TYTUL: Rece przy sobie AUTOR: Robert Sheckley TLUM.: Jolanta Kozak Pokładowy detektor masy rozbłysnął na różowo, potem na czerwono. Agee przy- sypiał już nad deską rozdzielczą, czekając, aż Victor upora się z obiadem. Teraz gwałtownie podniósł wzrok. - Planeta się zbliża! - zawołał, przekrzykując syk uciekającego powietrza. Kapitan Barnett kiwnął głową. Skończył właśnie modelować gorącą łatę, którą z głośnym plaśnięciem przylepił do zniszczonego kadłuba "Niezłomnego". Świst uchodzącego powietrza przycichł do poziomu cichego jęku, ale nie ustał cał- kowicie. Nigdy nie ustawał. Kiedy Barnett podszedł do konsolety, planetę było już widać, ledwo ledwo, spoza krawędzi małego czerwonego słońca. Jarzyła się zielono na tle czarnej nocy kosmosu i obu mężczyznom podsunęła tę samą myśl. Barnett ujął ową myśl w słowa. - Ciekawe, czy znalazłoby się tam coś do wzięcia - powiedział marszcząc czoło. Agee, na znak nadziei, uniósł biała brew. Patrzyli na przyrządy, które właśnie zaczynały rejestrować. Nigdy by nie wytropili tej planety, gdyby skierowali "Niezłomnego" na szlaki południowogalaktyczne. Ale na tamtej trasie namnożyło się Policji Konfederacyjnej, więc Barnett wolał ją omijać wielkim łukiem. "Niezłomny był zarejstrowany jako handlowiec - chociaż cały przewożony przez niego ładunek sprowadzał się do kilku butelek silnie żrącego kwasu, używanego do otwierania sejfów i trzech średniej wielkości bomb atomowych. Władze niechętnmym okiem patrzyły na tego rodzaju dobra i stale usiłowały przymknąć załogę na podstawie jakiegoś przedawnionego oskarżenia - o mor- derstwo na Lunie, o kradzież na Omedze, o napad z włamaniem na Samii II. Były to wszystko stare, prawie zapomniane przestępstwa, które policja z maniackim uporem próbowała rozdmuchać na nowo. Co gorsza, nowe policyjne krążowniki przewyższały "Niezłomnego" pod wzglę- dem uzbrojenia. Dlatego wybrali trasę okrężną do Nowych Aten, gdzie właśnie rozpoczął się wielki strajk uranowy. - Z wyglądu nic specjalnego - skomentował Agee, krytycznym okiem szacując wskaźniki. - Tak czy owak, możemy się koło niej przejechać - powiedział Barnett. Odczyty były mało ciekawe. Ukazywały planetę mniejszą niż Ziemia, nie- obecną na mapach i pozbawioną jakiejkolwiek wartości handlowej poza atmo- sferą tlenową. Kiedy mijali planetę, czujniki metali ciężkich gwałtownie ożyły. - Tam jest materiał! - Agee błyskawicznie interpretował liczne odczyty. - Czysty. Bardzo czysty - i to na powierzchni! Spojrzał na Barnetta, który skinął głową. Pojazd skręcił gwałtownie w stronę planety. Z zaplecza statku nadszedł Victor, w malutkiej wełnianej czapeczce wciś- niętej na wielką ogoloną głowę. Stanął za Barnettem i patrzył mu przez ramię, jak Agee sprowadza pojazd w dół po torze ciasnej spirali. Z odległości pół mili od powierzchni planety dostrzegli swoje złoża ciężkiego metalu. Był to statek kosmiczny, spoczywający na ogonie pośrodku naturalnej polany. - A to ciekawe - zauważył Barnett. Gestem nakazał Ageemu zejść niżej. Agee z niebywała zręcznością osadził pojazd na ziemi. Dawno już przekro- czył wiek emerytalny dla pilotów dowodzących, co jednak wcale nie osłąbiło jego koordynacji. Barnett, który znalazł go bez grosza i dachu nad głową, zatrudnił Agee'ego bez wahania. Kapitan zawsze chętnie pomagał bliźniemu, jeżeli było mu to na rękę i stwarzało szansę zysku. On i Agee mieli iden- tyczny stosunek do własności prywatnej, chociaż czasami różnili się co do metod jej pozyskiwania. Agee wolał pewniaki. Barnett, przeciwnie, miał w sobie więcej odwagi niż to było wskazane u przedstawiciela stosunkowo deli- katnego gatunku jakim był Homo sapiens. Zbliżywszy się do powierzchni planety, stwierdzili, że obcy statek jest większy niż "Niezłomny", a do tego błyszczący, lśniący nowością. Kształt pokrywy był im nieznany, podobnie jak oznakowanie. - Widziałeś kiedy coś podobnego? - spytał Barnett. Agee skonsultował zasoby swojej przepastnej pamięci. - Trochę przypomina robotę cephańską, tyle że ich statki nie są takie przysadziste. Solidnie zboczyliśmy z kursu. Ten statek może w ogóle nie być z Konfederacji. Victor gapił się na statek z rozdziawioną gębą. Westchnął głośno. - Przdałby się nam taki stateczek, co, kapitanie? Nagły uśmiech Barnetta był jak pęknięcie w granicie. - Victor! - powiedział Barnett. - W prostocie swojej dotknąłeś sedna spra- wy. Istotnie, przyda nam się taki statek. Chodźmy tam i pogadajmy z jego szefem. Przed dopięciem pasa, Victor upewnił się, że lodomiotacze mają pełny ładu- nek. Już stojąc na ziemi, posłali w górę pomarańczowo-zieloną racę sygnaliza- cyjną, ale nie otrzymali odpowiedzi z obcego statku. Atmosfera planety chyba nadawała się do oddychania, temperatura wynosiła 72 stopnie Fahrenheita. Po odczekaniu paru minut wymaszerowali z pojazdu, trzymając lodomiotacze w po- gotowiu pod osłoną kurtek. Wszyscy trzej przemierzali dzielącą statki odległość z wystudiowanymi uś- mieszkami na twarzach. Z bliska statek był wspaniały. Jego połyskliwa srebrzystoszara powłoka była prawie nietknięta przez meteoryty. Wejście było otwarte, a po stłumio- nym mruczeniu poznali, że generatory właśnie się ładują. - Jest tam kto?! - huknął Victor w czeluść włazu. Jego głos poniósł się głuchym echem po całym statku. Odpowiedzi nie było - tylko cichy szum ge- neratorów i szelest traw na równinie. - Gdzie oni się podzieli, jak myślicie? - zapytał Agee. - Pewnie wyszli zaczerpnąć świeżego powietrza - powiedział Barnett. - Na pewno nie spodziewali się gości. Victor potulnie usiadł na ziemi. Barnett i Agee buszowali wokół podstawy statku, zachwycahjąc się jego wspaniałymi dyszami. - Dałbyś radę? Jak myślisz? - zapytał Barnett. - Czemu nie - powiedział Agee. - Najważniejsze, że napęd jest konwencjo- nalny. Mechanizmy pomocnicze to drobiazg - istoty oddychające tlenem stosują podobne metody kontroli napędu. Na pewno się połapie, to tylko kwestia czasu. - Ktoś idzie! - zawołał Victor. Rzucili się do włazu. O trzysta jardów od statku zaczynał się wystrzępiony las. Jakaś figura wyłoniła sie spomiędzy drzew i zmierzała w ich stronę. Agee i Victor równocześnie wydobyli miotacze. Lornetka Barnetta pozwoliła określić figurę jako równoległobok mierzący około dwóch stóp wysokości na jedną stopę szerokości. Grubość obcego nie sięgała dwóch cali. Głowy nie miał. Barnett zmarszczył brwi. Nigdy jeszcze nie widział czworokąta płynącego w