Michael Ondaatje ANGIELSKI PACJENT Z angielskiego przełożył Wacfaitţ Sadkohţski Suiat K;iażki I Villa Medici Podnosi się znad grzšdki w zapuszczonym ogrodzie - posta- nowiła go stopniowo uporzšdkować - i spoglšda przed siebie, w przestrzeń. Wyczuwa zbliżajšcš się zmianę pogody. Wiatr ma inny dotyk, niesie z sobš jakieœ inne odgłosy i mocny zapach cyprysów. Odwraca się i rusza w stronę domu, prze- skakujšc niski murek ogrodowy; czuje na odsłoniętych ramio- nach pierwsze krople deszczu. Przebiega przez krużganek i wpada do wnętrza. Nie zatrzymujšc się w kuchni, wchodzi po pogršżonych w ciemnoœci schodach i szybkim krokiem przemierza długi korytarz. U jego końca œwiatło pada na podłogę przez otwarte drzwi. Wchodzi do pokoju, który też jest ogrodem - tyle że utwo- rzonym z drzew i altan namalowanych na œcianach i suficie. Na łóżku leży mężczyzna: wystawia ciało na chłodne powiewy przecišgu. Wolno odwraca głowę ku wchodzšcej. Co cztery dni przemywa to sczerniałe ciało, poczynajšc od stóp. Nawilża myjkę i wyżyma jš przesuwajšc nad rannym, zrasza go wyciekajšcš wodš ostrożnie, wsłuchujšc się w po- mrukiwania mężczyzny, wypatrujšc jego uœmiechu. Oparzeli- ny powyżej goleni wyglšdajš najgorzej. Sš czerwieńsze od purpury. Przeœwieca przez nie koœć. Opiekuje się nim już od miesięcy i dobrze zna jego ciało: penisa uœpionego niczym konik morslţ, wšskie, koœciste biodra. Biodra Ukrzyżowanego, myœli. Jej œwięty męczennik. Mężczyzna leży na wznak, płasko, bez poduszlţ i patrzy w górę na freski pokrywajšce sufit: splštane gałęzie, liœcie, i wyżej jeszcze, na błękitne niebo. Ostrożnie przemywa rivanolem te miejsca na piersiach, gdzie poparzenia sš mniejsze, gdzie może go dotykać. Lubi to wklęœnięcie skóry pod ostatnim żebrem, jej nagły uskok. Unoszšc go pod łopatki, delikatnie chłodzi mu oddechem kark, on coœ cicho mruczy. - Co? - pyta wytršcona ze swego skupienia. Zwraca ku niej swš sczerniałš twarz z szarymi oczyma. Ona sięga rękš do kieszeni. Zdziera zębami skórę ze œliwki, wyjmuje pestkę i wkłada mu owoc do ust. ů On znów coœ szepcze, wcišgajšc młodš pielęgniarkę, całš w niego zasłuchanš, tam, gdzie przebywa myœlami, w tę stud- nię pamięci, którš będzie dršżył uporczywie przez wszystkie miesišce, jakie poprzedzš jego œmierć. Opowieœci, jakie mężczyzna snuje spokojnym głosem, krš- żš w przestrzeni pokoju jak kołujšce jastrzębie. Budzi się w swej klatce, otoczony zewszšd plštaninš kwiatów, konarami potężnych drzew. Przypominajš mu się dawne pikniki, kobie- ta, która całowała jego ciało, teraz tak popalone, że przypo- mina kolorem oberżynę. Całe tygodnie przebywaiem na pustyni, mówi, zapominajšc nawet popatrzeć na księżyc, tak jak mężowi zdarza się nieraz i przez kilka dni nie spojrzeć na twarz żony. I nie jest to grzech zaniedbania; po prostu co innego go zaprzšta. Wbija wzrok w twarz mlodej kobiety. Kiedy ona odwraca głowę, jego wzrok wędruje za jej spojrzeniem. Ona pochyla się nad nim. Jak doszło do tego wypadku? Jest póŸne popołudnie. On skubie brzeg przeœcieradła, muska je wierzchem dłoni. Spadłem w płonšcym samolocie na pustynię. ZnaleŸli mnie dogorywajšcego, zrobili nosze z jakichœ drš- gów i powlekli ze sobš. To było gdzieœ w okolicach Morza Piaskowego, przekraczaliœmy od czasu do czasu łożyska wy- schłych rzek. Nomadzi, wiesz, Beduini. Samolot zarył się w piach, który przytłumił ogień. Zobaczyli, jak nagi wygrze- buję się z wraku. Skórzana pilotka tlila mi się na głowie. Przywišzali mnie do noszy, czy raczej toboganu, pięty obijały 10 mi się o ziemię, kiedy mnie za sobš wlekli. Przemierzyliœmy w ten sposób kawał pustyni. Beduini znali się na ogniu. Sporo wiedzieli o samolotach, które spadały z nieba poczšwszy od 1939 roku. Z metalowych częœci rozbitych maszyn robili sobie różne narzędzia. W tym czasie wojna toczyła się w powietrzu. Potrafili rozpoznawać urywany warkot uszkodzonych samolotów, umieli znaleŸć ich wraki. Najmniejsza nawet częœć pulpitu sterowniczego miaia dla nich wartoœć klejnotu. Byłem dla nich zapewne pierw- szym człowiekiem, jalţ wydostał się z płonšcej maszyny żywy, choć żarzyła się na nim pilotka. Nic o mnie nie wiedzieli. Ja nic nie wiedziałem o ich plemieniu. A lţm jesteœ? Nie wiem. Ale nie przestawaj mnie o to pytać. Mówiłeœ, że jesteœ Anglikiem. Wieczorami nigdy nie jest na tyle zmęczony, by mógł zasnšć. Ona czyta mu różne ksišżki, które znajduje w biblio- tece na parterze. Odblask œwiecy pada na kartki, oœwietla twarz czytajšcej na głos pielęgniarki, czasem też drzewa i pejzaże przedstawione na œciennych malowidłach. Mężczy- zna wsłuchuje się w jej głos, spţjajšc słowa jak wodę. Kiedy wieczór jest zimny, ostrożnie wœlizgtţje się do łóżka i układa obok niego. Uważa, aby go nie dotlţšć, nie sprawić mu bólu, nie może nawet oprzeć na nim ciężaru swej drobnej dłoni. Czasem on nie zasypia aż do drugiej nad ranem, wpatrujšc się w ciemnoœć. Zapach oazy wyczuwał, jeszcze zanim mógł jš dostrzec. Wilgoć w powietrzu. Odgłosy życia. Poszum palm, brzęk wę- dzideł. Podzwanianie napełnionych wodš wiader wycišga- nych z głębi studni. Nasycali oliwš szmaty ze starych, mięklţch turbanów i okładali go nimi. Zostawał namaszczony. Stale wyczuwał przy sobie obecnoœć jakiegoœ milczšcego mężczyzny, zapach jego oddechu, gdy ten pochylał się nad 11 nim każdego wieczoru, odwijał szmaty i uważnie przypatry- wał się poparzonej skórze. Kiedy go tak obnażano, stawał się na powrót tamtym człowiekiem, który nagi wydostawał się z płonšcego samolo- tu. Rozcišgali nad nim płachty z szarego filcu. Podziwiał mšdroœć ludu, który go odnalazł. Skšd, z jakiej krainy pocho- dzš tak miękkie daktyle, które ów mężczyzna przeżuwał i wkładał mu do ust? Póki przebywał z tymi ludŸmi, nie musiał też sobie przypominać, skšd do nich przybył. Dla nich był wrogiem stršconym z nieba. PóŸniej, już w szpitalu w Pizie, zwidywało mu się każdej nocy, że widzi obok siebie twarz człowieka, który przeżuwa daktyle i rozmiękczone wkłada mu do ust. Tamte noce nie miały barw. Mijały bez słów, bez pieœni. Beduini milkli, kiedy się budził. Spoczywał na swych noszach niczym na ołtarzu, wyobrażajšc sobie w swej próżnoœci, że otaczajš go setki ludzi, a przecież mogło być tylko tych dwóch, którzy go uratowali zrywţjšc mu z głowy żarzšcš się pilotkę. Tych dwóch, których rozpoznawał po smaku œliny, kiedy przełykał przeżute daktyle, albo po odgłosie biegnšcych stóp. Usiadła i zabrała się do czytania; blask œwiecy padał na ksišżkę. Od czasu do czasu rzucała okiem na dół, w głšb hallu pałacu zamienionego w szpital polowy, w którym przebywała wraz z innymi pielęgniarkami, póki nie przeniesiono ich kolejno w inne miejsca, w œlad za przesuwajšcš się na północ wojnš, niemal już zakończonš. Weszła w taki okres życia, w którym w ksišżkach upatruje się jedynej drogi wyjœcia na œwiat ze swej samotnej celi. Ksišżki stały sie więc połowš jej œwiata. Siadywała przy nocnym stoliku i pochylona wczytywała się w historię hinduslţego chłopca, któ- ry uczył się rozpoznawać różne klejnoty i przedmioty ułożone na tacce, odsyłany do kolejnych nauczycieli - tych, co uczyli go dialektu, tych, co ćwiczyli w nim sztukę zapamiętywania, tych, co mu pokazywali, jak unilmšć hipnozy. Ksišżkę trzymała na kolanach. Uzmysłowiła sobie, że od ponad pięciu minut wpatruje się w porowaty papier, w zagię- 12 ty róg stronicy siedemnastej, z którego ktoœ kiedyœ zrobił sobie zakładkę. Wygładziła dłoniš płaszczyznę kartki. Myœl spłoszona jak mysz w pułapce, ćma za ciemnš szybš. Spojrza- ła w dół, w głšb hallu, choć nikogo nie było w Villa San Girolamo oprócz niej i tego rannego Anglika. Uprawiała kilka grzšdek w rozoranym bombami sadzie powyżej domu, wa- rzyw wystarczało dla nich obojga, a z miasta od czasu do czasu przyjeżdżał pewien człowiek; sprzedawała mu mydło i prz‚œcieradła i co tam jeszcze zostało z zaopatrzenia szpi- tala polowego w zamian za inne niezbędne rzeczy. ţochę fasoli, czasem mięso. Mężczyzna zostawił jej dwie butelki wina i każdej nocy, kiedy Anglik już zasypiał, wychodziła z pokoju pozostawiajšc nie domknięte drzwi, nalewała sobie ceremonialnie szklaneczkę, zanosiła jš na nocny stolik i po- pijała, zagłębiajšc się w czytanš właœnie ksišżkę. Dla Anglika zaœ, niezależnie od tego, czy słuchał uważnie, czy nie, ksišżki zawierały luki w toku akcji, tak jakby powódŸ rozmyła odcinek drogi, brakowało pewnych epizodów, jakby mole wygryzły dziury w kilimie albo też jakby z popękanych od wstrzšsów œcian wykruszył się nocš płat fresku. Pałac, w którym przebywała wraz z Anglikiem, tak właœnie wyglšdał. Do niektórych pokojów nie można było wejœć, bo zalegał je gruz. Do biblioteki na dole przez wyrwę po pocisku zaglšdał księżyc i wpadał deszcz - stojšcy w pobliżu fotel był wiecznie namokły. Nie przejmowała się tymi lukami w pamięci Anglika, skoro i on nic sobie z nich nie robił. Nie streszczała mu rozdziałów, których nie pamiętał. Po prostu otwierała ksišżkę i oznajmia- ła: "strona dziewięćdziesišta szósta", albo: "strona sto jede- nasta". Były to jedyne wskazania, jakich mu udzielała. Przy- kładała sobie obie jego dłonie do twarzy i wšchała je - cišgle wydzielały woń choroby. ţvoje ręce robiš się szorstkie, mówił. To przez zielsko i osty. I od łopaty. Uważaj na siebie. Ostrzegam cię, tu się kryjš różne niebez- pieczeństwa. Wiem. I wtedy zaczynała czytać. 13 Dzięki ojcu posiadła wiedzę o dłoniach. 0 psich łapach. Ilelţoć zostawał w domu z psem sam, schylał się nad nim i wšchał skórę w miejscu, gdzie sierœć stykała się z opuszka- mi palców psich łap. Mawiał, że to najpięlţiejszy zapach na œwiecie, jakby chodziło o aromat brandy. Ten bukiet! Wspa- niałe wieœci z podróży! Próbowała okazywać niechęć, ale psie łapy były naprawdę cudem, nigdy nie wydzielały woni brudu. Sš jak katedra, prawił ojciec, jak wspaniały ogród, jak poroœnięte trawš błonie, jak przechadzka wœród cyklame- nów - koncentrat zapachów ze wszystkich œcieżek, jakimi zwierzę wędrowało w cišgu dnia. Gonitwa myœli jak spłoszonych myszy; znów oderwała wzrok od ksišżlţ. Zdjęli mu z twarLy maskę z suchych traw. Dzień zaćmienia. Na ten dzień czekali. Gdzie też się znalazł? Jakaż to cywili- zacja umiała tak przewidywać pogodę i zaćmienia Słońca? E1 Ahmar albo E1 Abyadd, bo musiało to być jedno z plemion z północno-zachodniej częœci pustyni. Takie, które umiało odnaleŸć człowieka stršconego z nieba, osłonić mu twarz maseczkš ze splecionych trzcin oazowych. Miał teraz wytrwa- łoœć traw. Kiedyœ jego najbardziej ulubionym ogrodem był ogród traw w londyńskich Kew Gardens - kolory tak delikat- ne i urozmaicone jak odcienie kolejnych warstw popiołu na pustynnym urwisku. Przypatrywał się teraz krajobrazowi w czasie zaćmienia. Uczyli go wznosić ramiona i chłonšć w ciało siły ze wszech- œwiata, tak jak pustynia œcišga z nieba samoloty. Nosili go na filcowej płachcie rozpiętej na gałęziach. Patrzył na klucze flamingów przelatujšce w polu jego widzenia w półmroku przysłoniętego słońca. Skórę zawsze polnywała mu maœć albo osłaniał mrok. Pewnej nocy usłyszał coœ, co wydało mu się grš wichrów gdzieœ wysoko na niebie. Owo coœ ucichło po chwili, a on zasnšł czujšc głód tego dŸwięku, powœcišganego głosu ptaka, może flaminga, albo lisa pustynnego, którego jeden z męż- czyzn nosił w zaszytej do połowy kieszeni burnusa. 14 Następnego dnia, leżšc zakryty derkš, usłyszał urwane, zgrzytliwe odgłosy. DŸwięki wydobywajšce się z ciemnoœci. 0 zmroku zdjęli zeń derkę i ujrzał mężczyznę zbliżajšcego się doń ruchem tak posuwistym, jakby jego głowa przesuwała się po stole. Po chwili zobaczył, że mężczyzna ma na sobie ogromne jarzmo, z którego zwisajš setki małych buteleczek na sznurkach i drucikach różnej długoœci. Jego sylwetka poruszajšca się tak płynnie, jakby stanowiła częœć tej szkla- n‚j kurtyny, była tš kurtynš szczelnie zasłonięta. Postać przypominała większoœć tych wszystkich rysunków przedstawiajšcych archanioły, które próbował kopiować jako uczeń, nigdy nie zastanawiajšc się nad tym, w jaki sposób cialo mogłoby pomieœcić w sobie mięœnie zdolne poruszać talţmi skrzydłami. Mężczyzna posuwał się wydłużonymi, po- wolnymi lţokami, buteleczki wcale się przy tym nie kolebały. Szklana fala, archanioł, wszelakie maœci w buteleczkach na- grzanych slońcem tak, że kiedy nakładano mu je na skórę, wydawały się specjalnie podgrzane dla rannego. Za mężczy- znš załamane œwiatło - błękit i inne kolory rozsiane wœród mgiełek i piasku. Leciutlţ pobrzęk szkła i zmiennoœć barw, monarszy krok i twarz jak wšskie, ciemne ostrze. Szyjki buteleczek były chropowate i zapiaszczone - szkło, które przeniesiono w innš cywilizację. Każda buteleczka zatkana była korkiem, mężczyzna wycišgał go zębami i trzy- mał w wargach, gdy mieszał zawartoœć butelki z zawartoœciš innej; drugi korek także trzymał w zębach. Stanšl ze swymi skrzydłami nad nieruchomo leżšcym, poparzonym ciałem, wbił dwa kije głęboko w piasek, zdjšł z siebie owo olbrzymie jarzmo i zawiesił je na nich. Wydostał się ze swego sklepiku i przyklęknšł nad poparzonym pilotem, polożyl mu chłodne dłonie na karku i przytrzymał je tam. Znany był wszystkim wędrowcom podšżajšcym wielbłš- dzim szlakiem na północ, z Sudanu do Gizy, zwanym Szlakiem Czterdziestodniowym. Wychodził naprzeciw karawanom, sprzedawal zioła i napary, kršżył między oazami i wodopoja- mi. Przedzierał się przez burze piaskowe w swym płaszczu z buteleczek, uszy miał zatkane dwoma małymi kołeczkami, tak że sam sobie wydawał się zamkniętym naczyniem, ten 15 wędrowny lekarz, ten lţól maœci i wonnoœci, król panaceów, ten osobliwy chrzciciel. Wlţaczał do obozów i rozstawiał swš zasłonę z buteleczek przed każdym, kto był chory. Przysiadł przy poparzonym mężczyŸnie. Uformował małš skórzanš czarkę ze swych zsuniętych stóp i nawet się nie oglšdajšc sięgnšł poza siebie po Iţlka buteleczek. Kiedy je odkorkowywał, z każdej wydobywał się szczególny zapach. Byla wœród tych aromatów woń morza. Był zapach rdzy. Indygo. Atramentu. Mułu rzecznego, formaliny, parafny, ete- ru. Przypływ zmieszanych woni. Porykiwanie wielbłšdów skšdœ z oddali, gdzie rozbijano namioty. Zaczšł wcierać ran- nemu ciemnozielonš maœć w skórę na klatce piersiowej. Była to roztarta koœć pawia - rozpowszechniony na zachodzie i południu najskuteczniejszy lek na oparzenia. Drzwi znajdujšce się między kuchniš a zburzonš kaplicš wiodły do owalnej sali bibliotecznej. Wnętrze wydawało się całe, tylko w górnej częœci œciany przed dwoma miesišcami pocisk artyleryjski wyrwał wielkš dziurę. Komnata dostoso- wała się do tego okaleczenia, godzšc się na kaprysy pogody, nocne gwiazdy, ptasi œpiew. Znajdowała się w niej sofa, fortepian przykryty szarym płóciennym polţowcem, wypcha- na głowa niedŸwiedzia i wysokie regały zastawione ksišżka- mi. Półki stojšce najbliżej okaleczonej œciany zalewane były deszczem, który podwajał ciężar ustawionych na nich ksišżek. Przez dziurę wdzierało się też œwiatło błyskawic, przeœlizgu- jšc się po pokrowcu fortepianu i po dywanie. Po przeciwnej stronie sali znajdowały się zabite deska- mi drzwi na taras. Gdyby dało się je otwierać, mogłaby przejœć wprost z biblioteki do trzydziestu szeœciu wyszczer- bionych schodków obok kaplicy i wydostać się na coœ, co było kiedyœ łškš, a co teraz rozorały bomby i eksplozje. Wycofu- jšca się armia niemiecka zaminowała wiele budynków, dla- tego nie sprawdzone przez saperów pomieszczenia zamyka- no, dla bezpieczeństwa przytwierdzajšc gwoŸdziami drzwi do futryny. Zdawała sobie sprawę z zagrożenia, gdy wchodziła do tej komnaty o zmierzchu. Stšpała ostrożnie po drewnianej pod- łodze, myœlšc, że starczyłoby ciężaru jej ciała do uruchomie- nia każdego zapalnika, gdyby znajdował się pod klepkami. Stopy w kurzu. Jedynym Ÿródłem œwiatła była wyrwa w œcia- nie, wpatrzona w niebo. Wycišgnęła z półki tom Ostatniego Mohikanina - wydał przy tym odgłos, jakby go odrywano od jakiejœ zlepionej całoœci - i nawet w tyzn nikłym œwietle za- 17 chwyciła sig jasnobłęlţtnš barwš nieba i jeziora na okładce ksišżki, z Indianinem na pierwszym planie. PóŸniej zaœ, zu- pełnie jakby miał w tej komnacie przebywać ktoœ, komu nie wolno przeszkadzać, wycofała się z niej na palcach, stšpajšc po własnych œladach - dla bezpieczeństwa, ale także prowa- dzšc swojš małš grę, grę majšcš stworzyć wrażenie, że ktoœ wszedł do tej sali, a następnie w niepojęty sposób zniknšł. Zamknęła drzwi i zawiesiła na klamce ostrzeżenie przed minami. . Przysiadła w niszy okiennej w pokoju rannego Anglika, majšc po jednej stronie œcienne malowidła, a po drugiej widok na dolinę. Otworzyła ksišżkę. Kartld były pozlepiane. Czuła się jak Robinson znajdujšcy księgę wyrzuconš przez morze i schnšcš na nabrzeżnym piasku. Opowieœć z roku 1757. Zilustrował N.C. Wyeth. Jak zawsze w dobrych ksišżkach, znajdowai się tam spis ilustracji; każdej poœwięcono osobnš linijkę. Wkroczyła w tę opowieœć z poczuciem, iż wdziera się w ży- cie innych, w intrygę powieœciowš, która cofnie jš o dwie- œcie lat; cała wypełniła się zadaniami i zdarzeniami, jak- by budziła się ze snu przytłoczona nie zapamiętanymi maja- kami. Położone na wzgórzu włoskie miasteczko, strzegšce drogi na północny zachód, oblegano przez ponad miesišc. Ostrzał artyleryjski skupiał się na dwóch pałacach i klasztorze oto- czonym sadem; rosły w nim jabłonie i œliwy. W Villa Medici rezydowali generałowie. Położona nieco wyżej Villa Girola- mo, w której uprzednio mieœcił się żeński klasztor, dzięki swym przypominajšcym zamek umocnieniom zamieniona zo- stała przez armię niemieckš w prawdziwš twierdzę. Broniły jej liczne oddziały. Kiedy miasteczko na wzgórzu starto z powierzchni ziemi, tak jak się zatapia okręt na morzu , żołnierze opuœcili namioty rozstawione w sadzie i zapełnili sypialnie dawnego konwentu żeńskiego. Kaplicę częœciowo wysadzono w powietrze. Częœć górnej kondygnacji zburzyły bomby i pociski. Kiedy wojska sprzy- 18 mierzonych zdobyły w końcu budynek i zamieniły go w szpi- tal, schody wiodšce na trzecie piętro zabarykadowano, choć ocalał tam kominek i strop. Zarówno ona, jak i Anglik nalegali, by ich tu pozostawić, gdy pozostałe siostry i pacjentów ewakuowano w bezpiecz- niejsze miejsca na południu. Marzli w tym czasie, pozbawieni byli elektrycznoœci. Z niektórych komnat o zburzonych œcia- nach roztaczał się widok wprost na dolinę. Kiedy otwierała drzwi i zaglšdała do wnętrza, znajdowała tam co najwyżej rozmokłe łóżko stojšce w kšcie, zasłane opadłymi liœćmi. Drzwi wiodły wprost w lţajobraz na zewnštrz. Kilka takich pokoi zamieniło się w rodzaj ptaszarni. Dolne stopnie na klatce schodowej uległy zniszczeniu w czasie pożaru; ogień podłożyli wycofujšcy się żołnierze. Wyniosła naręcze ksišg z biblioteki i ułożyła z nich dwa najniższe, zastępcze schodki. Większoœć lţzeseł poršbano na opał. Fotel z biblioteld ocalał, ponieważ był zawsze mokry; wieczorne burze ustawicznie zalewały go wodš przez wyrwę po pocisku. W kwietniu 1945 roku spalenia uniknęło tylko to, co było mokre. Zachowało się kilka łóżek Zasmakowała w nomadzkich przenosinach z pokoju do pokoju, z hamakiem lub œpiwo- rem; czasem sypiała w pokoju rannego Anglika, czasem w hallu, w zależnoœci od temperatury, wiatru i nasłonecznie- nia. Rankami zwijała posłanie w rulon i zwišzywała sznurem. W miarę jak się ocieplało, wykorzystywała coraz to nowe pomieszczenia, wietrzšc zatęchłe kšty, pozwalajšc słońcu osuszać zacieki. W niektóre noce pozostawiała drzwi otwarte i ukladała się do snu w pomieszczeniach pozbawionych w wyniku bombardowania zewnętrznych œcian. Kładła się na łóżku polowym na samym slţaju ocalałej podłogi i wpa- trywała w pejzaż nocnego nieba, w gwiazdy i przesuwajšce się obłold. Budziły jš grzmoty i błyskawice. Miała dwadzie- œcia lat, zatraciła w owym czasie lęk przed niebezpieczeń- stwem, nie odczuwała niepokoju na myœl o zagrożeniach, jalde mogly stwarzać miny podłożone w sali bibliotecznej, nie bała się błyskawic, które jš budziły po nocach. Zmęczyły jš mroŸne miesišce zimowe, kiedy musiała przebywać w cie- 19 mnych, osłoniętych pomieszczeniach. Wędrowała teraz po zaœmieconych przez żołnierzy pokojach, które ogrzewano palšc poršbane meble. Wymiatała z nich liœcie i zaschłe odchody, wynosiła nadpalone stoły. Wiodła taki włóczęgowski tryb życia, podczas gdy ranny Anglik wylegiwał się w łóżku jak król. Z zewnštrz budynek sprawiał wrażenie zdewastowanego. Schody wiodšce do drzwi wejœciowych były od połowy zerwa- ne, zwisały z nich pogięte poręcze. Życie ich dwojga sprowa- dzało się do zdobywania pożywienia i prób zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Wieczorami używali tylko małych œwie- czek w obawie przed bandytami, którzy grabili wszystko, co napotkali. Szansš było to właœnie, że pałac wydawał się ruinš. Czuła się w nim jednak bezpiecznie - na poły dorosła, na poly dziecko. Majšc za sobš to wszystko, co przydarzyło się jej w latach wojny, wypracowała sobie kilka zasad postępowa- nia. Nigdy już nie podda się żadnym nakazom ani nie podejmie żadnych obowišzków w imię wyższego dobra. Bę- dzie się opiekowała wyłšcznie rannym Anglikiem. Będzie mu czytała, obmywała go i podawała morf'inę - i tylko z nim będzie się porozumiewać. Krzštała się po ogrodzie i sadzie. Wydobyła ze zburzonej kaplicy duży, ponad półmetrowy krucyfiks i zrobiła z niego stracha na wróble, umieszczajšc go na uprawianej grzšdce. Puste puszki po sardynkach grzechotały zawieszone u jego ramion i dzwoniły przy każdym podmuchu. Wędrowała sobie poprzez rumowiska we wnętrzu willi ku oœwietlonej płomy- kiem œwiecy alkowie, gdzie trzymała swš starannie zapako- wanš walizkę, w której było niewiele rzeczy - kilka listów, parę zwiniętych w ruloniki ubiorów i metalowe pudełko ze œrodkami sanitarnymi. Uporzšdkowała już częœć pałacu, a ca- łš resztę mogłaby spalić, gdyby zechciała. Stojšc w mroku hallu zapala zapałkę i przytyka jš do knota œwiecy. Odblask pada na jej ręce. HIęka. Opiera dłonie o uda i wdycha zapach siarki. Wydaje się jej, że wdycha œwiatło. 20 Cofa się trochę i kawałkiem białej lţedy kreœli na drew- nianej podłodze prostokšt. Potem cofa się jeszcze, dalej kreœlšc prostokšty, tak że tworzy się z nich piramida, poje- dynczy prostokšt następuje po podwójnym. Lewš rękš wspie- ra się o podłogę, głowę trzyma opuszczonš; wyraz powagi na twarzy. Oddala się coraz bardziej od œwiatła. Aż wreszcie przysiada na piętach. Kredę chowa do kieszeni. Podnosi się i zadzierajšc spód- ńicę, owija jš sobie œciœle wokół tal. Z drugiej kieszeni bluzy wyjmuje kawałek metalu i rzuca go tak, żeby upadł poza obrębem najdalszego prostokšta. Skacze przed siebie ze złšczonymi stopami, cień podskakuje wraz z niš, wydłużajšc się w głębi hallu. Porusza się szybko, jej tenisówki mierzš prosto w numery, które wypisała poœrodku poszczególnych prostokštów, skacze to na jednej nodze, to na obu, aż dociera do ostatniego prostokšta. Nachyla się i podnosi z ziemi kawałek metalu, zastygajšc w tej pozycji, z opuszczonymi rękoma, ciężko oddychajšc. Bierze głębolţ wdech i zdmuchuje œwiecę. Stoi teraz w ciemnoœciach. Swšd zgaszonej œwiecy. Wyprostowuje się i półskokiem odwraca, a potem rusza w drogę powrotnš, w głšb ciemnego hallu, skokami jeszcze szybszymi niż poprzednio, wcišż opadajšc na prostokšty, o których wie, że muszš być tam, gdzie były; jej tenisówki odrywajš się od podłogi i padajš na niš - echo roznosi dŸwięki po całym zrujnowanym włoskim pałacu, i dalej jesz- cze, ku wšwozowi zalanemu poœwiatš księżyca. Niekiedy nocš ranny mężczyzna słyszy jakieœ ciche szmery dobiegajšce z wnętrza budynku. Natęża słuch, skupiajšc na nich całš uwagę, ale cišgle nie potrafi ani olţeœlić charakteru tych odgłosów, ani ustalić, skšd się biorš. Otwiera notatnik leżšcy na stoliku przy jego łóżku. Jest to ksišżka, wyniesiona z ognia, egzemplarz Dziejów Herodota, w który jej pacjent wklejał wyrwane strony innych ksišżek, 21 na któryzn notował na marginesie swe własne uwagi - tak, że wniknęły w tekst autora. Zaczyna odczytywać jego drobne, niezgrabne pismo. Jest taki rodzaj tršby powietrznej w południowym Maroku, aaţjej, przed którym fellachowie broniš się nożami. Jest też africo, który niekiedy docierał aż do Rzymu. Jest crţrrc, jesienny wiatr dmšcy z Jugosław. Jestů arifi, zwany też aref albo ńfi, którv zachowuje ten sam palšcy żar mimo różnych nazw. Sš to wiatry stałe, mówi się o nich zawsze w czasie teraŸniejszym. Sš także wiatry inne, uderzajšce znienacka, które cišgle zmieniajš kierunek i potrafš obrócić jeŸdŸca wraz z koniem jak wskazówkę wokół tarczy zegara. Taki bist roz szaleje w Afganistanie przez 170 dni i całe wioski obraca w perzynę. Goršcy, suchy ghibli dmie uparcie z ltznisu wprawiajšc ludzi w stan rozdrażnienia. Haboob - burza piaskowa z Sudanu niesie wysokš na lţlometr jasnożółtš œcianę, za którš idzie deszcz. Harmattan dociera aż do Atlantyku i zdaje się w nim tonšć. imbat jest bryzš morskš z Afryki Północnej. Niektóre wichry wzbijajš się wprost w niebo. Nocne burze piaskowe, które przynoszš chłody. Khamsin, burza piaskowa trwajšca w Egipcie nieprzerwanie od marca do maja; jej nazwa pocho- dzi od arabskiego wyrazu oznaczajšcego "pięćdziesišt", po- nieważ kha.rnsin nie ustaje przez pięćdziesišt dni - dziewišta plaga egipska. Datoo z Gibraltaru niesie z sobš różne wonie. Jest wreszcie tajemniczy wiatr pustynny, którego nazwy zakazał używać pewien lnůól, po tym jak wiatr ów pochłonšł jego syna. I ncL,fhn.t - podmuch z Arab. Jest mezzarifouLloT. i,- sen - gwałtowny i zimny wicher południowo-zachodni, zwany przez Berberów "ten, który wyrywa ptakom pióra". Jest także beshabar, mroczny i suchy północno-wschodni wiatr dmšcy z Kaukazu, "czarny" wicher. A wreszcie samiel z ţrcji, " wiatr trujšcy", który często wykorzystywano w czasie wojen. Sš też inne "trujšce wiatry", takie jak simooţn, z Afryki Północnej i solano, który niesie wraz z piaskiem płatki kwia- tów i powoduje zawroty głowy. 22 I inne jeszcze, osobliwe wiatry. Rozlewajšce się po ziemi jak powódŸ. Zdzierajšce z przedmiotów barwy, zrywajšce przewody telefoniczne, miotajšce kamieniami, toczšce po- zwalane głowy posšgów. Haţmattan przemierza Saharę niosšc z sobš czerwony pył, palšcy jak ogień, drobny jak mška, wciskajšcy się do wnętrza luf i zamków karabinowych. Mary- narze nazywajš ten czerwony wiatr "morzem ciemnoœci". Czerwone drobiny piasku z Sahary docierały aż do Kornwal i l‹rabstwa Devon, zabarwiajšc padajšce tam gwałtowne de- szcze tak intensywnie, że brano je za broczšcš z nieba lţew. "0 krwawych deszczach donoszono z Portugal i Hiszpan w roku 1901". Miliony ton piasku unoszš się w powietrzu od zawsze, tak jak od zawsze miliony metrów szeœciennych powietrza zawar- te sš w glebie, a przebywa w niej znacznie więcej żywego mięsa (dżdżownic, robaków, podziemnych żyjštek) niż na powierzchni ziemi. Herodot opowiada o zatracie arm po- chłoniętych przez simoom, których nigdy już nikt nie zobaczył. Pewne plemię "tak rozwœcieczył ten diabelski wicher, że wydało mu wojnę i wystšpiło przeciw niemu w pełnym ordyn- ku bojowym, po to tylko, by dać mu się całkowicie pochłonšć". Burze piaskowe występujš w trzech postaciach. Jako wir. Jako słup. Jako płachta. W pierwszym przypadku niknie horyzont. W drugim otaczajš cię "tańczšce czarty". W trzecim nakrywa cię płachta "koloru miedzi. Wydaje się, że cała przyroda stanęła w płomieniach". Odrywa wzrok od ksišżki i widzi, że Anglik się jej przypa- truje. Odzywa się do niej w ciemnoœciach. Beduini mieli powody, żeby mnie utrzymać przy życiu. Byłem im potrzebny, rozumiesz. Ktoœ ich zapewnił, że dowiod- łem sporej zręcznoœci, kiedy samolot spadał na pustynię, że umiem rozpoznawać nie opatrzone nazwami miasta na pod- stawie szkiców sytuacyjnych. Nosiłem w sobie zawsze mnó- stwo informacji. Jestem kimœ takim, kto pozostawiony sam 23 sobie w obcym mieszkaniu podchodzi do półki z ksišżkami, wyjmuje jakiœ tom i zagłębia się w nim. Bo jesteœmy przecież przesyceni historiš. Znam się na mapach dna morskiego, mapach geoftzycznych, wyrysowanych na skórze mapach uka- zujšcych szlaki Iţucjat. Wiedziałem więc, gdzie się znajduję, zanim spadłem, wie- działem, że w dawnych wiekach przemierzał te przestrzenie Aleksander Wielki, w tym samym co i ja celu i z tš samš pasjš. Znałem obyczaje nomadów owładniętych namiętnoœciš do jedwabiu. Zachłannie strzegšcych Ÿródeł wody. Jedno z plemion zmieniło zabarwienie całego dna doliny, pokrywa- jšc je czerniš, by zwiększyć konwekcję, a tym samym pra- wdopodobieństwo opadów, i wznosiło wysokie konstrukcje, by chwytać od spodu wędrujšce chmury. Inne znów plemiona unosiły w stronę nadchodzšcego wiatru rozczapierzone dło- nie. Wierzyły, że jeœli zastosujš ten sposób we właœciwym momencie, zdołajš skierować burzę w inne rejony pustyni, obrócić jš przeciw innym, mniej kochanym przez bogów plemionom. Ludy te odchodziły w przeszłoœć, stawały się historiš, piasek przysypywał ich ostatnie tchnienie. Na pustyni łatwo zatracić zdolnoœć różnicowania prze- stizeni. Kiedy spadałem z nieba na te żółte rzeczne łożyska, jedynš myœlš, jaka mnš owładnęła, było to, że muszę sobie zbudować tratwę. Muszę zbudować tratwę. I tam, na tym suchym piasku, odczuwałem, że znalazłem się wœród ludzi zwišzanych swym życiem z wodš. Widziałem w Tassili malowidła œcienne pochodzšce z okresu, ldedy ludy saharyjskie łowiły z trzcinowych tratw koniki morslţe. W Wadi Sura oglšdałem jaskinie, których œciany polţyte były malowidłami przedstawiajšcymi pływa- ków. W pobliżu musiało się kiedyœ znajdować jezioro. Mógł- bym im na œcianie wyrysować jego kontury. Mógłbym ich zaprowadzić nad jego brzeg, ten sprzed szeœciu tysięcy lat. Zapytaj marynarza, jak wyglšdał najstarszy żagiel, a opisze ci żagiel trapezoidalny, rozpięty na maszcie trzcinowej tratwy, talţej, jakie widzimy na malowidłach skalnych w Nub. Predynastycznej. Cišgle odnajduje się na pustyni harpuny. Zamieszkiwali jš ludzie oswojeni z wodš. Nawet dzisiejsze 24 karawany przypominajš swym ruchem rzekę. A dziœ woda jest tu czymœ obcym. Jest wygnańcem, sprowadzanym na powrót w bańkach i flaszkach, jest duchem nawiedzajšcym twe dło- nie i twe usta. Kiedy trafłem między nich, niepewny, gdzie się znajduję, jedynš rzeczš, jakiej mi było trzeba, była nazwa jakiegoœ niewielkiego łańcucha wzgórz, jakiœ lokalny obyczaj, jalţeœ szczštki prehistorycznego zwierzęcia - a mapa œwiata powró- ciłaby w mej pamięci na swoje miejsce. Cóż większoœć z nas wie o tych połaciach Afryki? Armie Nilu przesuwajšce się w tę i z powrotem - pole bitewne wdzierajšce się na szeœćset kilometrów w głšb pustyni. Czołgi typu Whippet, bombowce œredniego zasięgu typu Blenheim. Dwupłatowce bojowe Gladiator. Osiem tysięcy ludzi. Ale któż jest przeciwnikiem? A kto sojusznikiem tych miejsc - ży- znych ziem Cyrenajlţ, solanek E1 Agheila? Wszyscy Europej- czycy toczš swe wojny w północnej Afryce, w Sidi Rezegh, w Bagouh. Przez pięć dni Beduini wlekli go za sobš na noszach w ciemnoœci, nakrytego derkš. Spoczywał pod tym nasšczo- nym oliwš nakryciem. A potem nagle temperatura spadła. Doszli do doliny położonej na dnie kanionu o wysokich, czerwonych œcianach, dołšczajšc tu do plemienia owych pustynnych wodniaków, którzy żeglowali po piasku i przeœliz- giwali się po kamieniach, powiewajšc połami błękitnych szat jak skrzydłami. Zdjęli zeń miękkie okrycie, z jego chłonšcego wilgoć ciała. Był na dnie wšwozu. Myszołowy wysoko ponad nimi spoglšdały - jak od tysišca lat - w dół, w tę szczelinę skalnš, w której rozbili obóz. Rankiem zanieœli go daleko w głšb siq. Wiedli przy nim głoœne rozmowy. Teraz rozpoznał dialekt, jakim mówili. Spro- wadzono go tutaj ze względu na broń znajdywanš na pustyni. Położono go z zasłoniętš twarzš skierowanš ku czemuœ nieokreœlonemu, rękš sięgnšć mógł o jakiœ metr przed siebie. Po wielu dniach podróży ruch o jeden metr. Pochyla się do przodu, namacał coœ wycišgniętš rękš. Dłoń naciska owo coœ 25 i otwiera. Rozpoznał magazynek stena, a jakaœ ręka zaraz mu go odebrała. Głosy zamilkły. Znalazł się tutaj, aby im objaœ- niać różne typy broni. - Dwunastomilimetrowy karabin maszynowy breda. Włoski. Odcišgnšł zamek, wsadził do komory palec, by stwierdzić, czy nie ma tam naboju, i nacisnšł spust. Prztyk. - Słynna broń - wyszeptał. Przesunięto go dalej. - Francuski siedmioipółmilimetrowy chƒttelerault. Lekka broń maszynowa. Z 1924 roku. - Niemiecki siedmioipółmilimetrowy MGl5, na wyposaże- niu lotników. Przesuwano go kolejno do każdego z typów broni. Musiały pochodzić z różnych olţesów i z wielu lţajów, takie muzeum na pustyni. Wymacywał kształt lufy i magazynka, naciskał spust. Wymieniał nazwę broni i przenoszono go do następnej. Przed- stawiono mu ich osiem. Głoœno wylţzykiwał nazwy, wymieniał je po francusku, a potem w języku plemienia. Ale jakież to mogło mieć dla nich znaczenie? Być może nie byli ciekawi nazw, ale chcieli wiedzieć, jaka właœciwie ta broń jest. Ujęto go za nadgarstek i zanurzono mu dłoń w pudle z nabo- jami. W innym pudle po prawej stronie znajdowały się kolejne naboje, siedmiomilimetrowe dla odmiany I jeszcze inne. Kiedy był dzieckiem, zajmowała się nim ciotka; rozkładała na trawniku talię zakrytych kart i uczyła go gry polegajšcej na tym, że każdy z graczy miał prawo odkryć dwie karty i w pamięci łšczyć je z kartami innych. Ałe działo się to w innym otoczeniu, wœród strumieni pełnych pstršgów, wœród głosów ptaków, które mógł rozpoznać nawet z urywków trelu. Był to œwiat w pełni nazwany. Teraz, majšc twarz zasłoniętš maskš ze splecionych trzcin, wyjmował z pudła nabój i wska- zywał broń, do której pasował, wkładał go do komory, repe- tował broń i oddawał strzał w powietrze. Huk odbijał się od œcian wšwozu. Alboţuńem echo jest jak dusza gŁosu, co się rozbudza w miejscach opustoszaLych. Pewien ponury człowiek uważany za obłškanego zapisał to zdanie w czasie pobytu 26 w angielskim szpitalu. A on sam tu - na pustyni, był w pełni władz umysłowych, jasno myœlał, rozkładał karty i z łatwoœciš układał je na powrót, posyłał szeroki uœmiech ciotce i wy- strzeliwał w niebo kolejnš szczęœliwš kombinację, na co niewidzialni ludzie wokół niego odpowiadali szczerym œmie- chem. Zwracał się na swym palankinie w jednš stronę, potem ponownie pochylał, tym razem nad bredš, a asystujšcy mu człowiek nożem wydrapywał znaki na lufie i na odpowiednim pudle z nabojami. Zasmakował w tyzn - ruch i œmiech po długiej samotnoœci. Odwdzięczał się swymi umiejętnoœciami ludziom, którzy mu uratowali życie. Wędrujšc z nimi trafał do wiosek, w których nie było kobiet. Kolejne plemiona przekazywały sobie jego wiedzę jak użytecz- ne narzędzie. Plemiona składajšce się z oœmiu tysięcy indy- widualnoœci. Stykał się z osobliwymi obyczajami i osobliwš mu- zykš. Wsłuchiwał się, zwykle z twarzš zasłoniętš maskš, w przy- pominajšce przepływ wody pieœni plemienia Mziba, w tańce dahhiya, w dŸwięk fletów używanych do przekazywania wiado- moœci w pilnej potrzebie, w dŸwięk fletów podwójnych ma,lcrri- na (jedna rurka ustawicznie wydawała dŸwięk basowy). Potem dotarli na terytorium pięciostrunowej liry. Do wioski w oazie wypełnionej preludiami i interludiami. Klaskaniem w dłonie. Tańcami przeplatajšcymi się jak antyfona. Oczy odsłaniano mu dopiero po zmierzchu; wtedy mógł obserwować swych porywaczy i wybawców. Już wiedział, gdzie się znajduje. Niektórym plemionom rysował mapy wykraczajšce poza dostępne ich wiedzy granice, innym ob- jaœniał mechanizmy broni. Muzycy zasiadali po drugiej stro- nie ogniska. DŸwięki liry simsimiya ulatywały z wiatrem. Albo też przedzierały się doń przez ogień. Jakiœ chłopiec tańczył; w poblasku ognia wydal mu się najbardziej pocišgajšcym stworzeniem, jakie w życiu widział. Wšskie barlţ blade jak papirus, błyski œwiatła odbijajšce się w kroplach potu na brzuchu, nagoœć wyzierajšca przez rozcięcia niebieskiej sza- 27 ty - jak pokusa sięgajšca od karku do łydki, jak zygzak bršzowej błyskawicy. Otaczała go pustynna noc, przez którš przetaczały się w bezładzie burze i karawany. Zawsze czaiły się wokół niego tajemnice i zagrożenia, jak wtedy, kiedy siedzšc na piasku i po omacku przesuwajšc rękš po głowie strzygł się obustron- nš brzytwš. Nie wiedzial wtedy, czy œni, czyste ostrze nie sprawiało bólu, musiał rozmazać sobie krew na głowie (twa- rzy nadal nie mógł nawet musrršć), by wskazać porywaczom, że się zranii. Ta wioska bez kobiet, do której przyniesiono go w całkowitej ciszy, cały ten miesišc, kiedy nie oglšdal księży- ca - czy wszystko to nie było złudzeniem? Majakami œnionymi, kiedy pozostawał w ciemnoœci, pod okładem z nasyconego oliwš filcu? Przelţaczali łożyska rzek, w których płynęła woda. Na otwartych przestrzeniach natrafali niekiedy na ukryte osady; czekał, póki nie dokopali się do pokrytych piaskiem pomie- szczeń albo do Ÿródeł wody. Czyste pięlmo owego niewinnego, tańczšcego chłopca jak dŸwięk głosu chórzysty, który zapa- miętał jako najczystszy z tonów, najczystszš Ÿródlanš wodę, najpzzejrzystszš toń morskš. 'ISZ, na pustyni, która była kiedyœ morzem i gdzie nic nie było przytwierdzone ani stałe, wszyst- ko się poruszało - jak skraj szaty na ciele chłopca, jakby zanurzajšcego się i wyłaniajšcego z oceanu czy też z matczy- nego łona. Chłopca wpadajšcego w podniecenie, wystawia- jšcego genitalia na poblask ognia. Potem ogień zasypano, spowijał ich dym. Wibrowanie instrumentów muzycznych, dŸwięlń opadajšce jak tętno lub deszcz. Chłopiec wycišgnšł rękę ponad wygaszonym ogni- skiem, by uciszyć flety. Nie było już chłopca ani odgłosu stóp, kiedy odchodził. Tylko obce łachy. Jeden z mężczyzn zebrał spermę, która rozprysnęła się po piasku. Podszedł do białego instruktora od zasad dzialania broni i natarł niš jego dłonie. Na pustyni nie darzy się czciš niczego oprócz wilgoci. Zbliżyła się do lichtarza, podniosła go i przyjrzała się œcianie pokrytej sztukateriš. Zebrala przedtem wszystkie 28 lustra i wyniosła je do jednego z pustych pokojów. Unios- ła lichtarz i poruszyła głowš, powodujšc przesuwanie się cienia. Nabrała wody w dłonie i zmoczyła niš sobie włosy, aż stały się zupełnie wilgotne. To jš ochładzało, lubiła wycho- dzić potem na zewnštrz, na powiew wiatru uciszajšcy wzbu- rzenie. II W ruinach nieopodal Mężczyzna o zabandażowanych dłoniach przebywał w szpita- lu wojskowym od ponad czterech miesięcy, kiedy przypad- kiem dotarła doń wieœć o poparzonym rannym i jego pielęg- niarce i kiedy usłyszał jej nazwisko. Cofnšł się od drzwi i wrócił do pokojów lekarslńch - przez których rzšd dopiero co przeszedł - aby się dowiedzieć, gdzie ona się znajduje. Przebywał tam na rekonwalescencji już od dawna i uważali go za człowieka nieodgadnionego. Ale oto przemówił, dopy- tujšc się o niš, i tym wprawił ich w osłupienie. Przez cały czas swego pobytu w szpitalu nigdy się nie odzywał, komuni- kujšc się z nimi jedynie za pomocš gestów i grymasów, cza- sami - jak teraz - uœmiechu. Nie ujawniał niczego, nawet swego nazwiska, wypisał tylko na kartce swój numer identyfi- kacyjny, który dowodził, że jest żołnierzem sił sprzymierzo- nych. Jego przynależnoœć badano dwukrotnie, potwierdzano jš w Londynie. Ciało pokryte miał sieciš blizn. Doktorzy cišgle się nad nim pochylali, kiwajšc głowami nad jego zabandażo- wanymi dłońmi. Był w końcu znakomitoœciš wymagajšcš uszanowania. Bohaterem wojennym. Dzięki temu właœnie czuł się bezpieczny. Niczego nie i.tjaw- niajšc. Niezależnie od tego, czy obchodzili się z nim delikatnie, czy imali się najróżniejszych podstępów, czy wręcz zbliżali się doń ze skalpelem. Przez ponad cztery miesišce nie wyrzekł słowa. W ich obecnoœci stawai się dużym zwierzęciem umiesz- czonym w ruinach nieopodal i raczonym stałymi dawkami mor- finy majšcymi uœmierzyć ból dłoni. Siadywał w mroku na fotelu i wsłuchiwał się w dobiegajšce z sal szpitalnych głosy pacjen- tów i pogawędld pielęţiarek w służbówce. 30 Teraz jednak, gdy przechodził korytarzem wzdłuż pokojów lekarskich i usłyszał nazwisko kobiety, zwolnił lţoku, zawró- cił, podszedł do lekarzy i spytał, w jakim dokładnie szpitalu ta kobieta pracuje. Powiedzieli mu, że jest to dawny klasztor żeńslń, zajęty pr2ez wojsko niemieckie, a potem odbity po długim oblężeniu i zamieniony w szpital. Mieœci się na jed- nym ze wzgórz na północ od Florencji. Większš częœć tej budowli zniszczyły bombardowania. Nie jest tam bezpiecz- nie. Tylko tyţnczasowo umieszczono tam lazaret polowy. Ale zarówno pielęgniarka, jak i ranny odmówili przeniesienia ich w inne miejsce. Dlaczego nie zmusiliœcie tych dwojga do przeprowadzki? Utrzymywała, że stan pacjenta jest zbyt ciężki, aby go przenosić. Moglibyœmy oczywiœcie go przenieœć bez narażania jego życia na szwank, ale nie było czasu na dyskusje z tš pielęgniarkš. Jej stan też był lţepski. Czy była ranna? Nie. Być może doznała szoku w czasie ostrzału. Powinno się jš odesłać do domu. Kłopot w tym, że wojna tutaj już się zakończyła. Nikogo nie można już do niczego zmusić. Pacjenci opuszczajš samowolnie szpital. Oddziały kierowane sš do obozów demobilizacyjnych, zanim żołnierzy porozsyła się do domów. Gdzie oni sš, w jaldm pałacu? W tym, o którym się mówi, że tam duch straszy w ogrodzie. San Girolamo. Ale ona ma własnego ducha, tego poparzonego rannego. 'Iţ.varz mu ocalała, ale nie można go rozpoznać. System nerwowy uległ całkowitemu rozbiciu. Można przesu- wać mu tuż przy twarzy palšcš się zapałkę i nie ma żadnej reakcji. 'Iţvarz ma skamieniałš. Kto to taki? Nie znamy jego nazwiska. Nie chce mówić? Grupka lekarzy wybuchnęła œmiechem. Nie, skšd, mówi, mówi przez cały czas, ale sam nie wie, kim jest. Skšd się tu wzišł? Beduini przywlekli go do oazy Siwa. Potem przebywał przez 31 jaldœ czas w Pizie, a potem... Któryœ z Arabów zapewne wzišł sobie tabliczkę z jego numerem identyfikacyjnvm. Pewnie jš sprzeda i odzyskamy jš któregoœ dnia, a może i nie sprzeda. To sš cenne amulety. Z tych wszystldch pilotów zestrzelonych nad pustyniš żaden nie odzyskał swego numeru identyfikacyjnego. Teraz przebywa w tym toskańsldm pałacu, a dziewczyna nie chce go opuœcić. Po prostu odmawia. Sprzymierzeni umieœcili tam poczštkowo kilkuset rannych. A przedtem Niemcy obsadzi- li go całš azmiš, był to ostatni punkt ich oporu. Niektóre komna- ty ozdobione sš freskami, każdy przedstawia innš porę roku. Willa leży nad wšwozem. Wszystko to o jakieœ trzydzieœci kilo- metrów od Florencji, na wzgórzach. Oczywiœcie, będziesz mu- siał dostać przepustkę. Pewnie znajdziemy kogoœ, kto cię zawie- zie w tamte strony. Nadal wszystko wyglšda tam olţopnie. Wszędzie peino padliny. Zastrzelone, w połowie objedzone z mięsa konie. Ludzlde zwłoki zwisajšce głowami w dół z mo- stów. Ostatnie wojenne zbrodnie. Bardzo tam niebezpiecznie. Jeszcze nie dotarli do tych okolic saperzy, aby dokładnie oczy- œcić teren. Wycofujšcy się Niemcy wszystko za sobš palili i zaminowywali. Straszne miejsce na szpital. Najgorszy jest tru- pi odór 'lţzeba by porzšdnej œnieżycy, żeby oczyœcić ten lţaj. I przydałyby się kruki. Dziękuję panom. Wyszedl przed szpital, na slońce, na œwieże powietrze, po raz pierwszy od kilku miesięcy wyrwał się z sal oœwietlanych zielonymi lampkami, które utkwiły mu w mózgu jak okruchy szkła. Stał wdychajšc w siebie wszystko, caiy dookolny po- œpiech. Przede wszystkim, pomyœlał, muszę sobie sprawić buty na gumowej podeszwie. Muszę zdobyć gelato. W pocišgu nie mógł zasnšć, kiwał się na ławce z jednej strony na drugš. Pasażerowie w przedziale palili. Uderzał skroniš o ramę okiennš. Wszyscy byli ubrani na czarno, wagon wydawał się płonšć od ogników żarzšcych się papie- rosów. Zauważył, że ilekroć pocišg mija jakiœ cmentarz, pasażerowie wokół niego żegnajš się znakiem krzyża. Jej stan też był kiepski. 32 Gela.to w zamian za usunięcie migdałków, zapamiętał to so- bie. Towarzyszył dziewczynie i jej ojcu do miejsca, gdzie mieli jej usunšć migdałki. Zajrzała do poczekalni pełnej dzieci i po prostu odznówiła wejœcia. To najposłuszniejsze i najłagodniej- sze z dzieci zamieniło się nagle w niewzruszony, nie dajšcy się tlţšć głaz. Nikt nie œmie wyrwać niczego z jej gardła, mimo iż wiedza medyczna nakazywała dokonanie operacji. Będzie żyć nadal z tym czymœ, jakkolwiek by "to" miało wyglšdać. Nadal nie miał pojęcia, co to talţego te migdałki. Nie dobrali mi się nigdy do głowy, pomyœlał, to dziwne. Najgorsze chwile przeżywal, kiedy próbował sobie wyobrazić, co byliby z nim robili póŸniej, jakš kolejnš częœć ciała by ucięli. Zawsze wtedy myœlał o głowie. Popłoch jak u myszy w pułapce. Stanšł z walizkš w ręku na przeciwległym końcu hallu. Postawił jš na ziemi i pomachał rękš poprzez mrok ku smugom œwiatła padajšcym z bocznych drzwi. Nie słychać było kroków, lńedy do niej podchodził, nie zaskrzypiała podłoga, co jej nie zdziwiło, wydało się jej znajome i miłe, że potrafił wlţoczyć w intymnoœć jej i rannego Anglika bez zbędnego hałasu. Kiedy przelţaczał smugi œwiatła przecinajšce długi hall, rzucały za nim jego wydłużony cień. Podkręciła lmot w lam- pie naftowej, poszerzajšc kršg œwiatła. Siedziała spokojna, z ksišżkš na kolanach, kiedy do niej podszedł i przykucnšł przy niej jak przyjezdny wujek - Powiedz mi, co to sš migdałki? Jej oczy wpatrzone w niego pytajšco. - Cišgle mam w pamięci to, jak wybiegłaœ ze szpitala œcigana przez dwóch dryblasów. Potalţęła. - Czy twój pacjent jest tam? Czy mogę do niego zajrzeć? Potrzšsnęła głowš przeczšco, powtarzała ten ruch aż do chwili, kiedy się znów odezwał. - No to obejrzę go sobie jutro. Powiedz mi teraz, gdzie się mam ulokować. Nie trzeba mi przeœcieradła. Czy jest tu 33 kuchnia? Musiałem odbyć niesamowitš podróż, żeby cię odnaleŸć. Kiedy oddalił się w głšb kotytarza, drżšc przysiadła na powrót przy stole. Potrzebowała tego stołu, tej doczytanej do połowy ksišżki, by przyjœć do siebie. Oto mężczy,zna, którego znała, długo jechał pocišgiem, potem szeœć kilometrów wspi- nał się z wioski na wzgórze, przeszedł długi korytarz i dotarł do tego stołu po to tylko, by jš ujrzeć. Po kilku minutach weszła do pokoju ranneţo Anglika, zatrzymała się nad jego posłaniem i popatrzyła na niego. Poœwiata księżyca wœród listowia odmalowanego na œcianach. Było to jedyne œwiatło, które czyniło owo trompe l'oeiL przekonujšcym. Mogłaby zer- wać któryœ kwiat i przypišć sobie do sukni. Cziowiek nazywany Caravaggiem otwiera wszystkie olma, by móc wsłuchiwać się w odgłosy nocy. Rozbiera się, podkła- da sobie ostrożnie dłonie pod głowę i kładzie się na nie poœcielonym łóżku. Szum drzew, œwiatło księżyca załamujšce się na kształt srebrnych rybich łusek, odbijajšce się od liœci astrów rosnšcych na zewnštrz. Poœwiata księżycowa przylega doń jak druga skóra, jak opływajšca woda. W godzinę póŸniej wspina się na dach pałacu. Z jego szczytu widać poszczególne fragmenty pochy- łego dachu, dwa akry rozrytych pociskami ogrodów i sadów, jalţe otaczajš pałac. Oglšda miejsce, w któryzn odnaleŸli się we Włoszech. Rankiem przy fontannie prowadzš niezobowišzujšcš roz- mowę. - Skoro znalazłaœ się we Włoszech, powinnaœ dowiedzieć się więcej o Verdim. - Co? - spojrzała znad poœcieli, którš prała w fontannie. Przypomniał jej. - Kiedyœ powiedziałaœ mi, że go uwielbiasz. Hana pokręciła głowš z zakłopotaniem. Caravaggio snuje się wokół, po raz pierwszy przypatruje się budynkowi, oglšdajšc go od tarasu w dół, po ogród. - Tak, byłaœ w nim rozkochana. Doprowadzałaœ nas do szału coraz to nowymi szczegółami dotyczšcymi Giuseppe. Cóż to za człowiek! W każdym calu najwspanialszy, mówiłaœ. Wszyscyœmy ci musieli przytakiwać, tej przemšdrzałej sie- demnastolatce. - Ciekawe, co też się z niš stało. Rozwţja i płucze przeœcieradło w rynience fontanny. - Byłaœ kimœ o niebezpiecznie silnej woli. Przechodzi po płytach chodnika, trawa pleni się w szcze- linach. On spoglšda na jej czarno obute stopy, na obcisłš bršzowš suknię. Ona wychyla się przez balustradę. - Myœlę, że się tu wybrałam - muszę przyznać, że pragnienie to tkwiło gdzieœ we mnie - głównie ze względu na Verdiego. No i, oczywiœcie, bo ty wyjechałeœ, i mój ojciec wyruszył na wojnę... Spójrz na te jastrzębie. Zlatujš się tu każdego ranka. Wszystko tu jest zniszczone i pogruchotane na kawałki. Bieżšcš wodę w całym pałacu znaleŸć można tylko w tej fontannie. Wojskowi rozmontowali wodocišg, ldedy się stšd wynosili. Myœlełi, że mnie w ten sposób zmuszš do wyprowadzki. 35 - Powinnaœ była się wynieœć. Muszš jeszcze oczvœcić ten teren. Pełno tu wszędzie niewyţpałów. Podchodzi do niego i kładzie mu palec na ustach. - Cieszę się, że cię tu widzę, Caravaggio. Cieszę się tobš tak, jak nikim innym byzn się nie cieszyła. Tylko mi nie mów, że się tu zjawiłeœ po to, żeby mnie przekonać do wyprowadzki. - Chciałbym gdzieœ znaleŸć cichy bar, gdzie podajš wvrlit- zera, i popijać go bez lęku przed zasranymi bombami. Słu- cha㠜piewu Frańka Sinatrv. Musimy tu œcišgnšć trochę jakiejœ muzyki - mówi - będzie dobra dla twego pacjenta. - On wcišż przebyţ.va duchem w Afrvce. Popatruje na niš, oczekujšc, że będzie jeszcze coœ miała do powiedzenia o rannym Angliku. Ona dorzuca: - Niektórzy Anglicy kochajš Afrykę. Jakaœ częœć ich umy- słowoœci wiernie odzwierciedla pustynię. Więc nie czujš się tam obco. Patrzy, jak potakuje sama sobie głowš. Wšska twarz pod krótko obciętš czuprynš; nie ma już zasłony ani tajemnicy skrywanej kiedyœ za długimi włosami. Jedyne, co z niej pozostało, to wrażenie, że się już uładziła w swym wewnętrz- nym wszechœwiecie. Fontanna szemrzšca z tyłu, jastrzębie, rozorany bombami ogród pałacowy. Może w ten właœnie sposób wraca się z wojny. Poparzony człowiek, którym trzeba się zaopiekować, przeœcieradła, które trzeba uprać w rynience fontanny, komnata z freskami na podobieństwo ogrodu. Tak jakby jedynš rzeczš, która pozo- staje, była przeszłoœć zawarta w małej kapsułce pochodzšcej z dawien dawna, z czasów na długo przed Verdim. Medyceu- sze zastanawiajšcy się nad kształtem balustrady lub olma. wędrujšcy nocš ze œwiecš w towarzystwie zaproszonego ar- chitekta - najlepszego architekta w całym piętnastym stule- ciu - i zamawiajšcy u niego coœ bardziej odpowiedniego do obramowania widoku. - Jeœli zechcesz tu zostać - mówi ona - będziemy potrze- bowali więcej żywnoœci. Posadziłam warzywa, mamy worek fasoli, ale przydałyby się jakieœ kurczaki. Spoglšda na Caravaggia, majšc w pamięci jego dawnš zaradnoœć, ale nie wvpowiada tego na głos. 36 - Utraciłem już całš dawnš zręcznoœć. - Wybiorę się więc z tobš. - Hana oferuje pomoc. - Zrobi- my to razem. Nauczysz mnie lţaœć, pokażesz mi, jak się to robi. - Nie zrozumiałaœ. Naprawdę utraciłem całš zręcznoœć. - Dlaczego:' - Złapali mnie. Omal mi nie obcięli tych pieprzonych ršk. Czasami nocš, kiedy ranny Anglik już zasypia, albo nawet po przeczytaniu samej sobie paru stron już poza jego poko- jem, Hana idzie popatrzeć na Caravaggia. Ten poleguje sobie w ogrodzie, rozcišgnięty wzdłuż rynienki fontanny, patrzšc w gwiazdy, bšdŸ też trzeba doń schodzić na dolny taras. Teraz, w pozze wczesnego lata, trudno mu pozostawać na noc we- wnštrz budynku. Najczęœciej przebywa na dachu, obok zbu- rzonego komina, ale zsuwa się stamtšd cicho, kiedy tylko dostrzeże jej sylwetkę na tarasie. Można go znaleŸć obok pozbawionego głowy posšgu hrabiego; na obłamanej szyi lubiš przesiadywać zdziczałe koty, na zmianę majestatyczne lub przecišgajšce się na widok człowieka. Za każdym razem Hana utwierdza się w przekonaniu, że jest jedynš istotš, która umie go odnaleŸć, tego czlowieka oswojonego z ciemno- œciš, który żalił się po pijanemu, że uniosła go w niebo cała gromada sów. Oni oboje na wzgórzu, w oddali œwiatła Florencji. Czasem wydaje się jej szalony; czasem nadmiernie opanowany. W œwietle dnia dokładniej obserwuje sposób, w jaki się po- rusza, sztywnoœć jego zabandażowanych dłoni i to, jak odwra- ca się całym ciałem, zamiast odwrócić tylko głowę, kiedy ona wskazuje mu coœ znajdujšcego się dalej na wzgórzu. Ale nie mówi mu o swoich spostrzeżeniach. - Mój pacjent uważa, że sproszkowana koœć pawia jest œwietnym lelţem. On obserwuje nocne niebo. - Tak - A więc byłeœ szpiegiem? - Niezupełnie. 37 W mrocznym ogrodzie czuje się lepiej, swobodniej, œwiatło lampy z pokoju rannego opada migocšc. - Czasami wysyłano nas po to, byœmy coœ wykradli. I oto stawałem się Włochem i złodziejem. Nie wierzyli we własne szczęœcie, zdawali się na mnie. Było nas czterech albo pięciu. Przez pewien czas mi się wiodło. A potem przypadkowo zostałem sfotografowany. Wyobrażasz sobie? Przebrałem się w smoking, ten małpi strój, żeby pójœć na pewne przyjęcie i wykraœć ważne papiery. Naprawdę byłem złodziejem. Żad- nym tam patriotš. Ani wielkim bohaterem. Zrobili cnotę z mojego sprytu. Jedna z kobiet przyniosła z sobš aparat i fotografowała niemieckich ofcerów; złapała mnie w jednym z kadrów, w tle, w sałi balowej. W półkroku. Szmer przesłony sprawił, że obróciłem głowę w tym lderunku. I tyzn sposobem cała przyszłoœć stała się niebezpieczna. Była to jakaœ przyja- ciółka generała. Wszystkie zdjęcia robione w czasie wojny wywoływano oficjalnie, pod nadzorem gestapo, w laborato- riach uizędowych. Tam też miałem się znaleŸć, nie wpisany na żadnš listę goœci, narażony na zdemaskowanie przez jaldegoœ funkcjonariusza bezpieczeństwa, kiedy klisza zawę- druje do laboratorium w Mediolanie. Trzeba więc było spró- bować wylţaœć w jakiœ sposób to zdjęcie. Przyglšda się swemu angielskiemu pacjentowi, którego uœpione ciało znajduje się zapewne o tysišce kilometrów stšd, na pustyni, opatrywane przez człowieka, który zanurza pałce w osobliwej czarce utworzonej z zagłębienia zsunię- tych ciasno stóp i namaszcza go, wciera ciemnš maœć w po- parzonš skórę jego twarzy. Ona próbuje wyczuć nacisk tej dłoni na własnym policzku. Schodzi na dół i układa się w hamaku, odrywajšc nogi od ziemi wprawia go w ruch wahadłowy. W chwilach tuż przed zaœnięciem najsilniej odczuwa to, że żyje. Przebiega myœlš zdarzenia dnia, zabierajšc każde z nich z sobš do łóżka, tak jak dziecko zabiera z sobš szkolne ksišżki i ołówlţ. Dzień wydaje się nie uporzšdkowany aż do tej chwili, która staje się czymœ na podobieństwo księgi wpływów i wydatków; ciało jej wypełnia się historiami i zdarzeniami. Na przykład - Caravaggio coœ jej dzisiaj ofiarował. Swoje motywy, swój dramat, swš skradzionš podobiznę. Wyjeżdża z przyjęcia samochodem. Opony piszczš na ła- godnych zalţętach wysypanej żwirem drogi wiodšcej ku wyjœciowej bramie, szumi silnik auta połyskujšcego jak atra- ment'w mroku letniej nocy. Przez resztę wieczoru podczas przyjęcia w Villa Cosima œledził autorkę fotografii, kryjšc się za innymi uczestnikami balu, kiedy zwracała aparat w jego stronę. Teraz, kiedy wie, że zdjęcie już zostało zrobione, wie też, jak unilmšć dalszych. Podsłuchuje rozmowy tej kobiety, dowiaduje się, że ma na imię Anna, że jest kochankš jednego z oficerów, który na noc pozostaje w tyzn pałacu, ale rankiem ma wyruszyć w drogę w głšb Toskan. LTœmiercenie tej kobie- ty albo jej nagłe zniknięcie tylko wzmogłoby podejrzenia. Wszystko, co niezwykłe, staje się dziœ podejrzane. W cztery godziny póŸniej skrada się w skarpetkach po trawţniku, kryjšc pod sobš swój cień rzucany przez księżyc. Wchodzi na wyżwirowanš œcieżkę ostrożnie unoszšc stopy. Spoglšda ku górze, na Villa Cosima, na zalane œwiatłem księżyca prostokšty okien. Oto pałac wojennych markietanek. Snop œwiatła z samochodowych reflektorów-wytryskujšcy jak z ogrodowego węża - wpada nagle do pokoju, w którym się znajduje. Zastyga w półkroku, spostrzega wpatrujšce się weń oczy kobiety, na której ryţtmicznie porusza się mężczyzna, zatapiajšc palce w jej jasnych włosach. I wie, że mimo iż jest teraz nagi, rozpoznała w nim tego samego człowieka, któremu zrobiła zdjęcie podczas tłumnego przyjęcia, ponieważ przez przypadek przybrał teraz tę samš pozę, półobrócony ku œwiatłu, które ukazało jego nagie ciało w ciemnoœciach nocy. Œwiatło reflektorów zwraca się ku narożnikowi komnaty i znika. Znów zapadajš ciemnoœci. Nie wie, czy się poruszyć, nie wie, czy ona powiadomi podrygujšcego na niej mężczyznę o obecnoœci w ich pokoju obcej osoby. Nagiego złodzieja. Nagiego zabójcy. Czy może powinien - z wycišgniętymi ręka- 39 mi, gotowymi skręcić mu kark - podejœć do pary kochajšcej się w łóżku? Słyszy, że mężczyzna nadal wykonuje swe miłosne ruchy, słyszy milczenie kobiety - bez jednego westchnienia - nie- omal słyszy, jak ona myœli, jak próbuje wypatrzyć go w cie- mnoœci. Powinno się tu użyć wyrazu rozmyœlać. Umysł Cara- vaggia dochodzi do tego wniosku, jedna jeszcze sylaba doda- na do czasownika, jak szprycha do naprawianego koła rowe- rowego. Słowa sš podstępne, mówił mu o tym jeden z przyja- ciół, bardziej podstępne niż skrzypce. Przywołuje na pamięć jasne włosy kobiety, białš wstšżkę, którš je zwišzała. Słyszy odgłos uruchamiania silnika i oczekuje kolejnego snopu œwiatła. 'hvarz wyłaniajšca siţ z mroku jest wcišż jak wymierzona w niego strzała. Œwiatło zsuwa się z tej twarzy, z ciała generaia, na dywan, by w końcu ponownie dosięgnšć Caravaggia. Już jej nie widzi. Potrzšsa głowš, otwiera usta, jakby chciał przemówić. Aparat, który trzyma w rękach, unosi w jej stronę, aby zrozumiała, że to o niego mu chodzi. I zata- pia się na powrót w ciemnoœci. Słyszy teraz pojękiwania rozkoszy, jakimi kobieta darzy kochanka, odczuwa dumę z tego porozumienia między nimi. Ani słowa, żadnego ironi- cznego uœmiechu, po prostu układ, znak zrozumienia, wie teraz, że może bezpiecznie oddalić się ku werandzie i zniknšć w mrokach nocy. Odnalezienie jej pokoju było zadaniem trudniejszym. Za- kradł się do pałacu i w milczeniu dotarł do oœwietlonego siedemnastowiecznego fresku na œcianie korytarza. Gdzieœ tam mieœciły się sypialnie, jak ciemne kieszenie w złocistym ubraniu. Jedynym sposobem, by przejœć obok straży, była niewinna błazenada. Rozebrał się, ubranie pozostawił na kwietniku przed domem. Nagi wbiega na piętro, gdzie stojš wartownicy, zatacza się ze œmiechu, tak że czołem niemal dotyka kolan, tršcajšc łokciem wartownika pyta, czy to tu jest to miejsce, gdzie go zaproszono na noc, al fresco, czy to tu? Czy też igraszki a capeLLa? 40 Długi korytarz na drugim piętrze. Strażnik przy schodach i drugi daleko, o dwadzieœcia metrów, zbyt daleko. A więc teatralny spacer, jaki Caravaggio musi teraz zaimprowizować, obserwowany z zimnš krwiš i pogardliwš podejrzliwoœciš przez tych dwóch, spacer z dupš i kutasem na wierzchu, z krótkim postojem przy tej częœci malowidła œciennego, na której można obejrzeć osiołka w gaiku. Przywiera głowš do œciany niemal przysypiajšc, potem rusza dalej, potyka się i zaczyna maszerować krokiem def'iladowym. Wymachujšc lewš dłoniš oddaje wojskowe honory wymalowanym na sufi- cie cherubinom, równie nagim jak on sam, pozdrowienie od złodzieja, znów krótki walc, sceny œciennych malowideł wiru- jš pozostajšc w tyle, klamki, biało-czarne duomo, œwięci wy- niesieni na ołtarze na ten wojenny wtorek, aby chronili jego maskaradę i strzegli jego życia. Zycia Caravaggia poszukujš- cego swej fotograf'ii, by nie trafiła do teczek policyjnych. Klepie się po piersi, jakby tam szukał swej przepustki, bierze w rękę penisa, chcšc go użyć jako klucza otwierajšce- go wejœcie do strzeżonej komnaty. Zaœmiewa się i wycofuje, ale nie kryje rozzłoszczenia swym bolesnym niepowodzeniem i chrzškajšc rusza ku następnej komnacie. Otwiera olţo i wychodzi na werandę. Piękna, ciemna noc. Wdrapuje się na filar i zsuwa po nim o jeden poziom niżej. Teraz dopiero może się wedrzeć do pokoju Anny i jej gene- ra?