tylko we dwóch i przy sobie. Ale nie mogłem odsunąć się od niego bez powodu. Jakoż przysunął się i ręką ujął mnie za rękę. - Uciekasz? To i ja ucieknę. Pójdziemy razem. Zgwałciłem służącą. Ale to nie to, to nie to... Parobek, parobek! Chcesz - uciekniemy na wieś. Na wieś pójdziemy. Tam są parobki! Na wsi! Pójdziemy razem, chcesz? Do parobka, Józio, do parobka, do parobka! - powtarzał zapamiętale. Trzymałem głowę sztywno, prosto i nie patrząc. - Miętusie, co mi po twoim parobku? - Ale kiedy zacząłem iść, on poszedł ze mną, ja z nim poszedłem - i poszliśmy razem. Rozdział XI Przedmowa do~ "Filiberta dzieckiem podszytego" I znowu przedmowa... i zniewolony jestem do przedmowy, nie mogę bez przedmowy i muszę przedmowę, gdyż prawo symetrii wymaga, aby "Filidorowi dzieckiem podszytemu" odpowiadał "dzieckiem podszyty Filibert", przedmowie zaś do "Filidora" "Przedmowa do Filiberta dzieckiem podszytego". Choćbym chciał, nie mogę, nie mogę i nie mogę uchylić się żelaznym prawom symetrii oraz analogii. Ale czas najwyższy przerwać, przestać, wyjrzeć z zieleni, chociażby na chwilę i spojrzeć przytomnie spod ciężaru miliarda kiełków, pączków, listków, by nie powiedziano, że oszalałem ble, ble i bez reszty. I zanim posunę się dalej na drodze poślednich, pośrednich okropieństw niedoludzkich, muszę wyjaśnić, zracjonalizować, uzasadnić, wytłumaczyć i uporządkować, wydobyć myśl naczelną, z której się wywodzą wszystkie inne myśli tej księgi, i wykazać pramęczarnię wszystkich mąk tu poruszonych i uwydatnionych. I muszę wprowadzić hierarchię mąk oraz hierarchię myśli, skomentować dzieło analitycznie, syntetycznie i filozoficznie, aby czytający wiedział, gdzie głowa, gdzie nogi, gdzie nos, a gdzie pięta, by nie zarzucono, żem nieświadomy własnych celów i nie kroczę prosto, równo, sztywno jak najwięksi pisarze wszechczasów, lecz w piętkę bezsensownie gonię. Lecz któraż jest męczarnia główna i fundamentalna? Gdzie jest pramęczarnia księgi? Gdzieżeś, pramatko mąk? Im dłużej wnikam, badam i przetrawiam, tym wyraźniej widzę, iż właściwie główną, zasadniczą męką jest, jak mi się zdaje, po prostu męka złej formy, złego "exterieur'u", czyli inaczej mówiąc męczarnia frazesu, grymasu, miny, gęby - tak, oto jest źródło, krynica, zaczątek i stąd harmonijnie wypływają wszystkie bez wyjątku pozostałe cierpienia, szały i udręki. Ale może raczej należałoby powiedzieć, że naczelną, podstawową męką jest nie co innego, tylko cierpienie, zrodzone z ograniczenia drugim człowiekiem, z tego, że się dusimy i dławimy w ciasnym, wąskim, sztywnym wyobrażeniu o nas drugiego człowieka. A może u podstawy księgi leży kapitalna i zabójcza męka niedoludzkiej zieloności, kiełków, listków, pączków albo męka rozwoju i niedorozwoju a może cierpienie niedokształtowania, niedoformowania albo męka stwarzania naszego ja przez innych ludzi męka gwałtu fizycznego i psychicznego męczarnia dynamizujących napięć międzyludzkich skośna i nie wyjaśniona bliżej męka skosu psychicznego udręka boczna zwichnięcia, skrętu, kiksu psychicznego nieustająca męka zdrady, męka fałszu automatyczna męczarnia mechanizmu i automatyzmu symetryczna męka analogii i analogiczna męka symetrii analityczna męka syntezy i syntetyczna męka analizy a może męczarnia części ciała i zakłócenia hierarchii poszczególnych członków cierpienie infantylizmu łagodnego pupy, pedagogii, szkolarstwa i szkolnictwa niewinności i naiwności nieutulonej oddalenia od rzeczywistości chimery, złudy, mrzonki, fikcji, bzdury idealizmu wyższego idealizmu niższego, obskurnego i pokątnego marzycielstwa drugostolnego a może przedziwna męka drobnostkowości, zdrobnienia męka kandydowania męka aspirowania męka aplikowania a może po prostu męczarnia podciągania się i natężania nad możność i wynikająca stąd męczarnia niemożności ogólnej i szczególnej udręka wywyższania się i podbijania bębenka cierpienie poniżania męka poezji wyższej i niższej albo męczarnia głucha impasu psychicznego opaczna męczarnia pokrętności, wykrętności, chwytu niedozwolonego albo raczej męczarnia wieku w sensie szczególnym i ogólnym męka staroświeckości męka nowoczesności cierpienie wskutek powstawania nowych warstw społecznych męka półinteligentów męka nieinteligentów męczarnia inteligentów a może po prostu męka nieprzyzwoitości drobnointeligenckiej ból głupoty mądrości szpetoty kras, uroków, wdzięków albo może męczarnia zabójczej logiki i konsekwencji w głupstwie udręka recytowania rozpacz naśladowania nudna męczarnia nudy i powtarzania w kółko lub być może hipomaniakalna męka hipomaniakalna niewysłowiona męczarnia niewysłowienia boleść niewysublimowania ból palca paznokcia zęba ucha męczarnia przeraźliwej współrzędności, zależności, wzajemnego przenikania się, uzależniania wszystkich mąk i wszystkich części oraz męka stu pięćdziesięciu sześciu tysięcy trzystu dwudziestu czterech i pół innych męczarni, nie licząc kobiet i dzieci, jakby powiedział pewien stary autor francuski z XVI stulecia. Z której męczarni uczynić podstawową pramęczarnię i którą część przyjąć za całkę, za co złapać księgę i co wyłapać z powyższych mąk i części? Przeklęte części, czyż nigdy nie wyzwolę się z was, o, co za bogactwo części i co za bogactwo mąk! Gdzież jest naczelna pramatka i czy przyjąć za bazę mękę metafizyczną czy fizyczną, socjologiczną czy psychologiczną? A jednak muszę, muszę i nie mogę nie, gdyż świat gotów uznać, że jestem nieświadomy celów i że w piętkę gonię. Ale w takim razie może racjonalniej byłoby opracować i uwydatnić słowami samą genezę dzieła i nie na zasadzie mąk, lecz wobec, względem i w stosunku, że powstało ono: w stosunku do pedagogów i uczniów ze szkół wobec głupowatych mądrali w odniesieniu do istot pogłębionych i podwyższonych względem czołowych postaci literatury spółczesnej narodowej oraz najbardziej wykończonych, skonstruowanych i usztywnionych przedstawicieli krytyki wobec pensjonarek w stosunku do dojrzałych i światowców w zależności od wykwintnisiów, wytwornisiów, narcyzów, estetów, pięknoduchów i bywalców względem życiowo wyrobionych w niewoli u ciotek kulturalnych w stosunku do obywateli miejskich wobec obywatelstwa wiejskiego w odniesieniu do drobnych lekarzy na prowincji, inżynierów i urzędników o ciasnych horyzontach w odniesieniu do wyższych urzędników, lekarzy i adwokatów o szerszych horyzontach w stosunku do arystokracji rodowej i innej wobec gminu. Być może jednak poniekąd dzieło poczęło się z męki obcowania z konkretną osobą, jak na przykład ze szczególnie odpychającym panem X Y, z panem Z, którym pomiatam, i N N, który męczy mnie i nudzi - o, straszne męki obcowania z nimi! I - być może - przyczyną i celem tej księgi jest jeno chęć okazania tym panom pogardy, zdenerwowania ich, rozjątrzenia, rozwścieczenia i uchylenia się im. W takim razie przyczyna byłaby konkretna, poszczególna i prywatna, jednostkowa. A może dzieło wynikło z naśladowania mistrzowskich dzieł? Z nieumiejętności stworzenia normalnego dzieła? Ze snów? Z kompleksów? A może ze wspomnień dzieciństwa? A może zacząłem i tak jakoś mi się napisało? Z psychozy lękowej? Z psychozy natręctwa? Może z kulki? Ze szczypty? Z części? Z cząstki? Z palca? Należałoby też ustalić, orzec i zdefiniować, czy jest ono powieścią, pamiętnikiem, parodią, pamfletem, wariacją na tematy fantazji, studium - i co przeważa w nim: żart, ironia czy głębsze znaczenie, sarkazm, persiflaż, inwektywa, bzdura, "pur nonsens, pur blagizm", a dalej, czy nie jest to jednak poza, udawanie, zgrywa, sztuczność, niedostatek dowcipu, anemia uczucia, atrofia wyobraźni, podminowanie porządku i zaprzepaszczenie rozumu. Lecz suma tych możliwości, mąk, definicji i części jest tak nieobjęta i tak niepojęta oraz nie dająca się wyczerpać, iż z najgłębszą odpowiedzialnością za słowo i po najskrupulatniejszym rozważeniu trzeba powiedzieć, iż nic nie wiadomo, cip, cip, kurka; a przeto tych, którzy by chcieli głębiej jeszcze wniknąć i lepiej pojąć, poproszę do "Filiberta dzieckiem podszytego", gdyż w jego tajnej symbolice zawarłem odpowiedź na wszystkie dręczące pytania. "Filibert" bowiem, ustanowiony definitywnie i na mocy analogii z "Filidorem", kryje w swej dziwnej łączności ostateczny sekretny sens dzieła. Po okazaniu którego nic już nie przeszkodzi zapuścić się nieco głębiej w gąszcz pojedynczych, monotonnych części. Rozdział XII Filibert~ dzieckiem podszyty Wieśniak z Paryża pod koniec osiemnastego stulecia miał dziecko, to dziecko miało znowu dziecko, a to dziecko znowu miało dziecko i znowu było dziecko; a ostatnie dziecko jako champion świata grało mecz tenisowy na korcie reprezentacyjnym paryskiego Racing Klubu, w atmosferze wielkiego napięcia i przy nieustannych, żywiołowych grzmotach oklasków. Jednakże (jak szalenie zdradliwe jest życie!) pewien pułkownik żuawów spośród publiczności, siedzącej na bocznej trybunie, pozazdrościł nagle bezbłędnej i porywającej gry obu championom i chcąc także pokazać, co umie, wobec sześciu tysięcy zgromadzonych widzów (tym bardziej, że obok siedziała jego narzeczona) - niespodziewanie łupnął z rewolweru do piłki w locie. Piłka trzasnęła i spadła, championi zaś, pozbawieni znienacka obiektu, próbowali jeszcze czas jakiś machać rakietami w próżni, lecz widząc niedorzeczność swych ruchów bez piłki, rzucili się na siebie z pazurami. Grzmot oklasków rozległ się wśród widzów. I na tym zapewne byłoby się skończyło. Lecz zaszła i ta dodatkowa okoliczność, że pułkownik w podnieceniu zapomniał czy też nie wziął pod uwagę (jak bardzo trzeba uważać!) widzów, siedzących po przeciwległej stronie placu na tak zwanej słonecznej trybunie. Zdawało mu się, nie wiadomo czemu, iż kula przebiwszy piłkę powinna była się skończyć; tymczasem, niestety, w dalszym swoim biegu ugodziła w szyję pewnego przemysłowca - armatora. Krew trysnęła z przebitej arterii. Żona zranionego pod pierwszym wrażeniem chciała rzucić się na pułkownika, wyrwać mu rewolwer, ale ponieważ nie mogła (gdyż była uwięziona w tłumie), dała po prostu w papę sąsiadowi z prawej strony. A dała, ponieważ nie mogła wyładować inaczej wzburzenia i ponieważ w najgłębszych zakamarkach jaźni, powodowana logiką czysto kobiecą, sądziła, że jako kobiecie jej wolno, bo cóż jej kto zrobi? Okazało się jednak, że nie bardzo (jak bezustannie wszystko należy brać pod uwagę w kalkulacji), gdyż był to utajony epileptyk, który pod wpływem wstrząsu psychicznego, wywołanego policzkiem, dostał ataku i wybuchnął jak gejzer, w drgawkach i konwulsjach. Nieszczęsna, znalazła się pomiędzy dwoma mężczyznami, z których jeden tryskał krwią, a drugi pianą. Grzmot oklasków rozległ się wśród widzów. A wtedy jakiś pan, siedzący obok, w szalonym popłochu skoczył na głowę damie, siedzącej poniżej, ta zaś poniosła i wyskoczyła na plac, unosząc go na sobie całym pędem. Grzmot oklasków rozległ się wśród widzów. I na tym zapewne byłoby się skończyło. Ale zaszła jeszcze taka okoliczność (jakże wszystko zawsze trzeba przewidywać!), że nie opodal siedział pewien skromny, utajony marzyciel_emeryt - w stanie spoczynku z Tuluzy, który z dawien dawna na wszelkich publicznych widowiskach marzył o skakaniu na głowy osobom siedzącym niżej i tylko siłą dotąd się od tego powstrzymywał. Porwany przykładem, momentalnie skoczył na damę siedzącą poniżej, która (a była to drobna urzędniczka świeżo przybyła z Tangeru w Afryce) sądząc, że tak wypada, że tak właśnie trzeba, że to w wielkomiejskim tonie - również poniosła, przy czym starała się nie okazać żadnego skrępowania w ruchach. I wtedy kulturalniejsza część publiczności jęła taktownie klaskać, by zatuszować skandal wobec przedstawicieli obcych poselstw i ambasad, tłumnie przybyłych na mecz. Ale i tu zaszło nieporozumienie, bowiem mniej kulturalna część wzięła oklaski za dowód uznania - i również dosiadła swych dam. Cudzoziemcy coraz większe objawiali zdziwienie. Cóż wobec tego pozostało kulturalniejszej części towarzystwa? Dla niepoznaki także dosiadła swych dam. I prawie na pewno byłoby się na tym skończyło. Lecz wówczas niejaki markiz de Filiberthe, siedzący w loży parterowej z żoną i rodziną żony, nagle poczuł się dżentelmenem i wyszedł na środek placu w letnim, jasnym garniturze, blady, ale stanowczy - i chłodno zapytał, czy kto, i kto mianowicie, chce tu obrazić markizę de Filiberthe, jego żonę? I cisnął w tłum garść biletów wizytowych z napisem: Philippe Hertal de Filiberthe. (Jak szalenie musimy być ostrożni! Jak trudne i zdradne jest życie, jak nieobliczalne!) Zapanowała martwa cisza. I naraz stępa, zwolna, oklep, na rasowych, cienkich w pęcinie, eleganckich i strojnych kobietach jęło podjeżdżać do markizy de Filiberthe nie mniej niż trzydziestu sześciu panów, by ją obrazić i poczuć się dżentelmenami, skoro mąż jej, markiz, poczuł się dżentelmenem. Ona zaś ze strachu poroniła - i kwilenie dziecka ozwało się u stóp markiza pod kopytami tratujących kobiet. Markiz, podszyty dzieckiem tak nieoczekiwanie, opatrzony i uzupełniony dzieckiem w momencie, gdy występował pojedynczo i jako dżentelmen dorosły sam w sobie - zawstydził się i poszedł do domu - podczas gdy grzmot oklasków rozlegał się wśród widzów. Rozdział XIII Parobek~ czyli nowe przychwycenie A zatem idziemy z Miętusem na poszukiwanie parobczaka. Zginęła na zakręcie willa z przelewającą się resztką Młodziaków, przed nami - długi pas Filtrowej, błyszcząca taśma. Słońce wzeszło, żółtawa kula, jemy śniadanie w mydlarni, miasto się budzi, jest już godzina ósma, ruszamy dalej, ja z walizeczką ręczną, a Miętus z kijem podróżnym. Ptaszki świergocą na drzewach. Dalej, dalej! Miętus stąpa raźno, niesiony w przyszłość nadzieją, nadzieja i mnie się udziela, niewolnikowi jego! - Na przedmieście, na przedmieście - powtarza - tam znajdziemy sobie fajnego parobka, tam go znajdziemy! - W jasnych i miłych barwach parobek malował ranek, przyjemnie i zabawnie iść przez miasto za parobczakiem! Kim będę? Co ze mną uczynią? Jakie zdarzą się okoliczności? Nic nie wiem, stąpam raźno za panem moim Miętusem, nie mogę się męczyć ni smucić, bo mi wesoło! Bramy domów, dość rzadkie w tej okolicy, zapowietrzone są przez dozorców i ich rodziny. Miętus zagląda do każdej, jakże daleko jednak dozorcy do parobka, czyż dozorca nie jest po prostu chłopem w doniczce? Gdzieniegdzie trafia się stróżak, lecz żaden nie zadawala Miętusa, czyż bowiem stróżak nie jest właściwie parobkiem w klatce, parobkiem w klatce schodowej? - Nie ma tu wiatru - oświadcza - w bramach są tylko przeciągi, a nie uznaję parobka na przeciągu, dla mnie jedynie parobek na dużym wietrze. Mijamy niańki i bony, które w piszczących wózkach wiozą na spacer niemowlęta. Donaszając toalety pań, na wykrzywionych obcasach, zerkają zalotnym okiem. W ustach dwa złote zęby, z dzieckiem cudzym i w szmatach, a w głowie Waldy. Mijamy dyrektorów, urzędników z teczkami pod pachą śpieszących do zajęć codziennych, a wszystko z "papier mach~e", biurowe i słowiańskie, z mankietami, ze spinkami, jak gdyby breloczki swego ja, własne łańcuszki od zegarka, mężowie żon i chlebodawcy bon. Nad nimi wielkie Niebo. Mijamy liczne damule w paltocikach z warszawskim szykiem, niektóre chude i szparkie, inne wolniejsze i miększe, wsadzone we własne kapelusze, a tak do siebie podobne, że jedna drugą dopędza i przegania. Miętus nie raczył spojrzeć, a mnie znudziło strasznie, zacząłem nawet ziewać - ku peryferiom - zawołał - tam znajdziemy parobka, tu nie ma czego szukać, tanie to to, po dziesięć groszy sztuka, krowy i konie inteligencji, mecenasowe z bonami i mężowie, jak szkapy dorożkarskie. Cholera, psiakrew, zaraza, krowy i muły! Patrz, jakie to nauczone - a jakie głupie! Jakie, psiakrew, wysztafirowane - a jakie ordynarne! Pupa, pupa, psiakość! - U wylotu Wawelskiej ujrzeliśmy kilka budynków publicznych, zakrojonych na większą skalę, których potężnym widokiem pasły się na pierwsze śniadanie szerokie rzesze zgłodniałych i wycieńczonych płatników. Budynki przypomniały nam szkołę i przyśpieszyliśmy kroku. Na placu Narutowicza, gdzie stoi dom akademicki, spotkaliśmy brać studencką z nogawkami wystrzępionymi, niewyspaną i nie ostrzyżoną, śpieszącą na wykład lub czekającą na tramwaj. Wszyscy z nosami w skryptach, jedli jaja na twardo, skorupki chowali do kieszeni, wdychając kurz wielkomiejski. - Furda, to byłe parobki! - zawołał. - To wszystko synowie chłopscy kształcący się na inteligentów! Do diabła z byłymi parobkami! Nienawidzę byłych parobków! Jeszcze nos palcem uciera, a już ze skryptów się uczy! Książkowa wiedza w chłopie! Adwokat i lekarz z chłopa! Spójrz tylko, jak łby im puchną nad łacińskimi terminami, jak im paluchy wyłażą! Nieszczęście - wzburzył się MIętus - to równie straszne, co gdyby poszli na mnichów! Ach, iluż by się znalazło pomiędzy nimi świetnych i dobrych parobków, ale nic z tego - poprzebierane, zamordowane, zabite! Na przedmieście, na przedmieście, tam więcej wiatru, powietrza! - Skręciliśmy w Grójecką, kurz, pył, hałas i zaduch, kończą się kamienice, poczynają się kamieniczki i niewiarygodne wozy z całym dobytkiem żydowskim, wozy z warzywami, z pierzem, z mlekiem, kapustą, ze zbożem, sianem, żelastwem i śmieciem zapełniają ulicę brzękiem, stukiem i szczękiem. Na każdym wozie trzęsie się chłop albo Żyd - chłop miejski i wiejski Żyd - nie wiadomo, co lepsze. Coraz głębiej i coraz istotniej zapuszczamy się w sferę poślednią, w niedojrzałe przedmieście miasta, i coraz więcej popsutych zębów, waty w uszach, owiniętych gałganem palców, włosów smarowanych tłuszczem, czkawki, wągrów, kapusty i stęchlizny. Pieluszki suszą się w oknach. Radio bez przerwy gada, wre akcja oświatowa i liczne Pimki głosem sztucznie naiwnym i ciepłym albo rubasznym, wesołym kształcą duszę właścicielom mydlarni, wykładając o obowiązkach i ucząc kochać Kościuszkę. Właściciele sklepików korzennych delektują się w taniej gazecie opisem życia wyższej sfery, a żony ich, drapiąc się w plecy, przeżywają wczorajszy wieczór z Marleną Dietrich. Wre akcja pedagogiczna i mnóstwo delegatek uwija się pomiędzy ludem ucząc i nauczając, wpływając i rozwijając, budząc i uspołeczniając z minami ad hoc uproszczonymi. Ówdzie grono stowarzyszonych żon tramwajarzy tańczy wkoło, śpiewając z uśmiechem i wytwarzając radość życia pod przewodem delegowanego w tym celu, specjalnie rozradowanego inteligenta_wesołka, gdzie indziej dorożkarze chórem śpiewają kantyczkę, wytwarzając dziwną niewinność, a tam znowu byłe dziewki wiejskie uczą się odkrywać piękność w zachodzie słońca. I dziesiątki koncepistów, doktrynerów, demagogów i agitatorów przerabiają i urabiają, zasiewając swoje koncepcje, poglądy, doktryny, idee, a wszystkie specjalnie uproszczone i przyrządzone dla maluczkich. - Gęba, gęba - rzekł Miętus ze zwykłą ordynarnością. - Zupełnie jak u nas w szkole! Nie dziwota, że choroby ich gryzą, bieda dusi, takiego tałatajstwa trudno nie dusić i nie gryźć. Ki diabeł ich tak urządził - mam przekonanie, że gdyby nie byli specjalnie po temu przez kogoś urządzeni, nie potrafiliby wytwarzać tyle ohyd, wstrętów i brudów, dlaczego z nich to tak wyłazi, dlaczego z chłopa nie wyłazi, choć chłop nie myje się nigdy? Kto, pytam, zamienił w wytwórnię ten dobry i zacny proletariat? Kto ich nauczył tych brudów i grymasów? Sodoma i Gomora - tu nie znajdziemy parobka. Jeszcze dalej i dalej. Kiedyż powieje wiatr? - Lecz wiatru nie ma, stagnacja, ludzie się pławią w ludzkim jak ryby stawie, fetor bije w niebiosa, a parobka nie ma i nie ma. Chudną samotne szwaczki, podręczni fryzjerzy pulchnieją w tanim wykwincie, drobnym rękodzielnikom kruczy, bezrobotne sługi na łydkach krótkich i grubych wydobywają z siebie niedobre powiedzenia, fałszywe zwroty oraz pretensjonalne akcenty, aptekarzowa krucząc wysadza się z manierami na pomywaczkę, pomywaczka też się wysadza na wysokim cienkim obcasie. Nogi właściwie bose, a jednak obute w trzewiki, nie swoje nogi w bucikach i takież głowy z kapeluszem, wioskowy i wiejski tułów z damską i męską galanterią. - Gęba - powiedział Miętus - nic szczerego, nic naturalnego, wszystko naśladowane, tandetne, fałszywe, skłamane. - A parobka nie ma i nie ma. Nadarzył się wreszcie jeden wcale niezły czeladnik, blondyn dobry i proporcjonalny, niestety, uświadomiony klasowo i dobywający z siebie akcentów Marksa. - Gęba - powiedział Miętus - to ci filozof! - Inny znów typowy andrus, z nożem w zębach, cwaniak z przedmieścia, wydawał się przez chwilę upragnionym parobkiem, niestety, nosił melonik. Inny, któregośmy zaczepili na rogu, ze wszech miar się nadawał, cóż, kiedy użył w rozmowie wyrażenia "natomiast". - Gęba - szepnął Miętus ze złością. - To nie to. Naprzód, naprzód - powtarzał gorączkowo. - To wszystko szmira. Zupełnie jak w naszej szkole. Przedmieście uczy się od miasta. Do choróbki drobnej i małej, niższe klasy rzeczywiście są tylko klasami powszechnej szkółki. Są to uczniowie klasy wstępnej i dlatego pewnie - zasmarkani. Do wszystkich liszai i parchów, czyż nigdy nie uciekniemy ze szkoły? Gęba, gęba i gęba! Naprzód, naprzód! - Posuwaliśmy się dalej i dalej, małe, drewniane domki, matki iskają córki, córki - matki, dzieci się pławią w rynsztokach, robociarze wracają z roboty, górą i dołem pobrzmiewa wielkie jedyne słowo, już cała ulica go pełna, już się przeistacza w prawdziwy hymn proletariatu, dźwięczy wyzwaniem i butą, ciskane z pasją w przestrzeń przyzwala chociaż na złudzenie mocy i życia. - Dzisz ich! - zadziwił się Miętus. - A toż dodają sobie animuszu, zupełnie jak my w szkole. Niewiele to pomoże na pupę, którą tym umorusanym smarkaczom przyprawiono wielką i klasyczną. Straszne, że nie ma dziś nikogo, kto by nie był w okresie dojrzewania. Naprzód - tu nie ma parobka! - I właśnie gdy tych słów domawiał, leciutki powiew owionął nam policzki, skończyły się domy, ulice, kanały, ścieki, fryzjerzy, okna, robociarze, żony, matki i córki, robactwo, kapusta, zaduch, ciasnota, pył, właściciele, czeladnicy, buciki, bluzy, kapelusze, obcasy, tramwaje, sklepy, włoszczyzna, andrusy, szyldy, wągry, przedmioty, spojrzenia, włosy, brwi, wargi, chodniki, brzuchy, narzędzia, narządy, czkawka, kolana, łokcie, szyby, pokrzykiwanie, siąkanie, plucie, chrząkanie, rozmowy, dzieci i stuk. Miasto się skończyło. Przed nami - pola i lasy. Szosa. Miętus zaśpiewał: "Hej, hej, hej, zielony las@ hej, hej, hej, zielony las!"@ - Weź kij do ręki. Utnij gałąź. Tam znajdziemy parobka - na polach! Już go widzę oczami wyobraźni. Niczego parobek! Zaśpiewałem: "Hej, hej, hej, zielony las@ hej, hej, hej, zielony las!"