III. RZĄDY AUTORYTARNE Przewrót majowy 1926 r. Skłócony wewnętrznie rząd Aleksandra Skrzyńskiego od swych narodzin w listopadzie 1925 r. powszechnie uważany był za przejściowy. Ogromnie utrudniało to mu każdą działalność, zwłaszcza że był to czas wychodzenia Niemiec z międzynarodowej izolacji oraz zamknięcia rynku niemieckiego, co wpłynęło na załamanie się koniunktury gospodarczej w Polsce na przełomie lat 1925-1926. Mimo że wiosną 1926 r. znaleziono nowe rynki zbytu na węgiel i zboże, to jednak przez kraj przelewała się fala strajków, demonstracji i zaburzeń. Starcia z policją nierzadko kończyły się ofiarami po obu stronach. W kraju rósł zamęt. Inspiratorem masowych akcji była lewica, krytykująca rząd za bierność i nie- udolność. Szczególnie aktywni byli zwolennicy Piłsudskiego, którzy od jesieni 1925 r. wzmogli przygotowania do wzięcia władzy przy udziale wojska. Sprzyjało temu przejęcie Ministerstwa Spraw Wojskowych przez gen. Lucjana Żeligowskie-go, który natychmiast po wejściu do resortu cofnął wszystkie zarządzenia swego poprzednika, mające na celu odsunięcie armii od polityki. Nadto jeszcze gen. Wła- dysława Sikorskiego, autora tych zarządzeń, wysłano do Lwowa na dowódcę okręgu korpusu, odcinając go od głównego teatru polskiej polityki. Niemal ubezwła- snowolniony przez otaczających go piłsudczyków — został wyeliminowany ze sceny wojskowo-politycznej, podobnie jak generałowie Stanisław Szeptycki i Sta- nisław Haller, którzy opuścili armię, kiedy pozbawieni oparcia w ministrze spraw wojskowych nie mogli odeprzeć obraźliwych ataków Piłsudskiego. W pamiętniku Macieja Rataja widnieje zwięzły zapis: „Piłsudski siedząc w Sulejówku usuwa generałów". Atmosferę w kraju, ciężką z powodu złej koniunktury międzynarodowej Polski (po Locarno wielkie wrażenie zrobił układ rosyjsko-niemiecki podpisany w Berlinie 24 kwietnia 1926 r.) oraz bardzo nagłaśnianych niepowodzeń gospo- darczych, pogarszały wzajemne napaści i oskarżenia, w których strony nie chciały dbać nawet o pozory. Kultura polityczna zmagających się elit była bardzo niska. Tym chętniej wszyscy godzili się z potrzebą gruntownych zmian w funkcjonowaniu państwa, które jawiło się przeciętnym ludziom jako organizm chory, może 167 PRZEWRÓT MAJOWY 1926 R nawet bliski agonii. Wśród potencjalnych lekarzy wymienianych przez polityków i prasę jako zdolnych do zaradzenia złu poprzez zaprowadzenie rządów silnej ręki przewijało się wiele osób: Dmowski, Skrzyński, Sikorski, Witos. Wszelkie kombinacje o charakterze personalnym i ustrojowym uwzględniały osobę marszałka Piłsudskiego, którego popularność, jako dobrowolnego banity, marnującego swe talenty w Sulejówku, znacznie wzrosła. Nasiliła się zarazem trwająca od uchwalenia konstytucji w 1921 r. dyskusja o jego roli w państwie. Przedstawiciel dyplomacji watykańskiej ks. Ermenegildo Pellegrinetti w cytowanym wcześniej sprawozdaniu z działalności nuncjusza Achil-le Rattiego sporządzonym w lipcu 1921 r. zdawał sobie sprawę z zagrożeń dla polskiego systemu konstytucyjnego ze strony Piłsudskiego, kiedy np. po wyborze prezydenta wrogo do niego usposobionego znalazłby się w opozycji. Autor raportu już wówczas nie wykluczał zamachu stanu i ustanowienia dyktatury. Nie bardzo bowiem wyobrażał sobie Piłsudskiego jako spokojnego obywatela, żyjącego z dala od polityki oraz swoich kompanów. Brak jasności co do przyszłej roli Piłsudskiego trafnie uznał ks. Pellegrinetti za „ciemny punkt" przyszłości Polski. W miarę rozwoju sytuacji przekonanie o wadliwie skonstruowanej konstytucji dającej przesadną władzę Sejmowi zdobywało kolejnych zwolenników. Ich liczba rosła także na skutek nasilającej się agitacji piłsudczyków upowszechniających przekonanie, że tylko będący „w odstawce" Komendant może odwrócić fatalną passę spraw polskich. Zaprawieni w działalności konspiracyjnej ludzie z jego „dru- żyny" (zawsze towarzyszyła im nieufność i podejrzliwość, ale też akceptacja hie- rarchii z wyraźnie określonym miejscem dla przywódcy oraz jego najbliższego otoczenia) prowadzili szeroką, wielokierunkową działalność. Obejmowała ona przede wszystkim środowiska wojskowe, gdzie hasło powrotu co czynnej służby jedynego w kraju marszałka, owianego stale doskonaloną legendą, znajdowało licznych zwolenników. „Kurier Poranny", będący obok „Głosu Pracy" najważ- niejszym rozsadnikiem nastrojów filopiłsudczykowskich, już 10 marca 1926 r. in- formował, jakoby koła zamyślające o przeprowadzeniu zamachu utworzyły ko- misję wojskową z płk. Walerym Sławkiem na czele, która oprócz działalności w wojsku prowadzić" miała przygotowania wśród Związku Legionistów i „Strzelca", a także socjalistów, a nawet komunistów. „W momencie wybuchu wypadków — czytano wówczas w Kurierze Porannym« — których terminu nie ustala się, narodowi komuniści mają iść w rękę z rewolucyjnym proletariatem żydowskim. Ewentualne porozumienie z prawicą KPP i NPCh jest w toku". Obóz piłsudczykowski określany jako kierunek liberalno-demokratyczny starał się akcentować ponadpartyjne, a przy tym ogólnonarodowe cele. Nie zmienia to wszakże ugruntowanego przez lewicę parlamentarną przekonania, że „sule- jówkowe odosobnienie" przekonało nawet największych oponentów Piłsudskiego, iż to on właśnie jest sztandarową postacią polskiej demokracji. Ogromny wpływ na rozwój takiego mniemania miała propaganda uprawiana w szeregach PPS, gdzie duża część członków nadal uważała Dziadka za swego duchowego i faktycznego przywódcę. Oczekiwano więc wśród pepeesiaków, że Dziadek „zrobi porządek", bo jeśli nie on, to kto? Jedną z prób odpowiedzi na tak stawiane pytanie była broszura Ignacego Da- szyńskiego, która ukazała się w grudniu 1925 r. pod jakże wymownym tytułem: 168 RZĄDY AUTORYTARNE Wielki człowiek w Polsce. Szkic psychologiczno-polityczny. Tekst ten, będący w zamyśle „brykiem" dla prowadzących szkolenia w działającym od 1922 r. Towarzystwie Uniwersytetu Robotniczego PPS, zdobył dużą popularność. Ogromne znaczenie miała sława autora jako twórcy i lidera Polskiej Partii Socjalno-Demokra-tycznej, wieloletniego posła do austriackiej Rady Państwa, premiera Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie (listopad 1918 r.), przewodniczącego Związku Polskich Posłów Socjalistycznych (1919), wicepremiera w Rządzie Obrony Narodowej (1920-1921). Daszyński, a za nim ludzie, którzy prowadzili wykłady i szkolenia w TUR, prezentowali Piłsudskiego jako sprawdzonego przywódcę mas ludowych, aczkolwiek pełniąc obowiązki Naczelnika Państwa „do robotników nie zbliżył się". Niemniej jednak Piłsudski posiadając „niebywałą zdolność znoszenia przeciwności i najczarniejszej niewdzięczności" może być „w dzisiejszych czasach tylko wodzem ubogich ludzi. Bogaci muszą go nienawidzić, lękać się go i szukać przeciwko niemu zbawców«". Upowszechnianemu przez lewicę przekonaniu o Piłsudskim jako reprezen- tancie „ubogich ludzi" towarzyszyły raczej kamuflowane kontakty ludzi Komen- danta z różnymi osobistościami centrum, a nawet niektórych segmentów polskiej prawicy. Skuteczne i owocne okazały się zwłaszcza kontakty z konserwatystami wileńskimi, wśród których poważną pozycję zajmował były minister spraw za- granicznych książę Eustachy Sapieha oraz Aleksander Meysztowicz, w przeszłości członek rosyjskiej Rady Państwa (1909-1917) i prezes Tymczasowej Komisji Rządzącej Litwy Środkowej. Stanisław Cat-Mackiewicz, redaktor poczytnego „Słowa", sobie przypisywał pomysł opowiedzenia się konserwatystów po stronie Pił- sudskiego, zaznaczając, że myśl ta znalazła „gorące poparcie" wspomnianych indywidualności wileńskich. oddziałuiarvrh na poglądy całego kresowego zie- miaństwa. Złożoną i pogmatwaną szaradę rozwiązywaną w tych czasach przez zwolen- ników Piłsudskiego pokazuje aktywność takich ludzi, jak Tadeusz Hołówko, który nie wahał się bronić mniejszości na Kresach, gdzie „ziemia nadal jest w posiadaniu garści zdegenerowanej warstwy ziemiańskiej". „Polska poszła — pisał w elitarnym piśmie Droga« adresowanym do inteligencji — utartym szlakiem wydeptanym przez zaborców". Tymczasem wielkim świętem polskiej demokracji oraz triumfem polskiej racji stanu będzie dzień, gdy w Pałacu Namiestnikowskim zasiądą obok siebie ministrowie polscy, ukraińscy i białoruscy. Zarazem Hołówko był w wielu swych wypowiedziach antyżydowski i antyniemiecki, co nie prze- szkadzało liderom tych grup mniejszościowych popierać Piłsudskiego, traktowanego — co najmniej —jako mniejsze zło w porównaniu z rządami zdominowanymi przez siły endecko-chadeckie. Podobne uwarunkowania ułatwiły infiltrację piłsudczyków w środowisku masonerii, która bywa traktowana w literaturze popularnonaukowej jako siła szcze- gólnie zaangażowana w zmianę sił sterujących państwem. Nie ulega wszakże wątpliwości, że uśpiona w latach 1821-1910 masoneria stała się później jednym z elementów aktywności Polaków, wykorzystujących kontakty braci z różnych lóż — zwłaszcza Francji i Wielkiej Brytanii — do popierania idei odrodzenia państwa. Jednak polscy wolnomularze eksponując działania dla wyższych celów — udoskonalanie i uszczęśliwianie ludzkości — nie uważali się ani nie uchodzili za 169 PRZEWRÓT MAJOWY 1926 R. grupę politycznego nacisku. Niemniej jednak ukonstytuowana w 1921 r. Wielka Loża Narodowa Polski, której wielkimi mistrzami byli kolejno: R. Radziwiłlowicz, A. Strug, M. Wolfke, oddziaływała na politykę choćby poprzez dość liczne grono znanych osobistości aktywnych w różnych segmentach polskiej rzeczywistości. Wymienić tu można Gabriela Narutowicza, brata marszałka Piłsudskiego — Jana, gen. Edwarda Rydza-Śmigłego, ludzi pióra — Antoniego Słonimskiego i Juliusza Kaden-Bandrowskiego, aktorów — Juliusza Osterwę. W okresie poprzedzającym przewrót majowy aktywne kontakty z piłsudczykami utrzymywał Stanisław Stem- powski — skromny bibliotekarz w Ministerstwie Rolnictwa i Reform Rolnych. Niezależnie od bardzo widocznej w Sejmie lewicy parlamentarnej, uznającej Piłsudskiego za swego męża opatrznościowego, a nawet przywódcę, w maju 1925 r. powstał Klub Pracy grupujący kilkunastu posłów i senatorów z różnych formacji politycznych, głównie z PSL „Wyzwolenie". Klub ten, przekształcony później w typowo „kanapową" Partię Pracy (sekretarzem był Wacław Grzybowski), związał swą przyszłość z Piłsudskim pozyskując do współpracy takich polityków, jak: August Zaleski, Kazimierz Bartel, Roman Knoll, Jerzy Iwanowski czy Wacław Makowski. Wszystkie te elementy razem wzięte dezawuują twierdzenie piłsudczyków, że zamach stanu zwany przewrotem majowym był spontaniczną reakcją Marszałka i wiernych mu oficerów na pogłębiający się w kraju kryzys i szerzące się wokół zło. Przeciwnie, przewrót Piłsudskiego był akcją przygotowywaną przez wiele miesięcy. Płk Wieniawa-Długoszowski we własnoręcznym życiorysie przechowywanym w CAW napisał m. in.: „bierze udział w wypadkach majowych, nad których przygotowaniem pracował pod bezpośrednimi rozkazami Komendanta". Niewątpliwe błędy i brak zdecydowania rządu, jego coraz wyraźniejsze rejterady wobec będących w ofensywie zamachowców stanowiły pożywkę do eskalacji żądań. Istota problemu leżała w tym, że Piłsudski nie był w stanie „zmieścić się" w ramach nakreślonych przez porządek konstytucji marcowej. Dlatego jego powrót do władzy — choćby tylko lub „aż" do armii — pociągał za sobą nieuchronny kryzys konstytucyjny, którego rozwiązanie w każdym razie stwarzało ryzyko rozlewu krwi, do wojny domowej włącznie. Skoro więc Piłsudski nie mógł — jak twierdzili liczni jego zwolennicy — pozostawać poza służbą dla państwa, to zamach stanu jawi się jako nieuchronna część zmiany ekipy rządzącej z nie uznającym już wówczas nikogo ponad sobą Marszałkiem na czele. Moment przewrotu został, właściwie rzecz biorąc, wybrany przez ludzi ów- czesnej władzy, którzy po długiej agonii rządu Aleksandra Skrzyńskiego zdecy- dowali się 10 maja na gabinet z Wincentym Witosem jako premierem. Wyjątkowo liczni wrogowie tej kombinacji okrzyknęli nowy rząd powtórką niechlubnego ga- binetu z 1923 r., którym także kierował Witos. Nowe wcielenie Chjeno-Piasta było zwalczane w Sejmie przede wszystkim przez Związek Polskiej Demokratycznej Lewicy, obejmującej PSL „Wyzwolenie", PPS, Stronnictwo Chłopskie i Klub Pracy. W ogłoszonym stanowisku spodziewali się wszystkiego, co najgorsze: „wyzysku mas pracujących, klęsk w polityce zagranicznej, dalszego załamania się siły obronnej państwa, zupełnej niemożności odbudowy życia gospodarczego". Jeszcze mocniejsze słowa padły z ust Piłsudskiego, który 10 maja wieczorem udzielił wywiadu dla „Kuriera Porannego". Poniewierał w nim przede wszyst- 170 RZĄDY AUTORYTARNE kim byłych ministrów spraw wojskowych, generałów Sikorskiego i Szeptyckie-go, prorokując, że nowy minister będzie miał do czynienia „z dziesiątkami kry- minalnych spraw o nadużycia pieniężne, popełniane przez protegowanych obu kiepskiej pamięci rządów..." Żalił się też Piłsudski na otaczanie go szpiegami, przekupywanymi pieniędzmi i awansami. Dotyczyło to każdego, kto byłego Naczelnego Wodza zdradził, a nawet „szukano — jak to śmiem twierdzić — mojej śmierci". Deprecjonując pozycję Witosa mówił, że jest on znany z „bezce- remonialnego stosunku do wszystkich funkcji państwowych [...] wraz z powsta- niem takiego rządu idą przekupstwa, wewnętrzne nadużycia urzędowej władzy bez ceremonii we wszystkich kierunkach dla partyjnych i prywatnych korzyści". Wywiad ten opublikowany 11 maja stał się krótkotrwałą sensacją. Jego konfiskata stworzyła dodatkowy punkt zapalny, ale też okazję do manifestacji bojówek „Strzelca" i byłych legionistów w obronie ich przywódcy. Krążyli oni po mieście (głównie w rejonie Krakowskiego Przedmieścia i ul. Marszałkowskiej), śpiewając Brygadę i wznosząc okrzyki przeciw Witosowi, rządowi Chjeno-Piasta, a na rzecz Komendanta. Wśród nich uwijali się gazeciarze ze skonfiskowanym „Kurierem Porannym", który był ogólnie dostępny. Pod wpływem rozlewających się namiętności CKW PPS wydał 12 maja odezwę sugerując, że faszyzm ante portas — stoi u bram. Rząd Witosa określony jako sprzysiężenie „najczarniejszej reakcji faszystowsko-monarchistyczno-paskarskiej [...] musi zniknąć". Podobnie sądzili komuniści. Wobec spodziewanej walki zbrojnej pomiędzy rządem Chjeno-Piasta („za którym idą faszyści i najwięksi wrogowie ludu pracującego") a żołnierzami idącymi za obozem Piłsudskiego, rewolucyjni robotnicy powinni być gotowi do walki przeciw faszystom. KC KPP wezwał nawet 14 maja inne stronnictwa lewicowe do stworzenia „wspólnego frontu ro-botniczo- chłopskiego" w cehi poparcia „rewolucyjnych wojsk pod komendą Józefa Piłsudskiego" oraz wspólnej walki przeciwko faszystom. Na wiecu zwołanym przez komunistów na Placu Bankowym 14 maja przemówienie popierające Piłsudskiego wygłosił Jerzy Czeszejko-Sochacki. Oracja tego wybitnego przedstawiciela polskiej lewicy miała tym większą wymowę, że w latach 1919-1920 był on sekretarzem generalnym PPS, a wśród komunistów znalazł się w związku z rozbieżnościami na tle stosunku do rewolucyjnej Rosji. Wszystkie te elementy towarzyszące walce o władzę Piłsudskiego spełniały rolę pomocniczą, uzupełniającą. Głównymi i pierwszoplanowymi aktorami byli generałowie i żołnierze. Czytelną dla wszystkich zapowiedzią włączenia do gry wojska była decyzja ministra spraw wojskowych gen. Żeligowskiego, który tuż przed dymisją rządu zarządził ćwiczenia wybranych jednostek w Rembertowie i powierzył kierownictwo tych ćwiczeń marszałkowi Piłsudskiemu. Mimo odwołania ćwiczeń przez gen. Juliusza Malczewskiego, nowego ministra w rządzie Witosa, oddziały wytypowane przez jego poprzednika zgłosiły się na miejsce koncentracji. Była to ewidentna niesubordynacja, która oznaczała, że bunt w wojsku stał się faktem. 11 maja po południu Piłsudski na spotkaniu w Sulejówku ścisłego sztabu akcji (m. in. gen. Gustaw Orlicz-Dreszer, bardzo bliski marszałkowi — Bogusław Miedziński, płk Walery Sławek) powiadomił o decyzji pójścia na Warszawę, następnego dnia rano. _____________PRZEWRÓT MAJOWY 1926 R._________________171 Akcję wojskową 12 maja poprzedziła nie zapowiedziana wizyta Piłsudskiego u prezydenta Wojciechowskiego, który Ć— lekceważąc ostrzeżenia wynikające z napiętej sytuacji — opuścił stolicę i udał się na zaplanowany wcześniej wypo- czynek do Spały. Zamysł Piłsudskiego, by wymusić na prezydencie dymisję rządu Witosa spalił na panewce. Tymczasem ruszona machina buntu nabierała tempa. Ale też wolę obrony konstytucji zademonstrował rząd. Po naradzie z prezydentem Wojciechowskim, który spiesznie powrócił do stolicy, został wprowadzony stan wojenny. Lekceważony wcześniej przez Marszałka prezydent, dodatkowo zeźlony koniecznością powrotu do Warszawy, zgodził się jednak na rozmowę z buntownikami, do której doszło 12 maja o godzinie 17.00 na Moście Poniatow- skiego. Piłsudskiemu towarzyszyli gen. Orlicz-Dreszer, płk Wieniawa-Długoszow-ski i ppłk Kazimierz Stamirowski; prezydentowi — jego adiutanci oraz kpt. Jan Rzepecki — dowódca kompanii Oficerskiej Szkoły Piechoty. Zdecydowana odmowa współdziałania ze strony prezydenta zaskoczyła Pił- sudskiego; załamała go zaś postawa rozlokowanych na moście podchorążych, którzy na pytanie Marszałka, czy będą strzelać, odparli: „Mamy rozkaz pana prezydenta". Piłsudski był przeświadczony, że dla zdominowania prezydenta i rządu wy- starczą jego słowa poparte demonstracją wojskową. Perspektywa bratobójczej walki przeraziła go. Zaskoczony i jak twierdzą liczni świadkowie załamany psychicznie, do równowagi powrócił dopiero po kilku godzinach, kiedy oddziały dowodzone przez gen. Orlicz-Dreszera zajęły Plac Zamkowy i weszły na Krakowskie Przedmieście zagrażając siedzibie rządu, Komendzie Miasta i Sztabowi General- nemu, który mieścił się przy Placu Saskim. Ponowiona przez Piłsudskiego próba pozyskania prezydenta Wojciechowskiego wzmocniła obustronną determinację. Marszałek zdecydował się na włączenie do rozgrywki Związku Zawodowego Ko- lejarzy, z którym ustalił plan akcji mającej powstrzymać lub opóźnić transport wojsk prorządowych z Poznania i Wielkopolski. Inicjatywa ta niewątpliwie zmniejszyła ryzyko eskalacji konfliktu. Do wojny domowej było wówczas bliżej niż kiedykolwiek wcześniej, jak to można wysnuć z książki Antoniego Czubińskiego podsumowującej w 1989 r. stan wiedzy o przewrocie majowym. W toku działań zbrojnych w mieście dostrzegalne było poparcie dla zama- chowców; w dniu 14 maja uzyskali oni wyraźną przewagę. Jej wyrazem była de- cyzja prezydenta i rządu o opuszczeniu Belwederu i