ţ;. W œrodku żadnych zapachów oprócz perfum. Stopy nie zostawiajš œladów. On nie rzuca cienia. Historia o człowieku szukajšcym własnego cienia, którš opowiadał czyjemuœ dziec- ku przed laty - a teraz szuka swej podobizny na kawałku kliszy fotograficznej. Znalazłszy się w pokoju natychmiast uœwiadamia sobie, że jest niewidocznym œwiadkiem rozpoczynajšcej się akcji seksu- alnej: ręce mężczyzny zdzierajš z kobiety suluiię, rzucajš jš na krzesło, skšd zsuwa się na podłogę. Caravaggio kładzie się na dywanie i czołga, obmacujšc pokój i próbujšc odnaleŸć przed- miot na tyle twardy, by mógł się okazać aparatem fotoţaficz- nym. Czołga się w ciszy niczego talţego nie odnajditje. Podnosi się i wolno wycišga ręce dotykajšc marmurowego popiersia. Ręka wędruje wzdłuż kamiennego ramienia - od- 41 gaduje sposób myœlenia kobiety - z którego zwisa na pasku aparat. I wtedy słyszy warkot silnika i zostaje przez niš dostrzeżony właœnie w chwili, w której zwraca głowę ku sno- powi rzucanego przez samochód œwiatła. Caravaggio obserwuje Hanę siedzšcš naprzeciw i patrzšcš mu prosto w oczy, starajšcš się w nich czytać, odgadnšć jego myœli w taki sam sposób, jak to robiła jego żona. Przypatruje się, jak ona węszy w poszukiwaniu tropu. Wytrzymuje jej spojrzenie i odwzajemnia je, wiedzšc, że nie znajdzie w jego oczach żadnej oznaki fałszu, że sš czyste jak woda w strumie- niu, nieprzenilţione jak martwy pejzaż. Wie, że ludzie dajš się zwodzić i umie się dobrze maskować. Ale dziewczyna badawczo mu się przyglšda, przekrzywia głowę pytajšco, jak pies, lţedy się do niego mówi talţm tonem lub w taki sposób, by mu przypomnieć, że nie jest istotš ludzkš. Siedzi na wprost niego, na tle krwistoczerwonej œciany, której koloru nie lubi, a jej czarne włosy i to jej spojrzenie, żarzšce się jak oliwna lampka, przypominajš mu żonę. Ostatnimi czasy nie myœlał o żonie, choć wie, że mógłby odtworzyć każdy jej gest, opisać każdš jej cechę, ciężar jej pišstki leżšcej nocš na jego piersi. Siedzi z dłońmi ukrytymi pod stołem, przypatrujšc się, jak dziewczyna je. Sam nadal woli jadać w samotnoœci, ale zawsze towarzyszy Hanie przy jej posiłkach. Próżnoœć, myœli. Grzeszna próżnoœć. Widziała z okna, jak jadł pumagajšc sobie zabandażowanymi rękami, gdy siedział obok kaplicy na jed- nym z trzydziestu szeœciu schodków; nie dostrzegła ani widel- ca, ani noża, jakby się uczył jeœć na podobieństwo jakiegoœ przybysza ze Wschodu. W końcu ujrzała w nim Włocha, o zmierzwionej, siwiejšcej brodzie, ubranego w czarny garni- tur. Dostrzegała to coraz wyraŸniej. On wpatruje się w ciemny zarys jej sylwetki na tle cyno- browej czerwieni œcian, w jej skórę, czerń jej włosów. Znał i jš, i jej ojca jeszcze przed wojnš, w Toronto. Potem stał się złodziejem, ożenił się i przeœlizgiwał przez wybrane sobie życie z beztroskš ufnoœciš, œwietny w ograbianiu bogaczy 42 i czarujšcy dla swej żony Gianetty oraz dla owej córeczki przyjaciela. Ale teraz œwiat wokół nich stał się szorstki, popchnšł ich ku sobie. W cišgu tych dni w miasteczku na wzgórzu nie- opodal Florencji, we wnętrzu pałacu, kiedy pada deszcz, drzemišc na którymœ z miękkich lţzeseł w kuchni albo na lóżku, albo na dachu, nie układa w myœli żadnych akcji, skupia zainteresowanie wyłšcznie na Hanie. A ona wydaje się oddana tylko owemu umierajšcemu mężczyŸnie na pię- trze. W czasie posilków siada na wţprost dziewczyny i patrzy, jak ona je. Około pół roku temu przez olţo na końcu długiego kory- tarza w szpitalu Santa Chiara w Pizie Hana ujrzała białego lwa. Stai samotnie na szczycie obronnej flanki, spokrewniony kolorem z białym marmurem z Duomo i Camposanto, choć swš szorstkoœciš i naiwnoœciš rysunku przynależeć musiał do innej epolţ. Jako dar składany przez przeszłoœć zasługiwał na przyjęcie. I przyjęła go chętniej niż wszystko inne, co otaczało ten szpital. Wyglšdała przez olţo o północy i wie- działa, że stoi tam odgrodzony zaporš ciemnoœci i że objawi się o œwicie. Podchodziła do okna o pištej, potem o wpół do szóstej, i wpatrywała się w jego sylwetkę, w jej nabierajšce wyrazistoœci szczegóły. Każdej nocy stawał się jej strażnikiem, kiedy wędrowała wœród łóżek z rannymi. Strażnikiem cen- niejszym od zbrojnej ochrony, jakš pozostawiła tu posuwajš- ca się na północ armia, znacznie bardziej dbajšca o słynny skarb miasta - wieżę, pochylonš z obłškańczš logikš jak człowiek w szoku. Budynki szpitalne mieœciły się na terenie starego klaszto- ru. W żywopłotach strzyżonych od tysišca lat przez nazbyt gorliwych mnichów trudno się już było doszukać rozpozna- walnych zarysów zwierzšt i w cišgu dnia pielęţiarki woziły pacjentów na wózkach wokół trudnych już do rozpoznania zwierzęcych kształtów. Wydawało się, że tylko biały lew pozostał sobš na zawsze. 43 Pielęgniarki również zasty,gajš w szoku obcujšc na co dzień ze œmierciš. Albo z przyczyny tak drobnej jak list. Znosiły na dół odcięte ręce albo przypatrywały się krwotoko- wi, którego nie można było zatamować, jakby rana była studniš bez dna, i uczyły, się w, nic nie wierzyć, niczemu nie ufać. Załamywały się jak ów człowiek rozbrajajšcy, niewypały,. który wysadził się w powietrze na minie na wieœć o tyţrn, że geoţafia jego œwiata ulegia unicestwieniu. Jak Hana załama- ła się w szpitalu Santa Chiara, kiedy jeden z jej przełożonych przeszedł uroczyœcie pomiędzy setkami łóżek i wręczył jej list zawiadamiajšcy o œmierci ojca. Biały lew. W jakiœ czas póŸniej zaopiekowała się poparzonym Angli- kiem - kimœ, kto wyglšdał jak nadżarte ogniem zwierzę, napięte i mroczne, w sam raz partner dla niej. A teraz, po kilku miesišcach, jest jedynym pacjentem w Villa San Giro- lamo; wojnę majš już za sobš, oboje odmawiajš powrotu z innymi do bezpiecznych szpitali w Pizie. Wszystkie miasta, Sorrento i lţIarina di Pisa, zatłoczone sš żołnierzami amery- kańskimi i brytyjskimi oczekujšcymi na odesłanie do domu. Ona jednak wyprała swój mundur, złożyła starannie i oddała wyjeżdżajšcym pielęgniarkom. Powiedziano jej, że jeszcze nie wszędzie wojna się skończyła. Wojna się skończyła. Wojna się skończyła. 'ISZtaj wojna się skończyła. Powiedziano jej, że to zakrawa na dezercję. To nie jest dezercja. Ja tutaj zostanę. Przestrzeżono jš przed nie wykrytymi minami, brakiem wody i żywnoœci. Poszła na górę do poparzonego człowieka, do swego angielskiego pacjenta, i powiedziała mu, że z nim zostaje. Nic nie odpowiedział, nie mógł obrócić ku niej głowv. ale sięgnšł po jej białš dłoń, a kiedy się do niego zbliżyła, położył œciemniałe palce na jej włosach i odczuł ich chłód. Dwadzieœcia. Pewien ksišżę, kiedy umierał, zapragnšł, żebv go wniesio- no na wieżę w Pizie, do połowy jej wysokoœci. Stamtšd właœnie chciał oglšdać miasto. Przyjaciel mojego ojca chciał umrzeć w trakcie szanghaj- 44 skiego tańca. Nie wiem, co to takiego. On sam też ty,lko o tyzn słyszał. Jest... jest na w,ojnie. Ty też jesteœ na wojnie. Nic o nim nie wie. Nawet po miesišcu opiekowania się nim i wstrzykiwania mu morfiny. Z poczštku oboje odczuwali wobec siebie pewne zażenowanie, spotęgowane tyzn, że zosta- li sami. 'Potem nagle je przełamali. Ranni, doktorzy, pielęg- niarki, œrodki lecznicze, przeœcieradła i ręczniki - wszystko to odesłane zostało ze wzgórza do Florencji, i dalej do Pizy. , Odesłała też tabletki kodeiny, podobnie jak morfinę. Przypa- trywała się odjazdowi, długiej kolumnie ciężarówek. No to do widzenia. Pomachała im z olma i spuœciła rolety. Z tyłu, za pałacem, œciana skalna wznosiła się ponad budynkiem. Po zachodniej jego stronie znajdował się podłuż- ny, ogrodzony warzywnik, a o trzydzieœci kilometrów dalej rozcišgała się Florencja, często niewidoczna przez mgły , spowijajšce dolinę. Wieœć głosiła, że jeden z generałów sta- cjonujšcych w sšsiedniej Villa ţIedici zjadł słowika. Villa San Girolamo, wzniesiona dla obrony mieszkańców przed zakusami szatana, wyglšdała jak oblegana forteca: wię- kszoœć posšgów utraciła kończyny w czasie pierwszych dni ostrzeliwania. Granica pomiędzy domem a otoczeniem, między zburzonymi budynkami a rozoranš i okaleczonš ziemiš, nie za- znaczała się wyraŸnie. Hanie zdziczałe ogrody wydawały się przedłużeniem pałacowych komnat. Pracowała na swych grzšd- kach, zawsze œwiadoma tego, że wszędzie mogš leżeć ukryte miny. Z pasjš uprawiała żyznš ziemię obok pałacu przekształca- jšc jš w warzywnik. Taka pasja zrodzić się mogła tylko w kimœ, kto wychował się w mieœcie. Lprawiała swój ogród na przekór spalonej ziemi, mimo braku wody. Pewnego dnia utworzy się tu altana z drzew limony, przybytek zielonego œwiatła. Caravaggio wszedł do kuchni i zastał Hanę siedzšcš przy stole, z głowš złożonš na blacie. Nie widział jej twarzy, widział tylko ramiona podłożone pod głowę, obnażone plecy, nagie barki. Nie spała i nie był to spokojny odpoczynek. Przy każdym oddechu gwałtownie wstrzšsała głowš. Caravaggio przystanšł przy niej. Ci, co płaczš, zużywajš na to więcej energ niż na jakškolwiek innš czynnoœć. Zmierzch jeszcze nie zapadł. Jej twarz na tle ciemnego blatu drewnia- nego stołu. - Hana - powiedział, a ona przyczaiła się w bezruchu, jakby się chciała w ten sposób osłonić. - Hana. Załkała i ten jęk stał się barierš oddzielajšcš ich od siebie, rzekš, za którš się schroniła. Zawahał się przez chwilę, czy nie pogładzić jej po nagim karku, powtórzył - Hana - i położył obandażowanš dłoń na jej ramieniu. Nie przestawaia szlochać. To jakaœ bolesna troska, pomyœlał. Taka, przy której jedynym sposobem prze- trwania jest wyrzucenie z siebie wszystlţego. Obróciła się, wcišż z opuszczonš głowš, potem w nagłym porywie stanęła naprzeciw niego, jakby wyrywajšc się z krę- gu magnetycznego przycišgania stołu. - Nie dotykaj mnie, jeœli ci chodzi o to, żeby mnie zerżnšć. Biała skóra powyżej spódnicy, bo nie miała na sobie nic więcej, tak jakby zerwała się z łóżka, tylko częœciowo ubrała i weszła tutaj, w chłodne powietrze wdzierajšce się ze wzgórz przez kuchenne drzwi i spowijajšce jš. 'Iţ.varz miała zaczerwienionš i mokrš. 46 - Hana. - Zrozumiałeœ? - Dlaczego go aż tak wielbisz? - Kocham go. - Nie kochasz, wielbisz. - OdejdŸ, Caravaggio. OdejdŸ, proszę cię. - Przywišzałaœ się z jakiegoœ powodu do tego ciała. - On jest œwiętym. Tak myœlę. Swiętym męczennikiem. Czy coœ takiego fnoże się komuœ przyţtraf'ić? Pragnie się wtedy to coœ uchronić. - On tego nawet nie dostrzega. - Ale ja go kocham. - Dwudziestoletnia dziewczyna, która wyłšcza się z życia dla zjawy' Caravaggio zamilkł na chwilę. - Powinnaœ się wystrzegać smutku. Smutek graniczy z nie- nawiœciš. Pozwól to sobie powiedzieć. Przekonałem się o tym. Jeœli przejmiesz się czyjšœ rozpaczš - myœlšc, że tego kogoœ od niej uwolnisz, jeœli będziesz jš z nim dzieliła - wypełnisz się niš sama. Ci ludzie na pustyni byli od ciebie mšdrzejsi. Uznali, że on może być dla nich użyţteczny. Dłatego go uratowali, ale gdy przestał być przydatny, porzucili go. - Zostaw mnie. Kiedy zostaje sama, siada; w kostce nogi odczuwa ból, skutek wilgoci wœród wysokich traw w sadzie. Zdziera skórę ze œliwki, którš znalazła pod drzewem i schowała w kieszeni spódnicy. Kiedy jest sama, próbuje sobie wyobrazić ludzi spacerujšcych ongiœ starš alejš wzdłuż zielonego szpaleru utworzonego z osiemnastu cyprysów. Gdy Anglik się budzi, nachyla się nad nim i wkłada mu do ust œliwkę. On zatrzyznuje jš w ustach jak wodę, nie porusza szczę- I kami. Wyţraz oczu ma taki, jakby chciał się rozpłakać ze szczęœ- cia. Jej się zdaje, że czuje, jak on przełyka œliwkę. On unosi dłoń i œciera sobie z wargi ostatniš drobinę owocu, której język nie mógł dosięgnšć. Wkłada palec do ust, by go oblizać. 47 Pozwól, że ci opowiem coœ o œliwkach. Kiedy byłem chło- pcem... Po paru pierwszych nocach, kiedy większoœć łóżek poszła na opał, zaczęła używać hamaka pozostałego po którymœ ze zmarłych pacjentów. Rozwieszała go w różnych miejscach, gdzie tylko zdołała wbić haki w œcianę, gdziekolwiek zapra- gnęła zbudzić się rano, zawieszona nad œmieciami, kordytem i kałużami pokrywajšcymi podłogę, nad szczurami, które zaczynały penetrować niższe piętra pałacu. Każdego wieczora chroniła się w swój wiszšcy schowek koloru khaki pozosta- wiony przez zmarłego żołnierza. Para tenisówek i hamak. Oto, co zdobyia na wojnie. Budzi- ła się w blasku księżyca wiszšc pod suftem, ubrana w starš koszulkę, w której zawsze sypiała, sukienka rozwieszona na wieszaku na drzwiach. Było już cieplej, mogła sypiać w ten sposób. Przedtem, kiedy panowały chłody, musieli opalać zajmowane pomieszczenia meblami. Jej hamak i jej buty, i jej sukienka. Czuła się bezpiecznie w tym maleńkim œwiecie, który sobie zbudowała; obaj mężczyŸni wydawali się odległymi planetami, każda z nich otoczona była własnš sferš pamięci i samotnoœci. Caravaggio był w Kanadzie jednym z bardziej towarzyskich kompanów jej ojca, uwodzicielem siejšcym spustoszenie wœród kobiet, którym wydawał się oferować całego siebie. A teraz wyleguje się w ciemnoœciach. Był lţedyœ złodziejem, odmawiajšcym współpracy z innymi, ponieważ nikomu nie wierzył. Stykał się wprawdzie z mężczyznami, ale rozmawiać wolał z kobietami, a gdy zaczynał z nimi rozmowy, rychło wikłał się w sieć stosunków miłosnych. Kiedy wczesnym ranlńem wlţadała się do domu, znajdowała go nieraz œpišcego w fotelu ojca, wymę- czonego rabunkami profesjonalnymi lub uczuciowymi. Rozmyœlała o Caravaggiu - sš tacy ludzie, którym musisz aż wbić się pod skórę, jeœli chcesz w ten czy inny sposób przywišzać ich do siebie i pozostać przy nich zdrowa na umyœle. Musisz ich kurczowo chwycić za włosy, jak tonšcego, i sta- rać się, aby cię nie pocišgnęli za sobš. W przeciwnym razie, kiedy ich spotkasz na ulicy, będš już niemal podnosili rękę, aby ci pomachać na powitanie, ale odwrócš się nagle, prze- skoczš murek i zniknš na długie miesišce. Caravaggio był talţm znikajšcym wujkiem. Mógłby cię unieszczęœliwić przez samo tylko wzięcie cię w objęcia. Narzuciłby ci swój charakter. A teraz wyleguje się w ciemnoœciach, podobnie jak ona, w przeciwległym końcu wielkiego domu. Taki był Caravaggio. Taki jest też Anglik znaleziony na pustyni. Czas wojny, przejœcia ze wszystkimi najciężej rannymi zniosła skrywajšc się za zawodowym opanowaniem właœci- wym pielęgniarce. Przetrwam i to. Nie załamię się. Te zdania powtarzała sobie w myœli przez całš wojnę, we wszystkich miastach, które zdobywali i w których stacjonowali, w Urbi- no, Anghiari, Monterchi, aż dotarli do Florencji, posunęli się jeszcze dalej i doszli do drugiego morza, nieopodal Pizy. W szpitalu w Pizie po raz pierwszy ujrzała rannego Angli- ka. Człowieka bez twarzy. Hebanowš kulę. Wszystko, co go wyróżniało, spłonęlo na nim. Duże partie poparzonego ciała posypano kwasem taninowym, który skrystalizowal się, two- rzšc ochronnš warstwę. Wokół oczodolów cienkie obwódki gencjany. Nic nie dawało się w nim rozpoznać. Niekiedy nakrywa się kilkoma kocami, bardziej cieszšc się ich ciężarem niż ciepłem, które dajš. A kiedy œwiatło księżyca wpada do pomieszczenia budzšc jš, pozostaje w hamaku z oczyma otwartymi, z myœlš wędrujšcš swobodnie. Takš formę odpoczynku uważa za stan przyjemny, w odróżnieniu od snu. Gdyby była pisarkš, zebrałaby wokół siebie olówki, notesy, przygarnęła ulubionego kota i pisałaby w łóżku. Obcy ani kochankowie nie mieliby wstępu za zamknięte drzwi. Odpoczywać to znaczy przyjmować wszystkie elementy rzeczywistoœci bez ich osšdzania. Kšpiel w morzu, miłoœć z żołnierzem, który się nigdy nie dowie, jak masz na imię. Czułoœć okazana obcemu i bezimiennemu jest czułoœciš oka- zanš samej sobie. 49 Porusza nogami pod stertš koców. Zanurzona w ich wełnie jak ranny Anglik w swoich bandażach. Brakuje jej tutaj powoli budzšcego się brzasku, szumu znajomych drzew. Przez całe dzieciństwo w Toronto czytywa- ła w letnie noce. Mogła być wţtedy sobš, zarówno kiedy leżała w łóżku, jak i kiedy na pół œpišca schodziła po schodach przeciwpożarowych z kotem na ręku. Jej szkołš w okresie dzieciństwa był Caravaggio. Nauczył jš fikać koziołki. A teraz, zawsze z rękƒmi w kieszeniach, wzrusza ramionami. Kto wie, w jakich Iţajach przebywał w czasie wojny. Ona przeszła przeszkolenie w Women's Col- lege Hospital i wysłano jš za morze w okresie inwazji na Sycylię. Było to w roku 1943. Pierwsza Kanadyjska Dywizja Piechoty torowała sobie drogę na północ Włoch, a poranione ciała odsyłano na tyły, do szpitali polowych, jak muł wyrzu- cany na powierzchnię przez robotników dršżšcych tunel w ciemnoœci. Po bitwie o Arezzo, kiedy cofnęła się pierwsza fala uderzeniowa, dniem i nocš przebywała wœród rannych. Po pełnych trzech dobach bez chwili odpoczynku ułożyła się na podłodze obok materaca, na którym konał jakiœ ranny, i spała przez dwanaœcie godzin, zamlţšwszy oczy na otacza- jšcy jš œwiat. Kiedy się przebudziła, sięgnęła po nożyczki leżšce w por- celanowej wazie, nachyliła się i zaczęła œcinać sobie włosy, nie zważajšc na ich kształt czy długoœć, tylko po to, by się ich pozbyć - rozdrażnienie nimi w cišgu minionych dni wcišż tkwišce w pamięci - odrzucała œcięte pukle przed siebie, opadały na lţew rannego. Nie chciała zachować niczego, co by jš wišzało, przykuwało do œmierci. Zebrała œcięte włosy, upewniła się, że nie pozostawiła żadnego pasemka, i odwró- ciła się twarzš ku salom pełnym rannych. Od tamtej pory już nie przeglšdała się w lustrze. Z nasile- niem działań wojennych docierały do niej wiadomoœci o œmierci różnych ludzi, których znała. Drżała na myœl o tym, że pewnego dnia otrze z lţwi twarz jakiegoœ rannego i rozpo- zna ojca albo kogoœ, u kogo robiła zakupy w, sklepie przy Danforth Avenue. Stawała się szorstka wobec samej siebie i pacjentów. Rozsšdek był jedynš rzeczš, która mogła ich uratować, ale tu nie było mowy o rozsšdku. Temperatura krwi wzrastała w miarę posuwania się wojsk w górę półwyspu. Czy Toronto w ogóle istniało i czy mogło zajmować jaldeœ miejsce w jej myœlach? Była to perfidna komedia. Ludzie wokół niej obojętnieli - żołnierze, lekarze, pielęgniarki, cywile. Hana pochylała się nad rannymi, zwracała się do nich szeptem. Każdego nazywała "Buddy" i zaœmiewała się z piosenki, która zawierała zdania: Zawsze kiedym spotykat Franka De, WţkrzykiwaL "Hi, Buddy" do mnie *. Przewišzywała krwawišce ramiona. Wyjmowała z ran tyle odłamków szrapneli, że miała wrażenie, iż wydobyła tonę złomu wżartego w ciała ludzi, którymi się opiekowała, pod- czas gdy armia posuwała się na północ. Pewnej nocy, gdy zmarł jeden z pacjentów, łamišc wszelkie przepisy wyjęła z jego plecaka parę tenisówek i włożyła na nogi. Były dla niej za duże, ale czuła się w nich wygodnie. 'Iţvarz jej się wydłużyła, rysy wyostrzyły; takš miał jš zobaczyć Caravaggio. Wyszczuplała, przede wszystkim wsku- tek przemęczenia. Zawsze odczuwała głód i irytowało jš, kiedy jalţœ pacjent nie mógł, czy nie chciał jeœć i krnszył chleb naokoło, a kiedy pozwalai zupie stygnšć, ponaglała go. Nie szukała niczego nadzwyczajnego, wystarczał jej chleb, mięso. W jednym z miasteczek znajdowała się piekarnia, której zlecono zaopatrywanie szpitala; w wolnych chwilach kręciła się między piekarzami, wdychajšc zapach mški, obiet- nicę chleba. PóŸniej, kiedy znaleŸli się na wschód od Rzymu, ktoœ podarował jej w prezencie jerozolimsldego karczocha. Nieswojo było nocować w bazylikach albo klasztorach czy w innych miejscach, gdzie umieszczano rannych. Kiedy ktoœ umierał, odłamywała małš kartonowš tabliczkę zawieszonš w nogach łóżka, tak by miłoœnicy porzšdku mogli się w tym na pierwszy rzut oka zorientować. Wychodziła wtedy z bu- dynku o grubych murach na œwieże powietrze wiosny, zimy * Chodzi o prezydenta Franklina Delano Roosevelta (przyp. ttum.) 51 czy lata, pór roku, które wydawały się anachronizmem, jak jakiœ szacowny staruszek, który przesiedział całš wojnę na uboczu. Wyruszała na dwór niezależnie od pogody. Pragnęła powietrza pozbawionego ludzkich zapachów, pragnęła księ- życowego œwiatła nawet wtedy, kiedy przechodzily gwałtow- ne deszcze. Czeœć, Buddy, serwus, Buddy. Przelotne objawţy zaintere- sowania. Kontrakt obowišzywał tylko do œmierci. Nic w jej usposobieniu ani w jej dawnych doœwiadczeniach nie prede- stynowało jej do tego, by miała zostać pielęgniarkš. Obcięcie wlosów też objęte było kontraktem, który trwał aż do dnia, kiedy rozlokowali się w Villa San Girolamo na północ od Florencji. Znalazły się tam jeszcze cztery inne pielęgniarki, dwaj lekarze i setka pacjentów. Wojna przesunęla się dalej ku północy Włoch, stanowili jakby jej porzucone na tyłach resztki. A potem, lţedy celebrowano jakieœ lokalne zwycięstwo- coœ żałosnego w tym miasteczku na wzgórzu - oœwiadczyła, że nie wraca do Florencji ani do Rzymu, ani też nie da się przenieœć do żadnego innego szpitala, że dla niej wojna się skończyła. Pozostanie tutaj z ciężko poparzonym pacjentem, którego nazywano "tym rannym Anglikiem" i który nie może być ze względu na swój stan nigdzie przenoszony, jest tego pewna. Będzie mu robiła okłady z belladony na oczy, będzie mu przemywala zwęglonš skórę i opatrywała otwarte rany. Powiedziano jej, że szpital nie jest bezpieczny - klasztor był przez całe miesišce niemieckim bastionem, zarzucanym przez sprzyznierzonych pociskami i rakietami. I nic jej nie pozostawiš, nie będzie miała żadnej obrony przed bandyţtami. Ale uparcie odmawiała wyjazdu, zrzuciła strój pielęgniarki, nie włożyła już więcej na siebie bršzowej sukni w drukowany wzorek, którš nosiła przez ostatnie miesišce, ubrała się w tę, którš nosi do dziœ, odpowiedniš do tenisówek. Wyţpisała się z wojny. Powinna była wynieœć się stšd na ich żšdanie. Ale ponieważ inne pielęgniarki odmówiły pozostania, zdecydo- wała się czuwać przy rannymi Angliku tu, na miejscu. Było w tym jej pacjencie coœ, co pragnęła rozgryŸć, przeniknšć, co pozwoliłoby jej uciec od dorosloœci. W jego sposobie zwraca- 52 nia się do niej, w całyzn jego sposobie myœlenia, było coœ z radosnych podskoków. Jego właœnie, tego bezimiennego, niemal pozbawionego twarzy mężczyznę, który był jednym z dwustu pacjentów, jakimi przyszło jej się zajmować w tra- kcie inwazji, jego właœnie zapragnęła uratować. Wyszła z uroczystoœci w swej sukience w drukowany wzo- rek. Wróciła do pokoju, który zajmowała wraz z innymi pie- lęgniarkami, i rozsiadła się wygodnie. Kiedy siadała, coœ rozbłysło na chwilę w jej polu widzenia - było to lusterko. Podniosła się i podeszła do niego. Było niewielkie, ale wyda- wało się przedmiotem zbytkownym. Nie przeglšdała się w lu- strze ponad rok, widywała tylko swój cień na œcianach. Lusterko ukazywało jedynie policzek, musiaia je odsunšć na długoœć ramienia, ręka jej drżała. Przypatrywała się swemu małemu portrecikowi, jakby umieszczonemu na kamei. To ona. Przez okno dobiegały głosy pacjentów wynoszonych na słońce, œmiechy i przekomarzanie się z personelem. W sa- lach pozostawiano tylko ciężko rannych. Uœmiechnęła się do tych odgłosów. Czeœć, Buddy. Wpatrzyła się w swe odbicie próbujšc rozpoznać samš siebie. Mrok pomiędzy Hanš z Caravaggiem, kiedy spacerujš po ogrodzie. Zaczyna mówić, w typowy dla siebie sposób wolno cedzšc słowa. - To było czyjeœ przyjęcie urodzinowe, póŸnym wieczorem na Danforth Avenue. W restauracji Night Crawler. Pamię- tasz? Każdy z uczestników musiał wstać i odœpiewać jakšœ piosenkę. 'Iţvój ojciec, ja, Gianetta, nasi przyjaciele, ty też powiedziałaœ, że chcesz zaœpiewać, po raz pierwszy w życiu. jeszcze chodziłaœ do szkoły, nauczyłaœ się tej piosenki na lekcji francusldego. Wystšpiłaœ bardzo formalnie, stanęłaœ na ławie, potem weszłaœ na drewniany stól, między talerze i płonšce œwieczki. - Alonson fon! - Wylţzylmęlaœ to i położyłaœ dłoń na sercu. Almcson fon! Polowa ludzi tam zebranych nie miała pojęcia, co ty œpiewasz, pewnie i ty sama nie wiedziałaœ, co te słowa znaczš, ale wiedziałaœ, o co w tej pieœni chodzi. Powiew od olţa unosił ci spódniczkę, omal nie przypaliła się od œwiecy, łydki zdawaiy się lœnić bielš na tle baru. Oczy twego ojca wpatrzone w ciebie, cudownoœć tego nowego języka, wielka sprawa płynšca z twego œpiewu w sposób tak godny, nieskazitelny, bez zawahania, œwiece trzymajšce się na dystans, nie sięgajšce twego stroju, choć niemal go muskajš- ce. Powstaliœmy wszyscy na zakończenie pieœni, a ty zstšpiłaœ ze stołu wprost w objęcia ojca. - Zdejmę ci te bandaże z dłoni. Jestem p i e 1 ę g n i a r k š, wiesz o tym. - Wygodnie mi w nich. Jak w rękawiczkach. - Jak to się stało? 54 - Złapali mnie, jak zeskalţwałem z olma tej kobiety. Tej, o której ci mówiłem, która mnie uchwyciła w kadr tego zdjęcia. Chwyta go za ramię. - Pozwól, niech to zrobię. Wyszarpuje mu zabandażowane dłonie z kieszeni. W œwiet- le dnia wydajš się szare, teraz sš niemal œwietliste. Podczas gdy ona odwija bandaże, on cofa się stopniowo, białe wstęgi cišţš się i cišţš z jego ršk, jak gdyby był magikiem, wresżcie uwalnia się od nich. Ona podchodzi do wujka z dzie- ciństwa, widzi jego oczy pragnšce przykuć jej wzrok, tak by nie widziała nic więcej, więc nie patrzy na nic, oprócz tych oczu. On zwiera dłonie, splata je w coœ na kształt żywej czarki. Ona sięga po nie, a twarz unosi ku górze, ku jego policzkowi, moœci jš w zagłębieniu jego szyi. To, czego dotyka, wydaje się silne, rozgrzane. - Opowiadałem ci, że musiałem się z nimi układać co do tego, co mi pozostawiš. - Jak to robiłeœ? - Wszystkimi sposobami, jakie zwykle stosowałem. - Och, pamiętam je. Nie, nie poruszaj się. Nie odsuwaj się ode mnie. - To taki dziwny czas, ten koniec wojny. - Tak. Czas rozstrzygnięć. - Tak. Podnosi dłonie w górę, jakby chciał schwytać w nie księżyc. - Ucięli mi oba kciuki. Patrz, Hana. Podsuwa obie dłonie pod jej oczy. Ona œlizga się po nich wzrolţem. Obraca dłonie, jakby chciał jš przekonać, że to nie żaden trik, że to, co wyglšda jak rybie skrzele, jest pozostało- œciš po odciętym kciuku. Dotyka dłoniš jej bluzki. Ona czuje mięklţ dotyk poniżej barku, kiedy on chwyta jš lekko dwoma palcami. - W ten sposób sprawdzam jakoœć bawełny. - Kiedy byłam dzieckiem, myœlałam o tobie zawsze w taki sposób, jak Scarlet Pimpernel, w marzeniach sennych prze- chadzałam się z tobš nocami po dachach. Przychodziłeœ do domu z różnymi łakociami w kieszeniach, z piórnikami dla mnie, arkusikami nut z któregoœ z pianin na Forest Hill. 55 Mówi to ku jego okrytej mrokiem twarzy, cień liœci układa mu się powyżej ust jak koronkowa chusteczka jakiejœ damy. - Lubisz kobiety, prawda, że je lubiłeœ? - Lubię je. Dlaczego używasz czasu przeszłego? - Bo wydaje mi się to teraz nieważne, wobec wojny i tego wszystkiego. Kręci głowš i cień rzucany przez liœcie zsuwa mu się z twarzy. - Byłeœ taki, jak ci malarze, co malujš tylko nocš, na całej ulicy tylko u nich pali się œwiatło. Jak zbieracze robaków na przynętę z tymi starymi puszkami po kawie, które sobie przy- wišzujš do nogi, a na głowie noszš górnicze hełmy z lampkami rzucajšcymi œwiatło na molţš trawę. łJażš po wszystkich par- kach miejskich. Pamiętasz, pokazałeœ mi jedno talţe miejsce, kawiarnię, gdzie oni sprzedawali te robaki. Powiedziałe,'s, że to przypomina giełdę, ceny dżdżownic rosnš i spadajš, dziesięć centów za sztukę, pięć centów. Ludzie tracili lub bogacili się. Pamiętasz? - Tak - ChodŸ ze mnš do domu. Robi się chłodno. Ruszajš w stronę pałacu. - Kto ci to zrobił? - ZnaleŸli do tego jakšœ kobietę. Sšdzili, że to będzie bardziej bolało. Œcišgnęli jednš ze swoich pielęgniarek. Przywišzali mi nadgarstki do nóg stołu. Kiedy mi odcięła kciuki, dłonie opadły mi bezwładnie. Ale odpowiedzialny za to był ten człowiek, który jš sprowadził, on był sprężynš wszystkiego. Ranuccio Tommasoni. Ona nie była niczemu winna, nic o mnie nie wiedziała, nie znała mojego nazwiska ani narodowoœci, nie wiedziała, co takiego zrobiłem. Kiedy weszli do domu, usłyszeli, jak ranny Anglik lţzyczy. Hana zostawiła Caravaggia, widział, jak wbiega na górę po schodach, jej tenisówki mignęły mu przez balustradę, kiedy skręcała na schodach. Krzyk wypełniał cały hall. Caravaggio wszedł do kuchni, ulţoił kromkę chleba i œladem Hany zaczšł się wspinać po schodach. W miarę jak się zbliżał do pokoju rannego, lţzyk stawał się coraz bardziej rozdzierajšcy. Kiedy wszedł do komnaty, zobaczył Anglika wpatrzonego w psa - pies odchylał do tyłu łeb, jakby chronišc się przed tym wrzaskiem. Hana spojrzała na Caravaggia i uœmiechnęła się. - Nie widziałam psa o d 1 a t. Przez całš wojnę nie widziałam żadnego psa. Przykucnęła przy zwierzęciu i przytuliła je, wwšchujšc się w zapach trawy porastajšcej wzgórza, który zachowała jego sierœć. Popchnęła psa w stronę Caravaggia, który wabił go piętkš chleba. Anglik dostrzegł Caravaggia dopiero w tym momencie - i poczuł się nieswojo. Musiało mu się zdawać, że pies - teraz zasłonięty przez Hanę - przemienił się w człowie- ka. Caravaggio wzišł kundla na ręce i wyniósi z pokoju. - Zwidziało mi się - powiedział ranny Anglik - że to musi być komnata Poliziana, że znajdujemy się w jego pałacu. Że ta woda œciekajšca ze œcian - to starożytna fontanna. To sławna komnata. Wszyscy oni się w niej zbierali. - 'Iţz był szpital - powiedziała łagodnie - a przedtem, na długo przedtem, klasztor. Wojsko go przejęło. - A mnie się zdawało, że to jest Villa Bruscoli. Poliziano- wielki protegowany Lorenza. Rzecz dzieje się gdzieœ w 1483 roku. We Florencji, w koœciele Œwiętej Trójcy, możesz obej- rzeć obraz ukazujšcy Medyceuszy z Polizianem w tle, odzia- nym w czerwony płaszcz. Wspaniały i straszny człowiek. Ge- niusz, który utorował sobie drogę na społeczne szczyty. Było już dobrze po północy, a on rozbudził się na dobre. Zgoda, pomyœlała sobie, poopowiadaj mi, weŸ mnie dokšdœ. Myœl miała cišgle przykutš do dłoni Caravaggia. Caravag- gia, który teraz zapewne karmił psa przybłędę czymœ z kuchni Villa Bruscoli, jeœli taka była jej nazwa. - To było parszywe życie. Nożownicy i politycy, trójgraniaste kapelusze i sprowadza- ne z kolon pończochy oraz peruki. Jedwabne peruki! Savo- narola oczywiœcie pojawił się póŸniej, ale niewiele póŸniej, wraz ze swymi stosami. Poliziano tiumaczył Homera. Napisał wspaniały wiersz o Simonetcie Vespucci, słyszałaœ o niej? - Nie - odpowiedziała Hana ze œmiechem. - Jej portrety rozsiane sš po całej Florencji. Zznarła na 57 suchoty w dwudziestym trzecim roku życia. Rozsławił jš swymi Le Stanze per La Giostra, a potem Botticelli namalował z nich różne epizody. Poliziano każdego ranka wykladał przez dwie godziny po łacinie, a każdego popołudnia przez dwie godziny po grecku. PrzyjaŸnił się z Pico della Mirandolš, wyuzdanym ga- lantem, który się potem nawrócił i przyłšczył do Savonaroli. Takie miałem przezwisko, kiedy byłem mały. Pico. Tak, myœlę, że wiele się tu zdarzyło. Ta fontanna w œcianie. Pico i Lorenzo, i Poliziano, i młody Michelangelo Buonarotti. Każdy z nich dzierżył w jednej dłoni nowy œwiat, a w drugiej stary. Biblioteka zdobyła właœnie cztery ostatnie dzieła Cyce- rona. Sprowadzili sobie żyrafę, nosorożca, ptaka dodo. Tosca- nelli wykreœlał mapy œwiata, opierajšc się na korespondencji otrLymywanej od kupców. Siadywali tu, w tej komnacie, pod popiersiem Platona, i rozprawiali całymi nocami. A potem przyszedł czas na olţzyk Savonaroli wznoszony na ulicach: "Okażcie skruchę! Nadchodzi po- t o p!" I wszystko odrzucono - wolnš wolę, potrzebę elegancji, sławę, prawo do czczenia Platona na równi z Chrystusem. I nastały stosy- palono peruld, ksišżki, skóry zwierzęce, mapy. Ponad cztery wield póŸniej otwarto ich mogiły. Szkielet Pico się zachował. Szldelet Poliziana rozsypał się w proch i pył. Hana wsłuchiwała się w opowieœć Anglika odwracajšcego strony swego notatnika i odczytujšcego informacje wypisane z różnych ksišg - o wspanialych mapach palonych na stosach, o rzuceniu w ogień popiersia Platona, którego marmur złusz- czył się od żaru, o pęluiięciach w systemie wiedzy - jak œcisłe doniesienia nadsyłane z drugiej strony doliny, kiedy Poliziano stawał na trawiastych wzgórzach popatrujšc w przyszłoœć. Pico tam gdzieœ w dole, w szarej celi, przyglšdajšcy się wszystkiemu swym jakby trzecim okiem wypatrujšcym zbawienia. Nalał trochę wody do miseczki, dla psa. Stary kundel, starszy niż wojna. Zasiadł nad karafkš wina, które mnisi z klasztoru przynieœli Hanie. To był dom Hany, poruszał się w nim ostrożnie, aby niczego nie zmieniać. Dostrzegał w niej nawyki z jej dawnego 58 œwiata - choćby w bukiecikach kwiatów polnych, tych małych prezentach, które dawała samej sobie. Nawet w pozarastanym ogrodzie napotykał gdzieniegdzie wystrzyżone lekarskimi noży- cami trawniczki. Gdyby był młodszy, byłby się w nich zakochał. Ale nie był już młody. Jakim go widziała? Poranionego, chwiejšcego się na nogach, z posiwiałymi włosami opadajš- cymi na kark. Nigdy nie wyobrażał sobie siebie jako człowie- ka œwiadomego swego wieku i swego doœwiadczenia. Oni wszyscy się starzeli, a on wcišż nie odczuwał, by jego mšdroœć rosła wraz z wiekiem. Przykucnšł, aby przypatrzyć się psu wypijajšcemu wodę z miseczki, zachwiał się, uchwycił stołu przewracajšc karafkę z winem. Nazywasz się Dawid Caravrzggio, pra,wda? Przywišzali mu ręce do solidnych nóg dębowego stołu. W pewnej chwili zerwał się na nogi wraz z tym balastem, z krwawišcš lewš dłoniš, chciał wybiec przez wšskie drzwi i upadł. Kobieta odrzuciła nóż, odmawiajšc dalszej roboty. Ze stołu wypadła szuflada i odbiwszy się od jego piersi obsunęła się z całš zawartoœciš na podłogę. Przez chwilę pomyœlał, że mogła być w niej broń, którš się posłuży. Ale Ranuccio Tommasoni chwycił brzytwę i stanšł nad nim. Carara,ggio, grrawda? Wcišż nie był tego pewien. Kiedy tak leżał pod stołem, a lţew płynšca z ręki zalewała mu twarz, nagle odzyskał jasnoœć myœli, zsunšł więzy z nogi stoiu, odepchnšł na bok lţzesło, aby uœmierzyć zadawany przez nie ból, a potem przemieœcił się nieco w lewo, żeby zsunšć więzy z drugiej nogi. Wszędzie pełno lţwi. Ręce już bezużyteczne. PóŸniej całymi miesišcami przyłapywał się na tym, że spo- glšda ludziom tylko na kciulţ, tak jakby ten wypadek uczynił go zazdrosnym. Postarzał się, jak gdyby ta jedna noc, na którš go przykuto do stołu, wyzwoliła w nim coœ, co go spowolniło. Stał, z zawrotem głowy, nad psem, nad czerwonym winem rozlanym po stole. Dwaj wartownicy, dwie kobiety, Tommaso- ni, telefony dzwoniš i dzwoniš pzzerywajšc Tommasoniemu, który odkłada brzytwę, zjadliwie wyszeptuje Przepraszam, podejmuje słuchawkę zakrwawionš rękš i słucha. Nie powie- 59 dział im, jak sšdził, nic, co by miało dla nich jakšœ wartoœć. Ale się chyba mylił, bo wypuœcili go na wolnoœć. Przeszedł wzdłuż całš Via di Santo Spirito zdšżajšc ku miejscu, które zachował w pamięci. Minšł koœciół Brunelle- schiego, bibliotekę Instytutu Niemieckiego, gdzie pracowała pewna znajoma, która by się nim mogła zajšć. I wtedy uœwia- domił sobie, dlaczego go uwolniono. Pozwalajšc mu odejœć, mogli odkryć, z kim się kontaktuje. Przysiadł na skraju chod- nika nie odwracajšc się za siebie, ani razu się nie odwracajšc. Rozglšdał się za jakimœ ogniem, nad którym mógłby opalić swe rany, potrzymać je nad kociołkiem wiszšcym nad rozpa- lonym na ulicy ogniskiem, aby dym osmolił mu dłonie. Doszedł do mostu Œwiętej ţójcy. Wokół było pusto, żadnego ruchu, co go zdziwiło. Przysiadł na mostowej balustradzie, po chwili się na niej położył. Żadnych odgłosów. Przedtem, lţedy maszerował z rękoma w mokrych od lţwi kieszeniach, wokół niego panował goršczkowy ruch czołgów i jeepów. Podczas gdy tak leżał, podminowany most wţyleciał w powie- trze, rzuciło nim w górę i w dół, jakby nastšpił koniec œwiata. Otworzył oczy i spostrzegł obok siebie wielkš głowę. Zaczerpnšł powietrza, pierœ napełniła mu się wodš. Znajdował się poniżej jej powierzchni. Obok niego w wartlţm nurcie Arno spoczywała brodata głowa. Podpełznšł ku niej, ale nie zdołał jej dotknšć. Jakaœ œw iatłoœć wlewała się do rzeki. Wypłynšł na powierzchnię wody, na którš spływała jakaœ płonšca ciecz. Kiedy póŸniej tego wieczora opowiedział Hanie tę historię, stwierdziła: - Przestali cię torturować, bo nadcišgali już sprzymierze- ni. Niemcy uciekali z miasta, wysadzajšc za sobš mosty. - Nie wiem. Może im wszystko wyœpiewałem. A czyja to była głowa? Cišgle tam dzwoniły telefony. Wybuchł popłoch, ten człowiek odskoczyi ode mnie, a oni wszyscy wpatrywali się w niego, gdy wsłuchiwał się przez telefon w ciszę albo w jakiœ i n n y głos, którego nie mogliœmy słyszeć. Czyj to mógł być głos? Czyja to była głowa? - Oni zwiew ali, Dawidzie. 60 Otwiera Ostatniego Mohikanina na końcowej, nie zadrukow,a- nej stronie i zaczyna wpisywać: Jest tu człowiek o nazwisku Caravaggio, przyjaciel mojego ojca. Zawsze sig w nim kochałam. Jest starszy ode mnie, ma pewnie ze czterdzieœci pięć Lat. Pogrcţ,żył się w mroku, nie ma w sobie za grosz ufnoœci. Z jalciegoœ powodu pozostaję pod opiekcţ tego pwzyjaciela mojego ojca. Zamyka ksišżkę, potem schodzi do biblioteki i odstawia tom na jednš z górnych półek. Anglik spał oddychajšc przez usta, jak zawsze, zarówno we œnie, jak i na jawie. Wstała z krzesła i delikatnie wyjęła mu z ršk zapalonš œwiecę. Podeszła do okna i zdmuchnęła jš na zewnštrz, aby dym uleciał z pokoju. Nie cierpiała, kiedy tak leżał ze œwiecš w ręku, na podobieństwo zmariego, z woskiem skapujšcym mu na rękę. Tak jakby się przygotowywał na œmierć, jakby chciał się w niš osunšć, wytwarzajšc wokół siebie jej klimat, aranżujšc odpowiednie oœwietlenie. Stała w oknie z palcami we włosach, przyciskajšc dłonie do głowy. W ciemnoœci, po zapadnięciu zmierzchu, można sobie nacišć żyły i wypłynie z nich czarna krew. Zapraţęła wyjœć z tego pokoju. Odczuła nagły przypływ klaustrofob. Przebiegła przez korytarz, zbiegła schodami na dół i wypadła na taras, po czym obejrzała się za siebie, jakby chciała dostrzec sylwetkę dziewczyny, od której uciekała. Weszła z powrotem do budynku. Pchnęła ciężkie drzwi, we- szła do biblioteld, oderwała deski blokujšce drzwi na taras, otworzyła je i wpuœciła do œrodka nocne powietrze. Nie wiedziała, gdzie jest Caravaggio. Przez większoœć wieczorów pozostawał gdzieœ poza domem, zwykle wracał na kilka godzin przed œwitem. Nigdy nie dawał wtedy znaku życia. Zgarnęła szare płótno olţywajšce fortepian i przeniosła w przeciwległy róg pokoju, wlokšc je za sobš jak skręconš szatę, jak sieć na ryby. Nigdzie żadnego œwiatła. Usłyszała daleki pomruk burzy. Stanęła przy fortepianie. Nie patrzšc na klawisze, opuœciła dłonie i zaczęła grać, wystukujšc dŸwięki, sprowadzajšc me- lodię do samego szkieletu. Po każdej sekwencji dŸwięków robiła przerwę, jakby wynurzała dłonie z wody, by sprawdzić, 62 co też wyłowiła, po czym opuszczała je ponownie wystukujšc główny zarvs melod. Jeszcze bardziej spowalniała ruchy palców. Spoglšdała na dół, na dwóch mężczyzn, którzy weszli do sali przez otwarte oszklone drzwi, oparli karabiny o forte- pian i stanęli na wprost niej. DŸwięk tonów nadal wypełniał komnatę, już odmienionš. Opuœciła dłonie, bosš stopš nacisnęła pedał basowy, wygry- wajšc pieœń, jakiej nauczyła jš matka. Wystukiwała, na czym się dało, na stole kuchennym, na œcianie, o którš się opierała wcho- dzšc schodami na górę, na poœcieli, w której zasypiała. Nie mieli w domu fortepianu. Zwykła chodzić do klubu dzielnico- wego w sobotnie ranki, by tam grywać, a przez cały tydzień ćwiczyła, gdzie się dalo, wypisujšc dyktowane przez matkę nuty kredš na kuchennym stole, a potem je œcierajšc. Po raz pierw- szy grała teraz na fortepianie pałacowym, mimo iż przebywała tu od trzech miesięcy, a zarysy instrumentu pod płótnem wypa- trzyła przez oszklone drzwi już pierwszego dnia po przybyciu do Villa San Girolamo. W Kanadzie powietrze było zbyt suche dla fortepianów. Wstawiało się do œrodka pudła szklankę napełnio- nš wodš, a po miesišcu szklanka była pusta. Ojciec opowiadał jej o karzełkach, które popijajš sobie we wnętrzach fortepia- nów, a nie w żadnych barach. Nigdy w to nie wierzyła, ale po- czštkowo sšdziła, że to mogš być myszy. Błyskawica przeskoczyła nad dolinš; przez całš noc zbie- rało się na burzę. W jej œwietle spostrzegła, że jeden z męż- czyzn jest Sikhem. Zrobiła pauzę i uœmiechnęła się, nieco zdziwiona, ale pewna swego, błysk œwiatła wyłonił tylko na sekundę z mroku turban i jasny poblask na mokrej broni. Skrzydło fortepianu zdjęto już przed kilku miesišcami i wy- korzystano jako stół szpitalny, broń więc oparta była o brzeg klawiatury. Ranny Anglik rozpoznałby, co to za rodzaj broni. Do diabła! Znalazła się w otoczeniu obcych ludzi. Żaden z nich nie był Włochem. Pałacowy romans. Co by pomyœlał Poliziano o tym obrazku z roku 1945: po obu stronach forte- pianu dwóch mężczyzn i kobieta, wojna już prawie zakończo- na, i broń rozjaœniajšca się swš mokrš połyskliwoœciš, ilekroć do komnaty wpada blask błyskawic, nasycajšc wszystko bar- wš i cieniem, co pół minuty grzmot wypełnia dolinę i zagłu- 63 sza antyfonę melod, dŸwięk tonów piosenki When I take my sugar to tea... - Znacie te słowa? Nawet nie drgnęli. Uwolniła palce od dyscypliny tonów i wprawiła je w rytm, który przywołała z dna pamięci, w jazzo- wy takt, który wyzwalał melodię jak kasztan wyzwala się z łupin. When I take mg sugar to tea Au the boys are jeaLoţs of me, So I never take her where the gang goes When 1 take my sugar to tea*. Ich zmoczone ubrania, sposób, w jaki się jej przyglšdajš, ilekro㠜wiatło błyskawic wpada między nich do pokoju, jej dłonie grajšce teraz na przekór piorunom i grzmotom, ale i dostosowujšc się do nich, wypełniajšc dŸwiękiem ciemnoœci między błyskawicami. Jej twarz tak skupiona, że pojęli, iż sš dla niej niewidoczni, że nie zarejestrował ich jej umysł, z wysiłldem przywołujšcy wspomnienie matczynej ręki od- dzierajšcej kawałek gazety i zwilżajšcej go pod kuchennym kranem, by zetrzeć z blatu stołu pięciolinię, nuty, klucze tonacji. A potem ona udajšca się na swe cotygodniowe lekcje do dzielnicowego klubu, gdzie pozwalajš jej grać; kiedy siada, nie może stopš dosięgnšć pedału, więc woli grać na stojšco; jej sandałek na lewym pedale i stukanie metronomu. Nie chciało jej się kończyć tej gry. Zagubić słów tej starej piosenki. Widziała miejsca, których dotyczyły, do których gang nigdy nie docierał, zastawione donicami z aspidistrš. Spojrzała na nich i skinęła głowš - zapowiedŸ, że oto właœnie kończy. Caravaggio nie był œwiadkiem tego wszystkiego. Kiedy wrócił, zastał w kuchni Hanę i dwóch żoinierzy z oddziału saperskiego; robili kanapki. * Kiedy sobie słodzę herbatę / wszyscy chłopcy mi zazdroszczš / więc nigdy jej nie zabieram tam, gdzie się zbiera gang, / kiedy sobie słodzę herbatę. 64 III Czasem bgdţ ogniem Ostatnia wojna œredniowieczna toczyła się we Włoszech w la- tach 19ţ3 i 1944. Armie nowych lţólów szturmowały zapamię- tale położone na wyniosłych cyplach obronne miasta, które zdobywano już od ósmego stulecia. Wokół spiętrzonych skał goršczkowy ruch kłębił się w pokaleczonych, rozoranych win- nicach, gdzie - jeœli sięgniesz łopatš głębiej - pod koleinš wygniecionš gšsienicami czołgów znajdziesz zakrwawione miecze i włócznie. Monterchi, Cortona, Urbino, Arezzo, San- sepolcro, Anghiari. A potem całe wybrzeże. Koty wylegiwały się na wieżyczkach strzelniczych wycho- dzšcych na południe. Anglicy i Amerykanie, Hindusi, Austra- lijczycy, Kanadyjczycy posuwali się na północ; pociski wybu- chały i rozpryskiwały się na niebie. Kiedy armie dotarły do Sansepolcro, majšcego w herbie kuszę, niektórzy żołnierze zaopatrzyli się w tę broń i wystrzeliwali z niej w nocnej ciszy strzały ponad murami nie zdobytego jeszcze miasta. Marsza- łek polny Kesselring zalecał usuwanie z umocnień obron- nych szmat nasyconych goršcš oliwš, którymi je zarzucano. Z kolegiów oksfordzkich œcišgnięto do Umbr uczonych mediewistów. Przeciętna wieku wynosiła szeœćdziesišt lat. Rozdzielono ich pomiędzy poszczególne oddziały; w czasie spotkań z dowództwem strategicznym zapominali o tym, że wynaleziono już samoloty. 0 miastach, które miano zdobywać, rozprawiali w kategoriach histor sztuki. W Monterchi znaj- dowała się Madonna del Parto Piera della Francesca, umiesz- czona w kaplicy obok miejskiego cmentarza. Kiedy wreszcie w porze wiosennych deszczów zdobyto trzynastowiecznš twierdzę, żołnierzy zakwaterowano pod wysokš kopułš ko- œcioła; sypiali na kamiennej płycie, na której Herkules 65 uœmierca hydrę. Woda była wszędzie zatruta. Wielu z nich zmarło na tyfus i inne choroby. Wykorzystujšc służbowe lornety żołnierze przypatrywali się w gotyckim koœciele w Arezzo twarzom na freskach Piera della Francesca. Królo- wa Saby rozmawia z królem Salomonem. Obok gałšzka z drzewa wiadomoœci dobrego i złego tkwi w ustach zmarłego Adama. Po latach owa królowa dowie się, że most na Siolan zbudowano z drewna tego œwiętego drzewa. Cišgle padało i było zimno; nie zaopatrywano ich w nic, oprócz owych wielkich map zabytków sztuki ukazujšcych Sšd Ostateczny, miłosierdzie i poœwigcenie. Armia brytyjska prze- kraczała kolejne rzeki z wysadzonymi w powietrze mostami, oddziały saperslde spuszczały się ze stromych brzegów na linach pod ogniem nieprzyjaciela i przepływały lub przecho- dziły rzekę w bród. Pršd porywał tratwy z żywnoœciš i namio- tami. Ludzie przecišgajšcy te tratwy ginęli. Pewnego razu w czasie przeprawy próbowali wydostać się z wody. Uczepili się rękami gliniastej skarpy i zawiœli w połowie wysokoœci. Chcieli choć w glinie znaleŸć oparcie. Młody saper Sikh przylgnšł policzkiem do gliniastej skarpy i rozmyœlał o twarzy królowej Saby, o jej delikatnej skórze. Nie znajdował żadnego innego pocieszenia tkwišc w tej rzece oprócz pożšdania owej królowej, które go w jakiœ sposób rozţzewało. Chciałby zdjšć welon z jej włosów. Chciałby dotlţšć prawš dłoniš jej karku pod oliwkowš tkaninš. Był tak utrudzony i tak smutny jak ów mšdzy król i wiarołomna królowa, których oglšdał przed dwoma tygodniami w Arezzo. Zwisał ponad powierzchniš wody na rękach, dłonie wbijał w gliniastš skarpę. Wszelka delikatnoœć wyparowała z nich w cišgu tych nocy i dni, pozostała tylko w ksišżkach lub na œciennym malowidle. Kto z nich był smutniejszy w tych ko- œcielnych murach? Pochylał głowę, by wesprzeć jš na jej smukłej szyi. Zakochał się w jej przymkniętych powiekach. Ta kobieta byłaby chyba w stanie pojšć pewnego dnia, jak œwiętš rzeczš jest most. Nocš na swym polowym łóżku wysuwał przed siebie obie ręce jak dwie armie. Nic nie obiecywało ani pojednania, ani zwycięstwa, możliwe było tylko czasowe zawieszenie broni między nim a tš namalowanš na fresku monarchiniš, która mogła go zignorować, nic zgoła nie wiedzšc o jego istnieniu, nieœwiadoma egzystencji tego Sikha, uwieszonego w deszczu w połowie wysokoœci gliniastej skarpy, wznoszšcego most Baileya dla arm nadchodzšcej w œlad za nim. Ale on miał w pamięci ich historię przedstawionš na fresku. Kiedy jego batalion w miesišc póŸniej dotarł do morza, kiedy już prze- brnęli przez to wszystko i weszli do nadmorskiego miasteczka Cattolica, a inżynierowie oczyœcili plażę z min w pasie szero- kim na jakieœ dwadzieœcia metrów i żołnierze mogli już nadzy wskakiwać do wody, podszedł do jednego z mediewistów, z którym się zaprzyjaŸnił - który po prostu z nim rozmawiał i dzielił się z nim czasem swymi specjalnymi racjami - i obie- cał pokazać mu coœ w podzięce za jego uprzejmoœć. Saper zdobył skšdœ motocykl triumph, zawiesił na ramie- niu latarkę polowš i wyruszyli w drogę szlakiem, którym tu przybyli - z powrotem do cichych obecnie miasteczek Urbino i Anghiari, wzdłuż wietrznego grzbietu wzgórz stanowišcego stos pacierzowy półwyspu. Stary człowiek za nim podskakiwał na wybojach i zacieœniał uœcisk obejmujšc go w pasie; potem skręcili na zachód do Arezzo. Piazza wieczorem była wylu- dniona, nie było na niej żołnierzy; saper zaparkował motocykl pod koœciołem. Pomógł mediewiœcie ogarnšć się, uporzšdko- wał swój ekwipunek i weszli do œrodka. Mroczny chłód. I jeszcze większa pustka; ciszę wypełniał tylko odgłos ich kroków. Ponownie poczuł zapach starego kamienia i drewna. Zapalił trzy œwietlne ralţety. Przerzucił na linie i zamocował bloczek między kolumnami nad nawš, a potem drugi koniec liny wyniósł wysoko na kiju zakończonym knotem do zapala- nia œwiec. Profesor przypatrywał się temu zachwycony, raz po raz wspinajšc się w mroku na palcach. Młody saper obwišzał mu plecy i biodra linkš, zawiesił mu na piersiach małš lampkę. Pozostawił go na chwilę na dole tak zaasekurowanego linkami, a sam hałasujšc wspišł się na górny poziom, gdzie schwycił drugi koniec liny zaczepionej na kiju. Trzymajšc się jej, spuœcił się z chóru w ciemnoœć, jednoczeœnie stary czło- wiek pod wpływem ciężaru jego opuszczajšcego się ciała 67 podjechał w górę. Kiedy saper dotknšł stopami ziemi, profe- sor znalazł się o kilka metrów nad niš, w połowie wysokoœci œciany, tuż przy freskach; wiszšca lampka rzucała kršżek œwiatła. Trzymţjšc mocno linę saper ruszył ku przodowi tak niš manewrujšc, by zawieszony u jej drugiego końca mężczy- zna znalazł się na wprost Ocţjazdu cesarza Maksencjţusza. Po pięciu minutach opuœcił mężczyznę na ziemię. Przywiš- zal sobie latarkę i sam wzniósł się na linie ku kopule, pod głęboki błękit namalowanego na niej nieba. Zachował w pa- mięci złote gwiazdy z owych dni, kiedy się w nie wpatrywał przez polowš lornetę. Spojrzał w dół i dostrzegł mediewistę, zmęczonego, odpoczywajšcego w koœcielnej ławie. Teraz miał już wyobrażenie o kubaturze tego koœcioła i jego wysokoœci. Niejasne pojęcie. Głębia i mrok studni. Latarka w jego dłoni rzucała œwiatło jak czarodziejska różdżka. Podcišgnšł się na linie ku twarzy swej Królowej Smutku, jego brunatna ręka wycišgnęła się ku jej wyolbrzymionej szyi. Sikh rozbił namiot w odległym zakštku ogrodu, gdzie -jak przypuszcza Hana - kiedyœ rosła lawenda. Znajduje tam zeschnięte listki, które rozciera w palcach i rozpoznaje za- pach. Rozpoznaje ten zapach niekiedy też po deszczu. Zrazu w ogóle nie zachodzi do domu. Snuje się po okolicy zajmujšc się rozbrajaniem min. Zawsze jest uprzejmy. Lekkie skinienia głowy. Hana widzi, jak się myje przy zbiorniku na wodę deszczowš, pierwotnie umieszczonym na szczycie zega- ra słonecznego. Zbiornik jest teraz suchy. Widzi, jak on zdjšwszy koszulę polewa wodš swš brunatnš skórę, niczym ptak posługujšcy się slţzydłem. Za dnia oglšda zwykle tylko jego ramiona wyłaniajšce się z lţótkich rękawów wojskowej koszulki i karabin, który zawsze nosi z sobš, mimo iż wydaje się, że wszelkie walki już się od nich odsunęły. Nosi swš broń w różny sposób - czasem jak berło, a cza- sem jak kostur pielgrzyma, kiedy sterczy mu zza pleców zarzucony na ramieniu. Odwraca się nagle, odczuwajšc, że jest przez niš obserwowany. Zawdzięcza życie swej ostrożno- œci, obchodzi dokoła wszystko, co podejrzane, włšcza w tę panoramę także jej spojrzenie, tak jakby i z nim zamierzał zawrzeć układ. Dzięki swej samowystarczalnoœci jest pomocš dla niej, dla wszystkich w tym domu, mimo iż Caravaggio lţzywi się na to, że saper nieustannie nuci różne zachodnie piosenki, których nauczył się w cišgu trzech lat wojny. Ten drugi saper, który przymaszerował wraz z nim wtedy, w czasie nocnej burzy, i który się nazywa Hardy, rozlokował się gdzieœ nie opodal, bliżej miasta, ale widuje się ich obu pracujšcych razem, spacerujšcych po ogrodzie ze swymi różdżkami do wykrywa- nia min. Pies przylgnšł do Caravaggia. Młody żołnierz, który biega i spaceruje czasem z psem alejkš, nie daje mu niczego do jedzenia, utrzymujšc, że zwierzę powinno samo się wyżywić. Kiedy znajduje coœ jadalnego, zaraz sam to zjada. Takie sš granice jego uprzejmoœci. W niektóre noce sypia w załomie muru, skšd otwiera się widok na dolinę; chroni się do namiotu tylko w czasie deszczu. Z kolei on przypatruje się nocnym wędrówkom Caravaggia. Dwukrotnie œledzi go z pewnej odległoœci. Ale na trzeci dzień Caravaggio zatrzymuje się i mówi: nie łaŸ za mnš. Usiłuje to puœcić mimo uszu, ale starszy odeń mężczyzna bierze jego twarz w swoje dłonie i zmusza do wysłuchania tej przestrogi. Tak więc żołnierz przekonuje się, że Caravaggio był przez obie te noce œwiadom, iż jest œledzony. W każdym razie to tropienie było tylko pozostałoœciš nawyków z czasów wojny. Nawet i teraz chciałby coœ wzišć na cel, wypalić i trafić. Cišgle mierzy w nos posšgu lub też w jakiegoœ ja- strzębia przelatujšcego nad dolinš. Nadal jeszcze jest bardzo młody. Pochłania posiłki jak wilk, zaraz biegnie zmyć po sobie naczynia, na lunch nie przeznacza więcej niż pół godziny. A ona przypatruje mu się, w ogrodzie lub w pozarastanym sadzie z tyłu budynku, jak pracuje, ostrożny i cierpliwy jak kot. Dostrzega brunatnš skórę na jego piersi wyłaniajšcš się spod rozpiętej koszuli, kiedy wypija czasem szklankę herbaty w jej towarzystwie. Nigdy nie mówi o niebezpieczeństwie zwišzanym z prowa- 69 dzonymi przez siebie poszukiwaniami. Co jakiœ czas eksplozja każe jej i Caravaggiowi wybiec nagle z domu, serce zamiera jej w piersi z powstrzymywanego lęku. Wybiega na dwór albo dopada okna, dostrzegajšc również Caravaggia, i oboje przy- glšdajš się saperowi leniwie zbliżajšcemu się do domu. Nie chce mu się nawet ominšć trawnika przed tarasem. Któregoœ razu Caravaggio zajrzał do biblioteki i zobaczył sapera gdzieœ pod sufitem - tylko Caravaggio mógł wchodzšc do pokoju sprawdzać nawet górne'galeryjki, by się przekonać, czy aby jest tu sam - a młody żołnierz, nie spuszczajšc z oka swego celu, uniósł dłoń i pstryknięciem powstrzymał go przed wejœciem do œrodka, zanim nie wycišgnie i nie odetnie sprężynki zapalnika, który wytropił w kšcie, ukryty nad lam- brekinem. Zawsze nuci i pogwizduje. - Kto to gwiżdże? - pyta którejœ nocy ranny Anglik, który nigdy przybysza nie widziai. Gwiżdże zawsze leżšc w załomie murów, wpatrzony w wę- drówki obloków. Zachowuje się głoœno wchodzšc do opustoszałego pałacu. Tylko on jeden spoœród nich nadal nosi mundur, Wyłania się z namiotu zadbany, lœnišce sprzšczki u pasa, turban zawišza- ny symetrycznie, wyglansowane buty postukujš o drewniane podłogi i kamienne posadzki pałacu. Z byle powodu odrywa się myœlš od problemu, nad którego rozwišzaniem się trudził, i wybucha œmiechem. Wydaje się nieœwiadomie zakochany w swym ciele, w swej fizycznoœci, kiedy się pochyla, żeby podnieœć z ziemi kromkę chleba, palcami przeczesuje trawę, czasami nawet kiedy kręci zapamiętale młynka karabinem jak wielkš maczugš, wyruszajšc cyprysowš alejš ku mia- steczku, by spotkać się z innymi saperami. Wyglšda na to, że jest zadowolony z przebywania z tš grupkš ludzi w pałacu, czuje się jak zagubiona gwiazda na nabrzeżu ich systemu planetarnego. Jakby się znalazł wœród nich na wakacjach, po wojnie wypełnionej glinš, rzekami i mostami. Do domu wchodzi tylko, ldedy go zaproszš, po 70 prostu jak przypadkowy goœć, tak jak wtedy, tej pierwszej nocy, kiedy kierujšc się ku cichnšcym dŸwiękom fortepianu Hany przeszedł całš aleję cyprysowš i wkroczył do sali bibliotecznej. Wszedł wtedy, tej burzliwej nocy, do pałacu nie z zacieka- wienia muzykš, ale przez wzglšd na niebezpieczeństwo za- grażajšce osobie grajšcej. Wycofujšca się armia często pozo- stawiała drobne miny w kształcie ołówka wewnštrz instru- mentów muzycznych. Odzyskujšcy je właœciciele otwierali fortepian i urywało im ręce. Ludzie chcieli uruchamiać na powrót zamarłe zegary szafkowe, a eksplozja rozrywała pół œciany i wszystko, co się znajdowało w pobliżu. Szli obaj z Hardym za dŸwiękami fortepianu grzbietem wzgórza, wzdłuż muru, potem weszli do pałacu. Dopóki nie było przerwy, wiedzieli, że grajšcy nie wycišga ręki i przy próbach uruchomienia metronomu nie nacišgnie stalowej nici. Większoœć tych bomb ołówkowych tak właœnie umiesz- czano - w najsposobniejszym miejscu do ukrycia przewodu wiodšcego do zapalnika. Umieszczano miny przy kurkach, pod grzbietami ksišżek, w wydršżeniach drzew owocowych, tak, że spadajšce jabłko potršcało niższš gałšŸ i wywoływało detonację, podobnie jak ręka, która się po nie wycišgała. Nie umiał patrzeć na żadne pomieszczenie ani żaden w ogóle teren bez wypatrywania w nim miejsc, gdzie mogły być ukryte miny. Zatrzymał się przy oszklonych drzwiach przykładajšc gło- wę do framugi, potem wœliznšł się do komnaty i z wyjštkiem chwil rozjaœnianych błyskawicami pozostawał w mroku. Stała tam dziewczyna, spoglšdajšc na klawiaturę, w którš uderzała palcami. Ogarnšł pokój spojrzeniem, zanim jš jeszcze wypa- trzył, przecinajšc go jakby wišzkami promieni radarowych. Metronom już stukał, wahadełko poruszało się bezkarnie. Nie było więc zagrożenia, żadnej cienkiej sprężynki. Stał tak w swym przemoczonym mundurze, dziewczyna zrazu nie była œwiadoma jego obecnoœci. Ustawiona obok jego namiotu antena wdziera się między gałęzie drzew. Nocš zielono fosforyzujšcš skalę radia Hana może dostrzec przez lornetę polowš Caravaggia; chwilami 71 błyszczšcš plamkę zasłania nagle zwinne ciało sapera. W ciš- gu dnia ma przy sobie przenoœny odbiornik, słuchawkę przywieszonš do turbanu, druga zwisa u podbródka, i dzięki temu wysłuchuje tych dŸwięków napływajšcych ze œwiata, które mogš mu być przydatne. Znosi do domu wszystkie informacje, o których sšdzi, że mogš im się wydać ciekawe. Pewnego dnia oznajmia, że szef orkiestry, Glenn Miller, zginšł -jego samolot rozbił się gdzieœ między Angliš a Fran- cj š. I tak oto wkracza między nich. Hana widzi go po drugiej stronie zbombardowanego ogrodu: coœ właœnie znalazł, odsła- nia i odcina zwój drutu, który ktoœ pozostawił jak list z po- gróżkš. Cišgle myje ręce. Caravaggio myœli, że jest zbytnim czyœcio- szkiem. - Jak wytrzymywałeœ na wojnie? - zaœmiewa się Caravag- gio. - Wujku, wychowałem się w Indiach. Tam cišgle myje się ręce. Przed każdym posiłkiem. To taki zwyczaj. Urodziłem się w Pendżabie. - A ja pochodzę z północy Ameryki - oznajmia Hana. Sypia wsuwajšc się połowš ciała do namiotu. Ona widzi jego ręce zdejmujšce słuchawki i nakładajšce je na uszy. Wtedy odţ:łada lornetkę i odchodzi od okna. Znajdowali się pod wysokim sklepieniem. Sierżant zapalił rakietę œwietlnš, a saper położył się na podłodze i patrzył przez teleskop karabinu snajpersldego, przyglšdał się twa- rzom koloru ochry uważnie, jakby chciał wypatrzyć brata w tłumie. Splštane włosy opływały postaci biblijne, œwiatło odsłaniało barwne ubiory i ciała œciemniałe przez setki lat od dymu lampek oliwnych i œwiec. A teraz ten żółty dym z rakiety, o którym wiedzieli, że jest zabójczy dla sanktu- arium. Właœciwie żołnierzy powinno się stšd wyrzucić, powin- ni zostać skarceni za nadużywanie wydanego im zezwolenia na zwiedzanie Wielkiego Sanktuarium, do którego dotarli przebijajšc się przez przyczółki i pola bitewne w tych małych wojnach, przez ostrzeliwane Monte Cassino, a potem układ- nie spacerujšc obok stanz Rafaelowskich, by się znaleŸć w końcu tu - siedemnastu mężczyzn, którzy wylšdowali na Sycyl i utorowali sobie drogę od stopy półwyspu aż do tego miejsca - po to, by im zaoferowano pogršżonš w mroku salę. Jak gdyby miała im wystarczyć sama tu obecnoœć. Jeden z nich odezwał się: - Cholera, sierżancie, może by tak jeszcze trochę œwiatla? Sierżant Shand zapalił flarę i wzniósł jš na odległoœć wycišgniętego ramienia, niagara blasku wystrzeliwała z jego dłoni, stał tak, jakby chciał od niej zapłonšć. Pozostali wpatrywali się w stłoczone na sklepieniu postaci i twarze wyłaniajšce się z mroku. Ale młody saper położył się na wznak, uniósł lufę karabinu, oko wbijało mu się niemal w brody Noego i Abrahama, w różnorodnoœć diabłów, aż na- trafiło na wiellţe oblicze i zatrzymało się na nim, na tej twarzy jak ostrze włóczni, mšdrej, nie umiejšcej wybaczać. 