@ Lecz nie mogłem postąpić kroku. Śpiew zamarł mi na ustach. Przestrzeń. Na widnokręgu - krowa. Ziemia. W dali przeciąga gęś. Olbrzymie niebo. We mgle horyzont siny. Zatrzymałem się na skraju miasta i czułem, że nie mogę bez stada, bez wytworów, bez ludzkiego pomiędzy ludźmi. Złapałem Miętusa za rękę. - Miętus, nie idź tam, wróćmy, Miętus, nie wychodź z miasta. - Pośród obcych krzewów i ziół drżałem jak liść na wietrze, wyzuty z ludzi, a deformacje, uczynione mi przez nich, stały się bez nich niedorzeczne i niczym nie usprawiedliwione. Miętus zawahał się także, lecz perspektywa parobka przemogła w nim strach. - Naprzód! - krzyknął wywijając pałą. - Sam nie pójdę! Musisz iść ze mną! Idźmy, idźmy! - Nadleciał wiatr, drzewa się rozkołysały, zaszeleściły liście, jeden zwłaszcza przeraził mnie na samym czubku drzewa, wystawiony na przestrzeń bez pardonu. Ptak wzbił się w górę. Z miasta wyrwał się pies i popędził przez czarne pola. Ale Miętus ruszył odważnie ścieżką wzdłuż szosy - ja za nim, jakbym łódką wypływał na pełne morze. Już znika ląd, nikną kominy i wieże, jesteśmy sami. Cisza, że słychać nieomal zimne i śliskie kamienie, które tkwią w ziemi. Idę i już nic nie wiem, w uszach mi szumi wiatr, rytm chodu mnie kołysze... Natura. Nie chcę natury, dla mnie naturą są ludzie, Miętus, wracajmy, wolę ścisk w kinematografie niż ozon pól. Kto powiedział, że wobec natury człowiek staje się mały? Przeciwnie, olbrzymieję i rosnę, delikatnieję i jestem jak obnażony i podany na półmisku ogromnych pól przyrody w całej nienaturalności człeczej, o, gdzie się podział mój las, mój gąszcz oczu i ust, słów, spojrzeń, twarzy, uśmiechów i grymasów! Zbliża się inny las cichych, zielonych drzew iglastych, pod którymi przemyka zając i liszka pełza. A tu jak na złość żadnej wioski, droga przez pola i lasy. Nie wiem, ile godzin stąpaliśmy niezręcznie, sztywno po polach jak po linie - nic innego nie mieliśmy do roboty, bo stać męczy jeszcze bardziej, a siąść ani położyć się nie można na ziemi wilgotnej i zimnej. Minęliśmy wprawdzie parę wiosek, ale były jak wymarłe - chaty, zabite gwoździami, szczerzyły puste oczodoły. Ruch na szosie ustał zupełnie. Czy długo mamy kroczyć po pustym? - Co to znaczy? - rzekł Miętus. - Pomorek na chłopów padł? Powymierali? Jeśli tak będzie dalej, nie odnajdziemy parobka. Wreszcie, napotkawszy jeszcze jedną opustoszałą wieś, zaczęliśmy stukać do chat. Odpowiedziało wściekłe ujadanie, jakby sfora rozbestwionych psów, poczynając od wielkich brytanów, a kończąc na małych kundelkach, ostrzyła sobie na nas zęby. - Co to jest? - rzekł Miętus. - Skąd tyle psów? Dlaczego nie ma chłopów? Uszczypnij mnie, bo chyba śnię... - Słowa te nie zdążyły się rozpłynąć w powietrzu czystym, gdy z pobliskiego dołu po kartoflach wyjrzała głowa chłopia i natychmiast skryła się z powrotem, a gdyśmy podeszli bliżej, z jamy ozwało się wściekłe ujadanie. - Pieronek - rzekł Miętus. - Znowu psy? Gdzie chłop? - Okrążyliśmy dół z obu stron (a tymczasem z chat rozlegały się formalne wycia) i wykurzyliśmy chłopa oraz babę z czworaczkami, które karmiła jedną wyschłą piersią (druga bowiem od dawna była już nie do użytku), szczekających rozpaczliwie i zajadle. Rzucili się do ucieczki, lecz Miętus poskoczył i złapał chłopa. Ten tak był wynędzniały i chudy, że padł na ziemię i zajęczał: - Panoczku, panoczku, adyć zlitujcie się, adyć zaniechajcie, adyć ostawcie, panie! - Człowieku - rzekł Miętus - o co wam idzie? Dlaczego chowacie się przed nami? - Na dźwięk słowa "człowiek" ujadanie w chatach i za opłotkami rozpoczęło się z podwójną siłą, a chłopina pobladł jak chusta. - A zlitujcie się, panie, ady jo nie człowiek, ostawcie! - Obywatelu - rzekł wówczas polubownie Miętus - czyście oszaleli? Dlaczego szczekacie, wy i wasza żona? Mamy jak najlepsze intencje. - Na dźwięk tego wyrażenia "obywatel" szczekanie ozwało się z potrójną siłą, a wieśniaczka zaniosła się płaczem: - Ady zmiłujcie się, panie, on nie obywatel! Jaki ta obywatel z niego! O rety, rety, oj dola nasza, dola nieszczęśliwa! Znowuj nam Intencyje zesłało, o, zebyk to! - Przyjacielu - rzekł Miętus - o co chodzi! Nie chcemy wyrządzić wam szkody. Pragniemy waszego dobra. - Przyjaciel! - krzyknął wieśniak przerażony. - Dobra pragnie! - wrzasnęła wieśniaczka. - Ady my nie ludzie, ady my psy, psy, jesteśmy! Hau! Hau! - Nagle dziecko przy piersi - szczeknęło, chłopka zaś, rozejrzawszy się, że nas jest tylko dwóch, zawarczała i ugryzła mnie w brzuch. Wyrwałem babie brzuch z zębów! Ale już z opłotków wynurzała się cała wieś szczekając i warcząc: - Bierzta go, kumie! Nie bujta się! Gryźta! Huź! huź! psssa go! Bierzta Intencyje! Bierzta Inteligencje! Huź, huzia, psssa, kota, kota! Ksss... Ksss... - Tak szczując się i podszczuwając zbliżali się powoli - co gorzej, dla niepoznaki czy może dla zachęty wiedli na powrozach prawdziwe psy, które wspinając się, skacząc roniły śliny z pysków i ujadały wściekle. Położenie stawało się krytyczne, bardziej jeszcze pod względem psychicznym niż fizycznym. Godzina szósta po południu, ściemnia się, słońce za chmurami, poczyna mżyć, a my - w nieznanej okolicy, pod drobnym, zimnym deszczykiem wobec ogromnej ilości chłopów udających własne psy, byle uniknąć wszechobejmującej aktywności czynników inteligencji miejskiej. Dzieci ich już wcale nie umiały mówić i na czworakach szczekały, a rodzice jeszcze zachęcali: - Scekaj, scekaj, synusiu_Burecku, to cie ostawiom w spokoju, scekaj, scekaj, Burecku. - Pierwszy to raz oglądałem całą gromadę ludzką pośpiesznie przekształcającą się w psa na mocy prawa mimikry i ze strachu przed uczłowieczeniem, zbyt intensywnie stosowanym. Lecz obrona jest niemożliwością, o ile bowiem wiadomo, jak bronić się przed psem i chłopem z osobna, o tyle nie wiadomo, co począć z chłopstwem, które warczy, wyje, szczeka i kąsać chce. Miętus wypuszcza kij z ręki. Ja tępo patrzę przed siebie na oślizłą, tajemną murawę, gdzie zaraz wyzionę ducha w fałszywych okolicznościach. Żegnajcie, części mego ciała. Żegnaj, moja gębo, i ty żegnaj, oswojona pupo! I bylibyśmy na pewno chyba tam, na tym miejscu właśnie, pożarci w nie znany sposób, gdy nagle wszystko się zmienia, rozbrzmiewa trąbka samochodowa, samochód wjeżdża w tłum, staje i moja ciotka Hurlecka z domu Lin wykrzykuje widząc mnie. - Józio! A ty co tu robisz, malcze? Nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, nie dostrzegając niczego, jak zwykle ciotka, wysiada, okutana w szale, pędzi, aby mnie ucałować, z wyciągniętymi rękami. Ciocia! Ciocia! Gdzie się schować? Wolałem już być pożarty, niż żeby na wielkiej drodze ciocia mnie ucapiła. Ta ciocia znała mnie dzieckiem, w niej przechowała się pamięć moich majteczek dziecinnych! Widziała mnie, gdym w kolebce nóżkami majtał. Lecz dobiega, całuje mnie w czoło, chłopi przestają szczekać i wybuchają śmiechem, cała wieś trzęsie się i ryczy - widzą, że nie jestem żaden wszechmocny urzędnik, ale ciotczyny malec! Mistyfikacja wydaje się. Miętus zdejmuje czapkę, a ciocia wtyka mu ciotczyną dłoń do ucałowania. - To twój kolega, Józiu? Bardzo mi przyjemnie. Miętus całuje dłoń cioci. Ja całuję ciocię w rękę. Ciotka pyta, czy nam nie chłodno, dokąd idziemy, skąd, po co, kiedy, z kim, czemu, dlaczego? Odpowiadam, że wybraliśmy się na wycieczkę. - Na wycieczkę? Ależ, moje dzieci, kto was puścił z domu na taką wilgoć? Siadajcie ze mną, pojedziemy do nas, do Bolimowa. Wujaszek się ucieszy. Na nic nie zdadzą się protesty. Ciocia wyklucza protest. Na wielkiej drodze, na mżącym i siąpającym dżdżu, pośród wstających mgieł - jesteśmy z ciocią. Wsiadamy do samochodu. Szofer trąbi, wóz rusza, chłopstwo zarykuje się w kułak, samochód, nanizany na sznurek telegraficznych słupów, zaczyna pędzić - jedziemy. A ciocia: - No cóż, Józiu, nie cieszysz się, ja twoja ciotka cioteczno_cioteczna, moja matka była cioteczną siostrą ciotki ciotki twej matki. Mama twoja nieboszczka! Cesia kochana! Ile to lat, odkąd cię nie widziałam. Od ślubu Franiów cztery. Pamiętam, jakeś w piasku się bawił - pamiętasz piasek? Czego chcieli ci ludzie od was? Ach, jak się przestraszyłam! Lud dzisiejszy jest bardzo nieciekawy. Wszędzie pełno zarazków, nie pijcie surowej wody, nie bierzcie do ust owoców nie obranych lub nie obmytych gorącą wodą. Proszę cię, owiń się tym szalem, jeżeli nie chcesz zrobić mi przykrości, a kolega niech weźmie drugi szal, ale proszę, nie, nie, nie trzeba się gniewać, mogłabym być matką kolegi. Na pewno mama tam w domu się niepokoi. - Trąbi szofer. Samochód szumi, wiatr szumi, szumi ciotka, migają słupy i drzewa, chałupiny, miasteczka jak bajora, migają brzeziny, olszyny, jedliny, wóz niesie szparko przez wyboje, podskakujemy na siedzeniach. A ciocia: - Feliksie, nie za prędko, nie za prędko. Czy wuja Frania pamiętasz? Krysia wychodzi za mąż. Anulka kokluszu dostała. Henia do wojska wzięli. Zmizerowany jesteś, gdyby bolały cię zęby, mam tu pastylkę aspiryny. A jak nauki - dobrze? Musisz mieć zdolności do historii, bo matka twoja nieboszczka miała zadziwiające zdolności do historii. Po matce to odziedziczyłeś. Oczy niebieskie po matce, nos ojca, chociaż podbródek typowy po Pifczyckich. A pamiętasz, jak się rozpłakałeś, kiedy ci odebrali ogryzek, a ty paluszek wsadziłeś w buzię i krzyczałeś: "Tia, tia, tia, tuli, bluśko, bluśko, tu!" (Przeklęta ciotka!) Zaraz, zaraz, ile to lat temu - dwadzieścia, dwadzieścia osiem, tak, tysiąc dziewięćset... naturalnie, jeździłam wtedy do Vichy i kupiłam zielony kuferek, tak, tak, to miałbyś dzisiaj trzydzieści... Trzydzieści... Tak, naturalnie - trzydzieści równo. Moje dziecko, otul się szalem, nie można dosyć uważać na przeciągu. - Trzydzieści? - zapytał MIętus. - Trzydzieści - powiedziała ciocia. - Trzydzieści skończył na świętych Piotra i Pawła! O cztery i pół roku młodszy od Tereni, a Terenia od Zosi, córki Alfreda, starsza o sześć tygodni. Henrykostwo pobrali się w lutym. - Kiedy, proszę pani, on chodzi do naszej budy, do szóstej klasy! - No więc właśnie. Henrykostwo na pewno w lutym, bo to było na pięć miesięcy przed moim wyjazdem do Mentony i wielkie mrozy. Helenka umarła w czerwcu. Trzydzieści. Mama wracała z Podola. Trzydzieści. W dwa lata równo po dyfterycie Bolka. Bal w Mogilczanach - trzydzieści. Chcecie cukierków? Józiu, cukierka chcesz? Ciocia ma zawsze cukierki - pamiętasz, jakeś wyciągał rączki i wołałeś: "Cukielka, ciocia! Cukielka!" Mam wciąż te same cukierki, weź, weź, to dobre na kaszel, okryj się, moje dziecko. Trąbi szofer. Samochód pędzi. Pędzą słupy i drzewa, chałupy, kawałki płotów, kawałki poszatkowanej ziemi, kawałki lasów i łąk, kawałki jakichś okolic. Równina. Godzina siódma. Ciemno, szofer wypuszcza kolumny elektryczności, ciotka zapala światło wewnątrz i częstuje mnie cukierkami dzieciństwa. Miętus, zdziwiony, także smokcze cukierek, ciotka też smokcze z torebką w ręku. Smokczemy wszyscy. Kobieto, jeśli mam lat trzydzieści, to mam trzydzieści - czy tego nie rozumiesz? Nie, nie rozumie tego. Za dobra jest. Zbyt dobrotliwa. To dobroć sama. Tonę w dobroci cioci, smokczę jej słodki cukierek, dla niej - mam ciągle dwa latka, a zresztą, czy istnieję dla niej? Nie ma mnie, włosy stryja Edwarda, nos ojca, oczy matki, podbródek po Pifczyckich, rodzinne części ciała. Ciocia w rodzinie tonie i opatula mnie szalem. Na drogę wybiega cielak i staje, rozkraczony, szofer trąbi niczym archanioł, lecz cielak nie chce ustąpić, samochód się zatrzymuje i szofer spycha cielaka - pędzimy dalej, a ciocia opowiada, jak palcem malowałem litery na szybie, gdym miał lat dziesięć. Pamięta, czego ja nie pamiętam, zna mnie, jakim się nigdy nie znałem, ale za dobra, abym miał ją zabijać - nie darmo w dobroci utopił Bóg wiedzę ciotek o sromotnych, śmiesznych szczegółach zamazanej przeszłości dziecinnej. Pędzimy, wjeżdżamy w ogromny bór, za szybami w świetle reflektorów przelatują kawałki drzew, przez pamięć - kawałki przeszłości, okolica jest zła i złowieszcza. Jakże daleko jesteśmy! Gdzieżeśmy zajechali! Olbrzymi kawał brutalnej, czarnej prowincji, śliskiej od deszczu i ociekającej wodą, otacza nasze pudełko, w którym ciotka gaworzy o moich palcach, że kiedyś skaleczyłem się w palec i muszę dotąd mieć szramę, a Miętus z parobkiem w głowie dziwi się trzydziestakowi memu. Deszcz się rozpadał na dobre. Samochód skręca w boczną drogę, piaszczyste górki i dołki, jeszcze zakręt i psy wyskakują, wściekłe, tęgie brytany, nadbiega nocny stróż, odpędza - warczą, szczekają i skomlą - wypada na ganek sługa, a za nim drugi sługa. Wysiadamy. Wieś. Wiatr targa drzewami i chmurami. W nocy rysuje się niepewnie kształt dużego budynku, który nie jest mi obcy - jest znany - bo kiedyś już tu byłem, bardzo dawno. Ciocia lęka się wilgoci, sługi ją biorą w ramiona i niosą do przedpokoju. Szofer z tyłu dźwiga walizki. Stary lokaj z bokobrodami rozbiera ciocię. Pokojówka mnie rozbiera. Miętusa rozbiera lokajczyk. Małe pieski nas obwąchują. Znam to wszystko, choć nie pamiętam... wszakże tutaj się urodziłem i spędziłem pierwsze dziesięć lat życia. - Przywiozłam gości - zawołała ciotka. - Kociu, to syn Władysława, Zygmusiu, kuzyn! Zosiu! Józiu - kuzynka twoja. To Józio, syn Heli nieboszczki. Józiu - wuj Kocio, Kociu - Józio. Ściskanie rąk, całowanie policzków, zahaczanie częściami ciała, objawy radości i gościnności, prowadzą nas do salonu, sadzają na starych biedermeierach i zapytują o zdrowie, jak się miewamy - z kolei ja zapytuję o zdrowie i rozmowa o chorobach wywiązuje się, łapie i nie popuszcza już. Ciotka jest chora na serce, wuj Konstanty ma reumatyzm, Zosia niedawno zapadła na anemię i skłonna jest do zaziębień, migdały słabe, ale brak środków na radykalną kurację. Zygmunt również cierpi na skłonność do zaziębień, a prócz tego miał fatalną przygodę z uchem, zawiało go w zeszłym miesiącu, kiedy nadeszła jesień z wiatrami i wilgocią. Dosyć - zdawało się niezdrowe natychmiast po przyjeździe wysłuchiwać wszelkich możliwych chorób całej rodziny, ilekroć jednak rozmowa przygasała: - "Sophie, parl~e" - szeptała ciocia, i Zosia, by podtrzymać rozmowę, ze szkodą dla własnych ponęt występowała z nową chorobą. Ischias, reumatyzm, artretyzm, łamanie w kościach, podagra, katar i kaszel, angina, grypa, rak i nerwowa wysypka, ból zębów, plombowanie, leniwość kiszek, ogólne osłabienie, wątroba, nerki, Karlsbad, prof. Kalitowicz i dr Pistak. Na Pistaku jakby się miało zakończyć, lecz nie, bo ciotka dla podtrzymania rozmowy wtrąca o dr Wistaku, że lepszy ma słuch od Pistaka, i znowu Wistak, Pistak, opukiwanie, choroby uszne, gardlane, schorzenia dróg oddechowych, niedomykanie się klapki i kapka, konsylium, kamienie żółciowe, chroniczna zgaga, niedomoga i ciałka krwi. Nie mogłem sobie wybaczyć, że zapytałem o zdrowie. A jednak nie mogłem przecież nie zapytać o zdrowie. W szczególności Zosia była tym udręczona i widziałem, że o ból ją przyprawia wywnętrzanie własnych skrofułów dla podtrzymania rozmowy, nie wypadało jednak milczeć do świeżo przybyłych młodych ludzi. Czy był to stały mechanizm, czy zawsze tak przyłapywało każdego, kto przyjechał na wieś, czy na wsi nigdy z nikim nie zaczynało się inaczej, jak tylko poprzez choroby? Było klęską obywatelstwa wiejskiego, że odwieczne dobre maniery zmuszały do nawiązywania stosunków od strony kataralnej, i dlatego zapewne wyglądali tak kataralnie i blado w świetle naftowej lampy, z pieskami na kolanach. Wieś! Wieś! Stary dwór wiejski! Odwieczne prawa i odwieczne dziwne tajniki! Jak różne od ulic miejskich i tłumów na Marszałkowskiej! Jedynie ciocia z dobrocią i bez żadnego przymusu pławiła się w podgorączkach i krwawej biegunce wuja. Pokojówka, czerwona, w fartuszku, weszła i objaśniła lampę. Miętusowi, który odzywał się skąpo, zaimponowała obfitość sług oraz dwa słuckie pasy. Noblessa była w tym - lecz nie wiedziałem, czy wuj także pamięta mnie dzieckiem. Traktowali nas nieco jak dzieci, lecz siebie podobnie traktowali, z kinderstubą po przodkach dziedziczną. Miałem niejasne wspomnienie jakichś zabaw pod wyszczerbionym stołem i majaczyły mi się w przeszłości frędzle zniszczonej otomany, stojącej w rogu. Czy gryzłem je, czy jadłem, zaplatałem w warkocze - a bodaj maczałem w garnuszku i smarowałem - czym, kiedy? Lub może wsadzałem do nosa? Ciotka siedziała na kanapie według dawniejszej szkoły, wyprostowana, z biustem podanym naprzód, z głową cokolwiek do tyłu, Zosia siedziała przygarbiona i schorowana rozmową, z palcami splecionymi, Zygmunt z łokciami na poręczy wpatrywał się w noski bucików, wuj zaś tarmosząc jamnika wpatrywał się w jesienną muchę, która przemierzała sufit ogromny, biały. Na dworze wicher uderzył, drzewa przed domem zaszumiały ostatkiem zwątlałych liści, zaskrzypiały okiennice, w pokoju nastąpiło nieznaczne poruszenie powietrza - a mnie opanowało przeczucie zupełnie nowej i hipertroficznej gęby. Psy zawyły. Kiedy zawyję? Bo, że zawyję, to pewna. Obyczaj ziemian jakiś dziwny i nierzeczywisty, wypieszczony przez coś, wychuchany, rozrośnięty w niepojętej próżni, opieszałość i delikatność, wybredność, grzeczność, nobliwość, duma, pieszczotliwość, finezja, dziwactwo w stanie potencjalnym zawarte w każdym ich słowie - napawały mnie nieufnym lękiem. Lecz co najbardziej zagraża - czy późna jesienna mucha samotna na suficie, ciotka z przeszłością dziecinną, Miętus z parobkiem, choroby, frędzle kanapy, czy wszystko razem, spiknięte i zestrychnięte w mały szpikulec? W przewidywaniu nieuniknionej gęby siedziałem cicho na swoim starym, rodowym biedermeierze, pamiątce po przodkach dziedzicznej, a ciotka, siedząc na swoim, dla podtrzymania rozmowy zajęczała o cugach, że cugi straszne w tej porze roku szkodzą na kości. Zosia, przeciętna panienka, jakich tysiące po dworach, i nie różniąca się niczym od wszystkich innych panienek, dla podtrzymania rozmowy roześmiała się z tego - i wszyscy roześmieli się towarzyską, uprzejmościową mistyfikacją śmiechu - i przestali śmiać się... Dla kogo, gwoli komu się śmieli? Lecz wuj Konstanty, który był chudy, wysoki, wymoczkowaty, łysawy, o cienkim długim nosie, z długimi, cienkimi palcami, o wąskich ustach i delikatnych chrapach, o bardzo wykończonych manierach, wyrobiony i otrzaskany, z nadzwyczajną swobodą bycia i niedbałą elegancją światowca przechylił się na fotelu, nogi w pantoflach zamszowych żółtych założył na stół. - Cugi - rzekł - były. Ale już się skończyły. Mucha bzyknęła. - Kociu - zawołała z dobrocią ciocia - przestań się gryźć. - I dała mu cukierka. Lecz on gryzł się i ziewnął - otworzył usta szeroko, aż zobaczyłem zżółkłe od papierosów najdalsze zęby, i ziewnął dwa razy jawnie z najwyższą nonszalancją. - Tereperepumpum - mruknął - raz na podwórku tańczył pies, a kotka śmiała się do łez! Wyciągnął srebrną papierośnicę i stuknął w nią palcami, ale upadła mu na podłogę. Nie podniósł, lecz znowu ziewnął - na kogo tak poziewał? Komu poziewał? Rodzina towarzyszyła tym aktom w milczeniu i siedząc na biedermeierach. Wszedł stary sługa Franciszek. - Podano do stołu - zaanonsował w tużurku. - Kolacja - powiedziała ciocia. - Kolacja - powiedziała Zosia. - Kolacja - powiedział Zygmunt. - Papierośnica - rzekł wuj. Służący podniósł - i przeszliśmy do stołowego w stylu Henri IV, gdzie na ścianach - stare portrety, w kącie samowar syczący. Podano szynkę w cieście i groszek z puszki. Rozmowa znowu zabrzmiała. - Zajadać! - rzekł Konstanty dobierając nieco musztardy i odrobinę chrzanu (lecz przeciw komu dobierał?). - Nic lepszego nad szynkę w cieście, jeżeli dobrze przyrządzona. Dobrze przyrządzoną szynkę można dostać tylko u Simona, tylko, tereperepumpum, u Simona! Napijemy się. Kieliszeczek. - Trynknijmy - rzekł Zygmunt, wuj zapytał: - A pamiętasz tę szynkę, co to przed wojną dawali na Erywańskiej? - Szynka jest ciężkostrawna - odparła ciocia. - Zosiu, dlaczego tak mało, znów nie masz apetytu? - Zosia odpowiedziała, ale nikt jej nie słuchał, gdyż wiadomo było, że mówi po to, by mówić. Konstanty jadł dosyć głośno, choć wyrafinowanie, z finezją; palcami operując nad talerzem, ujmował płat szynki, przyprawiał chrzanem lub musztardą i wtykał w otwór gębowy - to posolił, to znowu popieprzył, grzankę posmarował masłem, a raz nawet wypluł kawałek, który mu nie zasmakował. Kamerdyner natychmiast wyniósł. Przeciw komu jednakże wypluwał? I przeciw komu smarował? Ciocia pojadała z dobrocią, dosyć obficie, lecz cienko, Zosia wsadzała w siebie, Zygmunt konsumował gnuśnie, a służba usługiwała na palcach. Nagle Miętus zatrzymał się z widelcem w pół drogi i zastygł, wzrok mu pociemniał, gęba zszarzała na popiół, usta się rozchyliły i przepiękny mandolinowy uśmiech wykwitł na gębie strasznej. Uśmiech pozdrowienia i powitania, witaj mi, jesteś, jestem - rękami oparł się o stół, pochylił się, górna warga uniosła się jak do załkania; lecz nie załkał, tylko pochylił się bardziej. Parobka zobaczył! Parobek był w pokoju! Lokajczyk! Lokajczyk był parobkiem! Nie miałem wątpliwości - lokajczyk, który podawał groszek do szynki, parobkiem był wymarzonym. Parobek! W wieku Miętusa, nie więcej niż osiemnaście, duży ni mały, nie brzydki i nie przystojny - włosy miał jasne, ale blondynem nie był. Uwijał się i obsługiwał boso, z serwetką przewieszoną przez lewe ramię, bez kołnierzyka, z koszulą zapiętą na spinkę, w zwykłym niedzielnym ubraniu parobków wiejskich. Gębę miał - ale gęba jego nie była w niczym pokrewna fatalnej gębie Miętusa, nie była to gęba wytworzona, lecz naturalna, ludowa, grubo ciosana i zwykła. Nie twarz, która gębą się stała, lecz gęba, która przenigdy nie zyskała godności twarzy - była to gęba jak noga! Nie godzien honorowej twarzy, tak jak nie godzien blondyna i przystojnego - lokajczyk nie godzien lokaja! Bez rękawiczek i boso zmieniał talerze państwu, a nikt się temu nie dziwił - chłopak nie godzien tużurka. Parobek!... Jaki pech go nam zdarzył akurat tutaj, w domu wujostwa? "Zaczyna się - pomyślałem i szynkę żułem, jak gumę - zaczyna się..." - A właśnie dla podtrzymania rozmowy poczęli namawiać nas do jedzenia i musiałem skosztować kompotu z gruszek - i znowu częstowano precelkami do herbaty, i musiałem dziękować, jeść osmażane śliwki, które mi więzły w przełyku, a ciocia dla podtrzymania rozmowy przepraszała za skromne przyjęcie. - Tereperepumpum - rozparty przy stole wuj Konstanty, otworzywszy szeroko usta, leniwie wrzucał w nie śliweczkę, którą ujmował w dwa palce. - Jedzcie! Jedzcie! Zajadajcie, moi kochani! - Przełknął, mlasnął - i powiedział jak gdyby umyślnie z ostentacyjną sytością: - Jutro zwolnię sześciu fornali i nie wypłacę, bo nie mam! - Kociu! - zawołała z dobrocią ciocia. Lecz on odrzekł. - Proszę o syr. Przeciw komu to mówił? Służba usługiwała na palcach. Miętus zapatrzył się, pił wzrokiem niewykrzywioną gębę ludową, polną i nożną, chłonął ją jak napój na całym świecie jedyny. Pod jego ciężkim i nieprzytomnym wejrzeniem lokajczyk potknął się, omal nie wylewając herbaty na głowę cioci. Stary Franciszek wyciął go w ucho nieznacznie. - Franciszku - rzekła z dobrocią ciocia. - Niech uważa! - mruknął wujaszek i wyjął papierosa. Lokajczyk poskoczył z ogniem. Wujek wypuścił kłąb dymu cienkimi wargami, kuzyn Zygmunt wypuścił drugi kłąb równie cienkimi i przeszliśmy do salonu, gdzie każdy usiadł na swoim bezcennym biedermeierze. Bezcenność napawała od dołu strasznym luksusem. Wyjąca szaruga ozwała się za oknami; kuzyn Zygmunt zaproponował z niejakim ożywieniem. - Może bridżika? Miętus jednakże nie umiał - więc Zygmunt zamilkł i siedział. Zosia coś zagadała, że jesienią deszcz często pada, a ciocia mnie zapytała o ciocię Jadzię. Rozmowa już się kończyła - wujek nogę założył na nogę, głowę zadarł i patrzył w sufit, po którym osowiała mucha błądziła tam i sam - i ziewał ukazując nam podniebienie i rząd zżółkłych od tytoniu zębów. Zygmunt w milczeniu uprawiał powolne machanie nogą i śledzenie refleksów świetlnych na nosku półbucika, ciocia i Zosia siedziały z rękami na kolanach, pinczerek siedział na stole i patrzył na nogę Zygmunta, a Miętus siedział w cieniu z głową opartą na dłoni, szalenie cicho. Ciocia ocknęła się, poleciła służbie przygotować gościnny pokój, do łóżek - butelki z gorącą wodą i do poduszki talerzyk orzechów z konfiturą. Słysząc to wuj od niechcenia powiedział, że zjadłby trochę, i natychmiast usłużna służba przyniosła. Jedliśmy, choć już nie bardzo mogliśmy - ale nie mogliśmy nie jeść, ponieważ były na tacy przygotowane do jedzenia, a także ponieważ częstowali i zapraszali. Nie mogli zaś nie zapraszać, ponieważ były na stole. Miętus opierał się, stanowczo nie chciał konfitur i domyślałem się czemu - ze względu na parobka - jednakże ciocia z dobrocią nałożyła mu podwójną porcję, a mnie poczęstowała cukierkami z małej torebki. Słodko, zbyt słodko się robi, nie mogę już, zbyt ckliwo, lecz z talerzykiem przed sobą nie mogę nie, mdli mnie, dzieciństwo, ciocia, krótkie majtki, rodzina, mucha, pinczerek, parobek, Miętus, żołądek pełny, duszno, za oknem szaruga, nadmiar, przesyt, za dużo, bogactwo straszne, biedermeier napawa od dołu. Lecz nie mogę wstać i powiedzieć "dobranoc", nie można jakoś bez wstępu... próbujemy wreszcie, ale nas zapraszają i zatrzymują. Przeciw komu wuj Konstanty wsadza w znużone i słodkie usta jeszcze jedną truskawkę? Wtem Zosia kichnęła i to nam umożliwiło odejście. Żegnanie, kłanianie, dziękowanie, zahaczanie częściami ciała. Pokojówka wiedzie nas na górę po krętych schodach drewnianych, które cokolwiek pamiętam... Za nami sługa z konfiturą i orzechami na tacy. Duszno i ciepło. Konfitury odbijają mi się. Miętusowi też się odbija. Dwór wiejski... Gdy drzwi się zamknęły za pokojówką, zapytał: - Widziałeś? Usiadł i ukrył twarz w dłoniach. - Mówisz o lokajczyku? - odrzekłem na pozór obojętnie. Zapuściłem pośpiesznie roletę - bałem się