powietrzu nad wysoką trawą. Kiedy wyostrzył lornetkę, okazało się, że obcy ma w sobie coś z humanoida. Sciślej rzecz ujmując, miał cztery kończyny. Dwóch z nich, prawie niewidocz- nych przez trawę, używał do chodzenia, podczas gdy dwie pozostałe sterczały sztywno w przestrzeń. Pośrodku postaci Barnett z trudem wyróżnił maleńkie oczy i usta. Stworzenie nie miało na sobie żadnego ubrania ani kasku. - Ciekawy typ urody - mruknął Agee, ustawiając aparaturę miotacza. - A mo- że on jest sam? - Miejmy nadzieję - powiedział Barnett, również wyciągając miotacz. - Odległośc około dwa tysiące jardów - Agee wycelował broń, po czym pod- niósł wzrok. - A może pan kapitan życzy sobie najpierw z nim porozmawiać? - Co tu gadać - uśmiechnął się leniwie Barnett. - Ale dajmy mu podejść bliżej. Szkoda by było spudłować. Agee pokiwał głową i poprowadził obcego w oku celownika. Kalen zatrzymał się na tym opuszczonym małym świecie z nadzieją zdobycia, metodą wysadzenia w powietrze, kilku ton erolu - minerału wysoko cenionego przez Mabogian. Nie miał szczęścia. Niezużyta bomba tetnitowa nadal spoczy- wała w jego cielesnej sakiewce, w towarzystwie zabłąkanego orzecha kerla. Kalen pomyślał, że wróci na Mabog z balastem zamiast ładunku. Trudno, mówił sobie wynurzając się z lasu, może następnym razem. Widok chudego, upstrzonego łatami statku kosmicznego przy jego własnym przyprawił Kalena o szok. Najmniej ze wszystkiego spodziewał się znależć na tym światku inną żywą istotę. Tubylcy w dodatku stali przed jego włazem! Kalen od razu dostrzegł, że jeżęli chodzi o kształt, są z grubsza mabogijni. W Unii Mabogijskiej ist- niała rasa bardzo do nich podobna, tyle że budująca zupełnie inne statki. Intuicja podszepnęła mu, że mogą to być przedstawiciele tej wielkiej cywi- lizacji z peryferiów Galaktyki, o której już od dawna chodziły plotki. Dziwna rzecz: obcy się nie poruszali. Dlaczego nie wychodzą na powitanie? Wiedział, że go zauważyli, ponieważ wszyscy trzej wskazywali w jego kierunku. Przyspieszył kroku, uświadamiając sobie, że nic nie wie o ich obyczajach. Miał tylko nadzieję, że nie są zwolennikami zbyt rozwlekłych ceremonii. Już po godzinie spędzonej na tym wrogim świecie czuł się zmęczony. Był głodny, rozpaczliwie potrzebował prysznica... Coś intensywnie zimnego rzuciło nim do tyłu. Rozejrzał się czujnie: czyż- by to była jakaś nieznana cecha planety? Ponownie ruszył do przodu. Następny pocisk też trafił go celnie, zamraża- jąc zewnętrzną warstwę jego powłoki. Sprawa wyglądała poważnie. Mabogianie należeli do najsilniejszych form ży- wych w Galaktyce, ale nawet ich odporność miała swoje granice. Kalen rozej- rzał się ponownie, szukając źródła kłopotów. To ci obcy - strzelali do niego! Przez chwilę jego ośrodki myślowe odmawiały przyjęcia dowodu zmysłów. Ka- len wiedział, co to jest morderstwo. Oniemiały ze zgrozy, bywał świadkiem tej perwersji wśród niektórych niskich form zwierzęcych. Widywał też reje- stry odchyleń psychicznych, które dokumentowały każdy przypadek morderstwa z premedytacją, jaki miał miejsce od początku historii Mabogu. Ale żeby coś takiego zdarzyło się jemu osobiście! Kalen nie był w stanie w to uwierzyć. Trafił go kolejny ładunek. Kalen stał bez ruchu, próbując przekonać samego siebie, że to, co się dzieje, dzieje się naprawdę. Nie mógł pojąć, żę stwo- rzenia obdarzone zmysłem współdziałania wystarczającym do prowadzenia statku kosmicznego, potrafią być jednocześnie zdolne do morderstwa. Przecież oni go nawet nie znali! Kiedy było już prawie za późno, Kalen zrobił w tył zwrot i pognał do lasu. Wszyscy trzej obcy strzelali za nim jednocześnie, toteż trawa wokół Kalena chrzęściła i bielała od szronu, a powierzchnia jego skóry zlodowaciała cał- kowicie. Zimno było tym czynnikiem, do którego organizm mabogiański nie był szczególnie przystosowany. Chłód zaczynał się wdzierać do organów wewnętrz- nych Kalena. Mimo to, nadal nie mógł uwierzyć. Dopadł lasu, ale zanim skrył się za drzewo, dosięgnął go podwójny atak. Poczuł, jak cały jego system wewnętrzny rozpaczliwie stara się przywrócić organizmowi ciepło, a w chwilę potem ze szczerym żalem poddał się ciemności. - Jakiś głupi ten obcy - zauważył Agee, chowając miotacz do kabury. - Głupi i silny - dodał Barnett. - Ale żaden tlenowiec dużo tego nie wyt- rzyma - dumnie wyszczerzył zęby w uśmiechu i poklepał srebrnoszary kadłub statku. - Ochrzcimy go "Niezłomny II". - Hip hip hura na cześć kapitana! - krzyknął entuzjastycznie Victor. - Oszczędzaj płuca - pouczył go Barnett. - Jeszcze ci się przydadzą. - Po- patrzył w górę. - Mamy jeszcze ze cztery godziny światła. Victor, przynieś żywność, tlen i narzędzia z "Niezłomnego I" i rozładuj jego stosy. Kiedyś tu wrócimy i weźmiemy staruszka do domu. Ale na razie chcę odpalić przed zacho- dem słońca. Victor oddalił się pospiesznie. Barnett i Agee weszli na pokład statku. Tylną połowę "Niezłomnego II" zapełniały generatory, silniki, transforma- tory, urządzenia pomocnicze, zbiorniki paliwa i powietrza. Obok mieściła się wielka ładownia, zajmująca prawie resztę wnętrza. Pełno w niej było orzechów rozmaitych kształtów i kolorów, których średnica wahała się od dwóch cali do mniej więcej podwójnej średnicy głowy dorosłego mężczyzny. Pozostawały dwie kabinki w dziobie statku. Pierwsza powinna była służyć za kabinę załogi - jako jedyny kawałek wolnego miejsca. Była jednak kompletnie pusta: ani kozetek deceleracyjnych, ani sto- łów czy krzeseł - tylko wypolerowana metalowa podłoga. W ścianach i w sufi- cie widniał szereg otworów, których funkcja na pierwszy rzut oka nie była oczywista. Z tym pomieszczeniem połączona była kabina pilota, bardzo mała, ledwie mieszcząca jedną osobę. Deska rozdzielcza pod kopułą byłą szczelnie inkrus- towana przyrządami. - W twoje ręce przekazuję - powiedział Barnett do Agee'ego. - Zobaczymy, co potrafisz. Agee kiwnął głową i rozejrzał się za stołkiem, po czym ukucnął przed konso- letą i zaczął ją uważnie studiować. W ciągu paru godzin Victor przeniósł cały ich dobytek na "Niezłomnego II". Agee do tego czasu niczego jeszcze nie dotknął. Po rozmiarach, kolorach, kształtach i usytuowaniu poszczególnach urządzeń próbował odgadnąć, co kon troluje co. Nie było to łatwe, nawet przy założeniu podobieństwa systemów nerwowych i wzorców rozumowania. Czy pomocniczy system nadawczy biegnie od lewej do prawej? Jeżeli nie, Agee musiałby