udaniu się do Wilanowa. Maszerowali tam pieszo, przez dwie godziny, wśród „terkotu karabinów maszy- nowych i świstu kul" — jak to zapisał we wspomnieniach premier Witos. Sugestie gen. Stanisława Hallera, by prezydent i rząd udali się do Poznania, nie zostały zaakceptowane; obawiano się czy to rewolucji społecznej, czy to ingerencji sąsiadów. Późnym wieczorem 14 maja Witos zgłosił wniosek o dymisję rządu, a prezydent Wojciechowski postanowił złożyć urząd, o czym powiadomił marszałka Sejmu Macieja Rataja. Ugięcie się legalnych władz pod presją mających wyraźną przewagę w War- szawie wojsk uczestniczących w zamachu stanu stworzyło warunki do rozwiązania konfliktu w drodze konstytucyjnej. Marszałek Rataj, jako osoba zastępująca prezydenta, nakazał zaprzestanie walk i złożył w ręce marszałka Piłsudskiego obowiązek zaprowadzenia ładu (można rzec: kozioł w roli ogrodnika). Wymowa 172 RZĄDY AUTORYTARNE tej decyzji była jednoznaczna, aczkolwiek jej realizacja nie należała do łatwych, jeżeli wziąć pod uwagę stan obustronnego napięcia. W toku walk śmierć poniosło przecież 379 osób (w tym 164 osoby cywilne), a 920 zostało rannych. O atmosferze towarzyszącej żałobie dobrze informuje zachowanie kapelana legionowego ks. Józefa Panasia, który w czasie nabożeństwa pogrzebowego w kościele garnizonowym zerwał z sutanny odznaczenia bojowe i rzucił je pod nogi generałowi Dre-szerowi. Piłsudski w uroczystościach tych, zorganizowanych w świątyniach wszystkich wyznań, nie uczestniczył. Według zgodnych relacji ludzi będących wówczas blisko Marszałka rozwój wydarzeń wywołał u niego głęboki wstrząs, określany jako załamanie nerwowe czy depresja. Ważnym elementem powrotu do normalności było powołanie rządu. Marszałek Rataj w porozumieniu z Piłsudskim misję tę powierzył Kazimierzowi Bartlowi, profesorowi Politechniki Lwowskiej i prezesowi niewielkiego propiłsudczy- kowskiego Klubu Pracy zajmującego w parlamencie miejsce na lewicy. Skompletował on gabinet z ludzi raczej mniej znanych. Zaskakiwało to, że nie było w nim nikogo z najbliższych współpracowników Piłsudskiego; on sam zaś zadowolił się teką spraw wojskowych. Niechętni temu rządowi wskazywali na jego powiązania z masonerią nie tylko przez premiera, ale także kilku ministrów: Augusta Zaleskiego (sprawy zagra- niczne), Hipolita Gliwica (przemysł i handel) i Wacława Makowskiego (sprawie- dliwość). Wyprowadzany stąd wniosek o szczególnej roli masonów w przygoto- waniu zamachu ma jednak większą liczbę przeciwników niż zwolenników. Zdecydowanie natomiast odrzucona została modna przez wiele lat teza, podtrzy- mywana zarówno przez wrogów Piłsudskiego tak z lewa, jak i z prawa, o zagra- nicznych (niemieckich, angielskich, rosyjskich) inspiracjach przewrotu. Najdłużej natomiast utrzymuje się pogląd o włoskich praźródłach przewrotu, co ułatwiało, a nawet sugerowało rozwój tezy, że akcja Piłsudskiego rozpoczęła rządy faszy- stowskie lub im bardzo bliskie. Sugestywne skojarzenia zbliżające do siebie „marsz na Rzym" i „marsz na Warszawę" (najsilniej we współczesnym pisarstwie prezentowane przez Jerzego Borejszę) są głęboko zakorzenione w polskiej świadomości. Przyczynił się do tego sam Piłsudski, skoro w rozmowie z Władysławem Bara- nowskim w sierpniu 1926 r. mówił: „Nie myślcie, bym w systemie rządzenia chciał małpować faszyzm Mussoliniego. Te wzorki z zagranicy, które mogą imponować naszym nacjonalistom, wcale nie pasują do psychiki polskiej ani nie są w moim guście". W podobnym duchu wypowiedział się miesiąc wcześniej dla redakcji „Le Matin", gdzie nie tylko odżegnywał się od faszyzmu, ale od wszelkich „etykietek i programów". Podstawowa komplikacja dla rzeczników traktowania Piłsudskiego jako na- śladowcy Mussoliniego polegała na tym, że Marszałek szedł przeciw siłom, które stanowiły ostoję i fundament włoskiego ruchu, mającego wyraźnie prawicowo-- nacjonalistyczny charakter. W Polsce piewcami sukcesu Mussoliniego byli endecy. „Gazeta Warszawska" w artykule redakcyjnym relacjonującym wydarzenia we Włoszech, które doprowadziły do „marszu na Rzym", pisała 31 października 1922 r., że faszyzm jest przede wszystkim reakcją ducha narodowego przeciw mię- dzynarodowemu socjalizmowi i bolszewizowaniu. „Parę miesięcy temu Włochy znajdowały się niemal u progu bolszewizmu i faszyzm rozwinął swój zwycięski 173 PRZEWRÓT MAJOWY 1926 R. sztandar naprawdę na pięć minut przed dwunastą«, ratując państwo przed po- głębieniem się w anarchii i bolszewizmie. Jest zatem niewątpliwie potężnym, wspa- niałym odruchem zdrowego instynktu narodowego w kierunku na prawo«". Pochwała dla eksperymentu realizowanego przez Mussoliniego we Włoszech wiązała się z przekonaniem Dmowskiego, że Europa wchodziła w epokę dyktatur realizowanych przez różnie nazywane ruchy i partie o charakterze narodowym i nacjonalistycznym. Jeśli przeto sądzono, że Polsce grozi przewrót faszystowski, to właśnie ze strony endecji. Mniemanie to, podtrzymywane przez ludzi Piłsud- skiego, napędzało mu sojuszników, którzy bvli przekonani, że broni on lewicy i chce z nią współdziałać. Zamieszanie wywołane trudnościami związanymi z określeniem politycznego oblicza zamachu dotknęło całą polską scenę polityczną. Najsilniej jednak „błąd majowy" podzielił komunistów. Napisano już, że w ulotkach z 13 i 14 maja KC KPP wzywał świadomych robotników i chłopów do poparcia ze wszystkich sił Piłsudskiego, gdyż „najczarniejsza reakcja sięga po władzę". Takie stanowisko, wzbudzające zresztą protesty części kierownictwa KPP, zostało skrytykowane przez Komisję Polską Komitetu Wykonawczego Kominternu, j?jaafjępmjf —-22-roąia —przez PJenum Komitetu Wykonawczego tej organizacji. Zdecydowanie odrzucony zosta? też pomysł głosowania posłów komunistycznych za prezydenturą Piłsudskiego. Dyskusja w organach Kominternu, w której wypo- ĆĆ'iadali się m. in. Stalin, Ernst Thalmann, Grigorij Zinowjew, Nikołaj Bucharin, almiro Togłiatti, została zamknięta przyjęciem stanowiska, że Piłsudski repre-entuje wielki kapitał, a jego przewrót miał faszystowski charakter. W artykule zamieszczonym w organie Kominternu „Komunisticzeskij Internationał" pt. Przewrót faszystowski w Polsce a KPP (przedrukowanym we wrześniowym numerze „Nowego Przeglądu") poddano krytyce taktykę polskich komunistów, którzy po- pełnili poważny błąd. Skrytykowano też próby odwoływania się KPP do współ- działania z innymi partiami lewicy, nazywając je socjalfaszystowskimi lub ludowo- faszystowskimi. Przekonanie o faszystowskim charakterze władzy sprawowanej przez Piłsud- skiego od przewrotu majowego podtrzymywali komuniści przez dziesięciolecia, mimo że wielu z nich widziało duże, wręcz zasadnicze różnice między władzą w wydaniu Piłsudskiego a Mussoliniego, później także Hitlera. Wielkim przegranym trwającej wówczas debaty był Adolf Warski, jeden z naj- bardziej światłych polskich komunistów, redaktor naczelny „Nowego Przeglądu" oraz innych pism partyjnych. W gazecie „Świt" 6 czerwca 1926 r. opublikował on artykuł pt.Mussolini a Piłsudski, w którym dość ostrożnie porównywał siły spo- łeczne, które dały władzę tym politykom. Pisał więc, że „oba ruchy powstały na tle głębokiego kryzysu ekonomicznego, w celu ratowania ustroju kapitalistycznego od zagłady. Oba oparły się na drobnomieszczaństwie i na niezadowolonych żywiołach armii. Na tym jednak kończył analogie i wskazywał dość poważne różnice, pisząc między innymi, że w Polsce „ruch robotniczy i chłopski daleki jest jeszcze od napięcia rewolucyjnego", co przekreśla pogląd o ratowaniu przez Piłsudskiego ustroju kapitalistycznego od zagłady. Przed kim bowiem miał bronić i^o, skoro siły rewolucyjne nie dojrzały do przeprowadzenia rewolucji socjalistycznej? 174 RZĄDY AUTORYTARNE Argumentacja Warskiego wskazująca na zbieżność ruchu Piłsudskiego i Mus- soliniego opierała się na założeniu, że Piłsudski nie reprezentując interesów rewolucji robotniczo-chłopskiej wcześniej czy później będzie musiał wejść w konflikt z klasą robotniczą. Wtedy KPP i tak stanie po stronie uciśnionych. Należy wówczas zmienić jeden z taktycznych punktów walki wewnętrznej jako zdezaktualizowany. Adolf Warski w cytowanym artykule nie stawiał wyraźnej diagnozy w sprawie orientacji politycznej nowego rządu, pisząc, że Piłsudski rychło władzę zdobytą straci, „jeśli nie potrafi zdobyć zaufania kapitalistów i obszarników i zmienić się w wiernego przedstawiciela ich interesów". Przekonanie o „błędzie majowym" komunistów ma charakter sporu akade- mickiego. Ich stanowisko nie miało bowiem liczącego się wpływu na rozwój wy- darzeń. Na wiecach zwoływanych przez komunistów zbierało się 13 i 14 maja po kilkaset osób, w ogólności dość obojętnie reagujących na komunistyczną argu- mentację. Tematem dnia była rozgrywka między Piłsudskim a Witosem, a nie kwestia rządu robotniczo-chłopskiego czy dyktatury klasy robotniczej. Główną, aktywną rolę grała w Warszawie armia, co zasadniczo różni przewrót majowy od „marszu na Rzym" Mussoliniego, który sięgnął po władzę opierając się przede wszystkim na zorganizowanych na sposób wojskowy członkach partii faszystowskiej. Jednak mobilizacja ogłoszona 27 października 1922 r. zastała ich przygotowanych tradycyjnie, tj. do rozbijania i terroryzowania ludności cywilnej. „Marsz na Rzym" w starciu z armią był bez szans. Mussolini chcąc osiągnąć swój cel musiał zabezpieczyć sobie neutralność wojska. Dopiero kiedy upewnił się, że wystąpienie armii przeciwko faszystom jest praktycznie niemożliwe, zdecydował się na rozpoczęcie akcji. Ostatecznie jednak nie stanął na czele maszerujących kolumn. Po uzgodnieniu szczegółów i podziale ról opuścił on odbywający się w Neapolu kongres partii i via Rzym udał się do Mediolanu. Akcję dyplomatyczną rozpoczynającego się puczu pozostawił w rękach swoich ludzi (m. in. hr. Co stanzo Ciano, ojca późniejszego ministra), z którymi utrzymywał kontakt telefoniczny. Aż do chwili otrzymania telegramu od adiutanta monarchy nie ruszał się z otoczonej zasiekami kolczastymi redakcji swojego dziennika. Był więc wodzem „zdalnie" kierującym przewrotem, którego cel znajdował się o 600 km od miejsca akcji, a tylko — jak twierdzili złośliwi — dwie godziny od granicy ze Szwajcarią... Piłsudski był zaś przez cały czas nie tylko moralnym, ale i faktycznym przy- wódcą akcji, co wcale nie umniejsza sporów dotyczących okresowo dominującej roli kilku jego współpracowników. Rozwijając wątek różnic wskazać trzeba też na odmienne postępowanie obu dyktatorów bezpośrednio po przewrocie. Mussolini wziął w swe ręce pełnię władzy. Stworzył gabinet zwycięzców, zachowując dla siebie funkcję premiera, ministra spraw wewnętrznych, zagranicznych i obsadzając faszystami teki sprawiedliwości, finansów i ziem wyzwolonych. Na 15 tek ministerialnych w pierwszym rządzie Mussoliniego aż 9 obsadzonych było przez faszystów lub osoby im przychylne. Natomiast Piłsudski dokonawszy przewrotu wymusił ustąpienie rządu Witosa, ale formowanie następnego złożył na barki Macieja Rataja, w dodatku bliskiego współpracownika Witosa. Zwycięski zamachowiec zadowolił się funkcją ministra spraw wojskowych. Oczywiście szukał on możliwości legalizacji zdobytej 175 PRZEWRÓT MAJOWY 1926 R. władzy, co zresztą udawało się większości przywódców przewrotów politycznych okresu międzywojennego (od Mussoliniego poczynając). Wyraził więc zgodę na kandydowanie w wyborach prezydenckich, ale wyboru nie przyjął, chociaż zwy- ciężył kandydata prawicy Adolfa Bnińskiego dużą przewagą — 99 głosów. W liście do marszałka Zgromadzenia Narodowego pisał: „Dziękuję Zgromadzeniu Na- rodowemu za wybór. Po raz drugi w mym życiu mam w ten sposób zalegalizowanie moich czynności i prac historycznych, które, niestety dla mnie, spotkały się przedtem z oporem i niechęcią dosyć szeroką". Takie postępowanie Piłsudskiego mocno dziwiło Mussoliniego, podobnie jak wydawało się niezrozumiałe dla wszystkich popierających go ludzi w Polsce. Według Ignacego Daszyńskiego rezygnacja Pił- sudskiego spadła na całą lewicę jak grom z jasnego nieba, gdyż straciła ona orientację co do jego zamiarów. W tym stanie sprawy trzeba powrócić do wcześniej napisanej opinii, że Piłsudski nie widział dla siebie miejsca w systemie określonym przez konstytucję marcową. Złamanie porządku przez nią ustanowionego w wyniku zamachu było na tyle ewidentne, że powrót do praktyk przedmajowych nie wchodził w rachubę. Oparciem dla władzy stała się armia, o której względy Marszałek wyraźnie za- biegał. Intencję zasypania podziałów dobrze widać w pięknie zredagowanym zresztą rozkazie z 22 maja 1926 r. wzywającym wszystkich żołnierzy do zgody i brater- stwa w imię krwi wsiąkłej w jedną ziemię —- jednym i drugim jednakowo drogą, t'rzez obie strony jednakowo umiłowaną" Z wiarą, że „żołnierz polski pierwszy się ocknie, pierwszy do zgody i braterstwa stanie", Piłsudski odwoływał się do braci żołnierskiej w formie jawnie protekcyjnej, jeśli pamiętać jego brutalne ataki pod adresem wielu oficerów, choćby z byłej armii austro-węgierskiej: „Znacie mnie i jeśli nie wszyscy kochać mnie potraficie, wszyscy musicie mnie szanować jako tego, który was do wielkich zwycięstw prowadzić potrafił, a przy ogólnym zepsuciu i demoralizacji nie chciał i nie umiał korzyści własnej pilnować lub dochodzić" . Piłsudski w maju 1926 r. widział siebie w dawnej roli, żołnierza będącego ostoją, ale też osią władzy państwowej, politykiem nie tylko ponadpartyjnym, ale także górującym ponad konstytucyjnymi organami władzy — Sejmem, rządem, pre- zydentem, sądami. „Jestem człowiekiem silnym, lubię decydować sam — mówił w wywiadzie dla „La Marin" 25 maja 1926 r. Ale gdy patrzę na historię mojej ojczyzny, nie wierzę — naprawdę — aby można było rządzić w niej batem. Nie lubię bata [...] Nie! nie jestem za dyktaturą w Polsce. Inaczej wyobrażam sobie głowę państwa: trzeba aby miał on prawo szybkiego powzięcia decyzji w zagad- nieniach tyczących się interesu narodowego. Szykany parlamentarne opóźniają tylko najnieodzowniejsze rozwiązania". Godząc się na udział w wyborach prezydenckich nie pozostawiał wątpliwości, że przyszła współpraca z Sejmem będzie możliwa, jeśli uzyska legalizację swych czynów. Przedstawiciele stronnictw sejmowych 29 maja 1926 r. dowiedzieli się, że podejmuje on kolejną próbę: „czy można jeszcze w Polsce rządzić bez bata". Jeśli ręka wyciągnięta do współdziałania na sprecyzowanych przez niego warunkach zostanie w zawieszeniu, nie będzie „bronił Sejmu i Senatu, gdy dojdzie do władzy ulica". ssą; 176 RZĄDY AUTORYTARNE l Groźby zostały zrozumiane i zaakceptowane, o czym dobrze świadczy najpierw głosowanie na Piłsudskiego, a później wybór na prezydenta prof. Ignacego Mościckiego, w przeszłości związanego z ruchem socjalistycznym. Mościcki nie był jednak obecny w życiu politycznym odrodzonej Polski, koncentrując się na działalności naukowej (od 1912 r. był profesorem w Politechnice Lwowskiej) oraz gospodarczej (uruchomił fabrykę związków azotowych w Chorzowie). Propozycja kandydowania na urząd prezydenta złożona przez Piłsudskiego i poparta przez premiera Bartla oraz marszałka Rataja była sporym zaskoczeniem. W drugiej turze głosowania Mościcki, homo nomis w polityce, uzyskał 281 głosów wobec 200 oddanych na kontrkandydata, którym był wojewoda poznański Adolf Bniński. Większość zorganizowaną przez piłsudczyków tworzyły PPS i PSL „Wyzwolenie", Stronnictwo Chłopskie, mniejszości narodowe oraz część posłów z ugrupowań centrowych (PSL „Piast", ChD i NPR). Ślubowanie złożone 4 czerwca 1926 r. rozpoczynało formalne urzędowanie nowego prezydenta w Zamku Królewskim. O pozycję i prestiż prezydenta w kraju dbał także Piłsudski, który przed Mościckim stawał na baczność. Postępowanie to wyjaśnił dużo wcześniej, bo 14 grudnia 1922 r. podczas śniadania wydanego w Belwederze na cześć wybranego wówczas na prezydenta Gabriela Narutowicza, kiedy m. in. powiedział: „Jako jedyny oficer polski służby czynnej, który dotąd nigdy przed nikim nie stawał na baczność, stoję oto na baczność przed Polską, którą Ty reprezentujesz". Proza dnia codziennego była daleko mniej czytelna i czysta. Uległość wobec Belwederu (rezydencji Piłsudskiego), a nawet ludzi z tego otoczenia stała się po- wodem wielu dykteryjek, nieraz bardzo sążnistych. Premier Bartel — zresztą kolega prezydenta z politecrniV; poirytowany brakiem „kręgosłupa" u Mościckiego nucił na ludową melodię znaczy co Ignacy, a Ignacy gówno znaczy". Niewątpliwie jednak wybór Mościckiego na prezydenta, osoby spoza układów politycznych i nie utożsamianej z Piłsudskim, stanowił element wyciszania namiętności wywołanej przez przewrót. Rolę taką spełniał także premier Bartel, który stworzył gabinet podkreślający parlamentarny legalizm. Było to zadanie iście karkołomne, jeśli zważyć, że kilku kandydatów do tek odmawiało współpracy, a inni stawiali warunki. Każdy z nich zdawał sobie sprawę, że przewrót majowy to początek nowej ery, nowej praktyki politycznej wynikającej z przewagi, jaką na polskiej scenie zdobył Piłsudski. Stał się on najpoważniejszym gestorem władzy, ważniejszym niż Sejm, Senat i prezydent razem wzięci. Nie wysuwał się jednak ponad miarę do przodu, zręcznie posługując się takimi ludźmi, jak Kazimierz Bartel, który był pięciokrotnym premierem, a także fak- tycznym premierem, chociaż formalnie wicepremierem w gabinetach formowanych przez Piłsudskiego. Okres jego aktywności na skalę ogólnopolską, zakończony dymisją 17 marca 1930 r., określa się często pobłażliwie per „bartlowanie". Ale przecież jego liberalna postawa oraz kompetencja w dyskusjach gospodarczych torowały drogę kolejnym budżetom, mimo zaciekłych ataków opozycji. Bartel nigdy przy tym nie krył, że w jego postępowaniu odbija się wola Marszałka. W tym sensie można mówić, że wszystkie rządy pomajowe były de facto rządami marszałka Piłsudskiego i to niezależnie czy był premierem, jak to bywało w latach 1926-1930,, czy tylko (lub „aż") ministrem spraw wojskowych. Pozycję 177 PRZEWRÓT MAJOWY 1926 R. swą opierał na legendzie i wojsku zarządzanym wedle jego pomysłu w dekrecie z 7 stycznia 1921 r. „O organizacji najwyższych władz wojskowych", który pozwalał kierować resortem bez kontroli nie tylko premiera, ale także Sejmu. Zgoda premiera Bartla na przywrócenie tego dekretu była jednym z widomych przejawów pognębienia polskiego konstytucjonalizmu. Przewrót majowy dojrzewał i rozwijał się w przekonaniu, że demokracja par- lamentarna nie sprawdziła się w polskiej rzeczywistości. Rozwiązaniem lepszym, bardziej