73 Strażnicy wrzeszczeli przy wejœciu, słyszał kroki biegnš- cych, pozostało jeszcze trzydzieœci sekund na następnš flarę. Odwrócił głowę i wskazał cel zakonnikowi. Padre ujšł karabin i skierował lufę ku narożnikowi. Ra- kieta zgasła. Oddał broń młodemu Sikhowi. - Wiesz, że możemy wszyscy mieć duże kłopoty z powodu tego sposobu oœwietlania Kaplicy Sykstyńskiej. Nie powinie- nem był tu z wami przychodzić, ale muszę być wdzięczny sierżantowi Shandowi, okazał prawdziwy heroizm utrzymujšc flarę w ręku. I chyba nic złego się nie stało. - Czy jš widziałeœ? Tę twarz. Kto to? -Atak,towspaniała twarz. - Więc jš widzialeœ. - Tak. To Izajasz. Kiedy Ósma Armia wlţaczała do Gabicce na wschodnim wybrzeżu, saper dowodził nocnym patrolem. Drugiej nocy otrzymał przez krótkofalówkę wiadomoœć, że zaobserwowano jalţeœ ruchy nieprzyjaciela na morzu. Patrol wystrzelił w po- danym kierunku pocisk, woda wytrysnęła w górę, taki wy- strzał był ţoŸnym ostrzeżeniem. W nic nie trafili, ale na tle wywołanej wybuchem białej fontanny spostrzegł jakieœ cie- mniejsze, poruszajšce się sylwetki. Wycelował w nie lufę karabinu i utrzymywał je przez chwilę w polu widzenia; nie strzelajšc, wypatrujšc dalszych ruchów. Nieprzyjaciel znaj- dował się dalej na północ, w Rimini, na skraju miasta. W lunecie celowniczej majaczył jakiœ cień, a potem nagle rozœwietliła się aureola wokół głowy Najœwiętszej Panienki. Wyłaniała się z morza. Znajdowała się na dziobie łodzi. Dwaj mężczyŸni przy wiosłach. Dwaj inni unosili jš w rękach, a kiedy łódŸ dobiła do brzegu, z ciemnoœci, w jakiej pogršżone było miasteczko, dobiegło klaskanie z otwartych okien domów. Saper widział jej twarz pomalowanš na kolor œmietanko- wy, aureolę utworzonš z maleńkich lampek na bateryjkę. Przypatrywał się, leżšc na betonowym bunkrze na nabrzeżu 74 pomiędzy slţajem miasteczka a morzem, jak czterej mężczyŸni wynoszš z łodzi i biorš na ramiona mierzšcš pół- tora metra gipsowš figurę. Ruszyli przed siebie plażš, nie zatrzymujšc się ani na chwilę, nie baczšc na miny. Być może wypatrzyli je i unieszkodliwili, jeszcze kiedy byli tu Niemcy. Nogi zapadały im się w piasek. Działo się to w Gabicce Mare 29 maja 1944 roku. Dzień morslţego odpustu ku czci Najœwięt- szej Mar Panny. Doroœli i dzieci wylegli na ulice. Pojawili się mężczyŸni w mundurach orkiestry paradnej. Orkiestra nie mogła grać ze względu na godzinę policyjnš, ale niosła z sobš instrumen- ty wypucowane do połysku. Saper wyłonił się z mroku, z lufš moŸdzierza przytroczonš do pleców, dzierżšc karabin w ręku. Wstrzšsnšł nimi widok tej uzbrojonej postaci, z turbanem na głowie. Nie spodziewali się, by miał tu, na ziemi niczyjej, dołšczyć do nich ktokolwiek. Uniósł karabin i przez teleskop przyjrzał się jej twarzy- pozbawionej wieku, bezpłciowej - pierwszemu planowi obra- zu utworzonego z ciemnych dłoni mężczyzn i poblasku rzuca- nego przez dwadzieœcia małych żaróweczek. Figura odziana była w bladoniebiesld płaszcz, lewe kolano miała lekko ugię- te, aby zaznaczyć załamywanie się draper. Nie byli wcale romantykami. Przeżyli faszystów, Anglików, Gallów, Gotów i Germanów. Byli tylekroć podbijani, że nic to już dla nich nie znaczyło. A tę œmietankowo-niebieskš figurę wyniesionš z morza umieœcili na wózeczku używanym w cza- sie winobrania, wypełnionym teraz kwiatami, orkiestra ma- szerowała na czele w ciszy. Ochrona, jakš miał zapewnić temu miastu, nic dla nich nie znaczyła. Nie mógł wkroczyć między ich biało odziane dzieci obwieszony broniš. Szedł równolegle do pochodu, sšsiedniš uliczkš. Do miej- sca, w którym się te uliczki zbiegały, dotarli jednoczeœnie. Znów uniósł karabin, żeby raz jeszcze obejrzeć twarz figury przez lunetę celowniczš. Pochód zatrzymał się na cypelku wyniesionym nad morze, gdzie f'igurę ustawiono, i uczestnicy procesji wrócili do domów. Nikt oprócz nich nie uœwiadamiał sobie obecnoœci sapera, stojšcego poza kręgiem rzucanego przez żaróweczki œwiatła. 75 Jej twarz pozostawała rozœwietlona. Czterej mężczyŸni, którzy jš przywieŸli łodziš, rozstawili się wokół jak wartow- nicy. Bateria umieszczona na plecach figury zaczęła słabnšć i wyczerpała się około wpół do pištej rano. Spojrzał wtedy na zegarek. Przyjrzał się też mężczyznom przez teleskop. Dwaj spoœród nich zasnęli. Znów skierował lunetę na twarz figury i przypatrywał się jej uważnie. Miała teraz, w œwietle dogasa- jšcych lampek, inny wyraz. Ta twarz w ciemnoœci wydawała się bardziej znajoma. 'lţ.varz siostry. Może kiedyœ w przyszło- œci córki. Pomyœlał, że ponieważ odchodzi, powinien być może wykonać jakiœ gest pożegnalny. Ale w końcu miał własnš religię. Caravaggio wchodzi do biblioteki. Spędza tu teraz większoœć popołudni. Jak zawsze ksišżki wydajš mu się jakimiœ tajemni- czymi istotami. Przebywa tu już od dobrych pięciu minut, kiedy do jego uszu dobiegajš ciche westchnienia. Odwraca się i spostrzega Hanę œpišcš na sof'ie. Zamyka ksišżkę i wychyla się przez wysokš, twardš poręcz biegnšcš wzdłuż półek. Hana leży zwinięta w kłębek, lewym policz- kiem przytulona do zakurzonego brokatu, prawš rękš zakry- wa sobie głowę i częœć twarzy, pišstka przy szczęce. Powieki opuszczone, twarz osoby pogršżonej we œnie. Kiedy zobaczył jš po raz pierwszy po okresie rozstania, sprawiała wrażenie spiętej, skupiała cały wysiłek na tym, by wyjœć z tego wszystkiego bez szwanku. Cały jej organizm znajdował się w stanie wojny i, podobnie jak to się dzieje w miłoœci, każda jego częœć była w ten wysiłek zaangażowana. Głoœno zaczerpnšł w płuca powietrza, a kiedy na niš spoj- rzał opuszczajšc głowę, spostrzegł, że się już obudziła i wpa- truje się weń szeroko otwartymi oczyma. - Zgadnij, która godzina. - Czwarta pięć. No, może czwarta siedem. Była to ich stara gra, gra między mężczyznš a dzieckiem. Wyszedł, aby to sprawdzić na zegarze, jego pewny krok uœwiadomił jej, że już zażył morf'inę, odœwieżył się i wzmocnił, odzyskał właœciwš sobie swobodę. Usiadła i uœmiechnęła się, kiedy wrócił kręcšc głowš z zachwytem nad jej dokładnoœciš. - Przyszłam na œwiat z zegarem słonecznym w głowie, prawda? - A co się z nim dzieje nocš? - Może istniejš zegary księżycowe? Czy ktoœ już je wyna- 77 lazł? Pewnie każdy architekt projektujšcy pałac umieszcza zegar księżycowy z myœlš o złodziejach, jak o należnej im dziesięcinie. - To ciężkie zmarrwienie dla bogaczy. - Dawidzie, spotkajmy się przy zegarze księżycowym. W miejscu, gdzie słabsze może wnilţšć w silniejsze. - Tak jak ranny Anglik w ciebie? - Niewiele brakowaio, a miałabym dziecko rok temu. Ponieważ ma teraz umysi lekki i pobudzony narkotykiem, ona może kluczyć, a on będzie szedł jej tropem, nadšżajšc za jej myœlami. Ona zaœ otwiera się przed nim, nie do końca zdajšc sobie sprawę z tego, że się już obudziła, i rozmawiajšc jakby jeszcze przez sen. Nawet jego kichanie wydaje się kichaniem kogoœ, kto jej się przyœnił. Caravaggio dobrze zna ten stan. Często spotykał się z ludŸmi przy księżycowym zegarze. Wyrywajšc ich ze snu o drugiej nad ranem, kiedy przez przypadek stršcał na ziemię całš zawartoœć sypialnianej szaflń. Przekonał się, że taki wstrzšs chroni ich przed strachem, a także przed przemocš. Zaskoczony przez właœcicieli domów, które olţadai, wycišgał przed siebie ręce i zaczynał gwałtownie przemawiać; wzno- szšc ku górze drogocenny zegar i grożšc jego rozbiciem pytał, gdzie się znajdujš różne precjoza. - Poroniłam. Tak myœlę. Musiałam poronić. Jego ojciec już nie żył. To było na wojnie. - Już we Włoszech? - Na Sycyl, tam się zaczęło. Rozmyœlałam o tym prze2 cały ten czas, kiedy posuwaliœmy się za frontem wzdłuż Adriatyku. Cišgle wiodłam z dzieckiem rozmowy. Bardzo ciężko pracowałam w szpitalu. Zamlţęłam się przed całym otoczeniem. Odcięłam się od innych, z wyjštkiem dziecka. W myœlach wszystldm się z nim dzieliłam. Przemawiałam do niego podczas obmywania i pielęgnowania rannych. Byłam jak obłškana. - A potem zginšł twój ojciec, tak? - Tak Potem zginšł Patryk Dowiedziałam się o tym w Pi- zie. Już się obudziła. Siedzi. 78 - Wiedziałeœ o tym, co? - Dostałem list z kraju. - I dlatego tu przyjechałeœ? Bo wiedziałeœ? - Nie. - No dobrze. Nie sšdzę, żeby wierzył w zmartwychwstanie i takie tam rzeczy. Patryk często mówił, że chce, aby jego konaniu towarzyszył duet kobiet grajšcych na instrumentach. Na harmon i skrzypcach. I to wszystko. Był piekielnie sen- tymeńtalny. - Tak Można było wszystko od niego wydębić. Wystarczyło mu znaleŸć kobietę w tarapatach i już był stracony. Zerwał się wiatr, cišgnšl z doliny ku ich wzgórzu, cyprysy wyznaczajšce linię trzydziestu szeœciu schodków obok kaplicy gięły się od jego podmuchów. Krople pozostawione przez deszcz na liœciach spadały z charakterystycznym odgłosem na nich siedzšcych na balustradzie. Było już dobrze po północy. Wycišgnęła się na betonowym schodku, on rozglšdał się i wychylał popatrujšc w głšb doliny. Tylko odgłos spadajš- cych lţopel. - A kiedy przestałaœ rozmawiać z dzieckiem? - Stało się to nagle. Oddziały frontowe walczyły o most na Moro, potem wkroczyły do Urbino. Chyba w Urbino przesta- łam. Miało się wrażenie, że w każdej chwili można zginšć, nie tylko jeœli się jest żołnierzem, równie dobrze mogłeœ być księdzem albo pielęgniarkš. To były królicze norki, te wšskie, strome uliczki. Żołnierze docierali tam resztkami sił, zakochi- wali się we mnie na godzinę i umierali. Było ważne, by zapamiętać ich nazwiska. Kiedy umierali, jak zmywani przez falę, widziałam oczami wyobraŸni moje dziecko. Niektórzy siadali i zrywali wszystko, co mieli na sobie, żeby łatwiej im było oddychać. Inni zamartwiali się drobnymi okaleczeniami ršk, a potem konali. A wtedy banieczka powietrza w ustach. Taki maly bšbelek. Nachylam się, żeby przymknšć zmarłemu żołnierzowi powielţ, a on je otwiera i lţzyczy: "Nie możesz zaczekać, aż zdechnę? 'Iţ dziwko!" Siada i zmiata wszystko z mojej tacki na podłogę. Wœciekly. Któż by chciał tak umie- 79 rać? Umierać tak rozwœcieczony. Ty d z i w k o ! Potem zawsze już czekałam, aż pojawiš im się bšbelki w ustach. Znam się na umieraniu, Dawidzie. Wiem, jak przeprowadzić ich przez agonię. Kiedy wbić silny zastrzyk morŸmy w głównš żyłę. To słone ukojenie. Każdy z przeklętych generałów powinien spróbować mojej roboty. Każdy z przeklętych generałów. Po- winien to być warunek wstępny przed wydaniem rozkazu forsowania każdej kolejnej rzeki. Kimże my, do diabła, jeste- œmy, by udŸwignšć tę odpowiedzlalnoœć, oczekuje się od nas mšdroœci jak od sędziwych kapianów, umiejętnoœci przygoto- wania ludzi na coœ, czego nikt nie chce, i łagodnego dopro- wadzenia ich do samego kresu. Nigdy nie uwierzę w żadne te posługi, które œwiadczy się zmarłemu. W ich prostackš reto- rykę. Jak oni œmiš! Jak œmiš w ten sposób gadać o umierajš- cej istocie ludzkiej. Nigdzie żadnego œwiatła, wszystkie lampy zgasły, niebo niemal zakryte chmurami. Mieszkańcy okolicznych domostw już pzzywykli do poruszania się w ciemnoœciach. - Wiesz, dlaczego wojsko nie chciało, żebyœ tu pozostała z tym rannym Anglikiem? Wiesz? - Zaţożenie małżeństwem?' Kompleks mojego ojca?- uœmiechnęła się. - Jak się ma nasz pacjent? - Jeszcze się cišgle nie uspokoił po tym psie. - Powiedz mu, że pies zjawił się tu wraz ze mnš. - Ale on nie jest pewien, czy ty tu jesteœ. Myœli, że może jesteœ porcelanowš figurkš. - Sšdzisz, że chciałby się napić wina? Udało mi się zwędzić dziœ butelkę. - Komu? - Masz na niš ochotę czy nie? - Dobrze, wypijmy jš sobie. I nie myœl o nim. - Aha, urlop od niego? - Nie, nie żaden urlop. Po prostu mam ochotę sobie popić. - Jest dwudziestoletnie. Pochodzi z czasu, kiedy i ja byłem dwudziestolatkiem. - Tak, tak, a może byœ gdzieœ ukradł jaki gramofon? A pro- pos, to się teraz chyba nazywa: wyszabrować. - Ojczyzna mnie tego nauczyła. To właœnie robiłem dla niej na wojnie. Przeszedł przez zburzonš kaplicę i wszedł do wnętrza domu. Hana przysiadła, zakręciło jej się w głowie. "I popatrz, co ci za to zrobili" - dopowiedziała w myœlach. Nawet z tymi, z którymi blisko współpracowała w czasie wojny, niechętnie rozmawiała. Tęslmiła za wujkiem, za kimœ z rodziny. Odczuwała też tęslţotę za ojcem swego dziecka, kiedy tak zapragnęła się upić w tym miasteczku na wzgórzu, po raz pierwszy od lat, podczas gdy poparzony człowiek na piętrze zapadł w swój czterogodzinny sen, a dawny przyjaciel jej ojca grzebał w jej medycznym neseserze, przełamywal ampułkę i wstrzykiwał sobie morflnę, œpieszšc się, by powró- cić na czas. Wieczorem, nawet o dziesištej, wokół nich tylko ziemia jest ciemna. Czyste, szare niebo i zielone wzgórza. - Byłam wprost chora z głodu. Z łakomego pragnienia. Więc odsunęłam się od tego wszystkiego, od randek, przejaż- dżek jeepami, drobnych uprzejmoœci. Ostatnich tańców przedœmiertnych. Uważali mnie za snobkę. Harowałam ciężej niż inne pielęgniarki. Dodatkowe dyżury, pod obstrzałem- zrobić dla nich wszystko, co można, opróżnić każdy basen. Stałam się snobkš, nie chciałam z nimi wychodzić, nie chcia- łam, żeby wydawali na mnie pienišdze. Chciałam wrócić do domu, ale w domu nie było nikogo. A chora już byłam od tej Europy. Chora od tego, że mnie traktujš jak złoty klejnot, ponieważ jestem rodzaju żeńskiego. Przyjęłam zaloty pewne- go mężczyzny, i on umarł, i dziecko umarło. To znaczy, myœlę, że to nie ono umarło, że to ja je uœmierciłam. Odgrodziłam się po tym od ludzi tak, że nikt nie miał do mnie przystępu. Z żadnš tam gadaninš o snobkach. Ani o czyjejœ œmierci. I wtedy go poznałam, człowieka sczerniałego na węgiel. Wszystko wskazywało na to, że jest Anglikiem. Już od dawna, Dawidzie, nie myœlałam o niczym, co się wišże z mężczyznš. 81 Po tygodniu przebywania sapera Sikha w rejonie pałacu przywykli do jego żywieniowych obyczajów. Gdziekolwiek się znajdował - czy na wzgórzu, czy w wiosce - odrywał się od swych zajęć, wracał około wpół do pierwszej i przyłš- czał się do Hany i Caravaggia, wyjmował z plecaka małe zawiništko w niebieskiej serwetce i rozkładał je na stole, obok ich nakryć. Zawierało cebulę i zioła - Caravaggio po- dejrzewał, że zebrał je we franciszkańskim ogrodzie, pod- czas oczyszczania go z min. Cebulę obierał tym samym no- żem, którym przecinał kabelki od zapalników. Potem były owoce. Caravaggio przypuszczał, że przebył całš inwa- zję Włoch ani razu nie spożywajšc żadnego posiłku w kan- tynie. Zawsze był na służbie od œwitu, wyruszał wypijajšc filiżan- kę angielskiej herbaty, którš tak lubił, dodawszy do niej kroplę skondensowanego mleka. Popijał jš wolno, stojšc w œwietle słońca i przypatrujšc się leniwym ruchom w obo- zie, gdzie, jeœli miał to być dzień spędzony na miejscu, już o dziewištej żołnierze zacznš grać w kanastę. Teraz, wczesnym ranlţem, pod poldereszowanymi drzewa- mi w na poły zrujnowanym przez bomby ogrodzie willi San Girolamo, nabiera łyk wody z manierki. Sypie proszek do zębów na szczoteczkę i rozpoczyna dziesięciominutowy seans ostentacyjnego szorowania zębów, błšdzšc wzrokiem po oko- licy, spoglšdajšc w dół doliny wcišż przesłoniętej mgłš- perspektywa, jaka się przed nim otwierała, raczej go zacieka- wia, niżby się miał jej obawiać. Mycie zębów, od czasów, gdy był dzieckiem, było dlań zawsze czynnoœciš, którš się wyko- nuje pod gołym niebem. 82 Krajobraz wokół niego był czymœ przejœciowym, nie miał cech stałoœci. Przewidywał możliwoœć deszczu po spe- cjalnym zapachu krzewów. W myœlach, nawet kiedy ich nie skupiał, automatycznie odtwarzał choreografię przed- miotów nieożywionych w promieniu pół kilometra, który jest œmiertelnym polem rażenia lekkiej broni. Oglšdał dwie cebule, jakie ostrożnie wykopał z ziemi, wiedzšc, że i ogrody bywały zaminowane przez wycofujšcš się ar- żnię. Przy lunchu dobrotliwe spojrzenie Caravaggia spoczywa na produktach rozłożonych na niebieskiej serwetce. Musi istnieć jakieœ rzadkie zwierzę, myœli Caravaggio, które jada to samo co ten młody żołnierz, wkładajšcy pożywienie do ust palcami prawej ręki. Noża używa tylko do obierania cebuli, do krojenia owoców na plasterki. Dwaj mężczyŸni wyruszajš małym wózkiem po mškę do podnóża doliny. Żołnierz musi też dostarczyć do dowództwa w San Domenico mapę terenów oczyszczonych już z min. Uważajš za zbyt kłopotliwe wypytywanie się nawzajem o sie- bie, rozmawiajš o Hanie. Wiele pytań spotyka starszego z nich, który znał jš jeszcze sprzed wojny. - Z Kanady? - Tak, tam jš poznałem. Mijajš po drodze liczne ogniska po obu stronach drogi, Caravaggio nie podziela zainteresowania, jakie okazuje im młody żołnierz. Przezwisko żołnierza brzmi: Łosoœ. "Za- wołaj Łososia". "Łosoœ idzie". Przylgnęło doń przez przy- padek. Papier, na którym składał swój pierwszy raport o rozbrojeniu bomby, jeszcze w Angl, był trochę po- brudzony masłem; przyjmujšcy go oficer zapytał: "A co to takiego? Tłuszcz po wędzonym łososiu?" - i wszyscy się rozeœmieli. Młody Sikh nie miał pojęcia, co to jest łosoœ, ale od tego czasu uzyskał swe słone, rybie przezwisko. Po tygodniu nikt już nie pamiętał, że się nazywa Kirpal Singh. Nie przejmował się tym. Lord Suffolk i jego eki- pa też używali wobec niego tego przydomka, ale wolał to 83 od angielskiego obyczaju zwracania się do ludzi po na- zwisku. Tego lata ranny Anglik dostał aparat słuchowy i zaczšł uczestniczyć w życiu całego domu. Bursztynowa muszelka szumiała mu w uchu przenoszšc różne dŸwięki - zgrzyt prze- suwanego krzesła po podłodze hallu, klapanie psich szczęk na zewnštrz domu; kiedy nastawił aparat na odpowiedniš ostroœć, mógł nawet usłyszeć psie posapywania albo pokrzy- kiwania sapera z tarasu. Po kilku dniach pobytu żołnierza w sšsiedztwie pałacu ranny Anglik uœwiadomił sobie jego obecnoœć, choć Hana utrzymywała sapera z dala od swego pacjenta, sšdzšc, że nie przypadliby sobie do gustu. Aż któregoœ dnia, wszedłszy do pokoju rannego, zastała tam f.ososia. Stał w nogach łóżka, ręce zlożył na karabinie zawie- szonym na szyi. Nie podobało jej się takie niedbałe noszenie broni, jego powolny półobrót w jej stronę, jakby wokół włas- nej osi, jakby karabin był przyszyty do ramion i barku, i do drobnych brunatnych pięœci. Anglik zwrócił ku niej głowę i powiedział: - Œwietnie sobie radzimy! Uznała, że saper trafił do tej częœci pałacu przypadkiem, wypatrujšc jej wszędzie. Ale Łosoœ, który dowiedział się od Caravaggia, że ranny Anglik zna się na uzbrojeniu, wtargnšł do jego pokoju i wdał się z nim w dyskusję o rozbrajaniu bomb i min. Rychło uznał go za niewyczerpane Ÿródło infor- macji o uzbrojeniu sprzymierzonych i nieprzyjaciela. Anglik znał nie tylko absurdalne zapalniki włoslţe, ale i szczegóły topograf w rejonie Toskan. Wkrótce wykreœlali wspólnie schematy budowy min i omawiali teoretyczne zasady ich rozmieszczania. - Wydaje mi się, że włoskie detonatory umieszczane sš pionowo. I nie zawsze na końcu kabla. - To zależy. Te wytwarzane w Neapolu - tak, ale fabryki rzymslţe naœladujš system niemiecki. Oczywiœcie, Neapol, sięgajšc wstecz, do piętnastego wieku... Oznaczało to koniecznoœć wysłuchania wywodów rannego, 84 biegnšcych okrężnyzni drogami, a młody żołnierz nie nawykł siedzieć bez ruchu i bez słowa. Niecierpliwił się i przerywał chwile milczenia, których Anglik potrzebował, by zebrać myœli, nadać ruch cišgowi swych skojarzeń. Żołnierz unosił głowę i wpatrywał się w sufit. - Powinniœmy zbudować lektykę - rozmyœlał na głos, zwra- cajšc się do Hany - i wynosić go przed dom. Popatrzyła na nich obu, wzruszyła ramionami i wyszła z pokoju. Uœmiechała się do siebie, kiedy Caravaggio mijał jš w hal- lu. Zatrzymali się tam oboje i słuchali rozmowy dobiegajšcej z pokoju rannego. Czy ci już przedstawiŁem mojcţ koncepcję człowieka Wergiliu- szowego, ţ.ososiu? PozwóL mi... Czy aparat słuchowy masz włcţczony? Co? Włcţcz go - - Myœlę, że znalazł sobie przyjaciela - powiedziała do Caravaggia. Hana wychodzi na zalany słońcem dziedziniec. W połud- nie w rurach płynie woda i dociera do fontanny, przez dwa- dzieœcia minut tryska w górę. Zdejmuje buty, wkłada stopy do suchego jeszcze korytka i czeka. 0 tej porze zapach siana roznosi się wszędzie. Płatki bławatków wirujš w powietrzu, odbijajš się od ludzi jak od œciany i lecš dalej. Wypatruje miejsca, w którym pajški wod- ne urzšdzajš sobie gniazda, pod górnym zbiornikiem fontan- ny; jej twarz kryje się w cieniu kamiennego występu. Lubi tak siadać na krawędzi tej kamiennej kolebki, woń chłodu i mro- ku wydobywa się z pustej jeszcze nieclń, przypomina zapach bijšcy z piwnicy otwartej po raz pierwszy póŸnš wiosnš, skontrastowany z ciepłem rozlanym wokół. Œciera pył z ra- mion i stóp, spomiędzy fałdek na bucikach, i przecišga się. Zbyt wielu mężczyzn w tym domu. Dotyka ustami nagiego ramienia. Chłonie zapach skóry, taki swojski. Własny smak i własny zapach. Przypomina sobie, kiedy po raz pierwszy 85 stała się ich œwiadoma, jeszcze jako nastolatka - wišże to raczej z miejscem niż z czasem - całowała wtedy swe ramię dla nabrania wprawy w całowaniu, wwšchiwała się w zapach swego nadgarstka i schylała głowę ku udom. Wydychała po- wietrze w stulone dłonie, by ten sam oddech wracał przez nos. Teraz trze bosš stopš o fontannę mienišcš się kolorami. Saper opowiadał jej o posšgach, które napotkał na swym frontowym szlaku, o tym, jak sypiał pod jednym z nich, przed- stawiajšcym płaczšcego anióła, w połowie chłopca, w poło- wie dziewczynę, który uważał za pięlniy. Leżał na wznak przypatrujšc się temu ciału i po raz pierwszy w czasie wojny zaznawał spokoju. Wšcha kamień, wdycha jego chłodnš woń. Czy jej ojciec poległ w walce, czy umarł w spokoju? Czy leżał w taki sam sposób, w jaki ranny Anglik zwykł wypoczy- wać na swym łożu? Czy opiekował się nim ktoœ obcy? Ktoœ, kto nie jest z twojej krwi, może wtargnšć w twe uczucia głębiej niż krewny. Tak jak wpadajšc w ramiona obcego, odkrywasz odbicie dokonanego przez siebie wyboru, jak w lustrze. W odróżnieniu od tego sapera, jej ojciec nigdy nie czuł się pewnie w życiu. Mówišc gubił niektóre sylaby przez nieœmiałoœć. Matka twierdziła, że w każdym ze zdań wypowia- danych przez Patryka brakowało dwóch albo trzech kluczo- wych wyrazów. Miał w sobie to niezdecydowanie, tę niepew- ńoœć, która nadawała mu uwodzicielski urok. Nie przypomi- nał w tym większoœci mężczyzn. Nawet ten ranny Anglik ma tak dobrze znane cechy feudała. Ale jej ojciec był duchem chciwym zaufania innych, łaknšcym tego aż do bólu. Czy podchodził do œmierci z tš swojš minš kogoœ, kto się tu znalazł przypadkiem? Czy też może w gniewie? Był czło- wiekiem najmniej skorym do gniewu spoœród wszystkich, których znała, po prostu wychodził z pokoju, kiedy ktoœ Ÿle mówił o Roosevelcie albo Timie Bucku lub też wychwalał jalţchœ burmistrzów Toronto. Nigdy sig nie starał przekonać innych do swego zdania, po prostu odgradzał się od wydarzeń rozgrywajšcych się wokół niego albo je œwiętował. I to wszyst- ko. Powieœć jest zwierciadłem przechadzajšcym się po go- œcińcu. Wyczytała to zdanie w jednej z ksišżek, które jej 86 polecił ranny Anglik, i w ten właœnie sposób zapamiętała ojca, kiedykolwiek przywoływała jakieœ wspomnienia z nim zwišzane: zatrzymujšcego w œrodku nocy samochód pod mo- stem w Toronto, na północ od Pottery Road, i tłumaczšcego jej, że tu, u krokwi, właœnie nocš szpaki i gołębie dzielš się niewygodnym i niepewnym schronieniem. Stali więc tam przez dłuższš chwilę poœród nocy, unoszšc głowy ku sennemu poćwierkiwaniu ptaków wœród wrzawy i hałasu. ' Caravaggio powiedział, że Patryk zmarł w gołębniku. Jej ojciec ukochał miasto ze swej wyobraŸni, którego ulice, i mury, i granice wyznaczał wraz ze swymi przyjaciółmi. Właœciwie nigdy nie wykroczył poza ten wyimaginowany œwiat. Wszystko, czego się dowiedziała o œwiecie realnym, zawdzięczała sobie samej albo Caravaggiowi, albo póŸniej macosze, HIarze, kiedy zamieszkały wspólnie. HIara była kiedyœ aktorkš, osobš pełnš wyrazu; dobitnie wyrażała gniew, kiedy wszyscy oni wyruszali na wojnę. W cišgu rocznego pobytu we Włoszech Hana nosiła przy sobie listy HIary. Listy, o których wiedziała, że były pisane na różowej skałce na wyspie w Zatoce Œwiętego Jerzego, na wietrze dmšcym od wody i szarpišcym kartkami notesu, które HIara wyrywała i wkładała do koperty zaadresowanej do Hany. 'lţzymała je w walizce, każdy krył w sobie łuseczkę różowej skałki i odro- binę owego wiatru. Ale nigdy na nie nie odpisywała. Tęskniła za Klarš rozpaczliwie, po tym wszystkim jednak, co się jej przydarzyło, nie była w stanie do niej pisać. Nie umiała ujšć w słowa ani przyjšć do wiadomoœci œmierci Patryka. Ona tu, teraz, na obcym kontynencie, wojna powędrowała gdzieœ dalej, zamienione w szpitale klasztory i koœcioły, wbite we wzgórza Toskan i Umbr, opustoszały. Kryjš w sobie resztki wojennej społecznoœci, małe ludzkie moreny pozosta- wione przez wędrujšcy lodowiec. Wszystko dokoła jest teraz œwiętyzn gajem. Chowa stopę pod suknię, ramiona wycišgnięte wzdłuż ud. Wszędzie taki spokój. Słyszy w rurach znajome hurkotanie wody napływajšeej do œrodkowej częœci fontanny. A potem cisza. I nagły plusk, kiedy woda zaczyna się pienić wokół niej. 87 Opowieœci, które Hana czytywała na głos rannemu Anglikowi, podróżujšc wraz ze starym wędrowcem z Kima lub z Fabry- cym z PusteLni Parrneńskiej, ukazywały ruchy wojsk, koni i wozów - opuszczajšcych front lub zdšżajšcych na wojnę. W rogu jego sypialni ułożyła przeczytane ksišżld, przez któ- rych pejzaże już wspólnie przewędrowali. Wiele ksišżek zaczynało się autorslţmi zapowiedziami. Jedna wœliznęła się im w dłonie jak wiosło niezbędne do przepłynięcia przez wodę. RozpoczrţLem pracę w czasie, kiedy Servius Galba był konsu- Lem... Dzieje Tyberiusza, KaLiguLi, Klaudiusza i Nerona,, kiedy znajdowaLi się u wł,adzy, fałszowano pod wpływem terroru, a po ich œmierci przedstawiono z pa,kţccţ nienauńœcicţ*. Tak oto Tacyt rozpoczyna swe Roczniki. Powieœci natomiast rozpoczynały się od wštpliwoœci i za- mętu. Czytelnik nigdy nie zaznawał równowagi. Drzwi, zamek, tama - puszczały nagle i ruszali przed siebie, jednš rękš utrzymujšc ster, a drugš podtrzymujšc kapelusz. Kiedy Hana rozpoczyna jakšœ ksišżkę, wkracza przez ozdobne wrota na ogromny dziedziniec. Parma, Paryż, Indie rozwijajš przed niš swe dywany. Lekceważcţc sobie rozpoţrzqdzenia zwierzchnožci miejskiej, sie- dziaL okrakiem na arţnacie Zam-Zammah, co stała na cegLanym * Przektad Seweryna Hammera. cokole na wprost ţjaib-Gher - Domu Cudów, jak Lahorskie Mu- zeum nazywajct krajowcy. Kto wiadaL Zam-Zamma.h, władaL Pendżabem; bo wieLka sztuka brqzu byLa zawsze pierwszym Lupem zdobywców*. - Czytaj powoli, dziewczyno, Kiplinga trzeba czytać powo- li. Zwracaj uwagę na przecinki, odnajdziesz wtedy naturalne pauzy. To' jest pisarz używajšcy pióra i atramentu. Myœlę, że często odrywał wzrok od stronicy, spoglšdał przez olnio, przysłuchiwał się ptakom, jak większoœć samotnych pisarzy. Niektórzy z nich nie znajš nazw ptaków, ale on je znał. Masz oko zbyt szybkie i zbyt północnoamerykańskie. Pomyœl o ru- chu jego pióra. I jak straszliwy, jak paraliżujšcy jest skšdinšd ten pierwszy akapit. Taka była pierwsza lekcja czytania udzielona jej przez Anglika. Potem już jej nie przerywał. Gdy przysypiał, nie przerywała głoœnej lektury aż do chwili, kiedy sama czuła się zmęczona. Jeœli nawet tracił pół godziny intrygi powieœcio- wej, było to tak, jakby jeden pokój pozostał ciemny w budyn- ku, który w całoœci dobrze znał. Byl zżyty z topografiš całej histor. Benares leżał na wschód, a Chilianwallah na północ od Pendżabu. (Wszystko to się działo, zanim saper wkroczył w ich życie, jakby wprost z tej powieœci. Jakby karty powieœci Kiplinga rozsunęly się nocš pod wpływem magicznej lampy, robišc dlań miejsce. Czarodziejski narkotyk). Odwróciła wzrok od ostatniej strony Kima - od jego deli- katnych i wzniosłych zarazem zdań - i sięgnęła po notatnik swego pacjenta, po tę księgę, którš zdołał uratować z płonš- cego samolotu. Notes rozwarł się na całš szerokoœć. Otworzył się w miejscu, w którym znajdowała się kartka wydarta z Bibl i wklejona w tekst. A króL Dawid zestarzaL się i miaL wieLe dni wieku; a choć okrywano go szatami, nie zagrzewa,t sig. RzekLi tedy słudzy jego: ţţPoszukaţjmy króLowi, panu naszemu, mtodej panienki, niech stoi * Przekład Józefa Birkenmajera. 89 przed króLem i okrywa go, i œpi na, Lonie jego, a zagrzewa króLa, pana naszego". A tak szukali panienki pięknej we wszystkich granicach izraelskich i zna,LeŸLi Abisag Sunamitkę, i przywiedLi jcţ do króla.. A była to panienka ba,rdzo piękna i sypiaLa z króLem, aLe króL jej nie poznaL*. Plemię --, które uratowało życie pilotowi, dostarczyło go do brytyjskiej bazy wojskowej w Siwa w roku 1944. W nocy przewieziono go pocišgiem sanitarnym z Pustyni Zachodniej do 'á.misu, a stamtšd - statkiem szpitalnym do Wloch. W tym okresie wojny znajdowały się tam setlţ żołnierzy, którzy zatracili œwiadomoœć samych siebie, częœciej wskutek amne- zji niż obłędu. Tych, którzy nie byli pewni swej przynależnoœci narodowej, internowano w Tyrren, gdzie się też znajdował szpital marynarki wojennej. Poparzony pilot stał się jeszcze jednš postaciš enigmatycznš, pozbawionš znaku identyf'i- kacyjnego, nierozpoznawalnš. W więzieniu obok przetrzymy- wano w klatce poetę amerykańskiego, Ezrę Pounda, który chował po kieszeniach - codziennie niš jak œmigłem wyma- chujšc, niczym glejtem - eukaliptusowš gałšzkę, którš ułamał w ogrodzie tych, co go wydali, i wyniósł z sobš, kiedy go aresztowano. EukaLiptus jest na, pamicţtkę. - Starajcie się mnie podejœć - ranny pilot radził tym, co go przesłuchiwali - każcie mi mówić po niemiecku, co zresztš potrafię, zapytajcie mnie o Dona Bradmana. Zapytajcie o Marrmite, o wielkš Gertrudę Jekyll. Wiedział, gdzie w Europie znajduje się każde z dzieł Giotta oraz większoœć miejsc, gdzie znaleŸć można przekonujšce trompe L'oeiL. Szpital marynarki rozlokowano wzdłuż plaży w kabinach kšpielowych, które wynajmowali turyœci na przełomie stuleci. Ranny pilot wypatrzył młodš pielęgniarkę, stronišcš od to- warzystwa innych. Znał się na tym spojrzeniu pozbawionym wyrazu, wiedział, że jest ona w istocie w większym stopniu pacjentkš niż pielęgniarkš. Do niej właœnie się zwracał, kiedy mu było czegoœ trzeba. * Przektad Jakuba W'ujka. 90 Znów go poddano przesłuchaniom. Wszystko w nim było prawdziwie brytyjskie, z wyjštkiem tego, że jego skóra była smoliœcie czarna, co wprawiało w zaklopotanie przepytujš- cych go oficerów. Kiedy go pytano, dokšd posunęły się wojska sprzymierzo- nych we Włoszech, odpowiadal, że wedle jego przypuszczeń zdobyły Florencję, ale zostały powstrzymane na lin mia- steczek górskich, na północ od niej. Na lin Gotów. - Wasza dywizja stacjonuje we Florencji i nie może zdo- być takich punktów oporu, jak na przykład Prato i Fiesole, ponieważ Niemcy umocnili się w pałacach i klasztorach i za- wzięcie się tam broniš. To odwiecznie powtarzajšca się historia - krzyżowcy popełniali ten sam błšd w walce z Sara- cenami. I podobnie jak im kiedyœ, wam również potrzebne sš ufortyfikowane miasta. Nigdy ich nie opuszczano, z wyjšt- kiem okresów szerzenia się cholery. Wędrował tak myœlami, wprawiajšc ich w dezorientację co do tego, czy jest sprzymierzeńcem, czy wrogiem; odchodzili odeń niepewni, kim właœciwie jest. A teraz, kilka miesięcy póŸniej, w Villa San Girolamo, w miasteczku na wzgórzu na północ od Florencji, w altanie pałacowej, która stala się jego sypialniš, spoczywa przypomi- najšc posšg zmarłego króla w Rawennie. Wypowiada się urywkami zdań to o wioskach położonych w oazach, to o ostatnich Medyceuszach, to o prozie Kiplinga, to o kobie- cie, której wspomnienie utkwiło w nim na zawsze. A w swej księdze podręcznej, w wydaniu Dziejów Herodota z roku 1890, kryjš się dalsze urywki - mapy, notatki pamiętnikarskie, zapiski w wielu językach, fragmenty stronic wyrwanych z in- nych ksišżek. Jedyne, czego nie ma, to jego nazwisko. I cišgle brak klucza, który by pozwolił stwierdzić, kim on właœciwie jest, ten bezimienny, pozbawiony jakiejkolwiek rangi wojsko- wej, nie przypisany do żadnego batalionu czy dywizjonu. Wszystkie zapislţ w jego notesie dotyczš olţesu przedwojen- nego, pustyni w Egipcie i Lib w latach trzydziestych; inlţu- stowane sš uwagami o malarstwie œciennym z prehistorycz- nych grot, o galeriach sztuki, a także notatkami pamiętnikar- skimi sporzšdzanymi jego drobnym charakterem pisma. 91 - Nie ma wcale brunetek - mówi ranny Anglik do Hany pochylajšcej się nad nim - wœród florentyńskich madonn. 'Iţzyma w ręku ksišżkę. Hana odbiera mu jš delikatnie, zdejmuje z jego uœpionego ciała i kładzie na stoliku obok. Kazţtki rozchylajš się, spoglšda na nie i odczytuje odsłaniajšcy się zapis. Przyrzeka sobie, że nie odwróci następnej stronicy. Maţj 1936 Przeczytam ci wiersz, pouńedziała żona Cliftona swym oficjaL- nym tonem, którego używa zawsze, aż do chwiLi peLnego zbLiżenia. Wszyscy znajdowaLiœwn.y się w południowym obozie, oblani œwia,t- Lem ogniska. Idcţc przez pustynię Woiţzţem: ţţPanie, zabierz mnie z tego miejsca! ţ 1 odezwal się gţos: ,ţTo nie p2.istynia". Zawołał.em: ţţALe przecież- Piasek, skwar, pţsty horyzont..." 1 odezwal się gtos: ţţTo nie pustyniczů,*. Nikt się nie odezwaL. Ona. powiedziała: To byL Stephen Crane, on nigdy nie byL na pustyni. ByL, stwierdziL Madoţ. Czeruriec 1936 Zdarzcţjcl się takie zdrady na wojnie, Ictóre w dziecinny sposób porown2.yje się ze zdradami dokonanymi w czasie poLcoj2ţ. Nowy kochanek wkracza w obyczrţje żnnej osoby. Sprawy pod,Legdjcţ znisz- czeniu, ukazţjcţ się w nowyţm œuńetLe. Dokonţje się to poprzez zdania gniewne aLbo deliLcatne, chociaż serce jest narzędzżeţm ogn2cz. Historia miLosna nie dotyczy tych, którzy zatracajrţ serca w uczuciu, ale tych, którzy przekon2ţjcţ się, że ten ponury współ- mieszkaniec, na którego się natLcnęLi, œuńadczy sobrţ, iż ciaLo nilcogo nie może oszukać, niczego nie może oszuLcać - także * Przekład Andrzeja Szuby. 92 mcţdroœci snu ani na,wylców towarzyskiej ogŁady. To pożeranie kogoœ i pożeranie przeszioœci. W zielonej komnacie już niemal zapadly ciemnoœci. Hana odwţraca się i czuje, że zdrętwiał jej kark. Pochłonęły jš i owładnęły niš te niejasne odręczne zapiski w rozchylajšcej się przed niš księdze pokladowej, zawierajšcej mapy i notat- ki. Tkwi w niej nawet wklejony liœć paproci. Dzieje. Nie zamyka ksišżki, nie dotknęła jej w ogóle od chwili, kiedy jš położyła na stoliku. Wychodzi z pokoju. ţ,osoœ znalazł na polu położonym za północnš œcianš pałacu wielkš minę, odskoczył - niemal już dotykajšc stopa- mi zielonego drutu rozcišgniętego w sadzie - tak gwałtownie, że stracił równowagę. Odsłonił i uniósł przewód, tak by był lekko napięty, i kluczšc między drzewami szukal miejsca, do którego jest przytwierdzony. Odnalazłszy je przysiadl z wrażenia, rozłożył torbę z narzę- dziami. Mina była obmurowana betonem. Umieszczono naj- pierw material wybuchowy, a potem oblano go cementem, aby ulţyć pod nim zapalnik i całš moc ładunku. 0 kilka metrów dalej znajdowało się bezlistne drzewo. Dwumiesięcz- na trawa zakryła przed wzrokiem betonowš kopułkę. Otworzyl torbę i nożycami wystrzygł trawę dookoła. Zawiš- zał wokół pętelkę z linki, obwišzał jš wokół gałęzi bezlistnego drzewa i ostrożnie uniósł cementowš kopulkę w górę. Dwa przewody wychodziły z kawałka betonu i wnikały w ziemię. Przysiadł ponownie, skierował wzrok ku drzewu i wpatrzył się w nie. Poœpiech nie miał już teraz znaczenia. Wyjšł z torby kryształkowy odbiornik i nałożył słuchawki na głowę. Radio natychmiast wypełniło go muzykš amerykańskš, nadawanš przez stację AIF Przeciętnie na każdš piosenkę lub taniec wypadało dwie i pół minuty. Zliczajšc czas trwania "String of Pearls" i "C-Jam Bluesa" oraz innych melod mógł stwier- dzić, od kiedy tak sobie przesiaduje, podœwiadomie wsluchu- jšc się w muzykę. Hałas też nie miał znaczenia. Nie było żadnego tykania ani stukania, które by sygnalizowało niebezpieczeństwo wybuchu tej miny. DŸwięki muzyki pomagały mu porzšdkować myœli 93 oscylujšce wokół sposobu skonstruowania miny oraz osobo- woœci tego kogoœ, kto umieœcił gniazdo zagrożenia pod beto- nowš polţywš. Ciężar kopułki zawieszonej na linie gwarantował, że dwa druty nie zsunš się i nie zaplšczš o nic, niezależnie od tego, jaki by na nie wywarto nacisk. Wstał i przystšpił do ostroż- nego odsłaniania miny, usuwajšc niektóre trawy zębami, skórzanš pałeczkš odgarniajšc grudki betonu. Przeryţ.vał tylko na krótkie chwile, kiedy'fale radiowe obsuwały się ze skali, i odszulţwał na niej cichnšcš stację, przywracajšc czystoœć brzmienia melod. Powoli odsłonił się splot kabli. Było ich szeœć, splštanych w węzeł, wszystkie pomalowane na czarno. Zmiótł pył z płytki, na której spoczywał węzeł. Szeœć czarnych drutów. Kiedy był dzieckiem, ojciec zwijał dłoń w pięœć i pokazujšc mu tylko kostki dłoni, kazał zgady- wać, który palec jest najdłuższy. Jego mały paluszek miał dokonać wyboru, a dłoń ojca miała się otworzyć, rozkwitnšć, ujawniajšc pomyłkę malca. Ktoœ mógłby oczywiœcie uznać, że kabel czerwony jest podłšczony do bieguna ujemnego. Ale przeciwnik nie tylko zacementował gniazdo z zapalnikiem, lecz także całoœć zamalował na czarno. Różne przypuszczenia kłębiły się ł.ososiowi w głowie. Nożem zeskrobywał czarnš farbę z kabli, odsłaniajšc spod niej kolor czerwony, niebieski i zielony. Czy przeciwnik pozamieniał także podłšczenia? Mógłby podłšczyć się do zapalnika swym własnym czarnym, łšczšcym kablem i sprawdzić, czy wynik będzie pozytywny, czy negatywny. I tym sposobem przekonać się, gdzie lţyje się niebezpieczeństwo. Hana szła przez hall niosšc przed sobš lustro. Chwilami zatrzymywała się zmęczona jego ciężarem, lustro odbijało mrocznš starożytnš różowoœć œcian. Anglik chciał się przejrzeć. Zanim weszła do jego komnaty, ostrożnie skierowała odbijajšce się od tafli œwiatło na siebie, nie chcšc, by promienie słońca wpadajšce przez okno odbiły się w lustrze i oœlepiły go. 94 Leżał tam w swej ciemnej skórze, jedynym jasnym pun- ktem był aparacik słuchowy i trochę blasku odbijanego przez poduszkę. Zsuwał z siebie przeœcieradła zębami. No, dalej, œcišgał tak daleko, jak zdołał, a Hana odsunęła przeœcieradło aż do samej podstawy łóżka. Wspięła się na krzesło ustawione przed łóżkiem i z wolna pochyliła lustro ku niemu. Stała tak nachylona, opasujšc rękami lustro, gdy dobiegły do niej jakieœ ciche nawoływania. W pierwszej chwili nie zwróciła na nie uwagi. Do domu nieraz docierały okrzyki z głębi doliny. Kiedy przebywała tu sama z rannym Anglikiem, często niepokoiły jš megafony używane przez oddziały przeczesujšce okolicę. - ţzymaj lustro nieruchomo, moja droga - poprosił. - Zdaje mi się, że ktoœ lţzyczy. Słyszysz? Lewš rękš nastroił aparat słuchowy. - To chłopiec. Może idŸ i zobacz, co się dzieje. Odwróciła lustro do œciany i ruszyła w głšb korytarza. Zatrzymała się, aby usłyszeć kolejny okrzyk. Kiedy się rozległ, przeszła przez ogród na pole powyżej domu. Stał z wycišgniętymi w górę rękami trzymajšc nad sobš coœ na kształt ogromnej pajęczyny. Potrzšsał głowš, aby uwolnić jš od słuchawek radiowych. Kiedy do niego podbieg- ła, lţzylţšł, aby ominęła go z lewej strony, wszędzie tu pełno kabli. Zatrzymała się. Ruszyła wolnym krokiem, który stoso- wała już nieraz, nie odczuwajšc strachu. Zadarła spódnicę i posuwała się naprzód, uważnie wpatrujšc się pod stopy zanurzane w wysokš trawę. Nawet kiedy do niego podeszła, nadal trzymał ręce wysoko w górze. Uwišzł w tej pozycji, unoszšc w powietrzu dwa kable, których nie mógł opuœcić bez narażania się na wywo- łanie zwarcia w całym splocie. Potrzebował trzeciej ręki do odłšczenia jednego z nich, żeby się móc ponownie cofnšć ku głowicy zapalnika. Ostrożnie przekazał jej kable i opuœcił ręce; Iţew ponownie do nich napłynęła. - Za chwilę je od ciebie odbiorę. - W porzšdku. 95 - Stój spokojnie, nie poruszaj się. Otworzył plecak, by wyjšć licznik Geigera i magnes. Prze- jechał czujnikiem wzdłuż kabli, które trzymała. Wskazówka ani drgnęła. Żadnego sygnału. Nic. Cofnšł się, rozmyœlajšc, gdzie też może być ukryta pułapka. - Przywišżę te kable do drzewa i będziesz mogła odejœć. - Nie. Potrzymam je. Nie sięgnš do drzewa. - Rzeczywiœcie nie sięgnš. - ţ.ososiu, mogę je tak trzymać w górze. - ZnaleŸliœmy się w impasie. Jest w tym jakiœ trik. Nie mam pojęcia, gdzie go szukać. Nie wiem, jak bardzo jest przemyœlny. Pozostawił jš na miejscu, sam wrócił tam, gdzie się natknšł na kabel. Uniósł go i przesuwał licznik Geigera wzdłuż całej długoœci drutu. Potem odszedł o jakieœ dziesięć metrów, przypatrujšc się dwóm zwojom drutu, które trzymała w rę- kach. - Nie wiem - wyrzekł powoli i głoœno - n i e w i e m. My- œlę, że powinniœmy przecišć ten kabel, który trzymasz w lewej ręce, musisz się odsunšć. Nałożył sobie słuchawki na uszy, dŸwięki muzyki znów wlały się weń i napełniły jego myœli jasnoœciš. Przepatrywał różne odgałęzienia kabla, sprawdzał wibrowanie jego zwo- jów, nagłe załamania, polţycie farbš, które zmieniało biegun dodatni w ujemny. Hubka i krzesiwo. Przypomniał sobie psa o oczach wiellţch jak spodlń. I wędrował tak z muzykš w uszach wzdłuż kabli, popatrujšc na ręce dziewczyny, utrzy- mujšce je cišgle w górze. - Lepiej stšd odejdŸ. - Potrzebujesz jeszcze jednej ręki, żeby je odłšczyć, no nie? - Mogę to przywišzać do drzewa. - Nie, będę to tak trzymała w górze. Wyjšł jej z lewej dłoni przewód, uważnie jak żmiję. Potem drugi z prawej. Nie ruszyła się z miejsca. Nie odzywał się, musiał teraz skupić myœli najœciœlej, jak potrafił, jakby był tu sam. Podeszła doń i odebrała mu jeden z kabli, nie uœwiada- miał sobie tego ani też jej obecnoœci. Znów powędrował myœlš ku głowicy zapalnika, sprawdzajšc wszystkie węzłowe punkty, przeœwietlajšc je wzrokiem, całš resztę wyobraŸni wypełniała muzyka. Podchodzšc do Hany, odcišł kabel zwisajšcy z jej lewej pięœci; zanim drut opadł, dał się słyszeć dŸwięk, jakby ktoœ coœ przeţyzł zębami. Patrzył na drukowany wzorek jej sukni na ramieniu, przy szyi: Mina była martwa. Odrzucił narzędzia i położył dłoń na jej ramieniu, pragnšc dotluišć czegoœ ludz- kiego. Powiedziała coœ, czego nie mógł usłyszeć, przylgnęła doń i zdjęła mu słuchawki, cisza wtargnęła do jego uszu. Powiew i szmer. Uœwiadomił sobie, że nie mógł usłyszeć dŸwięku przecinania drutu, po prostu go wyczuł, taki trzask, jak przy przełamywaniu króliczej kostki. Nie odsuwajšc się opuœcił dłoń i wyjšł z jej cišgle zaciœniętej pięœci kilkanaœcie centymetrów drutu, Patrzyła na niego pytajšco, oczekujšc odpowiedzi na to, co powiedziała, ale on tego nie słyszał. Potrzšsnęła głowš i usiadła. Zaczšł zbierać różne rozrzucone wokół przedmioty i wkładać je do plecaka. Spojrzała na drzewo, a potem opu- œciła wzrok i przypadkiem spostrzegła jego trzęsšcš się dłoń, napiętš i twardš jak u epileptyka; oddychał głęboko i szybko przez dłuższš chwilę. Przykucnšł. - Słyszałeœ, co mówiłam? - Nie. Co? - Myœlałam, że umrę. Chciałam umrzeć. I myœlałam, że jeœli zginę, to umrę wraz z tobš. Z kimœ równie młodym jak ja. Widziałam tylu umierajšcych w cišgu ostatniego roku. Nie czułam lęku. A z pewnoœciš nie byłam odważna. Prze- mawiałam do siebie w duchu, mamy ten pałac i tę trawę, powinniœmy się razem ułożyć, ty w moich ramionach, za- nim zginiemy. Chciałam dotknšć tej kostki przy twojej szyi, obojczyka, wyglšda jak ukryte pod skórš skrzydełko. Chciałam wcisnšć pod nie palec. Zawsze podobało mi się ciało koloru mulistych rzek i skał albo czegoœ, co się u nas nazywa bršzowe oko Susan, wiesz, co to za kwiat? Czy go widziałeœ? Jestem taka zmęczona, Łososiu. Chcę sobie po- spać pod tym drzewem, popatrzeć na twój obojczyk i po prostu przymknšć oczy, nie myœlšc o innych, znaleŸć na 97 drzewie rozgałęzienie, wspišć się tam i ułożyć w nim do snu. Jakiż ty masz przenikliwy umysł' Wiedzieć, który przewód odcišć' Skšd to wiedziałeœ? Powtarzałeœ w kółko, ja nie wiem, nie wiem, ale wiedziałeœ. Prawda? Nie poruszaj się, masz być moim wygodnym posłaniem, pozwól mi się ułożyć, jakbyœ był dobrym dziadkiem, do którego mogę się przytulić, uwielbiam słowo "ułożyć się", to takie powolne słowo, nie możesz go przyspieszyć... Przyţvarła ustami do jego koszuli. Leżał na ziemi, bez ruchu, z otwartymi oczyma, wpatrujšc się w gałšŸ. Słyszał jej głęboki oddech. Kiedy jš objšł ramieniem, już spała, ale przez sen przycisnęła to ramię do siebie. Wodzšc po niej wzrokiem spostrzegł, że znów trzyma w ręce kabel, musiała go podnieœć z ziemi. Najbardziej żywy był w niej oddech. Prawie nie odczuwał ciężaru jej ciała. Jak długo będzie tak leżeć, nie mogšc podjšć pracy ani się nawet poruszyć? Ale najważniejsze było cišgle to, by pozostać w bezruchu, tak jak wtedy pod posšgami, w czasie tych miesięcy, kiedy posuwali się wzdłuż wybrzeża zdobyţvajšc kolejne ufortyfikowane miasteczka, które niczym się dla nich nie różniły, wszędzie te same wšskie uliczki, przekształcajšce się w krwawe rynsztoki, tak że œniło mu się, iż jeœli straci równowagę, runie z tych pochyłoœci w krwawš maŸ i zostanie przez niš zmy,ty ze skały na dno dolin. Każdego wieczora wchodził w chłodny mrok kolejnego zdobytego ko- œcioła i znajdował sobie figţ,ţrę, która stawała się jego straż- nikiem. Darzył zaufaniem tylko ten rodzaj kamienia, przysu- wajšc się doń możliwie najbliżej w ciemnoœci, do zatroskane- go anioła o doskonałych, kobiecych udach, którego zarysy i cienie wydawały się tak miękkie. Kładł głowę na podnóżku takiego wykutego w kamieniu stworzenia i zasypiał. Nagle przeniosła nań więcej ciężaru swego ciała. I oddech jej się pogłębił, jak ton skrzypiec. Przypatrywał się jej uœpio- nej twarzy. Cišgle niepokoiła go ta dziewczyna, która została z nim, kiedy rozbrajał minę -jak gdyby z tego powodu był jej coœ winien. Jakby go uczyniła odpowiedzialnym za niš, za to, 98 co się z niš działo, choć wcale o tej odpow,iedzialnoœci wtedy i nie myœlał. Jakby to poczucie skutecznie wpłynęło na wybór sposobu rozbrojenia miny,. Odczuwał teraz, że znalazł się oto wewnštrz czegoœ, być może jakiegoœ malowidła, które widział gdzieœ w zeszłym roku. Para pogodnych ludzi na polu. Ileż takich oglšdał, leniwie œpišcych, nie myœlšcych o pracy ani o niebezpieczeń- stwach grożšcych ze strony œwiata. šSZż przy nim odbywały się jalţeœ przypominajšce krzštaninę myszy ruchy, wywoiywane jej oddechem; brwi uniosły się jej jak w trakcie sporu, jakiœ gniew wdarł się w jej sen.0dwrócił oczy, wpatrzył się poprzez gałęzie w biały obłok na niebie. Jej dłoń zacisnęła się wokół jego ręki, tak jak jego pięœć worywała się w glinę na skarpie brzegowej Moro, powstrzymujšc obsuwanie się ciała w skłę- biony nurt rzeki. Gdyby mógł być postaciš z obrazu, starałby się usnšć. Ale, jak mówi Hana, był tylko bršzowoœciš kamienia, bršzowoœciš gliniastej, spienionej rzeki. I coœ mu nakazywało zachować '. dystans nawet wobec tak niewinnej uwagi. Skuteczne rozbro- jenie miny zamykało całš historię. Mšdrzy, biali,0jcowsko ', wyglšdajšcy ludzie œciskali sobie ręce, zyskiwali uznanie i odjeżdżali, wydobywajšc się ze swej samotnoœci tylko z ta- kiej szczególnej okazji. Ale on był profesjonalistš. I pozosta- wał kimœ obcym, Sikhem. Jedyny ludzki,0sobisty kontakt, jaki nawišzywał, to był kontakt z nieprzyjacielem, który podłożył minę i zbiegł, zacierajšc za sobš œlad zerwanš i cišgniętš po ziemi gałęziš. Dlaczego nie mógł zasnšć? Dlaczego nie umiał przytulić się do dziewczyny, przestać myœleć, że wszystko jest tylko na poły rozbrojonym niewypałem? Na obrazie utworzonym przez jego wyobraŸnię pole otaczajšce tę scenę za chwilę stanie w płomieniach. Pewnego razu wchodził za innym saperem do zaminowanego budynku. Ujrzał, jak tamten sięga po paczkę zapałek leżšcš na skraju stołu i błysk rozœwietla jego sylwetkę na pół sekundy, zanim do uszu dotarła eksplo- zja potężnej miny. Błysnęło wówczas tak jak teraz, w roku 1944. Jakżeby mógł zaufać nawet tej elastycznej lamówce rękawa sukienki dziewczyny, która obciskała jej ramię? Albo 99 też szmerom w jej oddechu, tak głębokim, jakby się wydoby- wały spod głazów na dnie rzeki? Obudziła się, kiedy motyl prLefrunšł z kołnierzyka sukien- ki na jej policzek. Otworzyła oczy, ujrzała, jak się nad niš pochyla. Zdjšł motyla z jej twarzy, nie dotykajšc skóry, i uło- żył go na trawie. Zauważyła, że już zebral swe przybory. Odszedi o kilka kroków i stanšl pod drzewem, widział, jak ona odwraca się na wznak, a potem przecišga, wydłużajšc tę chwilę jak to tylko możliwe. Jest już pewnie po południu, słońce się odsunęło. Odwróciła głowę i spojrzała na niego. - Miałeœ mnie przytulać. - Przytulałem. Aż się odsunęłaœ. - Jak długo mnie przytulałeœ? - Dopóki się nie odsunęłaœ. Dopóki się nie poruszyłaœ. - I nie zostałam wykorzystana, prawda? - I dodaje: - Oczy- wiœcie żartuję - bo widzi, jak on się zapłonił. - Chcesz, żebyœmy już poszli do domu? - Tak, głodny jestem. Podnosi się z trudem, oœlepiona słońcem, czuje zmęczenie w nogach. Cišgle nie wie, jak długo tu przebywali. Nie umie zapomnieć, oderwać się myœlš od głębi swego snu, od szcze- gólnej lekkoœci tego ciężaru spoczywajšcego jej na sercu. Przyjęcie w pokoju rannego Anglika zaczęło się, kiedy Cara- vaggio œcišgnšł skšdœ gramofon. - Nauczę cię tańczyć, Hana. Nie tego, co znajš twoi młodzi przyjaciele. Kręciłem się w takt różnych melod. Ale ta pieœń, "How Long Has This Been Going On", jest jednš z najpięlţiej- szych, ponieważ melodia zapowiadajšca jest czystsza od pieœni, którš zapowiada. I tylko wielki jazzman jest w stanie to uznać. Możemy urzšdzić przyjęcie na tarasie, co nam pozwoli zaprosić na nie psa, albo też możemy wţprosić się do Anglika i urzšdzić je w jego sypialni na górze. llţvój niepijšcy przyjaciel zdobył wczo- raj kilka butelek wina w San Domenico. I zorganizowaliœmy muzykę. Podaj mi ramię. Nie: Najpierw musimy rozetrzeć tro- chę lţedy i posypać podłogę, i poćwiczyć. Trzy lţoki - raz-dwa- trzy-teraz podaj mi ramię. Co się dziœ z tobš dzieje? - On rozbroił wielkš minę, bardzo skomplikowanš. Niech ci opowie. Saper wzruszył ramionami, nie ze skromnoœci, ale jakby to było zbyt trudne do wţyjaœnienia. Wieczór zapadał szybko, mrok wypełnił dolinę, wspišł się na wzgórze i znów zdani zostali na œwiatło latarni. Zebrali się w korytarzu, przed wejœciem do sypialni ran- nego Anglika. Caravaggio niósł gramofon, w jednej ręce trzymał jego ramię z igłš. - Zanim zaczniesz swoje historie - zwrócił się do nieru- chomej postaci na łóżku - zaprezentuję ci "My Romance". - Skomponował to w 1935 roku Lorenz Hart, jeœli dobrze pamiętam - wyszeptał Anglik 101 Łosoœ przysiadł na oknie, a ona powiedziała, że chciałaby zatańczyć z saperem. - Ale dopiero jak cię nauczę, mój robaczku. Spojrzała na Caravaggia zdziwiona, to ojciec jš tak piesz- czotliwie nazywał. Przytulił jš mocno do piersi, ponownie nazwał robaczkiem i rozpoczšł lekcję tańca. Włożyła na siebie sukienkę czystš, ale nie uprasowanš. Ilekroć odwracali się w stronę sapera, widziała, jak nuci pod nosem podšżajšc w œladţza melodiš. Gdyby mieli elektrycz- noœć, mieliby też i radio, i mogliby wysłuchać wiadomoœci z frontu. Ale był tylko kryształkowy odbiornik należšcy do Łososia, pozostawiony w namiocie. Ranny Anglik rozprawiał o nieszczęœliwym życiu Lorenza Harta. Niektóre z jego najle- pszych pieœni do "Manhattanu" pozmieniano, jak utrzymywał. Przypomniał sobie jednš z nich: We'LL bathe at Brighton; The fish we'LL fţżghten When we're in. Your bathing suit so thin WiLL make the sheLLfţsh grin Fin to fin*. - Co za wspaniały tekst, tak silnie erotyczny. Ale Richard Rodgers, jak się przypuszcza, chciał czegoœ bardziej powœciš- gliwego. - Musisz uprzedzać moje kroki, rozumiesz? - A dlaczego ty nie uprzedzasz moich? - Będę uprzedzai, kiedy już będziesz wiedziała, jak się poruszać. Teraz tylko ja to wiem. - Myœlę, że f,osoœ też wie. - Może i wie, ale nie umie. - Napiibym się wina - powiedział ranny Anglik Saper chlusnšł przez olţo wodę ze szklanki, napełnił jš winem i podai Anglikowi. * Będziemy zażywali kšpieli w Brighton; / ry,ba się przestraszy, / kiedy wejdziemy do wody. / lţţój kostium kšpielowy, tak skšpy,, / rozdziawi malżowi skorupkę / od ucha do ucha. 102 - To mój pierwszy drink od roku. Nagle rozległa się detonacja, saper podbiegł do okna i wyjrzał w ciemnoœć. Wszyscy zamarli. To mogła być mina. Odwrócił się do uczestników przyjęcia i powiedział: - Wszystko w porzšdku, to nie była mina. Wydaje mi się, że to się stało w strefie już oczyszczonej. - Zatrzymaj gramofon, Łososiu. Teraz wam puszczę "How Long Has This Been Going On" napisane przez - zrobił pauzę dla rannego Anglika, skonfundowanego, potrzšsajšcego gło- wš, powoli przełykajšcego haust wina. - Ten alkohol pewnie mnie zabije. - Nic cię nie zabije, przyjacielu. Jesteœ przecież bryłš czystego węgla. - Caravaggio! - Przez George'a i Irę Gershwinów. Posłuchajcie. I on, i Hana wsłuchiwali się w smutek saksofonu. Miał rację. Fraza była tak powolna, tak łagodnie się rozsnuwała, że wyda- wało się, iż muzyk nie chce wcale wyjœć z małego przedsionka introdukcji w obszar pieœni, że chce pozostać tam, przed pro- giem, gdzie historia jeszcze się nie rozpoczęła, jakby się zako- chał w otwierajšcej drzwi pokojówce. Anglik wymamrotai, że wprowadzenia do takich pieœni nazywano "refrenami". Przyciskala policzek do ramienia Caravaggia. Wyczuwała poprzez sukienkę dotyk tych olţopnych lap na plecach; przesunęli się w wšskš przestrzeń między łóżkiem a drzwia- mi, między łóżkiem a niszš olţennš, w której siedzial Łosoœ. Za każdym obrotem głowy widziała jego twarz. Uniesione kolana i łokcie wsparte na nich. Albo wyglšdał przez olţo w ciemnoœć. - Czy ktoœ z was zna taniec nazwany "Uœcisk Bosforu"?- spytał Anglik. - Nie. Łosoœ spoglšdał na wyolbrzymione cienie snujšce się po suficie, nad malowanymi œcianami. Podniósl się, podszedł do rannego Anglika, nalał mu wina do szklanki i tršcił niš o butelkę, jakby wznoszšc toast. Zachodni wiatr wtargnšł do pokoju. Saper odwrócił się nagle, spięty. Wyczuł przelotny zapach kordytu, jakiœ jego œlad w powietrzu, wyskoczył z po- 103 koju żywo gestykulujšc, pozostawiwszy Hanę w objęciach Caravaggia. Biegł korytarzem; nie mial przy sobie żadnego œwiatła. Chwycił po drodze plecak, wybiegł przed dom, zbiegł po trzydziestu szeœciu stopniach obok kaplicy na drogę, pokonu- jšc zmęczenie ciała. Czy to był saper, czy jakiœ cywil:' Zapach kwiatów i ziół wzdłuż muru: po drugiej stronie zaczynał się już żywopłot. Wy- padek albo błędny wybór. Saperzy przebywali niemal wyłšcz- nie we własnym gronie. Stanowili grupę zamlţiętš, na ile to tylko możliwe, podobnie jak ludzie pracujšcy przy klejnotach albo w kamieniu; mieli w sobie hart ducha i jasnoœć myœli, de- cyzje przez nich podejmowane wspomagały wszystkich działa- jšcych w tej samej branży. Łosoœ stwierdził istnienie tej sily u innych, ale nie u siebie samego, choć wiedział, że inni jš w nim dostrzegajš. Saperzy nigdy się ze sobš nie zaprzyjaŸniali, W rozmowach wymieniali tylko informacje o nowych trikach, o obyczajach wroga. Dobiegłszy do ratusza w miasteczku, gdzie kwaterowali, zobaczy trzy twarze i od razu zrozumie, że czwar- tego sapera już nie ma. Albo będzie ich czterech, a gdzieœ na polu leżeć będzie ciało starca czy też dziewczyny. Nauczył się odczytywać diagramy rozkazów, kiedy wstšpił do wojska, niebieskie wydruki, które stawały się coraz bar- dziej skomplikowane, przypominały olbrzymie supły albo notacje muzyczne. Stwierdził, że jest obdarzony szczególnš zdolnoœciš trójwymiarowego widzenia rzeczy, widzenia, które pozwala mu patrzeć na przedmioty lub informacje i transpo- nować je w inny plan, ujawniajšc wszystkie zawarte w nich zagrożenia. Z natury byl ostrożny i opanowany, ale potrafił wyobrazić sobie najgorsze zdarzenia, wy,padek w pokoju- œliwka na stole, dziecko podchodzi i połyka zatrutš pułapkę, mężczyzna wchodzi do ciemnego pokoju i zanim zdoła poło- żyć się obok żony, stršca naftowš lampę ze stolika. Każde pomieszczenie wypelnione jest takš choreografiš. Przenikli- we spojrzenie pozwala dostrzec linię namalowanš pod powie- rzchniš obrazu, przewidzieć, jak się rozwinie niewidzialna 104 intryga. Odrzucał z irytacjš powieœci grozy, zbyţt łatwo rozwi- kłyţvał ich sekrety. Znacznie lepiej czuł się w towarzystwie ludzi owładniętych abstrakcyjnym szaleństwem samouctwa, talţch jak jego mentor, lord Suffolk, albo ten ranny, Anglik. Nie wierzył ksišżkom. Ostatnimi dniami Hana widywała go przesiadujšcego przy rannym Angliku, wydawał jej się od- wrotnoœciš Kima. Młody uczeń był teraz Hindusem, mšdry nauczyciel - Anglikiem. Ale to Hana zostawała na noc przy starszym mężczyŸnie, wiodła go przez wzgórza ku œwiętej rzece. Nawet tę ksišżkę czytali wspólnie. Zwalniajšcy głos Hany, kiedy wiatr targał płomykiem œwiecy, a kartka stawała się przez chwilę ciemna: Przykucn cţt w rogu wypełnionej rozgwarem poczekaLni, wolny od wszeLkiej innej myœLi; rgce zLożone na podołku, uczniowie urpatrzeni w zeszyty. W cicţgu minuty - i jeszcze przez pół sekun- dy - odczuL, że zbLiża się do rozwirţzania skompLikowanej za- gadki... * W cišgu tych długich nocy czytania i słuchania w jakiœ sposób przygotowywali się, jak przypuszczała, na przybycie tego młodego żołnierza, tego dorastajšcego chłopca, który do nich dołšczył. Ale to Hana była młodym chłopcem z tej powieœci. A jeœli ţosoœ miał być w niej kimœ, to na pewno oficerem Creightonem. Ksišżka, plan zwojów, mechanizm zapalnika, przestrzeń dla czworga ludzi w opuszczonym pałacu, oœwietlanym przez œwie- czkę, a od czasu do czasu przez błyskawicę, niekiedy zaœ przez błysk eksplozji. Góry i wzgórza, i Florencja oœlepła bez elektry- cznoœci. Podróże przy œwieczce nie dalej niż o pięćdziesišt metrów. Nie znajdowało się w tym zasięgu nic, co by przynale- żało do zewnętrznego œwiata. Tego wieczora w komnacie ranne- go Anglika uczcili chwilš tańca swe małe przygody - Hana drzemkę, Caravaggio "znaleziony" gramofon, a ţ,osoœ swe zakło- potanie, choć już zdawał się zapominać o takich chwilach. Tacy jak on czttjš się niezręcznie podczas uroczystoœci i zwycięstw. * Przektad Józefa Birkenmajera. 