oduczyć się dotychczasowych nawy- ków. Czy dla projektantów tego statku kolor czerwony oznaczał zagrożenie? Jeżęli tak, to duży przycisk mógłby służyć do obniżania poziomu paliwa. Ale kolor czerwony mógł z równym powodzeniem oznaczać gorące paliwo, w którym to przypadku przycisk kontrolowałby zapewne nadmierny przepływ energii. W końcu Agee doszedł do wniosku, że zadaniem przycisku jest przeładować stosy w razie wrogiego ataku. Mając to na uwadze, Agee dalej badał przyrządy. Nie przejmował się zanadto tym, czego nie rozumiał. Po pierwsze statki kosmiczne były to twarde sztuki, na dobrą sprawę nie zniszczalne od wewnątrz. Po drugie miał wrażenie, że złą- pał system. Barnett wetknął głowę do kabiny. Tuż za jego plecami stał Victor. - Gotów? Agee obrzucił spojrzeniem całą konsoletę. - Chyba tak - lekko dotknął jednego z pokręteł. - To powinno kontrolować śluzy. Przekręcił gałkę. Victor i Barnett zamarli w oczekiwaniu, pocąc się obficie w chłodnym pomieszczeniu. Usłyszeli gładki świst naoliwionego metalu. Śluzy zatrzasnęły się. Agee, rozpromieniony, dmuchnął w koniuszki palców - na szczęście. - To by był system wymiany powietrza - oświadczył. Włączył przycisk. Z sufitu zaczął się sączyć żółty dym. - System zanieczyszczony - mamrotał Agee, kręcąc gałką. Victor zaniósł się kaszlem. - Wyłącz to - powiedział Barnett. Dym walił gęstymi smugami, momentalnie wypełniając oba pomieszczenia. - Wyłącz to! - Kiedy nic nie widzę! - Agee po omacku nie trafił we właściwy przycisk i zamiast niego wcisnął guzik pod spodem. Generatory zaczęły z miejsca wściekle zawodzić. Błękitne ogniki przemknęły wzdłuż konsolety i wskoczyły na ścianę. Agee, zataczając się, odstąpił od konsolety i padł na ziemię. Victor już był przy drzwiach ładowni, próbując je wywalić pięściami. Barnett zakrył dło- nią usta i rzucił się do przyrządów. Na ślepo szukał wyłącznika. czując, jak cały statek wokół niego wiruje do utraty tchu. Victor runął na ziemię, nie przestając bębnić w drzwi ładowni zwiotczałymi pięściami. Barnett na oślep dźgnął konsoletę. Generatory umilkły w jednej chwili. Następnie Barnett poczuł na twarzy zim- ny powiew. Otarł łzawiące oczy i spojrzał w górę. Przypadkowo trafiony przycisk zamknął ujście w suficie, przerywając dopływ żółtego gazu. Barnett przez przypadek otworzył śluzy i zimne nocne powietrze planety już wypierało gaz ze statku. Wkrótce można było oddychać. Victor niepewnie gramolił się na nogi, ale Agee nie dawał znaku życia. Barnett zrobił staremu pilotowi sztuczne oddychanie, klnąc przy tym przez cały czas pod nosem. Wreszcie powieki Agee'ego zatrzepotały, a jego klatka piersiowa zaczęła wznosić się i opadać. W chwilę potem usiadł i tylko kręcił głową. - Co to było za świństwo? - zapytał Victor. - Obawiam się - powiedział Barnett. - że nasz znajomy uważał to za świetne powietrze do oddychania. Agee dalej kręcił głową. - Niemożliwe, kapitanie. Przecież był w świecie otoczonym tlenem, chodził po nim bez kasku, bez... - Upodobania dotyczące powietrza potrafią być bardzo różne - zauważył Barnett. - Spójrzmy prawdzie w oczy: pod względem fizycznym nasz przyjaciel nie przypominał nas ani trochę. - To nie za dobrze - podsumował Agee. Trzej mężczyźni wymienili spojrzenia. W następnej chwili ciszy dobiegł ich niewyraźny, niepokojący odgłos. - Co to było? - Victor skoczył na równe nogi, wyszarpując miotacz z kabury. - Spokój! - wrzasnął Barnett. Nasłuchiwali. Im dłużej Barnett próbował zidentyfikować odgłos, tym bar- dziej czuł, że każdy włosek na karku staje mu dęba. Odgłos dobiegał z daleka. Jakby metal uderzał w twardy obiekt niemetalicz- ny. Trzej meżczyźni wyjrzeli przez luk. W pożegnalnym blasku słońca zobaczyli, że główny właz "Niezłomnego I" jest otwarty. Odgłos dobiegał ze statku. - Niemożliwe - powiedział Agee. - Lodomiotacze... - Nie zabiły go - dokończył Barnett. - To źle - wystękał Agee. - To bardzo źle. Victor dalej dzierżył swój lodomiotacz w pogotowiu. - Kapitanie, a może ja bym się tam przespacerował... Barnett pokręcił głową. - Nie dopuści cię bliżej niż na dziesięć stóp do śluzy. Nie, daj pomyśleć. Było tam coś na pokładzie, czym mógł się posłużyć? Stosy? - Ja mam łącza, kapitanie - powiedział Victor. - Dobrze. Wobec tego nie ma tam nic, co... - Kwas - wtrącił Agee. - Bardzo mocny. Ale nie przypuszczam, aby mógł nim wiele zdziałać. - Nic a nic - przytaknął Barnett. - Jesteśmy na tym statku i nie ruszymy się z niego. Na początek oderwijmy go od ziemi. Agee patrzył na deskę rozdzielczą. Jeszcze pół godziny temu prawie ją rozu- miał. Teraz wydawała mu się chytrą, śmiercionośną pułapką - potrzaskiem, którego niewidoczne druciki prowadzą nieuchronnie do zniszczenia. Pułapka była niezamierzona. Ale statek kosmiczny był siłą rzeczy machiną przeznaczoną nie tylko do podróżowania, ale i do życia. Przyrządy musiały starać się odtwarzać naturalne środowisko obcego, zaspokajać jego potrzeby. Dla nich trzech mogło się to okazać fatalne w skutkach. - Szkoda, że nie wiemy z jakiego rodzaju planety gość pochodzi - odezwał się żałośnie Agee. Gdyby znali warunki naturalne obcego, potrafiliby przewi- dzieć zachowania jego statku. Wiedzieli tylko tyle, że oddycha trującym żółtym gazem. - Dobrze nam idzie - oświadczył bez przekonania Barnett. - Znajdź tylko przycisk napędu, a resztę zostawimy w spokoju. Agee odwrócił się do konsolety. Barnett ciekaw był, co zamierza obcy. Zapatrzył się w sylwetkę swojego daw- nego statku, widoczną na tle wieczornego nieba i słuchał niesamowitego odgło- su uderzania metalu o nie metal. Kalen zdziwił się bardzo, żę jeszcze żyje. Ale popularne wśród ludu porze- kadło głosiło, że "Mabogianin umiera natychmiast, albo wcale". Na razie oka- zało się, że wcale. Skołowany, usiadł i oparł się o drzewo. Pojedyncze czerwone słońce wisiało nisko nad horyzontem, a wokół Kalena wirowały podmuchy trującego tlenu. Natychmiast skontrolował płuca i stwierdził, że nadal są bezpiecznie zabloko- wane. Życiodajne żółte powietrze, chociaż już w dużej mierze pozbawione war- tości wskutek długiego używania, wciąż jeszcze trzymało go przy życiu. Kalen nadal jednak nie bardzo wiedział, co się dzieje. O kilkaset jardów od niego stał sobie spokojnie jego statek. Coraz słabsza czerwona luna śliz- gała się po jego kadłubie i Kalen na chwilę uległ złudzeniu, żę żadnych ob- cych nie było. Wymyślił sobie całą sytuację, a teraz wróci na