skutecznym miały być rządy zwartej grupy z wybitną jednostką na czele, posiadającej doświadczenie w działalności państwowej oraz cieszącej się zaufaniem dużej części społeczeństwa. Rzecznicy takich poglądów akceptowali główne hasło zamachowców twierdzących, że celem ich ruchu określanego jako liberalno- demokratyczny jest sanacja, czyli uzdrowienie stosunków w państwie. Określenie to zrobiło ogromną karierę, stając się potoczną nazwą całego obozu politycznego związanego z Piłsudskim. Sanacja to zarówno ruch społeczno-poli- tyczny, jak i specyficzny dla Polski system władzy oparty na autorytecie jednostki. Trzeba pamiętać przy tym, że zapoczątkowany przez przewrót majowy autorytaryzm oznaczał kres rządów parlamentarnych w Polsce, i to na kilka dziesięcioleci. Uświadomienie tego faktu dodatkowo uwypukla dziejową rolę Piłsudskiego i ludzi z jego obozu. Nie stanowi to jednak przesłanki do uznania przewrotu majowego za „rewolucję", choć bez rewolucyjnych konsekwencji — jak to określał sam Piłsudski. Przewrót majowy to niemal klasyczny pucz wojskowy, zamach stanu dokonany przez wojskowych niezadowolonych ze swojej pozycji w armii, mających silne oparcie w ambitnym Marszałku, coraz wyraźniej odgradzanym od wpływu na bieg spraw państwowych. Przewrót majowy to jeden z etapów walki o władzę, którą podjęła grupa dobrze już znająca jej smak. Zwycięstwo było spek- takularne, aczkolwiek osiągnięte po krwawej walce, która mogła przerodzić się w wojnę domową o konsekwencjach trudnych do przewidzenia. Program, wokół którego piłsudczycy chcieli skupić społeczeństwo, był bardzo ogólny i opierał się na krytyce oraz negacji. Rychło jednak zarzuty stawiane przez piłsudczyków wobec rządzącej centroprawicy znalazły się na jej sztandarach jako opozycji. Znaczyło to, że ówczesna choroba trawiąca Polskę miała szerszy, ponad- partyjny, może nawet ponadustrojowy charakter. Opozycja uderzała przede wszystkim w istotę rządów sanacji, którą było dążenie do stałego poszerzania kompetencji władzy wykonawczej przy jednoczesnym ograniczaniu władzy parlamentu. Długotrwały konflikt między sanacją i opozycją dotyczył także miejsca i roli partii politycznych w życiu kraju, jakkolwiek ludzie obozu sanacyjnego uzyskali prze- wagę, a czasem coraz mocniej ważyli na funkcjonowaniu państwa, to jednak nie doszło do całkowitego pognębienia i wyeliminowania opozycji z życia politycz- nego. Wrogie lub niechętne sanacji partie, chociaż działały w trudnych warunkach, przetrwały jednak, spełniając mimo wszystko rolę kontrolera obozu rządzącego. Przewrót majowy spowodował duże przetasowania na polskiej scenie poli- tycznej. O kłopotach na skrajnej lewicy reprezentowanej przez KPP napisano już wcześniej. Były one o tyle specyficzne, że poparcie komunistów dla przewrotu opierało się na zasadzie wyboru mniejszego zła. Komuniści wykluczali jakąkolwiek współpracę ze zwycięzcami, czemu dali wyraz w rezolucji KC KPP z l czerwca 178 RZĄDY AUTORYTARNE 1926 r., gdzie stwierdzili, że „popieranie piłsudczyzny" w dniach 12-15 maja było błędem i zasługuje na najsurowszą krytykę. Nie mniej istotne było także to, że i sanacja wykluczała jakąkolwiek współpracę z komunistami, którzy stali się jej najbardziej nieprzejednanymi i konsekwentnymi przeciwnikami. Mniej jasności mieli przedstawiciele tzw. lewicy parlamentarnej reprezento- wanej przez PPS i PSL „Wyzwolenie", które uważały Piłsudskiego za „swojego człowieka". Marszałek korzystając w walce o władzę z poparcia tejże lewicy nie związał się z nią w sposób formalny. Odrzucał też wszelkie sugestie „rozprawy" z ludźmi, którym zarzucano odpowiedzialność za zły stan kraju, m. in. poprzez rozpędzenie rzekomo skorumpowanego Sejmu. Dystansowanie się Marszałka od lewicy było coraz wyraźniejsze. W wywiadzie opublikowanym 27 maja stwierdził jednoznacznie, że nigdy nie chciał być człowiekiem „ani polskiej prawicy, ani polskiej lewicy". Deklaracje tego typu wzmagały ferment i gwałtowne spory, które owocowały licznymi wystąpieniami i rozłamami. Mozaika polityczna sanacyjnej Polski stała się także z tego powodu jeszcze bardziej barwna, ale także pogmatwana. Wiele osób, kierując się koniunkturą chwili, sugestiami własnego środowiska czy przekonaniem o ozdrowieńczej roli sanacji, deklarowało poparcie dla nowej ekipy. Inni byli jej zdecydowanie przeciwni, jak tego dowodzi wyłonienie się antypiłsudczy-kowskiej PPS-Lewicy, a zwłaszcza rozłam w Narodowej Partii Robotniczej, będącej od 1920 r. swoistym przedstawicielem i sprzymierzeńcem Kościoła w środowisku robotniczym, gdzie głosiła prymat interesu narodowego wpisany w zasady solidaryzmu społecznego. NPR dominowała w Zjednoczeniu Zawodowym Polskim, jednej z największych central ruchu zawodowego, która nieraz zajmowała samodzielne stanowisko współdziałając z Komisją Centralną Związków Zawodowych. W czerwcu 1926 r. na tle stosunku do sanacji doszło w NPR do formalnego rozłamu, który fatalnie odbił się na pozycji związków zawodowych kierowanych przez Zjednoczenie Zawodowe Polskie. Lewica z Ludwikiem Waszkiewiczem i Antonim Ciszakiem poparła sanację, natomiast prawica reprezentowana przez Adama Chądzyńskiego i Karola Popiela zwalczała rządy pomajowe zacieśniając współpracę z wszystkimi tych rządów wrogami. Terenem ostrych sporów stały się także stronnictwa chłopskie. Jan Dąbski okre- ślając stosunek Stronnictwa Chłopskiego do personalnych czystek w administracji państwowej chwalił je i życzy} powodzenia w dalszej pracy, bolejąc, że „to oczysz- czanie odbywa się tak powoli i że nie objęło jeszcze wszystkich ministerstw i urzę- dów". Ostro też atakował lidera PSL „Piast" Wincentego Witosa, któremu doradzał nawet, żeby wycofał się z życia politycznego, a nawet wyemigrował. Przeciągające się walki w środowisku działaczy chłopskich zaowocowały licz- nymi secesjami, wśród których szczególnym echem było odejście od PSL „Piast" seniora ruchu Jakuba Bojki. Jego manifest pt. „Moje słowa do Braci Włościan i ludzi dobrej woli" przekonał wielu terenowych działaczy PSL „Piast" z Małopolski, Pomorza i Wielkopolski, gdzie powstały secesyjne organizacje. Wincenty Witos z ogromnym trudem zdołał utrzymać przywództwo w osłabionym poważnie Stronnictwie. Jego sytuację pogarszały także namiętne spory wokół postawy Macieja Rataja, który jako marszałek Sejmu ułatwił Piłsudskiemu zwycięstwo. Zde- 179 PRZEWRÓT MAJOWY 1926 R. dsperowany atakami z kręgu prawicy i centrum zgłosił swoją rezygnację z funkcji marszałka, która jednak została przez większość posłów odrzucona. W dramatycznie trudnej sytuacji znalazła się chadecja — koalicyjny partner PSL „Piast", której pozycję polityczną w kraju systematycznie podmywały rozbi- jackie kombinacje piłsudczyków, w czym mistrzostwo wykazywali Bogusław Mie- dziński, Walery Sławek i Kazimierz Świtalski. Rozproszony u progu II RP ruch chrześcijańsko-społeczny połączył się w 1920 r. tworząc Chrześcijańsko-Narodowe Stronnictwo Pracy, które przemianowane w 1925 r. na Polskie Stronnictwo - ChtJMłścjiariskiei Demokracji zdobyło sobie spore wpływy. Stosunkowo dużą rolę odgrywała chadecja na Górnym Śląsku, zdominowana indywidualnością Wojciecha Korfantego, najwybitniejszego przedstawiciela tego ruchu w skali ogólnopolskiej. Walka między chadecją i sanacją przybrała tam wyjątkowo ostre formy także z tego powodu, że Korfanty należał do najbardziej zdecydowanych i niezłomnych wrogów sanacyjnej Polski. Z jednej strony był on wrogiem autorytaryzmu realizowanego przez Piłsudskiego i w jego imieniu, z drugiej zaś, jako niekwestionowany przywódca Chrześcijańskiej Demokracji, chciał uchodzić za miarodajnego reprezentanta interesów Kościoła katolickiego. Chadecy traktowali Piłsudskiego i sanację jako przedstawicieli ateizmu, indyfe-rentyzmu religijnego, masonerii i syjonizmu. W rewanżu piłsudczycy starali się dyskredytować „dyktatora Śląska" podważając jego historyczne zasługi. Trwałe i/;iło się oskarżanie Korfantego o zdradę narodową w czasie pełnienia przez unkcji wicepremiera w rządzie Wincentego Witosa w 1923 r. W istocie chodziło o próby wciągnięcia Niemców z Deutsche Katholische Yolkspartei do rządu \v razie konieczności rekonstrukcji gabinetu. Pewne nadzieje, wiązane zwłaszcza 7. ugodową postawą Otto Ulitza, stały się płonne wobec jednoznacznej niechęci obec takiej perspektywy Berlina, snującego plany wszczęcia z Polską wojny celnej i „rzucenia jej na kolana". Szczególnie dramatycznym terenem sporów i rywalizacji był Związek Byłych Powstańców (przemianowany w 1923 r. na Związek Powstańców Śląskich), w którym duże wpływy zdobyli zwolennicy Marszałka, zręcznie kierowani przez wysłanników Oddziału II MSW. Jednak po przewrocie majowym pozycja Korfantego ;ako prezesa Związku uległa wzmocnieniu. Będąc jedną z pierwszych figur opozycji antypiłsudczykowskiej oraz rzecznikiem swobód obywatelskich i praw au- tonomicznych, starł się frontalnie z mianowanym w sierpniu 1926 r. Michałem Grażyńskim — nowym wojewodą śląskim. Zdominowani przez piłsudczyków rzłonkowie Związku Powstańców (gdzie od 1924 r. wiceprezesem był Grażyński) głosili publiczną deklarację zawierającą takie oto sformułowania: „Panie Korfan-.' Nte byłeś ntgóy naszym wodzem, .nJe masz zatem prawa przemawiać dzisiaj uo nas. Drogi nasze, idące szlakami Kościuszki, Łukasińskich, Trauguttów i Okrze-jów, były ci obce i wstrętne; miałeś w sobie duszę handlarza politycznego, nic dziwnego zatem, że nienawidziłeś orlich wzlotów i porywów śląskiego ludu". Szczególnie zajadłe były ataki na pozycję gospodarczą i finansową Korfantego jako zbudowaną — zdaniem jego wrogów — na współpracy z wielkim, zwłaszcza obcym kapitałem. Próby zatamowania tej fali poprzez zgodę (jako posła) na proces przed sądem marszałkowskim okazały się mało skuteczne. Proces, który odbywał się w atmosferze nagonki jego licznych wrogów oraz ludzi wysługujących 180 RZĄDY AUTORYTARNE się nowej władzy, wykazał, że postawa prezesa śląskiej chadecji w niektórych operacjach finansowych (np. nabycie dziennika „Rzeczpospolita" oraz Drukarni Polskiej w Warszawie) nie licowała z godnością posła i publicysty. Do Korfantego przylgnęła opinia kombinatora finansowego oraz rzecznika obcych interesów. Skutkiem tej sytuacji było niepowodzenie w wyborach parlamentarnych w 1928 r. Wielu zwolenników porzuciło go; w śląskiej chadecji, a nawet w redakcji „Polonii" doszło do rozłamów. Rywalizacja Grażyńskiego (sanacji) i Korfantego (chadecji) miała też głębszy, ponadczasowy sens, co uwidoczniło się na terenie Śląska Opolskiego, gdzie doszło na tym tle nawet do rozczłonkowania tamtejszej społeczności polskiej. Istota sporu sprowadzała się do tego, że sanacja — podobnie zresztą jak endecja oraz działacze Związku Obrony Kresów Zachodnich — głosiła program kontynuowania walki o wyzwolenie Śląska oraz jego polonizację. Tymczasem Korfanty był zwolennikiem porozumienia z mniejszością niemiecką i łagodzenia przeciwieństw narodowościowych. Osobną sprawą był generalny brak zaufania Niemców do Kor- fantego i chadecji śląskiej jako podstępnej, a przez to bardziej niebezpiecznej od postaw jawnie wrogich. Ponadczasowy charakter problemu wiązał się z tym, że Niemcy podkreślali konsekwencje gospodarcze wynikające ze straty śląskiego przemysłu. W propa- gandzie, obficie podpierającej się autorytetami akademickimi, podkreślali, że kultura i osiągnięcia cywilizacyjne ziemi śląskiej były jedynie dziełem ludności niemieckiej. Zaniepokojony nasileniem się tej tendencji, polski konsul generalny w Bytomiu dr Aleksander Szczepański w połowie 1927 r. pisał do MSZ: „Nie powinniśmy bezczynnie patrzeć jak Niemcy zalewają świat cały wiadomościami, że Górny Śląsk pod względem prehistorycznym, historycznym, etnograficznym, kulturalnym jest niemiecki". List z tym apelem dotarł także do uniwersytetów w Poznaniu, Warszawie i Krakowie oraz wojewody śląskiego. Michał Grażyński jako rzecznik forsowania polskości na Śląsku doprowadził w końcu 1927 r. do otwarcia radiostacji w Katowicach; w 1928 r. utworzono Państwowe Muzeum Śląska, będące placówką muzealną, dydaktyczną i regionalnym centrum dokumentacyjnym i naukowym. Wiosną 1933 r. powstał Komitet Wydawnictw Śląskich PAU, szczodrze finansowany przez wojewodę; na przełomie lat 1933-1934 utworzono Instytut Śląski, któremu prezesował inż. Eugeniusz Kwiatkowski. Przewrót majowy był nie tylko polityczną klęską endecji, w której kluczową rolę odgrywała konspiracyjna Liga Narodowa oraz legalny Związek Ludowo-Na- rodowy, ale także programowym trzęsieniem ziemi tej formacji. Sanacja wypisała na swych sztandarach wiele haseł widniejących od lat w programach różnych organizacji i związków polityczno-społecznych składających się na wielonurtowy ruch endecki. Przede wszystkim sanacja prezentowała się społeczeństwu polskiemu jako formacja centrowa, mająca na widoku tylko i wyłącznie dobro ojczyzny, będącej najwyższą, ponadklasową wartością wszystkich obywateli. Zamieszanie wywołane w środowisku polskiej prawicy przewrotem majowym było na tyle duże, że wywołało zasadnicze zmiany organizacyjne. Nieskuteczność ZLN, partii nastawionej przede wszystkim na pracę parlamentarną, szła w parze z brakiem efektów w procesie zbierania się w jeden silny nurt mnóstwa stronnictw prawicowych, co — jak to ujął Dmowski w wywiadzie dla „Kuriera War- 181 PRZEWRÓT MAJOWY 1926 R. szawskiego" 17 grudnia 1926 r. — „coraz bardziej obezwładnia nasz naród, hamuje organizację i rozwój państwa [...] Tylko przy podobnym bezwładzie możliwy był przewrót majowy, osiągnięty nie tak wielkimi siłami. Po zamachu majowym widać było już wyraźnie [...], że szersze koła narodu czują się jak ciało bez głowy, że w kraju nie ma politycznego kierownictwa. Nikt nie wiedział, do czego dążą żywioły rządzące, miało się nawet i ma się ciągle wrażenie, że one same niejasno zdają sobie sprawę z celów, jakim mają służyć. Inicjatywa ruszenia z tego martwego punktu sama się narzucała". Remedium na ten stan rzeczy ze strony elity ruchu narodowego było utworzenie w Poznaniu w sali hotelu „Bazar" w grudniu 1926 r. nowej partii o nazwie Obóz Wielkiej Polski. Hołdując ideologii wodzostwa oraz zasadzie hierarchii nowa partia odzwierciedlała żywe wówczas zainteresowanie polskiej prawicy i osobiście Dmowskiego zwycięskim marszem ruchu faszystowskiego we Włoszech. OWP stawiał sobie za zadanie zwalczanie na równi lewicy, co i sanacji, którą atakował jako rzecznika interesów masońskich i syjonistycznych. Upowszechniane wówczas hasło: „kto nie z nami, ten z Żydami" zjednywało Obozowi pewne uznanie, tym bardziej że rząd Kazimierza Bartla w sposób jednoznaczny opowiedział się za równym traktowaniem wszystkich obywateli w państwie. W expose premiera znalazły się ważne dla tego programu stwierdzenia: „Rząd nie pozwoli, aby słuszne prawa obywateli narodowości niepolskiej na szwank były narażone, mniema bowiem, że zwalczanie jakiejkolwiek kategorii obywateli /,a ich język lub wiarę sprzeczne jest z duchem Polski". Rząd uznając, że antysemityzm jest szkodliwy dla państwa, głos'}} konieczność przestrzegania w działaniu zasady bezstronności i słuszności bacząc, aby zwłaszcza w sprawach podatkowych i kredytowych kierowano się wyłącznie względami rzeczowymi, nie zaś względami narodowościowymi i wyznaniowymi. Premier zapowiedział też zniesienie wszystkich ograniczeń prawnych Żydów, wydanych przez dawne władze zaborcze. Obóz Wielkiej Polski upowszechniając poglądy nacjonalistyczne, wyrażane niejednokrotnie w skrajnej formie, nie spełnił nadziei jako ruchu konsolidującego polską prawicę. Przyczynił się natomiast do zamieszania w Związku Ludowo-- Narodowym będącym nadal jądrem i najpoważniejszą siłą obozu narodowo-de- mokratycznego, który współkierował lub posiadał znaczne wpływy w organiza- cjach młodzieżowych (z najsilniejszą wśród nich Młodzieżą Wszechpolską), kobiecych (np. Narodowa Organizacja Kobiet), paramilitarnych, zawodowych i oświatowych. W sumie po maju 1926 r. wpływy endecji widocznie zmalały. Pewna część opiniotwórczego elektoratu endeckiego związanego z poglądami konserwatyw- nymi przeszła do zwycięskiego obozu, oferującego większe profity, nieraz także udział we władzy. Ciosem dla endecji i całej prawicy było stopniowe pozyskiwanie przez Piłsud- skiego konserwatywnie nastawionego ziemiaństwa. Proces ten rozpoczęty już przed przewrotem w środowisku wileńskim zwiększył tempo od czasu, kiedy Piłsudski bawił 25 października w zamku księcia Albrechta Radziwiłła w Nieświeżu. For- malnym powodem tej wizyty była dekoracja Złotym Krzyżem Virtuti Militari sar- kofagu adiutanta naczelnego wodza majora Stanisława Radziwiłła, poległego 182 RZĄDY AUTORYTARNE w bitwie pod Malinem 28 kwietnia 1920 r. Powszechnie jednak wizycie tej przydawano szersze znaczenie, zwłaszcza że do Nieświeża zjechało przy tej okazji liczne grono polskiej arystokracji, której listę skonsultowano z Belwederem. W okolicznościowym śniadaniu, w którym uczestniczyło 45 osób, toasty oprócz gospodarza wygłosili także Janusz Radziwiłł, Eustachy Sapieha oraz Piłsudski, który honorował ród Radziwiłłów „by pozostał równie wieczny, jak te stare mury Nieświeża". Szczególnie życzliwie dla Piłsudskiego usposobiony książę Janusz odegrał dużą rolę w rozwoju filosanacyjnych przekonań sporej grupy konserwatystów noszących historyczne nazwiska. Do spadku politycznej roli endecji, chadecji oraz bliskiej im części Narodowej Partii Robotniczej przyczyniło się postępujące porozumienie Piłsudskiego z hie- rarchią katolicką. Niebagatelną rolę odegrał w tym wypadku także papież Pius XI, który zachował w dobrej pamięci Piłsudskiego będąc w latach 1918-1921 nuncjuszem w Warszawie. Znany ze swej niechęci do księży polityków zamianował po śmierci prymasa Dalbora (13 lutego 1926 r.) na to stanowisko niezaangażowanego politycznie biskupa śląskiego Augusta Hlonda. Niemal pewny tej nominacji biskup Stanisław Łukomski, powiązany politycznie z endecją, został przeniesiony z Poznania do Łomży. Sympatia papieża dla Marszałka wyrażona w przekazanym osobistym błogo- sławieństwie znalazła potwierdzenie 14 lutego 1927 r., kiedy Wieniawa-Długo- szowski wręczył list Piłsudskiego przekazany z okazji piątej rocznicy pontyfikatu i został zaszczycony półgodzinną rozmową. „Jak się miewa Pan Marszałek? Cieszę się zawsze żywo, gdy nas dochodzą dobre o nim wiadomości [...] Prosimy go, by oszczędzał swych sił i swego zdrowia, albowiem siły jego i jego zdrowie długo jeszcze przydatne będą dla waszej ojczyzny w ciężkich czasach, jakie obecnie