WIKTOR HUGO CZŁOWIEK ŚMIECHU TOM I KSIĄŻKA iWlEDZA Warszawa 1953 Tytuł oryginału: L-HOMME QUI RIT * Tłumaczyła HANNA SZUMANSKA-GROSSOWA * Wstępem I objaśnieniami opatrzył MACIEJ 2UROWSKI'. * Okładkę projektował MAREK, RUDNICKt •» •' WSTĘP Redaktor Irena Wieczorkiewicz * „Książka i Wiedza", Warszawa • Luty 1953 r. Tłoczono 30 000+238 egz. • Łódzka Drukarnia Dziełowa QbJ. ark. wydawn. 17,6 • Nr żarn. 484 • Druk ukończ, dn. 4. II S3 r. Papier druk. sat. kl V, 70 g, 61x86 cm * Obl. ark. druk. 22.6 D-3-13228 „Lata, pod których wpływem geniusz innych mistrzów chyli się ku ziemi, słabnie i dostaje zmarszczek — pisał w roku 1868 Teofil Gautier — zdają się przynosić Wiktorowi Hugo nowe siły, nową energię i nowe piękności". Te słowa znalazły całkowite potwierdze- nie, kiedy w rok później ukazał się Człowiek śmiechu. Po Nędzni- kach — wcześniejszych o siedem lat — nie wydawało się, że wielki pisarz może pójść jeszcze dalej w krytyce burżuazji. Najmniej zaś można było oczekiwać, że na starość spróbuje wskrzesić tradycję powieści romantycznej w jej najczystszej, niemal wyzywającej po- staci, od dawna już przebrzmiałej dla czytelników Flauberta i braci Goncourt. Wiktor Hugo miał jednak mimo wieku zaskoczyć swoich współczesnych niejedną jeszcze niespodzianką. W Człowieku śmie- chu stworzył najbardziej rewolucyjną ze swoich powieści i jedno- cześnie najbardziej romantyczną od czasów, kiedy zdobywał sławę Katedrą Notre-Dame. l Nędznikom wprawdzie nie brak znamion romantyzmu, ale Człowiek śmiechu zostawia ich pod tym względem daleko w tyle, stapiając w niezwykłą całość początek i koniec naj- dłuższej i najbogatszej w wydarzenia kariery pisarskiej, jaką zna historia literatury francuskiej XIX wieku. Nie tylko lata, ale i poglądy dzieliły początki twórczości Wiktora Hugo od postawy, którą reprezentuje Człowiek śmiechu. Urodzony w roku 1802, zadebiutował tomem Ody i wiersze różne w dwu- dziestym roku życia. Ideologiczna jego pełnoletność nie pokrywa się jednak z datą tego debiutu. Przyszły autor Nędzników zaczynał jako monarchista. Atmosfera polityczna Restauracji zaciążyła nad całym romantyzmem francuskim tego okresu tłumiąc w nim nurt rewolucyjny; miał on swoje źródła w epoce Oświecenia, w której rozwijał się jako uczuciowy bunt przeciw przywilejom urodzenia i majątku — pod panowaniem przywróconych do władzy Burbonów . zanikł wszakże prawie bez śladu. Jego miejsce zajęła liryczna apo- teoza monarchii. V Z daleka dostrzegał to zatamowanie francuskiego romantyzmu Puszkin, uważny i przenikliwy obserwator życia literackiego na Zachodzie. W roku 1824 pisał on: „Wiek romantyzmu nie zaczął się jeszcze dla Francji. Wszystkie zbiory poezji zwanych romantycz- nymi przynoszą wstyd literaturze francuskiej". Ale — dodawał za- raz — tym gwałtowniejszy powiew wolności i „literackiego karbo- naryzmu" wniesie „pierwszy genialny poeta, który się zjawi w ojczyźnie Boileau i Racine'a". Gdyby te słowa Puszkina dotarły wtedy do Wiktora Hugo, nie uznałby on ich za proroczą niemal zapowiedź swojego rozwoju w najbliższej przyszłości. W tym sa- mym roku wydał Nowe ody, poprzedzone przedmową, w której młody poeta nadal odżegnywał się od jakichkolwiek związków z ideami 1789 roku. Czynił to jednak w sposób bardzo znamienny: romantyzm — twierdził — nie ma z rewolucją nic wspólnego, chociaż „częściowo może być jej rezultatem" — rezultatem w tym mianowicie znaczeniu, że „wyrósł jak zboże na wulkanie". Nieje- den rys dotychczasowej jego twórczości zdradzał już tę świadomość i niebawem Hugo przekonał się, że wulkan, na którym odbywała się monarchisty czna maskarada romantyków, najwyraźniej dymi. W ostatnich latach Restauracji pociągnęła go za sobą rosnąca opo- zycja przeciw Burbonom. Zanim doprowadziła ona do rewolucji, oświadczał już, że romantyzm „to w gruncie rzeczy nic innego niż liberalizm w literaturze". Ten termin, świeżo wprowadzony do słownika politycznego, streszczał wówczas zdobycze wielkiej rewo- lucji burżuazyjnej, jednoczył cały dawny stan trzeci, który znowu, jak w roku 1789, ruszył przeciw Burbonom i w lipcu 1830 roku ostatecznie udaremnił próby odbudowania feudalnego absolutyzmu. Liberalizm obudził z powrotem wszystkie nadzieje, jakim na krótko dała życie wielka rewolucja — romantyzm, który stał się „libera- lizmem w literaturze", odnalazł więc swoje rewolucyjne źródła. Teraz geniusz Wiktora Hugo dojrzał całkowicie. Około rewolucji lipcowej skupiły się pierwsze jego arcydzieła i pierwsze wielkie triumfy — tuż przed nią dramat Hernani, w rok po niej powieść Katedra Notre-Dame; jego poezje z tego okresu zaćmiły wszystko, co dotąd napisali francuscy romantycy. W monarchię lipcową wkro- czył Wiktor Hugo z zaufaniem, które w nim podtrzymywały jego sukcesy życiowe — przed czterdziestką doczekał się członkostwa Akademii i wkrótce potem nawet fotela w Izbie Parów. Liberalizm jednak, skonfrontowany z rzeczywistością, nie podtrzymywał w nim natchnienia — im dłużej panował Ludwik Filip, tym mniej autor Hernaniego wystawiał i drukował. Pisał wprawdzie Nędzników, powieść, która miała stać się największym dziełem jego życia, ale nie mógł się zdecydować na jej wykończenie i wydanie, zbyt jeszcze VI związany z burżuazją. Dopiero rewolucja 1848 roku i zwłaszcza zamach stanu Ludwika Napoleona Bonaparte wywołują w nim zbawienny wstrząs. Wiktor Hugo, od dłuższego czasu zwalczający Ludwika Napoleona — w którym początkowo widział ostoję liberalnej burżuazji — po zamachu 2 grudnia 1851 roku szukał schronienia na obczyźnie. Osiedlił się na Jersey, angielskiej wysepce w kanale La Manche, i stamtąd prowadził walkę przeciw uzurpatorowi. Stamtąd też na- wiązał bliskie stosunki z Garibaldim, Hercenem i polskimi działa- czami niepodległościowymi. Naród polski miał w nim od lat wy- próbowanego przyjaciela — na początku roku 1831 Wiktor Hugo zasiadł obok Berangera we francuskim komitecie pomocy dla po- wstania listopadowego; powstanie styczniowe znalazło w nim rów- nież gorącego orędownika. Jego spojrzenie trafiało wszędzie, gdzie trzeba było napiętnować zaborczą wojnę, grabież kolonialną, ucisk narodowości czy prześladowania rasowe — od Grecji po Chiny i Stany Zjednoczone. Gdy literatura we Francji zamykała się w estetyzmie uciekając przed rzeczywistością — autor Nędzników nieustannie rozszerzał swój horyzont i coraz lepiej rozumiał krzywdę społeczną. „Jedyna rzecz, o którą się trosz- czę, to dym z mojego cygara, mawiał pewien niedawno „t zmarły poeta — pisał Wiktor Hugo w roku 1864. — Ja też się troszczę o dym: o dym z tych domów płonących tam daleko..." Te wszystkie sprawy, które poznał i którymi nauczył się tak przej- mować na wygnaniu, nie przesłaniały mu spraw, z którymi był związany bezpośrednio. W tym okresie jego coraz dojrzalsza myśl polityczna pozwoliła mu stworzyć takie dzieła, jak Nędznicy i Czło- wiek śmiechu. Dzieje rewolucji 1848 roku i drugiej republiki francuskiej, któ- rej krótkotrwały żywot zakończył się dyktaturą Ludwika Na- poleona, ukazały Wiktorowi Hugo oblicze burżuazji w nowym świetle. Już za monarchii lipcowej, śledząc narastający konflikt rządu Ludwika Filipa z proletariatem i pracując nad Nędznikami, zaczął on zdawać sobie sprawę, że rewolucja lipcowa nie spełniła nadziei, jakie w jej zwycięstwie pokładał naród. Odkąd burżuazją rękami mas ludowych uprzątnęła ze swej drogi odradzające się pod berłem Burbonów widmo feudalizmu, o równości i braterstwie nie było już mowy, a hasło wolności oznaczało teraz tylko wolność konkurencji, bogacenia się i eksploatowania klas pracujących — stało się szyldem kapitalizmu. Instytucje polityczne oparte na pro- gramie wielkiej rewolucji i nawiązująca do roku 1789 frazeologia demokratyczna miały służyć do zachowania pozorów, ale w istocie rewolucja lipcowa „zatrzymała się w połowie drogi", jak to Wiktor VII Hugo określił w Nędznikach — została zdyskontowana przez ban- kierów i przemysłowców. Wydarzenia 1848 roku i utworzenie drugiego Cesarstwa zdema- skowały burżuazję francuską do reszty. Z chwilą gdy proletariat stał się siłą rewolucyjną i wystąpił z żądaniem realizacji haseł, któ- rymi go dotąd tylko zwodzono, burżuazja zrezygnowała ze swych własnych zdobyczy. Aby ratować zagrożony ustrój, wyniosła do władzy Ludwika Napoleona i poddała się jego dyktatorskim rzą- dom. „Burżuazja — pisał Karol Marks w Osiemnastym brumaire'3 Ludwika Napoleona Bonaparte — słusznie zdawała sobie sprawę z tego, że wszelki oręż, ukuty przez nią przeciwko feudalizmowi,. zwraca się swym ostrzeni przeciw niej samej, że wszystkie wy- tworzone przez nią środki oświaty buntowały się przeciwko jej własnej cywilizacji, że wszystkie stworzone przez nią bogi od- wróciły się od niej. Pojmowała, że wszystkie tak zwane wolności obywatelskie i postępowe instytucje atakowały jej panowanie' klasowe i zagrażały zarówno jego podstawie społecznej, jak i jego wierzchołkowi politycznemu". Analizując podłoże zamachu stanu 2 grudnia 1851 roku i obser-' wując z wygnania reakcyjną politykę Napoleona III, Wiktor Hugo zrozumiał, że nie wystarczy już stawiać znaku równości między romantyzmem a liberalizmem. Teraz zaczął utożsamiać romantyzm z socjalizmem. W świadomości wielkiego pisarza ta nowa jego postawa nie oznaczała wszakże zerwania z burżuazja. Pamiętając, jak nie- dawno jeszcze jego klasa była klasą rewolucyjną, nie przestawał w nią wierzyć. Sądził naiwnie, że przywoła burżuazję do porządku, uprzytamniając jej sytuację proletariatu. Nie zdołał przezwycię- żyć złudzenia, które przejął od socjalizmu utopijnego — wierzył, że klasy posiadające pod naciskiem nieodpartych nakazów sprawie- dliwości i we własnym interesie, aby nie zginąć w nowym prze- wrocie rewolucyjnym, dobrowolnie zaspokoją żądania proletariatu i same przyłożą ręki do budowy ustroju społecznego bez wyzysku i nędzy. Te złudzenia zostawiły wyraźne ślady na twórczości Wiktora Hugo. Często ograniczał się on do pojednawczych ostrze- żeń, często przesłaniał konflikty klasowe mitologicznym obrazem Dobra odwiecznie toczącego walkę przeciw Złu, a nawet przywo- ływał na pomoc religię, którą próbował godzić ze swoją postawą zaciętego antyklerykała, nadając jej postać osobliwej mieszaniny mistycyzmu z wolteriańskim deizmem. Nie umiejąc świadomie znaleźć drogi do rewolucyjnego proletariatu, faktycznie jednak stawał w jego szeregach, ilekroć zabierał głos w sprawie klas wy- zyskiwanych. A czynił to po roku 1851 coraz częściej i coraz bar- VIII dziej bezkompromisowo. Przywołując burżuazję do porządku, sta- wał się jej namiętnym oskarżycielem. Już w pamfiecie Napoleon Maty, wydanym w roku 1852, wystąpił w obronie proletariatu francuskiego, który drugie Cesarstwo ska- zało na nędzną wegetację. Późniejszy o rok zbiór poematów Kary zawiera — między innymi utworami o wymowie wprost rewolu- cyjnej — dantejski obraz egzystencji robotników w Lilie: W lochach piwnicznych żyje nędzarzy tłum niemy. Zapomniało ich słońce i nieludzkiej ziemi Pochłonęły przepaście. Kiedy mała dziewczynka z twarzą jak starucha Mówi nie zapytana, ze zdumieniem słucham, Ze lat ma osiemnaście. Dziecinę swoją kładzie matka nieszczęśliwa Do nory wygrzebanej. Pieszczotą okrywa Dziecko drżące jak pisklę. Tam ziemia jest gościnna. Dziecinę przybyłą Wita bowiem serdecznie gotową mogiłą. Ona zastąpi kołyskę... Majątek wasz, panowie, z tej się rodzi męki. Ona żywi rozrzutność twojej hojnej ręki, Jaśnie wielmożna zgrajo. . Krople wody z piwnicznych ścian, z płaczących okien, A z serc umierających krople krwi, potokiem Do twoich kas spływają ... 'Ż tych agonii nieludzkich, z boleści głębokiej, 2 ciemności, gdzie promyka nadziei swym okiem Nigdy nikt nie zobaczył, Z lych nor, gdzie tylko czarne słońce nędzy świeci, 'Ż tej stłoczonej gromady ojców, matek, dzieci W bezgranicznej rozpaczy, Tak, z tej góry nieszczęścia i straszliwej nędzy Tbczą się hałaśliwie strumienie pieniędzy Złote, srebrne, miedziane; Sięgają po pałace, sławę i honory, Chodzą w wieńcach różanych radosne potwory, Krwią ludzką malowane1. l Przekład Zbigniewa Bieńkowskiego. IX Po wydaniu Kar nie było już wątpliwości, że Wiktor Hugo stał się poetą proletariatu. W roku 1862 ukazują się Nędznicy. Genialna ta powieść świadczy, jak nieustannie pogłębia się u jej autora zrozumienie istoty konri- któw klasowych epoki. Szczególnie znamienna jest jedna z licznych dygresji, które przeplatają dzieje Jana Yaljeana. Charakteryzuje ona ze zdumiewającą przenikliwością mechanizm hamowania re- wolucyjnego rozpędu mas ludowych, stosowany przez burżuazyj- .nych polityków: „Oto na czym polega ich wielka umiejętność — wydobyć ze zwycięstwa ton katastrofy, żeby ci, którym ono służy, 'też się zlękli, zaprawić strachem krok postawiony naprzód; prze- dłużyć linię rozwoju do punktu, gdzie postęp zwalnia biegu; osłabić barwę jutrzenki, potępić i przytłumić żarliwy entuzjazm, obciąć ostre krawędzie i pazury, zatkać watą fanfary, obandażować prawo, owinąć flanelą i prędko położyć do łóżka olbrzyma, któremu na imię lud, trzymać na diecie jego zbyt bujne zdrowie, wmówić Herkulesowi, że jest rekonwalescentem, rozmienić przełom na dro- bne zarządzenia, umysłom spragnionym ideału dać ten nektar, ale pomieszany z ziółkami; pilnować, żeby nic się za dobrze nie udało, nałożyć na rewolucję abażur. Rok 1830 wypraktykował tę metodę, zastosowaną już przez Anglię w roku 1688". Refleksje nad drogą, jaką burżuazja francuska przebyła od antyfeudalnej rewolucji do antydemokratycznej reakcji, narzuciły pisarzowi porównanie losów rewolucji we Francji i w Anglii z siłą tym bardziej nieodpartą, że obserwacja stosunków w kraju, w którym szukał schronienia przed Napoleonem III, uczyła go co dzień, jak bardzo te stosunki są po- dobne po obu stronach kanału La Manche. Osiadłszy na wyspie Jersey przekonał się szybko, że Anglia królowej Wiktorii niczym nie przypominała ojczyzny swobód oby- watelskich, sławionej przez Woltera. Kiedy publicznie wyraził swój pogląd na uprawianą przez rząd angielski politykę sojuszu z dru- gim Cesarstwem, stał się przedmiotem brutalnej interpelacji w Izbie Gmin. Dowiedział się wówczas, że jest uciążliwym przy- błędą. „To indywiduum ma jakiś prywatny zatarg z czcigodną osobistością, którą naród francuski wybrał sobie na cesarza" — głosiła interpelacja, uprzedzając jednocześnie, że jeżeli Wiktor Hugo będzie powtarzał swoje „nędzne głupstwa", znajdą się środki admi- nistracyjne, żeby go zmusić do milczenia. Rzeczywiście, po następnej demonstracji nakazem policyjnym przesiedlono autora Napoleona. Małego i Kar na wyspę Guernesey. Na tym się jednak skończyło, gdyż wobec jego nieustannie rosnącej popularności rząd angielski nie ośmielił się pójść dalej w represjach. Wygnaniec zresztą nie złożył broni aż do ostatnich dni pobytu na Guernesey i głosem, X który rozlegał się na całym świecie, oskarżał reakcję kierującą ży- ciem politycznym Anglii. Najbardziej uderzającą dla niego cechą tego życia była obecność w nim przebrzmiałych, ale pieczołowicie kultywowanych prze- żytków feudalizmu. Niektóre były po prostu śmieszne: jako właści- ciel domu na Guernesey płacił Wiktor Hugo królowej Anglii daninę w postaci ustalonej od średniowiecza — dwie kury rocznie. Inne zastanawiały swoją dostojnością: arystokratyczna tytułomania, ce- remoniał dworski, rytuał parlamentarny. Wszystkie natomiast spełniały jedną funkcję. Służyły za ornament klasom posiadającym, dodawały monumentalnej powagi ich pasożytnictwu, patyną wie- ków zakrywały nowoczesny wyzysk kapitalistyczny. Pod tym wzglę- dem burżuazja francuska, która znacznie później wspięła się na szczyt drabiny społecznej, miała mniej przesądów, tak samo zresztą jak i w stosunku do religii. To ją także odróżniało od angielskiej, która dokonała swej rewolucji pod sztandarami purytanizmu, i od- tąd religijne namaszczenie stało się nieodzownym składnikiem ży- cia społecznego Anglii, nadając mu tak charakterystyczne po dzień dzisiejszy piętno obłudy. „Anglia — pisał Wiktor Hugo, uderzony tym zjawiskiem — ma właściwie dwie książki. Jedną, którą ona stworzyła, i drugą, która ją stworzyła. Szekspira i Biblię. Ale te dwie książki nie żyją w zgodzie. Biblia zwalcza Szekspira". Tak natrętna obecność dawno minionej historii w życiu dzie- więtnastowiecznej Anglii kusiła wielkiego romantyka, aby stwo- rzyć powieść zarazem historyczną i współczesną. Cofając się daleko w przeszłość, mćigł raz leszcze, prawie u schyłku życia, w okresie rodzącego się naturalizmu, zabłysnąć potęgą swojej wspaniałej, romantycznej wyobraźni, jak niegdyś, kiedy jako młody pisarz olśnił czytelników Katedrą Notre-Dame — a jednocześnie nie 'opuścić ani na chwilę walki ze współczesną reakcją angielską i zi- lustrować zagadnienie, które go teraz nurtowało: w co burżuazja zamienia swoje własne rewolucje. Tylko w historii Anglii mógł cofnąć się aż do epoki chronologicz- nie odpowiadającej we Francji czasom Ludwika XIV, a zarazem będącej w istotnych swoich cechach odpowiednikiem niedawnych wydarzeń w jego własnej ojczyźnie: po upadku angielskiej rewo- lucji burżuazyjnej Jakub II usiłował — podobnie jak Burbonowie po roku 1815 — wskrzesić feudalizm, czym spowodował przewrót roku 1688, zwany „sławną rewolucją", która — jak rewolucja lipcowa we Francji — udaremniła te usiłowania i zapewniła oli- garchii obszarniczo-finansowej niepodzielne panowanie. Główną część akcji Człowieka śmiechu umieścił Wiktor Hugo w czasach królowej Anny, kiedy likwidacja rewolucji angielskiej XI dobiegła do końca i wyzysk mas ludowych święcił niesamowite triumfy. „Bogaty próżniak — pisał o tej epoce Swift w Podróżach Gulliwera — żyje z pracy ubogiego, który poci się od rana do wieczora, nie mając jednego momentu odpoczynku. Są tysiące bied- nych na jednego bogacza. .. Masa naszego ludu przymuszona jest pracować co dzień za nędzną zapłatę, aby kilku w największym zbytku żyć mogło". W Człowieku śmiechu obraz epoki urasta jak u Swifta do rozmiarów koszmaru, ale przedłuża się o perspektywę historyczną, sięgającą nawet dalej, niż można było oczekiwać. W usta wędrownego filozofa Ursusa, wygłaszającego ironiczne przemówienie do Anglików, włożył Wiktor Hugo słowa, które brzmią jak gdyby wypowiedziane z myślą o Anglii dzisiejszej, a właściwie o całym obozie imperializmu: „Apetyt macie dobry. Jesteście narodem, co zjada inne narody. Funkcja to chwalebna. Wysysanie całego świata na zupełnie osobnym miejscu stawia Anglię. W polityce i w filozofii, w zarządzaniu koloniami, ludami i ich wytwórczością, w chęci robienia innym tego złego, co by wam na dobre wychodziło — jesteście nieporównani, jesteście zdumiewający. Nadchodzi chwila, w której na kuli ziemskiej umieszczone zostaną dwa ogromne napisy. Jeden głosić będzie: «strona ludzi», drugi: «strona Anglików» ..." Romantyczna fantazja nie zagłuszyła w tej powieści tła histo- rycznego ani nie odwiodła autora od jego postawy ideologicznej, tak wyraźnej w tym okresie twórczości Wiktora Hugo. Przeciwnie. Tu właśnie odniósł pisarz wielkie zwycięstwo. Dopiero w Czło- wieku śmiechu bowiem ukazał na całkowicie przekonywającym. przykładzie znaczenie teorii, którą o przeszło czterdzieści lat wcześ- niej, w roku 1827, wypowiedział w przedmowie do dramatu Krom- wel i która odegrała dużą rolę v/ dyskusjach nad romantyzmem. Była to teoria „groteskowości". Sztuka nowoczesna tym się według niego różni od starożytnej, że stworzyła postaci groteskowe, ,,z jed- nej strony potworne i przerażające, z drugiej komiczne i błazeń- skie". Romantyzm powinien udoskonalić poetykę groteskowości — uprawiać groteskę łączącą brzydotę z pięknem, bo w rzeczywistości „jest wszystko". Wiktor Hugo torował w ten sposób drogę roman- tycznej odmianie realizmu. Choć wymagająca nieraz rozszyfrowywa- nia symbolicznych skrótów i nie tak bezpośrednio związana z rze- czywistością jak realizm Stendhala i Balzaca (wówczas szukający dopiero swoich dróg), mogła ona dawać niezwykłe efekty. W okre- sie pierwszych swoich triumfów pisarskich nie mógł jednak autor przedmowy do Kromwela pochwalić się, że teoria groteskowości i jej zastosowania znalazły pełne zrozumienie. Nawet tak przema- wiająca do wyobraźni postać, jak szlachetny i ułomny Quasimodo> XII w Katedrze Notre-Dame, symbol miażdżonego przez ustrój feudal- ny ludu, nie tłumaczyła dostatecznie intencji pisarza. Ogólnie przy- jętą w tym okresie ocenę teorii groteskowości charakteryzuje współczesna karykatura: przedstawia ona bajecznego smoka, na którego grzbiecie siedzi grupka romantyków pod dowództwem Wiktora Hugo, przy czym twórcy Quasimoda włożył karykaturzysta do ręki proporzec z napisem Piękno to brzydota. Człowiekiem śmiechu udowodnił Hugo w sposób wykluczający wszelkie wątpliwości, jak wielki ładunek protestu mieścił się w romantycznej grotesce. Bohater tej powieści, Gwynplaine — któremu comprac?ncos, handlarze dziećmi, zoperowali twarz utrwa- lając na niej niesamowity grymas, aby ofiara tego zabiegu służyła do rozśmieszania gawiedzi — jest najdoskonalszym artystycznie zastosowaniem teorii groteskowości. Za jego też pośrednictwem wyjaśnia autor istotny sens swojej teorii: „Ten śmiech — mówi Gwynplaine — wyraża nieszczęście powszechne. Ten śmiech — to tyle co nienawiść, milczenie z musu, wściekłość, rozpacz... Ja jestem symbol... Przedstawiam ludzkość całą, taką, jaką uczy- niona ona została przez władców swoich. Człowiek jest kaleką. Całemu rodzajowi ludzkiemu zrobiono tę samą co i mnie krzywdę. Zniekształcono mu prawo, sprawiedliwość, prawdę, umysł, rozum, jak mnie oczy, nozdrza i uszy ..." W postaciach Quasimoda i Gwyn- plaine^ uwidocznił się rozwój ideologiczny Wiktora Hugo od ro- ku 1830 — garbaty i głuchy dzwonnik był tylko ofiarą jakiegoś nieprzeniknionego fatum, nie oczekującą od ludzi nic oprócz litości, oszpecony na rozkaz królewski Gwynplaine jest już natomiast wyrazicielem świadomego buntu. Jak romantyczna jest genealogia literacka Gwyplaine'a, tak romantyczny jest ten jego samotniczy, zakończony samobójstwem bunt. Nie jest to jednak romantyzm dekadencji i rezygnacji, lecz owianego najwyższym patosem protestu, który streszcza wszystkie doświadczenia i poglądy autora z lat wygnania. „To społeczeństwo jest złe, fałszywe — mówi Gwynplaine nie tylko pod adresem osiem- naste wiecznych lordów. — Nadejdzie dnia pewnego prawdziwe społeczeństwo. A wtedy nie będzie już wielmożów, będą wolni, żywi ludzie. Nie będzie już panów, będą ojcowie. Taka jest przy- szłość. Nie będzie już upodlenia, poniżenia, ciemnoty, nie będzie ludzi-zwierząt jucznych, nie będzie dworaków, nie będzie lokajów, nie będzie królów — zajaśnieje światło". Tak aż do śmierci określał Wiktor Hugo swoją postawę wobec współczesności i przyszłości — na pograniczu między utopią i rewolucją, coraz dalej od klasy, z której wyszedł i w którą coraz trudniej było mu wierzyć. XIII Na tle literatury schyłku drugiego Cesarstwa Człowiek śmiechu był utworem bardzo odosobnionym. Wszelki protest i wszelki optymizm co do przyszłości wydawał się wtedy bardzo nie na cza- sie. Również w roku 1869 ukazała się Szkoła serca Gustawa Flau- berta, powieść przepojona takim pesymizmem, że w dwa lata później jej autor, oglądając zgliszcza pozostałe po walkach Komuny Paryskiej, miał się wyrazić: „Gdyby zrozumiano Szkołę serca, nie doszłoby do tego". Twórca Człowieka śmiechu powinien był wtedy powiedzieć, że został zrozumiany lepiej, niż się spodziewał i chciał. Wszystko bowiem, co w jego powieści poprzez oskarżenie angiel- skich klas posiadających jest oskarżeniem rodzimej burżuazji, wy- raża stanowisko proletariatu Francji w przededniu wybuchu wojny francusko-pruskiej. Gdy rząd Napoleona III wytoczył w roku 1870, tuż przed swym upadkiem, proces przeciw działaczom Pierwszej Międzynarodówki, jeden z oskarżonych, A. Theisz, przyszły komunard, powiedział do członków sądu niemal to samo, co autor Nędzników i Człowieka śmiechu mówił burżuazji przypominając jej, jak daleko odeszła od swoich dawnych ideałów: „My chcemy sprowadzić w rzeczy- wistość. społeczną hasła rewolucji, które od roku 1789 są tylko polityczną abstrakcją. Wasz system gospodarczy, wasza organiza- cja przemysłu doprowadza w sposób nieunikniony do tego, że wciąż rośnie liczba najemnych pracowników i robotnik uzależnia się od kapitalisty; jednocześnie twierdzicie, że dzięki powszechnemu gło- sowaniu równość jest podstawą »ustroju politycznego — i dziwi was ten potężny okrzyk buntu, który wznoszą robotnicy całego świata..." Zamykając Człowiekiem śmiechu swoją twórczość w okresie drugiego Cesarstwa Wiktor Hugo zadokumentował jeszcze raz, i nawet dobitniej niż w Nędznikach, że ten okrzyk budzi w je- go sercu uczucie nierozerwalnej solidarności z proletariatem. Toteż gdy wybuchła Komuna Paryska, stanął zdecydowanie po stronie komunardów, chociaż wciąż jeszcze od ideologii rewolucyj- nego proletariatu dzieliło go złudzenie, że burżuazyjna demokracja może urzeczywistnić hasła równości, wolności i braterstwa. Żarli- wość wszakże, z jaką bronił komunardów przed represjami i oskar- żał burżuazję o wytworzenie stosunków, które zmusiły proletariat paryski do chwycenia za broń, odgrodziła go nieprzebytą przepaścią od własnej klasy. Przez ostatnie lata życia — umarł w roku 1885 — bez przerwy pogłębiał tę przepaść głosząc niezmordowanie swoją wiarę w postęp i swoją nienawiść do plag ludzkości — wyzysku, obskurantyzmu i wojen, walcząc o przyszłość, w której „zajaśnieje światło". Obchodzone w roku 1952 z inicjatywy Światowej Rady Pokoju stopięćdziesięciolecie jego urodzin ukazało całą jego wiel- XIV kość jako porywającego sojusznika postępowej ludzkości w jej walce o sprawiedliwy porządek społeczny i zachowanie pokoju. Człowiek Śmiechu należy do najcenniejszych utworów Wiktora Hugo. Jest też jedną z najbardziej aktualnych książek wielkiego pisarza, bo dzisiejszych spadkobierców torysów z czasów królowej Anny łączy z ich pradziadami nieprzypadkowe podobieństwo ro- dzinne. Winston Churchill może tu nawet znaleźć swojego przodka w prostej linii: Johna Churchilla, księcia Mariborough. Nie mają wprawdzie przodków w tej powieści jego wspólnicy, amerykańscy władcy giełdy i baronowie przemysłu, ale dziś, kiedy świat według przewidywań Ursusa podzielił się na stronę ludzi i stronę imperia- listów, dla nich wszystkich nabierają nowego, groźnego znaczenia słowa Gwynplaine'a: „Przynoszę wam nowinę, milordowie. Rodzaj ludzki istnieje..." Maciej Żurowski W Anglii wszystko jest wielkie, nawet to, co złe, nawet oligarchia. Patrycjat angielski jest patrycjatem w całym znaczeniu tego słowa. Nigdzie feudalizm nie był tak wspaniały, tak straszliwy, tak żywotny. Trzeba przyznać zre- sztą, że feudalizm ten w swoim czasie był pożyteczny. Na przykładzie Anglii poznawać należy władzę feudalnego pana, tak jak wła- dzę królewską poznawać trzeba na przykła- dzie Francji. Właściwy tytuł tej książki brzmieć by po- winien: „Arystokracja". Następny tom na- zwać by można „Monarchią". A po tych dwu księgach, jeżeli danym będzie autorowi do- kończyć swego dzieła — nastąpi trzecia, sta- nowiąca zamknięcie, która nosić będzie tytuł: „Rok dziewięćdziesiąty trzeci". HauteviUe-House. 1869. CZĘŚĆ PIERWSZA MORZE l NOC Dwa rozdziały przedwstępne 4 I. URSUS, II. COMPRACHICOS l URSUS Ursus i Homo związani byli wielką przyjaźnią. Ursus był człowiekiem, Homo był wilkiem. Charaktery ich pasowały PA do siebie znakomicie. Człowiek to nadał imię wilkowi, a swoje własne też zapewne sam obrał sobie i nazwę Ursus uznał za najwłaściwszą dla siebie, nazwę zaś Homo za najwłaściwszą dla zwierzęcia. Para ta — człowiek i wilk — wędrowała po jarmarkach i odpustach, pojawiała się na ludnych, ruchliwych ulicach miast. Ludzie wszędzie chętnie słuchają żartów i facecji, wszędzie kupują cudowne, uzdrawiające wszelakie choroby le- karstwa. Z tego też żyli Ursus i Homo. Wilk, łagodny, przymilny i posłuszny, podobał się tłumowi. Ludzie lubią bowiem patrzyć na wszystko, co oswojone, podporządkowane woli człowieka. Naszą największą przyjemnością jest przypatrywanie się naj- rozmaitszym rodzajom i odmianom obłaskawienia. Dlatego to właśnie tyle jest zawsze gapiów przy przejeździe królewskiego orszaku. Ursus i Homo wędrowali od rozstaja do rozstaja, od rynku w Aberystwith do rynku w Yeddburg, z kraju do kraju, od hrabstwa do hrabstwa, z miasta do miasta. Kiedy gdzieś prze- stawano już przyglądać się im, słuchać i kupować leki — prze- nosili się dalej. Mieszkaniem Ursusa była buda na kółkach. Obłaskawiony Homo ciągnął ją we dnie i pilnował nocą. Nieraz droga bywała ciężka, pod górę, błotnista, rozorana koleinami. Wówczas człowiek przewiązywał się przez pierś pasem i ciągnął wózek razem z wilkiem, po bratersku, ramię przy ramieniu. I tak się razem zestarzeli. Obozowali, gdzie wypadło: na ugo- rach, na polanach, u rozstaju dróg, na skraju wioski, u bram miasta, w halach targowych, na jarmarcznych placach przy ogro- dzeniach parków, na przykościelnych cmentarzach. Kiedy wózek zatrzymywał się wśród jarmarku, kiedy zbiegły się ciekawe przekupki i gapie otoczyli go wkoło, Ursus zaczynał rozprawiać, a Homo przytakiwał mu głową i z miseczką drewnianą w pysku grzecznie obchodził zbiegowisko. Tak zarabiali na życie. Wilk był uczony, człowiek także. Wilk był wytresowany przez swego pana, a może też i sam z własnego instynktu przymilał się na swoje wilcze sposoby, byleby uzbierać jak najwięcej. — Żebyś mi się tylko nie wyrodził na człowieka — mawiał mu przyjaciel. Wilk nie gryzł nigdy, człowiek — czasami. A w każdym razie nieraz bywało to pragnieniem Ursusa. Ursus był mizantropem i z tej przyczyny właśnie został wędrownym kuglarzem. A i dla- tego również, żeby żyć, bo żołądek dopomina się o swoje prawa. Co więcej, ten kuglarz-mizantrop, może dlatego, żeby udziwnić się jeszcze bardziej, a może też dlatego, żeby dopełnić kształtu swej postaci, był znachorem. Ale i to jeszcze nie wszystko: Ursus był również brzuchomówcą. Potrafił mówić nie poruszając usta- mi, potrafił naśladować do złudzenia i na zawołanie każdy ak- cent, każdą wymowę, każdy głos. Sam jeden również mógł udać pomruk tłumu. Słowo ,,brzuchomówcą" brzmi po grecku engastrim^thos. Ursus chętnie zwał się tym imieniem. Umiał też oddawać wszelkie krzyki ptaków: drozda, szpaka, skowron- ka, kosa z białym podgardlem, ptaków wędrownych jak i on; mógł więc wedle swej woli i w każdej chwili wywołać odgłosy czy to placu publicznego, wypełnionego zgiełkiem tłumu, czy też łąki rozbrzmiewającej ptasim śpiewem, odgłosy burzliwe jak motłoch lub też pogodne i niewinne jak poranek. Talenty podobne spotyka się zresztą, chociaż nieczęsto. W ubiegłym stuleciu niejaki Tonzel, który naśladować potrafił odgłosy ciżby ludzkiej i zwierzęcej i krzyk każdego stworzenia, służył u Buf- fona w charakterze menażerii. Ursus był bystry i ciekawy i zja- wiska świata tego skłonny był tłumaczyć w sposób nieoczeki- wany, jakże nieraz podobny do bajki. I wydawało się, że sam w nie wierzy. Przyglądał się podanej sobie czyjejkolwiek ręce, otwierał na chybił trafił swoje księgi i orzekał, przepowiadał losy, pouczał, że niebezpiecznie jest napotkać czarną klacz, że jeszcze niebezpieczniej jest, jeżeli przed wyruszeniem w podróż na wyjeżdżającego zawoła ktoś nieświadomy celu jego drogi. Ursus zwał sam siebie „handlarzem zabobonów". „Pomiędzy arcybiskupem Canterbury i mną jest jedna tylko różnica: ja się do tego przyznaję" — mawiał. Aż wreszcie słusznie oburzony arcybiskup zawezwał go dnia pewnego przed swe oblicze. Lecz zręczny Ursus zupełnie rozbroił jego wielebność wygłaszając przed nim kazanie ułożone przez siebie na święto Bożego Na- rodzenia, kazanie, którego zachwycony arcybiskup wyuczył się na pamięć i wygłosił z ambony, podając za własne. A więc tym samym arcybiskup Ursusowi przebaczył. Ursus, choć był znachorem, a może też dlatego właśnie, że nim był, leczył skutecznie. Stosował wywary. Znał się świetnie na ziołach. Potrafił wykorzystać moc kryjącą się w garstce nędz- nych chwastów, w niepozornych listkach kruszyny, kaliny, nie- zapominajki, szakłaku czy skrzypu. Suchoty leczył rosiczką, skutecznie zalecał liście ostromlecza, które, wyrwane za szy- pułkę, są środkiem przeczyszczającym, zerwane zaś za listek — środkiem na wymioty; ból gardła uśmierzał za pomocą paso- żyta roślinnego zwanego „psim uchem"; wiedział, jaki gatunek trzciny leczy wołu, jaki rodzaj mięty uzdrawia konie, znał się również na dobrodziejstwach i urokach mandragory, która — jak to każdemu wiadomo — kryje w sobie elementy męskie i kobiece. Ursus miał swoje recepty. Oparzenie leczył wełną salamandry, z której — jak to Pliniusz przekazuje — utkano niegdyś ręcznik dla Nerona. Miał on również retorty i butle, warzył w nich i mieszał napary z ziół i sprzedawał driakiew. Opowiadano o nim, że był niegdyś przez czas pewien zamknięty w Bedlam; uznano go tam szczęśliwie za niespełna rozumu l zo- stał zwolniony, gdyż przekonano się, że jest on tylko poetą. Historia ta nie była zapewne prawdziwa; za każdym z nas snują się jakieś legendy. W rzeczywistości zaś był Ursus wędrownym filozofem, znaw- cą literatury i wytrawnym łacińskim poetą. Był on wykształ- cony podwójnie: hipokratyzował i pindaryzował. Mógłby kon- kurować kwiecistością stylu z takimi poetami jak Rapin i Vida. Mógłby układać jezuickie tragedie w sposób nie mniej trium- falny, niż to czynił ojciec Bouhours. Z rytmami i metrami sta- rożytnych spoufalony był tak dalece, że wyrobił sobie własny sposób obrazowania i używał swoistych klasycznych metafor. O matce, przed którą szły dwie córki, mawiał: „to daktyl"; o ojcu, za którym szło dwu synów: „to anapest", o dziecku zaś idącym pomiędzy babką i dziadkiem: „to kretyk". Tak rozległa wiedza prowadzić może jedynie do nędzy. Szkoła z Salerno głosi: „Jadaj niewiele i często". Ursus jadał "niewiele i rzadko; był więc posłuszny pierwszej części tej zasady, nieposłuszny zaś jej części drugiej; a obwinić tym należy publiczność, która nie zawsze się gromadziła i nieczęsto kupowała. Ursus mawiał: „Lżej jest'człowiekowi, gdy wycharknie z gardła sentencję. Wilk ma na pociechę wycie, baran — wełnę, las — śpiewające pta- ki, kobieta — miłość, a filozof — sentencję filozoficzną". W ra- zie potrzeby Ursus układał komedie, które sam odgrywał jako tako; pomagało to w sprzedaży leków. Wśród wielu innych dzieł ułożył był również berżeradę heroiczną na cześć kawalera Hugha Middłetona, który w roku 1608 obdarzył Londyn rzeką. Rzeka ta płynęła sobie spokojnie w hrabstwie Hartford, o sześć- dziesiąt mil od Londynu, a kawaler Middłeton przyszedł i za- brał ją; przyprowadził ze sobą brygadę sześciuset ludzi uzbro- jonych w łopaty i motyki, zaczął przekopywać grunt, tu go obniżał, tam go podwyższał, tu o dwadzieścia stóp w górę, tam o trzydzieści stóp w głąb, ustawił nad ziemią drewniane akwe- dukty, przerzucił osiemset mostów z kamienia, z cegły, z bali i pewnego pięknego dnia rzeka zjawiła się w Londynie, który cierpiał na brak wody. Ursus te pospolite wydarzenia przemie- nił w piękną bukolikę, w której występuje rzeka Tamiza i stru- mień Serpentine. Rzeka mówi tam do strumienia: „Jestem już zbyt stara, żeby mogli mnie jeszcze kochać mężczyźni, dość jed- nak jestem bogata, by im płacić". Miało to wyrazić w sposób wykwintny i zręczny, że sir Hugh Middłeton przeprowadził wszystkie prace własnym sumptem. Ursus często prowadził głośne monologi. Był on dziki i ga- datliwy zarazem, nie pragnął towarzystwa ludzi, a odczuwał potrzebę rozmowy. Radził sobie więc w ten sposób, że mówił sam do siebie. Każdy, kto żył samotnie, wie, jak bardzo taki monolog właściwy jest naturze człowieka. Słowo zamknięte w naszym wnętrzu świerzbi. Przemawianie w przestrzeń uwalnia od tego niemiłego uczucia. Kiedy się głośno mówi w samotności, wyda- wać by się mogło, że jest to dialog z bogiem, którego każdy z nas nosi w sobie. Było to też — jak wiadomo — obyczajem Sokratesa. Rozprawiał on sam ze sobą, czynił tak również i Lu- ter. Ursus odziedziczył po tych wielkich mężach to przyzwy- czajenie. Posiadał on tę obojnacką zdolność do stawania się swoim własnym słuchaczem. Zapytywał sam siebie i odpowiadał sam sobie, czasem swoją własną osobę wysławiał, czasem ją znieważał. Nieraz słychać było na ulicy, jak rozmawia sam ze sobą w swojej budzie. Przechodnie, którzy w ocenie myślicieli stosują swoistą miarę, mawiali: wariat. Ursus lżył nieraz sam siebie, jakeśmy to już powiedzieli, czasami jednakże potrafił zdobyć się też i na sprawiedliwość. Pewnego dnia, kiedy tak do siebie przemawiał, usłyszano, jak nagle głośno wykrzyknął: „Poznałem wszystkie tajemnice rośliny, tajemnice jej łodygi, pączka, kielicha, płatków, pręcików, pylników, przylistków, ta- jemnice grzybowej zarodni i splątka. Zgłębiłem tajniki powsta- wania koloru, zapachu i smaku". Zapewne, to korzystne mnie- manie o sobie nie było wolne od odrobiny zarozumiałości. Niech jednak ci, co nigdy nie zgłębiali tajników powstawania zapachu, koloru i smaku, pierwsi rzucą na niego kamieniem. Ursus, na swoje szczęście, nigdy nie był w Holandii. Bo nie- wątpliwie usiłowano by go tam zważyć, aby się przekonać, czy ciężar jego ciała mieści się w granicach normy przewidzianej przez prawo. Człowiek, którego waga tej normie nie odpowia- dała — a więc czy to cięższy, czy to lżejszy — był uznawany za czarownika. Trudno wyobrazić sobie sposób bardziej prosty i bardziej pomysłowy. Oto jak odbywała się próba. Podejrza- nego o czary stawiano na szali i jeżeli ciężar jego zakłócił jej równowagę, prawda okazywała się ponad wszelką wątpliwość; zbyt ciężkich wieszano, zbyt lekkich palono. Nawet i dziś jeszcze można oglądać w Oudewater wagę do ważenia czarowników, obecnie jednakże służy ona już tylko do ważenia serów, tak nisko upadła religia. Ursus na pewno miałby z tą wagą do czy- nienia. W wędrówkach swoich omijał też Holandię i słusznie czynił. Wydaje się nam nawet, że ani razu nie przekroczył gra- nic Anglii. Jakkolwiekby się zresztą te sprawy miały, Ursus był bardzo ubogi i bardzo zgorzkniały, i kiedy razu pewnego napotkał w lesie Homo, nabrał zamiłowania do włóczęgi. Wziął więc sobie wilka za towarzysza i powędrowali razem przed siebie, gdzie oczy poniosą. Ursus miał wiele zdumiewających, rzadko spoty- kanych talentów, wiele pomysłów, przede wszystkim zaś posiadł on trudną sztukę leczenia, operowania, pomagania ludziom w chorobie i dokonywania wręcz cudownych uzdrowień; miał też opinię- zręcznego kuglarza i dobrego znachora. Tu i ówdzie — jak to zrozumieć nie trudno — uważano go za czarownika, po cichu jednakże, bo w czasach owych posądzenie o przyjaźń i. diabłem bardzo bywało niebezpieczne. I Ursus rzeczywiście narażał się, gdyż często dla zaspokojenia swych zielarskich i znachorskich namiętności zapuszczał się poszukując ziół w mroczne leśne uroczyska, gdzie rośnie trawa Lucyfera i gdzie — jak stwierdza to radca de 1'Ancre — o wieczornej mgle spot- kać można wyłaniającą się spod ziemi postać ludzką ,,ślepą na prawe oko, bez płaszcza, ze szpadą u boku, o stopach gołych i bo- sych". Ursus zresztą, choć zarówno wygląd jego, jak i usposo- bienie odznaczało się niecodziennością nie lada jaką, był czło- wiekiem zbyt statecznym, żeby przywoływać czy też rozpędzać gradowe burze, pokazywać zjawy, żeby zabijać człowieka tań- cem, którego przerwać nie byłby on w stanie, żeby sprowadzać 10 na ludzi sny, pogodne czy też smutne i pełne grozy. Ani jeden kogut o czterech skrzydłach nie wylągł się z jego przyczyny, nie zajmował się on wyrządzaniem ludziom tak niewybrednych złośliwości. Niezdolny byłby również i do innych obrzydliwych czynów. Nie potrafił więc, na przykład, mówić po niemiecku, po grecku czy po hebrajsku nigdy się tych języków nie ucząc, co jest niechybną oznaką szkaradnej zbrodniczości albo też wro- dzonej choroby, wynikającej z melancholijnych humorów. Ur- sus mówił wprawdzie po łacinie, ale dlatego tylko, że nauczył się niegdyś tego języka. Nigdy by też sobie nie pozwolił na uży- wanie mowy syryjskiej, ponieważ jej nie znał. Zostało zresztą dowiedzione, że języka tego używano podczas sabatów. W me- dycynie zaś Ursus przekładał Galienusa nad Cardana. Cardan, choć niewątpliwie wielki uczony, był tylko robakiem w porów- naniu z Galienusem. Tak więc nie należał Ursus do ludzi prześladowanych przez policję. Buda jego dość była obszerna, by mógł się w niej po- łożyć na skrzyni, w której chował swój ubogi dobytek. Posiadał latarnię, kilka peruk i parę innych jeszcze przedmiotów, a wśród nich instrumenty muzyczne, pozawieszane na gwoździach. Po- siadał też skórę niedźwiedzia, którą wkładał -na wielkie wystę- py. Nazywał to przebieraniem się w strój galowy. „Mam dwie skóry; oto prawdziwa" — mawiał wtedy. Buda na kółkach była własnością jego i wilka. Prócz tej budy, swoich butli i swego wilka, miał jeszcze flet i lutnię i ładnie na nich grywał. Eliksi- ry swoje przyrządzał sam. Przy pomocy wszystkich tych talen- tów udawało mu się czasem zarobić na obiad. W suficie budy przebita była dziura dla rury żelaznego piecyka, który stał tuż przy skrzyni, przypalając nieraz jej drewniany bok. Piecyk ten miał dwie przegrody: w jednej z nich Ursus ważył swoje alche- miczne mikstury, w drugiej zaś piekł kartofle. Nocą wilk sypiał pod budą, przywiązany łańcuchem. Homo miał sierść czarną, a Ursus włos już siwy. Miał lat pięćdziesiąt, może nawet i sześć- dziesiąt. Do tego stopnia pogodził się z nędznym przeznacze- niem człowieka, że jadał — jakeśmy to już mówili — kartofle, paskudztwo, którym w owym czasie karmiono tylko wieprze 11 i skazańców. A on to jadał z obrzydzeniem i rezygnacją. Był wysoki, lecz chudy, przygarbiony i melancholijny. Trudy życia przygięły ku ziemi jego starczą postać. Sama natura stworzyła go jakby do smutku. Uśmiechał się rzadko i z wysiłkiem, a pła- kać nigdy nie potrafił. Nie znał więc pocieszenia, jakie dają łzy, ani też ulgi, jaką przynosi wesołość. Stary człowiek — to my- śląca ruina. Taką właśnie ruiną był Ursus. Wielomówność szarlatana, przeraźliwa chudość proroka i wybuchowość poci- sku — oto jego obraz. W młodości zaś był nadwornym filozo- fem u pewnego lorda. Działo się to lat temu sto osiemdziesiąt, w czasach kiedy ludzie trochę bardziej jeszcze niż dzisiaj byli do wilków podobni. Lecz niewiele bardziej niż dzisiaj. U Homo był to wilk nie byle jaki. Z apetytu na nieszpułki i jabł- ka wziąć by go można było za wilka łąkowego, z ciemnej sier- ści — za afrykańskiego łycaona, z głosu zaś, który bardziej był podobny do szczekania niż do wycia, za zwierzę zwane canis cul- peus, które żyje w Ameryce Południowej. Nie wiemy jednak jeszcze w dostatecznej mierze, jak zachowuje się źrenica tego zwierzęcia, nie możemy więc mieć pewności, czy aby nie jest ono po prostu lisem, Homo zaś był najprawdziwszym wilkiem. Miał on pięć stóp długości, co nawet u wilków na Litwie rzad- ko się spotyka; silny był bardzo; zezował; nie było to zresztą je- go winą. Język miał miękki i nieraz lizał nim Ursusa. Wąska, nastroszona szczoteczka krótkich włosów sterczała mu wzdłuż kręgosłupa, był chudy zdrową chudością leśnego zwierzęcia. Kiedy nie znał jeszcze Ursusa, kiedy nie zaprzęgnięto go jesz- cze do wózka, z łatwością przebiegał po czterdzieści mil w ciągu nocy. Ursus napotkawszy go w zaroślach, na brzegu strumyka, docenił jego zalety widząc, jak ostrożnie i rozważnie zabiera się do łowienia raków, i rozpoznał w nim uczciwego i prawdzi- 12 wego wilka kupara, z gatunku zwanego również psem-łkrabo- jadem. Homo, jako zwierzę pociągowe, był według Ursusa lepszy od osła. Przykro by mu było zaprząc osła do swej budy na kółkach, zbyt wysoko bowiem cenił te zwierzęta. Zauważył również, że osioł, czworonóg myślący i nie doceniany przez ludzi, w niepo- kojący sposób strzyże uszami, kiedy filozofowie zaczynają mó- wić głupstwa. Osioł występuje więc w życiu jako osoba trzecia, stająca pomiędzy nami i naszymi myślami, a to bywa niewy- godne. Jako przyjaciel zaś Homo milszy był Ursusowi niż pies, mawiał bowiem, że wilk przejść musiał o wiele dłuższą drogę do zawarcia przyjaźni z człowiekiem. Dla tych wszystkich względów Ursus wybrał sobie Homo. Był on dla niego więcej niż towarzyszem, był jego odpowiedni- kiem. Ursus klepał go po zapadłych bokach i powtarzał: ,,Zna- lazłem drugi tom samego siebie". Mawiał również: ,,Kiedy umrę, ktokolwiek chciałby dowie- dzieć się, kim byłem, niechaj przyjrzy się uważnie Homo. Po- zostawię go po mojej śmierci jako kopię zgodną z oryginałem". Prawo angielskie, niezbyt pobłażliwe dla leśnych zwierząt, łatwo mogłoby zatruć życie temu wilkowi, co z całym spokojem odważał się wchodzić do miast, ale Homo korzystał z immuni- tetu nadanego „sługom" przez Edwarda IV: „Służący, towarzy- szący panu, ma prawo swobody poruszania się". Prócz tego zaś nastąpiło pewne złagodzenie ustawy o dzikich zwierzętach w stosunku właśnie do wilków dzięki modzie, panującej wśród dam dworu za czasów ostatnich Stuartów, na małe wilki, zwa- ne łapczywymi, nie większe od kota, które za wielkie sumy sprowadzano z Anglii i trzymano zamiast psów. Ursus przekazał Homo niektóre ze swoich umiejętności. Na- uczył go stać na dwu łapach, opanowywać złość tak, by stawa- ła się tylko złym humorem, nauczył go pomrukiwać wtedy, kiedy chciałby wyć, i wielu innych podobnych rzeczy; wilk zaś też ze swej strony został nauczycielem człowieka; pokazał mu, w jaki sposób obchodzić się można bez dachu, bez chleba i bez 13 ognia, nauczył go, że lepszy jest głód w lesie od niewolniczej służby w pałacu. Wózek-buda, co wzdłuż i wszerz przejeździł Szkocję i Anglię, miał cztery koła, dyszel dla wilka i orczyk, do którego przy- przęgał się Ursus na trudniejszych drogach. Wózek był solidny, zbity z mocnych a lekkich, uszczelnionych gipsem desek. Na przedzie miał oszklone drzwiczki, wychodzące na niewielki bal- konik, coś pośredniego pomiędzy amboną i trybuną, z którego Ursus przemawiał i rozprawiał, z tyłu zaś — drugie drzwiczki, te już z pełnego drzewa, z wyciętym czworokątnym otworem. Wchodziło się zaś do budy po trzech schodkach opuszczanych na zawiasach obok drewnianych drzwiczek. Nocą buda zamykana była od wewnątrz na mocne zamki i zasuwy. Niejeden raz pa- dały na nią śniegi i deszcze. Kiedyś, przed laty, była nawet pomalowana, ale na jaki kolor — tego nikt by już nie mógł określić dokładnie, bo czym dla dworzan zmiany panowania, tym dla wozów są zmiany pór roku. Na przedzie wózka, na umieszczonej na zewnątrz deszczułce, można było niegdyś od- czytać napis wykaligrafowany na białym tle czarnymi literami, które z upływem czasu zacierały się i bladły coraz bardziej: Złoto rokrocznie traci przez tarcie czternaście setnych swojej objętości; nazywa się to „wytarciem się monet"; wynika stąd, iż z czternastu milionów sztuk złota, będących w obiegu na całej kuli ziemskiej, rokrocznie ginie milion. Ten milion sztuk złota rozprasza się w pył, ulatuje w powietrze, unosi się w nim, wdycha się je w oddechu, obciąża ono swoim ciężarem sumienia, wtapia się w dusze bogaczy, które stają się przez to wyniosłe, wtapia się w dusze ubogich, które stają się przez to dzikie. Inskrypcja ta, zamazana, zatarta przez deszcze i przez łaska- wość opatrzności, była już na szczęście nieczytelna, obawiać by się bowiem należało, że ta filozoficzna sentencja o wdychanym złocie, zagadkowa i przejrzysta równocześnie, nie najbardziej przypadłaby do smaku szeryfom, sędziom, marszałkom i innym nosicielom peruki prawa. Ustawodawstwo angielskie w owych czasach nie żartowało, nie trudno było zostać uznanym za prze- ł4 «• stępce. Urzędnicy byli surowi z tradycji, okrucieństwo stało się rutyną. Od sędziów śledczych roiło się co krok, Jeffrys nie umarł bezpotomnie. III We wnętrzu budy znajdowały się jeszcze dwie inne inskryp-, cje. Nad skrzynią, na ścianie z pobielonych wapnem desek, widniał wypisany ręcznie atramentem tekst następujący: Jedyne rzeczy, jakie wiedzieć należy: Baron, par Anglii, nosi biret obszyty sześciu perłami. Korona zaczyna przysługiwać od wicehrabiego. Wicehrabia nosi koronę ozdobioną perłami bez liczby, hrabia — koronę z pereł umieszczonych na pałkach, przeplecionych liśćmi poziomki, które są poniżej pałek położone; w koronie margrabiego liście poziomki i pałki z perłami mają jednakową wysokość; książę ma w swej koronie kwiatony, bez pereł, książę krwi nosi obręcz z krzyży i kwiatów lilii, książę Walii — koro- nę taką samą jak królewska, tylko nie zamkniętą. Książę jest „jego książęcą mością", margrabia i hrabia — „jaśnie wielmożnymi panami", wicehrabia — „jaśnie panem", baron — „wielmożnym panem". Książę jest „jego łaskawością", linni parowie są „ich wielmoz- nościami". Lordowie są nietykalni. Parowie są izbą i sądem, concilium et cario, stanowią prawa i wymierzają sprawiedliwość. Most hononrable to więcej niż right honourdble. Lordowie, którzy są parami, uznani są za „lordów ź prawa"; lordowie, którzy parami nie są, uznawani są za „lordów tytu- larnych"; prawdziwymi lordami są tylko parowie. Lord nigdy nie składa przysięgi ani przed królem, ani też wobec prawa. Słowo jego wystarcza. Mówi: „na mój honor". Gminy, które są przedstawicielstwem ludu, wezwane przez Izbę Lordów, stawiają się pokornie i z odkrytą głową przed obliczem parów, którzy nakrycia głowy zachowują. Gminy przysyłają lordom bille przez czterdziestu swoich członków, którzy podają lordom bili z trzema głębokimi ukło- nami. Lordowie przysyłają Gminom bille przez zwykłego pisarza. 18 W wypadkach spornych obie izby obradują w Izbie Wzorzy- ste], przy czym lordowie siedzą i zachowują nakrycia głowy» Gminy zaś stoją i głowy mają odkryte. Na zasadzie prawa wydanego przez Edwarda VI lordowie mają przywilej zwykłego mężobójstwa. Lord, który by w zwy-i kły sposób zabił człowieka, nie będzie ścigany przez prawo. Baronowie mają ten sam stopień co i biskupi. Aby być baronem-parem, trzeba zależeć od króla poprzez dzierżenie pełnej baronii od niego nadanej, per baroniom integ- ram. Baronia pełna składa się z trzynastu lenn szlacheckich i jednej ćwierci, każde lenno szlacheckie przynosi po dwadzieścia fun- tów szterlingów, co razem daje czterysta grzywien. Siedzibą baronii, caput baroniae, jest zamek dziedziczny o ustroju podobnym do ustroju całej Anglii; a więc tylko w braku męskich potomków przejść on może drogą spadku na córki, w wypadku podobnym zaś przechodzi na córkę najstar- szą caeteris filiabus aliunde satisfactis 1. Baron ma godność „lorda"; nazwa ta brzmi po saksoński! laford, w łacinie klasycznej dominus, a w łacinie średniowiecz- nej lordus. Pierworodni i młodsi synowie wicehrabiów i baronów są pierwszymi giermkami królestwa. Pierworodni synowie parów mają pierwszeństwo przed ka- walerami orderu podwiązki; młodsi synowie parów tego pierw- szeństwa nie mają. Pierworodny syn wicehrabiego zajmuje miejsce po wszyst- kich baronach, a przed wszystkimi baronetami. Każda z córek lorda nosi tytuł lady. Wszystkie inne angiel- skie dziewice nazywają się miss. Wszyscy sędziowie stoją niżej od parów. Podsędek nosi czap- kę z futra baranka; sędzia nosi czapkę z popielic mniejszych, de minuto vario, czyli z niewielkich białych skórek wszelkiego rodzaju zwierząt, z wyjątkiem gronostai. Prawo noszenia gro- nostai mają tylko parowie i król. Przeciw lordowi nie przysługuje prawo supplicavit. Lord nie może być więziony. Wyjątek stanowi Wieża Lon- dyńska. " Każdy lord wezwany przed oblicze króla ma prawo do za-. bicia jednego lub dwu danieli w królewskim zwierzyńcu. l Co znaczy: inne córki wyposaża się w miarę możności (Przypisek Ursusa na ścianie, na marginesie tekstu). 16 Lord zwołuje w swoim zamku radę baronów. Pojawienie się na ulicy w płaszczu i w towarzystwie dwu tylko lokai nie jest godne lorda. Towarzyszyć mu powinna licz- na świta rękodajnych, pozostających u niego na służbie. Parowie zjeżdżają się do parlamentu w karetach, kolejno; Gminy — nie. Niektórzy parowie udają się do Westminsteru w kolasie na pasach, o czterech kołach. Używanie tych kolas i karet herbowych określonego kształtu dozwolone jest tylko lordom, jest to przywilej ich godności. Lord tylko przez lordów skazany być może na zapłacenie grzywny, i to tylko do wysokości pięciu szylingów, z wyjątkiem książąt, którzy mogą być skazani na zapłacenie dziesięciu szy- lingów. Lord może mieć na swojej służbie sześciu cudzoziemców. Każdy inny Anglik — tylko czterech. Lord ma prawo do posiadania ośmiu beczek wina nie płacąc od nich podatku. Jedynie lord nie jest zobowiązany do stawienia się na we- zwanie szeryfa obwodu. Lord nie może być obciążony płaceniem podatku na wojsko. Lord, jeżeli taka jest jego wola, może wystawić pułk i ofia- rować go królowi; tak też uczynili jaśnie oświeceni książę Athol, książę Hamilton i książę Northumberlandu. Lord zależy tylko od lordów. W procesach cywilnych może on żądać odroczenia rozprawy, jeżeli wśród sędziów nie zasiada co najmniej jeden szlachcic. Lord sam mianuje swoich kapelanów. Baron mianuje trzech kapelanów; wicehrabia — czterech; hrabia i margrabia — pięciu; książę — sześciu. Lord nie może być brany na tortury, nawet za zdradę stanu. Lord nie może być napiętnowany na ramieniu. Lord jest światły, nawet nie umiejąc czytać. Oświecenie przy- sługuje mu z prawa. Książę zasiada pod baldachimem wszędzie, gdzie nie ma kró- la; wicehrabia zasiada pod baldachimem w swoim domu; baron w czasie spełniania kielicha ma prawo kazać sobie pod nim trzymać przykrywę; tren sukni baronowej w obecności wice- hrabiny nieść może jeden paź. Osiemdziesięciu sześciu lordów czy też pierworodnych synów lordów zasiada na pierwszych miejscach przy osiemdziesięciu sześciu stołach, na pięćset nakryć każdy, jakie zastawiane są codziennie dla jego królewskiej mości w jego pałacu, na koszt prowincji, w której znajduje się królewska rezydencja. • Człowiek śmiechu 17 Nie-szlachcicowi, który by uderzył lorda, kat ucina dłoń. Lord jest prawie królem. Król jest prawie Bogiem. Ziemia jest lordostwem. Anglicy mówią do Boga: „Milordzie". Na przeciwległej ścianie przeczytać było można drugą in- skrypcję, w podobny sposób wypisaną. Oto ona: Satysfakcje, które wystarczyć powinny tym, co nic nie mają. Henryk Auverquerque, hrabia Grantham, który zasiada w Izbie Lordów pomiędzy hrabią Jersey i hrabią Greenwich, ma sto tysięcy funtów szterlingów renty. Do jego dóbr lennych należy pałac Grantham-Terrace, cały wybudowany z marmuru, słynny z osobliwości zwanej labiryntem korytarzy. W labiryncie tym jest korytarz jasnoróżowy, wykładany marmurem z Sa- rancolinu, korytarz brązowy, wykładany marmurem z muszlami z Astrachania, korytarz biały, wykładany marmurem z Lani, korytarz czarny, wykładany marmurem z Alabandy, korytarz szary z marmuru ze Staremma, korytarz żółty z marmuru z Hesji, korytarz zielony z marmuru z Tyrolu, korytarz czerwo- ny, wykładany w części marmurem czerwonobrunatnym z Czech, w części zaś marmurem z Kordoby, korytarz niebieski z ciem- nobłękitnego marmuru genueńskiego, korytarz fioletowy z ka- talońskiego granitu, korytarz żałobny z czarnego, biało żyłko- wanego marmuru z Murviedro, korytarz różowy z alpejskiego cypolinu, korytarz perłowy z marmuru z Nonette i korytarz pstrokaty, zwany korytarzem dworzan, wykładany płytami ze skał różnokolorowych, jak strój ariekina. Ryszard Lowther, wicehrabia Londsdale, mieszka w Westmo- reland, w zamku Lowther, którego okazałość i przepych wydaje się zapraszać do wejścia króli. Ryszard hrabia Scarborough, wicehrabia i baron Lumley, wicehrabia na Waterford w Irlandii, lord-porucznik i wicead- mirał hrabstwa Northumberland oraz miasta i hrabstwa Dur- ham, ma w Stansted dwie kasztelanie, starą i nowowybudowa- ną, przy której podziwiać można wspaniałą kratę otaczającą półkolem basen z nieporównanej piękności fontanną. Własnoś- cią lorda jest również i zamek w Lumley. Robert Darcy, hrabia Holderness, ma w posiadłości swoje) w Holderness zamek i niezmierzonej wielkości francuskie ogro- 18 r dy, po których odbywa przejażdżki w poszóstnej karecie, poprze- dzanej przez dwóch forysiów, jak to parowi Anglii przystoi. Karol Beauclerk, książę Saint-Albans, hrabia Burford, barors Heddington, wielki sokolniczy Anglii, ma w Windsorze rezy- dencję wyglądającą po królewsku nawet przy rezydencji samego* króla. Karol Bodville, lord Robartes, baron Truro, wicehrabia Bod- myn ma w Cambridge posiadłość Wimple, w której znajdują się trzy pałace z trzema frontonami. Dwa z nich są trójkątne, jeden zaś owalny. Aleja wjazdowa wysadzana jest czterema rzędami drzew. Szlachetny i wielmożny lord Filip Herbert, wicehrabia Caor- dif, hrabia Montgomery, hrabia Pembroke, pan na Candall, Marmion, Saint Quentin i Churland, strażnik olbór cynowych w hrabstwach Kornwalii i Devon, dziedziczny wizytator Kole- gium Jezusowego, ma w Willton wspaniały park, w którym znajdują się dwa baseny o fontannach piękniejszych niż te, co zdobią ogrody arcychrześcijańskiego króla Ludwika XIV v/ Wersalu. Karol Seymour, książę Somerset, ma Somerset-House na Tamizie, który dorównuje pięknością willi Pamfili w Rzymie. Na wielkim kominku stoją tam dwie wazy porcelanowe z cza- sów dynastii Yuen, których wartość równa jest pół milionowi franków. Artur, lord Ingram, wicehrabia Irwin, ma w Yorkshire, w Temple-Newsham zamek, do którego wejście prowadzi pod łukiem triumfalnym, rozległe zaś i płaskie jego dachy przy- pommają mauretańskie terasy. Robert lord Ferres de Chartley, Bourchier i Lovaine, ma w Leicestershire posiadłość Stauton-Harold. Park jej zało- żony jest na planie geometrycznym, w kształcie świątyni z frontonem, a wielki kościół z kwadratową dzwonnicą, wy- stawiony nad wodą, należy do jego kasztelani!. W hrabstwie Northampton Karol Spencer, hrabia Sunder- land, członek rady przybocznej jego królewskiej mości, ma po- siadłość Althrop, do której wejście prowadzi przez bramę z kraty żelaznej, przyozdobionej czterema filarami zwieńczo- nymi rzeźbami z marmuru. Laurence Hyde, hrabia Rochester, ma w Surrey New-Parke słynący ze wspaniale rzeźbionego akroterium, z kolistego, oto- czonego drzewami trawnika i z lasów, w głębi których znajduje się wzgórze sztucznie uformowane. Z daleka już widoczny jest wielki dąb zasadzony na jego szczycie. 