oświetlonego okna w ciemnych przestrzeniach parku. - Muszę z nim mówić. Zejdę! Albo nie - zadzwoń! Na pewno jest przydzielony do naszej usługi. Zadzwoń dwa razy. - Po co ci to? - starałem się perswadować. - Mogą z tego wyniknąć komplikacje. Pamiętaj, że wujostwo... Miętus - krzyknąłem - nie dzwoń, powiedz mi wpierw, co chcesz z nim zrobić? Nacisnął dzwonek. - Do licha! - warknął. - Nie dość konfitur, jeszcze i tu nam nastawiali jabłek i gruszek. Schowaj do szafy. Wyrzuć butelki z gorącą wodą. Nie chcę, żeby to widział... Był zły tą złością, za którą czai się trwoga o los, złością najintymniejszych spraw ludzkich. - Józio - szepnął ze drżeniem, serdecznie, szczerze - Józio - widziałeś, przecie on ma gębę - nie wysztafirowaną, ma gębę zwykłą! Gębę bez miny! Typowy parobek, lepszego nie znajdę nigdzie. Pomóż mi! Sam nie dam rady! - Uspokój się! Co chcesz uczynić? - Nie wiem, nie wiem. Jeśli się zaprzyjaźnię... jeśli się uda po... po... bratać z nim... - wyznał ze wstydem. - Pobra... tać się! Sto... warzyszyć! Muszę! Pomóż mi! Lokajczyk wszedł do pokoju. - Słucham - powiedział. Stał pod drzwiami i czekał rozkazów, Miętus przeto kazał mu nalać wody do miednicy. Nalał i znowu stanął - więc Miętus kazał mu lufcik otworzyć, a gdy otworzył i stanął, kazał ręcznik powiesić na kołku; gdy powiesił, kazał kurtkę założyć na wieszak - ale rozkazy te strasznie go męczyły. Rozkazywał, parobek spełniał wszystko bez szemrania - a rozkazy stawały się coraz bardziej podobne do złego snu, och, rozkazywać swemu parobkowi zamiast się bratać z nim - rozkazywać z pańską fanaberią i przerozkazywać tak całą noc pańskich fantazji! Wreszcie, nie wiedząc już, co rozkazać, w zupełnym braku rozkazów kazał wyjąć z szafy ukryte butelki i jabłka i szepnął do mnie złamany. - Ty spróbuj. Ja nie mogę. Zdjąłem powoli marynarkę i siadłem na poręczy łóżka z nogami bujającymi - pozycja ta była dogodniejsza do zaczepienia parobka. Zapytałem leniwie, z nudów. - Jak się nazywasz? - Walek - odparł i jasne było, że nie zdrabnia się, lecz to imię zgadza się z nim - jakby niegodzien był Walentego ani pełnego nazwiska. Miętus się zatrząsł. - Dawno tu służysz? - A będzie z miesiąc, proszę jaśnie pana. - A przedtem gdzie służyłeś? - Przedtem przy koniach byłem, proszę jaśnie pana. - Dobrze ci tu? - Dobrze, proszę jaśnie pana. - Przynieś nam ciepłej wody. - Słucham, proszę jaśnie pana. Gdy wyszedł, Miętusowi łzy zakręciły się w oczach. Płakał jak bóbr. Krople ściekały po twarzy umęczonej. - Słyszałeś? Słyszałeś? Walek! Nazwiska nawet nie ma! Jak to wszystko nadaje się do niego! Widziałeś jego gębę? Gęba bez miny, gęba zwykła! Józio, jeżeli on się ze mną nie po... brata, nie wiem, co zrobię! - Wpadał w złość, czynił mi wyrzuty, że kazałem gorącej wody przynieść, nie mógł sobie darować, że z braku innych rozkazów kazał wyjąć ukryte w szafie butelki z gorącą wodą. - On pewnie nigdy nie używa gorącej wody, a cóż dopiero wody w butelkach do łóżka. On pewnie wcale się nie myje. A nie jest brudny. Józio, czyś zauważył, nie myje się, a nie jest brudny - brud w nim jest jakiś nieszkodliwy, nie mierzi! Hej, hej, a nasze brudy, nasze brudy... - Namiętność jego wybuchnęła z siłą przemożną w gościnnym pokoju starego dworu. Otarł łzy - lokajczyk wracał z konewką. Tym razem Miętus zaczął idąc śladami moich pytań. - Ile masz lat? - zapytał patrząc przed siebie. - Iii... abo ja wiem, proszę jaśnie pana. Rozdziaĺ XIII Parobek, czyli nowe~ przychwycenie (c.d.) MiĹtusa až zatknĹĺo. Nie wiedziaĺ tego! Nie wiedziaĺ swoich lat! Zaiste, boski parobek, wolny od o×mieszajćcych dodatków! Pod pozorem umycia rćk zbližyĺ siĹ do lokajczyka i powiedziaĺ powstrzymujćc drženie. - Pewnie masz tyle co ja. Nie byĺo to juž pytanie. Pozostawiaĺ mu swobodĹ odpowiedzi. Miaĺo siĹ zaczćŹ bra...tanie. Lokajczyk odpowiedziaĺ. - Sĺucham. Zaczem MiĹtus znowu powróciĺ do nieuniknionych zapytaĄ. - CzytaŹ i pisaŹ umiesz? - Ii... skćd, proszĹ ja×nie pana. - RodzinĹ masz? - SiostrĹ mam, proszĹ ja×nie pana. - A siostra co robi? - Przy krowach, proszĹ ja×nie pana. Staĺ, a MiĹtus krĹciĺ siĹ koĺo niego - zdawaĺo siĹ, že nie ma innej drogi jak tylko pytania i rozkazy, rozkazy albo pytania. WiĹc znowu usiadĺ i rozkazaĺ. - Zdejm mi buciki. Usiadĺem takže. Pokój byĺ dĺugi i wćski, a ruchy nasze we trzech w tym pokoju nie byĺy dobre. Dom dužy i ponury staĺ w ciemnym, wilgotnym parku. Wiatr chyba zelžaĺ i byĺo gorzej - na ostrym wietrze byĺoby lepiej. Wystawiĺ nogĹ, parobek uklćkĺ i pochyliĺ nad jego nogć swć gĹbĹ, gdy gĹba MiĹtusa wystawaĺa nad nim feudalnie, blada i przeraŽliwa, zatwardziaĺa w rozkazach, nie wiedzćca juž, o co zapytaŹ. Wtem zapytaĺem. - A w gĹbĹ od dziedzica bierzesz? Rozja×niĺ siĹ nagle i zawoĺaĺ rado×nie, ludowo. - Oj, braŹ to biorĹ po gĹbie! Oj, braŹ to biorĹ! Zaledwie to powiedziaĺ, poderwaĺem siĹ jak na sprĹžynie, machnćĺem i trzasnćĺem na odlew w lewy póĺgĹbek. Rozlegĺo siĹ w nocnej ciszy niczym wystrzaĺ z pistoletu. Chĺopak zĺapaĺ siĹ za gĹbĹ, zaraz jednak opu×ciĺ dĺoĄ i powstaĺ. - Ale tyž ja×nie pon bije! - szepnćĺ z podziwem i kultem. - Won! - wykrzyknćĺem. Wyszedĺ. - Co najlepszego zrobiĺe×! - MiĹtus zaĺamywaĺ rĹce. - Ja chciaĺem mu podaŹ rĹkĹ! Chciaĺem wzićŹ rĹkć za rĹkĹ! Wtedy i gĹby nasze byĺyby równe, i wszystko. Lecz ty× rĹkć uderzyĺ go w gĹbĹ! A ja nogĹ wystawiĺem jego rĹkom! Bucik mi rozsznurowywaĺ - biadaĺ - bucik! Dlaczego to zrobiĺe×? Nie miaĺem pojĹcia, dlaczego. Staĺo siĹ to jak na sprĹžynach, krzyknćĺem "won", bo uderzyĺem, ale dlaczego uderzyĺem? Zastukano do drzwi - i kuzyn Zygmunt, ze ×wiecć, w pantoflach i w spodniach, ukazaĺ siĹ na progu. - Czy kto strzelaĺ? - zapytaĺ. - Zdawaĺo mi siĹ, že sĺyszaĺem strzaĺ z browninga? - Strzeliĺem w pysk twojego Walka. - Walka strzeliĺe× w mordĹ? - ścićgnćĺ mi papierosa. Wolaĺem, žeby siĹ dowiedziaĺ ode mnie i w mojej wersji niž jutro z rana od sĺužby. Zygmunt zdziwiĺ siĹ nieco, ale po chwili roze×miaĺ siĹ go×cinnie. - Doskonale. To go oduczy! Co - tak z miejsca daĺe× po pysku? - zapytaĺ z niedowierzaniem. Roze×miaĺem siĹ, a MiĹtus rzuciĺ mi spojrzenie, którego nie zapomnĹ, spojrzenie zdradzonego, i wyszedĺ, jak przypuszczaĺem, do ubikacji. Kuzyn odprowadziĺ go wzrokiem. - Przyjaciel twój, zdaje siĹ, potĹpia - co? - zauwažyĺ z lekkć ironić. - Oburzony na ciebie? Typowy mieszczuch! - Mieszczuch! - rzekĺem, bo cóž miaĺem powiedzieŹ innego. - Mieszczuch - rzekĺ. - Taki Walek, jak mu dasz po mordzie, bĹdzie ciĹ szanowaĺ jak pana! Trzeba ich znaŹ! Lubić to! - Lubić - rzekĺem. - Lubić, lubić, ha, ha, ha! Lubić! - Nie poznawaĺem kuzyna, który dotćd traktowaĺ mnie raczej z rezerwć, apatia jego zniknĹĺa, oczy zabĺysĺy, wybicie Walka po pysku spodobaĺo mu siĹ i ja siĹ spodobaĺem; rasowy panicz wyjrzaĺ z opieszaĺego i znudzonego studenta, jak gdyby nagle wcićgnćĺ w nozdrza zapach lasu i gminu. świecĹ postawiĺ na oknie, usiadĺ w nogach ĺóžka z papierosem - lubić - rzekĺ. - Lubić! BiŹ možna, tylko trzeba dawaŹ napiwki - bez napiwków nie uznajĹ bicia. Ojciec i stryj Seweryn swojego czasu w "Grandzie" bili po mordzie portiera. - A wuj Eustachy - rzekĺem - pobiĺ po mordzie fryzjera. - Nikt nie biĺ po mordzie lepiej od babki Eweliny, ale to dawne dzieje. Ot, niedawno Henry× Pac siĹ uržnćĺ i spraĺ po pysku kontrolera. Czy znasz Henrysia Paca - jest bardzo bezpretensjonalny. - Odparĺem, že znam kilku Paców, wszystkich nadzwyczaj naturalnych i bezpretensjonalnych, Henrysia jednak dotychczas nie zdarzyĺo mi siĹ spotkaŹ. Ale Bobi× Pitwicki wybiĺ w "Kakadu" szybĹ mordć kelnera. - Ja raz tylko spraĺem po papie biletera - rzekĺ. - Czy znasz Pipowskich? Ona jest dzikć snobkć, ale nadzwyczaj estetyczna. Možna by wybraŹ siĹ jutro na kuropatwy. (Gdzie MiĹtus? Dokćd poszedĺ? Dlaczego nie powraca?) - Lecz kuzyn wcale nie zdradza zamiaru odej×cia, policzek wymierzony Walkowi zbližyĺ nas jak kieliszek wódki i gwarzy Źmićc papierosa, že mordobicie, kuropatwa, Pipowska, bezpretensjonalno׏, Tacjanki i Colombina, Henry× i Tadzio, žyciowym trzeba byŹ, realnym, szkoĺa rolnicza i forsa, gdy skoĄczĹ studia. Odpowiadam mniej wiĹcej to samo. Na to on znowu to samo. I ja to samo. WiĹc on znowu o mordobiciu, že trzeba wiedzieŹ kiedy, z kim i za ile, po czym ja znowu, že w ucho lepiej niž w szczĹkĹ. Lecz w tym wszystkim - co× nieprawdziwego i kilkakrotnie próbujĹ wtrćciŹ w gawĹdĹ, že wszak to nie to, nieprawda, nikt dzi× nikogo nie wali, nie ma juž tego, a može nigdy nie byĺo, legenda, fantazja paĄska. Nie mogĹ jednak, zbyt sĺodko nam siĹ gawĹdzi, fantazja paĄska zĺapaĺa i nie popuszcza, gawĹdzimy jak panicz z paniczem! - NieŽle jest daŹ czasem w gĹbĹ! - Po mordzie daŹ - bardzo zdrowo! - Nie ma, jak facetowi daŹ w papĹ! - No, czas na mnie - wyrzekĺ na koniec. - Zasiedziaĺem siĹ... BĹdziemy siĹ widywali w Warszawie. Poznam ciĹ z Henrysiem Pacem. Patrzcie - dwunasta dochodzi. Przyjaciel twój zasiedziaĺ siĹ jako×... Musi byŹ niezdrów. Dobranoc. U×ciskaĺ mnie. - Dobranoc, Józiu. - Dobranoc, Zygmu× - odparĺem. Dlaczego MiĹtus nie wraca? Otarĺem pot z czoĺa. Skćd ta rozmowa z kuzynem? Wyjrzaĺem przez lufcik, deszcz ustaĺ, wzrok siĹgaĺ nie dalej niž na piĹŹdziesićt kroków, tylko gdzieniegdzie odgadywaĺem w zgĹstnieniu nocy ksztaĺt drzew - ale ksztaĺt ich zdawaĺ siĹ byŹ jeszcze ciemniejszy niž ciemno׏ i bardziej nieokre×lony. Za zasĺonć park kapaĺ wilgocić, przeszyty na wylot przestrzenić gĺuchych pól, utajony i nie wiadomo jaki. Nie odgadujćc, jakie jest to, na co patrzĹ, patrzćc i nic nie widzćc prócz ksztaĺtu ciemniejszego od nocy, cofnćĺem siĹ w gĺćb pokoju i zatrzasnćĺem lufcik. Niepotrzebne to wszystko. Niepotrzebnie uderzyĺem parobka. Niepotrzebna byĺa gawĹda. Zaiste, tu pyskobicie byĺo, jak kieliszek wódki, zupeĺnie róžne od demokratycznych i suchych policzków miejskich. Czymže, do licha, jest pysk sĺugi w starym szlacheckim dworze? Fatalne, žem gĹbĹ lokajczyka wywabiĺ na wierzch policzkiem i jeszcze obgadaĺ z paniczem. Gdzie MiĹtus? Wróciĺ okoĺo pierwszej po póĺnocy; nie wszedĺ od razu, tylko przez uchylone drzwi zajrzaĺ, czy nie ×piĹ - wsunćĺ siĹ jak z nocnej hulanki i prĹdko przekrĹciĺ knot lampy. Rozbieraĺ siĹ ×piesznie. Zauwažyĺem, gdy siĹ pochyliĺ nad lampć, že gĹba jego ulegĺa nowym obskurnym przeobraženiom - z lewej strony byĺa nabrzmiaĺa i spuchniĹta, przypominaĺa jabĺuszko, ale jabĺuszko w kompocie i wszystko mu wypadaĺo drobno jak kaszka. Piekielne zdrobnienie! Znowum je ujrzaĺ w moim žyciu, tym razem na twarzy przyjaciela! Doznaĺ strasznego fircyka - tak mi siĹ to okre×liĺo - doznaĺ strasznego fircyka. Jakaž siĺa masywna mogĺa go tak oporzćdziŹ? Na moje pytanie odrzekĺ trochĹ zbyt cienko, piskliwie. - Byĺem w kredensie. Pobra... taĺem siĹ z parobkiem. W gĹbĹ mi daĺ. - Lokajczyk daĺ ci po gĹbie? - spytaĺem nie wierzćc uszom. - Daĺ mi - zapewniĺ z rado×cić, ale sztucznć i cićgle zbyt cienkć. - Jeste×my bracia. Nareszcie siĹ dogadaĺem. - Lecz mówiĺ to jak Sonntagsj~ager, jak urzĹdnik miejski, który siĹ chwali, že piĺ na wiejskim weselu. Zmacany siĺć miaždžćcć i druzgocćcć - lecz do siĺy tej stosunek jego byĺ nierzetelny. Nacisnćĺem go pytaniami, a wtedy wyjawiĺ niechĹtnie, kryjćc twarz w cieniu. - Kazaĺem. - Jak to? - krew wzburzyĺa siĹ we mnie. - Jak to? Kazaĺe×, žeby ciĹ po twarzy biĺ! BĹdzie ciĹ miaĺ za wariata! - Zdawaĺo mi siĹ, že sam otrzymaĺem policzek. - WinszujĹ! Ježeli wujostwo siĹ dowiedzć! - To przez ciebie - odparĺ ponuro i skćpo. - Nie trzeba byĺo biŹ. Ty× zaczćĺ. Ja×nie pana ci siĹ zachciaĺo! Musiaĺem wzićŹ od niego po gĹbie, bo× ty mu daĺ... Bez tego nie byĺoby równo×ci i nie mógĺbym siĹ po... bra... Zgasiwszy ×wiatĺo wyrzuciĺ urywanymi zdaniami historiĹ swych rozpaczliwych zabiegów. Zastaĺ parobka w kredensie czyszczćcego buciki paĄstwa i przysiadĺ siĹ do niego, ale lokajczyk wstaĺ. Da capo siĹ powtórzyĺo - znów nawićzywaĺ rozmowĹ, staraĺ siĹ rozkrochmaliŹ go, rozgadaŹ i zaprzyjaŽniŹ, lecz sĺowa jeszcze na ustach wyradzaĺy siĹ w ckliwć i bezsensownć idyllĹ. Parobek odpowiadaĺ, jak umiaĺ, ale widoczne byĺo, že go to zaczyna nudziŹ i nie pojmuje, czego chce pan zwariowany. MiĹtus zaplćtaĺ siĹ wreszcie w tanić werbalistykĹ rodem z rewolucji francuskiej i "Deklaracji Praw", tĺumaczyĺ, že ludzie sć równi, i pod tym pozorem žćdaĺ, by parobek podaĺ mu rĹkĹ - lecz ten stanowczo odmówiĺ. - Moja rĹka nie dla ja×nie pana. - Wtenczas wpadĺ na szalony pomysĺ, že je×li zdoĺa zmusiŹ parobka do dania w gĹbĹ, lody prysnć. - Daj mi po mordzie - zabĺagaĺ, juž nie baczćc na nic - po mordzie daj! - i chylćc siĹ nadstawiaĺ twarz jego rĹkom. Lokajczyk wszakže wzbraniaĺ siĹ: - Ii - mówiĺ - po co mnie biŹ ja×nie pana? - MiĹtus bĺagaĺ i bĺagaĺ, až wreszcie krzyknćĺ: - Daj, psiakrew, kiedy ci kažĹ! Co jest, do cholery ciĹžkiej! - W tej samej chwili ×wieczki stanĹĺy mu w oczach i druzgot, taran - to parobek walnćĺ go w gĹbĹ! - Jeszcze raz - krzyknćĺ - psiakrew! Jeszcze raz! - Druzgot, taran i ×wieczki. Otwiera oczy i widzi, že lokajczyk stoi przed nim z rĹkami, gotów do wypeĺnienia rozkazów! Lecz policzek z rozkazu nie byĺ wĺa×ciwym policzkiem - byĺo to jak nalewanie wody do miednicy i zdejmowanie bucików - i rumieniec wstydu pokryĺ rumieniec, który przyoblekĺ go od uderzenia. - Jeszcze, jeszcze - wyszeptaĺ mĹczennik, gdy parobek wreszcie po... brataĺ siĹ na jego twarzy. I znowu - druzgot, taran, ×wieczki w oczach - o, to walenie po gĹbie w opustoszaĺym kredensie, po×ród mokrych ×cierek, nad szaflikiem z gorćcć wodć! Na szczĹ×cie, syna ludu roz×mieszyĺy paĄskie fanaberie. Prawdopodobnie doszedĺ do wniosku, že ja×nie pan jest pomieszany na umy×le (a nic tak nie o×miela gminu jak choroba umysĺowa paĄstwa), i jćĺ z chĺopska pokpiwaŹ sobie, co wytworzyĺo komitywĹ. Niezadĺugo parobczak pobrataĺ siĹ do tego stopnia, že trćcaĺ pod žebro i nacićgaĺ na parĹ groszy. - Dajcie, pon, na machorkĹ! Lecz wszystko to - nie to, wszystko - wrogie, niebraterskie i nieprzyjacielskie, kpićce ludowo, zabójcze, dalekie od wymarzonego zbratania. Znosiĺ jednak, wolaĺ, žeby parobek nim pomiataĺ, niž žeby on z paĄska pomiataŹ miaĺ lokajczykiem. Z kuchni wylazĺa dziewka kuchenna, Marcy×ka, z mokrć ×cierkć od szorowania podĺogi, i jĹĺa dziwowaŹ siĹ hecy: - O Jezu! A to ci dopiero! Dom spaĺ - i mogli bezkarnie oddawaŹ siĹ igrom z tym panem, który zĺožyĺ im wizytĹ kredensowć, naigrywaŹ siĹ z niego chĺopskim, ludowym prze×miechem. MiĹtus sam im w tym dopomagaĺ i ×miaĺ siĹ z nimi. Lecz stopniowo, pokpiwajćc z MiĹtusa, poczĹli prze×miewaŹ równiež i wĺasnych paĄstwa. - PaĄstwo takie som! - Mówili z jazgotem ludowym, kuchennym i kredensowym. - Takie som! PaĄstwo nie robiom, ciĹgiem ino žrom i žrom, to ich rozpiro! írom, chorujom, wylegujom siĹ, po pokojach chodzom i gadajom cosik. Co tyž siĹ nie nažrom! Matko Jezusowa! Ja to bym poĺowy nie zežarĺ, choŹ ta zwykĺy cham jezdem. A to obiad, a to podwieczorek, a to cukierków, a to konfitury, a to jaja z cebulom na drugie ×niadanie. PaĄstwo bardzo som pažerne i ĺakome - do góry brzuchem ležom i choroby majom od tego. A pon dziedzic, jak byĺo polowanie, na gajowego wlazĺ! Na gajowego wlazĺ! Gajowy Wicenty stali za niem z drugom dubeltówkć, pon dziedzic do dzika strzeliĺ, dzik do pana dziedzica skoczyĺ, a pon dziedzic dubeltówkĹ rzuciĺ i na Wicentego wlazĺ - sĺuchaj, Marcysia - na Wicentego wlazĺ! íe drzewa nijakiego blisko nie byĺo, na Wicentego wlazĺ! Potem pon dziedzic daĺ mu zĺotego i przykazywaĺ, žeby pary z gĹby nie pu×ciĺ, bo zwolni. - O Jezus! O wciorna×ci! Cichaj, bo me kolka sparĺa! - Marcy×ka zĺapaĺa siĹ za boki. - A panienka to tak se chodzi i poglonda - na spacer chodzi. PaĄstwo to tak se chodzom i poglondajom. Pon Zygmunt to ta na mnie poglonda, ino, že mu nie honor - to raz mnie zacypioĺ, ale gdzieta! Oglondaĺ siĹ i oglćdaĺ, czy kto nie spoglonda, aže me kolka sparĺa od ×miechu, to uciekĺam! To potem daĺ mi zĺotówkĹ i przykazywaĺ, žebym nikomu a nikimu nie mówiĺa, že pijany beĺ! Hale, pijany! - zagadoĺ parobczak. - Inne dziewuchy tyž z nim nie chcom, bo ino ciĹgiem siĹ oglonda. To ma tam jednom starom JózefkĹ na wsi, gdowĹ, i z niom siĹ spotyka w krzakach kole stawu, ale ji kazaĺ przysiĹgaŹ, že nikomu, a nikomu nie pi×nie - akuratnie! - Hi, hi, hi, hi! Cichoj, Walu×! PaĄstwo bardzo honorowe som! PaĄstwo bardzo som delikatne! - A delikatne, ino jem trzeba nosa uciroŹ, bo same nic se nie zrobiom. A podaj, a przysuĄ, a przynie×, palto im trzeba podajaŹ, bo same se nie naĺožom. Jakem nastaĺ, aže mi byĺo dziwno. íeby tak kole mnie kto obrzćdzaĺ, a wygadzaĺ, tobym, sprawiedliwie mówiĹ, wolaĺ pod ziemiĹ siĹ zapa׏. Pona dziedzica na wieczór ma×ciom muszĹ smarowaŹ. - A ja panienkĹ ugniotom - pisnĹĺa dziewka - panienkĹ rĹcami ugniotom, že bardzo wietka. PaĄstwo som miĹtkie, a rćcki to takie majom! Hi, hi, hi, takie rćcecki! - O Jezu! Spacerujom, žrom, parlujom parlefrance i sie nudzom. - Cichaj, Walu×! By× nie godoĺ po próžnicy, dziedziczka dobrotliwa je! - A dobrotliwa, bo ludzi dusi - to jakže, musi byŹ dobrotliwa! We wsi gĺód, aže piszczy. Ludzi duszom. Hale, kužden na nich robi, pon dziedzic na pole wyĄdzie, ino siĹ patrzy, jak ludzie na niego harujom. - Pani dziedziczka krowy siĹ boi. Pani dziedziczka krowy siĹ boi!!! PaĄstwo to tak se rozmawiajom! PaĄstwo chodzom - hi, hi, hi - paĄstwo som takie bielutkie!... - Dziewka jazgotaĺa i dziwowaĺa siĹ, parobek ozbuchany godoĺ i cudowaĺ siĹ, gdy wszedĺ Franciszek... - Franciszek wszedĺ? - wykrzyknćĺem. - Kamerdyner? - Franciszek! Diabli przynie×li - zapiszczaĺ cienko. - Musiaĺ go zbudziŹ jazgot Marcy×ki. Mnie, naturalnie, nie o×mieliĺ siĹ nic powiedzieŹ, ale zwymy×laĺ parobka i Marcy×kĹ, že nie pora na gadanie, won, do roboty, póŽna godzina nocna, a jeszcze nie pozmywane. Uciekli zaraz. To podĺy sĺugus! - Czy sĺyszaĺ? - Nie wiem - može i sĺyszaĺ co. To nieciekawy typ - sĺugus z bokobrodami i w sztywnym koĺnierzyku. Bokobrodaty chĺop - zdrajca. Zdrajca i donosiciel. Je×li usĺyszaĺ - doniesie. A tak siĹ dobrze gadaĺo - pisnćĺ. - Može byŹ z tego nieludzka awantura... - powiedziaĺem cicho. Lecz on mruknćĺ dyszkantem zawziĹcie. - Zdrajcy! Ty takže - zdrajca! Wszyscy×cie zdrajcy, zdrajcy... Dĺugo nie mogĺem zasnćŹ. Nad sufitem, na strychu przebiegaĺy z ĺomotem kuny czy szczury i sĺyszaĺem ich piski, nagĺe poerzuty, ucieczki i po×cigi, kiksy okropne tych zwierzćt napiĹtych dziczć. Krople spadaĺy z dachu. Psy wyĺy automatycznie, a pokój, szczelnie zasĺoniĹty, byĺ pudeĺkiem ciemno×ci. Na tamtym ĺóžku ležaĺ MiĹtus i nie spaĺ, ja na tym ležaĺem i nie spaĺem, na wznak, z rĹkami pod gĺowć, z twarzć wlepionć w sufit - obaj czuwali×my, jak ×wiadczyĺy nasze niedosĺyszalne oddechy. Co robiĺ pod powĺokć czerni - tak, co robiĺ, bo skoro nie spaĺ, musiaĺ co× robiŹ - i ja robiĺem takže. Czĺowiek, który nie ×pi, dziaĺa, nie može nie dziaĺaŹ. WiĹc dziaĺaĺ. I ja dziaĺaĺem. O czym my×laĺ? O czym marzyĺ piskliwie i cienko, napiĹty, naprĹžony, jak uchwycony w kleszcze. Prosiĺem Boga, žeby zasnćĺ, gdyž wtedy staĺby siĹ chyba mniej cichy i bardziej jawny, mniej zakonspirowany - zelžaĺby trochĹ, sfolgowaĺ... DrĹczćca noc! Nie wiedziaĺem, co robiŹ! UciekaŹ skoro ×wit? Byĺem przekonany, že stary sĺuga Franciszek doniesie wujostwu o rozhoworach i mordobiciu z parobkiem. I wtedy dopiero zacznie siĹ tan infernalny, zgrzyt, faĺsz, igry demonów, gĹba, gĹba siĹ zacznie na nowo! I pupa! Czym po to umknćĺ Mĺodziakom? Zbudzili×my bestiĹ! Rozzuchwalili×my sĺužbĹ domowć! Pojćĺem owej strasznej nocy, ležćc bezsennie na ĺóžku, tajemnicĹ dworu wiejskiego, ziemiaĄstwa i obywatelstwa, tajemnicĹ, której wielorakie i mĹtne symptomy od pierwszej chwili napawaĺy miĹ przeczuciem trwogi pogĹbnej i gĹby! Sĺužba byĺa tć tajemnicć. Chamstwo byĺo tajemnicć paĄstwa. Przeciw komu wuj poziewaĺ, przeciw komu wsuwaĺ w usta jednć wiĹcej sĺodkć truskawkĹ? Przeciw chamstwu, przeciw sĺužbie swojej! Dlaczego nie podniósĺ upuszczonej papiero×nicy? Aby sĺužba mu jć podniosĺa. Czemu nas emablowaĺ z tak usilnć kinderstubć, skćd tyle grzeczno×ci i wzglĹdów, tyle manier i dobrego tonu? Aby siĹ odróžniŹ od sĺužby i przeciw sĺužbie zachowaŹ paĄski obyczaj. I wszystko, cokolwiek robili, byĺo niejako wzglĹdem sĺužby i wobec sĺužby, w stosunku do sĺužby domowej oraz do sĺužby folwarcznej. Czy mogĺo byŹ zresztć inaczej? My, w mie×cie, nie czuli×my nawet, že×my pany_posiadacze, wszyscy jednako ubrani, z jednakć mowć, gestami i mnóstwo nieznacznych póĺtonów ĺćczyĺo nas z proletariatem - schodzćc po szczeblach sklepikarza, tramwajarza i dorožkarza možna niepostrzeženie zej׏ na sam dóĺ do ×mieciarza; ale tutaj paĄsko׏ wyrastaĺa jak samotna na goĺo topola. Nie byĺo przej×cia pomiĹdzy panem a sĺugć, gdyž rzćdca mieszkaĺ na folwarku, proboszcz w plebanii. Dumna paĄsko׏ rodowa wujaszka wyrastaĺa wprost z pod×cióĺki chamskiej, z chamstwa czerpaĺa swe soki. Obsĺugiwanie w mie×cie odbywaĺo siĹ na drodze okólnej i w formach dyskrecjonalnych - každy každego po trosze - ale tu pan miaĺ konkretnego i osobistego chama, do którego nogĹ wysuwaĺ, aby mu bucik wyczy×ciĺ... I wuj, ciocia na pewno wiedzieli, co o nich mówić w kredensie - jak widzć ich ×lepia chamidĺów. Wiedzieli - lecz nie pozwalali tej wiedzy rozpanoszyŹ siĹ, tĺumili, dusili, spychali jć do piwnic mózgu. ByŹ widzianym przez chama swojego! ByŹ przemy×liwanym i obgadywanym przez chama! ZaĺamywaŹ siĹ nieustannie w chamskim pryzmacie sĺugi, majćcego wstĹp na pokoje, sĺuchajćcego twych rozmów, patrzćcego na twe zachowanie, dopuszczonego z kawć do twego stoĺu i ĺoža - byŹ tematem zgrzebnych, pĺowych, prza×nych ugadek kuchennych i nigdy nie móc siĹ wyja×niŹ, nigdy rozmówiŹ siĹ na równej stopie. ZaprawdĹ, tylko poprzez sĺužbĹ, jak lokaj, stangret, pokojówka, možna poznaŹ sam rdzeĄ obywatelstwa ziemskiego. Bez lokaja nie pojmiesz dziedzica. Bez pokojówki nie wnikniesz w gatunek duchowy paĄ ziemskich, w tonacjĹ ich szczytnych zapĹdów, a panicz wywodzi siĹ z dziewki. Och, rozumiaĺem na koniec przyczynĹ ich przedziwnego zalĹknienia i ograniczenia, tak uderzajćcych každego, kto z miasta zawita do dworów. To chamstwo ich przestraszaĺo. Chamstwem byli ograniczeni. U chamstwa byli za pazuchć. Oto - przyczyna prawdziwa. Oto - wieczne jćtrzenie tajemne. Oto - podziemny bój na ×mierŹ i žycie, zaprawny wszelkimi jadami bojów podziemnych i ukrytych. StokroŹ gorszy od zatargów na tle finansowym czysto, byĺ to bój dyktowany inno×cić i obco×cić - inno×cić ciaĺa i obco×cić ducha. Dusze ich po×ród dusz chĺopskich byĺy w lesie; paĄskie i delikatne ich ciaĺa po×ród ciaĺ gminu byĺy w džungli. RĹce brzydziĺy siĹ ĺapami chamów, nogi paĄskie nienawidziĺy - chamskich, twarze nienawidziĺy gćb, oczy - ×lepiów, paluszki - paluchów chamskich, co tym wiĹkszć zatrćcaĺo haĄbć, že wcićž przez nich byli dotykani, "obrzćdzani", jak mówiĺ parobek, wydelikacani i smarowani ma×ciami... MieŹ w domu tuž koĺo siebie odmienne, obce czĹ×ci ciaĺa i nie mieŹ žadnych innych! - bo przecie w promieniu wielu kilometrów tylko gminne koĄczyny, gminna mowa "a ino" "a ju×ci" "wciorna×ci" "bucek" "matulu" "tatulu" i jedynie chyba ksićdz proboszcz oraz rzćdca na folwarku byli pokrewni dziedzicom. Lecz rzćdca byĺ oficjalistć, a proboszcz byĺ wĺa×ciwie w spódnicy. Czyž nie z osamotnienia braĺa siĹ zachĺanna go×cinno׏, z jakć nas zatrzymywali po kolacji, z nami czuli siĹ lepiej. My×my byli ich sprzymierzeĄcami. Lecz MiĹtus zdradziĺ paĄskie twarze z ludowć gĹbć parobczaka. Przewrotny fakt, že lokajczyk biĺ rĹkć po twarzy MiĹtusa - bćdŽ co bćdŽ, go×cia paĄskiego i pana, musiaĺ wywoĺaŹ przewrotne konsekwencje. Odwieczna hierarchia opieraĺa siĹ na dominacji czĹ×ci paĄskich i byĺ to system natĹžonej i feudalnej hierarchii, gdzie rĹka pana równaĺa siĹ gĹbie sĺugi, a noga wypadaĺa w póĺ chĺopa. Hierarchia ta byĺa pradawna. Ukĺad, kanon i prawo odwieczne. Byĺa to klamra mistyczna spajajćca czĹ×ci paĄskie i chamskie, u×wiĹcona obyczajem wieków i tylko w powyžszym ukĺadzie mogli paĄstwo dotykaŹ siĹ i stykaŹ z chamstwem. Stćd braĺa siĹ magia mordobicia. Stćd religijny nieomal kult mordobicia u Walka. Stćd paĄskie rozhulanie Zygmunta. Oczywi×cie, dzi× juž nie bili (choŹ Walek przyznaĺ siĹ przecie.,, že bierze czasem od wuja), lecz možno׏ potencjalna policzka zawsze w nich tkwiĺa, i to ich utrzymywaĺo