statek... Zobaczył, jak jeden z obcych, obładowany rozmaitymi dobrami, wsiada do jego pojazdu. Po krótkiej chwili śluzy się zamknęły. To była prawda, wszystko było prawdą. Kalen wykonał ostry zwrot myślowy w stronę niewesołej rzeczywistości. Pilnie potrzebował jedzenia i powietrza. Jego skóra zewnętrzna była sucha i popękana; wymagała oczyszczenia i ożywienia. A żywność, powietrze i środki czyszczące zostały na statku. Przy sobie, w cielesnej sakiewce, Kalen miał tylko jeden czerwony orzech kerla i bombę tetnitową. Gdyby udało mu się rozłupać i zjeść orzech, odzyskałby nieco sił. Ale jak go rozłupać? Był przerażony tym, jak dalece uzależnił się maszyn. I tym, że teraz będzie musiał znaleźć sposoby na wykonanie czynności najprostszych, zwyczajnych, co- dziennych - tych, które jego statek wykonywał automatycznie, a o których on sam nawet nie musiał myśleć. Kalen zauważył, że obcy najwyraźniej porzucili swój statek. Dlaczego? To nie było ważne. Ważne było to, że jeżeli zostanie na równinie, umrze przed nastaniem dnia. Jedyna jego szansa na przeżycie leżała we wnętrzu obcego sta- tku. Wolno prześlizgiwał się wśród traw, przystając tylko w chwilach, gdy atako- wały go zawroty głowy. Starał się nie tracić z oczu swojego pojazdu. Jeżeli obcy zaczną go teraz ścigać - wszystko stracone. Ale nic takiego nie nastąpi- ło.Podkradłszy się do statku, co trwało wieczność, Kalen wszedł do środka. Nadchodził wieczór. Ale nawez w półmroku dało się zauważyć, że statek jest stary. Ściany, od początku za cienkie, miały łatę na łacie. Wszystko świad- czyło o długoletniej, intensywnej eksploatacji. Teraz rozumiał, dlaczego tak im zależało na jego statku. Zaatakowała go kolejna fala słabości. W ten sposób organizm Kalena domagał się natychmiastowej atencji. Problemem numer jeden wydawało się jedzenie. Kalen wyłuskał z sakwy orzech kerla. Orzech był okrągły, mierzył około czterech cali średnicy, przy czym grubość łupiny wynosiła dwa cale. Orzechy tego gatunku były podstawowym składnikiem diety mabogiańskiego kosmonauty. Stanowiły koncentrat energii i dawały się przechowywać praktycznie w nieskończoność - niełuskane, rzecz jasna. Kalen położył orzech przy ścianie, znalazł stalowy pręt i z całej siły ude- rzył prętem w orzech. Przy zetknięciu z orzechem, pręt powodował głuchy od- głos, jak z wielkiego bębna. Orzech pozostał nietknięty. Kalen ciekaw był, czy obcy usłyszeli odgłos. Musiał się liczyć z ryzykiem. Przymierzył się i ponownie zaatakował orzech. Po kwadransie, on sam padał z wyczerpania, a pręt zgięty był niemal wpół. Orzech nie odniósł szwanku. Kalen zrozumiał, że nie da rady rozłupać orzecha bez Zgniatacza - standar- dowego wyposażenia wszystkich mabogiańskich statków. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że można próbować innych metod łupania orzechów. Był to przerażający dowód jego bezradności. Uniósł łom do następnego uderzenia i stwierdził, że jego kończyny sztywnie- ją. Rzucił pręt i dokonał oględzin własnej osoby. Zmrożona powłoka zewnętrzna hamowała ruchy. Skóra twardniała powoli w nie- przenikalną tkankę rogową. Z końcem procesu twardnienia, Kalen zostałby unie- ruchomiony. Zamrożony w jednej pozie, siedziałby tak lub stał, dopóki nie udusiłby się na śmierć. Kalen z trudem odegnał falę rozpaczy i zmusił się do myślenia. Musiał bez- zwłocznie zdjąć starą skórę. To było ważniejsze niż jedzenie. Na pokładzie własnego statku obmyłby ją i namoczył, zmiękczył i w końcu wykurował. Wątpił jednak, czy obcy wozili z sobą odpowiednie środki czyszczące. Drugim wyjściem było zedrzeć z siebie zewnętrzną powłokę. Kolejna warstwa skóry przez parę dni byłaby bardzo delikatna, ale przynajmniej nie krępowała- by ruchów. Na sztywnych kończynach udał się w poszukiwaniu Rozbieraka. Zaraz jednak uzmysłowił sobie, że obcy na pewno nie będą mieli nawet tego podstawowego urządzenia. Znów zdany był wyłącznie na siebie. Podniósł stalowy łom, wygięty w hak, i jego czubek wetknął pod fałd skóry. Z całej siły szarpnął w górę. Skóra nie poddawała się. Kalen wcisnął się między generator a ścianę i inaczej zamocował hak. Zbyt krótkie ramiona nie pozwoliły mu jednak zastosować techniki dźwigni i twarda skóra uparcie trzymała się na ciele. Wypróbował jeszcze z dziesięć innych pozycji - bez powodzenia. Pozbawiony pomocy mechanicznej, nie mógł utrzymać się dość mocno w jednym miejscu. Zniechęcony, rzucił łom. Nic nie mógł zrobić, absolutnie nic. I nagle przy- pomniał sobie o bombie tetnitowej w cielesnej sakwie. Prymitywna część jego umysłu, której istnienia nigdy przedtem nie podejrze- wał, podszeptywała, że jest jedno proste wyjście z sytuacji. Kalen mógł pod- rzucić bombę pod własny statek, korzystając z nieuwagi obcych. Słaby ładunek nie wyrządziłby statkowi większej szkody, tylko wyrzuciłby go w górę na wyso- kośc dwudziestu, może trzydziestu stóp. Obcy jednak niewątpliwie ponieśliby śmierć. Kalen poczuł grozę. Jak mógł o czymś takim pomyśleć? Etyka Mabogian, wszczepiona głęboo w samą tkankę jego istnienia, zabraniała odbierania życia istocie inteligentnej, bez względu na okoliczności. Bez względu na wszelkie okoliczności. - Ale czy to nie będzie usprawiedliwione? - szeptała prymitywna część jego umysłu. - Ci obcy są chorzy. Oddałbyś przysługę wszechświatu pozbywając się ich, a przy okazji tylko pomógłbyś sam sobie. Nie myśl o tym jako o morder- stwie. Uznaj to za eksterminację. Kalen wyjął bombę z sakiewki i obejrzał ją, po czym pospiesznie schował z powrotem. - Nie! - powiedział sam do siebie, bez wielkiego przekonania. Nie chciał już więcej myśleć. Na zmęczonych, niemal całkiem sztywnych koń- czynach, zaczął przeszukiwać obcy statek, rozglądając się za czymś, co urato- wałoby mu życie. Agee siedział w kucki w kabinie pilota, ze znużeniem znacząc przyciski nie- zmazywalnym ołówkiem. Czuł ból w płucach; pracował całą noc. Teraz na zew- nątrz ponuro szarzał świt i chłodny wiatr smagał kadłub "Niezłomnego II". Statek miał już oświetlenie, ale nie miał ogrzewania, ponieważ Agee bał się dotknąć regulatora temperatury. Victor wszedł do pomieszczenia załogi, zataczając się pod ciężarem wielkiej skrzyni. - A Barnett? - zawołał Agee. - Idzie - odpowiedział Victor. Kapitan kazał cały sprzęt składać na przodzie statku, gdzie byłby łatwo dostępny. Pomieszczenie załogi było jednak nieduże i prawie w całości już zastawione. Rozglądając się za kawałkiem wolnego miejsca