1,9 Filip Stanhope, hrabia Chesterfieid, posiada w Derbyshire Bredby, gdzie znajduje się wspaniały pawilon zegarowy, soko- ląrnie, królikarnie i bardzo piękne stawy podłużne, kwadratowe l owalne. Jeden z nich ma kształt zwierciadła, a z obu jego stron ustawiono dwa bardzo wysokie wodotryski. Lord Cornwallis, baron Eye, ma w Brome-Hall pałac z czter- nastego wieku. Szlachetny Algernon Capel, wicehrabia Malden, hrabia Essex, ma Cashiobury w Hersfordshire, zamek wybudowany na planie litery H. Znajdują się tam również tereny łowieckie, bardzo zasobne w zwierzynę. Karol lord Ossulstone ma w Middlesex Dawly. Do pałacu idzie się przez włoskie ogrody. James Cecii, hrabia Salisbury, ma o siedem mil od Lon- dynu Hartfield-House, kasztelanię składającą się z czte- rech pawilonów i wieży zamykających podwórze wykładane- czarnymi i białymi płytami, jak w Saint-Germain. Pałac ten, którego fasada frontalna ma dwieście siedemdziesiąt dwie stopy długości, wzniesiony został za panowania Jakuba I przez wiel- kiego skarbnika Anglii, przodka obecnego właściciela. Oglądać" tam można łoże jednej z hrabin Salisbury, łoże bezcenne, wy- konane całkowicie z drzewa brazylijskiego, chroniącego od ukąszenia węża. Drzewo to nazywa się „milhombres", co zna- czy „tysiąc mężczyzn". Na łożu tym wypisano złotymi literami: Honni soit qui mai y pense. Edward Rich, hrabia Warwick i Holland, ma Warwick-Castle Są tam kominki tak olbrzymie, że dęby płoną w nich w całości. W parafii Seven-0aks Karol Sackville, baron Buckhurst, wi- cehrabia Cranfieid, hrabia Dorset i Middlesex ma siedzibę w Knowle, wielką jak miasto, która składa się z trzech pałaców ustawionych równolegle jak szeregi piechoty, każdy z nich ma po dziesięć wieżyczek ze schodkami na głównej fasadzie i bra- mę pod czterobasztowym donżonem. Tomasz Thynne, wicehrabia Weymouth, baron Varminster, posiada zamek Long-Leate, który ozdabia tyle kominów, latarni, wimperg, wieżyczek i pawilonów, co zamek Chambord we Fran- cji, który należy do króla. Henryk Howard, hrabia Suffolk, posiada w Middlesex w od- ległości dwunastu mil od Londynu pałac Audłyene, który w swej; wielkości i okazałości ustępuje chyba tylko Escurialowi króla- Hiszpanii. W Bedforshire, Wrest-House-and-Park, które jest jakby ca- łym państewkiem otoczonym murami i fosami zamykającymi lasy, rzeki i pagórki, należy do Henryka margrabiego Kent. Hampton-Court, w Hereford, w którym znajduje się potężny donżon z blankami i ogród oddzielony sztucznie nawodnionym kanałem od lasu, należy do Tomasza lorda Coningsby. Zamek Grimsthorf, w Loncolnshire, z długą fasadą ozdobioną wysmukłymi wieżyczkami, otoczony przez ogrody, stawy, ba- żanciarnie, owczarnie, murawy, stare drzewa sadzone w sza- chownicę, aleje, klomby najrozmaitszych kwiatów, podobne do" ogromnych dywanów, i łąki, ma przed wejściem podjazd, po» którym karety zataczają majestatyczny krąg, jest własnością; Roberta hrabiego Lindsay, dziedzicznego lorda lasu Walham. Up Parkę, w Sussex, zamek zbudowany na kwadracie, z dwo- ma pawilonami, z wieżami ustawionymi symetrycznie po obu; stronach podwórza, należy do jego wielmożności Forda, lorda Grey, wicehrabiego Glendale i hrabiego Tankaryille. W Newnham Padox, w Warwickshire, znajdują się dwie czworoboczne sadzawki, a portal zamku wieńczy wimperga Z czteroczęściowym witrażem. Należy on do hrabiego Den- bigh, który jest również hrabią na Rheinfelden w Niemczech.. Wythame, w hrabstwie Berk, gdzie znajduje się ogród fran- cuski z czterema strzyżonymi szpalerami i wielka wieża blan- kowana, którą flankują dwie baszty obronne, należy do lorda Montague, hrabiego Abiegdon. Posiada on również Rycott, któ- rego jest baronem. Na bramie wjazdowej wyczytać tam można dewizę: Virtus ariete fortior. William Cavendish, książę Devonshire, posiada sześć zamków. Jeden z nich, w Chattsworth, jest budowlą dwupiętrową w naj- czystszym greckim stylu. Jego miłość posiada również pałac w Londynie, gdzie znajduje się rzeźba lwa, odwrócona tyłem do pałacu króla. Wicehrabia Kinalmeaky, który jest również hrabią Cork w Irlandii, ma w Piccadiiiy Burlington-house, którego ogrody sięgają aż pól poza granicami Londynu; posiada on również Chiswick, który składa się z dziewięciu wspaniałych pawilonów, i Londesburgh, gdzie wybudowano nowy pałac, tuż obok sta- rego. Książę de Beaufort posiada włości Chelsea, gdzie znajdują się dwa zamki gotyckie i jeden florencki; posiada on również Bad- .naington w Glocester, z której to rezydencji rozchodzi się pro- mieniście wielka liczba dróg wysadzanych drzewami. Szlachetny i wielmożny książę Henryk de Beaufort jest margrabią i hrabią 21 Worcester, baronem Raglan, baronem Power i baronem Herbert de Chepstow. John Holles, książę Newcastle i margrabia Ciare, posiada Bol- sover z majestatyczną kwadratową wieżą i Haughton w Not- tingham, gdzie na środku basenu znajduje się stożkowata pi- ramida, naśladująca wieżę Babel. William lord Craven, baron Craven de' Hampsteard, posiada w Warwickshire, w Comb-Abbey rezydencję, gdzie podziwiafr można najpiękniejszy w Anglii wodotrysk, w Berkshire zaś — dwie baronie: Hampstead Marshall, której fasada przyozdobiona jest pięcioma gotyckimi latarniami, i Asdowne Park, zamek wybudowany w lesie, na skrzyżowaniu dróg. Lord Linneusz Ciancharlie, baron Ciancharlie i Hunkerville, margrabia Corleone na Sycylii, ma swoją parowską siedzibę w zamku Ciancharlie, wybudowanym w roku 914 przez Edwarda Starego dla obrony przed Duńczykami, ma pałac Hunkerville- -house w Londynie, pałac Corleone-lodge w Windsorze i osiem kasztelani!: w Bruxton, nad rzeką Trent, z należącymi do niej kamieniołomami alabastru, w Gumdraith, w Homble, w Mori- cambe, w Trenwardraith, w Hell-Kerters, gdzie znajduje się cudowna studnia, w Pillinmore, gdzie znajdują się torfowiska, w Reculver, obok starożytnego miasta Yagniacae, i w Vine- caunton, na górze Moil-enlli; posiada on również dziewięt- naście miast i wiosek z bajliwami i cały okrąg Pensneth-chase; wszystkie te dobra łącznie dają mu czterdzieści tysięcy, funtów szterlingów renty. Łączne dochody stu siedemdziesięciu dwóch parów za pano- wania Jakuba II wynoszą milion dwieście siedemdziesiąt dwa tysiące funtów szterlingów rocznie, co stanowi jedenastą część rocznego dochodu całej Anglii. Obok nazwiska lorda Linneusza Ciancharlie widniał dopisek, zrobiony ręką Ursusa: Buntownik; na wygnaniu; zaniki i dobra pod sekwestrera. Dobrze mu tak. IV Ursus uwielbiał Homo. Zazwyczaj bowiem to budzi nasze uwielbienie, co w jakiś sposób jest do nas samych podobne. Z reguły. 22 Głucha 'złość — taki był zwykły stan ducha Ursusa przeja- wiający się na zewnątrz w burkliwym zrzędzeniu. Ursusowi świat się nie podobał. Był w opozycji wobec natury, wszystkie zjawiska życia ujmował od ich strony najgorszej. Nikt ani też nic nie potrafiło zadowolić go w pełni. Cóż z tego, że pszczoły dają miód, jeżeli również i kłują? Cóż z tego, że słońce spra- wia, iż kwitną róże, jeżeli wywołuje ono równocześnie żółtą febrę i vomito negro? W samotności nieraz zapewne robił Ur- sus gorzkie wyrzuty Bogu. ,,Niewątpliwie, diabeł tutaj kule nosi, ale strzela Bóg" — mawiał. Uznawał tylko książąt i miał swoisty sposób wyrażania swojego dla nich uwielbienia. Pe- wnego dnia, kiedy Jakub II ofiarował do katolickiej kaplicy Matki Boskiej w Irlandii lampę ze szczerego złota, Ursus, który właśnie podówczas przejeżdżał tamtędy, wraz z Homo, bar- dziej na ludzkie sprawy obojętnym, dał wyraz swemu zachwy- towi wołając głośno wobec licznie zebranego tłumu" „Na pe- wno Matka Boska bardziej potrzebuje złotej lampy niż butów te wszystkie dzieciaki, co tutaj stoją boso!" Tak niewątpliwe dowody „lojalności", szacunku dla ustalo- nego porządku w niemałym stopniu przyczyniały się do tego, że władze urzędowe tolerowały w końcu wędrowny żywot Ursusa i jego dziwaczny mezalians z wilkiem. Niekiedy wie- czorami, ulegając przyjacielskiej słabości, spuszczał on Homo z łańcucha i pozwalał mu biegać swobodnie koło wózka: wilk nigdy nie nadużywał tego zaufania i ,,w towarzystwie", czyli wobec ludzi, zachowywał się ze spokojem zwyczajnego pudla; gdyby jednak natrafił na zły humor alkadów, mogłyby wyni- knąć przykrości, toteż Ursus uwiązywał przeważnie swego statecznego wilka na łańcuchu. Sentencja o 'złocie, zatarta już i niemożliwa do odczytania, była dla najbardziej nawet podej- rzliwych oczu tylko śladem jakiegoś malowidła na przedniej ścianie wózka i narażać go już nie mogła. Nawet i po śmierci Jakuba II, za „łaskawego" panowania Wilhelma i Marii, wó- zek jego wędrował spokojnie przez drogi i miasteczka wszyst- kich hrabstw Anglii. Podróżował tak bez przeszkód z jej krań- ea na kraniec, sprzedawał swoje miksturki i flaszeczki i po społu z wilkiem odprawiał praktyki wędrownego znachora, bez przeszkód przemykał się przez oczka sieci zastawionej w owym czasie przez policję na terytorium całej Anglii dla wyłapywania band włóczęgów, a przede wszystkim dla chwy- tania comprachicos. Działo się tak zresztą najzupełniej sprawiedliwie. Ursus nie należał do żadnej bandy. Ursus żył tylko z Ursusem i tylko wilk wsuwał swój miły pysk między to jego samego ze sobą obcowanie. Ursus zostałby najchętniej Karaibem; nie mogąc zaś tego uczynić, stał się samotnikiem. Samotnik — to jakby złagodzona forma dzikusa, uznawana przez cywilizację. Wę- drowiec zaś jest samotny tym bardziej. Dlatego też Ursus pro- wadził żywot koczowniczy. Osiedlenie się gdziekolwiek na stałe byłoby dla niego nałożeniem sobie obroży. Jego ziemska wędrówka była też prawdziwą wędrówką po drogach i bez- drożach. Widok miasta potęgował w nim w dwójnasób tęsknotę za gęstwiną 'zarośli, za jaskiniami w skale. Las był mu do- mem. Nie czuł się również obco wśród szmeru placów publicz- nych, który przypominał mu szum drzew. Tłum może w pe- wnej mierze zaspokoić tęsknotę do pustyni. Nie podobało mu się, że j'ego wózek miał drzwiczki i okienka, przypominał mu bowiem przez to dom. Ideał swój osiągnąłby wtedy dopiero, gdyby udało mu się umieścić na czterech kołach pieczarę i po- dróżować w jaskini. Ursus nie uśmiechał się nigdy, jakeśmy to już powiedzieli; ale potrafił śmiać się niekiedy, dość często nawet. Gorzkim śmiechem. Uśmiech jest zawsze wyrazem zgody, śmiech zaś nieraz bywa wyrazem protestu. Ursus żywił nienawiść do rodzaju ludzkiego, nienawiść nie- ubłaganą. Rozumiał on jasno, że życie ludzkie jest rzeczą stra- szną, widział, że składa się ono tylko z nawarstwiających się klęsk: królowie są klęską dla ludu, wojna — klęską dla kró- lów, zaraza gorsza jest od wojny, głód od zarazy, a głupota najgorsza jest ze wszystkiego; stwierdził, że kara mieści się 34 w pewnej mierze już w samym fakcie istnienia, śmierć uwa- żał za wyzwolenie od niedoli, kiedy zaś przyprowadzono mu chorego, leczył go. Znał on tajemnice kordiałów i napoi prze- dłużających życie starcom. Uzdrawiał paralityków, rzucając im na pożegnanie takie oto sarkastyczne słowa: „No, stanąłeś- już na nogi. A żebyś jak najdłużej chodził po tym padole łez!" Kiedy napotykał przymierającego głodem biedaka, dawał mu wszystkie grosze, jakie miał, poburkując przy tym: „Żyj. nie- szczęsny, jedz. Trwaj długo. Już ja tam nie będę skracał two- ich meczami". A potem zacierał ręce i powtarzał: „Robię lu- dziom wszystko, co tylko mogę najgorszego". Przez otwór wycięty w tylnych drzwiczkach budy przechod- nie odczytać mogli widoczny z zewnątrz napis, wielkimi lite" rami wyrysowany węglem na suficie: URSUS, FILOZOF. II COMPRACHICOS Któż zna dzisiaj słowo compracbicos? Któż rozumie jeszcze ^ego znaczenie? Comprach.icos albo compra.pequ.enos, było to niezwykłe a po- tworne stowarzyszenie włóczęgów, słynne w wieku siedemna- stym, zapomniane w wieku osiemnastym, a dzisiaj nie znane już nikomu. Comprachicos, jak i „proszek sukcesyjny" są zna- miennym zjawiskiem dla życia społecznego owych czasów. Stanowią oni część odwiecznej szpetoty ludzkiej. W szerokim zaś, ogarniającym wielkie całości spojrzeniu historii compra- shicos są cząstką jednego ogromnego faktu — Niewolnictwa. Historia Józefa sprzedanego przez braci to jeden z rozdziałów tch legendy. Po comprachicos pozostały ślady w ustawodaw- stwie karnym Hiszpanii i Anglii. Tu i ówdzie, w zawiłym gąszczu angielskich praw odnaleźć jeszcze można ślad tego po- twornego zjawiska, niby w dżungli odcisk stopy ludożercy. 25 Comprachicos czy też comprapequenos — to słowo hiszpań- skie, złożone, a znaczy ono ,,kupujący młode". Comprachicos handlowali dziećmi. Kupowali je i sprzedawali. Nie kradli ich nigdy, kradzież dzieci to zupełnie inny pro- ceder. Cóż robili oni z tych dzieci? Potworki. Po co? Dla zabawy. Lud żądny jest zabawy i śmiechu; królowie również. Na jarmarku potrzebny jest sztukmistrz; w pałacu potrzebny jest •'błazen. Jeden nazywa się Turiupin, drugi Triboulet. Wysiłki, do których zdolny jest człowiek, aby tylko dostar- •czyć sobie przyjemności, zaiste godne są nieraz uwagi filozofa. Cóż bowiem naszkicować pragniemy na tych kilku przed- wstępnych stronicach? Jeden z najstraszliwszych rozdziałów księgi, która nosić by mogła taki oto tytuł: Jak uprzywilejo- wani wyzyskują nieszczęśliwych. II Dziecko, które ma stać się zabawką, igraszką dla ludzi — to istniało zawsze (i dziś jeszcze istnieje). W epokach zaś, które cechuje równocześnie naiwność i okrucieństwo, sprawa ta sta- wała się przedmiotem osobnego zupełnie procederu. Wiek sie- demnasty, nazywany wielkim stuleciem, był taką właśnie epoką. Było to stulecie bardzo bizantyjskie; cechowała je naiwność w zepsuciu i delikatność w okrucieństwie — specy- ficzne znamiona cywilizacji. Tygrys z buzią w ciup. Pani de Sevigne rozprawiająca, wdzięcząc się, o stosie i o kole. Stule- cie to było bezlitosne dla dzieci; historycy, usiłujący pokazać •26 je w jak najkorzystniejszym świetle, starali się ukryć tę ranę, nie udało się im jednakże pominąć milczeniem tego, który pra- gnął znaleźć na nią lekarstwo — świętego Wincentego a, Paulo. O uformowanie człowieka-zabawki trzeba się zatroszczyć zawczasu. Tylko wówczas bowiem trud się opłaca. Produkcję karła rozpoczynać należy od jego najmłodszych lat. Dziecko było więc igraszką w rękach człowieka. Ale dziecko proste nie dość jeszcze bawi. O wiele ucieszniejszy jest garbusek. Powstaje więc osobna sztuka. Pojawiają się hodowcy. Z czło- wieka robiono potworka, z twarzy ludzkiej dziwaczny pysk. Hamowano wzrost, do woli kształtowano wygląd. Ta sztuczna produkcja dziwów przyrody miała swoje reguły i przepisy. Stała się ona specjalną gałęzią wiedzy. Wyobraźmy sobie orto- pedię zastosowaną w odwrotnym kierunku. Tam, gdzie Bóg stworzył proste spojrzenie, sztuka ta kształtuje zeza. Tam, gdzie Bóg stworzył harmonię, wprowadza chaos kształtów. To. co Bóg uczynił doskonałym, cofa z powrotem do niezdarnej formy szkicu. I oto oku znawcy doskonały się wydaje właśnie ten szkic. Takie cofanie rozwoju gatunku praktykowano rów- nież i w stosunku do zwierząt; wymyślano pstrokate konie. Takiego to właśnie srokatego wierzchowca dosiadał Turenne. A czyż i za naszych czasów nie farbuje się psów na zielono i na niebiesko? Natura jest dla nas kanwą. Człowiek zawsze usiłował dorzucić coś niecoś do bożego dzieła. Poprawia on też przyrodę, raz a dobrym skutkiem, raz ze złym. Błazen na- dworny — to po prostu usiłowanie, by kształt człowieka co- fnąć do kształtu małpy. Postęp działający wstecz. Odwrócone arcydzieło. Równocześnie 'zaś małpie starano się nadać pozór człowieczeństwa. Barbara księżna Cleveland, hrabina Sout- hampton, trzymała przy sobie jako pazia małpę z Ameryki Południowej. W domu Franciszki Sutton, baronowej Dudley. zajmującej ósme miejsce na ławie baronów, herbatę podawa! pawian w ubraniu ze złocistego brokatu, którego lady Dudley nazywała „swoim Murzynkiem". Kiedy Katarzyna Sidley, 27 hrabina Dorchester, jechała na posiedzenie parlamentu, na ty- le jej herbowej karocy stały trzy afrykańskie szympansy w wielkiej liberii, wystawiając pyski pod wiatr. Księżnej de- Medina-Coeli — jak to wspomina kardynał Polus, który asy- stował kiedyś przy jej porannej toalecie — wkładał pończochy orangutan. Te wyniesione ponad swój stan małpy stanowiły jak gdyby równoważnik dla bestialskiego, brutalnego poniże- nia ludzi. Możni lubili trzymać w swoim otoczeniu dziwaczne stwory stojące na pograniczu zwierzęcia i człowieka, co naj- jaskrawiej może pokazuje para — karzeł i pies. Karzeł nigdy nie rozstaje się z psem, który zawsze jest większy od niego. Były to niby dwie połączone ze sobą obroże. Powszechność te- go zestawienia potwierdza wiele dokumentów, na przykład portret Jeffrey Hudsona, karła Henrietty Francuskiej, córki Henryka IV, żony Karola I. Degradacja człowieka prowadzi do jego deformacji. Poniże- nie jego stanu uzupełniano też przez zniekształcenie jego po- staci. Niektórym takim rzeźbiarzom żywego ciała człowieka doskonale udawało się w owej epoce bez śladu zetrzeć z ludz- kiej twarzy obraz i podobieństwo boskie. Doktor Conquest. czło- nek kolegium z Amen-Street, częsty gość w pracowniach lon- dyńskich chemików, napisał po łacinie całą księgę o tej chi- rurgii na opak, podając jej sposoby i zasady. A wynalazcą owe) chirurgii — jeżeli zaufać mamy Justusowi z Carrick-Fergus — był pewien mnich, zwany Aven-More, co po irlandzku znaczy Wielka Rzeka. Karzeł elektora palatyńskiego, Perkeo, którego kukła — czy też może widmo — wyskakuje z pudła w lochu w Heidelber- gu, był wyjątkowym okazem, uzyskanym przez zastosowanie tej wiedzy tak bardzo w swoich osiągnięciach różnorodnej. Tworzyła ona istoty, których prawa w życiu ująć by można w słowa wstrząsająco proste: wolno wam cierpieć; musicie ba- wić. 28 III Owa fabrykacja potworów miała zastosowanie szerokie i różnorodne. Potrzebował ich sułtan; potrzebował ich również i papież. Pierwszy — do pilnowania żon, drugi — do odprawiania mo- dłów. Był to rodzaj zupełnie specjalny i nie mógł on rozmna- żać się w naturalny sposób. Takich niepełnych ludzi potrze- bowała i rozkosz, i religia. Harem i Kaplica Sykstyńska pochłaniały ten sam gatunek potworków, tu — okrutnych, tam — pełnych słodyczy. Umiano bowiem w owych czasach produkować takie rzeczy, których dziś nikt już zrobić nie potrafi; posiadano talenty, których się już nie spotyka, i nie bez racji światłe umysły bia- dają nad zwyrodnieniem ludzkiej rasy. Nikt już dziś nie potra- fi rzeźbić w żywym ciele człowieka; a dzieje się tak dlatego, że sztuka zadawania tortur upada coraz niżej, niegdyś zaś osiągano prawdziwe mistrzostwo w tym względzie. Sztukę tę dzisiaj tak bardzo uproszczono, że wkrótce, być może, zaginie ona zupełnie. Obcinając żywym ludziom różne członki ciała, otwierając im brzuchy, wyrywając wnętrzności chwytało się zjawiska na gorąco i dokonać można było odkryć nie lada ja- kich. Dziś trzeba z tego zrezygnować, dziś ubożsi jesteśmy o to źródło postępu, jakim dla chirurgii był kat. Te praktykowane ongiś wiwisekcje nie ograniczały się zresz- tą do fabrykowania jarmarcznych dziwów natury, pałaco- wych błaznów — czyli czegoś na kształt spotęgowanego dwo- raka — i eunuchów dla sułtanów i papieży. Różnorodność by- wała tu olbrzymia. Jednym z większych osiągnięć tej sztuki był niewątpliwie kogut króla angielskiego. Przy dworze króla Anglii według pradawnego obyczaju istniał zawsze człowiek, który piał nocami kogucim głosem. Kiedy wszyscy już posnęli, wartownik ten krążył po pałacu 29 i co godzinę piał odpowiednią ilość razy, zastępując dzwon. Aby zaś otrzymać tę kogucią służbę, człowiek ów w dzieciń- stwie jeszcze musiał zostać poddany operacji krtani, opisanej w podręczniku doktora Conquesta. Za panowania Karola II ślinotok, nieunikniony skutek tej operacji, wywołał w księżne] Portsmouth tak wielkie obrzydzenie, że urząd zachowano wprawdzie, aby nie umniejszać splendoru korony, jednakże od tej pory człowiek, który naśladował głos koguci, nie miał już kaleczonej krtani. Na to zaszczytne stanowisko mianowano zwykle wysłużonego oficera. Za czasów Jakuba II nazywał się on William Sampson Coq i za pianie otrzymywał rocznie dzie- więć funtów, dwa szylingi i sześć pensów'. W Petersburgu, zaledwie sto lat temu, jak o tym opowiadają pamiętniki Katarzyny II, jeżeli jakiś rosyjski książę miał nieszczęście wzbudzić gniew carowej lub cara, kazano mu ku- cać w wielkim przedsionku pałacu i musiał pozostawać -w tej pozycji przez wyznaczoną ilość dni, miaucząc na rozkaz jak kot, gdacząc jak wysiadująca jajka kura i ustami podnosząc z ziemi pożywienie. Mody te już przeminęły, nie całkiem jednakże. Dzisiaj dwo- rzanie też gdaczą dla przypodobania się władcy, zmieniają tyl- ko odrobinę intonację. Niejeden też zbiera na ziemi, żeby nie- rzec — w błocie, swoje pożywienie. Cóż to za szczęście, że królowie nie mylą się nigdy. Nikt się- dzięki temu nie musi kłopotać, jeżeli zmieniają oni zdanie Przytakując im, zawsze można mieć pewność, że ma się rację, co jest uczuciem niezwykle przyjemnym. Ludwik XIV nie pragnął wcale oglądać w Wersalu ani oficera udającego ko- guta, ani też księcia udającego indyka. To, co w Anglii i w Ro- sji miało dodawać blasku królewskim i cesarskim tronom- 1 Patrz: doktor Chamberlayne, Obecne położenie Anglii, 1688, I cz.. rozdz. XIII, str. 179. 50 Ludwikowi Wielkiemu wydawało się niegodne korony święte- go Ludwika. Wiemy przecież, jak wielkie było niezadowolenie króla, kiedy pewnej nocy Madame Henriette zapomniała się tak dalece, że ujrzała we śnie kurę, co w istocie bardzo było niewłaściwe u osoby postawionej tak wysoko na dworze. Kie- dy należy się do wielkich tego świata, nie wolno śnić o rzeczach małych. Bossuet, jak pamiętamy, całkowicie podzielał oburzę-, nie Ludwika XIV. IV Tak więc w siedemnastym wieku handel dziećmi połączony był z innym jeszcze procederem. A comprachicos i handlowali nimi, i uprawiali ten właśnie proceder. Kupowali oni dzieci, obrabiali nieco ten surowiec i odprzedawali go dalej. Sprzedających nie brakło. Bywali nimi i ojcowie-nędzarze pra- gnący pozbyć się ciężaru dla rodziny, i możni, co w ten sposób ciągnęli zyski ze swej trzody niewolników. Handel ludźmi wy- dawał się w owych czasach rzeczą zupełnie naturalną. Prze- cież i za naszych dni jeszcze staczano wojny w obronie tego prawa. Wspomnijmy choćby, jak to niecałe sto lat temu elek- tor heski odprzedawał swoich poddanych królowi Anglii, któ- ry potrzebował ludzi do wysyłania na podbój Ameryki. U ele- ktora heskiego kupowało się mięso jak u rzeźnika. Elektor heski miał na sprzedaż mięso armatnie. Władca ów wystawiał swoich poddanych niczym towar na straganie. Na sprzedaż, targować, kupować! W Anglii, za rządów Jeffrysa, po tragicz- nym zakończeniu buntu Monmoutha, wielu spośród panów i szlachty ścięto i poćwiartowano. Po skazańcach pozostały żony i córki, wdowy i sieroty, które Jakub II ofiarował w da- rze królowej, swej małżonce. Królowa zaś sprzedała te wy- soko urodzone damy Wilhelmowi Penn. Jest nawet dość praw- dopodobne, że król ten otrzymał jakiś rabat przy kupnie tak hurtowym. I wcale nie temu dziwić się należy, że Jakub II te kobiety sprzedał, lecz temu, że je Wilhelm Penn kupował. 31 Ów sprawunek tym zapewne można by usprawiedliwić i wy- tłumaczyć, że Penn zaludniał podówczas pustynię i wśród wie- lu innych narzędzi potrzebował również i kobiet. Najjaśniejsza pani zrobiła na tych damach niezły interes. Młode sprzedawano drogo. Dość skomplikowane zaś uczucie przykrości i zgorszenia ogarnia człowieka na myśl o tym, że .stare księżne Penn dostawał zapewne za pół darmo. Comprachicos nazywano również cheylas. Jest to słowo hin- duskie i znaczy ,,poszukiwacze dzieci". ' Przez długi czas comprachicos żyli na pół jawnie. W porząd- ku społecznym wytwarza się czasem taki półmrok sprzyjają- cy wszelkiej zbrodni. Nawet i w naszej epoce jeszcze istniała w Hiszpanii banda, której hersztem był Ramon Selles. Przez trzydzieści lat przeszło, od 1834 do 1866 roku, trzymała ona pod swym terrorem trzy prowincje: Walencję, Alicante -i Murcję. Za panowania Stuartów dwór dość życzliwym okiem patrzył na comprachicos. Racja stanu nieraz posługiwała się nimi w potrzebie. Dla Jakuba II byli oni nieomal że instrumentum regni. Była to epoka, w której z niewygodnymi i nieposłuszny- mi rodami załatwiano się w sposób szybki i skuteczny, jednym cięciem przecinano pokrewieństwa, a niepożądanych spadko- bierców potrafiono usuwać bez śladu. Nieraz jedną gałąź rodu wyzuwano z dziedzictwa na korzyść drugiej. Comprachicos po- siadali talent odmieniania wyglądu człowieka, mogli też nieraz dzięki temu oddawać polityce nieocenione usługi. Lepiej jest bowiem zniekształcić niż zabić. Istniała wprawdzie żelazna maska, był to jednak środek prymitywny. Niesposób przecież zaludnić całej Europy żelaznymi maskami, a dziwnokształtne postacie kuglarzy i sztukmistrzów krążą po ulicach w biały dzień, nie budząc niczyjego podejrzenia; prócz tego zaś maskę żelazną można zdjąć, maski uformowanej w ciele zdjąć nie można. Ukryć kogoś pod wieczną maską z jego własnej twarzy — oto sposób zaiste pomysłowy. Comprachicos potrafili do wo- li kształtować postać człowieka, jak Chińczycy wygląd drzewa. 32 Znali sekrety — mówiliśmy już o tym — znali sposoby. Za- rzucona to już sztuka. Z rąk ich wychodziły pokraczne karły. Śmieszne i tragiczne. Małą istotkę potrafili oni obrobić tak sta- rannie, że rodzony ojciec poznać jej nie byłby w stanie. Cza- sami nie wykrzywiali kręgosłupa, ograniczali się do przemodelo- wania twarzy. Z dziecka wypruwali znak niczym a chustki do nosa. Okazom przeznaczonym na sztukmistrzów przesuwano uczo- nym sposobem stawy. Wydawać by się mogło, że w ogóle nie posiadają kości. Tak uzyskiwało się linoskoka. Comprachicos zabierali dziecku nie tylko twarz, odejmowali mu również i pamięć. W każdym razie tyle, ile tylko mogli. Dziecko zupełnie nie zdawało sobie sprawy z okaleczenia, któ- remu uległo. Potworna ta chirurgia zostawiała ślad tylko na jego twarzy, nie tykając świadomości. Mogło ono sobie przy- pominać co najwyżej, że pewnego dnia porwali je jacyś ludzie, że usnęło na długo i że je potem wyleczono. Z jakiej choroby? tego nie wiedziało. Nie pamiętało ani pieczenia siarki, ani cię- cia żelaza. Comprachicos usypiali na czas operacji małego pa- cjenta z.a pomocą proszku wywołującego odrętwienie, który uchodził za środek magiczny i usuwał wrażliwość na ból. Pro- szek ten od wieków już znany był w Chinach i po dziś dzień jest tam jeszcze w użyciu. Chiny na wiele lat przed nami po- siadały już wielkie wynalazki: druk, artylerię, balony, chloro- form. Tylko że w Europie odkrycia takie natychmiast stają się głośne i nabierają znaczenia, w Chinach zaś więdną w zaląż- ku i przechowują się w tej właśnie martwej postaci. Chiny to słój pełen nie donoszonych płodów. Skoro jesteśmy już w Chinach, zatrzymajmy się na chwilę. W Chinach bowiem od wieków już istnieje sztuka modelowa- nia człowieka. Bierze się tam dziecko dwu-, najwyżej trzylet- nie i wkłada je do wazy porcelanowej, dowolnego kształtu, pozbawionej dna i pokrywy, tak by wystawały i nóżki, i gło- wa. We dnie waza ustawiana jest w pozycji pionowej, na noc kładzie się ją na boku, aby dziecko mogło spać. Dziecko takie 3 — Człowiek śmiechu 33 nie rozwija się swobodnie; ciało jego i kościec rosnąc kształ- tują się według formy zamkniętego naczynia, wypełniając je coraz szczelniej. Ten rozwój w butelce trwa przez, kilka lat. Aż wreszcie zniekształcenie staje się nie do naprawienia. Chwy- ciło, potworek już gotowy, wazę można stłuc; dziecko z niej wychodzi i mamy oto człowieka w kształcie garnka. Sposób ten jest niezwykle wygodny; z góry zamawiać sobie można karła w dowolnym fasonie. v Jakub II nie prześladował comprachicos, Dlatego przede wszystkim, że się nimi posługiwał. Zdarzało mu się to niejed- nokrotnie. Często przyjmuje się usługi tych, którymi się gar- dzi. Ludźmi, którzy spełniali funkcje tak nędzne, a tak nieraz użyteczne dla wielkiej i wzniosłej sprawy, której imię jest po- lityka, pogardzano, to prawda, lecz ich nie prześladowano. Nie nadzorowano ich, śledzono jednak dość uważnie. Przydawali się nieraz. Prawo przymykało jedno oko, za to królewskie wej- rzenie przypatrywało się im z ukosa. Niekiedy król jawnie występował jako wspólnik comprachi- cos. Mógł sobie na to pozwolić, był przecież wszechwładnym monarchą. Oszpeconego piętnowano kwiatem lilii; ścierano z jego twarzy ślad boski, dostawał w zamian znak królewski. Jakub Astley, szlachcic i baronet, pan na Meltonie, konstabi hrabstwa Norfolk, miał w swojej rodzinie takie sprzedane dziecko, któremu komisarz królewski wypalił na czole gorą- cym żelazem kwiat lilii. Stosowano ten środek wówczas, gdy dla najrozmaitszych względów stwierdzić należało, że zmiana sytuacji dziecka dokonana została z woli króla. Anglia robiła nam zawsze zaszczyt używania kwiatu lilii dla swoich włas- nych celów. Comprachicos uwzględniwszy różnicę, jaka dzieli przemysł od fanatyzmu, podobni byli do indyjskich dusicieli; trzymali 34 się razem, w gromadach, przypominali wędrownych kuglarzy; był to zresztą tylko pozór ułatwiający włóczęgę. Obozowali to tu, to tam, zachowywali się jednak statecznie, pobożnie, nie kradli, w niczym nie byli podobni do innych koczujących band. Prosty lud długo mylił ich niesłusznie z hiszpańskimi, a nawet i chińskimi Cyganami. Cyganie hiszpańscy to fałszerze monet, Cyganie chińscy — to rzezimieszki. Comprachicos nie mieli z nimi nic wspólnego. Byli to ludzie uczciwi. Choćby się to ko- muś nawet nieprawdopodobne wydawać mogło, byli oni uczci- wi, nieraz aż do przesady. Pukali do drzwi, wchodzili, targowa- li dziecko, płacili i zabierali swój towar. Nic więc im nie było można zarzucić. Pochodzili oni ze wszystkich stron świata. Do comprachicos należeli Anglicy, Francuzi, Hiszpanie, Niemcy i Włosi. Wspólna idea, wspólny zabobon, wspólne uprawianie tego sa- mego rzemiosła łączy nieraz ludzi w takie związki. Ściągali też ze wschodu i z zachodu i łączyli się w łotrowskie bractwo. Nie- jeden Bask pokumał się tam z niejednym. Irlandczykiem; Ba- skowie i Irlandczycy rozumieją się, mówią bowiem starym narzeczem punickim; niemałe też znaczenie miały bliskie związki katolickiej Irlandii z katolicką Hiszpanią. Związki te sprawiły w końcu, że powieszono w Londynie galijskiego lorda de Brany, który był w Irlandii prawie królem, i dzięki temu powstało hrabstwo Letrim. Comprachicos byli więc raczej stowarzyszeniem niż plemie- niem, raczej zbiorowiskiem najprzeróżniejszych mętów niż sto- warzyszeniem. Była to nędza pozbierana po całym świecie i wspólnie trudniąca się zbrodnią. Lud ten był jak strój arie- kina pozszywany z rozmaitych łachmanów. Każde przyjęcie no- wego członka było naszyciem jeszcze jednej łaty. Włóczęgostwo było dla comprachicos prawem do istnienia. Pojawiać się i potem nagle 'znikać. Nie wolno zapuszczać ko- rzeni tym, którzy są zaledwie tolerowani. Nawet i w takich krajach, gdzie dzięki oddawanym przysługom byli oni nie- omal że dostawcami dworu i w potrzebie podporą władzy kró- 3* 35 lewskiej, w każdej chwili spaść na nich mogły prześladowania. Królowie wykorzystywali sztukę, artystów zaś zsyłali na ga- lery. Podobny brak logiki nieraz bywa znamieniem królew- skiego kaprysu. Gdyż tak się nam podoba. Toczący się kamień i wędrowne rzemiosło nie porastają w mech. Comprachicos byli też biedakami. Zaiste mogliby nie- raz powtórzyć słowa owej czarownicy, wychudzonej i odzianej w nędzne, podarte łachmany, która na widok pochodni podpa- lających pod nią stos zawołała: „Robota niewarta świeczki!" Bardzo jest zresztą możliwe, że wodzowie ich, wielcy przed- siębiorcy tego handlu dziećmi, nie znani nikomu, dochodzili nieraz do fortuny. Po -upływie dwu stuleci nie łatwo byłoby wy- świetlić tę sprawę. Jakeśmy już rzekli, comprachicos stanowili coś na kształt zgromadzenia. Miało ono swoje prawa, swoją przysięgę, swo- je znaki, nieomal że swój tajny statut. Kto by chciał dzisiaj dowiedzieć się czegoś więcej o comprachicos, niechaj pojedzie do kraju Basków albo do hiszpańskiej Galicji. Było bowiem wśród nich wielu Basków i pamięć o nich przechowała się w tamtejszych górach. Jeszcze i dzisiaj wspominają nieraz comprachicos w Oyarzun, w Urbistondo, w Leso, w Astigarra- ga. Aguarda te nino, que voy a llamar al comprachicos" ł — tak matki straszą dzieci w tym kraju. Comprachicos, tak jak Cyganie, zwoływali się niekiedy. Wo- dzowie ich odbywali co pewien czas wspólne narady. W sie- demnastym wieku cztery były główne miejsca tych spotkań: w Hiszpanii, na przełęczy Pancorbo; w Niemczech, na polanie zwanej Polaną Baby-Jędzy, niedaleko Diekirch, gdzie zacho- wały się dwie zagadkowe płaskorzeźby przedstawiające kobie- tę z głową i mężczyznę bez głowy; we Francji, na wzgórzu u stóp olbrzymiego głazu zwanego Maczugą Obietnicy, w sta- rożytnym świętym gaju Borvo-Tomona, w pobliżu Bourbonne- 1 Uważaj, bo zawołam comprachicos. 30 -les-Bains; i w Anglii, pod murem ogrodu Williama Chaloner, esquira Gisbrough w Cleveland w Yorku, pomiędzy kwadra- tową basztą i wielką bramą o ostrołukowym sklepieniu. vi Prawa ścigające włóczęgów zawsze były w Anglii bardzo surowe. Średniowieczne ustawodawstwo angielskie czerpało zapewne natchnienie z takiej oto zasady: Homo errans fera errante pejor. Jeden z paragrafów głosi, że człowiek bez domu groźniejszy jest „niż żmija, smok, ryś i bazyliszek" (atrocior aspide, dracone, lynce et basilico). Anglia przez długi czas otaczała równie troskliwą opieką Cyganów, których chciała się pozbyć, co i wilki, od których oczyściła się całkowicie. W tym względzie Anglik różni się od Irlandczyka; Irland- czyk bowiem modli się do wszystkich świętych o zdrowie dla wilka i nazywa go „swoim chrzestnym ojcem". Ustawodawstwo angielskie jednakże, jakeśmy już o tym powiedzieli, tolerowało i oswojone wilki, które upodobniły się do psów, i włóczęgów określonego stanu, uznając ich za kró- lewskich poddanych. Nie ścigało ono ani linoskoków, ani cyruli- ków wędrownych, ani kramarzy, ani też nauczających pod go- łym niebem bakałarzy, słowem wszystkich, co mieli zawód, który by ich żywił. Poza tymi zaś wyjątkami, to, co każdy włó- częga ma w sobie z wolnego człowieka, niepokoiło prawo. Ła- zik zawsze stać się może wrogiem publicznego porządku. Nie znano jeszcze wówczas nowoczesnego pojęcia wędrówki; zna- no tylko od starożytności włóczęgę. „Podejrzany wygląd", to coś, co każdy widzi dokładnie, a czego określić nie podobna, wystarcza, aby społeczeństwo chwytało za kołnierz człowieka. Gdzie mieszkasz? Z czego żyjesz? A jeżeli wyjaśnić nie potra- fił, spadały nań surowe kary. Kodeks przewidywał i ogień, i żelazo. Prawo karało włóczęgostwo piętnowaniem. 37 Stąd też na całym terytorium Anglii działała prawdziwa „ustawa o podejrzanych", stosowana wobec łazików, często rzeczywiście rzezimieszków, przyznać to trzeba, szczególnie zaś wobec Cyganów, których wyłapywanie porównywano nie- słusznie z wygnaniem Żydów i Maurów z Hiszpanii i prote- stantów z Francji. Należy przecież odróżnić prześladowanie i obławę. Comprachicos, podkreślamy to raz jeszcze, nic nie mieli wspólnego z Cyganami. Cyganie to naród; comprachicos zaś byli zbieraniną wszelkich nacji; były to męty; jakaś straszli- wa miska pełna brudnej wody. Comprachicos nie mieli też własnego narzecza, jak Cyganie; żargon ich był bezładną mie- szaniną najprzeróżniejszych narzeczy; na język ich złożyły się wszystkie języki; mówili bełkotem. Stali się też w końcu, jak i Cyganie, społecznością przewijającą się wśród innych naro- dów; lecz więzią, która ich zespalała, była nie rasa, lecz tajny związek. W tej olbrzymiej płynnej masie, jaką jest ludz- kość, w każdym okresie historii wyśledzić można takie zatru- te strumienie, płynące swoimi drogami i roznoszące 'zarazę. Cyganie tworzyli rody; comprachicos — to masoneria; maso- neria zawiązana nie dla wzniosłego celu, lecz dla haniebnego przemysłu. I jeszcze jedna różnica: religia. Cyganie są pogana- mi; comprachicos zaś — to chrześcijanie; a nawet dobrzy chrześcijanie; jak to zresztą przystało na tajny związek, któ- ry choć stanowił mieszaninę wszelakich narodów, powstał jed- nakże w Hiszpanii, w kraju słynnym z pobożności. Chrześcijanie to jeszcze mało, byli oni katolikami; a katoli- cy to jeszcze nie dość, byli to rzymscy katolicy, i to tak drażli- wi na punkcie czystości swojej wiary, że nie chcieli przyjąć do swego stowarzyszenia wędrownych Węgrów z Pesztu, dowo- dzonych przez starca z berłem w kształcie laski zakończonej srebrnym jabłkiem, na którym umieszczony był dwugłowy orzeł austriacki. Węgrzy ci byli bowiem schizmatykami i świę- to Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny obchodzili dwu- 38 r dziestego siódmego sierpnia, z czym pogodzić się zaiste nie- sposób. Dopóki w Anglii panowali Stuartowie, tajny związek com- prachicos znajdował się niejako pod opieką króla. Nadmienia- liśmy już na innym miejscu, jakie były po temu przyczyny. Jakub II, człowiek żarliwej wiary, co prześladował Żydów i tę- pił Cyganów, był dla comprachicos władcą nader łaskawym. Dla- czego? — to już wiemy. Comprachicos kupowali żywy towar, który sprzedawał król. To dzięki nim właśnie mógł zginąć ten czy ów bez śladu. A dobro państwa wymagało tego niekie- dy. Niepożądany małoletni spadkobierca, powierzony ich zręcz- nym dłoniom, izmieniał do niepoznania swoją postać. Ułatwiało to konfiskaty. Upraszczało obdarzanie faworytów królew- skich lennymi dobrami. Co więcej, comprachicos byli dyskretni, zobowiązywali się do milczenia i zawsze dotrzymywali sło- wa, a to nieodzowne jest w sprawach państwowych Nie zna- my wypadku, aby zdradzili oni kiedykolwiek królewską ta- jemnicę. Leżało to zresztą i w ich własnym interesie. Cóż by im bowiem nie groziło, gdyby król stracił do nich zaufanie! Oddawali więc polityce ogromne usługi. Prócz tego zaś oni to właśnie dostarczali śpiewaków ojcu świętemu. Comprachi- cos mieli więc swoją cząstkę w Miserere Allegriego. Żywili też szczególny kult dla Matki Boskiej. Wszystko to podobało się papizmowi Stuartów. Jakub II nie mógł być usposobiony wro- go wobec ludzi tak religijnych, którzy z miłości do Najświęt- szej Marii Panny fabrykowali eunuchów. W roku 1688 nastą- piła w Anglii zmiana dynastii. Dynastia orańska zajęła miejsce Stuartów. Wilhelm III odebrał tron Jakubowi II. Kiedy Jakub II zmarł później na wygnaniu, przy grobie jego zaczęły dziać się cuda, a relikwie jego uleczyły fistułę biskupa d'Autun. Sprawiedliwa to była nagroda za cnoty chrześcijań- skie tego książęcia. Wilhelm nie podzielał ani wiary, ani też poglądów Jakuba i był dla comprachicos bardzo surowy. Z wielką energią za- brał się do tępienia tego robactwa. 39 Ustawa, wydana już w pierwszych latach panowania Wil- helma i Marii, silnie uderzyła ten związek handlarzy dziećmi. Rozbiła ich niby cios maczugi. W myśl brzmienia owej ustawy każdy pojmany członek związku, po dowiedzeniu mu winy, ma zostać napiętnowany gorącym żelazem. Na ramieniu wypa- lić mu należy literę „R", co znaczy rogue, czyli żebrak; na le- wej ręce literę ,,T", co znaczy thief, czyli 'złodziej; na prawej zaś ręce literę ,,M", co znaczy mań slay, czyli morderca. Wo- dzowie ich, „przypuszczalnie bogaci, pomimo pozorów żebra- ctwa", zostaną ukarani collistrigium, czyli pręgierzem, i napię- tnowani na czole literą „P", dobra ich zostaną skonfiskowane, a drzewa w ich lasach wykarczowane. Kto by ukrywał comprachicos, ukarany zostanie „konfiskatą mienia i doży- wotnim więzieniem", jak za pomoc w zbrodni. Kobiety zaś, wśród comprachicos zatrzymane, poddane zostaną hańbiącej karze cucking stool, czyli huśtawy, której nazwa wywodzi się z francuskiego słowa coguine i niemieckiego słowa Stuhl i zna- czy „stołek ladacznicy". Prawa angielskie żyć potrafią niewiary- godnie długo, kara ta istnieje więc tam jeszcze po dziś dzień i przewidziana jest dla „kłótliwych kobiet". Ów cucking stool, zawieszony nad jeziorem lub nad rzeką, trzykrotnie spuszcza- ny zostaje w wodę, zanurzając siedzącą w nim kobietę, aby , „ostudzić w niej złość", jak brzmią słowa komentarza Cham- berlayne'a. Księga pierwsza NOC MNIEJ MROCZNA NIŻ CZŁOWIEK POŁUDNIOWY CYPEL PORTLANDU Uporczywy wiatr z północy dął bez przerwy na kontynent europejski, a szczególnie silnie na Anglię, przez cały gru- dzień 1689 i styczeń 1690 roku, sprowadzając klęskę mrozów. Zima ta zapisana została na marginesie starej Biblii prezbite- riańskiej kaplicy Nonjurorsów w Londynie jako „pamiętna dla nędzarzy". I dziś jeszcze dzięki trwałości starego królewskie- go pergaminu, na którym spisywano rejestry ludności, odczy- tać można z ksiąg w prowincjonalnych archiwach długie listy nędzarzy zmarłych owego roku z głodu i braku odzienia. Szczególnie dużo podobnych wzmianek 'znajduje się w sta- rych aktach dóbr kościelnych Clink Liberty Court w mieście Southwark, w Pie Powder Court, co znaczy „Podwórze zaku- rzonych stóp", i w White Chapel Court, prowadzonych w mia- steczku Stapney przez kasztelańskiego starostę. Tamiza stanę- ła, co wskutek bliskości morza, jego odpływów i przypływów, zdarza się najwyżej raz na sto lat. Wozy przejeżdżały po za- marzniętej rzece, urządzono na Tamizie kiermasz z namiota- mi, urozmaicony zapasami niedźwiedzi i walką byków; całego wołu upieczono na lodzie. Gruby lód utrzymywał się przez pełne dwa miesiące. Straszliwa zima 1690 roku przewyższyła swą surowością nawet słynne 'ziimy początku siedemnastego 41 stulecia, opisywane tak dokładnie przez aptekarza króla Jaku- ba I, doktora Gedeona Delaun, uczczonego przez, miasto Lon- dyn popiersiem na postumencie. Pod wieczór jednego z mrożniejszych dni owego stycznia 1690, w jednej z licznych a niegościnnych zatoczek Port- landu działo się coś niezwykłego. Spłoszone mewy z krzykiem krążyły nad wejściem do zatoki, nie ośmielając się wrócić na ląd. W zatoce, przy pewnym kierunku wiatru najbardziej nie- bezpiecznej ze wszystkich tak licznych na tym odcinku wy- brzeża i dlatego też najbardziej odludnej i dogodnej dla ukry- wających się statków, tuż przy urwistym brzegu, dzięki dużej w tym miejscu głębokości wody, stała przycumowana do wy- stępu skalnego jakaś potężna łódź. Dlaczego mówi się: noc za- pada? Noc podnosi się, tak mówić by należało; mrok posuwa się bowiem znad ziemi ku górze. Dół urwiska pogrążony był już. w ciemności; na górze panował jeszcze jasny dzień. Gdyby po- dejść blisko, w przycumowanym statku rozpoznać by można było barkas biskajski. Słońce, przez cały dzień skryte we mgle, 'zaszło właśnie. Co- raz bardziej odczuwać się dawał ów lęk, głęboki i ciemny, któ- ry nazwać by można niepokojem po zachodzie słońca. Wiatr nie wiał od morza, wody zatoki były spokojne. Pomyślność to niezwykła, szczególnie w zimie. Załomy Port- landu są prawie zawsze trudno dostępne, pełne mielizn i skał. Przy złej pogodzie woda ich jest burzliwa i wiele potrzeba zręczności i żeglarskiego doświadczenia, aby w nie wpłynąć bezpiecznie. Owe niewielkie porty, bardziej pozorne niż rze- czywiste, stały się zgubą dla niejednej łodzi. Trudno do nich wpływać, niebezpiecznie .z nich wypływać. Tego wieczoru jed- nakże — rzecz to zupełnie wyjątkowa — zatoka była spokojna. Barkas biskajski dzisiaj wyszedł już z użycia. Jest to łódź o silnym kadłubie, rozmiarami zbliżona do kutra rybackiego, a wytrzymała jak statek wojenny. Barkas używany był też niegdyś w wojennej flocie, ten typ łodzi wchodził nawet 42 w skład Niezwyciężonej Armady; oczywiście była ona wów- czas potężniejszego tonażu. Takim biskajskim barkasem był okręt flagowy „Wielki Smok", który miał sześćset pięćdziesiąt ton i niósł czterdzieści dział na pokładzie. Dowodził nim Lope de Medina. Barkas biskajski handlowy i przemytniczy był naturalnie o wiele mniejszy. Marynarze bardzo sobie cenią jed- nakże ów nędzny z pozoru statek. Olinowanie jego było z lin o konopnych pokrętkach, skręconych często wokół żelaznej „duszy", co zapewne być miało sposobem na wykrywanie obec- ności magnetycznych prądów, sposobem zaiste naiwnym. Osprzęt ten przy całej swej lekkości posiadał siłę potężnych manili hiszpańskich lub rzymskich targanów. Ster łodzi miał długą rękojeść, co zmniejszało wprawdzie wysiłek przy stero- waniu, lecz miało tę z kolei niedogodność, że przykrótki pa- •łąk ograniczał położenia steru. Dwie rolki, umieszczone na krańcach pałąka, łagodziły nieco uderzenia. Kociołek busoli, przykryty zgrabnym nokchauzem, kołysał się, czujny na każdy ruch łodzi, w swych dwóch mosiężnych kręgach podwieszenia Cardana. Z konstrukcji owego barkasu wywnioskować można było, że ci, co go zbudowali, posiadali i wiedzę, i zręczność, by- ła to jednakże wiedza instynktowna tylko i zręczność bardzo pierwotna. Prymitywna ta łódź łączyła w sobie wytrzymałość promu ze zwinnością pirogi; była ona tworem pirackiego i ry- backiego instynktu i jak każdy statek w ten sposób powstały, posiadała ogromne żeglarskie zalety. Nadawała się i na za- mknięte, i na otwarte wody; komplet żagli jej, typu dość skom- plikowanego i osobliwego, pozwalał manewrować swobodnie i w 'zamkniętych zatokach Asturii, które podobne są do base- nów, jak na przykład Pasages, i na otwartym oceanie; barkas ów mógł opłynąć dookoła i jezioro, i świat cały; był osobliwą łodzią o przeznaczeniu jak gdyby podwójnym, równie przy- datną na spokojnym stawie co i wśród nawałnicy morskiej. Barkas biskajski jest wśród statków niczym pliszka wśród pta- ków: jednym z najmniejszych, a najbardziej śmiałych; pod 43 ciężarem pliszki ledwie że ugnie się trzcina, a jednak ptaszek ten przefruwa oceany. Najuboższe nawet barkasy biskajskie bywały zawsze złocone i malowane. Rozmiłowanie w ozdobności leży w naturze tych ludów, trochę jeszcze pierwotnych, a tak pełnych czaru. Po- tężna malowniczość ich gór strojnych w śniegi -i łąki odkrywa przed nimi surowy urok ornamentu. Ubogi ten lud lubuje się w przepychu; zdobi więc malowidłami ściany swych chat, osły stroi w uprząż obwieszoną dzwoneczkami, wielkim wołom przypina do rogów pióra; wozy ich, których zgrzytanie kół słychać na dwie mile, są malowane, rzeźbione, zdobne we wstążki. Nad wejściem do warsztatu szewca — płaskorzeźba: święty Krepin i chodak, wyrobione w kamieniu. Kaftany swo- je obszywają skórą; na łachmanach ich widać nie cery, lecz hafty. O radosna wesołości, głęboka i wspaniała! Baskowie to dzieci słońca, jak i Grecy. W Walencji ludzie owijają się w smutne opończe z szorstkiej wełny, które wkładają na na- gie ciało przez dziurę pośrodku wyciętą, w Galicji i w kraju Basków nosi się piękne koszule z płótna wybielonego na poran- nej rosie. Na progach i w oknach tamtejszych domów aż roi się od wesołych i jasnych twarzy uśmiechających się pod rozwie- szonymi wszędzie wieńcami kukurydzy. Radość wesoła i dum- na bije z ich naiwnej sztuki, z dzieł ich rzemiosła, z obyczajów, ze strojów dziewcząt, z ich pieśni. Góry, to kolosalne zwalisko gruzu, w kraju Basków są całe jasne i świetliste; promienie słońca przedostają się wszędzie przez szczeliny i załomy. Wśród dzikości Ja'izquivel idyllę odnajdujemy co krok. Kraj Basków jest uśmiechem Pirenejów, j'ak Sabaudia jest uśmiechem. Alp. Na groźnych wodach zatok otaczających San Sebastian, Leso i Fontarabię, wśród burzy, chmur i wylewającej się na brzeg piany, we wściekłym huku i szamotaniu się fal i wiatru, ko- łyszą się łodzie przewoźników przystrojone różami. Kto raz ujrzał ten kraj, pragnie powrócić doń znowu. Jest to ziemia błogosławiona. Co roku dwukrotne plony, wesołe, gwarne wioski, bieda zawadiacka i dumna, gitary brząkające każde] 44 niedzieli, tańce, kastaniety i miłość, domy jasne i czyste, a na dzwonnicach gniazda bocianie. Powróćmy jednakże na surowe, skaliste wybrzeża Port- landu. Półwysep Portlandu, oglądany na planie geometrycznym, po- dobny jest do głowy ptaka, zwróconej dziobem w stronę oce- anu, potylicą zaś — w stronę Weymouth; sam przesmyk — to jakby jego szyja. Dzisiaj Portland zatracił już swoją dzikość. W połowie osiem- nastego stulecia zaczęto wydobywać tutaj kamień i kredę. Ze skał Portlandu produkuje się odtąd cement, zwany rzymskim. Podniosło to zamożność mieszkańców i zupełnie odmieniło wy- gląd zatoki. Dwieście lat temu wybrzeża te były postrzępioną skalną ruiną; dziś stały się kamieniołomem; zniszczenie doko- nane przez fale morza ma w sobie wielkość; motyka zaś nisz- czy drobiazgowo, powoli i dokładnie; i dlatego też w tym rodzaju zniszczenia mniej jest piękna. We wspaniałe marno- trawstwo oceanu wkroczyła uregulowana niszczycielska dzia- łalność człowieka. Przy systematycznym obciosywaniu wy- brzeży Portlandu uległa również 'zagładzie i owa zatoka, do której niegdyś zawinął biskajski barkas. Siadów miejsca, w którym znajdował się ów zalew w skale, szukać by należa- ło na wschodnim wybrzeżu półwyspu, hen, za Folly-Pier, za Dirdle-Pier, a nawet i jeszcze dalej, za Wakeham, gdzieś po- między Church-Hop i Southwell. Zatokę, zamkniętą ze wszystkich stron przez strome zbo- cza urwiska o ścianach wyższych niż szerokość wodnego za- lewu, ogarniał mrok coraz to głębszy. Wypełniała ją wieczorna mgła, gęstniejąca i mętniejąca z chwili na chwilę; zdawać by się mogło, że ciemność wzbiera z dna tej studni; wąska szczeli- na, stanowiąca wyjście z 'zatoki na morze, rysowała się białawą szparą w tym mrocznym wnętrzu wypełnionym chlupotaniem 45 wody. Z bardzo bliska dopiero rozpoznać można było barkas przycumowany do skały, ukryty jak gdyby pod wielkim pła- szczem padającego od niej cienia. Z pokładu łodzi przerzucono deskę na płaski, położony nisko nad wodą występ skały, je- dyne miejsce dostępne ludzkiej stopie w tym punkcie wybrze- ża. Czarne sylwetki poruszały się na tej chwiejnej kładce; ja- cyś ludzie szykowali się w ciemności do odjazdu. W zatoce, dzięki skałom osłaniającym ją od północy, było nieco cieplej niż na otwartym morzu. Mimo to jednak ludzie d dygotali z zimna i śpieszyli się najwyraźniej. O zmierzchu sylwetki przedmiotów rysują się ostro; widać też było, że odzienie tych ludzi postrzępione jest i podarte; na- leżeli oni niewątpliwie do klasy nazywanej w Anglii the rag- ged, czyli oberwańcy. W mroku zaledwie rozpoznać można było ścieżkę wijącą się kreto wśród skalnych załomów. Nić, niedbale porzucona przez haftującą dziewczynę na poręczy fotela, układa się w zygzaki podobne do wszystkich na świecie ścieżek górskich i skalnych- Kręta, urwista dróżka, zaiste bardziej dostępna dla kóz niż dla ludzi, wiodła do owego właśnie progu w skale, o który oparta była przerzucona z łodzi deska. Skalne ścieżki bywają zwykle strome, spadziste, nieżyczliwe człowiekowi; to nie dro- gi, to raczej spadki lecące w dół po pochyłości. Ta, o której tu mowa, była zapewne odgałęzieniem jakiejś drogi biegnącej po równinie. Trudno było patrzeć na nią bez dreszczu przera- żenia, tak stromo wspinała się zygzakiem od podnóża skał ku ich wierzchołkom, poprzez występy i zapadliny, by przedostać się wreszcie do wyłomu prowadzącego na położoną na górze płaszczyznę. Po tej to ścieżce zejść musieli pasażerowie, na któ- rych oczekiwał zakotwiczony w zatoce barkas. Z ruchów załadowujących się na łódź ludzi poznać można było pośpiech i niepokój. Wkoło, jak okiem sięgnąć, otaczała ich pustka. Żaden szmer, żaden hałas nie mącił ciszy. Gdzieś 46 daleko tylko, po drugiej stronie przystani, u wejścia do zatoki Ringstead, majaczyły sylwetki flotylli łodzi rybackich, co za- pewne zbłądziła na morzu podczas połowu rekinów. Kaprys morza przepędził te statki z wód duńskich na wody angielskie. Wiatry północne nieraz płatają podobne figle rybakom. Flo- tylla ta schroniła się u wybrzeży Portlandu, z czego wywnio- skować można było, że spodziewać się należy złej pogody, że wypływać na pełne morze nie jest bezpiecznie. Łodzie owe za- rzucały właśnie kotwice. Główna barka wysunięta była ku przodowi według prastarego obyczaju norweskich flotylli. Olinowanie jej rysowało się ostrym, czarnym konturem na gładkim, jaśniejącym w mroku tle morza i widać było na przedzie zawieszone na żerdzi najrozmaitsze rodzaje haków i harpunów służących do połowu seynznus glacialis, squalus acanthias i squalus spina niger i sieć przeznaczoną .do chwyta- nia żarłacza. Oprócz tych kilku łodzi zbitych w gromadkę, nig- dzie na całym rozległym horyzoncie nie można było napotkać okiem jakikolwiek ślad ludzkiego życia. Ani domu, ani statku, nic. W epoce owej wybrzeże to nie było jeszcze zamieszkałe, a porty zatoki były o tej porze nie do użytku. Ludzie, na których oczekiwał barkas biskajski, śpieszyli się z odjazdem, nie bacząc na pogodę. Krzątali się też całą gro- madką po wybrzeżu szybko i bezładnie. Trudno ich było mię- dzy sobą rozróżnić. Niesposób dojrzeć, czy byli młodzi czy starzy. Wieczór zacierał kształty postaci, twarze, jak pod ma- ską, ukryte były w mroku. W ciemności majaczyły tylko ich sylwetki. Ludzi było ośmioro, w tym jedna, a może i dwie kobiety — trudno było rozpoznać to dokładnie po podartych łachmanach, które ich przykrywały, a które nie były już właściwie ani męskim, ani kobiecym ubiorem. Łachmany nie mają płci. Jeden z tych cieni był mniejszy, karzeł widocznie lub dziecko. Było to dziecko. 47 II PORZUCENIE ' Cóż można by było zauważyć przyglądając się tym ludziom ^ z bliska? ' Wszyscy oni przyodziani byli w długie płaszcze z kapturami, i podarte i połatane wprawdzie, ale szerokie i fałdziste. Płasz- czem takim można w potrzebie zakryć twarz aż po oczy, chro- i ni on więc i od wiatru, i od ludzkiej ciekawości, nie utrudnia- • jąć przy tym ruchów. Nosili też chustki obwiązane dokoła i głowy — pierwszy zarys turbanu, którego używanie rozpo- ; czyna się w Hiszpanii. Ten rodzaj przykrycia głowy nie był w Anglii niczym niezwykłym. W czasach owych południe modne było na północy. Płynęło to stąd, być może, że północ podbijała właśnie południe. Zwyciężała je i podziwiała równo- cześnie. Po klęsce Niezwyciężonej Armady język kastylski wszechwładnie zapanował na dworze Elżbiety. Odezwanie się po angielsku w pałacu królowej Anglii uchodziło nieomal że za shocking. Zwykłą koleją losu barbarzyńca, podbiwszy kraj o wyrafinowanej kulturze, przejmuje obyczaje tych, którym narzuca prawa; Tatar podgląda i naśladuje Chińczyka. Dla- tego też moda kastylska rozpowszechniła się w Anglii, angiel- skie interesy natomiast podporządkowywały sobie Hiszpanię. Wśród gotującej się do odjazdu gromadki jeden z mężczyzn -wyglądał wyraźnie na wodza. Na nogach miał alpargatas, sandały plecione ze sznurka na grubej podeszwie, jego znisz- czony, podarty ubiór był bogato lamowany i haftowany, spod płaszcza zaś, niby rybi brzuch, połyskiwała naszywana ceki- nami kamizelka. Drugi z mężczyzn opuścił sobie na twarz szeroką krezę filcowego kapelusza. W kapeluszu tym nie było dziury na fajkę, co znaczyć miało, że człowiek, który go nosi, jest uczonym. 48 Dziecko *— W myśl niewątpliwej prawdy, że kurtka męska jest dziecinnym płaszczem — nosiło na odziewających je łach- manach kitel sięgający mu aż po kolana. Był to chłopczyk dziesięcio-, najwyżej jedenastoletni, sądząc po wzroście. Nogi miał bose. Załoga barkasu składała się z szypra i dwu majtków. Barkas przybywał zapewne z Hiszpanii i tam też chyba miał powrócić. Nie trudno było odgadnąć, że podróżował tak w ja- kiejś tajemniczej sprawie. Ludzie, załadowujący się właśnie na tę łódź, rozmawiali ci- . Cho między sobą. W szeptach ich wyróżnić można było słowa i kastylskie, i niemieckie, i francuskie, i walijskie, i baskijskie. Język, którym się posługiwali, był jakimś dziwacznym narzeczem czy też nawet żargonem. Ludzie ci, najrozmaitszej widać narodowości, byłi jednak chyba członkami jednej bandy. Załoga składała się zapewne z ich ludzi. Działała tutaj jakaś tajna zmowa. Ta wielojęzyczna gromada była izwartą.:organizacją towarzy- szy, wspólników nawet być może. Gdyby było odrobinę jaśniej, gdyby ktoś przyjrzał się tym ludziom uważniej nieco — dostrzegłby ukryte pod łachmana- mi różańce i szkaplerze. Jedna z tych istot, wyróżniająca się od reszty jako coś na kształt kobiety, miała różaniec o olbrzy- mich ziarnkach, podobny do różańców, jakich używają derwi- sze. Bez trudu poznać było można, że to różaniec irlandzki, z Lianymthefry czy też Lianandiffry, i tak, i tak bowiem nazy- wają ludzie tę miejscowość. Gdyby nie zmrok, zobaczyć by można było i to jeszcze, że na przodzie barkasu umieszczona jest rzeźbiona i pozłacana figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Była to zapewne baskij-. ska Madonna, rodzaj starodawnego posążka, jakie tworzył za- mieszkujący niegdyś Półwysep Iberyjski lud Cantabrów. Pod Człowiek śmiechu 49 figurą tą, ustawioną na samym dziobie, wisiała latarnia, zga- szona w tej chwili, co wskazywało, że nie zaniechano żadnej ostrożności, aby ukryć obecność barkasu w zatoce. Latarnia ta spełniała dwa przezmaczenia: płonęła ku czci Madonny i oświetlała morze, służyła równocześnie i żeglarzowi, i Bogu. Dziobnica, długa, krzywa i spiczasta, sterczała na przedzie statku, jak róg półksiężyca. U samej jej nasady, a u stóp figu- ry Madonny klęczał anioł ze złożonymi skrzydłami, spogląda- jący przez lunetę ku horyzontowi. I on również był pozłacany. W dziobnicy wydrążone były otwory, przez które swobodnie przepływać mogła woda. Nie poskąpiono też arabesek i złoceń dla ich przyozdobienia. Pod figurą Madonny wypisano dużymi złotymi literami sło- wo „Matutina". Była to nazwa statku, w tej chwili niewidocz- na w ciemności. Nad brzegiem u stóp urwiska leżały porozrzucane w nieła- dzie toboły i skrzynki, cały dobytek uciekinierów. Ładowali go właśnie na barkas, przenosząc w pośpiechu po przerzuco- nej na brzeg kładce. Wory z sucharami i beczułka suszonych ryb, trzy baryłki: jedna ze słodką wodą, druga ze słodem, trze- cia ze smołą, cztery czy pięć flaszek rumu, tłumok w nędznej płachcie, ściągnięty rzemieniami, kuferki, skrzynki, kłąb pa- kuł, których używa się na pochodnie i świetlne sygnały — oto cały ładunek barkasu. Obszarpańcy posiadali kuferki, a więc niewątpliwie wiedli żywot koczowniczy. Wędrowni nędzarze muszą mieć jakiś, najskromniejszy chociażby, dobytek; nieje- den raz pragnęliby oni zerwać się i odlecieć nagle, jak ptaki, ale nie mogą, gdyż musieliby porzucić ubogi sprzęt, którym zarabiają na życie. Wszędzie taszczą za sobą toboły, skrzynki — narzędzia pracy, wędrownej sztuki czy rzemiosła. Bagaż ten jakże często bywa dla nich kulą u nogi. Niełatwym zaiste być musiało zniesienie tego całego dobyt- ku z urwiska. Najwidoczniej więc ludzie owi szykowali się do ostatecznego odjazdu. 