przt żywamy" — raportował Wieniawa słowa Piusa XI. Przy pożegnaniu papież obit cywał ostrzec Piłsudskiego „przed każdym niebezpieczeństwem grożącym Polsce". Sanacyjny system władzy Sanacja to koronny slogan piłsudczyków. Miał on sugerować, że głównym celem sił otaczających Marszałka było wyeliminowanie źle funkcjonujących elementów życia zbiorowego oraz umocnienie tendencji stwarzających nadzieję na szybki rozwój kraju, wolnego od złodziejstwa, marnotrawstwa i rozpanoszonej w elitach władzy głupoty. Dość łatwo upowszechniło się przekonanie, że jedną z głównych przyczyn dokuczliwego zła była sejmokracja i partyjniactwo. Między innymi dlatego postulat zmiany roli parlamentu w systemie władzy w Polsce miał spory zastęp zwolenników. Zaświadcza o tym dobitnie tzw. nowela sierpniowa przyjęta także głosami endecji i chadecji 2 sierpnia 1926 r., która zmieniała i uzupełniała konstytucję marcową. Poważna przewaga głosów za nad głosami przeciw (246:95) zachowuje swoją wymowę. Nowela sierpniowa nadawała prezydentowi uprawnienia do przedtermino- wego rozwiązywania obu izb oraz wydawania rozporządzeń z mocą ustawy, kto- 183 SANACYJNY SYSTEM WŁADZY re traciły moc o ile nie zostały zaakceptowane później przez Sejm. Uprawnienia te obejmowały: „uzgodnienia ustaw obowiązujących z Konstytucją i wykonywania jej postanowień, przewidujących wydawanie osobnych ustaw, reorganizacji i uproszczenia administracji Państwa, uporządkowania stanu prawnego w Państwie, wymiaru sprawiedliwości oraz świadczeń społecznych, a także w zakresie zarządzeń zmierzających do zabezpieczenia równowagi budżetowej, stabilizacji waluty i naprawy stanu gospodarczego w Państwie, a w szczególności także w dziedzinie rolnictwa i leśnictwa". Duże znaczenie praktyczne miał także zakaz głosowania nad wotum nieufności przez Sejm na tym samym posiedzeniu, na którym wniosek został zgłoszony (chodziło o czas konieczny dla „refleksji" — de facto wywarcia presji na posłów). Wprowadzony został też przepis narzucający określone terminy przy pracy nad budżetem. W razie przeciąganej często sztucznie debaty rząd mógł ogłosić budżet w formie przez siebie skonstruowanej. Zmiana pozycji parlamentu uwidoczniła się także poprzez wydatne skrócenie czasu obrad. Wcześniej Sejm obradował niemal permanentnie, od 1926 r. zaś trybem sesji. Nowela sierpniowa okazała się skutecznym instrumentem eliminacji wpływu parlamentu na sprawy państwa. Przekonano się o tym już we wrześniu, kiedy została otwarta sesja Sejmu, na której konflikt większości „niepiłsudczykowskiej" z premierem zakończył się dymisją rządu. Prezydent Mościcki, bez konsultacji z klubami poselskimi, powołał nowy rząd w starym składzie, co odebrano jako uderzenie w prestiż parlamentu. Rosnącemu zamieszaniu na tym tle kres położył Piłsudski, który 2 października 1926 r. stanął na czele rządu. Bieżącą pracę premiera (którą uważał za nudną) wypełniał z jego upoważnienia prof. Kazimierz Bartel, dla którego utworzono nie istniejące wcześniej stanowisko wicepremiera. Piłsudski zaś nadal piastował sta- nowisko ministra spraw wojskowych, „wtrącając się'" chętnie do spraw zagra- nicznych (resortem kierował August Zaleski) oraz wewnętrznych, gdzie ministrem był gen. Felicjan Sławoj Składkowski. Inne resorty interesowały premiera mniej, a niektóre związane także z gospodarką (gdzie mocną pozycję zdobył Eugeniusz Kwiatkowski jako minister przemysłu i handlu) wręcz go nudziły. Chętnie wysługiwał się Marszałek nie tylko wicepremierem, który był także ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego, ale także szefem gabinetu premiera Henrykiem Józewskim oraz szefem gabinetu ministra spraw wojskowych płk. Józefem Beckiem. Niemal dwuletni okres rządów Piłsudskiego jako premiera (gabinet przetrwał do końca czerwca 1928 r. i był jednym z najdłuższych w dziejach II RP) charakteryzował się wzmożonym napływem do życia publicznego ludzi z naj- bliższego otoczenia Piłsudskiego. Zapowiedzią tej ewolucji było objęcie resortu spraw wewnętrznych przez gen. Sławoja Składkowskiego, jednego z najbardziej zauroczonych Komendantem, któremu sekundował wybitnie zdolny Kazimierz Świtalski, jako dyrektor departamentu politycznego tego resortu. Odnotować też trzeba obsadzenie przez płk. Bogusława Miedzińskiego (członka PSL „Wy- zwolenie") reaktywowanego Ministerstwa Poczt i Telegrafów, który należał do lewicy sanacyjnej. Jej trzon stanowił prorządowy Związek Naprawy Rzeczypo- spolitej powstały w czerwcu 1926 r. z inicjatywy ludzi skupionych w Związku Strzeleckim, Centralnym Związku Osadników oraz Związku Powstańców Ślą- skich, który obok Partii Pracy i PPS był ostoją wpływów Piłsudskiego. Do lide- 184 RZĄDY AUTORYTARNE rów „naprawiaczy" należeli Michał Grażyński oraz Kazimierz Kierzkowski i Zdzisław Lechnicki. W cieniu premiera i Marszałka, aczkolwiek za jego wiedzą i najczęściej z jego inspiracji rozwijała się w tzw. Polsce pomajowej władza zdominowana przez osoby w mundurach, najczęściej wyższych oficerów, którą określano później jako rządy pułkowników. Szczególnie ważną w niej rolę odgrywali ludzie od lat związani z Piłsudskim — legioniści i peowiacy, jego współpracownicy z lat 1918-1923, zwłaszcza ulokowani w wojsku — w II Oddziale Sztabu Głównego (dawnego Generalnego) zajmującego się wywiadem i kontrwywiadem. Tacy wysocy oficerowie, jak Walery Sławek, Bogusław Miedziński, Kazimierz Świtalski, Józef Beck, Bolesław Wieniawa- Długoszowski, Henryk Józewski, Bronisław Pieracki, Adam Koc czy Remigiusz Grocholski stanowili nieformalny sztab mający na celu eliminację wpływów opozycji i wprowadzanie do elity władzy ludzi lojalnych wobec sanacji. Podkreślenia wymaga duża elastyczność w zakresie metod działania. Wcale nie małą rolę odgrywał terror indywidualny. Władysław Pobóg-Malinowski podaje, że na rok — dwa przed majem 1926 r. powstała grupa złożona z „młodszych elementów legionowych", która wielbiąc Piłsudskiego oskarżała starszyznę legionową o to, że straciła energię, „skapcania-ła" i „obrosła w piórka". Z ta grupą łączyć trzeba przykłady indywidualnego terroru, który nie znajdował finału w sali sądowej, gdyż sprawcy napadów nie byli wykrywani. Przykładem tego może być zagadkowa śmierć gen. Włodzimierza Zagórskiego, dowodzącego polskim lotnictwem, czterokrotnie odznaczonego Krzyżem Walecznych, ale od czasów legionowych skonfliktowanego z Piłsudskim, który w dniach majowych opowiedział się po stronie prawowitego rządu. Internowany w Wilanowie 15 maja 1926 r. znalazł się w więzieniu śledczym, najpierw w Warszawie, później w Wilnie. Po sztucznie przedłużanym śledztwie został zwolniony w sierpniu 1927 r. Po przyjeździe do Warszawy zaginął w nie wyjaśnionych dotąd okolicznościach. Opinia publiczna łączyła to zaginięcie z Piłsudskim, jeśli nie fak- tycznym to moralnym wykonawcą wyroku. Powszechnie było wiadomym, że Marszałek ochraniał „patriotycznie" usposobionych oficerów. W protokole posiedzenia Ścisłej Rady Wojennej odbytego 13 czerwca 1926 r. widnieje zdanie Piłsudskiego zawierające ubolewanie związane ze stale się poja- wiającym separatyzmem wielkopolskim podsycanym przez endeków. „Ogólnej akcji wspólnej w tej sprawie Rady Ministrów jeszcze nie ma. Jeśli chodzi o wojsko, to Marszałek nie będzie miał nic przeciw, jeśli kogo z tych panów pobiją lub nawet zabiją". Różne „osobliwości poznańskie" bardzo Marszałka irytowały, co powo- dowało, że każda próba ich eliminacji mogła znaleźć poklask Warszawy. Z klimatu przemocy towarzyszącego zdobyciu władzy wyrastały różne mniej lub bardziej czytelne incydenty, jak ten w nocy z 30 września na l października 1926 r., kiedy do mieszkania posła Jerzego Zdziechowskiego wdarła się grupa dziesięciu oficerów i dotkliwie go pobiła. Marszałek interweniującemu Ratajowi oświadczył, że dla „jakiegoś łajdaka" nie pozwoli stawiać „wszystkich oficerów pod podejrzeniami...". Wśród ofiar terroru indywidualnego znalazł się także wzięty pisarz Tadeusz Dołęga-Mostowicz oraz Jan Dąbski, główny polski negocjator traktatu ryskiego oraz późniejszy wicemarszałek Sejmu, a także Adolf Nowaczyński, apologeta i obrońca prawicy, obrzucający przeciwników niewybrednymi wyzwi- 185 SANACYJNY SYSTEM WŁADZY skami, który stracił oko w czasie bijatyki zainscenizowanej przez obrońców Ko- mendanta. Mieli mu za złe, że Piłsudskiego nazywał „komendiantem", „brygan- dierem", „wielkim goleniem Arken-Azji". Jednoznaczną wymowę miała rozszerzająca się i wcale nie kamuflowana kontrola ludzi nowej władzy nie tylko w ministerstwach i urzędach centralnych, ale także w administracji terenowej. W ciągu kilku miesięcy zmienionych zostało 11 spośród 17 wojewodów. Wymiana kadry urzędniczej, wśród której Piłsudski nie cieszył się sympatią, była bardzo głęboka i objęła nawet pewną liczbę wójtów. Wśród nowych urzędników sporo było „neofitów", a więc ludzi, którzy z właściwym dla tej kategorii zapałem przyłączali się do zwycięzców. Z jednoznacznym przekąsem nazywano ich IV Brygadą, dla odróżnienia od legionistów z lat wojny i walk o kształt państwa, którzy w sanacyjnym systemie władzy odgrywali kluczową rolę. Mając w pamięci rolę armii w państwie trzeba zarazem uwypuklić postępujące jej zawłaszczanie przez piłsudczyków. Czystki przeprowadzone po zamachu majowym objęły przede wszystkim oficerów byłych armii zaborczych, którzy zaj- mowali najwyższe stanowiska w armii. Ponadto Piłsudski był przekonany, co wyraził 25 sierpnia 1926 r. na posiedzeniu GISZ-u, że nadmierna liczba oficerów sztabowych, dla których wyszukuje się stanowiska i tworzy etaty, „zawala drogę do awansu dla oficerów młodszych posiadających wartości bojowe". Rekordowa !;czba zwolnień miała miejsce na mocy rozporządzenia 7, 5 lutego 1927 r. i objęła 86 oficerów. W sumie do 1934 r. zwolniono ogółem 6 tyś. oficerów. W tej liczbie byli tak znani generałowie, jak: Józef Haller, Stanisław Haller, Bolesław Jaźwiński, Anatol Kędzierski, Mieczysław Kuliński, Stefan Majewski, Juliusz Malczewski, Tadeusz Rozwadowski, Stanisław Szeptycki, Stefan Suszyński, Stanisław Taczak, Michał Żymierski. Popularny w społeczeństwie i wojsku gen. Władysław Sikorski znalazł się w specyficznej izolacji — pozbawiono go w 1928 r. wszystkich stanowisk, ale pozostawiono w służbie czynnej do dyspozycji ministra spraw wojskowych i aż do 1939 r. nie był jednak żadnemu z ministrów do niczego przydatny. Częściowo zbędny okazał się nawet gen. Kazimierz Sosnkowski, jeden z le- gendarnych współpracowników Komendanta oraz współwięzień w Magdeburgu. W Belwederze miano mu za złe, że nie zdołał opanować sytuacji w Wielkopolsce, gdzie od 1924 r. był dowódcą Okręgu Korpusu Poznań i pozwolił się wywieść w^Dole^przyimujac zaproszenie rządu do pilnego przyjazdu do Warszawy, gdzie zjawił się 12 maja rano na naradę w sprawie udziału Polski w pracach rozbrojeniowych Ligi Narodów. Faktycznie zaś chodziło rządowi o wykorzystanie znanej lojalności generała wobec przysięgi żołnierskiej oraz jego pozycji wśród piłsudczyków dla poskromienia nabrzmiewającego rokoszu. Wiadomym też było, że 41-letni wówczas generał będąc w-&241: pr^-z-jir/Rcf jmiani^T'iTaray-Anarr w,spvło ogłosić zawczasu. Nikt tak nie robi, a przed wąskim wejściem, gdzie ogłoszenia nie na, zawsze tłum zbierać się musi. A później jacyś fagasi, albo któryś z posłów każą oficerom wychodzić. Po co te głupstwa? Pan marszałek Daszyński: Jest pan moim gościem, więc nie chcę z tego, co pan mówi, robić użytku. Pan Marszałek Piłsudski: Z czego? Pan marszałek Daszyński: Pan mówi, że robi głupstwa. Pan Marszałek Piłsudski: Ja nie jestem gościem, jestem tu oficjalnie. Pan marszałek Daszyński: Ja też oficjalnie! Pan Marszałek Piłsudski: Więc proszę pana o trzymanie języka (uderzenie w stół ręką) : pytam pana, czy zamierza pan otworzyć sesję? Pan marszałek Daszyński: Pod bagnetami, rewolwerami i szablami nie otworzę. Pan Marszałek Piłsudski: To pańskie ostatnie słowo? Pan marszałek Daszyński: Tak jest. Pan Marszałek Piłsudski: To pańskie ostatnie słowo? Pan marszałek Daszyński: Tak Jest. Pan Marszałek Piłsudski kłania się lekko i nie podając ręki opuszcza gabinet pana marszałka Daszyńskiego. Przechodząc przez salonik pana marszałka sejmu mówi głośno: To dureń". 196 RZĄDY AUTORYTARNE Ważnym elementem zmieniającej się sytuacji w kraju była konsolidacja opozycji parlamentarnej. Wprawdzie niemożliwe było wspólne głosowanie posłów lewicy i prawicy (dzięki temu np. wniosek o wotum nieufności dla ministra Cara przepadł 28 stycznia 1929 r.), ale bliżej siebie stojące ugrupowania z centrum i lewicy zaczęły formułować uzgodnione postulaty. Szczególnie istotne było pozyskanie do tej współpracy Wincentego Witosa, który wziął pod uwagę sugestie Komisji Porozumiewawczej Stronnictw Ludowych, skupiających „Piasta", „Wyzwolenie" i Stronnictwo Chłopskie. Z kolei akces Witosa do bloku nazywanego „Centrolewem" ułatwił przyłączenie się do niego Wojciecha Korfantego i zdomi- nowanej przez niego Chrześcijańskiej Demokracji oraz posłów z Narodowej Partii Robotniczej. Za lidera sześciu stronnictw Centrolewu uważano PPS z Daszyńskim jako powszechnie znanym przywódcą tego ruchu. Liczne wiece organizowane przez partie Centrolewu skupiały swą wrogość na rządzie Świtalskiego, którego odwołanie w grudniu 1929 r. (243 za i 119 przeciw) pokazywało tkwiące w bloku potencjalne możliwości. Realia polityczne były jednak inne. Przedstawiciele zwy- cięskiej opozycji nawet nie próbowali sformować nowego rządu, pozostawiając inicjatywę w rękach Piłsudskiego, któremu podczas spotkania u prezydenta 17 grudnia 1929 r. przedłożyli kilka dość ogólnie zresztą sformułowanych warunków, jak np. przestrzeganie konstytucji i wynikających z niej praw, uniezależnienie sądownictwa, administracji państwowej i wojska od wpływów partii, wstrzymanie wszelkich subsydiów z budżetu państwa na cele partyjne, w tym także wyborcze. Opozycja z ulgą i nadzieją przyjęła utworzony 29 grudnia 1929 r. rząd z Kazi- mierzem Bartlem jako premierem, w którym nie było takich specjalnie krytykowanych osób, jak Stanisław Car <~'7v Fnliri^n Sławoj Składkowski. Swoiste zawieszenie broi „pułkowników" dotyczyło jedynie dzk sięciu tygodni koniecznych dla uchwalenia budżetu. Tlący się kryzys wybuchł 14 marca 1930 r. przegłosowaniem wotum nieufności dla ministra Aleksandra Pry- stora, co premier Bartel uznał za powód do dymisji całego rządu. Z kryzysu tego wyłonił się rząd Walerego Sławka będący, generalnie rzecz ujmując, kopią gabine tu poprzedniego (12 ministrów pozostało na swych stanowiskach). Jego ofensyw ny, nawet prowokacyjny wobec opozycji charakter uwypuklał duży udział woj skowych, co podkreślał powrót do gabinetu gen. Sławoja Składkowskiego oraz szczególnie nie lubianego Stanisława Cara. Opozycji zamknięto drogę parlamen tarnej walki, gdyż zwołana na 23 maja sesja została jeszcze przed rozpoczęciem obrad odroczona na 30 dni. Lekceważeni posłowie, zebrani w Sejmie zgodnie z ogłoszonym terminem, przyjęli uchwałę krytykującą nie tylko rząd, ale także — co było nowością — prezydenta. Szczególnie aktywni w gronie opozycji posłowie Centrolewu współorganizowali liczne antyrządowe wiece i demonstracje. Szczy towym punktem prowadzonej wówczas agitacji był ogólnokrajowy Kongres Obro ny Prawa i Wolności Ludu zwołany do Krakowa na 29 czerwca. Domagając się przywrócenia rządów parlamentarnych zapowiadano umasowienie walki, planu jąc na 14 września 1930 r. marsz protestacyjny do stolicy. Konsolidacja sił Centrolewu wywołała zdecydowaną kontrakcję rządu, na cze le którego 25 sierpnia 1930 r. stanął ponownie Piłsudski. Tym razem wicepremierem „do papierkowej pracy" został płk Józef Beck; płk Sławek natomiast razem SANACYJNY SYSTEM WŁADZY 197 z ministrem spraw wewnętrznych gen. Sławojem Składkowskim otrzymali zada-nie przygotowania przedterminowych wyborów. Prezydencki dekret rozwiązujący parlament z dniem 30 sierpnia powodował, że członkowie opozycji utracili ochronę, jaką im dawał immunitet poselski. W nocy z 9 na 10 września kilkunastu polityków, którzy szczególnie narazili się Piłsudskiemu, zostało aresztowanych. Najwięcej wśród nich było socjalistów (Norbert Barlicki, Adam Ciołkosz, Stanisław Dubois, Herman Lieberman, Mieczysław Hastek i Adam Pragier) oraz Ukraińców (Włodzimierz Celewicz, Dymitr Palijew, Aleksander Wysłocki, Jan Leszczyński i Oscyp Kohut). Największe jednak wrażenie wywarło aresztowanie tak znanych polityków, jak Wincenty Witos i Władysław Kiernik z PSL „Piast", Wojciech Korfanty z ChD, a także Karol Popiel z NPR, Kazimierz Bagiński z PSL „Wyzwolenie" czy Aleksander Dębski ze Stronnictwa Narodowego. Aresztowanych przewieziono do więzienia wojskowego w Brześciu nad Bugiem. Rząd zaś ogłosił, że eks-posłowie są winni nie tylko przestępstw kryminalnych (kradzieże, oszustwa, przywłaszczenia), ale również politycznych, jak strzelanie do policji, nawoływanie do gwałtów i wystąpień antypaństwowych. Ogromne poruszenie wywołane przez tę akcję wzmagały dalsze aresztowania trwające przez cały czas kampanii wyborczej, które objęły około 5 tyś. osób, w tym 84 byłych posłów i senatorów. Szczególnie wrogo władze były usposobione wo bec działaczy PPS (ponad tysiąc aresztowanych) oraz liderów ukraińskich. Aresz- townnio™ -—-d stu byłych postów orr>-' Jm-l/i z ukraińskiej elity towarzyszyła p- -kowa. Stała się ona głs owodu skarg wniesionych przez na forum Ligi Narodów. Wzmogło to z kolei sympatię dla rządu -trony polskiej prawicy, odwołującej się do nacjonalistycznych haseł. Ujawnia- jt(vV się na tym tle konsensus sanacji i prawicy zaczął się w 1927 r., kiedy zostało aresztowanych około 800 działaczy białoruskiej „Hromady" oraz związanych x nią związków zawodowych, członków Towarzystwa Białoruskiej Szkoły oraz innych organizacji i stowarzyszeń. Wśród aresztowanych znalazło się także trzech posłów, którzy reprezentowali mniejszość białoruską w Sejmie. Pomocną dłoń w tvni wypadku zaoferował marszałek Rataj, który współpracował w redagowaniu zarzutów wobec posłów ujętych „na fakcie dokonywania zbrodniczej działalności skierowanej przeciwko bezpieczeństwu i całości państwa, a kierowanej i prowadzonej przez obce czynniki za pieniądze idące zza granicy". Tak silna motywacja spowodowała, że Sejm przegłosował uchwałę o przekazaniu posłów białoruskich sądom, co —jak to odnotowuje Rataj — wywołało entuzjazm prawicy. Rozprawa z „Hromadą" została zakończona zakazem jej działalności, co prawica traktowała jako fragment bardziej zdecydowanej polityki wobec mniejszości. Nie dziwi przeto, że