105 Poza obrębem pięćdziesięciu metrów nie znajdowało się już nic, co ich reprezentowało wobec œwiata, żaden dŸwięk ani obraz nie dawał dolinie œwiadectwa o nich, o tańczšcych po œcianach cieniach Hany i Caravaggia, o Łososiu wygodnie roz- siadłym w olţennej niszy ani o Angliku popijajšcym wino i od- czuwajšcym, jak nasyca ono odwykłe od alkoholu ciało i jak szybko go upija, jak głos mu się upodabnia do głosu pustynnego lisa albo do gwizdu angielslţego drozda leœnego, którego, jak sam mówił, spotyka siţ tylko w Essex, bo trzyma się on okolic, gdzie roœnie lawenda i pioiun. Wszelkie namiętnoœci tego ran- nego Anglika skupiiy się w jego umyœle - pomyœlał saper sie- dzšcy w kamiennej niszy. A potem nagle odwrócił głowę dowia- dujšc się wszystlţego z dŸwięku, który go dobiegł, od razu pe- wien wszystkiego. Spojrzał wtedy na nich i po raz pierwszy w życiu skłamał. "Wszystko w porzšdku, to nie byia mina. Wyda- je mi się, że to stało się w strefe już oczyszczonej" - przygotowa- ny na zapach kordytu, który doń wlţótce dotrze. Teraz, po kilku godzinach, ł.osoœ znów siedzi w okiennej niszy. Gdyby przeszedł te siedem metrów przez pokój Anglika i dotknšł jej, byłby uzdrowiony. Tak mało jest œwiatła w ko- mnacie, tylko œwieczka na stole, przy którym usiadła, nic tej nocy nie czytajšc; pomyœlał sobie, że może jest lekko pijana. Powrócił z miejsca, gdzie wybuchła mina, by znaleŸć Ca- ravaggia œpišcego na sofie z psem na rękach. Zwierzę patrzyło nań, kiedy się zatrzymał zamykajšc drzwi, zwracało się w jego stronę na tyle tylko, na ile to było konieczne, by dowieœć, że nie œpi i czuwa. Spoza jego karku chrapanie Caravaggia. Zdjšł buty, zwišzał je sznurowadłami i zarzucii sobie na ramię wchodzšc na schody. Zaczęło padać, dlatego potrzebo- wał brezentu na namiot. Z hallu widział œwiateiko cišgle palšce się w pokoju rannego Anglika. Siedziała na lţzeœle z głowš odchylonš do tyłu, iokciem wsparta o stół, na którym niska œwieczka rozsiewała œwiatło. Opuœcił buty na podłogę i wszedi do pokoju, w którym przed trzema godzinami odbywało się przyjęcie. Wyczuwał w po- wietrzu zapach alkoholu. Położyła palec na ustach, lţedy 106 wchodził, a potem wskazała rannego. Nie mógł usłyszeć ci- chych kroków Łososia. Saper znów usiadł w okiennej niszy. Gdyby przeszedł przez pokój, byłby uzdrowiony. Ale dzieliła ich od siebie zdradliwa i długa podróż. Podróż dookoła całego œwiata. Anglik zaœ budził się przy każdym odgłosie, aparat słuchowy, nastawiał na pełnš moc, kiedy zasypiał, czuł się wtedy pewny tego, że zachowuje œwiadomoœć. Oczy dziew- czyny błšdziły dokoła i uspokoiły się, kiedy wypatrzyły Łoso- sia w prostokšcie okna. Odnalazł miejsce, gdzie nastšpiła œmierć, i to, co pozostało po wybuchu, i pochowali zastępcę dowódcy, Hardy'ego. A po- tem rozmyœlał o dziewczynie, nagle zatrwożony o niš, wzbu- rzony tym, że się wdała w tę sprawę dziœ po południu. Mogła przez przypadek stracić życie. Wpatrywała się w niego. Ostat- nim komunikatem od niej był palec położony na ustach. Pochylił głowę i przywarł policzkiem do obojczyka. Wracał przez wioskę, deszcz padał na drzewa przy rynku, nie strzyżone od poczštku wojny, minšł dziwnš rzeŸbę przed- stawiajšcš dwóch mężczyzn siedzšcych na koniu i œciţkajš- cych sobie ręce. A teraz jest tu, œwieca migoce, omraczajšc jej spojrzenie, tak że Łosoœ nie umie odgadnšć, jalde jš wypełniajš myœli. Czy to mšdroœć, czy smutek, czy ciekawoœć. Gdyby czytała lub zajmowała się Anglikiem, skinšłby pewnie głowš i odszedł, ale teraz przypatruje się Hanie jak komuœ młodemu i samotnemu. Tej nocy, oglšdajšc skutki wybuchu, zaczšł odczuwać jej obecnoœć w czasie owego po- południa, kiedy rozbroił minę. Powinien był nakazać, by się oddaliła, albo też ona powinna przebywać z nim zawsze, ilekroć podchodzi do zapalnika. Powinien nosić jš w sobie. Przy pracy wypełniała go czystoœć muzyki, œwiat ludzlţ zani- kał. Teraz ma jš wewnštrz siebie, czy też na swym ramieniu, ułożonš w taki sposób, jaki zobaczył, kiedy pewien oficer wynosił koŸlę z tunelu, który miał zostać zatopiony. Nie. To nieprawda. Pragnšł ramienia Hany, pragnšł położyć na nim dłoń, tak jak to uczynił wtedy, w słońcu, kiedy zasnęła, a jego ręka spoczywała w zagłębieniu jej barku, niezręcznie, jak kolba w dołku strzeleckim. W wyimaginowanym pejzażu 107 malarskim. Nie pragnšł dla siebie pocieszenia, ale pragnšł nim otoczyć dziewczynę, pragnšł wywieœć jš z tej komnaty. Odrzucał obawę przed własnš słaboœciš, przy niej nie odnaj- dywał tej słaboœci, z którš miałby się zmierzyć. Żadne z nich nie chciało odlnywać takiej możliwoœci przed drugim. Hana siedziała uspokojona. Patrzyła nań, a œwieca rozjaœniała i za- ciemniała na przemian jej wzrok. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest dla niej tylko częœciš ciemnoœci. Przedtem, kiedy spostrzegła, że opuœcił niszę okiennš, rozzłoœciła się. Wiedziała, że chroni ich przed minami jak dzieci. Prcyłgnęła mocniej do Caravaggia. To była zniewaga. Narastajšce ożywienie wywołane tym wieczorem nie pozwo- liło jej czytać. Caravaggio poszedł już do łóżka, sięţšwszy uprzednio po zastrzyk do jej medycznego nesesera. Ranny Anglik dŸgał koœcistym palcem powietrze i pocałował jš w policzek, kiedy się nad nim pochyliła. Zgasiła œwiecę, pozostawiajšc tylko małe nocne œwiatełko na stoliku przy łóżku, i usiadła przy nim. Ciało Anglika leżało na wprost niej, uciszone po pijackich monologach. Czasem będę koniem, czusem psem. Wiepwzem, bezgłowym niedŸwiedziem. A czasem ogniem. Słyszała skapywanie wosku na metalowš podstawkę œwiecy. Saper wyruszył na drugš stronę mia- steczka, na wzgórze, gdzie się zdarzył wybuch, i jego niepo- trzebne milczenie wcišż jš drażniło. Nie mogła czytać. Siedziała w pokoju obok tego mężczyzny wiecznie umierajšcego, wcišż czuła bół w lţzyżu od stłuczenia, gdy tańczšc z Caravaggiem przypadlţem wpadli na œcianę. Jeœli teraz do niej podejdzie, powita go zdziwionym wzro- kiem, potraktuje takim samym jak zawsze milczeniem. Niech zgaduje, to jego ruch. Bywała już podrywana przez żołnierzy. On tymczasem staje poœrodku pokoju, rękę zanurza w ple- caku, który œcišgnšł z pleców. Odwraca się i podchodzi do łóżka. W chwili gdy ranny Anglik kończy jeden ze swych długich wdechów, odcina kabel jego aparatu słuchowego nożyczkami i wkłada go do plecaka. Odwraca się do niej i uœmiecha. - Podłšczę go z powrotem rano. Kładzie lewš rękę na jej ramieniu. 108 - Dawid Caravaggio - cóż za absurdalne nazwisko dla ciebie. - Ale przynajmniej mam nazwisko. - Tak. Caravaggio siedzi na krzeœle Hany. Popołudniowe słońce zalewa pokój, rozœwietlajšc pyłki wiszšce w powietrzu. Ciem- na, wšska twarz Anglika o wydatnym nosie przypomina sępa zawiniętego w przeœcieradła. Sępa w trumnie, myœli Cara- vaggio. Anglik zwraca ku niemu głowę. - Jest taki obraz Caravaggia, powstały już pod koniec jego życia. Dawid z głowcţ GoLiata. Młody wojownik w wycišţiętej na całš długoœć ręce trzyma glowę Goliata, okaleczonš i starš. Ale nie na tym zasadza się prawdziwy smutek bijšcy z tego obrazu. Ustalono ponad wszelkš wštpliwoœć, że twarz Dawida jest twarzš młodego Caravaggia, a głowa Goliata - jego głowš, z czasu kiedy się postarzał, kiedy malował ten obraz. Młodoœć osšdzajšca wiek dojrzały z odległoœci wycišgniętej ręki. Osšd własnej postawy moralnej. Kiedy patrzę na ţ.ososia stojšcego u nóg mego łóżka, myœlę, że on jest moim Dawidem. Caravaggio siedzi milczšc, myœli rozproszyły mu się pomię- dzy wirujšcymi w słońcu pyłkami. Wojna zburzyła jego rów- nowagę wewnętrznš i nie umie już powrócić do œwiata innego niż własne wnętrze, przywdziewajšc te fałszywe skrzydła, które oferuje morfina. Jest człowiekiem w œrednim wieku, który nie nawykl do życia rodzinnego. Zawsze unikał stanu permanentnej intymnoœci. Aż do tej wojny bardziej był kochankiem niż mężem. Był człowiekiem, który odchodzi 109 w taki sposób, jak kochankowie pozostawiajšcy za sobš cha- os, jak złodzieje opuszczajšcy okradziony dom. Patrzy na mężczyznę leżšcego w łóżku. Chciałby wiedzieć, kim jest ten Anglik znaleziony na pustyni, chciałby go rozszy- frować dla dobra Hany. Albo też wynaleŸć dlań skórę, która by go zamaskowała, tak jak zakrzepły kwas taninowţy pokrywa jego oparzeliny. Kiedy w pierwszym okresie wojny znalazł się w Kairze, uczono go wykrywania podwójnych agentów oraz zjaw, które trzeba było zmaterializować. Postawiono mu zadanie wyœle- dzenia mitycznego agenta o kryptonimie "Cheese". Calymi tygodniami zbierał o nim wiadomoœci, odtwarzał cechy jego charakteru - takie jak chciwoœć i słaba głowa: gdy był pod wpływem alkoholu, można mu było podsuwać fałszywe infor- macje przeznaczone dla przeciwnika. Podobnie jak inni pracował nad tyzn, by zaludnić pustynię wyimaginowanymi plutonami wojska. Przeżył w latach wojny taki czas, w którym wszystko, co podawano do wiadomoœci ludziom wokół niego, było klamstwem. Czuł się jak człowiek zamknięty w zacie- mnionym pokoju i naœladujšcy ptasi œwiergot. Ale tu oto natknšł się na właœnie zrzucane skóry. Nie mogły przecież imitować niczego innego prócz samych siebie. Nie było przed tym innej obrony, jak tylko szukać prawdy u in- nych. Œcišga z półki bibliotecznej Kima i oparta o fortepian zaczy- na wpisywać na ostatniš, nie zadrukowanš stronicę: Mówi, że arm.ata - Zam-Zammah - stoi rcadaL przed muzeuţrrc w Iahore. Były właœciwie dwie arwcaty, odLa,ne z metalowych kubków i mţsek zebranych z każdego ind?.ţskiego domu w mie- œcie - jako jizya, czyLi danina, Stopiono je i wyprodukowano z nich arwcaty. Używano ich w wielu bitwach przeciw Sikhom w cicţgu osiemnastego i dziewiętnastego stulecia. Jedna z arm,at za.gtnęł,a w czasie przeprawy bitewnej przez rzekę Chen.ab -. Zamyka ksišżkę, wspina się na krzesło i wstawia jš na najwyższš półkę, aby stała się z dołu niewidoczna. Wchodzi do polţytego malowidłami pokoju z nowš ksišżkš w ręku i oznţjmia jej tytuł. - Nie, Hana, teraz nie chcę tej ksišżki. Patrzy na niego. Myœli, że ma pięluie oczy, nawet w tym stanie. Wszystko się w nich rozgrywa, w tym szarym spojrze- niu wyłaniajšcym się z wewnętrznego mroku. Jest jakaœ treœć w tych licznych spojrzeniach, jakimi jš ogarnia przez chwilę i jakie się z niej po chwili zsuwajš, jak blask latarni morskiej. - Nie chcę tej ksišżki. Daj mi Herodota. Wsuwa mu cienlţ, poplamiony tomik do ręki. - Widziałem kiedyœ wydanie Dziejów z rzeŸbš portretowš na okładce. Jakaœ statua odnaleziona w którymœ z francu- skich muzeów. Ale nigdy sobie nie wyobrażalem Herodota w taki sposób. Wyobrażałem go sobie raczej jako jednego lll z tych milkliwych ludzi pustyni, wędrujšcego od oazy do oazy,, zbierajšcego legendy, tak jak się wymienia nasiona roœlin, przyjmujšcego wszystko bez podejrzliwoœci i układajšcego z tego wizję. Mówi Herodot: "Moje dzieje zbierajš uzupelnie- nia do głównego wywodu"*. To, co u niego znajduję, sš to œlepe zaulki na szlaku histor - jak ludzie zdradzajš się nawzajem w imię swych narodów, jak się zakochujš... Powie- działaœ, że ile masz lat? - Dwadzieœcia. ' - Byłem dużo starszy; jak się zakochałem. Hana pyta po chwili: - Kim ona byla? Ale jego oczy znów sš daleko. * Przekład Seweryna Hammera. - Ptaki wolš drzewa o uschniętych gałęziach - powiedział ; Caravaggio - majš stamtšd otwarty widok. Mogš odlecieć i w dowolnym kierunku. - Jeœli masz na myœli mnie - odpowiedziała Hana - to nie jestem ptakiem. Prawdziwym ptakiem jest ten mężczyzna na piętrze. Łosoœ próbował wyobrazić jš sobie jako ptaka. - Powiedz, czy można pokochać kogoœ, kto nie jest równie bystry jak ty? - Caravaggio pod wpłyţ.vem podniecajšcego dzialania morfiny pragnšł zmienić swš argumentację. - Ta sprawa intrygowała mnie przez większoœć mego życia seksu- ' alnego, które zaczęło się póŸno, co muszę wyznać temu ' doborowemu towarzystwu. Podobnie jak seksualnej rozkoszy rozmowy zaznałem dopiero po ożenku. Nigdy nie myœlalem, że slowa majš walor erotyczny. Czasami naprawdę wolę rozmawiać niż pierdolić. Zdania. Bukiet tego, bukiet tamtego i znów bukiet tego. Kłopot ze słowami leży w tyzn, że napra- wdę możesz się nimi wgadać w œlepy zaułek. A nie możesz się w œlepy zaułek wpierdolić. - Taka tam męska gadka - odburknęła Hana. - Ja się nigdy nie wgadałem - cišgnšl Caravaggio - może się to tobie przydarzyło, Łososiu, jak trafiłeœ do Bombaju prosto z tych tam gór, albo jak przyjechałeœ do Angl na szkolenie. Czy ktoœ z was wţpierdolił się w œlepy zaulek? Ile masz lat, ţ,ososiu? - Dwadzieœcia szeœć. - Jesteœ starszy ode mnie. - Tak, jesteœ starszy od Hany. Czy mógłbyœ się w niej zakochać, gdyby nie była bystrzejsza od ciebie? To znaczy, ll3 może i nie jest bardziej bystra. Ale czyż nie jest ważne dla ciebie to, że m y œ 1 i s z, że ona jest zręczniejsza w miłoœci? Zastanów się. Może ona jest opętana Anglikiem, bo on więcej wie. Poruszamy się po rozległym obszarze, kiedy z nim roz- mawiamy. Nawet nie wiemy, czy on jest Anglikiem. Pewnie nie jest. Widzisz, myœlę, że łatwiej zakochać się w n i m niż w t o b i e. Dlaczego tak jest? Ponieważ chcemy z n a ć spra- wy, chcemy wiedzieć, jak się one majš. Gaduły nas uwodzš, słowa wpędzajš nas w œlepy zaułek. Chcemy wiedzieć więcej niż wszystko, co roœnie i się zmienia. Nowy wspaniały œwiat. - Nie zgadzam się z tym - zareplikowała Hana. - Ja też nie. Pozwól, że ci opowiem o ludziach w moim wieku. Najgorsze jest przekonanie, jalţe żywiš inni, że nasz charakter stał się już dojrzały. Kłopot z ludŸmi w œrednim wieku polega na tym, że inni zakładajš, iż jesteœmy już w pełni ukształtowani. J u ż. Caravaggio uniósł ręce na wysokoœć twarzy Hany i Łososia. Wstała, obeszła go z tyłu i objęła za szyję. - Nie rób tak, Dawidzie, dobrze? Oplotla delikatnie jego ręce swoimi. - Już i tak mamy jednego wœcieklego gadułę na piętrze. - Spójrzcie na nas samych - siedzimy tu sobie jak jacyœ œmierdzšcy bogacze w swych œmierdzšcych pałacach położo- nych na œmierdzšcych wzgórzach, kiedy w mieœcie robi się zbyt upalnie. Jest dziewišta rano - starszy pan na piętrze œpi. Hana jest nim opętana. Ja jestem opętany rozsšdlţem Hany, jestem opętany swš "równowagš", a l.osoœ pewnie któregoœ dnia wyleci w powietrze. Dlaczego? W imię czego? Ma dwa- dzieœcia szeœć lat. Armia brytyjska szkoli go w zręcznoœci, Amerykanie uczš go jeszcze większej zręcznoœci, drużyny saperskie wysłuchujš instruktażowych wykiadów, dostajš od- znaczenia i sš wysyłane w te góry. Jesteœ wykorzystywany, boyo, jak mówiš Walijczycy. Ja tu dłużej nie zostaję. Chcę cię zabrać do domu. 0 całe piekło stšd. - Daj spokój, Dawidzie. On przeżyje. - A ten saper, co zginšł zeszłej nocy. Jak się nazywał? l.osoœ milczy. - Jak się nazywai? 114 - Sam Hardy. - Łosoœ podszedł do okna i wyjrzał, wyłšcza- jšc się z rozmowy. - Nasz kłopot polega na tym, że znaleŸliœmy się tam, gdzie nas być nie powinno. Co my robimy w Afryce, we Włoszech? Co właœciwie, na litoœć boskš, robi tu Łosoœ rozbrajajšcy miny w ogrodach? Co robi na wojnie toczonej przez Anglików? Rolnik na froncie zachodnim nie może opiłować z drzewa zbędnych gałęzi, żeby sobie nie wyszczerbić piły. Dlaczego? Bo tyle tam tkwi odłamków z p o p r z e d n i e j wojny. Nawet drzewa chorujš od zarazy, którš rozsiewamy. Wojsko cię indoktrynuje, pozostawia cię tutaj i spierdala dalej, œcišgajšc kłopoty na kogoœ innego swym atramentowym bełkotem par- lez-vous. Wszyscyœmy powinni stšd zjeżdżać. - Nie możemy zostawić Anglika. - Anglika zostawiono już całe miesišce temu, Hana, jest cišgle wœród Beduinów albo w jakimœ angielslţm ogrodzie pełnym floksów i innego gówna. Pewnie nie umie nawet zapamiętać kobiety, która się koło niego krzšta, próbuje go zagadywać. On w ogóle nie wie, gdzie jest. Pewnie myœlisz, że się wœciekam, co? Bo się zakochałaœ. No nie? Zazdrosny wujek Niepokoję się o ciebie. Chętnie bym zabił Anglika, bo tylko to by cię ocaliło, wyrwało stšd. A zaczynam go lubić. Opuœć swój posterunek Jak taki Łosoœ może cię kochać, skoro nie jesteœ doœć sprytna, by sprawić, żeby przestał narażać życie? - Może. Ponieważ on wierzy w cywilizowany œwiat. Ponie- waż jest człowiekiem cywilizowanym. - Błšd fundamentalny. Jedynie słusznym postanowieniem byłoby wsišœć do pocišgu, wyjechać i rodzić dzieci. Może pójdziemy na górę i spytamy tego ptaszka, Anglika, co o tym myœli? Dlaczego nie jesteœ sprytniejsza? Tylko bogacze nie muszš się starać o to, by być sprytni. Sš pogodzeni z losem. Przed laty już zdobyli przywileje. Muszš tylko chronić swój stan posiadania. Nie ma gorszych œredniaków niż bogacze. Wierz mi. Ale oni muszš przestrzegać zasad tego gównianego, cywilizowanego œwiata. Oni wypowiadajš wojny, broniš hono- ru i nie mogš zwiewać. Ale wy dwoje? My troje? Jesteœmy 115 wolni. Ilu już saperów zginęło? Jakim cudem ty jeszcze żyjesz? Daj sobie wreszcie spokój z tš swojš odpowiedzialno- œciš. Szczęœcie ma to do siebie, że umyka. Hana nalała sobie mleka do filiżanki. Kiedy skończyła, uniosla dziobek dzbanka nad rękš Łososia i wylała mu mleko na brunatnš dłoń, nadgarstek, aż po lokieć. Nawet nie drgnšł. Po zachodniej stronie pałacu długi, wšski ogród rozcišga się na dwóch poziomach. Niżej leży ogród uporzšdkowany, wy- żej - zaroœnięty, mroczny, kamienne stopnie i rzeŸby niemal ginš pod zielonym nalotem. 'Iţ właœnie saper rozbił namiot. Fale deszczu i wilgoci dochodzš tu od strony doliny, z drugiej strony ulewa kropel spada z gałęzi cyprysów i jodel na ten do połowy tylko oczyszczony skrawek ogrodu poniżej wzgórza. 'Iţlko rozpalajšc ogniska można osuszyć ten wiecznie zacieniony i wilgotny górny ogród. Resztki desek, slţzynek po pociskach, odłamane gałęzie, zeschłe zielsko wyrywane przez Hanę popołudniami - wszystko to tutaj znoszš i palš w porze poprzedzajšcej zmierzch. Ogień wydziela dym, woń spala- nych roœlin przedziera się przez lţzaki i drzewa, wpada na taras przed pałacem. Dociera do olţa rannego Anglika, który słyszy splštane głosy, a czasem œmiechy dobiegajšce z zasnu- tego dymem ogrodu. Rozkłada wonie na czynniki składowe, odgadujšc, jaki rodzaj roœlin jest właœnie spalany. Rozma- ryn - myœli - wilczomlecz, piolun, coœ tam musi być jeszcze, bezwonnego, może psi fiołek albo dziki słonecznik, dobrze się rozwţjajšcy na słabo zakwaszonej glebie tego wzgórza. Ranny Anglik doradza Hanie, co ma sadzić. - Poproœ swego włoskiego przyjaciela, żeby ci pomógł wybierać nasiona, wydaje się w tym dobry. Przydałyby ci się sadzonki œliwy. A także goŸdzilń - jeœli chcesz podać łacińskš nazwę swemu łacińskiemu przyjacielowi, to brzmi ona Silene virginica. Niezły też byłby czšber. Jeœli lubisz zięby, zasadŸ leszczynę i wiœnie. Ona wszystko zapisuje. A potem wkłada pióro do szufladki małego stolika, gdzie chowa też ksišżkę, którš mu czyta, oraz ll7 dwie œwieczki i pudełko zapałek. Nie ma w tym pokoju żad- nych œrodków medycznych. Trzyma je w innych pomieszcze- niach. Nie chce, by Caravaggio niepokoił Anglika, gdyby się rozglšdał za morfinš. Wkłada do kieszeni sulmi kartkę z na- zwami roœlin, żeby jš doręczyć Caravaggiowi. Teraz, kiedy jej fizyczne zaangażowanie sięgnęło szczytu, czuje się niezręcz- nie w towarzystwie trzech mężczyzn. Jeœli to jest fzyczne zaangażowanie. Jeœli to wszystko ma cokolwiek wspólnego z miłoœciš do ţ.ososia. Lubi przytulać twarL do jego ramienia, tej ciemnej, bršzowej rzeki, lubi budzić się wtulona w nie, tuż przy pulsujšcej, niewidocznej żyle pod jego skórš. Żyle, którš odnalazłaby, kiedy by umierał, i wstrzyknęła w niš słone ukojenie. 0 drugiej lub trzeciej w nocy, kiedy pozostawia Anglika samego, schodzi przez ogród ku sztormowej lampie sapera, zawieszonej na ramieniu œwiętego Krzysztofa. Absolutna cie- mnoœć między niš a lampš, ale ona zna każdš roœlinę i każdy krzak na swej drodze, położenie dogasajšcego ogniska pełga- jšcego różowymi płomykami; omija je bokiem. Czasami wy- biera z ogniska jakšœ żarzšcš się gałšzkę i rozdmuchuje płomyk, a czasami wœlizguje się przez uchylone poły namiotu i układa obok niego, w jego ramionach, których pożšda, jej język zamiast tamponu, jej zęby zamiast iglicy zapalnika, jej usta zamiast maseczki nasyconej kodeinš, aby go uœpić, aby spowolnić obroty jego nieprzerwanie pracujšcego umysłu i osnuć je sennoœciš. Œcišga z siebie sukienkę i układa na tenisówkach. Wie, że według niego œwiat dokoła płynie zgod- nie z paroma podstawowymi zasadami - usuwasz trotyl za pomocš pary, wypłukujesz go,.. - wszystko to tkwi w jego umyœle, lţedy ona zasypia przy nim jak cnotliwa siostra. Okrywa ich namiot i ciemny las. Posunęli się tylko o krok poza te pocieszenia, jakich udzielała innym w szpitalach polowych w Ortonie i Monter- chi. Jej ciało, by się ostatni raz rozgrzać, jej kojšcy szept, jej zastrzyk, by móc zasnšć. Ale ciało sapera nie pozwala w sie- bie wnilmšć niczemu, co by miało pochodzić z zewnętrznego 118 œwiata. Ten zakochany chłopiec nie je posiłków, które ona przygotowuje, nie potrzebuje - jak Caravaggio - narkotyku, który by mu mogła wstrzyknšć w ramię, ani tych maœci wytworzonych na pustyni, którymi naciera Anglika, maœci i okładów przypominajšcych mu sposób, w jaki go leczyli Beduini. Potrzebuje tylko ukojenia snem. Rozmieszcza wokół siebie ozdoby. Kilka liœci, które mu przyniosła, ogarek, poza tym w namiocie jest jeszcze lţyształ- kowy odbiornik i plecak pełen przyborów saperskich. Z walk, w jakich brał udział, wţyniósł pewien rodzaj opanowania, które, nawet jeœli udawane, wnosi w jego życie jakiœ porzš- dek. Przestrzega dokładnoœci, kiedy œledzi lot jastrzębia nad dolinš przez snajperskš lunetę na karabinie, kiedy rozbraja minę i nawet na moment nie odrywa od niej oczu, a także gdy unosi termos, z którego nalewa sobie do kubka i wypija, wcale nań nie patrzšc. Reszta nie ma dlań znaczenia, myœli sobie Hana, jego oczy sš nastawione wyłšcznie na wyszukiwanie niebezpieczeństw, uszy wsłuchane w to, co się dzieje w Helsinkach czy też w Berlinie i co dociera doń na krótkich falach. Nawet kiedy jest czułym kochankiem, a jej lewe ramię obejmuje go tuż powyżej kara, kiedy napinajš się mięœnie jego przedramienia, wyczuwa niewidzialne wţtedy dla niej naprężenie, które opa- da dopiero, gdy jego głowa osuwa się z ciężkim westchnie- niem w zagłębienie jej szyi. Wszystko poza niebezpieczeń- stwem ma znaczenie uboczne. Nauczyła go wydawać ten cichy jęk, pożšdała go odeń, ponieważ tylko w tym momencie wyłšczał się wewnętrznie z walki, jakby w końcu godził się na pogršżenie całego otoczenia w ciemnoœci i wyrażał swš rozkosz ludzkim głosem. Nie wiemy, jak bardzo ona kocha jego, a on jš. Ani w jakiej mierze ta miłoœć jest grš tajemnic. Im bardziej się do siebie zbliżajš, tym większa staje się przestrzeń między nimi w ciš- gu dnia. Ona ceni sobie dystans, na jaki on się od niej trzyzna, uważa, że oboje majš prawo do własnej przestrzeni. Każdemu z nich daje to wewnętrznš siłę, rodzaj milczšcego porozumie- 119 nia, odczuwanego, kiedy on przechodzi w milczeniu pod jej olţem, przemierzajšc kilometr dzielšcy jego kwaterę od miejsca pobytu innych saperów. Podaje jej do ršk talerz albo coœ do zjedzenia. Ona kładzie mu na bršzowej piersi liœć. Albo też pracujš wraz z Caravaggiem przy naprawie nadlţu- szonego muru. Saper œpiewa swoje zachodnie piosenki, które podobajš się Caravaggiowi, choć się tego zapiera. - PennsyLvania siz-five-oh-oh-oh - zachłystuje się młody żoł- nierz. Uczy się rozpoznawać wszystlţe odcienie jego œniadej skóry. Odróżniać kolor jego przedramienia od koloru karku. Kolor jego dłoni, policzka, skóry na czole pod turbanem. Ciemnš barwę palców oddzielajšcych kable czerwone od czarnych lub też sięgajšcych po kromkę chleba leżšcš na rozpłaszczonej łusce pocisku, której wcišż używa jako tale- rzyka. Potem on wstaje. Jego samowystarczalnoœć wydaje im się szorstka, mimo iż on sam bez wštpienia uważa jš za szczególnš uprzejmoœć. Uwielbia mokre barwy, jakimi mieniš się jego plecy pod- czas kšpieli. I policzek pokryty potem, który œcierajš jej palce, lţedy on jest na niej, i ciemne, mocne ramiona w mro- ku namiotu, a także raz w jej pokoju, kiedy œwiatla z mia- steczka w dolinie, nareszcie zwolnionego z obowišzku zacie- mnienia, wdzierały się przez okno jak odblask brzasku i roz- jaœniały jego ciało. PóŸniej uœwiadomi sobie, że on nigdy nie dopuszczał do tego, by czuć się wobec niej w jakimkolwiek stopniu dłużny, ani też by ona czuła się dłużna wobec niego. Znajdzie ten wyraz w jakiejœ powieœci, odłoży ksišżkę i sięgnie po słownik. Dłużny. Czuć się zobowišzanym.Wie,żeonnigdy by się na coœ takiego nie zgodził. Jeœli przemierza dwieœcie metrów pogršżonego w ciemnoœciach ogrodu, aby dostać się do jego namiotu, to jest to jej wybór, i może się zdarzyć, że zastanie go œpišcego, nie z braku miłoœci, lecz z potrzeby uspokojenia myœli przed jutrzejszym pojedynkiem ze zdrad- liwymi minami. Uważa jš za godnš podziwu. Budzi się i patrzy na niš w œwietle lampy. Najbardziej podoba mu się jej dzielne spojrzenie. Ale też jej głos, jak wieczorami spiera się z Cara- vaggiem, prostujšc wygadywane przezeń głupstwa. A także sposób, w jaki układa się przy nim jak œwięta. Rozmawiajš, delikatne zaœpiewy jego głosu w zapachu płót- na namiotu, który należał doń przez całš kampanię włoskš i którego ona dotyka lekko palcami, jakby był częœciš jego ciała, slţzydłem koloru khalţ, jalţe nocš rozpoœciera nad sobš. Oto I, jego œwiat. Ona w takie noce czuje się wyrwana z Kanady. On jš pyta, czemu nie może zasnšć. Ona leży miotana irytacjš na jego samowystarczalnoœć, jego zdolnoœć do tak łatwego odwracania się od œwiata. Brakuje jej dŸwięku deszczu bębnišcego o blasza- ny dach, przy którym mogłaby zasnšć, brakuje uœpionych drzew i dachów, wœród których wzrastała we wschodniej dzielnicy To- ronto, a potem przebywała przez kilka lat z Patrykiem i Klarš nad rzekš Skootamatta i Zatokš Œwiętego Jerzego. Nie zdołała znaleŸć uœpionego drzewa w gęstwinie tego ogrodu. 121 - Pocałuj mnie. To właœnie usta kocham w tobie najbar- dziej. I zęby. A póŸniej, kiedy głowa opadła mu na bok, w stronę powie- trza wpadajšcego przez uchylonš połę namiotu, szepce, ale tylko ona słyszy swój szept: - Powinniœmy może wypytać Caravaggia. Ojciec mi kiedyœ powiedział, że Caravaggio jest mężczyznš wiecznie zakocha- nym. Nie tyle kochajšcym, ile owiadniętym zakochaniem. Zawsze wprawianyzzl w zakłopotanie. Zawsze szczęœliwym. Łososiu? Czy mnie słyszysz? To tak właœnie jest, jak się jest z tobš. Najbardziej ze wszystkiego pragnęła, żeby mogli sobie popływać w rzece. W pływaniu tkwi jakiœ rytuał, który uwa- żała za podobny temu, jaki obowišzuje w sali tanecznej. Ale on miai inne wyobrażenie o rzekach, brodził po Moro w mil- czeniu rozcišgajšc zwoje kabli przytwierdzonych do mostu Baileya, pontony znikały za nim w wodzie jak spłoszone zwierzęta, a niebo rozbłysło nagle ogniem artyleryjskim i mo- że ktoœ utonšł, w połowie szerokoœci rzeki. Saperzy cišgle chwytali umykajšce pontony i przytwierdzali je do dna, muł i powierzchnia wody, i twarze opromienione fosforycznym blaskiem rakiet œwietlnych na niebie ponad nimi. Przez całš noc, płaczšc i krzyczšc, powstrzymywali się nawzajem przed obłędem. Mundury nasišknięte zimowš rze- kš, most ponad ich głowami przekształcajšcy się powoli w drogę jezdnš. A w dwa dni póŸniej kolejna rzeka. Każda, do której docierali, pozbawiona już była mostów, bezimienna, tak jak niebo było bezgwiezdne, a domy pozbawione drzwi. Oddziały saperskie rozpinały liny między brzegami, dŸwigajšc na plecach kable, wbijały w dno pręty, naoliwione dla uciszenia szczęku metalu, a potem wojsko maszerowało przez most, zbudowany z prefabrykowanych elementów i utrzymywany na powierzchni wody przez lţzštajšcych się na niej wcišż saperów. Często ostrzał przyłapywał ich poœrodku rzeki, między gliniastymi brzegami, przytwierdzajšcych stalowe liny do 122 skalistego dna. Nic ich wtedy nie chroniło, cienka jakjedwab bršzowa rzeka przeciw metalowi, który rozrywał jš na strzępy. Odwrócił się od niej. Znał sposób na szybkie chronienie się w sen przed kimœ, kto miał własne rzeki i był oszalały na ich punkcie. Tak, Caravaggio mógłby, jš pouczyć, jak zatonšć w miłoœci. Nawet w rozważnej miłoœci. - Łososiu, chciałabym cię wzišć z sobš nad rzekę Skoota- ; matta - powiedziała. - I chciałabym ci pokazać jezioro Smo- ke. Kobieta, którš kochał mój ojciec, mieszka nad jeziorami, canoe prowadzi pewniej niż samochód. Tęsknię za pioruna- mi, które przerywajš dopływy pršdu. Chciałabym, żebyœ poznał Klarę, plywajšcš canoe; to ostatni czionek mojej rodziny. Nie mam już nikogo więcej. Ojciec opuœcił jš dla woj ny. Idzie do jego namiotu, nie stawiajšc ani jednego błędnego kroku, nie poddajšc się żadnym wahaniom. Drzewa przepu- szczajš œwiatło księżyca przez sito swych liœci, jakby spacero- wała w migotliwym œwietle sali tanecznej. Wchodzi do namio- tu, przykłada ucho do jego uœpionego policzka i wsłuchuje się w bicie jego serca, w taki sposób, w jaki on wsłuchuje się w mechanizm zegarowy miny. Druga nad ranem. Wszyscy oprócz niej œpiš. IV W południowej dzielnicy Kairu 193ţ1938 Po Herodocie ludzie Zachodu przez cale stulecia przejawiali znikome zainteresowanie pustyniš. Od 425 roku przed narodze- niem Chrystusa do poczštku dwudziestego wieku odwracali od niej oczy. Milczeli na jej temat. Stulecie dziewiętnaste bylo wielţem odlnywców rzek. A potem, w latach dwudziestych przy- chodzi mile postscriptum do histor tego zakštka ziemi w po- staci prywatnych ekspedycji owocujšcych sprawozdawczymi odczytami organizowanymi przez londyńskie Geographical So- ciety w Kensington Gore. Odczyty te wyglaszajš spaleni sloń- cem, zmęczeni ludzie, którzy, podobnie jak żeglarze Conradows- cy, nie czujš się pewnie wœród etykiety taksówkowej czy niewy- brednych dowcipów konduktorów w autobusach. Na zebrania Society dojeżdżajš podmiejskimi pocišgami do Knightsbridge, gdzie często się gubiš, bilety im się gdzieœ zawieruszajš, polegać mogš tylko na swoich starych mapach i notatkach do odczytu - spisanych w bolesnym trudzie- którymi wţypełnione sš ich plecaki, stanowišce jakby częœć ich ciala. Ci ludzie różnych narodowoœci wędrujš tak o tej wczesnej godzinie wieczornej, o szóstej, w godzinie osamot- nienia. Bo to jest pora anonimowoœci, większoœć mieszkańców miasta spieszy do domów. Odkrywcy docierajš do Kensington Gore przedwczeœnie, przegryzajš coœ w Lyons Corner House albo przy wejœciu do Geographical Society, gdzie przysiadajš w hallu na piętrze obok wielkiego maoryskiego canoe, prze- glšdajšc goršczkowo notatki. 0 ósmej zaczyna się zebranie. Odczyty odbywajš się co tydzień. Ktoœ wyglasza wprowa- dzenie, a ktoœ inny podziękowanie. Mówca zamykajšcy dys- kusję zwykle ustosunkowuje się do wywodów referenta, oce- 124 nia je z dużš surowoœciš, jest rzeczowy i lţytyczny, ale nigdy nie jest impertynencki. Wszyscy zakładajš, iż prelegenci trzymajš się faktów, na- wet obsesyjne hipotezy przedstawia się tutaj z pewnš po- wœcišgliwoœciš. Moja wyprawa przez Pustynię LibijsLcrţ z Sokum na wybrzeżu Morza Œrodziemnego do ELi Obeid w Sudanie wiodLa jednym z tych nieuńelu szlaków na ziemi, które prezentujcţ bogatcţ rozmai- toœć interesujdcych problemów geograficznych... Nigdy nie wspomina się w tych obitych dębowš boazeriš salach o całych latach przygotowań, studiów i gromadzenia funduszy. Zeszłotygodniowy mówca opowiadał o zaginięciu trzydziestu ludzi wœród lodów Antarktyki. Z takš samš po- wœcišgliwoœciš przedstawia się losy ludzi, którzy przepadli gdzieœ w pustynnym upale lub zaginęli w czasie burzy. Wszel- kie kwestie ludzkie i f"mansowe odłšcza się od tego, co jest przedmiotem dyskusji - a jest nim powierzchnia ziemi oraz "interesujšce problemy geograf'iczne". Czy inne rejony degrresji w tym regionie, opţrócz szeroko dys- kutowanego Wadi Rayan, mogLyby być spożytkowane w wyniku iryga‡ji i drenowania deLty NiLu? Czy ŸródLa wód artezţjskich w oaza.ch stopniowo wysychajcţ? Gdzie na,leży poszukiwa,ć taje- mniczej ţţZerzurţ,ţ? Czy srţ jeszcze inne zagubione oazy do odkry- cia? Gdzie się znajdujcţ żółwiowe bagna. Ptolemeusza? Pytania te postawił w roku 1927 John Bell, dyrektor Biura Badań Pustyni w Egipcie. W latach trzydziestych stawiano kwestie z jeszcze większš powœcišgliwoœciš. ChciaLbym dodać LciLka uwag do pewnych spraw poruszanych w interesujcţcej dyskusji o ţţPrehistorţcznej geograf oazy Khargaţţ. W połowie lat trzydziestych zapomnianš oazę Zerzura odlţył - wraz z towarzyszami wyprawy - Ladislaus de Almœsy. W roku 1939 dekada wielkich odkryć na Pustyni Libijskiej dobiegła końca, a ten pustynny i cichy zakštek ziemi stał się teatrem działań wojennych. 125 W swej zadrzewionej sypialni ranny przebiega myœlš rozległe przestrzenie. Myœli o sposobie, w jaki zmarły lţól Rawenny, którego marmurowy postument wydaje się niemal żywy, unosi głowę z kamiennej poduszki, tak by móc spoglšdać ponad swymi stopami. Sięga myœlš dalej, do chwil wyczekiwania na deszcz w Afryce. I do życia, jakie wiedli w Kairze. Do ich pracy i dni. Hana siedzi przy łóżku i jak giermek towarzyszy mu w tych podróżach. W roku 19ţ30 zaczęliœmy sporzšdzać mapy większej częœci wyżyny Gilf Kebir, poszukujšc zagubionej oazy zwanej Zerzu- ra. Miasto Akacji. Byliœmy Europejczykami pustynnymi. W roku 1917 John Beil oglšdał Gilf. Potem dotarł tam Kemal el Din. A potem Bagnold, który wytyczył szlak na południe, do Morza Piasko- wego. Madox, Walpole z Biura Badań Pustyni, Jego Ekscelen- cja Wasfi Bej, fotograf Casparius, geolog doktor Kadar i Ber- mann. A Gilf Kebir - wielki płaskowyż na Pustyni Libţjslţej, równy obszarem Szwajcar, jak zwykł mawiać Madox - obni- żajšcy się stopniowo ku północy, uskokami opadajšcymi na wschód i zachód, był głównym terenem naszych poszukiwań. Wyrastał na pustyni o szeœćset kilometrów na zachód od Nilu. W przekonaniu Egipcjan nie było już wody na zachód od osiedli w oazach. Œwiat się tam kończył. Interior był bezwod- ny. Ale w piaszczystym pustkowiu zawsze napotykasz œlady zagubionej histor. Wędrowały tamtędy plemiona Tebu i Se- nussi, starannie chronišc swe studnie. Kršżyły wieœci o ży- 126 ' znych gruntach ulţytych we wnętrzu pustyni. Pisarze arabscy z trzynastego wieku wspominali o Zerzurze."Oaza ptaszšt". "Miasto Akacji". W Księdze ukrytych skarbów, Kitab a.1 Kanuz, Zerzura przed- stawiona jest jako miasto białe,"białe jak gołębica". Popatrz na mapę Pustyni Libijskiej, a znajdziesz na niej nazwisko Kemal el Din, który w 1925 roku niemal samotnie ; poprowadził pierwszš wielkš nowoczesnš ekspedycję. Bag- nold w latach 193ţ-1932. Almƒsy i Madox w latach 1931-1937. Na północ od Zwrotnika Raka. Byliœmy dla siebie małym œwiatem, wspólnotš utworzonš między wojnami; sporzšdzaliœmy mapy i odkrywaliœmy na nowo miejsca zapomniane przez ludzi. Zbieraliœmy się w Dakhla albo Kufra, jakby to były bary czy kawiarnie. Bagnold nazywał nas , oazowym towarzystwem. Byliœmy zţ,yci, znaliœmy nawzajem na- sze mocne i słabe strony. Bagnoldowi wybaczaliœmy wszystko ze względu na sposób, w jaki pisał o diunach. WyżŁobienirţ, i pofcţdo- wania giasku przypominaţjrţ wklęsłoœci w podniebieniu psiego py- ska. Talţ był naprawdę Bagnold, człowiek gotów zanurzyć ba- dawczš dłoń w psiej paszczy. 1930. Pierwsza nasza podróż, wędrujemy na południe przez pustynię Jaghbub, przez tereny plemion Zwaya i Majabra. Siedmiodniowa wyprawa do El Taj. Madox i Bermann, jesz- cze czterech innych. Kilka wielbłšdów, koń i pies. Kiedy wyruszaliœmy, powtórzono nam starš maksymę: "Rozpoczynać podróż przy burzy piaskowej to dobry znak". Pierwszej nocy rozbiliœmy obóz przebywszy trzydzieœci kilometrów na południe. Następnego dnia obudziliœmy się o pištej rano i wyszliœmy z namiotów. Było zbyt zimno, że- by spać. Podeszliœmy do ognisk i usiedliœmy przy nich, na skraju najgłębszych ciemnoœci. Ponad nami gwiazdy. Słońce miało wzejœć za dwie godziny. Podawaliœmy sobie z ršk do ršk filiżanki z goršcš herbatš. Nakarmiono na wpół œpišce wielbłšdy; żuły daktyle połykajšc je wraz z pe- stkami. Zjedliœmy œniadanie i wypiliœmy znów po trzy f'ili- żanki herbaty. 127 Po kilku godzinach znaleŸliœmy się w burzy piaskowej, przyszła nie wiadomo skšd i przesłoniła jasnoœć poranka. Porywy wiatru, które nas zrazu odœwieżały, nabrały sily. Przypatrywaliœmy się powierzchni piasku, która zaczęła się zmieniać. - Pokaż mi ksišżkę... o tu. To jest Hassaneina Beja wspa- niały opis takiej burzy. "WygLcţda to tak, jak”y pod pouńerzchnicţ piasku znajdowaŁy się parowe pompy z tysicţ.cami otworów, przez które wytrys- kujcţ drobinki pary. Piasek kłębż się matymi strużkami i wirami. Ruch ten wzmaga sig w mia.rę nasilania się wiatru. Całţz po- wierzchnia pu.styni wydaje się unosić, jakby pod ciœnieniem jakiejœ ukrytej sity. Wzlatţuţjcţce kamyki godzrţ w golenie, kola- na, uda. árobiny piasku wbijajcţ się w ciało, dociercţjcţ do twa- rzy, unoszcţ się ponad głowcţ. Niebo jest zaslonięte, wzrok się- ga tyLko do naţblżższych przedmiotów, wszechœiuiat sig wypeł- nia". Musieliœmy się posuwać nadal. Jeœli się zatrzymasz, pia- sek pokryje cię, jak wszystko dokoła, co nieruchome, i za- sypie. Burza może trwać i pięć godzin. Nawet kiedy już póŸniej podróżowaliœmy ciężarówkami, musieliœmy jechać naprzód bez żadnej widocznoœci. Najgorsze zagrożenia przy- chodzš nocš. Kiedyœ, na północ od Kufra, o trzeciej nad ranem zostaliœmy zaskoczeni przez burzę. Porywy wiatru zrywały z masztów płachty namiotów, zawinięci w nie wta- czaliœmy się w piasek, tak jak tonšca łódŸ zanurza się w wodę, zagłębiajšc się weń, duszšc, aż wyratował nas poganiacz wielbłšdów. W cišgu dziewięciu dni przebrnęliœmy przez trzy burze piaskowe. Nie zdoialiœmy odnaleŸć kilku osiedli pustynnych, w których zamierzaliœmy uzupełnić zaopatrzenie. Koń gdzieœ zaginšł. Padły trzy wielbłšdy. Przez dwa ostatnie dni nie mieliœmy już żywnoœci, pozostała nam tylko herbata. Ostatniš więziš z zewnętrznym œwiatem było pobrzękiwanie puszki ze smolistoczarnš herbatš oraz odgłos łyżeczki w filiżance, który wypełniał nadranne ciemnoœci. Po trzeciej takiej nocy prze- 128 staliœmy się odzywać. Jedyne, co się liczyło, to ognisko i odrobina bršzowego płynu. Tylko szczęœliwy przypadek sprawił, że natrafiliœmy na pustynnš osadę EI Taj. Przeszedłem przez suk - alejš dzwo- nišcych zegarów, uliczkš barometrów, wzdłuż straganów z nabojami do strzelb, włoskim sosem pomidorowym i inny- mi konserwami z Benghazi, egipskimi perkalikami, ozdo- bami z muszli ostryg, koło ulicznych dentystów i sprzedaw- ców ksišżek. Nadal zachowywaliœmy milczenie, każdy z nas wyruszył do miasteczka na własnš rękę. Przejmowaliœmy ten nowy œwiat powoli, jakbyœmy ocaleli z potopu. Na głów- nym placu E1 Taj zasiedliœmy do jagnięcia z ryżem, cia- stek badawi, popijaliœmy mlekiem z bitym kremem migda- łowym. I to wszystko po wytrwałym oczekiwaniu na trzy ceremonialne filiżanki bursztynowej herbaty doprawionej miętš. Gdzieœ w roku 1931 przyłšczyłem się do karawany Beduinów i powiedziano mi, że jest tam jeszcze jeden z nas. Fenelon-Bar- nes, jak się okazało. Poszedłem do jego namiotu. Nie było go, wyruszył na własnš jednodniowš wyprawę, skatalogować ska- mieniałe drzewa. Obejrzałem sobie jego namiot, rozłożone w nim arkusze map, fotografie rodziny, które zawsze woził z so- bš, i tak dalej. Kiedy wychodziłem, spostrzegłem lusterko za- wieszone wysoko na skórzanej œcianie, a patrzšc na nie zoba- czyłem odbicie łóżka. Coœ na nim leżało, zwinięte pod kocem, może pies? Odchyliłem dżelabę i ujrzałem małš dziewczynkę arabskš, zwišzanš i pogršżonš we œnie. Około 1932 roku Bagnold miał już tych poszukiwań doœć, a reszta z nas rozproszyła się. W poszukiwaniu zagubionej arm Kambyzesa. W poszuldwaniu Zerzury. Lata 1932,1933 i 1934. Nie widywaliœmy się po kilka miesięcy. Tylko Beduini i my, kršżšcy po Szlaku Czterdziestodniowym. Odnajdowali- œmy szczepy pustynne, najpiękniejszych ludzi, jaldch w życiu widziałem. Byli wœród nas Niemiec, Anglik, Węgier, Afryka- 129 nin - iadne z tych okreœleń nic dla nas nie znaczyło. Stopnio- wo wyzbywaliœmy się narodowej tożsamoœci. Doszedłem do tego, że znienawidziłem pojęcie narodowoœci. Zostaliœmy zdeformowani przez państwa narodowe. Madox zginšł ze względu na narodowoœć. Pustynia nie da się podbić ani zawłaszczyć -jest to olbrzy- mia płachta miotana wichrami, nigdy nie przytwierdzona do podłoża żadnym kamieniem, opatrywana setkami imion na długo, zanim powstało Canterbury, zanim bitwy i traktaty pokawałkowały Europę i Wschód. Karawany, te zadziwiajšce wędrowne kultury, nie pozostawiajš po sobie nic, nawet żarzšcego się ogniska. My wszyscy, nawet ci z europejskimi domami i dziećmi, tam, w oddali, chcieliœmy zrzucić z siebie narodowš skórę. To było miejsce, gdzie się wierzy. Roztopili- œmy się w krajobrazie. Ogień i piasek. Opuœciliœmy oazowš przystań. Miejsca, w których dotykaliœmy wody... Ain, Bir, Wadi, Foggara, Khottara, Shaduf. Nie chciałem przeciwsta- wiać swego nazwiska tym pięknym imionom. Zmyć z siebie nazwisko! Zmyć narodowoœć! Tego właœnie nauczyła mnie pustynia. ů Ale cišgle nie brakło takich, którzy by chcieli pozostawić po sobie znak. W wyschłym łożysku rzeki, na kamienistym pagórku. Takie małe próżnostki na połaci ziemi rozcišgajšcej się na północny zachód od Sudanu, na południe od Cyrenajki. Fenelon-Barnes pragnšł nazwać swoim nazwiskiem skamie- niałe drzewa, które odkrył. Chciał nawet uszczęœliwić nim pewne plemię - przez cały rok prowadził w tej sprawie negocjacje. A potem przebił go Bauchan, nazywajšc własnym nazwiskiem pewien typ diuny piaskowej. Ja natomiast chcia- łem zatrzeć swoje nazwisko i miejsce, skšd pochodzę. Kiedy wybuchła wojna, po dziesięciu latach na pustyni było mi łatwo prLekraczać owe granice, nie przynależeć do nikogo, do żadnego narodu. Rok 1933 albo 1934, już nie pamiętam. Madox, Casparius, Bermann, ja i dwaj sudańscy przewodnicy wielbłšdów oraz 130 kucharz. Teraz podróżujemy fordami typu A, obudowanymi, i używamy wielkich kolistych balonów zwanych oponami pneumatycznymi. Dobrze się spisujš na piasku, ale ryzykow- ne jest jeżdżenie po gruntach kamienistych i skalnych rumo- wiskach. 22 marca wyruszamy z Khargi. Bermann i ja rozważamy hipotezę Williamsona, że to trzy wadi opisane przezeń w 1838 roku złożyły się na pojęcie Zerzury. Na południowy zachód od Gilf Kebir wznoszš się trzy wyodrębnione masywy granitowe wyrastajšce z równiny- Gebel Arkanu, Gebel Uweinat i Gebel Kissu. Oddalone od siebie o dwadzieœcia kilometrów. Dobra woda w niektórych wšwozach, ale w studniach w Gebel Arkanu jest gorzka, nie nadaje się do picia, chyba że w naglej potrzebie. Wil- liamson twierdził, że trzy wa.di utworzyły Zerzurę, ale nigdy ich nie zlokalizował i uznano to za wytwór fantazji. Ale nawet jedna oaza deszczowa wœród tych pokrytych kratera- mi wzgórz dostarczyiałţy wytłumaczenia, w jaki sposób Kam- byzes i jego wojska zdołali przebyć tę pustynię, jak się odbywały przemarsze Sanusiego w czasie Wielkiej Wojny, kiedy to olbrzymi czarni najeŸdŸcy przemierzali pustynię, na której rzekomo nie było wody ani pastwisk. Ten œwiat był ucywilizowany od stuleci, przecinały go tysišce œcieżek i dróg. W Abu Ballas znaleŸliœmy dzbany o kształtach klasycznych greckich amfor. 0 takich dzbanach wspomina Herodot. Bermann i ja rozmawiamy z tajemniczym, podobnym do węża starym człowiekiem w fortecy E1 Jof - w zbudowanej z kamienia sali, która niegdyœ była bibliotekš wielkiego szejka Sanusiego. Starzec należał do plemienia Tebu, jest przewodnikiem karawan, mówi po arabsku z obcym akcen- tem. "Jakby popiskiwal nietoperz" - powie potem Bermann cytujšc Herodota. Rozmawiamy z nim przez cały dzień i calš noc, a on nic nie wyjawia. Doktryna religijna Sanusiego, jej 131 założenia wcišż skrywane sš przed obcymi wraz z zawartymi w nich tajemnicami pustyni. 5 maja wspinam się na próg skalny i zbliżam do płaskowy- żu Uweinat od nie znanej mi dotšd strony. I znajduję się w szerokim wadi poroœniętym drzewami akacjowymi. Był taki czas, kiedy ludzie sporzšdzajšcy mapy nazywali nowo odkryte miejsca imionami kochanek, a nie własnymi. Ta dziewczyna dostrzeżona podczas dokonywania ablucji w czasie postoju karawany, osłaniajšca się muœlinem trzyma- nym w wycišgniętej ręce - dziewczyna o ramionach białych jak gołębica, co natchnęło starego arabskiego poetę do na- zwania oazy jej imieniem. Skórzany bukłak rozpryskuje nad niš wodę, ona owija się szatš, a uczony w piœmie starzec odwraca od niej wzrok i przystępuje do opisu Zerzury. Tak więc człowiek na pustyni może zanurzyć się w imieniu jak w odlnytym Ÿródle i w jego cienistym chłodzie może go ogarnšć pokusa, by nigdy już nie opuœcić tego schronienia. Wielkim moim pragnieniem było pozostać tam, wœród akacji. Wędrowałem nie przez takš okolicę, do której nikt nigdy nie dotarł, lecz przez takš, którš w cišgu stuleci gwałtownie i na krótko zapełniały różne ludy - armie czternastowieczne, kara- wany Tebu, najeŸdŸcy Sanusiego w roku 1915. A między tymi zasiedleniami nie było tu nikogo. Kiedy deszcze zanikały, aka- cje obumierały, wadi wysychały... Aż nagle wody pojawiały się ponownie po setkach lat. Sporadyczne powroty i zanikania, tak jak się dzieje z legendami i podaniami w toku dziejów. Wody na pustyni, umiłowane jak imiona kochanków, utrzy- mujesz w złšczonych dłoniach, niesiesz ich błękit do gardła. Wypijasz. Kobieta w Kairze wysuwa się z łóżka, przecišga na całš długoœć swego białego ciała i wychyla się z okna na deszcz, by chłonšć go swš nagoœciš. Hana pochyla się do przodu, podcţżajckc za tokiem jego opowie- œci, przţpatruţjcţc mu się bez słowa. Kim ona jest, ta kobieta? 132 Krańce ziemi nigdy nie sš tymi punktami na mapie, na które pada wzrok kolonistów chcšcych poszerzyć swš strefę wpływów. Po jednej stronie słudzy, niewolnicy i układy wła- dzy oraz korespondencja z Geographical Society. A po dru- giej pierwszy krok białego człowieka poza wielkš rzekę, jego pierwsze spojrzenie na górę, która tu była od zawsze. Kiedy jesteœmy młodzi, nie spoglšdamy w lustro. Wpatru- jemy się w nie, kiedy się już zestarzejemy, zatroskani o nasze imię, o naszš legendę, o to, co nasze życie będzie znaczyło dla przyszłoœci. Pysznimy się nazwiskami, które nosimy, zabiega- my o pierwszeństwo naszych odkryć, przewagę naszych arm, wyłšcznoœć naszego handlu. Dopiero postarzały Narcyz pożš- da swego bałwochwalczego wizerunku. A jednak ciekawi nas, co nasze życie może znaczyć dla przyszłoœci. Wmyœlamy się w przeszłoœć. Byliœmy młodzi. Wi- dzieliœmy, że potęga i bogactwo przemijajš. Wszyscy sypiali- œmy z Herodotem pod poduszkš. Wsza,Fc wiele z tych miost, co były w dawnych czasach wielkie, stato się ma,łymi, a te, które w moich czasach scţ wieLkie, były niegdyœ ma,łe. Wiedzcţc, że szczęœcie Ludzkie nigdy nie jest trwaŁe, wspomnę na róumi o jed- nych i drugich*. W roku 1936 młody człowiek nazwiskiem Geoffrey Clifton spotkał w Oksfordzie przyjaciela, który mu wspomniał o tym, czym się zajmujemy. Człowiek ten skontaktował się ze mnš, następnego dnia wzišł œlub, a w dwa tygodnie póŸniej przy- leciał wraz z żonš do Kairu. Para ta wlţoczyła w nasze życie - w lţšg nas czterech, księcia Kemala el Dina, Bella, Almƒsy'ego i Madoxa. Nazwš, która nam nie schodziła z ust, był Gilf Kebir. Gdzieœ tam w Gilfie mieœciła się Zezzura, która pojawia się w piœmiennictwie arab- slţm od trzynastego wieku poczynajšc. Jeœli sięgasz aż tak daleko w przeszłoœć, potrzebny ci jest samolot, a młody Clifton był bogaty, umial latać i był posiadaczem aeroplanu. Clifton dołšczył do nas w E1 Jof, na północ od Uweinatu. * Przekład Seweryna Hammera. 133 Siedział w swej dwuosobowej maszynie, a my podchodzili- œmy doń od strony naszej bazy obozowej. Uniósł się znad pulpitu sterowniczego i pocišgnšł łyk z flaszki. Jego młoda żona siedziała obok. - Nadaję temu miejscu nazwę Bir Messaha Country Club- oznajmił. Zauważyłem, że życzliwa niepewnoœć przeœliznęła się przez twarz jego żony; jej lwia czupryna, kiedy zdjęła skórza- ny hełm. ' Oboje byli młodzi, patrzyliœmy na nich jak na własne dzieci. Wyskoczyli z samolotu i uœcisnęliœmy sobie dłonie. Było to w roku 1936, na poczštku naszej histor... Zeskoczyli na ziemię ze skrzydeł motha. Clifton podszedł do nas trzymajšc w ręku flaszkę i wszyscy napiliœmy się ciepłego alkoholu. Był rozmiłowany w ceremoniach. Nazwał swš awionetkę "Rupert Bear". Nie sšdzę, by kochał pustynię, ale darzył jš podziwem, który brał się z respektu wobec naszych ostrych rygorów zachowania na niej; chciał im się podporzšdkować - jak student nowicjusz przestrzegajšcy ci- szy w bibliotece. Nie przypuszczaliœmy, że weŸmie z sobš żonę, ale jak sšdzę, przyjęliœmy to w sposób uprzejmy. Stała teraz wœród nas, a piasek wdzierał się jej we włosy. Kim byliœmy dla tej młodej pary? Jeden z nas napisał kilka ksišżek o formowaniu się diun, o pojawianiu się i znikaniu oaz, o zaginionych kulturach pustynnych. Wydawaliœmy się zainteresowani jedynie rzeczami, których nie można sprze- dać ani kupić, nie dbaliœmy o zewnętrzny œwiat. Dyskutowa- liœmy o szerokoœci geograficznej albo o wydarzeniach sprzed siedmiuset lat. 0 teorematach odkryć. 0 tym, że Abd el Melik Ibrahim el Zwaya, który mieszkał w oazie Zuck i wypasał wielbłšdy, był pierwszym człowiekiem zdolnym pojšć istotę fotografii. Cliftonowie przeżywali ostatnie dni swego miodowego miesišca. Pozostawiłem ich w towarzystwie mych kompanów i udałem się na spotkanie z pewnym człowiekiem w Kufra. Spędzałem z nim wiele dni, sprawdzajšc pewne hipotezy, które utrzymywałem w tajemnicy przed resztš ekspedycji. Wróciłem do bazy w E1 Jof w trzy dni póŸniej. 134 Staliœmy wokól naszego pustynnego ogniska. Cliftonowie, Madox, Bell i ja. Jeœli się ktoœ odsunšl o kilka centymetrów, nilmšł w ciemnoœci. Katharine Clifton zaczęła coœ recytować, moja głowa cofnęła się poza kršg œwiatła rzucany przez płonšcš gałšŸ. Miała twarz o klasycznej urodzie. Jej rodzice znani byli dobrze w œwiecie prawniczym. Należałem do ludzi, którzy nie zachwycajš się poezjš - póki nie usłyszałem, jak jš nam ta kobieta recytowała. I na pustynię przywołała swe dni uniwer- syteckie, pomiędzy nas tam, aby opisać gwiazdy w taki sam sposób, w jaki Adam czule pouczał kobietę, używajšc pełnych gracji metafor: ...Tak ane, choć ich nie widzimy w nocy, Nie lœnicţ daremnie, a nie scţdŸ, że gdyby Ludzi nie było, niebiosom nie trzeba Byłoby widzów, Bóg chce, by go wielbić, Midiony stworzeń duchowţch po ziemi Krcţżq, lecz dla nas scţ niedostrzegaLne Talc kiedy œpimg, jak po pwzebudzeniu, A nieu,stannie wieLbicţ jego dzżeła,, W nocy i we dnie zarówţw*. Tego wieczora zakochałem się w jej głosie. Tylko w głosie. Nie chciałem słuchać niczego innego. Wstałem i odszedłem dalej. Była wierzbš. Jak też by wyglšdała zimš, będšc już w moim wieku? Cišgle i zawsze widzę jš oczyma Adama. Plštanina jej ršk i nóg, kiedy się zsuwa po skrzydle samolotu, kiedy się pochyla poœród nas, by podsycić ogień, jej wycelowany we mnie łokieć, kiedy pije z manierki. W kilka dni póŸniej tańczyla ze mnš, kiedyœmy poszli caiš grupš na tańce w Kairze. Nawet lekko wstawiona, twarz zachowywała niewzruszonš. I jeszcze teraz myœlę, że w naj- * John Milton, Rcţj utracm?y, przeklad Macieja Stomczyńskiego. 135 większym stopniu odsłaniała jš ta właœnie twarz z chwili, kiedy oboje byliœmy podpici, nie zaœ twarz z tego czasu, lţedy byliœmy kochankami. Przez wszystlde te lata starałem się dociec, co się kryło w spojrzeniu, którym mnie darzyła. Wydawało się, że pogar- da. Tak mi się zdawało. Teraz myœlę, że mnie nim badała. Była niewinna, zadziwiona czymœ we mnie. Zachowywałem się tak, jak zwykłem się zachowywać w barach, ale tym razem znala- złem się w nieodpowiednim towarzystwie. Jestem człowie- kiem, który wyróżnia się swym sposobem bycia. I nie brałem pod uwagę, że ona jest młodsza ode mnie. S t u d i o w a ł a mnie. Po prostu. A ja czyhałem na jakiœ nie kontrolowany grymas na jej posšgowej twarzy, na coœ, co by jš odsioniło. Podaj mi mapę, a odtworzę ci miasto. Podaj mi ołówek, a narysuję ci pokój w południowej dzielnicy Kairu, mapy pustyni rozwieszone na œcianach. Zawsze była pomiędzy nami pustynia. Otwierałem oczy i spoglšdałem na maţę dawnych osiedli rozmieszczonych wzdłuż wybrzeża Morza Sródziemne- go - Gazala, Tobruk, Mersa Matruh i na południe, na odręcz- nie dorysowane wadi oraz na żółte plamy przedstawiajšce okolice, w które się wdzieraliœmy, by się w nich tracić. Moim za.daniem będzie krótkie opisanie kilku ekspedycji, wdzieraţjcţcych siţ w Cţiţf Kebir. Doktor Berwnann przeniesie nas póŸniej na pustynię, jaka 2stniała przed tysicţcami lat... W talţ oto sposób Madox przemawiał do geografów w Ken- sington Gore. Ale nie znajdziesz wzmianki o cudzołóstwie w protokołach Geographical Society. Nasz pokój nigdy się nie pojawia w szczegółowych sprawozdaniach, które odnotowujš każdy pagórek na naszej drodze i każde zdarzenie z naszej histor. Na ulicy, gdzie sprzedajš sprowadzone ze œwiata papugi, jeden rewir wydzielono dla ptaków gadajšcych. Ptaki szcze- kajš i gwiżdżš w rozgwarze, na zasłanej piórami alejce. Wie- 136 działem, które to plemię wędrujšce jedwabnym lub wielbłš- dzim szlakiem przeniosło je w maleńkich palankinach przez pustynię. Czterdziestodniowa wędrówka, od kiedy niewolnicy schwytali ptaki i zasadzili je jak kwiaty w podzwrotnikowych ogrodach, a póŸniej wsadzili do bambusowych klatek i spu- œcili na wody rzeki, którš jest handel. Pojawiały się jak panny młode ze œredniowiecznych romansów. Stanęliœmy poœród nich. Pokazywałem jej miasto, jakiego nie znała. Dotlţęła mej ręki przy nadgarstku. - Gdybym ci poœwięciła życie, odrzuciłbyœ mnie, prawda? Nic jej nie odpowiedziałem, V Katharine Kiedy po raz pierwszy jej się przyœnił, obudziła się obok męża z krzykiem. Przerażonym wzrokiem wodziła po przeœcieradle, siedzšc z otwartymi ustami. Mšż położył jej rękę na plecach. - Sen mara. Nie przejmuj się. - Tak - Podać ci łyk wody? - Tak Siedziała bez ruchu. Nie mogła położyć się z powrotem, powrócić na to terytorium, na którym oboje przebywali. Sen rozgrywał się w tym pokoju - jego ręka na jej szyi (czuła jš teraz), jego złoœć zwrócona ku niej, złoœć, którš odczuwała już od pierwszych chwil ich znajomoœci. Nie, nie złoœć, brak zainteresowania, irytacja na zamężnš kobietę, która się między nimi znalazła. Byli objuczeni jak zwierzęta, a on zawiesił jej na plecach taki ciężar, że nie była w stanie oddychać pod tym jarzmem. Mšż podał jej szklankę na tacy, ale nie mogła rozłšczyć sple- cionych ršk, drżały. Niezgrabnie przybliżył jej szklankę do ust, tak by mogła łyluZšć chlorowanej wody, kilka lţopel spłynęło jej po brodzie i skapywało na brzuch. Kiedy się na powrót położyła, ledwo miała czas pomyœleć o tym, czego była œwiadkiem w swych mţjakach, a natychmiast zasnęła głębolţm snem. To było pierwsze rozpoznanie. Przypominała je sobie chwilami następnego dnia, ale była bardzo zajęta i nie zaj- mowała się nim dłużej, usuwała je z myœli; takie tam przy- padkowe zetlniięcie w zatłoczonej wizjami nocy, nic ponadto. W rok póŸniej nadeszły inne, niebezpieczniejsze, bo spo- kojne sny. Ale jeszcze w pierwszym z nich odczuwała jego 138 rękę na szyi i oczekiwała, w jaki sposób jš ukoi, by jš przygotować na przemoc. Kto rozsiewa te olţuszynki jadła, by cię zwabić? Wiodšce do człowieka, któremu nigdy nie ufałaœ. To tylko sen. A potem dalsza seria snów. Powiedział póŸniej, że to było polţewieństwo. Polţewień- stwo na pustyni. To się zdarza. Lubił to słowo - polţewień- stwo wody, polţewieństwo dwóch lub trzech osób w samocho- dzie przemierzajšcym przez szeœć godzin Morze Piaskowe. Jej spocone kolano obok dršżka zmiany biegów w ciężarówce, kolano umykajšce, podskakujšce na wybojach. Na pustyni masz czas na wpatrywanie się we wszystko, na rozważanie choreografii wszystkich rzeczy wokół ciebie. Kiedy tak rozprawiał, nienawidziła go, oczy jej zachowywały wyraz uprzejmy, ale umysł czekał na sposobnoœć, by go skarcić. Zawsze chciała go karcić i zrozumiała, że to pragnienie miało charakter seksualny. Wedle niego wszellţe zwišzki zmierzały do form slţystalizowanych. Zawierasz powinowactwo - albo się wyłšczasz. Tak jak, jego zdaniem, w Dziejach Herodota formowa- ły się społeczeństwa. Zapewniał, że wyniósł ze œwiata, który opuœcił przed laty, doœwiadczenie niezbędne w walce o odkry- cie na poły wymyœlonego œwiata pustyni. Ekwipunek załadowali na samochody na lotnisku w Kai- rze, jej mšż doglšdał napełniania baków motha benzynš przed wyruszeniem w drogę. Madox pobiegł do jednej z am- basad, by wysłać telegram. On sam wybrał się jeszcze do miasta, żeby się upić - taki zwyczajowy pożegnalny wieczór w Kairze, najpierw Madame Badin's Opera Casino - a potem błšdzić uliczkami wokół Pasha Hotel. Spakował się już przed nastaniem wieczoru i dzięki temu mógł po prostu wskoczyć na ciężarówkę następnego rana. Zawiózł jš więc do miasta, w wilgotnej duchocie, w powol- nym o tej godzinie, tłocznym ruchu ulicznym. - Straszny upał. Napiłabym się piwa. A ty? - Nie. Mam sporo spraw do załatwienia przez te kilka godzin. Wybacz. 139 - W porzšdku - odpowiedziała - nie chcę ci przeszkadzać. - Napiję się z tobš, jak wrócę. - Za trzy tygodnie? - Coœ koło tego. - Chciałabym pojechać z wami. Nic na to nie odpowiedział. Przebrnęli przez most Bulaq, tłok stawał się coraz większy. Zbyt wiele wozów, zbyt wie- lu przechodniów zawładnęło ulicami. Przebijał się na połud- nie, wzdłuż Nilu, w stronę hoteţlu Semiramis, w którym mie- szkała. - Tym razem odnajdziesz Zerzurę, prawda? - Muszę jš odnaleŸć. Był talţ jak zawsze. Niemal na niš nie patrzył w czasie jazdy, nawet lţedy grzęŸli w jakimœ korku na kilka minut. Pod hotelem zachowywał się nadzwyczaj uprzejmie. Kiedy przybierał tę pozę, lubiła go jeszcze mniej; wszyscy przy- wdziewali maskę uprzejmej dwornoœci. Przypominało jej to psiš tresurę. Do diabła z niš. Gdyby nie to, że jej mšż miał z nim pracować, wolałaby go już więcej nie spotkać. Sięgnšł po jej torbę podróżnš leżšcš na tylnym siedzeniu i zamierzał wnieœć jš do hallu. - Daj, wezmę jš sama - sulţię miała mokrš na plecach, gdy wysiadała. Portier wycišgnšł rękę po jej torbę, ale on powiedział: Nie trzeba, pani chce jš nieœć sama - i znów rozzłoœciło jš to zapewnienie. OdŸwierny oddalił się. Zwróciła się ku niemu, kiedy podawał jej bagaż, stanęli twarzš w twarz, niezdarnie trzymał jej torbę obiema rękami. - No to do zobaczenia. Pomyœlnoœci' - Tak. Będę ich wszystkich pilnował. Będš bezpieczni. Skinęła głowš. Stała w cieniu, on jakby nie zwracał uwagi na upał, pozostawał na słońcu. Potem nagle podszedł do niej bliżej, tak że przez chwilę myœlała, że chce jš objšć. Ale tylko wycišgnšł przed siebie rękę i pzzejechał niš po jej szyi u nasady karku tak, że odczuła dotyk całej długoœci jego przedramienia. ţ Bywaj. I odszedł do samochodu. Czuła teraz na sobie jego pot, jak 140 krew pozostawionš przez brzytwę, którš gest jego ręki wyda- wał się naœladować. Bierze do ršk poduszkę i kladzie jš sobie na podołku, jak tarczę obronnš przed nim. Jeœli ci się oddam, nie będę się tego wypierała. I ty się tego nie wypieraj. Podnosi poduszkę ku sercu, jakby chciała osłonić tę częœć ciała, która uległa kontuzji. - Czego najbardziej nie lubisz? - pyta. - Kłamstwa. A ty? - Zawłaszczenia - odpowiada. - Kiedy mnie opuœcisz, za- pomnij o mnie. Jej pišstka wycišga się ku niemu i godzi z siłš w koœć policzkowš tuż pod olţem. Kobieta ubiera się i wychodzi. Codziennie, kiedy wracał do domu, dostrzegał w lu- strze czarnego siniaka. Dziwił się nie tyle siniakowi, ile rysom swej twarzy. Bujne brwi, których przedtem nie dostrzegał, za- czštki siwizny w piaskowego koloru włosach. Nie przepatrywał swej twarzy w lustrze w ten sposób od lat. To były bujne brwi. Nic nie jest w stanie utrzymać go z dala od niej. Kiedy nie przebywa na pustyni z Madoxem ani z Berman- nem w arabskich bibliotekach, spotyka się z niš w parku Groppi - obok obficie nawodnionych sadów œliwkowych. Jej tu najlepiej. Jest kobietš, która potrzebuje wilgotnoœci, która zawsze uwielbiała nislńe zielone żywopłoty i paprocie. Jemu taka intensywna zieleń wydaje się czymœ odœwiętnym. Z parku Groppi przechodzš na stare miasto. Do południo- wej dzielnicy Kairu, dokšd Europejczycy rzadko trafiajš. W jego mieszkaniu mapy pokrywajš całe œciany. I mimo sta- rań, jakie wklada w jego umeblowanie, ma ono cišgle chara- kter bazy obozowej. Leżš objęci, wibrujšcy cień wentylatora pada na ich ciała. 