50 Nie tracili też czasu, dreptali tam i z powrotem, z brzegu na łódź, z łodzi na brzeg; każdy coś robił, każdy pomagał, ten przenosił worki, tamten — skrzynie. Obie chyba — kobiety pracowały po społu z resztą gromady. A dziecko dźwigało za dwu. Dziecko to wśród owych ludzi nie miało chyba ani ojca, ani matki. Nikt nie zwracał na nie uwagi. Używano je do pracy, i to wszystko. Wydawało się być nie dzieckiem w rodzinie, lecz niewolnikiem w obcym plemieniu. Wszyscy się nim po- sługiwali, nikt się doń nawet nie odezwał. Malec uwijał się zresztą szybko i jak i cale to podejrzane grono wydawał się odczuwać jedno tylko pragnienie: żeby już jak najprędzej odjechać. Dlaczego? Tego nie wiedział zapew- ne. Spieszył się, bo widział, że inni też się śpieszą. Załadowano wreszcie wszystkie bagaże na pokład barkasu; szybko rozmieszczono ładunek we wnętrzu łodzi i oto nadcho- dziła już chwila odjazdu. Przeniesiono wszystkie paki, dwa podobne do kobiet stworzenia były już w łodzi, reszta bandy — pięciu mężczyzn i dziecko — znajdowała się jeszcze na skalnym progu, u podnóża urwiska. Na barkasie gorączkowo szykowano się do odjazdu, szyper ujął rękojeść steru, jeden z majtków schwycił siekierę, by przeciąć linę kotwicy. Przecię- cie liny to znak niechybny wielkiego pośpiechu; odwiązuje się ją, kiedy jest czasu dość. — Andamos — rzekł półgłosem ten, co wyglądał na wodza bandy, co spod łachmanów połyskiwał cekinami. Dziecko podbiegło do deski, by przejść. Już, już do- tykało jej nogą, lecz oto dwu spośród mężczyzn rzuciło się naprzód, odepchnęli chłopczyka, który omal nie wpadł do wo- dy, i weszli na kładkę, trzeci przeszedł tuż za nimi, odsuwa- jąc małego łokciem, czwarty szturchnął go pięścią i też prze- biegł, piąty zaś, ten, co wyglądał na wodza, jednym susem skoczył na pokład i uderzeniem obcasa zepchnął deskę w wo- dę. Przecięto siekierą cumę, ster zakręcił się, statek odbił od brzegu i dziecko zostało na lądzie. <• 51 m SAMOTNOŚĆ Dziecko z utkwionym przed siebie spojrzeniem bez ruchu stało na skale. Nie zawołało, nie krzyknęło. Porzucono je tak nagle, a ono nie odezwało się nawet. Na łodzi też nikt nie wy- rzekł ni słowa. Ani dziecko nie wzywało tych ludzi, ani też lu- dzie ci nie żegnali dziecka. Przestrzeń dzieląca ich rosła, a obie strony godziły się na to w milczeniu. Tak chyba rozstają się cienie zmarłych nad brzegiem Styksu. Dziecko, jakby przy- rośnięte do skały, którą wody przypływu zalewały coraz wyżej i wyżej, patrzyło na oddalającą się łódź. Rzec by można, że ro- zumie. Ale co rozumiało? Nie wiadomo. Po chwili barkas wpłynął w wąskie przejście prowadzące z zatoki na morze. Na tle jaśniejącego w dali nieba, w rozpęk- linie, przez którą woda przepływała kreto pomiędzy podwójną ścianą urwiska, zarysował się szczyt masztu i przesunął zygza- kiem, jakby zagłębiał się w skałę, aż wreszcie znikł. Łódź wy- płynęła na morze. Chłopczyk patrzył, jak znika. Na twarzy jego malowało się i zdziwienie, i zaduma. Prócz zdumienia, widniało na niej jakieś niejasne, nieokre- ślone stwierdzenie: takie oto jest życie. Wydawać by się mogło, że ta rozwijająca się dopiero istotka jest już bogata doświad- czeniem. Być może nawet potrafiła ona również i sądzić. Cięż- kie, surowe dzieciństwo niekiedy ustawia jak gdyby w głębi- nach dziecięcej świadomości jakąś groźną, bezlitosną wagę, na której te nieszczęśliwe, maleńkie dusze ważą boskie wyroki. Chłopaczek czuł, że on jest tutaj bez winy. I przyjął swój los •-bez skargi, bez jednego słowa narzekania. Odepchnięto go tak niespodzianie, a on nie drgnął nawet. Jakby cały zesztywniał w środku. Pod ciężarem tej nagłej de- cyzji losu, która rozstrzygała o jego życiu, zanim zdążyło się 32 ono rozpocząć naprawdę, dziecko nie ugięło się. Stało, choć uderzył w nie piorun. Ktokolwiek by zobaczył to osłupienie pełne rezygnacji, po- znałby bez trudu, że z ludzi, co odjechali, nie kochało ono ni- kogo i przez nikogo też nie było kochane. Stało tak, pogrążone w zadumie, nie zważając na zimno. Na- gle woda ochlapała mu stopy; nadchodził przypływ; podmuch przeszedł mu przez włosy; zrywał się wiatr. Chłopczyk drgnął. Od stóp do głów wstrząsnął nim zimny dreszcz. Ocknął się. Rozejrzał się dokoła. Był sam. Jedyni ludzie, jakich znał aż do dnia tego, jedyni ludzie, ja- cy istnieli dla niego na ziemi, byli to ci właśnie, co odpły- nęli przed chwilą na barkasie. Ci, co go porzucili. Dodajmy od razu, choć brzmi to dziwnie, że nie znał on właś- ciwie nawet i tych jedynych znanych sobie ludzi. Nie potrafiłby nawet powiedzieć, kim byli. Spędził wśród nich całe dzieciństwo, nigdy jednak nie czul, że do nich przynależy. Istniał obok po prostu i nic więcej. A teraz oni o nim zapomnieli. Nie miał przy sobie pieniędzy, nie miał obuwia, nie miał na- wet kawałka chleba, był ledwie że odziany. A była zima. I pora późna. Najbliższe zaś osiedle ludzkie od- dalone było co najmniej o kilka mil. Chłopiec nie wiedział, gdzie się znajduje. Nie wiedział nic, to tylko, że ci, co przyszli z nim razem nad brzeg morza, odpłynęli bez niego. Czuł, jakby go życie odrzuciło. U nikogo na świecie nie mógł szukać pomocy. A lat miał dziesięć. Stał w pustce, pomiędzy dwiema głębokościami. Widział, jak z jednej otchłani wstaje noc, słyszał, jak w drugiej groźnie pomrukują fale. Chłopaczek wyciągnął swoje drobne, chude ramionka i ziewnął. S1 Po czym, jak gdyby powziął nagłą decyzję, śmiało, swobod- nie, ze zręcznością wiewiórki — czy też może klowna — od- wrócił się od zatoki i zaczął piąć się po skale. Wbiegał na ścieżkę, zbaczał z niej, znowu na nią powracał, zwinny, zu- chwały. Spieszył się, śpieszył ku ziemi. Wydawać by się mo- gło, że ma z góry wytkniętą drogę. A przecież szedł po prostu, gdzie oczy poniosą. Biegł szybko, na oślep, jakby uciekał przed losem. To stąpał ostrożnie, to znów wdrapywał się na czworakach. piął się ku górze na wszelkie .sposoby i zwierzęce, i ludzkie. Urwisko Portlandu zwrócone jest ku południowi, śniegu na ścieżce było więc niewiele; lecz mróz ściął go w twarde grudki i trudno było po nim iść. Chłopiec i z tym dał sobie radę. Utrudniała mu ruchy za duża męska kurtka. Strome występy ' skalne pokrywał tu i ówdzie cienki lód. Mały ślizgał się więc i przewracał, czepiał się zeschłych gałęzi i kamieni, nieraz zawisnął przez chwilę nad przepaścią. W pewnej chwili kru- cha skała oberwała się pod nim i zaczął z nią razem spadać w dół. Obsunięcia takie bywają bardzo zdradliwe. Przez kilka sekund chłopczyk zsuwał się jak dachówka po dachu. Stoczył się tak aż nad sam skraj urwiska; uratowała go kępa trawy, w którą wczepił się w ostatniej chwili. Zawisnąwszy nad prze- paścią nie krzyknął nawet, jak i nie krzyczał, kiedy opuścili go ludzie; w milczeniu wydostał się z powrotem na skałę. Urwisko było wysokie, spotkała go też po drodze niejedna przygoda. Przepaść stawała się coraz groźniejsza w pogłębia- jącej się ciemności. Ta pionowa stercząca skała wydawała się nie mieć końca. Rosła przed dzieckiem, wznosiła się coraz to wyżej, coraz to wyżej odsuwał się szczyt, w miarę jak ono szło. Chłopczyk piął się i spoglądał co chwila na to czarne belkowanie, na tę zaporę ustawioną pomiędzy nim i niebem. Wdrapał się wreszcie. Stanął na równinie. Rzec by można, że wyszedł na ląd, wy- dostał się bowiem z przepaści. 54 J I natychmiast zatrząsł się z zimna. Północno-zachodni wiatr, ostry podmuch nocy, dął mu prosto w .twarz. Ściągnął na piersi swoją bluzę marynarską z grubego płótna. Dobre to i praktyczne ubranie. Rybacy nazywają je le suroit, gdyż bluza taka chroni od deszczu, który sprowadza zwykle noszący tę nazwę wiatr południowo-zachodni. Wydostawszy się na płaszczyznę dziecko stanęło bosymi stopami na przemarzniętej ziemi i rozejrzało się dokoła. Za sobą miało morze, przed sobą ziemię, a nad głową niebo. Niebo bez gwiazd. Zakrywała je gęsta mgła i chmury. Kiedy chłopczyk wydobył się wreszcie na górną krawędź skalnej ściany, spojrzał przed siebie, w głąb lądu. Jak okiem sięgnąć, rozpościerała się płaska, zamarznięta, przyprószona śniegiem równina. Nieliczne kępy wrzosów poruszały się na wietrze. Żadnej drogi, żadnego domu czy choćby pasterskiego szałasu. Tu i ówdzie tylko sypki śnieg, porwany podmuchem powietrza, unosił się i wirował nad ziemią bielejącą spiralą. Lekkie nierówności terenu zaznaczały się niewyraźnie na ho- ryzoncie. Ogromne, martwe równiny gubiły się w mlecznych tumanach mgły. Cisza. Krajobraz był bezkresny jak nieskoń- czoność i milczący jak grób. Dziecko zwróciło się w stronę morza. I morze było białe tak jak ziemia; ona od śniegu, ono od piany. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej melancholijnego od tej podwójnej białości. Oświetlenie wieczoru daje nie- kiedy niezwykle twarde kontrasty; morze wydawało się być ze stali, skały nadbrzeżne — z hebanu. Zatoka Portlandu leżała u podnóża wzniesienia, na którym stało dziecko, widoczna cała, jak na wyblakłej mapie, w półkoli- stym otoczeniu pagórków; ten nocny krajobraz z prześwie- cającym przez chmury skrawkiem księżyca był jak ze snu. Na całym wybrzeżu, zamkniętym z obu stron wrzynającymi się w morze przylądkami, nie błyszczał żaden ogieniek, żadne światełko; okolica była pustynna, bezludna. Ciemności na zie- mi i na niebie; ani jednej lampy w dole, ani jednej gwiazdy w górze. Szerokie, niskie fale zatoki wznosiły się niespodzia- 55 nie to tu, to tam. Wiatr poruszał i marszczył powierzchnię wody. Można było jeszcze dostrzec barkas oddalający się od lądu. Ślizgał się czarnym trójkątem po tym sinym tle, Bezgraniczne, ginące w dali przestrzenie wody poruszały się w ponurym półmroku. „Matutina" płynęła prędko. Malała z minuty na minutę. Jakże szybko niknie na morzu kształt odpływającego statku. W pewnej chwili zapłonęła latarnia na dziobie. Sterowanie po ciemku stawało się widocznie niebezpieczne. Jasny ten punkcik, przymocowany do podłużnego, wysokiego, czarnego kształtu, ponuro połyskiwał w oddali. Rzec by można, że to kondukt żałobny posuwa się po morzu wraz z towarzyszącą mu pochodnią. W powietrzu wisiała nawałnica. Dziecko nie zdawało sobie z tego sprawy, marynarz jednakże zadrżałby z przerażenia. Była to owa minuta przed burzą, w której wydaje się, że ży- wioły ożyją za chwilę w ludzkiej postaci, że wiatr czarodziej- skim sposobem przemieni się w Aquilona. Morze stanie się oceanem, siła okaże się wolą, to, co wydawało się być martwym przedmiotem, ukaże nagle swą duszę. Wszystko to stanie się już za chwilę. Groza ogarnia człowieka. Dusza ludzka drży na myśl o spotkaniu się twarzą w twarz z duszą natury. Już wkrótce miał zapanować chaos. Wiatr poruszył mgły i spiętrzył chmury, jakby ustawiał dekoracje do tego straszli- wego dramatu zimy i fal, któremu na imię burza śnieżna. I jeszcze jeden znak nieomylny — statki, co szybko powra- cały z morza do przystani. Zatoka nie była już pusta. Spoza przylądków wyłaniały się co chwila łodzie niespokojnie zdą- żające do portu. Jedne płynęły wzdłuż Portland Bili, inne wzdłuż Saint-Albans Head. W oddali pojawiały się coraz to inne żagle. Czas naglił. Na południowej stronie nieba ciemność stawała się coraz głębsza, chmury, brzemienne mrokiem, opa- dały coraz niżej i niżej ku morzu. Pod ciężarem zawieszonej w powietrzu burzy fale zamarły w ponurym, groźnym bez- 66 ruchu. Nie był to zaiste czas na odjazd. A jednak barkas wy- ruszył w drogę. Wyminął on przylądek od strony północnej, wypłynął z za- toki i znajdował się już na pełnym morzu. Nagle zerwał sią gwałtowny wiatr północno-zachodni; ,,Matutina", wyraźnie jeszcze widoczna, rozwinęła żagle, jakby postanowiła wyzy- skać huragan. Był to wiatr zdradliwy, niebezpieczny. Schwycił on natychmiast barkas w swoje obroty. Łódź przechyliła się pod jego podmuchem, nie zboczyła jednak z drogi, dalej pły- nęła przed siebie. Wskazywało to na ucieczkę raczej niż na zwykłą podróż, na większy niż przed żywiołem lęk przed ziemią, na większy strach przed pościgiem ludzi niż przed pościgiem wiatrów. Barkas malał, malał coraz to bardziej w głębinach hory- zontu; maleńka gwiazda, sunąca poprzez ciemność, bladła; aż wreszcie znikła, roztopiła się w ciemnościach nocy. Tym razem znikła już na zawsze. Dziecko zrozumiało to widocznie. Przestało patrzyć na morze. Wzrok jego przesunął się na równiny, wrzosowiska, pagórki, na przestrzenie lądu, puste, na których, być może, uda mu się spotkać jakąś żyjącą istotę. Odwróciło się i poszło w ten nie- znany świat. \ IV PYTANIA Cóż to za banda porzuciła, uciekając, dziecko? Czyżby zbiegowie ci należeli do comprachicos? Już z poprzednich rozdziałów poznaliśmy dokładnie prawa ustanowione przez Wilhelma III i uchwalone przez parlament, ścigające złoczyńców obojga płci zwanych comprachicos czy to comprapequeńos, czy to cheylas. Niektóre ustawy działają rozpraszające. Statut ów, spadając na comprachicos, wywołał w skutku powszechną ucieczkę nie tylko ich właśnie, ale wszystkich włóczęgów wszelkich odmian 67 i rodzai. Wszyscy usiłowali opuścić wyspę, zbiec morzem. Com- prachicos gromadnie wracali do Hiszpanii. Wielu spośród nich było bowiem pochodzenia baskijskiego. Pierwszym i zaiste niezwykłym skutkiem owej ochraniające] dziecko ustawy było nagminne porzucanie dzieci. Nigdy jeszcze nie znajdywano tak wielkiej ilości podrzut- ków. Przyczyny zrozumieć nie trudno. Na każdą bandę wędrowną, wśród której znajdowałoby się dziecko, mogło paść podejrzenie; wystarczającym oskarżeniem była sama jego obecność. — To comprachicos zapewne — wnioskował szeryf, sędzia, konstabl. I następowało aresztowanie i śledztwo. Na nędzarzy, na zwykłych, wędrujących po prośbie żebraków padł strach. Bali się, by nie wzięto ich za comprachicos, choć nimi nie byli. Słabi są bowiem zazwyczaj wobec pomyłek spra- wiedliwości bezsilni. Żebracze, wędrowne, bezdomne rodziny i tak już żyją w nieustannym popłochu. Comprachicos oskarżano o czerpanie korzyści z handlu cudzymi dziećmi. Nieszczęście jednak i ubóstwo tak misternie splatają się ze sobą, że nie- jeden raz prawowity ojciec i matka nie byli w stanie przeko- nać władz, że dziecko ich jest naprawdę ich własnym dziec- kiem. Skąd masz dziecko? I jak tu dowieść, że to własne, od Boga dane? Posiadanie dziecka stało się niebezpieczne; trzeba się go więc wyzbyć, łatwiej będzie przemknąć się bez niego. I rodzice porzucali własne dzieci w lasach, na piaszczystych odludziach, topili je w studniach. Niejeden raz znajdowano trupki potopionych dzieci. Dodajmy jeszcze, że biorąc przykład z Anglii, zaczęto odtąd prześladować comprachicos w całej Europie. Hasło zostało rzucone. Przykład podziałał. Policje wszystkich państw Euro- py szły ze sobą w zawody o lepsze w wyłapywaniu compra- chicos, hiszpański alguaził ścigał się w czujności z angielskim konstablem. Jeszcze dwadzieścia trzy lata temu odczytać można było wyryty w kamieniu na bramie w Otero napis, nieprzetłu- maczalny — język kodeksów niewiele nieraz troszczy się o mo- ralność publiczną — gdzie zresztą, przez zasadniczą różnicę w karze, oddzielono wyraźnie handlarzy dziećmi od złodziei 58 dzieci. A oto napis ów w surowym, hiszpańskim oryginale; Aqui quedan las orejas de los comprachicos, y las bolsas de los robaninos, mientras que se van ellos al trabajo de mar. Jak wi- dzimy więc, odcięcie uszu etc. nie uwalniało wcale od galer. I powstał popłoch wśród włóczęgów. Niespokojnie przenosili się z miejsca na miejsce, zrywali się w strachu i z drżeniem rozkładali swe przelotne obozowiska. Wzdłuż całego wybrzeża Europy śledzono bacznie wszelkie potajemne przyjazdy i od- jazdy. Tropione bandy nie mogły wypływać na morze z dziec- kiem, gdyż lądowanie z dzieckiem było niebezpieczne. Łatwiej było dziecko po prostu porzucić. Przez kogóż to więc został porzucony ów chłopiec stojący samotnie wśród zmroku zapadającego na pustkowiu Portlandu? Według wszelkiego prawdopodobieństwa — przez compra- chicos. , V DRZEWO LUDZKIEGO WYNALAZKU Była już zapewne siódma wieczór. Wiatr uspokoił się nieco, znak, że wkrótce znowu dąć zacznie ze wzmożoną siłą. Dziecko znajdowało się w najdalej na południe wysuniętej części pół- wyspu. Portland jest półwyspom. Dziecko nie wiedziało jednakże, co to jest półwysep, nie znało nawet tej nazwy: Portland. Wie- działo ono jedno tylko: że można iść, iść przed siebie, dopóki się nie padnie. Znajomość świata jest człowiekowi przewodni- kiem; ono o świecie nie wiedziało nic. Tu je oni przyprowa- dzili i tu zostało porzucone. „Oni" i „tu" — dwie te zagadki mieściły w sobie los dziecka; „oni" oznaczało ludzi, wszystkich ludzi, „tu" — oznaczało cały świat. Jedynym punktem oparcia, jaki chłopiec miał na tym padole, była niewielka przestrzeń ziemi, twardej i zimnej, na której stawiał swoje bose stopy. Cóż mógł mieć więcej w tym ogromnym, otwartym zewsząd świecie, który powoli okrywał zmierzch? Nic. 59 Szedł przed siebie w nieznane. Dokoła była pustka bezludna. Chłopiec przeciął na skos jedno płaskowzgórze, drugie, trze- cie. Każda z tych płaszczyzn kończyła się niewysokim wpraw- dzie, lecz często ostrym spadkiem. Wysokie, gołe płaszczyzny portlandzkiego półwyspu podobne są do wielkich płyt, jak gdyby jedna pod drugą podsuniętych; południowe ich boki wy- dają się być podłożone pod krawędź poprzedniej równiny, północne zaś sterczą ponad następnym płaskowyżem. Z po- wstającymi stąd nierównościami terenu dziecko radziło sobie zręcznie i sprawnie. Co pewien czas przystawało na chwilę, za- stanawiając się jak gdyby. Noc robiła się coraz głębsza, wi- doczność zmniejszała się, dostrzec cokolwiek można było w pro- mieniu kilku zaledwie kroków. Nagle chłopiec zatrzymał się, nasłuchiwał przez chwilę, z za- dowoleniem skinął głową, odwrócił się szybko i powędrował w kierunku niewielkiego wzniesienia, które rysowało się nie- wyraźnie na prawo od niego, na skraju równiny. Na wznie- sieniu owym majaczył jakiś kształt podobny w mroku do drzewa. Dochodził stamtąd szmer. Nie był to na pewno ani szum morza, ani szum wiatru. Nie był to również głos zwie- rzęcia. Dziecko pomyślało sobie, że może ktoś tam jest, jakiś człowiek. ; W kilku susach podbiegło do stóp pagórka. •Był tam ktoś rzeczywiście. Nieokreśloną formę na szczycie widać było teraz wyraźnie. Było to coś na kształt wielkiego ramienia, pionowo wyrasta- jącego z ziemi. U górnego końca owego ramienia sterczał po- ziomo jak gdyby palec wskazujący, wsparty na wielkim palcu. Ramię to i oba jego palce rysowały się na tle nieba znakiem węgielnicy. W miejscu złączenia palców owych, wskazującego i wielkiego, zaczepiony był sznur, na którym wisiało coś czar- nego. Sznur, poruszany przez wiatr, skrzypiał jak łańcuch. Ten to głos właśnie usłyszało dziecko. 60 » Sznur ów, jak to można było dojrzeć z bliska, był rzeczy- wiście łańcuchem, marynarskim łańcuchem o grubych ogni- wach. Jakimś tajemniczym prawem natury, łączącym w jedną zwartą całość pozory i rzeczywistość, wszystko —• miejsce i pora, mgła, dramatyczne morze, groźny pomruk dalekich, nie- widocznych horyzontów — wszystko składało się na to, że kształt ów wydawał się olbrzymi. Przedmiot uwieszony u łańcucha podobny był do futerału, do owiniętego w pieluszki niemowlęcia wielkości człowieka. U góry dokoła okrągłej, wystającej główki okręcony był ko- niec łańcucha. U dołu futerał ów postrzępiony był i poszar- pany; sterczały zeń ogołocone z ciała piszczele. Słaby wiatr poruszał łańcuchem, a zawieszony na nim cię- żar kołysał się lekko. Ów bierny kształt posłuszny był każde- mu drgnieniu olbrzymich przestworzy; było w tym coś przera- żającego; strach, co miesza właściwe proporcje przedmiotów, odbierał mu wymiary pozostawiając tylko sam zarys; wydawał się być jakimś dotykalnym zagęszczeniem ciemności. Cały był uczyniony z otaczającej go dokoła nocy i wyolbrzymiony upiornie przez grozę śmierci. I zmierzchy, i wschody księżyca, i zachodzące za skały konstelacje gwiazd, poruszanie się po- wietrza i wody, chmury, cała róża wiatrów — wszystko to zło- żyło się jak gdyby na utworzenie owej dostrzegalnej nicości; bryła ta, kołysząca się byle jak na wietrze, była równie bez- osobowa i obojętna co i niebo, i morze; ciemność wchłaniała w siebie to, co było niegdyś człowiekiem. Było to coś, co nie było już niczym. A to, co pozostało, nie ma swojej nazwy w ludzkim języku. Nie istnieć już, a trwać, być w otchłani i poza otchłanią, jak korek na wodzie unosić się na powierzchni śmierci — zaiste rzeczywistość taka ma w sobie coś z nieprawdopodobieństwa. Jakże ją więc określić ludzką mową? Istota owa — lecz czyż była to jeszcze istota? — ów czarny świadek był jakimś szcząt- kiem, jakimś straszliwym szczątkiem. Szczątkiem czegóż to? Był to szczątek i natury, i społeczeństwa. Wszystko i nic. 6i Wydany był on na pastwę niełaskawych przestworzy. Ota- czało go najgłębsze zapomnienie, najgłębsza samotność. Samo- wolnie rządziło nim nieznane. Ciemność robiła z nim, co chciała, był wobec niej bezbronny. Na zawsze już pozostawać miał bezwładny i bierny. Do woli miotały nim ponure po- dmuchy huraganów. Upiór ów niszczał powoli, wystawiony był na straszliwe, po- wolne gnicie na wietrze. Znajdował się poza prawem grobu. Unicestwienie bez spokoju było jego udziałem. Latem rozpadał się w popiół, zimą — w błoto. Śmierci należy się zasłona, wsty- dliwe schronienie pod pokrywą grobu. Tutaj była ona bez- wstydna i naga. Gnicie odbywało się jawnie, cynicznie. Jest jakieś wyuzdanie w pokazywaniu przez śmierć, w jaki to spo- sób dokonuje ona swego dzieła. Pracując nie w swym labora- torium — nie w grobie — urąga ona wszelkiej pogodzie i ła- godności zmroku. Owa żyjąca niegdyś istota rozpadała się, ginęła powoli; nie- ubłaganie, bezlitośnie. W kościach wysechł szpik, wnętrzności w brzuchu wygniły, w gardle zbrakło głosu. Trup — to kieszeń, którą śmierć opróżnia. Jeżeli miał on kiedyś swoje ja, swoje człowieczeństwo — to gdzież się ono teraz znajdowało? Istniało jeszcze, być może, unosiło się gdzieś dokoła uwiązanych u łań-; cucha resztek ciała. Sama myśl o tym jakże wstrząsająca jest i bolesna! Niesposób chyba wyobrazić sobie bardziej ponure, bardziej złowieszcze widowisko. Niektóre zjawiska tego świata, zjawiska rzeczywiste, są jak gdyby szczeliną, przez którą myśl umyka w niezbadane, w nie- znane, usiłując sprawdzić przypuszczenia, rozwiązać zagadki. Przechodząc przez niektóre miejsca, mijając niektóre przed- mioty niesposób nie zatrzymać się w zadumie. Nieraz w życiu napotkać można taką uchyloną furtkę prowadzącą w niewi- doczne, niepojęte. Nikt chyba nie potrafiłby wyminąć obojętnie tego trupa. Rozpraszał się on, rozpadał wśród głębokiej, nieruchomej ciszy. Krew jego została wypita, skóra zjedzona, skradziono mu ciało. Rozgrabiało go wszystko. Grudzień wziął z niego chłód, 62 północ — grozę, żelazo — rdzę, zaraza — wyziewy trujące. kwiat — zapach. Płacił rogatkowe śmierci swoim powolnym rozkładem. Płacił je wiatrom, deszczom, rosie, gadom i ptakom. Rozdrapywały go ciemne dłonie nocy. Był to jakiś mieszkaniec ciemności, nieokreślony niesamo- wity. Istniał i nie istniał równocześnie na owym \ zgórzu na równinie. Był dotykalny, a nieuchwytny. Był cieniem uzupeł- niającym ciemność. Kiedy dzień już zgasł, włączał się ów trup w ponurą harmonię bezkresnego, milczącego mroku. Przez samą swoją obecność pogłębiał żałobę burzy i spokój gwiazd. Niewysłowiona istota pustki w nim znajdowała swój wyraz. Ów strzęp nieznanego losu był jeszcze jednym niedomówieniem nocnej grozy. Tajemnica jego była nieokreślonym, niejasnym odbiciem wszystkich zagadek. Życie dokoła niego słabło, ginęło, marło. Na otaczających go równinach zanikała wszelka pewność, wszelka ufność. Rozdzie- rający smutek krajobrazu, drżenie mgieł i traw, niepokój, który wydawał się być niepokojem istoty żywej, wszystko podpo- rządkowane było owej czarnej postaci zawieszonej na łańcuchu. Obecność widma pogłębiała bezludność tego pustkowia. Była to mara pląsająca na nieubłaganym wietrze, nieustan- nie i straszliwie. Trup ów wydawał się być ośrodkiem całej przestrzeni, wydawał się dźwigać na sobie jakiś ogrom. Kto wie? Dźwigał on na sobie, być może, odwieczną sprawiedli- wość bytującą gdzieś poza prawami ustanowionymi przez czło- wieka. To pozagrobowe trwanie było jego zemstą na ludzkości, było ono jego odwetem. Tkwił w owej pustce i zmroku jako świadectwo, jako dowód, że martwa materia również była czasami niepokojąca. Przejmuje nas bowiem zawsze groza wobec tego, co w materii jest ruiną opuszczoną przez ducha. Rzeczy martwe dzisiaj, nieruchome, a które niegdyś ożywiał duch, wywołują w nas lęk. Trup ów oskarżał i niebieskie, i ziemskie wyroki. Umieszczony na tym miejscu ręką człowieka, czekał na Boga. A dokoła niego falowały niezmierzone, widmo- we, mroczne przestworza, utkane z chmur i fal. 63 Zjawę ową otaczał jakiś krąg ponury, zamknięty, którego nazwać niesposób. Dokoła trupa tego był bezkres nie ograni- czony niczym, ni drzewem, ni dachem domu, ni sylwetką przechodzącego człowieka. Kiedy nieskończoność ciążąca nad : nami pochyla się, niebo, otchłań, życie, grób i wiecz- ność otwierają się przed nami — wszystko wówczas wydaje się nam nieosiągalne, zakazane, niedostępne. Nie ma potężniej- szego zamknięcia niż nieskończoność otwarta przed człowie- kiem. VI BITWA ŚMIERCI ,Z NOCĄ Dziecko patrzyło na ów widok w niemym osłupieniu. To, w czym dorosły rozpoznałby szubienicę, jemu wydało się przywidzeniem. To, w czym dorosły rozpoznałby trupa, jemu wydało się upiorem. Nie mogło ono zrozumieć tutaj niczego. Otchłań na różne sposoby kusić potrafi; to, co znajdowało się na szczycie wzgórza, było taką właśnie zastawioną przez nią zasadzką. Dziecko zrobiło jeden krok, potem drugi. Szło, choć pragnęłoby się cofnąć, zbliżało się, choć pragnęłoby uciec. Drżące, a zuchwale, podeszło tuż blisko do upiora. Stanęło pod szubienicą, podniosło głowę i zaczęło przypatry- wać się uważnie. Upiór ów pomazany był smołą, która połyskiwała na nim to . tu, to tam. Twarz, powleczona również lepką dziegciową maską, dostrzegalna była w mroku dość wyraźnie. Dziura w miejscu ust, dziura w miejscu nosa, dwie dziury tam, gdzie niegdyś były oczy — oto co ujrzało w niej dziecko. Ciało było spowite, okrę- cone jak gdyby w grube płótno nasycone naftą. Płótno to zbutwiało już, popękało, jedno kolano szkieletu sterczało na .zewnątrz, widać było również i żebra. Tu szkielet, tam ciało w rozkładzie. Twarz miała kolor ziemi; srebrzyły się na niej 64 lekkie smużki — ślady ślimaków. Płótno szczelnie oblepiało szkielet podkreślając jego kształt, niby szata na rzeźbionym posągu. Czaszka, pęknięta, rozłupana, podobna była do resztki zgniłego owocu. Zęby tylko pozostały w niej ludzkie. Śmiały się jeszcze. Jakieś szczątki krzyku wydawały się brzmieć w otwartych ustach. Na policzkach sterczało jeszcze kilka wło- sków. Głowa ta była przechylona na bok, jak gdyby czegoś nasłuchiwała z uwagą. Trup ów był najwidoczniej dość niedawno odnawiany. Ktoś na świeżo pociągnąć musiał smołą i twarz, i wystające spod płótna kolano, i żebra. Dołem zwisały nogi. Tuż pod nimi, na trawie, leżały dwa trzewiki zniszczone przez śniegi i deszcze. Trzewiki te spadły zapewne ze stóp niebosz- czyka. Bose dziecko przyjrzało się im uważnie. Wiatr, który do niedawna wzmagał się z chwili na chwilę, teraz nieomal że przestał dąć. Zdarza się to często przed burzą. Trup nie poruszał się. Łańcuch zwisał sztywno, pionowo. W umyśle dziecka dokonać się najwidoczniej musiało nagłe przebudzenie myśli, tak często zdarzające się w młodym wie- ku, u istot wstępujących dopiero w życie — i to jeszcze wśród losów tak niezwykłych — co jakby otwierało nagle mózg, niby uderzenie dziobkiem w skorupkę jaja przez pisklę ptasie. Wszystko jednak, co tylko jego młodziutka świadomość ogar- nąć była w stanie, zamierało zdrętwiałe. Nadmiar wrażeń przytłumia myśl, tak jak nadmiar oliwy gasi lampę. Dorosły zadawałby sam sobie pytania, dziecko nie pytało o nic; pa- trzyło tylko. Twarz trupa, powleczona smołą, wydawała się jak gdyby wilgotna. Tam, gdzie niegdyś były oczy, zakrzepłe krople dziegciu wyglądały jak łzy. Dzięki owej to smole właśnie śmierć o wiele powolniej dokonywała swego spustoszenia, było ono nieomal że powstrzymane, ograniczone do zniszczeń, których już w żaden sposób nie udało się uniknąć. Nad przed- miotem owym, w który wpatrywało się dziecko, ktoś roztaczał opiekę. Człowiek ten był najwidoczniej cenny. Nie postarano 5 — Człowiek Śmiechu (58 się wprawdzie o zachowanie go przy życiu, dbano jednakże, by zakonserwować go jak najdłużej po śmierci. Szubienica była już stara, spróchniała, trzymała się jednak mocno, choć służyć już musiała przez długie lata. W Anglii od niepamiętnych czasów utrzymywał się obyczaj maczania w smole pojmanych i straconych przemytników. Wieszano ich nad brzegiem morza, smarowano dziegciem i po- zostawiano na szubienicy. Przykłady działają skuteczniej na widocznym miejscu, w otwartej przestrzeni; nasmołowane zaś przykłady lepiej się konserwują. Ów obyczaj smołowania był zresztą w skutkach swoich wręcz dobroczynny, można było bowiem dzięki temu rzadziej zmieniać wisielców. Szubienice rozmieszczano, wzdłuż całego wybrzeża, w określonych odstę- pach, jak za naszych czasów latarnie. Wisielec pełnił tu też po- dobne funkcje. Oświecał na swój sposób swoich kamratów — przemytników. Z daleka, z morza jeszcze mogli oni zobaczyć te szubienice. Oto jedna — pierwsze ostrzeżenie; za nią druga; za nią trzecia. Nie przeszkadzało to im oczywiście w kontra- bandzie; na porządek społeczny jednakże składają się takie właśnie najrozmaitsze zjawiska. Obyczaj ów przetrwał w Anglii aż do początków naszego stulecia. Jeszcze w roku 1822 oglądać można było przed zamkiem w Dover trzech takich polakierowa- nych wisielców. Owa troskliwa konserwacja pośmiertnych szczątków straceńców nie ograniczała się zresztą do powieszo- nych przemytników jedynie. Anglia tym samym sposobem wy- korzystywała dla postrachu i przykładu również i złodziei, i podpalaczy, i morderców. John Painter, który podłożył ogień pod magazyny portowe w Portsmouth, został w roku 1776 po- wieszony i nasmołowany. Ksiądz Coyer oglądał wisielca tego w roku 1777. W zapiskach swoich zwie go on Janem Malarzem. John Painter wisiał ponad zgliszczami i ruiną będącą dziełem jego ręki. Pociągano go nową smołą co czas .pewien. Trup ten przetrwał — rzec by można nieomal że, iż przeżył — lat prawie czterdzieści. Jeszcze w roku 1788 całkiem dobrze pełnił swe zadanie. W roku 1790 jednakże trzeba było zastąpić go kim innym. Egipcjanie czcili mumie swoich królów; jak widzimy, mumia człowieka z gminu również może się na coś przydać. Wiatr, który hulał tutaj bezkarnie, zwiał wszystek śnieg ze wzgórza. Rosła na nim zeschła trawa i gdzieniegdzie osty; traw- niki takie, szorstkie, gęste i niskie, pokrywają szczyty nadmor- skich skał- niczym zielone sukno. Pod samą szubienicą, w miejscu, nad którym zwisały nogi straceńca, wyrastała kępa trawy gęstej, wysokiej, nie spotykanej na tej jałowej ziemi. Lecz na to właśnie miejsce przez wieki osypywały się szczątki wisielców i stąd też trawa tak piękna była i bujna. Ziemia żywi się bowiem człowiekiem. Dziecko stało jak zaczarowane, jak osłupiałe. Raz tylko spojrzało w dół na mgnienie, kiedy pokrzywa sparzyła mu stopę, wydało mu się bowiem, że to jakieś zwierzątko. Potem podniosło głowę i znów wlepiło wzrok w tę twarz, co patrzyła nań z góry. Patrzyła zaś tym wyraźniej, że nie miała przecież oczu. Było to spojrzenie rozproszone, a uporczywe niewymow- nie, świetliste, a mroczne, patrzyły nim nie tylko puste oczo- doły, lecz i zęby, i czaszka. Cała głowa trupa wydaje się spo- glądać jakimś straszliwym spojrzeniem. Nie ma w niej źrenic, a czujemy na sobie jej wzrok. Larwy są straszne. Powoli i dziecko stawało się czymś na kształt upiora. Nie poruszało się wcale. Nie spostrzegło się nawet, że traci świado- mość. Zesztywniało, zdrętwiało. Zima, zdradliwa zima, w mil- czeniu wydawała je na pastwę nocy. Dziecko zamieniało się powoli w posążek. Kości jego twardniały na kamień z zimna, zamroczenie wślizgiwało się weń jak gad. Zimą, wśród śniegu. senność, co ogarnia człowieka, jest jak przypływ morza; w dziecku narastał bezwład podobny do bezwładu trupa. Już za chwilę miało zasnąć. W dłoni snu znajduje się palec śmierci. Dłoń ta ściskała dziecko coraz silniej. Osuwało się już prawie pod szubienicę. Samo nie wiedziało nawet, czy stoi jeszcze. Każda istota żyjąca nieustannie znajduje się nad brzegiem przepaści, w każdej chwili 2eśliznąć się może na jej dno. r 67 Śmierć czyha na nią na każdym kroku, a przejście od bytu do niebytu jakże łatwe bywa i lekkie. Jeszcze moment i oto dziecko i ów zmarły — początek życia i pozostała po nim ruina — połączą się, zjednoczą się we wspól- nym nieistnieniu. Upiór jakby zrozumiał, co stać się może, i jakby postanowił do tego nie dopuścić. Zakołysał się nagle. Czyżby chciał dziecko przestrzec? To wiatr zerwał się znowu. Niesamowity był to widok. Wiszący na łańcuchu trup, rozbujany niewidocznym podmu- chem, huśtał się miarowo i ciągle, w lewo i w prawo, w lewo i w prawo, niby straszliwe, nieubłagane wahadło zegara wiecz- ności. Trwało to przez czas pewien. Na widok tego upiornego pląsu dziecko ocknęło się, strach przezwyciężył senne za- mroczenie. Przy każdym ruchu łańcuch wydawał zgrzyty prze- raźliwe, miarowe, przerywane chwilami ciszy, jakby dla nabra- nia oddechu. Zgrzyt ten podobny był do cykania świerszcza na łące. Nadciągała burza. Wiatr wzmagał się, dął coraz gwałtownie].' Straszliwy trup nie kołysał się już, a miotał w upiornych drgawkach. Zgrzyt łańcucha brzmiał jak przeraźliwy krzyk. I wydało się, jakby krzyk ów został usłyszany. Jeżeli był on wołaniem — otrzymał odpowiedź. Coraz głośniejszy szmer nadciągał z głębi widnokręgu. Był to trzepot skrzydeł. Nadlatywało stado kruków. Miał się oto zozpocząć ponury obrządek odludnych cmentarzysk. Czarne punkty zbliżały się, rosły, przedzierały przez mgły i chmury i coraz szerzej rozpościerając się na niebie śpieszyły z głośnym krakaniem. Było ich mrowie. Owe skrzydlate robac- two ciemności rzuciło się na szubienicę. Przerażone dziecko cofnęło się w tył. Stada takie posłuszne są komendzie. Kruki obsiadły szubie- nicę. Ani jeden jednakże nie ośmielił się tknąć pierwszy trupa. Naradzały się pomiędzy sobą, kracząc. Straszne jest krakanie 68 kruka. Wycie, świst, ryk — to głosy życia; w krakaniu zaś dźwięczy radość z trupiego rozkładu. Brzmi ono niby trzask załamującej się ciszy grobu. To głos ciemności, głos nocy. Dziecko przeszył lodowaty dreszcz. Bardziej jeszcze z przerażenia niż z zimna. Kruki umilkły. Jeden skoczył na szkielet. Był to znak. W ślad za nim rzuciły się wszystkie, zatrzepotała czarna chmura piór, potem skrzydła złożyły się, opadły i wisielec skrył się cały pod rojem czarnych pęcherzy poruszających się w ciemności. Nagle trup podskoczył. On to zrobił? Czy wiatr? Był to jakiś skok straszliwy. Przyszedł mu w sukurs huragan, który zerwał się właśnie. Widmo zaczęło miotać się jak w konwulsjach. Wicher, co roz- szalał się na dobre, porwał go w swój wir, obracał na wszyst- kie strony. Upiór szalał niby jakiś straszliwy pajac, co zamiast sznurka ma stryczek. Chyba ktoś ukrywający się w mroku po- ciągał za sznur jak na drwinę i igrał tą mumią. Kręciła się i podskakiwała, jakby już za chwilę miała się rozlecieć na kawałki. Kruki przelękły się i odfrunęły. Rzec by można — rozprysły się. Potem powróciły znowu. I rozpoczęła się walka. Trup jakby ożył nagle jakimś straszliwym sposobem. Po- dmuchy wiatru unosiły go, jakby miały go porwać; wydawać by się mogło, że trup szamoce się z całej siły, że pragnie uciec. Przytrzymywał go stryczek. A ptaki, czujne na każdy jego ruch, to podrywały się, to znów wczepiały weń dziko, zażarcie. On usiłował im umknąć, a one ścigały go zaciekle. Nieboszczyk, miotany wiatrem na wszystkie strony, podskakiwał, szamotał się, nagle jakby wpadał w furię, chybotał się tam i z powrotem, to wznosił się, to spadał, jakby chciał przepłoszyć ptasie mro- wie. Trup był maczugą, rój kruków — wzbijaną przez jej ude- rzenia kurzawą. Okrutne skrzydlate stado nie porzucało zdo- byczy, napastowało ją zaciekle, niezmordowanie. Nieboszczyk, jakby go szał ogarniał pod wściekłymi uderzeniami dzio- bów, dwoił i troił ciosy wymierzane w próżnię, niby uderzenia kamienia przywiązanego do procy. Chwilami wpijały się weń 69 wszystkie szpony skrzydlatych napastników; strząsał je z sie- bie, stado odlatywało i powracało z nową furią. Straszliwa tortura trwająca hen, poza zgon. Ptaki atakowały natrętnie, nieustępliwie. Przed takimi stadami stoją chyba otworem drzwi piekła. Uderzenia szponów, ciosy dzioba wyrywające ka- wałki tego, co nie było już nawet ciałem, krakanie, skrzypienie szubienicy, chrobotanie kości szkieletu, szczęk żelastwa, wycie wiatru — chyba nie może wydarzyć się zmaganie bardziej po- nure. Duch bijący się z demonami. Bitwa widm. Wicher wzmagał się chwilami w dwójnasób, wisielec wiro- , wał dookoła własnej osi, na wszystkie strony opędzał się od stada, wydawało się, że pragnie rzucić się w pogoń za ptactwem, że zęby jego zaczną gryźć. Wiatr miał za sobą, łańcuch — prze- ciwko sobie, jakby za sprawą szatanów. Huragan brał udział w bitwie. Trup wił się, a stado kruków ścigało go kołując po spirali, krążąc w zawrotnym wirze. Z dołu dobywał się potężny pomruk morza. Dziecko patrzyło na ten sen upiorny. Aż nagle zatrzęsło się na całym ciele, dreszcz przeszył je na wskroś, zachwiało się. omal że nie upadło, odwróciło się w tył i ścisnąwszy obydwoma rękami głowę, jak gdyby tylko własne czoło mogło dać mu oparcie, zbiegło w ogromnych susach ze wzgórza, z rozwianym włosem, z błędną twarzą, z zamkniętymi oczami, samo także podobne do widma. Uciekało, uciekało od tych upiornych noc- nych katuszy. VII PÓŁNOCNY CYPEL PORTLANDU Biegło tak aż do utraty tchu, biegło jak szalone przed siebie, byle dalej, po śniegu, po równinie. Ruch rozgrzał je. Na szczęście. Gdyby nie ta paniczna ucieczka bowiem, gdyby nie strach, byłoby już umarło. Zatrzymało się wreszcie, kiedy nie mogło już złapać oddechu. Nie miało jednak odwagi obejrzeć się poza siebie. Wydawało 70 mu się, że ptaki je ścigają, że trup na pewno zerwał się z łań- cucha i idzie w ślad za nim, że szubienica nawet zbiegła ze wzgórza w pogoni za trupem. Bało się, że zobaczy to wszystko, ' jeżeli się obejrzy. Odsapnęło więc nieco i popędziło dalej przed siebie. Zdawanie sobie sprawy z istoty wydarzeń nie jest właści- wością dziecinnego wieku. Malec odbierał wrażenia wyolbrzy- mione przez strach, nie wiązał ich jednak w myśli, nie wyciągał wniosków. Biegł, biegł, byle dalej naprzód, biegł z coraz większą rozpaczą, z coraz większym trudem, niby przez sen. Upłynęły już trzy godziny od chwili, kiedy porzucono go na brzegu. A choć przez cały czas to szedł, to biegł przed siebie, zmienił się jednak cel tej jego wędrówki. Przedtem szukał — teraz uciekał. Nie odczuwał już ani zimna, ani głodu; bał się. Instynkt strachu zagłuszył w nim wszystkie inne. Władało nim jedno tylko pragnienie: uciec, uciec, jak najdalej. Przed czym? Przed wszystkim. Życie wydawało mu się jakimś straszliwym murem otaczającym go, zamykającym zewsząd. Uciekłby chyba w ogóle ze świata, gdyby tylko potrafił. Ale dzieci nie wiedzą jeszcze, że samobójstwem można wy- dostać się z każdego więzienia. Biegł. Biegł, póki starczyło mu sił. Ale oddech wyczerpuje się w końcu, strach wyczerpuje się także. Nagle, jakby w przypływie rozsądku i energii, przystanął, powiedzieć by można, że zawstydził się własną ucieczką. Wy- prostował się, tupnął nogą, stanowczym ruchem podniósł głowę i odwrócił się. Wzgórze, szubienica, stado kruków — wszystko znikło. Mgła objęła znowu widnokrąg w swoje władanie. Chłopiec powędrował dalej. Nie biegł już teraz, szedł. Gdybyśmy powiedzieli, że spotka- nie z trupem uczyniło zeń człowieka, byłoby to może określe- nie zbyt ubogie, nie oddające różnorodnych i pomieszanych do- znań, które nim miotały. Było to i o wiele więcej, i o wiele mniej. W umyśle jego, który zaczynał dopiero pojmować' 71 i myśleć, wspomnienie szubienicy było tylko widmem, zjawą upiorną. Pokrzepiło go to, że opanował strach. Czuł się sil- niejszy. Gdyby był w wieku, w którym zastanawiamy się już nad sobą, chłopiec dostrzegłby, że kiełkuje w nim tysiące no- wych pytań, nowych myśli. Ale dziecinne rozważania są nie- jasne, odczuwał więc tylko jakiś gorzki, nieokreślony posmak tego, czego znaczenia nie mógł jeszcze zrozumieć, a co człowiek w późniejszych swych latach nazywa oburzeniem. Dodajmy jeszcze, że u dziecka każdy stan uczuciowy trwa krótko. Bolesne przeżycia nie docierają do niego w całej swo- jej złożoności i ogromie. Własna słabość ogranicza dziecinne doznania, chroni tę małą istotę przed wzruszeniami zbyt skom- plikowanymi. Widzi ono tylko sam fakt, samo zdarzenie i nie odczuwa potrzeby, żeby je zrozumieć i wytłumaczyć. Docie- kliwość w stosunku do zjawisk tego świata pizychodzi później dopiero, kiedy wzbogacą się bardziej archiwa doświadczenia. Wówczas to rozpoczyna się klasyfikacja spotykanych zjawisk. inteligencja, żywsza i bogatsza, porównuje, wspomnienia z lat najmłodszych wyłaniają się spod uczuć, jak stary, zatarty tekst na palimpseście. Wspomnienia te stają się podstawą dla logicznego myślenia i to, co w mózgu dziecka było tylko obra- zem, zmienia się w sylogizm w umyśle dorosłego człowieka. Rozmaite zresztą bywają losów koleje; to, co jednym wychodzi na dobre, innym wychodzi na złe, zależnie od przyrodzonej na- tury człowieka. Natury dobre dojrzewają, złe — gniją. Dziecko przebiegło z ćwierć mili, przeszło drugie ćwierć. Aż wreszcie pusty żołądek dopominać się zaczął o swoje prawa. Jeść l Gwałtowne burczenie głodu zagłuszyło wspomnienie upiornego wzgórza. Tak to zwierzę .odzywa się w człowieku i przypomina mu o rzeczywistości — na szczęście. Jeść! Ale co? gdzie? jak? Chłopiec machinalnie sięgnął do kieszeni. Wiedział przecież, że jest pusta. Ruszył więc szybciej naprzód. Nie wiedział, dokąd iść, ale śpieszył się, śpieszył do jakiegoś ludzkiego domu, który prze- cież gdzieś w końcu znaleźć musi. 72 Wiara w istniejącą gdzieś gospodę — to niewątpliwie jedna z łask czuwającej nad człowiekiem Opatrzności. Wierzyć w znalezienie schronienia — to wierzyć w Boga. A na równinie śnieżnej, jak okiem sięgnąć, niczego, co by kształtem swoim przypominało dach. Dziecko szło i szło przez puste wrzosowiska. Na równinie tej nigdy nie było ludzkich osiedli. Brakło tu drzewa na budowę chat. Dawnymi czasy u podnóża skał nad- morskich mieszkała po jaskiniach skąpa ludność, na pół dzika, której za broń służyła proca, a za opał wysuszony nawóz kro- wi. Ludzie ci czcili bożka Heił, którego figura stała na polanie , w Dorchester, i trudnili się poławianiem szarych, fałszywych korali, nazywanych przez Walijczyków plin, przez Greków zaś — isidis plocamos. Dziecko starało się utrzymać w swym marszu jakiś kieru- nek. Przeznaczenie to wieczne rozdroże, wybór ścieżki bywa niebezpieczny, trudny dla dorosłego, a cóż dopiero dla dziecka. Malec szedł jednak dalej, lecz choć zdawać by się mogło, ze nogi ma ze stali, był już coraz bardziej zmęczony. Przed nim na całej równinie żadnej drogi; a jeżeli nawet i była — przy- sypał ją śnieg. Instynkt nakazywał mu trzymać się kierunku wschodniego. Pięty miał poranione o ostre kamienie. Gdyby było jasno, dojrzeć by można różowe plamki krwi obok śladów jego stóp na śniegu. Nie wiedział zupełnie, gdzie się znajduje. Przecinał płasko- wyż Portlandu z południa na północ, banda zaś, z którą tutaj przywędrował, musiała najprawdopodobniej iść z zachodu na wschód, by uniknąć napotkania ludzi. Przeprawiła się ona zapewne z brzegu Uggescombe, z Sainte-Catherine Chap na przykład czy też z Swancry w jakiejś rybackiej czy też prze- mytniczej łodzi do jednej z zatok wybrzeża Weston, a potem lądem dotarła do zalewu położonego po przeciwnej stronie Portlandu, gdzie oczekiwał na nią barkas. Kierunek, który obrało dziecko, przecinał pod kątem prostym trasę drogi, po której banda przypuszczalnie dotarła do wybrzeża. W żaden więc sposób nie miało ono możności, by połapać się, gdzie jest. 73 Na płaskowyżu Portlandu znajdują się tu i ówdzie wznie- sienia zakończone stromym, gwałtownym, spadającym aż do morza urwiskiem. Dziecko wdrapało się na jeden z tych pa- górków i przystanęło rozglądając się uważnie dokoła. Widno- krąg zakryty był sinawym, gęstym tumanem. Malec wpatrywał się w ten tuman, wytężając wzrok ze wszystkich sił, jakby chciał go przebić spojrzeniem. Daleko ku wschodowi, we wklęśnięciu terenu, u podnóża zbitej w wał mgły, podobnej do ruchomego białawego urwiska, pełzały, poruszały się leniwie jakieś czarne, bezkształtne, bezładnie porozrzucane plamy. Białawy, gęsty tuman — to mgła; a owe czarne plamy — to dymy. A gdzie jest dym, tam jest i człowiek. Dziecko powędro- wało więc w tym kierunku. W pewnej odległości od miejsca, w którym się w owej chwili znajdowało, dostrzec można było urwisko spadające w dół, a u stóp jego, wśród postrzępionych skał, wśród mgły majaczyła jakaś ławica piasku, jakaś płaska równina prowa- dząca zapewne w głąb lądu z płaskowyżu, po którym wędro- wało. Tamtędy chyba należało pójść. Malec dotarł właśnie do przesmyku portlandzkiego, namułu pochodzenia dyluwialnego, zwanego Chess-Hill. Zaczął schodzić po stoku z płaskowyżu. Było to zejście ostre i trudne. Odpowiednik, lekko złagodzo- ny wprawdzie, wzniesienie, po którym niedawno wydostawać się musiał z zatoki. Tak to każda uciążliwość wdrapywania się pod górę wynagradzana bywa schodzeniem. Tam piął się — tu leciał w dół. Przeskakiwał ze skały na skałę, nie bacząc, że może sobie skręcić nogę, nie bacząc, że w każdej chwili może runąć w ledwie widoczną przepaść. Ślizgał się na kamieniach pokry- tych lodem, chwytał się więc długich traw i gałęzi kolczastych krzewin, których ciernie raniły mu palce. Miejscami pochy- łość łagodniała, szedł więc przez chwilę swobodniej, łapiąc od- dech, potem znów urwisko spadało gwałtownie i każdy ruch trzeba było obliczać i ważyć. Przy schodzeniu z pionowego pra- wie zbocza każdy ruch bowiem jest rozwiązaniem jakiegoś zaga- 74 dnienia. Trzeba być zręcznym i zwinnym pod groźbą śmierci. Zagadnienia te instynkt dziecka rozwiązywał tak sprawnie, że małpa mogłaby wzorować się na jego ruchach, że wprawiłyby one w zachwyt najdoświadczeńszego linoskoka. Zejście było gwałtowne i długie. Aż wreszcie malec znalazł się prawie na samym dole. Już wkrótce miał wydostać się na przesmyk, który dostrzegł z góry. Chwilami nasłuchiwał uważnie, jak jeleń, przestając prze- skakiwać z kamienia na kamień. Z oddali, z lewej strony, dola- tywał odgłos jakiś, słaby, a rozległy, podobny do grania trąbki. W powietrzu bowiem drgała już pierwsza zapowiedź straszli- wego północnego wiatru, który nadlatuje od bieguna, jak grzmot stu trąb. Na czole, na oczach, na policzkach chłopiec odczuwał coraz częściej chłodne muśnięcia, niby dotyk czyjejś zimnej dłoni. Były to duże płatki śniegu, początkowo nieliczne, potem coraz gęstsze, coraz szybciej wirujące w przestrzeni zwiastuny nadciągającej śnieżycy. Osiadały one na włosach, na ubraniu dziecka. Burza śnieżna, która szalała na morzu już od przeszło godziny, zbliżała się do lądu, przesuwała się powoli nad równiny, wchodziła od strony północno-zachodniej na płaskowyż Portlandu. 0a druga BARKAS NA MORZU •JL PRAWA, KTÓRE NIEZALEŻNE SĄ OD CZŁOWIEKA Burza śnieżna na morzu jest zjawiskiem niezbadanym, spra- wą niezrozumiałą, ciemną w każdym tego słowa znaczeniu. Huragan, któremu towarzyszą śnieg i mgła — fenomen ów do dziś dnia jeszcze nie został poznany dokładnie. Stąd też niesie on ze sobą wiele klęsk. Wszystkie zjawiska na morzu tłumaczyć usiłujemy przez działanie wiatru i fali. Jest jednak w powietrzu siła inna jeszcze niż wiatr, jest w wodzie morza siła inna niż fala. Siła owa, ta sama i w powietrzu, i w wodzie, to prąd magnetyczny. Powietrze i woda są to dwie masy płynne, prawie jednakowe, przechodzące jedna w drugą przez skraplanie i parowanie, od- dychanie jest nieomal że tym samym co picie; a prąd magne- tyczny — to fluid. Wiatr i fala to skutek ruchu nadanego z zewnątrz; prąd magnetyczny jest samorodnym prądem. Wiatr dojrzeć można dzięki poruszaniu się obłoków, fale — dzięki pianie; prąd magnetyczny jest niewidoczny. Od czasu do czasu jednakże daje on o sobie znać, odzywa się — uderzeniem gromu. Burza śnieżna jest zagadnieniem podobnym do zjawiska suchej mgły. Dzięki uważnemu obserwowaniu magnetycznego prądu będziemy mogli kiedyś zapewne wytłumaczyć, skąd się bierze hiszpańska callina i etiopski quobar. Bez uwzględnienia działania magnetycznych prądów bardzo wielu zjawisk nie potrafimy zrozumieć. Oczywiście, że zmiany szybkości wiatru, która podczas burzy wzrasta z trzech stóp na sekundę do dwustu dwudziestu stóp, mogą uzasadnić'róż- nicę wysokości fali, która na spokojnym morzu wysoka na trzy cale, na morzu wzburzonym wznosi się nieraz aż na wy- sokość stóp trzydziestu sześciu; oczywiście, że poziomy kieru- nek ruchów powietrza nawet i podczas burzy pozwala nam zro- zumieć, w jaki sposób fala wysoka na trzydzieści stóp może mieć aż tysiąc pięćset stóp długości; ale dlaczego fala na Pacy- fiku jest czterokrotnie wyższa u wybrzeży Ameryki niż u wy- wybrzeży Azji, a więc wyższa na zachodzie niż na wschodzie; dlaczego na Atlantyku rzecz się ma odwrotnie; dlaczego w oko- licach równika najwyższą falę spotykamy na otwartym morzu; skąd biorą się te zmiany w nabrzmiewaniu oceanu? Wszystkie te zjawiska wytłumaczyć można tylko działaniem prądu magne- tycznego w połączeniu z ruchem obrotowym ziemi i z przycią- ganiem. To tajemnicze pogmatwanie bywa przyczyną gwałtownych obrotów wichru, który na przykład skacze z południowego wschodu przez zachód aż do północnego wschodu, po czym nagle z północnego wschodu zawraca tym samym olbrzymim kręgiem na południowy wschód, a więc w ciągu trzydziestu sześciu godzin przebiega po ogromnym łuku pięciuset sześćdzie- sięciu stopni, co było zapowiedzią burzy śnieżnej siedemnastego marca 1867 roku. U wybrzeży Australii podczas burz południowych fale się- gają wysokości osiemdziesięciu stóp; zjawisko to związane jest z bliskością bieguna. Na tych szerokościach geograficznych burze są spowodowane nie tyle może wstrząsami powietrza, co ciągłością podwodnych elektrycznych wyładowań. W roku 1866 funkcjonowanie kabla transatlantyckiego zakłócane było codziennie regularnie przez dwie godziny — od dwunastej do drugiej po południu — przez przerywane, gorączkowe drga- nia. Pewne układy sił wywołują zjawiska, których żeglarz pod groźbą rozbicia statku nie może nie brać w rachubę. W dniu, 77 w którym kunszt żeglarski, który teraz jest rutyną, stanie się matematyką, w dniu, w którym ludzie spróbują ustalić dokład- nie i ściśle, dlaczego na przykład w naszych okolicach gorące wiatry wieją czasem z północy, a lodowate — z południa; kiedy wreszcie zrozumiałym się stanie, że spadki temperatury uzależnione są od głębokości oceanicznych; kiedy człowiek uświadomi sobie, że glob nasz jest olbrzymim magnesem o nie- zmierzonej sile przyciągania, posiadającym dwie osie, oś obrotu i oś magnetyczną, przecinające się w środku kuli ziemskiej, i że bieguny magnetyczne wędrują dokoła geograficznych biegu- nów; kiedy wreszcie ci, co narażają swe życie, zapragną po- dejmować to ryzyko według zasad naukowych, kiedy niepew- ności żeglugi poznane zostaną w swoich przyczynach, kiedy kapitan okrętu będzie meteorologiem, a sternik — człowiekiem wykształconym — ileż katastrof na morzu da się wówczas uniknąć! Morze — to tyleż magnes co akwent, to ocean sił nieważkich i niezbadanych w oceanie fal. Kto w morzu widzi tylko wodę, ten nie widzi morza; morze to znak wahadłowy prądów magnetycznych w tej samej mierze co i przypływy i odpływy masy wód; przyciąganie wikła i plącze jego falowa- nie w znaczniejszym jeszcze chyba stopniu niż huragany; przy- leganie cząsteczek, objawiające się również i w mikroskopij- nym, nie dostrzegalnym dla nas włoskowatym przyciąganiu, w oceanie odbywa się na ogromnych przestrzeniach i działanie magnetycznych prądów czasem współdziała z ruchami fal, po- wietrza i wód, a czasem im przeciwdziała. Kto nie zna praw elektryczności, nie zna praw hydrauliki; przenikają się one bowiem wzajemnie. To prawda, że nie masz trudniejszej i mo- zolnie j sze j nauki; dotyka ona empiryzmu, jak astronomia do- tyka astrologii. Bez tej nauki nie ma wiedzy żeglarskiej. Jednym z najbardziej złożonych i groźnych zjawisk na morzu jest śnieżna burza. Burza śnieżna to burza magnetyczna. Jest ona tworem bieguna, jak zorza polarna; to biegun jest sprawcą i tamtego światła, i tej mgły, a prąd magnetyczny przejawia się zarówno w płatkach śniegu, jak i w płomiennych wstęgach. 78 Burze — to nerwowe kryzysy morza, to jego ataki szału. Morze miewa bowiem też swoje humory. Burze można przy- równać do chorób. Jedne z nich są śmiertelne, inne — nie; z jednej można wyjść, z innej się nie wychodzi. Zawieja śnież- na zazwyczaj bywa śmiertelna. Jarabija, jeden ze sterników we flocie Magellana, określał ją jako „chmurę, co wylazła diabłu ze złego końca"''. Dawni żeglarze hiszpańscy nazywali burzę taką la neuada, jeżeli towarzyszył jej śnieg, la helada zaś,, jeżeli towarzyszył jej grad. Podług ich mniemania spadały wówczas razem ze śniegiem nietoperze. Burze śnieżne to właściwość podbiegunowych szerokości geograficznych. Czasami jednakże ześlizgują się one — rzec by można: walą — i na nasze strefy, zniszczenie towarzyszy bo- wiem nieodłącznie tym powietrznym zamieszkom. Jak to już wiemy, ,,Matutina" odbijając od Portlandu zapuści- ła się śmiało w tę wielką przygodę, której dodawała grozy nad- ciągająca burza. Wypłynęła naprzeciw niebezpieczeństwu 7. jakąś rozpaczliwą odwagą. A jednak — podkreślić to należy —na ostrzeżeniach jej nie zbywało. II POSTACIE, ZNANE NAM JUŻ, WYSTĘPUJĄ WYRAŹNIEJ Dopóki barkas żeglował po zatoce Portlandu, morze było jeszcze ciche, fala gładka. Na niebie było jasno, choć wody oceanu już pociemniały. Chwiejba była mała. Barkas trzymał się możliwie blisko nabrzeżnych skał, które stanowiły dla niego dogodną osłonę. Dziesięcioro ich było na niewielkiej feluce biskajskiej — trzech ludzi z załogi i siedmiu pasażerów, w tym dwie kobiety. W oświetleniu pełnego morza — o zmierzchu bowiem na morzu l Una nube salida del molo lado del diabolo. 