także pacyfikacja w Małopolsce Wschodniej w 1930 r. spotkała się nie tylko z uznaniem polskich nacjonalistów, ale także Polaków reprezentujących bardziej centrowe, w części nawet lewicowe poglądy. Wiązało się to snącą falą ogólnoeuropejskiego nacjonalizmu, szczególnie widocznego w Niem- czech, który eksponował swe więzy z całą niemczyzną rozsianą po Europie, kon- centrując rewindykacyjną uwagę na ogniwach stosunkowo słabych, jak Czecho- słowacja czy Polska. Ogromny rozgłos nadany w Lidze Narodów pacyfikacji w Małopolsce Wschodniej łączyli Polacy ze zmową niemiecko-brytyjsko-ukraiń- 198 RZĄDY AUTORYTARNE ską mającą na widoku destabilizację Europy Środkowowschodniej. Ten sugestywny wątek był silnie eksponowany w propagandzie wewnętrznej. Pacyfikacja małopolska trwająca od 16 września do 30 listopada 1930 r. to swoisty akompaniament dla trwającej równocześnie kampanii wyborczej. Sanacja, działając poprzez BBWR i administrację państwową, prezentowała się społeczeństwu jako jedyna godna zaufania siła polityczna, zdolna do obrony państwa przed sprzysiężonymi siłami jawnych i ukrytych wrogów, świadomie, ale też nieświa- domie popieranych przez różnej maści wichrzycieli i demagogów. Dążenie do przekonującego sukcesu wyborczego, dającego kwalifikowaną większość pozwa- lającą na zmianę konstytucji, było tak przemożne, że marszałek Piłsudski zgodził się przewodzić liście BBWR-u. Stanowisko swoje uzasadnił w serii wywiadów udzielonych Bogusławowi Miedzińskiemu dla „Gazety Polskiej". W jednym z nich, z 24 października 1930 r. podkreślał, że nigdy wcześniej — chociaż był wielokrotnie proszony — nie zgodził się na umieszczenie swego nazwiska na jakiejkolwiek liście wyborczej, co by zmuszało go do uczestnictwa w walce partyjnej. Zamartwiał się tym, że życiem publicznym Polski rządziło zdemoralizowane partyjniactwo. „Konkurencja partyjna — mówił Piłsudski — poszła u nas od pierwszej chwili istnienia państwa tak dziwacznie i tak ostro, a zarazem z tak wielką ilością kłamstwa i łajdactwa, że od razu zaczęło się wytwarzać to, co nazwałem: cloaca maxima«. Każde nadużycie, każde łajdactwo było dobrym wtedy, gdy robił je człowiek partii własnej, złym zaś tylko wtedy, gdy robił je członek innej partii. Chciwość zaś na pieniądze, jako czynnik siły partyjnej, rosła tak gwałtownie, że każda partia cuchnęła zbyt silnie, abym ja był w stanie wytrzymać. [...] Osobiście nie mogę po prostu znosić tego poczucia nieodpowiedzialności, które tak silnie jest złożone w charakterze Polski. Jest to, zdaniem moim, dowód słabości, gdyż silny człowiek nie może nie szukać odpowiedzialności za swoje czyny i nigdy nie zechce odpowiedzialności za nie unikać. System zaś partyjnictwa, choć nie dał u nas na szczęście przewagi żadnej partii, uczynił jednak brak odpowiedzialności zasadą życia i postępowania. [...] Już mówiłem panu, że ryba cuchnie od głowy — i gdy w centralnych instytu- cjach przeważa cuchnięcie, w kraju całym ten zapach przeważa także [...]. Jeżeli skłoniłem Pana Prezydenta do zarządzenia wyborów — to jest postawienie przed narodem pytania, na które żąda się odpowiedzi — uczyniłem to dlatego, aby raz nareszcie odwrócić kartę historii ze smutnymi dla nas wspomnieniami, z tak smutną, a pełną łajdactw przeszłością; aby na przyszłość swobodniej, łatwiej i snadniej mogła być prowadzona praca nad rozwojem Polski. To pytanie brzmi więc: czy Polska chce, aby jej sejmy były podobne do dawnych i miały cechę suwerenności partii i wychodków partyjnych, rozzuchwalających się stale w nadużyciach — czy też chce z tym zerwać, tak aby śladu z tej przeszłości nie zostało? Jeżeli to pytanie postawiłem, to dlatego, iż jestem przekonany, że panowie wyborcy są daleko lepsi, niż bywali ich wybrańcy, i że nie mają zepsutego gustu do smrodu i do różnego partyjnego paskudztwa". W ogólności wywiad robił przygnębiające wrażenie. Niebagatelną rolę grała też podkreślana kilkakrotnie pewność Piłsudskiego, że jego obóz nie może przegrać wyborów. Władze administracyjno-policyjne wykorzystywały będący w ich dyspozycji aparat państwowy do walki z „wichrzycielami" i „burzycielami", do 199 SANACYJNY SYSTEM WŁADZY których in corpore zaliczano zwolenników ugrupowań opozycyjnych. Ogromnie to utrudniało przeciwnikom sanacji prowadzenie agitacji wyborczej. Nadto jeszcze jawni lub utajeni zwolennicy sanacji licznie reprezentowani w szeregach opozycji skutecznie wykorzystywali różnice zdań w łonie Centrolewu, które dotyczyły niemal wszystkiego. Jedynym istotnie ważnym spoiwem bloku była wrogość wobec będących u władzy „pułkowników". Nie mieli jednak dość siły, aby przeciwstawić sanacji skonkretyzowany program o alternatywnym wyrazie. Wyniki wyborów, nazywanych brzeskimi (od twierdzy w Brześciu, gdzie wię- ziono przywódców Centrolewu), okrzyknięte zostały przez obóz rządzący jako triumfalne zwycięstwo. Rzeczywistość była jednak bardziej złożona. Lista BBWR- u zdobyła 47% głosów, co przekładało się na 249 miejsc w 444-osobowym Sejmie. Mogła więc sanacja spokojnie rządzić, ale zasadniczy cel — większość umożliwiająca zmianę konstytucji — nie został osiągnięty. Brutalnie atakowany Centrolew zdołał zgromadzić 17% ogółu oddanych głosów (79 mandatów), cha- decja i mniejszości po około 14%, endecja niemal 13%. W Senacie posłowie BBWR zajęli 75 miejsc na 111 ogółem. Fanfary sanacji brzmiały szczególnie fałszywie w kontekście niepowodzenia w osiągniętych przez sanację wynikach do Sejmu Śląskiego, gdzie blok rządowy zdobył 19 mandatów, podobnie jak blok łączący kandydatów chadeckich i NPR-u. Na Śląsku języczkiem u wagi byli socjaliści (jeden z PPS-u oraz dwaj z SPD) oraz 7 posłów reprezentujących różne ugrupowania niemieckie. Można więc powiedzieć, że „wybory brzeskie' zakończyły się dla obozu rzą- dowego raczej pyrrusowym zwycięstwem. Korzyści w postaci przewagi zdobytej w obu izbach parlamentu, chociaż ogromnie ważne z punktu widzenia konstytu- cyjnego charakteru władzy w państwie, dezawuowały poniesione w tym czasie straty. Ich rejestr był i jest sporządzany z uwzględnieniem różnych punktów wi- dzenia . Przede wszystkim zakwestionowany, nawet przekreślony został program obozu rządzącego sprowadzany do tzw. sanacji moralnej w elicie władzy. Po prostu hasła i postulaty piłsudczyków z lat 1924-1926 były podczas „wyborów brzeskich" przypominane i wypisane na sztandarach opozycji. Brutalne potraktowanie liderów opozycji, o czym dowiadywało się społeczeństwo podczas trwającego trzy lata procesu sądowego, zniechęcało do sanacji wielu ludzi dotąd neutralnych, a nawet z nią związanych. Wymowna była np. rezygnacja z mandatu posła zdobytego z listy BBWR-u przez prof. Adama Krzyżanowskiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego, na którego skuteczny nacisk wywarło krakowskie środowisko intelektualne. Duży rozgłos zdobyła podobna manifestacja posła Zdzisława I.echnickiego, jednego z liderów prorządowego Związku Naprawy Rzeczypospolitej. Szeroko komentowane było wycofanie się z BBWR-u Witolda Staniewicza będącego od 1926 r. ministrem reform rolnych, czemu towarzyszyło ustąpienie z rządu. Dystansowanie się od współpracy z sanacją stało się „modne", zwłaszcza w kontekście napływających wiadomości o brutalnym traktowaniu Jiderów opozycji należących do ludzi powszechnie znanych, przez wielu szanowanych i uznawanych za przywódców. Związany z sanacją historyk Władysław Pobóg-Malinowski pisze, że pierwsze informacje o „katuszy brzeskiej przyjmowano w kraju 200 RZĄDY AUTORYTARNE z oburzonym niedowierzaniem". Rychło jednak potwierdzona została zasadność oskarżeń opozycji, która ze sprawy więźniów brzeskich uczyniła główny temat antyrządowych wystąpień. Wielu dotychczasowych zwolenników BBWR-u raził agresywny ton mający na celu zdyskredytowanie wrogów politycznych za pomocą obraźliwych słów i naciąganych interpretacji. Dotyczyło to np. Wojciecha Korfantego, aresztowanego 27 września 1930 r., nazajutrz po rozwiązaniu Sejmu Śląskiego. Jego chadeccy zwolennicy dowiedzieli się z gazety wojewody Grażyńskiego, że „największego szkodnika i warchoła w odrodzonej Polsce dosięgła wreszcie ręka sprawiedliwości". Skutek był odwrotny od zamierzonego. Korfanty zyskał dodatkową popularność, czego wyrazem był wybór na posła. Duży udział miała agitacja duchowieństwa. W kościołach, odprawiano modły w intencji uwolnienia, apelując o głosowanie na listę Katolickiego Bloku Ludowego. Wojewoda Grażyński podsumowując jesienną kampanię wyborczą 1930 r. przyznał: „Jeszcze nigdy tak agresywnie ora/tak solidarnie nie walczyło duchowieństwo przeciw obozowi sanacyjnemu". O dokonującej się z wolna reorientacji Kościoła mówiono w obozie władzy już w połowie 1930 r. przy okazji obradującego w Poznaniu I Krajowego Kongresu Eucharystycznego. Jednym z jego efektów było powołanie Instytutu Akcji Kato- lickiej, którego oddziały w roku następnym zorganizowały się w diecezjach. Prze- wodnikiem tego ruchu był miesięcznik „Ruch Katolicki". Kościół katolicki starał się wzmocnić swe wpływy poprzez aktywizację Sodalicji Mariańskiej, różnych związków i organizacji o charakterze społeczno-kulturalno-charytatywnym, silnie rozwiniętą prasę, często i chętnie odwołującą się do zbitki pojęciowej „Polak- katolik". Obecność Kościoła rzymskokatolickiego reprezentującego 65% obywateli państwa była w życiu publicznym widoczna i społecznie akceptowana. Zadrażnienia wybuchały w środowisku pod względem wyznania mieszanym lub zdominowanym np przez wyznawców prawosławia, których w skali kraju było 12%. Niechęć Kościoła do represji brzeskich wiązała się także z tym, że aresztowanie przywódców chłopskich z Witosem na czele szczególnie silnie wzburzyło polską wieś. W tym kontekście sytuacja Kościoła będącego blisko wiernych, ale w symbiozie z władzą była i trudna i delikatna. Przywiązanie, zaufanie, nawet miłość tych „co żywią i bronią" do niekwestionowanego lidera ruchu ludowego skazanego w styczniu 1931 r. na półtora roku więzienia za działania zmierzające do przewrotu politycznego w państwie stało się ważnym spoiwem dla powstania Stronnictwa Ludowego. Nie brak opinii, że bez brzeskiego impulsu ruch ludowy w Polsce pozostałby rozbity na centroprawicowy PSL „Piast" oraz lewicujące PSL „Wyzwolenie" i Stronnictwo Chłopskie. Kandydatura Witosa na prezesa Rady Naczelnej SL nie miała konkurenta ani podczas kongresu zjednoczeniowego, który odbył się w marcu 1931 r., ani podczas późniejszych kongresów odbytych w latach 1935 i 1938. Dlatego też przeciągające się postępowanie sądowe, aż do wyroku Sądu Najwyższego w 1933 r. , co skłoniło Witosa do opuszczenia kraju, było traktowane przez ludowców jako przejaw wrogości ze strony rządu wobec ludzi wsi. Antagonizm ten przybierał także na sile z powodu przeciągającego się kryzysu gospodarczego, który — dotykając wieś szczególnie boleśnie — przyczynił się 201 SANACYJNY SYSTEM Wf.ADZY do rozwoju ideologii agrarystycznej. Różne jtj w v.,^enia, aż po absolutyzację roli chłopów w państwie i rolnictwa w gospodarce narodowej, upowszechniły się zwłaszcza wśród członków powstałego w 1928 r. Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici". Organizacja ta okazała się wielką szkołą przysposabiającą młodzież wiejską do udziału w życiu publicznym na szczeblu wsi, powiatu i państwa. Z jej szeregów wyszło też wielu działaczy ruchu ludowego, który stał się najbardziej konsekwentną siłą antysanacyjną. W tym sensie ułatwione przez wybory brzeskie zjednoczenie ludowców było wielkim osiągnięciem wsi, przejawem rosnącej doj- rzałości politycznej elit chłopskich oraz partycypacji ludności wiejskiej w życiu politycznym na równościowych podstawach. Historyczny wymiar wyborów brzeskich uwypuklają przemiany, jakie pod ich wpływem dokonywały się także w innych ugrupowaniach politycznych zatrwo- żonych brutalnością rządzących, wymierzoną we wszystkich przeciwników. Do- tyczyło to także endecji, której sanacja starała się odebrać wyborców, zawłaszczając niektóre jej hasła, podkreślające wolę dążenia do budowy silnego państwa. Rywalizacja na polu haseł i programów była tym bardziej zawzięta, im bardziej sanacja ewoluowała na prawo, w miarę komplikowania się sytuacji społeczno-go- spodarczej kraju oraz pogarszającej się koniunktury międzynarodowej spowodo- wanej nacjonalistycznymi ambicjami Niemiec. Szczególnie długotrwały bój toczył się o harcerstwo, które było najliczniejszą organizacją skupiającą dzieci i młodzież. Ważną rolę w działalności Związku Har- cerstwa Polskiego odgrywały koła przyjaciół harcerstwa grupujące osoby starsze, najczęściej niegdyś aktywne w tej organizacji. Szczególnie liczni byli wśród nich nauczyciele. Harcerstwo skupiające w wielu szkołach ponadpodstawowych połowę uczniów nie przestawało być organizacją stawiającą członkom wysokie wymagania. Przysięgę harcerską traktowano bardzo serio, o czym świadczą dość liczne przypadki wykluczeń oraz równie liczne powroty skruszonych członków. Obowiązujące u progu okresu międzywojennego przyrzeczenie harcerskie za- wierało 10 punktów. Skautowe, przedwojenne normy postępowania miały uni- wersalny charakter, gdyż: 1. Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy; 2. Harcerz służy Ojczyźnie i dla niej spełnia sumiennie swoje obowiązki; 3. Harcerz jest po- żyteczny i niesie pomoc bliźniemu; 4. Harcerz w każdym widzi bliźniego, a za brata uważa każdego innego harcerza; 5. Harcerz postępuje po harcersku; 6. Harcerz miłuje przyrodę i stara się ją poznać; 7. Harcerz jest karny i posłuszny rodzicom i wszystkim swym przełożonym; 8. Harcerz jest zawsze pogodny; 9. Harcerz jest oszczędny i ofiarny; 10. Harcerz jest czysty w myśli, mowie i uczynkach, nie pali tytoniu, nie pije napojów alkoholowych. Harcerstwo mimo licznych deklaracji o apolityczności było terenem ostrej ry- walizacji. Endecy, korzystając z wydatnego wsparcia Kościoła katolickiego, sku- tecznie opierali się infiltracji wychowania państwowego, którym sanacja chciała wyprzeć dominujące w harcerstwie wychowanie narodowe, przypominające, że harcerz to przede wszystkim dobry Polak i katolik. Przełomowy w tym względzie był rok 1930, kiedy przewodniczącym ZHP został znany piłsudczyk, wojewoda śląski Michał Grażyński. W jego ustach twierdzenie o apolityczności harcerstwa brzmiało jak frazes. Przeczyła zresztą temu także działalność różnych, aczkolwiek mniej licznych organizacji harcerskich, jak np. Pionier Polski (związane z KPP), 202 RZĄDY AUTORYTARNE Czerwone Harcerstwo TUR (związane z PPS) czy żydowska Haszomer Hacair ^kierowana przez Poa\q Syjon-Prawica) . Rywalizacja o wpływy wśród młodzieży nasilająca się w atmosferze polaryzacji politycznej w państwie przejawiała się m.in. w powołaniu przez „pułkowników" Legionu Młodych — Akademickiego Związku Pracy dla Państwa, który miał stanowić alternatywę dla organizacji endeckich silnie zakorzenionych zwłaszcza w środowisku studenckim. O sile ideologii narodowej może świadczyć duża aktywność półiawneeo Ruchu Młodych Obozu Wielkiej Polski prześcigającego swych starszych kolegów w głoszeniu haseł nacjonalistycznych, nieraz nawet szowim- stycznych i rasistowskich- . za W walce z sanacją jako siłą osłabiającą prężność narodu polskiego, wysługu,ą- ca- sfe masonem i syjoińBtwń .sekundowały „młodym" inne związk, , stowarzy szeni z Młodzią Wszechpolską na czele. Sugestywna mzacji docierała do stosunkowo szerokich kręgów społeczny rozwiniętej prasy. Bardziej złożony był natomiast stosunek centroprawicowego, do rozwijanej aktywności bezpośrednie, o ^ jówkarskim. Kontekst społeczny, polityczny i wręcz kryminalny skłonił władzę do zdecydowanego kontrataku. Na przełomie lat 1932-1933 zakazały one działal ności OWY, co^MftogJofeKSKRtw całym, ruchu narodowym oraz pogłębiło trwa jące „od zawsze" spory dotyczące ']ego \aVtyVi is\rategń.C7,ęśt „Tri\t^tVi" %\e«?a nawet potrzebę znalezienia modus vivendi z sanacją i współdziałania z nią w staraniach o umacnianie państwa, zwłaszcza wobec stale przypominanego za grożenia ze strony pangermanizmu. Rzecznikiem takiej ewolucji byli niektórzy działacze Sekcji Młodych Stronnictwa Narodowego, a zwłaszcza Związku Mło dych Narodowców. Z drugiej strony, na przełomie lat 1933-1934 wykształciła się w Warszawie orga- nizacja o wyraźnie faszystowskim charakterze pod nazwą Obóz Narodowo-Rady- kalny. Liderzy tego nurtu z Janem Mosdorfem na czele odcinali się jednak od trium- fującego już w Niemczech hitleryzmu, sięgając do wzorców realizowanych przez Mussoliniego w Italii. Skrajnie prawicowy, wyraźnie totalitarny program głosiła grupa Bolesława Piaseckiego, który dokonał w ONR rozłamu tworząc ONR „Falangę". Ewolucji organizacyjnej i programowej endecji lat trzydziestych towarzyszyły więc secesje i rozłamy o różnym kierunku, co uwypuklało stale aktualna prawdę, że był to zawsze ruch wielonurtowy. Rozbicie i rozdrobnienie endecji, w której rosnącą rolę odgrywał Tadeusz Bielecki, mieniący się zresztą jak wszyscy ludzie tego ruchu „uczniem Dmowskiego", ułatwiało władzom eliminację ich wpływów z różnych organizacji i związków o charakterze społeczno-politycznym. Dotyczyło to także ogromnie ważnego dla sanacji ruchu kombatanckiego. Kierowana przez gen. Romana Góreckiego Federacja Związków Obrońców Ojczyzny skupiała w połowie okresu międzywojennego 1300 tyś. członków. Jej organizacyjny i ideowy trzon stanowił Związek Legionistów (kierował nim płk Walery Sławek) oraz Związek Peowiaków (pod przewodnictwem Mariana Zyndrama-Kościałkowskie- go). Swoistym młodzieżowym ramieniem tego ruchu był Związek Strzelecki na- wiązujący nazwą i charakterem do swego paramilitarnego poprzednika z czasów przedwojennych, który pod sztandarem miłości dla Piłsudskiego skupiał około 700 tyś. młodych ludzi, 203 SANACYJNY SYSTEM WŁADZY Polski ruch kombatancki był nie tylko rozbity, ale silnie zantagonizowany. Prze- szłość, kojarzona ze sztandarem, pod którym szli do boju Polacy zapatrzeni w odrodzenie państwa, zatruwała życie społeczne niejednego miasteczka. W po- granicznym Szubinie było aż siedem organizacji kombatanckich. Były to: Towa- rzystwo Powstańców i Wojaków, Związek byłych Uczestników Powstań Narodo- wych (od 1932 r. Związek Weteranów Powstań Narodowych RP 1914/1919), Związek Hallerczyków, Związek Inwalidów Wojennych RP, Związek Oficerów Rezerwy RP oraz Związek Rezerwistów. Wszystkie zajmowały się sprawami uczest- ników wojen, ich rodzinami oraz wdowami i sierotami po poległych, urządzały szkolenia wojskowe dla członków (zawody strzeleckie, marsze bojowe