141 Przez cały ranek pracował wraz z Bermannem w muzeum archeologicznym porównujšc teksty arabskie z europejski- mi zapisami historycznymi, aby odnaleŸć każde echo, zbież- noœć, wymiennoœć nazw - przeskakiwali od Herodota do Kitab aL Kanuz, gdzie Zerzura otrzymała swe imię od imienia kšpiš- cej się kobiety z pustynnej karawany. A teraz tutaj, takie powolne migotanie cienia rzucanego przez wentylator A teraz tutaj, talńe czułe wymienianie się sobš i echo wspomnień z dzieciństwa, wspomnienie blizny, sposobu całowania. - Co ja mam zrobić. Co ja mam zrobić! Jak mogłam zostać twojš kochankš! On oszaleje. Lista blizn. Różne kolory posiniaczeń - lekka rdzawoœć przechodzšca w bršz. Talerz, z którym przechodziła przez pokój, którego za- wartoœć zrzuciła na ziemię i który stlukła mu na głowie, lţew trysnęla we włosy. Widelec, który mu wbiła w tyl karku, pozosta- wiajšc znaki, które lekarz wzišł za œlady lisich zębów. Kiedy podchodził, żeby jš wzišć w ramiona, rozglšdal się najpierw, jalde przedmioty znajdujš się w zasięgu jej ręki. Kiedy się z niš spotykał w obecnoœci innych w miejscach publicznych, blizny lub zabandażowanš głowę tlumaczyl na- głym hamowaniem taksówki, co jakoby sprawiło, że rozbił głowš okno. Podobnie tłumaczyl plamę jodyny na przedra- mieniu polţywajšcš otwartš ranę. Madox zamartwiał się tym, że nagle stał się tak podatny na wypadki. Łagodnie szydzila z nieudolnoœci jego wykrętów. Może to z powodu wieku, może powinien nosić okulary - dorzucał jej mšż tršcajšc łokciem Madoxa. A może to kobieta, z którš się zadaje - dodała. Popatrzcie, czy to nie kobiece pieczęcie i zadrapania? - To skorpion - odpowiedział. Androctonus austraLis. Kartka pocztowa. Staranne pismo wypełnia prostokšt. PoLowę cza,su, który mincţL, strawiŁam na zmaganiu się z sobcţ, żeby cię nie dotkncţć. Potem przestaţo już mieć znaczenie, czy cię 142 w ogóLe jeszcze zobaczę. To nie jest kwestia moraLna, tyLko kwestia tego, ile ty zniesiesz. Bez daty i bez podpisu. Czasem, kiedy może zostać z nim na noc, budzš ich przed œwitem trzy miejskie minarety wzywajšce do modlitwy. Od- prowadza jš przez rynek indygo leżšcy między poludniowš częœciš Kairu a jej hotelem. Piękne pieœni modlitewne prze- nikajš powietrze jak strzały, minarety odpowiadajš sobie nawzajem, oboje spacerujš tak przez ich dialog w chłodzie poranka, woń węgla drzewnego i konopi nadaje głębię powie- trzu. Grzesznicy w œwiętym mieœcie. Rozsuwa gwałtownie rękš talerze i szklanki na restaura- cyjnym stole, tak że ona mogłaby gdzieœ tam w mieœcie rozejrzeć się za przyczynš takiego hałasu. Jest bez niej, on, który nigdy nie czul się samotny przy wielomilowych odległo- œciach dzielšcych pustynne miasta. Człowiek na pustyni może hołubić w złšczonych dłoniach czyjšœ nieobecnoœć, wiedzšc, że wzmacnia go bardziej niż woda. Wie o takiej roœlinie z okolic E1 Tţj, z której sšczy się płyn w miejscu, gdzie zetnie się jej kwiat. Każdego ranka można wypić tyle tego płynu, ile by wystarczyło do wypełnienia odciętego kwiatu. Roœlina kwitnie w ten sposób przez cały rok, potem umiera z jakiejœ innej przyczyny. Leży w swym pokoju otoczony wyblaklymi mapami. Jest bez Katharine. Gniew zwraca przeciw wszelkim normom społecznym, wszelkiej ukladnoœci. Nie interesuje go już współżycie z innymi ludŸmi. Pragnie tylko jej mţjestatycznego piękna, teatru jej ekspresji. Łaknie tych minut tajemniczego namysłu wzajemnego, głębi wspól- nego pola, gdzie ich intymne obcoœci łšczš się jak sšsiednie strony zamykanej ksišżlţ. Został przez niš rozbity na kawałki. Jeœli ona mu to zrobiła, co on zrobil jej? 143 Kiedy zamyka się w swej wyniosłoœci, a on znajduje się na zewnštrz, w większej grupie ludzi, opowiada dowcipy, z któ- rych się sam nie œmieje. Z maniacldm ożywieniem drwi z histor odlţyć. Postępuje tak, kiedy jest nieszczęœliwy. Tylko Madox rozumie to zachowanie. Ale on nawet nie zaszczyca go spojrzeniem. Uœmiecha się do wszystkich, do mebli w pokoju, chwali ułożenie kwiatów, jakieœ bezosobowe sprawy. Ona Ÿle rozumie jego zachowanie przypuszczajšc, że on takiego właœnie zachowanra potrzebuje, i podawaja mury obronne majšce jš przed nim chronić. Nie może już znieœć tych murów. Buduj je sobie i ty, tłumaczy mu, skoro ja mam swoje. Wypowiada te słowa emanujšc pięlţem, któremu on nie może sprostać. Ona, w swych pięlţych strojach, z rozjaœnionš twarzš obdarzajšcš œmiechem każdego, kto się do niej uœmiechnie, przyjmujšcš z dziwnym grymasem jego gniewne żarty. On powtarza swe prowokujšce oœwiadczenia na temat odkryć, tak że w czasie którejœ wyprawy oswajajš się już z nimi wszyscy. W chwili, w której się odeń odwróciła, w hallu baru Grop- pi, zapadł w chorobę. Wie, że jedyny sposób, w jaki mógłby pogodzić się z jej utratš, polegałby na tym, że nadal by się niš zajmował, albo że ona zajmowałaby się nim. Żeby się w jalńœ sposób mogli nawzajem z tego wywieœć. A nie poprzez zbudowanie muru. Œwiatło słoneczne wlewa się do jego kairskiego pokoju. Ręka spoczywa na dzienniku wpisywanym w Dzieje Herodota, ciało pełne napięcia Ÿle wypisuje słowa, litery rozłażš się, jakby im brakło kręgosłupa. Nie umie zapisać wyrazów œwiatło słoneczne.Aniwyrazumiłoœć. Do tego mieszkania œwiatło wpada tylko od strony rzeki i leżšcej za niš pustyni. Pada na jej kark i stopę, na bliznę po zastrzyku ospy na jej prawym ramieniu, którš on tak kocha. Siedzi na łóżku obejmujšc ramionami swš nagoœć. On œciera otwartš dłoniš pot z jej barku. To mój bark, myœli 144 sobie, nie jej męża, to mój bark. W taki właœnie sposób kochankowie obdarzajš się nawzajem częœciami swego ciała. W tym pokoju nieopodal rzeki. W cišgu tych lţlku godzin, które dla siebie majš, w pokoju się œciemniło. 'Iţlko rzeka i poblask pustyni. W rzadkich chwilach, kiedy napływajš fale deszczu, podchodzš do okna i wystawiajš na zewnštrz wycišgnięte ręce, aby nabrać w nie tyle wody, ile zdołajš. Ulice wypełniajš okrzyki wywołane nagłš ulewš. - Już nigdy nie będziemy się kochać. Już się więcej nie zobaczymy. - Tak, wiem - mówi. Jest to noc jej nalegań na samš siebie, żeby wyjechać. Siedzi zamknięta w sobie, w pancerzu swej œwiadomoœci. On nie jest w stanie przebić się przez ten pancerz. Tylko ciałem jest jej bliski. - Nigdy więcej. Cokolwiek by się miało zdarzyć. - Tak - Myœlę, że by oszalał. Rozumiesz? Nie odzywa się, opanowujšc pragnienie zamknięcia jej w ramionach. W godzinę póŸniej spacerujš w suchym powietrzu nocy, słyszš z oddali gramofonowe piosenki z kina Music for All, którego olţa otwarte sš na oœcież. Będš się musieli rozstać, zanim skończy się seans i na ulicę wylegnš ludzie, którzy mogš jš znać. Spacerujš po ogrodzie botanicznym w pobliżu katedry Wszystkich Œwiętych. Ona dostrzega samotnš łzę, wspina się na palce i zlizuje jš z jego policzka, przez chwilę trzyma jš w ustach. Tak zlizywała mu lţew z dłoni, kiedy się skaleczył przygotowujšc dla niej coœ do zjedzenia. Krew. Łza. Czuje, jak jego ciało czegoœ się pozbywa, jak wypełnia się dymem. 7ywa jest w nim tylko œwiadomoœć przyszioœci, przyszłego pragnie- nia i żšdzy. Nie może wypowiedzieć tego, co powinien powie- dzieć tej kobiecie, której otwartoœć jest jak rana, której młodoœć wydaje się nie mieć w sobie nic œmiertelnego. Nie umiałby wskazać, co kocha w niej najbardziej, może jej niezdolnoœć do kompromisu, gdy romans z wierszy, które lubi, 145 traktuje na równi z życiem. Poza tymi sytuacjami, jak wie, nie ma na œwiecie żadnego ładu. Noc jej nalegań na samš siebie. Dwudziesty ósmy wrzeœ- nia. Drzewa obeschły już z deszczu w cieple księżycowej poœwiaty. Żadna już kropla nie skapnie na niego jak łza. Rozstanie w parku Groppi. Nie spytał, czy jej mšż jest w do- mu, w tym prostokšcie œwiatła po drugiej stronie ulicy. Widzi w wyobraŸni kotłowaninę ršk w górze nad nimi, ich œcierajšce się kiœcie. Sposób; w jaki jej głowa i włosy zawisły nad nim, kiedy się kochali. Nie ma pożegnalnego pocałunku. Tylko zwykły uœcisk. Odrywa się od niej i odchodzi. Potem się odwraca. Ona stoi nadal tam, gdzie jš zostawił. Wraca, zatrzymujšc się o kilka kroków od niej, podnosi palec dla podkreœlenia swych słów. - Chcę, żebyœ wiedziała, że jeszcze za tobš nie tęsknię. Jego twarz wydaje się jej straszna, kiedy się próbuje uœmiechnšć. Ona odwraca głowę i uderza niš w słupek bra- my. On widzi, że to jš zabolało, dostrzega ţymas. Ale już się wycofali w głšb siebie samych, ona jest już poza swym murem. Jej odruch, jej ból sš już tylko przypadkiem, zdarze- niem. Unosi dłoń ku skroni. - Będziesz tęsknił - mówi. Od tego momentu w życiu - wyszeptała mu kiedyœ - albo zaczniemy odnajdywać duszę, albo jš zatracać. Jak to się dzieje? Zakochać się i zostać rozbitym na kawałki? Leżałem w jej objęciach. Podcišgnšłem jej bluzkę i oglš- dałem bliznę po zaszczepionej ospie. Kocham jš - powiedzia- łem. Tę jasnš aureolkę na jej ramieniu. Widzę to narzędzie rozdrapujšce skórę i wbijajšce szczepionkę, a potem odjęte od jej skóry, uwolnione od niej, wtedy, dawno temu, kiedy miała dziewięć lat i chodziła do szkoły. VI Ukryty samolot Spoglšda przed siebie, każdym okiem wytyczajšc osobnš œcieżkę, wzdłuż rozległego łóżka, w którego nogach stoi Hana. Kiedy go obmyła, ułamała koniuszek ampułki i podchodzi teraz ze strzykawkš. Podobieństwo. Łóżko. Odpływa kołysany morfinš. Lek wzbiera w nim, kondensujšc czas i przestrzeń w talţ sam sposób, w jaki mapy sprowadzajš œwiat do dwu- wymiarowej karty papieru. Długie wieczory kairslţe. Morze nocnego nieba, wrzaski sępów, zanim się uspokojš o œwicie,0dlatujšc ku pustyni. Wewnętrzna zgodnoœć tej sceny, jak rozsypanie przygarœci ziaren. W tym mieœcie w roku 1936 mogłeœ kupić wszystko - poczy- najšc od psa albo ptaka przylatujšcego na pierwszy sygnał ; gwizdka, do tych olţopnych smyczy, które przyczepia się do malego palca u ręlţ kobiety, żeby ci się gdzieœ nie zawieru- ' szyła na zatłoczonym rynku. W północno-wschodniej częœci Kairu był wielki dziedzi- I niec zapełniony studentami szkół religijnych, a za nim bazar Khan el Khalili. Ponad wšskimi uliczkami przyglšdaliœmy się kotom przesiadujšcym na wšskich, dziurawych dachach, spo- glšdajšcym o kolejne pięć metrów w dół, na chodnilţ i stra- j gany. Nasz pokój znajdował się powyżej tego wszystlţego. Olţa otwierały się na minarety, fellachów, koty, straszliwy zgiełk.0powiadała mi o ogrodach swego dzieciństwa. Kiedy nie mogła zasnšć,0drysowywała mi ogród swej matki, słowo po słowie, grzšdka po grzšdce, grudniowy lód polţywajšcy staw pełen ryb, poskrzypywanie obroœniętych różami altanek. 147 VI Ukryty samolot Spoglšda przed siebie, każdym okiem wytyczajšc osobnš œcieżkę, wzdłuż rozległego łóżka, w którego nogach stoi Hana. Kiedy go obmyła, ułamała koniuszek ampułlţ i podchodzi teraz ze strzykawkš. Podobieństwo. Łóżko. Odpływa kołysany morfinš. Lek wzbiera w nim, kondensujšc czas i przestrzeń w taki sam sposób, w jaki mapy sprowadzajš œwiat do dwu- wyzniarowej karty papieru. Długie wieczory kairslţe. Morze nocnego nieba, wrzaski sępów, zanim się uspokojš o œwicie, odlatujšc ku pustyni. Wewnętrzna zgodnoœć tej sceny, jak rozsypanie przygarœci ziaren. W tym mieœcie w roku 1936 mogłeœ kupić wszystko - poczy- najšc od psa albo ptaka przylatujšcego na pierwszy sygnał gwizdka, do tych olţopnych smyczy, które przyczepia się do małego palca u ręlţ kobiety, żeby ci się gdzieœ nie zawieru- szyła na zatłoczonym rynku. W północno-wschodniej częœci Kairu był wielki dziedzi- niec zapełniony studentami szkół religijnych, a za nim bazar Khan el Khalili. Ponad wšskimi uliczkami przyglšdaliœmy się kotom przesiadujšcym na wšskich, dziurawych dachach, spo- glšdajšcym o kolejne pięć metrów w dół, na chodnilţ i stra- gany. Nasz pokój znajdował się powyżej tego wszystlţego. Olţa otwierały się na minarety, fellachów, koty, straszliwy zgiełk. Opowiadała mi o ogrodach swego dzieciństwa. Kiedy nie mogła zasnšć, odrysowywała mi ogród swej matki, słowo po słowie, grzšdka po grzšdce, grudniowy lód polţywajšcy staw pełen ryb, poskrzypywanie obroœniętych różami altanek. 147 Chwy,tała mnie za przegub ręki i wiodła z sobš przez plšta- ninę œcieżek ku wgłębieniu u nasady szyi. Marzec 1937, Uweinat. Madox ma klopoty z powodu rozrze- dzonego powietrza. Pięćset metrów nad poziomem morza i już odczuwa skutki tej niewielkiej wysokoœci. Ale jest w końcu człowiekiem pustyni, który porzucił dla niej swš rodzinnš siedzibę Marston Magna w hrabstwie Somerset, zmienił swe przyzwyczajenia i nawyki, by móc przebywać mniej więcej na poziomie morza i w okresowo suchym klima- cie. - Madox, powiedz, jak się nazywa to zagłębienie u nasady kobiecej szyi? Z przodu. 0, tutaj. Co to jest, czy ma jakšœ anatomicznš nazwę? Zagłębienie wielkoœci odcisku twego kciuka? Madox przyglšda mi się przez chwilę w blasku księżyca. - WeŸ się w garœć - wymrukuje. ' - Pozwól, że ci coœ opowiem - Caravaggio zwraca się do Hany. - Był tam taki Węgier nazwiskiem Almƒsy, który praco- wał dla Niemców w czasie wojny. Latał trochę dla Afrika Korps, ale przedstawiał dla nich o wiele większš wartoœć. W latach trzydziestych zaliczano go do wielkich odkrywców pustyni. Znał każdš dziurę z wodš i uczestniczył w sporzšdza- niu map Morza Piaskowego. Wiedział o pustyni wszystko. Znał wszystkie dialekty. Czy to nie wydaje ci się brzmieć znajomo? Między dwiema wojnami ustawicznie podejmował wyprawy z Kairu. Jednš z nich przeznaczył na odszukanie Zerzury- zagubionej oazy. Potem, kiedy wybuchła wojna, przyłšczył się do Niemców. W 1941 był przewodnikiem szpiegów, przeprowa- dzał ich przez pustynię do Kairu. Chcę ci powiedzieć, że , uważam, że twój angielski pacjent wcale nie jest Anglikiem. - Oczywiœcie, że jest, co powiesz na te wszystkie kwietne kobierce w Gloucestershire? - Bardzo precyzyjne. Wszystko to jest precyzyjnym para- wanem. Pamiętasz, dwie noce temu, kiedy próbowaliœmy nadać psu imię? Pamiętasz? - Tak. - Jakie były jego propozycje? - Zachowywał się dziwnie tego wieczoru. - Bardzo dziwnie, bo mu wstrzyknšłem podwójnš dawkę morf'iny. Pamiętasz, jakie w5myœlał nazwy? Kilka z nich było jawnš kpinš. Ale trzy inne? Cicero, Zerzura, Dalila. - No i co? - "Cicero" to było zakodowane oznaczenie tego szpiega. Brytyjczycy go rozszyfrowali. Podwójny, a potem potrójny agent. Zwiał. "Zerzura" to coœ bardziej skomplikowanego. 149 - Wiem o Zerzurze. On cišgle o tym mówi. I o ogrodach. - Ale teraz mówi najczęœciej o pustyni. Angielskie ogrody sš bardzo skšpym parawanikiem. On kona. Myœlę, że tam, na pię- trze, masz Almƒsy'ego, człowieka, który wspomagał szpiegów. Siedzš na starym koszu w składziku na bieliznę, popatru- jšc na siebie. Caravaggio wzrusza ramionami: - A w każdym razie zachodzi taka możliwoœć. - A ja myœlę, że jest Anglikiem - mówi ona wcišgajšc do œrodka policzki, co czyni zawsze, kiedy coœ rozważa lub upewnia się co do czegoœ, dotyczšcego jej samej. - Wiem, że kochasz tego człowieka, ale on nie jest Angli- kiem. Przez pierwszš częœć wojny pracowałem na osi Kair- 'Iţypolis. Szpieg Rommla - Rebeka... - Co masz na myœli, jaki znów szpieg Rebeka? - W roku 1942, przed bitwš o E1 Alamein, Niemcy wysłali do Kairu szpiega o nazwisku Eppler. Używał on egzemplarza powieœci Daphne du Maurier Rebeka jako ksišżki kodów, jaldmi szyfrował przesyłane Rommlowi meldunki o ruchu wojsk. WyobraŸ sobie, że ta powieœć stała się dla pracowni- ków wywiadu brytyjskiego ksišżkš czytanš do poduszki. Na- wet ja jš przeczytałem. - Przeczytałeœ całš ksišżkę? - Dziękuję. Człowiekiem, który na osobisty rozkaz Rommla przeprowadził Epplera przez pustynię z 'lţypolisu do Kairu, był hrabia Ladislaus de Almƒsy. Był to szmat pustyni, której nikt inny nie zdołałby przebyć, to pewne. W okresie międzywojennym Almƒsy miał przyjaciół wœród Anglików. Wiellţch badaczy pustyni. Ale kiedy wybuchła wojna, przeszedł na stronę Niemców. Rommel prosił go o prceprowadzenie Epplera do Kairu przez pustynię, ponie- waż zbyt łatwe do odlţycia byłoby zrzucenie go z samolotu na spadochronie. Przebył z tym goœciem pustynię i doprowa- dził go do delty Nilu. - Dużo wiesz o tej sprawie. - Stacjonowałem w Kairze. Œledziliœmy go. Z Gialo wy- wiódl na pustynię grupę złożonš z oœmiu ludzi. Musieli prze- kopywać drogę dla ciężarówek przez ruchome piaski. Dopro- wadził ich do Uweinatu, granitowego płaskowyżu, gdzie 150 chcieli znaleŸć wodę i schronienie w jaskiniach. To była połowa drogi. W latach trzydziestych odnalazł tam jaskinie z malowidłami skalnymi. Ale płaskowyż byl penetrowany przez sprzymierzonych i nie mogli skorzystać z tamtejszych ! studni. Zawrócili więc na piaslţ pustyni. Napadali na brytyj- skie stacje benzynowe, by zdobyć paliwo. W oazie Kharga przebrali się w brytyjskie mundury, na samochodach wyma- I lowali brytyjslţe numery identyfikacyjne. Kiedy ich wypa- trzono z powietrza, zatrzymali się w jakimœ wadi na całe trzy dni, w całkowitym bezruchu. Piekli się na œmierć w piachu. 'Iţzy tygodnie zajęla im droga do Kairu. Almƒsy uœcisnšł dłoń Epplerowi i zostawił go. I tam straciliœmy go z oczu. Samotnie powrócił na pustynię. Sšdziliœmy, że przebył jš na powrót, że wrócil do Trypolisu. Ale wtedy właœnie widziano go po raz ostatni. Brytyjczycy wzięli Epplera pod kontrolę i używali kodu Rebeki, by podrzucać Rommlowi fałszywe informacje o E1 Alamein. - Nie mogę w to uwierzyć, Dawidzie. - Człowiek, który nam dopomógł schwytać Epplera w Kai- ' rze, nazywał się Samson. - Dalila. - Dokladnie. - Może to on jest Samsonem. - Tak zrazu myœlałem. Ale on mi wyglšda bardziej na , Almƒsy'ego. Miłoœnik pustyni. Dzieciństwo spędzil w Lewan- cie i kocha Beduinów. Ale co przede wszystkim wskazuje, że to Almƒsy, to umiejętnoœć latania. Rozmawiamy o kimœ, kto się rozbił w plonšcym samolocie.0 lţmœ poparzonym tak, że go nie można rozpoznać, kto w końcu trafił do ršk Anglików w Pizie.0 kimœ, kto nie ma trudnoœci z wymowš angielskš. Almƒsy chodził do szkoły w Angl. W Kairze uchodził za brytyjskiego szpiega. Siedziala na koszu patrzšc na Caravaggia. Powiedziała: - Myœlę, że niech sobie będzie, kim chce. To w końcu nieważne, po czyjej był stronie, no nie? Caravaggio odpowiedział: 151 - Chciałbym z nim jeszcze pogadać. Po zwiększonej dawce morfiny. Wydrzeć coœ z niego. Z nas obu. Rozumiesz? Spraw- dzić, do czego to wszystko doprowadzi. Dalila. Zerzura. Bę- dziemy mu dawali zastrzyki na zmianę. - Nie, Dawidzie. Opętała cię ta myœl. Wojna już się skoń- czyła. - Muszę to sprawdzić. Będę mu podawał koktajl Bromp- ton. Morfinę z alkoholem. WynaleŸli to w londyńskim szpitalu Brompton dla pacjentów chorych na raka. Nie bój się, to go nie zabije. Organizm szybko to wchłania. Mogę to przyrzšdzać z tego, co mamy w domu. Dawać mu to do picia. A potem przestawić go na czystš morfmę. Pzzyglšdała mu się, siedzšcemu na koszu, z rozjaœnionymi oczyma, uœmiechajšc się. W cišgu ostatnich tygodni wojny Cara- zapasy medyczne w pierwszych godzinach po przybyciu do pa- łacu. Małe tubki morfiny znalazły się teraz w jego posiadaniu. Przypominały pastę do zębów dla dzieci, pomyœlała, kiedy je zobaczyła po raz pierwszy i uznała za lţzykliwie ekstrawaganc- kie. Dwie lub trcy talţe tubki Caravaggio nosił przy sobie przez cały dzień, wcierajšc maœć w obolałe miejsca. Natknęła się kiedyœ na niego, wymiotujšcego wskutek przedawkowania, sku- lonego i trzęsšcego się w ciemnym kšcie; z trudem jš rozpozna- wał. Próbowała z nim rozmawiać, ale odwrócił głowę. Stwier- dziła, że z metalowej puszlţ z medykamentami zerwano wiecz- ko, z Bóg wie jalţm wysiłkiem. Pewnego razu, kiedy saper ska- leczył sobie boleœnie rękę o żelaznš bramę, Caravaggio wyrwał zębami szklany koreczek, wycisnšł morfinę, i wtarł jš w bršzo- wš dłoń, zanim ţ.osoœ 2dšżył się zorientować, co mu się apliktţje, i odepchnšć go gniewnie. - Zostaw go w spokoju. To mój pacjent. - Nie slţzywdzę go. Morf"ma i alkohol uœmierzajš ból. (3 CM3 KOKTAJLU BROMPTON. 3.00 PO POŁUDNIU) Caravaggio wyjmuje łagodnie ksišżkę z ręki rannego. - Kiedy spadłeœ tam na pustyni, to skšd leciałeœ? 152 - Z Gilf Kebir. Miałem tam kogoœ zabrać. W końcu sierp- nia. Tysišc dziewięćset czterdzieœci dwa. - W czasie wojny? Wszyscy przecież musieli się stamtšd wynieœć. - Tak Było tam tylko wojsko. - W Gilf Kebir? - Tak - Gdzie to jest? - Podaj mi ksišżkę Kiplinga... 0, tę. Na wewnętrznej stronie okładki Kima była mapa z ozna- czonš drogš, jakš przebył chłopiec ze Œwiętym. Ukazywała tylko częœć Ind - ciemno zalţeskowany Afganistan i Kasz- mir u podnóża gór. Wiedzie swš czarnš dłoń wzdłui rzeki Numi aż do 23o30' szerokoœci geograficznej. Potem przesuwa palec o lţlka cen- tymetrów na zachód, już poza obręb mapy, po swym policzku; dotyka koœci policzkowej. - 0, tu. Gilf Kebir, trochę na północ od Zwrotnika Raka. Na granicy egipsko-libijskiej. - Co się zdarzyło w 1942 roku? - Pojechałem do Kairu i wracałem stamtšd. Sypiałem wœród wrogów, majšc w pamięci stare mapy, odnajdywałem przedwojenne kryjówki z paliwem i wodš zdšżajšc do Uwei- natu. Teraz, lţedy byłem sam, szło mi to łatwiej. Już za Gilf Kebir ciężarówka eksplodowała, wypadłem z niej toczšc się po piasku, chcšc uniknšć jakiegokolwiek kontaktu z ogniem. Na pustyni człowiek najbardziej boi się ognia. Ciężarówka wybuchła prawdopodobnie wskutek sabotażu. Wœród Beduinów - których karawany przesuwały się nadal jak wędrowne miasta, wiozšc przyprawy, przenoœne pomiesz- czenia, doradców rzšdowych, dokšd tylko zechcš - znajdowa- li się szpiedzy. Owego czasu w każdej takiej karawanie zawsze znajdowali się zarówno Anglicy, jak i Niemcy. Porzuciwszy wrak ciężarówki, ruszyiem pieszo w stronę Uweinatu, gdzie, jak wiedziałem, znajdował się uluyty samo- lot. 153 - Poczekaj no, ukryty samolot? Co to znaczy? - Na długo przedtem Madox miał stary samolot, który ogołocił do szczętu - pozostawił tylko pulpit sterowniczy, majšcy kluczowe znaczenie dla lotów pustynnych. W czasie naszych wypraw na pustynię nauczył mnie latać; spacerowa- liœmy obaj wokół zakotwiczonej na linie maszyny, rozważajšc, czy utrzymywałaby się w górze przy wichrze, czy też wpada- łaby w wir. Kiedy samolot Cliftona - "Rupert - znalazł się w naszym obozie, Madox pozostawił starš maszynę na miejscu zakry- wszy jš brezentem i przytwierdziwszy do podłoża, w jednym z północno-wschodnich zakštków LTweinatu. Przez następne kilka lat piach stopniowo jš zasypywał. Nikt z nas nie sšdził, że jš kiedykolwiek zobaczymy. Była jeszcze jednš ofiarš pustyni. Po paru miesišcach moglibyœmy już pewnie przecho- dzić obok i nie rozpoznać jej konturów. Bo teraz w naszš historię wdarł się o dziesięć lat młodszy samolot Cliftona. - Więc do tej maszyny zmierzałeœ? - Tak. Cztery noce marszu. Zostawiłem tego człowieka w Kairze i wróciłem na pustynię. Wszędzie toczyła się wojna. Nagle pojawiły się "formacje". Bermannowie, Bagnoldowie, Slatin Paszowie - którzy w różnych okolicznoœciach ratowali sobie nawzajem życie - podzielili się na obozy. Zdšżałem do Uweinatu. Dotarłem tam około południa i wspinałem się ku grotom na płaskowyżu. Przy Ÿródle zwa- nym Ain Dua. - Caravaggio sšdzi, że wie, kim jesteœ - powiedziała Hana. Człowiek leżšcy na łóżku nie odpowiedział. - Mówi, że nie jesteœ Anglikiem. Pracował w wywiadzie w Kairze i przez krótki czas we Włoszech. Potem go złapali. Moja rodzina znała Caravaggia przed wojnš. Był złodziejem, Wierzyi w "przepływ rzeczy". Niektórzy złodzieje sš zbiera- czami, jak niektórzy odkrywcy, którymi pogardzasz, jak nie- którzy mężczyŸni w stosunku do kobiet albo niektóre kobiety w stosunku do mężczyzn. Ale Caravaggio nie był taki. Był zbyt ciekawy i zbyt hojny na to, żeby mu się wiodło w złodziejskim 154 fachu. Połowa rzeczy, które ukradł, w ogóle nie trafiła do jego domu. On uważa. że nie jesteœ Anglikiem. Przypatrywała się, z jakim spokojem przyjmował to, co mówiła: wyglšdało na to, że nie słucha zbyt uważnie jej słów. Że myœli o czymœ dalekim. W taki sam sposób Duke Ellington spoglšdał i rozmyœlał grajšc "Solitude". Przestała mówić. Dotarł do Ÿródła Ain Dua. Zdjšł z siebie ubranie i zamoczył je, potem zanurzył głowę i całe szczupłe ciało w błękitnej wo- dzie. W nogach odczuwał znużenie po czterech nocach marszu. Rozwiesił na skałach ubranie i wspišł się wyżej, między rozrzu- cone głazy, porzucajšc pustynię, która teraz, w roku 1942, stała się polem bitewnym, i nagi wlţoczył w mrok groty. Znalazł się wœród dobrze mu znanych malowideł, które odkrył przed czterema laty. Żyrafy. 'lţzoda. Mężczyzna ze wzniesionym orężem i w pióropuszu na głowie. Kilka postaci w pozach niewštpliwie pływackich. Bermann ma rację, że tu musiało kiedyœ być jezioro. Wszedł głębiej, do Groty Pływa- ków, gdzie jš był zostawił. I nadal się tam znajdowała. Wczoł- gała się w róg jaskini, szczelnie okryła spadochronem. Obie- cał był, że po niš wróci. Byłby szczęœliwy, gdyby to on zmarł w jaskini, w jej zaciszu z odmalowanymi na œcianach pływakami. Bermann opowia- dał mu, że w ogrodach Azji może wpatrywać się w głaz i wyobrażać sobie wodę albo przypatrywać się gładkiej po- wierzchni wody i uwierzyć, że lmyje w sobie twardoœć skały. Ale ona była kobietš, która się wychowała w ogrodach, w wil- gotnoœci, wœród słów takich jak s z p a 1 e r y i j e ż. Jej fascynacja pustyniš była chwilowa. Pokochała jej surowoœć ze względu na niego, pragnšc pojšć, jakie też pocieszenie znajduje w pustynnej samotnoœci. Zawsze lepiej czuła się w deszczu, w łazienkach wypełnionych wilgotnš parš, w sen- nym nawilżeniu, jak tej nocy w Kairze, kiedy wychyliła się z okna na deszcz i włożyła mokre ubranie, aby je osuszyć na sobie. Tak jak kochała tradycje rodzinne, i ceremonie w do- brym stylu, i zapamiętane wiersze. Nie pogodziłaby się z my- 155 œlš, że umrze bezimiennš œmierciš. Dla niej więŸ z przodkami była czymœ namacalnym, podczas gdy on zatarł za sobš œcieżkę, którš przybył. Zadziwiło go to, że go pokochała mimo tak utwierdzonej w nim anonimowoœci. Leżała na wznak, w pozycji, w jakiej spoczywajš œrednio- wieczni zmarli. Podszedłem do niej nagi, tak jak wtedy, w naszym pokoju w południowej dzielnicy Kairu, chcšc jš rozebrać, wcišż pragnšc się z niš kochać. . Co jest strasznego w tym, co zrobiłem? Czyż nie wybaczamy kochankom wszystldego? Wybaczamy sobkostwo, żšdzę, chy- troœć. Tak długo, jak dlugo znajdujemy po temu powód. Możesz się kochać z kobietš o złamanej ręce albo z kobietš chorš na grypę. Kiedyœ wysysała mi krew z rany na ręce, a ja posmakowaiem i połykałem jej krew menstruacyjnš. Sš takie słowa europejskie, których nie można przetiumaczyć na inny język. FelbomaLy. Mrok grobowcowy. Z konotacjami odzwier- ciedlajšcymi intymne zwišzlń zmarłych z żywymi. Wzišiem jš w ramiona, jakby pogršżonš we œnie. Ubranš jakby leżała w kołysce. Zaklóciłem ten spokój. Wyniosłem jš na słońce. Ubralem się. Ubranie wyschło tymczasem na nagrzanych głazach. Splotłem dłonie w krzesełko. Jak tylko dotarłem do piasku, przerzuciłem jš sobie przez ramię. Zdawałem sobie sprawę z lekkoœci jej ciała. Przywykłem do noszenia jej w ten sposób, owijala się wokói mnie w moim pokoju, jak skrzydlo wachla- rza - z wycišgniętymi rękoma, palcami rozsuniętymi w kształt rozgwiazdy. Wędrowaliœmy tak na północny wschód, w stronę wšwozu, gdzie byi ukryty samolot. Nie była mi potrzebna mapa. DŸwigałem z sobš bańkę benzyny przez całš drogę od rozbitej ciężarówki. Bo trzy lata wczeœniej byliœmy bezradni bez paliwa. - A co się stało trzy lata wczeœniej? - Była ranna. W 1939 roku. Jej mšż rozbił samolot. Zapla- nowane to było przez niego jako samobójstwo, które mialo 156 objšć nas troje. Już nie byliœmy wtedy kochankami. Ale przypuszczam, że wieœć o naszym wczeœniejszym zwišzku w jakiœ sposób do niego dotarła. - A więc byla zbyt ciężko ranna, żeby wyruszyć z tobš. - Tak. Jedynš szansš jej ocalenia było wyruszyć samemu po jakšœ pomoc. W grocie, po wszystkich tych miesišcach rozłški i gniewu, rozmawiali znów jak kochankowie, odsuwajšc spomiędzy siebie ów głaz, którym rozdzieliły ich społeczne prawa, w ja- kie żadne z nich nie wierzyło. Wtedy, w ogrodzie botanicznym, uderzyla głowš w slup bramy z determinacji i wzburzenia. Zbyt dumna na to, by być kochankš, tajemnicš. Nie ma komórki do wynajęcia w jej œwiecie. Zawrócił ku niej, z uniesionym palcem. Jeszcze za tobcţ nie tęsknię. Będziesz tgsknit. Przez te miesišce rozłški zgorzkniał i zamknšł się w sobie. Unikał jej towarzystwa. Nie mógł sprostać opanowaniu, z ja- kim na niego patrzyła. Dzwonił do nich do domu, rozmawiał z jej mężem i słyszał w głębi jej œmiech. Miała w sobie urok, którym wszystkich podbijała. To właœnie w niej kochał. Teraz nie ufał już niczemu. Podejrzewał, że go sobie zastšpiła nowym kochankiem. W każdym jej geœcie skierowanym do kogoœ innego upatrywal oznalţ przyzwolenia. Kiedyœ w hallu schwyciła Roundella za poły marynarlţ i potrzšsnęła nim, zaœmiewajšc się, a on coœ burczał pod nosem; œledził wtedy Bogu ducha winnego do- radcę rzšdowego przez dwa dni, by sprawdzić, czy ich coœ więcej nie łšczy. Już nie wierzył jej ostatnim pieszczotom. Zwróciła się przeciw niemu. Nie mógł znieœć nawet kuszšcych uœmiechów ku niemu lţerowanych. Nic wypijał napojów, które mu podawała. Kiedy w czasie obiadu zwracała mu uwagę na wazę z pływajšcš w niej liliš z Nilu, nie patrzyl w tę stronę. Jeszcze jeden pieprzony kwiatek. Miała teraz nowy kršg zaufanych, z którego wykluczyła i jego, i męża. Nikt do męża nie wraca. Na tyle znał się na miłoœci i naturze ludzkiej. 157 Kupił cienkš bršzowš bibułkę do papierosów i wkładał jej arkusiki między strony Dziejów, opowiadajšcych o wojnach, które go nie interesowały. Spisał wszystkie jej zarzuty przeciw sobie. Wkleił je do ksišżki - sobie przyznajšc tylko rolę obserwatora, słuchacza, "jego". Na kilka dni przed wojnš wyruszył po raz ostatni do Gilf Kebir, aby uporzšdkować bazę obozowš. Jej mšż miał go stamtšd odebrać. Mšż, którego kochali oboje, zanim zakochali się w sobie nawzajem. Clifton prLyleciał do Uweinatu, aby go zabrać umówionego dnia, zniżajšc się nad zaginionš oazš tak bardzo, że kiœcie akacji uczepiły się steru samolotu. Moth zeœliznšł się w doli- nę i zacišł - podczas gdy on stał na wzniesieniu daj šc sygnały kawałkiem brezentu. Samolot poderwał się ponownie, poto- czył w jego stronę i zarył w ziemię o czterdzieœci metrów przed nim. Niebieska smuga dymu spod podwozia. Ale nie było ognia. Jej mšż oszalał. Zabijajšc ich wszystkich. Zabijajšc siebie i żonę - a także jego, bo już nie było teraz drogi wyjœcia z pustyni. Tyle że ona nie zginęła. Uwolnił jej ciało, wyniósł je z pogiętego wraku samolotu, kryjšcego w sobie zwłoki jej męża. W jaki sposób wzbudziłeœ w sobie nienawiœć do mnie?- szepce w Grocie Pływaków, poprzez ból poranionego ciała. Złamany obojczyk. Połamane żebra. Byłeœ wobec mnie okro- pny. Dlatego właœnie mój mšż zaczšł cię podejrzewać. Cišgle tego w tobie nienawidzę - tego znikania na pustyni lub w barach. To t y porzuciłaœ m n i e w parku Groppi. Ponieważ mnie nie pragnšłeœ jak niczego na œwiecie. Ponieważ mi powiedziałaœ, że twój mšż zwariuje. Nie na długo. A jš zwariowalam jeszcze przed nim, uœmier- ciłeœ we mnie wszystko. Pocałuj mnie, dobrLe? Przestań się przede mnš bronić. Pocałuj mnie i zwracaj się do mnie po imieniu. 158 Ciała ich spotykały się w swych zapachach, w pocie, osza- lałe z pragnienia przebicia się przez tę cienkš otoczkę języ- kiem i zębami, jakby każde z nich mogło uchwycić w ten sposób istotę natury tego drugiego i wydobyć jš z jego ciała. Nie ma już teraz talku na jej ramieniu ani wody różanej na udzie. Myœlisz, że jesteœ obrazoburcš, ale nim nie jesteœ. Po prostu porzucasz coœ, czego mieć nie możesz, lub zastępujesz czym innym. Jeœli coœ ci się nie uda, wycofujesz się i zabierasz do czegoœ innego. Nic cię nie zmieni. Ile miałeœ kobiet? Porzuciłam cię, ponieważ zrozumiałam, że cię nigdy nie zmienię. Czasami zachowywaieœ się w swym pokoju tak spo- kojnie, nie odzywajšc się słowem, jakby największš zdradš wobec siebie samego miała być zmiana twej postawy, choćby na jotę. Rozmawialiœmy w Grocie Pływaków. Byliœmy oddaleni tyl- ko o dwa stopnie szerokoœci geograficznej od bezpiecznego schronienia w Kufra. Millţie i wycišga rękę. Caravaggio kładzie tabletkę mor- finy na czarnej dłoni, tabletka niknie w czarnych ustach mężczyzny. Przeszedłem łożysko wyschniętego jeziora do oazy Kufra, niosšc z sobš tylko ubranie dla osłony przed słońcem i chło- dem nocy, mojego Herodota zostawiłem przy niej. A w trzy lata póŸniej wędrowałem ku ulnytemu samolotowi niosšc jš tak, jak rycerz niesie swš zbroję. Na pustyni narzędzia przetrwania znajdujš się pod po- wierzchniš - troglodyckie jaslţnie, wody pulsujšce pod ulnytymi przed okiem roœlinami, broń, samolot. 25 długoœci, 23 szerokoœci, dokopywałem się do brezentu i nagle wyłonił się samolot Madoxa. Była noc, ale spociłem się nawet w jej chłodnym powietrzu. Odniosłem naftowš lampę i postawi- łem przy niej, przysiadłem na chwilę przy jej jakby uœpio- nej postaci. Dwoje kochanków i pustynia - œwieciły gwiazdy, 159 albo księżyc, nie pamiętam. A wszędzie wokół toczyła się wojna. Samolot wynurzył się z piasku. Nie miałem nic do jedze- nia, czułem się osłabiony. Kotwica była zbyţt ciężka, nie zdołałem jej wycišgnšć, po prostu jš odcišłem. Po dwóch godzinach snu, o œwicie, zasiadłem za pulpitem sterowniczym. Zapaliłem silnik, zaskoczył. Ruszyliœmy z miej- sca i, o całe lata zbyt póŸno, wzbiliœmy się w niebo. Głos zatrzymuje się. Poparzony człowiek patrzy przed siebie oszołomiony morfinš. Teraz ma w oczach samolot. Powolny dŸwięk wznosi go z wysiłkiem nad ziemię, maszyna zacina się chwilami, jakby traciła dach, jej warkot wdziera się do kabiny, warkot strasz- ny po wielodniowym marszu w ciszy. Spoglšda w dół i spo- strzega krople oliwy skapujšce na kolana. Skrawek jej sukni powiewa na wietrze. Akacja i koœć. Jak wysoko wzleciał ponad ziemię? Jak nisko wzbił się w przestworza? Podwozie zaczepia o czubek palmy, on podrywa samolot, plama oliwy na fotelu, jej ciało osuwa się na niš. Jalţeœ zwarcie wykrzesuje islţę, gałšzki akacji na jej kolanie pod- chwytujš ogień. Przerzuca jej ciało na tylne siedzenie. Wspie- ra się rękami w szkło tablicy rozdzielczej; szkło nie daje się usunšć. Szarpišc szklanš płytkš, rozkruszajšc jš, w końcu jš łamie i widzi języki i błyski ognia. Jak nisko znajduje się nad ziemiš? Ona zsuwa się z siedzenia - kwiaty i liœcie akacji, gałęzie, które przybrały formę ramion oplatajšcych się wokół niego. Wir powietrza zaczynš jš wycišgać z kabiny za wysta- jšce na zewnštrz ręce. Œlad morf'iny na języku. Odbicie Caravaggia w czarnym stawie jego oka. Wznosi się teraz i opada jak ramię studni. Krew gdzieœ na twarzy. Leci płonš- cym samolotem, płetwy hamujšce na skrzydłach rozwierajš się od pędu. Oni sš już padlinš. Jak daleko pozostawili za sobš drzewo palmowe? I jak dawno to było? Wycišga nogi z oleistej mazi, ale sš takie ciężkie. Nie jest już w stanie nimi poruszać. Jest starcem. Umęczonym życiem bez niej. Nie może już ułożyć się w jej objęciach i uwierzyć, że będzie go 160 strzegła dniem i nocš, kiedy zaœnie. Nie ma już nikogo. Jest wyczerpany nie pustyniš, lecz samotnoœciš. Madox odszedł. Kobieta przemieniła się w liœcie i gałšzki, połamana szyba nad nim wyszczerzona w niebo jak szczęka. Wsuwa się w nasycony oliwš spadochron i wychyla na dół, przez wybitš szybę, wiatr wpycha jego ciało z powrotem do kabiny. W końcu uţvalnia nogi, już zawisł w powietrzu, rozja- rzony, nie wiedzšc, dlaczego tak jaœnieje, aż do chwili, ů w której sobie uzmysławia, że płonie. Hana słyszy głosy dobiegajšce z pokoju rannego Anglika, stoi w hallu i stara się zrozumieć, co mówiš. No i jak? C2.ţdowne.' Teraz moja kolej. Ach.' Wspaniaţe, wspania,le' Nc‡jwiększy wyrcaZazek wszech czasów. Trafna uwaga, mlody cztowieku. Kiedy wchodzi, spostrzega I,ososia i rannego Anglika, wy- dzierajšcych sobie puszkę skondensowanego mleka. Anglik pocišga z puszki, a potem odsuwa jš od ust, żeby posmakować gęsty płyn. Rzuca promienny uœmiech I.ososiowi, który wyda- je się zirytowany tym, że nie ma dostępu do puszki. Saper spoglšda na Hanę, po czym prLechodzi na drugš stronę łóżka trzaskajšc palcami, próbujšc oderwać puszkę od ciemnej twarzy. - Odlţyliœmy wspólny przysmak. Chłopiec i ja. Mnie się on przyda w moich podróżach po Egipcie, jemu w podróżach po Indiach. - Czyœ kiedy próbował sandwicza ze skondensowanym mlekiem? - pyta saper. Hana przenosi wzrok z mężczyzny na chłopca. Łosoœ wpatruje się w puszkę. - Pójdę po drugš - mówi i wychodzi z pokoju. Hana spoglšda na mężczyznę na łóżku. - I I.osoœ, i ja jesteœmy międzynarodowymi bękartami - uro- dzonymi w jakimœ miejscu, a usiłujšcymi żyć w innym. Walczš- 162 cyzni przez całe życie o to, by albo powrócić, albo oderwać się na zawsze od ojczystej ziemi. Ale ł.osoœ jeszcze sobie tego nie uœwiadamia. To dlatego nam tak dobrze ze sobš. W kuchni Losoœ wybija dwa otwory w nowej puszce skon- densowanego mleka bagnetem, który - jak stwierdza - służy teraz coraz częœciej do tego celu, i wraca do sypialni rannego. - Musiałeœ się wychowyţ.vać gdzieœ indziej - mówi saper- Anglicy nie wysysajš puszek do samego końca. - Przez całe lata przebywałem na pustyni. Wszystkiego, co wiem, tam się nauczyłem. Wszystko ważne, co się w moim życiu zdarzyło, zdarzyło się na pustyni. Uœmiecha się do Hany. - Ktoœ mnie raczy skondensowanym mlekiem. Ktoœ inny mnie raczy morfinš. Być może odkryliœmv zrównoważonš dietę - odwraca się do Łososia: - Od jak dawna jesteœ sape- rem? - Od pięciu lat. Głównie w Londymie. A potem we Wło- szech. Zajmowałem się niewyţpałami. - Kto cię tego nauczył? - Pewien Anglik w Woolwich. LTważany za dziwaka. - To najlepsi nauczyciele. A więc był to z pewnoœciš lord Suffolk. Czy poznałeœ też pannę Morden? - Tak. Żaden z nich nie wcišga Hany w tę rozmowę. A ona chce się czegoœ dowiedzieć o tyţrn nauczy,cielu, o tynn, w jaki sposób by go opisał. - Łososiu, jalţ on był? Pracował w instyţtucie badawczym. Był szefem wydziału doœwiadczalnego. Panna vlorden, jego sekretarka, wszędzie mu towarzyszyła, a także jego szofer, pan Fred Harts. Panna Morden spisywała notatlţ, które jej dyktował pracujšc nad jakšœ bombš, a pan Harts podawał mu narzędzia. Był wspa- niałym człowiekiem. Nazyţvano ich Œwiętš 'Iţójcš. Wszyscy troje wy,lecieli w powietrze, w 1941. W Erith. Hana patrzy, jak saper opiera się o œcianę, podnoszšc jednš stopę tak, że podeszwa przywiera do malowidła. Nie 163 wyraża się w tej pozie żaden smutek, nic dajšcego się zinter- pretować. Różni mężczyŸni wydawali na jej rękach swe ostatnie tchnienie. W Anghiari próbowała przywrócić życie pięciu ludziom, by stwierdzić, że już właœciwie wszystkich nas stoczyły robaki. W Ortonie podawała papierosa do ust chło- pcu z amputowanymi nogami. Nic nie było w stanie jej zrazić. Czyniła swš powinnoœć głęboko skrywajšc swš sferę intymnš. Tak wiele sanitariuszekůzamieniło się w afektowane, spaczo- ne uczuciowo służebnice wojny, przybrane w swe żółto-szkar- łatne mundury o koœcianych guziczkach. Przypatruje się Łososiowi opierajšcemu głowę o œcianę, zna ten obojętny wyraz jego twarzy. Dobrze go rozumie. VII I n situ WESTBURY ANGLIA,1940 Kirpal Singh stał dokładnie w tym miejscu, w którym siodło musiałoby przylegać do końskiego grzbietu. Najpierw po prostu stał i machał rękš tym, których sam nie mógł wi- dzieć, ale wiedział, że będš mu się przypatrywać. Lord Suffolk patrzšc przez lornetkę zobaczył młodego czło- wieka z ramionami uniesionymi w górę w geœcie pozdro- wienia. Potem zsunšł się z kredowobiałego grzbietu konia z West- bury, wyrzeŸbionego w masywie wzgórza, zapadł w jego biel. Był teraz czarnš figurkš, tło rozjaœniało odcień jego skóry i jego mundur koloru khaki. Jeœli go lornetka nie zwodziła, lord Suffolk dostrzegał ciemnš szkarłatnš naszy- wkę na naramienniku Singha, œwiadczšcš o jego przynależ- noœci do oddziału saperskiego. Im wszystkim mogło się wydawać, że odcina się od tła jak kontur o zwierzęcych kształtach wycięty z papierowej mapy. Ale do Singha docie- rało tylko to, że jego buty żłobiš szorstkę kredę, kiedy się tak zsuwa ze wzgórza. Panna Morden schodziła jego œladem, z plecakiem prze- wieszonym przez ramię, podpierajšc się złożonš parasolkš. Zatrzymała się u podstawy wzgórza, otworzyła parasolkę i schroniła się w jej cieniu. I otworzyła notatnik. - Czy mnie słyszysz? - spytał. - Tak, wszystko w porzšdku - wytarła dłonie ubrudzo- ne kredš i przetarła okulary. Spojrzała w dal i, tak jak to robił Singh, pomachała rękš tym, których nie mogła do- strzec. 165 Singh jš lubił. W końcu była pierwszš Angielkš, z którš naprawdę rozmawiał, od kiedy przybył do Angl. Większoœć czasu spędzał w koszarach w Woolwich. W cišgu trzech mie- sięcy pobytu tutaj rozmawiał wyłšcznie z innymi Hindusami oraz z angielskimi oficerami. Kobieta zagadnięta w kantynie NAAFI odpowiadała na pytanie, ale takie rozmowy sprowa- dzały się do dwóch, trzech zdań. Był drugim co do starszeństwa synem w rodzinie. Najstar- szy miał wstšpić do arm, młodszy miał zostać doktorem, a najmłodszy biznesmenem. Tak nakazywała rodzinna trady- cja. Ale wojna wszystko pozmieniała. Wstšpił do pułku Sik- hów i przywieziono go do Angl. Po kilku miesišcach spędzo- nych w Londynie zgłosił się na ochotnika do oddziału saper- skiego i skierowano go do rozbrajania bomb, które nie wybu- chły. W 1939 sposób postępowania z nimi okreœlały słowa wysoce naiwne: Bomby, które nie wybuchły, uznaje się za podlzgajcţce kompetencjom Home Ofţcce, które wyraża zgodę na to, by zbieraLi je strażnicy A.R.P oraz poLicjanci i dostarcza,Li do stosownych składowislc, gdzie członkowie sił zbrojnych w należyty sposób je zdetonujrţ. Dopiero w 1940 roku Ministerstwo Wojny przejęło odpo- wiedzialnoœć za niewyţpały i złożyło jš na barki Saperów Królewskich. Uformowano dwadzieœcia pięć oddziałów sa- perslţch. Brakowało im wyposażenia technicznego, rozporzš- dzali tylko młotami, dłutami i narzędziami do naprawy dróg. Brakowało im specjalistów. Bomba jest konstrukcjcţ złożonct z następujctcn,ţch częœci: l. Kontenera, czyLi skrzyni; 2. ZapaLnika; 3. Ła,dunku detonţjcţcego, czyli spłonki; 4. Ładunku wybuchowego o wysokiej mocy: 5. Urzcţdzeń dodatkowych - płetw, uchwytów do prze- noszenia, obręczy umacniaţjrţcych itp. Osiemdziesišt procent bomb zrzucanych z samolotów na teren Wielkiej Brytan stanowiły cienkoœcienne bomby bu- rzšce. Ważyły zwykle od pięćdziesięciu do pięciuset kilogra- 166 mów. Bombę jednotonowš nazywano "Hermann" lub "Esau". Dwutonowš - "Szatan". Po dłuższym olţesie szkolenia Singh zasypiał z diagrama- mi i schematami bomb w ręku. Na pół œnišc, wkradał się do wnętrza cylindra w œlad za kwasem pilmynowym i poprzez zwoje i kondensatory docierał do zapalnika ukrytego głęboko w kţorpusie bomby. Wtedy budził się nagle. Kiedy bomba trafiała w cel, jego opór powodował porusze- nie kowadełka odpalajšcego detonator w zapalniku. Iskra przeskakiwała przez zwoje, wywołujšc wybuch sprężonego wosku. Kwas pikrynowy powodował z kolei wybuch głównego ładunku TNT, dynamitu i prochu aluminizowanego. Od uru- chomienia kowadełka do eksplozji mijały ułamki sekund. Najbardziej niebezpieczne były bomby zrzucane z nie- wielkiej wysokoœci, których mechanizm nie został uruchomio- ny. Te niewypały leżały sobie spokojnie po miastach i wsiach aż do chwili, kiedy coœ wprawiło w ruch kowadełko - laska przechodnia, kamyk spod koła samochodu, piłka tenisowa- i wtedy wybuchaly. Singha wraz z innymi ochotnikami przewieziono ciężarów- kš do wydziału badawczego w Woolwich. Był to czas, kiedy straty w oddziałach rozbrajajšcych bomby były przerażajšco wysokie. Powiększyly się jeszcze, kiedy padła Francja i Wiel- ka Brytania znalazła się w stanie oblężenia. W sierpniu rozpoczšł się Blitz i trzeba było rozbroić 2500 bomb, które nie wybuchły. Zamykano drogi, fabryki pustosza- ły. We wrzeœniu liczba bomb osišgnęła 3700. Sformowano sto nowych drużyn do ich rozbrajania, ale cišgle nie wiedziano, na jakiej zasadzie bomba działa. Przeciętny okres, w którym saper zdołał zachować życie przy tej pracy, wynosił dziesięć tygodni. Był to Wiek Bohaterski w hżstor rozbraţjania bomb, okres osobistej dzieLnoœci, kiedy poœpiech, a z drugiej strony niedostatek wiedzy i wţposażenia prowadziLy do podejmowania fantastyczne- go ryzyka... Ale byL to Wiek Bohateţrski, którego protagonżœci 167 pozostaLi nie znani, ponieważ ich działaLnoœć otoczona byLa ze wzgLędów bezpieczeństwa tajemniccţ. ByLo rzeczcţ bezsţrzecznie niepożcţdancţ, aby sprawozdania pubLiczne dopomagaLy nieprzy- jacielowi w doskonaleniu metod posLugiwania. się bronicţ. W samochodzie wiozšcym ich do Westbury Singh siedział z przodu, z panem Hartsem, a panna Morden z lordem Suf folkiem na tylnym siedzeniu. Humber koloru khaki stał się już sławny. Biotniki pomalowano jaskrawoczerwonš farbš- takim oznaczeniem wyróżniały się wszystkie oddziały rozbra- jajšce bomby-nocš niebieski fltr przesšczał œwiatło z lewe- go reflektora. Przed dwoma dniami człowiek spacerujšcy nieopodal słynnego kredowego konia wyleciał w powietrze. Kiedy saperzy przybyli na miejsce, stwierdzili, że jeszcze jedna bomba spoczywa w tym historycznym miejscu - na brzuchu wielkiego białego konia z Westbury, wyrzeŸbionego w kredowej skale w roku 1778. Wlţótce potem wszystkie kredowe konie ze wzgórz Downs - było ich siedem - zama- skowano, nie tyle dla ich zabezpieczenia, ile po to, by nie stanowiły tak widocznego punktu orientacyjnego podczas nalotów bombowych na Anglię. Na tylnym siedzeniu lord Suffolk snuł rozważania o migra- cji drozdów z objętych wojnš stref w Europie, o histor rozbrajania bomb, o œmietanie z Devon. Objaœniał młodemu Sikhowi obyczaje brytyjslde w taki sposób, jakby stanowiły jakšœ nowo odkrytš kulturę. Mimo iż był lordem Suffolk, mieszkał w Devon i do wybuchu wojny jego namiętnoœciš było studiowanie Lorny Doone i badanie, w jakim stopniu powieœć ta jest autentyczna pod względem historycznym i geograficznym. Przez większoœć zim wędrował po wioskach w okolicach Brandon i Porlock, i zapewniał teraz władze, że Exmoor jest najodpowiedniejszym miejscem do ćwiczeń w rozbrajaniu bomb. Dowodził dwunastoma ludŸmi - wybra- nymi ze względu na swe umiejętnoœci z różnych oddziałów, saperami i technikami. Singh znalazł się wœród nich. Przez większš częœć tygodnia stacjonowali w Richmond Park w Londynie, gdzie ich zapoznawano z nowymi metodami po- stępowania z niewypałami, a płowy jeleń spacerował między 168 nimi. Ale w weekendy zawożono ich do Exmoor, gdzie w ciš- gu dnia kontynuowano szkolenie. PóŸniej lord Suffolk zawoził ich do koœcioła, w którym Lorna Doone zostala zastrzelona w czasie swej ceremon œlubnej. "Z tego okna albo też z tamtych drzwi z tyłu... strzał wzdłuż rzędu ławek - wprost w plecy. Strzał rzeczywiœcie celny, choć oczywiœcie karygodny. Nikczemnik zakuty został w kajdany i wydarto mu mięœnie z ciala". W uszach Singha opowieœć ta brzmiała swojsko jak indyjska baœń. Najbliższš przyjaciółkš lorda Suffolka w tej okolicy była pewna pilotka, która nie znosiła ludzkoœci, ale lubiia lorda Suffolka. Chodzili razem na polowania. Mieszkała w małym dworku w Countisbury na cyplu, z którego roztaczał się widok na Kanał Bristolski. Każda wioska, którš mijali humberem, miała swe osobliwoœci, które lord Suffolk dokladnie opisywał. "To jest najlepsze miejsce, gdzie można kupić tarninowe laseczlţ do spacerów". Tak jakby Singh myœlal o tym, żeby pójœć w swym mundurze i turbanie do sklepu mieszczšcego się w narożniku domu w stylu Tudorów i pogawędzić z wła- œcicielem o laskach. Powiedział potem Hanie, że lord Suffolk byl najlepszym z Anglików. Gdyby nie wojna, nigdy by się nie ruszył z Countisbury, ze swego schronienia nazwanego Home Farm, gdzie raczył się winem przechowywanym w starej pralni. Pięćdziesięcioletni, żonaty, ale z usposobienia samo- tnik, wędrowal co dzień na cypel, aby odwiedzić przyjaciółkę pilotkę. Lubil utrzymywać rzeczy w należytym stanie - stare kotły pralnicze i generatory do pomp i pieców, napędzane kołem wodnym. Pilotce, pannie Swift, dopomagał w zbieraniu informacji o obyczajach borsuków. Tak więc podróż do lţedowego konia z Westbury wypeł- niona była anegdotami i informacjami. Nawet w okresie woj- ny wiedział, gdzie się zatrzymać na fliżankę najlepszej her- baty. Wkroczył do Pamela's Tea Room, z rękš na temblaku (miał wypadek z watš strzelniczš), prowadzšc swš trzódkę- sekretarkę, szofera i sapera - jak swoje dzieci. Nikt nie wiedział, w jaki sposób lord Suffolk zdolał przekonać Komi- tet UXB, by mu pozwolono zorganizować oddział doœwiad- czalny, ale jego pomysłowoœć wynalazcza zapewniała mu 169 pozycję wyjštkowo mocnš. Był samotnikiem, ale uważał, że jest zdolny do ogarnięcia zamysłu i celu lţyjšcego się za każdym wynalazkiem. Natychmiast sam wymyœlił kieszeń, w której saper mógł bezpiecznie nosić wymontowane w cza- sie pracy zapalnilţ i inne gadżety. Popijali herbatę i czekali na podanie jęczmiennych placu- szków, dyskutujšc o problemach rozbrajania niewypałów in situ, w miejscu, gdzie spadły. - Ufam panu, MisterůSingh, wie pan o tym, prawda? - Tak, Sir. - Singh go uwielbiał. Był przeœwiadczony, że lord Suffolk jest pierwszym prawdziwym dżentelmenem, ja- kiego napotkał w Angl. - Pan wie, że wierzę, iż pan to robi równie dobrze jak ja. Miss Morden będzie panu towarzyszyła i robiła notatki. Mi- ster Harts będzie czuwał nieopodal. Jeœli będzie pan potrze- bował dodatkowych narzędzi albo pomocy, proszę dać sygnał policyjnym gwizdkiem, a natychmiast do pana dołšczy. Nicze- go nie doradza, ale zna się œwietnie na wszystkim. Gdyby próbował coœ sam robić, będzie to oznaczało, że się z panem nie zgadza, i na pańskim miejscu poszedłbym za jego suge- stiš. Ale co do bomby prawo decyzji przysługuje panu. Oto mój pistolet. Zapalniki sš teraz pewnie bardziej wymyœlne, ale kto wie, może będzie pan miai szczęœcie. Lord Suffolk uczynił aluzję do pewnego wydarzenia, które przyniosło mu sławę. Odkrył metodę unieszkodliwiania za- palnika o opóŸnionym zapłonie poprzez odstrzeliwanie gło- wicy kulš z pistoletu wojskowego, co powodowało przerwanie pracy mechanizmu zegarowego. Metodę tę zarzucono, kiedy Niemcy wprowadzili nowy typ zapalnika, w którym mecha- nizm zegarowy ukryty był głębiej. Kirpal Singh obdarzony został przyjaŸniš i nigdy o tym nie zapomni. Jak dotšd, połowa czasu, jaki spędził na wojnie, upłynęła mu w bezpoœredniej bliskoœci tego lorda, który nigdy nie przekroczył granic Angl i zamierzał po zakończe- niu wojny nigdy już nie opuszczać Countisbury. Singh znalazł się w Angl nie znajšc tu nikogo, oddalony od rodziny 170 pozostawionej w Pendżabie. Miał dwadzieœcia jeden lat. Nie stykał się z nikim oprócz żołnierzy. Toteż kiedy przeczytał ogłoszenie wzywajšce do zgłaszania się na ochotnika do eksperymentalnego oddziału rozbrajajšcego bomby, mimo iż inni saperzy nazywali lorda Suffolk wariatem, uznał, że na wojnie trzeba zachować nad sobš kontrolę i że większš szansę na przeżycie ma pracujšc samodzielnie, u boku wybi- jajšcej się osobowoœci. Łosoœ był jedynym Hindusem pomiędzy ochotnikami, a lord Suffolk się spóŸnial. Zebrano ich piętnastu w bibliotece, se- kretarka poprosiła, by poczekali. Zasiadła przy biurku i spisy- wała ich nazwiska, żołnierze podrwiwali sobie z tego przepyty- wania i testu. Żadnego z nich nie znał. Podszedł do œciany i spojrzał na barometr, omal go nie dotlţšł, ale cofnšł rękę, przybliżajšc doń twarz. Very dry, Fair, Stormy. Wymrulńwał te wyrazy nadajšc im nowš angielskš wymowę. "Very dry. Very dry". Rozejrzał się po pokoju obejmujšc wzrolţem pozostałych, napotkał spojrzenie selţetarlţ, osoby w œrednim wieku. Przy- patrywała mu się uważnie. Hinduslţ chłopak Uœmiechnšł się i podszedł do półek z ksišżkami. I znów żadnej nie dotlţšł. W pewnej chwili podsunšł nos pod tom zatytułowany Rajmund, czyLi życie i œmierć pióra sir Olivera Hodge'a. Obok znalazł tytuł podobny. Pierre, czyLi nieokreœlonoœć. Odwrócił oczy i znów napo- tkał wzrok selţetarlţ. Poczuł się nieswojo, jakby przyłapano go na chowaniu którejœ z tych ksišżek do lńeszeni. Ona pewnie nigdy przedtem nie widziała turbana. Ci Anglicy! Chcš, żebyœ za nich walczył, ale się do ciebie nawet nie odezwš. Singh. I nie- olţeœlonoœć. Lord Suffolk był bardzo serdeczny, w czasie lunchu nale- wał wina każdemu, kto zechciał, i zaœmiewał się z dowcipów, które rekruci nieudolnie opowiadali. Po południu odbył się osobliwy egzamin, który polegał na tym, że rozdano im rozłożone na częœci różne mechanizmy, które trzeba było złożyć w całoœć, nie dysponujšc żadnš informacjš co do ich przeznaczenia. Mieli na to dwie godziny, ale oznajmiono, że mogš wyjœć wczeœniej, jeœli rozwišżš tę łamigłówkę. Singh 171 szybko zakończył egzamin, resztę popołudnia spędził na wynajdywaniu różnych przedmiotów, które dawały się złożyć z poszczególnych elementów. Miał poczucie, że gdyby nie kolor jego skóry, zostałby z miejsca przyjęty. Przybywał z kra- ju, w którym uzdolnienia matematyczne i mechaniczne były cechš naturalnš. Samochody nigdy nie ulegały unicestwie- niu. Ich częœci znoszono do wioski i wykorzystywano w ma- szynach do szycia albo pompach wodnych. Tylne siedzenia forda wymontowywano i przerabiano na kanapy. Większoœć ludzi z jego wsi sprawniej posługiwała się kluczem francu- skim lub œrubokrętem niż ołówkiem. Nieprzydatne częœci samochodowe wmontowywano w zegar szafkowy albo zama- chowe koło irygacyjne, bšdŸ też w mechanizm obrotowy krzesła biurowego. Łatwo też znajdywano antidotum na spu- stoszenia powodowane mechanizacjš. Przegrzany silnik sa- mochodowy chłodzono nie dodatkowymi skrzydełkami wia- traczka, lecz obkładajšc głowicę plackami krowiego łajna. To, co zobaczył w Angl, stanowiło zapas częœci, które w Indiach wykorzystywano by z pożytkiem przez dwieœcie lat. Był jednym z trzech aplikantów, których wybrał sobie lord Suffolk. Ten mężczyzna, który z nim nie rozmawiał (ani też nie œmiał się z jego dowcipów, po prostu dlatego, że on ich nie opowiadał), przeszedł przez pokój i położył mu rękę na ramieniu. Surowa sekretarka, która okazała się pannš Mor- den, wniosła na tacy dwie duże szklanlţ sherry, jednš podała lordowi Suffolkowi, drugš zaœ, zwracajšc się do Bososia: "Wiem, że pan nie pije" - wzięła sobie, po czym wycišgnęła jš w jego stronę. - Gratulacje, zdał pan œwietnie. Byłam pewna, że zostanie pan wybrany, zanim pan jeszcze przystšpił do egzaminu. - Miss Morden wspaniale zna się na ludziach. Wyczuwa w nich klasę i charakter. - Charakter, Sir? - Tak. Nie jest to tak naprawdę konieczne, ale mamy przecież pracować razem. Stanowimy tu coœ w rodzaju rodzi- ny. Miss Morden wybrała pana jeszcze przed lunchem. 172 - Musiałam się pilnować, żeby nie mrugnšć do pana okiem, Mister Singh. Lord Suffolk ponownie objšł Singha ramieniem i podpro- wadził do okna. - Pomyœlałem, że skoro mamy zaczšć pracę dopiero w po- łowie przyszłego tygodnia, mógłbym zabrać paru ludzi z od- działu do Home Farm. Moglibyœmy tam, w Devon, podsumo- wać naszš wiedzę i poznać się bliżej. Może pan pojechać z nami humberem. A więc dostšpił pasowania, wyzwolił się od chaotycznej machiny wojennej. Po roku pobytu za granicš przyjęty został do rodziny, powrócił niczym syn marnotrawny, zaproszono go do stołu, dopuszczono do rozmów. Było już prawie ciemno, kiedy wjechali z hrabstwa Somer- set do Devon drogš nadmorskš, z której widać było Kanał Bristolski. Pan Harts slţęcił w wšskš drogę obroœniętš wrzo- sem i rododendronami, ciemnokrwiste kolory w dogasajšcym œwietle. Jechali tak siedem kilometrów. Oprócz trójcy złożonej z lorda Suffolka, panny Morden i Hartsa w skład oddziału wchodziło szeœciu saperów. W ciš- gu weekendu przewędrowali wrzosowiska wokół murowane- go dworku. Do panny Morden, lorda Suffolka i jego żony dołšczyła na sobotniš kolację pilotka. Panna Swift powiedzia- ła Singhowi, że zawsze marzyła o tym, by ponad kontynentem przelecieć aż do Ind. Wywieziony z koszar Singh nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Była tam mapa zawieszona wyso- ko na stojaku, pod sufitem. Któregoœ ranka, kiedy został sam, rozwinšł mapę tak, iż sięgnęła podłogi. Countisbury and Area. Mapped by R. Fones. Drawn bţ desire of Mr. James Halţiday*. Drawn by desire... Zaczynał kochać język angielski. Sš razem w namiocie, kiedy opowiada Hanie o wybuchu w Erith. 250-kilogramowa bomba eksplodowała, kiedy lord * Countisbury i okolica. Nakreœlil R. Fones. Odxysowane na życzenie pana Jamesa Hallidaya. 173 Suffolk starał się jš rozbroić. Zabiła też pana Freda Hartsa i pannę Morden oraz czterech saperów, których lord Suffolk szkolił. Maj 1941. Singh służył w oddziale Suffolka od roku. Tego dnia pracował w Londynie wraz z porucznikiem Black- lerem, oczyszczajšc rejon Elephant i Castle z "Szatanów". Razem rozbrajali dwutonowš bombę i poczuli się zmęczeni. Zapamiętał, że zdziwił się, gdy uniósłszy głowę dostrzegł kilku oficerów zajmujšcych się rozbrajaniem niewypałów, którzy zmierzali w jegoůstronę. Pewnie znaleŸli kolejnš bombę. Było już po dziesištej wieczorem i czuł niebezpieczne znużenie. Czekała na niego jeszcze jedna bomba. Powrócił do pracy. Kiedy skończyli z "Szatanem", postanowił zaoszczędzić na czasie i podszedł do jednego z oficerów, który nagle odwrócił się, jakby się chciai oddalić. - Tak Gdzie ona jest? Mężczyzna ujšł jego prawš dłoń. Zrozumiał, że stało się coœ złego. Porucznik Blackler stał za nim, of'icer wyjaœnił, co się stało. Porucznik Blackler schwycił go za ramiona i przycisnšł do siebie. Pojechał do Erith. Odgadł, dlaczego oficer powstrzymał się od zadawania mu pytań. Rozumiał, że człowiek ten nie przybył po to tylko, by zawiadomić go o œmierci. Byli przecież na wojnie. Znaczyło to, że w pobliżu jest jeszcze jakaœ druga bomba, zapewne tak samo skonstruowana, i że jest tylko jeden sposób, by się dowiedzieć, na czym polegał błšd Suffolka. Chciał to zrobić sam. Porucznik Blackler nie powinien opuszczać Londynu. Tylko ich dwóch pozostało z całego od- dziaiu, głupotš byłoby ryzykować życie ich obu. Jeœli lord Suffolk się pomylił, to znaczy, że w bombie kryje się jakiœ nowy podstęp. W każdym razie chciał się z niš zmierzyć sam. Kiedy dwóch ludzi pracuje razem, rozszerza się pole operacji logicznych. Musisz się dzielić decyzjami i godzić na kompro- misy. W czasie tej nocnej jazdy musiał zapomnieć o emocjach. Aby przeżyć, trzeba zachować jasnoœć myœli. Panna Morden wypijajšca wielkš szklankę czystej whisky, zanim sięgnie po sherry. Tym sposobem może je sšczyć z wolna, udawać damę 174 przez resztę wieczoru. "Pan nie pije, Mr Singh, ale gdyby pan pił, robiłby pan to samo. Jedna czysta whisky i potem może już pan sobie popijać drobnymi łyczkami jak układny dwo- rzanin". Potem następował leniwy, głoœny œmiech. Była jedy- nš kobietš, jakš spotkał w życiu, która nosiła ze sobš duże srebrne flaszki. Tak więc ona stale popijała, a lord Suffolk stale pogryzał swe ciasteczka o nazwie "Kipling". Druga bomba spadła prawie o kilometr dalej. Też 250-ki- logramowa, typu SC. Wyglšdała znajomo. Zrzucano ich mnó- stwo, zazwyczaj całymi seriami. W taki to sposób toczono tę wojnę. Co pół roku wróg coœ w tych bombach zmieniał. Rozgryzałeœ ten trik, tę fanaberię, tę małš psotę i instruowa- leœ caly oddział. Wstępowaliœcie wtedy na wyższy stopień wtajemniczenia. Nie wzišł z sobš nikogo. Musiał ważyć każdy swój krok. Sierżant, który go wiózł, nazywał się Hardy i miał pozostać w jeepie. Radzono mu, żeby poczekał do rana, ale wiedział, że woleliby, żeby to zrobił zaraz. 