79 jest o wiele jaśniej niż na lądzie — twarze dostrzegalne były całkiem wyraźnie. Zbiegowie nie kryli się już zresztą, odzy- skali swobodę ruchów, każdy z nich odsłonił oblicze, odzyskał głos, wyjście w morze było dla nich chwilą wyzwolenia. Pstrokata rozmaitość tej ludzkiej zbieraniny biła po prostu w oczy. Kobiety nie miały wieku; wędrowne życie postarza przedwcześnie, ubóstwo jakże szybko piętnuje zmarszczkami twarze. Jedna z tych kobiet była Baskijką, druga — ta z różań- cem o grubych ziarnach — Irlandką. Twarze miały obie obo- jętne, pozbawione wyrazu, co jakże często napotkać można u biedaków. Zaraz po wejściu na łódź przycupnęły obok siebie na kuferkach, u stóp masztu. Rozmawiały; irlandzki i baskijski, jakeśmy już o tym wspominali, to języki pokrewne. Włosy Bas- kijki namaszczone były cebulą i bazylią. Szyper był Baskiem z Guipuzcoa, jeden z marynarzy pochodził z północnych zboczy Pirenejów, drugi — z południowych, obaj więc byli Baskami, synami jednego ludu, choć pierwszy mógł zwać się Francuzem, a drugi Hiszpanem. Baskowie mało się troszczą o swoją ofic- jalną ojczyznę. Mi mądre se Iloma montana, „matką moją są góry", mawiał mulnik Zalareus. Spośród pięciu mężczyzn to- warzyszącym dwu kobietom jeden był Francuzem z Langwe- docji, drugi Francuzem z Prowansji, trzeci pochodził z Genui, czwarty, starszy już człowiek, ten, co nosił kapelusz (bez otworu na fajkę), wydawał się być Niemcem, piąty wreszcie, wódz bandy, był Baskiem z Biscarossy. On to właśnie jednym kopnięciem nogi strącił do wody deskę, kiedy dziecko chciało wejść po niej na łódź. Człowiek ten był barczysty, ruchliwy, gwałtowny, łachmany jego — jak pamiętamy — połyskiwały świecidłami i cekinami. Nie mógł on usiedzieć na miejscu, ruszał się, chodził tam i na powrót, z dziobu na rufę, wydawać by się mogło, że miota nim niepokój, teraz, kiedy znajdował się pomiędzy tym, co już uczynił, a tym, co dopiero stać się miało. Wódz bandy, szyper i marynarze — byli oni wszyscy czterej • Baskami — porozumiewali się ze sobą to po baskijsku, to po hiszpańsku, to po francusku, trzy te języki bowiem rozpo- wszechnione są jednakowo po obu stronach Pirenejów. Wszyscy zresztą, prócz kobiet, mówili lepiej lub gorzej po francusku; język ten był podstawą narzecza, którym posługiwała się banda! W epoce owej język francuski coraz szerzej zaczynał wchodzić w użycie wśród różnych ludów, równoważy on bo- wiem w sobie najdoskonalej nadmiar samogłosek właściwy językom południa i nadmiar spółgłosek właściwy językom pół- nocy. W Europie po francusku mówili ze sobą kupcy; po fran- cusku porozumiewali się również złodzieje. Wiadomo przecież, że Gibby, słynny złodziej londyński, doskonale rozumiał Car- touche'a. Barkas, znakomity żaglowiec, płynął szybko; aż dziesięć osób jednakże i bagaże — był to poważny ładunek dla tak wątłego statku. Stąd, że banda owa uciekała z Anglii na barkasie, nie wyni- kało wcale, by załoga statku mieć z nią musiała jakieś ściślej- sze stosunki i powiązania. I szyper, i wódz bandy, obaj byli yascongado, to wystarczało. Wśród ludzi tej rasy niesienie sobie nawzajem pomocy jest obowiązkiem, od którego wyjątki nie istnieją. Bask — jakeśmy już to rzekli — nie jest ani Fran- cuzem, ani Hiszpanem, jest on Baskiem zawsze i wszędzie i innemu Baskowi przyjść musi z pomocą na każdym miejscu i o każdej porze. Tak silne jest poczucie braterskiej wspólnoty w Pirenejach. Dopóki barkas żeglował po wodach zatoki, niebo, choć nie- zbyt sprzyjające podróży swoim wyglądem, nie wydawało się jednak aż na tyle groźne, by zbiegowie zwrócić na nie musieli swą uwagę. Uciekli, udało się im wymknąć — i radość swoją objawiali hałaśliwie i wesoło. Ten śmiał się, ów śpiewał; śmiał się nie bez goryczy może, ale swobodnie; śpiewał cicho, ale beztrosko. Langwedokczyk pokrzykiwał: caougagno. Cocagne — „ kraina wszelkiej obfitości" — okrzyk ten na ustach południowca to wyraz najwyższego ukontentowania. Człowiek ów pochodził z nadbrzeżnej wioski Gruissan, położonej na południowym stoku Ciappe, był więc sam na pół marynarzem — słodkich wód co prawda — przywykłym do sterowania lekkim czółnem Człowiek śmiechu 81 po jeziorze Bages, do ciągnięcia po słonych piaskach Saint- -Lucia niewodu pełnego ryb. Lud tamtejszy nosi czerwone czapki, żegna się wielokrotnym znakiem krzyża, na modłę hiszpańską, często pociąga wino z bukłaków z koźlej skóry, je szynkę, klęka, by blużnić, a do świętych swoich patronów modli się groźbami: O, wielki męczenniku, daj to, o co cię błagam, albo rozbiję ci łeb kamieniem, ou te feg' un pić. W potrzebie pasażer ten potrafiłby skutecznie przyjść z po- mocą załodze barkasu. Prowansalczyk zaś rozpalił tymczasem w kambuzie torf pod żelaznym kociołkiem i gotował zupę. Zupa ta był to rodzaj puchero, w którym ryba zastępowała mięso. Prowansalczyk wrzucił do garnka nieco soczewicy, sło- ninę pokrojoną w niewielkie kostki i odrobinę czerwonego hiszpańskiego pieprzu, ustępstwo smakosza bomllabaisse na rzecz amatorów olla podrida. Stał przy nim jeden wór z żyw- nością, rozwiązany i napoczęty. Nad głową jego, na haku wbi- tym w sufit kambuza, wisiała zapalona latarnia, żelazna, o szybkach z miki. Obok niej, na innym haku, kołysał się zimo- rodek pełniący rolę chorągiewki wskazującej kierunek wiatru. Wierzono bowiem podówczas powszechnie, że martwy zimoro- dek, -zawieszony za dziób, zawsze zwraca się piersią w tę stronę, z której wieje wiatr. Prowansalczyk, gotując tak swoją zupę, przytykał do ust co chwil parę szyjkę flaszy i pociągał łyk aąuardienty. Flasza ta - była z rodzaju często w owych czasach używanych, szeroka, płaska, opleciona wikliną, z uszami, za które przytraczało się ją do boku rzemieniem. Zaś pomiędzy każdym łykiem trunku prowansalski kucharz mruczał pod nosem strofkę jakiejś pio- senki wiejskiej, w której mowa jest, ot, o niczym, zdawałoby • się: jakaś droga w wąwozie, płot, na łące widać przez zarośla cień wozu i konia, wydłużony przez zachodzące słońce, a spoza płotu to pojawiają się, to znikają widły ładujące siano. Czegóż więcej w piosence potrzeba? Odjazd niesie albo ulgę, albo przygnębienie, zależnie od tego, co dzieje się w sercu i umyśle odjeżdżającego człowieka. Pasa- 82 żerowie barkasu najwyraźniej odetchnęli wszyscy, prócz jed- nego, najstarszego, tego, co nosił kapelusz bez otworu na fajkę. Człowiek ów, wyglądający na Niemca raczej, choć wszelkie' wyraźniejsze cechy jakiejkolwiek narodowości zatarły się już na jego sędziwej twarzy, był łysy, a tak poważny, że łysina jego robiła wrażenie tonsury. Mijając figurę Madonny, usta- wioną na dziobie statku, za każdym razem uchylał kapelusza; zobaczyć wówczas można było na jego czaszce żyły, starcze, nabrzmiałe. Płaszcz, w który był owinięty, rodzaj togi zużytej już i obszarpanej, z brunatnego dorchesterskiego samodziału, niecałkowicie zakrywał spodni strój, wąski, opięty, podchodzą- cy aż pod szyję, jak sutanna. Palce rąk jego splatały się co chwila, zdradzając tym ruchem przyzwyczajenie do częstych modłów. Fizjonomię jego najtrafniej określić by można jako wyblakłą. Wyraz twarzy jest to bowiem przede wszystkim od- blask i myliłby się ten, co by sądził, że myśli są bezbarwne. pozbawione koloru. Fizjonomia ta była niewątpliwie powierzch- nią, pod którą ukrywał się niezwykły stan ducha wynikający z całego układu sprzecznych sił, dobrych i złych; oko zaś wprawnego obserwatora odczytałoby z niej ten gatunek czło- wieczeństwa, co zarówno zdolny jest spaść poniżej tygrysa, jak i wznieść się na wyżyny rzadko osiągane przez ludzką istotę. Niektóre dusze kryją w sobie podobny chaos. Twarz ta była zamknięta, nieczytelna, aż abstrakcyjna w swojej tajemni- czości. Widziało się, że człowiek ów poznał i przedsmak zła, zimną kalkulację, i posmak, jaki ono po sobie zostawia — zero, nic. Zobojętnienie jego, być może zresztą udane tylko, napiętno- wane było skamieniałością dwu rodzajów, skamieniałością serca, znamienną dla oprawcy, i skamieniałością umysłu, znamienną dla mandaryna. Można było mieć pewność — potworność też bywa bowiem na swój sposób wszechstronna i pełna — że mo- żliwości jego są bezgraniczne, że nawet potrafi się wzruszać. Mę- drzec zawsze jest jakby martwy trochę; człowiek ów zaś był mędrcem. Wystarczyło raz nań spojrzeć, by dostrzec znamię uczoności przejawiające się w każdym ruchu jego postaci, w każ- dej fałdzie jego szaty. Powagę jego kamiennej, porytej bruzdami e* 83 twarzy zakłócał 'co chwila grymas nerwowy, szybki, znamio- nujący poliglotę. Lecz przede wszystkim twarz ta była surowa. Nie było w niej ani hipokryzji, ani cynizmu, tylko jakaś tra- giczna zaduma. Człowieka tego zbrodnia, jaką popełnił, wpra- wiła w stan zamyślenia. Spoglądał spojrzeraem arcybiskupa spod brwi muszkietera. Jego przerzedzone, siwiejące włosy na skroniach były już zupełnie białe. Wyczuwało się w nim jakąś dziwną mieszaninę chrześcijaństwa i wschodniego fatalizmu. Wychudłe palce jego rąk zniekształcone były artretycznymi guzami; postać jego, sztywna i wysoka, była i dziwaczna; stopę miał marynarską. Spacerował wolno po pokładzie, nie patrząc na nikogo, z ponurym, zdecydowanym wyrazem twarzy. Źrenice jego lśniły nieokreślonym, uporczywym blaskiem, znamionu- jącym duszę czujną, uważną wśród najgłębszych nawet mro- ków i wrażliwą na głos sumienia. Wódz bandy, żywy, gwałtowny, nieustannie miotający się po całym statku, podchodził doń czasami i coś mu szeptał na ucho. Starzec odpowiadał skinieniem głowy. Rzec by można, że bły- skawica radzi się nocy. III NIESPOKOJNI LUDZIE NA NIESPOKOJNYM MORZU Dwaj tylko ludzie na statku — ów starzec właśnie i szyper barkasu, którego mieszać nie należy z osobą wodza bandy — pilnie zważali na wszystko, co działo się dokoła; uwagę mary- narza przykuwało całkowicie morze, uwagę starca — niebo. Jeden nie spuszczał oka z toni, drugi wciąż wpatrywał się w chmury. Szyper śledził uważnie, jak się zachowuje woda, starzec usiłował wybadać nieboskłon. Wypatrywał gwiazd wśród chmur i mgły. Była to chwila, kiedy dzień kończy się już, nie jest jednak jeszcze całkiem ciemno i nieliczne gwiazdy zaczynają słabo migotać na bladym tle nieba. Widnokrąg, nierównomiernie zasnuty oparami, wyglądał dnia tego niezwyczajnie. 84 Nad lądem stała gęsta mgła, nad morzem zaś wisiały chmury. Zanim jeszcze statek wyszedł z Zatoki Portlandzkiej, szyper, baczny na stan morza, czynił drobiazgowe przygotowania do dalszej drogi. Nie czekał, aż barkas wypłynie na pełne morze. Sprawdził olinowanie, upewnił się, czy zaczepy want są w po- rządku i czy same wanty są dostatecznie sztywno naciągnięte. Ostrożności, które dowodziły niezbicie, że człowiek ten chce wy- korzystać wszystkie możliwości swojej barki. Niewątpliwą wadą budowy barkasu było to, że dziobem sie- dział o jakie pół stopy głębiej niż rufą. Szyper nieustannie przenosił wzrok z kompasu sterowego na kompas drogowy pelengując przedmioty na lądzie, by roz- poznać charakter wiatru. Pierwszy wiatr, który dostali, szedł z burty. Szyper był zadowolony, choć wiatr ten odchylał się o pięć rumbów od kursu. Sam pewną dłonią prowadził łódź: sobie tylko widać ufał, że przez umiejętne sterowanie nic nie utraci z posiadanej szybkości. Zmienne ciągi fal łudziły oko, że barkas w miarę rosnącej szybkości raz w raz ostro przypada do wiatru. Bo choć dziób pozornie ani zyskuje, ani traci na rumbie — niewiele się wie o prawdziwym kierunku wiatru, póki łódź nie legnie rufą w jego łożu: wtedy dopiero można hen, u zbiegu dalekich cią- gów fal, ujrzeć ten punkt horyzontu, w którym rodzi się wiatr. Ale tej nocy wiele było wiatrów i oblicze ich było skażone: toteż szyper nieufnie śledził złudną wymowę ruchów swego barkasu. Sterował odważnie a uważnie, podchwytywał wiatr, reago- wał na każdą zmianę jego kierunku, ani na chwilę nie do- puszczał, by statek wyszedł na wiatr, uważał na przybój, pilno- wał dryfu, był czujny na każde drgnienie steru, baczył na wszystko, na każde zakłócenie szybkości marszu, na każdy gwałtowniejszy szkwał. Przez ostrożność utrzymywał kurs od- chylony o kilkanaście stopni od brzegu, wzdłuż którego szedł, nade wszystko zaś starał się zachować pomiędzy wimplcm wskazującym kierunek wiatru a stępką kąt większy niż kąt żagla, gdyż kierunek wiatru wskazywany przez kompas był 85 wątpliwy z uwagi na jego niewielkie rozmiary. Źrenice szypra, wbite w dół, śledziły zmienne kształty, jakie przybierała fala. Raz jednakże podniósł spojrzenie ku górze, ku niebu, by po- szukać gwiazd znajdujących się w pasie Oriona; gwiazdy te noszą nazwę Trzech Magów, a jak powiada stare przysłowie hiszpańskich sterników: „Kto widzi Trzech Magów, temu nie- daleka droga do Zbawiciela". Wówczas to właśnie, kiedy szyper obrzucał spojrzeniem niebo, starzec na drugim końcu statku mruknął sam do siebie półgłosem: — Nie widać ani Syriusza, ani gwiazdy Antares, choć to gwiazda czerwona. Nie widać wyraźnie żadnej gwiazdy. Inni zbiegowie niczym nie objawiali niepokoju. Kiedy jednak przeminęła już pierwsza radość wywołana od- jazdem, i oni również zauważyli wreszcie, że znajdują się na morzu w styczniu, że wiatr jest przejmująco zimny. Nie mogli skryć się przed nim w kajucie, zbyt szczupła była bowiem, by ich pomieścić, i zawalona bagażem i pakami. Bagaż należał do pasażerów, paki były własnością załogi, barkas nie był bowiem statkiem przeznaczonym na morskie wycieczki tylko, lecz trud- nił się również i kontrabandą. Pasażerowie musieli więc pousa- dawiać się jakoś na pomoście. Nie przerażało to zresztą tych nawykłych do niewygód włóczęgów. Nocowanie pod gwiazdami nie było dla nich pierwszyzną; zimno pomaga im nawet usnąć, nieraz i na wieki. A te1 nocy nie było na niebie gwiazd. Langwedokczyk i genueńczyk, w oczekiwaniu wieczerzy, przycupnęli obok kobiet, u podnóża masztu, owijając się v/ gru- be płachty żeglarskie, które im rzucili marynarze. Łysy starzec dalej stał na przedzie statku, nieruchomy, nie- czuły na zimno. Szyper barkasu, nie wypuszczając ani na chwilę steru, ode- zwał się nagle gardłowym głosem, podobnym do wołania ptaka, którego w Ameryce zowią ,,krzykaczem"; wódz bandy zbliżył się doń na to wezwanie, szyper zaś rzekł mu: Etcheco jauna. Te dwa słowa baskijskie znaczą: „oraczu z gór", a u potomków 86 starożytnych Kantabrów są one zapoczątkowaniem poważnej, uroczystej rozmowy i nakazują skupienie uwagi. Szyper wskazał palcem w kierunku starca i rozpoczął się dia- log w używanym przez mieszkańców górskich okolic narzeczu języka hiszpańskiego. Oto jak brzmiały pytania i odpowiedzi: — Etcheco jauna, que es este hombre? — Un hombre. — Que lenguas habla? \ — Todas. — Que cosas sabe? — Todas. — Qual pais? — Ningun, y todos. — Qual Dios? — Dios. — Como l e Harnaś? — El Tonto. — Como dices que le Harnaś? — El Sabio. — En vuestre tropa, que esta? — Esta lo que esta. Oraczu z gór, kim jest ten człowiek? Człowiekiem. Jakimi mówi językami? Wszystkimi. Co wie? Wszystko. Skąd pochodzi? Zewsząd i znikąd. Jaki jest jego Bóg? Bóg. Jak go zowiesz? Szaleńcem. Co mówisz? Jak zowiesz go? Mędrcom. Kim on jest wśród was? Jest tym, kim jest. 87 — El gefe? — No. — Pues, que esta? — La alma. I wódz bandy, l szyper rozstali się, powrócili obydwaj do swoich zajęć i rozmyślań, a w chwilę później „Matutina" wy- płynęła z zatoki. Na pełnym morzu statek zaczął kołysać się gwałtownie. Woda morza wszędzie tam, gdzie nie przykrywała jej piana, miała wygląd kleisty jakiś, lepki; fale, coraz słabiej widoczne w zapadającym zmroku, podobne były do kałuży żółci. Tu i ówdzie pojawiała się fala bardziej płaska, o posiekanej, po- pękanej gwiaździście powierzchni, niczym szkło, na które rzu- cono garść kamieni. A w środkach owych pęknięć promieni- stych, w wirujących, niewielkich lejach drżały fosforyzujące światełka, podobne do połyskujących źrenic sowy. „Matutina", znakomita pływaczka, brawurowo prześliznęła się przez niebezpieczne rozfalowanie wód nad ławicą Cham- bours. Ławica Chambours, utajona przeszkoda u wyjścia z Portlandzkiej Zatoki, to nie wał podwodny, lecz amfiteatr. Jest to piaszczysty cyrk podwodny, ze stopniami wyrzeźbionymi koliście wirowaniem wód, z areną okrągłą, symetryczną, poło- żoną głęboko, jakby Jungfrau utopiono w oceanie, jest to koli- zeum morskie, które nurek dostrzec może poprzez zagadkową przezroczystość topieli. Taka jest ławica Chambours. Walczą tam hydry, potykają się lewiatany. Legendy głoszą, że tam to właś- nie, w głębi gigantycznego leja, znajdują się zwłoki okrętów schwytanych i ściągniętych na dno przez pająka-olbrzyma, Krakena, zwanego również Rybą-Górą. Jest to groźny duch morza. — Wodzem? — Nie. — Więc kim? — Duszą. 88 Ta widmowa rzeczywistość, niedostrzegalna dla ludzkiego oka, na powierzchni przejawia się tylko lekkim zmarszczeniem. wód. Ławica Chambours w dziewiętnastym stuleciu rozpadła się- w gruzy. Wybudowano tam łamacz fal i silne wstrząsy wody rozkruszyły tę wysoką podmorską budowlę, tak jak grobla por- towa, wybudowana w roku 1760 w Croisic, przesunęła o ćwierć- godziny czas przypływów i odpływów. A przypływ i odpływ są przecież wieczne; wieczność jednakże o wiele bardziej, niż się- nam to wydaje, posłuszną bywa człowiekowi. IV POJAWIA SIĘ ODMIENNA OD INNYCH CHMURA Starzec, którego wódz bandy nazywał i mędrcem, i szaleń- cem, stanął teraz na dziobie statku. Od chwili przepłynięcia- ponad ławicą Chambours uwaga jego podzieliła się pomiędzy niebo i morze. To spuszczał wzrok, to go ku górze wznosił, a na j uporczywie j, najpilniej śledził północny wschód. Szyper powierzył ster jednemu z marynarzy, przełazi przez zwój lin na rufie i przeszedł po pochyłym pokładzie na dziób statku. Podszedł do starca, nie śmiał go jednakże zaczepić. Przystanął więc nieco z tyłu, przyciskając łokcie do boków, z głową prze- chyloną na ramię, i wlepił weń oczy wznosząc brwi i uśmie- chając się lekko kącikami warg. Postawa ta zdradzała ciekawość wahającą się pomiędzy szacunkiem i drwiną. Starzec zaś, czy to dlatego, że miał we zwyczaju mówić sam do siebie, czy też dlatego może, że świadomość czyjejś obec- ności z tyłu wywołała w nim chęć rozmowy — wpatrując się w przestrzeń przemówił tak: — Południk, od którego mierzy się wzniesienie proste, ozna- czony jest w tym stuleciu przez cztery gwiazdy: przez gwiazdę Polarną, przez konstelację Kasjopei, Głowę Andromedy ^ 89 i gwiazdę Algenib, znajdującą się w konstelacji Pegaza. Ale nie widać ani jednej z nich. Słowa padały martwo, ledwie dosłyszalne, głuche, wyma- wiane jakby nie przez starca, lecz przez kogoś innego poprzez niego. Spływały z ust jego i nikły. Monolog — to dym pocho- dzący z wewnętrznego ognia ducha. Szyper spróbował się odezwać: — Wielmożny panie ... Starzec, być może, nieco głuchy i zamyślony głęboko, mówił •dalej: — Za mało gwiazd, za wiele wiatru. W pobliżu brzegu wiatr zawsze zbacza ze swej drogi i przerzuca się na ląd. Pionowo spada na wybrzeże. Dzieje się tak dlatego, że ziemia cieplejsza jest od morza. Powietrze ponad nią jest lżejsze. Zimny i ciężki wiatr morski rzuca się ku lądowi, by je stamtąd wypierać. Dlatego też wszystkie wiatry ze wszystkich stron przestworzy wieją w kierunku ziemi. Należałoby właściwie ustalić stosunek zależności pomiędzy równoleżnikiem zliczonym a przewidywa- nym. Jeżeli szerokość obserwowana różni się od szerokości prze- widywanej nie więcej niż o trzy minuty na dziesięć mil mor- skich,, a cztery na dwadzieścia — znaczy to, że statek jest na właściwym kursie. Szyper skłonił się, starzec jednakże nie dostrzegał go nadal. •Stał bez ruchu, wyniosły, nieprzystępny, odziany jak gdyby w togę uniwersytecką z Oksfordu czy Getyngi. Spoglądał na morze spojrzeniem wytrawnego znawcy i ludzi, i wód. Obser- wował fale w taki sposób, jakby chciał przemówić do nich wśród czynionego przez nie hałasu, pouczyć je o czymś bardzo ważnym. Miał w sobie coś z nauczyciela i coś z wieszcza. Wy- glądał jak bakałarz, co dawałby nauki otchłani. Ciągnął dalej swój monolog. Wiedział zresztą, być może, że 'ktoś go słucha, być może, mówił umyślnie. — Można by puścić się w zapasy, gdyby się miało koło ste- rowe zamiast sterownicy. Przy szybkości czterech węzłów •trzydzieści funtów ciśnienia na koło oddziałać może z siłą trzykroć stu tysięcy na kierunek. A nawet i z większą siłą, 90 w niektórych wypadkach bowiem można nałożyć dwa dodatkowe zwoje na wał steru. Szyper ukłonił się po raz drugi i rzekł: — Wielmożny panie... Oko starca zatrzymało się na nim wreszcie. Nie poruszył się, głowę tylko zwrócił w jego stronę. — Nazywaj mnie doktorem. — Wielmożny doktorze, jestem szyprem na tym statku. — To dobrze — odrzekł „doktor". Doktor — tak bowiem odtąd zwać go będziemy — bez oporu dał się wciągnąć w rozmowę. — Czy masz oktant angielski? — zapytał. — Nie. — Bez angielskiego oktantu nie możesz przecież zmierzyć wysokości ni z rufy, ni z dziobu. — Baskowie potrafili mierzyć wysokość, zanim jeszcze Anglicy pojawili się na świecie — odparł szyper. — Strzeż się przyboju. — Zmniejszam szybkość, gdy tak trzeba. — Czy zmierzyłeś szybkość statku? — Tak. — Kiedy? — Przed chwilą. —— A w. jaki sposób? — Za pomocą logu. — A czy pamiętałeś o sprawdzeniu deszczułki logu? — Naturalnie. — Czy klepsydra dokładnie odsypuje swoje półminuty? — Tak. — Czy pewny jesteś, że piasek nie nadwerężył szyjki łączą- cej oba zbiorniki? — Jestem pewny. — A czy wypróbowałeś dokładność klepsydry za pomocą wahań kuli muszkietowej, zawieszonej... 9t — ... Na gładkiej nici skręcone] ze zmoczonych konopi? Oczywiście. — A czyś nie zapomniał powoskować nić, aby się nie wy- dłużyła? — Nie zapomniałem. — A czy wypróbowałeś log? — Dokładność klepsydry sprawdziłem za pomocą kuli musz- kietowe], a dokładność logu za pomocą kuli armatniej. — Jaką średnicę ma twoja kula? — Jedną stopę. — Dobra waga. — To stara kula z naszego dawnego wojennego barkasu „La- Casse de Par-Grand". — Czy tego, który był w armadzie? — Tak. — Tego, który brał na pokład sześciuset żołnierzy, pięćdzie- sięciu marynarzy i dwadzieścia pięć armat? — Wiedzą o tym skały podwodne. — A jak wyważyłeś ciśnienie wody na kulę? — Niemiecką wagą ręczną. — Czyś uwzględnił napór wody na linę, na której kula wi- siała? — Tak. . — I cóż wypadło? — Ciśnienie wody wynosi sto siedemdziesiąt funtów. — Czyli że statek robi cztery mile francuskie na godzinę. — Albo trzy mile holenderskie. — Lecz to jest tylko nadwyżka, różnica szybkości statku w stosunku do szybkości fali. — Bez wątpienia. — Dokąd sterujesz? — Do pewnej niewielkiej zatoki, dobrze mi znanej, a poło- żonej. pomiędzy Loyola i Saint-Sebastien. — Staraj się jak najszybciej osiągnąć równoleżnik, przy którym położony jest cel podróży. 92 — Tak. Staram się, by jak najmniej zbaczać z drogi. — Nie dowierzaj wiatrom i prądom. Pierwsze pobudzają drugie. — Traidores l. — Nie klnij. Morze słucha. Nie znieważaj. Obserwuj tylko. — Na wszystko baczyłem pilnie i nadal pilnie baczę. Kieru- nek przypływu w tej chwili sprzeczny jest z kierunkiem wia- tru; już wkrótce jednak, gdy prąd odwróci się i pójdzie z wia- trem, nabierzemy szybkości. — Czy masz mapę morską? — Nie. Nie mam mapy tego morza. — Żeglujesz więc po omacku? — Wcale nie. Mam przecież kompas. — Kompas to dopiero jedno oko. Drugie oko — to mapa. — Jednooki także widzi. — W jaki sposób wymierzasz kąt drogi pomiędzy szlakiem & stępką? — Mam kompas drogowy i zgaduję na oko. — Że zgadujesz, to dobrze; lepiej by jednak było, gdybyś wiedział. — Krzysztof 2 także zgadywał. — Podczas mgły, kiedy róża wiatrów kręci się złośliwie, trudno jest schwycić, okiełznać wicher. Można zagubić wtedy -wszelki kierunek. Osioł nawet, byleby miał mapę, więcej wart jest wówczas od wróżbity i wszystkich jego przepowiedni. — Na razie wieje czysty wiatr północno-zachodni i nie wi- dzę powodów do niepokoju. — Statki to muchy w sieci pająka, którym jest morze. —— W tej chwili i fala, i wiatr są dla nas raczej przychylne. — Czarne pyłki drgające na fali — oto czym są ludzie na oceanie. — Nie wydaje mi się, by miało nam grozić niebezpieczeń- stwo tej nocy. 1 Zdrajcy. 2 Krzysztof Kolumb. 93 — W każdej chwili wpaść możemy w kabałę, z której nie- łatwo będzie ci się wydostać. — Jak dotychczas, wszystko idzie gładko. Spojrzenie doktora zatrzymało się na północnym wschodzie- Szyper ciągnął dalej: — Bylebyśmy tylko dotarli do Zatoki Gaskońskiej, dalej od- powiadam za wszystko. Hej, wielki Boże, tam to już jestem w domu. Znam moją Zatokę Gaskońską niczym własną kieszeń. To misa z wodą, co często piekielnie się złości, ale w każdym miejscu znam poziom jej wód i rodzaje dna: i muł koło San- -Cipriano, i muszle przy Cizarque, i piasek u przylądka Penas, i żwir w okolicy Boucaut de Mimizan, znam tam kolor każdego kamyka. Urwał; doktor nie słuchał bowiem. Wpatrywał się uważnie w północny wschód. Na jego lodo- watej, obojętnej twarzy działo się coś niezwykłego. Malowało się na niej całe przerażenie, jakie tylko wyrazić może maska z kamienia. Z ust wyrwały się słowa: — A jednak! Źrenice jego, okrągłe w tej chwili niczym u sowy, coraz bar- dziej rozszerzały się z przerażenia wpatrując się uparcie w je- den punkt, hen, daleko. — Tak, to właśnie to! Cóż, niech się stanie, co stać się musi — odezwał się znowu. Szyper patrzył na doktora. A on ciągnął dalej, przemawiając jakby do siebie czy też może do kogoś, kto znajdował się gdzieś w bezbrzeżnej otchłani: — Powiadam: niech się stanie, co stać się musi. Zamilkł i tylko oczy otwierał coraz szerzej, i ze zdwojoną —uwagą wpatrywał się w jakiś punkt na niebie. Wreszcie ode- zwał się znowu: — Nadciąga to z daleka, ale wie dobrze, czego chce. Wycinek przestrzeni, w którym zatonęło spojrzenie i cała uwaga doktora, leżał po stronie przeciwnej niż zachód i oświe- tlony był przez odblask ginącego światła jasno, prawie jak w dzień. Wycinek ów, niewielki, otoczony strzępami szarawych 94 mgieł, był po prostu błękitny, błękitem podobnym jednakże- bardziej do ołowiu niż do lazuru. Doktor całą swą postacią odwrócony ku morzu, nie patrząc już teraz na szypra, wskazał palcem ów wycinek powietrza- i rzekł: — Widzisz? — Co? — To. — Co? — Tam. — Ten błękit? Tak, widzę. — Co to jest? — Miejsce na niebie. — Dla tych, co pójdą do nieba. Dla tych zaś, co iść muszą gdzie indziej, jest to coś całkiem innego. Tym tajemniczym słowom towarzyszyło spojrzenie ginące gdzieś w mroku, przerażające. Zapadła cisza. Szyper, wspominając podwójną nazwę nadaną człowiekowi" owemu przez wodza bandy, zapytywał teraz sam siebie: Czy to szaleniec czy mędrzec? Palec doktora, kościsty, wyprostowany, ciągle jeszcze wska- zywał gestem wyroku ów mętny błękit na widnokręgu. Szyper przyjrzał się owemu błękitowi uważniej. — To prawda — mruknął — to nie niebo, tylko chmura. — Chmura błękitna groźniejsza jest od czarnej — rzekł dok- tor. Po chwili odezwał się znowu: — To chmura śnieżna. — La nube de la nieve — powtórzył po hiszpańsku szyper, jakby usiłował w ten sposób lepiej zrozumieć znaczenie tych słów. — A czy wiesz ty, co to jest śnieżna chmura? — Nie. — Dowiesz się już wkrótce. Szyper w dalszym ciągu obserwował widnokrąg. 95 I przyglądając się chmurze cedził przez zęby: — Miesiąc burz, miesiąc deszczów, kaszlący styczeń i płacz- liwy luty — oto i cała zima w naszej Asturii. Nasze deszcze są ciepłe. Śnieg leży u nas tylko w górach. O, tam to trzeba uwa- żać na lawiny! Lawina nie liczy się z niczym. Lawina to bestia. — A trąba powietrzna to monstrum — rzekł doktor. I dorzucił po chwili milczenia: — Oto nadciąga, będzie tu już wkrótce. — Kilka różnych wiatrów bierze się do dzieła — mówił da- lej. — Potężny wiatr zachodni i cichy ze wschodu. — Z cicha pękł — rzekł na to szyper. Niebieska chmura rosła. —_ Jeżeli śnieg spadający z gór jest tak niebezpieczny — mó- wił dalej doktor — to pomyśl tylko, czym być może śnieg, co -wali z samego bieguna. I patrzył szklanym spojrzeniem. Wydawało się, że chmura rozrasta się równocześnie i na widnokręgu, i na jego twarzy. Znów przemówił, z akcentem rozmarzenia w głosie: — Każda minuta przybliża chwilę ostateczną. Wola niebios spełniać się zaczyna. Szyper znów zapytywał w duchu sam siebie: „Czyżby to był szaleniec?" — Kapitanie — mówił dalej doktor nie odrywając spojrze- nia od chmury — czyś często żeglował po kanale La Manche? — Jestem tu dzisiaj po raz pierwszy — odrzekł szyper. Całą uwagę doktora zajmowała niebieska chmura. Jak gąbka nasiąknięta wodą nic już więcej nie chłonie, tak też i on, cały przejęty niepokojem z jednego tylko powodu, słysząc odpo- wiedź szypra zaledwie wzruszył ramionami. — Jakżeż to tak? — Wielmożny doktorze, zazwyczaj dopływałem tylko do Irlandii. Z Fontarabie jeździłem do Black-Harbourg i na wy- spę Akill, która jest właściwie dwiema wyspami. Jeździłem też czasem do Brachipult, położonego na jednym z przylądków 96 Walii. Zawsze jednak zostawiałem wyspy Scilly idące na pół- noc po prawej burcie. Tutejszego morza nie znam wcale. — To źle. Biada temu, co uczy się dopiero sylabizować na oceanie. Kanał La Manche to morze, w którym biegle czytać należy. Wody jego — to sfinks. Strzeż się jego dna. — Jesteśmy przecież na dwudziestu pięciu sążniach. — Trzeba się trzymać pięćdziesięciu pięciu sążni na odpły- wie, a wystrzegać się dwudziestu sążni na przypływie. — Będziemy sondować. — Kanał La Manche to nie zwykłe sobie morze. Gwałtowniej- sze przypływy dochodzą na głębi do pięćdziesięciu stóp, a do dwudziestu pięciu stóp na płyciznach. Tutaj odpływ odpływowi nie równy. No i cóż? Zdaje mi się, żeś się nieco zafrasował. — Będziemy w nocy sondować. — Na to trzeba by się zatrzymać, a nie będziesz mógł. — Dlaczego? — Nie pozwoli ci wiatr. — Spróbujemy. — Nawałnica wbije ci nóż w plecy, — A ja powiadam, że będziemy sondować, wielmożny do- ktorze. — Nie będziesz w stanie nawet stanąć burtą do wiatru. — W Bogu nadzieja. — W słowach bądź ostrożny. Nie wymawiaj na próżno draż- liwych imion. —- A ja mówię, że będę sondował. — Miarkuj się, człowieku. Tylko patrzeć, jak wiatr zada ci bobu. — Mówię tylko, że spróbuję to uczynić. — Napór wody nie pozwoli zarzucić ołowiariki i twoja lina. pęknie. Prawda, że po raz pierwszy zapuszczasz się w te mor- skie okolice. — Tak, po raz pierwszy. — A więc słuchaj, co ci powiem. T - Człowiek śmiechu 97 Słowo „słuchaj" wymówione zostało tak władczo, że szyper ukłonił się powtórnie. — Słucham, wielmożny doktorze. — Weź lewy hals i ster prawo na burt. — Jak pan mówi? —. Idź na zachód. — Caramba! - — Idź na zachód. — To nie podobna. — Czyń, jak chcesz. Mówię ci to tylko ze względu na innych. Ja godzę się na każdy wyrok losu. — Ależ, wielmożny doktorze, położyć kurs na zachód . . . — Tak, kapitanie. — A więc iść pod wiatr? — Tak, kapitanie. — Będzie rzucać diabelnie. — Dobieraj innych słów. Tak, kapitanie. — To wściekła praca dla kadłuba! — Tak, kapitanie. — To, być może, maszt złamany. — Być może. — I pan chcesz, żebym sterował na zachód! — Tak. — Jakżeż mogę? — Więc dogaduj się z morzem, jak sam zechcesz. — A może się wiatr odwróci? — Nie odwróci się całą noc. — Dlaczego? — Ten wiatr ma oddech tysiąca dwustu mil. — I pod taki wiatr iść? Niepodobieństwo! —' Powtarzam: trzymaj kurs na zachód. — Cóż, spróbuję. Ale i tak nas zniesie. — Właśnie w tym tkwi niebezpieczeństwo. — Zniesie nas na pewno na wschód. — Nie daj się znosić na wschód. 98 — Bo co? — Czy wiesz, kapitanie, jak brzmi dziś dla nas imię śmierci?" — Nie. — Imię jej jest: wschód. — Pójdę na zachód. • Tym razem doktor popatrzył wreszcie na szypra, uporczy- wie, z natężeniem, jakby pragnął wszystkimi swymi siłami wbić tę myśl w jego mózg. Odwrócił się ku niemu całą swoją postacią i wolno, dobitnie, akcentując każdą sylabę, powiedział: — Jeżeli tej nocy, już na pełnym morzu, usłyszymy bicie dzwonu — statek jest zgubiony. Szyper spojrzał nań ze zdumieniem. — Co to znaczy? Doktor nic mu nie odrzekł. Spojrzenie jego, na chwilę jakby obnażone, znów cofnęło się w głąb. Zdawać by się mogło, że zapatrzony sam w siebie nie usłyszał nawet zdziwionego pyta- nia szypra. Nie dostrzegał już niczego, zasłuchany cały w ja- kieś wewnętrzne głosy. Wargi jego wyszeptały cicho, machinal- nie takie oto słowa: — Dla czarnych dusz nadeszła chwila, kiedy czas już obmyć się z win. Na twarzy szypra pojawił się wyrazisty grymas. Mruknął: — Więcej on chyba pomylony jak mądry! I odszedł. Zwrócił jednakże dziób statku na zachód. Wiatr tymczasem dął coraz mocniej, coraz groźniej huczało morze. V HARDQUANON Na całym widnokręgu, jak okiem sięgnąć, mgły kłębiły się, pęczniały, jak gdyby jakieś liczne a niewidzialne usta dmucha- ły z całych sił nadymając burzą wielkie miechy chmur. Kształ- ty ich stawały się coraz bardziej niepokojące. »• ,99 Niebieska chmura zakrywała powoli coraz to większy szmat nieba. Rozrastała się tyleż na zachód, co i na wschód. Posu- wała się jakby pod wiatr. Sprzeczności takie są wynikiem istnienia różnych kierunków wiatru w różnych warstwach po- wietrza. Morze, przed chwilą jeszcze pokryte łuską, teraz przyoblekło się w skórę. Takie bywają obyczaje tego smoka. Był to już nie aligator, lecz wąż boa. Skóra ta, ołowiana i brudna, wydawała się gruba i pomarszczona była w ciężkie fałdy. Na powierzchni to tu, to tam wznosiły się spienione, samotne bałwany, na- brzmiewały i pękały podobne do wrzodów. Płaty piany wyglą- dały jak trąd. W tej to chwili właśnie barkas, widziany jeszcze z daleka przez porzucone na brzegu dziecko, zapalił swoją latarnię. Upłynęło piętnaście minut. Szyper poszukał spojrzeniem doktora; nie było'go już jednak' na pokładzie. Kiedy go szyper opuścił, doktor pochylił swoją niewygodną w takich chwilach postać i przez niskie wejście wszedł do ka- juty. Usiadł przy piecu, na zydlu, wyciągnął z kieszeni skó- rzany kałamarz i portfel skórzany, z portfelu wyjął pergamin złożony we czworo, stary, wyplamiony, pożółkły, rozłożył ar- kusik, wziął do ręki pióro z piórnika, portfel położył sobie płasko na kolanach, na nim pergamin i na odwrotnej jego stro- nie w migotliwym świetle latarni, zapalonej przez kucharza, zaczął pisać nie bacząc na silne kołysanie statku. Pisał długo. Podczas tego pisania zauważył doktor w pewnej chwili flaszę samogonu, z której Prowansalczyk pociągał, ilekroć wypadło mu dosypać pieprzu do gotującej się zupy, jakby radził się trunku, jak ją doprawić do smaku. Doktor zauważył tę flaszę nie dlatego wcale, że była w nie} wódka. Wzrok jego zatrzymał napis wpleciony czerwonym włóknem w białą wiklinę. W kajucie dość było jasno, by mógł dojrzeć go i odczytać. Przerwał więc pisanie i przesylabizował półgłosem: 100 — Hardquanon. I rzekł do kucharza: — Nigdy dotąd jeszcze nie zauważyłem tej flaszy. Czyżby należała ona do Hardquanona? — Do tego biedaka Hardquanona? — odrzekł kucharz. — Tak. Doktor pytał dalej: — Do Hardquanona, Flamanda z Niderlandów? — Tak. — Tego, co teraz jest w więzieniu? — Tak. — W wieży Chatham? — To jego flasza — odrzekł kucharz — a on sam był moim przyjacielem. Mam ją teraz na pamiątkę. Czy ujrzymy go jesz- ' cze? Tak, tak, to jego flasza, zawsze ją nosił przy boku. Doktor znowu ujął za pióro i z wysiłkiem kreślił dalej po per- gaminie nierówne litery. Starał się najwidoczniej, by pisać jak najbardziej czytelnie. Pomimo kołysania się statku i drżenia jego starczej ręki napisał wreszcie to, co miał do napisania. A czas już był po temu, nagle bowiem dał się odczuć potęż- ny wstrząs, Fale runęły na statek gwałtownym naporem, rozpoczynał się ów groźny taniec, którym okręty witają nadchodzącą burzę. Doktor wstał, podszedł do pieca równoważąc umiejętnym uginaniem kolan chybotanie się barkasu, jak mógł, osuszył nad płonącym pod kociołkiem ogniem to, co napisał przed chwilą, złożył pergamin, wsunął go z powrotem do portfelu i ukrył w kieszeni i portfel, i kałamarz. W kambuzie, umieszczonym w samym środku barkasu, w przemyślnym odosobnieniu kołysanie niewątpliwie najmniej dawało się we znaki. Mimo to kociołek chybotał się jak waha- dło. Prowansalczyk nie spuszczał go z oka. — Polewka z ryb — powiedział. — Dla ryb — odrzekł doktor. I powrócił znowu na pokład. 101 SĄDZĄ, ZE SĄ URATOWANI Niepokój doktora wzrastał. Usiłował też jak najdokładniej zdać sobie sprawę z położenia i ktoś, kto by stał tuż obok nie- go, usłyszałby takie oto ciche słowa: — Za wielka chwiejba na burtę, za mało rzuca dziobem. Po czym, pochłonięty cały przez tajemną pracę ducha, znów zagłębił się w swych myślach niczym górnik w szybie kopalni. Jednakże mimo zamyślenia nadal obserwował morze. W mo- rze patrzy się jak w sen. Ponura męczarnia wiekuiście udręczonych wód miała się oto rozpocząć. Z odmętu dobywał się jęk żałosny. W niezmierzo- nym ogromie przestrzeni dokonywały się jakieś chaotyczne, zło- wieszcze przygotowania. Doktor śledził pilnie wszystko, co działo się dookoła, żaden najdrobniejszy nawet szczegół nie uchodził jego spojrzeniu. W oczach jego zresztą nie malował się zgoła wyraz rozmarzonej kontemplacji. Nikt nie potrafi przy- patrywać się piekłu w obojętnym zamyśleniu. Jakiś potężny wstrząs, na wpół utajony jeszcze, ale już wy- czuwalny w ogólnym zamęcie przestworzy, coraz to bardziej rozpętywał i wiatr, i mgły, i fale. Nie ma na świecie nic nad ocean logiczniejszego, a równocześnie nic nie wydaje się być bardziej niedorzeczne. Rozpraszanie się jest nieodłączną wła- ściwością jego wszechwładzy, jest jednym z elementów jego ogromu. Fala jest albo przyjacielem, albo wrogiem. Formuje się po to tylko, by zniknąć. Jedno jej zbocze napiera, drugie— wyzwala. Obraz fal jest jak przywidzenie. Jak odmalować tę grę bruzd i skib morskich, potężnych a zaledwie rzeczywistych, te doliny i przełęcze, to wznoszenie się i opadanie piersi w gwał- townym oddechu, te ledwie napoczęte zarysy? Jak opisać gąszcze piany niby góry zrobione ze snu? Niewypowiadalne spotkasz tam wszędzie, w fałdowaniu się i rozlewie, w niepoko- ju, w nieustannym zaprzeczaniu własnej istocie, w grze światła i cienia, w zwisaiących chmurach, w sklepieniach załamujących 102 się co chwila, w rozpadaniu się nieprzerwanym, nieustannym : w zgiełku ponurym, który towarzyszy temu szaleństwu. Wiatr północny nie ustalił się ostatecznie. A gwałtowność jego tak była przyjazna, tak korzystna dla tym szybszego od- dalania się od angielskich brzegów, że szyper ,,Matutiny" po- stanowił rozwinąć wszystkie żagle. Barkas mknął pędem przez piany łopocząc płachtami płótna gnanymi przez wiatr rufowy, skacząc z fali na falę zaciekle a wesoło. Radowali się uszczęśli- wieni uciekinierzy. Uderzali w dłonie przyklaskując wzburzo- nym bałwanom, fali, wiatrom, żaglom i pędowi, i ucieczce, i nieznanej przyszłości. Doktor, pogrążony w myślach, wydawał się ich nie dostrzegać. Ostatni blask zachodu zgasł. W tej to właśnie minucie patrzące z dalekiej skały nabrzeż- nej dziecię straciło barkas z oczu. Aż dotąd wzrok jego upor- czywie śledził, odprowadzał jak gdyby statek. Czyżtoy spojrze- nie to mieć mogło jakiś udział w wyrokach przeznaczenia? Aż wreszcie barkas zginął w oddali, dziecko nie widziało już nic. Odeszło więc, ku północy, a barkas mknął dalej na po- łudnie. Ciemność pochłonęła wszystko. VII PRZERAŻENIE Unoszonym przez barkas zbieeom tym radośniej i lżej robiło się na duszy, im szybciej oddalały się i nikły niegościnne brze- gi. Coraz to bardziej rozszerzał się krąg oceanu, coraz to bar- dziej malały w ciemności i Portland, i Purbeck, i Tineham,, i Kimmeridge, i oba Matravers długie linie skał zasnutych mgłą, i wybrzeże z jasnymi punktami latarni. Zniknęła Anglia. Zbiegów otoczyło zewsząd morze. Noc stała się nagle przerażająca. 103 Znikła przestrzeń dookoła; czerń nieba zamknęła się nad statkiem. Zaczął padać rzadki śnieg. Nieliczne jego płatki ja- wiły się niby błądzące dusze. Tam skąd wiał wiatr, panował nieprzejrzany zmrok. Jakże się poczuli osamotnieni. Zasadzką było wszystko, co stać się z nimi mogło. Taką to właśnie otchłanną ciemnością rozpoczyna się w na- szym klimacie wichura polarna. Olbrzymia, ciężka chmura, podobna do hydry oglądane] od spodu, zawisła nad oceanem, przylegając tu i ówdzie do fal swoim sinym podbrzuszem. Wyglądało to, jak gdyby rozdarte wory wciągały w siebie morze, wyrzucając ze swego wnętrza opar i napełniając się wodą z kolei. Tam, gdzie chmura wsysała się w ocean, podnosiły się na jego powierzchni stożki piany. Nawałnica zbliżała się, a statek sunął w nią na oślep. Bar- kas i burza wychodziły sobie na spotkanie, rzekłbyś, że się na- wzajem wyzywają. Przy tym pierwszym starciu nie zwinięto ani jednego żagla, nie spuszczono żadnego kliwra, nie ściągnięto żadnego refu, tak ludzie ci upojeni byli radością ucieczki. Maszt giął się i trze- szczał jakby w przerażeniu. Na naszej północnej półkuli kierunek cyklonów zgodny jest z ruchem zegara. Wieją one od strony lewej ku prawej, a szyb- kość ich osiąga czasem aż sześćdziesiąt mil na godzinę. Barkas, choć znajdował się całkowicie we władaniu tego gwałtownego, wirowego prądu, zamknięty w jego ruchomym jarzmie, walczył uparcie o pozycję prostopadłą do fali i czujnie strzegł trawersu przed wściekłymi uderzeniami sztormu. Zabiegi te zresztą nie na wiele by się zdały, gdyby skok wichury przekroczył półokrąg róży. Głuchy, głęboki huk rozgrzmiewał na całej wrogiej, niedo- stępnej przestrzeni morza. Niczego porównać się nie da z tym rykiem otchłani. Jest to jakieś ogromne, zwierzęce wołanie świata. To, co zwać przy- wykliśmy materią, ów organizm bezdenny, amalgamat niezmie- rzonych sił, w którym czasem dostrzec da się coś na kształt 104 zamysłu — a któż wtedy nie zadrży — ów ślepy, mroczny kos- mos, ów Pan nieodgadniony, wydaje czasem krzyk, krzyk dziw- ny, przeciągły, uparty, długi, który jest mniej niż słowem, a wię- cej niż grzmotem. Krzyk ów — to huragan. Wszelkie inne głosy — śpiewy, melodie, gwary, słowa — to głosy też i piskląt, i ko- chanków, to zgiełki pochodzące z gniazd ptasich i zwierzęcych i mieszkań ludzkich; a ten głos trąby wychodzi z Nicości, która jest Wszystkim. Inne głosy wyrażają duszę i wszechświat; ten — tylko potworność. Jest on wyjący, bezkształtny. Nieokreślo- ne odzywa się swoją nieartykułowaną mową. Sprawa to pate- tyczna i przerażająca. Hałasy te rozmawiają ze sobą i ponad głową człowieka, i pod jego stopami. Wznoszą się, opadają, przepływają i odpływają falami, zaskakują najdzikszymi nie- spodziankami umysł ludzki, to nieznośną fanfarą wybuchają tuż przy naszym uchu, to odzywają się ochryple gdzieś z od- dali; ten zgiełk przyprawiający o zawrót głowy podobny jest do mowy, i jest on mową w istocie; to wysiłek świata, co prag- nąłby przemówić, to bełkotanie cudu. W kwileniu owym wy- raża się chaotycznie to wszystko, czego doświadcza, co cierpi, odrzuca i przyjmuje pulsujący, mroczny ogrom. Najczęściej jest to jakieś bredzenie od rzeczy, podobne do ataku chronicz^-' nej choroby, jest to bardziej epilepsja, rozsiana przypadkowo, niż świadomie użyta siła; sądziłbyś, że jesteś oto świadkiem, jak wstrząsa nieskończonością ,,wielka choroba". Chwilami wy- dawać się może, że to żywioł dopomina się swoich praw, że chaosowi zachciało się zagarnąć znowu cały świat w swoje po- siadanie. Chwilami znów brzmi to jak skarga, przestrzeń uspra- wiedliwia się i rozpacza, jakby obronić chciała sprawę świata; wszechświat wydaje się jak wielki proces; słuchasz i próbujesz uchwycić wysuwane racje, te wszystkie przeciw i za, niebez- pieczne, groźne; niejeden jęk mroku ma w sobie uporczywość sylogizmu. Jakżeż mąci się jasność myślenia! Odnaleźć tutaj możemy przyczynę powstania wszystkich mitologii i politeiz- mów. A grozę tych potężnych pomruków potęguje jeszcze pojawianie się zarysów — ludzkich? nieludzkich? — co giną 106 ledwie dostrzeżone, eumenid zaledwie widzialnych, gar- dzieli furii rysujących się wśród chmur, chimer piekiel- nych, dotykalnych prawie. Nic nie jest w stanie dorów- nać w swej grozie owym łkaniom, śmiechom, sprężystości tych dźwięków, tym pytaniom i odpowiedziom nie do od- gadnienia, tym wołaniom o pomoc, rzucanym w niezna- ne. Człowiek nie wie, jak zachować się powinien słysząc te straszliwe pienia. Ugina się pod tajemnicą tych okrutnych w swej surowości intonacyj. Co się pod nimi kryje? Co one znaczą? czym grożą? o co błagają? Jest to jakieś rozpasanie. Wrzeszczą do siebie przepaści, powietrze nawołuje wody, wiatr — fale, deszcz — skały, zenit — nadir, gwiazdy — pianę, otchłań zerwała kaganiec z pyska — oto ów zgiełk, zgmatwany z jakąś nieokreśloną, tajemniczą kłótnią nieczystych sumień. Wielomówność nocy nie mniej jest ponura od jej milczenia. . Wściekłość tego, co nieznane, wyczuwać się w niej daje. Noc jest to obecność. Ale czego? Odróżniać zresztą należy noc od ciemności. Noc — to absolut. .ciemność — to wielorakość. W języku francuskim gramaty- ka — owa logika — nie przyznaje ciemnościom pojedynczej liczby.'Les tenebres. Noc jest jednolita, ciemność — złożona. Ta mglista wieczorna tajemnica to rozsianie, umykanie, roz- pad i zguba. Nie wyczuwa się już ziemi, wyczuwa się jakąś od- mienną, inną rzeczywistość. W nie kończącym się i nienazwanym mroku jest coś — czy też może ktoś! — co żyje; to jednak, co tam jest żywe, dla nas stanowi składnik śmierci. U kresu naszej ziemskiej wędrówki, kiedy cień ów światłem dla nas się stanie, przyjmie nas to ży- cie. które się poza naszym życiem znajduje. A tymczasem wy- dawać by się mogło, że usiłuje ono dotknąć nas, wybadać. Ciemność — to ucisk. Noc — to jakby ktoś duszę naszą brał •w areszt. W pewnych godzinach, ciężkich a uroczystych, czu- jemy, że w istnienie nasze wkracza to, co znajduje się poza •murem grobowca. t06 Owa bliskość nieznanego nigdy nie bywa bardziej dotykalna niż podczas burzy na morzu. Fantastyka -potęguje grozę. Ten, co w każdej chwili przeciąć jest w stanie każdą działalność człowieka, antyczny Areopag Chmur — ma do swego rozporzą- dzenia siłę nieograniczoną, nieokreśloną, rozsianą i przy jej użyciu formować może wydarzenia wedle swojej chęci. A bu- rza — owa tajemnica — przejmuje i wykonuje w każdej chwili każdą odmianę woli, pozorną czy rzeczywistą. Poeci od najdawniejszych czasów nazywają to kaprysem fal. Lecz kaprys nie istnieje. Zjawiska, co wprawiają nas w zakłopotanie i które kaprysa- mi natury i przypadkami losu nazywać jesteśmy skłonni, są to dostrzeżone przez nas nagie fragmenty praw jeszcze nie po- znanych. VIII NIX l NOX Znamieniem nawałnicy śnieżnej jest czerń. Zwykły wygląd natury podczas burzy — ziemia lub morze pociemniałe, a niebo blade — zostaje odwrócony: niebo jest czarne, a ocean — biały. W dole piana, w górze mrok. Widnokrąg zamknięty oparem, zenit wybity krepą. Burza podobna jest do wnętrza katedry podczas żałobnego obrządku. W katedrze tej nie ma jednak żadnych świateł. Nie ma eliaszowych ogników na grzbietach fal, nie ma fosforyzujących płomyczków; nic, tylko mrok, mrok niezmierzony. Cyklon polarny w tym różni się od cyklonu tro- pikalnego, że ten ostatni zapala wszystkie światła, a tamten — gasi wszystkie. Świat staje się nagle niczym sklepienie lochu. Wśród nocy owej sypie się biały pył, zawisły między niebem i morzem. Plamki te, płateczki śniegu, opadają, unoszą się, błądzą. Są one jakby łzy śmiertelnego całunu, co zacząłby na- gle poruszać się i żyć. A posiewowi temu towarzyszy zawsze szalony wiatr północno-zachodni. Czamość osypująca się biało, 107 .wściekłość w mroku, zgiełk, do jakiego tylko zdolny jest gro- bowiec, huragan u stóp katafalku, oto czym jest śnieżna burza. A spodem rozdygotany ocean przykrywa nieznane a straszne głębiny. W podmuchach północnego, naładowanego elektrycznością wiatru płatki śniegu stają się natychmiast kulkami gradu i po- wietrze jest pełne pocisków. Ostrzeliwana woda tryska. Nie ma gromu. Cicha jest błyskawica borealnej burzy. O ko- cie mówimy czasem, że ,,mruczy paciorek" — to samo rzec by można o tej błyskawicy. Jest to groźba wydobywająca się z na pół uchylonej paszczy, groźba nieubłagana. Burza śnieżna to bu- rza ślepa i niema. A kiedy przeminie, pozostawia za sobą równie • ślepe statki i równie niemych ludzi. Z otchłani tej nie wychodzi się obronną ręką. Niesłusznym jednak byłoby twierdzenie, że żaden statek nie może wyjść cało z tych opresji. Duńscy rybacy z Disco i z Ba- lesin, poławiacze czarnych wielorybów, Hearn, co płynął do Cieśniny Beringa, by odkryć ujście rzeki La Riviere i kopalnie miedzi, Hudson, Mackenzie, Vancouver, Ross, Dumont d'Urvil- le, wszyscy oni, już pod samym biegunem, doświadczali burz śnieżnych najbardziej niełaskawych i wychodzili z nich zdrowi i żywi. W taką to burzę właśnie wpływał barkas triumfalnie, z roz- winiętymi żaglami. Szaleństwo wychodzące na spotkanie sza- leństwu. Montgomery, kiedy uciekając z Rouen wszystką siłą wioseł rzucił swoją galerę na łańcuch zamykający ujście Se- kwany, postąpił równie zuchwale. „Matutina" mknęła. W tym pędzie na wszystkich żaglach nachylenie jej w stosunku do powierzchni morza osiągało chwi- lami groźny kąt piętnastu zaledwie stopni, jej masywna stępka jednakże przylegała do fali, jak przyklejona. Opierała się ona wszelkim zakusom huraganu. Zapalona latarnia oświetlała dziób statku. Napęczniała podmuchem chmura rozpościerała się, nabrzmiewała nad oceanem, morze dokoła barkasu kur- czyło się w jej mrokach coraz bardziej. Ani jednej mewy, Ani jednej skalnej jaskółki. Nic, tylko śnieg. Krąg fal dokoła nie- 108 •wielki był, a przerażający. Dostrzec ich można było niewiele, lecz wszystkie ogromne ponad miarę. Od czasu do czasu wyłaniała się spoza ciemnych warstw ze- nitu błyskawica o kolorze miedzi. Tam, gdzie rozerwała niebo czerwoną szczeliną, widać było wyraźnie, jak bardzo jest ono .groźne. Ów nagły pożar ogarniający głębokości pokazywał prze- paść w całej perspektywie, na mgnienie oka pojawiały się bliskie chmury i cały chaos nieba, uciekający w głąb. Na owym tle ognistym płatki śniegu stawały się czarne, podobne do ciem- nych motyli latających w rozżarzonym piecu. Potem gasło wszystko. Pierwszy wybuch przeminął i burza, gnając barkas nie- ustannie, przytłumiła swój ryk. Pomrukiwała teraz tylko, zgiełk zmniejszył się, wzrosła natomiast groza. Taki monolog nawał- nicy niepokojący bywa niewymownie. Ów recitatw ponury to jakby zatrzymanie się na chwilę tajemniczych walczących sił. Wskazuje on, że nieznane przygotowuje jakąś zasadzkę. Barkas mknął naprzód jak szalony. Jego górne żagle praco- wały straszliwie. Niebo i morze miały barwę atramentu, piany biły wysoko ponad maszt. Chlusty wody, jak potop, szły górą pokładu, a przy każdym przechyle statku kluzy, raz prawo, raz lewoburtowe, zamieniały się w gardziele rzygające pianami. Kobiety ukryły się w kajucie, mężczyźni trwali na pokładzie. Oślepiał wirujący śnieg. Towarzyszył mu chlust fali. Wściekłe było wszystko dookoła. W tej to właśnie chwili wódz bandy stojąc na rufie, jedną ręką przytrzymując się want, drugą zaś potrząsając w świetle latami chustą zerwaną z głowy, wyzywający, szczęśliwy, z dum- nym obliczem, z rozwianymi włosami, pijany ciemnością i bu- Tzą, zawołał: — .Tpsteśmy wolni! — Wolni, wolni, wolni! — powtórzyli zbiegowie. Stali, chwytając się olinowania. — Hura! — krzyknął wódz. — Hura! — przekrzykiwali huragan. -109 A kiedy okrzyk ich zginął we wściekłym wyciu wiatru — z drugiego końca statku odezwał się głos donośny i poważny: — Zamilczcie i . Zwróciły się ku niemu wszystkie głowy. Poznali głos doktora. Ciemności otaczające ich tak były nieprzeniknione, że nie mogli dostrzec jego suchej postaci, opartej o maszt i tworzącej; z nim jak gdyby jedną całość. Głos odezwał się znowu: — Wytężcie słuch. Umilkli wszyscy. I usłyszeli wyraźnie, jak w ciemności dzwonił dzwon. IX « JAK ZAPOBIEGLIWOŚĆ LUDZKA PRÓBUJE BRONIĆ SIĘ PRZEI> SZALEŃSTWEM ŻYWIOŁU Szyper barkasu, nie wypuszczając z rąk steru, roześmiał się szeroko: — Dzwon! To dobrze! Dryfujemy w lewo! Co ten dzwon oznacza? Ze mamy po prawej stronie ląd. Odpowiedział mu głos doktora, mocny a powolny: — Po prawej stronie nie ma lądu. — Ależ tak, na pewno — krzyknął szyper. — Nie. — Ten dzwon odzywa się przecież z ziemi. — Ten dzwon — odrzekł doktor — dzwoni z morza. Zimny dreszcz przeszył tych ludzi zuchwałych. Przerażone twarze obu kobiet pojawiły się w kwadratowym otworze ka- juty, niby dwa widma. Doktor postąpił krok naprzód, oderwała się od masztu jego czarna, .wysoka postać. Dzwon dzwonił i dzwonił w ciemnościach. A doktor tak mówić zaczął: 110 — Na środku morza, na połowie drogi pomiędzy Portlan- dem i Wyspami Anglo-Normandzkimi, znajduje się boja. Zo- stała tam umieszczona jako ostrzeżenie. Boja ta zakotwiczona jest łańcuchami o dno i pływa po powierzchni wody. Na boi owej umocowany jest kozioł żelazny, a na nim, na poprzeczce, zawieszono dzwon. Podczas złej pogody fala chwieje boją i dzwon zaczyna dzwonić. Jego to glos słyszycie. Doktor umilkł, przeczekał gwałtowny zryw wiatru, kiedy zaś głos dzwonu dał się słyszeć znowu, zaczął mówić dalej: — Głos dzwonu tego podczas burzy, przy północno-zachod- nim wietrze, oznacza zagładę. Dlaczego? Dlatego oto: słyszycie dźwięk dzwonu, ponieważ przynosi go wam wiatr. A więc wiatr wieje z zachodu, podwodne zaś skały Alderney znajdują się na wschodzie. Usłyszeć więc głos dzwonu można wówczas tylko, kiedy statek zapędzi się pomiędzy boję i owe podwodne skały. To na te skały właśnie spycha nas wiatr. Znaleźliście się po niedobrej stronie boi. Gdybyście byli po jej właściwej stronie, na pełnym morzu, na bezpiecznym szlaku — dzwonu nie usły- szelibyście. Wiatr nie przyniósłby wam jego dzwonienia. Prze- płynęlibyście w pobliżu boi nie wiedząc nawet, że się tam znaj- duje. Zboczyliśmy z drogi. Ten dzwon — to pobudka śmierci, to zapowiedź rozbicia się okrętu. Kiedy doktor tak mówił, wiatr przycichł, uspokoił się nieco, a dzwon wydzwaniał wolno uderzenie za uderzeniem. Głos je- go. przerywany, nierówny, wydawał się przytwierdzać słowom starca. Rzekłbyś, że to podzwonne otchłani. Wszyscy słuchali z zapartym oddechem to głosu doktora, to dzwonu. X BURZA PIERWOTNA I DZIKA Szyper przyłożył do ust tubę. — Cargate todo, hombres! wszyscy na pokład! —krzyknął.— Zluzować fały, opuścić reję, żagle w dół! Ostro na zachód! Na m otwarte morze! Dziób na boję! Kurs na dzwon' Na głębię! Je- szcze nie wszystko stracone! — Próbuj — rzekł doktor. Przy okazji przypomnieć tu można, że owa boja z urządze- niem alarmowym, coś w rodzaju dzwonu morskiego, została w roku 1802 zdjęta. Bardzo starzy żeglarze pamiętają jeszcze jej głos. Uprzedzała ona o niebezpieczeństwie, nieco za późno jednakże. Rozkaz wykonano. Langwedokczyk pracował jako trzeci maj- tek. Pomagali zresztą wszyscy. Zdarto część żagli, nakładano stropy, gorączkowo porządkowano olinowanie, wzmacniano wanty masztu, dokręcano pokrywy na lukach, uszczelniając tym sposobem statek. Wszystkie te czynności wykonane zostały sprawnie, choć w wielkim pośpiechu i pozornym bezładzie. W obliczu niebezpieczeństwa barkas rozpaczliwie zwierał się w sobie, ograniczał się jakby do elementów najprostszych. Lecz choć statek kurczył się ściągając i zwijając wszystko, co tylko dało się ściągnąć i zwinąć, rósł napór powietrza i wód. Wyso- kość fal osiągała zaiste podbiegunowe rozmiary. Orkan, niczym oprawca, co mu pilno, zaczął statek ćwiarto- wać, rozdzierać na części. W jednym mgnieniu oka wśród straszliwego trzasku poszły ostatnie żagle, zmiecione zostały relingi, wśród splątanych szlagów runął maszt, wszystko szło w drzazgi. Natężenie magnetyczne, znamienne dla nawałnic śnieżnych, współdziałało w niszczeniu olinowania. Liny pękały zarówno pod jego wpływem, jak i pod naporem wiatru. Wysupłane z ro- lek łańcuchy były nie do użytku. Deski poszycia gięły się i trzeszczały pod zbyt gwałtownym naporem. Jedna z fal znio- sła kompas wraz z podstawą i kołpakiem. Inna zerwała jolkę umocowaną, jak każe zwyczaj asturyjski, w poprzek rufy. In- na — zmyła reję leżącą na pokładzie, jeszcze inna — zerwała figurę Madonny z dziobnicy i światło dziobowe. Pozostał już tylko ster. Burza porwała latarnię. Na dziobnicy zawieszono rakietę wielkich rozmiarów nabitą płonącymi w smole pakułami. m A, • ..„: ^. •'.^'•^L...,^ Maszt, złamany przez pół, spowity łopoczącymi na wietrze strzępami żagli, resztkami pozrywanych lin, kawałkami po- trzaskanych bloków osprzętu, zawalał pokład. Padając zmiaż- dżył reling prawej burty. Szyper, stojący ciągle u steru, zawołał: — Dopóki można sterować, nie wszystko jeszcze stracone. Jeszcze statek trzyma się i żyje. Za topory! Maszt do morza! Oczyścić pokład! I załogę, i pasażerów ogarnęła gorączka rozstrzygającej bit- wy. Kilku uderzeniami siekiery zrąbano maszt i zepchnięto go za burtę. Pokład został oczyszczony. — A teraz przywiążcie mnie linką do steru — rozkazał szyper. ' Przywiązano go do sternicy. A kiedy go przywiązano, śmiał się i wołał ku morzu: — Rycz, rycz, wiedźmo! Goręcej bywało koło przylądka Ma- chichaco. I oburącz uchwycił za ster z tym zuchwałym zapałem, jaki .niebezpieczeństwo obudzić w człowieku potrafi. — Hej, bracia, dobra nasza! Niech żyje Matka Boska z Bu- glose! Idziemy na zachód! Nadpłynęła potężna, ukośna fala i zwaliła się na rufę. Wśród burzy zawsze pojawia się wreszcie taki bałwan-tygrys, krwio- żerczy i ostateczny, pojawia się w miejscu z góry wyrokiem losu oznaczonym, przez chwilę pełznie na brzuchu po powierz- chni morza, po czym podrywa się i z rykiem spada na nie- szczęsny statek, druzgocze go w kawałki. Spienione piany przy- kryły rufę ,,Matutiny", wśród ciemności i zalewu wód słychać było trzask łamanych bierwion. A kiedy przewaliła się piana i rufa wyłoniła się spod wody, nie było już na niej ni szypra, ni sternicy. Fala zmyła wszystko. Porwała, uniosła w ryczące odmęty nawałnicy i drewniany kabłąk, i człowieka, którego do niego przed chwilą przywiązano. Wódz bandy wpił wzrok w ciemności. Człowiek śmiechu 113 —Te burlas de nosotros?ł — wyrwał się z piersi jego Okrzyk buntu i rozpaczy. Po czym zawołał: — Zarzucić kotwicę! Ratować szypra! Ludzie poskoczyli do kabestanu. Wyluzowano kotwicę. Bar- kasy nie miewają zwykle więcej niż jedną. I stracono ją na- tychmiast. Dno było ze szczerej skały, fala szalona. Łańcuch pękł jak włos. Kotwica spoczęła na dnie. Z dziobnicy pozostał już tylko 'spoglądający przez lunetę anioł. Barkas stał się od tej chwili martwym, bezwolnym czere- pem, „Matutina" została obezwładniona. Statek ów, tak nie- dawno jeszcze uskrzydlony, zwinny, groźny nieledwie w swych ruchach, teraz do niczego już nie był zdolny. Utracił swobodę manewru. Bierny, sparaliżowany, poddawał się kapryśnemu szaleństwu oceanu. Z orła stał się w kilka minut kalekim ka- dłubem. Tylko na morzu zdarzają się rzeczy podobne. Oddech przestrzeni wzrastał do coraz to straszliwszych roz- miarów. Burza — to przeogromny miech. Potęguje ona i wy- olbrzymia nieustannie ponurość czerni, która, zdawałoby się, nie miewa przecież odcieni. A dzwon dzwonił rozpaczliwie wśród morza, jakby potrząsała nim jakaś obłąkana ręka. „Matutina" stała się igraszką bałwanów, niczym korek rzu- cony na wodę; nie płynęła już, utrzymywała się tylko na fali, wydawało się, że już za chwilę odwróci się do góry dnem, jak martwa ryba. Od ostatecznej zguby ratowała ją tylko dosko- nała szczelność kadłuba. Ani jedna wręga nie ustąpiła pod na- porem fal, nie utworzyła się nigdzie najmniejsza nawet szcze- lina i nawet kropla wody nie mogła się przedostać do środka. Na szczęście, gdyż pompa też była uszkodzona, niezdatna do użytku. Barkas pląsał w obłędnym tańcu wśród udręki odmętu. Po- kład drgał konwulsyjnie, niczym przepona brzuszna przed l Czy sobie z nas drwisz? atakiem wymiotów. Wydawać by się mogło, że usiłuje za wszel- ką cenę zrzucić ze swej powierziohni rozbitków. A oni, bezsilni, bezwładni, czepiali się olinowania, belek, łańcuchów, lin, poła- manych desek "burty, choć gwoździe rozdzierały im dłonie, i na pół oderwanych listew, wszystkiego, co sterczało i trzymało się jeszcze jako tako wśród zniszczenia. Co pewien czas usiło- wali nasłuchiwać. Dźwięk dzwonu słabnął. Rzec by można, że on również kona. Dzwonienie było coraz bardziej głuche, coraz mniej miarowe. Umilkło wreszcie. Gdzież się teraz znajdowa- li? W jakiej odległości od boi? Poprzednio głos dzwonu prze- raził ich, teraz milczenie jego przyprawiało ich o trwogę jesz- cze silniejszą. Wiatr północno-zachodni pchał ich po drodze, z której, być może, nie ma już powrotu. Czuli, jak coraz gwał- towniej popędza statek. Martwy kadłub sunął w mroku. Prze- rażający jest taki ślepy pęd. Przed nimi, za nimi, pod nimi — wszędzie czyhała przepaść. Nie bieg to już był, a spadanie. Nagle, poprzez kłębiące się tumany śniegu, zabłysł czerwony blask. — Światło! — zawołali rozbitkowie. XI CASQUETY Była to rzeczywiście latarnia Light-House na Casquetach. Latarnia morska dziewiętnastego wieku to murowana bu- dowla o kształcie ściętego stożka z umieszczoną na jego szczy- cie skomplikowaną maszynerią oświetleniową. Latarnia na Casquetach dzisiaj — to potrójna biała wieża, na której usta- wiona została potrójna aparatura świetlna. Trzy czasze świetlne obracają się w krąg, poruszane zegarowym mechanizmem z do- kładnością tak wielką, że marynarz, co pełni wachtę na płyną- cym po morzu okręcie, chodząc po pomoście machinalnie odmierza dziesięcioma krokami czas, kiedy czasze płoną, i dwu- dziestoma pięcioma krokami czas, na który gasną. Wszystko "• 115 jest najściślej obliczone zarówno w ustawieniu ogniskowe] i rzucie światła, jak i w obrocie ośmiobocznego graniastosłu- pa utworzonego z ośmiu potężnych soczewek przechodzących na krańcach w okrężne pryzmaty. Działający z matematyczną ścisłością mechanizm napędowy zabezpieczony jest od uderzeń czy to morza, czy to wiatru przez szyby na cal grube, które jednak rozbijają czasami orły morskie rzucając się w nie na oślep — olbrzymie ćmy tych gigantycznych świec. Budowla, co ochrania murami swymi ów mechanizm, co służy mu za podstawę i oprawę, jest matematycznie ścisła tak samo jak i on. Wszystko w niej jest surowe, nagie i ścisłe. Latarnia mor- ska — to cyfra. W siedemnastym stuleciu latarnia morska była czymś na kształt pióropusza zdobiącego ziemię na jej nadmorskiej kra- wędzi. Architektura jej wieży pełna była ekstrawagancji i prze- \ pychu. Przyozdabiano ją szczodrze w balkony, balustrady, wie- życzki, loże, gloriety i chorągiewki. Gdzie okiem rzucić, wszędzie aż się roiło od maszkaronów, posągów, ornamentów roślinnych i wolut, płaskorzeźb, figurek, figurynek i kartuszy z inskrypcjami. Pa-r żn bello — taki na przykład widniał napis na latarni w Eddystone. Dodajmy tu mimochodem, że tej po- kojowej deklaracji nie zawsze udawało się rozbroić ocean. Winstaniey umieścił taki sam napis na latarni, którą własnym kosztem wystawił w dzikim, niedostępnym miejscu naprzeciw- ko Płymouth. Po ukończeniu budowy sam zamknął się w wie- ży, by wypróbować jej odporność podczas burzy. I burza po- rwała latarnię razem z Winstanieyem. Te przesadne budowle zresztą każdym szczegółem swej konstrukcji ułatwiały nawał- nicy dokonywania na nich dzieła zniszczenia; podobnie suto szamerowany mundur generała jest podczas bitwy znakomitym celem dla wroga. Prócz ozdób z kamienia znajdowały się tam zazwyczaj liczne ozdoby z żelaza, miedzi, drzewa; wszystkie zamki były bogato rzeźbione, każda belka ociosana ozdobnie. Ze ścian latarni, poumieszczany wśród arabesek i ozdób, zwie- szał się wszędzie naj różnorodnie jszego rodzaju sprzęt morski, 116 przydatny i nieprzydatny, części kabestanu, wielokrążki, kluby, części mechanizmu zegarowego, drabiny, szlupbelki, bosaki. Na szczycie, dookoła ogniska, na podstawach wyrobionych w me- talu, wznosiły się wielkie żelazne lichtarze, a w nich umiesz- czano kawałki lin nasycone smołą, knoty, których upartego płomienia żaden wiatr nie mógł zdmuchnąć. Prócz tego jeszcze cała wieża od fundamentów po szczyt przybrana bywała w cho- rągwie morskie, wimple, bandery, sztandary, proporce, propor- czyki, w zbieraninę najrozmaitszych kolorów, kształtów, her- bów, znaków, niesforną i pstrokatą, co wznosiła się coraz wyżej, z gzymsu na gzyms, z piętra na piętro, aż do płomien- nego kosza na szczycie latarni. Podczas burzy wszystkie te gał- gany furkotały uciesznie w świetle ognia. Owa świetlista fan- faronada na samej krawędzi przepaści podobna była do wyzwania i rozniecała zuchwałą odwagę w rozbitkach. Lecz latarnia na Casquetach była całkiem inna. Była to w owej epoce stara, prymitywna latarnia morska, wybudowana jeszcze z rozkazu Henryka I po rozbiciu się „Blanche-Nef" — zwykły stos płonący na szczycie skały i przy- kryty koszem z żelaza, żar otoczony kratą, płomień chwiejący się na wietrze. Jedynym udoskonaleniem, jakie na owej latami od dwuna- stego wieku wprowadzono, był potężny miech kowalski, poru- szany przez obciążony kamieniami hak, który w roku 1610 przydano do ogniska. U owych staroświeckich latami ptaki morskie doświadczały jeszcze tragiczniejszych losów niż u latarni dzisiejszych. Nad- latywały przywabione światłem, rzucały się na oślep i wpadały w płonący żar, trzepocząc się rozpaczliwie wśród ognia, niby czarne duchy konające w piekle; czasami wydobywały się z rozpalonej klatki i padały obok na skałę, dymiące, okulałe, oślepłe, niby owady, co spadają pod lampę, na wpół spalone. Dla statku nie uszkodzonego, którym sternik może manewro- wać, latarnia na Casquetach bywa użyteczna. Woła ona: „strzeż się". Uprzedza o podwodnej rafie. Ale dla statku obez- władnionego przez burzę jest ona zjawiskiem złowieszczym. 