itp.), orga- nizowały kiermasze, loterie, zabawy. Różnie motywowana, często ostra rywalizacja trwała także w ruchu zawodo- wym, gdzie prosanacyjny Związek Związków Zawodowych grupując około 170 tyś. członków z wolna dystansował endeckie Zjednoczenie Zawodowe Polskie (ok. 150 tyś. członków) oraz Chrześcijańskie Związki Zawodowe (ok. 80 tyś. członków). Największe wpływy w świecie pracy miał klasowy Związek Stowarzyszeń Zawodowych, który skupiał ponad 200 tyś. członków (na ogółem 800 tyś. w 1929 r.). Pierwszorzędną rolę w klasowym ruchu zawodowym odgrywała PPS, której po- zycja społeczno-polityczna pod wpływem wyborów brzeskich doznała silnego uszczerbku. Licząca 40 tyś. członków partia poniosła w wyborach duże straty, wyrażające się mniejszą o połowę liczbą posłów w parlamencie. XXII Kongres PPS w Krakowie, który obradował w maju 1931 r., uznał współpracę w ramach Cen- trolewu za bardzo kosztowną. W toku obrad wyłoniły się trzy stanowiska: 1. akceptacja dotychczasowej linii partii i starania o odbudowę Centrolewu (m. in. Norbert Barlicki, Tomasz Arci- szewski, Mieczysław Niedziałkowski, Kazimierz Czapiński, Kazimierz Pużak); 2. kontynuowanie walki z sanacją pod hasłem utworzenia rządu robotniczo-wło- ściańskiego, ale bez wchodzenia w alianse z innymi antysanacyjnymi ugrupowa- niami oraz komunistami (Zygmunt Zaremba, Antoni Szczerkowski, Adam Cioł- kosz, Stanisław Dubois); 3. współpraca PPS z partiami socjalistycznymi, mniejszości narodowych oraz komunistami gwarantująca skuteczną walkę z sanacją (Bolesław Drobner, Oskar Lange, Jan Kawalec). Przewagę na kongresie zdobyli zwolennicy pierwszych dwóch stanowisk. Wobec braku widoków na szybką odbudowę Centrolewu elita polskich socjalistów widziała konieczność zradykalizowania haseł i metod działania. W tym duchu zabierali też głos członkowie prezydium CKW w składzie: Tomasz Arciszewski (przewodniczący), Jan Kwapiński (zastępca) i Kazimierz Pużak (sekretarz generalny) oraz redaktor naczelny „Robotnika" Mieczysław Niedziałkowski. Ten zespół ludzi decydował o bieżącej polityce PPS aż do wybuchu II wojny światowej. Socjaliści orientując się na samodzielną walkę z sanacją kładli nacisk na akty- wizację ruchu zawodowego oraz prace kulturalno-oświatowe. Ograniczone efekty tego programu, widoczne m.in. w spadku liczby członków opłacających składki (na początku 1933 r. podano, iż z obowiązku tego wywiązywało się 12 tyś. osób), skłoniły socjalistów do stopniowej zmiany stosunku do komunistów — z negatywnego na neutralny, a nawet „jednolitofrontowy". Ewolucja ta była możliwa dzięki zmianom, jakie zachodziły także w KPP, gdzie przez wiele lat uważa- 204 ,,,,,,,. \UTORYTARNE no socjalistów za obiektywnych sojuszników prawicy, nazywając ich socjalfaszy- stami. Poglądy te podzielało około 20 tyś. członków KPP oraz kilka tysięcy członków Związku Młodzieży Komunistycznej, pospołu przejętych idealistyczną wizją budowy sprawiedliwego świata bez wyzysku, przemocy, granic. KPP zgodnie z dyrektywami Kominternu uznawała np. prawo ludności Gdańska czy Śląska do swobodnego decydowania o swej przynależności państwowej, a więc wypowiadała się za przyłączeniem tych terenów do przyszłych, rewolucyjnych Niemiec. Trzeba było zwycięstwa hitlerowców, aby komuniści polscy odstąpili od takich pomysłów. Oczywiście zasadniczy wpływ na ich poglądy miały ustalenia Kominternu, w którym zwyciężył pogląd, że jedną z głównych przyczyn zwycięstwa hitleryzmu w Niemczech (będących od zarania komunizmu nadzieją światowej rewolucji proletariackiej) było rozbicie ruchu robotniczego oraz lekce- ważenie współdziałania z innymi antyfaszystowskimi siłami społecznymi. Rodzący się w wielkich bólach program jednolitego frontu świata pracy przeciwko faszyzmowi przybrał w warunkach polskich formę współdziałania komunistów, socjalistów i ludowców przeciwko sanacji i endecji. Wybory brzeskie, będące ważną cezurą w dziejach kultury politycznej państwa i społeczeństwa polskiego, położyły się cieniem nie tylko na sanacji jako specyficznej formacji społeczno-politycznej, ale także na osobie Piłsudskiego. Świetlana dotąd legenda „ojca ojczyzny" — jak nazywano Marszałka w wielu domach zwłaszcza Kongresówki — doznała uszczerbku, nierzadko załamała się. „Brześć" stał się dla wielu jego zwolenników synonimem przekroczenia dopuszczalnej granicy w walce z konkurentami do władzy i chwały jedynego sprawiedliwego. Społeczne koszty operacji brzeskiej szły w zawody z przygnębieniem zwycięzcy, że mimo wszystko sukces nie był na tyle przekonujący, aby dyskutowana od 1929 r. nowa konstytucja uzyskała poparcie wymaganej większości. „Szarpnąłem się silnie i już więcej nie mogę pracować" — powiedział Piłsud-ski na posiedzeniu rządu 28 listopada 1930 r. Jego miejsce jako premiera 4 grudnia 1930 r. zajął płk Walery Sławek; wicepremierem został płk Bronisław Pieracki. W rządzie tym na 15 ministrów aż 8 było wojskowych, co uzasadniało rozpo- wszechniony pogląd, że Polską rządzą jednak „pułkownicy". Oni też wprowadzali do podległych im urzędów i agend „swoich" ludzi, bardzo często wojskowych. Polityka ta napotykała sprzeciwy pracowników cywilnych, którym przybysze z armii utrudniali awanse i zajmowali pożądane przez nich posady. Przykładów świadczących o konfliktach na tym tle dostarczają nie tylko resorty kierowane przez „pułkowników", ale także dopiero przez nich „zdobywane". W grudniu 1930 r. do Ministerstwa Spraw Zagranicznych został „oddelegowany" płk Józef Beck. Nominacji tej towarzyszyło pytanie, kiedy ten bliski i zaufany współpracownik Komendanta stanie na czele resortu, którym od 1926 r. kierował August Zaleski. Nasilający się proces wymiany kadry oraz napływ wojskowych Jan Gawroński oceniał w bardzo dosadnych słowach: „Do MSZ wnieśli bezmyślność wojskowej dyscypliny, ignorującej walory tego autentycznego humanizmu [...] wnieśli ducha walki, nie przebierającej w środkach, nie liczącej się z aktualnymi możliwościami". Doraźny i połowiczny sukces odniesiony jesienią 1930 r. przez Piłsudskiego nad jego najważniejszymi przeciwnikami politycznymi nie został przez niego zdys- 205 SANACYJNY SYSTEM WŁADZY kontowany. Wręcz przeciwnie. Wybory brzeskie były ostatnią dużą akcją poli- tyczną z jego osobistym udziałem, która pozytywnie zweryfikowała wyrażone wcześniej przekonanie, że w Polsce nie można rządzić za pomocą bata. W rozmowie z Arturem Sliwińskim powiedział, że „Polacy mają instynkt wolności. W Polsce nie można rządzić terrorem...". Wyzierająca z tych słów rezygnacja wiązała się także z objawami choroby, które trapiły 63-letniego Marszałka i jego otoczenie. Sprawa nabrała olbrzymiego rozgłosu, kiedy do kurującego się od 15 grudnia 1930 r. na Maderze Marszałka zaczęły napływać worki z kartkami i listami zawierającymi życzenia powrotu do zdrowia. Nakręcana przez usłużnych urzędników rywalizacja o to, która szkoła, urząd, gmina czy powiat wyekspediuje na Maderę liczniejszą pocztę, mówi wiele o sytuacji w Polsce. Takiej nawałnicy korespondencji spokojna i przepiękna wyspa portugalska na Atlantyku nigdy nie przeżywała. Rozgłos towarzyszący tej akcji nie szedł w parze z pożądanym przez Marszałka spokojem. W podróży oraz trzymiesięcznej kuracji słońcem, powietrzem i ruchem (Piłsudski nie znosił lekarzy) towarzyszyła mu dr Eugenia Lewicka, lekarka specjalizująca się w fizjoterapii, która od 1927 r. była członkiem Rady Naukowej Wychowania Fizycznego przy Ministrze Spraw Wojskowych. Jej przewodniczącym był Piłsudski, który uległ urokowi wysportowanej, pięknej i o połowę jego lat młodszej lekarki . To ona zapewne była faktycznym lub wymarzonym odbiorcą bardzo emocjo-i- i/i!nvrh listów pisanych przez Piłsudskiego na przełomie lat dwudziestych i trzy-Ć. ch do nieokreślonej kobiety, na pewno nie żony. Niewątpliwie „kamaryla belwederska" spowodowała, że dr Lewicka z niejasnych powodów przerwała swój pobyt na Maderze, co można łączyć z pojawieniem się na wyspie kapitana Mieczysława Lepeckiego, wysłanego tam na polecenie płk. Becka. Jego misja była o tyle dziwna, że Marszałek nie życzył sobie żadnej świty poza wspomnianą dr Lewicka oraz zaprzyjaźnionym i wiernym pułkownikiem, dr Marcinem Woy- czyńskim. Niezmiernie intrygujące jest to, że operujący świetnie piórem kapitan Lepecki detalicznie opisuje we wspomnieniach pobyt Piłsudskiego na Maderze, ale słowem nie wspomina o spotkaniu tam dr Lewickiej. Jej samobójstwo popeł- nione 27 czerwca 1931 r. było wielką sensacją „warszawki" i znalazło się w szeregu kilku zagadkowych, łączonych z aktywnością „kamaryli belwederskiej". Piłsudski w towarzystwie płk. Wieniawy-Długoszowskiego oraz gen. Sławoja Składkowskiego uczestniczył w mszy żałobnej. Uronił łzę, ale w kondukcie nie uczestniczył. Miejsce dr Lewickiej w życiu Piłsudskiego, kobiety szlachetnej i prawej, jest trudne do określenia. Palmę pierwszeństwa dzierżyła matka, z którą czuł się silnie związany emocjonalnie do końca życia. Jej miłość i pamięć była mu najdroższa, co wiązał ze szczególnym sentymentem do Matki Boskiej. Bardzo przeżył Piłsudski śmierć w 1908 r. młodziutkiej pasierbicy Wandy, której wspomnienie uhonorował nadaniem takiego samego imienia swej pierworodnej córce, zrodzonej z Aleksandry Szczerbińskiej. Nie skrywane specjalnie uwielbienie do córek — Wandy i Jagody, które pojawiły się w jego życiu bardzo późno, było powszechnie znane i bardziej widoczne niż wobec żony pozostawianej w cieniu. Do kraju powrócił Piłsudski z Madery 29 marca 1931 r. kontrtorpedowcem „Wicher". Nieliczni spośród witających go w Gdyni zdawali sobie sprawę z głębokich zmian, jakie dokonały się w jego psychice pod wpływem „wyborów 206 RZĄDY AUTORYTARNE brzeskich" i rekonwalescencji na Maderze. Coraz wyraźniej ograniczał swą ak- tywność, bardzo niechętnie występował publicznie, mało pisał. Ulubioną rozrywką Piłsudskiego były prywatne seanse filmowe w Belwederze, także z udziałem aktorów polskich. Do obrazów szczególnie go bawiących należała kreskówka Walta Disneya Myszka Miki (myszy żywych nie cierpiał, nawet się ich bał). Za kunszt aktorski i inteligencję cenił Charlie Chaplina. Ponad wszystkie rozrywki wynosił pasjanse, co by sugerowało fatalistyczne podejście do życia. Władzę zaś nad pań- stwem oddał swoim wypróbowanym, na ogół wiernym i bardzo wiernym współ- pracownikom. Ożywiał się, kiedy na porządku dnia prac państwowych stawały sprawy polityki zagranicznej oraz wojska. Kolejni premierzy z lat 1931-1935, a więc Walery Sławek, Aleksander Prystor, Janusz Jędrzejewicz, Leon Kozłowski i ponownie Sławek, pozostawiali sprawy te w gestii Piłsudskiego, bardzo zresztą zazdrosnego o swoje prerogatywy utrwalone przez kilkuletnią praktykę. Zmiany gabinetów nie miały wpływu ani na program rządu, ani na jego społeczno-poli- tyczny charakter. Janusz Jędrzejewicz, który objął urząd premiera 10 maja 1933 r., napisał: „W myśl ustalonej tradycji każdy z rządów pomajowych był rządem mar- szałka Piłsudskiego. Nie musiałem więc, ani nie chciałem występować z żadnym innym, nowym programem pracy". Do sytuacji tej znakomicie dostroił się prezydent Ignacy Mościcki, który w 1933 r. został wybrany przez Zgromadzenie Narodowe na drugą siedmioletnią kadencję. Niemiłym zgrzytem było to, że głosowanie zbojkotowało ponad 200 posłów i senatorów reprezentujących lewicę, ludowców, endeków oraz mniejszości. Ten symboliczny policzek wymierzony usłużnemu wobec sanacji Mościckiemu oraz całemu obozowi władzy nie przyhamował nasilających się od „Brześcia" tendencji autokratycznych wyrażonych m. in. w noweli ustawy samorządowej z lipca 1933 r., która podnosiła granicę czynnego prawa wyborczego z 25 do 30 lat i prawa biernego z 21 do 24 lat. Przeprowadzone w oparciu o tę ordynację wybory do samorządu terytorialnego odbyły się w atmosferze generalnej krytyki wobe< tzw. ustawy scaleniowej, która ograniczając kompetencje rad gromadzkich, gmin nych i miejskich przekazywała je uzależnionym od administracji państwowej or ganom wykonawczym. Zwieńczeniem ewolucji ustrojowej miała być nowa konstytucja, nad którą prace trwały od majowego przewrotu. Jej autorzy przykrawali ją na miarę Piłsudskiego. Nieprzezwyciężalną przeszkodą dla jej wprowadzenia był brak wystarczającego poparcia w Sejmie. W styczniu 1934 r. Stanisław Car jako przewodniczący Komisji Konstytucyjnej, wykorzystując nieobecność opozycji, która demonstracyjnie opuściła posiedzenie Sejmu, zaproponował, aby tezy konstytucyjne BBWR-u uznać za formalny projekt konstytucji. Wniosek został przegłosowany, co jednak nie przypadło do gustu Marszałkowi, który uznał, że posługiwanie się „trickiem i dowcipem" w przypadku ustawy zasadniczej nie może mieć miejsca. Dlatego przez prawie rok o projekcie konstytucji dyskutował Senat. Jego sugestie zmian Sejm przyjął zwykłą, a nie kwalifikowaną (2/3) większością głosów. Uzasadniało to protesty opozycji stale przypominającej, że konstytucja została uchwalona wbrew prawu i dlatego nie może obowiązywać. Konstytucja, którą prezydent Mościcki podpisał 23 kwietnia 1935 r., wieńczyła wysiłki sanacji w zakresie tworzenia systemu autorytarnego z Piłsudskim w roli 207 SANACYJNY SYSTEM WŁADZY głównej. Mimo powszechnie znanych i zauważalnych oznak pogarszającego się zdrowia Marszałka i jego coraz bardziej uzasadnionego usuwania się w cień (zmarł 12 maja 1935 r.), elita władzy nie zrezygnowała z pierwotnej koncepcji. Trzymanie się tego projektu, a nawet nasilenie zabiegów o sformalizowanie funkcjonującego także bez autorytarnej konstytucji systemu każe zwrócić uwagę na trwającą już za życia Komendanta walkę o schedę po nim. W tym sensie konstytucja kwietniowa była przede wszystkim dzieckiem szeroko rozumianej „kamaryli belwederskiej" zatroskanej perspektywą utrzymania władzy, kiedy zabraknie ich wybitnego, przez wielu kochanego lidera. Nowa konstytucja wieńcząc i formalizując przebudowę ustroju państwa była zaprzeczeniem filozofii, którą przesiąknięta była jej poprzedniczka z 1921 r. Od 1935 r. ustrój państwa kształtowały cztery zasady: solidaryzmu, prymatu państwa nad społeczeństwem (jednostką), elitaryzmu oraz jednolitej i niepodzielnej władzy prezydenta. Miejsce narodu jako podmiotu praw zajęło państwo, jako wspólne dobro wszystkich jego obywateli, a więc także mniejszości narodowych. Rzecznicy tej zamiany wskazywali, że była to próba odejścia od nacjonalistycznej (endeckiej) wykładni, wedle której jedynie naród polski jest pełnoprawnym gospodarzem w kraju. Tymczasem państwo polskie „wskrzeszone walką i ofiarą najlepszych swoich synów ma być przekazywane w spadku dziejowym z pokolenia w pokolenie". W tym sensie państwo stawało się pojęciem nadrzędnym względem narodu, zgodnie z przekonaniem, że wszyscy mieszkańcy, bez różnicy narodowościowej czy klasowej, są zobowiązani do troski i dbałości o rozwój swego państwa. „Państwo dąży do zespolenia wszystkich obywateli w harmonijnym współdziałaniu na rzecz dobra powszechnego". Konstytucja kładąc nacisk na ogólnonarodową i integracyjną funkcję państwa przyznawała mu nadrzędność nad społeczeństwem. Termin „państwo" pojawia się w konstytucji najczęściej — aż 33 razy. Preambuła Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 23 kwietnia 1935 r. I. Rzeczpospolita Polska Art.1. 1. Państwo Polskie jest wspólnym dobrem wszystkich obywateli. 2.Wskrzeszone walką i ofiarą najlepszych swoich synów ma być przekazywane w spadku dziejowym z pokolenia w pokolenie. 3. Każde pokolenie obowiązane jest wysiłkiem własnym wzmóc siłę i powagę Państwa. 4. Za spełnienie tego obowiązku odpowiada przed potomnością swoim honorem i swoim imieniem. 1. 1. Na czele Państwa stoi Prezydent Rzeczypospolitej. 2. Na nim spoczywa odpowiedzialność wobec Boga i historii za losy Państwa. 3. Jego obowiązkiem naczelnym jest troska o dobro Państwa, gotowość obronną i stanowisko wśród narodów świata. 4. W jego osobie skupia się jednolita i niepodzielna władza państwowa. II. 1. Organami Państwa pozostającymi pod zwierzchnictwem Prezydenta Rze- czypospolitej są: rząd, sejm, senat, siły zbrojne, sądy, kontrola państwowa. 2. Ich zadaniem naczelnym jest służenie Rzeczypospolitej. III. 1. W ramach Państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa. 208 RZĄDY AUTORYTARNE 2. Państwo zapewnia mu swobodny rozwój, a gdy tego dobro powszechne wymaga, nadaje mu kierunek lub normuje jego warunki. 3. Państwo powoła samorząd terytorialny i gospodarczy do udziału w wy- konaniu zadań życia zbiorowego. IV. 1. Twórczość jednostki jest dźwignią życia zbiorowego. 2. Państwo zapewnia obywatelom możność rozwoju ich wartości osobistych oraz wolność sumienia, słowa i zrzeszeń. 3. Granicą tych wolności jest dobro powszechne. V. Obywatele winni są Państwu wierność oraz rzetelne spełnianie nakładanych przez nie obowiązków. VI. 1. Wartością wysiłku i zasług obywatela na rzecz dobra powszechnego mierzone będą jego uprawnienia do wpływania na sprawy publiczne. 2. Ani pochodzenie, ani wyznanie, ani płeć, ani narodowość nie mogą być powodem ograniczenia tych uprawnień. VII. 1. Praca jest podstawą rozwoju i potęgi Rzeczypospolitej. 2. Państwo roztacza opiekę nad pracą i sprawuje nadzór nad jej warunkami. VIII. Państwo dąży do zespolenia wszystkich obywateli w harmonijnym współ- działaniu na rzecz dobra powszechnego. I.. 1. Żadne działanie nie może stanąć w sprzeczności z celami Państwa, wyrażonymi w jego prawach. 