250-kilogramówki były broniš zbyt rozpowszechnionš. Jeœli wprowadzono do niej jalţeœ udoskonalenia, trzeba je szybko poznać. Prosił, żeby zatelefonowali po lepsze oœwietlenie. Nie przejmowal się swym zmęczeniem, ale potrzebował właœciwego œwiatła. Kiedy przybył do Erith, miejsce, gdzie leżala bomba, było już oœwietlone. W blasku dnia, zwykłego dnia, zapewne oka- załoby się, że to pole. Żywopłoty, pewnie gdzieœ w pobliżu staw. Teraz było arenš. Zimno, pożyczył od Hardy'ego sweter i narzucił na siebie. Lampy będš go rozgrzewały. Kiedy podchodził do bomby, żyli nadal w jego pamięci. Egzamin. W jasnym œwietle wyraŸnie rysowala się porowatoœć meta- lu. Zapomniał teraz o wszystkim - poza podejrzliwoœciš. Lord Suffolk mawiał, że można spotka㠜wietnego szachistę majš- cego lat siedemnaœcie, albo i trzynaœcie, który może pokonać mistrza. Ale nie zdarza się spotkać dobrego brydżysty w tym wieku. Brydż jest funkcjš charakteru. Charakteru twojego i charakteru twoich przeciwników. Musisz poznać ich chara- ktery. To samo odnosi się do rozbrajania bomb. Jest to dwuosobowy brydż. Masz do czynienia z wrogiem. Nie z part- nerem. Niekiedy w czasie egzaminu kazałem im grać w bry- 175 dża. Ludzie sšdzš, że bomba jest urzšdzeniem mechanicz- nym, mechanicznym wrogiem. Ale trzeba pamiętać, że ktoœ jš zbudował. Boczna œciana bomby rozdarła się przy uderzeniu o ziemię i Singh widział materiał wybuchowy w jej wnętrzu. Czuł, że jest obserwowany, ale nie umiał orzec, czy przypatruje mu się lord Suffolk, czy też konstruktor tej pułapki. Intensywnoœć œwiatła rzucanego przez lampy wprawiała go w stan napię- cia. Obszedł bombę dookoła, przyglšdajšc się jej od każdej strony. Aby usunšć zapalnik, powinien otworzyć komorę i odnaleŸć detonator. Wyjšł z plecaka klucz francuski, ostroż- nie odkręcił płytkę u spodu korpusu bomby. Zaglšdajšc do œrodka stwierdził, że kaseta zapalnika spoczywa luzem, nie przytwierdzona do korpusu. Czy to dobry znak, czy zły, tego nie umiał jeszcze rozstrzygnšć. Problem połegał na tym, że nie wiedział, czy mechanizm został już wprawiony w ruch, czy już zaskoczył. HIęczał pochylony, rad, że jest sam, oko w oko z wyborem, którego ma dokonać. Czy skręcić w lewo, czy w prawo. Czy Odcišć to, czy tamto. Czuł się zmęczony i tłił się w nim gniew. Nie wiedział, ile ma czasu. Niebezpieczeństwo zwiększało się z każdš sekundš. Obejmujšc mocno wierzch cylindra, schwycił i wyrwał kasetkę zapalnika z wnętrza. I natychmiast zdjęły go dreszcze. Otrzšsnšł się. Bomba była już w zasadzie unieszkodłiwiona. Położył zapalnik ze zwojem kabli na tra- wie; w œwietle lampy wyglšdały czysto i łœnišco. Zaczšl przygotowywać korpus bomby do załadowania na ciężarówkę, stojšcš pięćdziesišt metrów dalej; czekajšcy tam ludzie mieli z niej wyjšć materiał wybuchowy. Kiedy go przesuwał w ich kierunku, trzecia bomba eksplodowała o ja- kieœ pół lţlometra od nich, niebo rozbłysło blaskiem, przy którym œwiatło lamp wydawało się delikatne, na ludzkš miarę. Jakiœ oficer podał mu kubek z czymœ, co musiało zawierać alkohol, odszedł na bok i zajšł się kasetkš zapalnika. Wdychał aromat napoju. 176 Nie było już poważniejszego niebezpieczeństwa. Jeœliby się pomylił, mały wybuch oderwałby mu rękę. Nie zginšłby od takiego wybuchu, mimo że przyciskał kasetkę do piersi. Problem stał się teraz kwestiš czysto technicznš. Zapalnik. Nowy "dowcip" w tej bombie. Powinien przywrócić pierwotny układ splotowi kabli. Pod- szedł do oficera i poprosił o resztę ciepłego płynu z termosu. Potem znów odszedł na bok i zajšł się zapalnikiem. Było już pewnieů koło wpół do drugiej w nocy. Zgadywał, nie nosił zegarka. Przez pół godziny wpatzywał się w zapalnik przez s2kło powiększajšce, rodzaj monokla, który nosił w kieszeni. Obracał zapalnik dokoła i próbował wypatrzeć w mosišdzu jaldœ œlad szczeliny w miejscu, gdzie go dolţęcono. Nic. PóŸniej zapragnie rozrywek PóŸniej, kiedy w jego umyœle ułoży się już własna historia wydarzeń i chwil, będzie potrze- bował jakiejœ przeciwwagi dla białego wybuchu spalajšcego lub burzšcego wszystko, ldedy on rozmyœla o zagadce utajo- nej w mechanizmie. Radio i kryształkowy odbiornik przyjdš póŸniej, a także brezent, chronišcy go przed deszczem i przed rzeczywistym życiem. Wtedy jednak głowę wypełnionš miał myœlš o czymœ, co pozostaje już w oddali, jak odblask gromu na chmurze. Harts i Morden i Suffolk zginęli, sš już tylko nazwiskami. Ponownie skierował wzrok na kasetkę zapalnika. W myœli odwracał jš dnem do góry rozważajšc różne możliwoœci. A potem przywracai jej położenie horyzontalne. Odkręcił wieczko, uniósł je, zbliżył doń ucho, tak że niemal dotykał zakrętki. Nie słyszał tykania. Mechanizm pozostawał uœpiony. Delikatnie odłšczył mechanizm zegarowy od trzonu zapalnika i obie częœci położył na trawie. Wzišł do ręki tubę kasetki zapalnika i zajrzał do wnętrza. Nic nie zobaczył. Już miał jš odłożyć na trawę, lţedy coœ mu przyszło do głowy i ponownie zbliżył jš do œwiatła. Nie dostrzegł w niej niczego niewłaœciwego, z wyjštkiem ciężaru. I nigdy by na ten ciężar , nie zwrócił uwagi, gdyby nie poszulţwał owego "dowcipu". Wszystko, co w takich razach robili, sprowadzało się do słuchania lub patrzenia. Ostrożnie przechylił tubę, ciężar przesunšł się ku jej otwartemu końcowi. Było więc jaldeœ 177 drugie urzšdzenie - zupełnie niezależny mechanizm - które należało rozmontować, aby rozładować zapalnik. Ustawił je naprzeciw siebie i odlţęcił wieczko. Bladozie- lony błysk i odgłos, jakby ktoœ strzelił z bata. Drugi detonator usunięty. Wyjšł go i położył obok pozostałych częœci zapalni- ka. Podszedł do jeepa. - W œrodku jest drugie urzšdzenie - wyszeptał - miałem szczęœcie wyrywajšc te wszystkie kable. Zadzwońcie do dowó- dztwa i sprawdŸcie, czy gdzieœ jeszcze majš takie niewypały. Nakazal żołnierzom odsunšć się od jeepa, wyjšł z niego tylne siedzenie i poprosił o ustawienie przenoœnej lampy. Zebrał trzy składowe częœci mechanizmu i ułożył obok siebie na tym zaimprowizowanym warsztacie. Było mu teraz zimno, próbował się ogrzać własnym oddechem. Rozejrzał się dooko- ia. W pewnym oddaleniu kilku żołnierzy wcišż wydobywało zasadniczy materiał wybuchowy z korpusu bomby. Szybko nakreœlił na kartce papieru schemat nowego mechanizmu zapłonowego i podał jednemu z oficerów. Nie przeanalizował go jeszcze do końca, ale będš mieli przynajmniej wstępnš informację. Kiedy słońce wpada do pokoju, w którym pali się kominek, ogień gaœnie. Kochał lorda Suffolka i jego dziwne informacje. Ale jego nieobecnoœć, oznaczajšca, że wszystko zależy teraz od Singha, sprawiła, że dotarła doń œwiadomoœć odpowie- dzialnoœci za wszystkie bomby tego rodzaju w całym Londy- nie. Uœwiadomił sobie nagle skalę tej odpowiedzialnoœci, brzemię, które - jak rozumiał - lord Suffolk dŸwigał przez cały czas. Ta œwiadomoœć wzbudziła w nim póŸniej potrzebę wyrzucenia z siebie tak wielu spraw, kiedy będzie rozgryzał zagadkę kolejnej bomby. Należał do tych ludzi, których nie interesuje choreogra ta władzy. Nie czuł się dobrze przy wysuwaniu i modyfikowaniu planów i zabezpieczeń. Czuł się powołany jedynie do rozpoznawania, do podejmowania kon- kretnych przeciwdzialań. Kiedy dotarło do niego, że lord Suffolk nie żyje, porzucił dotychczasowe zajęcie i ponownie wtopił się w anonimowš machinę wojskowš. Skierowano go na statek "Macdonald", który przewiózł setkę saperów na front włoski.15i używano ich nie do rozbrajania bomb, lecz 178 do budowania mostów, uprzštania gruzu, przygotowywania dróg dla opancerzonych wozów bojowych. Tkwił w tyzn aż do końca wojny. Mało kto już pamiętał Sikha z oddziału lorda Suffolka. W cišgu roku oddział rozpadł się i został zapomnia- ny. Tylko porucznik Blackler nadal wykonywał pracę odpo- wiadajšcš jego umiejętnoœciom. Ale tej nocy, kiedy Singh przejeżdżał przez Lewisham i Blackheath w drodze do Erith, odczuł, że przejšł od lorda Suffolka więcej wiedzy niż którykolwiek z saperów. Oczeki- wano, że go zastšpi. Cišgle jeszcze stał przy ciężarówce, kiedy usłyszał gwizdek sygnalizujšcy, że zaraz wyłšczš œwiatło. Po trzydziestu sekun- dach metaliczne oœwietlenie zastšpione zostało blaskiem rakiety fosforowej, padajšcym spoza ciężarówki. Kolejny nalot bombowy. Tego słabszego oœwietlenia używano, gdy słychać było nadlatujšce samoloty. Usiadł na pustej bańce po oliwie przypatrujšc się trzem częœciom, które wyjšł z bomby SC-250 kg, wokół niego syk płonšcych rakiet fosforowych, wdzierajšcy się w ciszę przenoœnej lampy elektrycznej. Czuwał i słuchał, oczekiwał tykania. 0 pięćdziesišt me- trów dalej drugi milczšcy człowiek. Zdawał sobie sprawę, że w tej chwili jest lţólem, mistrzem ceremon, może zażšdać wszystkiego, bukietu z piasku, ciasta owocowego - wedle życzenia; że ci ludzie, którzy po służbie nie podej…š do niego w barze, teraz spełniš wszelkie jego zachcianki. Wydało mu się to dziwne. Jakby odziano go we wspaniałš szatę, w którš może się zawinšć i której poły cišgnšć się będš po ziemi. Ale wiedział, że tego nie polubi. Przywykł do bycia niewidzial- nym. W różnych koszarach w Angl w ogóle go nie dostrze- gano, teraz powrócił do tej anonimowoœci. Ta samowystar- czalnoœć i zamlţięcie w sobie, które Hana póŸniej w nim dostrzegała, nie wynikały z faktu, że był po prostu saperem, jednym z wielu, jacy uczestniczyli w kampan włoskiej. W większym stopniu brały się stšd, że był anonimowym człowiekiem innej rasy, częœciš niewidzialnego œwiata. Schro- nił się za murem, jalţ wzniósł w sobie przeciw temu wszyst- kiemu, ufał tylko tym, którzy okazywali mu przyjaŸń. Ale tamtej nocy w Erith wiedział, że ma w sobie moc, która 179 pozwala mu dominować nad całym otoczeniem, pozbawionym jego szczególnego talentu. W kilka miesięcy póŸniej uciekł do Włoch, pakujšc cień swego nauczyciela do plecaka, w sposób, jaki podpatrzył u ubranego na zielono chłopca w Hippodromie, po raz pierwszy wyjeżdżajšcego na bożonarodzeniowe wakacje. Lord Suffolk i panna Morden chcieli go wzišć na jakšœ angielskš sztukę. Wybrał Piotrusia Pana; oboje zgodzili się bez słowa i poszli z nim na to haiaœliwe ţ-idowisko oglšdane przez tłum dzieci. Talţe właœnie wspomnienia nachodziły go, kiedy leżał w swym namio- cie z Hanš, w małym górskim miasteczku we Włoszech. Powoływanie się na przeszłoœć lub na właœciwoœci swego charakteru byłoby gestem zbyt krzykliwym. Z tego samego względu nigdy nie zwrócił się do niej z pytaniem o najgłębsze motywacje ich zwišzku. Odnosił się do niej z tš samš miło- œciš, jakš odczuwał do tych trojga osobliwych Anglików, z którymi jadał przy wspólnym stole, którzy przyglšdali się jego zachwytom i œmiechom oraz zadziwieniu, kiedy zielony chłopiec uniósł ramiona i wzbił się w ciemnoœć nad scenš, powracajšc po to, by nauczyć takich samych cudów dziew- czynkę z przyziemnie usposobionej rodziny. W rozœwietlanej flarami ciemnoœci w Erith przerywał pra- cę, ilekroć słyszał nadlatujšce samoloty i jedna po drugiej fosforowe rakiety spadały na piasek. Siedział wtedy w szem- rzšcej ciemnoœci, przesuwajšc ławeczkę samochodowš tak, by uchem dotykać tykajšcego mechanizmu, cišgle odliczajšc tykania i starajšc się je dosłyszeć pod buczeniem niemiec- kich bombowców na niebie. W końcu znalazł to, czego szukał. Dokładnie po godzinie licznik czasu zatrzymał się i talerzyk perkusyjny eksplodo- wał. Odsłonięta iglica wymierzona była w drugš, ukrytš spłonkę. šstawiono jš tak, by wywoływała eksplozję dokład- nie po szeœćdziesięciu minutach - czyli długo po tym, jak rutynowo postępujšcy saper obwieœciłby, że bomba została bezpiecznie rozbrojona. To nowe urzšdzenie zmieniło sposób działania wszystkich służb sprzymierzonych zajmujšcych się rozbrajaniem bomb. Od tej chwili każdš bombę z opóŸnionym zapłonem wyposa- 180 żano w drugi detonator. Nie było już możliwe, by saper rozbrajał bombę po prostu wyjmujšc z niej zapalnik. Bomby trzeba było rozbrajać nie naruszajšc zapalnika. A on w jakiœ sposób, w œwietle przenoœnych lamp, przejęty gniewem, zdo- łał wyjšć ów drugi zapalnik z tej głupiej pułaplń. W fosforyzu- jšcej ciemnoœci pod przelatujšcymi bombowcami obserwo- wał bladozielony rozbłysk o rozmiarach dłoni. Po godzinie. Przeżyi tylko dzięki szczęœciu. Podszedł do oficera i powie- dział: ů - Sir, chcę się upewnić rozbrajajšc drugi zapalnik. Œwiatło flar wokół niego. Znów blask wtargnšł w otaczajš- cš go ciemnoœć. Przez dalsze dwie godziny tej nocy sprawdzał kolejne zapalniki. Udowodnił, że ich opóŸniony o szeœćdzie- sišt minut odpai jest regułš. Spędził w Erith większš częœć nocy. Kiedy sig rano obudził, stwierdził, że znajduje się w Londynie. Nie umiał sobie przypomnieć drogi powrotnej. Wstał, podszedł do stołu i za- czšł kreœlić schemat bomby, spłonek detonatorów, całej stru- ktury ZUSţO, od zapalnika po pierœcienie obudowy. Potem pokrył ten rysunek wszystkimi możliwymi strzałkami wskazu- jšcymi miejsca, w których można się do tego mechanizmu ' dobrać, aby go rozmontować. Każda wykreœlona wyraŸnie, tekst objaœnień sformułowany jasno, tak jak go uczono. '.. To, co stwierdził minionej nocy,0kazało się prawdš. Wy- szedł cało tylko dzięki szczęœciu. Nie było innego sposobu rozbrojenia takiej bomby in situ, jak tylko przez jej zdetono- wanie. Wyrysował i wypisał wszystko, czego się o niej dowie- dział, na duiej kartce niebieskiego papieru. Pod spodem napisał: árawn on desire of lord SuffoLk, by his student Lieute- na,nt KirpaL Singh.10 May 1941*. , Po œmierci lorda Suffolka pracował wœciekle, do zupełnego I wyczerpania. Bomby cišgle doskonalono stosujšc nowe tech- niki i urzšdzenia. Kwaterował w Regent's Parku wraz z poru- * Narysowane na życzenie lorda Suffolka przez jego ucznia, porucz- nika Kirpala Singha.10 maja 1941. 181 cznikiem Blacklerem i trzema innymi specjalistami, poszu- kujšc rozwišzań, kreœlšc na niebieskim papierze schematy coraz to nowych bomb. W cišgu dwunastu dni, pracujšc w Dyrekcji Poszukiwań Naukowych, znaleŸli rozwišzanie. Trzeba całkowicie ignoro- wać zapalnik. Odejœć od podstawowej zasady, która giosiła: Rozbroić bombę". To było wspaniałe. Wszyscy w messie o icerskiej œmiali się, klaskali i podrzucali nawzajem do góry. Nie znali jeszcze klucza do tej zagadki, ale wiedzieli, że generalnie majš rację. Tego problemu nie można było roz- wišzać atakujšc wprost. Taka była strategia Blacklera. "Jeœli jesteœ zamknięty w pokoju z jakimœ problemem, spróbuj go podejœć z boku". Myœl zaimprowizowana. Singh podszedł do niego i zaproponował ujęcie problemu od innej strony. "A więc w ogóle nie będziemy dotykać zapalnika." Kiedy już do tego doszli, ktoœ znalazł rozwišzanie w cišgu tygodnia. Sterylizator parowy. Przyłšczano rurę do głównego korpusu bomby i wypłukiwano materiał wybuchowy sprężo- nš parš. Na razie miało to sprawę rozwišzać. Ale on już wtedy znajdował się na pokładzie statku płynšcego do Włoch. - Zawsze jest jakiœ znak żółtš kredš na minach. Zauważy- łaœ? Talţ sam znak wypisywano nam na grzbietach, kiedyœmy oczekiwali ustawieni w szeregu na dziedzińcu w Lahore. Posuwaliœmy się wolno w ogonku z ulicy do budynku szpi- talnego, a po wcišgnięciu na listę kierowano nas na dziedzi- niec. Coœ podpisywaliœmy. Doktor sprawdzał i badał stan naszego zdrowia jakimiœ instrumentami, obmacywał nam karki. Wyjmowai szczypce z pojemnika z płynem dezynfeku- jšcym i pobierał próbki skóry. Ci powołani do wojska przechodzili na dziedziniec. Zako- dowane wyniki badań wypisywano nam żółtš kredš na skórze. PóŸniej, w ogonku, po krótkim przeegzaminowaniu, oficer hinduski wypisywał jeszcze jakieœ oznaczenia żółtš lţedš na tabliczkach, które nam zawieszano na szyi. Waga, wiek, okręg, z którego pochodzimy, wykształcenie, stan uzębienia i do jalţej formacji najbardziej się nadajemy. 182 Nie czułem się tym upokorzony. Jestem pewien, że upoka- rzałoby to mojego brata, podszedłby rozzłoszczony do studni, zaczerpnšł wiadro wody i zmył z siebie te kredowe oznacze- nia. Ale ja nie byłem tald jak on. Chociaż go kochałem. I podziwiałem. W mojej naturze leżało dociekanie przyczyn wszystkiego. W szkole należałem do najbardziej dociekliwych i pilnych uczniów, co on przedrzeŸniał i wyœmiewał. Rozu- miesz oczywiœcie, że właœciwie byiem znacznie mniej poważ- ny niż on, tyle że nie dšżyłem do konfrontacji. Nie przeszka- dzało mi to robić wszystldego, na co miałem ochotę, i to robić w taki sposób, jaki sobie obrałem. Doœć wczeœnie odlţyłem znacznš przestrzeń rozcišgajšcš się ponad nami, dostępnš dla tych, którzy spokojnie dšżš do celu. Nie spierałem się z policjantem, który mi zabraniał przejeżdżać rowerem przez jakiœ most czy też bramę w forcie - po prostu stałem milczšc aż do chwili, w której zaczynałem być dlań niewidoczny i wtedy robiłem swoje. Jak w grze w lţykieta. Jak z ukrytš f'iliżankš wody. Rozumiesz? Tego mnie właœnie nauczyły otwarte walki staczane przez mego brata. Ale brat był dla mnie zawsze bohaterem, chlubš rodziny. Korzystałem ze œcieżek przezeń torowanych. Byłem œwiad- kiem chwil wyczerpania, które następowały po każdym z jego protestów, opadało napięcie, w jakim przeciwstawiał się bez- prawiu. Złamał tradycję rodzinnš i mimo iż był najstarszym synem w rodzinie, odmówił wstšpienia do arm. Odmawiał uczestnictwa we wszystkich działaniach, w których Brytyjczy- cy sprawowali władzę. Oni za to wtršcali go do swych więzień. Do centralnego więzienia w Lahore. Potem do więzienia Jatnagar. Leżał nocš na pryczy, z zagipsowanymi rękami, które mu łamali współwięŸniowie, aby go powstrzymać przed próbami ucieczld. W więzieniu stawał się opanowany i prze- biegły. Bardziej podobny do mnie. Nie poczuł się poniżony, kiedy usłyszał, że zgodziłem się zgłosić do wojska zamiast niego, rezygnujšc z zamiaru zostania doktorem. Rozeœmiał się i przekazał mi przez ojca przestrogę, żebym się miał na bacznoœci. Nigdy by nie wţystšpił przeciw mnie ani przeciw niczemu, co robiłem. Był pewien, że mam instynkt przetrwa- nia, odnajdywania bezpiecznych kzyjówek 183 Łosoœ przysiadi na kredensie w kuchni rozmawiajšc z Ha- nš. Caravaggio przechodzi przez kuchnię, ze zwisajšcymi z ramion grubymi sznurami, które sš "jego sprawš", jak odpowiada na czyjeœ pytanie. Cišgnie je za sobš po ziemi a kiedy wychodzi na zewnštrz, rzuca w drzwiach: - Ranny Anglik chce cię widzieć, boyo. - OK, boyo. - Saper zsuwa się z kredensu, jego hinduski akcent przybiera postać fałszywego dialektu walijsldego uży- tego przez Caravaggia. - Mój ojciec hodował ptaka, myœlę, że to był rhaly jerzyk, zawsze trzymal go przy sobie dla wygody, jak okulary czy szklankę wody przy posiłku. W domu, nawet kiedy szedł do sypialni, brał ptaka z sobš. Kiedy wyruszał do pracy, klatkę zawieszał na kierownicy. - Czy twój ojciec żyje? - Tak, myœlę, że tak. Od pewnego czasu nie dostaję listów. I wyglšda na to, że mój brat cišgle siedzi w więzieniu. Zachowuje w pamięci tę scenę. Znajduje się poniżej grzbietu białego konia. Goršco mu na tym lţedowym wzgórzu, biały pył wiruje wokól niego. Pracuje przy pewnym mecha- nizmie, który jest w zasadzie prosty, ale po raz pierwszy pracuje przy nim sam. Panna Morden siedzi o dwadzieœcia metrów dalej, w stronę szczytu wzgórza, notujšc przebieg jego działań. Wie, że z dolu, spoza doliny, lord Suffolk przyglšda mu się przez lornetkę. Pracuje powoli. Pył kredowy wzbija się w górę, a potem osiada na wszystlţm, na rękach, na mechanizmie, tak że musi go zdmuchiwać z polnůywy zapalnika i zwojów kabli, ldedy chce je dokladnie sprawdzić. Sięga spoconymi dłońmi poza siebie, żeby je wytrzeć o koszulę na plecach. Wszystkie wy- kręcone już częœci mechanizmu wkłada do kieszeni bluzy na piersiach. Czuje się zmęczony przepatrujšc każdš z tych częœci po kolei. Słyszy glos panny Morden: - Łososiu? - Słucham? - Przerwij na chwilę to, co robisz, schodzę do ciebie. - Lepiej niech pani nie schodzi, Miss Morden. 184 - Oczywiœcie, że schodzę. Zapina guziki przy rozlicznych kieszeniach swej bluzy i nakrywa niš bombę; ona zsuwa się niezdarnie z grzbietu białego konia, przysiada obok i otwiera swój plecaczek. Skra- pia chusteczkę zawartoœciš małej buteleczki z wodš kolońskš i podaje mu. - Przetrzyj sobie twarz. Lord Suffolk używa tego dla od- œwieżenia. . Za jej radš niepewnie bierze chusteczkę do ręki i przecie- ra twarz, szyţję i dłonie. Ona odlţęca pokzywkę termosu i nalewa herbatę do dwóch kubeczków. Rozwija z papieru œniadaniowego i wykłada kilka ciasteczek "Kiplingów". Wydaje się nie spieszyć z powrotem na szczyt wzgórza, w bezpieczne miejsce. I niezręcznoœciš byłoby napominanie jej, że powinna tam wrócić. Skarży się na nieznoœny upał i opowiada, że w końcu udało się wynajšć w miasteczku pokoje z łazienkami, za którymi tak się rozglšdali. I zaczyna wspominać, jak poznała lorda Suffolka. Ani słowem nie napomyka o bombie spoczywajšcej między nimi. Myœl mšci mu się stopniowo, jak komuœ, kto wytrwale czyta na nowo ten sam ustęp, starajšc się uchwţycić zwišzki między poszczegól- nyzni zdaniami. Wycišgnęła go z wiru, w którym pogršżał go rozwišzyţvany przezeń problem. Pakuje starannie plecaczek, kładzie mu rękę na ramieniu i wraca na swój pled, leżšcy na grzbiecie konia z Westbury. Zostawia mu okulary słoneczne, ale on nie widzi przez nie dostatecznie wyraŸnie, odkłada je więc na bok. I wraca do pracy. Zapach wody kolońskiej. Pamięta go z dzieciństwa. Leżał rozgoršczkowany i ktoœ go niš skropił. VIII Œwiţty gaj ţ,osoœ schodzi z pola, które przekopyţvał, lewš rękę wycišgnšł przed siebie, jakby była zwichnięta. Mija stracha na wróble strzegšcego ogródka Hany, ów krucyf'iks z zawieszonyzni puszkami po konserwach; idzie w kierunku pałacu. Drugš rękš osłania tę wycišgniętš przed siebie, jakby chronišc płomyk niesionej œwieczki. Hana naty- ka się nań na tarasie, wycišga rękę naprzeciw jego ręce. Biedronka wędrujšca po paznokciu małego palca jego dłoni szybko przewędrowuje na jej rękę. Zawraca do domu. Teraz ona trzyma wycišgniętš przed siebie dłoń. Przechodzi przez kuchnię i wchodzi na schody. Ranny zwraca ku niej głowę. Ona dotyka jego stopy dłoniš, po której spaceruje biedronka. Biedronka schodzi z niej i wkracza na czarnš skórę. Unikajšc bieli przeœcieradła, rozpoczyna długš wędrówkę wzdłuż ciała pokrytego zwęglo- nyzn naskórkiem, jej czerwień odcina się od niego jak żarzšcy się okruch lawy wulkanicznej. W bibliotece kasetka zapalnika stršcona przez Caravaggia, który odwrócił się nagle na radosny okrzyk Hany w hallu, spada z półki i zawisa w powietrzu. Zanim dosięga podłogi, Łosoœ wœlizguje się pod niš i chwyta rękš. Caravaggio spoglšda w dół, widzi, jak cała krew odpłynęła młodemu człowiekowi z twarzy. Uzmyslawia sobie nagle, że zawdzięcza mu życie. Łosoœ wybucha œmiechem, przestajšc się krępować star- szego, potrzšsa zwojem kabli. Caravaggio zapamięta ów poœlizg. Oddali się stšd, nigdy już nie zobaczy tego chłopca, ale nigdy go nie zapomni. Po latach w Toronto, kiedy będzie wysiadał z taksówki, przytrzyma drzwi chcšcemu do niej wsišœć mężczyŸnie z Ind i pomyœli o Łososiu. A teraz saper œmieje się Caravaggiowi w twarz i zadziera głowę ku górze. - 0 sarongach wiem wszystko - Caravaggio pomachał dło- niš Bososiowi i Hanie - widywałem Hindusów we wschodniej częœci Toronto. Włamywałem się do jakiegoœ domu i okazywa- ło się, że należy do rodziny hinduskiej. Budzili się odziani w te sarongi, w których sypiali, co mnie intrygowało. Wiele- œmy o tym rozmawiali, czasem udawało im się mnie namówić, żebym to przymierzył. Zdejmowałem ubranie i zakładałem sarong, a oni nagle rzucali się na mnie i wyrzucali mnie półnagiego w noc. - Mówisz prawdę? - Jednš z wielu. 187 yViedziała o nim dosvć. by, mu nieomal uw,ierzy,ć. Caravag- gio przywišzywał dużš wagę do czynnika ludzkiego w czasie włamań. Kiedy, wkradał się do jakiegoœ domu w czasie Gwiazdki, nie omieszkał zerwać kartki z kalendarza, jeœli nie pokazyţał on właœciwej, œwištecznej daty. Często wdaw,ał się w pogawędkę z pozostawionyzni w mieszkaniu zwierzętami, omawiajšc z nimi kwestie zwišzane z pokarmem, karmił je i był przez nie serdecznie witanv, jeœli mu się zdarzy,ło bvć doprowadzonym ponowmie na miejsce przestępstw,a. Podchodzi do półki z ksišżkami zamknšwszy oczy i na chybił trafił wycišga jakiœ tom. Znajduje nie zadrukowanš stronę pomiędzy rozdziałami i wpisuje na niš: Mówi, że Lahore jest miastem starożytnym. Londyn jest mLo- dziutki w porównaniu z Lahore. Dobrze, odpouţiadam, a ja pocho- dzę z kraju jeszcze mLodszego. Móuń, że oni tam zawsze znaLi się na prochu. Już w siedemnustym stuLeciu malarstwo dworskie przedstawiaţo faţjerwerki. On jest nieduży, nieuńzLe wyższy ode mnie. Ma ujmcţjcţcy uœmiech, którym może oczarować każdego. Nie okazuje siLy swego charakteru. AngLik móuń. że jest jednym z tych œuńętych wojow- ników. ALe ma szczegóLne poczucie humoru, lctóre jest bardziej przekorne, niż m.ożna by sctdzić po jego ţachowaniu. Pamiętasz to "Podłšczę go na powrót rano"'' Ho ho ho.' Mówi, że Lahare ma trzynaœcie bram - nazwanych imionami œuńętych i cesarzy, i miejsc, do których uńocLct. Wyraz bungalow pochodzi z języka bengali. 0 czwartej po południu opuœcili Łososia, zawieszonego na szelkach, w głšb dołu, aż zanurzył się po pas w baţistej wodzie, przylgnšł ciałem do korpusu bomby Esau. Miała ponad trzy metry długoœci, czubkiem wbiła się w muł u jego stóp. Pod powierzchniš wody oplatał udami metalowš bryłę w sposób, jaki podpatrzył u żołnierzy tańczšcych z dziewczę- tami w klubie NAAFI. Kiedy mu się zmęczyły ręce, uchwycił się oszalowanych drewnem œcian wykopu. Saperzy wykopali ten dół wokół bomby Esau i umocnili go, zanim przybył na miejsce. Bomby Esau z zapalnikiem Y zaczęto zrzucać w 1941; to był drugi taki zapalnik, z jalţm miał do czynienia. W trakcie dyskusji przygotowawczych ustalono, że jedynym sposobem postępowania z nowym zapalnikiem jest jego za- mrożenie. Była to ogromna bomba, przypominajšca kształtem strusia. Zszedł do dołu boso, powoli zapadał się w błoto, nie znajdujšc dla stóp mocnego oparcia w zimnej brei. Nie miał na sobie butów, bo uwięzłyby w glinie i wydobywajšc się z niej mógłby sobie złamać nogę w kostce. Przytknšł policzek do metalowego korpusu bomby, sta- rajšc się wytworzyć w sobie ciepło, wychwytujšc skšpe pro- myki słońca, które wpadły do tej głębokiej na siedem metrów studni i ogrzewały mu plecy. To, czego dotykał, mogło wybu- chnšć w każdej chwili, przy jakimkolwiek wstrzšsie, przy pobudzeniu zapalnika. Nie istniała żadna magia ani żadne promienie Roentgena, które by wskazały, kiedy mała kapsuł- ka zostanie zgnieciona, kiedy w jakimœ zwoju nastšpi zwar- cie. Te małe mechaniczne semafory działały jak zawał serca, nagle powalajšcy człowieka spokojnie idšcego ulicš. W jakim znajdował się mieœcie? Nie przypominał sobie. 189 Usłyszał czyjœ glos i spojrzał w górę. Hardy spuszczał mu na linie plecak z narzędziami, utrzyznyţ.vał jej koniec w ręku, podczas gdy Losoœ rozmieszczał różne przybory w kiesze- niach bluzy. Zanucił piosenkę, którš Hardy œpiewał w jeepie w czasie jazdy: Przed Buckingham PaLace jest zmiana warty, Christopher Robin tuLi się do Marty. Osuszył miejsce wokół zapalnika i zaczšł miesić glinę, formujšc z niej rodzaj miseczki. Następnie otworzył słój i nalał do niej trochę ciekłego tlenu. Ostrożnie przyłożył miseczkę do metalu. I znów musiał czekać. Tak blisko przylgnšł do bomby, że wţyczuł zmianę tempe- ratury. Gdyby się znajdował na suchej powierzchni, mógłby się przejœć i wrócić za dziesięć minut. A tak musiał warować przy bombie. W ciasnej przestrzeni znajdowały się więc dwa podejrzane stwory. Kapitan Carlyle też posługiwał się cie- kłym tlenem w szybie i cała jama stanęła w jednej chwili w płomieniach. Szybko go wycišgnęli, ale był już nieprzyţtom- ny, kiedy szelki wyłoniły się na powierzchnię. Gdzie się znajdował? W Lisson Grove? Na Old Kent Road? Łosoœ zanurzył bawełniany tampon w mulistej wodzie i przyţtknšł go do korpusu bomby dwadzieœcia centyznetrów od zapalnika. Odpadł, co znaczyło, że jeszcze trzeba poczekać. Kiedy tampon przywierał, byto wiadomo, że dostatecznie duża częœć bomby wokół zapalnika jest już zamrożona i moż- na zaczynać. Dolał tlenu do miseczki. Strefa zamrożona miała już ze trzydzieœci centymetrów œrednicy. Jeszcze kilka minut. Przyţjrzał się nalepce, którš ktoœ nakleił na bombę. Czyţtali jš tego ranka, zaœmiewajšc się, znajdowała się w jalţmœ przedawnionym pakiecie rozsyła- nynn wszystkim oddziałom saperskim. Kiedy eksplozja jest z uzasadnionych przyczyn dopuszczaLna? JeœLi wartaœć życia Ludzkiego oznaczymy jako X, ryzyko jako Y a pţrzewidy2uane skutki ekspdozji jako V, Logik może zakLadać, iż 190 Tciedy Vjest mniejsze od X+Y bomba powinna zostać eksplodowa- na; lecz jeœLi V+Y jest większe niż X, pouńnno się podjcţć starania, by unika,ć ekspLozji in situ. Kto wypisywał takie rzeczy? Przebywał w szybie z bombš już ponad godzinę. Nadal zamrażał jš ciekłym tlenem. Na wysokoœci jego ramienia, po prawej ręce, znajdowala się rura, przez którš wdmuchiwano mu normalne powietrze. aby nie dostał zawrotu głowy od tlenu. (Widywał żołnierzy leczšcych kaca tlenem). Znów pró- bował przytknšć do bomby zwilżony tampon, który tym razem przymarzł. Miał teraz jakieœ dwadzieœcia minut. Po tym czasie temperatura bater wewnštrz bomby zacznie ponownie ros- nšć. Ale w tej chwili zapalnik był zamrożony i można było przystšpić do jego usuwania. Przecišgnši dłoniš po całej długoœci bomby, aby wymacać wszelkie uszkodzenia metalu. Częœć zanurzona w wodzie była bezpieczna, ale tlen mógł spowodować zapłon przy zetknięciu z odsłoniętym materiałem wybuchowym. Błšd Carlyle'a. X+Y. Jeœliby znalazł jakieœ rysy, trzeba by zastosować ciekły azot. - To jest jednotonowa bomba, Sir. Esau - głos Hardy'ego sponad szybu, - Typ numer pięćdziesišt, kolisty, wersja B. Zapewne dwie kasety z zapalnikami. Ale przypuszczamy, że jedna będzie pusta. Zgadza się? Omawiali to już uprzednio, ale co do tych spraw trzeba się upewnić, przypomnieć je sobie w końcowej fazie. - Włšcz mój milţofon i odsuń się. - OK, Sir. Łosoœ uœmiechnšł się. Był o dziesięć lat młodszy od Har- dy'ego i nie był Anglikiem, ale Hardy'emu bardzo odpowia- dał kokon dyscypliny pułkowej. Żołnierze zawsze wahali się nieco, nim go zatytułowali "Sir", ale Hardy wypowiadał ten tytuł głoœno i z entuzjazmem. Pracowal teraz pospiesznie, starajšc się wyjšć zapalnik, dopóki baterie były zamrożone. - Czy mnie słyszysz? Gwizdnij.., OK, usłyszałem. Ostatni okład tlenowy. Pozwolę mu popracować przez pół minuty. 191 Wzmóc zamrożenie. OK, zaczynam usuwać t a m ę... OK, t a- m a usunięta. Hardy wsłuchiwał się w to wszystko i zapisywał, na wypa- dek, gdyby się coœ miało nie powieœć. Jakaœ iskra i ţ.osoœ znalazłby się w morzu płomieni. I już ktoœ inny musiałby szukać rozwišzań alternatyţvnych. - Biorę klucz profilowany - wycišgnšł go z kieszeni na piersiach bluzy. Był zimny, musiał go rozgrzać. Zaczšł œcišgać pierœcień blokujšcy. Powiedziai o tym Hardy'emu. - Przed pałacem króla zmieniajš warty - wyszeptał f.osoœ. Scišgnšł pierœcień blokujšcy i pierœcień profilujšcy, po- zwolił im spaœć do wody. Czuł, jak powoli zsuwajš mu się wzdłuż stopy. ţ.vało to dalsze cztery minuty. - Któryœ tam strażnik poœlubia Martę, życie żołnierza jest diabła warte. Wyœpiewał to na cały głos starajšc się wzbudzić w swym ciele więcej ciepła, policzek przemarzł mu aż do bólu. Starał się teraz trzymać jak najdalej od zamrożonego metalu. Dłonie założył na kark, gdzie ogrzewało je słońce. obtarł je z mułu i szronu. lţudno było uchwycić tulejkę, żeby wydobyć z niej głowicę. Ku jego przerażeniu głowica odłamała się całkowicie i spadła gdzieœ. - Niedobrze, Hardy. Cała głowica zapalnika się odłamała. Odpowiedz mi, dobrze? Główny trzon zapalnika tkwi w głębi, nie mogę go wycišgnšć. Nie mam go za co uchwycić. - Jak długo jeszcze potrzyma zamrożenie? - Hardy zaglš- dał w głšb szybu wprost nad jego głowš. W cišgu paru sekund nadbiegł tu z bezpiecznej odległoœci. - Jeszcze szeœć minut. - WychodŸ na wierzch, zdetonujemy tę bombę. - Nie, daj mi tu jeszcze trochę tlenu. Wycišgnšł w górę prawš dłoń i poczuł na niej zimny kanister. - Spróbuję dołożyć tlenu do miejsca wokół odsłoniętego zapalnika - tam, gdzie spadła głowica - i wcišć się w metal. Piłować, aż się dobiorę do czegoœ, co będę mógł uchwycić. Odsuń się teraz, będę do ciebie nadawał. Z trudem powœcišgał złoœć na to, co się stało. Całe ubranie 192 nasycone było tlenem, syczało przy zetlniięciu się z wodš. i Nalał znowu tlenu, jednoczeœnie piłujšc głębiej. Kiedy już zamrożenie było dostateczne, oderwał kawałek poły koszuli i włożył materiał między metal i dłuto, następnie zaczšł uderzać w dłuto młotkiem. 'Iţlko ten slţawek materiału stanowił zabezpieczenie przed islţš. Przemarznięte palce były dodatkowym utrudnieniem. Nie były już zręczne, przy- pominały obezwładnione baterie w bombie. Wykuwał cierpli- i wie otwór wokół urwanej głowicy zapalnika. Oczyszczał otwór z drobinek metalu, majšc nadzieję, że zamrożenie umożliwi takš operację chirurgicznš. Jeœli wykuje otwór we właœciwym j miejscu, istnieje szansa, że dobierze się do detonatora, który I odpala spłonkę. lrwało to kolejne pięć minut. Hardy nie odszedł od krawędzi doiu, przeciwnie, odliczał mu czas trwania zagroże- nia. Ale w istocie żaden z nich nie mógł być niczego pewny. Teraz, kiedy odłamała się głowica zapalnika, zamrażali już częœć bomby i temperatura wody, mimo iż nadal niska, była wyższa od temperatury metalu. I wtedy to dostrzegł. Nie musiał już poszerzać otworu. Srebrzysty drucik prowadzšcy do zwoju kabli. Gdyby go mógł uchwycić. Próbował rozgrzać sobie palce. Westchnšł głęboko, przerwał pracę na kilka sekund i prze- cišł nożyczkami przewód, zanim ponownie zaczerpnšł powie- trza. Wydech załamał mu się, kiedy wycišgał przemarzniętš dłoń ze zwoju kabli. Bomba była już martwa. - Zapalnik usunięty. Detonator usunięty. Pocałuj mnie. Hardy wycišgał go już na górę, a Bosoœ próbował chwytać się rękoma szelek, na których był zawieszony, co mu nie szło łatwo z powodu przemarznięcia, mięœnie miał zdrętwiałe. ' Słyszał turkotanie kołowrotka i po prostu przywarł do skórza- I nych pasków, którymi był opięty. Czuł, jak jego bršzowe nogi wycišgane sš z mułu, jakby był starożytnš rzeŸbš wydobywa- i nš z trzęsawiska. Drobne stopy wyłoniły się już z wody. Wy- gramolił się z szybu na œwiatio słoneczne, wysunšł najpierw głowę, a potem tors. Zwisał jeszcze na szelkach, jak luŸna płachta wigwamu uczepiona szczytu masztu namiotowego. Hardy uwalniał go stopniowo z tej uwięzi. Nagle spostrzegł, 193 że z odległoœci kilkunastu metrów, zbyţt małej, by gwaranto- wała bezpieczeństwo, prLypatruje im się spory tłumek; zginę- liby wszyscy w razie wybuchu. Ale oczywiœcie zajęty nim Hardy nie mógł ich upilnować. Przypatryţ.vali mu się w milczeniu, Hindusowi uwieszone- mu na ramieniu Hardy'ego, niezdolnemu o własnych siłach dojœć do jeepa i donieœć do niego swego wyposażenia- narzędzi, kanistrów, koców i przyrzšdów rejestrujšcych po- rozstawianych wokoło, wsłuchanych w ciszę w głębi szybu. - Nie mogg chodzić. - Tylko do jeepa. Jeszcze kilka metrów, Sir. Sam to wszyst- ko pozbieram. Zatrzymali się na chwilę, potem wolno ruszyli w stronę auta. Przechodzili obok tłumku ludzi wpatrujšcych się w jas- nobršzowego, bosonogiego mężczyznę w przemoczonej blu- zie, w jego zbielałš twarz, która nie reagowała na nic, na żadnego z nich. Wszyscy milczeli. Po prostu rozstępowali się przepuszczajšc ich obu. Przy jeepie zaczšł się trzšœć. Oczy nie były w stanie wypatrzeć lţańca przedniej szyby. Hardy po- mógł mu wgramolić się na przednie siedzenie. Kiedy odszedł po narzędzia, Łosoœ wolno œcišgnšł mokre spodnie i zawinšl się w koc. Był zbyt przemarznięty i zmęczo- ny, by sięgać po termos leżšcy na tylnym siedzeniu i nalać sobie herbaty. Myœlał: wcale się nie bałem tam na dole. Byłem po prostu wœciekły - na swój błšd czy też na to, że była to pułapka. Rozdrażnione zwierzę w odruchu samoobrony. Liœwiadomił sobie, że tylko dzięki Hardy'emu udało mu się zachować człowieczeństwo, W ciepłe dni wszyscy w Villa Girolamo myjš głowy, najpierw naftš, by zapobiec zawszeniu, a potem wodš. Leżšc na wznak, z rozwianymi włosami i twarzš wystawionš na słońce, Łosoœ poczuł się nagle bezbronny. Rodzi się w nim jalńeœ zawsty- dzenie, kiedy przybiera takš pozę, wyglšda bardziej na postać z jakiegoœ mitu niż na żywš istotę ludzkš. Hana siedzi obok, jej długie kasztanowe włosy już wyschły. W takich chwilach właœnie opowiada jej o rodzinie i o bracie w więzieniu. Podnosi się, œcišga włosy do przodu i zaczyna zawijać je w ręcznik. Ona widzi w wyobraŸni całš Azję poprzez gesty tego mężczyzny. Jego powolne ruchy, jego spokojne ucywili- zowanie. Opowiada o œwiętych wojownikach i ona dostrzega w nim jednego z nich, srogiego i marzycielskiego, zapomina- jšcego o swej boskoœci tylko w takich chwilach, rozluŸnionego teraz w słońcu, składajšcego głowę na stole, żeby mogło ono suszyć rozwiane pasma jego włosów jak kłosy zboża zebrane do słomianego koszyka. Choć przecież jest Azjatš, który w ostatnich latach, latach wojny, dochował posłuszeństwa swyzn angielskim ojcom, przestrzegajšc ich kodeksu postępowania jak wierny syn. - Wiesz, brat uważa mnie za głupca z powodu tego, że ufam Anglikom - zwraca ku niej oczy rozjaœnione słońcem - mówi, że przejrzę pewnego dnia. Azja wcišż nie jest wolnym konty- nentem, a on jest przerażony tym, że dajemy się wcišgać w angielskie wojny. Zawsze nasze poglšdy się œcierały. I zaw- sze powtarzał: "Pewnego dnia przejrzysz na oczy". Saper wypowiada te słowa z zamlmiętymi oczami, jak gdyby chciał wzmocnić metaforę. - Japonia jest częœciš Azji, odpowiadam mu, a Sikhowie 195 na Malajach sš przez Japończyków przeœladowani. Ale do brata to nie dociera. Powiada, że Anglicy wieszajš Sikhów walczšcych o swš niezależnoœć. Ona odwraca głowę, składa ręce. Nienawiœci rozdzierajšce œwiat. Nienawiœci œwiat rozdzierajš. Wchodzi w mrok pałacu, odcinajšcy się od blasku słonecznego, i idzie posiedzieć przy Angliku. Nocš, lţedy rozpuszcza mu włosy, on staje się na powrót konstelacjš, ramiona rozłożone na poduszce jak równoleżni- ki, odległoœci między nimi skracajšce się i wydłużajšce w rvt- mie uœcisków i osuwania się w sen. Trzyma w objęciach hinduskiego bożka, trzyma w dłoniach wodze. Kiedy się nad niš pochyla, wodze się luzujš. lţIoże je sobie owinšć wokół nadgarstka. Kiedy on się porusza, ona rozwiera oczy szeroko, wypatrujšc w mroku namiotu iskrzenia elektrycznoœci w jego włosach. Wszystkie jego ruchy majš jalţeœ odniesienie do przedmio- tów: przesuwa się wzdłuż œcian, lţoczy po lţawędzi tarasu. Jakby wszystlţego unikał. Wzrokiem wyznacza obrzeża. Kiedy patrzy na Hanę, widzi kawałek jej szczupłego policzka na tle pejzażu w głębi. Kiedy się przypatruje łukowi konopniczka, wy- kreœla wzrokiem przestrzeń, jakš zajmuje on nad powierzchniš ziemi. W czasie przemarszu przez Włochy dostrzegał wszystko z wyjštkiem zjawisk chwilowych i zachowań ludzkich. Jedynš rzeczš, co do której nigdy nie będzie się upewniał, jest on sam. Ani co do swego nikłego cienia, ani co do ręki sięgajšcej po krzesło, ani co do swego odbicia w olţiie, ani co do tego, jak go widzš. Lata wojny nauczyły go tego, że jedynš rzeczš bezpiecznš jest on sam. Wiele godzin spędza z Anglikiem, który mu przypomina jodłę, jakš widział w Angl. ţVliała suchš gałšŸ, obwisłš pod wpływem swego ciężaru, zbyt dużego na jej wiek, wspierajšcš się na innym drzewie. Stała w oţodzie lorda Suffolka, na skraju cypla, wpatrzona w Kanał Bristolski jak sęp. Mimo iż była wštła, wyczuwał w niej szlachetnoœć, pamięć o œwietno- œci, rozpiętš jak tęcza nad jej obecnš słaboœciš. 196 On sam nie korzysta z luster. l5.irban zawišzuje na zew- nštrz, w ogrodzie, przyţpatrujšc się mchom na drzewach. Ale spostrzega pokos, który Hana wycięła sobie nożyczkami we fryzurze. Oswoił się z jej oddechem, który wyczuwa przywie- rajšc twarzš do jej ciała, do obojczyka przebijajšcego spod skóry. Ale kiedy ona go pyta o kolor sţvych oczu, nie umie go okreœlić, mimo iż ona wie, że jš uwielbia. Rozeœmieje się i będzie zgadywai. ale jeœli ona zasłoni powiekami swe czarne tęczówki i powie, że jest niebieskooka, on w to uwierzy. Może się jej wţpatrywać w oczy intensywnie, ale nie dostrzeże ich koloru, podobnie jak nie odczuje szczególnego smaku żadnej potrawţy, która dla jego przełyku i żołšdka jest po prostu pożyţvieniem. Kiedy ktoœ mówi, on przyglšda się ustom, nie oczom i ich kolorowi, który jego zdaniem zmienia się w zależnoœci od oœwietlenia pokoju i pory dnia. Usta odsłaniajš niepewnoœć i zadowolenie z siebie, i każdy odcień usposobienia człowie- ka. Sš według niego najdoskonalszym wţykładnikiem wyrazu twarzy. Nigdy nie jest pewien wyrazu oczu. A umie dostrzec, jak usta ukladajš się w szorstkoœć albo tkliwoœć. f.atwo dać się zmylić wyrazowi czyichœ oczu reagujšcych na nagły pro- mień słońca. Wszystko to tworzy zmiennš harmonię. Widuje Hanę w róż- nych porach i w różnych miejscach, które zmieniajš jej głos i jej nastroje, a nawet jej piękno w taki sposób, w jaki potęga morza łamie lub ocala los rozbitków w łodzi ratunkowej. šstalił się wœród nich zwyczaj, by wstawać o œwicie, a obiad jeœć przy resztkach dziennego œwiatła. W cišgu wieczora jedna tylko œwieca rozjaœniała ciemnoœci przy łóżku rannego Anglika, a czasem jeszcze Caravaggio zapalał naftowš lampę i przykręcał knot do połowy, jeœli udało mu się zorganizować trochę nafty. Korytarze i pozostałe pokoje tonęły w mroku, jakby obowišzywało jeszcze zaciemnienie. Przyzwţyczaili się do poruszania się po domu w ciemnoœci, z wycišgniętymi przed siebie rękami, wymacujšc œciany po obu stronach. "Nigdy więcej œwiatła. Nigdy więcej koloru". Hana nuciła sobie te zdania wcišż na nowo. Łosoœ miał denerwujšcy zwyczaj zbiegać po kilka schodów z dłoniš w,ysuniętš do przodu, aby wyczuć ewentualnš przeszkodę. Hana wyobraża- ła sobie jego stopy wysoko uniesione w zeskoku i godzšce w żołšdek Caravaggia wchodzšcego na górę. Już przed godzinš zgasiła œwiecę w pokoju Anglika. Zdjęła tenisówki, sukienkę rozpięła przy szyi z powodu goršca, roz- pięła też rękawy i podwinęła wysoko. Słodlţ negliż. Na parterze tego slţzydła pałacu oprócz kuchni, biblioteki i zburzonej kaplicy znajdował się wewnętrzny, oszklony dzie- dziniec. Cztery szklane œciany z oszklonymi drzwiami prowa- dzšcymi do zakrytej studni i półek pełnych zeschniętych roœlin, które kiedyœ musiały rozkwitać w tym ocieplanym pomieszczeniu. Ten wewnętrzny dziedziniec coraz bardziej jej przypominał ksišżkę otwartš po to, by ukazać zasuszone w niej kwiaty, był czymœ, co można obejrzeć przechodzšc, ale w co nie powinno się nigdy wkraczać. 198 Była druga w nocy. Każde z nich weszło do pałacu innyţrni drzwiami, Hana- wejœciem od kaplicy po trzydziestu szeœciu stopniach, a on od północnego dziedzińca. Wszedłszy do pałacu, zdjšł zegarek i położył go na wysokoœci twarzy w ţ niszy, w której stała figurka œwiętego. Patrona tego szpitalnego pałacu. Ona nie zobaczy połyskiwania fosforyzujšcych wskazówek. Zdjšł już buty i miai na sobie tylko spodnie. Latarka zawieszona na ramieniu nie była zapalona. Nic nie miał w rękach i zatrzy- mał się na chwilę w ciemnoœci, szczupły chłopak, czarny turban, kara wczepiona w skórę nadgarstka. Wyprężył się w kšcie westybulu jak włócznia. Potem przeszedł przez wewnętrzny dziedziniec. Po wejœciu do kuchni natychmiast wţyczuł psa w ciemnoœci, schwytał go i przywišzał sznurlţem do stołu. Zabrał z kuchni skondenso- wane mleko i wrócił na oszklone patio. Obmacał palcami podstawę drzwi i znalazł małe zasuwki. Zamknšł drzwi za sobš, zasuwajšc zameczki. Na wypadek, gdyby je wypatrzyła. A potem opuœcił się w głšb studni. 0 metr poniżej znajdowa- ła się pokrywa, o której wiedział, że jest dostatecznie mocna. Zamknšł jš nad głowš i przykucnšł, wţyobrażajšc sobie, jak go będzie szukała albo jak się sama gdzieœ ukryţje. I zaczšł wţsysać z puszki skondensowane mleko. Podejrzewała go o coœ takiego. Weszła do biblioteki, omiotła półki œwiatłem œwiecy uniesionej wysoko, wspięła się na palce, żeby obejrzeć skrytki najwţyżej umieszczone. Drzwi były za- mlţięte, nikt więc nie mógł dojrze㠜wżatła z hallu. On mógłby wypatrze㠜wiatło przez oszklone drzwi balkonowe tylko wtedy, gdyby znajdował się na zewnštrz. Zatrzymywała się co lţlka kroków, przebiegajšc wzrokiem najliczniej tu zebrane ksišżlţ włoskie, w poszukiwaniu jakiejœ angielskiej, którš by mogła zanieœć rannemu. Pokochała te księgi z włoskimi tyţtułami na grzbietach, ich frontyspisy, kolorowe ilustracje wytłaczane lub wypukłe, ich zapach, a nawet odgłos, jaki wydawały, kiedy je otwierała zbyt poœpiesznie, przypominajšcy łamanie lţuchych kosteczek Znów się zatrzymała. PusteLnia Parrneţiska. 199 Jeœli kiedykoLuriek otrzcţwţę się z mych kiOpotóu,, - powiedziai do ClzL - wybiorę się obejrzeć piękne widoki Parmy, a wtedy zapamiętasz to nazwislco: Fabrycy deL Dongo*. Caravaggio leżał na dyţ.vanie po drugiej stronie sali biblio- tecznej. Z odległoœci wydawało się, że lewe ramię Hany fosforyzuje, œwiatło œwiecy padało na ksišżki, rzucało czerwo- ny odblask na ciemne włosy, rozbłyskiwało na bawełnie jej sukienki i na zagiętym rękawie. Wyszedł ze studni. Półtorametrowy kršg œwiatła rzucanego przez œwiecę wchłaniały ciemnoœci. toteż Caravaggiowi wy,dawało się, że zalega między nimi dolina mroku. Włożyła pod prawš pachę ksišżkę w bršzowej oprawie. W miarę posuwania się wzdłuż półek dobierała jedne ksišżki, odkładała inne. Dorosła już. I kochał jš teraz bardziej niż wtedy, kiedy jš r lepiej rozumiał, kiedy była odbiciem swych rodziców. By stać się takš, jaka była teraz, postanowiła sama z siebie. Wiedział, że gdyby spotkał Hanę na ulicy gdzieœ w Europie, odniósłby wraże- nie pewnej swojskoœci, ale by jej nie rozpoznał. Tej nocy, kiedy dotarł do pałacu, ulţyůł przed niš szok wywołany jej widokiem. Jej ascetyczna twarz, która na pierwszy rzut oka wydawała się chłodna, miała w sobie także jakšœ szorstkoœć. Pojšł, że przez dwa ostatnie miesišce stawała się taka, jaka jest teraz. Z trudem mógł uwierzyć swej radoœci z jej przemiany. Przed laty wyobra- żał sobie jš jako dorosłš, ale miał to być ktoœ uformowany przez jej œrodowisko. A nie ta dziwna nieznajoma, którš pokocha głę- biej, ponieważ nie uformowała się z niczego, co on by dostarczył. Położyła się na sofie, œwiatło umieœciła tak, żeby padało na ksišżkę, i zatopiła się w lekturze. Po jakiejœ chwili oderwała wzrok od ksišżki, rozejrzała się nasłuchujšc i szybko zdmu- chnęła œwiecę. * Przekład Tadeusza Żeleńskiego-Boya. Czy odgadła jego obecnoœć w pokoju? Caravaggio zdawał sobie sprawę z hałaœliwoœci swego oddechu i trudnoœci w utrzymaniu go w cichym, równym rytmie. Œwiatło zabłysło na chwilę i ponownie zgasło. A potem wydawać się zaczęło, że wszystko w tym pokoju, z wyjštkiem Caravaggia, wprawione zostało w ruch. Wszystko słyszał i dziwił się, że nikt go nie potršcił. Chłopak też był w pokoju. Caravaggio podszedł do sofy i próbował rękš odna- leŸć Hanę. Ale jej tam nie bylo. Kiedy się wyprostował, czyjaœ ręka chwyciła go za kark i przygniotła do podlogi. Blysk œwiatła padł mu na twarz, obaj sapali tarzajšc się po podło- dze. Ręka z przewieszonš latarkš wcišż trzymała go za kark. A potem jakaœ naga stopa pojawiła się w lţęgu œwiatła, przesunęla się po twarzy Caravaggia i przydepnęła kark chłopcu. I zapaliło się inne œwiatło. - Mam cię! M a m c i ę' Dwa ciała na podłodze patrzšce poprzez kršg ciemnoœci w twarz Hany ponad œwiecš. Ona œpiewała: - M a m c i ę. M a m c i ę. Posłużyłam się Caravaggiem, który doprawdy okropnie chrapie. Wiedziałam, że on tu jest. To on był przynętš. Przyţiotła mocniej stopš kark chłopca. - No, dalej. Przyznaj się teraz do wszyst- kiego. Caravaggio zaczšł się szamotać w uœcisku chłopca, wyrwał się już spod niego, ale nie mógł się uwolnić z jego ršk. Œwiatło lampy i œwiecy na jego twarzy. Jakoœ się jednak musiał wyrwać z tych kleszczy. P r z y z n a j s i ę. Dziewczyna się zaœmiewała. Musiał uspokoić oddech, zanim by przemówił, ale oni nie zwra- cali nań uwagi, podekscytowani swš zabawš. Wyrwał się z uœci- sku chłopca i nie mówišc ani słowa, wyszedł z pokoju. Znów znaleŸli się w ciemnoœci. - Gdzie jesteœ? - pyta. I szybko się nachyla. Przybrał takš pozycję, że ona ociera się o jego policzek i osuwa w jego ramiona. Przyciska sobie jej rękę do karku, usta do jej ust. 2ţ1 - Mleko skondensowane: Kiedy my się tu siłujemy! Skon- densowane mleko?! Przywiera ustami do jego spoconej szyi, do miejsca, które przygniatała nagš stopš. - Chcę cię obejrzeć. Zapala œwiatło i przyglšda się jej umorusanej twarzy, jej włosom zlepionym potem. Jej grymas doń slţerowany. Wklada swe drobne dłonie pod podwinięte rękawy jej sukienki i obejmuje kršgłe ramiona. Kiedy ona się odchyla, jego dłonie wędrujš za jej ciałem. Próbuje się wyœliznšć, odchylajšc do tyłu całym ciężarem, wierzšc, że on nadal będzie do niej przywierał, że jego ręce utrzymajš ten ciężar. Wtedy on się podrywa, machajšc stopami w powietrzu, złš- czony z niš tylko ustami i dłońmi, miota się jak modliszka. Lampa rzuca œwiatło na pot na jego lewym ramieniu. Jej twarz wpada w Iţšg œwiatła, aby go całować i lizać, i smako- wać. Zanurza giowę w wilgoci jej włosów. A potem nagle przebiega przez pokój, snop jego latarki omiata całe pomieszczenie; spędził w nim tydzień wypatrujšc wszelkich możliwych zapalników i teraz jest oczyszczone. Ta sala jakby się nagle wyłšczyła z wojny, nie jest już żadnš zonš ani terytorium. Chodzi dokoła wymachujšc latarkš, omiata œwiatłem sufit. Jej œmiech dogania go, lţedy jš mija stojšcš na oparciu kanapy i spoglšdajšcš z wysoka na jego lœnišce, szczupłe ciało. Kiedy jš mija następnym razem, widzi, że rękawy zsunęła z ramion rękawy i uwolniła je od sukni. - Ale cię złapałam, złapałam cię - œpiewa - jestem Mohi- kankš z Danforth Avenue. A potem nosi jš na barana, œwiatło œwiecy œlizga się po grzbietach ksišżek na najwyższych półkach, jej ręce wznoszš się i opadajš wraz z jego podskokami, wreszcie zsuwa się z niego, obejmuje nogami jego uda, uwalnia odeń i kladzie na wznak na dywanie, pachnšcym cišgle zastarzałš wilgociš i kurzem, i kamiennym pyłem przyklejajšcym się do jej mo- krych ramion. Pochyla się nad niš, a ona gasi latarkę. - Wygrałam, prawda? Nie wyrzekł jeszcze słowa, odkšd wszedł do tego pokoju. Jego głowa porusza się w geœcie, który ona tak kocha, a który 2ţ2 oznacza zarazem i niepewne potwierdzenie, i możliwoœć nie- œmiałego sprzeciwu. Nie może jej widzieć pozbawiony swej latarlţ. Gasi jej œwiecę i oboje zrównujš się w ciemnoœci. Jest to w ich życiu miesišc, w którym Hana i Łosoœ sypiajš obok siebie. Rodzaj formalnego celibatu. Odkryli, że w miło- œci zawrzeć się może cała cywilizacja, że stawia ich ona oko w oko z krajem każdego z nich. Miłoœć, jakš darzš swe wyob- rażenia o sobie nawzajem. Nie chcę być rypana. Nie chcę cię rypać. Kto wie, gdzie się tego nauczył, albo gdzie ona się tego nauczyła, w tak młodym wieku. Może od Caravaggia, który jej wtedy właœnie opowiadał o swej młodoœci, o czułoœci, jakš żywi się dla każdej komórki ciala kochanka, kiedy odkrywa się własnš œmiertelnoœć. W końcu to był wiek œmierci. Pożš- danie żywione przez chłopca spełniało się tylko w najgłęb- szym œnie, kiedy spoczywał w objęciach Hany, jego orgazm miał więcej wspólnego z silš przycišgania księżyca, był noc- nym skurczem ciała. Przez cały wieczór spoczywał z twarzš przyciœniętš do jej boku. Przypomniała mu, jakš przyjemnoœć znajdował w dra- paniu, jej paznokcie kolistym ruchem drażniš mu skórę na plecach. To było coœ, czego pewna ayah nauczyła go przed laty. ţ,osoœ zrozumiał, że wszystkie rozkosze dzieciństwa po- chodziły od niej, nie od matki, którš przecież kochał, nie od brata ani ojca, z którymi się bawil. Kiedy był wystraszony albo nie mógł zasnšć, odgadywała, czego mu brak, ułatwiała mu zapadnięcie w sen, muskajšc rękš jego wšskie plecy, ta czuła obca kobieta z południowych Ind, która z nimi miesz- kała, gotowała i podawała posilki, wprowadziła do ich domu własne dzieci, dopomagała także jego bratu w dzieciństwie i zapewne rozumiała ich obu lepiej, niż ich rozumieli rodzice. Było to uczucie wzajemne. Gdyby spytano Łososia, kogo najbardziej kocha, wymieniłby swš ayah przed matkš. Jej miłoœć była bardziej kojšca od miłoœci matczynej i miłoœci seksualnej. Jak póŸniej pojšł, przez całe życie wyrywał się z rodzinnego lţęgu w poszukiwaniu takiej miłoœci. Platonicz- nej czułoœci, a we właœciwym czasie intyznnoœci seksualnej 203 okazanej przez kogoœ obcego. Był już zupełnie stary, kiedy to zrozumiał, zanim jeszcze samemu sobie zadał pytanie, kogo kochał najbardziej. 'Iţlko jeden raz w życiu wiedział, że zdołał odwzajemnić jej czułoœć i że wreszcie pojęła, jak jš kocha. Kiedy zmarła jej matka, wszedł do pokoju piastunki i przytulił do siebie jej stare ciaio. Leżał obok niej milczšc w małym pokoiku dla służby, ona płakała gwałtownie i zgodnie z obyczajem. Przy- patrywał się, jak zlewa łzy do małego szklanego kubeczka, który sobie przyciska do twarzy. Wiedział, że weŸmie je z sobš na pogrzeb. Przywierał do jej wstrzšsanego łkaniem ciała, jego dziewięcioletnie ramiona oplatały jej barki, a kiedy się na chwilę uspokajała, między kolejnymi przypływami żalu, głaskał jš poprzez sari, potem odchylał je i muskał jej skórę- tak jak teraz Hana przejmuje tę tkliwš sztukę, jego paznokcie gładzš miliony komórek jej skóry, w jego namiocie, w roku 1945, kiedy ich kontynenty spotkały się w tym górslţm mia- steczku. IX Grota Pływaków Przyrzekłem, że ci opowiem, jak to jest, kiedy się zako- chuj esz. W roku 1936 młody człowiek nazwiskiem Geoffrey Clifton spotkał w Oksfordzie przyjaciela, który mu wspomniał o tym, czym się zajmujemy. Człowiek ten skontaktował się ze mnš, następnego dnia wzišł œlub, a w dwa tygodnie póŸniej przy- leciał wraz z żonš do Kairu. Przeżywali ostatnie dni swego miodowego miesišca. To byl poczštek naszej histor. Katharine byla zamężna, kiedy jš poznałem. lţIężatka. Clifton wysiadł z samolotu, a potem, niespodziewanie, bo przewidyw a- liœmy udział w ekspedycji tylko jego samego, w œlad za nim wysiadła z samolotu ona. Szorty koloru khaki, koœciste kolana . W owyzn czasie była do wyprawy z nami usposobiona zbyţt entu- zjastycznie jak na warunki pustynne. Wyżej cenilem jego mło- doœć niż zapał jego młodej żony. On był pilotem, gońcem, zwia - dowcš. Przelatujšc nad pustyniš i wyţpisujšc na długich kolor o- wych taœmach zakodowane znaki, doradzajšce, którędy mamy sig posuwać, przynależał do Nowego Wieku. Dzielił się z otocz e- niem swš adoracjš jej osoby. Czterech mężczyzn i kobieta, i j ej mšż, wszyscy uczestniczyli w tynn werbalnym miodowym mie- sišcu. Polecieli do Kairu i powrócili w miesišc póŸniej, i wszystko zaczęło się na nowo. Ona była już tym razem spokoj - niejsza, ale z niego tryskała młodoœć. Przysiadała na jakiejœ puszce po oleju, opierała brodę na pięœciach, lokcie na kola- nach i wpatrywała się w jakiœ trzepoczšcy na wietrze slţawek 205 namiotowego brezentu, a Clifton wyœpiewywał na jej czeœć hymny pochwalne. Próbowaliœmy z niego żartować, ale gdyby miał stać się bardziej powœcišgliwy, musiałby zaprzeć się same- go siebie, a nikt z nas tego nie chciał. Po tym miesišcu spędzonym w Kairze stała się milczšca, cišgle coœ czytała, zamlmęła się w sobie, jakby się jej coœ przydarzyło albo uœwiadomiła sobie jakšœ zdumiewajšcš prawdę o ludzkim życiu, która jš odmieniła. Nie miała szans na to, by zostać towarzysko usposobionš żonš poszukiwacza przygód. Odlu-ywala samš siebie. Przylţo było na to patrzeć, ponieważ Clifton tego nie widział, nie dostrzegał tej jej pracy nad sobš. Czytała na temat pustyni, co się tylko dało. Była przygotowana do rozmów o Uweinacie i zaginionej oazie, wyławiała nawet pomniejsze artykuły. Byłem o piętnaœcie lat od niej starszy, rozumiesz. Osišg- nšłem ten etap życia, w którym utożsamiałem się z cynicznymi draniami z ksišżek. Nie wierzyłem w stałoœć, w zwišzlţ, które trwajš przez wielń. Byłem o piętnaœcie lat starszy. Ale ona była sprytniejsza. Bardziej złalmiona odmiany, niż sšdziłem. Co jš tak odmieniło w czasie ow ego opóŸnionego miodowego miesišca spędzonego u ujœcia Nilu pod Kairem? Przebywali- œmy z nimi najpierw tylko kilka dni - przylecieli w dwa tygod- nie po swym weselu w Cheshire. Wzišł z sobš pannę młodš, tak i; jakby nie mógł jej pozostawić ani też złamać umowy z nami. Z Madoxem i ze mnš. Czuł się wobec nas zobowišzany. Wskutek tego jej koœciste kolana wyloniły się owego dnia z samolotu. I to i zacišżyio nad naszš historiš. Nad naszš sytuacjš. Clifton wygłaszał peany na czeœć jej ršk, smukłej lin jej łokci. Opisywał, jak pływa. Opowiadał o bidetach w pokojach hotelowych. I jej niezwţykłym apetycie w czasie œniadań. Nic nie odpowiadałem na to wszystko. Popatrywałem chwilami na niš, kiedy mówił, i wychwytywałem jej spojrze- nia dostrzegajšce moje milczšce rozdrażnienie, a potem jej ; smutny uœmiech. Tkwiła w tym pewna ironia. Byłem starszy. Byłem człowie- kiem œwiatowym, który przed dziesięciu laty przeszedł z oazy Dakhla do Gilf Kebir, który wyrysował mapę Farafry, znał Cyre- najkę i więcej niż dwulţotnie zagubił się na Morzu Piaskowym. Poznała mnie już z bagażem oklejonyzn tymi nalepkami. Mogła była też odwrócić wzrok o kilka stopni i przy,jrzeć się nalepkom zdobišcym bagaż Madoxa. Ale poza œrodowislţem Geographi- cal Society nie byliœmy znani, stanowżliœmy dalekie obrzeże wspólnoty kultowej, do której wstšpiła przez małżeństwo. Słowa jej męża wysławiajšce jej urodę nic nie znaczyły. Ale ja jestem człowiekiem, którego życiem, nawet jako od- krywcy, wielolţotnie powodowały słowa. Podania i legendy. Wyrysowane mapy. Zapiski, które się zachowały. Wyczucie słowa. Powtórzyć coœ na pustyni to jak rozlać więcej wody na ziemię. Każdy niuans przenosił cię o setki kilometrów. Nasza wyprawa znajdowała się o szeœćdziesišt kilometrów od Uweinatu, lţIadox i ja mieliœmy wyruszyć sami na rekone- sans. CliFtonowie i pozostała częœć grupy mieli pozostać na miejscu. Przeczytala już wszystko, co wzięła z sobš. i popro- siła mnie o ksišżki. Miałem tylko mapy. - A ta ksišżka, którš przeglšdasz wieczorami? - To Herodot. Chcesz? - Nie sšdzę. Sš w niej notatki osobiste? - Tak, wpisuję w niš różne spostrzeżenia. I wklejam wy- cinlţ. Chciałbym jš mieć przy sobie. - To byłaby bezczelnoœć z mej strony,, wybacz, proszę. - Pokażę ci tę ksišżkę, kiedy wrócę. Nie przywykłem się z niš rozstawać. Wszystko to odbyło się z wdzięlţem i elegancjš. Wyjaœniłem, że jest to coœ więcej niż zwykła ksišżka, i ona przyjęła to wyjaœ- nienie. Mogłem wyzuszyć w drogę nie czujšc się w żadnym sto- pniu sobkiem. Docenialem jej łaskawoœć. CliFtona przy tym nie było. Byliœmy sami. Pakowałem się właœnie do drogi w swym namiocie, kiedy zwróciła się do mnie z tš proœbš. Jestem czło- wiekiem, który odwrócił się tyłem do wżększoœci społecznych konwenansów, ale czasem doceniam delikatnoœć obejœcia. Wróciliœmy po tygodniu. Wiele się wydarzyło, jeœli chodzi o gromadzenie i porzšdkowanie informacji. Byliœmy w do- 207 brych nastrojach. W obozie odbyła się mała uroczystoœć. Clifton był zawsze skory do pompatycznych ceremon. I to było zaraŸliwe. Podeszła do mnie z kubeczkiem wody w ręce. - Gratuluję. Właœnie się dowiedziałam od Geoffreya. - Tak. - Proszę, wypij to. Wycišgnšłem rękę, a ona włożyła mi kubek w dłoń. Woda wydawała się bardzo zimna po tej cieczy, którš pijaliœmy w kantynach. - Geoffrey przygotowuje przyjęcie na waszš czeœć. Pisze pieœń pochwalnš i chce, żebym ja odczytała wiersz, ale wolałabym zrobić coœ innego. - Proszę, weŸ tę ksišżkę i przejrzyj jš sobie - wyjšłem Herodota z plecaka i wręczyłem jej. Po posiłku i herbacie ziołowej Clifton wycišgnšł butelkę koniaku, którš ulmywał przed wszystldmi. Mieliœmy jš opróż- nić tego wieczora. Madox skladał relację z wyprawy, a Clifton œpiewał zabawnš piosenkę. A potem ona odczytała fragment z Dziejóuţ dotyczšcy Kandaulesa i jego królowej. Pochodził z poczštkowej part ksišżki i miał luŸny zwišzek z miejscami i okresem, który mnie interesował. Ale to była słynna opo- wieœć. I jš właœnie wybrała jako temat do rozmowy. Otóż ten KandauLes był tak bardzo rozmiLowany w swej n,czł- żonce, że scţdziŁ, iż posiada rccţjpięlţnţjszcţ ze wszystkich lcobiet. A miaŁ wœród swoich lcopijrcików niejaLciego Cţigesa, syna Dasky- Losa, który cieszył sćę jego szczegóLncţ ł,askct. Poru,czat mu ważniej- sze sprawy państwowe, a urodę swej żony sławit przed nim ponad wszelkcţ miarę. - Czy słuchasz, Geoffreyu? - Tak, kochanie. ...odezwat się do ţigesa w te sŁowa: - ţ,Crigesie, zdcţe mi się, że ty nie urieţrzysz w to, co ci opowia,dam o wdziękach mojej żony, pan,iewcţż ţ"szy Ludzi scţ bardziej niedowierzajţ.ce niż ich oczy; dlatego staraj się ţjrzeć jcţ nagct". 