117 Kadłub jego, bezsilny, sparaliżowany, nie potrafi przeciwstawić się dowolności fali, nie może walczyć z naporem wiatru; ta ryba pozbawiona płetw, ten ptak pozbawiony skrzydeł iść może tam tylko, gdzie pędzi go sztorm. Latarnia wskazuje mu miejsce jego ostatecznej zguby, przyświeca jego zagładzie. Dla takiego statku jest ona żałobną gromnicą. Latarnia na Casquetach oświetla więc rozwierającą się prze- paść, ostrzega o tym, czego uniknąć niesposób. Posępna ironia. XII STARCIE Z PODWODNĄ RAFĄ Nieszczęśni rozbitkowie na „Matutinie" zrozumieli aż nadto to szyderstwo. Blask latarni najpierw ich pokrzepił, szybko jednak pojęli, jak rozpaczliwe jest ich położenie. Nic nie można już było uczynić, niczego przedsiębrać. O odmętach morza rzec by należało to samo, co i o królach. Lud im podwładny wydany jest na ich łaskę. Każdy kaprys ścierpieć musi. Wiatr północno-zachodni gnał barkas prosto na Casąuety. Tam szli. Przeciwdziałać temu nie było sposobu. Znosiło ich gwałtownie na skałę. Dno wyczuwać się dało coraz to bliżej; sonda — gdy- by ją w tej chwili można było zapuścić — nie wykazałaby wię- cej nad trzy, cztery sążnie. Rozbitkowie słyszeli, jak fala uderza głucho w podwodne rozpadliny skalne. Już mogli dojrzeć pod latarnią, niby ciemne cięcie pomiędzy dwoma zrębami granitu, wąską szczelinę prowadzącą do straszliwej, niewielkiej, dzikie] zatoki, pełnej ludzkich kości i wraków potopionych statków, jak to odgadnąć można było. Była to gardziel czeluści, nie wej- ście do portu. Słyszeli już, jak trzeszczy ogień w żelaznym koszu na wysokim stosie, purpura padała blaskiem na burzę potęgując jej dzikość, przy zetknięciu się płomienia i gradu kotłowała się mgła, smugi czarnych chmur i czerwonego dymu walczyły ze sobą jak węże, iskry unosiły się rozdmuchiwane przez wiatr, a płatki śniegu wydawały się uciekać przed ich .118 nagłym atakiem. Skała, początkowo zamglona, rysowała się te- raz wyraźnie. Był to bezładny stos głazów o ostrych, sterczą- cych grzbietach i krawędziach. Brzegi ich podkreślone były przez ogień czerwonym konturem, a po pochyłych ścianach ślizgał się krwawy blask. W miarę Zbliżania się statku wypu-,, kłości rafy stawały się coraz wyraźnie jsze, coraz potężniejsze, coraz bardziej groźne. Jedna z kobiet, Irlandka, drżącymi palcami przebierała ziarnka różańca. Zbrakło szypra, zbrakło sternika. Pozostał jeszcze wódz ban- dy — kapitan statku. Wszyscy Baskowie znają dobrze i góry, i morze. Są oni odważni wobec przepaści i pomysłowi w obli- czu katastrofy. Odległość malała błyskawicznie. Statek znalazł się nagle tak blisko północnego cypla Casquetów, że za krawędzią jego skrył się płomień latarni. Widać było tylko czarną skałę na tle czer- wonego blasku. Skała ta, wznosząca się wśród mgły, podobna była do wysokiej, czarno ubranej niewiasty w ognistym czepcu na głowie. '; Owa słynna złą sławą skała nosi nazwę Le Biblet. Podpiera, ona groźną wysepkę od północy; inny występ skalny, Etacq- -aux-Guilmets, podpiera ją od południa. Wódz spojrzał ku rafie i zawołał: ; — Na ochotnika, kto popłynie z rzutką do skały? Czy ktoś z was umie pływać? Nikt nie odpowiedział. Nikt na pokładzie nie umiał pływać, nawet marynarze, zja- wisko to częste zresztą wśród ludzi morza. Jeden z grubych bali oburcia chwiał się niemal całkowicie, już oderwany. Wódz schwycił go oburącz i krzyknął: — Pomóżcie mi! Wyrwano bal do reszty. Mogli teraz zrobić z nim wszystko. Przedtem służył do ochrony statku, teraz przemienił się w broń. zaczepną. Była to belka wyciosana z rdzenia dębu, dość długa, gruba, mocna. Mogła równie dobrze i posłużyć przy ataku, i stanowić W oparcie; mogła być i dźwignią dla ciężarów, i taranem przeciw- ko murom. — Baczność! — zawołał wódz. Stanęli w sześciu, wsparci plecami o pień złamanego masztu, i dźwignęli belkę, wysunęli poza burtę, celując nią niby oszcze- pem w twarde lędźwie skały. Był to krok niebezpieczny. Wielkiej odwagi potrzeba, by za- dać górze pchnięcie. Wstrząs wywołany uderzeniem mógł ich zepchnąć do wody wszystkich sześciu. Walka z nawałnicą morską obfituje w takie właśnie oto urozr maicenia. Po sztormie — skała; po wichrze — granit. To masz do czynienia z wrogiem nieuchwytnym, to znów z wrogiem niewzruszonym. Była to jedna z tych minut, podczas których włos bieleje na głowie. Skała i statek zetrzeć się miały ze sobą. Głaz jest cierpliwy; czekał. Nadpłynął potężny bałwan. Oczekiwanie skończyło się. Uniósł statek na swym grzbiecie w górę i kołysał nim jeszcze przez chwilę, niby kamieniem w procy. — Śmiało! — wołał wódz. — To tylko skała, a myśmy ludzie! Sześciu mężczyzn trzymało belkę w pogotowiu, przywarli do • niej, zrośli się z nią w jedną całość. Sterczące z niej kołki darły im ciało, oni jednak nie czuli nic. Fala rzuciła barkasem o skałę. Nastąpił wstrząs. Stało się to pod osłoną spienionej piany, która zazwyczaj przykrywa widok podobnych klęsk. Kiedy piany opadły, kiedy fala odbiła się od skały — sześciu mężczyzn leżało pokotem na pokładzie, lecz „Matutina" mknę- ła wzdłuż rafy. Belka wytrzymała, statek odwrócił się burtą. Fala uniosła go w takim pędzie, że w kilka sekund Casquety pozostały daleko w tyle. Tym razem „Matutina" uniknęła zagłady. Zdarzają się czasami podobne wypadki. Uderzenie taranem prosto w skalę ocaliło Wooda de Largo u ujścia rzeki Tay. 120 W okolicy zaś przylądka Winterbon, gdzie żegluga tak trudna jest i niebezpieczna, dzięki takiemu to właśnie pchnięciu ura- towała się od rozbicia fregata szkocka „Royale-Marie", dowo- dzona przez Hamiltona. Fala jest siłą, co sama unicestwia się tak nagle, że nieraz przy najbardziej gwałtownych nawet zde- rzeniach można się uratować. Burza to dzikie zwierzę, huragan to rozjuszony byk, można go jednak wywieść w pole. Za wszelką cenę przejść z siecznej na styczną — oto i cała tajemnica, jak uniknąć rozbicia. Taką też właśnie przysługę wyświadczyła statkowi belka. Spełniła rolę wiosła, zastąpiła ster. Lecz ów manewr zbawien- ny udać się mógł raz jeden tylko; nie można go było powtórzyć. Belka wpadła do morza. Gwałtowność wstrząsu wytrąciła ją z rąk sześciu mężczyzn i wyrzuciła poza burtę. Belka zginęła wśród fal. A innej nie można było wyłamać nie naruszając szczelności kadłuba. Huragan znów porwał ze sobą „Matutinę". Casquety pozosta- ły w tyle, stały się nic nie znaczącym punktem na widnokręgu. W okazjach podobnych skała morska wygląda jak niepyszna. W przyrodzie, w naturze niezbadanej, tam gdzie widzialne łą- czy się z niewidzialnym, pojawiają się czasami takie złe, nie- przyjazne, nieruchome kształty, co wydają się oburzać na wi- dok wymykającej się z ich szponów zdobyczy. Tak też właśnie wydawały się spoglądać Casquety na ucie- kającą „Matutinę". Latarnia oddalała się, gasła. Gasła posępnie. Coraz grubsza mgła zakrywała, rozpraszała blask. Wilgotne przestworza coraz bardziej rozrzedzały świa- tło. Płomień drgał, walczył, topniał, ginął, podobny do topielca. Ognisty stos stał się drobnym światełkiem, odblaskiem drżą- cym, bladym, nieokreślonym. Odblask ów rozlewał się coraz to szerszym kręgiem i nikł. Światło zmiażdżone zostało na dnie nocy. m Groźny dzwon umilkł, groźna latarnia zgasła. Lecz choć obie te groźby znikły, zrobiło się strasznie] jeszcze. Pierwsza była głosem, druga — płomieniem. Obie miały w sobie coś ludzkie- *-go. A teraz pozostała już tylko otchłań. XIII TWARZĄ W TWARZ Z NOCĄ Pośród tych mroków nieprzeniknionych barkas wydany był na łaskę i niełaskę ciemności. „Matutina", wymknąwszy się Casquetom, przewalała się z fali na falę. Wytchnienie, lecz wśród chaosu. Wiatr popędzał ją ukośnie, popychały bałwany, miotał nią każdy wybryk osza- lałych odmętów. Jej ruch wzdłużnego chybotu ustał już pra- wie zupełnie. Jest to dla okrętu groźna zapowiedź agonii. Bez- władne kadłuby przewalają się tylko z boku na bok. Kołysanie wzdłużne — to znamię walki. Zęby iść pod wiatr, trzeba po- siadać ster. Podczas burzy, zwłaszcza zaś podczas śnieżnej zamieci, morze i noc łączą się, stapiają w jedną całość, mglistą niby dym. Mgła,. wirujący śnieg, wiatr, poślizg we wszystkich kierunkach, żad- nego punktu oparcia, żadnego punktu stałego, ani chwili wy- tchnienia, jeszcze jeden wysiłek, jeszcze jeden i jeszcze jeden,, nieustannie od nowa, nigdzie widnokręgu, wszędzie dookoła czarne głębiny — a barkas zagubiony pośród nich. Wydostać się spod Casquetów, wymknąć się podwodnej rafie, było to dla rozbitków zwycięstwo nie lada. Ich samych wpra- wiło w osłupienie. Tym razem nie wołali: hura! — na morzu nie popełnia się dwukrotnie podobnej nierozwagi. Nie wolno rzucać wyzwania tam, gdzie niesposób zarzucić sondę. Odpychając się od skały dokonali nieprawdopodobieństwEl; I sami potem jakby zmienili się w kamień. Powoli, powoli jed- nakże zaczęli odzyskiwać nadzieję. Nieśmiertelne są złudzenia ludzkiej duszy. W chwilach najstraszliwszej nawet rozpaczy 122 nadzieja świta nagle w jej niezbadanych głębinach. Ci nieszczę- śliwcy pragnęli jednego tylko — wmówić w siebie, że są ura- towani. Budził się w nich nieśmiały bełkot nadziei. Nagle ciemności nocy zagęściły się przed nimi. Po prawej stronie statku wyraźnie wyłonił się z mgły kształt wysoki, ma- sywny, o prostych pionach ścian, kanciasta wieża dźwignięta z otchłani. Patrzyli na nią w osłupieniu. Wicher gnał ich wprost na to zjawisko. Nie wiedzieli, co to było. A była to skała Orłach. XIV ORTACH A więc znowu rafa. Po Casquetach — Ortach. Nawałnica to nie artysta, nie wysila się ona na pomysłowość. Jest brutalna i wszechmocna, a środki, które stosuje, są nieodmiennie takie same. Ciemność jest niewyczerpana. Dla jej pułapek i podstępów nie ma granic. A człowiek szybko staje u kresu swoich możli- wości działania. Człowiek wyczerpuje się, otchłań — nigdy. • Rozbitkowie spojrzeli na wodza, jedyną ich nadzieję. A on wzruszył tylko ramionami z posępną pogardą bezsilności. ' Skała Ortach stoi wśród oceanu niczym kamienny słup. Cała z jednej bryły, sterczy pionowo w górę, wysoka na osiemdzie- siąt stóp, ponad falami, co rozbijają się o jej podnóże. Rozbijają się o nią i fale, i okręty. Ten nieruchomy sześcian prostopadle zanurza swoje gładkie boki w rozkołysanych wodach morza. . Nocą podobny jest do ogromnego katowskiego pnia, który by ktoś ustawił na wielkiej płachcie pomiętego, czarnego sukna. Podczas burzy pień ów czeka na uderzenie topora — na ude- rzenie pioruna. Ale wśród nawałnicy śnieżnej nie padają pioruny. Statek, to prawda, oczy ma zawiązane; ciemność kładzie się na nich prze- 138 paska. Jest przygotowany na śmierć, jak skazaniec. Niech się Jednak nie spodziewa uderzenia gromu, niech się nie spodziewa tak lekkiego końca. „Matutina" — bezwładny kadłub unoszony przez fale — szła prosto na tę skałę, jak przed chwilą dopiero na Casquety. Nieszczęśliwych, co już wierzyć zaczynali, że są uratowani, zno- wu ogarnęła rozpacz. Oto znowu wyrastała przed nimi śmier- telna przeszkoda, a zdawało się, że już wyminęli ją szczęśliwie. Znów rafa wyłoniła się z morza. Znów to samo od nowa. Casquety — to niby plaster miodu drążony w tysiączne za- głębienia. Ortach — to mur. O Casquety statek roztrzaskuje się w drzazgi, rozbicie się na skale Ortachu — to zmiażdżenie. A jednak istniała jeszcze szansa ratunku. Od skał o ścianach zupełnie gładkich — a taką właśnie skałą był Ortach — fala, podobnie jak i kula, odbija się bez wielo- krotnego rykoszetu. Sprawa jest tutaj prosta — uderzenie i od- bicie. Fala przypływa i odpływa. W sytuacjach podobnych zagadnienie: śmierć albo życie — tak się oto kształtuje: jeżeli fala doniesie statek do głazu, jest on stracony, zostaje rozbity o skałę; jeżeli jednak fala cofnie się, zanim statek o skałę uderzy — porywa go ze sobą z powrotem i ratuje od rozbicia. Cóż za niepewność straszliwa! Rozbitkowie widzieli w ciem- ności, jak olbrzymi bałwan zbliża się ku nim. Dokąd ich do- niesie? Jeżeli fala uderzy w statek — zostaną pchnięci na skałę i strzaskani. Jeżeli przejdzie pod statkiem ... Fala przeszła pod statkiem. Odetchnęli. Ale jak się odbije? Co uczyni z nimi, wracając? Powracająca fala odniosła ich od skały. W kilka minut później „Matutina" znajdowała się już daleko poza wodami otaczającymi rafę. Orłach pozostał za nimi jak przedtem Casquety. Było to drugie zwycięstwo. Po raz drugi już barkas znalazł się na samym skraju przepaści i zdołał cofnąć się w ostatniej chwili. 124 XV PORTENTOSUM MARĘ Coraz to bardziej zagęszczała się mgła wokół nieszczęśliwych rozbitków. Nie wiedzieli, gdzie się znajdują. Rozróżnić cokol- wiek mogli na kilka zaledwie kabli dookoła. Choć grad kamie- nował ich zmuszając wszystkich do pochylenia głowy, kobiety uparły się, że do kajuty nie zejdą. Każdy człowiek woli, by rozbicie się statku zastało go pod otwartym niebem. Kiedy śmierć jest, być może, tak bliska, sufit nad głową wydaje się wiekiem trumny. Fala stawała się coraz bardziej stroma i coraz krótsza. Skró- cenie się fali jest zawsze oznaką wejścia w cieśninę; wśród mgły tylko po kształcie fali poznać można, że statek wpłynął w jakieś wąskie przejście. Rzeczywiście płynęli teraz wzdłuż wybrzeża Alderney, nic o tym nie wiedząc. Morze, pomiędzy Ortachem i Casquetami od zachodu a wybrzeżem Alderney od wschodu, ściśnięte jest, skrępowane, czuje się źle. Stąd też nie- ustanne wzburzenie wód jego w tym miejscu. I morze również cierpieć potrafi, a gdzie cierpi — tam się gniewa. Cieśnina ta niebezpieczna jest dla okrętów. Tam to właśnie znalazła się „Matutina". Wyobraźmy sobie skorupę żółwia umieszczoną pod wodą, a ogromną jak Hyde Park lub Pola Elizejskie. Każda wypuk- łość tej skorupy jest płycizną, każda narośl — podwodną skałą. Taki jest przystęp do wybrzeża Alderney od zachodniej strony. Morze przykrywa i ukrywa to groźne narzędzie katastrofy. Po- szarpane fale pienią się i skaczą po tej skorupie z podmorskich raf. Podczas ciszy słychać tam nieustanny plusk, podczas burzy panuje tam chaos. Rozbitkowie pojęli, że pojawia się oto nowa trudność, choć nie wiedzieli jeszcze dokładnie, na czym ona polega. Wreszcie i to zrozumieli w pewnej chwili. Zenit rozjaśnił się nieco, po- jaśniało i morze i w owym mętnym blasku ukazał im się po .Jewej stronie burty wał poprzecznie zagradzający morze od 125 wschodu. A wiatr pędził prosto na ów wał, popychając statek przed sobą. Ławą tą było Alderney. Cóż to za ława? Zadrżeli. Byliby jednak zadrżeli stokroć bardziej, gdyby jakiś głos rzekł im: to Alderney. Nie ma chyba wyspy o trudniejszym dostępie dla człowieka. I pod wodą, i po- nad wodą bronią jej srogie wojska, których przednią strażą jest Ortach. Od zachodu mamy tu Burhou, Sauteriaux, Anfroque, Niangle, Fond-du-Croc, les Jumelles, la Grosse, la Clanque, les Egutllons, le Vrac, la Fosse-Maliere; od wschodu—Sauquet, Hommeau, Floreau, la Brinebetais, la Queslingue, Croquelihou, . la Fourche, le Saut, Noire Pute, Coupie, Orbue. Czymże są tę wszystkie potwory? Czy to hydry? Tak, z gatunku podwodnych skał. Jedna z tych raf nosi nazwę Le But — „Kres" — jakby wskazywała, że tutaj kończy się wszelka podróż. To nagromadzenie skał, złagodzone w swej grozie przez noc l wodę, ukazało się rozbitkom w kształcie ciemnego pasa, czar- nej kresy na horyzoncie. Rozbicie się okrętu to najdoskonalszy wyraz bezsilności. Być w pobliżu lądu i nie móc go osiągnąć, unosić się na wodzie i nie móc płynąć, stać na czymś, co wydaje się silne, a jest tak kru- che, w tej samej chwili być i pełnym życia, i pełnym śmierci, być więźniem przestrzeni, zamkniętym pomiędzy niebem i oceanem, mieć ponad sobą nieskończoność za sklepienie lochu, mieć dokoła bezmierną swobodę przestworzy i fal, a samemu czuć się schwytanym, związanym, obezwładnionym — położe- nie podobne i oburza, i zdumiewa. Sądzić by można, że to jakiś niedosięgalny przeciwnik natrząsa się ze swej ofiary. Więzi cię to właśnie, co swobodę daje i ptakom, i rybom. Wydaje się to niczym, a jest wszystkim. Człowiek zależny jest od tego powie- trza, którego spokój zakłóca każdym swoim oddechem, zależny jest od tej wody, której może nabrać w dłonie. Zaczerpnij szklanką tej burzy, a będzie to tylko odrobina goryczy. Łyk wody morskiej przyprawia o mdłości, wzburzona toń niesie za- gładę. Ziarnko piasku na pustyni, płatek piany na oceanie są zawrotnym objawieniem dla myśli; wszechmoc nie usiłuje wca-/ m le ukryć swego atomu, słabość czyni siłą, mocą swoją napełnia nicość; niezmierzca-ia potęga miażdży za pomocą [najdrobniej- szych elementów. To kroplami wody przecież ocean unicestwia człowieka. Czujesz się jego igraszką. Igraszka — cóż za przerażające słowo. ,,Matutina" znajdowała się nieco powyżej Alderney, co było dla niej korzystne; fala znosiła ją jednakże w kierunku północ- nego cypla wybrzeża, w kierunku zagłady. Wiatr północno- -zachodni, niby łuk strzałę, wyrzucił statek prosto na ów cypel. Tam to właśnie, nieco poniżej zatoki Corbelets, przepływa prąd, który żeglarze archipelagu normandzkiego ,,małpą" na- zywać zwykli. „Małpa" ta — swing — jest to prąd szalony. Leje, rozsypane w tym miejscu w dnie morskim w kształt długiego różańca, powodują, że na powierzchni wody tworzy się drugi różaniec wirów. Ledwie zdążysz wydostać się z jednego, już drugi cię wciąga. Statek schwytany przez ową „małpę" zatacza się od wiru do wiru, dopóki ostra skała podwodna nie rozpruje jego kadłuba. Wówczas uszkodzony statek zatrzymuje się, rufa jego podnosi się nad powierzchnię morza, a dziób zanurza, wir koń- czy swe dzieło, rufa też się pogrąża, woda się nad nią zamyka. Płat piany rozlewa się i kołysze na fali i tylko drobne pęche- rzyki — ostatnie ślady oddechów ludzkich, które woda tłu- mi — pojawiają się to tu, to tam na wodzie. Na kanale la Manche napotkać można trzy takie prądy — „małpy", bardzo niebezpieczne. Jeden znajduje się w pobliżu słynnej ławicy piasku Girdler Sands, drugi — koło Jersey, po- między le Pignonnet i przylądkiem Noirmont, trzeci — to wła- śnie „małpa" Alderney. Gdyby jakiś obeznany z tym morzem sternik znajdował się na pokładzie „Matutiny", uprzedziłby on rozbitków o nowym niebezpieczeństwie. Sternika takiego zastępował im jednakże instynkt; w sytuacjach ostatecznych ludzie zostają obdarzeni nagle podwójnym zmysłem wzroku. Wzdłuż całego wybrzeża wznosiła się wysoko spieniona piana; rozdmuchiwał ją porywi- sty wiatr. To pluła „małpa". Niejedna już barka zginęła w tej 127 zasadzce. Płynęli naprzód, przerażeni coraz bardziej, choć nie widzieli, ku czemu niosła ich fala. Jak wyminąć ów przylądek? Sposobu na to nie było. Cypel Alderney, skalisty, wysoki, wyrastał oto przed nimi, jak przedtem i Casquety, i Orłach. Olbrzymy pojawiające się kolejno. Seria przerażających pojedynków. Scylla i Charybda — to dwie wyspy tylko; Casquety, Orłach i' Alderney — to już trzy. Znów rafa skalna zaległa widnokrąg. Zjawisko to powtarzało się z imponującą monotonią, do jakiej zdolna jest tylko otchłań. . Bitwy z oceanem, jak i bitwy u Homera, tym odznaczają się w swojej wielkości, że zawsze są takie same. Każda fala, przybliżająca ich do przylądka, powiększała roz- miary jego, i tak już wyolbrzymione przez mgłę. Odległość od skały kurczyła się nieubłaganie. Już prawie dotykali „małpy". Teraz wciągnie ich pierwszy wir, który schwycić ich zdoła. Jeszcze jedno pchnięcie fali i będzie po wszystkim. Nagle — jakby pchnęło barkas uderzenie pięści olbrzyma. Bałwan stanął dęba pod statkiem i przewrócił się w tył, odrzu- cając statek w białej grzywie swej piany. „Matutina" odsko- czyła ,od Alderney pod jego nagłym naporem. Znalazła się oto znowu na otwartym morzu. Skąd ta nagła pomoc? Była ona dziełem wiatru. Huragan zmienił swój kierunek. Przedtem igrała nimi fala, teraz przyszła kolej na wiatr. Sa- mi wydobyli się spod Casquetów; nagłą zmianę swego położe- nia u brzegów Ortachu zawdzięczali fali; koło Alderney urato- wał ich wiatr. Skręcił on gwałtownie z północo-zachodu na południowy zachód. Prąd to wiatr w wodzie; wiatr to prąd w powietrzu; obie te siły nagle starły się ze sobą i kaprys wiatru odebrał prądom morskim ich zdobycz. Wybryków oceanu przewidzieć niesposób. W każdej chwili wszystko stać się na nim może. Kiedy jest się wydanym na jego łaskę, nie należy żywić przesadnej nadziei i nie należy również tracić jej zbyt pochopnie. Kaprysy morza same unice- 128 stwiają własne dzieło. Ocean bawi się. Wszystkie odcienie okru- cieństwa drapieżnika odnaleźć można w tej toni, rozległej a podstępnej, którą Jan Bart nazywał ,,grubym zwierzem". To chwyta nas w swe szpony, to znowu głaszcze aksamitną łapą. Burza czasem od razu rozbija statek, czasem zaś przygotowuje jego katastrofę starannie, powoli; rzec by można prawie, że się nim pieści. Morze ma czas. Wiedzą o tym coś niecoś ci, co umrzeć mają. Niekiedy, przyznać to trzeba, przerwa w męczarniach jest zapowiedzią wybawienia. Wypadki takie zdarzają się jednak rzadko. Cokolwiek by zresztą stać się miało, skazańcy chętnie wierzą w swe uratowanie, najmniejsze nawet osłabnięcie gro- zy burzy już im wystarcza, sami siebie utwierdzają w pewno- ści, że znaleźli się poza zagładą; przedtem uważali się za już pogrzebanych, teraz oto zmartwychwstają, gorączkowo chwy- tają się tego, czego przecież nie posiadają jeszcze, niebezpie- czeństwo już im nie grozi, minęło raz na zawsze, to oczywiste, niczego już więcej nie pragną, dziękują Bogu za ocalenie. A nie należy zbytnio się śpieszyć, nie należy zaufać przedwcześnie, przedwcześnie dziękować za dokonany cud. Wiatr południowo-zachodni wkroczył w szalonym młyńcu. Rozbitkowie miewają tylko gburowatych sprzymierzeńców. „Matutina", niby trup wleczony za włosy, została wyszarpnięta gwałtownie na pełne morze za resztki swego ożaglowania. Po- dobne to było do owych ułaskawień udzielanych przez Tybe- riusza za cenę gwałtu. Wiatr brutalnie traktował tych, którym niósł ocalenie. Wyświadczał im swoją usługę z wściekłością. Był to ratunek bez miłosierdzia. Od tych zbawczych szturchańców kadłub roztrzęsiony został do reszty. Grad, duży i twardy, niby kule z muszkietu, siekł po statku. Za każdym przechyleniem się fali lodowe jego gałki toczyły się po pokładzie. Barkas, wśród przelewania się bałwanów i roz- prysków piany, co chwila znikał pod wodą. Każdy z pasażerów statku myślał już tylko o sobie. Człowiek śmiechu 129 Rozbitkowie chwytali się wszystkiego, co się jeszcze tylko na pokładzie znajdowało. Po każdym przewaleniu się fali dzi- wili się, że się jeszcze razem odnajdują. Wszyscy prawie mieli twarze poranione odpryskami drzewa. Rozpacz, na szczęście, ma dłonie silne i wytrwałe. Ręce prze- straszonego dziecka ściskać potrafią niczym ręce olbrzyma. Przerażenie w kleszcze zamienia palce kobiet. Strwożona dziew- czyna potrafi wbić swoje różowe paznokcie w żelazo. Trzymali się, czepiali, podpierali. Ale każda fala niosła ze sobą nową grozę, każda fala mogła zmieść ich z pokładu. Nagle doznali ulgi. XVI NAGŁE USPOKOJENIE SIĘ ZAGADKI Huragan skończył się niespodziewanie. Ustał wszelki wiatr, czy to południowo-, czy to północno- zachodni. Umilkły szalone puzony przestrzeni. Nawałnica znikła z nieba od razu, bez żadnego stopniowania, jakby sama stoczyła się w przepaść. Podziała się nie wiadomo gdzie. Po gradzie zaczął powoli padać śnieg. Fala uspokoiła się. Morze stało się gładkie. , Taki nagły koniec jest znamienny dla śnieżnych burz. Po wyładowaniu się elektrycznego prądu wszystko cichnie, uspo- kaja się, nawet morze, które po przeminięciu zwykłego sztormu długo jeszcze kołysze się martwą falą. Tu — nie. Wściekłość wód znika bez śladu. Bałwany usypiają nagle, niby utrudzony wyrobnik, co przeczy wprawdzie wszelkim zasadom hydro- grafii, lecz nie dziwi bynajmniej wytrawnych żeglarzy, wiedzą oni bowiem, że na morzu wszystkiego spodziewać się należy. Zjawisko to czasami — bardzo jednak rzadko — występuje i po zwykłej burzy. Tak na przykład niedawno temu, podczas pamiętnego huraganu z dwudziestego siódmego lipca 1867 r. 130 w okolicy Jersey wiatr po czternastu godzinach szaleństwa ustał zupełnie nagle i zapanował sztii. Po kilku minutach już tylko uśpiona toń otaczała barkas dookoła. A równocześnie — zakończenie bowiem podobne tu bywa do początku — zapadła ciemność nieprzenikniona. Wszystko, co dojrzeć można było wśród kłębienia się chmur-meteorów, teraz zmąciło się, blade sylwetki rozpłynęły się, rozchwiały i cień nieskończoności przysunął się do statku ze wszystkich stron. Ściana nocy, koliste zamknięcie, wnętrze cylindra, którego średnica malała z minuty na minutę, otoczyło „Matutinę" i kurczyło się dokoła niej coraz groźniej, z posępną powolno- ścią zamykającego się atolu. Niebo w zenicie upodobniło się do pokrywy z mgieł. Barkas zdawał się znajdować na samym dnie przepastnej studni. W studni tej morze było kałużą płynnego ołowiu. Woda nie poruszała się wcale. Posępny był jej bezruch. Ocean wtedy najdzikszym się wydaje, kiedy upodabnia się do stawu. Wszystko stało się ciszą, uspokojeniem, milczeniem. Złowieszcze jest milczenie wszechrzeczy. Ostatnie pluśnięcia fali omywały burtę. Pokład od czasu do czasu tylko przechylał się nieznacznie. Od czasu do czasu trza- snęła nadwątlona belka. Nie kołysała się już na dziobie ra- kieta wypełniona płonącymi w smole pakułami, płomienne krople nie kapały w wodę. Bezszelestnie przewiały wśród chmur resztki wiatru. Gęsty, miękki śnieg opadał prawie pio- nowo. Fale nie rozbijały się z hukiem o rafy. Zapanował spokój mroków. Ten odpoczynek po paroksyzmach wstrząsów wydał się nie- szczęsnym rozbitkom, tak długo miotanym na wszystkie strony, błogostanem nie do wysłowienia. Oto nie brano ich już więcej na tortury. I powietrze, i woda zaczynały zgadzać się jak gdyby na ich ocalenie. Odzyskali ufność. Niedawne szaleństwo zamie- niło się w niczym nie zmącony spokój. Uznali, że rozejm został już zawarty. Umęczone ich piersi odetchnęły swobodnie. Mogli oto wreszcie wypuścić z dłoni kawałek liny czy deski, którego »• 131 przytrzymywali się kurczowo, mogli podnieść się, wyprosto- wać, stanąć, ruszać się, chodzić. Cóż za ulga! W życiu człowieka zdarzają się czasami takie chwile — przedsmak raju, przygo- towanie do wzruszeń nie z tej ziemi. Jasne się stało, że znaleźli się ostatecznie poza granicą burzy, piany, wichury, wściekłości, że byli już wolni. Wszystko teraz zaczynało im sprzyjać. Za kilka godzin wsta- nie dzień, i dostrzeże ich, i zabierze na swój pokład jakiś prze- pływający statek. Najtrudniejsze znajdowało się już poza nimi. Wracali do życia. Najcięższą przeprawą było przecież utrzyma- nie się na powierzchni wody przez cały czas trwania nawałnicy. Mówili też sobie: tym razem to już naprawdę koniec. Aż nagle — spostrzegli, że jest to koniec rzeczywiście. Jeden z marynarzy, Bask z północy, imieniem Galdeazun, zeszedł do wnętrza statku po linę. Wrócił i tak rzekł: —— Ładownia jest pełna. — Czego? — zapytał wódz. — Wody — odpowiedział marynarz. Wódz krzyknął: — Co to znaczy? — Znaczy to — odrzekł Galdeazun — że za pół godziny pójdziemy na dno. XVI^ OSTATNIE PRÓBY RATUNKU Przy stępce otwarła się szczelina. Tamtędy zaczęła przedo- stawać się woda. Kiedy się to stało? Nikt odpowiedzieć nie po- trafił. Czy przy uderzeniu o Casquety? Czy koło Ortachu? Czy też na rozkołysanych wodach płycizny na zachód od Alderney? Najprawdopodobniej jednak dotknęli się „małpy". Przeszoro- wali dnem po mieliżnie. I nawet nie spostrzegli tego wśród straszliwych konwulsji wstrząsających statkiem. Chory na tę- żec nie czuje ukłucia zastrzyku. 132 Drugi z marynarzy, Bask z południa, imieniem Ave-Maria, zszedł z kolei do wnętrza, wrócił i rzekł: — Mamy dwa łokcie wody nad kilem. — Zatoniemy, zanim upłynie czterdzieści minut — dorzucił. Którędy przeciekała woda? Tego nie można było sprawdzić, przykryła ona już bowiem szczelinę, przez którą znalazła sobie dostęp do wnętrza ładowni. Barkas miał otwór gdzieś poniżej linii zanużenia, w części dziobowej kadłuba. Niesposób go zna- leźć, niesposób go zagłuszyć. Wiedziano tylko, że gdzieś jest rana, ale opatrzyć jej nie można było. A woda przenikała do środka nieustannie i powoli. Wódz zawołał: — Będziemy pompować! — Nie mamy już pompy — odpowiedział Galdeazun. — Jedźmy do lądu. — Do lądu? A gdzie on jest? — Nie wiem. — Ja też tego nie wiem. — Ale przecież ziemia gdzieś być musi. — Zapewne. — Niech ktoś poprowadzi! — wołał wódz. — Nie mamy sternika — odrzekł Galdeazun. — Więc ty schwyć za ster. — Nawet sterownicy nie ma. — A więc zróbmy ją z pierwszej lepszej belki. Prędko. gwoździ, młotka, narzędzi! — Skrzynka z ciesielskimi narzędziami wpadła do morza. Nie mamy już ani gwoździka. — Sterujmy jednak dokądkolwiek. — Nie mamy już steru. — Gdzie szalupa? Wskakiwać do szalupy! Brać się za wiosła! — Już szalupy nie mamy. — A więc wiosłujmy na barkasie! — Nie mamy wioseł. — To rozwiniemy żagle. — Nie mamy już ani żagla, ani masztu. 133 — Zrobimy maszt z drąga, zrobimy żagiel z byle jakiej płachty. Musimy się stąd wydostać. Niech nas prowadzi wiatr. — Wiatru nie ma. W istocie, wiatru nie było. Burza poszła sobie precz i to je] odejście właśnie, które za wybawienie uznali, stało się ich zgu- bą. Gdyby wiatr południowo-zachodni nadal wiał jeszcze, gnał- by ich teraz gwałtownie ku jakimś brzegom, w wyścigu z wodą przesączającą się do wnętrza statku, doniósłby ich, być może, do jakiejś przyjaznej, piaszczystej plaży i wyrzucił na nią, za- nimby zdążyli zatonąć. Porwani przez burzę dopłynęliby, być może, do ziemi. Ale nie było wiatru, nie było już żadnej na- dziei. Ginęli z braku huraganu. Zbliżała się chwila ostateczna. Wiatr, grad, burza, wir — są to wszystko zapaśnicy walczący bezładnie, których zwyciężyć przecież można. Czasami udaje się ugodzić burzę przez szczelinę w jej zbroi. Przeciwko gwał- — towności, co odsłania się co chwila, co porusza się Ra ślepo i na ślepo rozdziela ciosy, można znaleźć sposób. Ale z ciszą walczyć nie można. Przeciwnik ten jest nieuchwytny. Wiatry — to niby szarża kozacka: rozpierzchnie się, jeżeli jej ostro stawisz czoła. Cisza zaś — to katowskie obcęgi. Woda podnosiła się w ładowni bez pośpiechu, ale też i bez przerwy, ciężka, niepowstrzymana, a kiedy ona szła w górę, statek pogrążał się coraz głębiej w dół. Działo się to bardzo powoli. Rozbitkowie na „Matutinłe" czuli, że oto otwiera się pod ni- mi najbardziej beznadziejna z katastrof na morzu, katastrofa bezwładu. Świadomość ich ścisnęła posępna i kamienna pew- ność, że owładnęło nimi coś nieświadomego, a na co nie ma rady. Powietrze nie drgnęło nawet, nie poruszyło się morze. Bezruch jest nieubłagany. Toń w milczeniu zatapiała ich w swoich głębinach, środek kuli ziemskiej ciągnął ich ku sobie z fatalną siłą poprzez grubą warstwę milczących wód, spokoj- nie, beznamiętnie, ani nie pragnąc tego, ani nawet nie wiedząc o tym. Wchłaniała ich w siebie spoczywająca groza. Nie była to już rozwarta paszcza odmętów, zła i groźna, której górną 134 szczęką był szalejący wiatr, a dolną — wzburzone morze, nie szczerzyła ku nim swoich zębów nawałnica, bałwany nie pie- niły się na ich widok z pożądliwego głodu; teraz czarna nie- skończoność rozwierała się pod stopami nieszczęśliwców, jakby. po prostu ziewała leniwie. Czuli, jak pogrążają się powoli w spokojną głębię, w śmierć. Krawędź burty coraz to bardziej zbliżała się do powierzchni wody — i to wszystko. Można było wyliczyć dokładnie, w której minucie statek zanurzy się w mo- rzu do reszty. Całkowite przeciwieństwo zalewu spienionej fali, Nie woda podnosiła się ku nim, lecz oni ku niej zstępowali. Sami drążyli swój grób. Grabarzem ich był ich własny ciężar. Byli oto traceni nie z mocy ludzkich praw, lecz z mocy pra- wa natury. Śnieg padał ciągle, a ponieważ rozbity statek nie poruszał się już wcale, płatki przykryły pokład białym całunem. Wnętrze statku stawało się coraz cięższe. Żeby odprowadzić wodę, nie było sposobu. Nie mieli nawet szufli, którą by mogli ją czerpać, co i tak zresztą byłoby czystym niepodobieństwem, gdyż uniemożliwiał to pokład. Zapalono światła, kilka pochod- ni, obsadzając je w szczelinach jak się dało. Galdeazun wy- szperał gdzieś parę starych skórzanych kubłów. Próbowano wynosić w nich wodę z wnętrza podając je sobie z rąk do rąk; kubły były już jednak nie do użytku: w jednym rozpruła się skóra, inny miał wyrwane dno, woda wyciekała z nich po dro- dze. Niewspółmierność pomiędzy tym, co dostawali od morza, a tym, co mu oddawali z powrotem, była aż śmieszna. Na tonę wlewającej się do wnętrza statku wody wylewano szklankę. I nic już lepszego wymyślić nie byli w stanie. Skąpiec w po- dobny sposób usiłuje wydać milion, grosik po grosiku. Wódz rzekł wreszcie: — Trzeba odciążyć statek. Balast za burtę! Podczas burzy te kufry, które znajdowały się na pokładzie, przywiązano do resztek złamanego masztu. Rozplatano teraz liny i kufry wrzucone zostały w morze przez wyłom w relingu. Jedna ze skrzyń należała do Baskijki. Biedna kobieta nie mogła powstrzymać westchnienia: 13S — Ach, mój nowy płaszcz, podbity szkarłatem, o, moje ko- ronkowe pończochy utkane w deseń brzozowej kory! O, moje wisiorki srebrne, w których chodziłam na majowe nabo- żeństwa. Pomost uprzątnięto, pozostała jeszcze kajuta. Zawalona była pod sufit. Znajdowały się w niej — jakeśmy to już rzekli — i rzeczy podróżnych, i paki stanowiące własność marynarzy. Wyciągnięto skrzynki i węzełki i wyrzucono je przez wyrwę w relingu. Paki również powędrowały do morza. Wyprzątnięto kajutę ze wszystkiego. Latarnia, belka drew- niana, baryłki, worki, cebrzyki, skrzynki z solonym mięsem, kociołek z zupą — wszystko poszło do wody. Odśrubowano mutry żelaznego piecyka — ogień wygasł w nim już od dawna — oderwano go, wy dźwigni eto na pomost. I on również strącony został ze statku. Wrzucono do wody wszystko, co tylko oderwać się dało: oblużnione deski pokładu, belki, potrzaskane resztki osprzętu. Od czasu do czasu wódz brał pochodnię, przybliżał światło jej do znaków wymalowanych na dziobie barkasu i sprawdzał. ile dzieli ich od zatopienia. XVIII OSTATNI AKT RATUNKU Odciążony statek zanużał się w wodę, nieco powolniej wprawdze, lecz stale. Nic już nie można było zaradzić, niczym złagodzić grozy po- łożenia. Wyczerpano już wszystkie środki. — Czy jest coś jeszcze, co by można wrzucić w morze? — zawołał wódz. . Doktor, o którym wszyscy zapomnieli, wyłonił się nagle spo- za drzwi kajuty i odrzekł: — Jest 136 — Co takiego? — zapytał wódz. A doktor odpowiedział: — Nasza zbrodnia. Dreszcz ich przeszedł wszystkich. Zawołali: — Amen. Doktor stał wyprostowany, pobladły, z ręką wzniesioną ku niebu. Rozkazał: — Na kolana. Zaczęli się słaniać. Widać było, że poklękają za chwilę. A doktor mówił dalej: — Wrzućmy w morze nasze zbrodnie. Ciążą na nas. To pod ich ciężarem coraz głębiej pogrąża się statek. Przestańmy my- śleć o ocaleniu, o zbawienie bowiem zatroszczyć się należy. A najwięcej waży nasza zbrodnia ostatnia, ta, której dokonali- śmy, a raczej: której dokończyliśmy, o, nędznicy, przed nie- dawną chwilą. Bezbożne to zuchwalstwo wyzywać do walki otchłanie, kiedy ma się poza sobą zamiar zabójstwa. Czyn po- pełniony przeciw dziecku to czyn popełniony przeciw Bogu. Musieliśmy wypłynąć, wiem o tym, szliśmy jednak ku pewnej zgubie. Nadciągnęła burza przyzwana przez cień, który czyn nasz rzucił poza siebie. Tak stać się musiało. A zresztą, nie ża- łujcie niczego. Tam oto, wśród ciemności, niedaleko stąd, znaj- dują się piaski Vauville i przylądek de la Hougue. To Francja. A my w Hiszpanii tylko mogliśmy znaleźć schronienie. Fran- cja jest dla nas nie mniej od Anglii niebezpieczna. Nasze wy- bawienie od morza skończyłoby się szubienicą. Nie było innego wyboru: albo śmierć na szubienicy, albo śmierć w odmętach. Bóg zadecydował za nas. Złóżmy mu za to korne dzięki. Daje on nam grób, który obmywa. Bracia moi, tak stać się musiało. Przypomnijcie sobie, że .to my sami właśnie, przed niedawną chwilą, zrobiliśmy wszystko, co było tylko w naszej mocy, by wysłać na tamten świat kogoś, to dziecię, i że może w tej chwi- li, kiedy tu do was mówię, tam, w górze, ponad naszymi gło- wami, dusza jego oskarża nas przed sędzią, który widzi wszy- stko. Nie wolno nam zmarnować tych ostatnich, darowanych chwil. Spróbujmy, o ile jest to jeszcze możliwe, naprawić, na 137 ile jest to w naszej mocy, zło, któreśmy wyrządzili. Jeżeli dziecko nas przeżyje — spróbujmy przyjść mu z pomocą. Je- żeli zmarło, starajmy się, by mogło nam przebaczyć. Zdejmij- my z siebie ciężar tej zbrodni. Ulżyjmy naszym sumieniom. Starajmy się, by dusze nasze nie pogrążyły się wobec Boga, by- łoby to bowiem zatonięcie najstraszliwsze. Ciała dla ryb, dusze dla szatanów! Ulitujcie się nad sobą. Na kolana! Żal za grzechy to statek, co nie idzie pod wodę. Wydaje się wam, że nie macie' już kompasu? To nieprawda. Pozostała wam jeszcze modlitwa. Wilki zamieniły się w baranki. Przeobrażenia podobne zda- rzają się w chwilach rozpaczy i trwogi. I tygrysy nawet potra- fią lizać stopy krucyfiksu. Kiedy uchyla się ciemna furta — trudno jest wierzyć, lecz nie wierzyć — niesposób. Jakkolwiek niedoskonałe byłyby próby nadania kształtu religii przez czło- wieka, jakkolwiek nieporadna i naiwna byłaby to wiara, a i wtedy nawet, kiedy zarysy dogmatu nie zgadzają się zupeł- nie z rzeczywistym obliczem wieczności, które ukazywać się zaczyna — w ostatniej chwili przed zgonem dusza doznaje wstrząsu. Rozpoczyna się coś, co jest rodem nie z tej ziemi. Pewność ta przygniata konających. Agonia — to chwila, w której trzeba wyrównać długi. W owej minucie ostatniej jasne się staje, jak wszechprzenika- jąca jest odpowiedzialność. To, co było, zaciąży na tym, co bę- dzie. Przeszłość powraca i wkracza w przyszłość. Znane staje się otchłanią taką samą, jaką jest nieznane, i mieszają się ze sobą echa tych dwu przepaści — tej, w której znajdują się na- sze winy, i tej, co wypełniona jest oczekiwaniem. Połączenie się tych dwu bezdennych głębin przerażeniem napawa kona- jącego. Dokonali już ostatniego wysiłku nadziei, spełnili ostatni akt rozpaczliwej walki o życie. Teraz zwracali się w drugą stronę. Ratunek nadejść mógł już tylko stamtąd, z nieznanego mroku. Zrozumieli. Posępne to było olśnienie i ogarnęło ich też natych- miast przerażenie jeszcze potężniejsze. To, co człowiek nagle uświadamia sobie w chwili konania, podobne jest do ujrzenia świata w świetle błyskawicy. Wszystko — a potem nic. Widzi 138 się — i oto już nic się nie widzi... Po śmierci oczy przejrzą znowu, i to, co było tylko błyskawicą, słońcem się stanie. Rzucili się ku doktorowi wołając: — Ty! Ty! Mamy już tylko ciebie! Będziemy ci posłuszni. Co trzeba uczynić? Mów! * Doktor rzekł: — Trzeba przekroczyć nieznaną przepaść i dosięgnąć drugiej krawędzi życia, tej, co się znajduje poza grobem. Z was wszyst- kich ja wiem i umiem najwięcej, dlatego też mnie grozi naj- większa kara. Słusznie czynicie, że temu, co dźwiga najcięższe brzemię, pozostawiacie wybór kładki, po której przejść należy. Dodał jeszcze: — Wiedza ciąży na sumieniu. Po czym tak rzekł: — Ile nam czasu pozostaje? Galdeazun spojrzał na skalę i odpowiedział: — Nieco więcej niż minut piętnaście. — Dobrze — odparł doktor. Niski daszek kajuty, o który opierał się ręką, tworzył rodzaj stołu. Starzec wyjął z kieszeni przybory do pisania i portfel, a z portfelu wyciągnął pergamin, ten sam, na którego odwrocie parę godzin temu nakreślił drobnym, zwięzłym pismem kilka- naście wierszy. — Światła! — zawołał. Śnieg gęsty, niczym piana u wodospadu, pogasił po kolei po- chodnie. Paliła się jeszcze tylko jedna. Ave-Maria wziął ją do ręki i stanął obok doktora. A doktor wsunął portfel z powrotem do kieszeni, postawił na daszku kajuty kałamarz i pióro i rozłożył pergamin. — Słuchajcie! I oto na środku morza, na tej tratwie coraz to bliższej wody, na tej drżącej desce grobowej doktor odczytywać zaczął perga- min. Wydawało się, że słuchają go ciemności. Nieszczęśni ska- zańcy stojący dokoła pochylili głowy. W blasku pochodni widać było, jak bardzo są bladzi. Słowa odczytywane przez doktora napisane zostały po angielsku. Chwilami, kiedy jakieś spojrze- 139 nie żałosne wydawało się prosić o wyjaśnienie, doktor przery- wał i powtarzał dany ustęp bądź to po francusku, bądź to po hiszpańsku, bądź to po baskijsku, bądź to po włosku. Słychać było stłumione szlochania i głuchy odgłos bicia się w piersi. Statek pogrążał się w wodzie coraz głębiej. Dokończywszy czytania, doktor rozłożył płasko pergamin na daszku kajuty, ujął za pióro i — na białym brzegu kartki, pod nakreślonymi jego własną ręką wierszami, podpisał się: DOCTOR GERHARDUS GEESTEMUNDE. Następnie zwracając się do towarzyszy rzekł: — Zbliżcie się i podpisujcie. Pierwsza podeszła Baskijka, wzięła pióro i napisała: ASUNCION. Po czym podała pióro Irlandce. Ta nie umiała pisać, położyła więc tylko znak krzyża, Obok krzyżyka tego doktor napisał: .— BARBARA FERMOY, z wyspy Tyrryf, w Ćbudes. I oddał pióro przywódcy gromady. Ten podpisał: GAiZDORRA. Genueńczyk skreślił tuż pod spodem: GIANGIRATE. Po 'nim Langwedokczyk: JAKUB QUATOURZE, zwany NARBONCZYKIEM. • - Po nim Prowansalczyk: ŁUKASZ PIOTR CAPGAROUPE, galernik z Mahoń. Pod podpisami tymi umieścił doktor następującą notatkę: Spomiędzy trzech ludzi, stanowiących załogę statku, szyper po- rwany został przez falę podczas burzy. Pozostało ich dwóch i ci własnoręcznie podpisali. Pod tą notatką obydwaj majtkowie położyli swoje nazwiska. Bask z północy podpisał się GALDEAZUN. Bask z połud- nia — AYE-MARIA, złodziej. A wtedy znów odezwał się doktor: — Capgaroupe! — Jest! — krzyknął Prowansalczyk. —• Czy masz flaszę Hardquanona? 140 — Mam. — Daj mi ją. Capgaroupe wychylił ostatni łyk wódki i podał doktorowi flaszę. Wewnątrz statku zbierało się coraz więcej wody. Barkas za- nurzał się coraz głębiej. Na pochylony skraj pokładu nasuwała się już wąska klinga fali — pas wody, który stawał się coraz szerszy. Wszyscy skupili się przy nadbudówce, w najwyższym punk- cie pokładu. Doktor osuszył atrament podpisów przy ogniu pochodni, zło- żył pergamin jak naj ciaśniej, tak by przejść mógł przez szyję,/ i wsunął go do wnętrza flaszki. Zawołał: — Daj mi korek! — Nie wiem, gdzie się podział — odrzekł Capgaroupe. — Oto kawałek liny — powiedział Jakub Ouatourze. Doktor zatkał flaszę skrawkiem liny i rzekł: — A teraz dajcie smoły. Galdeazun poszedł na dziób statku, garścią pakuł zdusił ogień palący się w łusce rakiety, odczepił ją z dziobnicy i przy- niósł doktorowi. Rakieta napełniona była do połowy wrzącą jeszcze smołą. Doktor zanurzył na chwilę w smole szyjkę flaszy. Butla za- wierająca podpisany przez nich wszystkich pergamin została więc zakorkowana i zapieczętowana smołą. — I to już koniec — rzekł doktor. Z ust rozbitków wydobywać się zaczęły wielojęzyczne, po- nure, katakumbowe wołania: — Niech się tak stanie. — Mea culpa. — Ari sea1. — Aro rai2. — Amen. 1 Niech się tak stanie. 2 Bądź wola twoja (dialekt romański). 141 Sądziłbyś, że oto rozpierzchają się w ciemności posępne głosy wieży Babel, odtrącone przez niebiosa, które wysłuchać ich nie chcą. Doktor odwrócił się od swoich towarzyszy zbrodni i klęski i postąpił ku burcie kroków parę. Stanął na samej krawędzi statku; spojrzał przed siebie i głębokim głosem zapytał: — Bist du bei mir? l Rozmawiał zapewne z jakimś widmem. Statek zanurzał się nieustannie. Wszyscy pogrążyli się w rozmyślaniach. Modlitwa — to ogromna siła. Pochylili głowy, a raczej zgięli się wpół. Skrucha ich była po części mimowolna. Jak żagiel zwisa beewładnie, kie- dy nie stanie wiatru, tak oni się korzyli; każdy z nich, każdy z tej garstki straceńców załamujących ręce i pochylających czoła przybrał postawę wyrażającą ostateczne przygnębienie i roz- paczliwą wiarę w łaskę boską. Aż wreszcie na ich zbrodnicze twarze padł jakiś nieokreślony, a nakazujący szacunek blask, co szedł skądsiś, z niezbadanych przepaści. Doktor znów znalazł się wśród nich. Jakąkolwiek być mogła przeszłość tego starca, teraz, w obliczu ostatecznego końca, po- trafił, on zdobyć się na prawdziwą wielkość. Otaczający ich ogrom, pełen tajemniczości i niedomówienia, przejmował go nie mącąc w nim świadomości. Człowiek ten nie został zasko- czony niespodzianie. Potrafił zachować spokój w tej groźne] chwili. Twarz jego — twarz człowieka pogodzonego z Bo- giem — pełna była majestatu. Złoczyńca ów, sędziwy, zamyślony, podobny był do kapłana, choć sam nie wiedział nawet o tym. Powiedział: — Uważajcie. Zapatrzył się na chwilę w przestrzeń i dodał: — Teraz umrzemy. Potem wziął pochodnię z rąk Ave-Marii i potrząsnął nią w górze. l Czy jesteś przy mnie? 142 Iskry posypały się w ciemności nocy. A doktor rzucił pochodnię do morza. Zgasła. Zgasło wszelkie światło. Pozostała już tylko ciemność, niezmierzona, nieznana. Jakby zatrzasło się wieko trumny. Z zapadłej nagle pomroki odezwał się głos doktora: — Módlmy się. Uklękli, już nie na śniegu, lecz w wodzie. Pozostało im tylko kilka minut. Doktor stał. Białe płatki, zatrzymując się na jego postaci, ob- sypały go jaśniejącymi łzami i uczyniły widocznym w ciemno- ści. Podobny stał się do posągu przemawiającego z głębi mroku. Uczynił znak krzyża i podniósł nieco głos, a tymczasem pod stopami jego pokład drgać^aczął ledwie dostrzegalnie. Był to znak, że statek już za chwilę zatonie. A doktor mówił: — Pater noster qui es in coelis. Prowansalczyk powtórzył po francusku: — Ojcze nas, któryś jest w niebie. Teraz przemówiła Irlandka w narzeczu walijskim, zrozumia- łym Baskijce: — Ar nathair ata ar neamh. Doktor mówił dalej: — Sanctificetur nomen tuum. — Święć się imię twoje — powtórzył Prowansalczyk. — Naomhthar hainm — powtórzyła Triandka. — Adveniat regnum tuum — ciągnął dalej doktor. — Przyjdź królestwo twoje — powtórzył Prowansalczyk. — Tigeadh do rioghachd — powtórzyła Irlandka. Woda sięgała już klęczącym po ramiona. Doktor mówił dalej: — Fżat uolimtas tua. — Bądź wola twoja — wyszeptał Prowansalczyk. A Irlandka i Baskijka krzyknęły: — Deuntar do thoil ar an Hhalamh! — Sicut in coelo et in terra — rzekł doktor. Nikt mu nie odpowiedział. 143 Spojrzał w dół. Wszystkie głowy znajdowały się już pod wo- dą. Nie podniosła się ani jedna. Zatonęli na klęczkach. Doktor ujął prawą dłonią flaszę, którą postawił był na dasz- ku kajuty, i podniósł do góry. Statek tonął. Doktor, szepcząc do końca modlitwę, zanurzał się w wodzie coraz głębiej. Przez chwilę jeszcze piersi jego znajdowały się ponad po- wierzchnią morza, potem już tylko głowa, aż wreszcie — już tylko ręka trzymająca flaszę, jakby pokazać ją chciała nie- skończoności. Ręka ta też znikła w końcu. Głębia morska zafalowała lekko, nie więcej niż oliwa w kadzi. Śnieg ciągle padał. Przedmiot jakiś wypłynął na wierzch i kołysał się w ciem- ności na fali. Była to butla zalana smołą, opleciona łoziną. K s r n zv)i zoa z vonaa os&zo K s . i ę g a pierwsza WIEKUISTA OBECNOŚĆ PRZESZŁOŚCI; CZŁOWIEK ODBIJA SIĘ W LUDZIACH I LORD CLANCHABLIE Nie umarło jeszcze w one czasy pewne stare wspomnienie. Wspomnieniem tym był lord Linneusz Ciancharlie. Baron Linneusz CIancharlie, rówieśnik Cromwella, był jed- nym z tych parów Anglii — nielicznych zresztą, powiedzmy to od razu — co stanęli po stronie republiki. Zajęcie takiego sta- nowiska miało swoją rację istnienia i wytłumaczyć je można, republika zwyciężyła bowiem na pewien czas. Zrozumiałe jest, że lord CIancharlie był stronnikiem republiki, jak długo re- publika była przy władzy. Lecz lord CIancharlie pozostał przy swoich republikańskich poglądach i po skasowaniu republiki, po upadku rządu parlamentarnego. Ów magnat o wielkim naz- wisku mógł przecież bez trudności powrócić na miejsce swo- je w Wysokiej Izbie, na powrót ukonstytuowanej, skrucha zawsze bowiem dobrze bywa widziana przez restaurowaną monarchię, a Karol II był władcą łaskawym i wyrozumiałym dla wszystkich, którzy tylko zechcieli do niego powrócić; cóż, kiedy lord CIancharlie zgoła nie umiał zrozumieć, jakie obo-" wiązki nakłada nań rozwój wypadków. Kiedy cały naród okla- skiwał króla, co z powrotem zagarniał Anglię w swoje posia- 187 danie, kiedy wydawała swój wyrok jednomyślność, kiedy lud bił pokłony przed monarchią, kiedy dynastia podnosiła się z upadku wśród radosnych triumfalnych hymnów odwołują- cych wszystko, co wyznawano jeszcze do niedawna, kiedy przeszłość stawała się przyszłością, a przyszłość — przeszłością — lord ów pozostał krnąbrny, oporny. Odwrócił się od po- wszechnej radości; dobrowolnie poszedł na wygnanie; mógł być parem, a obrał sobie los banity. I tak upłynęły lata. Zesta- rzał się w wierności do umarłej republiki. I okrył się śmiesz- nością — skutek to naturalny podobnej dziecinady. Lord Ciancharlie schronił się do Szwajcarii. Zamieszkał tam w na wpół rozwalonym zamczysku, wysoko w górach, w jed- nym z najdzikszych zakątków wybrzeża Genewskiego Jezio- ra, pomiędzy Chillon, gdzie znajduje się więzienie Bonnivard, i Vevey, gdzie jest grób Ludlowa. Surowe, mroczne Alpy skryły go pośród swoich chmur i wiatrów. Żył tam w cieniu gór. Czasami — rzadko bardzo — spotykał go jakiś przygodny przechodzień. Człowiek ten istniał poza swoim krajem, poza swoją epoką nieledwie. Tym, co z bliska przyglądali się wyda- rzeniom w kraju, opór podobny musiał wydać się nie do po- jęcia, nie do usprawiedliwienia. Anglia była szczęśliwa; re- stauracja to niby pogodzenie się dwojga małżonków; władca i naród powrócili oto do wspólnego łoża; jakież wydarzenie mo- że być bardziej radosne i wesołe? Wielka Brytania promie- niała. Mieć króla to już wiele, co ważniejsza, król ów był cza- rujący: Karol II był człowiekiem równie ujmującym i w za- bawie, i w rządach, był wielkim królem, na wzór Ludwi- ka XIV, rycerskim i dwornym. Poddani ubóstwiali go; pro- wadził wojnę z Hanowerem, słuszną zapewne, choć powody jej jemu jednemu tylko były wiadome; sprzedał Dunkierkę Francji — posunięcie również z dziedziny wyższ-ej polityki. Demokratyczni parowie, o których Chamberlayne wyraził się, iż: ,,Przeklęta republika, zatruła swoim cuchnącym oddechem kilku wysoko urodzonych szlachciców", mieli dość rozsądku, by skapitulować wobec rzeczywistości, dotrzymać kroku roz- 188 wojowi wydarzeń i zająć na powrót należne im miejsca w Wy- sokiej Izbie. Król zadowolił się złożeniem przez nich wierno- poddańczej przysięgi. Jakżeż pomyślnie kształtowały się wy- padki: wspaniała monarchia, wielki i dobry król, dostojni książęta, których miłosierdzie boże przywraca miłości ludu; najpotężniejsi magnaci — jak Monk czy też później nieco Jeffreys — powracają, by ukorzyć się przed tronem, i zostają wynagrodzeni — jakże słusznie — za swoją wierność i zapał najszczytniejszymi, najbardziej dochodowymi stanowiskami w państwie. Lord Ciancharlie wiedział niewątpliwie, że w sła- wie i honorach może zasiąść u ich boku, że zależy to tylko od niego samego. Wiedział, że Anglia wzniosła się dzięki swe- mu królowi na sam szczyt powodzenia, że życie w Londynie było jednym nie kończącym się pasmem zabaw i świąt, że wszystkich ogarnął zapał, że wszyscy opływali w bogactwa, że dwór był wytworny, wesoły, wspaniały. Jeżeliby ktoś kie- dyś przypadkiem, z dala od owego przepychu, w jakimś po- sępnym półcieniu podobnym do zmierzchu zobaczył, jak sta- rzec ów, ubrany niczym człowiek z ludu, blady, roztargniony, przygarbiony, coraz bliższy grobu, stoi nad brzegiem jeziora nie zważając na niepogodę i zimno, jak idzie bez celu, ze spoj- rzeniem utkwionym gdzieś w przestrzeni, z włosami rozwia- nymi przez wiatr, milczący, samotny, zamyślony — czyż mógł wówczas powstrzymać się od uśmiechu? Była to postać szaleńca. Kiedy pomyślało się o lordzie Ciancharlie, o tym, czym mógł on być, a czym został — uśmiech był niewątpliwie najpobłaż- liwszą formą wyrażenia swojego sądu. Wielu śmiało się w głos. Inni byli oburzeni. Łatwo pojąć, że poważni ludzie gorszyć się musieli podob- nie beztroskim, lekkomyślnym odejściem w samotność. Jako okoliczność łagodzącą podać tu należy, że lord Cian- charlie bystrością nie odznaczał się nigdy. Była to powszechna, jednogłośna opinia. 189 H Ludzie trwający w swoim uporze — widok to nad wyraz nieprzyjemny. Takie regulusowe gesty nie mogą się podobać nikomu i opinia publiczna przyjmuje je z pewną ironią. Niezłomność tego rodzaju zbyt podobna jest do wyrzutu i słusznie budzi śmiech. A wreszcie — ujmując sprawy najszerzej — czy rzeczywi- ście upór, nieugiętość uważać należy za prawdziwą cnotę? Czy w tym przesadnym podkreślaniu własnego honoru i nieprze- kupności nie kryje się chęć zwrócenia na siebie uwagi? Czy nie jest to popis przede wszystkim? I po cóż zaraz ta przesada z tym samotnictwem, z tym wygnaniem? Przesadzać w niczym nie należy — oto maksyma prawdziwego mędrca. Wolno być w opozycji, proszę bardzo; gańcie, jeśli tego chcecie, ale w spo- sób przystojny i krzycząc przez cały czas: niech żyje król! Jedyną cnotą prawdziwą jest rozsądek. Co upada, najwidocz- niej upaść musiało, a co zwycięża, zwyciężyć musiało najwi- doczniej. Opatrzność nie postępuje bezzasadnie, wieńczy ona tego, który na to zasłużył. I komuż to wolno uważać się za mą- drzejszego od opatrzności? Kiedy wydarzenia wydadzą już swój wyrok, kiedy jeden ustrój został zastąpiony przez inny, kiedy przez powodzenie dokonał się rozdział dobrego od złego — tu zwycięstwo, tam klęska — i cóż jeszcze podawać można w wątpliwość? Człowiek uczciwy staje po tej stronie, gdzie jest racja, i choć niewątpliwie dzieje się to z korzyścią dla majątku jego i rodziny, on jednak nie dopuszcza do siebie na- wet podobnych rozważań; myśli wyłącznie o sprawach publicz- nych i popiera tego, co zwyciężył. I cóż by się stało z państwem, gdyby nikt nie chciał być mu posłuszny? Czyżby wszystko miało się zatrzymać? Dobry obywatel nie zapomina nigdy, gdzie jest jego miejsce. Trzeba umieć poświęcić w potrzebie swoje upodobania osobiste. Urzę- dy muszą być obsadzone. Ktoś musi tutaj uczynić ofiarę z sie- bie. Wierność funkcji publicznej — to też wierność przecież. 