2. W razie oporu Państwo stosuje środki przymusu. Konstytucja kwietniowa była typowym produktem czasów charakteryzujących się poważnym kryzysem rządów parlamentarnych. Wyrażało się to w wydaniu polskim ogromnym przerostem władzy prezydenta, który — jak pisze Jan Waw- rzyniak — „personifikując niejako suwerenność państwa" uzyskał tak dużą władzę, iż „mógł zrobić niemal wszystko w zakresie rządzenia państwem". Prezydent skupiał w swojej osobie jednolitą i niepodzielną władzę państwową. Sytuację tę dobrze syntetyzuje stwierdzenie z preambuły, że prezydent ponosi „odpowiedzialność wobec Boga i historii za losy Państwa". Znaczyło to, że został on wyłączony od jakiejkolwiek prawnej odpowiedzialności za swe czyny. Konstytucja zastępowała też zasadę podziału władz zasadą jednolitej i niepodzielnej władzy prezydenta, który był zwierzchnikiem wszystkich organów państwa, wymienionych w takiej kolejności: rząd, sejm, senat, siły zbrojne, sądy i kontrola państwowa. Rozległe kompetencje prezydenta powiększały tzw. osobiste prerogatywy, a więc uprawnienia, które dla ważności nie musiały mieć kontrasygnaty odpo- wiedniego ministra. Dotyczyło to np. powoływania i odwoływania rządu, przedterminowego rozwiązania parlamentu, mianowania jednej trzeciej składu Senatu. To ostatnie uprawnienie miało o tyle duże znaczenie, że w skład Zgroma- dzenia Elektorów, którzy wybierali prezydenta na 7-letnią kadencję, wchodziły osoby będące uprzednio mianowane na dostojne stanowiska w trybie prerogatyw. Swojsko polskim rozwiązaniem, nie spotykanym w żadnej ówczesnej konstytucji państw republikańskich, była prerogatywa prezydenta do wskazania jednego z kandydatów na swego następcę. Wprowadzała też ona nie znaną wcześniej odpowiedzialność premiera i rządu przed prezydentem, który w każdej chwili mógł gabinet odwołać. Konstytucja mając na celu poszerzenie kompetencji wła- 209 SANACYJNY SYSTEM WŁADZY dzy wykonawczej rozszerzała też uprawnienia premiera mającego obowiązek ustalenia ogólnych zasad polityki państwowej. W sposób zasadniczy konstytucja redukowała rolę parlamentu jako centralnego organu władzy, który został sprowadzony do organu opiniodawczego i po- mocniczego prezydenta. Zmieniła też wzajemne usytuowanie obu izb parlamentu poprzez wywyższanie Senatu kosztem Sejmu. Liczba posłów została poważnie zmniejszona z 444 do 208. W tej sytuacji proporcje posłów w stosunku do senatorów uległy zasadniczej zmianie: poprzednio posłowie to 75% składu parlamentu, od 1935 r. tylko 55%. Zmiany te były dla potencjalnej opozycji tym bardziej dotkliwe, że trzecią część senatorów powoływał prezydent, a pozostałych wybierała w głosowaniu pośrednim elita społeczeństwa, spełniająca takie np. kryteria, jak: wykształcenie (co najmniej średnie zawodowe), zasługi (posiadanie odznaczenia) czy zaufanie społeczne wyrażone w formie piastowania stanowisk z wyboru w samorządach lub organizacjach społecznych. Przeforsowanie nowej konstytucji trybem dalekim od zgodności z prawem zwięk- szało trwający i dotąd nie zakończony spór o jej miejsce w dziejach państwa i narodu. Ówczesna opozycja oraz krytycznie wobec sanacji usposobieni historycy podkreślają jej tendencje autorytarne, dyktatorskie, nieraz nawet faszyzujące. Jej obrońcy podążają traktem wytyczonym przez Poboga-Malinowskiego, który napisał, że myślą przewodnią twórców konstytucji było znalezienie złotego środka między zasadą wolności obywatela i autorytetu władzy. Historyk teri nie krył, że po raz pierwszy w dziejach Polski dano podstawy do „władzy mocnej". Nie widział w tym niczego zdrożnego, skoro konstytucja przewidziała dla prezydenta uprawnienia „węższe od władzy prezydenta Stanów Zjednoczonych demokratycznej Ameryki...". Tak przeciwnicy, jak i zwolennicy nowej konstytucji byli i są zgodni, że jej ogłoszenie to nowy rozdział w dziejach Polski. Za szczególnie widoczny przejaw zmiany uznać trzeba nieobecność w Sejmie przedstawicieli partii i sił opozycyj- nych, co urągało istocie systemu parlamentarnego. Politycy sanacyjni w kraju i poza nim odpierali stawiane im zarzuty, że opozycja postawiła się poza nawias prac państwowych na własne życzenie. Nie pokrywało się to ze stanem faktycznym. Uchwalona w ślad za konstytucją ordynacja wyborcza zrywała bowiem z obowiązującym dotąd systemem wyłaniania reprezentacji parlamentarnej. Wpro- wadzenie jednej listy kandydatów w okręgach (było ich 104) skutecznie eliminowało partie polityczne, zastąpione w tej roli przez specjalne kolegia, składające się w większości z osób uzależnionych od władzy. Listy kandydatów do Sejmu musiały zawierać nie mniej niż cztery nazwiska, przy czym każdy okręg dysponował dwoma mandatami. Zmiany te, pomyślane jako sposób na zakonserwowanie sanacji u władzy i odgrodzenie opozycji od wpływu na kształtowanie elity w państwie, wywołały zgodny protest sił antysanacyjnych, wyrażony w bojkocie wyborów, które odbyły się we wrześniu 1935 r. Skutkiem tego do urn wyborczych poszło nie więcej niż -16% uprawnionych. Nie więcej, gdyż dane odnośnie do liczby głosujących były powszechnie i przekonująco w wielu punktach kwestionowane jako zawyżone. Izby składały się jedynie ze zwolenników sanacji oraz reprezentantów Ukraińców, Żydów i mianowanego przez prezydenta przedstawiciela mniejszości niemieckiej. Z drugiej strony dominująca sanacja także w parlamencie przestała mó- 210 RZĄDY AUTORYTARNE wić jednakowym głosem. Posłowie i senatorzy, wchodząc w skład różnych zespołów opiniotwórczych, nie tyle ścierali się w izbach, ale często zwalczali się poza nimi. Wierność wobec nauk i wskazań Komendanta okazała się tym trudniejsza, że część ludzi sanacji to nowo zwerbowani do niej ludzie, którzy do owych nauk podchodzili z mniejszym pietyzmem. Po wyborach, w konsekwencji splotu wielu czynników, pozycja Sejmu doznała poważnego osłabienia, a jego miejsce w systemie władzy stało się trzeciorzędne jako fasada i kosztowna dekoracja. Parlamentarzyści nie związani żadną dyscypliną partyjną (nawet BBWR został rozwiązany) uczestniczyli w różnych luźno powiązanych grupach interesów, w części odzwierciedlających tarcia występujące w sanacji jako całości. Konstytucja kwietniowa była przejawem zwycięstwa sanacji i polskiej prawicy nad tradycją burżuazyjno-demokratyczną znajdującą najpełniej wyraz w parla- mentaryzmie. Stanowiła ona podsumowanie i syntezę polskiego autorytaryzmu kładącego nacisk na kult państwa, dominującą rolę prezydenta i władzy wyko- nawczej, przy ograniczonej roli władzy ustawodawczej oraz praw obywatelskich. Pamiętając o tym trzeba też powiedzieć, że Sejm pod rządami konstytucji kwiet- niowej był mimo wszystko odbiciem życia kraju. Pojawiające się z różnych powodów interpelacje przydawały izbie cech realności. W tym sensie Sejm polski nie zszedł do roli, jaką parlamentom wyznaczyli dyktatorzy w innych krajach (Włochy, ZSRR, od 1933 r. Niemcy), o których mówiono, że są to najdrożej opłacane chóry męskie na świecie. Polityka zagraniczna jakkolwiek odrodzonej Polsce stale towarzyszyły spory dotyczące polityki za- granicznej, to jednak amplituda ruchów w tej dziedzinie była bardzo ograniczona. Z drugiej strony powolne reagowanie państwa zdominowanego w latach 1924--1926 przez rządy „Chjeny" na zmieniający się układ sił na arenie międzynarodowej wyzwalało ostre ataki przeciwników politycznych, piłsudczyków, przeświadczonych, że niekorzystnej ewolucji trzeba położyć kres szybko i zdecydowanymi środkami. Dokonujące się w tych latach przegrupowanie europejskiej sceny politycznej polegało na nowej roli Niemiec. Przeforsowana w Republice Weimarskiej przez Gustava Stresemanna polityka wypełniania postanowień pokoju wersalskiego wzbudzała zachwyt możnych ówczesnego świata. Byli oni przekonani, że poddane kontroli Niemcy mogą zostać dopuszczone do współudziału w kształtowaniu polityki europejskiej na zasadach partnerskich. Z tej filozofii wyrosły — wzmian- kowane już wcześniej — porozumienia lokarneńskie sfinalizowane jesienią 1925 r. i uznane przez polityków Zachodniej Europy za przełomowe wydarzenie w wie- lowiekowych zmaganiach romańsko-germańskich. Współtwórcą tego sukcesu była Wielka Brytania — nie tylko faktyczny autor tej koncepcji, ale także najważniejszy jej gwarant. Londynowi sekundował Rzym, dumny z tego, że może uczestniczyć w tym przedsięwzięciu, stwarzającym znakomitą okazję do wychwalania budowanego u siebie nowego porządku społecznego. 211 POLITYKA ZAGRANICZNA Elementem owego przegrupowania w polityce europejskiej było przyrzeczenie złożone Niemcom, że zostaną przyjęte do Ligi Narodów i zasiądą tam z mandatem stałego członka Rady Ligi, co automatycznie oznaczało uznanie ich mocarstwowego statusu. Pośpiech, z jakim Londyn i Paryż oraz mniej aktywny Rzym dokonywały przesunięć na scenie europejskiej, wzbudzał opór państw średnich i mniejszych. To one spowodowały niepowodzenie specjalnego zgromadzenia Ligi Narodów zwołanego w marcu 1926 r. do Genewy właściwie tylko po to, aby przyjąć Niemcy do Ligi Narodów. Tymczasem Brazylia, Belgia, Chiny, Hiszpania i Polska domagały się uznania ich specjalnego statusu i przyznania razem z Niemcami stałego miejsca w Radzie Ligi. Dyskusje wokół tej sprawy były na tyle ostre, że Brazylia i Hiszpania opuściły Ligę Narodów. Bardziej skora do ustępstw Polska uzyskała tzw. miejsce półstałe. Znaczyło to, że po upływie trzyletniej kadencji jako członka niestałego Polska mogła bez żadnej karencji (rocznej lub dłuższej) zgłosić swą kandydaturę na kolejną kadencję. Dzięki temu Polska, poczynając od 1926 r. (do 1938 r., kiedy zrezygnowała z kandydowania), była członkiem Rady, wybieranym tzw. dobrą większością (np. w 1929 r. 50 na 52 uczestniczących w tajnym głosowaniu). Wśród niestałych członków w Radzie najdłużej uczestniczyła Hiszpania — 16 lat, potem Polska — 12 lat, Chiny — 11, Belgia — 10, Czechosłowacja i Szwecja — po 7. Zanim Niemcy we wrześniu 1926 r. zostały przyjęte do Ligi i zajęły stałe miejsce w Radzie, podpisały 24 kwietnia 1926 r. w Berlinie układ ze Związkiem Ra- dzieckim, w którym potwierdziły, że podstawą wzajemnych stosunków pozostaje traktat w Rapallo zobowiązujący strony do przyjaznego kontaktu i uzgadniania wszelkich spraw natury politycznej i gospodarczej. „Linia rapallska" stanowiła trudne do przecenienia zagrożenie dla Europy wersalskiej, w tym zwłaszcza dla państw mających konflikty czy to z Niemcami, czy to ze Związkiem Radzieckim. Sytuacja Polski była szczególna, gdyż było to jedyne państwo graniczące z obu tymi mocarstwami, a ponadto mające z nimi liczne zadawnione spory. Sposób ich rozwiązania u progu okresu międzywojennego był tak w Berlinie, jak i w Moskwie traktowany jak najgorzej. Powrót do stanu przedwojennego, kiedy oba mocarstwa graniczyły ze sobą, był pożądany nie tylko przez polityków z tych państw, ale także oczekiwany przez dużą część ich obywateli. Obiektywnymi sojusznikami tych planów byli internacjonaliści, także polscy, o czym m. in. świadczy uchwała VI Zjazdu KPP z października 1932 r., gdzie widniało zdanie, że „państwo polskie powstało jako przedmurze imperializmu Ententy przeciwko rewolucji proletariackiej, jako ogniwo imperialistycznego systemu wersalskiego". Jednomyślność społeczeństwa niemieckiego w sprawie niesprawiedliwego, grabieżczego i haniebnego w ich przekonaniu traktatu wersalskiego (będącego z kolei kamieniem węgielnym odrodzonej Polski) była dobrze i powszechnie znana. Dlatego też każda sposobność dokumentująca generalną niechęć do Polski znajdowała wśród Niemców żywe poparcie. Dobrze to widać po trwającej niemal dziesięć lat wojnie celnej, która rozpoczęła się w czerwcu 1925 r. Niemcy rezygnując z importu węgla z Polski rozkręciły spiralę wzajemnie się napędzających ograniczeń, zakazów oraz stale poszerzanych list towarów obłożonych specjalnymi cłami. Działania niemieckie zmierzające do izolacji gospodarczo-finansowej Poi- 212 RZĄDY AUTORYTARNE ski miały na celu załamanie gospodarcze tego państwa i rzucenie go „na kolana". Towarzyszyła tym krokom agresja propagandowa. Antywersalska ofensywa niemiecka koncentrująca się za cichym przyzwoleniem Anglii i Francji na Europie Środkowowschodniej wywoływała w Polsce większe poruszenie niż w jakimkolwiek innym państwie tego regionu. Rosnąca konsolidacja społeczeństwa polskiego w duchu antyniemieckim pożywiała się wieloma symbo- lami, wśród których ogromną rolę odegrała Gdynia. Względy strategiczne i ogólnopolityczne spowodowały, że port gdyński w ciągu kilku lat stał się liczącym obiektem nad Morzem Bałtyckim; w 1929 r. obsłużył już 1540 jednostek dalekomor- skich. Z gdańskiego i niemieckiego punktu widzenia rozwój Gdyni był postrzegany jak prowokacja. Im bardziej Niemcy wzmagały ingerencję w mnożące się spory pol-sko- gdańskie, tym wyraźniej rywalizacja gdyńsko-gdańska obrastała legendą, obecną w stosunkach wewnętrznych obu państw oraz w wymiarze europejskim. Antagonistycznie i nieprzyjaźnie ułożone stosunki z sąsiadami powodowały, że wojskowy zamach Piłsudskiego wywołał w tych krajach duże poruszenie i za niepokojenie. Dotyczyło to zwłaszcza takich państw, jak Litwa, Rosja i Czechosło wacja, które miały podstawy sądzić, że złe dotąd stosunki dwustronne mogą się jeszcze pogorszyć. Uspokajał je więc Marszałek mówiąc korespondentowi pary skiego „Le Matin" 26 maja 1926 r., że jego koncepcja w sprawie polityki zagranicz nej „streszcza się w jednym tylko słowie: pokój. Kraj wyczerpany wojną, poruszo ny wstrząsami wewnętrznymi potrzebuje koniecznie pokoju. Nie pragniemy niczego, żadnej zmiany terytorialnej, chcemy żyć i wzmacniać się w pokoju". Dzien nikarzowi francuskiemu spisującemu słowa Marszałka towarzyszył w podróży do Sulejówka August Zaleski, który był wówczas kierownikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Godząc się r>- <--'-- rozwiązanie chciał odsunąć od siebie podei rżenia, że współuc/estnic/-. ityr/ądowym spisku powodowany zemst., za odwołanie go ze stanowiska posła w Rzymie. Zrazu Marszałek życzył sobie, aby polityką zagraniczną kierował Aleksander Skrzyński, co miało uwypuklić, że zmianami zostały objęte sprawy wewnętrzne, a nie polityka zagraniczna. Nie chętny Skrzyńskiemu premier Bartel, napomykając o kąśliwym epitecie Marszał ka („suczka lokarneriska") spowodował, że Skrzyński odmówił współpracy z „czło wiekiem, który ma krew bratnią na rękach". Nieaktualna też stała się propozycja objęcia MSZ przez księcia Janusza Radziwiłła, który oczekiwał gwarancji pełnej samodzielności i niezależności od czynników postronnych. Suplementarnym ele mentem tej odmowy był nacisk francuski, gdyż nazwisko Radziwiłła kojarzyło się z orientacją filoniemiecką. Wszystkie te komplikacje powodowały, że obsada re sortu spraw zagranicznych przedłużała się. August Zaleski nominację otrzymał dopiero 25 czerwca 1926 r. Liczył wówczas czterdzieści trzy lata i był dobrze przygotowany do powierzonej mu roli. Jako absolwent London School of Economics and Political Science od 1915 r. kierował propiłsudczykowskim Polskim Komitetem Informacyjnym z siedzibą w Londynie. W odrodzonej Polsce był dyplomatycznym przedstawicielem w Bernie, Atenach oraz najdłużej xv Rzymie (1922-1925), Pracę w centrali poznał będąc dyrektorem departamentu za czasów ministra Konstantego Skirmunta. Droga życiowa oraz kariera zawodowa Zaleskiego sugerowała, że chciał on wyzwolić politykę międzynarodową Polski spod kontroli Francji. Zbliżenie do Wielkiej Brytanii mia- POLITYKA ZAGRANICZNA 213 ło prowadzić do bardziej aktywnego pos/.ukiwan m muuus vivendi z Rzeszą będącą już wówczas pełnoprawnym członkiem społeczności międzynarodowej. Nominacja związanego z masonerią Augusta Za leskiego była posunięciem bardzo udanym. Zachowując tekę przez sześć lat w jedenastu kolejnych rządach wyróżniał się on spokojem i rozwagą tak wysoko cenioną nie tylko przez dyplo- matów zagranicznych, ale także polityków krajowych. Zdobycie tej pozycji było tym trudniejsze, że Piłsudski nie skrywał ani przed Zaleskim, ani przed kolejnymi premierami i ministrami, że — jak to zanotował Kazimierz Switalski — „sprawy zagraniczne będą leżały w jego kompetencji i chciałby o takim układzie rzeczy in- formować zupełnie otwarcie czynniki zagraniczne". Niewątpliwą kuriozalność sy- tuacji uwypukla to, że minister spraw wojskowych wyjeżdżając w sierpniu 1926 r. na urlop polecił, aby pod jego nieobecność stosunkami z Zachodem zajmował się minister Zaleski, natomiast ze Wschodem premier Bartel... Aktywność ministra Zaleskiego — napisał Piotr Wandycz w świetnej biografii — odpowiadała „polityce «bartlowania na odcinku wewnętrznym", natomiast na zewnątrz „charakteryzowała się umiarem, spokojem i unikaniem sytuacji kon- frontacyjnych". Była to więc polityka dobrze osadzona w pomajowym programie państwa eksponującym hasło pokoju. Znakomitym zaś polem działania była na- bierająca znaczenia Liga Narodów. Minister Zaleski dobrze czuł się w środowisku genewskim i chętnie uczestniczył w pracach Rady (średnio cztery razy do roku) ora/ dorocznym Zgromadzeniu, ciągnącym się nieraz trzy tygodnie. Atencja dla prac Ligi była także podyktowana tym, że Polska należała do grupy jej stałych klientów. Najdłużej trwał spór połsko-litewski o ziemię wileńską, zajętą przez wojska polskie w 1920 r. i następnie włączoną w granice państwa polskiego. Rozwikłanie tego sporu było niemożliwe, gdyż obie strony stały na stanowisku niepodzielnego prawa do Wilna. Premier Augustinas Yoldemaras w programowym przemówieniu wygłoszonym w Sejmie litewskim 25 lutego 1927 r. mówił: „[...] Dzisiaj wszyscy musimy przyznać, że wszystkie stronnictwa litewskie — od najbardziej prawicowego do najbardziej lewicowego —jednakowo rozumieją zasadnicze dążności polityki zagranicznej, którymi są: 1. Litwa musi być niepodległa i ze stolicą xv Wilnie; 2. Litwa nie może zawierać żadnych szczególnie bliskich stosunków z żadnym z wielkich państw sąsiedzkich. Za tym programem politycznym staną wszyscy Litwini, jak jeden mąż, bez różnicy przynależności partyjnej". Premier litewski przypominał też, że propaganda polska w okresie kształtowania się niepodległości państwa „wyrządziła także Litwie wielkie szkody. Polacy wszelkimi siłami utrudniali uznanie Litwy de facto i de iure". Knowania polskie — kontynuował Yoldemaras — nie ustały nawet wówczas, gdy układy podpisane w Locarno wywołały na wschodzie Europy zaniepokojenie jako „porozumienie państw zachodnich z Niemcami co do rewizji granic wschodnich. Miano tu z pewnością na myśli — mówił litewski premier — Gdańsk, «korytarz polski i Śląsk, których powrót do Niemiec w przyszłości jest niejako przewidywany". Z powstałej sytuacji rząd litewski wyprowadzał wniosek, że Polska tracąc pewne ziemie musi otrzymać rekompensatę najpewniej -jak to informowały już gazety niemieckie — na Litwie, nad Bałtykiem i w Rosji Sowieckiej (Białoruś, Ukraina). Odpowiedzią rządu litewskiego na plany „Locarno 214 RZĄDY AUTORYTARNE wschodniego" mającego na widoku rozbiór Litwy były przygotowania do wojny: „Litwini raczej umrą, aniżeli oddadzą się w niewolę niezależnie od tego, skąd ona przyjdzie: ze wschodu, zachodu czy z południa". Dużo mniejsza i słabsza Litwa w staraniach o Wilno, uznawane powszechnie za jedyne miasto tego kraju godne miana stolicy (Kowno liczyło w 1926 r. około 70 tyś. mieszkańców), zjednywała europejskie sympatie. Bardzo aktywni propagandowo Litwini mieli swój duży udział w tym, że rozpowszechniana była w Europie niechętna Polsce i Polakom opinia eksponująca tendencje zaborcze, imperialne. Główną, raczej wykpioną inicjatywą Polski, mającą pokazać jej pokojowe oblicze, była propozycja zgłoszona w 1927 r. podczas VIII Zgromadzenia