pod skrzynię, Victor zauważył drzwi w jednej ścianie. Wcisnął widniejący w nich guzik - drzwi gładko pod- jechały w górę i schowały się w suficie, ukazując pokoik wielkości szafy. Victor uznał, że będzie to świetny magazyn. Nie zważąjąc na okruchy czerwonych łupin walające się po podłodze, wepchnął skrzynię do środka. Sufit pokoiku zaczął się momentalnie opuszczać. Victor ryknął, aż się poniosło po całym statku. Podskoczył - i wyrżnął gło- wą w sufit. Padł na twarz, oniemiały ze zdziwienia. Agee wypadł z kabiny pilota, a i Barnett nadbiegł do nich sprintem. Barnett złapał Victora za nogę, chcąc go wyciągnąć ze schowka, ale Victor był ciężki, a kapitan ślizgał się po gładkim metalu posadzki. Wykazując rzadką przytomność umysłu, Agee ustawił skrzynię na sztorc. Sufit zatrzymał się na niej. Barnett i Agee zaczęli we dwóch szarpać Victora za nogi. Udało im się go wyciągnąć w samą porę: ciężka skrzynia rozpękła się na kawałki, a w następnej chwili zmiażdźona została w proch. Sufit pokoiku, opuszczający się na lśniącym olejem potężnym sztyfcie, spra- sował kufer do grubości sześciu cali. Dokonawszy tego, urządzenie mlasnęło dźwięcznie i bezszelestnie wróciło na miejsce. Victor usiadł, masując głowę. - Kapitanie - odezwał się błagalnym tonem. - Nie moglibyśmy wrócić na nasz statek? Agee też miał swoje wątpliwości co do całego przedsięwzięcia. Ogarnął wzro- kiem złowieszczy pokoik, który na powróż przypominał szafę z okruchami czer- wonych skorup na podłodze. - Jak słowo daję, to jakaś pułapka - odezwał się strapiony. - Może Victor ma rację. - Chcesz zostawić taki statek? - zdumiał się Barnett. Agee skrzywił się niewyraźnie i kiwnął głową. - Najgorsze - powiedział, nie patrząc na Barnetta - jest to, że nie wiemy, z czym on za chwilę wyskoczy. Za duże ryzyko, kapitanie. - Czy zdajesz sobie sprawę, z czego byś zrezygnował? - zbeształ go Barnett. - Sam kadłub wart jest majątek. Oglądałeś silniki? Nie ma siły po tej stro- nie Ziemi zdolnej powstrzymać tę maszynerię. Potrafi przewiercić planetę na wylot i wyjść po drugiej stronie bez jednego draśnięcia na lakierze. A ty chcesz ją zostawić! - Nie będzie tyle warta, jak nas pozabija - zauważył Agee. Victor entuzjastycznie pokiwał głową. Barnett wytrzeszczył na nich oczy. - Słuchajcie mnie uważnie - powiedział. - Nie zostawimy tego statku. To nie jest żadna pułapka. To pojazd obcych, wyposażony w obcą aparaturę. Wystarczy, żebyśmy nie ruszali czego nie trzeba do momentu lądowania. Zrozumiano? Agee miał ochotę wypowiedzieć się na temat szaf, które zamieniają się w prasy hydrauliczne. Nie wydawało mu się to zbyt obiecującym sygnałem na przy- szłość. Ale spojrzał na minę Barnetta i postanowił nie zabierać głosu. - Poznaczyłeś wszystkie przyrządy? - Jeszcze kilka mi zostało - powiedział Agee. - W porządku. Skończ i tylko tych będziemy dotykać. Jeżeli resztę maszyny pozostawimy w spokoju, to i ona nas nie ruszy. Musimy tylko trzymać ręce przy sobie - i nie ma strachu. Barnett otarł pot z twarzy, oparł się o ścianę i rozpiął kurtkę. Natychmiast z otworów po obu jego stronach wysunęły się dwie metalowe wstę- gi, które opasały Barnetta na wysokości talii i żołądka. Barnett chwilę im się przyglądał, po czym z całej siły szarpnął się do przodu. Wstęgi nie puszczały. W ścianie rozległ się dziwny odgłos, jakby klą- skanie, a zaraz potem wysunął się stamtąd delikatny cienki drucik. Drucik z szacunkiem dotknął kurtki Barnetta, po czym schował się w głąb ściany. Agee i Victor patrzyli na to wszystko bezradnie. - Wyłącz to - wycedził Barnett przez zęby. Agee skoczył do kabiny pilota. Victor dalej wytrzeszczał oczy. Ze ściany wyślizgnęła się metalowa łapa, zakończona połyskliwym trzycalowym ostrzem. - Nie! - rozdarł się Barnett. Victor ożył gwałownie. Podbiegł do łapy, próbował ją wyrwać ze ściany, ale ramię wykonało tylko jeden zwrot i posłało Victora w przeciwległ¤ koniec po- mieszczenia. Z chirurgiczną precyzją ostrze przecięło kurtkę Barnetta równo pośrodku, nie dotykając koszuli pod spodem. Łapa znikła z pola widzenia. Agee wciskał jeden przycisk po drugim: generatory wyły, stabilizatory drga- ły, mrugały światła. Na mechanizmie, który więził Barnetta nie wywarło to najmniejszego wrażenia. Wiotki drucik znów się pokazał. Dotknął koszuli Barnetta i zawahał się na moment. Mechanizm wewnętrzny zaświergitał ostrzegawczo. Drucik raz jeszcze dotknął koszuli Barnetta, jakby niepewny, co powinien w takim przypadku uczy- nić. Agee darł się z pomieszczenia kontrolnego. - Nie daje się wyłączyć! To chyba w pełni automatyczne! Drucik schował się w ścianie, a w jego miejsce pojawiło się zakończone ostrzem ramię. Victor zdążył tym czasem znaleźć ciężki klucz francuski. Podskoczył, zama- chnął się i morderczym ciosem trafił w ramię, omijajać o włos głowę Barnetta. Łapa ani trochę na tym nie ucierpiała. Spokojnie rozpłatała koszulę Bar- netta od strony pleców, pozostawiając go nagim do pasa. Barnettowi nic się nie stało, ale dziko przewrócił oczami, kiedy wiotki drucik wyłonił się ze ściany po raz trzeci. Victor wpakował pięść do ust i zaczął się cofać. Agee zacisnął powieki. Drucik dotknął ciepłego, żywego ciała Barnetta i wyraźnie usatysfakcjonowa- ny, cofnął się w głąb ściany. Wstęgi otworzyły się. Barnett padł na kolana. Przez chwilę żaden z nich się nie odzywał. Nie było o czym mówić. Barnett zagapił się przestrzeń. Victor strzelał kostkami palców, aż Agee trącił go w bok. Stary pilot zastanawiał się, dlaczego mechanizm porozcinał odzież Barnetta, ale zatrzymał się kiedy doszedł do żywego ciała. Czyżby obcy w ten sposób się rozbierał? Nie miało to sensu. Ale, z drugiej strony, szafa-prasa też nie miała sensu. Agee nawet się trochę ucieszył z tego incydentu. Zdarzenie musiało dać Bar- nettowi nauczkę. Teraz już na pewno zostawią to zdradliwe monstrum i wymyślą sposób na odzyskanie własnego statku. - Daj mi jakąś koszulę - powiedział Barnett. Victor pospiesznie znalazł coś dla niego. Barnett ubrał się w koszulę, stojąc jak naldalej od ściany. - Jak szybko możesz uruchomić ten statek? - zapytał Barnett Agee'ego, jesz- cze nieco roztrzęsiony. - Co takiego? - Słyszałeś chyba. - Ty jeszcze nie masz dość? - Agee'ego zatkało. - Nie mam. Jak szybko możemy odpalić? - Za godzinę, coś koło tego - burknął niechętnie Agee. Co innego mógł po- wiedzieć? Kapitan był nie do wytrzymania. Agee poczłapał zmęczony do pomie- szczenia