19Q Odsuwanie się urzędników od urzędów paraliżuje funkcjono- wanie państwa. Skazujesz się dobrowolnie na wygnanie? Rzecz to zaiste pożałowania godna. Czyż ma to być przykład? Cóż za próżność! Czyż ma to być wyzwanie? Cóż za zuchwałość! Za kogóż ty się uważasz w końcu? Otóż dowiedz się, że wcale nie jesteśmy mniej warci od ciebie. My nie zdezerterujemy. Gdy- byśmy zechcieli tylko, w każdej chwili moglibyśmy stać się Jeszcze bardziej od ciebie nieugięci i niezłomni. Ale my woli- my zachować się tak, jak nakazuje rozsądek. Czy sądzisz może, że skoro jestem Trymalchionem, nie stać mnie na to, żeby zo- stać Katonem? Dobre sobie! III Nigdy jeszcze sytuacja nie była tak jasna i jednoznaczna jak W roku 1660. Nigdy jeszcze dla każdego uczciwego umysłu sposób postępowania, jedyny, jaki przyjąć należało, nie ryso- wał się z wyrazistością tak wielką. Anglia odetchnęła po Cromwellu. Za czasów republiki za- szło wiele nieprawidłowych zgoła wydarzeń. Stworzono prze- cież supremację angielską; z pomocą wojny trzydziestoletniej podporządkowano sobie Niemcy, z pomocą Frondy umniejszo- no znaczenie Francji, z pomocą księcia de Bragance osłabiono Hiszpanię. Z Mazariniego Cromwell zrobił swego sługę; pro- tektor Anglii umieszczał na traktatach swój podpis nad podpi- sem króla Francji; na Indie nałożono ośmiomilionową kontry- bucję, Anglia zagrażała Tunisowi i Algerowi, podbiła Jamajkę, upokorzyła Lizbonę, w Barcelonie roznieciła opór przeciwko francuskim wpływom, w Neapolu — powstanie Masaniella; Portugalia zawarła sojusz z Wielką Brytanią, rozgromiono Ber- berów od Gibraltaru po Kandię, Anglia zapanowała na mo- rzach i poprzez handel, i poprzez zwycięstwa; dziesiątego sier- pnia 1655 roku stary admirał Martin Happertz Tromp, który zwał sam siebie „Dziadkiem marynarzy", zwycięzca w trzy- l&l dziestu trzech bitwach, co pobił flotę hiszpańską, został rozbi- ty przez angielską flotę; Atlantyk odebrano Hiszpanom, Pacy- fik — Holendrom, Morze Śródziemne — Wenecji; opanowano wszystkie porty; posiadając oceany — Anglia miała w ręku cały świat; flaga holenderska pokornie pozdrawiała na morzu brytyjską flagę; Francja, w osobie ambasadora Mancmi, ugięła kolano przed Oliverem Cromwellem. Cromwell ów igrał losa- mi Dunkierki i Calais niczym żongler, co podrzuca na rakiecie dwie piłeczki; Anglia trzęsła kontynentem, dyktowała pokój, decydowała o wojnie, sztandar jej powiewał na wszystkich najwyższych szczytach ziemi; jeden pułk wojska protektora trzymał w postrachu Europę niczym cała armia. „Chcę, by szanowano republikę angielską, jak szanowano republikę rzymską" — tak rzekł Cromwell; nie ostało się nic świętego; zapanowała wolność i słowa, i prasy; publicznie, na ulicy, lu- dzie mówili to, co chcieli, i drukowali to, co chcieli, bez cen- zury, bez kontroli; zachwiała się równowaga tronów; cały po- rządek monarchii europejskich, w który Stuartowie włączeni byli jako nieodzowne ogniwo, został zakłócony. I oto nareszcie Anglia wydostała się spod tego reżimu budzącego tylko odrazę i uzyskała przebaczenie. Karol II ogłosił w swej pobłażliwości Deklarację z Bredy. Udzielił Anglii rozgrzeszenia, wspaniałomyślnie wymazał z pa- mięci świata epokę, w której syn piwowara z Huntingdon sta- wiał stopę na głowie Ludwika XIV. Anglia biła się w piersi i oddychała nareszcie. Wspominaliśmy już, że we wszystkich sercach zagościły swoboda i wesele; szubienice, na których wieszano królobójców, powiększały powszechną radość. Restau- racja — to uśmiech, ale nieco szubienicy nie zaszkodzi, trze- ba przecież zaspokoić powszechne poczucie sprawiedliwości. Duch buntu został rozgromiony, odbudowywała się prawo- rządność. Stać się dobrym i wiernym poddanym — oto jedy- na odtąd ambicja każdego. Przeminął szał polityki, wyszydza- no rewolucję, kpiono z republiki, z tej dziwacznej epoki, w której każdy i w każdej chwili miał na ustach same tylko 192 wielkie słowa: Prawo, Wolność, Postęp; jakże głośno drwiono sobie z tej przesady. Nic milszego niż powrót do zdrowego rozsądku; Anglia żyła przez czas pewien jak we śnie. Jak dobrze przebudzić się wreszcie. Czyż może w ogóle być coś bardziej niedorzecznego? Do czego byśmy doszli, gdy- by każdy pierwszy lepszy miał prawa, gdyby wszyscy chcieli rządzić krajem? Czyż można sobie wyobrazić państwo, w któ- rym sprawują władzę obywatele? Obywatele to zaprzęg, a zaprzęg to jeszcze nie woźnica. Głosowanie powszechne to rzucenie na wiatr losów kraju. Czyż chcielibyście, żeby pań- stwa były niczym obłoki poruszane kapryśnymi podmuchami? Z bezładu nie uformuje się ład. Gdzie chaos jest architektem, tam budowlą może być tylko wieża Babel. A prócz tego ta tak zwana wolność — cóż to za tyrania! Ja chcę się bawić, a nie rządzić. Głosowanie nudzi mnie, chcę tańczyć! Władca, co sam się wszystkim zajmuje, toż to opatrzność prawdziwa! Jakże wielkoduszny jest król, skoro chce dla nas zadawać sobie tyle trudu! No, i został do tego stworzony, wychowany, wie, co to jest. Są to jego sprawy. Pokój, wojna, prawodawstwo, finanse — a cóż to obchodzi narody? Niewątpliwie, naród musi pła- cić, niewątpliwie, naród musi służyć i bić się, ale to powinno mu wystarczyć chyba! Ma on swoją cząstkę w polityce, z nie- go to przecież biorą się dwie siły w państwie: armia i skarb. Być płatnikiem podatków i żołnierzem, czyż to nie dosyć? Czegóż mu trzeba więcej? Jest on zbrojnym ramieniem wład- cy i dostawcą do jego skarbca. Wspaniała to rola. Ktoś rządzi za naród i dla narodu, słuszne jest więc, żeby mu naród płacił za tę przysługę. Podatki i lista cywilna to zapłata, na którą zarobili sobie książęta, a którą uiszczają im narody. Naród da- je swoją krew i swoje pieniądze i jest rządzony w zamian za. to. Rządzić się samemu — cóż za pomysł obłąkany! Narodowi potrzeba przewodnika. Lud jest ślepy, bo jest ciemny. A każdy ślepiec musi mieć swego psa. Tylko że wobec ludu to lew, król, godzi się pełnić te psie funkcje. Jak wielką jest dobroć jego! Ale dlaczego lud jest ciemny? Dlatego, że trzeba, aby takim 193 13 — Człowiek śmiechu był. Niewiedza to stróż cnoty. Gdzie nie ma widoków, tam nie ma i ambicji; człowiek ciemny żyje pośród dobroczynnej nocy i niczego nie pragnie, ponieważ niczego nie umie zobaczyć., t jest niewinny dzięki temu. Kto czyta, ten myśli, kto myśli, ten rozumuje. Nie rozumować — na tym polega obowiązek człowieka, na tym polega również i jego szczęście. Oto prawdy, którym zaprzeczyć niesposób. Opiera się na nich porządek społeczny. Tak więc oto przywrócono w Anglii święte zasady społecz- nego porządku. Tak więc oto zrehabilitował się naród. Równch- cześnie znów powrócono do naprawdę pięknej literatury. , Z pogardą odrzucono Szekspira i podziwiano Drydena. „Dry- den to największy poeta Anglii, to największy poeta naszych czasów" — głosił Atterbury, tłumacz Achitophela. Była to epoka, w której kiedy Saumaise raczył wdać się v/ dysputę i obrzucić obelgami autora Raju utraconego — Huet, biskup Avranches, tak pisał do Saumaise'a: „Jak może pan zajmo- wać się postacią tak nic nie znaczącą co ów Milton". Wszystko odradzało się i powracało na właściwe miejsce. Dryden szedł w górę, Szekspir spadał w dół, Karol II był na tronie, Crom- well — na szubienicy. Anglia podnosiła się z poniżenia i eks- trawagancyj przeszłości. Jakże wielkie jest szczęście narodu, kiedy monarchia naprowadza go z powrotem na drogę prawo- rządności w państwie i dobrego smaku w literaturze. Doprawdy, w głowie się nie mieści, że ktoś mógłby nie po- znać się na dobrodziejstwach aż tak oczywistych. Odwrócić się od Karola II, niewdzięcznością odpłacić za wspaniałomyślność, jaką okazać raczył wstępując na opróżniony tron — czyż nie była to potworność prawdziwa? Postępek lorda Linneusza C.lancharlie musiał zmartwić każdego uczciwego człowieka. BOCZYĆ się na szczęście własnej ojczyzny — obłęd to nie- wątpliwy! W roku 1650, jak to powszechnie wiadomo, parlament usta- - lił taką oto formułę przysięgi: ,,Obiecuję, że dochowam wier- ności republice, bez króla, bez władcy, bez pana". Lord Cian- 194 charlie, osłaniając się twierdzeniem, że złożył był tę właśnie potworną przysięgę, żył poza granicami królestwa i uznał za swój obowiązek pogrążenie się w smutku, wbrew powszechnej radości. Pielęgnował ponury szacunek dla tego, czego już nie było, zachował dziwaczne przywiązanie do spraw umarłych. Nie było też dla niego żadnego usprawiedliwienia; opusz- czali go najżyczliwsi. Przyjaciele jego przez długi czas darzyli go zaufaniem przypuszczając, że włączył się w republikańskie szeregi po to tylko, by z bliska wybadać błędy i pęknięcia w pancerzu republiki, by — gdy nadejdzie godzina — uderzyć w nią tym skuteczniej, z tym większą korzyścią dla świętej sprawy króla. Takie wyczekiwanie na stosowną chwilę, by zadać wrogowi cios od tyłu, jest również formą lojalności. I tego też spodziewano się po lordzie Ciancharlie, tak bardzo bowiem opinia skłonna była osądzać go życzliwie. Lecz cóż — wobec niepojętego, zatwardziałego republikanizmu starego lorda trzeba było wreszcie odstąpić od owego dobrego mnie- mania. Lord Ciancharlie był najwidoczniej wierny swoim przekonaniom, a więc był głupcem. Pobłażliwsi tłumaczyli postępowanie jego już to dziecinnym uporem, już to starczym otępieniem. Ludzie surowi, sprawiedliwi posuwali się dalej. Piętnowali otwarcie tak uporczywe trwanie w herezji. Głupota ma swoje prawa, ma jednak również i swoje granice. Można być prosta- kiem, nie powinno się jednak być buntownikiem. Kimże był w końcu ów lord Ciancharlie? Odstępcą, zbiegiem! Opuścił swój obóz — arystokrację — i przeszedł do obozu wroga, na stronę ludu. Ów wiemy był pospolitym zdrajcą. To prawda, że ,,zdradził" silniejszego, a dochował wierności słabszemu, to prawda, że obóz, do którego przystąpił, był obozem zwyciężo- nych, to prawda, że przez swoją „zdradę" tracił wszystko — przywilej polityczny, domowe ognisko, parostwo, ojczyznę — a zyskiwał tylko śmieszność, a jedyną korzyścią jego było wy- gnanie. Lecz o czym świadczy to tylko? Że jest on głupcem, każdy chyba przyzna. '' 13' 195 Zdrajca i głupiec — oto jak rzecz się ma. Głupcem wolno być każdemu, ale pod jednym warunkiem: żeby nie dawał złego przykładu. Od głupców wymaga się jed- nego tylko: uczciwości; dzięki niej stać się oni mogą nawet podstawą każdej monarchii. Lecz ciasnota umysłowa tego- Ciancharlie to coś, co trudno sobie nawet wyobrazić. Na całe życie oślepił go fajerwerk rewolucji. Dał się wciągnąć repu- blice i pozwolił jej wyrzucić się poza nawias życia. Obrażał swój własny kraj. Postawa jego była wiarołomstwem naj- czystszej wody. Usunąć się — to tyle samo co znieważyć. Wy- dawać by się mogło, że ucieka przed powszechną radością jak przed cholerą. Jego dobrowolna banicja była stronieniem od narodowej pomyślności. Królestwo potraktował jak zarazę. Wyrastał posępnie ponad uroki monarchii, niby czarna chorą- giew zatknięta na budynku zakaźnego szpitala. Jakżeż mógł — wobec przywrócenia praworządności, podniesienia z upadku narodu, odbudowania religii — pokazywać tak ponure oblicze, mącić cieniem swoim tę pogodę, odwracać się z niechęcią od zadowolonej Anglii! Być chmurą na tym ogromnym, błękitnym niebie! Upodobnić się do groźby! Protestować przeciwko' woli narodu! Odmawiać swej aprobaty powszechnemu zadowoleniu! Byłoby to wręcz ohydą, gdyby nie było przede wszystkim bła- zeństwem. Ten Ciancharlie nie zdawał sobie sprawy, że można wprawdzie pobłądzić z Cromwellem, należy jednak powrócić z Monkiem. O, proszę — Monk na przykład. Był wodzem re- publikańskiej armii; Karol II, powiadomiony o jego uczciwo- ści, pisze doń z wygnania; Monk, który łączy cnotę z chytro- ścią, z początku udaje, potem nagle rozpędza, stojąc na czele swoich wojsk, buntowniczy parlament, intronizuje króla i zo- staje księciem Albemarle, nosi słusznie szczytne imię zbawcy społeczeństwa, opływa w bogactwa, staje się prawdziwą chlu- bą swojej epoki, jest kawalerem orderu podwiązki z perspek- tywą wiecznego spoczynku w Westminsterze. Tak ogromna jest sława wiernego Anglika. Lord Ciancharlie nie potrafił wznieść się na te wyżyny w pojmowaniu swojego obowiązku. 196 Obrał sobie zaślepienie i bezwład wygnania. Zadowolił się pu- stą deklamacją. Człowieka tego poraziła pycha. Słowa — su- mienie, godność itd. — to wreszcie tylko słowa. Trzeba pa- trzyć dalej. Otóż lord Ciancharlie nie potrafił patrzyć dalej. Miał on su- mienie krótkowidza, zanim dokonał jakiegokolwiek czynu, musiał najpierw przyjrzeć się mu z aż tak bliska, by móc po- czuć, jaką wydziela woń. I stąd też jego bezsensowne wstręty. Z podobną wrażliwością niesposób być mężem stanu. Nadmiar uczciwości przeradza się w kalectwo. Człowiek zbyt skrupu- latny — to bezręki wobec berła, które pochwycić należy, to eunuch wobec fortuny, którą należy zaślubić. Strzeżcie się skrupułów. Mogą one zawieść daleko. Nierozsądna wierność to .schody piwniczne prowadzące w dół. Jeszcze jeden stopień, jeszcze jeden i jeszcze jeden i oto nagle znajdujemy się wśród ciemności. Zręczniejsi wracają na górę, naiwni zostają. Nie wolno dopuścić lekkomyślnie, by sumienie zaprowadziło nas na bezdroża. Stopniowo, stopniowo dochodzi się wreszcie do purytanizmu politycznego, najbardziej .nasyconej barwy. A wówczas człowiek jest zgubiony. To się właśnie zdarzyło •• lordem Ciancharlie. Zasady stają się w końcu przepaścią bez wyjścia. Spacerował sobie z rękami założonymi z tyłu nad brzegiem Genewskiego Jeziora. Piękny los. Wspominano czasami w Londynie o tym nieobecnym. W oczach publicznej opinii był on prawie jak oskarżony. I bro- niono go, i potępiano. A wszyscy stwierdzali zgodnie, że głu- pota jest w tym wypadku okolicznością łagodzącą. Wielu spośród byłych entuzjastów byłej republiki przeszło na stronę Stuartów. Można im to tylko chwalić. Ci, oczywiście, szkalowali go nieco. Oporni niemili są tym, co starają się przy- podobać. Co bystrzejsi spośród dobrze widzianych i dobrze opłacanych na dworze, urażeni jego nieprzyjemną postawą, mawiali chętnie: „Jeżeli się nie przyłączył, to dlatego, że ofia- rowano mu zbyt niską zapłatę" itd. „Chciał zostać kanclerzem, 197 a król uczynił nim lorda Hyde" itd. A jeden spośród jego „dawnych przyjaciół" dodawał nawet szeptem: „Sam mi to powiedział". Choć Linneusz Cłancharlie żył bardzo samotnie — przez wygnańców napotkanych przypadkiem, przez starych królobójców, jak Andrew Broughton, co zamieszkiwał w Lo- zannie, dochodziły go czasami niektóre z tych zdań. Ograniczał się wówczas w odpowiedzi do lekkiego wzruszenia ramion — znak to najgłębszego otępienia. Raz jeden nawet uzupełnił to wzruszenie ramion takimi oto słowami: „Żal mi tych, co w to wierzą". i IV Karol II, człowiek dobry, miał go w pogardzie. Szczęście Anglii pod panowaniem Karola II było nie szczęściem już wła- ściwie, a wniebowzięciem. Restauracja to jakby stary, poczer- niały obraz, który odczyszczono; przeszłość ożywa. Powróciły stare, dobre obyczaje, piękne kobiety rządziły i królowały. Evelyn wspomina o tym w swoim dzienniku: „Rozpusta, pro- fanacja, obraza boska. Pewnej niedzieli wieczorem widziałem króla w otoczeniu kochanie, widziałem tę Portsmouth, tę Cle- veland, tę Mazarin i jeszcze dwie czy trzy w galerii gry, wszy- ' stkie na pół nagie". W opisie tym da się wyczuć pewna nie- chęć; lecz Evelyn był zrzędliwym purytaninem, otumanionym przez republikańskie mrzonki. Nie potrafił docenić, jak korzy- stnym przykładem są takie królewskie zabawy, babilońskie w wielkim stylu, jak bardzo przykład taki wpływa na wzrost wytwomości i luksusu. Nie potrafił on zrozumieć pożyteczno- ści występku. Nie tępcie występku, jeżeli chcecie mieć czaru- jące kobiety — oto reguła. W przeciwnym wypadku podobni będziecie głupcom, co niszczą gąsienice przepadając za mo- tylami. Tak więc Karol II ledwie że pamiętał o istnieniu nieprzejed- nanego republikanina imieniem Cłancharlie. Jakub 15 jednak- że odznaczał się większą czujnością i uwagą. Karol II rządził 198 łagodnie, miękko, taki już miał obyczaj; i powiedzmy od razu, że wcale nie rządził gorzej z tego powodu. Marynarz na linie przeznaczonej do ujarzmienia wiatru robi nieraz luźną pętlę, którą zaciska później sam wiatr. Tak wielkim bowiem głupcem jest i huragan, i lud. Rządy Karola II były właśnie ową luźną pętlą, która zresz- tą zacisnęła się bardzo szybko. Zaciskanie to rozpoczęło się ze wstąpieniem na tron Jaku- ba II. Dławiono coraz staranniej wszystko, co pozostało jeszcze po rewolucji. Jakub II żywił chwalebną ambicję, by panować skutecznie. Rządy Karola II były, zdaniem jego, zaledwie pierwszym zarysem restauracji. Jakub II pragnął bardziej cał- kowitego, bardziej trwałego przywrócenia praworządności. Jakże żałował, że w roku 1660 poprzestano na powieszeniu dziesięciu tylko królobójców. Postanowił bardziej rzeczowo zabrać się do odbudowy królewskiej władzy. Wprowadził w ży- cie zasady rzeczywiście poważne, zapanowała sprawiedliwość, ta prawdziwa, co wznosi się ponad sentymentalne deklamacje i na pierwszym miejscu stawia społeczny interes. Po takiej opiekuńczej surowości poznać można prawdziwego ojca pań- stwa. Jakub II oddał sprawiedliwość w ręce Jeffreysa, szpadę — w ręce Kirke'a. Kirke mnożył przykłady. Ów pożyteczny pułkownik kazał dnia pewnego trzy razy pod rząd wieszać i odcinać tego samego człowieka, republikanina, pytając go po każdym zdjęciu z szubienicy: ,,Wyrzekasz się republiki?" Zło- czyńca za każdym razem odpowiadał przecząco, aż skonał wreszcie. „Powiesiłem go czterokrotnie" — rzekł Kirke z za- dowoleniem. Powrót do tortur i kaźni to znak, że władza okrze- pła w swej sile. Lady Lyle, która wyprawiła przecież swego syna na wojnę przeciw Montmouthowi, została jednak skaza- na na śmierć za to, że przechowała u siebie dwu buntowników. Inny buntownik, który zachował jeszcze dość uczciwości, by wyznać, że pewna kobieta, anabaptystka, udzieliła mu schro- nienia, został ułaskawiony. Ową kobietę zaś spalono żywcem. Kiedy indziej znów Kirke wieszając dziewiętnastu mieszczan 199 <:lał do poznania pewnemu miastu, iż wie dobrze o panujących tam republikańskich nastrojach. Odwet to jak najsłuszniejszy zaiste, bo pomyślmy tylko — z.a czasów Cromwella obcinano po kościołach uszy i nosy świętym figurom z kamienia'. Ja- kub II, który potrafił dobrać sobie Jeffreysa i Kirke'a„był księ- ciem przesiąkniętym religijnością najszczerszą, umartwiał się szpetotą swoich kochanek i słuchał ojca Colombiere, kazno- dziei, co kazał z namaszczeniem równym prawie namaszczeniu ojca Cheminais, tylko że jeszcze żarliwiej. Ojciec Colombiere tym poszczycić się może, że przez pierwszą połowę swego ży- cia był doradcą Jakuba II, przez drugą zaś — spowiednikiem i inspiratorem Marii Alacoque. To dzięki tej silnej pożywce religijnej właśnie mógł później Jakub II tak godnie znosić wy- gnanie, kiedy to usunąwszy się do Saint-Germain stanowił przykład prawdziwy króla, co wyższy jest nad zmienne losy fortuny. I dożył tam do końca swoich dni, lecząc skrofuły do- tknięciem dłoni i prowadząc pobożne rozmowy z jezuitami. Pojąć nie trudno, że król ów musiał zainteresować się w ja- kiś sposób buntownikiem tej miary co lord Linneusz Cian- charlie. Parostwa dziedziczne i przenaszalne mogą stać się nie lada kąskiem; jasne więc było, że jeżeli trzeba będzie zabez- pieczyć się jakoś od strony tego lorda, Jakub II nie zawaha się na pewno. II LORD DAWID DIRRY-MOIR Lord Linneusz Ciancharlie nie zawsze był banitą i starcem. I on też miał swój okres namiętnej młodości. Wiemy — od Harrisona i Pride'a — że młody Cromwell też lubił kobiety i uciechy; niekiedy (inny aspekt kobiecego zagadnienia) zapo- wiada to buntownika. Nie ufajcie źle zawiązanym pasom. Mdlę praecinctum juyenem cavete. 200 Lord Ciancharlie, tak jak i Cromwell, miał swoje chwile szaleństwa i zapomnienia. Wiedziano też ogólnie, że zostawił dziecko nieprawe, syna. Syn ów narodził się w Anglii, kiedy republika już upadała, kiedy ojciec jego szedł na wygnanie. Dlatego też nigdy nie poznał tego swego ojca. Ów bękart lor- da Ciancharlie wzrastał na dworze Karola II jako królewski paź. Zwano go lordem Dawidem Dirry-Moir; został lordem „z łaskawości", matka jego była bowiem damą szlachetnego rodu. Kiedy lord Ciancharlie prowadził w Szwajcarii żywot. samotnego puszczyka, matka ta, osoba wielkiej urody, zajęła wobec zmian w kraju stanowisko mniej nieprzejednane. Prze- baczono jej też pierwszego kochanka — nieujarzmionego dzi- kusa — dzięki następnemu, który był człowiekiem ponad wszelką wątpliwość układnym i rojalistą — był to bowiem sam król. Dama ta była więc kochanką Karola II przez czas pewien, dość długo w każdym razie, by jego królewska mość uradowany, że udało się mu odbić republice ową piękność, uczynił małego lorda Dawida, syna uroczej branki, jednym ze stu siedemdziesięciu królewskich pokój owców z prawem no- szenia wielkiej szpady; później nieco wszedł on do grona pen- sjonariuszy królewskich, został jednym z czterdziestu halabar- dników noszących złotą halabardę; z mocy przywileju nada- nego przez Henryka VIII królewskim dworzanom miał on rów- nież prawo stawiania półmisków na królewskim stole. Tak więc kiedy ojciec jego siwiał powoli na wygnaniu, lord Dawid żył sobie w najlepsze na dworze Karola II. A i później, za Jakuba II, też dobrze mu się wiodło. Król umarł, niech żyje król! czyli nora deficit alter, aureus!' Ze wstąpieniem na tron księcia Yorku lord Dawid otrzymat oficjalne prawo podpisywania się lord Dawid Dirry-Moir, od dóbr lennych, które matka umierając pozostawiła mu w spad- ku. Dobra owe leżały w Szkocji, w wielkiej puszczy, gdzie na- potkać można ptaka zwanego krąg, co żłobi sobie dziobem gniazdo w pniu dębu. • m II Król Jakub II pragnął być nie tylko królem, lecz również i wielkim wodzem. Chętnie otaczał się młodymi oficerami. Lu- bił pokazywać się publicznie konno, w hełmie i w pancerzu, a obfita peruka spadała mu spod hełmu na pancerz; prawdziwy konny pomnik wojennej głupoty. Upodobał on sobie ujmującą powierzchowność młodego lorda Dawida. Wybaczył mu ojca — republikanina; ojciec, którego się człowiek wyrzeka, nie bywa przeszkodą w robieniu kariery u dworu. Król mianował lorda Dawida swoim pokojowcem przybocznym z pensją ty- siąca funtów. Był to zaszczyt nie lada. Pokojowiec przyboczny sypia w królewskiej sypialni, na łożu rozstawianym w pobliżu łoża królewskiego. Pokojowców takich jest dwunastu i zmieniają •się oni w sypialni króla co noc. Prócz tego był lord Dawid generalnym nadzorcą królew- skiego spichrza z owsem dla koni, z pensją dwustu sześćdzie- sięciu funtów. Miał więc pod sobą pięciu woźniców królew- skich, pięciu pocztylionów królewskich, pięciu giermków królewskich, pięciu masztalerzy królewskich, dwunastu ludzi z pieszej królewskiej straży i czterech królewskich lektyka- rzy. Jemu również podlegała opieka nad sześciu końmi wyści- gowymi, które król utrzymywał w Haymarket, co kosztowało go rocznie sześćset funtów. Lord Dawid rządził samowładnie w królewskiej szatni, która dostarcza strojów ceremonialnych kawalerom orderu podwiązki. Królewski odźwierny z czarną rózgą kłaniał mu się aż do ziemi. Urząd ten sprawował za cza- sów Jakuba II kawaler Duppa. Lord Dawid zyskał sobie rów- nież szacunek pana B.akera, królewskiego pisarza, i pana Browna, pisarza parlamentu. Wspaniały dwór angielski słynie z gościnności. Lord Dawid, jako jeden z dwunastu, prezydował przy biesiadach i przyjęciach. Przypadał mu również zaszczyt stania za królem w dni ofiary, kiedy to władca daje na Kościół złotą monetę bizantyjską, bysantium, w dni wstęgi, kiedy to •202 władca nakłada wstęgę swego zakonu, i w dni komunii, kiedy to przyjmują Najświętszy Sakrament tylko król i książęta, nikt więcej. On to również w Wielki Czwartek wprowadzał przed oblicze króla dwunastu ubogich, którym król dawał w jałmuż- nie tyle srebrnych groszy, ile liczył sobie lat życia, i tyle szy- lingów, ile liczył sobie lat panowania. Kiedy król chorował, jego to funkcją było przywoływanie dwu księży, zastępców wiel- kiego wikariusza, dla dotrzymania królowi towarzystwa i nie- dopuszczanie do łoża chorego majestatu lekarzy, chyba że za specjalnym zezwoleniem rady stanu. Prócz tego był on jeszcze podpułkownikiem szkockiego regimentu gwardii królewskiej, tego właśnie, co grywa szkockiego marsza na kobzach. W tym też charakterze odbył lord Dawid kilka wypraw wo- jennych, i to zaszczytnie, gdyż był rzeczywiście dzielnym woj- skowym. Był to pan odważny, silny, piękny, wspaniały, wiel- ce wytwornej postawy i obyczajów. Osoba jego odpowiadała jego pozycji. Był równie wysoki i urodzeniem, i wzrostem. W pewnej chwili miał on już nawet zostać mianowanym groom pf the stole, przez co uzyskałby przywilej podawania królowi koszuli przy ubieraniu; na to trzeba jednak być księ- ciem albo parem. Stworzyć para — to poważna sprawa. Trzeba najpierw stwo- rzyć parostwo, czyli mnóstwo zawistnych. Byłaby to szczegó]- na łaska królewska, 'a każda łaska przysparza królowi na stu wrogów jednego tvl'ko przyjaciela, nie mówiąc już o tym, ze przyjaciel ten okazuje się w końcu niewdzięcznikiem. Jakub II, polityk wytrawny, nie lubił stwarzać nowych parostw, już istnieiace natomiast przekazywał bardzo chętnie. Przekazanie parostwa nie wywołuje poruszenia. Jest to po prostu dalsze trwanie nazwiska. Nie zmienia się grono lordów. Dobra wola królewska bynajmniej nie wzdragała się przed tym, by wprowadzić lorda Dawida Dirry-Moir do Wysokiej Izby, byleby się to jednak odbyło poprzez bramę przekazanego 203 parostwa właśnie. Jego królewska mość czekał tylko na spo- sobność, by Dawida Dirry-Moir, lorda „z łaskawości", uczynić lordem rzeczywistym, z prawa, III Sposobność taka nadarzyła się niebawem. Dnia pewnego dotarły do Anglii wieści o starym banicie, lordzie Linneuszu Ciancharlie. A najdonioślejsza z nich — że oto zmarł był właśnie. Śmierć o tyle jest pożyteczna dla czło- wieka, że odświeża pamięć o nim na chwilę. Każdy też opo- wiadał wszystko, co wiedział, lub też co mniemał, że wie, o ostatnich latach życia lorda Linneusza. W przeważnej mie- rze były to zapewne legendy i wymysły. Jeśliby uwierzyć tym- opowieściom — nader wątpliwym na pewno — republikanizm lorda Ciancharlie wzmógł się u schyłku jego życia tak dalece, jak utrzymywano, że stary buntownik zaślubił — do tego sto- pnia zdziczał na wygnaniu! — córkę jednego z królobójców, Ann Bradshaw — tak, podawano nawet jej nazwisko — która , również umarła wydawszy na świat dziecko, chłopca, który jeżeli oczywiście wszystkie te szczegóły są prawdziwe, byłby legalnym synem i jedynym spadkobiercą lorda Ciancharlie. Słuchy te, mgliste, mało prawdopodobne, bardziej przypomina- ły zwykłą plotkę niż poważną, wiarygodną wiadomość. Dla ówczesnej Anglii Szwajcaria leżała co najmniej tak daleko jak •dziś Chiny. Lord Ciancharlie miałby więc żeniąc się lat pięć- dziesiąt dziewięć, a w chwili urodzenia się syna lat sześćdzie- siąt. Umarł jakoby wkrótce potem, pozostawiając dziecko, sierotę bez ojca i matki. Zapewne, że mogło się tak zdarzyć, wyglądało to wszystko jednak dość nieprawdopodobnie. Doda- wano jeszcze, że dziecko jest ,,śliczne jak aniołek", jak zwykle, jak w każdej bajce. Król Jakub położył wreszcie kres tym po- głoskom, najoczywiściej zupełnie bezpodstawnym, ogłaszając dnia pewnego lorda Dawida Dirry-Moir jedynym i wyłącznym spadkobiercą — w braku legalnego potomstwa i z woli króla — 204 lorda Linneusza Ciancharlie, jego ojca naturalnego, ,,po spraw- dzeniu i dowiedzeniu, że nie żyją żadni inni krewni i zstępni pomienionego lorda"; dekret nominacyjny potwierdzony zo- stał przez Izbę Lordów. W nadanym przywileju król przeka- zywał lordowi Dawidowi Dirry-Moir wszystkie tytuły i prawa zmarłego lorda Linneusza Ciancharlie, z jednym warunkiem tylko: ażeby lord Dawid zaślubił — gdy dojdzie ona do stosow- nego wieku — pewną pannę, która w chwili nadania przywi- leju miała zaledwie kilka miesięcy, pannę, którą król już w ko- łysce uczynił księżniczką. Dlaczego? — nikt nie wie. Czyli że wszyscy wiedzą aż nadto dobrze. Dziecko to zostało nazwane 'księżniczką Jozjaną. W Anglii panowała wówczas moda na hiszpańskie imiona. Jeden z bękartów Karola II nazywał się Carlos hrabia Pły- mouth. Josiana — był to zapewne skrót dwu imion, Josefa i Ana. A może nawet istniało imię Josiana, tak jak istniało imię Josias. Pewien szlachcic z otoczenia Henryka III, Josias du Passage, nosił je przecież. Tej to właśnie małej księżniczce nadał król parostwo Cian- charlie. Przyszły jej mąż miał zostać parem. Parostwo to skła- dało się z dwu kasztelani! — baronii Ciancharlie i baronii Hunkerville; prócz tego każdy lord Ciancharlie — za specjal- nym zezwoleniem królewskim otrzymanym za jakąś dawną już, zbrojną przysługę — był markizem Corleone na Sycylii. Parom Anglii nie wolno w zasadzie używać cudzoziemskich tytułów; zdarzają się jednak wyjątki; tak więc na przykład Henryk Arundel, baron Arundel de Wardour, był hrabią Świę- tego Cesarstwa, jak również i lord Clifford, a lord Cowper był tegoż cesarstwa księciem; książę Hamilton we Francji nosi tytuł księcia de Chatellerault; Basil Feilding, hrabia Denbigh, jest w Niemczech hrabią von Habsburg, von Lauffenburg i von Rheinfelden. Książę Mariborough był księciem Mindelheim w Szwabii, a książę Wellington — księciem Waterloo w Belgii. Ten sam książę Wellington był również księciem hiszpańskim de Ciudad-Rodrigo i hrabią portugalskim de Yimeira. 205 W Anglii istniały dawniej i dziś jeszcze istnieją ziemie szla- checkie i ziemie nieszlacheckie. Ziemie należące do lorda Cian- eharlie były wszystkie szlacheckie, bez wyjątku. Ziemie te, zamki, miasta, bajlify, lenna, renty, alodia i włości przynależ- ne do parostwa Clancharlie-Hunkerville były przejściowo wła- snością księżniczki Jozjany, król oświadczył bowiem, że po zaślubieniu jej lord Dawid Dirry-Moir zostanie baronem Cian- charlie. Prócz dziedzictwa Ciancharlie lady Jozjana miała również i swój majątek osobisty. Posiadała rozległe dobra, pochodzące częściowo z darowizny uczynionej przez Madame sans ąueue dla księcia Yorku. Madame sans ąueue — czyli po prostu Madame. Zwano tak Henriettę Angielską, księżnę Orleanu, pierwszą damę Francji po królowej. IV Interesy lorda Dawida rozwijały się więc nader pomyślnie za panowania Karola i Jakuba II. To samo działo się i później, za panowania Wilhelma. Jakobinizm młodego lorda nie zapro- wadził go za Jakubem na wygnanie. Choć nadal kochał swego prawowitego króla, zdrowy rozsądek nakazał mu oddać swe usługi uzurpatorowi. Był on zresztą oficerem znakomitym, choć może nieco niezdyscyplinowanym. Z armii lądowej prze- szedł teraz do floty i odznaczył się świetnie w tak zwanej Białej Eskadrze. Zyskał też stopień ,,kapitana lekkiej fregaty". Lord Dawid stał się z czasem nieporównanym galantem, ze- psucie jego cechowała wytworność niedościgniona, był trochę poetą, jak wówczas wszyscy, wiernym sługą państwa, wier- nym sługą króla, brał udział we wszystkich zabawach i galach, we wszystkich dworskich ceremoniach i uroczystościach, i w bitwach, w potrzebie to służalczy, to wyniosły, ze wzro- kiem raz krótkim, raz bystrym, zależnie od przedmiotu, na który spoglądał właśnie, chętnie uczciwy, gdzie należy uniżo- ny, gdzie należy arogancki, serdeczność \ szczerość pierwszego 206 odruchu potrafił szybko skrywać pod obojętną maską, znako- micie zaobserwować umiał każdą najlżejszą zmianę w uspo- sobieniu królewskim, był lekkomyślny, beztroski wobec ostrza szpady i gotów każdej chwili ryzykować życie na jeden znak jego królewskiej mości, służalczo a odważnie, był zdolny do każdego wybryku, niezdolny do żadnej niegrzeczności, był dwornym i wytrawnym znawcą etykiety, dumnie przyklękał przed majestatem podczas wielkich uroczystości na dworze, był mężny i wesoły, z wierzchu — dworzanin, spodem — ry- cerz średniowieczny, pełen młodości pomimo swoich czterdzie- stu pięciu lat. Lord Dawid śpiewał również francuskie piosenki, wytworne a zabawne, które tak bardzo podobały się Karolowi II. Lubił też piękną wymowę, kwiecisty styl. Głęboko podzi- wiał słynne pomniki gadulstwa — Mowy pogrzebowe Bossueta. Spadek po matce przynosił mu jakie takie zaopatrzenie, oko- ło dziesięciu tysięcy funtów, czyli dwadzieścia pięć tysięcy franków renty. Radził sobie zaciągając długi. Lord Dawid nie- doścignionym był w rozrzutności, w zbytku, w wynajdywaniu coraz to innych modnych szaleństw. Kiedy go zaczynano na- śladować — zmieniał sposób ubierania się natychmiast. Do konnej jazdy używał wygodnych butów z krowiej skóry, z ostrogami. Takich kapeluszy nie miał nikt w Anglii, stroił się w koronki niespotykanej piękności, a żaboty nosił jedyne w świecie. III KSIĘŻNICZKA JOZJANA ^ W roku 1705 lady Jozjana miała już dwadzieścia trzy lata, a lord Dawid czterdzieści cztery, małżeństwo ich nie zostało jednak jeszcze zawarte z przyczyn najprostszych w świecie. '207 Czyżby czuli "nienawiść do siebie? Nie, bynajmniej. Ale nie śpieszy się nam zazwyczaj do tego, co jak wiemy, i tak nam się nie wymknie. Jozjana chciała być wolna, lord Dawid chciał być młody. Chciał związać się jak najpóźniej, wydawało mu się, że przedłuży tym sposobem swoją młodość. W owej epoce wytwornej zalotności wielu było takich zapóżnionych mło- dzieńców; gdy fircyk siwiał, przychodziła mu w sukurs peru- ka, później puder. Lord Karol Gerrard, baron Gerrard des Gerrards de Bromley, w pięćdziesiątym piątym roku życia na- pełniał, cały Londyn rozgłosem swych miłosnych przygód. Ładna i młoda księżna Buckingham, hrabina Coventry, po- pełniała' prawdziwe szaleństwa z miłości do pięknego sześć- dziesięciosiedmiolatka, Tomasza Bellasyse, wicehrabi Falcom- berg. Powtarzano słynne wiersze siedemdziesięcioletniego Corneille'a do dwudziestoletniej kobiety: ,,Markizo, gdyby moje lica ..." I kobiety również miewały jesienie pełne bla- sku. Przykładem Ninon i Marion. Usiłowano naśladować te wzory. Jozjanę i Dawida łączyła zalotność z lekka osobliwa. Nie kochali się, ale podobali się sobie. Krążyli dokoła siebie i to. im wystarczało. I po cóż było się śpieszyć z ostatecznym za- kończeniem? Czytywane wówczas romanse zachęcały kochan- ków i narzeczonych do przebywania przez takie okresy próby; było to nawet bardzo w modzie. Zresztą Jozjana, choć wie- działa o swym nieprawym pochodzeniu, czuła się przecież księżniczką krwi i traktowała lorda Dawida nieco z góry, choć łaskawie. Podobał się jej bardzo. Dawid był piękny, ale to sta- nowiło już tylko drobny dodatek. Znajdywała, że jest wy- tworny. A wytv;o" ość — to wszystko. Kaliban, elegancki i wspa- niały, pozostawiłby hen w tyle ubogiego Ariela. Lord Dawid był piękny — tym lepiej; uroda u mężczyzn chadza zwykle w parze ze zniewieściałością; lecz on nie był zniewieściały. Zakładał się, boksował, robił długi. Jozjana z uznaniem pa- trzyła na jego konie, psy, kochanki, na przegrane w grze. 208 A lord Dawid znajdował się pod urokiem księżniczki Jozjany, dziewicy bez skazy i bez skrupułów, dumnej, niedostępnej i śmiałej. Pisywał do niej sonety, które Jozjana czytywała czasami. W sonetach tych stwierdzał, że posiąść Jozjanę to wznieść się aż do gwiazd, co nie przeszkadzało zresztą, że z roku na rok odkładał chwilę tego wniebowstąpienia. Anty- szambrował u drzwi do serca Jozjany i taki stan najbardziej odpowiadał im obojgu. U dworu podziwiano to zwłóczenie ze ślubem jako przejaw najlepszego smaku. Lady Jozjana ma- wiała nieraz: „Jakież to przykre, że muszę poślubić w końcu lorda Dawida. A tak bym pragnęła się w nim zakochać". Jozjana cała była ciałem tylko, tylko wspaniałością. Wysoka, nawet nieco zbyt wysoka. Włosy jej miały odcień, który na- zwać by można purpurowopłowym. Była tęga, świeża, silnie zbudowana, biała i różowa, niezwykle śmiała i dowcipna. Oczy jej mówiły aż nazbyt wiele. Nie miała dotąd kochanka, ale nie była też niewinna. Otoczyła się nieprzebytym murem py- chy. Mężczyźni? Cóż za pomysł! Co najwyżej bóg mógłby być jej godnym; albo potwór. Jeżeli istotą cnoty jest niedostęp- ność, Jozjana była jej posągiem prawdziwym, samą cnotą, bez odrobiny niewinności. Przygód miłosnych nie miewała, z po- gardy; nie obraziłaby się jednak wcale, gdyby ją o to posą- dzano, byleby były one niezwykłe, niecodzienne, na miarę ta- kiej właśnie jak ona osoby. Mało ją obchodziła reputacja, dbała tylko o rozgłos. Wydawać się łatwą, a być niedostępną — oto arcydzieło. Jozjana — był to tylko majestat i zmysły. Uroda jej bardziej przytłaczała, miażdżyła, niż czarować mo- gła. Deptała po sercach. Była cała ziemska tylko. Gdyby jej ktoś powiedział, że w piersiach ma duszę, zdziwiłaby się nie mniej, niż gdyby dostrzeżono u jej ramion skrzydła. Rozpra- wiała o filozofii Locke'a. Maniery miała nienaganne. Podej- rzewano, że umie po arabsku. Cielesność i kobiecość — to dwie różne rzeczy. Kobieta zawsze ma jakąś stronę słabą, litość na przykład, która tak łatwo przeradza się w miłość. Jozjana nie miała słabych stron. 14 — Człowiek śmiechu 209 A jednak nie była nieczuła. Antyczne porównanie ciała z mar- murem jest najbardziej fałszywe. O pięknie ciała stanowi to właśnie, że nie jest ono marmurem; ciało pulsuje, drży, ru- mieni się i krwawi; jędrne jest, lecz nie twarde, nie zimne, choć białe; ciało czuje dreszcze, podlega niemocy: ciało jest życiem, marmur — śmiercią. Na pewnym stopniu urody ciało ma nieomal że prawo do nagości; spowija je bowiem zasłona z blasku; ten, co by ujrzał nagą Jozjanę, widziałby ją poprzez świetlistą mgłę. Chętnie ukazałaby się tak satyrowi lub eunu- chowi. Zachcianki jej były na miarę greckiej mitologii. Z na- gości swej uczynić komuś mękę, wymykać się Tantalowi — oto gra, która by mogła ją zabawić. Król uczynił ją księżniczką, Jowisz — nereidą. Postać jej promieniowała niepokojącym, podwójnym blaskiem. Ten, co ją podziwiał, stawał się równo- cześnie i poganinem, i lokajem. Nieprawe łoże i ocean dały jej życie. Wydawać by się mogło, że wyłoniła się z piany. Fala morska rziuciła ją na królewski dwór. Było w niej coś z morza, coś z przypadku, coś z kasztelanki i coś z burzy. Wykształcona, oczytana. Namiętności nie miały do niej przystępu, a zgłębiła je wszystkie aż do dna. Do urzeczywistnień czuła i wstręt, i pociąg. Jeżeliby przebiła się sztyletem, to już po wszystkim, jak Lukrecja. Dziewica ta poznała w wyobraźni wszelką roz- pustę, wszystkie występki. W tej rzeczywistej Dianie kryła się potencjalna Astarte. Dumna ze swego wysokiego rodu, była prowokująca, a niedostępna. Kto wie jednak, czy dnia pewne- go nie zapragnie sama stworzyć sobie okazji do upadku. Za- mieszkiwała na jasnym obłoku chwały, nieraz jednak korciło ją, by zejść z niego czy też spaść nawet. Ciekawiło ją, jak to będzie. Była nieco za ciężka, by żyć na obłoku. Przyjemnie jest spadać. Książęca swoboda daje przywileje, upoważnia do próby, osoba rodu książęcego bawi się tylko tam, gdzie mieszczka gubi się bezpowrotnie. Jozjana urodzeniem swym, pięknością, świetnością, ironią była prawie królową. Kiedyś zachwycił ją na chwilę Ludwik de Bouffiers, który kruszył w palcach podkowy. Jakże żałowała, że Herkulesa nie było już 210 na świecie! Życie jej upływało w jakimś dziwnym trochę ocze- kiwaniu na ideał lubieżny, a wyniosły. Moralność Joejany przywodziła na myśl zdanie z listu do Pisonów: Desinit in piscem: „Piękne popiersie kobiece przedłuża się kształtem hydry", Była to pierś szlachetna, olśniewająco piękna, poruszana harmonijnie uderzeniami królewskiego serca, spojrzenie żywe i jasne, oblicze wyniosłe i czyste, lecz — kto wie? — spodem, w głębi, w ledwie dostrzegalnej mętnej przezroczy krył się może jakiś dalszy ciąg, jakieś przedłużenie niezwykłe, po- krętne, potworne, smocze. Wyniosła cnota w głębinach marze- nia przeradzała się w rozpustę. II A z tym wszystkim — afektowana wykwintnisia. Tak nakazywała moda. Przypomnijmy sobie choćby Elżbietę. Elżbieta stworzyła typ kobiecy, który obowiązywał w Anglii przez cały wiek szesnasty, siedemnasty, a nawet i osiemnasty. Elżbieta była więcej niż Angielką, bo anglikanką. Stąd głęboki szacunek Kościoła episkopalnego dla tej królowej, szacunek, który żywił dla niej również i Kościół katolicki, 'z lekką do- mieszką ekskomuniki co prawda. Anatema rzucona na Elżbie- tę 2mienia się w ustach Sykstusa V w madrygał. Un grań cer- vello di principessa — tak powiada. Maria Stuart, bardziej zajęta swoją kobiecością niż religią, nie okazywała siostrze swej, Elżbiecie, tak wielkiego szacunku. Pisała do niej jak królowa do królowej, jak kokietka do świętoszki: „Wasza niechęć do małżeństwa stąd się bierze, że nie chcecie utracić swobody w dobieraniu sobie kochanków". Maria Stuart trzymała w rę- ku wachlarz, Elżbieta — topór. Partia nierówna. Rywalizo- wały też ze sobą na terenie literatury. Maria Stuart układała francuskie wiersze, Elżbieta tłumaczyła Horacego, Elżbieta, 14' 21.1 brzydka, kazała uznać się za piękność, lubiła czterowiersz i akrostych, wymagała, by klucze miast wręczali jej mali chłopcy, piękni jak amorki, zaciskała wargi na sposób włoski i powłóczyła oczami na sposób hiszpański, miała w swojej szatni trzy tysiące toalet i ubiorów, wśród nich kilka kostiu- mów Minerwy i Amfitryty, ceniła sobie szerokie bary Irland- czyków, poduszeczki podtrzymujące krynolinę naszywać ka- zała cekinami, niezwykle kochała róże, klęła, wymyślała, tupała, rozdawała kuksańce swoim dworskim pannom, posyłała w diabły Dudleya, biła kanclerza Burleigha, a ten płakał, sta- ry głupiec, pluła na Mathewa, szarpała za kołnierz Hattona, policzkowała Essexa, wypinała się na Bassompierre'a i była dziewicą. To samo, co ona wobec Bas'sompierre'a, uczyniła' niegdyś królowa Saba wobec króla Salomona 1. Czegóż więc wymagać więcej, można się przecież powołać na przykład z Pisma świę- tego. Wszystko, co biblijne, może być też i anglikańskie. A ów precedens biblijny idzie jeszcze dalej, rodzi się bowiem dziec- ko zwane Ebnehaquem albo Melilechet, czyli „Syn mędrca". I cóż zarzucić można takim obyczajom? Cynizm wart tyleż co i hipokryzja. Dzisiaj Anglia ma swego Loyolę imieniem Wesley i na wspomnienie swojej przeszłości spuszcza oczy. I wstydzi się jej, i jest z niej dumna. Obyczajom tym towarzyszył powszechna wśród kobiet, a szczególnie wśród pięknych kobiet, pociąg do ułomności i brzydoty. I cóż po urodzie, jeżeli się nie ma swojego potwor- ka? Cóż po koronie, jeżeli nie ma qu,asimodo, co by mówił kró- lowej po imieniu? Maria Stuart miała ,,słabość" do błazna, Ri7Z,ia. Maria Teresa hiszpańska traktowała „dość poufale" pewnego Murzyna. Stąd też zapewne i nazwa „czarna ksieni". W alkowach wielkiego stulecia garb mile bywał widziany; przykładem marszałek Luxemburg. l Regina Saba córom rege crura denv.da.vit. Schicklardus in Proaem- Tarich. Jersici F. 65. 212 A wcześniej jeszcze Kondeusz, „ten mały mężczyzna, taki ładny". Nawet i słynna piękności bywały nieraz nie całkiem po- prawnie ukształtowane. Nikomu nie wydawało się to niesto- sowne. Anna Boleyn miała jedną pierś większą nieco, sześć palców u ręki i krzywe zęby. La Valliere była koślawa. A mi- mo to i Henryk VIII, i Ludwik XIV szaleli z miłości. Równie częste bywały też i moralne zboczenia spotykane u wszystkich prawie dam z wyższych sfer. W Agnieszce mie- szkała Meluzyna. W dzień kobieta, wampirem stawała się w nocy. Całowały te panie świeżo ścięte głowy skazańców, za- tknięte na żelazny pal. Małgorzata de Valois, prababka tych afektowanych wykwintniś, miała poprzyszywan.e do paska u halki pudełeczka z białej blachy, zamknięte na kłódki. W pu- dełeczkach tych znajdowały się serca jej umarłych kochan- ków. A Henryk IV skrył się pod suknię nałożoną na tę oso- bliwą krynolinę. W XVIII wieku księżna de Berry, córka regenta, to najdo- skonalszy typ z tego gatunku, królewski, a rozpustny. Piękne panie znały również łacinę. Od XVI wieku liczy się to jako jeszcze jeden urok kobiety. Jane Grey była osobą tak wykwintną, że znała nawet język hebrajski. Księżniczka Jozjana zabawiała się więc łaciną. Co więcej — rzecz to również bardzo wytworna — była katoliczką. W ta- jemnicy, powiedzmy to od razu, i bardziej na modłę Karola II, swego wuja, niż na modłę Jakuba II, swego ojca. Jakub przez katolicyzm utracił królestwo, Jozjana zaś nie czuła najmniej- szej chęci, by narażać swoje parostwo dla religii. Dlatego też była katoliczką w ścisłym gronie subtelnych umysłów tylko; na zewnątrz zaś wyznawała protestantyzm. Dla gminu. Taki sposób pojmowania religii ma same tylko zalety; ko- rzystasz ze wszystkich dobrodziejstw związanych z oficjalnym Kościołem episkopalnym, a później umierasz, jak Grotius, 213 „w zapachu katolicyzmu" i spotyka cię ten zaszczyt jeszcze, że . ojciec Petau odprawia mszę za twoją duszę. Jozjana, choć tęga i zdrowa, była najdoskonalszą wykwintni- sią, nie wolno nam o tym zapominać. Nieraz, kiedy mówiła, senne, zmysłowe przeciąganie końca 'zdania naśladowało jakby kocie ruchy stąpającej wśród dżun- gli pantery. Ze stanowiska wykwintnej afektacji cały rodzaj ludzki wy- daje się godny pogardy, pozbawiony wszelkiej wartości. Oso- ba wykwintna nie przynależy do zbiorowiska zwykłych ludzi, byłby to dla nich zaszczyt zbyt wielki. Trzeba utrzymywać ludzi w należytym dystansie. , . A skoro nie można zamieszkać na Olimpie, należy zamiesz- kać w pałacu de Rambouillet. Junona staje się Araminte. Niewyżyta pretensja do boskości przeradza się w minoderię. Impertynencja zastępuje pioruny, świątynia zacieśnia się do buduaru. Jeżeli nie można być bo- ginią, trzeba stać się bóstwem chociaż. Tkwi w tym wszystkim zresztą pewna doaa pedanterii, tak miłej na ogół kobietom. Kokietka i pedant — to para sąsiadów. Łączy ich ta sama .próżność. Subtelność wywodzi się ze zmysłowości. Łakomstwo udaje delikatność. W grymasie niesmaku do twarzy jest pożądaniu. A prócz tego cała słabość kobieca czuje się chroniona przez tę kazuistykę galanterii, która wykwintnym damom zastępuje skrupuły moralne. Jest to niby przestrzeń obronna, otoczona fosą. Wykwintnisia na wszystko krzywi się z niesmakiem. A to chroni. Zgodzę się, zapewne, lecz tymczasem gardzę. Jozjana miała wewnętrzne swoje życie, intensywne, niepo- kojące. Czuła w sobie tak wielką skłonność do rozpusty, że udawała największą skromnisię. Duma, co każe nam postępo- wać tak, by jak najstaranniej ukryć nasze wady, stwarza po- 214 zory innych wad, przeciwnych tym właściwym, przyrodzonym. Z nadmiaru wysiłku, by zachować czystość, rodziła się w Joz- janie pruderia. Stała gotowość do obrony zdradza ukrytą tę- sknotę za atakiem. Nadmierna drażliwość zdradza niedostatek surowości. Obwarowała się prowokacyjnie wyjątkowością stanu swego i urodzenia, a w cichości ducha obmyślała, być może, jakiś nieoczekiwany wypad. Był to pierwszy brzask osiemnastego stulecia. W Anglii dzia- ło się podobnie jak za regencji we Francji. Walpole wart był Dubois. Mariborough bił się przeciwko swemu byłemu królo- wi, Jakubowi II, któremu, jak powiadano, sprzedał był swoją siostrę, Churchill. Bolingbroke olśniewał, wschodziła gwiazda Richelieu. Rozwiązłości obyczajów dogadza pewne pomiesza- nie stanów; bratanie dokonywało się na terenie rozpusty. Póź- niej dokonywać się będzie ono na terenie idei. Zamiłowanie do obcowania z hołotą to arystokratyczna przygrywka, której dokończy później rewolucja. Blisko już było do Jelyotte'a le- żącego publicznie, w biały dzień, w łóżku markizy d'Epinay. A zresztą i wiek szesnasty — obyczaje powtarzają się bowiem jak echo — oglądał szlafmycę Smetona na poduszce Anny Boleyn. Jeżeli kobieta to tyle eo ułomność, występek — jak to stwierdził sobór, nie pamiętam już nawet który — nigdy jesz- cze nie była ona tak bardzo kobietą jak właśnie w owym cza- sie. Nigdy jeszcze maskując kruchość swą urokiem, a słabość — wszechwładzą, nie korzystała z większej swobody i bezkar- ności. Z owocu zakazanego uczynić owoc dozwolony — to upa- dek Ewy. Ale z owocu dozwolonego uczynić owoc zakazany — to jej triumf prawdziwy. I to właśnie udaje się wówczas ko- biecie. W osiemnastym wieku kobieta zatrzaskuje swoje drzwi przed nosem męża. Zamyka się w raju z szatanem; Adam zo- staje za progiem. 215 III Wszystkie instynkty Jozjany skłamały ją do tego, by oddać się rozwiezie, nie legalnie. Stosunek rozwiązły ma w sobie coś z literatury, to przypomnienie Menalque'a i Amaryllis, to spra- wa naukowa nieledwie. Jeżeli pominiemy naturalny pociąg brzydoty do brzydoty — panna de Scudery nie z innych też powodów zapewne uległa Pelissonowi. Swoboda dziewcząt i posłuszeństwo mężatek — taki jest stary angielski obyczaj. Jozjana odkładała też, jak tylko mo- gła, chwilę poddania się mężowskiej władzy. Kiedyś, niewąt- pliwie, będzie musiała zostać żoną lorda Dawida, taka była bowiem wola króla. Cóż za szkoda jednakże! Jozjana to kusiła, to odpychała swego przyszłego męża. Istniała między nimi mil- cząca umowa: ani nie zrywali ze sobą, ani też nie łączyli się ostatecznie. Wymykali się sobie nawzajem. Ten sposób kocha- nia się — krok naprzód, dwa kroki w tył — wyrażają również ówczesne tańce, menuet i gawot. W małżeństwie nikomu nie jest do twarzy, kolorowe wstążki więdną, małżeństwo postarza. Ślub — to rozwiązanie rozpaczliwie jasne i proste. Kobieta przekazana w ręce męża przez notariusza — jakież to pła- skie! Małżeństwo, brutalne i pospolite, stwarza sytuacje osta- teczne, przekreśla swobodę, zabija wolny wybór, niczym gra- matyka ma swoją składnię, w miejscu natchnienia pojawia się ortografia, miłość staje się dyktandem, ucieka gdzieś tajemni- czość życia, małżeństwo sprawia, że pewne sprawy jego stają się jasme, systematyczne i konieczne, widok kobiety w nocnym stroju odziera z obłoku niezwykłości, umniejsza prawa obu stron, przez zbytnie przechylenie jednej szali zakłóca uroczą równowagę płci silnej i płci wszechwładnej, równowagę siły i urody, stwarza tu — pana, tam — służącą, a poza małżeń- stwem istnieje przecież niewolnik i władczyni. Uprozaicznić łóżko tak dalece, że staje się ono przyzwoite — czyż można 216 wyobrazić sobie coś bardziej pospolitego? Jakiż sens może mieć miłość, co nie jest grzechem? Lord Dawid dojrzewał. Czterdzieści lat — to uderzenie ze- gara. On jednak nie dostrzegał tego. I rzeczywiście ciągle wy- glądał na lat najwyżej trzydzieści. Uważał, że o wiele cieka- wiej jest pożądać Jozjany niż ją posiąść. Posiadał inne, miał wiele kobiet. A Jozjana miała swoje sny. Sny bywają groźniejsze. Księżniczka Jozjana miała jedno oko niebieskie, a drugie czarne. Osobliwość taka zdarza się zresztą dość często. Źrenice jej uczynione były z miłości i z nienawiści, ze szczęścia i z roz- paczy. Dzień i noc połączyły się w jej spojrzeniu. Pragnęła jednego tylko — żeby okazać się zdolną do rzeczy niemożliwych. Powiedzdała dnia pewnego do Swifta: — Czyż wy sądzicie, że naprawdę istnieje wasza wzgarda? Wy — to rodzaj ludzki. Była ona papistką tylko z naskórka. Katolicyzm jej nie prze- i kraczał dozy wymaganej przez elegancję. Dzisiaj nazywa się j. to puseizmem. Nosiła ciężkie suknie z aksamitu, atłasu i mo- | ry, szerokie, niekiedy aż na piętnaście łokci, haftowane sre- brem i złotem, zdobne u paska w kokardy naszywane drogimi kamieniami i perłami. Do przesady lubiła naszywki. Wkładała czasem kaftan z lamowanego sukna, taki sam, jaki noszą ba- kałarze. Jeździła konno na męskim siodle, choć siodło damskie ' zostało wprowadzone w użycie w Anglii już w wieku czterna- stym, przez Annę, małżonkę Ryszarda II. Obmywała twarz, ' ręce, szyję i ramiona cukrem rozpuszczonym w białku, na •sposób kastylijski. Jeżeli ktoś odezwał się dowcipnie w jej obecności — śmiała się po pewnej chwili z nieporównanym wdziękiem. Nie była zła. Była raczej dobra. 217 IV MAGISTER ELEGANTIAKUM Jozjana nudziła się niewątpliwie. Lord Dawid Dirry-Moir zajmował w życiu wesołego Londy- nu zupełnie kluczowe stanowisko. Wielbiła go nobility i gentry. Zanotujmy tutaj jego pierwsze prawo do sławy: ośmielił się nosić swoje własne włosy. Rozpoczynał się wówczas właśnie bunt przeciwko peruce. Jak w roku 1824 Eugeniusz Deveria pierwszy odważył się zapuścić brodę — tak w roku 1702 Price Devereux pierwszy ośmielił się ukazać publicznie we włas- nych włosach, ułożonych dla niepoznaki niezwykle kunsztow- nie. Ryzykować własne włosy było to prawie że ryzykować własną głowę. Spotkało się to z powszechnym oburzeniem. a przecież Price Devereux był wicehrabią Hereford i parem ^Anglii. Został znieważony i rzeczywiście postępek jego wart był tego. Wśród zamieszania zjawił się nagle lord Dawid — i on również we własnych, rodzonych włosach, bez peruki. Zjawiska tego rodzaju są niewątpliwą zapowiedzią końca społecznego po- rządku. Lord Dawid spotkał się a oburzeniem, które wyrażone zostało jeszcze żywiej niż poprzednio wobec wicehrabiego He- reforda. Trzymał się dzielnie jednakże. Price Devereux był pierwszym, Dawid Dirry-Moir — drugim. Niekiedy trudniej jest być drugim niż pierwszym. Wymaga to, być może, mniej pomysłowości, za to na pewno więcej odwagi. Pierwszy, upojo- ny nowością swojego pomysłu, nie zna jeszcze niebezpieczeń- stwa; drugi — widzi dokładnie przepaść i rzuca się w nią jed- nakże. Dawid Dirry-Moir rzucił się w przepaść nienoszenia już więcej peruki. Później nieco zaczęto ich naśladować, za przy- kładem tych dwu rewolucjonistów zdobyto się na odwagę no- szenia własnych włosów na głowie, pojawił się puder jako śro- dek łagodzący. Skoro poruszamy już tę tak ważną dla historii sprawę, zazna- czyć wypada, że rzeczywista palma pierwszeństwa w wydaniu 218 wojny peruce należy się pewnej królowej. Krystyna Szwedzka, co tak lubiła używać męskiego stroju, ukazała się publicznie w roku 1680 w swoich własnych, kasztanowatych włosach, upudrowanych tylko i ułożonych nieco. Miała ona również i „kilka włosków na brodzie", jak pisze Misson. Również i papież ze swej strony bullą z marca 1694 roku po- derwał nieco autorytet peruki przez zdjęcie jej z głów bisku- pów i księży. Nakazał ludziom Kościoła zapuszczanie włosów. Lord Dawid nie nakładał więc peruki i nosił buty z, krowiej skóry. Dzięki tym wielkim czynom stał się on przedmiotem po- wszechnego podziwu. Rej wodził we wszystkich klubach, powo- ływano go na sędziego przy każdej walce na pięści. Na sędzie- go, czyli na arbitra. Ułożył on sam osobiście niejedną ustawę niejednego z towa- rzystw high life'u. Zakładał wykwintne kluby, z których jeden, „Lady Guinea", istniał jeszcze w Pali Mali w roku 1772. Do „Lady Guinea" należała cała modna młodzież arystokratycz- na. Najniższą stawką w grze był tutaj rulon pięćdziesięciu gwi- nei. Nie zdarzało się, by na stoliku było ich mniej niż dwadzieś- cia tysięcy. Przy każdym z grających stał gerydon, na którym stawiano filiżankę z herbatą i miseczkę z pozłacanego drzewa do wkładania monety. Gracze, niczym chłopcy kredensowi przy czyszczeniu noży, nakładali zarękawki skórzane, które miały chronić ich koronki u mankietów, i również skórzane plastro- ny dla ochrony krez,. Na głowach zaś, dla osłony oczu przed ja- skrawym światłem lamp i dla utrzymania w porządku fryzury, nosili słomkowe kapelusze o szerokich rondach, przystrojone kwiatami. Aby zaś skryć podniecenie, przy jeu de ąuinze szczególnie, każdy z graczy miał maskę na twarzy. A na ramio- na zarzucali kurtki podszewką do góry. To przyciąga szczęście. Lord Dawid należał do Beefsteak Ciub, do Surly Ciub, do Split-farthing Ciub, do Klubu Mruków, Klubu Ciułaczy i Klubu Opieczętowanego Węzła, do Sealed Knot, klubu rojalistów i do 219 klubu Martinus Scribbierus, założonego przez Swifta na miejsce- dawnego klubu Rota, stworzonego jeszcze przez Miltona. Choć sam piękny, należał do Klubu Brzydkich, do klubu. wielbicieli szpetoty. Członkowie jego zobowiązani byli poje- dynkować się nie dla pięknej kobiety bynajmniej, lecz dla brzydkiego mężczyzny. Ściany sali klubowej przybrane były portretami Theresita, Tribouleta, Dunsa, Hudibrasa, Scarrona — słynnych z brzydoty; na kominku stały trzy popiersia: w środku Ezop, po bokach Cocles, ślepy na lewe oko, i Camoens, ślepy na oko prawe — dwa ślepe profile umieszczone naprze- ciwko siebie, odwrócone do sali oszpeconą stroną twarzy. Kiedy dnia pewnego piękna pani Vis,art dostała ospy — w Klubie- Brzydkich wzniesiono toast na jej cześć. Klub ten prosperował" jeszcze w początkach osiemnastego wieku. Mirabeau otrzymał" jego dyplom honorowy. Po restauracji monarchii, po wstąpieniu na tron Karola II, kluby rewolucyjne zostały zamknięte. Zrównano z ziemią ta- wernę przy niewielkiej uliczce blisko Moorfields, gdzie mieścił się Calfs Head Ciub, Klub Cielęcej Głowy, zwany tak dlatego, ponieważ trzydziestego stycznia 1649 roku, w dniu ścięcia Ka- rola I, pito tam z czaszki cielęcia czerwone wina za zdrowie- CromweUa. Na miejsce klubów republikańskich pojawiły się kluby mo- narchistyczne. Zabawiano się tutaj nader przystojnie. W She romps Ciub na przykład przyjął się następujący oby- czaj: zatrzymywano na ulicy jakąś przechodzącą przypadkowo kobietę, jakąś mieszczkę, możliwie nieszpetną i niestarą, wcią- gano ją siłą do klubu i tam musiała ona chodzić na rękach, z no- gami w górze, z twarzą zakrytą przez opadłe suknie. Jeżeli zaś opierała się, przynaglano ją smagając z lekka szpicrutą po nie zakrytych już częściach ciała. Działo się tak więc z jej własnej tylko winy. Poganiacze tego swoistego maneżu nosili nazwę ,,skoczków". 220 Istniał również Klub Gorących Błyskawic, zwany metafo- rycznie Merry-danses, Klub Wesołych Tańców. Murzyni i bia- •łe dziewczęta tańczyli tam taniec peruwiański zwany moza- mala, czyli dziewczyna ladaco. Na zakończenie ostatniej figury tancerka siada na kupie otrębów i wstaje zostawiając ślad swych pośladków odciśnięty w tym miękkim materiale. A zebrani 'wspominają werset z Lukrecjusza: Tuns Venus in sylvis jungebat corpora amantum. Był też i HellŁre Ciub, Klub Płomieni, gdzie zabawiano się bezbożnością. Odbywały się tam istne pojedynki na święto- kradztwa. Członkowie klubu przelicytowywali się w bluźnier- stwach, jakby każdy z nich pragnął zdobyć dla siebie piekło za wszelką cenę. i' Był także Klub Uderzeń Głową, -zwany tak od tego, że za- dawano tam ludziom ciosy głową. Upatrywano sobie tragarza o co szerszych barach i co tępszej twarzy. Częstowano go dzbanem porteru, w raźcie potrzeby przymuszano do wypicia, byleby tylko pozwolił zadać sobie cios głową w piersi cztero- krotnie. Czyniono w związku z tym zakłady. Raz Walijczyk pewien, nazwiskiem Gogangerdd, chłop jak tur, wyzionął du- cha po trzecim takim uderzeniu. Rzecz stała się głośna. Zarzą- ne ciemię. Heimsgail był nietknięty. Wśród patrzących powstało zamieszanie. — Niedozwolone uderzenie — powtarzał lord Barnard. — Zakład nieważny — powiedział lord Lamyrbau. — Wycofuję stawkę — wołał sir Tomasz Colepeper. A wielmożny poseł z miasta Saint-Yves, sir Bartłomiej Gra- cedieu, dorzucił: — Proszę mi zwrócić moich pięćset gwinei i idę do domu. — Przerwać mecz! — krzyczeli zgromadzeni widzowie. Lecz Phelem-ghe-madone wstał chwiejąc się na nogach niby pijany i rzekł: — Bijmy się dalej, ale pod jednym warunkiem. Ja też będę miał prawo do nieprzepisowego uderzenia. Ze wszystkich stron rozległy się okrzyki: — Zgoda! i Brawo, Heimsgail! Dobra! brawo, góral! Dalej, Phelem! 