w paĄsko×ci. A teraz, czyž ĺapa chamska nie spoufaliĺa siĹ na paĄskiej twarzy? I juž sĺužba podnosiĺa gĺowĹ. Juž zaczynaĺy siĹ kuchenne komeraže. Juž gmin, rozzuchwalony i zdemoralizowany poufaĺo×cić czĹ×ci ciaĺa, jawnie wygadywaĺ na paĄstwa, wzrastaĺa chamska krytyka - co bĹdzie, co siĹ wydarzy, gdy przeniknie to do wujostwa i twarz paĄska oko w oko stanie z masywnć gĹbć ludowć? Rozdziaĺ XIV HulajgĹba i nowe przyĺapanie Jakož nazajutrz po ×niadaniu ciotka wziĹĺa mnie na ustĹp. Ranek byĺ ×wiežy, sĺoneczny, ziemia - wilgotna i czarna, kĹpy drzew, powĺóczćcych modrym jesiennym listowiem, staĺy na wielkim dziedziĄcu; pod drzewami oswojone kury grzebaĺy i dziobaĺy. Czas siĹ zatrzymaĺ w poranku i smugi zĺociste kĺadĺy siĹ na podĺodze fiumuaru. Psy swojskie leniwie waĺĹsaĺy siĹ z kćta w kćt. Swojskie goĺĹbie gruchaĺy. Ciotka byĺa wzburzona od wewnćtrz falć gĺĹbinowć. - Moje dziecko - rzekĺa - wytĺumacz mi, proszĹ ciĹ... Franciszek mi mówiĺ, podobno ten twój kolega zadaje siĹ w kuchni ze sĺužbć. Czy to može jaki agitator? - Teoretyk! - odparĺ Zygmunt. - Niech mama siĹ nie przejmuje - teoretyk žyciowy! Przyjechaĺ na wie× z teoriami - miejski demokrata! Byĺ jeszcze wesóĺ i dosyŹ paniczykowaty po wczorajszym. - Zygmusiu, to nie teoretyk, to praktyk! Podobno, Franciszek mówi, Walkowi rĹkĹ podawaĺ! Na szczĹ×cie, stary lokaj nie powiedziaĺ wszystkiego, a wuja, o ile zdoĺaĺem zmiarkowaŹ, w ogóle nie powiadomiono. Udaĺem, že o niczym nie sĺyszaĺem, roze×miaĺem siĹ (jak czĹsto žycie zmusza nas do ×mieszków), powiedziaĺem co× o lewicowej ideologii MiĹtusa i tak na razie rozeszĺo siĹ po ko×ciach. Z MiĹtusem naturalnie nikt o tym nie mówiĺ. Do obiadu grali×my w kinga, Zosia bowiem dla zabawy zaproponowaĺa tĹ grĹ towarzyskć, nam za× nie wypadaĺo odmówiŹ - i do obiadu zabawa nas ujĹĺa w karby. Zosia, Zygmunt, MiĹtus i ja, nudzćc siĹ i ×miejćc, wykĺadali×my karty na zielonym suknie, starsze na mĺodsze, do koloru lub z atutem w kierach. Zygmunt graĺ zwiĹŽle, sucho i klubowo, z papierosem w ustach, i rzucaĺ kartĹ celnie i horyzontalnie, a lewy zgarniaĺ z trzaskiem biaĺymi palcami. MiĹtus ×liniĺ palce, karty miĹtosiĺ i zauwažyĺem, že wstydziĺ siĹ kinga, jako gry zbyt paĄskiej, coraz oglćdaĺ siĹ na drzwi, czy aby parobek nie widzi - wolaĺby w durnia zagraŹ na podĺodze. Nade wszystko baĺem siĹ obiadu, gdyž przewidywaĺem, že nie wytrzyma konfrontacji z parobkiem przy stole - i obawy te mnie nie zawiodĺy. Podano na zakćskĹ bigos, zupĹ pomidorowć czystć, sznycelki cielĹce, gruszki w sosie waniliowym, wszystko chamskimi palcami przyrzćdzone przez kucharkĹ, a sĺužba usĺugiwaĺa na palcach - Franciszek w biaĺych rĹkawiczkach i lokajczyk boso z serwetć. Pobladĺy MiĹtus ze wzrokiem spuszczonym jadĺ subtelne i kulinarne potrawy, które podsuwaĺ mu Walek, i mĹczyĺ siĹ, karmiony przez parobka frykasami. W dodatku ciotka, pragnćc delikatnie uprzytomniŹ mu caĺć niewĺa×ciwo׏ jego ekscesów w kredensie, zwracaĺa siĹ doĄ z wyjćtkowć uprzejmo×cić, wypytywaĺa o stosunki rodzinne i o nieboszczyka ojca. Zmuszony toczyŹ okrćgĺe frazesy, odpowiadaĺ w udrĹce, jak najciszej, žeby parobek nie sĺyszaĺ, i nie ×miaĺ spojrzeŹ w jego stronĹ. I dlatego može przy wetach, zamiast odpowiedzieŹ ciotce, zapatrzyĺ siĹ i zapamiĹtaĺ z u×miechem tĹsknićcym i kornym na gĹbie piskliwej i cienkiej - z ĺyžeczkć w dĺoni. Nie mogĺem go trćciŹ, bom siedziaĺ po drugiej stronie stoĺu. Ciotka zamilkĺa, parobek za× parsknćĺ zasromanym prze×miechem ludowym, jak to zwykle lud, gdy paĄstwo siĹ patrzom, i rĹkć zasĺoniĺ sobie usta. Kamerdyner wycićĺ go w ucho. W tym momencie wujek zapalaĺ wĺa×nie papierosa i zacićgaĺ siĹ dymem. Czy widziaĺ? Byĺo to tak jawne, že zlćkĺem siĹ, aby nie kazaĺ MiĹtusowi wstaŹ od stoĺu. Lecz Konstanty wypu×ciĺ kĺćb dymu nosem, nie ustami! - Wina - zawoĺaĺ - wina! Wina dajcie! Wpadĺ w doskonaĺy humor, rozwaliĺ siĹ na krze×le, palcami pobĹbniĺ po stole. - Wina! Franciszku, kažcie przynie׏ z piwnicy "babkĹ Henrykowć" - napijemy siĹ kieliszeczek! Walek, czarnej kawy! Cygara! Zapalimy sobie cygarko - do diabĺa z papierosem! I przepijajćc do MIĹtusa jćĺ opowiadaŹ wspomnienia, jak to swojego czasu z ksiĹciem Sewerynem polowaĺ na bažanty. I przepijajćc specjalnie do niego z pominiĹciem innych osób opowiadaĺ dalej o fryzjerze z hotelu "Bristol", najlepszym z fryzjerów, z jakimi miaĺ kiedykolwiek do czynienia. Rozgrzaĺ siĹ, rozanimowaĺ, a sĺužba podwoiĺa baczno׏ i chyžo napeĺniaĺa kieliszki palcami. MiĹtus, jak trup z kieliszkiem w rĹku, przepijaĺ nie wiedzćc, czemu ma przypisaŹ niespodziewanć atencjĹ wuja Konstantego, mĹczyĺ siĹ bardzo, lecz musiaĺ wchĺaniaŹ stare, delikatne wino z bukietem i myszkć w obecno×ci Walka. Dla mnie równiež reakcja wuja byĺa nieoczekiwana. Po obiedzie wzićĺ mnie pod ramiĹ i zawiódĺ do fiumuaru. - Twój przyjaciel - rzekĺ žyciowo i arystokratycznie zarazem - pede... pede... Hm... Zabiera siĹ do Walka! Uwažaĺe×? Ha, ha. No, žeby panie siĹ nie dowiedziaĺy. KsićžĹ Seweryn takže lubiĺ sobie od czasu do czasu! Wycićgnćĺ przed siĹ dĺugie nogi. A, z jakćž arystokratycznć maestrić to wyrzekĺ! Z jakimž wyrobieniem paĄskim, na które zĺožyĺo siĹ czterystu kelnerów, siedemdziesiĹciu fryzjerów, trzydziestu džokejów i tylež ma~itre d'hotelów, z jakćž przyjemno×cić uwypukliĺ swojć pieprznć restauracyjnć wiedzĹ o žyciu bon vivanta, grand seigneura. Prawdziwie rasowa paĄsko׏, gdy siĹ dowie o czym× takim ~a la zboczenie albo nadužycie pĺciowe, nie inaczej manifestuje swojć mĹskć dojrzaĺo׏ žyciowć, nauczonć od kelnerów i fryzjerów. Lecz mnie momentalnie pieprzna restauracyjna mćdro׏ žyciowa wujaszka rozw×cieczyĺa jak kot psa i wzburzyĺa mnie cyniczna ĺatwo׏ najwygodniejszej, najbardziej paĄskiej interpretacji zdarzenia. Zapomniaĺem o wszelkich obawach. Sam na zĺo׏ wyjawiĺem wszystko! Niech Bóg mi przebaczy - pod dziaĺaniem jego restauracyjnej dojrzaĺo×ci stoczyĺem siĹ w zieleĄ i postanowiĺem uraczyŹ go potrawć bardziej niedopieczonć i niewysmažonć od tych, jakie siĹ jada po restauracjach. - To wcale nie to, co wuj my×li - odrzekĺem naiwnie - on tylko tak siĹ z nim bra... ta. Konstanty siĹ zdziwiĺ: - Brata siĹ? Jak to - brata siĹ? Co rozumiesz przez "brata siĹ"? - Wysadzony z siodĺa spojrzaĺ na mnie spod oka. - Bra... ta siĹ - odrzekĺem. - Po... brataŹ siĹ chce. - Brata siĹ z Walkiem? Jak to - brata siĹ? Može chcesz powiedzieŹ - agituje sĺužbĹ? Agitator? Bolszewizm - co? - Nie, brata siĹ jako chĺopiec z chĺopcem. Wujek wstaĺ i strzćsnćĺ popióĺ - zamilkĺ i szukaĺ sĺów. - Brata siĹ - powtórzyĺ. - Brata siĹ z ludem, co? - Próbowaĺ nazwaŹ to, uczyniŹ možliwym pod wzglĹdem ×wiatowym, towarzyskim i žyciowym, zbratanie czysto chĺopiĹce byĺo dlaĄ nie do przyjĹcia, czuĺ, že tego w dobrej restauracji nie podadzć. Najbardziej go denerwowaĺo, iž za przykĺadem MiĹtusa wymawiaĺem "bra... ta siĹ" z pewnym wstydliwym i nie×miaĺym zajćkniĹciem. To do reszty go zbulwersowaĺo. - Brata siĹ z ludem? - zapytaĺ ostrožnie. A ja: - Nie, z chĺopcem siĹ brata. - Z chĺopcem siĹ brata? No to co? W piĺkĹ chce z nim siĹ bawiŹ czy jak? - Nie. Tylko jego kolegć jest, jako chĺopiec - bratajć siĹ jak chĺopiec z chĺopakiem. - Wuj siĹ zaczerwieniĺ po raz pierwszy chyba, odkćd zaczćĺ chodziŹ do fryzjera, o, ten rumieniec "~a rebours" dorosĺego bywalca wobec naiwniaka - wycićgnćĺ zegarek, spojrzaĺ naĄ i nakrĹciĺ szukajćc terminu naukowego, politycznego, ekonomicznego, medycznego, žeby zamknćŹ w nim sentymentalno_×liskć materiĹ jak w pudeĺku. - Perwersja jaka×? Co? Kompleks? Bra... ta siĹ? Socjalista može, pepesowiec? Demokrata, co? brata... siĹ? "Mais qu'est_ce que c'est" bra... ta siĹ? "Comment" bra... ta siĹ? "Fraternit~e, quoi, ~egalit~e, libert~e"? - Zaczćĺ po francusku, lecz nieagresywnie, a przeciwnie, jak kto×, kto siĹ chroni i dosĺownie "ucieka siĹ" do francuszczyzny. Byĺ bezbronny w obliczu chĺopaka. Zapaliĺ papierosa i zgasiĺ, zaĺožyĺ nogĹ na nogĹ, muskaĺ wćsik. - Brata siĹ? "What is that" Bra... ta siĹ? Do diabĺa! KsićžĹ Seweryn... Z ĺagodnym uporem powtarzaĺem wcićž "bra... ta siĹ" i juž za nic nie wyrzekĺbym siĹ zielonkawej, miĹkkiej naiwno×ci, jakć smarowaĺem wujaszka. - Kociu - rzekĺa dobrotliwie ciocia, która stanĹĺa na progu z torebkć cukierków w rĹku - nie irytuj siĹ, on zapewne w Chrystusie siĹ brata, brata siĹ w miĺo×ci bliŽniego. - Nie! - odparĺem uporczywie. - Nie! Bra... ta siĹ nago, bez niczego! - WiĹc jednak zboczeniec! - wykrzyknćĺ. - Wcale nie. Bra... ta siĹ w ogóle bez niczego, bez zboczenia takže. Jako chĺopak siĹ brata. - Chĺopak? Chĺopak? Ale co to znaczy? "Pardon, mais qu'est_ce que c'est chlopak" - udawaĺ Greka. - Jako chĺopak z Walkiem? Z Walkiem i w moim domu? Z moim lokajczykiem? - Zirytowaĺ siĹ, nacisnćĺ dzwonek. - Ja wam pokažĹ chĺopaka! Lokajczyk wpadĺ do pokoju. Wuj podszedĺ z wycićgniĹtć rĹkć i byĺby može trzasnćĺ w gĹbĹ krótko, bez zamachu, ale stanćĺ i zdezorientowaĺ siĹ w póĺ drogi, zachybotaĺ psychicznie i nie mógĺ uderzyŹ, nie mógĺ nawićzaŹ z gĹbć Walka w tych okoliczno×ciach. BiŹ chĺopaka dlatego, že chĺopak? BiŹ dlatego, že "brata siĹ"? Wykluczone. I Konstanty, który z ĺatwo×cić byĺby uderzyĺ za rozlanć kawĹ, opu×ciĺ rĹkĹ. - Won! - krzyknćĺ. - Kociu! - zawoĺaĺa ciocia z dobrocić. - Kociu! - To nic nie pomože - rzekĺem. - Przeciwnie, mordobicie tylko powiĹkszy zbra... tanie. On lubi mordobitych. Wuj zamrugaĺ oczami, jakby strzepywaĺ palcem liszkĹ z kamizelki, ale nie odezwaĺ siĹ; ironizowany naiwno×cić od doĺu ten wirtuoz ironii salonowo_restauracyjnej byĺ jak fechtmistrz napastowany przez kaczkĹ. Bywaĺy w ×wiecie obywatel ziemski okazaĺ siĹ dzieciĹco naiwny wobec naiwno×ci. Co ciekawsze, pomimo wyrobienia žyciowego oraz do×wiadczenia nie przyszĺo mu na my×l, abym mógĺ sprzymierzyŹ siĹ przeciwko niemu z MiĹtusem i z Walkiem i cieszyŹ siĹ jego paĄskimi podrygami - odznaczaĺ siĹ tć lojalno×cić lepszej sfery towarzyskiej, która nie dopuszczaĺa zdrady w swoim kóĺku. Wszedĺ stary Franciszek, wygolony, z baczkami, w tužurku i stanćĺ na ×rodku pokoju. Konstanty, który byĺ siĹ nieco uniósĺ, przyjćĺ na jego widok zwykĺć niedbaĺć postawĹ. - A co tam, mój Franciszku? - zapytaĺ ĺaskawie, lecz w gĺosie jego czuŹ byĺo sĺužbisto׏ pana wobec starego, wytrawnego sĺugi, tĹ samć co wobec wytrawnego, starego wĹgrzyna. - A z czym Franciszek przychodzi? - Sĺuga spojrzaĺ na mnie, lecz wuj machnćĺ rĹkć. - Niech Franciszek mówi. - Wielmožny pan rozmawiaĺ z Walkiem? - A rozmawiaĺem, rozmawiaĺem, mój Franciszku. - To, chciaĺem tylko zaznaczyŹ, dobrze siĹ staĺo, že wielmožny pan z niem siĹ rozmówiĺ. Wielmožny panie, ja bym go i minuty nie trzymaĺ! Wyrzuciĺbym na zbity ĺeb. Za bardzo siĹ spodufaliĺ z paĄstwem! Wielmožny panie, juž ludzie gadajć! Trzy dziewki przebiegĺy przez dziedziniec ×wiecćc goĺymi ĺystami. Za nimi pies kulawy pĹdziĺ, szczekaĺ. Zygmunt wsunćĺ siĹ do fiumuaru. - Gadajć? - zapytaĺ wuj Konstanty. - Co gadajć? - Gadajć na paĄstwa! - Na nas gadajć? Ale stary sĺuga, na szczĹ×cie, nie chciaĺ powiedzieŹ nic wiĹcej. - Gadajć na paĄstwa - mówiĺ. - Walek siĹ spodufaliĺ z tem mĺodem panem, co przyjechaĺ, to tera, za przeproszeniem, gadajć na paĄstwa bez nijakiego szacunku. Gĺównie Walek i dziewuchy z kuchni. Przecie sam sĺyszaĺem, jak wczoraj gadaĺy z tem panem do póŽny nocy, wszystko, a wszystko wygadaĺy. Gadajć, co wlezie, co tylko mogć, to gadajć! Gadajć, až nie wiem! Wielmožny panie, a tobym zbereŽnika wygoniĺ na zbity ĺeb w te sekundĹ - reprezentacyjny sĺuga zaczerwieniĺ siĹ jak piwonia, w pćsach stanćĺ, o, ten rumieniec starego lokaja! Cicho i subtelnie odpowiedziaĺ mu rumieniec pana. PaĄstwo siedzieli bez gĺosu - nie wypadaĺo pytaŹ - ale može jeszcze co doĺožy - zawi×li mu na ustach - nie doĺožyĺ. - No, dobrze juž, dobrze, mój Franciszku - rzekĺ wreszcie wuj Konstanty - može Franciszek odej׏. I sĺužćcy jak przyszedĺ, tak wyszedĺ. "Gadajć na paĄstwa" - wiĹcej siĹ nie dowiedzieli. Wuj poprzestaĺ na kwa×nej uwadze w stronĹ cioci: - Za sĺabo trzymasz sĺužbĹ, moja duszko, cóž oni siĹ tak rozpu×cili? Jakie× bajdy? - i zaczĹli mówiŹ o czym innym, dĺugo jeszcze po odej×ciu sĺugi wymieniali banalne obserwacje i bĺahe uwagi w rodzaju: gdzie Zosia? czy poczta nadeszĺa? - i bagatelizowali, aby nie okazaŹ, do jakiego stopnia ugodziĺa ich w sĺabiznĹ nie dopowiedziana relacja Franciszka. Dopiero po niespeĺna kwadransie bagatelizowania Konstanty przecićgnćĺ siĹ, ziewnćĺ i nie×piesznie przemierzyĺ parkiety w kierunku salonu. Domy×laĺem siĹ, czego tam szukaĺ - MiĹtusa. Musiaĺ siĹ rozmówiŹ, uciskaĺa go psychiczna konieczno׏ bezzwĺocznego wyja×nienia i wyklarowania, nie mógĺ dĺužej w tych mĹtach. Za nim poszĺa ciocia. MiĹtusa wszakže nie byĺo w salonie, Zosia tylko z podrĹcznikiem racjonalnej hodowli warzyw na kolanach siedziaĺa i patrzyĺa na ×cianĹ, na muchĹ - równiež nie byĺo go w stoĺowym ani w gabinecie pracy. Dwór drzemaĺ w poobiedniej ciszy, a mucha bzykaĺa, na dworze kury krćžyĺy po zwiĹdĺych trawnikach, stukaĺy dziobami w ziemiĹ, pinczerek trćcaĺ pudla w ogon i podgryzaĺ. Wuj, Zygmunt i ciocia nieznacznie rozleŽli siĹ po domu za MiĹtusem, každe na wĺasnć rĹkĹ. Godno׏ nie pozwalaĺa siĹ przyznaŹ, že szukajć. Lecz widok paĄstwa puszczonych w ruch niedbaĺy na pozór i powolny, a przeciež uporczywy, byĺ groŽniejszy niž widok najbardziej gwaĺtownego po×cigu, i szukaĺem w my×li, czym by tu zažegnaŹ awanturĹ, wzbierajćcć, jak wrzód na horyzoncie. Nie miaĺem juž do nich dostĹpu. Juž zamknĹli siĹ w sobie. Juž nie mogĺem z nimi o tym mówiŹ. Przechodzćc przez stoĺowy ujrzaĺem, že ciotka zatrzymaĺa siĹ przed drzwiami kredensu, zza których, jak zwykle dochodziĺy pogwarki, piski i jazgoty zmywajćcych dziewek. Zamy×lona, baczna, staĺa z tym wyrazem pani domu podsĺuchujćcej wĺasnć sĺužbĹ, a zwykĺa jej dobroŹ zniknĹĺa bez ×ladu. Spostrzegĺszy mnie kaszlnĹĺa i odeszĺa. A jednocze×nie wujek zabĺćdziĺ pod kuchniĹ od dworu i przystanćĺ w pobližu okna, lecz gdy kuchenna dziewka gĺowĹ wysadziĺa oknem - ZieliĄski! - zawoĺaĺ! ZieliĄski! Kažcie Nowakowi zaĺataŹ tĹ rynnĹ! - I oddaliĺ siĹ wolno alejć grabowć z ogrodnikiem ZieliĄskim za sobć z tyĺu z czapkć w rĹku. Zygmunt zbližyĺ siĹ do mnie i ujćĺ pod ramiĹ. - Nie wiem, czy lubisz czasem takć starć, przejrzaĺć nieco, wiejskć babĹ - bo ja lubiĹ babĹ - Henry× Pac wprowadziĺ tĹ modĹ - lubiĹ babĹ - co pewien czas, muszĹ powiedzieŹ, lubiĹ babĹ - "j'aime parfois une simple baba", lubiĹ babĹ, do licha! LubiĹ babĹ! Hallali, hallali, lubiĹ babĹ zwykĺć i žeby byĺa starawa! Aha - lĹkaĺ siĹ, czy sĺužba nie wygadaĺa o jego starce, o "gdowie" Józefce, z którć spotykaĺ siĹ w krzakach nad jeziorem; dziwactwem mody siĹ asekurowaĺ, wcićgaĺ w to mĺodego Paca. Nie odpowiedziaĺem widzćc, že nic juž nie zdoĺa powstrzymaŹ puszczonych w ruch paĄstwa od dziwactwa, ta gwiazda szalona wzeszĺa znów na moim firmamencie i wspomniaĺem wszystkie przygody od czasu, kiedy Pimko mnie upupiĺ - ale ta wydawaĺa siĹ najgorsza. Udali×my siĹ z Zygmuntem na dziedziniec, gdzie wkrótce zjawiĺ siĹ wuj u wylotu grabowego szpaleru z ogrodnikiem ZieliĄskim z tyĺu z czapkć w rĹku. - śliczny czas - zawoĺaĺ do nas w powietrzu czystym. - Obeschĺo. Rzeczywi×cie, czas byĺ wspaniaĺy, na tle niebieskich przestworzy drzewa pokapywaĺy zĺotorudym listowiem, pinczerek wabiĺ siĹ z pudlem. MiĹtusa jednak nie byĺo. Nadeszĺa ciocia z dwoma grzybami na dĺoni, które z daleka pokazywaĺa z ĺagodnym i dobrotliwym u×miechem. Skupili×my siĹ przed gankiem, a poniewaž nikt nie chciaĺ przyznaŹ siĹ, že wĺa×ciwie - MiĹtusa szukamy, zapanowaĺa miĹdzy nami wyjćtkowa delikatno׏ i uprzejmo׏. Ciocia z dobrocić pytaĺa, czy komu nie zimno. Kawki siedziaĺy na drzewie. Na bramie podwórzowej siedziaĺy dziecka z umorusanymi palcami wsadzonymi w gĹby i gapiĺy siĹ na chodzćcych paĄstwa oraz ugadywaĺy co×, až Zygmunt przepĹdziĺ je tupniĹciem; ale po chwili zaczĹĺy gapiŹ siĹ poprzez sztachety, wiĹc jeszcze raz je przepĹdziĺ; zaczem ogrodnik ZieliĄski przegoniĺ je kamieniami - uciekĺy, ale spod studni ponownie wszczĹĺy gapienie, až wreszcie Zygmunt daĺ pokój, Konstanty za× kazaĺ przynie׏ jabĺek i ostentacyjnie jadĺ rozrzucajćc ĺupiny. Jadĺ przeciwko dzieckom. - Tereperepumpum - zamruczaĺ. MiĹtusa nie byĺo, czego nikt z nas nie podkre×laĺ w sĺowie, choŹ wszyscy potrzebowali konfrontacji i wyklarowania. Ježeli byĺ to po×cig, to po×cig niesĺychanie opieszaĺy, doskonale nonszalancki, prawie nie ruszajćcy z miejsca i dlatego - groŽny. PaĄsko׏ ×cigaĺa MiĹtusa, ale panowie i pani zaledwie siĹ poruszali. Jednakowož dĺužsze pozostawanie na dziedziĄcu wydawaĺo siĹ bezcelowe, zwĺaszcza že dziecka gapiĺy siĹ wcićž przez sztachety i Zygmunt poddaĺ, by zajrzeŹ na gumno. - PrzejdŽmy siĹ na podwórze - rzekĺ i powolnie spacerem skierowali×my siĹ w tamtć stronĹ, wuj Konstanty z ogrodnikiem z tyĺu z czapkć w dĺoni - a dziecka przeniosĺy gapienie spod sztachet - w okolice ×pichrza. Za bramć poczĹĺo siĹ bĺoto i gĹsi nas opadĺy, lecz wyskoczyĺ na nie karbowy; kulawy pies wyszczerzyĺ siĹ i zawarczaĺ, ale wyskoczyĺ stróž nocny. Psy na ĺaĄcuchach pod stajnić jĹĺy ujadaŹ i warczeŹ, rozdražnione obco×cić kostiumów - w istocie ja miaĺem na sobie szare ubranie miejskie, koĺnierzyk, krawat i buciki, wujaszek byĺ w sakpalcie, ciocia w czarnej plereuzie z futrem i w czóĺenkowatym kapeluszu, Zygmunt w szkockich poĄczochach i w pumpach. Krzyžowa to byĺa droga i powolna, najciĹžsza z dróg, jakie kiedykolwiek przebyĺem; dowiecie siĹ jeszcze o mych przygodach w prerii i po×ród Murzynów, ale nie dorówna Murzyn tej peregrynacji przez bolimowskie podwórze. Nigdzie - gorszego egzotyzmu. Nigdzie - zjadliwszej trucizny. Nigdzie pod stopami nie zakwitaĺy bardziej niezdrowe fantazmy i kwiaty - orchidee, nigdzie - tyle orientalnych motyli, o, žaden pierzasty koliber nie dorówna egzotykć gĹsi, której nie dotknĹĺy dĺonie. O, bo nic tu nie byĺo dotkniĹte naszymi rĹkami, fornale pod stodoĺć - nie dotkniĹci, dziewki pod pichrzem - nie dotkniĹte, nie dotkniĹte bydĺo i drób, widĺy, orczyki, ĺaĄcuchy, rzemienie i worki. Dziki drób, konie - mustangi, dzikie dziewki i dzikie ×winie. Co najwyžej gĹby fornali mogĺy byŹ dotkniĹte przez wuja oraz rĹka cioci dotykana byĺa przez fornali, którzy wyciskali na niej ludowe i hoĺdownicze caĺusy. Lecz poza tym nic i nic, i nic - nie znane i nie zaznane! Szli×my na naszych obcasach, gdy krowy wgoniono przez bramĹ, ogromne stado zapeĺniĺo po brzegi podwórze, pĹdzone i popĹdzane przez dziesiĹcioletnich chĺopaków, i znaleŽli×my siĹ po×ród bydlćt nie znanych i nie zaznanych. - "Attention"! - zawoĺaĺa ciocia. - "Attention, laissez les passer"! - Atasjćlesepa! Atasjćlesepa! - przedrzeŽniaĺy dziecka spod ×pichrza, lecz stróž nocny z karbowym skoczyli i odpĹdzili zarówno dziecka, jak krowy. Pod oborć nie zaznane dziewki buchnĹĺy ×piewkć ludowć - oj, dana! - Lecz sĺów nie možna byĺo wyrozumieŹ. śpiewaĺy može o paniczu? Lecz najbardziej byĺo nieprzyjemne, že paĄstwo wyglćdali jakby pod opiekć ludu, i choŹ panowali, wĺadali z caĺym ekonomicznym wyzyskiem, na zewnćtrz miaĺo to pozór pieszczotliwy, jakby chamstwo pie×ciĺo paĄstwo, a paĄstwo byĺo u chamów za pieszczocha - i karbowy, jako niewolnik, przenosiĺ ciociĹ przez kaĺužĹ, a zdawaĺo siĹ jednak, že pie×ci. Wysysali lud ekonomicznie, ale prócz ekonomicznego ssania odchodziĺo tež ssanie o charakterze infantylnym, nie tylko krew ssali, lecz i mleczko takže, i próžno wuj twardo i bezwzglĹdnie sklćĺ fornali, próžno ciocia po rĹkach, jak mama, dawaĺa siĹ caĺowaŹ z patryjarchalnć dobrocić - patryjarchalna dobroŹ ani najostrzejsze rozkazy nie zdoĺaĺy przytĺumiŹ wraženia, že dziedzic synkiem wypada ludowi, dziedziczka - córeczkć. Bo tež lud tutejszy nie byĺ jeszcze tak wymiĹtolony przez inteligentów jak owa podmiejska hoĺota, która w psy umykaĺa przed nami; byĺ odwieczny i nienaruszony, osadzony w sobie, že nawet przechodzćc z daleka, czuli×my moc jak stu tysiĹcy koni fornalskich spiĹtrzonych. Nie opodal kurnika gospodyni wpychaĺa tĺustemu indykowi gaĺki sycćc go ponad možno׏ na cze׏ paĄskich smaków i przygotowujćc smacznć potrawĹ dla paĄstwa. Pod kuŽnić Žrebakowi cugowemu dla szyku obcinano ogon, a Zygmunt poklepaĺ go po zadzie, zajrzaĺ w zĹby, koĄ bowiem byĺ jednć z tych nielicznych rzeczy, których dotykanie dozwolone byĺo paniczowi - a nie znane i wyssane dziewki za×piewaĺy mu jeszcze gĺo×niej: Oj, dana, dana, dana, dana! Ale my×l o starce zepsuĺa mu paniczykowato׏, osowiaĺy pu×ciĺ szyjĹ koĄskć i spojrzaĺ podejrzliwie na dziewki, czy przypadkiem nie ×miejć siĹ z niego. Stary, sĹkaty chĺop, równiež nie znany i trochĹ wyssany, podszedĺ i ucaĺowaĺ ciociĹ w dozwolonć czĹ׏ ciaĺa. Pochód nasz osićgnćĺ kres gumna. Za gumnem - droga i szachownica pól, przestwór. Z daleka, z daleka dojrzaĺ nas fornal wyssany, który byĺ zatrzymaĺ siĹ z pĺugiem, i natychmiast batem ×wisnćĺ konia. Wilgotna ziemia nie dozwalaĺa usić×cia i siedzenia. Po prawej rćczce paĄskiej - skiby, ržyska, ugory i torfowiska, po lewej rćczce - wiecznie zielony las, zieleĄ iglasta. MiĹtusa nigdzie nie byĺo. Dzika swojska kura dziobaĺa owies. Raptem o parĹset kroków MiĹtus wynurzyĺ siĹ z lasu - nie sam - z lokajczykiem u boku. Nie spostrzegĺ nas - ×wiata nie widziaĺ, zapatrzony, zasĺuchany, zapamiĹtaĺy w parobku. KrĹciĺ siĹ i podskakiwaĺ jak wymuszony fircyk, co chwila chwytaĺ za rĹkĹ i w oczy zaglćdaĺ. Parobek kpiĺ na potĹgĹ chĺopskim, ludowym prze×miechem i za pan brat klepaĺ po ramieniu. Szli skrajem zagajnika, MiĹtus z parobkiem - nie, parobek z MiĹtusem u boku! MIĹtus w zapamiĹtaniu siĹgaĺ wcićž do kieszeni i wtykaĺ co× parobkowi, prawdopodobnie - zĺotówki, a parobek, w spoufaleniu, kuksa mu dawaĺ. - Pijani! - szepnĹĺa ciocia... Nie pijani. Kula sĺoneczna, chylćc siĹ ku zachodowi, na×wietlaĺa i uwypuklaĺa. Parobek klepnćĺ MiĹtusa po policzku o zachodzćcym sĺoĄcu... Zygmunt jak z bicza wystrzeliĺ: - Walek! Lokajczyk daĺ nogĹ w las. MiĹtus jak gdyby naraz zastawiĺ siĹ w chodzie, wyrwany z czaru. ZaczĹli×my i׏ ku niemu ržyskiem na przeĺaj, wobec czego on ku nam zaczćĺ i׏. Lecz Konstanty nie chciaĺ rozprawiaŹ siĹ na ×rodku pola, gdyž dziecka wcićž gapiĺy siĹ z gumna i ssany chĺop oraĺ. - PrzejdŽmy siĹ po lesie - zaproponowaĺ nagle z wyjćtkowym ugrzecznieniem i wprost z pola weszli×my w ciemny zagajnik. Milczenie. Rozprawa nastćpiĺa pomiĹdzy choinami, gĹsto usadzonymi - w wielkiej ciasnocie stali×my tuž koĺo siebie. Wuj Konstanty trzćsĺ siĹ wewnĹtrznie, ale podwoiĺ ugrzecznienie. - WidzĹ, že towarzystwo Walka odpowiada panu - zagaiĺ z subtelnć ironić. MiĹtus odrzekĺ piskliwie i z bladć nienawi×cić. - Odpowiada... W kolczastej choinie, z gaĺĹziami przysĺoniĹtć gĹbć, niczym lis osaczony przez nagankĹ - o dwa kroki od niego ciocia w iglastym drzewku, wuj, Zygmunt... Lecz wuj zagadnćĺ z najwyžszym chĺodem i ledwie dostrzegalnym sarkazmem. - Pan podobno bra... ta siĹ z Walkiem? Pisk nienawistny, rozžarty... - Bra... tam siĹ! - Kociu - odezwaĺa siĹ ciocia z dobrocić - chodŽmy. Tu wilgoŹ! - GĹsty zagajnik. Trzeba bĹdzie wycićŹ co trzecić - powiedziaĺ Zygmunt do ojca. - Bra... tam siĹ! - zaskomlaĺ MiĹtus. Nie przypuszczaĺem, že na tĹ mĹkĹ go skažć. Po tož wleŽli w zagajnik, aby udawaŹ gĺuchych? Po tož ×cigali, aby dopadĺszy wzgardziŹ? Gdziež wyja×nienia? Gdzie rozprawa? Perfidnie odwrócili role, nie zaĺatwiali go - tak byli dumni, tak im ×pieszno byĺo do wzgardy, že nawet zrezygnowali z klarowania. Bagatelizowali. Lekcewažyli. Nie dostrzegali - ach, paĄstwo w×ciekli i podli! - A pan na gajowego wylazĺ! - krzyknćĺ. - Wylazĺ pan na gajowego ze strachu przed dzikiem! Wiem o tym! wszyscy gadajć! Tereperepumpum! Tereperepumpum - przedrzeŽniaĺ tracćc w gniewie resztĹ panowania nad sobć. Konstanty zacisnćĺ wargi i - milczenie. - Walek zostanie wyrzucony na pysk! - Zygmunt chĺodno powiedziaĺ do ojca. - Tak, Walek zostanie zwolniony - podchwyciĺ zimno wuj Konstanty. - Przykro mi, ale nie zwykĺem tolerowaŹ zdemoralizowanej sĺužby. M×cili siĹ na Walku! Ach, paĄstwo perfidni i podli, nie raczyli mu nawet odpowiedzieŹ, tylko wyrzucali Walka - poprzez Walka go ugodzili. Czyž nie tak samo stary Franciszek w kredensie jemu nie powiedziaĺ sĺowa, a Walka i dziewkĹ zbesztaĺ? Choina zadržaĺa i niechybnie byĺby im skoczyĺ do oczu - wtem gajowy w zielonym kubraku, ze strzelbć