kontrolnego. Barnett założył sweter na koszulę, a na to jeszcze kurtkę. W pomieszczeniu było chłodno, a on dostał silnych dreszczy. Kalen leżał bez ruchu na podłodze obcego statku. Jak głupi, zmarnował resz- tkę sił na próby zerwania sztywnej powłoki zewnętrznej. A im on był słabszy, tym szybciej skóra twardniała. Teraz już w ogóle nie opłacało się ruszać. Lepiej odprężyć się i czuć, jak ognie wewnętrzne wolno dogasają. Wkrótce śnił już o zębatych wzgórzach Mabogu i o wielkim porcie Canthanope, do którego spływali w dół handlarze międzygwiezdni ze swoimi egzotycznymi to- warami. Był tam teraz, zapadał zmierzch, a on patrzył ponad płaskimi dachami na dwa ogromne zachodzące słońca. Dlaczego jednak oba słońca zachodziły na południu? Fizyczna niemożliwość. Może ojciec zdoła to wyjaśnić. Noc zapadła szybko. Otrząsnął się z fantazji i zobaczył ponure światło poranka. Nie tak powi- nien umierać kosmomnauta z Mabogu. Jeszcze raz spróbuje. Po pół godzinie żmudnych, bolesnych poszukiwań trafił na zapleczu statku na zaplombowaną metalową skrzynkę. Obcy najwyraźniej o niej zapomnieli. Zerwał wieko. Wewnątrz było kilka butelek, starannie zamocowanych i zabezpieczonych okładziniami przed rozbiciem. Kalen wyjął jedną i obejrzał ją uważnie. Oznaczona była dużym białym symbolem. Nie było żadnego powodu, żeby Kalen miał znać ten symbol, a jednak wydał mu się on dziwnie znajomy. Kalen wysilił pamięć, starając się dociec, gdzie widział coś podobnego. I przypomniał sobie, jak przez mgłę: było to przedstawienie czaszki huma- noida. W Unii Mabogijskiej była jedna rasa humanoidalna, a kopie jej czaszek Kalen oglądał w muzeum. Ale czemu ktoś miałby tym symbolem ozdabiać butelkę? W Kalenie czaszka budziła uczucie szacunku. O to zapewne chodziło producen- tom. Otworzył butelkę i powąchał. Woń była ciekawa. Przypominała zapach... ... roztworu do czyszczenia skóry! Nie zwlekając, Kalen wylał na siebie całą zawartość butelki. Bał się żywić nadzieję, czekał tylko, co będzie. Gdyby udało mu się przywrócić skórę do porządku... Tak jest, płyn zawarty w butelce z czaszką był łagodnym środkiem czyszczą- cym. A do tego miał przyjemny zapach. Kalen wylał kolejną butelkę na swój pancerz i poczuł, jak zbawczy płyn wsącza się głębiej. Jego ciało, spragnione odżywki, chciwie wołało o jeszcze. Opróżnił trzecią butelkę. Przez dłuższy czas Kalen tylko leżał i czuł jak wsącza się w niego życio- dajny płyn. Skóra rozluźniła się i uelastyczniła. Czuł w sobie nowy zastrzyk energii, nową wolę życia. Będzie żył! Po kąpieli Kalen zbadał konsoletę statku; miał nadzieję, że zdoła dolecieć starym pudłem na Mabog. Natychmiast wyłoniły się trudności. Z niewiadomej przyczyny urządzenia kontrolne nie były zabezpieczone w oddzielnym pomiesz- czeniu. Zastanawiał się, dlaczego. Niemożliwe przecież, żeby te dziwne stwo- rzenia cały swój statek uczyniły komorą deceleracyjną. Niemożliwe. Nie mieli nawet dość miejsca na pojemniki z płynem. Było to niepokojące, ale niepokojące było jak dotąd wszystko, co dotyczyło obcych. Tę trudność Kalen był w stanie przezwyciężyć. Kiedy jednak poszedł obejrzeć silniki, stwierdził brak kluczowego ogniwa, które usunięto ze sto- sów. Mechanizm był bezużyteczny. Pozostawało tylko jedno wyjście: musi odzyskać swój statek. Ale jak? Nerwowo przemierzał pokład. Etyka mabogiańska zabraniała zabijać inteligen- tne życie i nie było w tej kwestii żadnego "ale". Pod żadnym pozorem - nawet w obronie własnego życia - nie wolno było zabić. Było to mądre prawo, które dobrze przysłużyło sie Mabogianom. Dzięki ścisłemu jego przestrzeganiu, Mabo- gianie przez trzy tysiące lat unikali wojen, za to osiągnęli wysoki stopień rozwoju cywilizacji - co byłoby niemożliwe, gdyby dopuścili wyjątki od regu- ły. Każde "ale" może zaszkodzić najzdrowszej nawet zasadzie. Nie mógł złamać prawa. Ale czy wobec tego ma tu umierać bez walki? Kalen spojrzał pod nogi i stwierdził ze zdumieniem, że rozlany płyn czysz- czący powyżerał dziury w pokładzie. Cóż za nietrwałe urządzenie - byle płyn kosmetyczny potrafi je zniszczyć! Sami obcy wobec tego też muszą być słabi. Wystarczyłaby jedna bomba tetnitowa. Podszedł do okna. Chyba nikt nie stał na straży, Kalen pomyślał, że na pew- no zajęci są przygotowaniami do startu. Nic prostszego jak przemknąć się wśród traw do samego statku... A na Mabogu nikt by się nie musiał dowiedzieć prawdy. Kalen, ku własnemu zdumieniu, stwierdził, że już bezwiednie pokonał połowę odległości między pojazdami. To ciekawe, ile potrafi zrobić ciało bez udziału umysłu. Wyjął bombę i podczołgał się o następne dwadzieścia stóp bliżej. W końcu przecież - w dalszej prespektywie - to zabójstwo niczego nie zmie- niało. - Jeszcze nie jesteś gotowy? - zapytał Barnett o dwunastej w południe. - Chyba już jestem - odpowiedział Agee. - Bardziej gotowy już nie będę. Barnett kiwnął głową. - My z Victorem przytroczymy się pasami w kabinie załogi. Startuj z naj- mniejszym przyspieszeniem. Barnett wrócił do pomieszczenia załogi. Agee podopinał pasy i nerwowo za- tarł ręce. Zdawało mu się, że pozaznaczał wszystkie podstawowe urządzenia. Powinno się było udać. Miał nadzieję, że się uda. Bo przecież była ta szafa, i łapa z nożem. Kto zgadnie, z czym jeszcze wys- koczy szalony pojazd? - Gotowi! - zawołał Barnett z kabiny załogi. - Dobra. Jeszcze z dziesięć sekund. Zamknął i zabezpieczył śluzy. Jego własne drzwi zamknęły się automatycznie, odcinając pilota od reszty załogi. Z lekkim uczuciem klaustrofobii, Agee włą- czył stosy. Na razie wszystko szło doskonale. Na podłogę wypełzła cienka strużka oleju. Agee uznał to za wyciek z oblu- zowanego złącza i nie przejął się zbytnio. Powłoki kontrolne pracowały jak marzenie. Agee wcisnął kurs i ustawił przyrząd kontroli lotu. I wtedy poczuł, że coś uderza o jego stopę. Spojrzał w dól i ze zdziwieniem odnotował prawie trzycalową warstwę gęstego, cuchnącego oleju na pokładzie. Solidny wyciek. Agee'emu nie mieściło się w głowie, żeby taki porządny statek mógł mieć taką wadę. Odpiął pasy i zaczął szukać źródła wycieku. Znalazł je bez trudu. W pokładzie były cztery małe ujścia i każdym z nich gładko, równomiernie, bił strumień oleju. Agee wcisnął guzik otwierający drzwi kabiny, ale drzwi ani drgnęły. Odrzu- cając panikę, Agee starannie obejrzał drzwi. Powinny były się otworzyć. Nie otwierały się. Olej już prawie sięgał jego kolan. Agee uśmiechnął