278 Heimsgail wzruszył ramionami. Po upływie pięciu minut rozpoczęła się następna runda. Walka ta dla Phelem-ghe-madone'a była powolnym kona- niem, dla Heimsgaila — igraszką. Oto co znaczy umiejętność: niewielki człowieczek znalazł sposób, by wziąć w okowy olbrzyma; Heimsgail lewym ramie- niem, wygiętym niby stalowy półksiężyc, objął nagle wielką głowę Phelem-ghe-madone'a i trzymał ją pod pachą, na zgiętej szyi, pochyloną ku dołowi, prawą zaś pięścią, uderzającą miaro- wo niby młot we wbijany gwóźdź, tylko że z dołu ku górze i od spodu, dogodnie miażdżył mu nos, brodę, oczy, usta. Kiedy Phelem-ghe-madone, puszczony wreszcie, podniósł głowę, nie miał już twarzy ... To, co niegdyś było nosem, oczami, ustami, teraz wydawało się jakąś czarną gąbką zmaczaną we krwi. Splunął. Zobaczono na ziemi cztery zęby. Potem upadł. Kilter schwycił go w ramiona. Heimsgail był ledwie że tknięty. Miał kilka nic nie znaczą- cych siniaków i zadrapanie na obojczyku. Nikt już nie odczuwał zimna. Stawiano po szesnaście i ćwierć na Heimsgaila przeciwko Phelem-ghe-madone'owi. Harry de Carleton krzyczał: — Nie ma już Phelem-ghe-madone'a! Stawiam na Heimsgaila moje parostwo Beiia-Aqua i tytuł lorda- Bellew w zamian za starą perukę arcybiskupa z Canterbury! — Dawaj no mordę — rzekł Kilter do Phelem-ghe-madone'a i zwilżywszy z flaszki szmatę, obmył go z krwi dżynem. Poka- zały się znowu usta, Phelem-ghe-madone uniósł jedną powiekę. Skronie miał zgniecione zapewne. — Jeszcze jedna runda, przyjacielu — rzekł Kilter. — Za honor twojego miasta. Walijczycy i Irlandczycy rozumieją się nawzajem; lecz Phe- lem-ghe-madone nie zrobił żadnego ruchu, który by mógł wskazywać, że pozostała mu jeszcze choć odrobina świado- mości. 279 Dźwignął się wreszcie. Kilter go podtrzymywał. Była to dwudziesta piąta runda. Po sposobie, w jaki stanął na nogi ów cyklop — bo oko miał już tylko jedno — poznano, że to ko- niec, i nikt nie wątpił, że jest on już stracony. Pięść w rękawi- cy podniósł powyżej brody, zaiste, przedśmiertna niezręczność. Hełmsgail, zaledwie spocony, krzyknął: — Zakład, że zwycię- żę! Tysiąc przeciw jednemu! Hełmsgail podniósł pięść, uderzył i — o dziwo! — obydwa} upadli. Usłyszano radosne pomrukiwanie. To Phelem-ghe-madone dawał wyraz swemu zadowoleniu; Kiedy Hełmsgail wymierzył mu straszliwy cios ,w czaszkę, on wykorzystał postawę przeciwnika i zadał mu niedozwolone uderzenie w pępek. Hełmsgail charczał, powalony. — Zebrani spojrzeli na leżącego na ziemi Heimsgaila i orzekli: dług został wyrównany. Wszyscy klaskali w dłonie, ci nawet, co przegrywali. Phelem-ghe-madone oddał cios za cios. Miał do tego prawo. - Hełmsgaila wyniesiono na noszach. Przypuszczano powszech- nie, że Już się nie wyliże. Lord Robartes wykrzykiwał: — Wy- grałem tysiąc dwieście gwinei! — Phelem-ghe-madone był nie- wątpliwym kaleką na resztę życia. Przy wyjściu Jozjana wsparła się na ramieniu lorda Dawida, co jest przyjęte między parą narzeczonych. Rzekła mu: — To było bardzo piękne. Ale ... — Ale co? — Spodziewałam się, że rozproszy to moją nudę. Otóż nie. Lord Dawid zatrzymał się, spojrzał na Jozjanę, zacisnął war- gi, nadął policzki i pokręcił głową, co znaczyć miało: ej^ ostrożnie, i tak powiedział księżniczce: — Jedno jest tytko lekarstwo na nudę. —. Jakie? — Gwynplaine. A księżniczka spytała: — Cóż to jest Gwynplaine? K s i ? 9 " dr u g a GWYNPLAINE I DEA W KTÓRYM POZNAJEMY Z OBLICZA TEGO, KTÓREGO DOTYCHCZAS ZNALIŚMY Z CZYNÓW JEDYNIE Natura hojnie obdarowała dobrodziejstwami swymi Gwyn- plaine^. Dała mu usta, co rozwierały się od ucha do ucha, uszy, c5 opadały aż na oczy, nos bezkształtny, co wydawał się jakby stworzony na podpórkę pod chybotliwe błazeńskie oku- lary, i twarz, na którą niesposób było patrzeć bez śmiechu. Tak to więc natura zarzuciła wprost darami swymi Gwyn- plaine^. Czy była to jednak tylko natura? Czy nie dopomógł jej nikt? . Para oczu na kształt okienek przebitych w ślepym murze, w miejscu ust — szczelina, spłaszczona wypukłość zaopatrzona w dwie dziurki-nozdrza i zgnieciona powierzchnia zamiast twa- rzy, a w ogólnym wyniku śmiech, nic, tylko nieustanny śmiech. Zaiste, sama przyroda nie produkuje podobnych arcydzieł. • Czy jednak śmiech zawsze bywa synonimem radości? Ktokolwiek po ochłonięciu ze śmiechu, jaki zawsze wzbudzić musiało pojawianie się tego kuglarza — gdyż był on kugla- rzem — przypatrzył się mu uważniej, dostrzegał na twarzy jego ślad mistrzowskiej ręki artysty. Podobne oblicze zdarzyć się może nie jako wynik przypadku, lecz jako wynik zamysłu. Nie spotyka się w naturze tworów wykończonych tak wszech- stronnie. Człowiek dla urody swojej nic uczynić nie może, 281 lecz dla szpetoty— wszystko. Z profilu Hotentota nie zrobisz profilu Rzymianina, ale nos grecki bez trudu przekształcić można w nos kałmucki. Wystarczy zwęzić nasadę i rozpłaszczyć nozdrza. W średniowiecznej łacinie nie na darmo powstało sło- wo denasare. Czyżby Gwynplaine, dzieckiem będąc, przedsta- wiał sobą zjawisko tak godne uwagi, że czyjaś troskliwość aż fl to zadbała, by przekształcić jego twarz? Cóż, jest to możliwe po to choćby, by ciągnąć z niego zyski, by go za pieniądze po- kazywać. Według wszelkiego prawdopodobieństwa przemyślni prze- rabiacze dzieci zajęli się niegdyś opracowaniem tego oblicza. Niewątpliwie, tajemnicza wiedza, okultystyczna zapewne, wie- dza, co tak się ma do chirurgii jak alchemia do chemii, rzeź- biła, cyzelowała to ciało w jego pierwszych latach życia i z premedytacją stworzyła taką właśnie twarz. Nauka ta, biegła w cięciu, przykrawaniu, podwiązywaniu, rozkroiła te usta, uczyniła obwisłymi wargi, obnażyła dziąsła, rozciągnęła uszy, rozluźniła układ chrząstek, zakłóciła kształtność brwi i policzków, poszerzyła muskuł jarzmowy, zatarła szwy i bliz- ny i naciągnęła skórę na uszkodzone miejsca, zachowując bła- zeński wygląd nadany tej twarzy. I tak to właśnie kunszt, potężny i głęboki, stworzył maskę ową, Gwynplaine'a. Takim jak on człowiek na świat nie przychodzi. Jakkolwiekby zresztą było, Gwynplaine wykonany został po mistrzowsku. Gwynplaine był podarunkiem ofiarowanym przez opatrzność smutkowi człowieka. Przez jaką opatrzność? •Czyżby istniała opatrzność szatańska, tak jak istnieje opatrz- ność boska? Pytanie to pozostawimy bez odpowiedzi. Gwynplaine był kuglarzem. Występował. Z nieporównanym skutkiem. Samym swym ukazaniem się uzdrawiał wszelkie urojone choroby. Powinni by unikać go ludzie dotknięci ża- łobą, gdyż na jego widok śmiać się musieli, wbrew chęci, rzecz jakże w ich położeniu nieprzyzwoita. Pewnego dnia Gwyn- plaine rozśmieszył nawet kata. Kto ujrzał Gwynplaine'a, na- tychmiast brał się za boki; kto usłyszał go, tarzał się po ziemi ze śmiechu. Był on przeciwległym biegunem zmartwienia. Na 282 jednym krańcu znajdował się spleen — na drugim Gwyn- plaine. '• Szybko też na rynkach miejskich i jarmarcznych placach zyskał sobie drogocenną sławę nieporównanego straszydła. Gwynplaine pobudzał do śmiechu śmiejąc się. A jednak się nie śmiał. Śmiała się jego twarz, nie myśl, nie świadomość. Ten niezwykły rodzaj twarzy, ukształtowanej przez przypa- dek czy też przez osobliwszą sztukę, śmiał się sam przez się. Gwynplaine nie brał w tym udziału. Powierzchnia nic nie miała wspólnego z wnętrzem. Nie on położył sobie śmiech ten na czole, na policzkach, na brwiach, na ustach i nie mógł zdjąć go ze swej twarzy. Śmiech spoczął na niej raz na zawsze. Był to śmiech automatyczny, skamieniały i tym bardziej nikt oprzeć mu się nie był w stanie. Nikt nie mógł się przed tym grymasem uchronić. Dwa rodzaje drgania warg udzielają się otoczeniu — śmiech i ziewanie. Za zasługą tajemniczej operacji, której Gwynplaine najprawdopodobniej poddany został w dzieciństwie, wszystkie •części jego twarzy przyczyniały się do tego grymasu, cała jego fizjonomia zmierzała do tego jedynego celu, jak wszystkie szprychy koła dążą ku osi; wszystkie wzruszenia, jakich do- znawał, jakiekolwiek by one były, potęgowały wyraz tej nie- zwykłej twarzy śmiechu czy też' może raczej zaostrzały go. Jeżeliby się zadziwił, jeżeliby cierpiał, jeżeliby wpadł w złość czy też odczuł litość — wszystko to powiększyłoby tylko we- sołość jego muskułów; gdyby płakał — śmiałby się; i cokolwiek by Gwynplaine uczynił, czegokolwiek by chciał, o czymkol- wiek by pomyślał, niechby tylko podniósł głowę, tłum — je- żeli działo się to wśród tłumu — na widok podobnego zjawi- ska natychmiast wybuchał gromkim śmiechem. Wyobraźcie tylko sobie wesołą głowę meduzy. - Jakikolwiek by był stan ducha człowieka — wobec tego nie- oczekiwanego zjawiska pierzchało wszystko i trzeba było śmiać się. Starożytna sztuka umieszczała niegdyś na frontonach greckich teatrów wesołą maskę z brązu. Nazywano ją maską komicz- 283 na. Brąz' ów wydawał się śmiać i wzbudzał śmiech, a był za- 'dumany. Cała parodia przerastająca w obłęd, cała ironia przerastająca w mądrość skupiły się i skojarzyły na tych li- cach; suma trosk, zawodów, zniechęceń i smutków wyryta by^- ła na tym obojętnym czole i układała się w posępną całość: twarz wesołka; jeden kącik warg, ten, co położony jest po stronie rodzaju ludzkiego, unosił się ku górze z wyrazem drwi- ny, drugi, ten, co położony jest po stronie bogów, z wyrazem blużnierstwa; przychodzili ludzie i porównywali z tym ideał-, nym modelem sarkazmu tę odmianę ironii, którą każdy z nich nosił w sobie; i tłum odnawiający się nieustannie wokół owe- go utrwalonego śmiechu nie posiadał się wprost z radości podziwiając grobowy bezruch szyderstwa. Ta posępna, martwa maska antycznej komedii przytwierdzona do żywej ludzkiej twarzy — oto jak określić można by chyba Gwynplaine'a. Nosił on na swej szyi tę piekielną głowę nieubłaganej weso- łości. Wieczny śmiech — cóż za ciężar dla ramion człowieka! Wieczny śmiech. Trzeba się porozumieć i zrozumieć. Absolut, wszechpotęga, jeżeli uwierzyć można manichej- czykom, słabnie chwilami i sam Bóg nawet przestaje • niekiedy działać na chwilę. Trzeba też ustalić, co zna- czy: wola. Nie jest ona nigdy zupełnie bezsilna, nigdy. Wszel- kie istnienie podobne jest do listu, którego treść zmieniona zo- stała przez post scriptum. Otóż miał i Gwynplaine takie swoje post scriptum: najsilniejszym natężeniem woli, przy najwię- kszym skupieniu całej swojej uwagi, jeżeli żadne nie- przewidziane wzruszenie nie zakłóciło napięcia jego wysił- ku, udawało mu się zawiesić na chwilę wieczny śmiech swojej twarzy i rzucić na nią coś na kształt zasłony tragiczne}, a wówczas nie śmieli się już patrzący nań ludzie, lecz dreszcz ich przeszywał.. Wysiłku tego Gwynplaine nie robił nigdy prawie, dokonywał się on bowiem kosztem i bólu, i nieznośnego wprost napięcia. I najmniejsze zakłócenie uwagi, najdrobniejsza emocja wystar- czały, by śmiech ów, przegnany na chwilę, nieubłaganie jak 284 przypływ morza powracał i znów pojawiał się na jego twarzy. I tym stawał się wyrazistszy, im silniejsze było wzruszenie, któ- rego doznał Gwynplaine. Z tym jedynym .więc ograniczeniem— wiekuisty był śmiech Gwynplaine'a. Na widok Gwynplaine'a każdy wybuchał śmiechem. A kiedy już uśmiał się do woli — szybko odwracał głowę. Lęk brał przede wszystkim kobiety. Człowiek ten był przerażający. Konwulsje wesołości podobne były do spłacania haraczu: ule- gano im chętnie, radośnie nawet, lecz prawie że machinalnie. Już po chwili jednak, kiedy pierwszy atak śmiechu osłabł nie- co, żadna kobieta nie była w stanie znieść widoku Gwyn- plaine^. A tak, w sobie, słusznego był wzrostu, dobrze zbudowany, nie ułomny wcale, zeszpecony jedynie na twarzy. Była to jesz- cze jedna wskazówka, jeszcze jedno potwierdzenie przypusz- czenia, że nie był Gwynplaine tworem natury, lecz dziełem sztuki. Człowiek o tak pięknej postaci musiał mieć zapewne i twarz równie piękną. Urodził się był najprawdopodobniej takim samym dzieckiem jak i inne. Korpusu nie tknięto, po- prawiono tylko twarz. Gwynplaine wykonany został T.' roz- mysłem. Tak się wydawało przynajmniej. Zęby mu pozostawiono. Zęby potrzebne są do śmiechu. Za- chowują się i w trupiej czaszce. Operacja, której na nim dokonano, musiała być straszliwa. Nie przypominał jej sobie, co nie dowodziło wcale, że je.j nie był przeszedł. To chirurgiczne rzeźbienie mogło być przepro- wadzone skutecznie jedynie na dziecku zupełnie małym, nie rozumiejącym więc, co się z nim dzieje, ha dziecku, które łatwo sądzić mogło, że rana — to tylko choroba. Ponadto, jak pamiętamy, w czasach owych znane już były sposoby usypia- nia pacjenta, sposoby usuwania bólu. Tylko że uważano je wówczas za magię. Dziś nazywa się to znieczuleniem. 285 Tym, co go wyhodowali, zawdzięczał, prócz swoje] twarzy^ rówież i przymioty gimnastyka i atlety; stawy jego, wyrobio- ne umiejętnie, zginające się w różnych kierunkach, przyspo- sobione zostały do wypełniania obowiązków klowna. Poru- szały się na wszystkie strony, niczym zawiasy u drzwi. Nie zaniedbano niczego w przygotowaniu Gwynplaine'a do zawodu linoskoka. Włosy jego ufarbowane zostały raz na zawsze na kolor ochry; sekret ten odkryty został ponownie za naszych dni. Używają go dzisiaj piękne panie. To, co niegdyś oszpecało, dziś uznane zostało za ozdobę. Gwynplaine miał więc żółte włosy. Farba, żrąca zapewne, sprawiła, że stały się one wełniste i szorstkie w dotknięciu. Zjeżone dziko, bardziej podobne do grzywy niż do ludzkiej czupryny, przykrywały i ukrywały potężną czaszkę — naczynie myśli. Operacja, co odjęła harmo- nię twarzy i naruszyła jej porządek, wobec układu kości oka- zała się bezsilna. Owal twarzy Gwynplaine'a potężny był, zaskakujący. Za śmiechem tym taiła się dusza snująca swoje marzenia, jak dusza każdego z nas. Śmiech ten był zresztą dla Gwynplaine'a prawdziwym ta- lentem. Nie miał nań wpływu, a czerpał z niego korzyści. Za , pomocą tego śmiechu zarabiał na życie. Gwynplaine — jak się już tego czytelnik domyślił zapewne — był właśnie tym dzieckiem, co, porzucone pewnego zimo- wego wieczoru na wybrzeżu Portlandu, przygarnięte zostało do ubogiej budy na kółkach w Weymouth. II DEA Dziecko stało się obecnie mężczyzną. Upłynęło lat piętnaście- Był rok 1705. Gwynplaine miał już dwadzieścia pięć lat. Ursus przygarnął był i wychował dwoje dzieci. Koczowali razem, w gromadce. 286 Postarzeli się już obaj, i Ursus, i Homo. Ursus wyłysiał do reszty. Wilk posiwiał. Długość życia wilków nie jest nam zna- na tak dokładnie jak długość życia psów. Według Molina, niektóre ich odmiany żyć mogą do osiemdziesięciu lat, a więc na przykład mały wilk kupara, caviae vorus, i wilk cuchnący,. canis nubilus, z Say. Dziewczynka, znaleziona przy zwłokach umarłej kobiety,. była to teraz dorosła, szesnastoletnia istota, blada, o ciemnych włosach, szczupła, wątła, tak delikatna, że aż chwiejna, że aż lęk brał, by się nie przełamała, i zadziwiająco, piękna, o oczach świetlistych i ślepych. Straszliwa noc zimowa, co obaliła niegdyś na śnieg żebracz- •kę i jej dziecko, dokonała podwójnego dzieła. Zabiła matkę, oślepiła córkę. Ślepota poraziła na zawsze źrenice dziewczynki, co wyrosła już na kobietę. W twarzy jej, poprzez którą światło nie prze- nikało do wnętrza, kąciki warg, opuszczone smutnie, wyraża- ły gorzki zawód. Oczy jej, jasne i duże, były tym dziwniejsze, że zagasłe dla niej samej, błyszczały dla innych. Tajemnicze zapalone pochodnie, co rzucały blaski tylko na zewnątrz. Pro- mieniowała światłem ona, co nie miała go dla siebie. Jarzyły się te oczy zniknione. Ta niewolnica ciemności rozjaśniała mroki, wśród których istniała. Z głębiny nieuleczalnych cieni, spoza czarnej ściany, ślepotą nazwanej, szedł od niej blask. Nie widziała wokół siebie słońca, w niej zobaczyć mogłeś duszę. W jej umarłym spojrzeniu istniało jakieś trudno uchwytne, niebiańskie zapatrzenie. Była nocą, a wschodziła gwiazdą spośród beznadziejnych mroków złączonych z nią na zawsze. Ursus, rozkochany w łacińskich imionach, nazwał ją Deą. Poradził się nawet po trosze w tym względzie wilka; rzekł mu tak: — Ty przedstawiasz człowieka, ja przedstawiam zwierzę; jesteśmy światem ziemskim; ta malutka przedstawiać będzie świat nieziemski. Tak wielka słabość — to wszechpotęga. 287 Tym oto sposobem cały wszechświat, i ludzki, i zwierzęcy, i boski, znajdzie się w naszej budzie. — Wilk nie miał żadnych zastrzeżeń. Tak więc znalezione dziecko nazwane zostało Deą. Jeśli zaś o Gwynplaine'a chodzi, Ursus nie miał kłopotu z wymyśleniem dla niego imienia. Tego samego jeszcze ranka, kiedy stwierdził był zeszpecenie chłopca i ślepotę dziewczyn- ki, zapytał: Jak się nazywasz, mały? — A malec mu odpowie- dział; — Wołano na mnie Gwynplaine. — Dobrze, niech ci będzie Gwynplaine — rzekł Ursus. Dea towarzyszyła zwykle Gwynplaine'owi w jego publicz- nych występach. Gdyby można było w jakiś sposób streścić ludzką niedolę — dokonałoby się to niewątpliwie w osobach Gwynplaine'a i Dei. Wydawać by się mogło, że każde z nich urodzone zosta- ło w innej przegrodzie grobu: Gwynplaine wśród zgrozy, Dea wśród ciemności. Istnienia ich uczynione były każde z innego rodzaju mroku, położone na dwu przeciwległych zboczach przeogromnej nocy. Mroki te Dea miała w sobie, Gwynplaine miał je na sobie. W Dei było coś z widma, w Gwynplaine*ie coś ze zjawy. Los Dei był posępny, los Gwynplaine'a — gor- szy jeszcze. Dla Gwynplaine'a, który widział, istniała możność, jakże dotkliwa, możność niedostępna dla ślepej Dei: mógł on porównywać siebie z innymi ludźmi. A w położeniu Gwyn", plaine'a porównanie takie sprawić mogło tyle tylko, że prze- stawał samego siebie rozumieć. Na pewno bowiem próbował wyciągać jakieś wnioski. Puste spojrzenie, w którym nieobec- ny jest świat — a taki był los Dei — to, zaiste, olbrzymie nifr- szczęście, a jednak mniejsze od tego, które przypadło w udziale Gwynplaine'owi: był on samemu sobie zagadką; czuł, że brakuje mu czegoś, co było nim samym; widział cały świat, a siebie nie mógł zobaczyć. Dea żyła pod zasłoną nocy — Gwynplaine pod maską z własnej twarzy. Był on zamasko- wany swoim własnym ciałem — rzecz nie do pojęcia. Jaką była twarz jego — nie wiedział. Rozpierzchła się ona bezpo- 288 wrotnie. Pokryto go sztucznie wykonanym pozorem jego sa- mego. To, co znikło — tym oto była jego twarz. Głowa jego żyła, lica były martwe. Nie pamiętał nawet, czy je widział kiedykolwiek. I dla Dei, i dla Gwynplaine'a ludzie, rodzaj ludzki był rzeczywistością istniejącą tylko na zewnątrz nich: znajdowali się oboje tak od niej daleko; ona była sama i on był sam; odosobnienie Dei było grobowe, n-ie widziała nic; odosobnienie Gwynplaine'a było złowrogie, widział wszystko. Dla Dei świat cały sprowadzał się do tego, co poznać mogła za pomocą słuchu i dotyku; rzeczywistość ograniczona była, nietrwała, rwała się i gubiła co chwila; jedyną jej nieskoń- czonością był mrok. Dla Gwynplaine'a życie — była to ciżba tłocząca się przez nim i za nim. Dea była wygnanką z krainy światła, Gwynplaine był banitą wypędzonym z krainy ludzi. Dwa beznadziejne, rozpaczliwe istnienia. Znajdowali się na samym dnie niedoli. I on, i ona. Kto tylko przyjrzał się im uważnie, czuł, jak zaduma jego przekształca się w litość niezmierną. Jak bardzo cierpieć musieli! Wyrok nieszczęścia ciążył w widoczny sposób nad tymi dwoma ludzkimi stworze- niami. Przeznaczenie nigdy chyba jeszcze i nikomu nie zamie- niło losu w torturę, a życia w piekło v/ sposób tak doskonały, co tym dwojgu właśnie, którzy nikomu nie uczynili nic złego. A oni znajdowali się w raju. Kochali się. Gwynplaine uwielbiał Deę. Dea ubóstwiała Gwynplaine'a. Mówiła mu: — Jesteś taki piękny! III „OCULOS NON HABET, ET VIDET" Jedna tylko kobieta na ziemi widziała Gwynplame'a. Była nią ta niewidoma. Co uczynił był dla niej, wiedziała dobrze od Ursusa, które- mu chłopiec opowiedział o swej niełatwej wędrówce z Port- 19 — Człowiek śmiechu 289 landu do Weymouth, o śmierci, co potęgowała jeszcze opusz- czenie. Wiedziała, że kiedy niemowlęciem będąc jeszcze umie- rała przy umarłej matce i ssała pierś trupa, istota ludzka, niewiele większa od niej samej, odnalazła ją i wzięła na ręce, że istota ta, odtrącona, sama jakby pogrzebana pod kamienną, nieżyczliwą obojętnością wszechświata, usłyszała jej krzyk; że kiedy wszystko wokół było głuche dla niego, on jeden nie pozostał głuchy na jej wołanie; że dziecko to, samotne, słabe, porzucone, nie mające dokąd pójść, co wlokło się przez pustkę upadając ze znużenia, przyjęło z rąk nocy ciężar — drugie dziecko; że on, co nie spodziewał się otrzymać niczego z tajem- niczej ręki rozdającej dobra tego świata, którą przeznaczeniem nazywają — sam przyjął na swe barki i cudzy jeszcze los; że on — opuszczenie, rozpacz, lęk — stał się dla niej opatrznością; że kiedy zamknęły się niebiosa, on otworzył swoje serce, że zagubiony — uratował; że sam bez domu, bez dachu, stał się schronieniem, że był dla niej piastunką i matką; że sam, sa- miuteńki na świecie — na porzucenie odpowiedział przygar- nięciem; że wśród ciemności dał z siebie ten przykład; że jakby nie dosyć czując się znużonym, przyjął na siebie ciężar i cudzej jeszcze nędzy; że na tej ziemi, gdzie, zdawałoby się, nic już nie ma dla niego, on zdołał odkryć obowiązek; że tam, gdzie każdy by się zawahał, on poszedł naprzód; że tam, gdzie cofnąłby się każdy, on się zgodził; że wsunął swoją dłoń w szczelinę grobowca i wydobył stamtąd ją, Deę, że sam pół- nagi — zawinął ją w jedyny łachman, jaki miał, bo było je] zimno; że zgłodniały — pomyślał o tym, żeby ją nakarmić i na- poić; że dla tego dziecka to dziecko wyzwało do walki śmierć, że mocowało się z nią w każdej jej postaci: zimy, śniegu, sa- motności, strachu, zimna, głodu, pragnienia, huraganu; że dla niej to, dla Dei, ten dziesięcioletni tytan stoczył bój z niezmie- rzonym ogromem nocy. Wiedziała, że uczynił to wszystko niegdyś, dzieckiem będąc jeszcze, i że teraz ów dorosły już człowiek jest całą siłą jej, słabej, całym bogactwem jej, ubo- 290 giej, uzdrowieniem jej, chorej, wzrokiem jej, niewidome J, Poprzez warstwy nieprzejrzystości, co zamykały ją i oddzie- lały od świata, dostrzegała wyraźnie to poświęcenie, to zaparcie' się siebie, tę odwagę. Bohaterstwo ma swój określony kształt w świecie ducha. Dea dojrzała to i zrozumiała; w niewysłowio- nym oderwaniu, w którym przebywa myśl nie oświecona przez słońce, dostrzegała te tajemne zarysy cnoty. Otoczona przez poruszające się ciemności — jedyne wrażenia, jakie odbierała od istniejącego świata — w niespokojnym bezruchu istoty bez- silnej, nieustannie obawiającej się jakiegoś niebezpieczeństwa, w uczuciu bezbronności, bezradności, które jest treścią życia istoty ociemniałej — wiedziała, że czuwa nad nią Gwynplaine, Gwynplaine, co nie obojętnieje, nie odchodzi, nie znika, Gwyn- plaine czuły, opiekuńczy, łagodny. Dea drżała, wdzięczna i pewna, jej ukojony niepokój przeradzał się w upojenie i oczy- ma, które wypełniała ciemność, wpatrywała się w jasne światło tej dobroci, błyszczące w zenicie otchłani, wśród której żyła. W świecie idealnym dobroć — to słońce, i Gwynplaine olśniewał Deę. Dla tłumu, który zbyt wiele posiada głów, ażeby myśleć, i zbyt wiele oczu, ażeby patrzeć, dla ciżby, co sama powierzch- nią będąc zatrzymuje się na powierzchni zjawisk, Gwynplaine był klownem, kuglarzem, linoskokiem, hecarzem, czymś nieco mniej i nieco więcej niż zwierzę. Ciżba znała tylko jego twarz. Dla Dei Gwynplaine był wybawcą, co podniósł ją z grobu i wyniósł na świat, pocieszycielem, co umożliwiał jej życie, oswobodzicielem, którego rękę czuła w swojej ręce wędrując przez ten labirynt, jakim jest ślepota; Gwynplaine był jej bra- tem, przyjacielem, przewodnikiem, podporą, bliźnim z wyso- kości, małżonkiem uskrzydlonym i promienistym, i tam, gdzie tłum widział poczwarę, ona widziała archanioła. Bo niewidoma Dea widziała duszę. 19" 291 IV DOBRANI KOCHANKOWIE Ursus, mędrzec, rozumiał. Pochwalał oczarowanie Dei.. — Niewidoma widzi niewidzialne. \ , Mówił: — Sumienie jest widzeniem. Spoglądał na Gwynplaine'a i pomrukiwał: — Na poły potwór, na poły bóg. Gwynplaine, ze swojej strony, był Deą upojony. Istnieje oko niewidzialne, duch, i oko widzialne, źrenica. On oglądał ją . okiem widzialnym. Dea doznawała olśnienia idealnego, Gwyn- plaine doznawał rzeczywistego olśnienia. Gwynplaine nie był brzydki, był on przerażający; i oto miał przed sobą swoje własne przeciwieństwo. Ile on był potwornym, tyle czarującą była Dea. On był ohydą, ona — wdziękiem. Była jak ze snu. Wydawała się snem, co jakby stawał się ciałem. Cała jej osoba _o eolskiej strukturze, jej postać wiotka i chwiejna jak trzcina, ramiona — kto wie? — uskrzydlone może niewidocznie, deli- katne zaokrąglenie kształtów, wskazujące płeć, lecz bardziej duszy niż zmysłom, białość jej, prawie przezroczysta, szlachet- na pogoda spojrzenia zamkniętego dla ziemskich spraw, święta niewinność uśmiechu — doskonałością swoją aniołom była bliska, a jednak kobieca. Gwynplaine, jak się to już rzekło, porównywał siebie z inny- mi, porównywał też i Deę. Istnienie jego było wynikiem podwójnego, niezwykłego wy- boru. Był to punkt przecinania się dwu promieni: jeden szedł z dołu, drugi z góry, jeden był czarny, drugi biały. Ta sama okruszyna dziobana być może równocześnie przez dwa dzioby — zła i dobra. Jeden z nich kąsa, drugi — całuje. Gwynplaine był taką okruszyną właśnie, atomem i dręczonym, i pieszczo- nym zarazem. Gwynplaine był wytworem skoiarzenia fatal- ności i opatrzności. I nieszczęście, i szczęście dotknęło go palcem swoim. Dwa skrajnie różne przeznaczenia złożyły się na jego 292 dziwny los. Było nad nim i przekleństwo, i błogosławieństwo. Był wybranym spośród potępionych. Kim był? Tego nie wie- dział. Kiedy na siebie patrzył, oglądał obcą twarz. Lecz ta obca twarz była straszna. Życie Gwynplaine'a było niczym życie po ucięciu głowy, miał on bowiem oblicze, które nie było nim samym. Oblicze przerażające, tak przerażające, że aż zabawne. Przerażał do tego stopnia, że aż śmieszył. Piekielne błazeństwo. Katastrofa ludzkiej twarzy roztrzaskanej w zwierzęcy masz- karon. Nigdy jeszcze nie oglądano tak całkowitego zaniku człowieczeństwa na licach człowieka, nigdy jeszcze parodia nie była tak zupełna, nigdy jeszcze zarys tak straszliwego kształ- tu nie szydził wśród koszmaru, nigdy jeszcze to wszystko, co może odepchnąć kobietę, nie zostało połączone ohydnie) w jednym mężczyźnie. Nieszczęśliwe serce, zamaskowane " i spotwarzone przez tę twarz, wydawało się skazane na zawsze na samotność pod tą cielesną powłoką, niby pod wiekiem trumny. A otóż nie! Kiedy wypełniła się już do końca nie- znana złość, z kolei hojnie szafować poczęła darami swymi nie- widzialna dobroć. Upadłemu nędzarzowi, dźwigniętemu nagle z poniżenia, do tego, co odpycha, dodała ona to, co przyciąga, w rafie podwodnej umieściła magnes, z jej to zrządzenia ku opuszczonemu od wszystkich pośpieszyła szybkim lotem druga dusza, nakazała ona gołębicy pocieszyć tego porażonego gromem, sprawiła, że. ułomność ubóstwianą się stała od pięk- ności. Aby zaś to wszystko stać się mogło, trzeba było, aby piękna nie widziała potwora. Dla szczęścia nieodzowne było nie- szczęście. Opatrzność uczyniła Deę niewidomą. Gwynplaine odczuwał niejasno, że jest oto przedmiotem odkupienia. Skąd prześladowanie? Nie wiedział. Skąd odku- pienie? Nie wiedział tego również. Jasna aureola zabłysła nad jego kalectwem; oto i wszystko, co wiedział. Kiedy Gwynplaine wyrósł już był dostatecznie, aby zrozumieć, Ursus odczytał mu i wyjaśnił ustęp z dzieła doktora Conquesta De denasatis 293 i rozdział z księgi Hugo Plagona ł rozpoczynający się od słów: Nares habens mutiios. Starzec powstrzymał się jednak przezornie od „hipotez", od wysnuwania jakichkolwiek przy- puszczeń i wniosków w tym przedmiocie. Rozmaite domysły powstać by tutaj mogły, gwałt zadany dzieciństwu Gwyn- plaine'a łatwo się dostrzec dawał; dla Gwynplaine'a jednakże jedno tylko oczywiste było: wynik. Przeznaczeniem jego stało się życie z piętnem na twarzy. Dlaczego został napiętnowany? Brakło odpowiedzi. Otaczało go milczenie i samotność. Przy- \ puszczenia, które dostosować by można do tej rzeczywistości tragicznej, były nieokreślone, niejasne, nic tutaj pewne nie było oprócz straszliwego faktu. I oto wśród tej klęski pojawiła się Dea; stanęła nieziemskim zjawiskiem pomiędzy Gwyn- 'plaine'em a rozpaczą. Dostrzegał, wzruszony i ogrzany jak » gdyby, słodycz tej czarującej dziewczyny, co pochyliła się nad jego ohydą; rajskie zadziwienie roztkliwiło jego smoczą twarz; uczyniony po to, by przerażać, doznał jednak tego cudownego wyjątku, że podziwiało go i ubóstwiało idealne światło; on, poczwara, czuł na sobie zapatrzenie gwiazdy. Gwynplaine i Dea tworzyli stadło, uwielbiały się nawzajem te dwa patetyczne serca. Gniazdo, a w nim dwoje ptasząt; oto ich historia. Wkroczyli razem w powszechne prawo natury, które nakazuje przyciągać się ku sobie, szukać się i odnaleźć. Tak więc oto pomyliła się nienawiść. Prześladowcy Gwyn- plaine^ — kimkolwiek by oni byli — tajemnicza zawziętość, z jakiejkolwiek by pochodziła strony, chybiła swojego celu. Postanowiła stworzyć rozpacz, a stworzyła wniebowzięcie. Już w dzieciństwie zaręczony został z uzdrawiającą raną. Z woli przeznaczenia miał on być utulony przez strapienie. Katowskie obcęgi przemieniały się oto powoli w kobiecą dłoń. Gwynplaine był przerażający, przerażający sztucznie, przerażający z ręki człowieka. Spodziewano się, że odsunięty zostanie na zawsze, od rodziny przede wszystkim, jeżeli posiadał był jakąkolwiek rodzinę, a później od całej ludzkości; kiedy był jeszcze dziec- 1 Versio Gallica Will. Tyrii, ks. II, rozdz. XXIII. 294 kiem, uczyniono zeń ruinę, lecz ruinę tę, jak zawsze i wszyst- kie, objęła w swoje posiadanie natura; i tę samotność ukoiła natura, jak koi ona wszelką samotność; natura przychodzi z po- mocą wszelkiemu opuszczeniu; tam, gdzie niczego nie staje,. ona oddaje się cała; zieleni się i zakwita na każdym rumowi- sku; ma ona bluszcz dla kamieni i miłość dla ludzi. Jakże ogromna jest hojność nieokreślonego! V BŁĘKIT W CIEMNOŚCI I tak żyło tych dwoje nieszczęśliwych, jedno dzięki drugie- mu; Dea znalazła oparcie w Gwynplaine'ie, Gwynplaine został •przygarnięty przez Deę. Sierota miała sierotę. Kaleka — kalekę. Poślubiły się nawzajem te dwa, wdowieństwa. Od tych dwu niedoli biło niewymowne, przeogromne dziękczynienie. Komu? Ciemnym bezmiarom. Dosyć jest gdziekolwiek przed siebie wysłać podziękę. Dzięk- czynienie jest bowiem skrzydlate i dolatuje tam, dokąd dole- cieć powinno. Modlitwa zna swoją drogę lepiej niż sam czło- wiek, który się modli. Iluż to ludzi mniemało zanosić modły do Jowisza, a prośba ich doszła do Jehowy! Iluż wierzących w amulety przez nie- skończoność wysłuchanych bywa! Iluż ateuszy ani o tym wie, że przez to samo już, że są dobrzy i że są smutni, modlą się do Boga. Gwynplaine i Dea byli wdzięczni. Pokraczne kalectwo to wygnanie. Ślepota — tp przepaść. Wy- gnanie zostało przygarnięte; ślepota znalazła schronienie w swojej przepaści. 295 Gwynplaine widział oto w jasnym świetle dnia, jak schodzi ku niemu zrządzeniem losu, podobnym do przedłużenia snu, biały obłok piękności o kształcie kobiety, wizja promienna a posiadająca bijące serce; i zjawisko to, chmurka nieledwie, a jednak dziewczyna, brało go w swoje objęcia, i całowało go to objawienie, i pragnęło go to żywe serce; Gwynplaine nie był już potworem, bo ktoś go kochał; róża zapragnęła poślubić larwę, odgadując w tej larwie boskiego motyla, Gwynplaine, odrzucony przez wszystkich, stał się oto wybrańcem. Szczęśliwy ten, co posiadł to, na czym mu najbardziej za- leży. Gwynplaine otrzymał to właśnie, co mu było najpotrzeb- niejsze. I to samo otrzymała Dea. Zeszpecony kaleka podniesiony został ze swego poniżenia, uszlachetniony jak gdyby, rozprostował się, rozpromienił upojeniem, zachwyceniem i ufnością; a ku ociemniałej, zagu-. bionej wśród mroków i trwogi, wyciągnęła się poprzez cienie nocy pomocna dłoń. Było to przeniknięciem dwu niedoli w krainę ideału. Jedna rozpacz wchłonęła drugą rozpacz. Dwa wyłączenia z życia przy- jęły się nawzajem. Dopełniły się sobą dwie luki. Związali się przez to' właśnie, czego nie dostawało każdemu z nich dwojga. Co jednemu niedostatkiem — to drugiemu bogactwem, co jednemu nieszczęściem — to drugiemu skarbem się stało. Gdyby Dea nie była niewidoma, czyż upodobałaby sobie Gwyn- plaine^? Gdyby Gwynplaine nie był oszpecony — czyżby wy- brał Deę? Zapewne ani ona nie chciałaby poczwary, ani też on nie chciałby kaleki. Cóż za szczęście dla Dei, że Gwynplaine był tak obrzydliwy! Cóż to za traf dla Gwynplaine'a, że Dea była ślepa! Dla każdego z nich nie do pomyślenia wprost było zna- lezienie jakiegokolwiek innego towarzysza losu. Zesłała ich sobie opatrzność. Cóż leżało u dna ich miłości? To, że byli sobie nawzajem tak bardzo potrzebni. Gwynplaine był ratunkiem Dei, Dea — ratunkiem Gwynplaine'a. Dwa te smutne, biedne ' istnienia spotkały się ze sobą i zrosły, tych dwoje przepadłych w otchłani połączyło się we wspólnym uścisku. Jakże silnym, jakże rozpaczliwym, jakże niezwykle pięknym. 296 — I czymże byłbym bez niej! Myślał Gwynplaine. — I czymże byłabym bez niego! Myślała Dea. Dwa rodzaje wygnania stały się sobie ojczyzną, dwie nie- odwracalne konieczności, stygmat Gwynplaine'a i ślepota Dei, zdziałały, że połączyli się oboje we wspólnej radości. Wystar- czali sobie zupełnie, nie widzieli poza sobą świata; każda roz- mowa była im rozkoszą, każde zbliżenie się ku sobie — wnie- bowzięciem; siłą wzajemnej intuicji osiągnęli jedność nawet w marzeniu; we dwoje snuli ten sam wątek myśli. Kiedy Gwynplaine nadchodził, Dei zdawało się, że słyszy kroki boga. Tulili się do siebie w półmroku rozjaśnionym nikłym światłem gwiazd, pełnym woni, blasków, dźwięków, świetlistych bu- dowli i marzeń; należeli do siebie wzajemnie; zespoleni byli na wieki w tej samej radości, w tym samym uniesieniu i nie było na ziemi nic niezwyklejszego nad ów raj wybudowany przez dwoje potępionych. Byli niewypowiedzianie szczęśliwi. Z piekła swego uczynili niebo; tak wielka jest twoja potęga, o miłości! Dea słyszała śmiech Gwynplaine'a. A Gwynplaine widział uśmiech Dei. Tak oto osiągnięta została idealna szczęśliwość, urzeczywi- stniona doskonała radość istnienia, rozwiązana tajemnicza za- gadka szczęścia. I przez kogo? Przez dwoje nędzarzy. Dea była dla Gwynplaine'a blaskiem światła. Gwynplame był dla Dei obecnością. Obecność, głęboka tajemnica, co do godności bóstwa podnosi niewidzialne i z której wynika druga tajemnica — ufność. To jedno, co niezmienne jest, nienaruszalne w każdej religii, w każdej wierze. I co wystarcza. Nie widzisz okiem istoty nie- zmierzonej a wszechobecnej; lecz czujesz, że jest. Gwynplaine był religią Dei. 297 Niekiedy, nie władając już sobą z miłości, klękała przed nim, niby piękna kapłanka w adoracji przed rozradowanym, a pocz- warnym bóstwem pagody. Wyobraźcie sobie tylko przepaść, a wśród tej przepaści oaz^ światła, a wśród tej oazy tych dwoje, odrzuconych przez życie. olśnionych sobą nawzajem. Jakże nieporównanie czystą była ich miłość. Dea nie wie- działa, czym jest pocałunek, choć pragnęła go, być może, sama nie zdając sobie z tego sprawy; gdyż ślepota, kobiety zwłaszcza. ma swoje sny i choć drży przed każdym zbliżeniem się nie- znanego, nie wszystkiemu jednak jest niechętna. Gwynplaine często bywał zamyślony, wibrowała w nim i drżała młodość; im większe czuł upojenie, tym bardziej był nieśmiały; mógłby się ważyć na wszystko z tą towarzyszką swoich dziecinnych lat, równie nieświadomą grzechu, co i światła, z tą niewidomą, co widziała jedno tylko — swoje dla niego uwielbienie. Uważałby jednak, że postępuje jak złodziej, że kradnie to, co by mu ona dała; godził się więc, z radością nie pozbawioną pewnej melan- cholii, na miłość podobną obcowaniu aniołów i świadomość własnego zniekształcenia przeradzała się w nim w szlachetną, dostojną skromność. Tych dwoje szczęśliwych przebywało w nieziemskiej krainie. Poślubieni byli sobie na odległość, na podobieństwo niebie- ., skich ciał. Połączeni byli ze sobą jakby prądem biegnącym przez błękitne przestworza, prądem, co w nieskończoności zwie się przyciąganiem, na ziemi zaś — skłonnością ku sobie dwu płci. Całowały się obie ich dusze. Żyli zawsze razem. Nie znali się inaczej. Dzieciństwu Dei towarzyszyły chłopięce lata Gwynplaine'a. Wzrastali jedno obok drugiego. Długo sypiali razem na jednym posłaniu, buda nie była bowiem zbyt obszerną sypialnią ... Oni na skrzyni, Ursus na podłodze: oto jak się urządzili we troje. Aż wreszcie, dnia pewnego, kiedy Dea była jeszcze dzieckiem, Gwynplaine po- czuł się nagle młodzieńcem; u mężczyzny więc pojawiło się po raz pierwszy uczucie wstydu. „Ja też będę spał na podłodze" — tak rzekł Ursusowi. I, z nadejściem wieczora, położył się obok 298 •starca na niedźwiedziej skórze. Wówczas Dea zaczęła płakać. Dopominała się powrotu swojego towarzysza snu. Lecz Gwyn- plaine, w którym równocześnie z miłością obudził się niepokój, wytrwał w swoim postanowieniu. Od owego dnia począwszy sypiać zaczął z Ursusem na podłodze. Latem zaś spędzał pogo- dne noce na dworze, razem z Homo. Dea miała już lat trzy- naście, a jeszcze nie dawała za wygraną. Często wieczorem prosiła: „Chodź tutaj, Gwynplaine, połóż się koło mnie; prędzej zasnę". Leżący obok mężczyzna był jej tak niewinnie potrzebny do spania. Nagość wtedy dopiero istnieć zaczyna, kiedy się ją widzi. Dea nie znała nagości. Była w niej naiwna prostota Arkadii czy Otaiti. Pierwotna bezpośredniość tej dziewczyny wywoływała popłoch w uczuciach Gwynplaine'a. Zdarzało się nieraz, że Dea — dorosła już prawie — siedząc na posłaniu i czesząc swoje długie włosy, w opadającej z ramion koszuli ukazującej w swym rozchyleniu zarys kształtów, jakże już kobiecych, tego dziecka, co stawało się coraz bardziej Ewą, przyzywała do siebie Gwynplaine'a. Gwynplaine rumienił się, spuszczał oczy, sam nie wiedział, co począć na widok tej na- gości tak niewinnej, jąkał się, odwracał głowę, drżał i odcho- dził zmieszany; ów Dafnis posępnych mroków uciekał przed tą Chloe cieni. Tak oto wśród tragedii zakwitła sielanka. Ursus mawiał im: — Ubóstwiajcie się nawzajem, odwieczne bydlątka. VI URSUS NAUCZYCIELEM I URSUS OPIEKUNEM Ursus dorzucał jeszcze: — Zrobię ja im figla pewnego dnia. Wezmę i ich pożenię. Starzec wykładał Gwynplaine'owi teorię miłości. Mówił snu tak: 299 — Miłość, a wiesz ty, w jaki sposób zapala Pan Bóg ten ogień? Kładzie na spodzie kobietę, potem diabła, a na diable — mężczyznę. Jedna zapałka — czyli jedno spojrzenie — i wszy-' stko płonie. — Spojrzenie nie jest konieczne — odpowiadał Gwynplaine myśląc o Dei. A Ursus na to: . — Tereferel A czy dusze potrzebują oczu, żeby się zobaczyć? Niekiedy Ursus bywał w humorze krotochwilnym. Gwyn- plaine tak nieprzytomnie zakochany w Dei, że chwilami stawał się aż milczący i ponury, wystrzegał się ciekawych oczu Ursusa. Pewnego dnia Ursus tak się odezwał do niego: — No, no, nie wstydź się tak, chłopcze. Patrz, kogut się swoich zalotów nie wstydzi. — Ale orzeł kryje się ze swą miłością — odrzekł Gwyn- plaine. Niekiedy znowu Ursus pomrukiwał sam do siebie: ;— Nie od rzeczy bywa wsunąć czasami kij pomiędzy szprychy kół u wozu, którym młodzi odjeżdżają na Cyterę. Za bardzo się kochają.-Nic dobrego z tego nie wyniknie. Zaradźmy pożaro- wi. Pomiarkujmy nieco te dwa serca. I oto Ursus zabrał się do udzielania przestróg im obojgu. Przemawiał do Gwynplaine'a, kiedy Dea spała, przemawiał do Dei, kiedy ich Gwynplaine nie widział. — Nie trzeba przywiązywać się nadmiernie do Gwynplaine'a, Deo. Żyć tak wyłącznie innym człowiekiem — rzecz to nie- bezpieczna. Egoizm jest zdrowym korzeniem szczęścia. Męż- czyźni wymykają się kobietom. A Gwynplaine'owi może prze- wrócić się w głowie. Ma takie powodzenie! Nie wyobrażasz sobie nawet, jakie on ma powodzenie. — Zbyt wielkie różnice niewiele bywają warte, Gwyn- plaine'ie. Nadmierna szpetota z jednej strony i nadmierna uroda z drugiej zmusza, by zastanowić się głęboko. Miarkuj swoje zapędy, mój chłopcze. Nie rozpalaj się zbytnio do Dei. Czyżbyś na serio uważał, że jesteś dla niej stworzony? Przyj- 300 rzyj się nieco swojej szpetocie i jej doskonałości. Zrozum, jak wielka dzieli was różnica. Ona, Dea, ma wszystko. Cóż za bia- łość płci, jakie włosy, usteczka jak poziomki! A nóżka! A rącz- ka! Ramiona krągłe doskonale, twarzyczka — cud! Kiedy idzie — to światło rozsiewa, a głos* j e j tak poważny, a tak zniewala- jący! I przy tym wszystkim — kobieta, pomyśl sobie tylkol Nie anioł, o, nie, nie jest taka głupia, żeby być aniołem! Dea • to piękność skończona. Zastanów się nad tym wszystkim, a ochłoniesz nieco. W wyniku podobnych słów miłość pomiędzy Dea i Gwyn- plaine'em rozpłomieniała się w dwójnasób, a Ursus dziwił się niepomiernie niepowodzeniu swojej wymowy, podobny w tym nieco do człowieka, który by mówił tak: — To osobliwe, leję oliwę w ogień, a on nie gaśnie. Czyż rzeczywiście chciał zagasić lub też choćby ochłodzić nieco ich uczucie? O, nie! Tego nie chciał na pewno. Gdyby słowa jego odniosły skutek, on pierwszy przestraszyłby się nie na żarty. W gruncie rzeczy bowiem radowała go ta miłość, sam grzał się w cieple jej płomieni. Ale trzeba przecież podręczyć się trochę z tym, co daje nam radość. Droczenie się takie zwykli nazywać ludzie mądrością.. Dla Gwynplaine'a i Dei Ursus był niemal i ojcem, i matką. Pomrukując niechętnie, wychował ich; wykarmił, zrzędząc nieustannie. Po przygarnięciu dzieci powiększył się znacznie ciężar wózka i Ursusowi coraz częściej wypadało przyprzęgać się do dyszla i ciągnąć razem z Homo swój wędrowny dom. Lecz już po kilku latach, kiedy Gwynplaine podrósł, a Ursus całkiem już się zestarzał, chłopiec zaczął z kolei ciągnąć starca. A kiedy Gwynplaine dorastał, Ursus, przypatrując się jego" zeszpeceniu, stawiał mu nieraz taki oto horoskop: — Twoja •twarz — to majątek. Oddano ci nie lada przysługę. Rodzina ta, złożona ze starca, dwojga dzieci i wilka, związy- wała się ze sobą coraz silniej wśród nieustannej wędrówki. Włóczęga nie przeszkadzała wychowaniu. — Wędrowne życie rozwija — mawiał Ursus. Gwynplaine był zaiste po to stwo- rzony, żeby się „po jarmarkach pokazywać". Ursus dbał 301 troskliwie o rozwijanie jego kuglarskich umiejętności, prócz tego zaś starał się wpoić w linoskoka tyle wiedzy i tyle- mądrości, ile tylko potrafił. Starzec, spoglądając na wprawia- jącą w osłupienie twarz-maskę chłopca, pomrukiwał z cicha: — Dobrze rozpoczęta robota. — Dlatego też i dbał o jak naj- staranniejsze wykończenie tego dzieła, oddając z siebie cała swoją wiedzę i mądrość ku jego tym większej ozdobie. Często napominał Gwynplaine'a: — Zostań filozofem. Mądrość opancerza. Ja, tak jak mnie widzisz tutaj, nigdy jeszcze nie płakałem. A zawdzięczam to mądrości. Czy przy- puszczasz może, że jeżelibym chciał zapłakać, to zabrakłoby mi po temu okazji? W monologach swoich, słyszanych jedynie przez wilka, tak prawił: — Nauczyłem Gwynplaine'a Wszystkiego, w tym i łaciny, a Deę — Niczego, w tym i muzyki. — Wykształcił ich oboje w śpiewie. Sam biegle posługiwał się niewielkim fletem, jakiego wówczas używano. Grywał na nim ładnie, grywał również i na „żebraczej lutni", którą kronika Bertranda Du- guesciin nazywa „instrumentem włóczęgów", a z której począ- tek swój bierze symfonia. Granie to przywabiało niejednego. Ursus pokazywał publiczności swoją lutnię i tłumaczył: — Na- zywa się ona po łacinie organistrum. Wyuczył on śpiewu Deę i Gwynplaine'a według metody Orfeusza i Egida Binchois. Nieraz zdarzało się, że przerywał swoją lekcję okrzykiem pełnym entuzjazmu: — O, Orfeuszu. muzyku Grecji! O, Binchois, muzyku Pikardii! Wychowanie to, tak wszechstronne, tak staranne, nie pochła- niało jednakże obojga dzieci aż do tego stopnia, by stać się- przeszkodą w ich wzajemnej miłości. Wzrastali, a serca ich zespalały się ze sobą coraz bardziej na kształt dwu krzewin posadzonych blisko, których gałęzie mieszają się ze sobą i spla- tają tym ściślej, w im większe wyrastają drzewa. — Mniejsza z tym — pomruki wał Ursus. — I tak ich po- żenię. — I sam do siebie dorzucał: — Nudzą mnie tą swoją miłością. 302 Przeszłość, ta niewielka jej cząstka, jaką posiadało każde z nich, nie istniała ani dla Dei, ani dla Gwynplaine'a. Wie- dzieli o niej to tylko, co im Ursus opowiedział. Nazywali go ,,ojcem". Najwcześniejsze lata dzieciństwa utrwaliły się w pamięci Gwynplaine'a niby pochód demonów nad jego kolebką. Wyda- wało mu się, jakby został podeptany, stratowany przez jakieś potworne stopy. Czy stało się to umyślnie, czy też przypad- kowo? Nie wiedział. Jedyne, co przypominał sobie dokładnie, szczegółowo — to tragiczny przebieg porzucenia go na brzegu morza. Odnalezienie Dei było jedynym jasnym punkcikiem tej ponurej nocy. Wspomnienia Dei jeszcze mniej były określone. Wszystko się w nich zatarło — była przecież taka mała. Matkę przypominała sobie jako przedmiot zimny i martwy. Czy Dea oglądała kie- dyś słońce? Być może. Nieraz starała się ze wszystkich sił odszukać w pamięci te zagubione, rozproszone chwile. Słońce? A co to było? Przypominała sobie mętnie coś bardzo jasnego, coś bardzo ciepłego, coś, co zastąpione jej zostało przez Gwyn- plaine'a. Rozmawiali ze sobą półgłosem. Gruchanie dwojga młodych jest to niewątpliwie jedna z najważniejszych czynności, jakie dokonują się na tej ziemi. Dea mówiła do Gwynplaine'a: — Światło wtedy jest, kiedy ty mówisz. Razu pewnego Gwynplaine, dostrzegając poprzez muślinowy rękaw ramię Dei, nie zdołał się opanować i musnął wargami tę tkaninę przezroczystą. Usta potwora, pocałunek przeczysty. Dea poczuła rozkosz niewysłowioną. Spłonęła rumieńcem. Po- całunek poczwary rozjaśnił jutrzenką to piękne czoło, pełne mroku. A Gwynplaine westchnął w pomieszaniu. Poprzez roz- chyloną krezę jej sukni dostrzegał kształty białe, nieziemskie. Nie potrafił oderwać spojrzenia. Dea odsunęła rękawek i wyciągając ku niemu obnażone ramię prosiła: — Jeszcze! — Gwynplaine uciekł. Nazajutrz znowu, z lekką odmianą, powtórzyła się pieszczota. 303 Wniebowzięci, osuwali się oboje w słodką przepaść miłości. Bóg, stary mędrzec, uśmiecha się dobrotliwie spoglądając ze swej wysokości na podobne ludzkie sprawy. VII ŚLEPA NAUCZA JASNOWIDZENIA Niekiedy Gwynplaine sam sobie robił wymówki. Wyrzucał sam sobie swoje własne szczęście. Wydawało mu się, że jeżeli dopuści, by pokochała go ta kobieta, będzie to z jego strony oszustwem. I cóż by rzekła, gdyby oczy jej otworzyły się nagle? . Z jakimże obrzydzeniem odsunęłaby się od tego, co teraz przy- ciągał ją ku sobie l W jakimże przerażeniu cofnęłaby się na wi- dok tego potwornego magnesu! Uciekałaby krzycząc i zasłania- jąc twarz. Dręczyły go skrupuły. Powtarzał sobie, że on, potwór, nie ma prawa do miłości. , Smok ubóstwiany przez gwiazdę uważał, że obowiązkiem jego jest oświecenie tej gwiazdy ociemniałej. Razu pewnego odezwał się do Dei: — Czy wiesz, że jestem bardzo brzydki? — Wiem, że jesteś doskonały — odrzekła. A on mówił dalej: — Kiedy słyszysz, że wszyscy się śmieją, wiedz, że śmieją się ze mnie. Jestem potworny. —— Kocham cię — odpowiedziała-Dea. Po chwili milczenia dodała: — Byłam wśród śmierci; ty przywróciłeś mnie życiu. Kiedy ty jesteś przy mnie, to jakby się ku mnie niebo pochyliło. Daj mi rękę, niech dotknę Boga. . Dłonie ich odnalazły się i połączyły w uścisku, i nie rzekli już do siebie nic więcej, zamilkli wobec ogromu miłości. Posłyszał ich rozmowę Ursus, mrukliwy zrzęda. Nazajutrz, kiedy byli razem we troje, odezwał się: — Zresztą i Dea też jest brzydka. 304 Ale słowa jego chybiły celu. Dea i Gwynplaine nie słuchali. Zajęci sobą bez reszty, rzadko kiedy zwracali uwagę na ode- zwania się starca. Rzucał on swoje głębokie uwagi na wiatr tylko. Tym razem jednakże przezorne odezwanie się Ursusa „Dea jest też brzydka" wskazywało, że ten uczony człowiek posiada niejaką znajomość kobiecego serca. Niewątpliwie Gwynplaine przez lojalność popełnił nieostrożność. Powiedzenie jakiejkol- wiek innej kobiecie, jakiejkolwiek innej niewidomej: „jestem brzydki" byłoby rzeczą niebezpieczną. Być i niewidomą, i za- kochaną to tyle, co być niewidomą podwójnie. Śni się wówczas, marzy; złudzenie to pokarm dla marzeń; odjąć miłości złudze- nia — to odjąć jej pożywienie. Wszelkie uniesienia służą do jej ukształtowania, i podziw dla ciała, i podziw dla ducha. A poza tym nie należy nigdy mówić kobiecie słów trudnych do zrozu- mienia. Rozmarza się na ich temat. I często rozmarza się w nie- dobry sposób. Zagadka wprowadzona w sny czyni w nich spustoszenia. Stuk niebacznie rzuconego słowa rozbija dotych- czasową harmonię. Zdarzało się czasami, że serce niedostrzegal- nie robi się puste, nie wiadomo nawet, jak i kiedy, dlatego że uderzone zostało rzuconym niebacznie słowem. Zakochana istota dostrzega nagle, że szczęście jej zmalało. Nie ma nic groźniejszego nad takie powolne wyciekanie zawartości z pęk- niętego naczynia. Dea, na szczęście, nie z tej była gliny. Nie zrobiono jej z ma- teriału, z którego na ogół ukształtowane bywają kobiety. Była ona naturą wyjątkową. Ciało miała kruche, ale nie serce. Nie- ziemska wytrwałość w miłości stanowiła całą treść jej istoty. Słowa Gwynplaine'a nurtowały ją też długo, aż wreszcie dnia pewnego tak się odezwała: — Co to znaczy być brzydkim? Być brzydkim — to być złym. A Gwynplaine jest dobry. Więc jest piękny. I dalej mówiła w tej samej formie pytającej, właściwej dzie- ciom i niewidomym: 20 — Człowiek śmiechu 305 — Widzieć! I co wy tym słowem nazywacie? Ja nie widzę, a wiem. Więc chyba wzrok zakrywa. — Co ty mówisz? — zapytał Gwynplaine. — Wzrok to coś, co zakrywa prawdę — odrzekła Dea. — Nie! — powiedział Gwynplaine. — Ależ tak! Jeżeli ty mówisz, że jesteś brzydki! Zamyśliła się na chwilę i dorzuciła: — Kłamczuchu! Tak więc Gwynplaine, ku swej radości, wyznał wszystko i nie uwierzono mu. Spokojny stał się w swoim sumieniu. Spo- kojny w swoim uczuciu. ' W ten sposób doszli oboje, ona — do lat szesnastu, on — do dwudziestu pięciu. I nie ,,posunęli się dalej" — jak się to mówi dzisiaj — niż pierwszego dnia. Mniej nawet; skoro się zważy, że mieli już przecież poza sobą swoją pierwszą noc poślubną. Ona była wówczas dziewięciomiesięcznym niemowlęciem, on — chłop- cem dziesięcioletnim. Jakaś święta dziecinność znamionowała i nadal ich miłość; zdarza się czasami, że zapóżniony słowik przeciąga swoją wieczorną pieśń aż do brzasku. / Pieszczotą ich był uścisk dłoni i, niekiedy, muśnięcie warga- mi obnażonego ramienia. Ta rozkosz, nieśmiała, czysta, wystar-_ czała obojgu. Dwadzieścia cztery lata, szesnaście lat. Aż wreszcie dnia pewnego Ursus, który nie wyrzekł się wcale projektu swojego „figla", rzekł do nich: — Będziecie musieli już niedługo obrać sobie wreszcie jakąś religię. —»- Po co? — zapytał Gwynplaine., — Żeby się pobrać. — To się przecież już stało — odrzekła Dea. Nie pojmowała, w jaki sposób można być sobie jeszcze bar- dziej mężem i żoną, niż oni dotąd byli. W gruncie rzeczy ich spokojne szczęście, niezwykłe, nie- winne, to naiwne zaspokojenie wszystkich potrzeb duszy przez 306 obcowanie z drugą duszą, ten celibat, traktowany przez nich jako małżeństwo, głęboko wzruszał Ursusa. Gadał, byle gadać. Jako lekarz jednakże wiedział, że Dea jest, jeżeli nawet nie nazbyt jeszcze młoda, to niewątpliwie zbyt wątła, zbyt deli- katna na to, co zwał on „hymenem z krwi i kości". Im później to nastąpi, tym lepiej. Czyż zresztą nie byli sobie rzeczywiście poślubieni? Jeżeli istniał kiedykolwiek związek nierozerwalny — to czyż nie był nim właśnie związek Gwynplaine'a i Dei? Rzuciło ich sobie w ramiona nieszczęście — rzecz to cudowna i niezwykła. A jakby nie dosyć było jeszcze tych jednych więzów, do nie- szczęścia przyłączyła się miłość, opasała je swoim pierście- niem. I jakaż siła przerwać by była w stanie żelazny łańcuch wzmocniony girlandą z kwiatów? Nic rozłączyć ich nie mogło. Dea miała urodę; Gwynplaine miał światło. Każde wniosło swój posag. Tworzyli coś więcej niż stadło, tworzyli całość złożoną z dwu części oddzielonych od siebie tylko świętą prze- grodą niewinności. Gwynplaine jednakże, choć pogrążał się, jak tylko potrafił, najgłębiej w marzeniu, choć cały zapatrzony w Deę i swoją dla niej miłość — był mężczyzną. Obejść praw natury nie podobna. I w nim również, z woli Stwórcy, jak i w całej przeogromnej przyrodzie burzyły się ciemne, tajne siły. Dlatego też podczas swoich publicznych występów niejeden raz spoglądał na znaj- dujące się wśród ciżby kobiety, lecz natychmiast odwracał grzeszne spojrzenie i jak najszybciej, ze skruchą, znowu pogrą- żał się w swojej własnej duszy. Dodać tutaj trzeba, że nie spotykał zachęty. Na twarzach wszystkich kobiet, na które popatrzył kiedykolwiek, dostrze- gał tylko niechęć, odrazę, wstręt, obrzydzenie. Jasne było dlań, ze jedyna Dea mogła go obdarzyć uczuciem. Tym też łatwiej przychodziła mu skrucha. 20. 307 VIII NIE TYLKO SZCZĘŚCIE, LECZ I DOBROBYT Ileż to prawdy znaleźć można w baśni! Wyrzut sumienia — skutek złych, grzesznych myśli — to niby piekące dotknięcie niewidzialnego diabła. W umyśle Gwynplaine'a niedobra myśl nie wykluła się jesz- cze i nie wyrzucał sobie niczego. Nieraz jednak żałował. Sumienie dawało znać o sobie niewyraźnie, niejasno. Dlaczego? Szczęście ich było zupełne, tym pełniejsze, że nie cierpieli już nawet niedostatku. Pomiędzy rokiem 1689 a 1704 życie ich przeobraziło się znacznie. W owym roku 1704 często napotkać można było duży, so- . lidny, kryty wóz, zaprzężony w dwa silne konie. Wóz ten wjeżdżał o zmierzchu w ulice nadmorskich miasteczek. Po- dobny był do barki odwróconej do góry dnem i ustawionej na czterech kołach, w której kil stał się kalenicą dachu, a pokład — podłogą. Koła były jednakowej wielkości i wysokie niczym u kamieniarskiego wozu. Koła, dyszel, wóz, wszystko to poma- lowane było na kolor zielony, przechodzący stopniowo od ciemnej zieleni na kołach do jasnego seledynu na dachu. Wóz ten, wyróżniający się od innych swoją zieloną barwą, znany był na wszystkich placach targowych; zwano go „Green Box", czyli „Zielone Pudło". Owo „Zielone Pudło" miało dwa okienka, jedno na przedzie, drugie na tyle, i — również z tyłu — drzwicz- ki z opuszczanym stopniem. Ponad dachem unosił się dym wy- chodzący przez rurę pomalowaną również na zielono. Ten wędrujący dom zawsze był świeżo wylakierowany i wyszoro- wany starannie. Na przedzie, na opuszczanym koźle, przymo- cowanym do wozu, tuż pod oknem, po obu stronach starca, co powoził trzymając lejce, siedziały dwie Cyganki przebrane w stroje bogiń i dęły w trąbki. Landara ta, podskakująca na 308 wybojach z tak wielkim majestatem, wywoływała podziw i zdumienie wśród miejskiej gawiedzi. Była to dawna buda Ursusa, co rozrosła się wśród powodze- nia, co z kuglarskiego kramiku stała się prawdziwym teatrem. U wożą uwiązane było zwierzę — ni to pies, ni to wilk — Homo. Starym woźnicą, popędzającym konie, był znany nam filozof w swojej własnej osobie. I skądże to nędzna buda rozrosła się do rozmiarów olimpij- skiej landary? Otóż stąd: Gwynplaine stał się sławny. Kiedy Ursus powiedział kiedyś Gwynplaine'owi: „Taka twarz — to majątek", dał dowód prawdziwego węchu, rzeczy- wistej wiedzy o tym, jak się zdobywa powodzenie u ludzi. Ursus, jak to zapewne pamiętamy, troskliwie zajmował się edukacją Gwynplaine'a. Nieznani ludzie ukształtowali jego twarz. On urabiał jego umysł i w naczynie to, do wnętrza skry- wającego się poza tą maską uformowaną tak udatnie, włożył tyle myśli, ile tylko potrafił. Kiedy dziecko podrosło dosta- tecznie, zaczął pokazywać je na scenie, czyli na desce umiesz- czonej na przedzie budy. Wrażenie, jakie pojawienie się Gwyn- plaine^ wywoływało, przechodziło wszelkie oczekiwanie. Z miejsca zyskał sobie rozgłos wśród przygodnych widzów. Nie widziano jeszcze niczego, co by porównać się dało z tyra zdumiewającym mimem śmiechu. Nie wiedziano, w jaki spo- sób powstał ów cud zaraźliwej wesołości; jedni sądzili, że jest to zjawisko naturalne, inni — że uformowano je sztucznie, rzeczywistość wzbogacona została przez przypuszczenia i wszę- dzie, na miejskich placach, na targowiskach, po jarmarkach i odpustach tłum cisnął się, aby oglądać Gwynplaine'a. Dzięki tej „niezwykłej atrakcji" do chudego trzosa wędrownej gro- madki posypał się istny deszcz najpierw miedziaków, później całych sztuk srebra. Po wyczerpaniu ciekawości w jednym miejscu przenosili się gdzie indziej. Toczący się kamień nie pora- sta w mech, ale buda obrasta w dostatki wśród jazdy. I tak od ,309 zimy do zimy, od miasteczka do miasteczka, im bardziej po- większał się wzrost i szpetota Gwynplaine'a, tym bardziej rosło powodzenie przepowiedziane mu niegdyś przez Ursusa. — Ależ ci się przysłużono, mój chłopcze — powtarzał stary. „Fortuna" ta pozwoliła Ursusowi, który był zarządcą powo- dzenia Gwynplaine'a, na zbudowanie kolasy swoich marzeń — wozu, co byłby dość przestronny, aby pomieścić scenę, z któ- rej siać by można sztukę i wiedzę po wszystkich rynkach miej- skich i targowiskach. Co więcej, do gromadki, składającej się z niego samego, z Homo, Gwynplaine'a i Dei, mógł Ursus dołą- czyć dwa konie i dwie niewiasty, które pełniły obowiązki bogiń, jakeśmy już o tym wspominali, i sług. Szyld mitolo- giczny nad kuglarską budą był w owym czasie rzeczą ze wszech miar pożyteczną. — Jesteśmy świątynią wędrowną — mawiał Ursus. '•I Dwie Cyganki, przygarnięte przez filozofa z ciżby bezdom- nych włóczęgów koczujących od przedmieścia do przedmieścia. • były młode i brzydkie i z woli Ursusa nazwane zostały jedna — Febe, druga — Wenus, co czytać należy Fibi i Vinos, stosu- jąc się w tym względzie do angielskiej wymowy. , Febe 'gotowała, Wenus szorowała świątynię. Prócz tego w dnie występów obie ubierały Deę. Poza obrębem zaś tego, co nosi nazwę „publicznego życia" czy to dla kuglarzy. czy też dla możnych tego świata. Dea. tak samo jak i Fibi, i Vinos, nosiła florencką spódnicę z kwieciste- go płócienka i kaftanik bez rękawów, odsłaniający ramiona. Ursus i Gwynplaine ubierali się w męskie kaftany i szerokie, marynarskie spodnie, niczym majtkowie na wojennym okręcie. Ponadto Gwynplaine do pracy i do ćwiczeń w siłackich sztu- kach wkładał na ramiona i na szyję rodzaj skórzanego fartucha. Gwynplaine doglądał koni, Ursus i Homo troszczyli się o siebie nawzajem. Dea, zadomowiona w „Zielonym Pudle", poruszała się po wnętrzu swego ruchomego domu prawie swobodnie, jakby widziała tutaj wszystko. 