2tl8 Wiele rzeczy można by tu powiedzieć, skoro wiadomo, że zo- stałem jej kochankiem, tak jak Giges został kochankiem lţólo- wej i zabójcš Kandaulesa. Często sięgałem po Herodota jako do klucza do geograf. Ale Katharine użyła go jako klucza do swego życia. Głos brzmiał rozważnie, kiedy czytała. Wzrok wbi- ty w stronę, na której przedstawiona była ta historia, jakby się zapadła w lotny piasek przy jej odczytyţvaniu. ţţJa chętnie wierzę, że ona jest najpiękniejsza ze wszystkich kobiet, a ciebie proszę, abyœ nie żcţ ode mnie rzeczy niepwzystoj- nych". ALe króL odpowiedziaŁ mu tak oto: ţţNabierz otuchy, Gigesie, i nie Lgkaj się, że ja tak móuńę, aby cię wystawić tyLko na próbę, ani się nie bój, że ze strony mej maţżonki spotka cię jakaœ przykroœć. Albowiem z góry tak urzcţdzę, żeby ona zupeLnie nie zauwa,żţLrz, żeœ jcţ widzialţ,. Oto historia o tym, jak zakochałem się w kobiecie, która mi przeczytała wybranš opowieœć z Herodota. Słuchałem słów, które wypowiadała, poprzez ogień, nie podnoszšc oczu, nawet kiedy prowokowała męża. Być może dla niego właœnie to czytała. Być może nie było żadnej innej motywacji wyboru tego akurat fragmentu poza ich dialogiem. Była to po prostu opowieœć, która zafrapowała jš podobieństwem sytuacyjnym. Ale ten trop skojarzeń nagle wwiódł jš w życie prawdziwe. Zanim jeszcze zorientowała się co do fałszywoœci pierwszego kroku tym tropem. Jestem tego pewien. ţţMianowicie ustawię cię w komnacie, w której sypiamy, za otwartymi drzwiamż Zaraz po mnie przţjdzie maja żona,, aby udać się ncz spoczynek. BLisko wejœcia stoi krzesLo; na nim przy rozbieraniu się bęclzzie skLadaţa poszczegóLne częœci swego odzien;ia i tak da ci sposobnoœć, żebyœ się jej z caţţJn2 spokojem przţjrza,t. Kiedy potem od krzesła będzie szła ku Lożu i do ciebie odun-óci się tyłem, twojš ju.ż bgdzie rzeczrţ, żeby cię nie zobaczyła uchodzc‡cego spoza drzwi,ţ. Ale lţólowa spostrzega Gigesa, kiedy ten wychodzi z sy- pialni. Pojmuje, co przedsięwzišł jej mšż; upokorzona, nie wydaje okrzyku... opanowuje się. 209 To dziwna historia. Zgodzisz się, Caravaggio? Próżnoœć mężczyzny posunięta do tego stopnia, by budzić zazdroœć. Czy też pragnienie uwiarygodnienia swych słów, bo przypuszcza, że się mu nie daje wiary. Był to bez wštpienia portret CliFtona, stawał się on częœciš tej histor. Jest coœ oburzajšcego, ale i bardzo ludzlţego w postępowaniu męża. Coœ, co każe nam uwierzyć w tę historię. Nazajutrz królowa wzywa Gigesa i stawia go przed wybo- rem: ţţTeraz, ('rigesie, daję ci dwie drogi do wyboru, którcţ z nich zechcesz pójœć. ALbo zabijesz Kandaulesa i posictdziesz mnie wraz z królestwem Lidyjczyków, albo sam musi,sz zaraz na, miejscu umrzeć, abyœ na przysztaœć nie słuchat we wszystkim KandauLesa i nie widywał tego, czego ci się nie godzi widzieć. Przeto albo on musţi zgincţć, ponieważ wpadl na taki pomyst, albo ty, ponieważ 2.ţjrzaLeœ mnie nagct... ţů * I tak oto zginšł król. Zaczšł się Nowy Wiek. 0 Gigesie pisano poematy jambicznym trójzgłoskowcem. Był pierwszym barbarzyńcš, któremu poœwięcano budowle w Delfach. Pano- wał jako król Lyd przez dwadzieœcia osiem lat, ale zapamię- taliœmy go jedynie jako pionka w niepowszedniej histor miłosnej. Skończyła czytać i uniosła głowę. Z lotnych piasków. Wyła- niała się. Władza przeszła w jej ręce. W tym momencie, za sprawš opowieœci, zakochałem się. Słowa, Caravaggio, majš władzę. * Przekład Seweryna Hammera. Kiedy Cliftonowie nie przebywali wraz z nami, rezydowali w Kairze. CIiFton wykonywał jakšœ innš pracę, Bóg wie jakš, na rzecz pewnego Anglika, jalţegoœ swego wuja, zatrudnionego w jednym z biur rzšdowych. Wszystko to było przed wojnš. A w owym czasie do miasta napływali ludzie różnych narodo- woœci, spotykali się u Groppiego na wieczornych koncertach, tańczyli do póŸnej nocy. Cliftonowie byli poważanš młodš parš, a ja znajdowałem sig na obrzeżach kairslţego towarzystwa. Wiedli życie wytworne, w które wlţaczałem od czasu do czasu. Obiady, garden parties. Przyjęcia, jakimi nigdy bym się nie interesował, a na które teraz biegałem, bo ona tam była. Jestem człowiekiem, który gna przed siebie, aż dojrzy to, czego pragnie. Jak mam ci jš objaœnić? Za pomocš ršk? Sposobem, w jaki mogę nalţeœlić w powietrzu wymiar niszy lub głazu? Była członldem ekspedycji przez blisko rok. Widywałem jš, rozma- wiałem z niš. Cišgle przestawaliœmy z sobš. PóŸniej, lţedy byli- œmy już œwiadomi wzajemnego pożšdania, owe pierwsze chwile ulţyliœmy w sercach. Objawiły się teraz nerwowvzn postukiwa- niem palcami o skałę. Wydaje się, że były zmarnowane lub Ÿle zrozumiane. Przebywałem w tym czasie w Kairze samotnie, przez jeden miesišc każdego kwartału. Pracowałem na Wydziale Egiptolo- g nad własnš ksišżkš, R‚centes E.zplorations dans le D‚sert Liby- que, z ka§dym dniem zbli§aj†c si‘ do defnitywnego kszta’tu tekstu, tak jakby pustynia była obecna gdzieœ na tvch stronach: wšchałem badawczo zapach atramentu spływajšcego z wiecz- nego pióra. A jednoczeœnie zmagałem się z jej bliskš obecno- œciš, tym bardziej podniecony, że prawda mogła objawić się z jej ust, z naprężenia œcięgna pod kolanem. z białej płaszczy- 211 zny brzucha - podczas gdy pisałem swš ksišżeczkę, siedemdzie- sišt stron druku, maksymalnie się streszczajšc, opatrujšc jš mapami szlaków podróży. Nie byłem w stanie usunšć jej z tych spisywanych kart. Zamierzałem zadedykować jej tę monograflę, jej głosowi, jej ciału, które wyobrażałem sobie jako bladoróżo- wy, długi łuk wyłaniajšcy się z łóżka, ale ksišżka była już zade- dykowana lţólowi. Prcypuszczałem, że ta obsesja może zostać przez niš wykpiona, zbyta grzecznym i pełnym zakłopotania sldnieniem głowy. Stawałem się w jej towarzystwie podwójnie układny. To cecha mojej natury. Jakbym się krępował uprzednio ukazanej nagoœci. To taki europejski zwyczaj. Było dla mnie rzeczš naturalnš - po wprowadzeniu jej w moje rozumienie pusty- ni - przywdziewać teraz w jej obecnoœci żelazny pancerz. Namiętny poema,t jest substytutem kobiety, którcţ kochasz Lub pouńnieneœ kochać, Czţjaœ namiętna. rapsodia komuœ innemu zabrzmi faţ,Sţ2l72e. U Hasseina Beja - wielkiego starca z ekspedycji z roku 1923 - spacerowała po trawie z doradcš rzšdowym Roundel- lem; uœcisnęła mi rękę, jego posłała, żeby jej przyniósł jakiegoœ drinka, zwróciła się do mnie i powiedziała: - Chcę, żebyœ mnie porwał. Powrócił Roundell. Jej słowa były dla mnie czymœ taldm, jakby mi wręczyła nóż. W cišgu miesišca zostałem jej kochan- kiem. W moim pokoju nad sukiem, na północ od uliczki papug. Upadłem na kolana w ozdobionym mozaikami hallu, twarz wtuliłem w kurtynę jej sulnii. Stanowiliœmy dziwnš figurę, my dwoje, zanim daliœmy upust naszemu głodowi. Jej palce wyczesujšce piasek z mych włosów. Kair i wszystkie jego pustynie wokoło. Czy to było pożšdanie jej młodoœci, jej szczupłej chłopię- coœci? To jej ogrody były tymi ogrodami, które mam na myœli, kiedy ci opowiadam o ogrodach. Miała takie małe zagłębienie między szyjš a obojczykiem, które nazywaliœmy Bosforem. Zeœlizgiwałem się z jej ramienia 212 w Bosfor. Układałem na nim oko. HIękałem, kiedy popatrywała na mnie z góry, podejrzliwie, jakbym był przybyszem z innej planety. Jej chłodna dłoń nagle na moim karku w kairskim autobusie. Wynajęcie zalţytej taksówki i nasza szybka, manual- na miłoœć na trasie między mostem Khedive Ismail a klubem Tipperary Albo słońce przesšczajšce się przez jej paznokcie w saloniku na trzecim piętrze muzeum, kiedy mi rękš zasłania- ła twarz. Obawialiœmy się tylko jednej osoby, której spotkania pra- gnęliœmy uniknšć. Ale Geoffrey Clifton był wcišgnięty w angielskš machinę. Jego rodzinna genealogia sięgała lţóla Kanuta. Machina ta niekoniecznie musiała wyjawić Cliftonowi, żonatemu zaledwie od osiemnastu miesięcy, niewiernoœć żony, ale przystšpiła do zaciœnięcia pętli wokół tej zdrady, tego schorzenia w systemie. Wiedziano o każdym naszym kroku od pierwszego dnia, od pierwszego naszego niezręcznego zbliżenia na kuchennych schodach hotelu Semiramis. Nie zwracałem uwagi na jej napomknienia o lţewţnych męża. A Geoffrey Clifton był równie nieœwiadomy niczego, jak my byliœmy nieœwiadomi wielkiej angielskiej pajęczyny roz- piętej nad naszymi głowami. Cała drużyna strażników czuwa- ła nad jej mężem i chroniła go. Tylko Madox, będšcy arysto- kratš o pułkowych znajomoœciach, wiedział o tych tajnych konwulsjach. Tylko Madox, z powœcišgliwym taktem, prze- strzegał mnie przed tym œwiatem. Ja nosiłem przy sobie Herodota, a Madox-œwięty męczennik własnego małżeństwa - Anng Karenircę i stale na nowo odczyty- wał historię romansu i zdrady. Któregoœ dnia, zbyt już póŸno, byœmy mogli powstrzymać mechanizm, który puœciliœmy w ruch, spróbował objaœni㠜wiat Cliftona w kategoriach stosowanych przez brata Anny Kareniny. Podaj mi mojš ksišżkę. Posłuchaj. Poţowa Moskwy i Petersţurga był,a, spokreumiorr,a, i zaprzţjaŸ- niorca z Obłońskim. Urodzit sig w œţţodowżsku ludzi, którzy albo byLi, albo stali się możnţrrci tego œuńata. Jedrta trzecia starców-dygnitaţzy była zaprzţjaŸniona z jego ojcem i pamięta,la Stiwę w dziecżnnej koszuice... szafarze dóbr tego œuriata,, posad, koncesji, dzierżaw itp. 213 byLi więc z nim wszyscy w przţjaŸni i jako swego człowieka nie mogli go pomincţć... doœć było tylko nie odmawiać, nie być zawistnym, nie kłócić się i nie obrażać, czego, powodowany wrodzoncţ dobroduszno- œcirţ, i tak nigdy nie miaL w zwyczaju*. Doszedłem do tego, że kocham czubek twej strzykawki, Caravaggio. Kiedy Hana podawała mi morfinę po raz pierw- szy w twojej obecnoœci, stałeœ przy olţie; czubek jej pazno- kcia drasnšł cię w szyję i gwałtownie zwróciłeœ się w naszš stronę. Znam się na tyzn. Wiem, jak kochanek rozpoznaje innych, zakamuflowanych kochanków. Kobiety żšdajš od kochanków wszystkiego. A ja zbyt często ; tonšłem pod powierzchniš. Tak jak całe armie tonš w piasku. A wchodził w grę jej lęk przez mężem, jej wiara we własny ; honor, moje stare pragnienie samowystarczalnoœci, moje znikania, jej wobec mnie podejrzliwoœć, moje niedowierzanie w to, że mnie kocha. Paranoja i klaustrofobia tajonej miłoœci. - Myœlę, że się stałeœ nieludzki - powiedziała. - Nie jestem jedynym zdrajcš. - Myœlę, że nie przejmujesz się tym, że to się zdarzyło między j nami. Przeœlizgujesz się obok wszystkiego ze swym lękiem i przed zawłaszczeniem i nienawiœciš do zawłaszczania, do po- siadania, do bycia posiadanyzn, do bycia nazwanym. Uważasz, że to cnota. Myœlę, że jesteœ nieludzlţ. Jeœli cię porzucę, do kogo ;: się udasz? Czy znajdziesz sobie innš kochankę? Nic nie odpowiedziałem. - Zaprzecz temu, ty przeklętniku. Zawsze łalţęła słów, uwielbiała je, żywiła się nimi. Słowa rozjaœniały jej œwiat, ukazywały przyczyny i rozmiary. Ja natomiast uważałem, że słowa wzniecajš emocje, tak jak patyk mšci wodę. Powróciła do męża. Od tego momentu w życiu - wyszeptała mi - albo zacznie- my odnajdywać duszę, albo jš zatracać. * Przekład Kazimienů Iłłakowůiczówny. 214 Morza się rozłšczajš, dlaczegóż by nie mieli się rozstawać kochankowie? Porty Efezu, rzeki Heraklita zaginęły, zastšpiły je bagniste moczary. Żona Kandaulesa została żonš Gigesa. Biblioteki płonš. Czym był nasz zwišzek? Zdradš wobec tych, co nas otaczali, czy też pragnieniem innego życia? Weszła na powrót do swego domu, zajęła miejsce u boku męża, a ja wypoczywałem przy niklowanych ladach barowych. Patrzeć bęcţę w księżyc, Widzieć będę ciebie. Ten stary klasyk Herodot. Nucšc i œpiewajšc tę piosenkę wcišż od nowa, wbijałem w jej linijki sens swego życia. Ludzie na różne sposoby wyrównujš sobie skrywane straty. Ktoœ z jej œwity widzial mnie rozmawiajšcego z kupcem ko- rzennym. Kiedyœ otrzymała od niego cynowy naparstek z sza- franem. Jedna z tysięcy rzeczy. A jeœli to Bagnold - widzšc mnie z kupcem korzennym - opo- wiedział o tym podczas obiadu przy stole, przy którym siedziała, co wtedy odczułem? Czy przyniosło mi to jakšœ pociechę, że pamiętała człowieka, co jej podarował mały prezent, cynowy na- parstek, który zawiesila sobie na szyi na cienkim, ciemnym łań- cuszku i nosiła przez dwa dni, kiedy męża nie było w mieœcie? W œrodku był szafran, więc na policzku miała złotš plamkę. Jak przyjmowała opowieœci o mnie, pariasie w tej grupie ludzi, opowieœci o tym czy innym zdarzeniu, którym się kompro- mitowałem, przy Bagnoldzie zaœmiewajšcym się ze mnie, mężu, tym dobrym człowieku zamazţtwiajšcym się o mnie i Madoxie, wstajšcym z lţzesła i podchodzšcym do olţa otwierajšcego się na południowš dzielnicę miasta? Rozmowa zbaczała zapewne na inne tory. W końcu zajmowali się wyrysowywaniem map. Ale czy wracała myœlš do studni, którš wspólnie dršżyliœmy i wspól- nie się niš opiekowaliœmy, w taki sposób, w jaki ja do niej po- wracałem, z wycišgniętš rękš? Każde z nas ma teraz swoje własne życie, oddzielone surowym traktatem od życia drugiego. - Co ty wyprawiasz - powiedziała podbiegajšc do mnie 215 na ulicy - czy nie widzisz, że wszystkich nas wpędzasz w obłęd? Według Madoxa zalecałem się do wdowy. Ale ona jeszcze nie była wdowš. Kiedy Madox wyruszał do Angl, ona i ja nie byliœmy już kochankami. "Przekaż pozdrowienia swej kair- skiej wdowie - wymamrotał. - Ucieszyłbym się, gdybym jš spotkał". Czy wiedział? Zawsze czułem się wobec niego kłamcš, wobec tego przyjaciela, z którym pracowałem przez dziesięć lat, tego człowieka. którego kochałem bardziej niż jalţegokolwiek innego mężczyznę. Był rok 1939 i wszyscy wyjeżdżaliœmy z tego kraju, na wszelki wyţpadek, na wojnę. I Madox powrócił do wioski Marston Magna w hrabstwie Somerset, gdzie się urodził, w miesišc póŸniej wzišł udział w nabożeństwie, wysłuchał kazania sławišcego wojnę, wy- cišgnšł swój pustynny rewolwer i zastrzelił się. Ja, Herodot z Halikarnasu, przedstawiam tu wyniki swych badań, żeby ani dzieje Ludzkie z biegiem czasu nie zatarły się w pamięci, ani wieLkie i podziwu godne dzieła, jakich bcţţdŸ HeLLe- nowie, bcţdŸ barbarzyńcy dolcona.Li, nie przebrzmiczLy bez echa,, mięclzy innymi szczegóLnie unJjaœniaţjcţc, dlaczego oni nawzajem z sobd wajowaLi*. Ludzie zawsze recytowali na pustyni wiersze. A Madox- wobec zgromadzenia Geographical Society - pięlmie przed- stawiał sprawozdanie z naszych kluczeń i przemarszów. Ber- mann nadawał teoriom olœniewajšcy kształt. A ja? Ja byłem ich złotš ršczkš. Mechanilţem. Inni wypowiadali swe umiło- wanie samotnoœci, medytowali nad znaleziskami. Nigdy nie byli pewni tego, co ja o tym wszystkim myœlę. "Czy ty lubisz księżyc?" - spytał Madox po dziesięciu latach naszej znajo- moœci. Spytał tak nieœmiało, jakby chodziło o sprawy intymne. Według nich byłem nieco zbyt przebiegły jak na miłoœnika pustyni. Bardziej przypominaiem Odysa. A ja byłem człowie- kiem pustyni. Tęsknię za pustyniš, tak jak ktoœ inny tęskni za rzekš albo jeszcze inny za miastem swego dzieciństwa. * Przekład Seweryna Hammera. 216 Kiedy się rozstawaliœmy po raz ostatni, Madox użył starego zwrotu pożegnalnego: "Oby Bóg miał pieczę nad twym kom- panem". Odwróciłem się i odrzekłem: "Nie ma Boga". Różni- liœmy się od siebie zasadniczo. Madox mówił, że Odys nigdy nie napisał ani jednego slowa, nie zostawił żadnych osobistych zapisków. Być może czuł się obco w falszywie brzmišcej rapsod sztulţ. A muszę dodać, że moja własna monografa cechowała się oschlš dokładnoœciš. Lęk przed wţpisaniem w niš jej obecnoœci nakazywał mi usunšć wszelkie sentyznenty, wszelkš retorykę miłosnš. Stšd opisywa- łem pustynię tak powœcišgliwie, jak zwykłem o niej mówić. Ma- dox zapytał mnie o księżyc podczas ostatnich wspólnych dni, przed wybuchem wojny. I rozstaliœmy się. Pojechał do Angl, prawdopodobieństwo nadchodzšcej wojny przerwało wszystko, nasze powolne odkopywanie przeszłoœci pustyni. Żegnaj, Ody- sie - powiedział uœmiechajšc się, wiedzšc, że nigdy nie byłem rozmiłowany w Odysie, a bardziej w Eneaszu; zdecydowaliœmy zresztš, że to Bagnold jest Eneaszem. Ale i Odysem nie byłem zachwycony. Żeţaj, odpowiedziałem. Pamiętam, jak odwrócił się rozeœmiany. Przylożył sobie mały palec do jablka Adama i powiedział: "To ciepłe miejsce nazywa się węzeł naczyniowy". Nadal w ten sposób of'icjalnš nazwę zagłębieniu u nasady szyi. Wracał do swej żony w Mar- ston Magna zabierajšc z sobš tylko ulubionš ksišżkę Tolstoja, mapy i kompasy powierzył mnie. Nasze uczucia pozostały nie wypowiedziane. A Marston Magna w hrabstwie Somerset, o którym rozwo- dził się cišgle w naszych rozmowach, zamieniło swe zielone pola w lotnisko. Samoloty zrzucały spalinowe wyziewy nad arturiańskimi zamkami. Nie wiem, co go przywiodło do owej decyzji. Być może nieustanny hałas przelotów, tak wrzaskliwy po prostym warkocie gypsy motha, który przerywał nam ciszę w Lib i Egipcie. Czyjaœ wojna rozdarła delikatny gobelin jego przyjaŸni. Byłem Odysem, rozumiałem rozstania i prze- mijajšce trudnoœci wojenne. Ale on był człowiekiem z tru- dem zawierajšcym przyjaŸnie. Był człowiekiem, który zbliżył się do dwóch albo trzech osób w cišgu całego życia, a one miały się teraz zamienić w nieprzyjaciół. 217 Mieszkał w Somerset jedynie z żonš, która nigdy nie po- znała żadnego z nas, Skromne gesty mu wystarczały. I kula pistoletowa zakończyła dlań wojnę. Było to w lipcu 1939 roku. Pojechali ze swej wioski do Yeovil autobusem. Autobus wlóki się i spóŸnili się na mszę. W tylnej częœci zatłoczonego koœcioia z braku miejsc usiedli osobno. Kiedy pół godziny póŸniej rozpoczęło się kazanie, było ono bez wštpienia w szowinistyczny sposób wypowiedzianš pochwałš wojny. Kapłan sławił walkę, błogosiawił rzšd i ludzi wypowia- dajšcych wojnę. Madox wysłuchiwał kazania, nabierajšcego coraz większej gwałtownoœci. Wycišgnšł swój pustynny pistolet, zarepetował i strzelii sobie w serce. Zmarł na miejscu. Zapadła cisza. Pustynna cisza. Cisza bez samolotów. Słyszeli, jak ciało opada na ławkę. Nikt się nie poruszył. Kapłan zastygł w orator- slţm geœcie. Przypominało to ciszę, jaka zapada w koœciele, kiedy szklana osłona lampy pgka i wszystkie spojrzenia zwraca- jš się w tę stronę. Jego żona przeszła przez głównš nawę, stanę- ła przy jego ławce, coœ wyszeptała, pomogli jej usišœć przy nim. Przyklękła i objęła rękoma jego zwłoki. Jak umierał Odys? Œmierciš samobójczš, prawda? Wydaje mi się, że tak. No więc. Myœlę, że pustynia zniszczyła Madoxa. I ten czas, kiedy nie mieliœmy do czynienia z zewnętrznym œwiatem. Zastanawiałem się nad tš rosyjskš ksišżkš, którš miał zwykle przy sobie. Rosja byia zawsze bliższa mojemu krajowi niż jego ojczyŸnie. Podziwiałem jego opanowanie we wszystkim. Mogłem się wœciekle spierać o lokalizację jakiegoœ miejsca na mapie, a jego sprawozdanie mówiło o "debacie" rozważnymi zdania- mi. Pisał o naszych wyprawach spokojnie i radoœnie. kiedy istniały powody do radoœci - takie, jakie Anna i Wroński znajdowali w tańcu. Ale był człowiekiem, który nigdy nie poszedł ze mnš do żadnej z sal tanecznych w Kairze. To ja byłem człowiekiem, który się zakochał podczas tańca. Poruszał się z powolnš niepewnoœciš. Nigdy go nie widzia- łem tańczšcego. Był człowiekiem piszšcym, interpretujšcym œwiat. Mšdroœć rodzi się z przetworzenia najlżejszego choćby 218 odruchu emocji. Jedno spojrzenie może podszepnšć całe fragmenty teor. Kiedy natykał się na jakiœ nowy obrzšdek pustymnego plemienia albo znajdował rzadki okaz palmy, zachw5,t nie opuszczał go przez całe tygodnie. Kiedyœmy znajdowali jakiœ przekaz na trasie naszych podróży - mógł to być zapis, współczesny lub dawny, arabski, wyryty na glinia- nej œcianie, lub angielski, wypisany kredš na masce jeepa- odczy,tywał go i dotykał dłoniš, jakby chciał odczuć jego głębsze znaczenia, nawišzać z nim kontakt tak bardzo osobi- sty, jaki tylko da się nawišzać ze słowami. Unosi rękę, pokiereszowane żyły w pozycji horyzontalnej, twarz uniesiona ku górze, w oczekiwaniu na zastrzyk morfmy. W chwili, kiedy weń wpływa, słyszy, jak Caravaggio wrzuca igłę do emaliowanego naczynia o kształcie nerki. Widzi, jak posi- wiała postać odwraca się, a potem ponownie zwraca się ku niemu-już naszpikowany, wspóiobywatel królestwa morfiny. Sš dni, że kiedy wracam do domu po nużšcej pisaninie, jedynš rzeczš, która mnie może postawić na nogi, jest "Honey- suckle Rose" Django Reinhardta i Stephane'a Grappelly'ego, grana z francuslţm Hot Clubem.1935.1936.1937. Złoty wiek jazzu. I.ata, w których wylewał się z hotelu Claridge na Polach Elizejskich i docierał do barów Londymu, południowej Francji, Maroka, a potem sięgał aż po Egipt, gdzie wieœć o nowych ryt- mach szerzona była gorliwie przez bezimiennš kairskš orkie- strę tanecznš. Kiedy powracałem na pustynię, brałem ze sobš 7&obrotowe płyty Souvenirs z nagraniami tanecznych wżeczo- rów w barach, gdzie kobiety o ruchach charta ocierały się o cie- bie, gdy wtulałeœ się w nie w tańcu "My Sweet". Za uprzejmym przyzwoleniem wytwórni płyt Soci‚t‚ Ultraphone Fran‡aise. 1938. 1939. Westchnienie miłosne wydobywało się z grajšcej skrzynki. Wojna czaiła się za rogiem. W czasie tych ostatnich dni w Kairze, w kilka miesięcy po zakończeniu mej miłosnej afery, przekonaliœmy wreszcie Madoxa, przy niklowej ladzie barowej, o koniecznoœci jego wyjazdu. Ona i jej mšż przy tym byli. Ostat- nia noc. Ostatni taniec. Almƒsy był wstawiony i próbował stare- go lţoku tanecznego, który kiedyœ wyţrnyœlił i nazwał "uœcisk 219 Bosforu", unoszšc Katharine Clifton w sw,yůch mocnych ramio- nach i wirujšc po parkiecie, aż upadli oboje obok zebranych z Nilu aspidistr. On to mówţi jako kto? - myœli Caravaggio. Almƒsy był pijany i jego taniec sprawiał na innych wrażenie brutalnej ser podrygiw ůań. W owych dniach on i ona nie wyda- wali się z sobš zgadzać. Rzucał niš w, różne strony, jakby by'ła szmacianš lalkš, i alkoholem tlumił smutek z pow,odu wyjazdu Madoxa. Przy naszym stole zachowywał się hałaœliwie. Zwykle, kiedy Almƒsy wpadał w taki nastrój, rozchodziliœmy się, ale to był ostatni wieczór Madoxa w Kairze, więc zostaliœmy. ?Vlarny slţzypek egipski naœladował Stephane'a Grappelly'ego, a Almƒsy zachowywal się jak zagubiona planeta. "Nasze zdro- wie - wyobcowanych z planety" - wzniósł szklankę. Chciał tań- czyć z wszystlńmi mężczyznami i kobietami. HIaskał w dłonie i zachęcał: "No, to poryţvam w ,ţuœcisku Bosforuţţ. Ciebie, Bern- hardt? Hetherton?" Większoœć odmawiała. Zwrócił się do mło- dej żony Cliftona, która przyglšdała mu się z maskowany,m uprzejmoœciš rozdrażnieniem i ruszyla za nim, kiedy się przed niš sklonił, a potem niemal się na niš zw,alii, jego broda na jej lewym ramieniu, na owym nagim plateau poţwţżej lin cekinów. Maniackie tango trwało do chwili. w której jedno z nich zmyliło krok. Nie powœcišgnęła gniewu na tyle, by pozwolić mu zw,yţcię- żyć, a samej odejœć i powrócić do stolika. Patrzyła nań dumnie, kiedy odrzucił do tyłu glowę, by'najmniej nie uroczyœcie, ale "' oskarżycielsko. L'sta coœ szeptały, kiedy się ku niej pochylił, może recytował tekst "Honeysuckle Rose". Pomiędzy ekspedycjami, w Kairze, nikt z nas nie widywal Almƒsy'ego zbyt często. W cišgu dnia pracował w muzeum, no- ce spędzal w barach przy targowisku w południowej dzielnicy I - miasta. Znikał w tyţrn innym Egipcie. 'Iţlko ze względu na ?Vlado- xa stawili się tu wszyscy'. A teraz Almƒsy tańczył z Katharine Clifton. Szpaler kwiatów muskal jej smukłš sylwetkę. Wirował wraz z niš, podrywal jš do góry, a potem upadł. Clifton pozostał 220 na krzeœle, popatrujšc na nich. Almƒsy leżšcy w poprzek sali, potem niezdarnie próbujšcy się podnieœć, odgarniajšcy swe jasne włosy, klękajšcy przed niš w odległym kšcie. Potrafił w cišgu chwili stać się na powrót delikatny. Było już po północy. Goœcie nie wydawali się tym zachwy- ceni, z wyjštkiem tych łatwo się rozbawiajšcych stałych by- walców, którzy byli przyzwyczajeni do takich ceremon od- prawianych przez pustynnych Europejczyków. Były tam ko- bietyů z diugimi srebrnymi kolczykami zwisajšcymi z uszu, kobiety w cekinach, małych kršżkach metalu rozgrzanych ciepłem baru, do których Almƒsy żywił dawniej uprzedzenie, kobiety, które w tańcu potrzšsały mu przed oczyma swymi srebrnymi kolczykami. W inne wieczory tańczył z nimi, obej- mujšc ramionami całš tę strukturę jako punkt oparcia osa- dzony na klatce piersiowej, w miarę jak się upijał. Tak, były rozbawione, œmiały się z brzucha Almƒsy,ego, gdy koszula wysuwała mu się ze spodni, nie były też zachwycone jego ciężarem, który składał na ich ramionach w czasie przerw w tańcu, przewrajšc się w końcu na podłogę. Ważne w czasie takich wieczorów było to, by, w e j œ ć w akcję, podczas gdy konstelacje ludzkie wokół ciebie wirowały i zmieniały się. Nie było założonych z góry zamiarów ani analiz myœlowych. Notatki bojowe z wieczorów przychodziły, póŸniej, na pustyni, na szlakach wiodšcych z Dakhli do Kufry. Wtedy przypominał sobie jakiœ psi skowyt, za którym rozglšdał się po parkiecie, sšdzšc, że to nie naoliwiona igła gramofonowa, a oka- zywało się, że to kobieta, którš nadepnšł w tańcu. Na widok oazy mógł sobie wţybaczyć swój taniec, wznoszšc ręce ku niebu. ' Zimne pustynne noce. Wychwţytywał nikłe promyki œwiatła z całunu nocy i przeżuwał je w ustach jak pokarm. Robił tak przez pierwsze dni na szlaku, kiedy znajdował się w strefie zapomnienia pomiędzy miastem a płaskowyżem. Po szeœciu dniach nie myœlał wcale o Kairze ani o muzyce, ani ulicach, ani kobietach; przenosił się już w odległy czas, jakby przystosowţy- wał się do oddychania w głębokiej wodzie. Jedynš jego więziš ze œwiatem miast był Herodot, jego przewodnik, starożytny 221 i współczesny, w œwiecie domniemanych kłamstw. Kiedy znaj- dował prawdę w czymœ, co wydawało mu się kłamstwem, sięgał po buteleczkę z klejem i naklejał notkę na mapę albo między wycinki z informacjami bšdŸ też wykorzystywał nie zadrukowa- ne miejsca w ksišżce do naszlţcowania mężczyzn w spódnicz- kach prowadzšcych z sobš nikomu nie znane zwierzęta. Dawni osadnicy oazowi zazwyczaj nie hodowali bydła, choć Herodot utrzymywał, że je hodowali. Czcili brzemienne boginie; ich skalne portrety ukazywały przeważnie kobietv ciężarne. Przez dwa tygodnie myœl o mieœcie w ogóle go nie nawiedza- ła. Czuł się tak, jakby okiyła go milimetrowa warstwa mgiełlń i znalazł się pod zadrukowanš powierzchniš mapy. w czystej strefie między ziemiš a kartš, między odległoœciami a opisem, między naturš a opowiadajšcym. Sanford nazywał to geomorfo- logiš. Miejscem, które sobie wybrali na schronienie, aby rozwi- jać w nim lepszš czšstkę swţych jaŸni, by stać się nieœţviadomy- mi swego pochodzenia. lţz, poza kompasem słonecznym i poza drogomierzem, nic nie ograniczało jego samotnoœci, jego pomy- słowoœci. W cišgu tych dni pojmował, jak się tworzš miraże, jak powstaje fatamorgana, bo sam w nich tkwił. Budzi się stwierdzajšc, że Hana go obmywa. Na wysokoœci jej pasa widzi komodę. Ona pochyla się, zaczerpuje złšczony- mi dłońmi wodę z porcelanowej miski i spłukuje mu poli- czek Kiedy kończy, mokrymi palcami parokrotnie przeczesu- je sobie włosy, tak iż ciemniejš i wilgotniejš. Podnosi wzrok, widzi, że on ma oczy otwarte i uœmiecha się. Kied.y znów otwiera oczy, widzi, że jest tu Madox, sprawia wrażenie znużonego, niechlujnie niesie mu strzykawkę z morfinš używajšc do tego obu dłoni, w któiych brakuje kciuków. Jak on sobie samemu może zrobić zastrzyk? - myœli. Rozpoznaje oko, zwyczaj przesuwania językiem po wardze, jasnoœć umysłu tego człowieka widocznš we wszystkim, co mówi. Dwaj starzy durnie. Caravaggio wpatruje się w różowoœć ust człowieka, pod- czas gdy ten mówi. Dzišsła zapewne koloru jasnej jodyny, jak malarstwo jaskiniowe odkryţte w Uweinacie. Jest jeszcze wię- 222 cej do odkrycia, do wycišgnięcia z tego ciała złożonego na łóżku, nie istniejšcego właœciwie poza tymi ustami, żyłš w ręce, wilczoszarymi oczyma. Cišgle podziwia jasnoœć my- œlowej dyscypliny u tego człowieka, który czasem mówi w pierwszej, a czasem w trzeciej osobie, i który cišgle się nie przyznaje, że jest Almƒsym. - A więc kto to mówił, przedtem? - Œmierć to znaczy, że istniejesz w trzeciej osobie. ' Przez cały dzień dzielili się ampułkami z morfinš. Aby zeń wycišgnšć jego historię, Caravaggio posługuje się całym kodem sygnałów. Kiedy poparzony człowiek zwalnia tok nar- racji albo kiedy Caravaggio czuje, że nie wszystko rozumie - aferę miłosnš, œmierć Madoxa - wyjmuje strzykawkę z naczy- nia w kształcie nerki, naciskajšc palcem odłamuje główkę ampuiki i zażywa jš. Nie czyni już z tego tajemnicy przed Hanš, skoro całe lewe ramię ma rozorane zastrzykami. ; Almƒsy owinięty jest w szary zawój, jego czarne ramię spo- czywa nagie pod przeœcieradłem. Każda dawka morf'iny wnikajšca w jego organizm otwiera kolejne drzwi. Wraca przez nie do malowideł jaskiniowych albo do ukrytego samolotu, albo też układa się obok kobiety pod wentylatorem, przytulajšc policzek do jej brzucha. ' Caravaggio sięga po Herodota. Przewraca stronę, wędruje poprzez diuny odkrywajšc Gilf Kebir, Uweinat, Gebel Kissu. Podczas gdy Almƒsy mówi,0n towarzyszy mu przeglšdajšc notatki. Tylko pożšdanie powoduje zboczenie z trasy, zakłó- cenie igiełki kompasu. Ale w każdym razie jest to œwiat nomadów, historia apokryf1czna. Umysł wędrujšcy między Wschodem i Zachodem, w piaskowej burzy. W Grocie Płyţ.vaków, po tym, jak jej mšż rozbił samolot, odcišł i zdjšł spadochron, który miała na sobie. Ułożył jš na ziemi, lţzywišcš się z bólu wywołanego stłuczeniami. Palca- mi delikatnie przeczesywał jej włosy szukajšc skaleczeń, potem obejrzał jej bark i stopy. 223 Nie chciał teraz, w tej grocie, utracić jej piękna, jej wdzięku, jej kończyn. Pojmował, że już zamknšł w zwartej pięœci całš jej naturę. Była kobietš, która zmieniała twarz robišc maki,jaż. Wybie- rajšc się na przyjęcie lub kładšc do łóżka malowała usta krwawš szminkš; na powiekach kladła plamy cynobru. Spojrzal na jedno z malowideł skalnych i slţadł mu kolozţ,. Ochrš polţył jej twarz, oczy otoczył niebieskimi obwódkami. Przeszedł przez jaskinię z palcami ubrudzonyţrni czerwieniš i przeczesał nimi jej włosy. Potem caiš jej skórę, wraz z kola- nem, które pierwszego dnia wyłoniło się z samolotu, polţył szafranem. Wzgórek łonowy Kolorowe obręcze na nogach, aby była nietykalna dla istot ludzkich. Tę tradycję znalazł u Hero- dota, gdzie starzy wojownicy czcili swe ukochane umieszczajšc i utrzymi.ţjšc je tam, gdzie œwiat stawał się wieczysty - w bazrv- nych fluidach, w pieœni, na malowidle skalnym. W jaslńni zrobiło się zimno. Otulił jš spadochronem. Rozpa- lił małe ognisko, opalił nad nim gałęzie akacji i wymachujšc nimi rozprowadził dym po całej grocie. Stwierdził, że nie potra- i zwracać się do niej wprost, mówił więc oficjalnie, bez osobis- tych tonów, głos załamywał się w szczelinach œcian skalnych. Wyruszam teraz po pomoc, Katharine. SLyszysz? Jest tu nieda,Leko inny samoLot, aLe nie ma w nim benzyny. Może na,potLcam jakdœ karawanę Lub jeepa, wtedy bym wrócit szybciej. Nie uriem. Wyjšł egzemplarz Herodota i położył przy niej. Był wrzesień 1939 roku. Wyszedł z groty, poza lţšg œwiatła, wlţoczył w ciemnoœć i wyłonił się z niej na pustynię, zalanš księżycowš poœwiatš. Zsunšł się z wyniosłoœci na podstawę płaskowyżu i stanšł wyprostowany. Nigdzie żadnej ciężarówki. Żadnego samolotu. Ani kompa- su. Tylko księżyc i cień rzucany przez niego samego. Odnalazł stary kamienny drogowskaz wskazujšcy kierunek na E1 Taj, na północny zachód. Zapamiętał kšt, pod jakim padai jego cień, i ruszył przed siebie. W odlegioœci stu lţlkudziesięciu kilometrów znajdował się suk z uliczkš zegarów. Woda w skó- rzanym bukłaku, który napełnił z ain, obcišżała mu ramię i przelewała się w zytm kroków. Były dwie pory, kiedy nie mógł się posuwać naprzód. 224 W południe, gdy cień krył się pod nim całkowicie, i o zmroku, między zachodem słońca a pojawieniem się gwiazd. Wtedy wszystko w pustynnym lţęgu było takie samo. Gdyby szedł, mógłby zejœć z kursu nawet o dziewięćdziesišt stopni. Ocze- kiwał wyłonienia się żywej mapy gwiezdnej, po czym ruszał przed siebie, co godzina odczytujšc tę mapę. Dawniej, kiedy mieli przewodników po pustyni, zawieszali lampę na długim kiju i pozostała częœć wyprawy mogła podšżać za œwiatłem niesionym przez człowieka odczytujšcego kierunek z gwiazd. Człowiek porusza się równie szybko jak wielbłšd. Siedem kilometrów na godzinę. Jeœli ma szczęœcie, może wyznaczyć szlak skorupkami ostryg. Jeœli go nie ma, burza piaskowa zatrze wszelkie œlady po nim. Przez trzy dni wędrował bez żadnego pożywienia. Odpędzał od siebie myœli o niej. Jeœliby dotarł do El Taj, zjadłby ahra, które plemiona Goran wyra- biajš z kolokwinty, gotujšc ziarenka, by zatraciły gorycz, a potem ugniatajšc je z daktylami i szarańczš. Przeszedłby się uliczkš zegarów i alabastru. Madox wypowiedział formu- łę: "Oby Bóg miał pieczę nad twym kompanem". Żegnaj. Gest rękš. Chciałby się przekonać, czy istnieje Bóg na pustyni. Poza pustyniš jest tylko handel i władza, pienišdze i wojna. Despoci finansowi i militarni trzęsš œwiatem. Znajdował się w strefie przejœciowej, przechodził z rejonu piasku w rejon skał. Odpychał od siebie wszelkš myœl o niej. Potem pojawiły się wzgórza, jak œredniowieczne zamlţ. Masze- rował dalej, aż skzył własny cień w ich cieniu. Krzewy mimozy. Kolokwinty. Poœród skał wylţzylmšł głoœno jej imię. Albowiem echo jest jak dusza głosu, co się rozbudza w miejscach oplustosza,ţych. Tam właœnie leżało El Taj. Przez większš częœć wędrówki wyobrażał sobie uliczkę luster. Kiedy dotarł do obrzeży osiedla, angielslţe jeepy wojskowe otoczyły go i uwiozły, nikt nie słu- chał opowieœci o rannej kobiecie w Uweinacie, o sto kilkadzie- sišt lţlometrów stšd, nikt nie słuchał w ogóle niczego, co mówił. - Więc twierdzisz, że Anglicy ci nie wierzyli? - Nikt mnie nie słuchał. - Dlaczego? 225 - Nie podałem im prawdziwego nazwiska. - Własnego? - Nie, własne im podałem. - Więc czyjego? - J e j. Jej nazwiska. Nazwiska jej męża. Nie odpowiada. - ObudŸ się. Co im powiedziałeœ? - Powiedziałem im, że to jest moja ż o n a. Powiedziałem, że ma na imię K a t h a r i n e. Ze jej pierwszy mšż zginšł. I że ona leży ciężko ranna, w jaskini Gilf Kebir, w Uweinacie, na północ od Ÿródla Ain Dua. Że potrzebuje wody. I pożywienia. Że ich zaprowadzę w tamto miejsce. Mówiłem, że jedynš rzeczš, której mi potrzeba, jest jeep. Jeden z ich zasranych jeepów... Może wyglšdalem po tej wędrówce na jakiegoœ pustynnego proroka, ale nie sšdzę. Wojna już się zaczęła. Wyłapywali na pustymi szpiegów. Każdy człowiek o obcyzn nazwisku, który się pojawił w tych małych oazowych miasteczkach, stawał się podejrzany. Ona znajdowala się o sto pięćdziesišt lţlometrów stšd i nie chcieli o niej słyszeć. Jakiœ tam zabłškany angielski wyrzutek w El Taj. Musiałem więc stać się desperacko odw ażnym skandy- nawslţm wojem. Użyţvali talţch wyţplecionych z wikliny klatek więziennych wielkoœci wychodka. Wsadzili mnie do jednej i wywieŸli na ciężarówce. Szamotałem się w niej, aż wyţpadłem wraz z niš na jezdnię. Wylţzylţwałem imię Katharine. I nazwę Gilf Kebir. Podczas gdy jedyne imię, jakie mogło stać się moim atutem, było imieniem i nazwislţem Cliftona. Znów mnie wrzucili na ciężarówkę. Byłem dla nich kolej- nyzn podrzędnyzn szpiegiem. Jeszcze jednym kosmopolitycz- nyzn bękartem. Caravaggio chce wstać i wyjœć z pałacu, wydostać się z tego kraju, z wojenrţych spustoszeń. Jest tylko złodziejem. Pragnie znaleŸć się w jalţmœ barze, gdzie wszyscy się znajš, z saperem i Hanš w zasięgu wycišgniętej ręki albo jeszcze lepiej- z ludŸmi w jego wieku, w barze, gdzie móglby zatańczyć i poroz- mawiać z kobietš, złożyć głowę na jej ramieniu, pochylić głowę 226 nad jej brwiš albo zrobić coœ w tym stylu, ale wie, że najpierw musi wydostać się z tej pustyni, z jej morfinowej architektury. Musi uciec z tej niewidocznej drogi do E1 Taj. Ten czlowiek, którego uważa za Almƒsy,ego, wykorzystał jego morfinę, aby wrócić do własnego œwiata, do własnego smutku. I nie ma już żadnego znaczenia, po której stronie opowiedział się w czasie woţny. A jednak Caravaggio pochyla się nad nim. - Chciałbym się czegoœ dowiedzieć. - Czego? - Chciałbym się dowiedzieć, czy to ty zamordowałeœ Ka- tharine Clifton. Czy też, skoro zabiłeœ Cliftona, tym samym uœmierciłeœ i jš. - Nie, nawet mi to przez myœl nie przeszlo. - Powód do pytania mam taki, że CliFton pracował dla wy- wiadu brytyjskiego. Obawiam się, że nie był zwvkłym naiwnym Anglilńem. 'hvoim kompanem. Anglicy byli przeœwiadczeni, że miał oko na waszš dziwnš grupę włóczšcš się po pustyni egi- psko-libijskiej. Wiedzieli, że pewnego dnia ta pustynia stanie się teatrem działań wojennych. Był fotografem lotniczym. Jego œmierć ich zaniepokoiła, nadal ich niepokoi. Stale podnoszš tę kwestię. A wywiad wiedział o twojej aferze z jego żonš, od sa- mego poczštku. Nawet kiedy Clifton o niej nie wiedział. Oni przypuszczali, że jego œmierć mogła być spowodowana œwiado- mie, jako próba zapobieżenia wytyczeniu szlaku przez pustynię. Oczelţwali cię w Kairze, ale ty oczywiœcie wróciłeœ na pustynię. PóŸniej, kiedy mnie wyslano do Włoch, straciłem z oczu dalszš częœć twej histor. Nie wiedziałem, co się z tobš stało. - A teraz mnie dopadłeœ. ! - Przyjechałem tu ze względu na dziewczynę. Znałem jej i ojca. Ostatniš osobš, której bym się spodziewał w tvm opusz- czonym klasztorze, byłby hrabia Ladislaus de Almƒsy. Daję slowo, mniej byłem tobš przejęty od większoœci ludzi, z któ- i rymi pracowałem. Kršg œwiatła padajšcy na krzesło Caravaggia oœwietlał też jego policzek, tak że rannemu Anglikowi jego twarz wydawała 227 się twarzš z portretu. Jego włosy zazwyczaj ciemne, teraz, rozwiane w blasku dnia, miały, jasnš barw,ę, worki pod oczy- ma przybrały różowy, odcień. Odwrócił lţzesło tak, że mógł się oprzeć o nie lokciami patrzšc w oczy Almƒsy,emu. Słowa nie przyůchodziły Caravag- giowi łatwo. Poruszał szczękami, twarz mu się marszczyła, przymykał oczy, aby skupić myœli w ciemnoœci, i wůtedy dopie- ro wypowiadal zdania, samemu się od nich odryw,ajšc. To owa ciemnoœć mu się objawiała, kiedy, tak siedział w romboidal- nym obramowaniu œwietlnym przy łóżku Almƒsy,ego. Jeden z dwóch starszych mężczyzn w tej histor. - ilţIogę z tobš rozmawiać, Caravaggio, gdy,ż czuję, że obaj jesteœmy œmiertelni. Dziewczy,na ani chłopak jeszcze œmier- telni nie sš. Na przekór wszystkiemu, co sobie myœlš. Hana była bardzo przygnębiona, kiedy jš poznałem. - Jej ojciec zginšł we Francji. - Ach tak. Nie mówiła o tym. Zachowywała wobec wszyst- kich dystans. Jedynyzn sposobem, w jaki mogłem z niš nawiš- zać kontakt, było poprosić jš, żeby mi poczytała... Czy wiesz, że żaden z nas nie ma dzieci? Millţie, jakby się chciał co do tego upewnić. - Czy masz żonę? - pyţta Almƒsy. Caravaggio siedzi w kręgu różow,ego œwiatła, rękoma zasio- nił twarz, aby odgrodzić się od wszystkiego i móc myœleć precyzyjnie, jakby owo myœlenie było jeszcze jednym darem młodoœci, który niełatwo już staje się jego udziałem. - ţIusisz ze mnš rozmawiać, Caravaggio, musisz mi się od- wzajemnić wyznaniami. Bo chyba nie jestem ksišżkš? Czymœ do odczytywania, jakimœ stworem, którego trzeba wycišţšć z głę- biny i wstrzylţšć mu mortinę, jakimœ labiryntem pełnym kory- tarzy, zasadzek, zagubionych jestestw, kamienistych szczelin? - Tacy złodzieje jak ja byli wykorzysty,wani w czasie wojny. Zyskaliœmy uznanie. Kradliœmy. Niek-tórzy stali się doradca- mi. Ÿ mieliœmy rozpoznawać zakamuflowane podstępy spraw- niej niż oficjalny wywiad. 'Iţvorzyliœmy podwójne zasadzki. Całe kampanie opierano na takiej mieszance opryszków 228 z intelektualistami. Znałem już cały Bliski Wschód, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tobie. Byłeœ tajemnicš, białš plamš na ich mapach. Przekazujšcš swš wiedzę o pustyni w ręce niemieckie. - Zbyt wiele się zdarzylo w EI Taj w roku 1939, kiedy zostałem porwany, by można było sobie wyobrazić mnie jako szpiega. - To dlatego dołšczyłeœ do Niemców? Milczenie. - A nie mogłeœ zawmócić do Groty Pływaków i do Uweinatu? - Nie mogłem, dopóki się nie zgodziłem przeprowadzić Epplera przez pustynię. - Muszę ci coœ powiedzieć. To dotyczy roku 1942, w którym przeprowadzałeœ szpiega do Kairu... - Operacja Salaam. - Tak. Kiedy zaczšłeœ pracować dla Rommla? - Wspaniały człowiek... Co mi chcesz powiedzieć? - Chciałem ci powiedzieć, że kiedy się przemykałeœ przez pustynię unikajšc wojsk sprzymierzonych, przemycajšc Ep- plera - że to było b o h a t e r s k i e. Od oazy Gialo przez całš drogę do Kairu. lţlko ty byłeœ w stanie dostarczyć do Kairu człowieka Rommla z egzemplarzem Rebeki w plecaku. - Jak się o tym dowiedziałeœ? - Chciałem ci powiedzieć, że oni wcale nie w Kairze odkryli Epplera. Wiedzieli o całej wyţprawie. Szyfr niemiecki złamano o wiele wczeœniej, ale nie mogliœmy pozwolić na to, żeby się Rommel w tym zorientował albo żeby odkryto nasze Ÿródla informacji. Zeby ujšć Epplera, musieliœmy więc cze- kać, aż dotrze do Kairu. Sledziliœmy cię przez całš drogę. Przez calš pustynię. A ponieważ wywiad znał twoje nazwisko, wiedział, w co jesteœ wcišgnięty. tym bardziej był tobš zainteresowany. Potrzebowali ciebie. Podejrzewano, że zginšłeœ... Jeœli mi nie wierzysz: wyruszyleœ z Gialo i przez dwadzieœcia dni byleœ w drodze. Szedłeœ szlakiem ukrvtych studni. Nie mogłeœ dojœć do Uweinatu z powodu znajdujšcych się tam wojskowych oddziałów sprzymierzonych, z tegoż powodu ominšłeœ Abu Ballas. Byly dni, w których Eppler cierpiał na goršczkę 229 pustynnš i musiałeœ się nim zajmować, troszczyć się o niegof ; choć powiedziałeœ, żeœ go nie lubił... Samoloty zapewme cię "zgubiły". ale pozostawałeœ pod czujnym nadzorem. To nie ty szpiegowałeœ, to my byliœmy, szpiegami. Wywiad uważał, że zabiłeœ Cliftona z powodu kobiety. Jego grób znaleziono w 1939, ale nie bylo œladu po jego żonie. Stałeœ się wrogiem nie wţtedy, kiedy dołšczyleœ do Niemców, lecz kiedy wdałeœ się w aferę z Katharine Clifton. i - Rozumiem. - Zgubiliœmy cię z oczu. kiedy wyjechaleœ z Kairu w 1942. Podejrzewano, że cię zlapali na pustyni i zabili. Ale oni tvlko cię stracili z oczu. Po dwóch dniach.:Vlusiałeœ być pomylony, nie f postępowałeœ rozumnie, bobyœmy cię ujęli. Podłożyliœmy bom- bę w ulnytym jeepie. ZnaleŸliœmy potem jego wrak, ale po tobie nie było œladu. Znilţšłeœ. To musiała być twoja największa wyprawa, nie ta do Kairu. :Vlusiałeœ już zwariować. - A ty byleœ w Kairze wtedy, kiedy oni mnie tropili? - Nie, przeglšdałem tylko raportv. Wysłano mnie do Włoch, bo oni myœleli, że moie ty się tu przedostałeœ. - - Tak I".. Romboid œwiatła przesunšł się na œcianę pozostawiajšc Caravaggia w mroku. Włosy miał znów ciemne. Odchylil się w krzeœle, plecami dotknšł oparcia. - Myœlę. że to nie ma znaczenia - wyszeptał Almƒsy. - Nie. Porzšdkuję sobie sprawy. Zawsze byłem czlowie- kiem prywatnym. Nielatwo mi uznać, że byłem tak wszech- stronnie omawiany. - Miałeœ romans z kimœ, kto był zwišzany z wywiadem. Byli tacy ludzie w wywiadzie, którzy cię znali osobiœcie. - Pewnie Bagnold. - Tak - Prawdziwie angielski Anglik. - Tak. Caravaggio umilkł. 230 - Chcę z tobš pomówić o jeszcze jednej sprawie. - Wiem jakiej. - Co się stało z Katharine Clifton? Co się takiego przyda- rzyło tuż przed wojnš, co kazało wam wszystkim zjechać się ponownie w Gilf Kebir po tym, jak Madox wyjechał do Angl? Oczekiwano po mnie, że wy,prawię się jeszcze do Gilf Kebir, by, uprzštnšć pozostałoœci po bazie obozowej w Uweinacie. Nasze życie tam było już sprawš zamkniętš. I sšdziłem, że nic się już między nami nie zdarzy. Nie byliœmy już kochankami od prawie roku. Wojna zbliżała się skšdœ tam, jak ręka wsuwajšca się w okno na stryszku. A zarówno ona, jak i ja odpoczywaliœmy odgrodzeni od siebie murem naszych daw- nych obyczajów, pozostajšc w luŸnym, niewinnie wyglšdajš- cyzn kontakcie. Nie widywaliœmy się zby,t często. W cišgu lata 1939 miałem dotrzeć lšdem do Gilf Kebir wraz z Goughem, zwinšć bazę obozowš, a Gough miał wrócić cię- żarówkš. Po mnie miał przylecieć Clifton. Mieliœmy się roz- stać, rozerwać trójkšt, który się między nami wţyţtworzył. U słyszałem samolot, zobaczyłem go, jeszcze kiedy schodzi- łem ze skał na płaskowyż. Clifton wszędzie docierał przed czasem. Jest taki sposób, w jaki mały samolot transportowy pod- chodzi do lšdowania, zeœlizgujšc się z poziomu horyzontu. Wtapia skrzydła w pustynię, milknie warkot motoru, samolot stoi na ziemi. Nigdy do końca nie zrozumiałem, jak działajš samoloty. Obserwowałem je, jak się do mnie zbliżajš na pustyni, zawsze wychodziłem z namiotu pełen lęku. Przecina- jš skrzydłami linię œwiatła i zapadajš w ciszę. Moth nadleciał nad płaskowyż lotem œlizgow5,rn. Wymachi- wałem niebieskim brezentem. Clifton zniżył się i przeleciał na- de mnš tak nisko, że z gałęzi akacji zdarł liœcie. Samolot prze- chylił się w lewo i zawrócił, dostrzegłszy mnie pilot wyrównał kurs i nadlatywał wprost na mnie. 0 pięćdziesišt metrów prze- de mnš pochylił się i rozbił. Rzuciłem się w jego stronę. Myœlałem, że jest sam w maszynie. Miał przylecieć sam. Ale kiedy podbiegłem, żeby go wycišgnšć, ona siedziała obok 231 niego. On już nie żył. Ona usiłowała unieœć nogi, patrzyła na wprost. Piasek wdarł się przez olmo do kabiny. Nie wyglšdało na to, żeby była ranna. Lewš rękę wysunęła przed siebie, aby się osłonić przed skutkami uderzenia. Wycišgnšłem jš z sa- molotu, który Clifton nazwał .,Rupert", i zaniosłem do grot skalnych. Wniosłem do Groty Płyţ.vaków, gdzie były malowidła skalne. Szerokoœć geograficzna 23o30',długoœć 25o15'. Geof freya CliFtona pochowałem tej samej nocy. Czy byłem klštwš rzuconš na nich? Na niš? Na Madoxa? Na pustynię zgwałconš przez wojnę, ostrzeliwanš, jakby była tylko piaskiem? Barbarzyńcy przeciw barbarzyńcom. Armie obu stron przetaczały się przez pustynię w ogóle nie zdajšc sobie sprawy z tego, czym ona jest. P u s t y n i e 1 i b i j s k i e. Jeœli odsuniesz na bok politykę, jest to najpięlmiejsza nazwa, jakš znam. L i b i a. Seksualne, wydłużone słowo, stosowne do pieszczoty. Głoska "b" i głoska "i". Madox utrzymywał, że jest to jedno z niewielu słów, w których słyszysz, jak język zwija się w rożek. Pamiętasz skargę Dydony na pustyniach libij- skich? Mcţ,ż ma być jako rzeki pełne wody na, suchej ziemi... Nie sšdzę, żebym wstšpił na przeklęty teren albo żebym się uwikłał w sytuację, która była ze swej istoty złem. Każde miejsce i każda osoba były dla mnie darem. Odnalezienie skalnych malowideł w Grocie Piyţvaków. Wyœpiewywanie "re- frenów" z Madoxem w czasie naszej ekspedycji. Pojawienie się Katharine wœród nas na pustyni. Krok, jakim podchodzi- łem do niej po wymalowanej na czerwono, cementowej posadzce i padłem na kolana, jej brzuch przy mej głowie, jakbym był chłopcem. Plemię rozpoznajšce broń z mojš pomocš. I nawet nas czworo. Hana i ty, i saper. Wszystko, co kochałem i szanowałem. zostało mi odebrane. Pozostałem przy niej. Stwierdziłem, że ma złamane trzy żebra. Wyczelńwałem jej przygasajšcego spojrzenia, chwili, kiedy będzie można nacišgnšć jej zwichnięty bark, w której przemówiš jej spokojne usta. - Jak wzbudziłeœ w sobie nienawiœć do mnie? - wyszepta- ła. - Zabiłeœ we mnie niemal wszystko. 232 - Katharine - ty nie... - Przytul mnie. Przestań się bronić. Nic cię nie odmieni. Nie spuszczała ze mnie wzroku. Nie mogłem się wymlnišć z jej pola widzenia. Będę jej ostatnim widokiem, który zobaczy. Szakal w jaskini, który będzie jej bronił, który nigdy jej nie oszuka. Powiedziałem jej, że istniejš setki bóstw kojarzonych ze zwierzętami. Sš też takie, które przybrały postać szakala. Anubis, Duamutef, Wepwawet. Sš takie, które cię przepro- wadzajš w życie po życiu-takie jak mój duch, który ci towarzv- szył w latach, kiedy się jeszcze nie znaliœmy. Na tych wszystkich przyjęciach w Londynie i Oksfordzie. Strzegł cię. Siadałem na- przeciw ciebie, kiedy odrabiałaœ lekcje, używajšc wielkiego ołówka. Byłem przy tobie, kiedy poznałaœ Geoffreya CliFtona o drugiej w nocy w bibliotece Oxford Union. Wszyscy porozrzu- cali płaszcze na podłodze, a ty, bosa, wyszukiwałaœ sobie drogę pomiędzy nimi. On ciebie strzegł, ale i ja ciebie strzegłem, choć sobie nie uœwiadamiałaœ mej obecnoœci, ignorowałaœ mnie. By- łaœ w takim wieku, w którym dostrzega się tylko przystojnych mężczyzn. Nie zdawałaœ sobie jeszcze sprawy z istnienia ludzi pozostajšcych poza sferš oddziaływania twego wdzięku. Nie było przyjęte w Oksfordzie mieć szakala za eskortę. Ale ja je- stem człowiekiem szybko zmierzajšcym do osišgnięcia tego, czego pragnę. Sciana za tobš zalţyta jest rzędami ksišżek. Lewš rękš muskasz dlugš pętlę pereł oplatajšcš ci szyję. Bose stopy wymacujš œcieżkę przed tobš. Czegoœ szukasz. Bylaœ wtedy krš- glejsza, ale i tak pięlţa, w stopniu w pełni odpowiadajšcym wymogom uniwersyteckiego życia. Jest nas troje w bibliotece Oxford Union, ale ty odnajdujesz tylko Geoffreya Cliftona. Będzie to romans gwałtowny jak tršba powietrzna. On ma jakšœ pracę u archeologów w Afryce Północ- nej, wszędzie. "Pracuję z pewnym dziwnym, starym oprysz- kiem". Matka wydaje się całkiem rada z twej przygody. Ale ów duch szakala, który wytyczał ci drogę życiowš i który nazywał się Wepwawet albo Almƒsy, przebywał w tym pokoju bibliotecznym wraz z wami. Stałem z założonymi rę- 233 koma, przypatrujšc się twym staraniom o prowadzenie oży- wionej rozmowy, co było pewnyzn problemem, bo oboje byliœcie pijani. Ale cudowne było to, że mimo oszołomienia alkoholem, o drugiej w nocy, każde z was w jakiœ sposób odczuwało przyjemnoœć z wzajemnego obcowania. Przyszłaœ tu z innymi i z innymi mogłaœ spędzić ten wieczór, ale oboje odnaleŸliœcie wtedy swe przeznaczenie. 0 trzeciej nad ranem musiałaœ już wracać do domu, ale nie wiedziałaœ, gdzie jest drugi bucik. Jeden trzymałaœ w rę- ce, różowawy pantofelek. Widziałem ten drugi. Leżał schowa- ny pod czyimœ plaszczem nieopodal mnie. Jego pobłyskiwa- nie. Były to z pewnoœciš twoje ulubione bucilţ, z wycięciem na palce. Dziękuję, powiedziałaœ przyjmujšc pantofelek i na- wet nie patrzšc w twarz temu, co ci go podał. Wierzę w to. Kiedy spotykamy tych, w których się zakochuje- my, jakiœ wymiar naszej duchowoœci ma charakter historyczny; i może mam w sobie coœ z pedanta, który sobie wyobraża lub przypomina spotkanie z lţmœ, obok kogo ktoœ inny przeszedłby obojętnie, tak jak Clifton mógł o rok wczeœniej otworzyć przed tobš drzwi talţsówki i nie dostrzec w tym swego przeznaczenia. Ale wszystlţe czšstki ciała powinny być przygotowane na przy- jęcie kogoœ drugiego, wszystkie atomy majš dšżyć w wytkniętym kierunku, ku pożšdaniu, które nami owładnie. iţţ Przez całe lata przebywałem na pustyni i nabrałem wiary w te sprawy. Jest to miejsce próżni. Trampe L'oeiL czasu i wody. Jednooki szakal oglšda się wstecz, inny wypatruje œcieżki, I i'. którš zdecydowanie obierasz. W szczękach trzyma strzępki przeszloœci, które ci przynosi, a kiedy zaznasz już pełni tego czasu, dowiedzie ci, że go już kiedyœ znałaœ. Jej oczy spoczywały na mnie utrudzone. Przerażajšca słaboœć. Kiedy jš wynosiłem z samolotu, próbowała objšć spojrzeniem wszystko dookoła. Teraz oczy miała skupione, jakby strzegły c2egoœ w jej wnętrzu. Przysunšłem się i przy- siadłem na piętach. Pochyliłem się i dotknšłem językiem jej prawego, niebieskiego oka. Smak soli. Pyłku kwiatowego. Przenioslem ten smak na jej usta. Potem drugie oko. Język œlizga się po zachwycajšcej porowatoœci powielţ, œciera błę- kit; kiedy cofałem głowę, jej spojrzenie wyłanialo się spomię- dzy białych łuków. Rozchyliłem jej wargi, zagłębiłem palce w ustach, rozsunšłem szczęki, język skrył się głęboko na dnie jamy ustnej, wycišgnšłem go stamtšd, wydobyła z siebie westchnienie, jakiœ œmiertelny wydech. Było już za póŸno. Pochyliłem się i złożyłem błękitny pyłek języlţem na jej języku. W ten sposób odczuliœmy się nawzajem raz jeszcze. Nic się nie zdarzyło. Odgišłem głowę do tyłu, zaczerpnšłem powietrza i znów się nad niš pochyliłem. Kiedy tym razem dotlţšłem jej języka, wyczułem w nim drganie. A potem wydała z siebie potworny jęk, gwałtowny i zara- zem intymny. Skurcz całego ciała, jak przy porażeniu pršdem. Osunęia się tracšc oparcie w ozdobionej malowidłami œcia- nie. Zdawało się, że w jaskini jest coraz mniej œwiatła. Jej szyja slţęcała się w różne strony. Znam podstępy szatana. Kiedy byłem dzieckiem, uczono mnie o kochankach diabła. Mówiono o pięknych kusiciel- kach, nawiedzajšcych pokój młodego mężczyzny. On zaœ, gdyby był mšdry, powinien sprawić, by się wiły wokoło, ponieważ demony i czarownice nie majš pleców, majš tylko to, co chcš ci pokazać. Cóż uczvniłem? Jalţe w niš wprowa- dziłem zwierzę? Przemawiałem do niej, jak myœlę, ponad godzinę. Czyżbym był jej szatańslţm kochanlţem? Czy byłem szatańskim kompanem Madoxa? A ten kraj - czy go wyryso- wałem i przekształciłem w pole bitewne? Jest rzeczš ważnš, by umrzeć w œwiętym miejscu. Była to jedna z tajemnic pustyni. Dlatego Madox poszedł do koœcioła w Somerset, do miejsca, które w jego odczuciu utraciło œwię- toœć, i popełnił samobójstwo, co w jego przekonaniu było aktem œwiętym. Kiedy jš obróciłem, całe ciało miała pokryte białym pig- mentem. Zioła i kamienie, i œwiatło, i popiół z akacjowvch gałęzi, wszystko czyniło jš nieœmiertelnš. Œwięte kolory wnik- nęły w ciało. Zanikł tylko błękit oczu, stały się anonimowe, jak pusta mapa, na której niczego nie oznaczono, na której nie ma symbolu jeziora ani ciemnych smug oznaczajšcych górę, jaka się znajduje na północ od lin Borkou-Ennedi-Ti- 235 besti, ani jasnozielonej siatki tam, gdzie wody Nilu wpłyţvajš w otwartš pięœć Aleksandr, na skraju Afryki. Wszystkie te nazwţy plemion, pełnych wiary nomadów, którzy wędrujš przez monotonię pustyni i widzš jasnoœć, i zjawę, i kolor. Sposób, w jaki kamień albo znalezione gdzieœ metalowe pudełko, albo koœć staje się przedmiotem umiłowa- nia i staje się wieczysta dzięki modlitwie. Ona teraz wstępuje w tę oto chwałę tej oto krainy i staje się jej czšstkš. Umiera- my wypełnieni bogactwem kochanków i plemion, smakami, których zakosztowaliœmy, ciałami, w któreœmy się worywali i z który,ch wypływaliœmyjak rzeki mšdroœci, istotami, pomię- dzy które wkraczaliœmy jak między drzewa, lękami, które skrywaliœmy w sobie jak w jaskini. Pragnšłbym, aby to wszystko było odznaczone na moim ciele, kiedy, umrę. Wyzna- ję takš kartografię - odznaczania przez naturę, nie przez wpisywanie samych siebie na mapę na podobieństwo nazwisk bogatych mężczyzn i kobiet wypisanych na budynkach. Sta- nowimy pospólnš historię, jesteœmy pospólnymi księgami. Nie jesteœmy zawłaszczani ani monogamiczni - na miarę naszych upodobań i doœwiadczeń. Wszystko, czego pra- gnšłem, to wędrować po ziemi nie wyrysowanej jeszcze na mapach. Wyniosłem Katharine Clifton na pustynię, złożyłem jej ciało w pospólnej księdze księżycowej poœwiaty. 'Ir,varz Almƒsy,ego osuwa się w lewo, nie patrzy na nic- może na kolana Caravaggia. - Chcesz teraz trochę morfiny? - Nie. - Czy mogę ci coœ podać? - Nie, nic. x ' Sierpień Caravaggio zszedł po ciemku ze schodów i wszedł do kuch- ni. Jakiœ seler na stole, kilka zapiaszczonych rzep. Jedyne œwiatło padało od ognia, który Hana niedawno rozpaliła. Była odwrócona tyłem i nie słyszała jego kroków. Roz- luŸnił się w czasie pobytu w pałacu, wyzbył ostrożnoœci, to- , też wydawał się wyższy, ruchy miał bardziej zamaszyste. Zachował tylko cichy sposób chodzenia. Było to łatwe do zniesienia samoograniczenie, rodzaj sennoœci w ru- chach. Odsunšł lţzesło, ona się odwróciła i spostrzegła, że wszedł do kuchni. - Czeœć, Dawidzie. Uniósł ramię. Poczuł, że zbyţt długo przebywał na pusty- niach. - Jak on się czuje? - Usnšł. Zagadał się do szczętu. - Czy jest tyzn kimœ, o kim myœlałeœ? - Jest w porzšdku. Niech nim sobie będzie. - Tak też myœlałam. Oboje z Łososiem jesteœmy pewni, że to Anglik. Bosoœ uważa, że najlepsi ludzie sš ekscentrykami, pracował z jednym takim. - Myœlę, że Łosoœ też jest ekscentry,kiem. A gdzie on jest, nawiasem mówišc? - Coœ tam przygotowuje na tarasie. Nie chce, żebym tam zaglšdała. To coœ na moje urodziny. Hana wyprostowała się znad rusztu, otarła rękę o rękę. - Na urodziny, opowiem ci pewnš historyjkę - powiedział. Spojrzała na niego. - Tylko nie o Patryku, dobrze? 23ţ - Będzie to trochę o Patryku, trochę o tobie. - Nie mogę słuchać takich rzeczy. - Ojcowie sš œmiertelni. Dochowuje się im miłoœci w każ- dy możliwy sposób. Nie możesz go wyrzucić ze swego serca. - Powiesz mi o tym, jak ci minie odurzenie morfinš. Podeszła do niego, objęła ramionami i pocałowała w poli- czek Zacieœnił wokół niej uœcisk, dotyk brody odczuła na skórze jak dotyk piasku. Lubiła go takim, jakim był teraz, przedtem był zawsze zbyt drobiazgowy. Patryk mówił, że jego przedziałek we włosach wyglšda jak Yonge Street o północy. Przedtem Caravaggio zachowywał się w jej obecnoœci jak bóg. Teraz, z twarzš, która wyraŸnie mu się zaolţšgliła, i brzusz- kiem, był przyjaŸniej ludzki. Obiad tego wieczoru przygotowywał saper. Caravaggio go nie doglšdał. Co trzeci obiad był w jego przekonaniu straco- ny. Łosoœ zbierał jarzyny i podawał je nie dogotowane, ledwie sparzone zupš. Miał to więc być kolejny jarski posiłek, zupełnie nie taki, jakiego by sobie Caravaggio życzył po wysłuchiwaniu przez cały dzień opowieœci tego człowieka na piętrze. Otworzył lţedens i zajrzał do œrodka. Było tam trochę zakrytego serwetkš suszonego mięsa, z którego odkroił sobie kawałek i schował do kieszeni. - 'ţIogę ci już odstawić morf'inę, wiesz? Jestem dobrš pielęgniarkš. - Otaczajš cię szaleńcy... - Tak, wszyscy jesteœmy szaleńcami. Kiedy ich Łosoœ zawołał, wyszli z kuchni na taras, którego dolna balustrada obwieszona była œwiatełkami. Wydało się Caravaggiowi, że to rzšd małych elektrycznych œwieczek spotykanych w zakurzonych koœciółkach, i pomy- œlał, że saper posunšł się za daleko wycišgajšc je z kaplicy, nawet jeœli chciał uczcić dzień urodzin Hany. Hana podeszła do œwiatełek z rękoma przyciœniętymi do twarzy. Nie było wiatru. Jej łydki i uda poruszały się pod sukienkš. jakby przepływał tam mały strumyk. Tenisówki cicho stšpały po kamiennej posadzce. 