się idiotycznie. Co za głupiec z niego! Kabinę pilota zamy- kało się z konsolety. Zwolnił blokadę i wrócił do drzwi. Nadal nie chciały się otworzyć. Agee szarpał je z całych sił, ale drzwi były niewzruszone. Wrócił do deski rozdzielczej. Kiedy znaleźli statek, oleju nie było. Co znaczy, że gdzieś musi być odpływ. Zanim znalazł odpływ, olej sięgał mu do pasa. Potem znikł prawie natych- miast. A kiedy tylko olej znikł, drzwi otworzyły się z łatwością. - Co jest? - zapytał Barnett. Agee powiedział mu. - A więc to tak wygląda jego sposób! - powiedział cicho Barnett. - Dobrze wiedzieć. - Sposób na co? - spytał Agee, czując, że Barnett traktuje całą sprawę zbyt lekko. - Sposób na to, żeby wytrzymać przyspieszenie przy starcie. To mnie dręczy- ło. Przecież na pokładzie nie ma nic na kształt łoża czy leżanki. Nawet krze- seł nie ma - do czego tu się przypasać? Dlatego on pływa sobie w oleistej ką- pieli, której kurki włączają się automatycznie z chwilą gotowości maszyny do lotu. - Ale dlaczego drzwi nie dawały się otworzyć? - pytał dalej Agee. - To przecież oczywiste - uśmiechnał się Barnett. - Nie chciał, żeby nu olej zalał cały statek. Albo żeby przypadkiem nie spłynął z pokładu. - Nie możemy startować - zawyrokował Agee. - A to dlaczego? - Ponieważ nie jestem szczególnie mocny w oddychaniu olejem. Dopływ oleju włącza się automatycznie razem z mocą i nie ma siły, żeby go wyłączyć. - Rusz głową - poradził mu Barnett. - Wystarczy, że zablokujesz otwarty odpływ: co się naleje, to natychmiast spłynie. - Rzeczywiście, to mi nie przyszło do głowy - przyznał ze skruchą Agee. - No to do roboty. - Chciałbym się najpierw przebrać. - Nie. Oderwij ten cholerny statek od ziemi. - Ale, kapitanie... - Ruszaj - rozkazał Barnett. - Zdaje mi się, że ten obcy coś kombinuje. Agee wzruszył ramionami, wrócił do kabiny pilota i zapiął pasy. - Gotowi? - Tak, ruszaj wreszcie. Agee zablokował odpływ i olej rozpoczął bezpieczną cyrkulację, nie wznosząc się ponad poziom butów pilota. Bez dalszych komplikacji Agee uruchomił resztę przyrządów. - Jazda. Nastawił na minimalne przyspieszenie i dmuchnął w opuszki palców - na szczęście. Wcisnął start. Kalen z głębokim żalem patrzył na swój oddalający się statek. Bombę tetni- tową nadal trzymał w ręku. Zdążył dojść do statku, przez parę sekund nawet pod nim stał. Po czym od- czołgał się z powrotem do wraku obcych. Nie zdobył się na podłożenie bomby. Parę godzin nie wystarczyło na pokonanie kilkusetletnich uwarunkowań. Uwarunkowań - owszem, ale i czegoś jeszcze. Nieliczni przedstawiciele każdej rasy mordują dla przyjemności. Z drugiej strony, istnieje szereg powodów usprawiedliwiających zabójstwo, i to takich, które uznałby każdy filozof. Jeżeli się je jednak raz zaakceptuje, takich powodów natychmiast rodzi się więcej, i coraz więcej. Morderstwo raz zaakceptowane staje się nie do pow- strzymania. Nieuchronnie prowadzi do wojny, i dalej, do unicestwienia. Kalen czuł, że to morderstwo wpłynęłoby w jakiś sposób na los jego rasy. Powstrzymanie się od zabójstwa wydało mu się nieomal kwestią jej przetrwania. Mimo wszystko, nie poprawiło mu to samopoczucia. Patrzył, jak jego statek zmienia się w kropkę na niebie. Obcy oddalali się w śmiesznie powolnym tempie. Nie widział po temu żadnego usprawiedliwienia - - chyba że chcieli mu dokuczyć. Bez wątpienia mieli w sobie dość sadyzmu na coś takiego. Kalen wrócił na statek. Wola życia była w nim silniejsza niż kiedykolwiek. Nie miał zamiaru się poddawać. Postanowił za wszelką cenę czepiać się życia, w nadziei - jednej na milion - że kiedyś ktoś jeszcze odwiedzi planetę. Rozejrzał się i uznał, że może sprokurować namiastkę powietrza ze środka czyszczącego oznakowanego czaszką. Wystarczy na dzień, możę dwa. A gdyby jeszcze zdołał otworzyć orzech kerla... Zdawało mu się, że słyszy coś na zewnątrz. Skoczył sprawdzić. Niebo było puste. Statek zniknął. Kalen był sam. Znów wrócił na obcy statek i podjął żmudne zadanie utrzymania się przy ży- ciu. Odzyskawszy przytomność, Agee stwierdził, że tuż przed omdleniem zdołał zredukować przyspieszenie do połowy. Tylko to uratowało mu życie. Nawet obecne przyspieszenie, oscylujące tuż nad punktem zero, było niez- nośnie ciężkie! Agee odpieczętował drzwi i przeczołgał się do sąsiedniego pomieszczenia. Barnetta i Victora przy starcie wystrzeliło z pasów. Victor właśnie odzys- kiwał przytomność. Barnett podnosił się ze sterty pogniecionych skrzyń. - Co ty sobie myślisz, że w cyrku jesteś? - zrzędził Barnett. - Mówiłem przecież: przyspieszenie minimum. - Startowałem z przyspieszeniem minimum - poinformował go Agee. - Idź, sam sobie poczytaj zapis. Barnett pomaszerował do kabiny pilota. Zaraz wrócił. - Kiepska sprawa. Nasz przyjaciel podróżuje tym statkiem z przyspieszeniem trzykrotnie wyższym od naszego. - Na to wygląda. - Nie pomyślałem o tym - zasępił się Barnett. - W takim razie on musi po- chodzić z ciężkiej planety, z takiego miejsca, gdzie trzeba startować błys- kawicznie, żeby się w ogóle odczepić od podłoża. - Coś mnie uderzyło - poskarżył się Victor, rozcierając głowę. W ścianie coś pstryknęło. Statek ożył na całego, urządzenia automatycznie wkraczały do akcji. - Ciepło się robi, nie? - zagadnął Victor. - Owszem, i gęstawo - dodał Agee. - Zwyżka ciśnienia. Wrócił do kabiny pilota. Barnett i Victor stali w drzwiach i obserwowali go w napięciu. - Nie mogę tego wyłączyć - oświadczył Agee, ocierając pot, który strumie- niamu zalewał mu twarz. - Temperatura i ciśnienie regulowane są automatycz- nie. Muszą wracać do "normy", kiedy statek leci. - Wyłącz to cholerstwo - polecił Barnett. - Usmażymy się tutaj jak zaraz nie wyłączysz. - Nie ma jak. - Przecież gdzieś musi być regulator ciepła. - Owszem - tutaj - wskazał Agee. - Już skręcony do minimum. - Myślisz, że jaką on ma normalną temperaturę? - zapytał Barnett. - Wolę nie myśleć - powiedział Agee. - Ten statek jest zbudowany z wyjąt- kowo trudno topliwych stopów. Wytrzymałby ciśnienie dzisięciokrotnie wyższe niż statek ziemski. Uwzględniając oba te czynniki... - To się musi dać wyłączyć! - Barnett zdarł z siebie kurtkę i koszulę. Tem- peratura szybko wzrastała, pokład był już tak rozgrzany, że ledwo można było na nim ustać. - Wyłącz to! - zawył Victor. - Momencik - odpowiedział Agee. - Nie ja budowałem ten statek. Skąd mam wiedzieć... - Dosyć! - Victor darł się, potrząsając Ageem jak szmacianą