310 Oku, któremu udałoby się przeniknąć do wnętrza tej t) wędrownej budowli i obejrzeć jego urządzenie, ukazałaby się stara buda Ursusa, na swoich czterech kołach, przytwierdzona w rogu do ściany wozu. Pozostawiona tam na łaskawym chle- bie, zachodziła powoli rdzą i odpoczywała po wybojach dróg, jak Homo po popręgach uprzęży. Buda ta, przybita do tylnej ściany wozu, na prawo od drzwi, służyła Ursusowi i Gwynplaine'owi za sypialnię i ubieralnię. Stały w niej teraz dwa łóżka. W przeciwległym kącie mieściła się kuchnia. Zagospodarowanie okrętu nie bywa na pewno bardziej treś- ciwe, bardziej staranne niż urządzenie wewnętrzne ..Zielonego Pudła". Wszystko 'znajdowało się tam na stosownym miejscu, wszystko było uporządkowane, obmyślone, zaplanowane. Wóz podzielony został na trzy przegrody. Części te komuni- kowały się ze sobą przez otwory pozbawione drzwi. Zasłaniały je płachty ciężkiej tkaniny. Tylna przegroda była mieszkaniem mężczyzn, przednia przegroda była mieszkaniem niewiast, środkowa przegroda, przedzielająca pomieszczenia dwu od- miennych płci — był to teatr. Instrumenty muzyczne i inny sprzęt teatralny umieszczono w kuchni. Na pawlaczu, tuż pod dachem wozu, znajdował się składzik z dekoracjami, jeżeli izaś uchyliło się klapy w tymże pawlaczu umocowanej, zobaczyć można było lampy. Światła ich służyły do pokazywania ma- gicznych sztuk. Poetą — władcą wszystkich tych czarów — był Ursus. On to układał przedstawienia. Talenty posiadał liczne, wykonywać umiał najosobliwsze kuglarstwa. Nie tylko naśladować potrafił przeróżne głosy, ce- lował również w najbardziej nieoczekiwanych niespodzian- kach, zadziwiał nagłym migotaniem świateł wśród ciemności, wywoływał na gładkiej ścianie dowolne liczby, wyrazy i figu- ry, co ukazywały się i znikały tajemniczo, a sam pośród tych dziwów, obojętny na zachwyty gapiów, wydawał się dumać nad czymś głęboko. 31! Gwynplaine rzekł mu dnia pewnego: • — Wyglądasz, ojcze, jak czarodziej. A Ursus odrzekł: — To dlatego, być może, że nim jestem. ,,Zielone Pudło" wykonane zostało według mądrego pla- nu Ursusa. Jego to było pomysłem, że część lewej ściany po- łożoną pomiędzy przednimi i tylnymi kołami i przymocowaną na zawiasach, można było opuszczać za pomocą łańcuchów i pasów, niczym most zwodzony. Kiedy ściana opadała, trzy, również na zawiasach umocowane, drewniane podpórki odchy- lały się od niej i wreszcie stawały pionowo na ziemi, niby no- gi stołu, dźwigając ponad brukiem tę estradę z opuszczonego boku wozu. Równocześnie ukazywała się scena teatru, powięk- szona teraz o proscenium z owej właśnie platformy. Zdaniem ulicznych purytańskich kaznodziei, otwierająca się ściana po- dobna była do paszczy piekielnej. Odwracali się też od niei z przerażeniem i wstrętem. Być może, że to za podobny pomysł bezbożny kazał Solon wygrzmocić kijami Tespisa. Idea Tespisa przetrwała zresztą o wiele dłużej, niżby to przypuścić można było. Teatry-wozy istnieją do tej pory. A na jeżdżących scenach tego to rodzaju właśnie w szesnastym i siedemnastym wieku grywano w Anglii balety i ballady Amnera i Pilkingtona, we Francji pastorałki Gilberta Colin, we Flandrii, po kiermaszach, recytacje Clementa, 'zwanego Non-Papa, w Niemczech Adama i Ewę Theilesa, we Włoszech zaś weneckie krotochwile Animuccia i Ca-Fossis, sielanki Gesualda,' księcia Venosy, Satyra Laura Guidiccioni, Rozpacz Filena i Śmierć Ugolina Wincentego Galileusza, ojca astrono- ma, który to Wincenty Galileusz śpiewał sam ułożone przez siebie pieśni przygrywając na mola di gamba — wszystkie te najwcześniejsze zawiązki włoskiej opery, co od roku 1580 wy- pierać zaczęły sztywny madrygał, przeciwstawiając mu swo- bodę natchnienia. Wóz koloru nadziei, co nosił Ursusa, Gwynplaine'a i ich for- tunę, wóz, na którego koźle Fibi i Vinos dęły w trąbki, w po- 312 staci dwu mitologicznych bóstw, był jednym z bardzo wielu takich wędrownych przybytków sztuki i poezji. Tespis nie wy- parłby się Ursusa, a Congrio nie wyparłby się Gwynplaine'a. Po przybyciu na rynek miasta czy miasteczka, w przerwach między fanfarami Fibi i Vinos, Ursus udzielał pouczających a tyczących się tej muzyki objaśnień. — Symfonia ta jest gregoriańska — wołał. — Cni obywate- le, gregoriański obrządek, ten postęp tak ogromny, we Wło- szech walczyć musiał z rytuałem ambrozjańskim, w Hiszpanii zaś — z rytuałem mozarabskim, i zwyciężył wreszcie, choć nie bez trudu. Po czym ,,Zielone Pudło" zatrzymywało się na postój w miejscu obranym przez Ursusa, a z nadejściem wieczoru opadała ruchoma klapa ściany, odsłaniało się wnętrze teatru i rozpoczynało się przedstawienie. Scena ,,Zielonego Pudła" przedstawiała krajobraz namalo- wany przez Ursusa, który malować nie potrafił, w potrzebie więc krajobraz ten mógł równie dobrze wyobrażać podziemie. Kurtyna zszyta była z jedwabnych kwadratów, różnokoloro- wych, niczym strój błazeński. Publiczność stała na dworze, na ulicy czy na rynku, skupio- na półkolem wokół widowiska, w pogodę czy w niepogodę; układ ten sprawiał, że deszcz o wiele mniej był pożądany dla teatrów ówczesnych niż dła dzisiejszych teatrów. Jeżeli się tylko dało, urządzano przedstawienia w podwórzu 'zajazdu i wówczas zyskiwano tyle rzędów lóż, ile było pięter z oknami. A im bardziej teatr był tym sposobem zamknięty, tym bar- dziej publiczność przymuszona była do płacenia. Ursus sam dbał o wszystko — o przedstawienia, o trupę, o kuchnię, o orkiestrę. Vinos niezwykle sprawnie uderzała pa- łeczkami w bębenek. Fibi grała na istrumencie podobnym do gitary. I wilk również miał we wszystkim swój udział. Nie- wątpliwie należał do „towarzystwa" i grywał nawet niekiedy skrawki ról. Zdarzało się też nieraz, że kiedy na scenie poja- 313 wiali się Ursus i Homo, obok siebie, Ursus w swojej skórze nie- dźwiedziej zasznurowanej starannie, Homo w swojej skórze wilczej, jeszcze dokładniej dopasowanej — trudno było odgad- nąć, który z nich jest zwierzęciem; pochlebiało to Ursusowi. IX DZIWACTWA NAZYWANE POEZJĄ PRZEZ LUDZI POZBAWIONYCH SMAKU Sztuki Ursusa były to intermedia, rodzaj coraz to bardziej dzisiaj zarzucany. Jedna ze sztuk tych, która nie przechowała się do naszych czasów, nosiła tytuł Ursus Rursus. On sam za- pewne kreował w niej główną rolę. Kilkakrotnie pojawiał się na scenie i znikał —• taka była prawdopodobnie treść tej sztu- ki, odznaczająca się godnym pochwały umiarem. Jak więc widzimy, tytuły intermediów Ursusa często mie- wały brzmienie łacińskie, teksty zaś układane były przeważ- nie po hiszpańsku. Swoje hiszpańskie wiersze rymował Ursus "na podobieństwo wszystkich prawie ówczesnych kastylskich sonetów. Nie przeszkadzało to nikomu. Język hiszpański zna- ny był wówczas powszechnie i marynarze angielscy mówili po hiszpańsku, jak niegdyś żołnierze rzymscy mówili po karta- gińsku. Wspomina o tym Plaut. A zresztą w przedstawieniu, jak we mszy, język łaciński czy też inny, niezrozumiały dla słuchających, nie przeszkadzał nikomu. Radzono z tym sobie towarzysząc ochoczo znanymi słowami obcemu tekstowi. Oso- bliwie nasza stara galicka Francja objawiała swą pobożność takim to właśnie sposobem. W kościele podczas Immolatus wier- ni śpiewali Będziemy się weselili, a podczas Sanctus — Da] buziaka, moja miła. I trzeba było aż soboru trydenckiego, że- by położyć kres tym poufałościom. Ursus ułożył umyślnie dla Gwynplaine'a interiudium, z któ- rego kontent był bardzo. Było ono jego najulubieńszym utwo- 314 rem. Dać ze siebie w swoim dziele wszystko — oto triumf każ- dego, kto tworzy. Ropucha rodząc ropuszkę stwarza arcydzieło. Wątpicie? Spróbujcie zrobić to, co ona. Ursus wypieścił, jak tylko potrafił, swoje interiudium. Niedźwiedziątko to zostało nazwane Chaosem zwyciężonym. A oto treść tego dzieła: Noc. Kiedy rozsunęła się pozszywana z kolorowych kwa- dratów kurtyna, ciżba stłoczona przed sceną ,,Zielonego Pu- dła" nie widziała nic prócz ciemności. W ciemności tej poru- szały się, niby jakieś dziwne gady, trzy niewyraźne kształty — wilka, niedźwiedzia i człowieka. Wilkiem był wilk, Ursus — niedźwiedziem, Gwynplaine — człowiekiem. Wilk i niedź- wiedź wyobrażały dzikie, nieposkromione siły przyrody, nie-, okiełznane żądze, ślepą pierwotność i oba rzucały się na Gwynplaine'a, i był to chaos zmagający się z człowiekiem. Nie- widoczne były ich twarze. Gwynplaine bronił się, przykryty całunem, a oblicze jego zasłaniały gęste, opadające na nie włosy. I tak zresztą wszystko skrywała ciemność. Niedźwiedź ryczał, wilk warczał, człowiek krzyczał. Człowiek opadał z sił, dzikie bestie zwyciężały; wzywał pomocy, rzucał w nieznane rozpaczliwe wezwanie; rzęził. Patrzono na konanie tej ludzkiej formy, ledwie że odróżniającej się od zwierząt. Ponure to było widowisko; tłum patrzył wstrzymując dech w piersiach, jesz- cze chwila, a zwierz zwycięży i chaos pochłonie człowieka. Walka, krzyki, wycia — i nagle cisza. Słychać śpiew wśród ciemności. Powiew powietrza, i oto słychać głos. Unosi się tajemnicza muzyka towarzysząca tej niewidzialnej pieśni i na- gle, nie wiadomo jak i skąd, ukazuje się jasność. Jasność ta . jest światłem, światło to jest kobietą, kobieta ta jest duchem. Dea, spokojna, czysta, piękna, potężna pogodą i słodyczą, uka- zywała się otoczona promiennym nimbem. Jasna postać na tle zorzy. Głos — była to ona Głos lekki, głęboki, niewysłowiony. Z niewidzialnej stała się widzialną i śpiewała wśród brzasku. Sądziłbyś, że to pieśń anioła lub śpiew ptaka. A na jej widok 315 człowiek podrywał się nagle olśniony i jednym uderzeniem pięści powalał dzikie zwierzęta. Wówczas zjawisko, unosząc się lekko w sposób trudny do wytłumaczenia, wywołujący więc podziw tym większy, śpie- wało takie oto wiersze w języku hiszpańskim, dostatecznie czy- stym i zrozumiałym dla słuchaczy — angielskich marynarzy: Ora, Hora! De palabra Nace razon, Da luze el son.i Spuszczała oczy, jakby oglądała przepaść pod stopami, i śpie- wała dalej: Noche quita te de alli! El alba canta hallali! 2 A kiedy ona śpiewała, człowiek prostował się coraz bardziej i oto on, co leżał powalony, klęczy wznosząc ręce ku zjawisku, a kolanami wspiera się na obu bestiach, nieruchomych, jakby porażonych gromem. Ona, ku niemu zwracając się, śpiewała dalej: • Es menester a cięłoś ir, Y tu que llorabas reir.3 l przybliżając się, z majestatem gwiazdy, dodawała: Gebra barzon! Dexa, monstro, A tu negro Caparazon. * I kładła mu dłoń na czole. A wówczas podnosił się inny głos, głębszy, a więc jeszcze bardziej łagodny, głos rozpaczy i zachwytu, o powadze czu- Spiew rodzi światła 1 Módl się, płacz! — Słowo — rodzi rozum. — 2 precz, nocy! — Jutrzenka śpiewa: Alleluja! s Wznieś się do nieba. — I śmiej się, ty, co płaczesz. 4 Strzaskaj jarzmo! — porzuć, poczwaro — twoją ciasną — skorupę. 316 lej, a dzikiej, i była to pieśń człowieka, odpowiadająca na pieśń nieba. Gwynplaine klęczał, zawsze w ciemności, na po- walonym niedźwiedziu i wilku. Dea dłonią dotykała mu czoła, a on śpiewał: O, ven! amal . . Eres alma, Soy corazon.l ' '.' I oto nagle Strumień światła uderzał Gwynplaine'a prosto w twarz. Błogo rozanielona poczwara wyłaniała się z ciemności. Któż potrafi opisać wrażenie, co wstrząsało ciżbą gapiów? Jakby rozbłysło nagle słońce śmiechu. Śmiech rodzi się z za- skoczenia, a cóż bardziej nieoczekiwanego być może niż takie oto rozwiązanie? Jakiż wstrząs przyrównać można do tego po- liczka światła wymierzonego w maskę błazeńską i okropną? Dokoła śmiechu tego rozgrzmiewał śmiech; śmiano się wszę- dzie, w górze, w dole, na przedzie, w głębi, i mężczyźni, i ko- biety, i stare twarze z wyłysiałym czołem, i różowe twarzycz- ki dziecinne, śmieli się źli i dobrzy, weseli i smutni, wszyscy; i na ulicy nawet przechodnie, co niczego nie widzieli, też śmieli się słysząc ten śmiech. Przechodził on w tupania, w oklaski. Po opuszczeniu zasłony uporczywie wywoływano Gwynplaine'a. Powodzenie miał nadzwyczajne. Czy widzieliś- cie Chaos zwyciężony? Ciśnięto się tłumnie, aby oglądać Gwynplaine'a. Biegła, by uśmiać się, beztroska, biegła, by uśmiać się, melancholia, biegła, by uśmiać się, zgryzota, wy- rzuty nieczystego sumienia. Śmiechem tak niepohamowanym, że wydawać się mógł aż chorobliwy. Lecz zaraza wesołości to jedyna zaraza, przed którą człowiek nie ucieka. Powodzenie te nie rozszerzało się jednakże poza pospólstwo. Tłumy skła- 1 Przyjdź! kochaj! — tyś jest duszą — jam jest sercem. 317 dają się zawsze z biedaków. Chaos zwyciężony oglądać można było za cenę jednego penny. Wielki świat nie zwykł bawić się za trzy grosze. Ursus wielce cenił sobie swoje dzieło, które' obmyślił był tak kunsztownie. — Jest to w rodzaju niejakiego Szekspira — mawiał skrom- nie. ; W zestawieniu z Deą Gwynplaine tym większe wywoływał wrażenie. Ta biała postać obok tego gnoma przedstawiała sobą coś, co nazwać by można nieziemskim zadziwieniem. Tłum prostaczy spoglądał na Deę z uczuciem zabobonnego niepoko- ju. Była w niej jakaś wzniosłość dziewicy i kapłanki, co nie zna człowieka, co zina tylko boga. Widzieli, że jest niewidoma, a czuli, że widzi. Wydawało się, że stoi na progu nadprzyro- dzonego. Była jakby w połowie oświetlona naszym światłem, a w połowie inną jakąś jasnością. Zstępowała na ziemię, by wykonać zadanie, by wykonać je w sposób, w jaki niebo czynić to zwykło — poprzez świt. Znajdowała hydrę i czyniła z niej duszę. Wyglądała jak tworząca potęga, i uszczęśliwiona, i zdumiona zarazem tym, co sama stworzyła; sądziłbyś, że na twarzy jej, zalęknionej cudownie, maluje się i wola przyczy-, ny, i zdziwienie wobec skutku. Czuli, że kocha ona swojego potwora. Czy wiedziała, że jest potworem? Tak, ponieważ go dotyka. Nie — przyjmuje go przecież takim, jakim jest. To po- łączenie dnia i nocy w umyśle widza roztapiało się w jakiś półmrok, wśród którego rysowały się niejasne a nieskoń- czone perspektywy. I jakże to boskość godzi się z, ledwie że wyciosanym kształtem, w jaki sposób dokonuje się przeniknię- cie duszy w materię, w jaki sposób promień słoneczny stać się może życiodajną pępowiną, w jaki sposób odmienić się mo- że odmieniec, w jaki sposób potworne rajskim się staje — wszystkie zawierające się w tym zjawisku tajemnice spra- wiały, że konwulsyjna wesołość, wzbudzona przez Gwyn- plaine^, potęgowała się i gmatwała wzruszeniem, kosmicznym 318 prawie. Nie zgłębiając uczuć swoich do dna — widz nie lubi bowiem męczyć się nadmiernym myśleniem — rozumiano jed- nak coś więcej, co kryło się poza samym dostrzegalnym obra- zem i przez niezwykły ten widok prześwitywało jak gdyby jakieś wcielenie boskie. To zaś, czego doświadczała Dea, w ogóle nie da się wyrazić w ludzkim języku. Czuła, że znajduje się wśród tłumu, a nie wiedziała, czym jest tłum. Słyszała gwar i to już wszystko. Tłum — było to dla niej tyle, co podmuch — i czyż jest on właściwie czymś więcej w swojej istocie? Pokolenia to odde- chy, co przemijają. Człowiek oddycha, do czegoś wzdycha i wreszcie wydaje tchnienie ostatnie. W tłumie tym Dea czu- ła się samotna, drżała jak ktoś, kto by pochylił się nad prze- paścią. Nagle wśród niepokoju niewinności, co czuje się zagro- żona i gotowa już jest wyrzekać gorzko na nieznane potęgi, .wśród lęku przed upadkiem tak bardzo możliwym Dea, po- godna jednak, urastająca ponad niejasny strach przed niebez- pieczeństwem, lecz cała drżąca w swoim odosobnieniu, w swo- im odgrodzeniu od świata, odnajdywała pewność i oparcie; chwytała linę ratowniczą rzuconą w jej świat ciemności, do- tykała ręką swoją potężnej głowy Gwynplaine'a. O, radości niewypowiedziana! składała swoje różane palce na owym gąsz- czu kędzierzawych włosów! Dotknięta wełna daje wrażenie miękkości. Dea dotykała baranka wiedząc, że jest on lwem. Serce jej rozpływało się całe w niewysłowionej miłości. Była już poza niebezpieczeństwem, odnalazła wybawcę. Publiczność sądziła, że dzieje się odwrotnie. Dla widzów istotą uratowaną był Gwynplaine, istotą niosącą ratunek — Dea. — Nieważne! — myślał Ursus. On wiedział, co się działo w sercu dziewczy- ny. Dea, uspokojona, pocieszona, zachwycona, wielbiła anio- ła, a tłum przypatrywał się poczwarze i — zafascynowany również sytuacją, choć pojmował ją odwrotnie — wybuchał ogromnym, niepowstrizymanym śmiechem. / 319 Prawdziwa miłość nie ulega zobojętnieniu. Cała jest z du- cha, więc nie stygnie. Żar się spopiela, ale nie gwiazda. Prze- ogromne wzruszenie Dei powtarzało się każdego wieczora i skłonna była płakać z rozrzewnienia, kiedy wszyscy dookoła pokładali się ize śmiechu. Tłumem trzęsła wesołość; ona była szczęśliwa. Takie błazeńskie, wesołe zakończenie, wywołane nagłym i nieprzewidzianym ukazaniem się oblicza Gwynplaine'a, nie- wątpliwie nie zgadzało się z zamiarem Ursusa. On pragnąłby uśmiechu raczej, nie śmiechu, pragnąłby podziwu i zrozumie- nia artystycznych subtelności swojego dzieła. Ale powodzenie • pociesza. Godził się też co wieczór bez trudu na swój przesad- ny, z nieporozumienia powstały sukces licząc, ile też słupków o wartości szylinga da się ułożyć z farthingów, ile też słupków o wartości funta da się ułożyć z szylingów. Powtarzał sobie zresztą, że jednak pomimo wszystko, kiedy śmiech przeminie, Chaos zwyciężony zapadnie jakoś w głąb umysłów i pozostawi w nich swój trwały ślad. I być może, nie całkiem się mylił; dzieło przedostaje się do świadomości widzów. Gawiedż, roz- ciekawiona wilkiem, niedźwiedziem, człowiekiem i muzyką tą, i wyciem, i wrzaskiem poskromionym, opanowanym przez har- monię, tą nocą rozproszoną przez brzask i śpiewem niosącym światło, przyjmowała z sympatią głęboką, choć niezbyt może jasno rozumianą, a nawet i z jakimś rzewnym poszanowaniem ten dramat poetycki, noszący nazwę Zwyciężonego chaosu, to zwycięstwo ducha nad materią, uwieńczone radością czło- wieka. Takie to były nieokrzesane uciechy ludu. I uciechy te wystarczały ludowi. Lud nie miał możności, by przypatrywać się ,,szlachetnym meczom", jak dobrze uro- dzeni, nie mógł, jak wielcy panowie i szlachta, stawiać tysiąca gwinei na Heimsgaila czy też na Phelem-ghe-madone'a. 320 X JAK PATRZY NA LUDZI I NA ZDARZENIA TEN, CO SAM STOI POZA SPRAWAMI TEGO ŚWIATA Jakże chętnie człowiek mści się za przyjemność, której do- znaje za czyjąś sprawą! Stąd też i pogarda dla komedianta. Istota ta zachwyca mnie, zajmuje, ,bawi, uczy, czaruje, po- ciesza, daje mi piękno, jest dla mnie miła i pożyteczna, cóż więc złego mógłbym jej uczynić w zamian za to? Upokorzyć ją! Pogarda to policzek wymierzony na odległość. Spoliczkuj- my więc komedianta. Podoba mi się, jest więc nikczemny. Służy mi, więc ja go nienawidzę. Skądby tu wziąć kamienia i rzucić w niego? Podaj mi taki kamień, księże! Podaj mi taki kamień, filozofie! Wyklnij go, Bossuecie! Znieważaj go, Rousseau! Krasomówco, pluń na niego żwirem swojej wymo- wy! Niedźwiedziu, ciśnij weń płytą bruku! Ukamienujmy drzewo, pomiażdżmy owoc i spożyjmy go. Brawo! I precz! Ten, co recytuje wiersze poetów, jest jak zadżumiony. Precz, his- trionie! Uczyńmy mu pręgierz z jego powodzenia. Triumf jego zakończmy wygwizdaniem. Niechaj przyciąga tłumy, jego zaś udziałem niechaj będzie samotność. Takim oto sposobem klasy bogate, zwane wyższymi klasami, wymyśliły dla aktora tę for- mę izolacji, jaką jest poklask. Gawiedż uliczna nie bywa tak okrutna. Nie żywiła ona nie- nawiści do Gwynplaine'a. Nie czuła dlań pogardy. Tylko że najpodlejszy pomywacz pokładu z najlichszej załogi na naj- lichszym ze statków zakotwiczonych w najlichszej ze wszyst- kich angielskich przystani mniemał, że stoi nieporównanie wy- żej niż ten rozweselacz ,,gawiedzi", i przekonany był, że pomywacza pokładu tyle co najmniej dzieli od linoskoka, ile dzieli lorda od pomywacza pokładu. Gwynplaine był więc, jak wszyscy komedianci, i oklaskiwa- ny, i osamotniony. Zresztą na tym padole każde powodzenie jest zbrodnią i trzeba za nie odpokutować. Ten, co dostaje me- dal, dostaje obie jego strony równocześnie. 21 — Człowiek śmiechu 321 'Dla Gwynplaine'a nie istniała odwrotna strona medalu. Dla- tego że zadowolony był on najzupełniej ae wszystkich skutków swojego powodzenia. Rad był oklaskom, cieszyła go samotność. Dzięki oklaskom był bogaty, dzięki samotności — szczęśliwy. Bogatym być w tych najniższych kręgach społecznych to tyle, co nie doświadczać nędzy. Tyle, co nie mieć dziur w odzieniu, zimna w izbie, pustki w żołądku. Tyle, co pić i jeść do syta, mieć wszystko, czego człowiekowi potrzeba, w tym i grosz dla biedniejszego od siebie. Gwynplaine posiadał takie właśnie liche bogactwo, wystarczające swobodzie człowieka. W duszy zaś był posiadaczem nie lada. Miał miłość. Czegóż mógł pragnąć jeszcze? 1 Niczego więcej nie pragnął. A gdyby tak chciał mu ktoś, odjąć szpetotę z twarzy? Ode- pchnąłby tylko ten dar! Nie chciałby porzucić tej maski, nie chciałby odzyskać swojej twarzy, pięknej, zapewne, czarują- cej. A za cóż wyżywiłby wówczas Deę? Co stałoby się z biedną, łagodną niewidomą, która go kochała? Bez tej maski śmiechu, co czyniła go błaznem niezrównanym, byłby zwykłym lino- skokiem, pierwszym lepszym sztukmistrzem, co wygrzebuje groszaki ,ze szpar pomiędzy kamieniami bruku, i Dea, być mo- że, nie co dzień miałaby kawałek chleba do zjedzenia! Z dumą i wzruszeniem myślał, że jest oto opiekunem tej niebiańskiej i kalekiej dziewczyny. Noc, Samotność, Ubóstwo, Bezsilność, Ciemnota, Głód i Pragnienie — siedem paszczęk nędzy rozwie- rało się dokoła niej szeroko, a on był świętym Jerzym, co po- konywał tego smoka. Zwyciężał nędzę. Jak? Swoją szpetotą. Dzięki potworności swojej twarzy stał się potrzebny, pomocny, zwycięski, wielki. Dość mu było pokazać się i już się znajdy- wały pieniądze. Był panem tłumu; czuł się władcą motłochu. Mógł dać Dei wszystko. Zaspokajał jej potrzeby, pragnienia, zachcianki, fantazje, wszystko, o czym tylko w granicach swo- jego kalectwa zamarzyć mogła niewidoma. Wiemy to już, że Gwynplaine i Dea byli opatrznością dla siebie nawzajem. Je- mu wydawało się, że wzlatuje na jej skrzydłach, jej — że ją 322 niosą jego ramiona. I cóż słodszego być może nad opiekowanie się tym. co nas kocha, nad zaspokojenie potrzeb tego. co nam nieba przychyla! Gwynplaine doświadczał tej najwyższej szczęśliwości. A zawdzięczał to swemu okaleczeniu. Okalecze- nie to wywyższało go. Dzięki niemu zarabiał na życie swoje i cudze, dzięki niemu zdobył niezależność, swobodę, sławę, za- dowolenie wewnętrzne, godność. W okaleczeniu swoim był niedostępny dla niczego i dla nikogo. Los nie mógł wyrządzić mu żadnej już krzywdy, złośliwość jego wyczerpała się całko- wicie w tym jednym uderzeniu, które obróciło się w jego, Gwynplaine'a, zwycięstwo. Dno nieszczęścia stało się oto szczytem szczęśliwości. Gwynplaine był uwięziony w swojej potwornej brzydocie, lecz razem z Dea. I jak się już rzekło, było to uwięzienie w raju. Pomiędzy nimi i światem żywych wznosił się mur. Trudno! Mur ten więził ich. lecz i chronił równocześnie. Czyż można było dosięgnąć Deę. czyż można było dosięgnąć Gwynplaine'a poza tym zamknięciem, co oddzie- lało ich od życia dziejącego się dokoła? Odebrać mu powodze- nie? Nie podobna! Trzeba by mu na to odebrać twarz. Ode- brać mu miłość? Nie podobna! Dea nie widziała. Ślepota Dei była bosko nieuleczalna. I w czymże przeszkodzić mogła Gwynplaine'owi jego szpetota? W niczym. A jakie przedsta- wiała dla niego korzyści? Wszystkie. Był kochanym pomimo swojej potworności, być może, dla niej właśnie. Kalectwo i szpetota instynktownie zbliżyły się ku sobie, połączyły się. Być kochanym — czy to nie dosyć? Z jakąż wdzięcznością myślał Gwynplaine o swoim zniekształceniu. Pobłogosławiony został swoim stygmatem. Wiedział, że jest on niezniszczalny, wieczny. Cóż za radość! Cóż za szczęście, że dobrodziejstwo to było nie do uleczenia! Dopóki tylko istnieć będą przedmieścia i place jarmarczne, drogi, po których można wędrować przed siebie, tłum na dole i niebo w górze, można się nie troszczyć o byt. Dei niczego nie zabraknie, nie zginie ich miłość. Gwyn- plaine nie zamieniłby swojej twarzy z Apollinem. Brzydota była przyczyną jego szczęścia. ?<• 323 Mówiliśmy już, że los obdarował go hojnie. Wyrzutek ten był wybrańcem. Był tak bardzo szczęśliwy, że nieraz zdarzało mu się żałować otaczających go ludzi. Litował się nad resztą świata. Instynkt nakazywał mu nieraz porozglądać się nieco wokół siebie, gdyż żaden człowiek nie jest jednolity, natura ludzka to nie abstrak- cja. Dziękował niebu, że otacza go nieprzenikniona ściana, lecz wyglądał spoza niej od czasu do czasu. I dokonawszy porów- nania z tym większą radością wracał do Dei, do ich wspólnej samotności. Cóż dostrzegał dookoła? Kim byli ci żyjący, których wśród wędrówek swoich oglądał tak różnych i tak wielu? Coraz to inny tłum i zawsze to samo mrowie. Coraz to inne twarze i zawsze te same niedole. Bezładna mieszanina istnień zmar- nowanych, zburzonych. Co wieczora wszystkie klęski społeczne tłoczyły się dookoła jego szczęśliwości. ,,Zielone Pudło" było popularne. Niskie ceny przyciągają niskie klasy. Szli ku niemu słabi) biedni, ubodzy, mali. Szli na Gwynplaine'a, jak się idzie na wódkę. Przychodzili, by za dwa grosze kupić sobie zapomnie- nie. Z wyżyn swojej kuglarskiej sceny przyglądał się Gwyn- plaine temu żałosnemu zbiegowisku. W umysł jego zapadał widok tej niezmierzonej nędzy, pojawiającej się nieustannie, ciągle od nowa. Fizjonomię człowieka znaczy świadomość i ży- cie, jest ona wynikiem ogromnej liczby tajemniczych żłobień. Gwynplaine oglądał bruzdy pozostawione na ludzkich twa- rzach przez wszelakie cierpienie, wszelaką złość, wszelaką sro- motę, przez wszelaką rozpacz. Te oto usta dziecinne nie jad- ły. Ten oto mężczyzna był ojcem, ta kobieta — matką, a poza nimi odgadnąć można było rodziny sponiewierane, rozbite. Po tamtej twarzy widać, że od występku przechodzi do zbrodni, i dobrze wiadomo dlaczego: z ciemnoty, z nędzy! Na tamte} zaś dostrzec można piętno wrodzonej dobroci, przekreślonej przez ucisk społeczny, przemienionej w nienawiść. Na czole 324 tej staruszki widać głód; na czole tamtej dziewczyny — pro- stytucję. I tu, i tam — ta sama sprawa, lecz młoda ma sposo- by, by dać sobie radę — widok bardziej chyba jeszcze ponury. Wśród ciżby tej są ręce, lecz nie ma narzędzi; ludzie ci niczego bardziej nie pragnęliby niż pracy, lecz pracy zbrakło. Niekie- dy siadał obok robotnika żołnierz, często inwalida i oto Gwyn- plaine oglądał widmo wojny. Tu odczytać mógł bezrobocie, tam — wyzysk, gdzie indziej znowu — niewolniczą zależność. Na niektórych czołach stwierdzić mógł jakieś cofnięcie się w zwierzęcość. To naciskające z góry swoim ciężarem szczę- ście wybranych spychało człowieka z nizin społecznych do stanu bydlęcia. Wśród tych piwnicznych mroków jedynym jasnym okienkiem świeciła Gwynplaine'owi miłość Dei, ich wspólne szczęście. Wszystko inne wyklęciem było, potępieniem. Gwynplaine czuł, jak depczą po nim, jak tratują go bezwiednie możni, bogaci, wspaniali, wielcy, wybrańcy losu; a kiedy spo- glądał w dół — widział nieprzeliczone tłumy mizernych twarzy wydziedziczonych; on i Dea, z ich szczęściem tak ubożuchnym, a tak ogromnym, byli jakby zawieszeni pomiędzy dwoma światami; w górze świat gwarny, ruchliwy, swobodny, wesoły, tańczący, depcący po wszystkim; w górze świat, co stąpa; w dole świat, po którym się stąpa. Światło nie rozjaśniało ciemności, lecz gniotło ją, miażdżyło — rzecz to zgubna, wska- zująca, że istnieje głębokie społeczne zło. Gwynplaine miał sposobność poznania tej smutnej prawdy. Istnienie pełzające- go płaza! Człowiek czołgający się przez całe swe życie w ku- rzu i w błocie, zohydzony, poniżony, tak wyzuty ze wszelkie- go człowieczeństwa, że chciałbyś po nim tylko deptać! i jakie- goż to motyla poczwarką być może takie życie na ziemi? Przed tłumem tym, co ciemny jest i głodny, wszędzie, przed każdym 2 tych ludzi wyrasta znak zapytania: czy zbrodnia? czy hańba? Nieugiętość prawa wywołująca zanik sumienia! Dzieci, co ro- sną po to, by się spodlić, dziewice, co po to dojrzewają, żeby się oddać, róże, co rozkwitają po to tylko, by natychmiast zwarzył je trujący jad! Niekiedy wzrok jego, wyostrzony cie- S?R kawością i wzruszeniem, usiłował przebić aż do dna te mroki, wśród których dogorywało tyle próżnych wysiłków, gdzie walczyło rozpaczliwie tyle znużenia, gdzie bytowały rodziny przeżarte przez porządek społeczny, obyczaje wypaczone przez prawo, rany, co zropiały pod działaniem systemu karnego, nędze stoczone przez podatki, inteligencje, co bezowocnie to- nęły w ciemnocie, gdzie szamotały się rozbite tratwy, pełne zrozpaczonych i wygłodniałych, gdzie były wojny, niedostatek, rzężenia, krzyki, zagubienia; i czuł on, jak coraz mocniej ściska mu gardło rozpacz przejmująca i powszechna. Widział wzburzone piany nieszczęścia na powierzchni ciemnej ludz- kiej masy. On sam znajdował się w zaciszu przystani i tylko patrzył, jak wszystko dokoła rozbija się i tonie. Chwilami ujmował w dłonie swoją zniekształconą głowę r zamyślał się głęboko. Człowiek szczęśliwy to prawie obłąkany! Jakże potrafi ma- rzyć! Na j absurdalnie jsze pomysły przewijały się przez mózg Gwynplaine'a. Dlatego że kiedyś udało mu się uratować dzie- cko, miewał teraz śmieszne, żałosne pragnienia: chciałby do- pomóc światu! Obłoki marzeń do tego stopnia przesłaniały mu niekiedy 'rzeczywistość, tracił poczucie proporcji tak dalece, że zdarzało mu się zapytywać samego siebie: co można by uczy- nić dla tego nieszczęśliwego ludu? Chwilami tak głęboko po- grążał się w rojeniach, że głośno wypowiadał to pytanie. Wów- czas Ursus wzruszał ramionami i przypatrywał mu się uważ- nie. A Gwynplaine dalej śnił na jawie: — Ach, gdybym był potężny, jakże pomagałbym nieszczęśliwym! Lecz czym ja je- stem? Prochem. Cóż ja mogę? Nic. Mylił się. Wiele mógł uczynić dla nieszczęśliwych. Dawał im śmiech. A śmiech —> to zapomnienie. Ten, co rozdaje zapomnienie, jest wielkim dobroczyńcą ludz- kości. '• 326 XI GWYNPLAINE SŁUSZNIE SĄDZI, URSUS PRAWDĘ MÓWI Filozof to szpieg. Ursus, podpatrywacz marzeń, obserwował .swojego ucznia. Monologi ducha znaczą się na naszym czole odbiciem ledwie że dostrzegalnym, uchwytnym jednak dla wprawnego oka fizjonomisty. Toteż wszystko, co działo się w Gwynplaine'ie. nie uchodziło, uwagi Ursusa. Pewnego dnia, kiedy Gwynplaine rozmyślał, Ursus pociągając go za połę ka- ftana tak się odezwał: — Wyglądasz mi na badacza, głupcze! Strzeż się, nie twoje to sprawy. Ty jedno masz do roboty: kochać Deę. Jesteś szczę- śliwy podwójnym szczęściem: po pierwsze, że tłum ogląda twoją mordkę, po drugie, że Dea jej nie ogląda. Nie masz pra- wa do tego szczęścia, które posiadasz. Żadna kobieta nie przy- jęłaby twego pocałunku widząc twoje usta. I te usta, którym zawdzięczasz majątek, ta twarz» dzięki której jesteś bogaty — nie jest twoja. Nie przyniosłeś jej sobie na świat. Wziąłeś ją od drwiącego grymasu, co leży u samego dna nieskończoności. Wykradłeś swoją maskę diabłu. Jesteś wstrętny i niechaj ci wystarczy ten wielki los na loterii. Na tym świecie, urządzo- nym tak doskonale, istnieją szczęśliwi z prawa i szczęśliwi z przypadku. Ty jesteś szczęśliwym z przypadku. Siedzisz w piwnicy, w której zamknięta została gwiazda. Biedna gwia- zda jest twoją własnością. Nie próbuj nawet wydostać się z twojego lochu i pilnuj swojej gwiazdy, pająku! Szlachetny klejnot trzymasz w sieci. Ciesz się tym, co masz, zrób mi z ła- ski swojej tę przyjemność. Widzę, że się rozmarzasz. Cóż za głupota! Posłuchaj, przemówię teraz językiem prawdziwej poezji: niechaj Dea zjada co dzień wołowe befsztyki i kotlety baranie, a za pół roku będzie krzepka jak rzepa; pożeńcie się i zrób jej dziecko, dwoje dzieci, troje dzieci, całą kupę dzieci! Oto mi rozumowanie prawdziwie filozoficzne. Tym bardziej że jest. się wówczas szczęśliwym, a to niezła rzecz. Mieć dzieci, 327 dużo dzieci — oto baśń prawdziwa! Miej kupę bębnów, myj je, czesz, ucieraj im nosy, lulaj, przewijaj, zawijaj, niech się roi dokoła ciebie ta zgraja; śmieją się — dobrze, wrzeszczą — jeszcze lepiej; krzyczeć — to żyć; przyglądaj się, jak ssą w szó- stym miesiącu życia, jak raczkują mając rok, jak chodzą ma- jąc dwa lata, jak dojrzewają w piętnastej wiośnie, jak w dwu- dziestej zaczynają kochać. Kto te radości ma — ten ma wszy- stko. Ja ich nie miałem i dlatego jestem zdziwaczałym odlud- kiem. Dobry Pan Bóg, majster w sztuce układania pięknych poematów, pierwszy literat świata, podyktował Mojżeszowi, współpracownikowi swojemu: „Rozmnażajcie się". Tak brzmi tekst. Rozmnażaj się, zwierzę! A świat jest tym, czym jest; i bez twojej pomocy będzie się na nim źle działo. Nie troszcz się o świat. Nie zajmuj się tym, co się na zewnątrz znajduje. Zostaw w spokoju widnokrąg. Komediant po to został stwo- rzony, żeby się drudzy na niego patrzyli, a nie po to, żeby sam patrzył na drugich. Wiesz, co istnieje tam, na zewnątrz? Szczęśliwi z prawa. Ty — powtarzam ci to jeszcze raz — ty jesteś szczęśliwy z przypadku. Jesteś jak złodziejaszek, co skradł to szczęście, którego oni są właścicielami. Prawowitymi właścicielami, a ty jesteś przybłędą, ty żyjesz na wiarę z po- myślnością. I czegóż więcej możesz chcieć jeszcze, hultaju? Miło jest chyba rozmnażać się za pośrednictwem Dei? Dola tak błoga podobna jest do kradzieży. Ci, którym z woli nieba przynależy się szczęście na tym padole, niechętnie widzą, kie- dy stojący niżej od nich pozwalają sobie na tyle radości. Gdy- by cię zapytali: jakim prawem jesteś szczęśliwy? — nie wie- działbyś, co odpowiedzieć. Ty nie masz patentu, a oni mają. f Jowisz, Allach, Wisznu, Sabaoth, czy ja wiem v/ końcu kto, dał im zezwolenie na szczęście. Strzeż się ich! Nie wtrącaj się do ich spraw, bo oni mogliby jeszcze wtrącić się do twoich. A czy ty wiesz, chudziaku, kto to jest: szczęśliwy z prawa? To istota straszliwa i potężna, to lord! Tak, lord, dopieroż to każdy taki wysługiwać się musiał diabłu, zanim przyszedł na świ^t przez te drzwiczki! Dopieroż to chyba nie łatwo się mu było urodzić! 328 To jedyny trud, jaki zadał sobie kiedykolwiek, ale za to co zs. trud! — niech ręka boska broni! Od losu, od tego ślepego bał- wana uzyskać, by już w kołysce uczynił ciebie władcą nad ludźmi! Przekupić tego urzędnika, żeby dał ci najlepsze miej- sce na widowisko! Przeczytaj sobie memento wypisane na ścia- nie mojej budy-emerytki, przeczytaj ten brewiarz mojej mądrości, a przekonasz się, co to jest lord. Lord to ten, co sam ma wszystko i co sam jest wszystkim. Lord to ten, co wynie- siony jest ponad swoją własną naturę; lord to ten, któremu w młodości przysługują prawa starca, który na starość ma u kobiet powodzenie młodzieńca, co choć występny, ma sza- cunek uczciwych ludzi, co choć tchórz, dowodzi 'zuchami, co choć próżniak, zbiera owoce pracy, co choć nieuk, ma dyplo- my uniwersytetów w Cambridge i w Oksfordzie, co choć głu- piec, jest przedmiotem podziwu poetów, to ten, do którego uśmiechają się kobiety, choć jest brzydki, ten, co Thersytem będąc nosi hełm Achillesa, co zającem będąc nosi skórę lwa. Nie wyciągaj z moich słów lekkomyślnych wniosków, z tego, co mówię, nie wynika wcale, że lord musi być koniecznie nie- ukiem, tchórzem, brzydalem, głupim i starym; chciałem po- wiedzieć tylko, że może on być tym wszystkim i że nic mu to zaszkodzić nie może. Przeciwnie. Lordowie — to książęta. Król Anglii to tylko lord, pierwszy pan wśród panów; to wszystko i to dużo. Królowie nazywali się dawniej lordami: lordem Danii, lordem Irlandii, lordem Wysp. Lord Norwegii używa imienia króla od trzystu lat dopiero. Lucius, pierwszy król Anglii, nazywany jest ,,milordem Luciusem" przez świętego Telesfora. Lordowie są parami, są oni równi. Komu? Królowi. Pomyliłby się ten, co by lordów utożsamiał z parlamentem. Zgromadzenie narodowe, które Saksonowie, przed podbojem, nazywali wittenagemot, przez Normanów, po podboju, nazwa- ne zostało parliamentum. Naród powoli, stopniowo wypchnięto za drzwi. Listy królewskie, zwołujące gminy, rozpoczynały się niegdyś słowami: ad consilium impendendum, dziś zaczynają się one od słów: ad consentiendum. Gminom wolno jest wyra- \ 329 zić swoją zgodę. Mają prawo powiedzieć: tak. A parowie mogą powiedzieć: nie. Dowodem, że powiedzieli to rzeczywiście. Pa- rowie mają prawo ściąć królowi głowę, naród tego prawa nie ma. UderzJenie topora, którym ucięto głowę Karolowi I, to na- ruszenie praw nie króla wcale, lecz parów, i słusznie uczynio- no wbijając na pal Cromwella. Lordowie są potężni. Dlaczego/ Dlatego, że są bogaci. Wystarczy przerzucić sobie Księgę Do- omsday. Wynika z niej jasno, że lordowie są właścicielami Anglii. Księga ta to rejestr dóbr wszystkich poddanych spi- sany za panowania Wilhelma Zdobywcy. Lord-skarbnik Anglii ma nad nią pieczę. Chcąc przepisać z niej cokolwiek, płacić trzeba cztery grosze za wiersz. To dumna księga! Czy wiesz, że byłem niegdyś nadwornym lekarzem u pewnego lorda, co zwał się Marmaduke i miał dziewięćset tysięcy franków fran- cuskich rocznej renty? Spróbuj się z. nim porównać, nieszczę- sny głupcze! Czy wiesz, że samymi tylko królikami z królikar- ni hrabiego Lindseya wykarmić by można całą hołotę Pięciu Portów? A spróbuj dobrać się do nich! Natychmiast zrobią z tobą porządek. Kłusowników wiesza się. Sam widziałem na szubienicy ojca sześciorga dzieci. A dostał się tam za dwa fu- trzane ucha, co mu wystawały z myśliwskiej torby. Taka jest władza lennego pana. Lordowski królik więcej wart jest od człowieka, co go Pan Bóg stworzył. Są panowie na tej ziemi — rozumiesz, błażnie? — i musimy uznać, że tak jest dobrze. A gdybyśmy nawet i pomyśleli, że to źle — dużo by ich to obeszło! Lud, co się nie zgadza! Czegoś równie śmiesznego nie wymyśliłby nawet Plaut! Filozof, co by doradzał tej ciżbie łachmaniarzy, by się buntowała przeciwko ciężarowi i ogro- mowi lordów, byłby zaiste trefnisiem nie lada! Gąsienica mo- głaby krytykować nogę słonia z równym powodzeniem. Widzia- łem razu pewnego, jak hipopotam nadepnął na kretowisko; zmiażdżył je i nie było w tym jego winy, doprawdy. Prze- cież ten przedpotopowy potulny grubas nie wiedział nawet, że istnieją krety. Mój drogi, rodzaj ludzki jest jak te krety, które się rozdeptuje. Rozdeptywanie jest prawem. Czy myślisz może, 330 że kret nie miażdży już niczego? On jest hipopotamem dla ro- baka, a ten jest z kolei hipopotamem dla jeszcze mniejszych żyjątek. Zresztą, co tu mędrkować. Istnieją karoce, mój chłop- cze. Lord jest w środku, a lud pod kołami; co rozsądnieiszy, usuwa się na bok. Stań z boku, niech kareta przejedzie. Co do mnie, lubię lordów i unikam ich. Byłem w służbie u jednego. I wystarcza mi piękno tych wspomnień. Przypominam sobie jego zamek niby światłość na obłoku. Nieraz śni mi się ta dawno miniona przeszłość. Jakiż zachwyt wzbudzić musiał w każdym człowieku pałac Marmaduke, przez swój ogrom, przez swoją doskonałą symetrię, wielkie dochody z przyległych doń dóbr i piękno otoczenia gmachu. Tak, w domach, pałacach i zamkach lordów znajduje się wszystko, co naipvszniejsze i najwspanialsze w tym kwitnącym królestwie. Kocham na- szych wielkich panów. Wdzięczny im jestem za to, że są możni i bogaci. Ja, co okryty jestem mrokiem, z ciekawością i przy- jemnością oglądam tę próbkę niebiańskiego błękitu, która się lordem nazywa. Wejście do pałacu Marmaduke wiodło przez bardzo rozległy dziedziniec w kształcie prostokąta podzielone- go na osiem kwadratów, otaczały go balustrady, pozostawiając szeroki dostęp ?,e wszystkich stron, w środku zaś znajdowała się wspaniała fontanna — dwa sześcioboczne baseny, nad któ- rymi, na sześciu kolumnach, umieszczona była kopuła prze- dziwnej ażurowej roboty. Tam to poznałem uczonego Francu- za. księdza du Cros, z klasztoru jakobinów przy ulicy Świętego Jakuba. W pałacu Marmaduke znajdowała się połowa biblio- teki Erpeniusa. Druga jej połowa jest własnością wydziału teologii w Cambridge. Czytywałem tam księgi siadując pod pięknie ozdobionym portalem. Niewielu zapewne ciekawym podróżnikom dane było oglądać te wspaniałości A czy wiesz ty, pędraku pocieszny, że jego wielmożność William North, który jest lordem Gray de Rolleston i zasiada, czternasty z ko- lei, na ławie baronów, ma więcej drzew szlachetnych gatun- ków w swoich górskich lasach niż ty włosów na twoim potwornym łbie? Czy wiesz,, że lord Norreys de Rycott lub hra- 33) bla Abingdonu, bo to ta sama osoba, posiada kwadratowy don- żon, dwieście stóp wysoki, na którym wypisana jest dewiza: Yirtus orźete fortior. Sądzić by można, że znaczy to „Cnota silniejsza jest od barana", lecz w rzeczywistości, głupcze je- den, , Męstwo silniejsze jest od tarana" — oto co ten napis zna- czy. Tak, szanuję, chwalę, poważam, czczę naszych panów. To lordowie właśnie wespół z królewskim majestatem pracują nad pomnożeniem i zachowaniem pomyślności narodu- Ich do- skonała mądrość świeci wśród sporów i niesnasek. Czyż nie mają rzeczywistego pierwszeństwa przed wszystkimi? Mają. To, co w Niemczech księstwem się nazywa, a grandostwem w Hiszpanii, w Anglii i we Francji nosi nazwę parostwa. Cóż, słusznie uznać można było, że bardzo nędznie przedstawia się ten świat, Pan Bóg więc, świadom rzeczy, postanowił udowod- nić, że potrafi jednak tworzyć szczęśliwych ludzi, i stworzył lordów, by uczynić zadość pragnieniom filozofów. Doskona- łość tego gatunku jest zadosyćuczynieniem za błędy popełnio- ne przy tworzeniu innych istnień i ratuje dobre imię Pana Boga. Dzięki temu to właśnie udało mu się wyjść z godnością z trudnego położenia. Wielcy są wielkimi. Par sam o sobie mówi: my. Par — to liczba mnoga. Król nazywa parów con- sanguinei łiostri. Parowie wymyślili całe mnóstwo mądrych praw, wśród nich i takie, które skazuje na karę śmierci czło- wieka, co by ściął trzyletnią topolę. Przewaga ich jest tak ogromna, że posiadają nawet swoją własną mowę. W języku heraldycznym barwa czarna nosi nazwę „piasku" dla zwykłej szlachty, „satuma" dla książąt i „diamentu" dla parów. Dia- mentowy pył, gwiaździsta noc — oto czerń szczęśliwych. A jak subtelnie są wycieniowane wzajemne stosunki tych wielkich panów! Baron bez zezwolenia wicehrabiego nie może obmyć rąk w tej samej co i on misie. Są to wszystko rzeczy znakomite, dzięki nim naród trwa. Czyż to nie piękne, że naród posiada dwudziestu pięciu diuków, pięciu markizów, siedemdziesię- ciu sześciu hrabiów, dziewięciu wicehrabiów i sześćdziesięciu i jednego barona, co razem czyni stu siedemdziesięciu sze- 332 ściu parów, z których jedni są jaśnie oświeceni, drudzy — ja- śnie wielmożni! A że tu i tam zobaczyć można nędzne łachma- ny! Nie mogą przecież wszyscy chadzać w złotogłowiu! Są łachmany, prawda, ale czyż nie ma purpury? Jedno jest ceną drugiego. Każda rzecz na świecie musi być z czegoś zrobiona. Owszem, są i nędzarze. No to cóż? Karmi się ich nędzą szczę- ście bogaczy. Do diabła, nasi lordowie są naszą chwałą! Sama psiarnia Karola Mohun, barona Mohun, kosztuje tyle, co szpi- tal dla trędowatych w Mooregate i szpital pod wezwaniem Chrystusa, ufundowany dla dzieci w roku 1553 przez Edwar- da VI. Tomasz Osbome, książę Leeds, na same tylko liberie wydaje co roku pięć tysięcy złotych gwinei. Każdy grand hisz- pański ma naznaczonego od króla strażnika, który pilnuje, by nie roztrwonił fortuny przez nadmierną rozrzutność. Zwyczaj godny tylko pogardy! Nasi lordowie mają prawdziwie pański gest, prawdziwie pańską fantazję. I ja to u nich cenię. Nie , wygadujmy na nich jak ci, co im zazdroszczą. Jestem wdzię- czny pięknemu zjawisku, co trwa przez chwilę i znika. Nie mam światła, ale pada na mnie blask. Blask ten pada na moje wrzody, tak mi powiesz może? Idź do diabła! Jestem Hiob, co raduje się patrząc na Trymalchiona. O, daleka planeto, piękna i promienna! Mieć dla siebie poświatę tego księżyca — to już wiele. Zniszczyć lordów — takiego pomysłu nie podtrzymałby nawet Orestes, choć był szaleńcem nie lada! Kto by powiedział, że lordowie są szkodliwi czy niepotrzebni, ten powiedziałby właściwie, że należy ruszyć z posad państwo, że ludzie nie po to 'zostali stworzeni, by żyć jak bydło w stadzie, skubiąc trawę i dając się gryźć psom. Baran skubie pastwisko, a pastuch strzyże barana. I cóż bardziej sprawiedliwego być może? Ten, co sam skubał, zostaje oskubany w dwójnasób. Mnie jest to obojętne, jestem filozofem i tyle dbam o życi', co mucha. Ży- cie to rzecz przemijająca. Kiedy pomyślę sobie, że Henryk Bo- wes Howard, hrabia Berkshire, posiada w swoich wozowniach dwadzieścia cztery galowe karoce, że jedna z nich ma uprząż 333 ze srebra, druga — ae złota! Mój Boże, wiem, że nie wszyscy posiadają dwadzieścia cztery karoce galowe, lecz po cóż te próżne deklamacje? Dlatego że było ci zimno jakiejś tam no- cy? Nie tobie jednemu! Inni też są zmarznięci i głodni. Czy wiesz, że gdyby nie mróz, Dea nie byłaby ślepa, a gdyby nie była ślepa, to by nie kochała ciebie! Rozumuj logicznie, bał- wanie! A zresztą; gdyby wszyscy ci, co ich los porozrzucał po świecie byle gdzie, zaczęli się skarżyć, podniósłby się zgiełk nie do wytrzymania. Cisza musi być, ot co! Jestem przekona- ny, że Pan Bóg rozkazuje potępionym, żeby siedzieli cicho. W przeciwnym razie to Pan Bóg właściwie byłby potępiony, gdyby musiał słuchać ich wieczystego krzyku. Szczęście Olim- pu istnieć może tylko za cenę milczenia Kocytu, Milcz więc, narodzie! Ja postępuję jeszcze słuszniej: pochwalam i podzi- wiam. Wyliczyłem przed chwilą lordów, trzeba do tego dodać jeszcze dwóch arcybiskupów i dwudziestu cztciech biskupów! Doprawdy, rozrzewnienie ogarnie mnie na myśl o nich. Przy- pominam sobie, że u rządcy, co odbierał dziesięciny dla wie- lebnego dziekana z Raphoe — a dziekan ów jest jednym z do- stojników i państwa, i Kościoła — widziałem ogromną stertę najpiękniejszego zboża, zabranego okolicznym chłopom. Dzie- kan nie musiał się troszczyć o siew i o zbiór. Dzięki temu miał czas, by modlić się do Pana Boga. Czy wiesz, ze pan mój, lord Marmaduke, był wielkim skarbnikiem Irlandii i wielkorządcą udzielnej posiadłości Knaresborough w hrabstwie Yorku? Czy wiesz, że wielki szambelan, która to godność jest dziedziczna w rodzinie książąt Lancaster, ubiera króla w dniu koronacji i otrzymuje za swój trud czterdzieści łokci karmazynowego aksamitu i łoże, w którym spał władca; i że odźwierny z czar- ną laską drzwi przed nim otwiera? Proszę bardzo, spróbuj przeciwstawić się temu, że najstarszym wicehrabią Anglii jest sir Robert Brent, któremu tytuł ten nadał Henryk V. Wszyst- kie tytuły lordów pochodzą od posiadanych przez nich maję- tności. Wyjątek stanowi hrabia Rivers, tytuł jego — to własne 334 todowe nazwisko. A czyż nie jest podziwienia godne, że przy- sługuje im prawo nakładania podatków na innych, piawu po- bierania, jak w obecnej chwili na przykład, renty czterech szylingów od funta szterlinga, które zostało przedłużone jesz- cze na jeden rok, i tych wszystkich pięknych opłat od pędzenia wódki, od akcyz winnych i piwnych, od beczkowego, od jabłecznika, od gruszecznika, słodu, piwa, węgla i od sta innych rzeczy. Szanujmy to, co jest. Nawet duchowieństwo zależne jest od lordów. Biskup z Mań jest poddanym hrabiego Derby. Lordowie mają specjalne dzikie zwierzęta, które umie- szczają na swoich tarczach herbowych. B5g natworzył ich ga- tunków zbyt mało, wymyślają więc nowe. Tak powstał dzik heraldyczny, który o tyle wyżej stoi od zwykłego dzika, o ile zwykły dzik stoi wyżej od wieprza, o ile pan udzielny stoi wy- żej od księdza. Tak powstał gryf, orzeł wśród lwów i lew wśród orłów, który straszy lwy swymi skrzydłami, który straszy orły swoją grzywą. Mają oni jednorożca, węża, salamandrę, smoka, hipogryfa. Wszystko to nas przeraża, a im jest upiększeniem i ozdobą. Mają swoje zwierzyńce, zwane herbami, w których ryczą nieznane potwory. Puszcza i jej najbardziej zdumiewa- jące niespodzianki nie dadzą się nawet porównać z ich pychą. Próżność ich zaludniona jest zjawami, które poruszają się wśród niej niby wśród patetycznej nocy, z mieczami u boku, w zbrojach, w hełmach, w ostrogach, z berłem w ręku, i prze- mawiają poważnym głosem: ,,Jesteśmy twoimi przodkami!" Skarabeusze przegryzają korzenie, a potwory z tarcz herbo- wych przegryzają naród. Cóż? Czyż można zmienić prawa? Pan lenny — to część społecznego porządku. Czy wiesz, że pe- wien książę szkocki przegalopować może trzydzieści wiorst nie opuszczając swojej własnej ziemi? Czy wiesz, że lord arcybi- skup Canterbury ma milion franków francuskich dochodu? Czy wiesz, że lista cywilna jego królewskiej mości wynosi sie- dem tysięcy funtów szterlingów rocznie, nie licząc zamków, lasów, włości, allodiów, prebend, dziesięcin i czynszów, kon- 335 fiskat i grzywn, z których ma on razem przeszło milion szter- lingów? Ci, których i to jeszcze nie zadowala, są zaiste bardzo wybredni. — Tak — wyszeptał Gwynplaine — raj bogaczy zrobiony został z piekła ubogich. XII URSUS-FILOZOF DAJE SIĘ PORWAĆ URSUSOWI-POECIE Weszła Dea; spojrzał na nią i tylko ją już widział. Taka jest właśnie miłość; świadomość naszą pochłania na chwilę jakaś myśl, wchodzi kobieta, którą kochamy, i oto wszystko, co nie jest jej obecnością, znika nagle, a ona nie domyśla się nawet, że, być może, zdmuchnęła jakiś cały świat. W Chaosie zwyciężonym — nie wspominaliśmy o tym jesz- cze — nie podobało się Dei jedno słowo, słowo monstro zasto- sowane do Gwynplaine'a. Zdarzało się też, że popełniała czyn nierozważny: zastępowała je słowem ąuiero, które znaczy „ja tak chcę", wybranym z niewielkiego zapasu słów hiszpań- skich, powszechnie wówczas znanych. Ursus nie bez pewnego zniecierpliwienia wprawdzie tolerował tę przeróbkę tekstu. Choć chętnie rzekłby Dei to, co za naszych już dni rzekł Yissotowi Moessard: „Nie masz szacunku dla repertuaru". „Człowiek śmiechu". Taki kształt przybrała ostatecznie sła- wa Gwynplaine'a. Imię jego, Gwynplaine, nie było znane ni- komu prawie, znikło pod tym przezwiskiem jak twarz jego pod grymasem. Z maski było jego oblicze, z maski była jego popularność. Imię to jednak przeczytać było można na wielkiej karcie, nalepionej na przedzie „Zielonego Pudła", na której widniał napis ułożony dla wiadomości gawiedzi przez Ursusa: Tutaj oglądać można Gwynplaine'a, porzuconego w dziesiątym roku życia, w noc dwudziestego dzie- 336 wiątego stycznia tysiąc sześćset dziewięćdziesiątego roku, na wybrzeżu Portlandu przez łotrów compra- chicos, który z dziecka mężczyzną się stawszy zna- ny jest dzisiaj pod imieniem CZŁOWIEKA ŚMIECHU \ Życie tej wędrownej trupy komediantów podobne było do życia trędowatych w zamkniętym szpitalu, do życia szczęśli- wych wybrańców na jakiejś Atlantydzie. Co dzień przeska- kiwali gwałtownie od pokazywania się oczom ciżby wśród zgiełku jarmarku do najbardziej całkowitego oderwania od wszystkiego, co działo się dokoła. Co wieczora powracali w ten swój świat. Byli niby umarli, co odchodzili, aby nazajutrz znowu się narodzić. Komediant — to latarnia, co zapala się i gaśnie miarowo, pojawia się i znika, co istnieje dla publicz- ności na kształt widma czy światełka w tym życiu pełnym mi- goczących ogników. Po jarmarcznym gwarze następowała klasztorna cisza. Kie- dy skończyło się przedstawienie, kiedy rozchodzili się widzo- wie i zgiełk rozbawionej ciżby rozpływał się, ginął w rozgałę- zieniach uliczek, ,,Zielone Pudło" podnosiło swoją klapę, niby forteca zwodzony most, i przecinało się oto wszelkie połącze- nie 'z ludzkim gatunkiem. Po jednej stronie wszechświat, po drugiej — wnętrze wozu; a w wozie — swoboda, spokojne su- mienie, odwaga, oddanie, niewinność, szczęście, miłość, wszy- stkie gwiazdozbiory. Widząca ślepota i kochana brzydota siadały obok siebie, brały się za ręce, pochylały ku sobie skronie i szeptały cicho, w upojeniu. Środkowa przegroda wozu dwu celom służyła: była ona tea- trem dla publiczności i jadalnią dla aktorów. Ursus, lubujący się w porównaniach, korzystał z tej różno- rodności przeznaczeń i nazywał środkową część „Zielonego Pudła" arradashem z abisyńskiej chaty. 22 Człowiek śmiechu 337 Ursus obliczał dochód z przedstawienia i zabierano się do wieczerzy. W miłości wszystko jest jak w bajce: kiedy się ko- cha, zwykłemu wspólnemu posiłkowi towarzyszy całe mnó- stwo drobnych, ledwie dostrzegalnych, czułych gestów, co sprawiają, że kęs do ust podnoszony zamienia się w pocałunek. Zakochani piją piwo czy wino z jednego kubka, jakby spijali rosę z jednego kwiatu lilii. Dwie dusze przy wspólnej biesia- dzie mają urok dwojga ptasząt. Gwynplaine posługiwał Dei, krajał jej, nalewał, przybliżał się, nazbyt nieco. — Hm — chrząkał niechętnie Ursus i zaraz uśmiechał się mimo woli. Wilk jadł pod stołem, obojętny na wszystko, co nie było ko- ścią do obgryzienia. Vinos i Fibi jadały razem 'a nimi, lecz nie wadziły nikomu. Te dwie przygarnięte włóczęgi, na wpół dzikie, nie oswojone, rozmawiały między sobą po cygańsku. Po wieczerzy Dea odchodziła do gyneceum, razem z Fibi i Vinos, Ursus uwiązywał Homo na łańcuchu pod ,,Zielonym Pudłem", a Gwynplaine obrządzał konie i z kochanka stajen- nym się stawał, na podobieństwo bohaterów Homera i palady- nów Karola Wielkiego. O północy wszyscy spali, wilk tylko, pomny swej odpowiedzialności, otwierał od czasu do czasu jedno oko. ; Nazajutrz, po przebudzeniu, spotykali się znowu. Jedli ra- zem śniadanie składające się zwykle z herbaty i szynki; her- bata już około roku 1678 weszła była w Anglii w powszechne użycie. Później Dea, według hiszpańskiego obyczaju, a z po- rady Ursusa, który ją za wątłą uważał, spała przez kilka go- dzin, a Gwynplaine i Ursus spełniali wszystkie czynności ko- nieczne w ich koczowniczym życiu i na zewnątrz wozu, i w je- go wnętrzu. Gwynplaine rzadko kiedy oddalał się od ,,Zielonego Pudła". Czynił to tylko w odludnych miejscach, na pustych drogach. W miastach wychodził tylko nocą, ukryty pod szerokim ron- 338 dcm nasuniętego na czoło kapelusza. Nie chciał, by twarz je- go, pokazywana na ulicy, spowszedniała. Z odkrytą głową można go było oglądać tylko na scenie teatru. ,,Zielone Pudło" nieczęsto zresztą zajeżdżało do miast. Pięć Portów — oto największy gród, jaki widział Gwynplaine do dwudziestego czwartego roku życia. A sława jego rosła. Sięgała ponad motłoch, wznosiła się coraz wyżej. Amatorzy jarmar- cznych dziwowisk, goniący za osobliwością i cudownością, do- wiadywali się, że gdzieś, to tu, to tam, stale w wędrówce, istnieje twarz,-maska, jedyna w swoim rodzaju. Mówiono o niej, szukano jej, wypytywano się, gdzie jest. Człowiek Śmiechu stawał się słynny naprawdę. Blask jego sławy padał i na Chaos zwyciężony. Aż wreszcie dnia pewnego Ursus, uniesiony ambicją, powie- dział: — Pojedziemy do Londynu. KONIEC TOMU SPIS RZECZY Str. WSTĘP . . . . . . . . . . . . .V CZĘŚĆ PIERWSZA MORZE I NOC Dwa rozdziały przedwstępne I. Ursus ............ S II. Comprachicos .......... 25 Księga pierwsza NOC MNIEJ MROCZNA N12 CZŁOWIEK I. Południowy cypel Portlandu . . . . . . .41 II. Porzucenie . . . . . . . . . . 48 III. Samotność ........... 52 IV. Pytania ........... 57 V. Drzewo ludzkiego wynalazku ....... 59 VI. Bitwa śmierci z nocą ......... 64 VII. Północny cypel Portlandu ........ 70 Księga druga BARKAS NA MORZU I. Prawa, które niezależne są od człowieka > II. Postacie, znane nam już, występują wyraźniej III. Niespokojni ludzie na niespokojnym morzu . 76 79 84 341 &tr. IV. Pojawia się odmienna od innych chmura .... 89 V. Hardquanon .......... 99 VI. Sądzą, że są uratowani . . . . . . . . 102 VII. Przerażenie .......... 103 VIII. Nix i nox . . . . . . . . . . . 107 IX. Jak zapobiegliwość ludzka próbuje bronić się przed sza- leństwem żywiołu . . . . . . . . . 110 X. Burza pierwotna i dzika . . . . . . . . 111 XI. Casquety .......... 115 XII. Starcie z podwodną rafą . . . . . . . - 118 XIII. Twarzą w twarz z nocą ........ 122 XIV. Ortach ........... 123 XV. Portentosum marę ......... 125 XVI. Nagłe uspokojenie się zagadki ...... 130 XVII. Ostatnie próby ratunku ........ 132 XVIII. Ostatni akt ratunku ......... 136 Księga trzecia DZIECKO W CIEMNOŚCI I. Chess-Hill .:......... 145 II. Skutki śnieżycy ......... 150 III. Wszelka bolesna droga utrudnia się jeszcze ciężarem . . 155 IV. Inna postać pustyni ......... 159 V. Mizantropia bierze się do dzieła ...... 165 VI. Przebudzenie .......... 180 CZĘŚĆ DRUGA Z ROZKAZU KRÓLA Księga pierwsza WIEKUISTA OBECNOŚĆ PRZESZŁOŚCI; CZŁOWIEK ODBIJA SIĘ W LUDZIACH I. Lord Ciancharlie II. Lord Dawid Dirry-Moir 187 200 III. Księżniczka Jozjana ........ IV. Magister elegantiarum ........ V. Królowa Anna ......... VI. Barkilphedro .......... VII. Barkilphedro rośnie ........ VIII. Inferi ........... IX. Nienawiść jest równie silna jak miłość ..... X. Ogień, który dojrzeć by można było, gdyby człowiek był istotą przezroczystą . . . . . . . . . XI. Barkilphedro urządza zasadzkę . . . . . XII. Szkocja, Irlandia i Anglia ....... Księga druga GWYNPLAINE I DBA I. W którym poznajemy z oblicza tego, którego dotychczag znaliśmy z czynów jedynie ....... II. Dea ............ III. „Oculos non habet, et videt" ...... IV. Dobrani kochankowie ........ V. Błękit w ciemności ......... VI. Ursus nauczycielem i Ursus opiekunem .... VII. Ślepa naucza jasnowidzenia ....... VIII. Nie tylko szczęście, lecz i dobrobyt ..... IX. Dziwactwa nazywane poezją przez ludzi pozbawionych . smaku . .......... X. Jak patrzy na ludzi i na zdarzenia ten, co sam stoi poza sprawami tego świata . . . . . . . . XI. Gwynplaine słusznie sądzi, Ursus prawdę mówi . XII. Ursus-filozof daje się porwać Ursusowi-poecie .