przez ramiĹ, wynurzyĺ siĹ tuž koĺo nas z gĹstwiny i zasalutowaĺ sĺužbi×cie. - WĺaŽ pan na niego! - krzyknćĺ MiĹtus. - WĺaŽ pan na niego, bo dzik! Dzik!!!... Starka, starka, Józefka! - cisnćĺ jeszcze Zygmuntowi i popĹdziĺ w las jak oszalaĺy. - PopĹdziĺem za nim. - MiĹtus, MiĹtus! - woĺaĺem bez skutku, a chojary tĺukĺy, biĺy mi mojć gĹbĹ! Za nic nie chciaĺem dopu×ciŹ do jego samotno×ci w lesie. Skakaĺem przez wykroty i jary, nory, szczeliny, korzenie. Z zagajnika wybiegli×my w bór, zwiĹkszyĺ szybko׏ i pĹdziĺ, i pĹdziĺ jak dzik oszalaĺy. Nagle ZosiĹ ujrzaĺem, która spacerowaĺa po lesie i nudzćc siĹ zbieraĺa grzyby na mchach. PĹdzili×my wprost na nić i zlćkĺem siĹ, žeby z w×ciekĺo×ci nie zrobiĺ jej czego× zĺego. - Uciekaj! - krzyknćĺem. Gĺos mój musiaĺ byŹ naglćcy, bo rzuciĺa siĹ do ucieczki - a MiĹtus widzćc, že ucieka, zaczćĺ jć goniŹ i ×cigaŹ! Dobywaĺem z siebie ostatków pĹdu, žeby przynajmniej na czas dopa׏ go, gdy jej dopadnie - na szczĹ×cie potknćĺ siĹ o korzeĄ i legĺ na maĺej polanie. Nadbiegĺem. - Czego? - burknćĺ przywarĺszy twarzć do mchów. - Czego? - Wracaj do domu! - Ja×nie paĄstwo! - strzyknćĺ tym sĺowem przez zĹby. - Ja×nie paĄstwo! IdŽ, idŽ! Ty takže - ja×nie pon! - Nie, nie! - Hale! Jezde×! Ja×nie pon! Ja×nie pon! - MiĹtus, do domu chodŽ - to trzeba przerwaŹ! NieszczĹ×cie bĹdzie! Trzeba przerwaŹ, przecićŹ - zaczćŹ inaczej! - Ja×nie pon! PaĄstwo, cholera! Nie dadzom! DraĄstwo! O Jezu! I ciebie tyž przekabacili! - PrzestaĄ, to nie twój jĹzyk! Jak mówisz? Jak mówisz do mnie? - Mój, mój... Nie dom! Mój! Zostaw go! WyrzucoŹ chcom Walka! WyrzucoŹ! Nie dom - mój - nie dom!... - ChodŽ do domu! Niesĺawny powrót! Rozbucaĺ siĹ, rozlamentowaĺ, rozžaliĺ polnym zawodzeniem - o, rety, oj, dola, dola! Na gumnie dziewki, fornale dziwowali siĹ i cudowali z pana, który zawodziĺ po ichniemu. Zmierzchaĺo, gdy×my przemknĹli przez ogrodowć werandĹ; kazaĺem mu czekaŹ w naszym pokoju na górze, sam za× poszedĺem rozmówiŹ siĹ z wujem Konstantym. W fiumuarze spotkaĺem Zygmunta, z rĹkami w kieszeniach, chodzćcego od ×ciany do ×ciany. Panicz byĺ zapieniony wewnćtrz, a na zewnćtrz sztywny. Dowiedziaĺem siĹ z jego oschĺych wypowiedzi, že Zosia przybiegĺa z lasu ledwie žywa i - jak siĹ zdaje - nabawiĺa siĹ zaziĹbienia, ciocia mierzy jej temperaturĹ. Walkowi, który juž wróciĺ do kuchni, zabroniono wstĹpu na pokoje, a jutro wczesnym rankiem nastćpi zwolnienie i wyrzucenie. Zaznaczyĺ dalej, že nie czyni mnie odpowiedzialnym za skandaliczne wybryki "pana MiĹtalskiego", choŹ - jego zdaniem - powinien bym nieco staranniej dobieraŹ przyjacióĺ. Ubolewa, že nie bĹdzie mógĺ dĺužej cieszyŹ siĹ moim towarzystwem, lecz nie sćdzi, aby dĺužsze pozostawanie w Bolimowie mogĺo byŹ dla nas przyjemne. Jutro o dziewićtej z rana odchodzi pocićg do Warszawy, dyspozycje furmanowi zostaĺy wydane. Co za× do kolacji, to bĹdziemy woleli zapewne zje׏ u siebie, na górze, Franciszek otrzymaĺ juž stosowne polecenie. Wszystko to podaĺ mi do wiadomo×ci tonem nie dopuszczajćcym dyskusji, póĺurzĹdowo i w charakterze syna swych rodziców. - Co do mnie - wycedziĺ - zareagujĹ inaczej. PozwolĹ sobie doraŽnie ukaraŹ pana MiĹtalskiego za obrazĹ ojca i siostry. NaležĹ do korporacji Astoria. I groŽbĹ policzka wyrzuciĺ z siebie! Pojćĺem, o co mu chodziĺo. Chciaĺ zdyskwalifikowaŹ tĹ twarz, która braĺa od gminu po mordzie, chciaĺ pobiciem usunćŹ jć z listy paĄskich honorowych twarzy. SzczĹ×ciem, wuj Konstanty wszedĺszy do pokoju usĺyszaĺ jego pogróžki. - Jakiego "pana MiĹtalskiego"? - zawoĺaĺ. - Kogo chcesz policzkowaŹ, mój Zygmuncie? Niedowarzonego chĺystka w wieku szkolnym? Po pupie smarkaczowi daŹ! - i Zygmunt zajćknćĺ siĹ i zaczerwieniĺ w swoim honorowym przedsiĹwziĹciu. Po tych sĺowach wuja nie mógĺ policzkowaŹ, rzeczywi×cie, majćc lat dwadzie×cia parĹ, nie mógĺ walnćŹ honorowo wyrostka o niespeĺna osiemnastu wiosnach, zwĺaszcza gdy ta cecha osiemnastki zostaĺa podkre×lona i uwypuklona. Najgorsze byĺo jednak, že MiĹtus wĺa×ciwie znajdowaĺ siĹ w wieku przej×ciowym, i je×li paĄstwo mogli uznaŹ go smarkaczem, dla gminu, który wcze×niej dojrzewa, byĺ juž caĺć gĹbć panem, twarz jego miaĺa dla nich peĺny walor paĄskiego oblicza. Jakže wiĹc - twarz do׏ dobra, aby Walek biĺ jć jako paĄskć, a za maĺo, by paĄstwo mogli wymierzyŹ sobie na niej satysfakcjĹ? Zygmunt spojrzaĺ na ojca z w×ciekĺo×cić za tĹ niesprawiedliwo׏ natury. Lecz Konstanty nawet nie dopuszczaĺ my×li, by MiĹtus mógĺ byŹ czym innym niž szczeniakiem, on, który przy obiedzie przepijaĺ doĄ za pan brat na gruncie homoerotycznym, teraz odžegnywaĺ siĹ od wszelkiej wspólno×ci, traktowaĺ jak mĺokosa, smarka, wiekiem bagatelizowaĺ! Duma nie pozwalaĺa! Rasa burzyĺa siĹ, rasa! Pan, któremu Historia w nieubĺaganym pochodzie odbieraĺa wĺo×ci i wĺadzĹ, pozostaĺ przeciež rasowy duszć i ciaĺem, zwĺaszcza ciaĺem! Mógĺ wytrzymaŹ reformĹ rolnć i ogólnikowe prawno_polityczne zrównanie, ale burzyĺa siĹ krew na my×l o osobistej i fizykalnej równo×ci, o po... brataniu osobowym. Tu zrównanie wkraczaĺo juž na tereny skćpane w mrokach osoby - w odwieczne ostĹpy rasy, na których stražy staĺ instynktowny, nienawistny odruch, wstrĹt, zgroza, abominacja! Niech zabierajć majćtek! Niech wprowadzajć reformy! Ale niech rĹka paĄska nie szuka rĹki parobczaĄskiej, niech policzki nie szukajć ĺapy. Jak to, dobrowolnie, z czystej tĹsknoty jedynie, dćžyŹ do gminu? Zdrada rasowa, kult sĺužby, kult bezpo×redni, naiwny czĺonków, ruchów, powiedzeĄ sĺugi, ukochanie istotno×ci chamskiej? I w jakimže poĺoženiu byĺ pan, którego sĺužćcy stanowiĺ przedmiot podobnie jaskrawych owacji ze strony innego pana - nie, nie, MiĹtus nie jest žadnym panem, zwyczajny smarkacz i mĺokos! To smarkaczowskie wybryki pod wpĺywem agitacji bolszewickiej. - WidzĹ, že prćdy bolszewickie panujć ×ród mĺodziežy szkolnej - mówiĺ, jak gdyby MiĹtus byĺ žakiem_rewolucjonistć, nie za× kochankiem rasowym. - Po pupie! - ×miaĺ siĹ. - Po pupie! I nagle przez uchylony lufcik wdarĺy siĹ szurgoty i piski, dolatujćce z krzaków w pobližu kuchni. Wieczór byĺ ciepĺy, sobota... Parobki z folwarku przyszĺy do dziewek kuchennych i gziĺy siĹ... Konstanty wychyliĺ gĺowĹ przez lufcik. - Kto tam? - zawoĺaĺ. - Nie wolno! Kto× smyrgnćĺ w gćszcz. Kto× siĹ roze×miaĺ. KamieĄ, frygniĹty z siĺć fizycznć, upadĺ pod oknem. I kto× za krzakami gĺosem umy×lnie zmienionym rozdarĺ siĹ wniebogĺosy: "Hej, pliszka, pliszka, pliszka, hej, pliszka na dĹbie!@ Hej, bierze pon po gĹbie, hej, bierze po gĹbie!@ Hu, ha!"@ I jeszcze raz kto× pisnćĺ, za×miaĺ siĹ! Juž wie׏ siĹ rozeszĺa miĹdzy ludem. Wiedzieli. Dziewczyny kuchenne musiaĺy wygodoŹ parobkom. Naležaĺo siĹ tego spodziewaŹ, a jednak nerwy dziedzica nie wytrzymaĺy bezczelno×ci, z jakć wy×piewywano pod oknami. Zaprzestaĺ bagatelizowania, czerwone plamy wystćpiĺy mu na policzki i w milczeniu wyjćĺ rewolwer. Na szczĹ×cie, ciocia zjawiĺa siĹ w samć porĹ. - Kociu - zawoĺaĺa z dobrocić, nie tracćc czasu na pytania. - Kociu, poĺóž to! Poĺóž to! ProszĹ ciĹ, poĺóž to, nie znoszĹ nabitej broni, je×li chcesz mieŹ to przy sobie, wyjm ĺadunki! I jak przed chwilć on zbagatelizowaĺ pogróžki Zygmunta, tak teraz ona i jego zbagatelizowaĺa. Ucaĺowaĺa go - i z rewolwerem w rĹku zostaĺ ucaĺowany - poprawiĺa mu krawat, czym do reszty uniemožliwiĺa rewolwer, zamknĹĺa lufcik, bo cugi, i wykonaĺa mnóstwo tym podobnych czynno×ci pomniejszajćcych i troszeczkujćcych niestrudzenie. Rzuciĺa na szalĹ wypadków caĺć krćgĺo׏ swej osoby, promieniujćcej ĺagodnym ciepĺem matczynym, które opatulaĺo jak wata. WziĹĺa mnie na bok i ukradkiem daĺa mi trochĹ cukierków, które miaĺa w maĺej torebce. - Oj, wisusy wisusy - szepnĹĺa z dobrotliwym wyrzutem - co×cie nabroili najlepszego! Zosia chora, wuj zdenerwowany, oj, te wasze romanse z ludem! Ze sĺužbć trzeba umieŹ postĹpowaŹ, nie možna siĹ poufaliŹ, trzeba ich znaŹ - to ludzie ciemni, niewyrobieni, jak dzieci. Kiku×, syn wujostwa Stasiów, takže miaĺ okres chĺopomanii - dodaĺa przyglćdajćc mi siĹ - a ty nawet podobny jeste× do niego, o, tutaj w kćcikcah nosa. No, nie gniewam siĹ, ale na kolacjĹ nie przychodŽcie, bo wuj sobie nie žyczy, przy×lĹ wam konfiturki na pocieszenie - a pamiĹtasz, jak ciĹ wybiĺ nasz dawny lokaj, Wĺadysĺaw, za to, že× go przezywaĺ "morusem"? Podĺy Wĺadysĺaw! Dotćd siĹ trzĹsĹ! Zwolniĺam go od razu. BiŹ takiego anioĺka! Mój skarbek! Moje wszystko! Moje kroŹstotysiĹcy! Ucaĺowaĺa mnie w nagĺym przypĺywie roztkliwienia i znowu daĺa cukierków. Odszedĺem prĹdko z cukierkami dziciĄstwa w ustach, a odchodzćc sĺyszaĺem jeszcze, jak prosiĺa Zygmunta, by zmierzyĺ jej puls, i panicz ujćĺ jć w przegubie i mierzyĺ patrzćc na zegarek - mierzyĺ puls matce, która opadĺszy na kanapĹ, patrzyĺa w przestrzeĄ. Z cukierkami wracaĺem na górĹ i czuĺem siĹ niezbyt realnie, lecz wobec tej kobiety každy stawaĺ siĹ nierzeczywisty, miaĺa ona dziwnć umiejĹtno׏ roztapiania ludzi w dobroci, pĺawienia ich w chorobach i mieszania z czĹ×ciami ciaĺa innych ludzi - czyžby ze strachu przed sĺužbć? "Dobra, bo dusi" - przypomniaĺo mi siĹ okre×lenie Walka. "Dusi, to jakže ma nie byŹ dobrotliwa?" Poĺoženie czyniĺo siĹ groŽne. Wzajemnie siĹ bagatelizowali, wuj z dumy, a ciocia ze strachu, i temu tylko naležaĺo przypisaŹ, že dotychczas nie byĺo wystrzaĺu - ani Zygmunt nie strzeliĺ MiĹtusa, ani wuj nie wystrzeliĺ z rewolweru. Z rado×cić my×laĺem o wyjeŽdzie. MiĹtusa zastaĺem na podĺodze z gĺowć wtulonć w ramiona - miaĺ teraz skĺonno׏ do zakrywania gĺowy, otaczania, okrĹcania jej ramionami, nie ruszaĺ siĹ, z gĺowć wtulonć zawodziĺ cicho i jĹczaĺ mĺodo i polnie. - Hejta, hejta - mamrotaĺ. - Hajze, hajze! - i inne sĺowa bez zwićzku, szare i zgrzebne jak ziemia, zielone jak mĺoda leszczyna, chĺopskie, ludowe i mĺode. Utraciĺ juž resztki wstydu. Nawet wej×cie Franciszka z kolacjć nie przerwaĺo jego lamentów i cichych wsioskich rozžaleĄ; doszedĺ do tej granicy, za którć juž nie wstydzimy siĹ tĹskniŹ do sĺužby przy sĺužbie, i wzdychaŹ do lokajczyka w obecno×ci starego lokaja. Nigdy až dotćd nie widziaĺem nikogo z inteligentów w stanie takiego upadku. Franciszek nie spojrzaĺ w tĹ stronĹ, ale rĹce mu držaĺy z awersji, gdy stawiaĺ tacĹ na stole i trzasnćĺ drzwiami wychodzćc. MiĹtus nie wzićĺ do ust ani kĹsa i nie mógĺ siĹ utuliŹ - co× mu siĹ tam gaworzyĺo, kumkaĺo, co× tĹskniĺo i wytĹskniaĺo, co× zasnuwaĺo mgĺć, z czym× tam barowaĺ siĹ, stĹkaĺ, jakiesi× prawa wywodziĺ... To znowu zwykĺa zĺo׏ chamska rwaĺa za grdykĹ. Wujostwu tylko przypisywaĺ swe niepowodzenia z parobkiem, paĄstwo zawinili, paĄstwo, gdyby nie ich przeszkody i wstrĹty, na pewno by siĹ po... brataĺ! Dlaczego mu przeszkodzili? Dlaczego przepĹdzili Walka? Na próžno tĺumaczyĺem, že jutro trzeba wyjechaŹ. - Nie wyjode, powiedom, nie wyjode, jescebyk! Niech ta se sami wyježdžajom, jak kcom! Tu Walek, tu i jo bede. Z Walkiem! Z Walkiem mojem jedynem, oj, dana, dana, z parobcokiem! Nie mogĺem siĹ z nim porozumieŹ, byĺ zatracony w parobku, przestaĺy dlaĄ istnieŹ jakiekolwiek wzglĹdy ×wiatowe. A kiedy nareszcie zrozumiaĺ niemožno׏ pozostania, przeraziĺ siĹ, zabĺagaĺ, by nie zostawiaŹ parobka. - Przez Walka nie wyjode! Walka jem nie ostawie! WeŽmy go - bĹde zarabioĺ, na žycie, dom - žebym tak skonaĺ, nie wyjode przez Walka mojego! Józiek, na rany boskie, przez Walka nie! Wygoniom ze dworu, to we wsi se znojde mieszkanie, u starki - dodaĺ jadowicie - u starki osionde! A cóž to! Ze wsi nie wygoniom! We wsi kužden ma prawo! Nie wiedziaĺem, co poczćŹ z tym fantem. Wcale nie byĺo wykluczone, že zamieszka u owej nieszczĹsnej starki Zygmunta, u "gdowy", jak mówiĺ lokajczyk, i stamtćd bĹdzie prze×ladowaĺ dwór i kompromitowaĺ wujostwo, rozpowiadaĺ tajemnice paĄskie jĹzykiem chamskim, on - zdrajca i donosiciel - chamom na po×miewisko! Wtem przeogromny policzek trzasnćĺ za oknem na dziedziĄcu. ZabrzĹczaĺo, psy odezwaĺy siĹ hurmem. PrzylgnĹli×my do szyb. Na ganku, widny w blasku padajćcym z domu, staĺ wuj Konstanty ze sztucerem, wpatrzony w ciemno׏. Powtórnie przyĺožyĺ broĄ do policzka i strzeliĺ - huk w nocy buchnćĺ jak raca. Poszĺo w dal na ciemne okolice. Psy rozpĹtaĺy siĹ. - Do parobka strzylo! - MiĹtus mnie zĺapaĺ kurczowo. - W Walka cyluje! Konstanty strzelaĺ na postrach. Czy znowu sĺužba folwarczna wy×piewaĺa co? Czy strzeliĺ, bo nie wytrzymaĺ nerwowo, bo byĺ juž naĺadowany wystrzaĺem od chwili, kiedy w fiumuarze wyjćĺ rewolwer z szuflady? Któž wiedziaĺ, co siĹ w nim dziaĺo? Czy byĺ to akt terroru, poczĹty z dumy i pychy? Rozsrožony pan gĺosiĺ hukiem až het po najdalsze drogi i wierzby samotne na miedzach, že czuwa w peĺnym uzbrojeniu. Ciocia wypadĺa na ganek i prĹdko cukierkami poczĹstowaĺa, szalik mu zarzuciĺa na szyjĹ, wcićgnĹĺa do domu. Ale huk juž siĹ rozszedĺ bezpowrotnie. Gdy psy dworskie na moment ucichĺy, posĺyszaĺem daleki odzew psów na wsi i przez my×l mi przemknĹĺa wizja sensacji w×ród ludu - parobki i dziewki, i chĺopi pytajćcy siĹ jeden drugiego, a co to, bez co we dworze strzylajć! Dziedzic strzylo? Laczego strzylo? I plotka o mordobiciu, že mĺody pan w mordĹ wzićĺ od Walka, z ust do ust rosnćca, prowokowana rozgĺo×nym, ostentacyjnym wystrzaĺem. Nie zdoĺaĺem opanowaŹ nerwów. Powzićĺem decyzjĹ natychmiastowej ucieczki, zlćkĺem siĹ nocy w tym dworze podziemnie rozpanoszonym, peĺnym trujćcych miazmatów. UciekaŹ! Uciec natychmiast! Lecz MiĹtus nie chciaĺ bez Walka. A zatem, byle jak najprĹdzej uciec, zgodziĺem siĹ zabraŹ parobka. I tak przecie miaĺ zostaŹ zwolniony. Wreszcie stanĹĺo na tym, že doczekamy, až wszystko po×pi siĹ w domu, i wówczas udam siĹ do lokajczyka, namówiĹ do ucieczki, w razie oporu - nakažĹ! WrócĹ z nim do MiĹtusa i juž we trzech uradzimy, jak siĹ wydostaŹ na pole. Psy znaĺy Walka. ResztĹ nocy spĹdzimy na polu, po czym kolejć do miasta. Do miasta, co žywo! Do miasta, gdzie czĺowiek jest mniejszy, lepiej osadzony w ludziach i podobniejszy do ludzi. Minuty przecićgaĺy siĹ w nieskoĄczono׏. Pakowali×my rzeczy i obliczali pienićdze, a prawie nie tkniĹtć kolacjĹ zawinĹli×my w chustkĹ od nosa. Po dwunastej, sprawdziwszy przez okno, že ciemno׏ zalegĺa pokoje, zdjćĺem obuwie i boso wyszedĺem na maĺy korytarzyk, ažeby jak najciszej przedostaŹ siĹ do kredensu. Gdy MiĹtus zawarĺ drzwi odbierajćc ostatni promyczek ×wiatĺa, gdy przystćpiĺem do czynu i rozpoczćĺem zapuszczanie siĹ po kryjomu w u×piony dom, zrozumiaĺem, jak oszalaĺe jest moje przedsiĹwziĹcie i zwariowany cel - zagĺĹbiaŹ siĹ w przestrzeĄ dla porywania parobka. Dopiero czyn wywabia z szaleĄstwa caĺe szaleĄstwo? Posuwaĺem siĹ noga za nogć, podĺoga czasem skrzypnĹĺa, nad puĺapem szczury siĹ gryzĺy i kiksowaĺy. Za mnć w pokoju pozostaĺ MiĹtus ludowy; pode mnć na parterze wuj, ciocia, Zygmunt i Zosia, do których sĺugi zmierzaĺem bezszelestnie i bosć stopć; przede mnć w kredensie ów sĺuga jako cel wszystkich zabiegów. Musiaĺem bardzo uwažaŹ. Gdyby mnie kto× tutaj odkryĺ na korytarzu, po ciemku, czyž mógĺbym wyja×niŹ sens eskapady? Jakimi drogami dochodzi siĹ do tych krĹtych i anormalnych dróg? Normalno׏ jest linoskoczkiem nad otchĺanić anormalno×ci. Ilež utajonego szaĺu zawiera zwykĺy porzćdek - sam nie wiesz, kiedy i jak bieg zdarzeĄ doprowadza ciĹ do porywania parobka i uciekania na pole. ZosiĹ raczej naležaĺo porwaŹ. Je×li juž kogo miaĺem porywaŹ, to ZosiĹ, normalne i prawidĺowe byĺoby porwanie Zosi z wiejskiego dworu, je×li juž kogo, to ZosiĹ, ZosiĹ, a nie gĺupiego, idiotycznego parobka. I w pomroce korytarzyka nawiedziĺa miĹ pokusa porwania Zosi, klarownego, czystego porwania Zosi, o, ZosiĹ porwaŹ klarownie! Hej, ZosiĹ porwaŹ! ZosiĹ porwaŹ dojrzale, po paĄsku i po szlachecku, jak tylokrotnie porywano. Musiaĺem broniŹ siĹ przed tć my×lć, wykazywaŹ jej bezzasadno׏ - a jednak im dalej brnćĺem po zdradzieckich deskach podĺogi, tym bardziej normalno׏ nĹciĺa, wabiĺo proste i naturalne porwanie w przeciwieĄstwie do tego zawikĺanego porwania. Potknćĺem siĹ o dziurĹ - pod palcami stóp miaĺem dziurĹ, dziurĹ w podĺodze. Skćd dziura? Wydaĺa mi siĹ znajoma. Witaj, witaj - to moja dziura, jam przeciež zrobiĺ tĹ dziurĹ przed laty! Dostaĺem maĺć siekierkĹ od stryja na imieniny, siekierkć wyĺupaĺem dziurĹ. Ciocia przybiegĺa. Tu staĺa, krzyczaĺa na mnie, przypomniaĺy siĹ, jak žywe, luŽne fragmenty poĺajaĄ, akcenty krzyku - a ja jć z doĺu siekierkć ciach w nogĹ! Ach, ach, krzyknĹĺa! Jej krzyk jeszcze byĺ tu - stanćĺem, jakby mnie za nogĹ zĺapaĺa scena, której juž nie byĺo, a która przeciež byĺa tutaj, w tym miejscu. Ciachnćĺem w nogĹ. Ujrzaĺem wyraŽnie w ciemni, jakem jć ciachnćĺ, nie wiedzieŹ czemu, mimowolnie, automatycznie, i jak krzyknĹĺa. KrzyknĹĺa i skoczyĺa. Czyny moje obecne mieszaĺy siĹ i przeplataĺy z czynami dokonanymi w przeszĺym, zaprzeszĺym czasie, nagle zĺapaĺa mnie držćczka, szczĹki siĹ zacisnĹĺy. Na Boga, wszak mogĺem byĺ odcićŹ jej nogĹ, gdybym siĹ mocniej zamachnćĺ, jakie szczĹ×cie, že nie miaĺem do׏ siĺy, bĺogosĺawiona sĺabo×ci. Lecz teraz miaĺem juž siĺĹ. A czyby, zamiast do parobka, nie pój׏ do sypialnego cioci i ciachnćŹ mocno siekierć? Precz, precz, dzieciĄstwo. DzieciĄstwo? Alež, na Boga ×wiĹtego, parobek tež byĺ dzieciĄstwem, ježeli szedĺem po parobka, to wĺa×ciwie mogĺem pój׏ i ciachnćŹ ciociĹ, jedno drugiego byĺo warte - ciachnćŹ, ciachnćŹ! O, dziecinada. Ostrožnie macaĺem stopć, gdyž každe gĺo×niejsze skrzypniĹcie mogĺo mnie zdradziŹ, ale zdawaĺo mi siĹ, že jako dziecko macam i jako dziecko idĹ. O, dziecinada. Trojakie byĺo dzieciĄstwo, które siĹ mnie uczepiĺo, z jednym daĺbym sobie radĹ, ale trojakie byĺo. Pierwsze, dzieciĄstwo wyprawy po lokajczyka - parobka. Drugie, dzieciĄstwo wspomnieĄ przežytych tutaj przed laty. Trzecie, dzieciĄstwo paĄsko×ci, jako pan tež byĺem dzieckiem. O, sć miejsca na ziemi i w žyciu bardziej lub mniej dziecinne, lecz dwór wiejski chyba najdziecinniejszym jest miejscem. Tu paĄstwo i lud wzajemnie trzymajć i przytrzymujć siĹ w dziecku, tu každy každemu dzieciakiem. ZagĺĹbiajćc siĹ na bosaka w korytarz, maskowany czernić, szedĺem jak w przeszĺo׏ szlacheckć i w dzieciĄstwo wĺasne, a ×wiat zmysĺowy, cielesny, infantylny i nieobliczalny obejmowaĺ, wsysaĺ i wcićgaĺ. ślepota dziaĺaĄ. Automatyzm odruchów. Atawizm instynktów. Fantazja paĄsko_dzieciĹca. Szedĺem jak w anachronizm przeolbrzymiego policzka, który byĺ jednocze×nie wielowiekowć tradycjć i infantylnym pla×niĹciem, wyzwalaĺ za jednym zamachem pana i dziecko. Domacaĺem siĹ porĹczy schodów, po której ongi zježdžaĺem napawajćc siĹ automatyzmem jazdy - z góry, až na sam dóĺ! Infant, infantyĺ - król, dziecko, pan_dziecko rozpĹdzone, och, gdybym teraz ciachnćĺ ciociĹ, juž by siĹ nie podniosĺa - i przeraziĺem siĹ wĺasnej siĺy, pazurów, szponów, kuĺaków, mĹžczyzny zlćkĺem siĹ w dziecku. Co robiĹ tu, na tych schodach, dokćd i po co idĹ? I znowu za×witaĺo w gĺowie porwanie Zosi jako jedyny možliwy powód wyprawy, jedyne mĹskie rozwićzanie i jedyne ulokowanie mĹžczyzny... ZosiĹ porwaŹ! ZosiĹ po mĹsku porwaŹ! OpĹdzaĺem siĹ od tej my×li, ale nagabywaĺa mnie... brzĹczaĺa we mnie. Na dole, w sionce, zatrzymaĺem siĹ. Gĺusza - nic nigdzie siĹ nie poruszyĺo, udali siĹ na spoczynek jak co dzieĄ, o zwykĺej godzinie, na pewno ciocia zapĹdziĺa wszystkich do ĺóžek i opatuliĺa koĺdrami. Inna rzecz, že ich spoczynek nie byĺ prawdopodobnie spoczynkiem, každy pod koĺdrć u siebie snuĺ kanwĹ przežytych zdarzeĄ. W kuchni tež cicho, tylko przez szparĹ kredensu bĺyszczaĺo ×wiatĺo, lokajczyk czy×ciĺ buciki, a na gĹbie jego žadnych nie dostrzegĺem przežyŹ, byĺa zwyczajna. Wsunćĺem siĹ zwolna, zamknćĺem drzwi, palec poĺožyĺem na ustach i szeptem w ucho z zachowaniem najwiĹkszych ostrožno×ci zaczćĺem namawianie. íeby zaraz wzićĺ czapkĹ, rzuciĺ wszystko, i szedĺ z nami, že do Warszawy jedziemy. Okropna rola, wolaĺbym nie wiem co niž owo namawianie gĺupie, i jeszcze w dodatku szeptem. Tym bardziej, že siĹ opieraĺ. Mówiĺem, že paĄstwo go zwolnić, že dužo lepiej dla niego uciec het, do Warszawy, z MiĹtusem, który da na utrzymanie - nie rozumiaĺ, nie mógĺ zrozumieŹ. - Na co mnie ta jakie× uciekanie - mówiĺ z instynktownć niechĹcić do wszelkich paĄskich wymysĺów i znowu my×l mnie opadĺa, že Zosia przyjĹĺaby ĺatwiej, z Zosić szept ten ponocny byĺby mniej bezzasadny. Brak czasu staĺ na przeszkodzie dĺužszym namowom. Trzasnćĺem w gĹbĹ i kazaĺem, wtedy posĺuchaĺ - ale trzasnćĺem przez ×cierkĹ. Przez ×cierkĹ trzasnćĺem w póĺgĹbek, musiaĺem ×cierkĹ przyĺožyŹ i przez nić trzasnćŹ dla unikniĹcia haĺasu - o, o! - przez ×cierkĹ w nocy biĺem po mordzie parobka. Usĺuchaĺ, choŹ ×cierka wzbudziĺa w nim pewnć wćtpliwo׏, gmin nie lubi odchyleĄ od normy. - ChodŽ, psiakrew - rozkazaĺem i wyszedĺem do sionki, on za mnć. Gdzie schody? Ciemno, choŹ oko wykol. W gĺĹbi skrzypnĹĺy drzwi i gĺos wuja zapytaĺ. - Kto tam? PrĹdko zĺapaĺem lokajczyka i pchnćĺem do stoĺowego. PrzycupnĹli×my za drzwiami. Konstanty zbližaĺ siĹ wolno i wszedĺ do pokoju, przesunćĺ siĹ tuž obok mnie. - Kto tam? - powtórzyĺ oglĹdnie, nie chcćc siĹ zbĺaŽniŹ na wypadek, gdyby nikogo nie byĺo. Rzuciwszy pytanie postćpiĺ za nim w gĺćb jadalni. Zatrzymaĺ siĹ. Nie miaĺ zapaĺek, a czerĄ byĺa nieprzenikniona. Zawróciĺ, ale po paru krokach przystanćĺ i uciszyĺ siĹ - uciszyĺ siĹ doskonale i od razu - czy w ciemno×ciach zaleciaĺ go specyficzny, ludowy zapach parobka, czy paĄska wydelikacona skóra poczuĺa ĺapy i gĹbĹ? Byĺ tak blisko, že mógĺby dosiĹgnćŹ nas rĹkć, lecz to wĺa×nie kazaĺo mu trzymaŹ rĹce przy sobie, za blisko byĺ, blisko׏ chwytaĺa go w potrzask. Znieruchomiaĺ, a bezruch jego z poczćtku wolno, potem coraz po×pieszniej kondensowaĺ siĹ w wyraz zatrwoženia. Nie sćdzĹ, aby byĺ tchórzem, choŹ jak mówiono, ze strachu wlazĺ na gajowego - nie, nie dlatego nie mógĺ siĹ ruszyŹ, že baĺ siĹ, lecz baĺ siĹ dlatego, že nie mógĺ siĹ ruszyŹ - gdyž skoro raz siĹ uciszyĺ i zahamowaĺ, z každć sekundć powziĹcie ruchu na nowo ze wzglĹdów czysto formalnych stawaĺo siĹ bardziej utrudnione. Przeraženie od dawna w nim tkwiĺo, a teraz tylko wychynĹĺo i spiknĹĺo siĹ w nim, cienkie kosteczki dziedzica stanĹĺy mu ko×cić w gardle. Parobek ani pisnćĺ. I tak stali×my we trzech o póĺ metra. Skóra siĹ obudziĺa, wĺos zježyĺ. Nie przerywaĺem tego. Kalkulowaĺem, že na koniec odzyska wĺadzĹ nad sobć i odstćpi umožliwiajćc nam odstćpienie i ucieczkĹ przez sionkĹ na górĹ, ale nie wzićĺem pod uwagĹ, že narastajćca trwoga podziaĺa paraližujćco - bo teraz, wiedziaĺem na pewno, nastćpiĺo wewnĹtrzne przeinaczenie i odwrócenie i juž nie dlatego baĺ siĹ, že nie mógĺ siĹ ruszyŹ, lecz ruszyŹ siĹ nie mógĺ ze strachu. Domy×laĺem siĹ na jego twarzy powagi przeraženia, musiaĺ mieŹ twarz skupionć, niezmiernie serio... i ja z kolei zaczćĺem siĹ baŹ - nie jego, lecz jego trwogi. Gdyby×my siĹ cofnĹli lub uczynili najlžejsze poruszenie, mógĺ siĹ rzuciŹ i zĺapaŹ nas. Ježeli miaĺ rewolwer, mógĺ wypaliŹ - chociaž nie, na strzaĺ byli×my zanadto przy nim, mógĺ fizycznie, lecz nie mógĺ psychicznie - bo czĺowiek musi poprzedziŹ wystrzaĺ wewnĹtrznym, dusznym wystrzaĺem, a na to brakowaĺo dystansu. Mógĺ jednak rzuciŹ siĹ z rĹkami. Nie wiedziaĺ, co to siĹ czai przed nim i w co wpakuje rĹce. My znali×my jego postaŹ - on nie znaĺ naszej. Chciaĺem wyjawiŹ, chciaĺem powiedzieŹ "wuju" albo co× w tym rodzaju. Po tylu sekundach, a može nawet minutach nie mogĺem juž, byĺo za póŽno - jak wytĺumaczyŹ milczenie? śmiaŹ mi siĹ chciaĺo, jakby mnie ĺaskotaĺ kto. Rozrost. Wyolbrzymianie. Wyolbrzymianie w czerni. Rozdymanie siĹ i rozszerzanie w poĺćczeniu z kurczeniem i napinaniem, wymigiwanie i jakie× wyĺuskiwanie ogólne i poszczególne, naprĹžanie zastygajćce i zastyganie naprĹžajćce, zawieszenie na cieniuteĄkiej niteczce oraz przeksztaĺcanie i przerabianie w co× - przetwarzanie, a dalej - popadniĹcie w system kumulatywny i wypiĹtrzajćcy i jak gdyby na wćskiej deseczce, wywindowanej na wysoko׏ szóstego piĹtra, z pobudzeniem wszelkich narzćdów. I podĺechtywanie. W sionce ozwaĺo siĹ czĺapanie, ale niemožno׏ drgniĹcia byĺa taka, že nikt z nas nie drgnćĺ. Zygmunt nadchodziĺ w pantoflach. - Jest tu kto? - zapytaĺ na progu. Daĺ kroka w gĺćb, powtórzyĺ: - Jest tu kto? - i ucichĺ, znieruchomiaĺ wyczuwszy, že co× siĹ ×wiĹci. Wiedziaĺ, že ojciec jest gdzie× tutaj, gdyž musiaĺ sĺyszeŹ uprzednio kroki i zapytania Konstantego - wiĹc czemu