lalką. - Dość! - Puszczaj! - Agee wyciągnął miotacz do połowy. I nagle, w przypływie nat- chnienia, wyłączył silniki statku. Pstrykanie w ścianach umilkło. Pomieszczenie zaczęło się ochładzać. - Co jest? - zapytał Victor. - Temperatura i ciśnienie spadają po wyłączeniu mocy - wyjaśnił Agee. - Nic nam nie grozi, dopóki znów nie włączymy silników. - Kiedy możemy zawinąć do najbliższego portu? - spytał Barnett. Agee liczył w myślach. - Za jakieś trzy lata - ocenił. - Zapędziliśmy się dosyć daleko. - Nie dałoby się powyrywać tych urządzeń? Odłączyć? - Są wmontowane w bebechy statku - powiedział Agee. - Potrzebowalibyśmy całej narzędziowni i fachowej pomocy. A nawet wtedy nie byłoby to proste. Barnett przez dłuższą chwilę nic nie mówił. W końcu odezwał się. - No dobra. - Co dobra? - Daliśmy dupy. Trzeba wracać na tamtą planetę i brać stary statek. Agee odetchnął z ulgą i wcisnął nowy kurs na zapisie statku. - Myślisz, że obcy nam go odda? - zapytał Victor. - Na pewno - powiedział Barnett. - Jeżeli w ogóle jeszcze żyje. Spodziewam się, że odzyskanie statku byłoby mu bardzo na rękę. Ale żeby wejść na swój statek musi zejść z naszego. - No tak, kiedy jednak już wsiądzie na ten swój... - Pomajstrujemy koło przyrządów - zdecydował Barnett. - To go chwilę pow- strzyma. - Chwilę - zgodził się Agee. - Ale prędzej czy później wystartuje, z pianą na ustach. Nigdy mu nie uciekniemy. - Wcale nie musimy - powiedział Barnett. - Jedyne co musimy, to znaleźć się w górze wcześniej niż on. Kadłub ma mocny, ale trzy bomby atomowe to chyba będzie aż nadto. - O tym nie pomyślałem - uśmiechnął się niemrawo Agee. - Jedyne logiczne wyjście - powiedział Barnett niezbyt pewnym siebie tonem. - Te stopy metali z kadłuba dalej będą sporo warte. A teraz spróbuj nas tam dowieźć z powrotem i nie usmażyć po drodze. Agee włączył silniki. Wykonał ostry zwrot, ładując tyle atmosfer, ile tylko mogli wytrzymać. Urządzenia towarzyszące włączały się pstrykając gęsto i tem- peratura momentalnie wzrosła. Wykonawszy manewr, Agee skierował "Niezłomne- go II" we właściwy punkt i zgasił silniki. Większość drogi pokonali bez pomocy silników. Dopiero kiedy zbliżali się do planety, Agee musiał ponownie włączyć moc, żeby wprowadzić statek w spiralę deceleracyjną i zejść do lądowania. Ledwo wygramolili się ze statku, cali w pęcherzach, buty przepalone na wy- lot. Nie było czasu na figle z przyrządami obcego. Schowali się w lesie i czekali. - Może wykitował - odezwał się z nadzieją Agee. Zobaczyli małą figurkę wyłaniającą się z "Niezłomnego I". Obcy poruszał się powoli, ale zdecydowanie mógł się poruszać. Obserwowali go. - A jeżeli on - odezwał się Victor - zbudował sobie broń? Jak nas zacznie gonić? - A jakbyś ty się tak zamknął, co? - odpowiedział mu Barnett. Obcy pomaszerował wprost do swojego statku. Zniknął wewnątrz, zamknął wszystkie otwory. - No dobra - Barnett wstał z miejsca. - Trzeba się spieszyć. Agee, ty się zajmiesz sterami. Ja połączę stosy. Victor zabezpieczy otwory. Tempo! Puścili się biegiem przez równinę i w parę sekund dopadli otwartej śluzy "Niezłomnego I". Nawet gdyby Kalen chciał się pospieszyć, nie miał na razie dość sił na pop- rowadzenie statku. Ale wiedział, że wewnątrz pojazdu jest bezpieczny. Żaden obcy nie wedrze się przez zabezpieczone otwory. Znalazł zapasowy kanister z powietrzem i otworzył go. Wnętrze zapełniło się gęstym, życiodajnym żółtym gazem. Przez kilka długich minut Kalen tylko oddy- chał i oddychał. Potem przeturlał do Zgniatacza trzy największe orzechy kerla. Zgniatacz je rozłupał. Kiedy Kalen zjadł, poczuł się o wiele lepiej. Dał się rozebrać Rozbierakowi z zewnętrznej powłoki. Druga skóra też była martwa, więc i tę Rozbierak roz- płatał na pół, ale trzeciej, żywej warstwy, już nie ruszył. Kalen, jak nowy, wślizgnął się do kabiny pilota. Teraz już miał pewność, że obcy ulegli chwilowemu szaleństwu. Inaczej nie umiał sobie wytłumaczyć, dlaczego wrócili i oddali mu statek. A więc musi odszukać ich władze i podać im położenie planety. Niech znajdą swoich i wyleczą ich, raz na zawsze. Kalen czuł się bardzo szczęśliwy. Nie odstąpił od zasad etyki mabogiań- skiej, a to było najważniejsze. Jakże łatwo mógł im podrzucić na pokład bombę tetnitową, z precyzyjnie ustawionym zegarem. Mógł zniszczyć ich silniki. I miał takie pokusy. Ale nie uległ im. Nie zrobił nic złego. Sporządził tylko kilka substancji niezbędnych do ratowania własnego życia. Kalen ożywił przyrządy i stwierdził, że wszystkie funkcjonują bez zarzutu. Płyn akceleracyjny zaczął się wlewać do kabiny z chwilą włączenia stosów. Victor pierwszy dopadł włazu i wskoczył do środka. Wyrzuciło go z powrotem. - Co jest? - zapytał Barnett. - Coś mnie uderzyło - powiedział Victor. Ostrożnie zajrzeli do środka. Zobaczyli misternie wykonaną śmiertelną pułapkę: wejście zagradzały połą- czone szeregowo przewody akumulatorów. Gdyby Victor oparł się o ścianę, zos- tałby momentalnie porażony prądem. Przecięli obwód i weszli do środka. Bałagan był nieopisany. Wszystko, co można było ruszyć z miejsca, zostało ruszone i rzucone byle gdzie. W kącie leżał zgięty łom. Silny kwas był poroz- lewany po podłodze, w kilku miejscach przeżarł ją na wylot. Stary kadłub "Niezłomnego" świecił dziurami. - Kto by pomyślał, że to on nas tak załatwi! - odezwał się Agee. Sprawdzali dalej. W pobliżu ogona tkwiła druga pułapka: drzwi do ładowni zostały zręcznie przymocowane do startera. Wystarczyło dotknąć, żeby z impe- tem odskoczyły na ścianę. Ktokolwiek by się tam znalazł, zostałby sprasowany na placek. Znaleźli jeszcze szereg innych pułapek, o niejednoznacznym przeznaczeniu. - Da się naprawić? - spytał Barnett. Agee wzruszył ramionami. - Większość narzędzi została na "Niezłomnym II". Może w rok da się jako tako połatać. Ale trudno przewidzieć, czy kadłub wytrzyma. Wyszli na zewnątrz. Obcy statek właśnie odpalał. - Co za monstrum! - powiedział Barnett, patrząc na poprzeżeraną kwasem pow- łokę swojego statku. - Z obcymi nigdy nic nie wiadomo - zgodził się Agee. - Dobry obcy, to martwy obcy - podsumował Victor. "Niezłomny I" był teraz równie niezrozumiały i niebezpieczny jak "Niezłom- ny II". A "Niezłomnego II" nie było. ------------------------------------------------------------------- K O N I E C K O N I E C K O N I E C K O N I E C K O N I E C -------------------------------------------------------------------