238 - Zbieraiem łuski od pocisków wszędzie, gdzie się dało- powiedział saper. Cišgle nie mogli zrozumieć, co to za œwiatełka. Caravaggio podszedł do nich bliżej. Były to łuski napełnione oliwš. Przejechał wzrokiem po całym rzędzie. Musiało ich być ze czterdzieœci. - Czterdzieœci pięć - uœciœlił Łosoœ - tyle lat liczy sobie to stulecie. W lţaju, z którego pochodzę, czcimy stulecie na równi z własnym wiekiem. Hana przeszła wzdłuż rzędu lampek, z rękoma w kiesze- niach; Łosoœ lubił się przypatrywać, jak spacerowała w ten sposób. Tak odprężona, jakby już odłożyła utrudzone ręce na noc, jakby już nie miały być jej potrzebne. Caravaggia zachwyciła obecnoœć trzech butelek czerwone- go wina na stole. Podszedł, przeczytał nalepki i potrzšsnšł głowš z uznaniem. Wiedział, że saper nie wypije nawet łyka z żadnej z nich. Wszystkie trzy były już odkorkowane. Wido- cznie Bosoœ samotnie przestudiował w bibliotece jakiœ pod- ręcznik stołowej etykiety. Potem zobaczył kukurydzę i mięso, i ziemniaki. Hana podała ţ.ososiowi ramię i podeszła wraz z nim do stołu. Jedli i pili, niespodziewanie ciężkie wino zyskiwało w ich ustach niemal konsystencję mięsa. Zaraz też zaczęli się wygłupiać przy toastach na czeœć sapera - "wielkiego zaopa- trzeniowca" - i rannego Anglika. Pili też nawzajem swoje zdrowie, saper włšczał się w te toasty swš szklaneczkš wody. I wtedy właœnie zaczšł opowiadać o sobie. Caravaggio go do tego zachęcał, choć nie przez cały czas słuchał, podnoszšc się chwilami od stołu i przechadzajšc się wokół, nie mogšc się tym wszystkim nacieszyć. Pragnšł tych oboje pożenić, nama- wiał ich do tego, ale wydawali się podlegać swym własnym dziwnym regułom okreœlţjšcym wzajemne stosunki. To, co robił, było j e g o rolš. Znowu zasiadł za stołem. Od czasu do czasu spostrzegał, że gasła któraœ lampka. Skorupki łusek mieœciły w sobie niewiele oliwy. Łosoœ wstawał i dopełniał je różowš paraftnš. - Musimy je utrzymać do północy. Rozmawiali o wojnie, tak już odległej. 239 - Kiedy skończy się już wojna z Japoniš, wszyscy powrócš do domu - powiedział Łosoœ. - A ty, dokšd ty wrócisz? - spytał Caravaggio. Saper odwrócił głowę. lekko niš polţwał, lekko potrzšsnšł, usta rozchylił w uœmiechu. Więc Caravaggio zaczšł mówić, zwracajšc się głównie do Łososia. Pies nieœmiało podszedł do stołu i ułożył łeb na kolanach Caravaggia. Saper przymawiał się o dalsze opowieœci z To- ronto, jakby to było miejsce jakichœ szczególnych cudów. Œniegu pokrywajšcego miasto, lodu skuwajšcego port, pro- mów, którymi latem ludzie udawali się na koncerty. Ale naprawdę interesowało go życie Hany, tyle że ona wykręcała się od tematów, które wišzały się z jakimiœ ważnymi dla niej momentami. Chciała, żeby ţ.osoœ znał tylko jš terażniejszš, osobę zapewne bardziej ułomnš i bardziej porywczš lub też twardszš i bardziej zdecydowanš niż ta dziewczyna lub mło- da kobieta, którš była niegdyœ. W jej życiu istniała matka Alicja, ojciec Patryk, macocha HIara i Caravaggio. Wyznała już ich imiona ţ,ososiowi, jakby byli jej wierzycielami albo jej wianem. Byli pozbawieni wad - nie było co do tego wštpliwoœci. Powoływała się na nich jak na autorytety, jak na poradnik zalecajšcy właœciwy sposób gotowania jajek albo doprawiania jagnięcia czosnkiem. Nie wolno było podważać tych autorytetów. No i teraz, bo już był pijany, Caravaggio opowiedział historyjkę o Hanie œpiewajšcej "Marsyliankę", którš już uprzednio jš uraczył. - Tak, słyszałem tę pieœń - powiedział ţ.osoœ i zaczšł nucić własnš jej wersję. - Nie tak - przerwała Hana - masz jš o d œ p i e w a ć na stojšco! Wstała, zrzuciła tenisówki i weszła na stół. Już tylko cztery lampki dogasały w tle, za jej bosymi stopami. - To dla ciebie, Łososiu, masz się nauczyć jš tak œpiewać! Œpiewam dla c i e b i e. I wyœpiewała "Marsyliankę" w ciemnoœć, poza wyszczer- biony rzšd dogasajšcych lampek, poza kršg œwiatła padajš- cego z okna pokoju rannego Anglika, w mroczne niebo prze- 240 słaniane falujšcymi cieniami cyprysów. Ręce wyjęła z kie- szeni. Łosoœ słyszał już tę pieœń w obozach, czasem w dziwnych sytuacjach, jak wtedy, przed zaimprowizowanym meczem piłkarskim. Caravaggio zaœ, kiedy w czasie wojny słuchał tej pieœni, przestał jš lubić. W pamięci zachowal wersję Hany sprzed lat. Teraz znów poddawał się jej z przyjemnoœciš, ponieważ to ona znów jš œpiewała, ale rychło spostrzegł różnicę, jaka się w tym œpiewie dokonała. Nie było już w nim uniesienia szesnastolatlţ, lecz odbicie niepewnego lţęgu œwiatła wokół niej, wœród ciemnoœci. Œpiewała tak, jakby się coœ w niej zabliŸniło, jakby już nikt nie był w stanie zebrać w całoœć nadziei zawartej w tej pieœni. Jej œpiew nosił piętno tych pięciu lat, które przywiodły jš do tej nocy, nocy jej dwudziestych pierwszych urodzin w czterdziestym pištym roku dwudziestego stulecia. Był to œpiew utrudzonego wę- drowca, osamotnionego w œwiecie. Był to nowy testament. Nie było już w tej pieœni pewnoœci, œpiew był tylko samotnym wyzwaniem rzuconym wyniosłym szczytom władzy. Był jedy- nym uwierzytelnieniem. Jedynš rzeczš niezniszczalnš. Pieœ- niš oliwnej lampki. Caravaggio spostrzegł, że œpiewa wraz z saperem i że jego œpiew jest echem rytmu serca sapera. W namiocie przeżywali noce milczenia i noce wypełnione rozmowš. Nigdy nie umieli przewidzieć, co ich czeka, jaki fragment przeszłoœci wyłoni się z pamięci albo też jaki rodzaj milczšcego porozumienia ustali się w ciemnoœci. Każdej nocy zabiegał o pozyskanie bliskoœci jej ciała lub bliskoœci jej języka przy swym uchu - kiedy skladali głowy na wspólnej poduszce. Oczarował go ten wynalazek Zachodu. Każdego ranka starannie wypuszczał z poduszki powietrze i skladał jš potrójnie, tak jak postępował w czasie całego przemarszu przez Włochy. W namiocie Łosoœ wtulał głowę w jej szyję. Nadstawiał całš swš skórę na pieszczotę jej paznokci. Albo też przywierał ustazni do jej ust, brzuchem do jej brzucha. Œpiewała albo nuciła pod nosem. W nocnych rozmyœla- niach pod płótnem namiotu uważała go za na poły ptaka- miał w sobie, w swym wnętrzu, jakby ptasie pióra, a chłód żelaza w dotyku dłoni. Kiedy przebywał z niš w ciemnoœci, poruszał się na wpół sennie, nie tak żwawo, jak obracał się œwiat wokół nich, podczas gdy za dnia przenikał wzrokiem wszystkie te szybkie obroty rzeczy dokonujšce się wokół i przystosowywał do nich, jak kolor dopasowuje się do koloru. W nocy osuwał się w odrętwienie. Nie widzšc jego wzroku, nie mogła się zorientować w zamiarach ani dyscyplinie jego poruszeń. Nie znała do nich klucza. Przystępu do niego szukała alfabetem Braille'a. Tak jakby jego narzšdy, serce, układ żeber mogły być widoczne przez skórę, jakby œlina na jej ręce nabierała koloru. Rodzaje jej smutków rozpoznawał wrażliwiej niż ktokolwiek inny. Tak jak ona rozumiała dziwnš odmianę miłoœci, jakš żywił dla swego groŸnego brata. "Mazny 242 we krwi to, by być wędrowcami. Dlatego właœnie uwięzienie jest dla niego najtrudniejsze do zniesienia, jest gotów się zabić dla zdobycia wolnoœci". W trakcie nocnych rozmów wędrujš po jego krainie pięciu rzek Sutlej, Jhelum, Ravi, Chenab, Beas. Wprowadza jš do wielkiej gurdwara, zdejmujšc jej buty, obmywa stopy, zakrywa głowę. Zbudowano jš w 1601 roku, zbezczeszczono w 1757 i natychmiast odbudowano. W 1830 ozdobiono złotem i mar- murami. - Gdybym cię tam przyprowadził przed œwitem, najpierw ujrzałabyœ opary nad powierzchniš wody. Potem one się unoszš, wpuszczajšc do œwištyni œwiatło. I usłyszałabyœ hym- ny na czeœć œwiętych - Ramanandy, Nanaki i Kabira. Œpiew jest istotš nabożeństwa. Słuchasz œpiewu, wdychasz zapach owoców z ogrodów œwištynnych - granatów, pomarańczy. Œwištynia jest przystaniš poœród nurtów życia dostępnš wszystkim. Jest statkiem żeglujšcym po morzu niewiedzy. Wędrujš po nocy, przechodzš przez srebrne odrzwia do przybytku, gdzie chroniona zasłonš z brokatu leży Œwięta Księga ragis, odœpiewujš jej wersety przy akompaniamencie muzyków. Granth Sahib otwiera się w dowolnym miejscu, wybiera cytat i przez trzy godziny; aż po chwilę, kiedy rozpra- szajšce się mgły odsłoniš Złotš Swištynię, wersety mieszajš się z sobš i spływajš w nieustannej recytacji. Łosoœ wiedzie jš, wzdłuż basenu, do œwiętego drzewa, pod którym pochowano Babę Guyhajiego, pierwszego kapłana œwištyni. Dr2ewo otoczone kultem, liczšce czterysta pięćdzie- sišt lat. - Moja matka pielgrzymowała tam i zawišzała węzeł wokół gałęzi, aby wyjednać przychylnoœć œwiętego drzewa dla jej intencji urodzenia syna, a kiedy mój brat przyszedł na œwiat, udała się tam ponownie, prosić o błogosławieństwo, by mogła urodzić drugiego syna. W całym Pendżabie jest mnóstwo œwiętych drzew i cudotwórczych wód. Hana milczy. On zdaje sobie sprawę z głębokich ciemnoœci, jalde się w niej kryjš, z braku w niej dziecięctwa i wiary. Zawsze stara się jš wywieœć z obszarów jej smutku. Zagubio- ne dziecko. Straciło ojca. 243 - Też straciłem kogoœ, kto był dla mnie jak ojciec - mówi. A ona wie, że ten mężczyzna leżšcy obok niej jest jednym z wybranych, którym dane jest zawsze stać obok, którzy mogš zrywać swe powišzania i zastępować utracone miejsca inny- mi. Sš ludzie, których krzywdy łamiš, i ludzie, którzy nie dajš się ziamać. Gdyby go o to spytała, odparłby, że uważa swe życie za udane - majšc brata w więzieniu, przyjaciół wysa- dzanych w powietrze przez bomby i miny, i samemu codzien- nie ryzykujšc życiem na tej wojnie. Jest jakaœ straszna niesprawiedliwoœć w losie takich ludzi, maskowana powłokš ich uprzejmoœci. Mógłby przebywać przez cały dzień w glinianej jamie rozbrajajšc bombę, mógłby wrócić do domu z pogrzebu przyjaciela sapera, zgaszony, ale mimo wszystlţch zaţrożeń czajšcych się wokół zawsze znajdował ja- kšœ nadzieję, jaldeœ œwiatło. Ona nie miała nadziei na nic. Dla niego istniały różne warianty losu, a w œwištyni Amritsar ludzie wszystldch wyznań i stanów witani byli na równi i zapraszani do wspólnego posiłku. Jš też by tam dopuszczono, by mogła złożyć monetę lub kwiat na płachcie rozpostartej na podłodze i włšczyć się w wielld, nieustajšcy œpiew. Pragnęłaby tego. Jej slţytoœć była wyrazem smutnego usposobienia. On chciałby jš przeprowadzić przez jednš z trzynastu bram wiodšcych do jego œwiata wewnętrznego, ale wiedziała, że gdyby się znalazł w niebezpieczeństwie, nie szukałby w niej ratunku. Wytworzyłby wokół siebie pustš przestrzeń i zamknšł się w sobie. Takie miał rzemiosło. Sik- howie, jak mawiał, sš wspaniałymi technologami. - Mamy w sobie mistycznš bliskoœć... jak to się nazywa? - Powinowactwo. - Tak, powinowactwo z mechanizmami. Wyłšczał się z ich grona na długie godziny. DŸwięki muzyki z lţyształkowego radioodbiornika wędrowały wzdłuż wycišg- niętego ramienia i wnikały w jego włosy. Nie uwierzyła w mo- żliwoœć pełnego z nim zespolenia i bycia jego prawdziwš miłoœciš. Poruszał się po własnej trajektor, z szybkoœciš umożliwiajšcš uzupełnienie strat. Takš miał naturę. Nie chciała jej osšdzać. Nie miała do tego prawa. Łosoœ wycho- dzšcy co rano z plecaldem przewieszonym przez lewe ramię i wędrujšcy własnymi œcieżkami wokół Villa San Girolamo. Każdego ranka mu się przypatrywała, obserwujšc jego otwar- toœć na œwiat, za każdym razem być może oglšdajšc jš po raz ostatni. W kilka minut póŸniej spoglšdał w górę, na okaleczo- ne przez szrapnele cyprysy, które utraciły wiele gałęzi. Pli- niusz wędrował zapewne œcieżkš w taki sam sposób, albo i Stendhal, bo akcja niektórych częœci PusteLni Parmeńskiej toczy się na tym skrawku œwiata. Łosoœ popatrywał w górę, na wysold łuk okaleczonych drzew, potem na rozsnuwajšcš się przed nim alejkę - on, młody czło- wiek o najdziwniejszym zawodzie, jaki wymyœliło to stulecie, saper, technik wojskowy detonujšcy i rozbrajajšcy miny. Każ- dego ranka wychodził z namiotu, mył się w ogrodzie i wychodził poza teren przyległy do pałacu, nawet nie wchodzšc do domu- być może pomachaiby na pożegnanie rękš, gdyby jš zobaczył- jak gdyby język, ludzkie odruchy miały go wprowadzić w zakło- potanie, wnilţšć jak krew w maszynerię, którš miał rozszyfro- wać. Dostrzegała go w odległoœci kilkudziesięciu metrów od pałacu, na tle jaœniejšcej alejki. W takiej chwili pozostawiał ich wszystkich poza sobš. Był to moment, kiedy zwodzony most zamykał się za rycerzem, który odtšd zdany był wyłšcznie na precyzję własnych ruchów i fizycznš sprawnoœć. W Sienie oglšdała malowidło œcienne. Fresk przedstawiajšcy miasto. 0 kilka metrów za jego mura- mi malowidło wykruszyło się i rycerz opuszczajšcy zamek nie mógł liczyć nawet na wsparcie ze strony sztuki, władnej przecież stworzyć sad, by go nim osłonić. Tak też w jej odczuciu wyglšdały codzienne wędrówki f,ososia. Każdego ranka opuszczał namalowanš scenerię i zapuszczał się w po- szarpany mrok chaosu. Rycerz. Œwięty wojownik. Widziała mundur koloru khaki przeœwiecajšcy przez cyprysy. Anglik okreœlał go jako fato profugus - "tułacz zrzšdzeniem losu"*. Przypuszczała, że te dni zaczynały się dlań od radoœci wzno- szenia wzroku ku drzewom. * Przekład Zygmunta Kubiaka. 245 Saperów sprowadzono do Neapolu na poczštku paŸdziernika 1943, wybierajšc najlepszych spoœród całego korpusu, który przebywał już we Włoszech. Łosoœ był w gronie owych trzy- dziestu, którzy znaleŸli się w tym mieœcie pułapek. Niemcy w czasie kampan włoskiej wyreżyserowali jednš z najwspanialszych i najstraszliwszych klęsk w histor. Po- suwanie się wojsk sprzymierzonych, które powinno trwać miesišc, wypełniło cały rok. Ich szlak zalano ogniem. Saperzy pilotowali kolumny ciężarówek w trakcie przemarszu wojsk, wystrzegajšc się œwieżo przekopanej ziemi, co oznaczało kryjšce się tam miny ziemne, miny szklane albo miny prze- znaczone dla pieszych. Niemożliwie powolny pochód wojsk. Dalej na północy, w górach, oddziały partyzanckie uformowa- ne z grup komunistycznych imienia Garibaldiego, noszšce jako znak rozpoznawczy czerwone ręczniki zawišzane na głowie, również rozmieszczały wzdłuż dróg materiały wybu- chowe, które eksplodowały od przejeżdżajšcych niemieckich ciężarówek. Trudno sobie wyobrazić rozmiary zaminowania we Wło- szech i w Afryce Północnej. Na skrzyżowaniu dróg Kismaayţ Afmadu znaleziono 260 min. Trzysta znajdowało się w rejonie mostu na rzece Omo. Trzydziestego czerwca 1941 saperzy południowoafrykańscy w cišgu jednego dnia założyli 2700 min typu Mark II w ewakuowanym rejonie Mersa Matruh. W cztery miesišce póŸniej Brytyjczycy oczyœcili rejon Mersa Matruh z 7806 min i przenieœli je w inne miejsce. Miny sporzšdzano ze wszystkiego. Czterdziestocentymetro- we rurlţ wypełniano materiałem wybuchowym i rozrzucano wzdłuż szłaków wojskowych. Miny w drewnianych pudełecz- 2ţs kach rozmieszczano po domach. Miny rurkowe wypełniano nitroglicerynš, hufnalami i opiłkami żelaza. Saperzy połu- dniowoafrykańscy napełniali odłamkami żelaza i nitrogli- cerynš dwudziestolitrowe pojemnilń po benzynie, które mo- gły rozerwać na kawałki pojazd opancerzony. Najgorzej było w miastach. Oddziały rozbrajajšce miny, słabo wyszkolone, przywieziono z Kairu i Aleksandr. Sławę zdobył osiemnasty oddział. W cišgu trzech tygodni paŸdzier- nika 1941 roku rozbroił 1403 niezwykle groŸne miny. Ale we Włoszech było trudniej niż w Afryce. Stosowano zapalnilń koszmarnie skomplikowane, mechanizmy sprężyno- we odmienne od niemieckich, z którymi owe oddziały już się zapoznały. Saperzy wkraczali do miast posuwajšc się ulicami, gdzie na drzewach i balkonach wisiały ludzkie zwłoki. Nie- mcy uœmiercali dziesięciu Włochów w odwecie za każdego swego zabitego. Niektóre ze zwłok zaminowano. I trzeba było miny detonować wraz z ciałami powieszonych. Niemcy wycofali się z Neapolu pierwszego paŸdziernika 1943 roku. W czasie wczeœniejszych bombardowań wieluset mieszkańców miasta uciekło, szukajšc schronienia w okolicz- nych jaskiniach. W odwecie Niemcy burzyli wejœcia do ja- skiń, zasypujšc ucielńnierów. Wybuchła epidemia tyfusu. W porcie zaminowano wraki zatopionych statków. Do tego miasta pułapek sprowadzono trzydziestu saperów. Znajdowano miny o opóŸnionym zapłonie, ukryte w publicz- nych budynkach. Niemal każdy pojazd krył w sobie minę. Saperzy nabrali stałej podejrzliwoœci wobec każdego przed- miotu znalezionego w jakimœ pomieszczeniu. Nie ufali nicze- mu, co znajdowali na stole, dopóki nie nadali temu przedmio- towi położenia "wskazujšcego godzinę czwartš". Jeszcze wie- le lat po wojnie saper odkładajšcy na stół wieczne pióro układał sobie jego częœci składowe tak, jak wskazówki zegara ustawione na tej godzinie. Neapol stanowił zonę wojennš przez szeœć tygodni i przez cały ten czas Łosoœ znajdował się tam wraz ze swym oddzia- łem. Po dwóch tygodniach dokopali się do uciekinierów w ja- skiniach. Ciała sczerniałe od ekslţementów i tyfusu. Ich 2ţ17 przemarsz do miejskich szpitali wyglšdal jak widmowa pro- cesja. W cztery dni póŸniej wyleciała w powietrze poczta; sie- demdziesišt dwie osoby zginęły lub zostały ranne. Najbogat- sza w œwiecie kolekcja œredniowiecznych zapisków spłonęła w miejskim archiwum. Dwunastego paŸdziernika, na trzy dni przed zapowiedzia- nym uruchomieniem elektrowni, zwrócił się do nich pewien Niemiec. Powiadomił władze, że w portowej dzielnicy miasta ulţyto tysišce min podłšczonych do nieczynnej sieci elektry- cznej. W momencie jej uruchomienia w płomieniach stanie pół miasta. Przesłuchiwano go więcej niż siedem razy, na różnych poziomach taktu i przemocy - i władze cišgle nie mogły nabrać pewnoœci co do jego rewelacji. Ewakuowano jednak ludnoœć z tej częœci miasta. Jeepy wywiozły dzieci i starców stojšcych nad grobem, ciężarne kobiety i ludzi uratowanych z jaskiń, zwierzęta, rannych żołnierzy ze szpitali oraz pacjentów z zakladów psychiatrycznych, księży, mni- chów i zakonnice z klasztorów. 0 zmierzchu dwudziestego drugiego paŸdziernika na miejscu pozostało dwunastu sape- rów. Elektrycznoœć miano włšczyć o trzeciej po południu nastę- pnego dnia. Żaden z saperów nigdy przedtem nie przebywał w wyludnionym mieœcie i były to najbardziej denerwujšce godziny ich życia. Wieczorami przez Toskanię przetaczajš się burze. Pioruny bijš w każdy wystajšcy kawałek metalu lub kabla. ţ.osoœ wraca zwykle do pałacu żółtš alejkš wœród cyprysów około siódmej wieczorem, właœnie w porze rozpoczynajšcych się burz. Takie tam œródziemnomorskie doœwiadczenie. Wydaje się lubić te olţesowe przyzwyczajenia. Ona albo Caravaggio dostrzegajš jego sylwetkę z odległoœci; zatrzymuje się od czasu do czasu, aby popatrzeć na dolinę i sprawdzić, jak daleko jest nadchodzšcy deszcz. Hana i Caravaggio wcho- dzš do pałacu. ţ,osoœ wędruje nadal w górę wzgórza, œcieżkš trawersujšcš tę kilometrowš odlegloœć leklţmi slţętami to w lewo, to w prawo. Słychać stukot butów o kamienie. Dopa- dajš go porywy wiatru, targajš cyprysami, gnšc ich gałęzie, które szarpiš poły jego koszuli. Maszeruje tak przez dziesięć minut, zawsze niepewny, czy go deszcz nie doœcignie. Najpierw usłyszy, jak spada na suche trawy i liœcie drzew oliwnych, potem dopiero poczuje. Ale na razie wystawia się na odœwieżajšcy powiew wiatru dmšcego w kierunku wzgórza i zwiastujšcego burzę. Nawet jeœli deszcz go doœcignie, zanim zdoia dotrzeć do pałacu, będzie kroczył nadal w tym samym rytmie, osłaniţjšc pelerynš chlebak. W namiocie wsłuchuje się w odgłosy burzy. Ostre trzaski nad głowš, a potem odglos turkotu ciężkich kół, kiedy ţzmot przetacza się w głšb gór. Nagły rozbłysk przebijajšcy się przez płótno namiotu, który mu się zawsze wydaje jaœniejszy od œwiatła słonecznego, wybuch ładunku fosforowego, coœ mechanicznego, majšcego zwišzek z nowym wyrazem, który zasłyszał w salach wykładowych oraz ze swego lmyształkowe- go radia, i który brzmi "nuklearny". W namiocie odwija mo- kry turban, suszy włosy i zawišzuje go na powrót wokół głowy. Burza przetacza się z Piemontu na południe i na wschód. Pioruny trzaskajš ponad wieżyczkami kapliczek alpejskich, w których malowidła ukazujš stacje Męki Pańskiej albo taje- mnice różańca. W małych miasteczkach, takich jak Varese i Varallo, większe od wymiarów naturalnych postaci wyrzeŸbione w terakocie w latach tysišc szeœćsetnych ukazu- jš w rozbłyskach œwiatła biblijne sceny. Spętane na plecach ręce biczowanego Chrystusa, spadajšcy nań bicz, ujadajšcy pies, na obrazie w następnej kapliczce trzej żołnierze podno- szš lţzyż wyżej, ku starannie wymalowanym chmurom. Villa San Girolamo, usytuowana na wzgórzu, również od- bija te rozbłyslţ œwiatła -jej mroczne korytarze, pokój, gdzie leży ranny Anglik, kuchnia, gdzie Hana rozpala ogień, wszyst- ko rozœwietlone nagłym œwiatłem nie dajšcym cienia. Łosoœ przejdzie bez lęku pod rzędem drzew w ogrodzie w czasie talţej burzy, niebezpieczeństwo porażenia gromem jest œmie- 249 sznie małe w porównaniu z zagrożeniami, jakie niesie jego powszedni dzień. Naiwne katoliclţe obrazki z owych górskich kapliczek, które oglšdał, tkwiš mu pod powiekami, lţedy odlicza sekundy między błyskawicš a grzmotem. Być może ten pałac jest również takim obrazkiem, i ich czworo w bli- skim współbytowaniu, nagle zalanym œwiatłem, przekornie wyrwanym wojnie. Dwunastu saperów pozostawionych w Neapolu wlţoczyło do opustoszałej częœci miasta. W cišgu nocy wdzierali się do zablokowanych tuneli, schodzili do kanałów wypatrujšc kabli mogšcych mieć połšczenie z głównymi generatorami. Musieli zakończyć prace do drugiej po południu, na godzinę przed włšczeniem elektrycznoœci. Miasto należy do nich dwunastu. Każdy pracował w przy- dzielonym mu rejonie. Jeden przy generatorze, drugi przy zbiorniku wodnym, ustawicznie w nim nurkujšc - według władz najskuteczniejszym sposobem zniszczenia miasta było- by spowodowanie wylewu. Jak można zaminować całe mia- sto? Najbardziej niepokojšca jest cisza. Jedyne, co słyszš, to poszczekiwanie psów i œpiew ptaków dochodzšcy z okien mieszkań. Kiedy nadejdzie czas, wstšpi do jednego z takich mieszkań, gdzie znajduje się ptak Coœ ludzkiego w tej próżni. Mija Museo Archeologico Nazionale, gdzie zebrano wykopa- liska z Pompei i Herkulanum. Widział tam starożytnego psa zastygłego w białym popiele. Szkarłatne œwiatło saperskiej latarki zawieszonej na le- wym ramienniku spływa kołyszšcym się w takt jego lţoków snopem, jedyne œwiatełko na całej Strada Carbonara. Jest zmęczony całonocnš pracš, a teraz ma wrażenie, że nie pozostało mu już wiele do zrobienia. Każdego z nich wyposa- żono w radiotelefon, ale wolno z niego korzystać tylko w razie nagłego odkrycia jakiegoœ zagrożenia. Straszliwa cisza panuje na tych dziedzińcach, a wyschłe fontanny potęgujš jego znu- żenie. 0 pierwszej w południe wyznacza sobie drogę ku zburzo- nemu koœciołowi San Giovanni a Carbonara, gdzie, jak mu wiadomo, znajduje się kaplica różańcowa. Któregoœ z poprze- dnich wieczorów oglšdał ten koœciół, błyskawica rozœwietliła wnętrze i ujrzał wielkie postaci ludzkie na tableau. Kobieta i anioł w sypialni. Ciemnoœć zapadła po tym rozœwietleniu, zasiadł w iawce oczekujšc następnej btyskawicy, ale już się nie doczekał objawienia. Teraz wkracza w ten sam zakamarek koœcioła, z postacia- mi z terakoty pomalowanej na kolor białego człowieka. Scena przedstawia sypialnię, w której kobieta rozmawia z aniołem. Jej wijšce się jasnokasztanowe włosy wyłaniajš się spod luŸnego błękitnego czepka, palce lewej ręki dotykajš mostka. Kiedy podchodzi bliżej, widzi, że wszystko to jest większe od naturalnych wymiarów. Głowš nie sięga wyżej niż do ramie- nia klęczšcej kobiety. Uniesione ramię anioła sięga ponad cztery metry nad ziemię. Ale oboje stanowiš dla ţ,ososia pożšdane towarzystwo. Ten pokój jest nie zamieszkany, a on wdziera się w rozmowę tych dwojga, uosabiajšcych przypo- wieœć o człowieczeństwie i niebiosach. Zdejmuje plecak z ramienia i przypatruje się łóżku. Chciałby się na nim położyć, waha się tylko przez wzglšd na obecnoœć anioła. Obszedł wokół jego eterycznš postać i za- uważył zakurzone żarówki przyczepione do jego pleców pod podkolorowanymi skrzydłami - i wie już, że mimo utrudzenia nie zasnšłby w bliskoœci talţch urzšdzeń. Sš tam trzy pary pantofelków, starannie wyrzeŸbionych, wystajšcych spod łóż- ka. Jest za dwadzieœcia druga. Rzuca czapkę na ziemię, z plecaka robi sobie poduszkę i kladzie się na kamiennej posadzce. Przez większš częœć dzieciństwa sypiał na macie rozłożonej na podłodze w swym pokoju w Lahore. I, prawdę mówišc, nigdy się nie przyzwy- czaił do tych łóżek na Zachodzie. W swym namiocie używa jedynie siennika i nadmuchiwanej poduszki, a w Angl, no- ' cujšc u lorda Suffolka, zapadał w klaustrofobicznš miękkoœć materaca i leżał w poczuciu uwięzienia, nie mogšc zasnšć, póki nie zerwał się z łóżka i nie położył na dywanie. Unosi glowę w stronę lóżka. Stwierdza, że pantofle też majš ponadnaturalne rozmiary. Zmieœciłyby się w nich stopy Amazonki. Ponad jego głowš kuszšce prawe ramię kobiety. 251 Nad jego stopami anioł. Niebawem jeden z saperów włšczy pršd i jeœli już ma zginšć, niech ginie w towarzystwie tych dwojga. Zginš lub ocalejš. Nic już nie da się zrobić, w żaden sposób. Przez całš noc wyszukiwał laski dynamitu i wybucho- we ładunki z opóŸnionym zapłonem. Zawalš się nad nimi œciany albo też będzie musiał przejœć przez morze ognia. Przynajmniej odnalazł rodzicielskie figury. Może odpoczšć w cieniu ich niemej konwersacji. Zakłada ręce pod glowę odczytujšc wyraz zdecydowania z twarzy anioła - zdecydowa- nia, którego nie dostrzegł uprzednio. Zmylił go biały kwiat w jego dłoni. Aniol też jest wojownikiem. Snujšc całš serię takich myœli zamyka oczy i osuwa się w utrudzonš sennoœć. Budzi się z uœmiechem na twarzy, stwierdzajšc, że wresz- cie zasnšł, radujšc się tym luksusem. Palce lewej dłoni dotykajš betonu. Kolor turbanu odpowiada kolorowi przepa- ski na szyi Mar. U jej stóp maly hinduski saper, w mundurze, obok szeœciu pantofelków. Może się zdawać, że to wszystko jest gdzieœ poza czasem. Każde z nich przybralo pozę najdogodniejszš po temu, by zapomnieć o czasie. Tak właœnie zostaniemy zapa- miętani przez innych. Z tš uœmiechniętš błogoœciš, lţedy ufamy swemu otoczeniu. Tableau z Łososiem u stóp dwóch figur nasuwa teraz przypuszczenie, że rozmowa ma za przed- miot jego los. Uniesione ramię z terakoty wyraża wstrzymanie egzekucji, obietnicę jakiejœ wspaniałej przyszłoœci udzielanš temu œpišcemu, dziecinnie wyglšdajšcemu obcoplemieńco- wi. Ich troje niemal w momencie podejmowania decyzji, zawierania porozumienia. Pod cienkš warstwš kurzu na twarzy anioła wyraz mocar- nej radoœci. Do pleców przyczepiono mu szeœć żarówek, dwie sš przepalone. Ale mimo to cud elektrycznoœci nagle roz- œwietla mu skrzydła od spodu, tak że ich lţwista czerwień i błękit oraz musztardowa zlocistoœć pól lœniš ożywione tego póŸnego popołudnia. Gdziekolwiek Hana jest teraz, po upływie lat, zawsze ma w pamięci linię tego ruchu, po której ciało Łososia wysunęło się z jej życia. Utrwaliła się w jej umyœle. Scieżka, którš przeœliznšł się między nimi. Kiedy zamilkł jak glaz. Zapamię- tała wszystko z tego sierpniowego dnia - jakie było niebo, przedmioty, które leżały przed niš na stole, pogršżajšce się w mroku nadcišgajšcej burzy. Widzi go na polu, z dłońmi przyciœniętymi do głowy, i poj- muje, że ten gest nie wyraża bólu, lecz wynika z chęci przyciœnięcia radiowych słuchawek do uszu, do mózgu. Stoi o sto metrów od niej, w dolnej częœci pola, kiedy dociera do niej wydzierajšcy mu się z piersi krzyk; krzyk człowieka, który nigdy nie podniósł glosu w ich obecnoœci. Pada na kolana, jak pod ciężarem krzyża. Podnosi się i wolno, zygzakowatym ruchem dochodzi do namiotu, wsuwa się do œrodka i zamyka jego poły za sobš. Rozlega się suchy trzask pioruna; Hana widzi, jak jej ramiona pogršżajš się w mroku. Łosoœ wyłania się z namiotu z karabinem w ręce. Wchodzi do pałacu San Girolamo, poruszajšc się jak kula bilardowa, dochodzi do drzwi i wbiega na górę po trzy stopnie, odmie- rzajšc oddech, zawadzajšc czubkami butów o schody. Słyszy jego lţoki, kiedy biegnie przez korytarz, a ona nadal siedzi w kuchni przy stole, ma przed sobš ksišżkę, ołówek, te przedmioty, w szarzejšcym œwietle przed burzš, które zamrozi w sobie jej pamięć. Wpada do sypialni. Zatrzymuje się w nogach łoża, na którym leży ranny. - Czeœć, saperze. 253 Karabin trzyma pod pachš, wsparty na trójkšcie zgiętego ramienia. - Co się tam dzieje na zewnštrz? Łosoœ wyglšda jak skazaniec, wyrwany już ze œwiata, brunatna twarz zalana łzami. Zwija się, potršca starš umy- walkę, z której kurz osypuje się na łóżko. Rozprostowuje się, tak że broń wycelowana jest wprost w Anglika. Zaczyna dygotać, ale zbiera siły, by się opanować. - Odłóż broń, ţ.ososiu. Opiera się plecami o œcianę i powœcišga dygotanie. Gipso- wy pył unosi się w powietrzu między nimi. Siadywałem w nogach twego łóżka, Stryju, i słuchałem cię. Przez te ostatnie miesišce. Tak samo postępowałem jako dziecko, zupełnie tak samo. Wierzyłem, że mogę uzbroić się w to, czego mnie nauczš starsi. Wierzyłem, że mogę zachować tę mšdroœć, stopniowo jš uzupełniać, w końcu zastšpić jš innš mšdroœciš. Wyrastałem z tradycji mojego kraju, ale póŸniej, w coraz większym stopniu, z tradycji kraju t w o j e g o. Z twojej deli- katnej, bialej wyspy z jej zwyczajami i obyczajami, i ksišżka- mi, i udoskonaleniami, i racjami rozumowymi, które w jakiœ sposób skierowały na swojš drogę resztę œwiata. Wiedzialem, że jeœli uchwycę filiżankę herbaty nie tymi palcami, co trzeba, zostanę potępiony. Jeœli zawišżę krawat w niewłaœciwy węzel, zostanę wykluczony z towarzystwa. Czy to tylko okręty stwo- rzyły tę waszš potęgę? Czy też, jak mówił mój brat, przyniosła jš wam historia i prasy drukarskie? Wy, a potem Amerykanie, nawróciliœcie nas. Waszymi mi- sjonarskimi zasadami. Żolnierze hinduscy tracili życie jako bohaterowie, by się stać pukk,ah. Rozgrywaliœcie wojny jak partie lţykieta. W jaki sposób udało się wam nas w nie wcišgnšć?... Posłuchaj, co zrobili twoi ludzie. Rzuca karabin na łóżko i podchodzi do Anglika. Kryształ- kowy odbiornik zwisa mu u pasa. Otwiera go i przykłada sluchawki do sczerniałej głowy rannego, który zwija się pod wpływem bólu jak przy skalpowaniu. Ale saper pozostawia mu słuchawki na uszach. Potem odsuwa się zabierajšc broń z sobš. W drzwiach widzi Hanę. Pierwsza bomba. Potem druga. Hiroszima. Nagasaki. Wycelowuje broń w alkowę. Sęp nad dolinš zdaje się ukladać skrzydła w kształt litery V. Kiedy przymyka oczy, widzi azjatyclţe uliczki zatopione w ogniu. Przetacza się on przez miasta jak zwijajšca się mapa, huragan żaru spalajšce- go napotkane ciała, cienie ludzi rzucone w powietrze. Paro- ksyzm mšdroœci Zachodu. Przypatruje się rannemu Anglikowi ze słuchawkami na uszach, z niewidzšcym wzrokiem, słuchajšcemu radiowych komunikatów. Muszka karabinu zsuwa się wzdłuż długiego nosa do jabłka Adama, ponad obojczykiem. Łosoœ wstrzymuje oddech. Œciska w regulaminowym trójkšcie ramienia karabin typu enfield. Nawet nie drgnie. A potem oczy Anglika zwracajš się ku niemu. - Saperze. Caravaggio wchodzi do pokoju, ale Łosoœ powstrzymuje go wciskajšc mu kolbę karabinu w żebra. 'Iţzepnięcie lapš zwierzęcia. I znowu, tym samym plynnym ruchem, przyciska prawym ramieniem broń do boku, jak w czasie musztry w różnych koszarach w Indiach i Angl. Zwęglona szyja w polu jego widzenia. - Łososiu, odezwij się do mnie. 'hvarz wyostrzyla mu się jak klinga. Kiedy płacz pod wpływem bólu i przerażenia ustał, zobaczył wszystko wokół w innym œwietle. Między nich wlţadła się noc, ogarnęła ich mgła, a ciemnobršzowe oczy młodego człowieka odkryły no- wego wroga. - Mój brat mi mówił. Nigdy nie odsłaniaj pleców w Euro- pie. Paktujš. Zawierajš układy. Sporzšdzajš mapy. Nigdy nie wierz Europejczykom, powtarzał. Nigdy im nie œciskaj dłoni. Ale my, och, tak łatwo ulegaliœmy złudzeniom - pod wpływem waszych przemówień, medali i ceremon. Co ja robiłem przez te ostatnie kilka lat? Odcinałem, niszczyłem odnóża zła. Po co? Żeby t o mogło się wydarzyć? - 0 co ci chodzi? Jezu, wyjaœnij! - Zostawiam wam radio, żebyœcie sobie przyswoili lekcję 255 histor. Nie ruszaj się, Caravaggio! Wszystkie te mowy o cy- wilizacji wygłaszane przez królów i królowe, i prezydentów... te wykladnie abstrakcyjnego porzšdku. Powšchaj je. Posłu- chaj radia i poczuj odór tych obrzšdków. W Indišch, jeœli ojciec złamie sprawiedliwoœć, zabija się go. - Nie wiesz, kim jest ten człowiek Lufa karabinu wymierzona w zwęglonš szyję. Potem saper unosi jš ku oczom leżšcego mężczyzny. - Zrób to - mówi Almƒsy. Wzrok sapera spotyka się ze wzrokiem rannego w półmro- ku pokoju, do którego wdarł się teraz przez zewnętrzny œwiat. Potakuje saperowi. - Zrób to - mówi spokojnie. Łosoœ wyrzuca nabój z komory i łapie go w locie. Rzuca karabin na łóżko, węża gotowego do ukšszenia. Poparzony człowiek œcišga słuchawki z uszu i powoli kla- dzie je przed sobš. Lewš rękš sięga po aparat słuchowy i zrzuca go na podłogę. - Zrób to, Łososiu. Nie chcę już niczego więcej usłyszeć. Zamyka oczy. Osuwa się w ciemnoœć, dalekš od tego poko- ju. Saper opiera się o œcianę, ręce złożone, głowa opuszczona. Caravaggio słyszy wdechy i wydechy rozdymajšce mu noz- drza, szybko i szeroko niczym wentyle. - On nie jest Anglilţem. - Może to Amerykanin, Francuz, mniejsza o to. Od lţedy zaczęliœcie zrzucać bomby na kolorowych, wszyscy jesteœcie Anglikami. Mieliœcie swego Leopolda, króla Belgów, teraz macie tego pierdolonego Harry'ego Trumana w Stanach. Wszyscy jesteœcie uczniami Anglików. - Nie. To pomyłka. On nie jest. Spoœród wszystkich ludzi on jeden jest po waszej stronie. - On by powiedział, że to nie ma znaczenia - mówi Hana. Caravaggio siada na krzeœle. Zawsze, myœli, siada na tym krzeœle. Pokój wypełnia ciche popiskiwanie kryształkowego odbiornika, radio wcišż przemawia swym jakby wydobywajš- cym się spod wody głosem. Nie ma siły odwrócić się i spojrzeć na sapera czy na kolor sukienki Hany. Wie, że młody żołnierz ' ma słusznoœć. Nigdy by nie zrzucili taldej bomby na żaden biały naród. Saper wychodzi z pokoju, zostawiajšc Caravaggia i Hanę przy łożu rannego. Pozostawił ich troje ich œwiatu, przestaje być ich strażnikiem. W przyszłoœci, kiedy ranny umrze -jeœli umrze - Caravaggio i Hana go pochowajš. Niech zmarli przyj- mš zmarłych. Nigdy nie był pewien, co to właœciwie znaczy. Tych kilka szorstkich słów z Bibl. Pochowajš wraz z nim wszystko oprócz ksišżki. Ciało, przeœcieradła, ubrania, karabin. Już wlţótce zostanie sam z Hanš. I z radiowym wyjaœnieniem, co właœciwie zaszło. Straszliwe wydarzenie rozprzestrzeniajšce się na lţótkich falach. Nowa wojna. Zgon cywilizacji. Cišgle jeszcze jest noc. Słyszy sowy, ich tajemnicze pohu- kiwania, szum skrzydeł, kiedy odlatujš. Cyprysy rozkładajš gałęzie ponad namiotem w tę nadal bezwietrznš noc. Układa się na wznak i wpatruje w mroczny róg namiotu. Kiedy zamyka oczy, widzi ogień, ludzi wskakujšcych do rzek i base- nów w poszukiwaniu ratunku przed płomieniami i żarem spalajšcym wszystko, co majš na sobie, skórę i włosy, nawet wodę, w którš się chroniš. Wspaniała bomba przewieziona samolotem poprzez ocean, na Wschód, nad zielony archipe- lag. I zrzucona. Nie nie jadł ani nie pił, nie jest w stanie niczego prze- łlţšć. Przed zmroldem oczyœcił namiot ze wszystkich przed- miotów wojskowych, z całego instrumentarium do rozbra- jania min, zdarł z munduru wszystkie insygnia. Przed po- łożeniem się spać rozwinšł turban i rozczesał włosy, po czym zawišzał je w wysoki węzeł i położył się, patrzšc, jak œwiatło znika powoli z płachty namiotu. Oczyma wyła- wia ostatnie promyki błękitnego œwiatła, a uszami najlżej- sze powiewy wiatru w tej ciszy; póŸniej już tylko szum so- 257 wich slţzydeł. I różne subtelne odgłosy unoszšce się w po- wietrzu. Czuje, że wszystkie wichry œwiata wessały się w Azję. Przebiega myœlš od wszystlńch małych bombek, z którymi się stykał, do rozmiarów tej bomby, jak się zdaje, olbrzymiej jak miasto, tak potężnej, by nie pozostawić żywym zdolnoœci wţystawienia œwiadectwa œmierci całej ludzkoœci. Nic nie wie o tej broni. Czy przynosi nagłe uderzenie metalu i podmuchu, czy też wţrzšce powietrze przepala na swej drodze wszystko, co ludzkie. Wie tylko, że nie może już pozwolić nikomu ani niczemu zbliżyć się do siebie, że nie może już spożywać posiłków ani popijać napojów zasiadajšc na kamiennej iawie na tarasie. Nie ma odwagi wycišţšć z plecaka zapałek i zapalić lampy, ponieważ wie, że lampa rozbłysłaby płomie- niem pochłaniajšcym wszystko. W namiocie, zanim zapadł zmrok, wycišgnšł tylko zdjęcie rodzinne i obejrzał je. Nazywa się Kirpal Singh i nie wie, co tu robi. Staje teraz pod drzewami w sierpniowym upale, bez tur- banu, odziany tylko w kurta. Nic nie trzyma w rękach, lńedy przechadza się skrajem pola, bose stopy dotykajš trawy albo kamieni na tarasie, albo popiołu wygasłego ogniska. Ciało ma ożywione bezsennoœciš, kiedy tak staje nad krawędziš wiel- kiej doliny europejslńej. Wczesnym ranlńem ona dostrzegła go stojšcego przed namiotem. Przez cały wieczór wypatrywała jakiegoœ œwiatełka między drzewami. Każde z nich w pałacu jadło tego wieczora osobno, Anglik nic nie wzišł do ust. Oczyma wyobraŸni widzi teraz wychylajšce się ramię sapera i płócienne œciany zamy- kajšce się nad nimi jak żagiel. On się odwraca, lńeruje ku domowi, wchodzi na taras i znika. W kaplicy mija spalone ławki i podchodzi do absydy, gdzie pod brezentem przyciœniętym gałęziami stoi motocykl. Zaczy- na zsuwać nakrycie z maszyny. Przyklęka przy niej i wpuszcza oliwę między łańcuch a koło zębate. Kiedy Hana zaglšda z góry przez zburzony dach, widzi go odwţróconego plecami, z głowš przy kole. - ţ,ososiu. Nie odpowiada, spoglšdajšc poprzez niš. - Łososiu, to j a. Co my mamy z tym wspólnego? Milczy jak głaz. HIęka i pochyla się w jego stronę, wychylona głowš ku jego policzkowi, i pozostaje w tej pozycji. Bicie serca. On nie reaguje, ona powraca więc do pozycji klęczšcej. Anglik mi coœ kiedyœ przeczytał z ksišżki: "Miłoœć jest czymœ tak drobnym, że może przejœć przez ucho igielne". Odsuwa od niej głowę, niemal przywiera twarzš do rynny. Chłopak i dziewczyna. Kiedy chłopak wycišgnšł już motocykl spod brezentu, Caravaggio wychylił się przez parapet, z przechylonš głowš. Wtedy odczuł, że nie może znieœć nastroju panujšcego w tym domu, i odszedł. Nie było go przy tym, jak saper zapalił silnik - wsiadł na motocykl, zacisnšł hamulec i pochylił się ku przodowi, a Hana stała obok. Singh dotknšł jej ramienia i pozwolił maszynie stoczyć się w dół, aż do zalţętu, a dopiero potem dodał gazu. W połowie drogi do bramy wjazdowej czekał Caravaggio, trzymajšc w ręku broń. Nie slţerował jej w stronę motocykla, kiedy chłopiec zjeżdżał w dół, zaszedł mu tylko drogę. Cara- vaggio zbliżył się i objšł go ramionami. Mocny uœcisk. Saper po raz pierwszy odczuł szorstkoœć jego brody na skórze. Poczuł, jak wzbierajš siłš jego mięœnie. - Muszę się nauczyć za tobš tęslţić-powiedział Caravaggio. Chłopiec odjechał, a Caravaggio zawrócił do domu. Motocykl uwiózł go w œwiat. Dym z triumpha, kurz i kamyki tryskajšce spod kół wpadały między drzewa. Minšł zagrodę dla bydła przy bramie i wjechał w wioskę, przejeżdżajšc obok zapachów ogrodowych po obu stronach, potem œlizgiem wjechał w zdradliwe wiraże. Ciało przybrało zwyczajowš pozycję, twarzš niemal przy- lgnšł do baku z benzynš, ręce wycišgnięte horyzontalnie do przodu dla zmniejszenia oporu. Zdšżał na południe, z daleka omijajšc Florencję. Przez Greve, na przestrzał przez Monte- varchi i Aznbrę, małe miasta zignorowane przez wojnę i in- wazję. PóŸniej, kiedy pojawiły się nowe wzgórza, zaczšł się na nie wspinać dšżšc w kierunku Cortony. Posuwał się w stronę przeciwnš do kierunku inwazji, jakby zwijajšc na powrót nić wojny, drogš uwolnionš już od wojennego napięcia. Jechał tylko tymi drogami, które znał, rozpoznajšc z daleka sylwetki warownych miasteczek. Odpo- czywał na polnych drogach siedzšc na zagrzanym triumphie. Nie wiózł z sobš wiele, wyzbył się całego uzbrojenia. Moto- cykl warczał przetaczajšc się przez wioski, nie zwalniał ani ze względu na miasteczka, ani ze względu na wojnę. ţţPoru- szeniem poruszy się ziemia jak pijany, i będzie porwana jak namiot jednonocny*ţţ. Zajrzała do jego plecaka. Był tam pistolet zawinięty w na- oliwionš szmatę - zapach wydostał się na zewnštrz, kiedy jš rozchyliła. Szczoteczka do zębów i proszek, szkice ołówkiem w notatniku, także jej portret - siedziała na tarasie, a on wyglšdał z okna pokoju Anglika. Dwa turbany, butelka kro- * Przektad Jakuba Wujka. i chmalu. Latarka saperska na rzemiennych paskach, do użycia w razie potrzeby. Wyłożyła wszystko na zewnštrz, purpurowe œwiatło wdarło się do wnętrza plecaka. ' W bocznych kieszeniach znalazła przyrzšdy do rozbrajania , bomb, których nie chciała dotykać. Zawinięta w kolejnš szmatkę metalowa zatyczka, którš mu podarowała i której używano w jej , lţaju do wytaczania syropu klonowego z drzewa. Spod zwiniętego namiotu wydobyła fotografię, która mu- siala być jego zdjęciem rodzinnym. Wzięła fotografię do ręki. Sikh i jego rodzina. Starszy brat miał na tym zdjęciu dopiero jedenaœcie lat. Obok niego oœmioletni Łosoœ. Kiedy wybuchlrţ wojna, mój bra,t sprzymierzczţ siţ z wszystkimi, którzy ţli przeciw Brytţjczykom. Był tam też mały podręcznik zawierajšcy schematy min. Oraz obrazek œwiętego w towarzystwie muzyka. Wszystko włożyła do plecaka z wyjštlţem fotograf, którš , trzymała w ręce. W drugš wzięła plecak, przeszła przeztaras i i weszła do domu. Co godzina zwalniał i zatrzymywał się, œcišgał gogle i strzš- sał kurz z koszuli. Przyglšdał się mapie. Zdšżał ku Adriaty- kowi, a potem na południe. Większoœć oddziałów wojskowych skupiała się na północy. Zajechał do Cortony, odgłos motocykla rozległ się wokół. Pod- jechał pod schody wiodšce do koœcioła i wszedł do œrodka. Sta- tua była tam, osłonięta rusztowaniem. Chciał przyjrzeć się bliżej jej twarzy, ale nie miał już przy sobie celowniczego teleskopu, a cialo odczuwało zmęczenie zbyt duże, by się miał wspinać po poprzeczkach rusztowania. Kręcił się u jej podnóża jak ktoœ, kto nie potrafi wejœć w zacisze domu. Wrócił, wsiadł na motocykl i odjechal poprzez winnice w kierunku Arezzo. W Sansepolcro skręcił na drogę wspinajšcš się zakosami na wzgórza, wœlizgujšcš się pomiędzy góry; poruszał się teraz z minimalnš szybkoœciš. Bocca Trabaria. Było mu zimno, ale przestał dbać o takie sprawy. W końcu droga wzniosia się do lin œniegów, pozostawiał za sobš œlady na szronie. Ominšł Urbino, gdzie Niemcy spalili żywcem wszystlţe konie pociš- 261 gowe przeciwnika. Walld w tym regionie trwały miesišc; teraz przemlţšł tędy w cišgu paru minut, przypatrujšc się tylko kapliczkom Czarnej Madonny. Wojna sprawiła, że wszystkie miasta i miasteczka stały się do siebie podobne. Zjeżdżał potem w stronę wybrzeża. Zajechał do Gabicce Mare, gdzie wówczas zobaczył Madonnę wyłaniajšcš się z morza. Zatrzymał się na noc na wzgórzu, majšc widok na cypel i morze, nie opodal miejsca, na które wtedy przyniesio- no Madonnę. Tak minšł mu pierwszy dzień. Droga KLaro - Kochana Maman Maman to sLowo francuskie, KLaro, obiegowe słowo nasuwajcţ- ce myœL o przytuLeniu się, sLowo intymne, które możncz wymawiać w obecnoœci obcych. Coœ tak kojcţcego i tak odwiecznego jak łódŸ. A wiem, że Ty pod względerrc duchowym jesteœ wcicţż canoe. ZdoLnym odwrócić się dziobem i w ciţgu paru sekund 2ţrpłyncţć w strumień. Zawsze niezaLeżna. Zawsze osobno. Nie tam żadna, LódŸ dostępna dLa wszystkich. To jest mój pierwszy List od Lat, KLaro, nie nawykLcţm do korespondencţjnych fornţ,aLnoœci. Ostat- nie miesicţce spędziLcţm mieszlcajcţc z trzema innymi osobami, nasze rozmowy byLy powoLne, przypadkowe. Nie pwzywţlcLam do innego sposobu rozmauńania poza wtaœnie takim. Jest rok 1944-. Co? Po rczz drugi zapomniałam, cţLe wiem, jaki jest miesirţc i dzień. Dzień po tym, jak usLyszeLiœmy o zrzuceniu bomb na Japonię, czLawiek się cz2ţje, jakby to b2JL koniec œuńata. Wiem, że od tej chwiLi to, co osobiste, pozostanie ncţ zawsze w stanie wajny z tym, co pubLiczne. Gdybyœmy to potrafzLi uspra- wiedLiwić, byLibyœmy w stanie usprawiedLiwić wszystko. Patryk zginqţ w go’‘bniku we Francji. We Francji w siedem- nastym i osiemnacstym stuLeciu budowano ogromne gołţbniki, większe niż niejeden dom. 0, takie: 2“2 j j j sokoœci budy'ţ'ţůecz- Pozio na Linca w odLe Loœci edne trzecie ţţaţ szczurom ku od szczytu ruizywaLa się b‚ţczţ ezţcz,ţ,ţ w gţbniku. drogę ku 9ó'ţe i 9ołę P d L ţeLoma wz9Lędami jak w koœcieLe. W mţjsţ' œţtym nţ w kojcţym miejscu. W miejscu kojcţc'9mů Patryk zgi 0 p ištej nad ranem zapalil motor iosp‚dz Ÿennţe mógł sypnęly się kamyki. Jeszcze było ciemn, j ţ p wzrolţem oddzielić morza od cypla. Nie miał uż ma ukazu- g š ołudnie, ale umbrze ƒzpKiedy wzlaki jšcych dro ę st d na p wzdłuż wy stało wojenne i posuwał się drogš y le miał przed sob ƒż e sa erzy słońce, podwoił sz bkoœć. Cišţ 1 do Cortony, g p Okolo drugiej po południu dotar budowali mosty Baileya niemal tonšc w rwšcych nu pach ' ał się, aby nalożyć ka tur. rzelţ. Zaczęło padać i zatrzyzn ů Teraz w czasie jazdy zmie- Obszedł wokół zmoczonš maszynę . Szszsz-szszsz zastšpiło oływany ruchem koła opryski- nił się odgłos ţ'5'ţ't skajšca spod piski i wy rzedniego cia, woda rS' p ez gogle wydawalo się wala mu buty. Wszystko widziane prz ce poœród halasu szare. Nie myœlał o Hanie. W calej tej pust motoru nie pomyœlał o niej. Kiedy poJaţała się w jego j , yw j mocniej iţjmowal kierowni- wyobraŸni e twar'z zmaz alch,wţagajš c ęţ sţpiajšc się na manewra ł wahbyły to ń zwy myœli. Jeœli przyPominały ţoţţ pţ Ÿsţórš pmejeżdżał. miast na mapie tej częœci ' obš ciało Angliţů Spoczy- Czuł w czasie jazdy, że wiezie ze s wa ono na zbiorniku aliwa, naprzeciw niego, spalone cialo p rzez ramię w pmeszłoœć, na w jego uœcisku, i spoglšda mu p 1 skie zamki, lţóTS' j ch przeplywajšcy obok nic ţ‚ ţhaţţ k ţ jeţ ţ tobcţ i słowa. już nikt nigdy nie odbud nţ zţţ z t ch ţych ţ ani n"aje, które wtożyłe'ţů ci w ţ omków twoich sţ'wţů z ust twaich ţţcţ ani z ust g lika recytował mu do ucha Izajasza, tak jak owe o Głos Ang y p pod sklepie- popołudnia, kied chło ak rţ m ţţlţiœć er setki Izajaszów. niem kaplicy w Rzymie. " š, pewnego dnia zechcesz go sobie wyobrazić jako sţrca- * Przektad cytatu za BibLţ Tysincţcţů w południowej Francji w klasztorach czci się go jako broda- tego i starego człowieka - ale moc zawarta jest nadal tylko w tym jego spojrceniu". Anglik recytował w pokoju z malo- widłami: Oto Pan da cię zanieœć, jak zcLnoszct kura, i jak codzien- nie, tak cię podniesie. Koronţckjcţc ukoron2.,ţjcţ cię udręezţţţ jak piłkę rzţ"ci cię do ztemi szerokiej i przestronnej *. Jechal w gęstniejšcym deszczu. Ponieważ ukochał twarz z owego sklepienia, ukochał też te słowa. Tak jak zawieizył poparzonemu człowiekowi, któzym się opiekował, i wyznacza- nym jego myœlš obszarom ucywilizowania. Izajasz i Jeremiasz, i Salomon znajdowali się w księdze, którš ranny trzymał przy sobie, w jego œwiętej księdze, cokol- wiek bowiem ukochał, wklejał do tej księgi. Pokazał tę księgę saperowi, a saper powiedział: my też mamy Œwiętš Księgę. Uszczelki gogli zużyły się przez ostatnie miesišce i deszcz wciskał się teraz pod szkla. Mógłby zdjšć gogle, szszsz szszsz jak ustawiczny szum morza w uszach, a skurczone ciało zdrę- twiałe i zziębnięte, tylko wyobraŸnia przypominala mu o cie- ple wytwarzanym przez maszynę, do której się przytulał, pędzšc przez wioski jak meteor, zostawiţjšc za sobš białš smugę, trwajšcš pół sekundy wizję przed oczyma. Bo niebiosa jak dym się rozpĆyţrcš, a ztemia jrzk szrztcL zwiotczeje, i mieszkańcy jej jak m2e zagincţ... Bo jak szatę, tclk ich robak pożre, a ja7c wełnę, tak ich mól pogryzie...** Oto tajemnica pustyń rozcišgajšcych się od Uweinatu po Hiroszimę. Zdjšł gogle wjeżdżajšc z zakrętu na most na rzece Ofanto. I trzymajšc je w lewej dłoni wpadł w poœlizg. Rzucił gogle i chwycił oburšcz kierownicę motocykla, by go wyprowadzić z poœlizgu, ale nie spodziewał się metalowego progu przy wjeŸdzie na most, maszyna przewróciła się pod nim. Potoczył się z niš ku œrodkowi mostu po œlisldej nawierzchni, metal tršc o metal rozrzucał islmy wokói jego ršk i twarzy. Ciężki kanister oderwai się i uderzył go w plecy. Potem on * Przekład Jakuba Wujka. ** Przekład Jakuba Wujka. i motocykl przetoczyli się w lewo, gdzie nie było poręczy, i zsunęli z mostu. Peleryna spadła z niego, tak jak wszystko, co było mechaniczne i œmiertelne, i zawisla w powietrzu. Motocykl i żolnierz także zawiœli na chwilę, po czym spadli do wody, metalowa rama przytrzymywana nogami, jak w cza- sie jazdy wyorujšca białš smugę w wodzie, znikajšca pod niš wraz z deszczem, również spadajšcyzn do rzeki. Jak piLkę rzuci cůię do ziemi szerokiej i przestronnej. Jak Patryk trafzŁ do gołębnika, Kla'ro? Jego oddziaL zostauril go poparzorcego i rannego. Tak że guziki koszuLi wtopiLy mu się w cia- ło, staLy się czcţ,stkcţ jego skóry na pi.er'sż. Pţ'ţ ţ'ţ calowała,m i lctórd Ty caLowałaœ. A jak doszto do tego poparzenia? Jak ule9L mu on, lctóry umiaL wić się jalţ ţkoţ aţo ,7ţ ţoţe canoe, jak czarocLziej zniLcać z reaLnego œuńata? Ze swcţ słodkrţ i skompLilcowa- ncţ niewinnoœc2rţ. Był ncţjbardziej miLkLiwym z mężczyzn i za.wsze się dziwiLam, że kobiety go LubiLy. My sk,Laniamy się zwykLe 1ţu mężczyznom rozmoumym. Jesteœmy rozumne, mdCLre, a on bywaL często zag2ţbiony, niepewţ'i.y, zamknięty w sobie. gyL poparzany, a ja jestem pielęgnzarluţ i mogłabym się nim opiekować. Czy umiesz sobie wyobrazić gorycz geograf? MogLa- bym go uratować aLbo pţwzyncţmniej być przy nim do końca. Dobrze się znczm na popa'ţţţhů Jak dLugo przebywaL tam, wœrod gołębi i szczurów? Z resztluţ lcruń w żyła.ch i resztlul życia. w sercu? GoLębie nad nim. Trzepotanie ich skrzydeL, lciedy ţ wokóL niego ktębiLy. Nie mógL zasncţć w ciemnoœci. Niţdy ciemno- œci nie znosţiL. I był sam, bez kochanki i bez nik,ogo z rodziny. Obrzydta mi Europa, Ktaro. Chcę wrócić do domu. Do Tuţojej ma,lej chatki i różowej skaLy w Zatoce Œwiętego Jerzego. Przyjadę autobusem do Parrţ Sound. A z lcţdu wyœLę depeszę przez krótk.o- fcţówJcę do Pancakes. I będę na. Ciebie czekaLa, będę urypatrţwaţ ţej syLwetki w canoe, płynclcej, aby mnie ocaLić od tych tu stron, w które ţzyLţ"y parzucajclc Ciebie. Jak Ci się ţ.uiaLo nie zgLupieć, kiedy my zgLupieLiœmy? Tobie, temu demonowi 'rozlţoszy, który ţL tţţj mcţdroœci? I staL się z nas wszystkich najczystszym, ncţjdojrzalszym ziarenkiem, ţrcţţjzieleńszţ'rn listkiem. Hana 265 Głowa sapera wynurza się z rzeki, wychwytuje ustami całe powietrze znad powierzchni wody. Caravaggio zbudował jednoprzęsłowy most wiszšcy z kono- pnej liny, przywišzanej do dachu sšsiedniego pałacu. Z tej strony lina obwišzana jest wokół bioder posšgu Demetriusza i przytwierdzona do studni. Zawieszona jest nieco powyżej korony dwóch drzew oliwnych rosnšcych przy œcieżce. Gdyby stracił równowagę, spadłby w objęcia zakurzonych gałęzi tych drzew. Wchodzi na most, wymacuje stopš linę. Jakš może mieć wartoœć ten posšg - zagadnšł kiedyœ od niechcenia Hanę, a ona odpowiedziała, że ranny Anglik orzekl, iż wszystkie posšgi Demetriusza sš bezwartoœciowe. Zakleja list i wstaje, przechodzi przez pokój ku olţu, w tym momencie błyskawica przeskakuje nad dolinš. Spostrzega Ca- ravaggia zawieszonego w powietrzu nad wšwozem, który się wi- je wzdłuż pałacu jak głęboka blizna. Zamiera przy olţie, jakby œniła, potem przysiada w niszy okiennej i wyglšda przez olnio. Ilekroć zaczyna się błyskać, deszcz nadchodzi nagle, cišg- nšc za sobš noc. Wypatrujšc Caravaggia, widzi zaniepokojone jastrzębie wzbijajšce się w niebo. On jest w połowie drogi, kiedy wyczuwa pierwsze lţople, po chwili deszcz zmywa mu całe ciało, nasyca je wilgociš, ubranie staje się nagle cięższe. Ona wycišga dłonie przez olţo, chwyta w nie deszcz i zwilża nim sobie włosy. Pałac pogršża się w ciemnoœci. W korytarzu obok sypialni rannego Anglika pali się ostatnia œwieca, długo w noc. Ilekroć budzi się ze snu, widzi pełgajšce żółte œwiatełko. Œwiat jest dlań teraz bezdŸwięczny, nawet œwiatło wydaje się zbędne. Rano powie dziewczynie, że nie chce, by zapalona œwieca towarzyszyła mu nocš, kiedy zasypia. Około trzeciej nad ranem wyczuwa czyjšœ obecnoœć w po- koju. W pewnym momencie dostrzega w nogach łóżka, na tle œciany, być może wewnštrz malowidła, jakšœ postać nie dajšcš się w œwietle œwiecy wyodrębnić spoœród mrocznego gšszczu listowia. Coœ wymrukuje, coœ, co chciałby powiedzieć, ale odpowiada mu milczenie i zwiewna, brunatna postać, mogšca być tylko sennym zwidzeniem, nie porusza się. Topo- la. Mężczyzna w pióropuszu. Pływak. Bo przecież nie spadło- by na niego takie szczęœcie, aby mógł ponownie spotkać młodego sapera. Nie zasypia już jednak tej nocy, na wszelki wypadek, gdyby postać miaţa się ku niemu zbliżyć. Nie bierze tabletki uœmie- rzajšcej ból i czuwa aż do chwili, w której œwiatełko gaœnie i swšd zastygajšcej œwieczki wdziera się do jego pokoju, a także do pokoju dziewczyny, w głębi korytarza. Jeœliby się figura odwróciła tyłem, miałaby farbę na plecach, wziętš z miejsca, do którego przylgnęła w smutku, miejsca wypełnio- nego namalowanymi drzewami. Byłby to w stanie zobaczyć, nawet kiedy œwieczka już zgasła. Ręka wycišga się powoli, dotyka ksišżki i wraca do sczer- niałego policzka. Żadnego innego ruchu w tym pokoju. Gdzie się znajduje teraz, kiedy o niej myœli? Po tych wszyst- kich latach? I ona, i on zdšżyli się postarzeć, głaz skamienia- łej przeszłoœci wyłania się z wody, wynurza się ponad jej powierzchnię, zanim ponownie zrówna się z poziomem wody i zanurzy. Zasiadł w swym oţodzie, ponownie myœlšc, że powinien wejœć do domu, napisać do niej list lub też któregoœ dnia zajœć do centrali telefonicznej, wypełnić formularz i spróbować dodzwonić się do niej, w innym kraju. W tym ogrodzie pro- stokšt suchej, wystrzyżonej trawy wiedzie jego myœl na po- wrót ku miejscom, w których przebywał z Hanš i Caravag- giem, i rannym Anglildem w Villa San Girolamo, na północ od Florencji. Jest teraz doktorem, ma dwoje dzieci i roze- œmianš żonę. Ma też wiele zajęć w tym mieœcie. 0 szóstej po południu œcišga swój biały fartuch lekarski. Nosi pod nim ciemne spodnie i koszulę z lţótkimi rękawami. Zamyka swš klinikę, gdzie każdy papierek unieruchomiony jest jakimœ ciężarldem - kamyldem, kałamarzem, miniaturkš ciężarówki, którš jego syn przestał się już bawić - aby zapobiec zdmuch- nięciu przez wentylator. Wsiada na rower i przez szeœć ldlo- metrów pedałuje do domu, przejeżdżajšc przez bazar. Kiedy tylko może, wjeżdża w cień. Osišgnšł wiek, w którym nagle stwierdził, że słońce Ind go wyczerpuje. Przejeżdża pod wierzbami rosnšcymi nad kanałem i za- trzymuje się przy małej kolon domków, rozpina spinacze przy nogawkach spodni i znosi rower po kilku stopniach do małego ogródka, uprawianego przez żonę. Tego wieczora jakaœ siła sprawiła, że ów głaz, skamielina przeszłoœci, znów wynurzył się z wody. I myœlami powrócił do 2ţ górskiego miasteczka we Włoszech. Być może była to oparze- lina na ręce dziewczyny, którš dziœ opatrywał. Albo kamienne schody, na których brunatne chwasty wyrastały pomiędzy stopniami. Już był w połowie ich wysokoœci dŸwigajšc rower, kiedy to sobie przypomniał. Stało się to w drodze do pracy, pułapka pamięci czekała więc spokojnie przez siedem godzin nieprzerwanego przyjmowania pacjentów i załatwiania spraw administracyjnych. Albo może jednak zaczęło się to od oparzonej ręki dziewczyny. Siedzi w ogrodzie. I wyobraża sobie Hanę, z włosami dłuż- szymi niż wtedy, w jej ojczystym lţaju. Co też porabia? Zawsze w wyobraŸni widzi jš wyraŸnie, jej twarz i ciało. Nie umie jednak olţeœlić, jaki zawód mogłaby wykonywać ani w jalţch warunkach żyje, mimo iż odgaduje jej reakcje na ludzi, sposób, w jaki pochyla się nad dziećmi, białe drzwi lodówki w tle, jeszcze głębiej bezdŸwięczny ruch tramwajów. To taki skromny dar, którym go obdarzono, jakby kamera filmowa mu jš ukazywała, tylko jš, i bez dŸwięku. Nie umie rozpoznać towarzystwa, w którym przebywa, ani tego, jakie ma poglšdy; może rozpoznać jedynie jej usposobienie oraz długoœć jej ciemnych włosów, które cišgle opadajš jej na oczy. Uzmysławia sobie, że twarz miała zawsze poważnš. Jej młodzieńcza kobiecoœć przeobraziła się w majestatycznš su- rowoœć monarchini. Najwidoczniej na jej życzenie ktoœ ukształtował jej twarz tak, by nie ulegało wštpliwoœci, że jej wlaœcicielka jest kimœ. Nadal to właœnie w niej ceni. Jej sprawnoœć, to, że nie odziedziczyla ani wyglšdu, ani swego pięlţa, lecz że sama nadała im kształt odzwierciedlajšcy jej charakter. Wydaje się, że co miesišc lub dwa właœnie takš jš wspominał. Te objawienia były wynikiem listów, jakie doń pisała przez rok, na które nie odpisywał, aż przestała, zrażona jego milczeniem. Przypuszczała, że to sprawa jego chara- kteru. A teraz nawiedzajš go te pokusy, by z niš porozmawiać w czasie posiłku. i powrócić do tego stanu największej blisko- œci, w jego namiocie lub też w pokoju rannego Anglika, w obu tych miejscach. gdzie wcišgał ich wir burzliwej rzelţ czasu i przestrzeni. Wspominajšc te chwile zawsze doznaje zadzi- 269 wienia w równym stopniu sobš jak i niš - sobš chłopięcym i przejętym, wycišgajšcym gibkie ramię ku dziewczynie, w której się zakochał. Mokre buty zostawil przy oszklonych drzwiach, zwišzał je sznurowadłami, rękš obejmuje jej ra- mię, zwracajš się ku sobie na łóżku. W czasie wieczornych posiłków przypatruje się córeczce zmagajšcej się ze swš nieporadnoœciš, próbujšcej utrzymać ciężlţ oręż sztućców w maleńkich dłoniach. Przy tym stole wszyscy majš dłonie bršzowe. A żona wszystkich przyuczyła do swego żywego humoru, który odziedziczył po niej jego syn. Lubi obserwować pomysłowoœć swego syna, nieustannie go zachwy- cajšcš, przelţaczajšcš nawet inwencję i dowcip jego żony- sposób, w jaki chłopiec naœladuje psy napotkane na ulicy, ich szczekanie, ich wyglšd. Podziwia to, że umie odgadnšć nawet psie pragnienia z różnych znaków pozostajšcych do psiej dys- pozycji. A Hana być może obraca się w towarzystwie nie będšcym towarzystwem, które sama wybrała. Cišgle jeszcze, w wieku trzydziestu czterech lat, nie znalazła towarzystwa właœciwego, talţego, jalţego by pragnęla. Jest kobietš dumnš, a jej odwaga sprawia, że niełatwo znajduje szczęœcie, choć zawsze podejmu- je ryzyko; jest też coœ w jej brwiach, co tylko ona sama może dostrzec w lustrce. Idealna i idealizujšca - pod lœnišcymi, cie- mnymi włosami. MężczyŸni łatwo się w niej zakochujš. Wcišż ma w pamięci linijki wierszy, które Anglik odczytywał jej na głos ze swej podręcznej księgi. Jest kobietš, której nie znam na tyle, bym mógł jš wzišć pod swe slţzydła - o ile pisarze majš slţzydła - i slţyć pod nimi na resztę mego życia. Tak więc Hana porusza się, obraca twarz i długie włosy przesłaniajš jej zakłopotanie. Potršca ramieniem brzeg kre- densu i zrzuca szklane naczynie. Lewa ręka Kirpala opuszcza się do podłogi, chwyta stršcony widelec o centymetr nad jej powierzchniš i uprzejmie podaje go córeczce. Zmarszczki w kšcikach jego oczu pod okularami. 270