nie odzywaĺ siĹ ojciec? Lecz ojca zakorkowaĺy odwieczne strachy i trwogi, ha, ha, ha, nie mógĺ, nie mógĺ, bo baĺ siĹ! A syna zakorkowaĺ strach ojca. Zalćkĺ siĹ caĺć ilo×cić juž wyprodukowanego lĹku i uciszyĺ siĹ, jakby na wieki. Može zresztć z poczćtku zrobiĺo mu siĹ nijako, ale zaraz nijako׏ przybraĺa jako׏ lĹkowć i rosĺa na samej sobie. Da capo wyĺuskiwanie, nabrzmiewanie, wyolbrzymianie, potĹgowanie do 101 potĹgi, rozrastanie i napinanie, wydelikacanie, gĺaskanie, wytĹžanie, zasĺuchanie w monotonie, wypiĹtrzanie i zawisanie - bez koĄca, bez koĄca, bez kresu, tonćce w dóĺ i wzwyž, z Zygmuntem cokolwiek dalej. Dĺawienie, nieprzeĺykanie i tamowanie, trzymanie gĺowy, rozpadanie i rozpĹkanie, wysupĺywanie dĺugie, sumowanie, wypychanie i doprowadzanie, przerabianie i natĹžanie, natĹžanie... Minuta? Godzina? Co bĹdzie? Przez gĺowĹ przelatywaĺy mi ×wiaty. Przypomniaĺem sobie: wszak tutaj ongi× zaczaiĺem siĹ, žeby przestraszyŹ piastunkĹ - to samo miejsce - i omal siĹ nie roze×miaĺem. Cyt! Skćd ×miech? DosyŹ juž, trzeba koĄczyŹ, przerwaŹ, co bĹdzie, je×li dzieciĄstwo wyda siĹ wreszcie, gdyby mnie odkryli po tylim czasie z lokajczykiem, rzecz dziwna, niewytĺumaczalna, o, Zosia, z Zosić byŹ, z Zosić, nie z nim oddech zapieraŹ! Z Zosić nie byĺoby dziecinne! Nagle daĺem bezczelnego kroka i skryĺem siĹ za portierć, pewny, že nie o×mielć siĹ ruszyŹ. Jakož nie powažyli siĹ. Nastćpiĺa w ciemno×ciach, prócz lĹku, jaka× niezrĹczno׏, poza wszystkim niezrĹcznie im byĺo przerwaŹ ciszĹ, byŹ može, mieli ten zamiar, my×leli nad tym, ale nie wiedzieli, jak siĹ do tego zabraŹ. MówiĹ tu o ich wĺasnej ciszy. Bo mojć przerwaĺem poruszeniem. ByŹ može, my×leli juž tylko nad formalnć stronć zagadnienia, szukali pozorów, pretekstów, uzasadnienia zewnĹtrznego, najgorzej, že jeden drugiego krĹpowaĺ swojć obecno×cić i obaj my×liciele stali nie umiejćc zaprzestaŹ i przerwaŹ, a wypychanie i wysupĺywanie odbywaĺo siĹ bez ustanku. Odzyskawszy možno׏ poruszania postanowiĺem zĺapaŹ parobka, pocićgnćŹ i prĹdko wyj׏ do sieni, lecz zanim zrealizowaĺem decyzjĹ - ×wiatĺo, ×wiatĺo! - na podĺodze sĺaba po×wiata, skrzypniĹcie, czĺapanie, Franciszek, Franciszek nadchodzi ze ×wiatĺem, rysuje siĹ noga wujaszka, na ×wiatĺo, na ×wiatĺo, na jawno׏!! SzczĹ×cie, že byĺem za portierć! Ale ich stary sĺužćcy wycićgnćĺ na ×wiatĺo ze wszystkim, co dziaĺo siĹ po ciemku! I wystćpili: wuj, Zygmunt, lokajczyk - musieli wystćpiŹ! Wuj, z wĺosami trochĹ zježonymi, o krok od parobka, frontem zwróceni do siebie - a Zygmunt sterczćcy gĺĹbiej w pokoju, jak tyczka. - Chodzi kto? - zapytaĺ gĺosem stĹkliwym kamerdyner przy×wiecajćc maĺć naftowć lampkć; ale zapytaĺ poniewczasie, tylko dlatego, by uzasadniŹ nadej×cie. Widziaĺ ich przecie jak na dĺoni. Konstanty poruszyĺ siĹ. Co pomy×laĺ Franciszek widzćc go tuž przy lokajczyku? Dlaczego stali przy sobie? Nie mógĺ od razu siĹ cofnćŹ, lecz poruszeniem odstrychnćĺ siĹ od Walka; po czym daĺ kroka w bok. - Co tu robisz? - krzyknćĺ przemieniajćc w sobie strach na zĺo׏. Lokajczyk nie odpowiedziaĺ. Nie znalazĺ žadnej odpowiedzi. Staĺ z dužć ĺatwo×cić, ale zabrakĺo mu jĹzyka w gĹbie. Byĺ sam z panami. I milczenie syna ludu, jego nie wyja×nienie, rzucaĺo cieĄ podejrzany. Franciszek spojrzaĺ na wuja - paĄstwo po ciemku z Walkiem? Czy i dziedzic siĹ z nim podufali? - Stary sĺuga wyprostowany z lampć powlekaĺ siĹ zwolna czerwienić i gorzaĺ jak ĺuna o zmroku. - Walek! - wykrzyknćĺ Zygmunt. Wszystkie te wykrzykniki nie byĺy dobrze umieszczone w czasie, nastĹpowaĺy za wcze×nie albo za póŽno, i skuliĺem siĹ za kotarć. - Usĺyszaĺem, že kto× tu chodzi - zaczćĺ Zygmunt bezĺadnie na prawo i lewo. - Usĺyszaĺem, že kto× chodzi. Chodzi. Co× tu robiĺ? Co tu robiĺe×? Mówže! Czego tu chciaĺe×? Odpowiadaj!!! Odpowiadaj, psiakrew! - unosiĺ siĹ w okropnym nieĺadzie. - Wiadomo co - rzekĺ po dĺužszym, zabijajćcym milczeniu czerwony jak ogieĄ sĺužćcy. - wiadomo co, wielm. panie. Pogĺadziĺ bokobrody. - Srebro stoĺowe jest w szufladzie. A jutro wielm. paĄstwo mieli go zwolniŹ z obowićzku. To sobie zamiarowaĺ... grypsnćŹ. GrypsnćŹ! Ukra׏ chciaĺ! Znaleziono interpretacjĹ - ukra׏ chciaĺ i zostaĺ przyĺapany. Wszystkim, nie wyĺćczajćc Walka, zrobiĺo siĹ raŽniej, ja równiež za kotarć nieco zelžaĺem. Konstanty odsunćĺ siĹ od lokajczyka i usiadĺ na krze×le przy stole. Odzyskaĺ normalny paĄski stosunek do parobka wraz z caĺć pewno×cić siebie. Ukra׏ chciaĺ! - ChodŽ no tu - powiedziaĺ Konstanty - chodŽ no tu, mówiĹ... Bližej, bližej... - Nie lĹkaĺ siĹ juž zbliženia i wyraŽnie rozkoszowaĺ siĹ, že siĹ nie lĹka. - Bližej - powtarzaĺ - bližej - a Walek podchodziĺ nieufnie i opieszale - jeszcze bližej - i parobek dotykaĺ go prawie, a wtedy odwinćĺ siĹ i trzasnćĺ, siedzćc, trzasnćĺ po mordzie, jak Mane, Takel, Fares! - Ja ciĹ nauczĹ kra׏! - O, rozkoszy uderzenia przy ×wietle po owym strachu w ciemno×ciach, biŹ gĹbĹ, która straszyĺa, biŹ w ramach okre×lonych jasnym pojĹciem kradziežy! O, rozkoszy normalnego stosunku po tylu anormalnych stosunkach! Zygmunt idćc za przykĺadem ojca wycićĺ w zĹby jak w ogród wiszćcy Semiramidy! Trza×niĹciem plasnćĺ! Za kotarć zwinćĺem siĹ caĺy jak na szpulce. - Nie krodem! - powiedziaĺ parobek chwytajćc oddech. Na to czekali. To im umožliwiĺo wyzyskanie pozoru kradziežy do granic ostatecznych. - Nie kradĺe×? - powiedziaĺ Konstanty i nachyliwszy siĹ z krzesĺa palnćĺ w pysk. - Nie kradĺe×! - powiedziaĺ panicz i daĺ w pysk stojćc, krótko, wĹzĺowato. - Porwali siĹ. - Nie kradĺe×? Nie kradĺe×? - I z tym pytaniem powtarzanym cićgle, bez przerwy, tĺukli i szukali rĹkami gĹby, i wynajdywali jć, i walili krótko, sprĹžynowo lub zamachowo, z ĺoskotem! Zasĺaniaĺ siĹ ramionami, lecz oni umieli siĹ dobraŹ! Dĺugi czas mieli dostĹp tylko do gĹby, ale czuĺem, že to siĹ rozszerzy; jakož dziedzic przeĺamaĺ zaporĹ, zĺapaĺ za wĺosy, a poniewaž zĺapaĺ za wĺosy, jćĺ tĺuc ĺbem o blat kredensu. - Ja ciĹ nauczĹ kra׏! Ja ciĹ nauczĹ kra׏!... Ha, i zaczĹĺo siĹ! PrzeklĹta noc rozdymajćca! PrzeklĹta ciemno׏ wyolbrzymiajćca, ciemno׏ wydobywajćca, bez owej kćpieli w ciemno×ciach nie byĺoby tego. Byĺ na tym osad ciemno×ci. Rozhulaĺ siĹ Kostek ziemianin. Pod pozorami kradziežy praĺ za strach, za zgrozĹ, rumieniec, za po... bratanie z MiĹtusem, za wszystko wycierpiane. - To moje! Moje! - powtarzaĺ tĺukćc nim o szuflady, kanty, ornamenty, gzymsiki. - Moje, psiakrew! - I powoli zmieniaĺ siĹ sens tego "moje", nie wiadomo byĺo, czy chodzi o srebro i sztuŹce, czy tež o ciaĺo i duszĹ, wĺosy, obyczaje, rĹce, paĄsko׏, polor, kulturĹ i rasĹ, juž tĺukĺ nim nie o szufladĹ, lecz w przestrzeni tĺukĺ - odrzuciĺ pretekst! Zdawaĺo siĹ, že walćc i wywalajćc parobka siebie chce przeforsowaŹ, siebie, nie srebro ani majćtek, lecz siebie. Siebie forsowaĺ! Terror! Terror! SterroryzowaŹ, przeforsowaŹ, niech nie ×mie siĹ bra... taŹ ni godoŹ, ani cudowaŹ, niech przyjmie paĄstwo jak bóstwo! PaĄskć delikatnć rćczkć waliĺ mu w mordĹ swć istno׏! Tak indyk zaszczepia wróblowi indyka! Tak foksterier zaszczepia kundlowi kult foksteriera! Sowa sójce! Bawóĺ psu! Za portierć przecieraĺem oczy, chciaĺem krzyczeŹ, wzywaŹ pomocy, ale nie mogĺem. A Franciszek maĺć naftowć lampkć przy×wiecaĺ z boku. Ciocia! Ciocia! Czy mnie wzrok myliĺ, czy tež we drzwiach fiumuaru zobaczyĺem ciociĹ z cukierkami. Przeleciaĺa przeze mnie nadzieja, že ciotka može uratuje, zaĺagodzi - zneutralizuje. Nie! Podniosĺa rĹce jak do krzyku, ale zamiast krzyknćŹ u×miechnĹĺa siĹ ni w piĹŹ, ni w dziesiĹŹ, machnĹĺa rĹkć, wykonaĺa jeden, drugi ruch nieokre×lony i cofnĹĺa siĹ do fiumuaru. Udaĺa, že jej wcale nie ma, nie przyjĹĺa tego, co ujrzaĺa, nie zasymilowaĺa, dawka byĺa zbyt silna - i pierzchnĹĺa w sobie oraz pierzchnĹĺa w gĺćb, a raczej rozlaĺa siĹ do tyĺu w sposób tak mglisty, že miaĺem wćtpliwo׏, czy byĺa. Konstanty opadĺ z siĺ - i znowu porwaĺ siĹ do forsowania - a Zygmunt doskakiwaĺ z boku i takže forsowaĺ siebie, forsowaĺ i forsowaĺ, o ile tylko mógĺ dostaŹ siĹ rĹkć do parobka. Gdy wuj opadaĺ, on dopadaĺ i forsowaĺ caĺć potĹgć, przemocć, mocć! Przez zaci×niĹte szczĹki wypuszczali zdyszane wyrazy, jak na przykĺad: - A, to ja na gajowego wlazĺem! Na gajowego wlazĺem! A, to bra... taŹ siĹ zachciaĺo! - A, to ja starkĹ mam! I walili, žeby raz na zawsze przebiŹ i przemóc to wszystko! Forsowali, ale z zachowaniem reguĺ, nigdy w nogĹ, nigdy po plecach, tylko rĹkami walili, przewalali, wwalali w gĹbĹ! Nie bili siĹ z nim - nie bili go - tylko po mordzie dawali! I to im byĺo dozwolone. To byĺo formalnie od wieków zastrzežone. Franciszek za× stary przy×wiecaĺ i kiedy rĹce im pomdlaĺy, nadmieniĺ z taktem. - PaĄstwo wielm. oduczć kra׏! PaĄstwo wielm. oduczć! Przerwali wreszcie. Usiedli. Parobek ĺapaĺ powietrze, posoka pĺynĹĺa mu z ucha, gĹbĹ i gĺowĹ miaĺ zbitć do cna. PoczĹstowali siĹ papierosem, a stary skoczyĺ z zapaĺkć. Zdawaĺo siĹ, že skoĄczyli. Lecz Zygmunt pu×ciĺ kóĺeczko. - StarkĹ podaj! - zawoĺaĺ. - StarkĹ podaj! Czy oszaleli? Jakže miaĺ im starkĹ podawaŹ? Parobek zamrugaĺ okrwawionymi ×lepiami. - Kiej na wsi je, ja×nie panie! Potarĺem czoĺo. Lecz im chodziĺo nie o wiejskć, wstydliwć starkĹ JózefkĹ, a o tĹ wytrawnć, dojrzaĺć, znakomitć i paĄskć starkĹ, którć mieli w kredensie, w butelce! I gdy lokajczyk na koniec zrozumiaĺ i skoczyĺ do szafy, wydobyĺ butelkĹ, kieliszki, Zygmunt trćciĺ siĹ z ojcem i wychylili po kieliszeczku szlachetnej, wytrawnej starki. A potem drugi kieliszeczek! Trzeci i czwarty! - Juž my go nauczymy! Wytresujemy go! I zaczĹĺo siĹ, zaczĹĺo siĹ... až zwćtpiĺem, czy nie mylć mnie zmysĺy. Bo nic tak nie myli jak zmysĺy. Czy mogĺo to byŹ prawdziwe? Ukryty za portierć, na bosaka, nie byĺem pewny, czy widzĹ prawdĹ, czy dalszy cićg ciemno×ci - na bosaka czy možna widzieŹ prawdĹ, na bosaka? Zdejm buty, ukryj siĹ za portierć i patrz! Patrz boso! Kicz przeraŽliwy! GĹsto popijajćc dojrzaĺć, wytrawnć starkĹ, rozpoczĹli tresowanie parobka na wytrawnego lokajczyka. - To, tamto przynie×! - krzyczeli. - Kieliszki! Serwety! Chleb, buĺki! Zakćski! SzynkĹ! Nakryj! Podaj! - parobek biegaĺ i uwijaĺ siĹ, jak w ukropie. - I zaczĹli je׏ przed nim, smakowaŹ, popijaŹ i zagryzaŹ - forsowali jedzenie, forsowali jedzenie paĄskie. - PaĄstwo pijom! - zawoĺaĺ Konstanty wychylajćc kieliszek starki. - PaĄstwo jedzom! - wtórowaĺ Zygmunt. - Moje jem! Moje pijĹ! Ja pijĹ moje! Jem swoje! Moje, nie twoje! moje?! Znaj pana! - krzyczeli i podsuwali mu pod nos siebie samych, forsowali wszystkie wĺa×ciwo×ci swoje, žeby nie ×miaĺ do koĄca žycia krytykowaŹ i kwestionowaŹ, cudowaŹ ani wydziwiaŹ, žeby przyjćĺ jako rzecz samć w sobie. "Ding an sich"! I krzyczeli: - Co pan kaže, sĺuga musi! - I wyrzucali rozkazy, nie byĺo kresu rozkazom, a parobek speĺniaĺ i speĺniaĺ! - Caĺuj mnie w nogĹ! - caĺowaĺ. - UkĺoĄ siĹ! Padaj do nóg! - upadaĺ, a Franciszek jak na trćbce przygrywaĺ z taktem: - PaĄstwo wielm. tresujć! PaĄstwo wielm. nauczć! Tresowali! Przy stole poplamionym starkć, w ×wietle maĺej naftowej lampki! Dozwolone byĺo, poniewaž wiejskiego parobka tresowali na lokajczyka. Chciaĺem krzyknćŹ, že - nie, nie, dosyŹ - nie mogĺem. Wstydziĺem siĹ zdradziŹ, že widzĹ. Nie wiedziaĺem, czy widzĹ tak, jak jest, czy siĹ nie mylĹ, ile jest mojego w kiczu, który siĹ roztaczaĺ przede mnć, može gdybym w butach patrzyĺ, nie dojrzaĺbym tego. I držaĺem, aby jaki× obcy wzrok osoby trzeciej nie objćĺ mnie razem z tć scenć, jako czĹ׏ sceny. Kurczyĺem siĹ od razów pogĹbnych, które otrzymywaĺ parobek, dĺawiĺa miĹ rozpacz i trwoga, a jednak ×miaŹ mi siĹ chciaĺo, ×miaĺem siĹ mimo woli jak kto× podĺechtywany w piĹtĹ, o, Zosia, Zosia gdyby tu byĺa, ZosiĹ porwaŹ, z Zosić uciekaŹ jako dorosĺy mĹžczyzna! Oni za× tresowali cićgle, tresowali dojrzale, po paĄsku, niedojrzaĺego chĺopaka, z elegancjć, z bĺyskotliwo×cić nawet, rozparci na krzesĺach za stoĺem, popijajćc wytrawnć starkĹ. MiĹtus ukazaĺ siĹ we drzwiach! - Puscajta go! Puscajta! Nie krzyknćĺ. Pisnćĺ gardĺowo. Ruszyĺ na wuja! Nagle zobaczyĺem, že wszystko widaŹ! WidaŹ! Za oknami byĺ tĺum. Parobki, dziewki, fornale, chĺopi i baby, gospodynie, sĺužba folwarczna, domowa, wszyscy patrzyli! Okna byĺy nie zasĺoniĹte. Zwabiĺ ich haĺas ponocny! Patrzyli z poszanowaniem, jak paĄstwo ganiajom Walka - jak go psyucajom, mustrujom i tresujom na lokajczyka. - MiĹtus, uwažaj! - krzyknćĺem. Za póŽno. Konstanty zdćžyĺ jeszcze wzgardliwie odwróciŹ siĹ do niego bokiem i dodatkowo trzepnćŹ po mordzie lokajczyka. MiĹtus rzuciĺ siĹ, zĺapaĺ parobka, objćĺ rĹkami, przytuliĺ. - Mój! Nie dom! Nie dom! - Puscajta! - skowyczaĺ. - Puscajta go! Nie dom! - Smarkaczu! - wrzasnćĺ Konstanty. - Po pupie! Po pupie! Po pupie dostaniesz, smarkaczu! - Obaj z Zygmuntem rzucili siĹ na niego. Skowyt chĺopiĹcy MiĹtusa doprowadziĺ panów do szaĺu. ZbagatelizowaŹ po pupie! OdebraŹ wszelkie znaczenie jego bra... taniu siĹ, przy Walku i wobec gminu za oknem po pupie daŹ! - Ej ta, ej ta, ej ta! - pisnćĺ MiĹtus kulćc siĹ dziwnie. Uskoczyĺ za parobka. A ten, jak gdyby odzyskaĺ hardo׏ i ×miaĺo׏ wobec paĄstwa wskutek zbratania z MiĹtusem, w nagĺym spoufaleniu grzmotnćĺ po mordzie Konstantego. - Co siĹ pchosz? - krzyknćĺ ordynarnie. PĹkĺa mistyczna klamra! RĹka sĺugi spadĺa na paĄskie oblicze. Druzgot, taran i ×wieczki w oczach. Konstanty tak byĺ nie przygotowany, že wywaliĺ siĹ. Niedojrzaĺo׏ rozlaĺa siĹ wszĹdzie. BrzĹk stĺuczonej szyby. Ciemno׏. KamieĄ, frygniĹty celnie, stĺukĺ lampĹ. Pu×ciĺy okna - lud sforsowaĺ i zaczćĺ wĺaziŹ powoli, zaludniĺo siĹ w ciemno×ciach chĺopskimi czĹ×ciami ciaĺa. Duszno jak w kancelarii u rzćdcy. ťapy i stopy - nie, gmin nie ma stóp - ĺapy i nogi, ogromna ilo׏ ĺap i nóg, masywnych, ciĹžkich. Lud zachĹcony wyjćtkowć niedojrzaĺo×cić sceny, straciĺ szacunek i takže zapragnćĺ bra... taŹ siĹ. Usĺyszaĺem jeszcze pisk Zygmunta oraz pisk wuja - zdaje siĹ, že wziĹli ich jako× miĹdzy siebie i zabrali siĹ do nich do׏ wolno i niezrĹcznie, ale nie widziaĺem, bo ciemno... Wyskoczyĺem zza portiery. Ciocia! Ciocia! CiociĹ sobie przypomniaĺem. Pobiegĺem na bosaka do fiumuaru, zĺapaĺem ciociĹ, która na kanapie staraĺa siĹ nie egzystowaŹ, i nuže cićgnćŹ, pchaŹ w kupĹ, žeby siĹ zmieszaĺa z kupć. - Dziecko, dziecko, co robisz? - bĺagaĺa i kopaĺa, i cukierkami czĹstowaĺa, lecz wĺa×nie jako dziecko cićgnĹ i cićgnĹ, cićgnĹ do kupy, wpycham, juž jć majć, juž trzymajć! Juž ciotka w kupie! Juž w kupie! PopĹdziĺem przez pokoje. Nie uciekaŹ - pĹdziŹ, tylko pĹdziŹ, nic wiĹcej, jak tylko pĹdziŹ, pĹdziŹ popĹdzajćc siebie i dudnićc bosymi nóžkami! Wypadĺem na ganek! KsiĹžyc wypĺywaĺ zza chmur, lecz nie byĺ to ksiĹžyc, tylko pupa. Pupa niezmiernych rozmiarów nad wierzchoĺkami drzew. DzieciĹca pupa nad ×wiatem. I pupa. I nic, tylko pupa. Tam oni przewalajćcy siĹ w kupie, a tu pupa. Listki na krzakach držćce pod lekkim powiewem. I pupa. śmiertelna rozpacz zĺapaĺa mnie i przycisnĹĺa. Byĺem zinfantylizowany do szczĹtu. Dokćd biec? WracaŹ do dworu? Tam nic - plaskanina, packanina i przewalanie siĹ w kupie. Dokćd siĹ zwróciŹ, co poczćŹ, jak siĹ uĺožyŹ na ×wiecie? Gdzie siĹ umie×ciŹ? Byĺem sam - gorzej niž sam, bo zdziecinniaĺy. Nie mogĺem dĺugo sam, bez zwićzku z niczym. Pobiegĺem drogć skaczćc przez suche patyki jak konik polny. Szukaĺem zwićzku z czym×, nowego, chociažby tymczasowego ukĺadu, žeby nie sterczeŹ w pustym. CieĄ oderwaĺ siĹ od drzewa. Zosia! Zĺapaĺa mnie! - Co siĹ tam staĺo? - szeptaĺa. - Chĺopi napadli rodziców? Zĺapaĺem jć. - Uciekajmy! - odparĺem. Razem uciekali×my przez pola w nieznanć dal i ona byĺa jak porwana, a ja - jak porywajćcy. Biegli×my miedzć przez pola, dopóki nie zabrakĺo nam tchu. ResztĹ nocy spĹdzili×my na maĺej ĺćczce nad wodć, zaszyci w sitowiu, držćc z zimna i podzwaniajćc zĹbami. Koniki polne skwierczaĺy. O ×witaniu nowa pupa, stokroŹ wspanialsza, czerwona, ujawniĺa siĹ na nieboskĺonie i ×wiat napeĺniĺa promieniami, zmuszajćc wszystkie przedmioty do rzucania podĺužnych cieni. Nie wiadomo byĺo, co robiŹ. Nie mogĺem wytĺumaczyŹ i wyjĹzyczyŹ Zosi, co siĹ staĺo we dworze, gdyž wstydziĺem siĹ, a zresztć nie znajdowaĺem sĺów. Ona za× prawdopodobnie domy×laĺa siĹ mniej wiĹcej, gdyž równiež wstydziĺa siĹ i zgoĺa nie mogĺa wyjĹzyczyŹ. Siedziaĺa w trzcinie nadwodnej i pokasĺywaĺa, wilgoŹ bowiem cićgnĹĺa z szuwarów. Przeliczyĺem pienićdze - miaĺem okoĺo 50 zĺ i jeszcze co× drobnymi. Teoretycznie biorćc, naležaĺo udaŹ siĹ na piechotĹ do którego z pobliskich dworów i tam szukaŹ pomocy. Jakže jednak wyjĹzyczyŹ siĹ w takim dworze, jak przedstawiŹ caĺć historiĹ, wstyd nie dozwalaĺ mówienia i wolaĺem raczej resztĹ žycia spĹdziŹ w szuwarach niž wystĹpowaŹ z tym przed ludŽmi. Nigdy! Lepiej juž przyjćŹ, že jć porwaĺem, že uciekamy razem z domu rodziców, to byĺo znacznie dojrzalsze - ĺatwiejsze do przyjĹcia. I przyjmujćc to nie potrzebowaĺem nic jej wyja×niaŹ i tĺumaczyŹ, gdyž kobieta zawsze przyjmie, že siĹ jć kocha. Mogli×my pod tym pozorem dobrnćŹ cichaczem do stacji, pojechaŹ do Warszawy i zaczćŹ tam nowe bytowanie w sekrecie przed wszystkimi - a sekret ten byĺby uzasadniony moim porwaniem. WiĹc wycisnćĺem caĺus na jej policzkach i wyznaĺem jej gorćce uczucie, jćĺem przepraszaŹ, že porwaĺem, i tĺumaczyĺem, že rodzina jej nigdy nie byĺaby zgodziĺa siĹ na zwićzek ze mnć, poniewaž nie byĺem do׏ zamožnie sytuowany, že od pierwszej chwili zapaĺaĺem do niej uczuciem i zrozumiaĺem, že i ona paĺa do mnie tym samym. - Nie byĺo innej rady, tylko porwaŹ ciĹ, Zosiu - mówiĺem - uciec razem. Z poczćtku zdziwiĺa siĹ nieco, ale po kwadransie o×wiadczyn zaczĹĺa przybieraŹ miny, spoglćdaŹ na mnie, poniewaž ja na nić spoglćdaĺem, i przebieraŹ palcami. O chĺopach i anarchii we dworze zupeĺnie zapomniaĺa, juž jej siĹ zdawaĺo, iž rzeczywi×cie zostaĺa przeze mnie porwana. Szalenie jej to pochlebiĺo, gdyž jak dotćd tylko robiĺa robótki albo studiowaĺa, albo siedziaĺa i gapiĺa siĹ, albo nudziĺa siĹ, albo chodziĺa na spacer, albo wyglćdaĺa oknem, albo graĺa na fortepianie, albo pracowaĺa filantropijnie w instytucji "Spoĺem", albo zdawaĺa egzaminy z hodowli warzyw, albo flirtowaĺa i taĄczyĺa przy dŽwiĹkach muzyki, albo jeŽdziĺa do uzdrowisk, albo uprawiaĺa konwersacjĹ i patrzyĺa przez szyby w dal. Nie egzystowaĺa až dotćd w nadziei, že znajdzie siĹ kto×, kto jć posiĹdzie. I oto nie tylko znalazĺ siĹ, ale w dodatku porwaĺ! WiĹc zmobilizowaĺa w sobie caĺć swojć zdolno׏ kochania i pokochaĺa mnie - poniewaž jć pokochaĺem. A tymczasem pupa wzbijaĺa siĹ w górĹ i ziaĺa miliardem iskrzćcych promieni nad ×wiatem, który byĺ jak gdyby namiastkć ×wiata, wyciĹtć z kartonu, podmalowanć na zielono i o×wieconć z góry palćcym blaskiem. Bocznymi ×ciežkami, unikajćc osiedli ludzkich, zaczĹli×my przekradaŹ siĹ ku stacji, a droga byĺa daleka - dwadzie×cia parĹ kilometrów. Ona szĺa i ja szedĺem, ja szedĺem i ona szĺa i tak razem podtrzymujćc nasz chód szli×my pod promieniami bezlitosnej, promiennej, jarzćcej pupy infantylnej i infantylizujćcej. Koniki polne skakaĺy. świerszcze bzykaĺy w trawach. Ptaszki siadaĺy na drzewach albo fruwaĺy. Na widok jakiegokolwiek czĺowieka zbaczali×my albo kryli×my siĹ w przydrožnych krzakach. Lecz Zosia zapewniaĺa mnie, že zna drogĹ, gdyž tysićc razy jeŽdziĺa tĹdy powozem albo wolantem, albo bryczkć, albo sankami. Skwar nam dolegaĺ. Na szczĹ×cie zdoĺali×my w sekrecie pokrzepiŹ siĹ mlekiem, wyssawszy przydrožnć krowĹ. I znowu szli×my. A przez caĺy czas, ze wzglĹdu na mć deklaracjĹ uczuŹ miĺosnych, musiaĺem podtrzymywaŹ rozmowĹ miĺosnć i okazywaŹ wzglĹdy, jak na przykĺad pomaganie na kĺadkach, rzuconych w poprzek strumieni, oganianie od much, zapytywanie o zmĹczenie - i wiele innych wzglĹdów i przychylno×ci. Na co ona podobnie zapytywaĺa, oganiaĺa mnie i okazywaĺa mi. Byĺem straszliwie zmĹczony, och, byle tylko dostaŹ siĹ do Warszawy, uwolniŹ siĹ od Zosi i zaczćŹ žyŹ na nowo. Chciaĺem jć wyzyskaŹ jedynie jako pretekst i pozór, aby ze wzglĹdnć dojrzaĺo×cić oddaliŹ siĹ od kupy we dworze i dobrnćŹ do Warszawy, gdzie po pewnym czasie mógĺbym juž sam siĹ urzćdziŹ. Ale póki co, musiaĺem interesowaŹ siĹ nić i w ogóle wie׏ tĹ rozmowĹ intymnć dwojga ludzi, którzy znajdujć w sobie rozkosz, a Zosia, jak siĹ rzekĺo, ujĹta moim uczuciem, coraz bardziej stawaĺa siĹ aktywna. A pupa, nieprawdopodobnie žarzćca i wzbita na wysoko׏ miliarda sze×ciennych kilometrów, pustoszyĺa dolinĹ ×wiata. Byĺa to panna ze wsi, wychowana przez matkĹ swojć, a mojć ciotkĹ, Hurleckć, z domu Lin, oraz przez sĺužbĹ - jak dotćd albo trochĹ ksztaĺciĺa siĹ i studiowaĺa w Wyžszej Szkole Ogrodniczej i na Kursach Handlowych, albo cokolwiek przyrzćdzaĺa konfitury, albo nieco obieraĺa porzeczki, albo rozwijaĺa umysĺ i serce, albo trochĹ siedziaĺa, albo dodatkowo pracowaĺa w biurze jako siĺa pomocnicza, albo odrobinĹ graĺa na fortepianie, albo troszeczkĹ chodziĺa i mówiĺa co×, a przede wszystkim czekaĺa i czekaĺa, i czekaĺa na tego, który nadejdzie, pokocha, porwie. Byĺa to wielka specjalistka oczekiwania, ĺagodna, bierna, nie×miaĺa i dlatego czĹsto chorowaĺa na zĹby, gdyž nadawaĺa siĹ doskonale do poczekalni dentystycznej, a zĹby jej o tym wiedziaĺy. WiĹc teraz, gdy na koniec oczekiwany zjawiĺ siĹ, porwaĺ, gdy za×witaĺ ów dzieĄ uroczysty, rozpoczĹĺa intensywnć dziaĺalno׏ i jĹĺa popisywaŹ siĹ i wykazywaŹ, wydobywaŹ wszystkie atuty i przedstawiaŹ je strojćc minki, u×miechajćc siĹ i podskakujćc, przewracajćc oczami, ×miejćc siĹ z zĹbami i rado×cić žycia, gestykulujćc lub tež nucćc melodie pod nosem, aby wykazaŹ swojć kulturĹ muzycznć (gdyž trochĹ graĺa na fortepianie i umiaĺa odegraŹ sonatĹ ksiĹžycowć). Poza tym wysuwaĺa i wystawiaĺa te czĹ×ci ciaĺa, które miaĺa lepsze, gorsze chowaĺa. A ja musiaĺem patrzeŹ i spoglćdaŹ, udawaŹ, že mnie to bierze i braŹ to w siebie... A pupa strzelista i górna dominowaĺa ×wiat z bezbrzežnych bĺĹkitów niebios i ×wietniaĺa, ja×niaĺa, bĺyszczaĺa i przypiekajćc, przypalajćc wysuszaĺa trawy i zioĺa. A Zosia, poniewaž wiedziaĺa, že w miĺo×ci jest siĹ szczĹ×liwym, byĺa szczĹ×liwa - i spozieraĺa promiennym, jasnym wzrokiem, a ja tež musiaĺem spozieraŹ. I szeptaĺa. - Tak bym chciaĺa, žeby wszystkim byĺo dobrze i žeby wszyscy byli szczĹ×liwi jak my - ježeli wszyscy bĹdć dobrzy, to wszyscy bĹdć szczĹ×liwi. Albo mówiĺa. - Jeste×my mĺodzi, kochamy siĹ... Do nas naležy ×wiat! - I przytulaĺa siĹ do mnie, a ja do niej musiaĺem siĹ przytulaŹ. I w przekonaniu, že kocham, otworzyĺa siĹ przede mnć i jĹĺa zwierzaŹ mi siĹ i mówiŹ ze mnć szczerze i poufnie, czego nigdy z nikim nie robiĺa. Gdyž jak dotćd baĺa siĹ panicznie ludzi i bĹdćc wychowanć przez ciotkĹ mojć, juž zatraconć w kupie, Hurleckć, z domu Lin, oraz przez sĺužbĹ w pewnej wrystokratycznej izolacji, nigdy nikomu nie zwierzaĺa siĹ z obawy, by nie byŹ skrytykowana i osćdzona ujemnie, i byĺa jak gdyby nie zaĺatwiona, nie okre×lona i nie wyznaczona wewnĹtrznie, nie skontrolowana i niepewna wraženia, jakie wywiera. Koniecznie potrzebowaĺa žyczliwo×ci, nie mogĺa bez žyczliwo×ci, mogĺa mówiŹ jedynie z tym, kto z góry i a priori byĺ dla niej usposobiony žyczliwie, ciepĺo... Lecz teraz widzćc, že kocham, i sćdzćc, že zyskaĺa sobie ciepĺego adoratora, a priori, bezwzglĹdnego, który wszystko, cokolwiek ona powie, przyjmie z miĺo×cić, poniewaž kocha, zaczĹĺa siĹ zwierzaŹ i wywnĹtrzaŹ, opowiadaĺa swoje smutki i rado×ci, gusta i upodobania, entuzjazmy, iluzje i rozczarowania, zachwyty, sentymenty, wspomnienia i wszystkie drobne szczegóĺy - ha, znalazĺa na koniec tego, który kocha, przed kim možna siĹ wygadaŹ, pewna bezkarno×ci, pewna, že wszystko zostanie przyjĹte bezkarnie, z miĺo×cić, ciepĺo... A ja musiaĺem przytwierdzaŹ i przyjmowaŹ, zachwycaŹ siĹ... I mówiĺa: - Czĺowiek powinien byŹ wszechstronny, doskonaliŹ siĹ duchowo i ciele×nie, byŹ zawsze piĹkny! Jestem za peĺnić czĺowieczeĄstwa. Wieczorami lubiĹ oprzeŹ czoĺo na szybie i zamknćŹ oczy, wtedy wypoczywam. LubiĹ kino, ale kocham muzykĹ. - A ja musiaĺem przytwierdzaŹ. I dalej szczebiotaĺa, že rano po obudzeniu musi potrzeŹ sobie nosek, pewna, že nosek nie može byŹ mi obojĹtny, i wybuchaĺa ×miechem, a ja takže wybuchaĺem. A potem mówiĺa ze smutkiem: - Wiem, že jestem gĺupia. Wiem, že nic dobrze nie umiem. Wiem, že nie jestem ĺadna... - A ja musiaĺem zaprzeczaŹ. Ona za× wiedziaĺa, že zaprzeczam nie w imiĹ rzeczywisto×ci i prawdy, lecz tylko, poniewaž kocham, i dlatego przyjmowaĺa te zaprzeczenia z rozkoszć, zachwycona, že znalazĺa bezwzglĹdnego adoratora a priori, który kocha, który siĹ zgadza, przyjmuje i akceptuje wszystko, wszystko, žyczliwie, ciepĺo... O, tortura, którć musiaĺem wytrzymaŹ, aby uratowaŹ przynajmniej pozór dojrzaĺo×ci na tych ×ciežkach wiodćcych przez ržyska, gdy tam w dali przewalaĺ siĹ i miĹtosiĺ sromotnie lud z paĄstwem, a w górze zawieszona pupa, straszna, bezlitosna, zenitalna, ziaĺa grotami promieni, miliardem strzaĺ - o, ciepĺa žyczliwo׏, zabijajćca, wićžćca czuĺo׏, wzajemny zachwyt, ukochanie... O, bezczelno׏ tych kobiecićtek, tak ĺasych na miĺo׏, tak pochopnych do owego zgrania miĺosnego, tak skorych do tego, by staŹ siĹ przedmiotem zachwytu... Jak ×miaĺa, bĹdćc miĹkkć, žadnć i nijakć, godziŹ siĹ na moje zapaĺy i przyjmowaŹ kult, ĺakomie, pažernie nasycaŹ siĹ moim hoĺdem? Czy istnieje na ziemi i pod pupć rozžarzonć, gorejćcć, rzecz straszliwsza niž owo kobiece ciepeĺko, owo wstydliwe, poufne uwielbianie siĹ i wtulanie w siebie?... I co gorzej, aby siĹ odwzajemniŹ i dopeĺniŹ wzajemnego ukĺadu zachwytu, jĹĺa zachwycaŹ siĹ mnć - i z zainteresowaniem, z uwagć jĹĺa wypytywaŹ mnie o mnie nie dlatego, by naprawdĹ siĹ interesowaĺa, ale tytuĺem rewanžu - gdyž wiedziaĺa, že je×li ona mnć bĹdzie siĹ interesowaŹ, ja tym wiĹcej bĹdĹ siĹ nić interesowaĺ. Tak tedy zmuszony byĺem mówiŹ jej o sobie, ona za× sĺuchaĺa, z gĺówkć na moim ramieniu i wtrćcajćc od czasu do czasu pytania, aby podkre×liŹ, že sĺucha. I z kolei syciĺa miĹ swoim zachwytem, przytulona, rozkochana, že tak jej siĹ podobam, že od razu uczyniĺem na niej wraženie, že coraz bardziej kocha, že jestem taki ×miaĺy, taki odwažny... - Porwaĺe× mnie - mówiĺa upajajćc siĹ swoim mówieniem. - Nie každy by siĹ na to zdobyĺ. Pokochaĺe× i porwaĺe×, nie pytaĺe× o nic, lecz porwaĺe×, nie baĺe× siĹ rodziców... lubiĹ te twoje oczy ×miaĺe, nieustraszone, drapiežne... I pod jej zachwytem wiĺem siĹ jak pod chĺostć szatana, a pupa olbrzymia, infernalna ×wietniaĺa i przeszywaĺa z góry jak znak definitywny wszech×wiata, klucz wszelkich zagadek, ostateczny mianownik rzeczy. Oto przytulona urabiaĺa mnie sobie i ciepĺo, nie×miaĺo, nieporadnie mitologizowaĺa mnie tak, jak tam jej dogadzaĺo, i czuĺem, že wielbi niezdarnie moje przymioty i zalety, wyszukuje i wynajduje, rozpala siĹ i rozpĺomienia... WziĹĺa mi rĹkĹ i zaczĹĺa tuliŹ jć, a ja znowu tuliĺem jej dĺoĄ - gdy pupa infantylna, infernalna osićgaĺa zenit, kulminantĹ i pražyĺa z góry pionowo w dóĺ. I zawieszona u samego szczytu przestworzy, ciskaĺa swoje promienie zĺociste, srebrzyste na caĺy padóĺ i pomiĹdzy wszystkie horyzonty. A Zosia coraz bardziej przytulaĺa siĹ do mnie, coraz ×ci×lej ĺćczyĺa siĹ ze mnć i wprowadzaĺa mnie w siebie. SpaŹ mi siĹ chciaĺo. Nie mogĺem juž dalej i׏ ani sĺuchaŹ, ani odpowiadaŹ, a jednak musiaĺem i׏, sĺuchaŹ i odpowiadaŹ. Szli×my przez jakie× ĺćki, a na tych ĺćkach trawa byĺa zielono zielona i zieleniejćca, peĺna žóĺtych kaczeĄców, lecz kaczeĄce byĺy nie×miaĺe, wtulone w trawĹ, a trawa trochĹ ×liska, mokra i odrobinĹ podmokĺa, gorćco parujćca pod žarem nieubĺaganym z góry. Pierwiosnków mnóstwo siĹ pokazaĺo po obu stronach ×ciežki, ale pierwiosnki byĺy cokolwiek herbaciane i anemiczne. Anemonów wiele na zboczach, dužo melonów. Na wodach, po wilgotnych rowach lilie wodne, blade, wybladĺe, delikatne, biaĺawe, w zupeĺnym zastoju i w gorćcu przypiekajćcym, parujćcym. A Zosia wcićž siĹ przytulaĺa i zwierzaĺa siĹ. A pupa godziĺa w ×wiat. Drzewa karĺowate, w materii swojej byĺy jak gdyby cherlawe i purchawe, wydawaĺy siĹ raczej grzybami i byĺy tak wystraszone, že gdym jednego dotknćĺ, od razu pĹkĺo. Moc Źwierkajćcych wróbelków. Górć obĺoczki róžowawe, biaĺawe i niebieskawe ni to z mu×linu, biedniutkie i czuĺostkowe. A wszystko nieokre×lone w konturze i tak zamazane, ciche i zasromane, utajone w oczekiwaniu, nie narodzone i nieokre×lone, že wĺa×ciwie nic tu nie byĺo oddzielone i wyodrĹbnione, lecz rzecz každa ĺćczyĺa siĹ z innymi w jednć maŽ grzćskć, biaĺawć i zgaszonć, cichć. Wćtĺe strumyczki szemraĺy, oblewaĺy, wsićkaĺy i parowaĺy lub bulgotaĺy gdzieniegdzie, tworzćc bćble i fćfle. I ten ×wiat malaĺ, jak gdyby zacie×niaĺ siĹ, kurczyĺ, a kurczćc prĹžyĺ siĹ i nacieraĺ, zaciskaĺ siĹ nawet na szyi jak obroža delikatnie duszćca. A pupa, infantylna absolutnie, przeražajćco godziĺa z góry. Potarĺem czoĺo. - Co to za okolica? Ona za× zwróciĺa do mnie swć twarz biednć, wćtĺć, zmĹczonć i odparĺa wstydliwie i czule, przytulajćc siĹ ciepĺo do ramienia. - To moja okolica. Zĺapaĺo mnie za gardĺo. Tu mnie przywiodĺa. WiĹc tak, wiĹc to jej byĺo to wszystko... Ale spaŹ mi siĹ chciaĺo, gĺowa zwisĺa, nie miaĺem siĺ - och, oderwaŹ siĹ, odsunćŹ o krok chociažby, odepchnćŹ na dystans ramienia, uderzyŹ zĺo×cić, powiedzieŹ co× niežyczliwego, rozbiŹ - byŹ zĺy, ach, byŹ niedobry dla Zosi! Ach, byŹ niedobry dla Zosi! - MuszĹ, muszĹ - my×laĺem sennie z gĺowć opardĺć na piersi - muszĹ niedobry byŹ dla Zosi! O, zimna jak lód, zbawcza, ožywcza niežyczliwo×ci! Najwyžszy czas byŹ niedobry. Niedobry muszĹ byŹ... Lecz jakže byŹ dla niej niedobry, gdy jestem dobry - gdy miĹ ujmuje, przenika swojć dobrocić, a ja mojć przenikam, i przytula siĹ, a ja do niej siĹ tulĹ... znikćd pomocy! Na tych ĺćkach i polach po×ród nie×miaĺej trawy tylko my we dwoje - ona ze mnć i ja z nić - i nigdzie, nigdzie nikogo, kto by wybawiĺ. Sam tylko jestem z Zosić - i z pupć, jak gdyby na nieboskĺonie zamarĺć w trwaniu absolutnym, promiennć i promieniejćcć, infantylnć i infantylizujćcć, zamkniĹtć, zatopionć, spotĹgowanć w sobie i zenitalnć w zastygĺej kulminancie... O, trzeci! Pomocy, ratunku! PrzybćdŽ, trzeci czĺowieku, do nas dwojga, przyjdŽ, wybawienie, zjaw siĹ, niech siĹ ciebie uczepiĹ, wybaw! Niech przybĹdzie tu zaraz, natychmiast trzeci czĺowiek, obcy, nie znany, chĺodny i zimny, i czysty, daleki i neutralny, jak fala morska niech uderzy swojć obco×cić w tĹ swojsko׏ parujćcć, niech mnie oderwie od Zosi... O, trzeci, przyjdŽ, daj mi podstawĹ oporu, dozwól, bym z ciebie zaczerpnćĺ, przyjdŽ tchnienie ožywcze, przyjdŽ, siĺo, odczep mnie, odtrćŹ i oddal! Lecz Zosia przytuliĺa siĹ czulej, cieplej i tkliwiej. - Dlaczego woĺasz i krzyczysz? Jeste×my sami... I podaĺa mi gĹbĹ swojć. A mnie zabrakĺo siĺ, sen napadĺ jawĹ i nie mogĺem - musiaĺem ucaĺowaŹ swojć gĹbć jej gĹbĹ, gdyž ona swojć gĹbć mojć ucaĺowaĺa gĹbĹ. A teraz przybywajcie, gĹby! Nie, nie žegnam siĹ z wami, obce i nie znane facjaty obcych, nie znanych facetów, którzy mnie czytaŹ bĹdziecie, witam was, witam, wdziĹczne wićzanki czĹ×ci ciaĺa, teraz niech siĹ zacznie dopiero - przybćdŽcie i przystćpcie do mnie, rozpocznijcie swoje miĹtoszenie, uczyĄcie mi nowć gĹbĹ, bym znowu musiaĺ uciekaŹ przed wami w innych ludzi i pĹdziŹ, pĹdziŹ, pĹdziŹ przez caĺć ludzko׏. Gdyž nie ma ucieczki przed gĹbć, jak tylko w innć gĹbĹ, a przed czĺowiekiem schroniŹ siĹ možna jedynie w objĹcia innego czĺowieka. Przed pupć za× w ogóle nie ma ucieczki. ścigajcie mnie, je×li chcecie. Uciekam z gĹbć w rĹkach. "Koniec i bomba@ a kto czytaĺ, ten trćba!@ W. G." Nota wydawcy "Ferdydurke" zajmuje szczególnć pozycjĹ w obrĹbie prozy polskiej XX wieku. Miaĺa byŹ poczćtkowo rozprawć z niekompetentnymi krytykami debiutanckiego "PamiĹtnika z okresu dojrzewania", potem ostrze jej obróciĺo siĹ przeciw gĺupawej poczciwo×ci každego czytelnika, który wystĹpuje w imieniu "kultury", "normalno×ci", "Formy", ma jednak w gruncie rzeczy niewielkie pojĹcie o tym, czego broni - i o naturze ×wiata czy czĺowieka w szczególno×ci. W miarĹ dalszego komplikowania siĹ tre×ci ksićžki, poczĹĺa ona obejmowaŹ zasiĹgiem swego ataku caĺć kulturĹ, która nic nie chce wiedzieŹ o swych sferach peryferyjnych, o niedojrzaĺo×ci, bezformiu, anarchii. Historia trzydziestoletniego bohatera, którego wtrćcono na powrót do szkoĺy, jest metaforć stosunku czĺowieka do piramidy "dorobku wieków": wiedza ta jest nieprzyswajalna dla jednostki, wpĹdza jć w kompleks nižszo×ci i nieautentyczno׏, kaže - w my×l spoĺecznych nakazów - udawaŹ dojrzaĺo׏ i ukrywaŹ skrzĹtnie ignorancjĹ, w rzeczywisto×ci wtĺacza indywiduum w ciasny pancerzyk spoĺecznej roli, nie dozwalajćc na žaden spontaniczny gest. Józio odwiedza trzy sfery wspóĺczesnego mu ×wiata, w których odprawia siĹ misterium zakĺamania: szkoĺĹ, gdzie mĺodziež wychowywana jest w sztucznej atmosferze i karmiona sztucznymi dylematami, dom nowoczesnych inžynierostwa Mĺodziaków - gdzie panuje kult nauki, racjonalizmu, sportu i swobodnej naturalno×ci posuniĹty do takiego stopnia, že až wpada w samozaprzeczenie (Mĺodziakowie tak bardzo chcć byŹ nowocze×ni, že próbujć chyĺkiem ukryŹ i zamaskowaŹ to wszystko, co w nich samych nie dorasta do ideaĺu). Ostatnim ×rodowiskiem, które Józio odwiedza, jest twierdza konserwatyzmu: tradycyjny dwór ziemiaĄski, który z kolei trwa w sklerotycznym odrĹtwieniu. Každa interwencja w ten ĺad (tu spowodowana przez kolegĹ Józia - naiwnego czciciela ludowej prostoty) powoduje gwaĺtownć zapa׏ spoĺecznego systemu. Józio, który, jak wiĹkszo׏ Gombrowiczowskich bohaterów, jest buntownikiem przeciw tradycyjnym ĺadom, dćžy do tego, by zdekomponowaŹ každy z porzćdków, w które trafia - i rzeczywi×cie: poszczególne czĹ×ci powie×ci koĄczć siĹ bezĺadnć bijatykć. Ale Józio wie, že nigdy nie zyska wolno×ci od spoĺecznego terroru: w každym zetkniĹciu z innym czĺowiekiem zyskaŹ može "gĹbĹ" (tamten okre×li go jako× na swój užytek i ta maska - zawsze kĺamliwa - przylgnie mu do twarzy); podobnie kontakty miĹdzyludzkie spowodujć jego "upupienie" (traktowany bĹdzie jak dziecko, ponižej swej intelektualnej warto×ci, a - co gorsza - wejdzie w tĹ narzuconć sobie rolĹ i nie bĹdzie umiaĺ z niej siĹ uwolniŹ). "Ferdydurke" jest ksićžkć o egzystencjalnych problemach jednostki w spoĺeczeĄstwie, jest jednak równiež nowatorskim dzieĺem literackim, ĺćczćcym fikcyjnć fabuĺĹ z esejem, konwencjĹ realistycznć z fantasmagorić i kreacyjno×cić. Na×ladujćc klasyczne dzieĺa ×wiatowej literatury ("GargantuĹ i Pantagruela" czy Wolterowskie powiastki filozoficzne), "Ferdydurke" jednocze×nie zapowiada dalszć ewolucjĹ dwudziestowiecznej prozy narracyjnej - nowe rozwićzania kompozycyjne, nowć konwencjĹ autoprezentacji twórcy itd., wydajćc siĹ kryŹ w sobie wiele jeszcze materiaĺu do badaĄ i ol×nieĄ. Za žycia Gombrowicza "Ferdydurke" miaĺa dwa wydania ksićžkowe. Pierwsze ukazaĺo siĹ w Warszawie w 1937 roku (datowane: 1938), nakĺadem Towarzystwa Wydawniczego "Rój" (z obwolutć i dwoma ilustracjami w tek×cie autorstwa Brunona Schulza); drugie - po 20 latach - równiež w Warszawie, w styczniu 1957 roku, nakĺadem PaĄstwowego Instytutu Wydawniczego (z okĺadkć projektowanć przez Marka Rudnickiego). W roku 1947 powie׏ poprzedzonć przedmowć autora wydrukowano pod tym samym tytuĺem w jĹzyku hiszpaĄskim w Buenos Aires, nakĺadem wydawnictwa "Argos". Przekĺad jest pracć zbiorowć kilkunastu osób, ostatecznć redakcjć zajĹli siĹ pisarze: Virginio Piniera, Humberto Rodriguez Tomeu, Adolfo de Obieta, Luis Centurion. W tym wydaniu pisarz poczyniĺ pewne zmiany w stosunku do pierwodruku i powtórzyĺ je w drugim wydaniu polskim w roku 1957, które stanowi podstawĹ druku obecnego wydania "Ferdydurke". Zmiany w wydaniu hiszpaĄskim powie×ci polegaĺy na gruntownym przerobieniu rozdziaĺu IV oraz na niewielkich skre×leniach bćdŽ dodatkach czy wymianie poszczególnych sĺów. Z korespondencji miĹdzy Gombrowiczem (mieszkajćcym wówczas w Buenos Aires) a redakcjć PaĄstwowego Instytutu Wydawniczego (maj 1956 - styczeĄ 1957) wiadomo, že tekst "Ferdydurke" zostaĺ przepisany z pierwszego wydania polskiego, opracowany i oddany do drukarni. Pisarz, dowiedziawszy siĹ o przewidzianym terminie publikacji, zwróciĺ siĹ do redakcji z propozycjć dokonania zmian: "Wobec tego, že ksićžka ukaže siĹ dopiero ok. stycznia 1957, može byĺby czas na wprowadzenie pewnych poprawek z wydania hiszpaĄskiego. Sć to niewielkie zmiany, zwĺaszcza w czĹ×ci 1_ej powie×ci. Nie uwažam tego za absolutnie konieczne, ale gdyby siĹ daĺo, byĺoby lepiej". (List z 7 VIII 1956). Kolejny list wysĺany wraz z wykazem poprawek, które Gombrowicz dostarczyĺ redakcji w wyznaczonym terminie, dowodzi, iž autor uwzglĹdnienie wspomnianych zmian uznaĺ jednak za nieodzowne: "Doĺćczam poprawki do "Ferdydurke". Jest tego niewiele - tylko jeden rozdziaĺ, 4_ty, zostaĺ w wydaniu hiszpaĄskim istotnie zreformowany. Wszystkie te poprawki sć b. wažne, a zwĺaszcza nowa redakcja rozdziaĺu czwartego, który w polskim wydaniu jest fatalnie mĹtny i w ogóle niezadawalajćcy. Bardzo proszĹ, žeby to koniecznie zostaĺo wprowadzone". (List z 4 IX 1956). W proponowanym w postscriptum tego listu tek×cie "Noty wydawniczej" raz jeszcze wyraŽnie zaznaczyĺ: "W niniejsze wydanie "Ferdydurke" zostaĺy wprowadzone, na žyczenie autora, pewne poprawki i zmiany z wydania argentyĄskiego. (...)". (W wydrukowanym tek×cie "Noty" zdanie to brzmi: "W niniejszym wydaniu autor wprowadziĺ pewne zmiany (...) juž wprowadzone w wydanie hiszpaĄskie "Ferdydurke" (...) Buenos Aires 1947 r. (...)". Wydanie z 1957 roku róžni siĹ w pewnym stopniu od pierwodruku ukĺadem graficznym. W czasie opracowania redakcyjnego wyodrĹbniono dialogi z cićgĺej narracji, na co Gombrowicz, przeprowadzajćc korektĹ, niekiedy przystaĺ, w wielu jednak wypadkach powróciĺ do ukĺadu pierwotnego - "... styl i charakter ksićžki tego siĹ domagajć. (...) "Ferdydurke" jest pisana pewnć specjalnć technikć i te sprawy majć zasadnicze znaczenie". (List z 26 XI 1956). Fragmenty powie×ci ogĺaszaĺ autor w latach 1935_#1937 - a wiĹc jeszcze przed publikacjć pierwodruku ksićžkowego - w nastĹpujćcych czasopismach: "Gazeta Polska" 1935 nr 49 ("Filidor dzieckiem podszyty"); "Skamander" 1935 z. 60, lipiec ("Fragment"); "Studio" 1936 nr 2, maj ("SkaziŹ urok nowoczesnej pensjonarki"); "Czas" 1936 nr 354, 24 grudnia ("Lekcja ĺaciny"); "Wiadomo×ci Literackie" 1937 nr 43, 18 paŽdziernika ("Podglćdanie i dalsze zapuszczanie siĹ w nowoczesno׏"). Po wydaniu "Ferdydurke" w 1957 roku przedrukowano fragmenty utworu w kilku czasopismach ("Gazeta PoznaĄska" 1957 nr 83; "Gĺos SzczeciĄski" 1957 nr 88; "Gĺos Tygodnia", dodatek do "Gĺosu KoszaliĄskiego" 1957 nr 36). Dwa rozdziaĺy powie×ci: "Filidor dzieckiem podszyty" i "Filibert dzieckiem podszyty" - Gombrowicz wĺćczyĺ do zbioru opowiadaĄ pt. "Bakakaj", wydanego w listopadzie 1957 roku w Krakowie nakĺadem Wydawnictwa Literackiego. Oprócz wspomnianego przekĺadu hiszpaĄskiego powie׏ byĺa wielokrotnie tĺumaczona na róžne jĹzyki (w tym takže po raz drugi na jĹzyk hiszpaĄski) i wydawana: w jĹzyku francuskim, wĺoskim, angielskim, holenderskim, serbo_chorwackim, duĄskim, szwedzkim, norweskim, japoĄskim, sĺoweĄskim. A oto wykaz róžnic miĹdzy pierwodrukiem a póŽniejszymi wydaniami "Ferdydurke" (z pominiĹciem drobniejszych poprawek), powstaĺych po zmianach poczynionych przez autora w 1947 roku: W rozdziale II autor dodaĺ ustĹp zaczynajćcy siĹ od sĺów: "My niewinni...", do sĺów: "Dlatego ich ×miech zamiast ucichnćŹ, rósĺ i rósĺ". Usunćĺ nastĹpujćcy ustĹp figurujćcy w wydaniu pierwszym: "- Nie bój siĹ, MiĹto, - pocieszaĺ go Hopek - juž ja im pokažĹ! UržnĹ siĹ i pobijĹ kogo. MiĹto, zobaczysz, juž ja im pokažĹ! PokažĹ im chĺopaka! MiĹtus poklepaĺ go: - Pokažesz! Pokažesz! IdŽ, pokaž, pokaž - dzieciaku. Dzieciaku! Co wy mówicie? Co wy mówicie takiego? Kto nam kaže mówiŹ to wszystko? Czyž wy sĺyszycie siebie? Czy dlatego, že Syfon mówi jakie× takie... i to my mamy mówiŹ?" Partia zaczynajćca siĹ od sĺów: "- Ale kiedy ja siĹ wcale nie zachwycam!", a koĄczćca siĹ na sĺowach: "...dla wielkich geniuszów!", w wydaniu pierwszym brzmiaĺa nastĹpujćco: "- Ale kiedy ja siĹ wcale nie zachwycam! Wcale siĹ nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogĹ wyczytaŹ wiĹcej, jak dwie strofy, i to mnie nie zajmuje. Ciocia takže siĹ nie interesuje. I wujek nie. U nas w domu nikt do rĹki nie weŽmie. I koledzy takže nie! świĹci PaĄscy, ratujcie, jak to ja siĹ zachwycam, ježeli wcale siĹ nie zachwycam? - Wytrzeszczyĺ oczy i usiadĺ, grćžćc siĹ w jakie× bezdenne przepa×cie. Naiwne to wyznanie wywoĺaĺo wszĹdzie u×miechy politowania, ale nauczyciela až zatknĹĺo. Rzuciĺ zbielaĺym okiem w stronĹ drzwi i syknćĺ: - Ciszej na Boga! Gaĺkiewiczowi stawiam paĺkĹ! Gaĺkiewicz zgubiŹ mnie chce? Gaĺkiewicz chyba nie zdaje sobie sprawy, co powiedziaĺ? Gaĺkiewicz dopu×ciĺ siĹ obrazy wieszcza! Gaĺkiewicz! - Ale ja nie mogĹ zrozumieŹ! Tra, la, la, ciocia, wujek, koledzy, nikt, nikt, nigdzie nikt! Nie widziaĺem, žeby kto! Ja nigdy! O Bože, Bože! Nauczyciel: - Ciszej na Boga! Gaĺkiewicz, ja mam žonĹ i dziecko! Niech Gaĺkiewicz przynajmniej nad dzieckiem siĹ ulituje. Gaĺkiewicz: Kiedy nie mogĹ. Nauczyciel: Gaĺkiewicz, zwracam uwagĹ, že nie tylko poeta, ale wieszcz. Chryste Panie, przeciež ja godzinami tĺumaczyĺem, na czym polega nie×miertelne piĹkno wzlotów. Przeciež przechodzili×my wiersz za wierszem. Gaĺkiewicz: - Przechodzili×my, a mnie nic nie obchodzi. Nauczyciel: - No to Gaĺkiewicza prywatna sprawa. Gaĺkiewicz jest widaŹ nieinteligentny! Ale niech Gaĺkiewicz - - Gaĺkiewicz: - Kiedy nikogo nic! Sĺowo honoru! Nikogo, Jezus, Maria! Sĺowo honoru dajĹ, nie przesadzam - žebym przynajmniej raz w žyciu zobaczyĺ, že kto czyta z dobrej woli, bez przymusu... ale nikt! Inteligentni takže nie! O Bože! - Nauczycielowi pot kroplisty zrosiĺ czoĺo, wyjćĺ z pugilaresu fotografiĹ žony i dziecka i próbowaĺ wzruszyŹ nimi Gaĺkiewicza, lecz ten powtarzaĺ tylko w kóĺko swoje - nie mogĹ, nie mogĹ. I to przejmujćce - nie mogĹ, rozpleniaĺo siĹ, rosĺo, zaražaĺo, juž z kćtów dochodziĺy szmery - my tež nie možemy i zagražaŹ jĹĺa powszechna niemožno׏. Nauczyciel znalazĺ siĹ w okropnym impasie. Lada sekunda mógĺ nastćpiŹ wybuch - czego? - niemožno×ci, lada moment dziki ryk niechcenia mógĺ porwaŹ siĹ i dopa׏ dyrektora i wizytatora, lada chwila gmach caĺy mógĺ runćŹ, grzebićc pod gruzami dziecko, a Gaĺkiewicz wĺa×nie nie mógĺ, Gaĺkiewicz cićgle nie mógĺ i nie mógĺ. - NieszczĹsny Bladaczka poczuĺ, že jemu takže groziŹ zaczyna niemožno׏. - Pylaszczkiewicz! - krzyknćĺ. - Niech Pylaszczkiewicz natychmiast wykaže mnie, Gaĺkiewiczowi i wszystkim w ogóle, piĹkno×ci którego z celniejszych ustĹpów! PrĹdzej, bo "periculum in mora"! ProszĹ uwažaŹ! Ježeli kto pi×nie, zarzćdzĹ Źwiczenie klasowe! Musimy móc, musimy móc, bo z dzieckiem bĹdzie katastrofa! Pylaszczkiewicz podniósĺ siĹ i zaczćĺ: - W pierwszej strofie poeta nawićzuje do przeszĺo×ci. Szuka on w sobie mocy! Syfon ani trochĹ nie ulegĺ powszechnej a tak nagĺej niemožno×ci, przeciwnie - mógĺ on zawsze, gdyž wĺa×nie z niemožno×ci czerpaĺ swojć možno׏. Totež cićgnćĺ dalej z zupeĺnć swobodć, jak gdyby wcale nie byĺo impasu: W drugiej strofie odnajduje tĹ moc w ĺćczno×ci z wyžszymi duchami ×wiatĺo×ci, w czym uwidoczniajć siĹ wpĺywy Towianizmu. W trzeciej strofie, peĺen mocy, ciska wyzwanie caĺemu ×wiatu, oraz stwierdza, že Bóg jego nie jest Bogiem stworzenia, co peĺza, lecz kocha huczny lot olbrzymich ptaków i rozhukanych koni on nie kieĺza. W czwartej i pićtej strofie cierpi nad niedolć skowanej Ojczyzny, a dalej w porywie buntu kreuje siĹ królem Narodu, w szóstej. UstĹp ten odznacza siĹ szczytem natchnienia przy czym poeta stosuje rytm daktyliczny, przetykany jambicznym, a rymy sć mĹskie i žeĄskie. W siódmej strofie z jeszcze wiĹkszym uniesieniem wyzywa na bój Mickiewicza, któremu wydrzeŹ pragnie rzćd dusz! W ósmej strofie... W dziewićtej strofie... Góry, lasy, góry, drzewko, górki, doĺki, koĺyska, dolina, atrament, puginaĺ, niebezpieczeĄstwo niemožno×ci byĺo zažegnane, dziecko byĺo uratowane, a žona tak samo, juž každy siĹ zgadzaĺ, každy mógĺ i prosiĺ tylko, žeby przestaŹ. Zarazem spostrzegĺem, že sćsiad smaruje mi rĹkĹ atramentem - pomazaĺ juž sobie wĺasne, a teraz zabieraĺ siĹ do moich, bo trudno byĺo zdejmowaŹ buciki, ale cudze rĹce byĺy tym okropne, že wĺa×ciwie takie same, jak swoje, wiĹc cóž z tego? - Nic. A cóž z nogami? MachaŹ? I cóž z tego? Po kwadransie sam Gaĺkiewicz zajĹczaĺ, že dosyŹ, že juž uznaje, že uchwyciĺ, že cofa, zgadza siĹ, przeprasza i može. - A widzi Gaĺkiewicz?! A teraz, panowie, przechodzĹ do drugiego, nierównie wažniejszego punktu mojego wykĺadu. Zachwycamy siĹ i kochamy dlatego, že wielki poeta, lecz kochamy i czcimy dlatego, že wieszcz! Wieszczem byĺ! Wieszczyĺ! ProszĹ zanotowaŹ sobie - byĺ wieszczem. Nieodzowne sĺowo!" W rozdziale III ustĹp zaczynajćcy siĹ od sĺów: "- MiĹtus, nie róbcie tego...", a koĄczćcy siĹ: "wybuchnćĺ:" w wydaniu pierwszym brzmiaĺ: "- MiĹtus, nie róbcie tego z Syfonem. - Dlaczego? - Trywialne! Zaledwie to powiedziaĺem, strywialniaĺ jakby naumy×lnie i odpaliĺ:" Po zdaniach: "Chciaĺby×? - zapytaĺ cicho, poufale", autor usunćĺ odpowiedŽ: "- Chciaĺbym!" NastĹpne zdanie: "Roze×miaĺ siĹ cicho i czysto", w wydaniu pierwszym zaczynaĺo siĹ od nowego wiersza. Po sĺowach: "(...) ale tobie wolno, bo ty do ideaĺów stroisz?", autor pominćĺ nastĹpujćcy fragment: "Diabli, diabli... nie denerwuj mnie, proszĹ ciĹ, czy nie mógĺby× nie dražniŹ mnie? O czym dumasz, moje ty chĺopiĹ? Ale može by× spojrzaĺ na mnie, moje ty orlĹ? Bardzo trudno rozmawiaŹ z kim×, kto spoglćda w dale". W dalszym cićgu skre×liĺ zakoĄczenie w zdaniu: "Czy nie zechciaĺby× spojrzeŹ na mnie?", które w pierwodruku brzmiaĺo: "(...), na twego skromnego sĺugĹ - o, tu, koĺo ciebie?" Po sĺowach: "na superarbitra proponujĹ... tego nowego", pierwotny tekst brzmiaĺ: "z którym, jak twierdzicie, miny miaĺem robiŹ. To wielki znawca min, niech rozstrzyga w razie jakich× wćtpliwo×ci!" W drugim wydaniu fragment ten autor zmieniĺ i skróciĺ ("który dzi× przybyĺ do szkoĺy. BĹdzie bezstronny"). W zdaniu: "zabraĺ kajet i poszedĺ do domu na nogach swych", autor opu×ciĺ "do domu". Zdanie: "Syfon nie zwracaĺ na to uwagi..." w pierwodruku brzmiaĺo: "Syfon wcale nie zwracaĺ uwagi..." W rozdziale IV partia zaczynajćca siĹ od sĺów: "Te zatem..." do koĄca rozdziaĺu brzmiaĺa w wydaniu pierwszym nastĹpujćco: "I tutaj spoczywa fundamentalny, kapitalny i filozoficzny powód, dla którego oparĺem dzieĺo moje na zasadzie poszczególnych czĹ×ci. Nie - je×li mówićc, nie mogĹ nie przeciwstawiŹ siĹ rzeczywisto×ci, je×li forma, styl, kompozycja i konstrukcja sć mistyfikacjć, to wolĹ juž jawnć sztuczno׏ na podĺožu zwykĺych czĹ×ci ciaĺa, niž wasze style "rzeczywiste" i "autentyczne", które w koĄcu, po dĺugim Źwiczeniu, wypĺywajć wam prosto z duszy. Mówiĺy mi baby, jakobym w mowie i na pi×mie byĺ zbyt zawiĺy i skomplikowany. GĹsiom gĹganie zawsze przychodziĺo bez trudno×ci - lecz niech gĹsi nie zmuszajć czĺowieka w gĺĹbi powažnego, aby caĺy wĺaziĺ w každe sĺowo, które mu siĹ wypsnie. Wy jednak odrzekniecie mi na to: - Przepraszam! Cóž w tym zĺego? Je×li každy musi egzystowaŹ czćstkć, czemuž mieliby×my buntowaŹ siĹ przeciw prawom naturalnym (bo tego, co powszechnie przyjĹte, nikt nie potrzebuje siĹ wstydziŹ). Czyž powoĺaniem pisarza nie jest wĺa×nie - konstruowaŹ siebie, tudziež konstruowaŹ innych? Cóž nas obchodzć drobiazgi žyciowe, jako to - czytelnik, paznokieŹ, mucha, lub telefon, my sĺužymy wiecznym, absolutnym warto×ciom PiĹkna, Dobra, Prawdy, klĹczymy przed oĺtarzem Sztuki, a je×li kto nas nie uzna, tym dla niego gorzej, z Bogiem rozmawiamy, czytelnik jest dodatkiem tylko, z Boga czerpiemy warto׏ naszć. Panowie, gdybyž rzeczywi×cie ležaĺo w waszej mocy czerpaŹ warto׏ z czystej krynicy Boga. Ale to nieprawda. Oj, nieprawda chyba, oj, nieprawda! I tu wykazujćc, že nieprawda, wykažĹ zarazem dlaczego oparĺem konstrukcjĹ nie na czĹ×ciach w ogóle, lecz na czĹ×ciach ciaĺa i to, w szczególno×ci, na czĹ×ciach ciaĺa ludzkiego. Albowiem ten Bóg, przed którym klĹkacie, nie jest dla was žadnym Bogiem - žadnym absolutem - jest to tylko czĹ׏, a ×ci×lej mówićc ×rodek do pozyskania czĺowieka i twierdzĹ, že gdyby×cie mieli možno׏ pozyskania ĺask ludzkich za pomocć diabĺa, klĹkaliby×cie z równym nabožeĄstwem przed diabĺem. Sztuka nie egzystuje dla was sama przez siĹ, lecz tylko jako pomost do czĺowieka. Zbyt skĺonni jeste×my zapominaŹ o naszym zmysĺowym uwikĺaniu siĹ na amen w czĹ×ciach ludzkich, o po×rednio×ci, drugorzĹdno×ci wrodzonej, a przeciež to my×l, bez której nie wolno zrobiŹ ani kroku. Každy kto piórem wodzi po papierze, mieni siĹ artystć i z tej racji czuje siĹ pokrewny duchom wyjćtkowym, jak Szekspir i Goethe - powtarza za nimi, nie baczćc, že sĺowa ich sć w jego ustach, jak ×piew sĺowiczy w dziobie wróbla. Nie przeczĹ, Dante, Szekspir, Goethe sć u siebie w sztuce i wierzĹ, že gdy piszć dramat, lub poemat, wystarcza im sztuka, doczesno׏ przemienia siĹ w wieczno׏, czćstka w caĺo׏. I w twórczo×ci swojej realni sć podwójnie - gdyž mogć wyžywaŹ siĹ w czystej sztuce i dzieĺa ich majć jednak walor obiektywny, pozostajć. Tak tedy, choŹ niejednokrotnie musi im dolegaŹ zwykĺa czćsteczkowo׏, dosyŹ sć potĹžni, aby siĹ urzeczywistniŹ w najlepszej swojej czćstce. I mogć kochaŹ sztukĹ, poniewaž sztuka ich kocha; mogć lubowaŹ siĹ wyrazem, poniewaž wyraz im sĺužy - boska rozkoszy potentatów! Ale wy panowie? Wy z waszymi czĹ×ciami ciaĺa? Lecz wpierw powiedzcie mi - czy lubicie, gdy ulicć przecićga orkiestra, bĹbny walć bum, bum, bum, flety - fiu, fiu, fiu - trćby huu, hu, hu, muhu, muhu, a ludzie w oknach stojć, albo "siedzć", wsĺuchujćc siĹ w dŽwiĹk i melodiĹ. Gdziež jest, na czym polega realno׏ drugorzĹdnego pisarza? W czym on jest rzeczywisty? Pospolity fabrykant taniej brukowej sensacji, ze wzruszeniami, jakie budzi w masach, z wpĺywem, jaki wywiera, jest tytanem rzeczywisto×ci wobec niego. Oto ci, których akceptowaĺ czĺowiek a Szekspir i Goethe, ksićžĹta z Božej ĺaski, to ci, których Bóg zaakceptowaĺ. Ale wy po×redni? Zbyt trudni i skomplikowani, aby zyskaŹ wpĺyw na szersze masy czytelnicze, zbyt niedostateczni, by posić׏ realno׏ ducha. Kandydaci i aspiranci wielko×ci, wiecznie nieudolni, wiecznie na tĹ trójczynĹ, sĺudzy i na×ladowcy mistrzów, powtarzajćcy ich prawdy, które oni powiedzieli dziesiĹŹ razy lepiej, hoĺdownicy i wielbiciele sztuki, która was trzyma w przedpokoju. ZaprawdĹ straszne jest widzieŹ, jak siĹ staracie i jak wam siĹ nie udaje, jak za každym razem mówić wam, že jeszcze nie caĺkiem, a wy znowu pchacie siĹ z nowym utworem i jak usiĺujecie wmuszaŹ te utwory, jak ratujecie siĹ okropnymi drugorzĹdnymi sukcesinami, rozdajecie sobie komplimenty, urzćdzacie wieczorki artystyczne, wmawiacie w siebie i w innych coraz nowe upozorowanie wĺasnej nieudolno×ci. I nawet nie macie tej pociechy, aby dla was samych to, co piszecie i fabrykujecie, miaĺo jakiekolwiek znaczenie. Bo to wszystko, powtarzam, jest tylko na×ladownictwem, jest to podpatrzone u mistrzów - sć to kategorie wielko×ci, w których tylko wielko׏ jest autentyczna. I przypuszczam, že Goethe, gdy pisaĺ "Fausta" nie nudziĺ siĹ podczas pisania. Ale wam musi byŹ ogromnie nudno, gdy ukĺadacie swe drobne i nikĺe Faustki na modĺĹ cudzego geniuszu i wypowiadacie sĺowa, my×li i uczucia, które majć siĹ do was, jak kur do indyki. I przypuszczam, že Szekspir i Goethe prĹdzej podaliby rĹkĹ autorowi zwykĺego kryminalnego lub kolejowego romansu, niž wam. Gdyž kryminalny, ale popularny, stoi na wĺasnych nogach, na nogach swoich czytelników, a wy Dostojewskiemu wisicie u paska, trzymacie go za poĺĹ, przedrzeŽniacie nĹdznie to, co on powiedziaĺ dobrze, wytwarzacie nadmiar, tĺok i ×cisk tam, gdzie na tĺok nie ma miejsca. Sytuacja wasza jest faĺszywa, a bĹdćc faĺszywć, musi rodziŹ gorzkie owoce - i juž w waszym gronie ro×nie wzajemna niechĹŹ, lekcewaženie, zĺo×liwo׏, každy pogardza drugim i sobć w dodatku, jeste×cie bractwem samopogardy - až wreszcie sami zlekcewažycie siĹ na ×mierŹ. Bo na czymže wĺa×ciwie polega sytuacja drugorzĹdnego pisarza, je×li nie na jednym wielkim odpaleniu? Pierwsze i nielito×ciwe odpalenie wymierza mu zwykĺy czytelnik, który zdecydowanie nie chce lubowaŹ siĹ jego utworami. Drugie i haniebne odpalenie wymierza mu wĺasna jego rzeczywisto׏, której nie zdoĺaĺ wyraziŹ. A trzecie odpalenie i kopniĹcie, najhaniebniejsze ze wszystkich, spotyka go od strony sztuki, do której siĹ schroniĺ, a która gardzi nim jako nieudolnym i niedostatecznym. I to wypeĺnia miarĹ haĄby. Tu juž zaczyna siĹ kompletna bezdomno׏. To sprawia, že drugorzĹdny staje siĹ przedmiotem po×miewiska ze wszystkich stron, wziĹty w krzyžowy ogieĄ odpalenia. ZaprawdĹ, czygóž možna siĹ spodziewaŹ po czĺowieku, odpalonym po trzykroŹ i za každym razem haniebniej? Czyž czĺowiek tak oporzćdzony nie powinien wyjechaŹ, ukryŹ siĹ gdzie×, aby go nie widziano? Czy niedostateczno׏, paradujćca w biaĺy dzieĄ, žćdna honorów, može byŹ zdrowa i czy nie musi sprowokowaŹ natury do czkawki? Lecz naprzód odpowiedzcie mi - czy zdaniem waszym bery lepsze sć i bardziej soczyste od ananasówek, czy raczej tamtym skĺonni jeste×cie oddaŹ pierwszeĄstwo przed tymi? I czy lubicie pojadaŹ je "siedzćc" wygodnie w trzcinowych fotelach na werandzie? HaĄba, haĄba, panowie i haĄba, haĄba! Nie jestem filozofem i teoretykiem, nie - ja o was mówiĹ, mam na my×li wasze žycie, zrozumciež, mnie mĹczy jedynie wasza osobista sytuacja. Nie možna siĹ oderwaŹ. Jest niemožno׏ przeciĹcia pĹpowiny, ĺćczćcej z odpaleniem czĺowieczym. Dusza odpalona - kwiat nie wywćchany - cukierki, które chciaĺy smakowaŹ i nie smakowaĺy - kobieta wzgardzona - zawsze sprawiaĺy mi bole׏ wprost fizycznć, nie umiem ×cierpieŹ tego niezaspokojenia - i gdy spotykam na mie×cie którego× z artystów i widzĹ, jak zwykĺe odpalenie ležy u podstawy jego egzystencji, jak každy ruch, sĺowo, wiara, entuzjazm, przecinek, obraza, duma, lito׏, ból zalatujć zwykĺym, nieprzyjemnym odpaleniem, wstyd mi. A wstyd mi nie dlatego, bym mu wspóĺczuĺ, lecz, že z nim wspóĺžyjĹ, že jego chimeryczno׏ mnie dotyka i tak samo dotyka každego, do czyjej ×wiadomo×ci przeniknĹĺa. Wierzcie, najwyžszy czas opracowaŹ i ustaliŹ postawĹ drugorzĹdnego pisarza, inaczej bowiem wszystkim ludziom zrobi siĹ niedobrze. A oto trzy gĺówne nastĹpstwa spoĺeczne trojakiego odpalenia: pierwsze, že, jak zaznaczyĺem, osobiste žycie takiego czĺowieka jest skandalem, który musi demoralizowaŹ innych. Drugie, že czĺowiek w tandetnym ze wszech miar poĺoženiu nie može wypowiedzieŹ jednego sĺowa, które by nie byĺo tandetć; i rzeczywi×cie widzimy, že pĺody tych ludzi sć tandetć najniebezpieczniejszć, jakć tylko možna sobie wyobraziŹ, gdyž tandetć trywializujćcć najwyžsze warto×ci kultury - do tego stopnia, iž dziwiŹ siĹ trzeba, že prawo nie wziĹĺo dotychczas w obronĹ ducha przed plagiatem. Po trzecie, že ta kradziež permanentna odbywa siĹ na terenie niezwykle cennym dla každego - na terenie mowy ludzkiej - že tu ofiarć pada mowa. W istocie - sĺowo niech bĹdzie albo narzĹdziem realnego interesu jednostki, albo tež wprost i bezinteresownie niech sĺužy czystej kontemplacji i wyžszemu, obiektywnemu poznaniu; gdy jednak kto× kĺamie, nie osićgajćc z kĺamstwa žadnej realnej korzy×ci, nasuwa siĹ pytanie po co kĺamie i po co w ogóle žyje? Czy czĺowiek nie powinien dćžyŹ do jak naj×ci×lejszego przerzucenia siĹ na zewnćtrz? Czy je×li w umy×le drugiego czĺowieka powstaje faĺszywe mniemanie o tobie, nie jest to z najwiĹkszym uszczerbkiem dla žycia? Bo je×li ty jeste× faĺszywy wzglĹdem niego, to i on musi byŹ faĺszywy wzglĹdem ciebie i juž dalej wszystko przemienia siĹ w sen, podbity kĺamstwem. Ale patrzćc na was zdawaŹ by siĹ mogĺo, že czĺowiek lĹka siĹ rzeczywisto×ci, jak ×miertelnego wroga i powoĺany jest do znĹcania siĹ nad nić i do wydymania jej wedle swojego widzimisiĹ, že czĺowiek piszćcy nie jest od tego, aby dćžyĺ do realiów, lecz aby fikcyjnć bajeczkć zakĺamaĺ ×wiat caĺy do niemožliwo×ci, do przesady. Czy nie pojmujecie, že staĺy, stanowczy kierunek na prawdĹ jest nie tylko postulatem žycia, lecz godno×ci? Patrzcie, jak nieustannie wielka nieubĺagana rzeczywisto׏, ciemny žywioĺ, demaskuje i kompromituje tych, którzy siĺć chcć zamknćŹ siĹ w czćstce swojej - kĺamstwo zabija ich na miejscu. Jakiež to bezczelne ĺgarstwo! Jakiž nonsens cyniczny i gĺupi. Czćstka nasza nigdy nie može byŹ nami; jest albo gorsza od nas, a wtedy my jeste×my od niej lepsi; albo tež ona jest lepsza, a wtedy my jeste×my gorsi. Dzieĺa nasze kompromitujć nas zawsze, albo dlatego, že lepsze, albo, že gorsze od nas. Wyrzucamy z siebie sĺowo, ksićžkĹ, dzieĺo, wyraz, który nie jest naszym, co× przypadkowego, wypadkowć tysićca czynników, a dopiero potem na gwaĺt dopasowujemy siĹ do tego, stwarzamy sobie rzeczywisto׏ na zasadzie czĹ×ci, aby ona nas stwarzaĺa. Stćd siĹ biorć oszaĺamiajćce dziwactwa wyžszych warstw spoĺecznych w cićgu dziejów, te krynoliny, pumpy, fraczki i pompony inteligentów, nabitych w butelkĹ czćstki. Patrzcie na lud, który zaledwie odrosĺy od ziemi, nie hoĺdowaĺ w tym stopniu czćstce - o ile mniej o×mieszyĺ siĹ od was w cićgu dziejów. Lud ×wiĹty i dobry zawsze byĺ wzglĹdnie realny i normalny, tylko inteligencja, okrakiem na czćstce, fruwaĺa groteskowo pod sufitem. Zaiste, zdawaŹ by siĹ mogĺo, že im czĺowiek rozumniejszy i zdolniejszy, tym bardziej podatny gĺupocie, zbrodni i szaleĄstwu. Czĺowiek taki, zamiast uznaŹ po prostu, že skĺamaĺ, nie cofnie siĹ przed krwić, mordem, požogć, ×miercić cudzć, a nawet wĺasnć - byle urealniŹ kĺamstwo i jeszcze w tej nĹdznej ×mierci za blagĹ upatrywaŹ bĹdzie jeden wiĹcej tytuĺ do wyžszo×ci. A dalej wszystkich naokoĺo pakowaŹ bĹdzie w tĹ czćstkĹ "per fas it nefas", caĺy ×wiat gotów raczej przystosowaŹ do siebie, niž siebie do ×wiata - a že každy robi to na wĺasnć rĹkĹ, nogĹ, pupĹ i w my×l odmiennej doktryny, wytwarza siĹ zamĹt ucieszny, mordobicie wzajemne coraz bardziej intensywne i do tego stopnia nieprawdziwe, že nawet cierpienie przestaje byŹ wažne, a ×mierŹ przeradza siĹ w psychiczny zabieg. Jakož nie brak dzisiaj caĺych gromad ludzkich, wpĹdzonych gwaĺtem w czćstkĹ, pĹdzćcych na czćstce co koĄ wyskoczy w ciemnć przyszĺo׏ - a zwykĺy przechodzieĄ nie pojmuje, co to siĹ staĺo, dlaczego ta czćstka, nie inna, dlaczego nie tamta, czemu w ten sposób kažć mu siĹ otumaniŹ, a nie w inny, dlaczego to, nie tamto - i siedzćc na ziemi pĺacze, a zarazem kroczy z hymnem na ustach, podczas gdy bĹbny walć bum, bum, bum, flety fiu, fiu, fiu, a trćby i puzony muhu, muhu, muhu, me, me, me - i czĹ×ci jego ciaĺa puszczone sć w ruch przy×pieszony i gwaĺtowny, podczas gdy on sam "siedzi" na ziemi, zalewajćc siĹ gorzkimi ĺzami. Panowie, je×li by mi byĺo wolno tutaj, na tym miejscu okre×liŹ postawĹ drugorzĹdnego twórcy, powiedziaĺbym, co nastĹpuje. Zagubieni w mgĺawicowych ogólnikach, teoriach i innych koncepcjach, produkowanych bez chwili wytchnienia przez tysićce esteto_filozoficznych koncepistów, zatracili×cie zbawienne wyczucie realiów i bĺĹdnie upatrujecie rzeczywisto׏ waszego artyzmu tam, gdzie jej wcale nie ma, to za×, co stanowi istotny sens waszych poczynaĄ, skĺonni jeste×cie uznaŹ za nieprzyjemny dodatek. DrugorzĹdny twórca zakĺada sobie po staremu wzorem geniuszów i mistrzów SztukĹ, jako cel najwyžszy, a to, že go nie chcć i že szydzć z niego, uwaža za dopust, wynikajćcy z niskiego kulturalnego stanu publiczno×ci. Dziwaczna pretensja, od której ×wiat na pewno siĹ nie zmieni je×li góra nie chce przyj׏ do Mahometa, czyž Mahomet nie powinien przyj׏ do góry? Je×li siĹ z was ×miejć, przyjmijcie za cel swej twórczo×ci to, by siĹ nie ×mieli, a je×li was nie chcć, troskĹ swć z tego powodu uczyĄcie gĺównym i oficjalnym motorem tworzenia, jawnie starajćc siĹ, by was zechcieli. Tak tedy, miast dumnej i odgórnej postawy namaszczonego wyžszym duchem Twórcy, proponujĹ postawĹ towarzyskć, nĹdznć i oddolnć, czĺowieczyny, który siĹ krasopisarstwem swym o×miesza i kompromituje, a którego celem jest przestaŹ siĹ o×mieszaŹ i kompromitowaŹ. I byŹ može wtedy bĹdziecie jednak mniej ×mieszni, niž dotćd, bardziej rzeczywi×ci i bardziej zasĺužycie na ĺaskĹ Boskć, oraz ludzkć. Gdyž ×mieszno׏ u×wiadomiona, ×mieszno׏, która staje siĹ problematem kapitalnym žycia, nie haĄbi w tym stopniu, co ×mieszno׏ wyĺažćca mimo woli zza koĺnierza. A tak samo ×wiadoma nieudolno׏ przestaje byŹ haĄbć. I miliony ludzi naražonych na tĹ samć mĹkĹ co i wy, panowie, cierpićcych w mniejszej skali wskutek braku formy i nieumiejĹtno×ci przerzucenia na zewnćtrz swych wewnĹtrznych tre×ci, powitajć z uczuciem ulgi to jawne wyznanie, tĹ postawĹ pisarskć stokroŹ prawdziwszć i godniejszć, niž dotychczasowa. Bĺćd, który nachalnie i nagminnie popeĺniamy, jest ten, že nazbyt skwapliwie utožsamiamy siĹ z naszć przypadkowć formć i zbyt delektujemy siĹ jej faĺszywym blaskiem. PamiĹtajmy jednak, že drugorzĹdny pisarz, jak sama nazwa to wskazuje, nie jest kim×, kto by posiadĺ formĹ - jest tylko ofiarć, która w poniženiu, ×mieszno×ci i znoju usiĺuje dochrapaŹ siĹ formy, jest tym, który siĹ wspina, lecz jeszcze nie wylazĺ i tym, który siĹ staje, lecz nie staĺ siĹ jeszcze. Skćd zatem ta mina, jak gdyby wszystko w was juž byĺo zaĺatwione, uregulowane, uporzćdkowane, skćd ta žćdza skoĄczono×ci? Czyž to takie trudne, zamiast chlubiŹ siĹ dzieĺami, wstydziŹ siĹ dzieĺ swoich - a pomimo to pisaŹ je? Lecz utarĺo siĹ powszechne, a mylne mniemanie, že krasopisarz winien ukryŹ swć osobĹ za swym dzieĺem, že winien kryŹ przed ludŽmi ambicje, zadražnienia, maĺostki i wszystko, co jest prawdziwym motorem pisania, a jedynie dzieĺo uwažane w oderwaniu i w abstrakcji od czĺowieka ma istotny walor. Cóž za nĹdzny absurd! A wiĹc marne, sztuczne, nieudolne dzieĺo ma zakrywaŹ prawdziwć, žywć, realnć osobĹ, fikcyjna bajka - žywć rzeczywisto׏? Gdyž drugostolny dramat, który napisaĺe× jest bajeczkć wyssanć z palca - jedynym jego naprawdĹ dramatycznym elementem jest wĺa×nie to, že siĹ nie udaĺ, jest dramatyczno׏ twej nieudolno×ci. Postaci twych powie×ci sć blade, kĺamliwe, nieprzekonywujćce i bez zwićzku z niczym - ty sam jeste× jedynć swć postacić, jedynym realnym swoim bohaterem. I je×li powiecie, že waszym dramatem jest wĺa×nie - niemožno׏ dramatu, že jeste×cie zabawni i humorystyczni wskutek nieumiejĹtno×ci w gĺĹbszym žarcie i dowcipie, na to zgoda; ale nie próbujcie wstrzćsaŹ nas i ×mieszyŹ czym innym, niž sobć. Niestety jednakže - wolicie dostarczaŹ surogatów i namiastek, niŽli syciŹ sobć bezpo×rednio i my×licie jeszcze, že wasze poronione dzieĺa dobrze zasĺugujć siĹ Sztuce. Panowie, kto wypoliczkuuje pupĹ, którć ×miecie zwracaŹ siĹ do ludzi, klĹkajćc przed oĺtarzem Sztuki? Tak tedy krasopisarz drugiej gildii i drugiego chóru nie jest dostarczycielem PiĹkna, ani innych absolutnych wzruszeĄ - jest to czĺowiek, jak wszyscy, niewyrobiony i niewypierzony, który caĺe žycie usiĺuje wypowiedzieŹ siĹ i podaŹ ludziom, zyskaŹ formĹ i staŹ siĹ dla bliŽnich jadalnym, zwabiŹ ich do siebie i uczyniŹ siĹ možliwym spoĺecznie i towarzysko, lecz któremu to siĹ nie caĺkiem udaje. I w tym jest podobny innym ludziom, dla których mowa jest przede wszystkim narzĹdziem osobistego interesu, którzy mówić po to, by przeforsowaŹ i utwierdziŹ siebie w innych ludziach. Ta tylko róžnica, že gdy inni czynić to jĹzykiem i w szczupĺym kóĺku swych znajomych, pisarz dziaĺa piórem i w szerszym okrĹgu. I jak w towarzystwie ludzie wyrabiajć siĹ i uczć na wĺasnych oraz cudzych gafach, tak wĺa×nie spoĺeczeĄstwo može uczyŹ siĹ wĺa×ciwego stylu i sposobu bycia na gafach pisarza i, obserwujćc jego duchowć walkĹ o byt z czytelnikami, wycićgaŹ stćd wnioski estetyczne i etyczne. Lecz na to potrzeba, aby drugorzĹdny nie wygĺaszaĺ žadnych prawd ogólnych i kosmicznych, gdyž w tym jest skĺamany, a jeno same prawdy osobiste, subiektywne, gdyž w tym jest prawdziwy. I nie powinien stwarzaŹ fikcyjnych postaci, bo to na nic, a jeno wcićž musi mieŹ na uwadze wĺasnć postaŹ, jak ona mu wypada w stosunku do ludzi; ani tež nie powinien swymi drugorzĹdnymi przemy×leniami i filozofiami za×miecaŹ bezdennego ×mietnika bibliotek, ale niech zabiera gĺos jedynie, gdy jasno wynika, že jest do tego upowažniony wĺasnym, osobistym i žyciowym interesem. I wierzcie mi - gdybym nie czuĺ siĹ osobi×cie obražony dzi× obowićzujćcć postawć pisarskć, gdybym nie czuĺ, jak ona paraližuje i paczy mi wszelkć wypowiedŽ, jak kompromituje, gdy ujmĹ za pióro, przenigdy nie zabieraĺbym gĺosu w tych materiach. Lecz, že mnie dotyka, že jest to moja osobista sprawa, mogĹ zabraŹ i bĹdĹ zabieraĺ dopóki sĺoĄce realiów žyciowych nie ožywi naszego žycia. Bo tak, jak jest dzisiaj, jest tylko haĄba i upokorzenie dla každego kto wstćpi w szranki literackie, a zatem i dla mnie. O, kiedyž na koniec szerokie rzesze ujmowaŹ bĹdć dzieĺo literackie w ×cisĺym zwićzku z osobć twórcy, a osobĹ twórcy w ×cisĺym zwićzku z innymi ludŽmi. Kiedyž wreszcie pojmć, iž wszelki wyraz, wszelka forma nie rodzi siĹ z jednostki tylko, lecz že siĹ wytwarza ze stosunku czĺowieka z czĺowiekiem i že ten sam twórca može objawiŹ siĹ mćdrze, albo gĺupio, wznio×le, albo podle, zaležnie od tego, jak jest naci×niĹty, jak ograniczony jest drugim czĺowiekiem. íe wszelakie dzieĺo jest jeno znikomć czćsteczkć czĺowieka, podobnie jak czĺowiek jest tylko czćsteczkć ludzko×ci. Czyž nigdy z haĄbićcych obĺoków nie zejdziemy na grunt realizmu psychologicznego? O ciĹžko i gĺupio jest tworzyŹ, gdy wszystko co powiesz, jest ci przypisywane w caĺo×ci, jak gdyby nikt inny przez ciebie nie mówiĺ, tylko ty sam, jak gdyby twa forma nie byĺa jedynie iskierkć pomiĹdzy tobć a twoim odbiorcć - gdy nie možesz byŹ nigdy sobć, to znaczy zmiennym, niedorozwiniĹtym, niedojrzaĺym, žywym, lecz musisz wystĹpowaŹ w farsie jakiej× fikcyjnej statyki; kiedy wszyscy sćdzć, že piszesz nie po to, by siĹ zmieniaŹ, ksztaĺtowaŹ, rozwijaŹ i stwarzaŹ, lecz dlatego wĺa×nie, že jeste× juž stworzony i uksztaĺtowany. Czyž nigdy istotne wyczucie wspóĺrzĹdno×ci, zaležno×ci, rozwoju, przemiany nie uszlachetni dzisiejszej naiwnej i formalistycznej koncepcji ×wiata i czĺowieka, jako czego× okre×lonego i wyznaczonego, czego× co siĹ nie rusza, nie žyje? Jakiž jeszcze winien byŹ pisarz, którego natura nie obdarzyĺa duchem bosko genialnym? Pisarz taki winien zbližaŹ siĹ do ludzi w caĺej žywej niedostateczno×ci swojej, w swoim niewykoĄczeniu i nieustaleniu - porzuŹcie fikcjĹ form skoĄczonych w sztuce drugiego rzĹdu, niechaj forma stwarza siĹ dopiero w kontakcie z ludŽmi i na oczach spoĺeczeĄstwa, niech siĹ wywićzuje walka pomiĹdzy prawdć prywatnć a publicznć i niechaj w tej walce oczyszcza siĹ zarówno jedna, jak i druga prawda. Nie przyrzćdzajcie siĹ, nie doskonalcie w zamkniĹtym pokoju po to, by dopiero ukazaŹ siĹ ludziom w stanie przyrzćdzonym i udoskonalonym, wystĹpujćc z dzieĺem ostatecznym, gdyž to (jak do×wiadczenie uczy) nie ležy w waszych možliwo×ciach. Nie usiĺujcie pisaŹ tych ksićžek skoĄczonych i na wieczno׏ caĺć, niechaj každa ksićžka bĹdzie doraŽna i wynikajćca z waszej aktualnej sytuacji spoĺecznej i towarzyskiej. Nawet nie próbujcie zapomnieŹ o ludziach na rzecz abstrakcyj, do których že×cie duchem nie doro×li, a przeciwnie niech ksićžka bĹdzie rozgrywkć z czĺowiekiem i powstaje nie z pseudobezinteresownej kontemplacji zjawisk, lecz z osobistego, žyciowego interesu. PorzuŹcie obiektywne powie×ci, dramaty i inne eposy, podejmijcie bardziej subiektywne formy obcowania z ludŽmi - piszcie do nich listy, zwierzajcie siĹ im i wyznawajcie, dražnijcie i prowokujcie ich piórem, aby oni was prowokowali, rozkoszujcie siĹ nimi, aby wami siĹ rozkoszowali, rozwićzujcie na nich swe kompleksy, aby oni swoje mogli na was rozwićzywaŹ - wyzyskajcie w peĺni dynamikĹ i potĹžnć moc uzdrowicielskć drugiego czĺowieka, dbajcie o to, aby miĹdzy wami a czytelnikami powstaĺ ten napiĹty stosunek psychiczny, w którym obie strony nawzajem siĹ ×cierajć, szlifujć, ksztaĺtujć. Jakže byĺo dotćd? íe pisarz aby - po cichu - staŹ siĹ sĺawny i przyjemny ludziom tworzyĺ sztukĹ, niech od dzi× przeciwnie krasopisarz walczy jawnie z ludŽmi o swć krasĹ i niech stćd dopiero na marginesie tej sprawy žyciowej, w sposób gĺĹboko mimowolny urodzi siĹ sztuka. I niech to siĹ dzieje nie na papierze, ale na žywej osobie, niech každe dzieĺo zmienia co× w waszym stosunku do ludzi, ižby×, wyszedĺszy nazajutrz na miasto czuĺ juž, že oto - co× nowego jest pomiĹdzy tobć a gromadć. Wywalczcie sobie ×wiĹte prawo do gĺupoty, bĺĹdu i nieudolno×ci; przestaĄcie nauczaŹ - niech na was siĹ uczć, moraĺ niech powstaje z waszej rozgrywki z ludŽmi, samotniczć pracĹ zastćpcie žywć wspóĺpracć z czĺowiekiem. Wówczas tylko bĹdziecie naprawdĹ sĺužyŹ narodowi, paĄstwu, gatunkowi - gdyž gatunek dužo mniej siĹ troszczy o to, co w was jest juž uĺadzone, kulturalne, uporzćdkowane, niž o to, co jest dzikie, prywatne i nietowarzyskie. I bĹdziecie sĺužyŹ wyžszej i powszechnej moralno×ci, gdyž každy kto z pokorć uzna swć niedoskonaĺo׏, uznaje tym samym prawo wyžszej moralno×ci. A ten, kto w spoĺeczeĄstwo wnosi wĺasnć rzeczywisto׏ z peĺnć ×wiadomo×cić, že jego prywatna prawda jako czćstkowa i niedostateczna musi w každej chwili ustćpiŹ wyžszej i powszechnej prawdzie, ten jedynie swym žyciem ožywia wielkć ogólnoludzkć prawdĹ, która nie powstaje z jakiej× pojedynczej doktryny, ale jest wynikiem miliona prywatnych racji wcićž siĹ ×cierajćcych i žyje žyciem swoich czćstek. Im žywsza, prawdziwsza, lepiej osadzona w rzeczywisto×ci i bardziej ×wiadoma siebie jest jednostka, tym silniejsza i bardziej prawdziwa jest powszechno׏ ludzka, a recytowanie cudzych wspaniaĺo×ci, choŹby najszczytniejszych, nie doprowadzi do niczego. I wówczas, panowie, gdy przyjmiecie tĹ skromniejszć, ale prawdziwć postawĹ, godno׏ wasza bĹdzie uratowana. Bo dzieĺo bĹdzie wtedy tylko narzĹdziem waszego obcowania z ludŽmi, niczym wiĹcej, wy za× sami bĹdziecie czym× lepszym i wiĹkszym od waszego dzieĺa. I je×li przytrafi siĹ wam napisanie dzieĺa nieudolnego i niemćdrego powiecie: - Doskonale! Napisaĺem gĺupio, lecz nie zawieraĺem z nikim kontraktu na dostawĹ samych dzieĺ mćdrych, doskonaĺych. Daĺem wyraz mej gĺupocie i cieszĹ siĹ z tego, bowiem niechĹŹ i surowo׏ ludzka, jakć pobudziĺem przeciw sobie, ksztaĺtuje mnie i urabia, stwarza jak gdyby na nowo i oto jestem jeszcze raz na nowo urodzony. Czyž taka odpowiedŽ nie owiewa was boskim powiewem žycia i rzeczywisto×ci, czy widzicie, jak niknć od razu wszystkie ×mieszno×ci i upokorzenia? Tak, oto jest droga, tĹdy naležy pój׏! íćdam, by×cie zerwali z prze×wiadczeniem, že pisarz winien byŹ sĺugć swojej sztuki (cóž za przyjemno׏ byŹ sĺugć zĺej sztuki?) - niech odtćd bĹdzie jej panem, nie sĺugć. íćdam, by×cie przestali na siĺĹ dostosowywaŹ siĹ do dzieĺa, przestali utožsamiaŹ siĹ z formć, zamykaŹ siĹ w czćstce. Miast narzucaŹ sobie i innym tĹ waszć przypadkowć i niedobrć formĹ sprzymierzcie siĹ z innymi ludŽmi na jej zgubĹ, a wierzĹ, nadejdzie dzieĄ, kiedy ludzko׏ nauczy siĹ mówiŹ i na drodze ×wiadomego wysiĺku osićgnie ten sukces, že sĺowo przestanie byŹ ni przypićĺ, ni przyĺataĺ, jak gruszka na wierzbie. I žćdam, by dotychczasowa samotnicza twórczo׏ ustćpiĺa twórczo×ci dogĺĹbnie spoĺecznej, opartej na realnych impulsach žycia spoĺecznego i towarzyskiego, a nie na mechanicznym powtarzaniu w kóĺko i na×ladowaniu mistrzów. I žćdam, aby×cie przestali na koniec pakowaŹ siĹ we wĺasnć czĹ׏. íćdam - lecz któž žćda? Ja, który trzech sĺów nie umiem zĺožyŹ bez sztuczno×ci? I od kogóž žćdam? Od panów? Od teoretyków i notorycznych belfrów, zasiedziaĺych na siedzeniu swym inteligentów, dla których jest szczĹ×ciem przerabiaŹ i montowaŹ ludzko׏ na brudny obraz i nieszczĹsne podobieĄstwo swoje? Od figlarzy, którzy "pracujć nad sobć" i wyrabiajć sobie "przekonania" i za miesićc bĹdć juž gĺosicielami najgĺĹbszych swych przekonaĄ, którzy wmawiajć w siebie wiarĹ, aby siĹ dynamizowaŹ, od tych przyrzćdzonych, zrobionych i skonstruowanych na ten albo inny fason, którzy juž nie mogć wyzwoliŹ siĹ ze swej konstrukcji, których konstrukcja tak dalece usztywniĺa, že ani be, ani me, od istot - skoĄczonych? Od istot, które pochowaĺy swoje gorsze czĹ×ci, a caĺe wlazĺy w czĹ׏ lepszć i którym siĹ zdaje, že caĺo׏ pozwoli kiedykolwiek wtĺoczyŹ siĹ w swć czćstkĹ. Przepraszam, že zabieraĺem wam czas - pozwólcie raczej do poszczególnych czĹ×ci ciaĺa mego "Filidora"". W rozdziale IX autor pominćĺ nastĹpujćce po ostatnim sĺowie tekstu cztery wersy: "Kopyrda, Kopyrda@ Kopyrda, Kopyrda@ Kopyrda, Kopyrda@ Kopyrda, Kopyrda."@ Rozdziaĺ XII koĄczyĺ siĹ w wydaniu pierwszym sĺowami: "(...) zawstydziĺ siĹ i poszedĺ do domu"; cićg dalszy tego zdania ("- podczas gdy grzmot oklasków rozlegaĺ siĹ w×ród widzów") dodaĺ autor w wydaniu drugim. 1/ 1