Ligi Narodów w sprawie powszechnego wyrzeczenia się wojny w stosunkach międzynarodowych. Po długich dyskusjach, którym towarzyszyły zakulisowe naciski liderów machiny ligowej na ministra Zaleskiego oraz stałego delegata RP w Genewie Franciszka Sokala, Zgromadzenie przyjęło przez aklamację rezolucję zakazującą wojny napastniczej. Powtórzono więc sformułowanie przyjęte w Pakcie LN, co zresztą zwolennicy bezpieczeństwa zbiorowego uważali za jej programową niedoskonałość. Pozytywny sens polskiej propozycji ujawnił się kilka miesięcy później, kiedy Piłsudski przyodziany w cywilne ubranie zdecydował się na podróż do Genewy dla udziału w sesji Rady mającej w programie rozpatrzenie skarg litewskich na różne przewinienia władz polskich. Zasadniczym celem podróży do Genewy Marszałka, stroniącego od oficjalnych podróży zagranicznych, było pokazanie Europie, że Polska prowadzi pokojową politykę nawet wobec takich państw jak Litwa, która kwestionowała przebieg granicy. Strona polska sformułowała minimalistyczny program: Litwa miała jedynie wyrzec się tezy, że znajduje się w stanie wojny z Polską. Negocjacje, nie wolne od spektakularnych momentów (np. zwołanie Rady Ligi na godzinę 22°° tylko po to, aby dać satysfakcję Marszałkowi, który na pobyt w Genewie przeznaczył 36 go- dzin!), zakończyły się kompromisową rezolucją. Jakkolwiek obaj adwersarze — Piłsudski i Yoldemaras — zachowali takt i umiar w obliczu Rady (Piłsudski ani nie walił pięścią w stół, ani też nie krzyczał na Litwina... jak to opisuje Paul Schmidt, oficjalny tłumacz delegacji niemieckiej), to przecież spotkanie tych polityków w Genewie było sensacją Sesji Rady. Wszyscy miłośnicy LN powoływali się na ten przykład dla pokazania służebnej roli organizacji w sytuacjach grożących wybuchem. Przeciwnicy natomiast wysuwali kontrargument o nikłych rezultatach praktycznych debaty i rezolucji z 10 grudnia 1927 r., która do stosunków polsko-litewskich nie wniosła żadnych zasadniczo nowych elementów. Nadal trwał stan „ni wojny, ni pokoju", chociaż, jak czytamy w rezolucji Rady — „Litwa nie uważa się za będącą w stanie wojny z Polską [...] Polska uznaje i będzie całkowicie szanowała niepodległość polityczną i całość terytorialną Republiki Litewskiej". Piłsudski wyjeżdżał z Genewy zadowolony. Był obiektem powszechnego za- interesowania tłumów, ale i wysokiej rangi polityków. Spotkał się i konferował z Briandem, Paul-Boncourem, Austenem Chamberlainem, Stresemannem... Nie zmienił jednak zdania odnośnie do skuteczności tej organizacji, której metody działania były dalekie od jego temperamentu. To jeden z powodów, że podejmowane 215 POLITYKA ZAGRANICZNA przez ministra Zaleskiego próby intensyfikacji polskiej obecności w Genewie zbywał lekceważącymi uwagami. Przed wyjazdem do Genewy w grudniu 1927 r. powiedział do płk. Józefa Becka: „Moja Pani Marszałkowa namawia mnie do ode- grania jakiejś większej roli w prowadzeniu tej tam Ligi, różni ją pewnie do tego skłonili, ale to jest zawracanie głowy. Primo, że dość jest kłopotów z prowadze- niem własnego państwa, a secundo, że ta cała Liga prawdziwych, większych napięć nie wytrzyma". Trwałość tego przekonania znajduje potwierdzenie w wielu przykładach, nie- których znakomitych, by odwołać się do ogromnie rozreklamowanych dyskusji o pakcie Brianda-Kellogga potępiającym wojnę jako sposób rozstrzygania sporów międzynarodowych, który został podpisany w Paryżu 27 sierpnia 1928 r. Ten multilateralny dokument, który w sumie podpisały 63 państwa, miał charakter uroczystej deklaracji potępiającej uciekanie się do wojny w celu załatwienia sporów międzynarodowych („... i wyrzekają się jej jako narzędzia polityki narodowej w swych wzajemnych stosunkach"). Artykuł drugi mówił, iż strony „uznają, że załatwianie i rozstrzyganie wszystkich sporów i konfliktów bez względu na ich naturę lub pochodzenie, które mogłyby powstać między nimi, winno być osiągane zawsze tylko za pomocą środków pokojowych". Deklaratywny charakter tego dokumentu, negocjowanego zresztą poza Ligą Narodów przez dyplomację amerykańską i francuską, bardzo irytował Piłsudskiego. Kiedy Alfred Wysocki, wiceminister spraw zagranicznych, powiadomił Marszałka, że Polska została przez Kellogga zaproszona do udziału w negocjacjach nad projektem paktu — „nakrzyczał, że zabieram czas głupstwami i wskazał wyraźnie i dobitnie miejsce, gdzie ma Kellogga i jego pomysły". Ocena praktycznej wartości tego paktu była w polskim MSZ podobna, co nie przeszkadzało Zaleskiemu w usilnych zabiegach o zaznaczenie w negocjacjach roli Polski ze względów prestiżowych. Przypominano zwłaszcza polski projekt rezolucji zgłoszony w Genewie w 1927 r. W expose na forum sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych 18 maja 1928 r. Zaleski z radością odnotował, iż rząd wielkiej Republiki Amerykańskiej podjął inicjatywę pokrywającą się zupełnie z ze- szłoroczną propozycją polską. Z przyjemnością również konstatował, że niektóre państwa, które 8 miesięcy wcześniej miały daleko idące zastrzeżenia przeciw pro- jektowi Polski, teraz zmodyfikowały swój stosunek. W podobnym duchu wypo- wiedział się na bankiecie w Paryżu 11 czerwca 1928 r., kiedy to wychwalając fran- cusko-amerykański projekt paktu antywojennego spodziewał się życzliwości wszystkich państw, w tym i Polski, która jesienią 1927 r. postawiła wniosek „bardzo zbliżony do propozycji, które są obecnie przedmiotem rokowań". Piłsudski niechętny rozwijającym się dyskusjom na temat poprawienia Paktu Ligi poprzez wprowadzenie do jego tekstu zakazu każdej wojny (Pakt dopuszczał tzw. wojnę legalną) życzliwie odniósł się do projektu przyłączenia się Polski do tzw. protokołu Litwinowa. Chodziło w nim o natychmiastowe wprowadzenie w życie paktu Brianda-Kellogga przez ZSRR i jego europejskich sąsiadów. Dokument ten podpisany w Moskwie 9 lutego 1929 r. przez Estonię, Łotwę, Rumunię, Polskę i ZSRR łagodził nieco trwające w tym regionie napięcia. Wyrazistym objawem panujących stosunków było to, że nie tylko Polska i Litwa, ale także ZSRR i Rumunia nie utrzymywały ze sobą stosunków dyplomatycznych. Polsko-litew- 216 RZĄDY AUTORYTARNE ski węzeł gordyjski plątał się dodatkowo przez poparcie Moskwy dla litewskich praw do Wilna. Expressis verbis wyrażono to w litewsko-radzieckim traktacie gwa- rancyjnym podpisanym w 28 września 1926 r. Prawicowy zamach stanu na Litwie dokonany w grudniu tegoż roku (do władzy doszedł duet Antanas Smetona i Augustinas Yoldemaras) nie zmienił prolitewskiego nastawienia ZSRR w kwestii Wilna. Zaciążył natomiast dodatkowo na stosunkach polsko-litewskich, co wyraziło się wzrostem wzajemnych pretensji. Działający w Wilnie Komitet Litewski był jednym z wielu organów propagandy inspirowanej i koordynowanej z Kow na, stojącej na gruncie bojkotu państwa polskiego. Litwini nie przepuszczali żadnej okazji do przypominania Europie i światu o polskiej niegodziwości. Zabiegając o wsparcie i pomoc szczególną uwagę skupiali na stolicach i społeczeństwach wrogo do Polski usposobionych (Niemcy, ZSRR, Czechosłowacja). Każdy przejaw tych zabiegów wywoływał w Polsce irytację, a w Belwederze nawet furię. Marszałek uważał, że tzw. sprawa wileńska została ostatecznie zamknięta podczas jego wizyty w Genewie w grudniu 1927 r. Pozytywny wpływ paktu Brianda-Kellogga, a zwłaszcza protokołu Litwinowa na stan stosunków w tej części Europy widać m.in. poprzez przystąpienie do tego układu osamotnionej w tym wypadku Litwy. Była to dla Litwinów decyzja ogromnie trudna, jeśli zważyć, że stałym punktem propagandy państwowej była walka o odzyskanie Wilna wszelkimi sposobami, także siłą. Podobny kłopot miała też dyplomacja radziecka, która chcąc sfinalizować rozmowy dotyczące protokołu Litwinowa zdecydowała się poprawić stosunki z Rumunią. Nie było przypadkiem, że udający się do Moskwy poseł Karol Dayilła (akredytowany w Warszawie) korzystał z wszechstronnej pomocy i opieki polskich służb dyplomatycznych. W Bukareszcie doceniono tę aktywność, tym ważniejszą, że protokół Litwinowa oznaczał formalną rezygnację ZSRR z dochodzenia praw do Besarabii w drodze wojny. Pośrednictwo polskiego MSZ stanowiło fragment szerszego planu, mieszczącego się na pograniczu swoistego folkloru polityczno-propagandowego. Chodzi o to, że z rumuńską przyjaźnią obnoszono się w Polsce ponad miarę wyznaczoną obiektywnym znaczeniem tego państwa w tej części Europy, nie mówiąc o konty- nencie w ogóle. Rumunia była krajem gospodarczo zacofanym i militarnie słabym. Znamienne były fakty relacjonowane w konwencji dowcipu o „reeksporcie" przestarzałego uzbrojenia francuskiego idącego do Bukaresztu przez Warszawę. Nie mniej wątpliwości towarzyszyło nasilającej się okresowo polskiej sympatii do Węgier, będących drugim po Niemczech minerem systemu wersalskiego. Trudność polegała m.in. na tym, że dla Polski system ów stanowił kamień węgielny niepodległego bytu. Nie przeszkadzało to jednak w traktowaniu Węgier jako ważnych i wypróbowanych przyjaciół (Polak Węgier dwa bratanki...), co miało potwierdzać stale aktualne dążenie do osiągnięcia wspólnej granicy. Cel ten był możliwy do realizacji tylko kosztem Czechosłowacji, będącej głównym wrogiem Węgier oraz „dyżurnym" nieprzyjacielem Polski. Na tym polu każda wymowna demonstracja znajdowała aplauz strony drugiej. Przyjaźń polsko-węgierska nie przybrała w okresie międzywojennym żadnych konkretnych form. Wiele było natomiast gestów kurtuazji i deklaracji. Antycze- skie motywy polityki polskiej na południu Europy są tym bardziej widoczne, że n POLITYKA ZAGRANICZNA 217 Rumunia i Węgry należały do dwóch odmiennych obozów politycznych. Ponadto Czechosłowacja to nie tylko organizator i lider antywęgierskiej Małej Ententy (z udziałem Rumunii i Jugosławii), ale także jeden z filarów francuskiego systemu sojuszy, obejmującego także Polskę. Tym samym demonstrowana przez Polskę polityka antyczechosłowacka (i vice versa) znacznie komplikowała sytuację mię- dzynarodową. Oba państwa będąc w obozie francuskim i rywalizując o miano najważniejszego sprzymierzeńca Paryża na wschodzie Europy z ochotą sobie szkodziły. Szczególnie źle przyjmowano w Pradze wsparcie dla Słowaków niezadowolonych z ostrej polityki czechizacji. Na temat tego wsparcia krążyły w okresie mię- dzywojennym legendy podchwytywane przez żądnych sensacji dziennikarzy i promowane w świat ze skrajnymi komentarzami. Zawsze łączono tę prosłowac-ką politykę z dezintegracyjnymi intencjami rządu polskiego wobec Czechosłowacji. W Pradze wspierano z kolei ukraińskich nacjonalistów, a nawet komunistów, o ile działalność ich była skierowana przeciwko Polsce. Radowano się mogąc goście polską opozycję, która w latach trzydziestych znalazła schronienie przed represjami obozu sanacyjnego. Byli to politycy, którzy zostali uznani przez rządzących w Polsce za osobistych wrogów, co przydawało konfliktowi międzypaństwowemu cech wrogości personalnej. Beneś i Piłsudski to jedna z wrogich par międzywojennej Europy. Dzieliło ich bardzo wiele, co powodowało, że po obu stronach starano sjp popierać sytuacje, które nie tvlko dotkną, ale i zaświadczą o lekceważeniu Stosunkowo najlepsze stosunki łączyły Polskę z peryferyjną Łotwą. Relacje z Rygą zrazu nacechowane pewną podejrzliwością (sprawa Łatgalii, czyli polskich Inflant), ulegały systematycznej poprawie. Przyczyniła się do tego zmiana pokole- niowa na Łotwie oraz rosnąca wymiana handlowa znajdująca impuls w sezonowej emigracji polskich robotników rolnych. Dobrze układała się też współpraca łotewsko-połska na forum międzynarodowym, gdzie — o ile to nie godziło w interesy litewskie — prezentowano wspólnie uzgodnione wcześniej stanowisko. Łotwa była też jedynym sąsiadem Polski, z którym nie spierano się o obywateli należących do mniejszości. Wprawdzie u progu okresu międzywojennego Polacy z Łatgalii mieli żal, że Polska się ich wyrzekła i złożyła na ołtarzu wielkiej polityki. Tymczasem, jak to ujął Andrzej Skrzypek, zmiana roli Polaków zamieszkujących Łatgalię wynikała z „okrzepnięcia narodowego społeczeństwa łotewskiego"; Polacy tracili funkcję nosicieli oraz krzewicieli historycznie osadzonych wzorców kulturowych i „zepchnięci zostali na pozycję mniejszości etnicznej". Akceptując status lojalnych łotewskich obywateli — pisze A. Skrzypek — przyczyniali się do dobrosąsiedzkich stosunków. Przykład ten uwypukla rolę rządów w państwach sąsiedzkich jako istotnego czynnika w rozwoju stosunków międzynarodowych z udziałem pierwiastka mniej- szościowego. Rola Polski w całokształcie tego skomplikowanego problemu, w za- sadzie niemożliwego do rozwiązania w warunkach międzywojennych, była wy- jątkowo duża. Stała się ona liderem oporu przeciwko przekształceniu nadzorowanej przez Ligę Narodów ochrony mniejszości w instrument powszechnej polityki. Zasadniczym celem rządów polskich, tak przedmajowych, jak i sanacyjnych — generalnie popieranych przez pozostałe państwa posiadające zobowiązania mniej- 218 RZĄDY AUTORYTARNE szościowe — była ich generałizacja, czyli rozciągnięcie systemu na wszystkich członków Ligi, lub ich likwidacja. Takie postawienie problemu wywoływało duże emocje, ostre spory i przeróżne interpretacje. Twierdzono npv że Polska uzyskała pewne terytoria zamieszkane w większości przez ludność obcą narodowo pod warunkiem respektowania zobowiązań o ochronie mniejszości. Skoro Polska nosiła się z zamiarem wyeliminowania czynnika międzynarodowego z procedury ochrony mniejszości, to możliwa była utrata owych terytoriów przyznanych jakoby warunkowo. Konfliktowy w swej istocie charakter problemu mniejszościowego polegał także na tym, że każda petycja mniejszości była — czy ktoś tego chciał, czy też nie — oskarżeniem Polski na arenie międzynarodowej. Skargi słane do Genewy były też pożywką dla ugrupowań skrajnych, znajdujących się po obu stronach mniejszo- ściowej barykady. Nacjonalizmy — tak większości, jak i mniejszości — niejedno- krotnie zderzały się, wybuchając reakcjami międzynarodowymi podsycanymi świa- domie przez polityków przekonanych, że spory na tle mniejszościowym służą destabilizacji systemu wersalskiego. Spośród wszystkich mniejszości zamieszku- jących państwo polskie największą aktywność na forum Ligi Narodów wykazywała mniejszość niemiecka. W jej imieniu coraz częściej występowały organizacje mniejszościowe, jak np. Yolksbund, które korzystały z opieki i pomocy konsulatów i ambasad będących w bezpośrednim kontakcie z niemieckim rządem. Ukształtowana w latach Stresemanna niemiecka nieustępliwość w sprawie obrony praw mniejszości niemieckich za granicą została przejęta i rozwinięta przez jego następców, którzy uczynili z niej ważny element polityki Republiki Weimarskiej. Liga Narodów, będąc w okresie międzywojennym najlepszym rynkiem świa- towej propagandy, stała się za sprawą Brytyjczyków (do 1924 r.), a następnie Niemiec i Węgier terenem ostrych sporów dotyczących mniejszości językowych, rasowych i religijnych. Każda z tych dyskusji pogarszała wizerunek międzynarodowy Polski, którą najczęściej przywoływano podczas debat ligowych jako swoistego przedstawiciela i reprezentanta 16 państw posiadających zobowiązania mniejszo- ściowe. Spośród około 1250 spraw mniejszościowych podejmowanych w okresie międzywojennym przez Zgromadzenie i Radę, aż jedna czwarta w jakimś stopniu była łączona z Polską, wymienioną z nazwy. Ogromna dyskusja tocząca się w tych dwóch najważniejszych organach Ligi Narodów znajdowała odbicie w pracach organu pomocniczego Rady, nazywanego Komitetem Trzech. To on, złożony z przewodniczącego Rady i dwóch jej członków, stał się terenem poszukiwania równowagi między żalami mniejszości oraz interesem państwa, w których one się znajdowały. Na 26 konkretnych konfliktów mniejszościowych rozpatrywanych na forum Rady Ligi oraz około 400 analizowanych przez Komitet Trzech, co czwarta miała polsko-niemiecki rodowód. Antagonizm tych dwóch narodów uwypuklały sprawy z Górnego Śląska rozpatrywane w oparciu o specjalną procedurę z powołaniem się na art. 147 konwencji genewskiej. Spowodowało to, że z tego niewielkiego terytorium wpłynęło do Rady 100 petycji (29 z nich dotyczyło części niemieckiej i 71 części polskiej). Niezależnie od tego w Katowicach i Opolu działały specjalne urzędy powołane do rozpatrywania wszelkich zażaleń mniejszościowych. W latach 1922-1937 rozpatrywały one prawie 13 tyś. spraw. Niewielka ich część, bo około 5% pochodziła od Polaków; tylko 219 POLITYKA ZAGRANICZNA 1% skarg wnieśli Żydzi (wyłącznie zresztą z niemieckiej części Górnego Śląska). Niezadowoleni z decyzji powziętych w tych urzędach odwoływali się do Komisji Mieszanej, której prezydentem był szwajcarski polityk Felix Calonder. W okresie urzędowania, tj. w latach 1922-1937, otrzymał on 2283 sprawy objęte zażaleniami, w tym: 1613 od mniejszości niemieckiej, 522 od mniejszości polskiej i 148 od mniejszości żydowskiej. W formie wydania „poglądu" Calonder przesądził rozstrzygniecie w 127 wypadkach; 1929 spraw uzyskało rozwiązanie w wyniku porozumienia stron, a 227 pozostało nie rozpatrzonych. Apogeum międzynarodowych konfliktów mniejszościowych przypadło na przełom lat dwudziestych i trzydziestych. Do głośnego starcia doszło w czasie sesji Rady LN w Lugano, w grudniu 1928 r., kiedy to minister Zaleski oskarżył Yolksbund na Górnym Śląsku o celowe antagonizowanie stosunków polsko-nie- mieckich. Polski minister upomniał się też o autorytet Rady LN, która zobowiązana była do rozpatrywania dziesiątek skarg płynących z Górnego Śląska. Ich małe znaczenie predestynowało je do załatwiania w procedurze lokalnej. Takie stawianie sprawy rozgniewało niemieckiego ministra. Riposta Stresemanna była krótka, ale gwałtowna. Protestując przeciwko polskim insynuacjom w sprawie manipulowania losem mniejszości zaskoczył genewski areopag uderzeniem ręką w stół, co stało się sensacją eksponowaną w tytułach prasowych. Życzliwe dla tezy niemieckiej środowiska posiłkowały się słowami ministra Brianda, który jako przewodniczący Rady oświadczył, że Liga Narodów w żadnym momencie nie może odwrócić wzroku „od świętej sprawy mniejszości". Fakt, że Briand stanął po stronie Niemiec, a przeciw tezie sojuszniczej Polski, był równie atrakcyjnym tematem do komentarzy, co i „walenie" Stresemanna w stół. Incydent w Lugano stanowił element trwających równolegle sporów polsko-- niemieckich, które od wejścia Niemiec do Ligi Narodów zyskały dodatkową, ogromną publikę. Aktywa polskie w sporach mniejszościowych uszczuplała ma- łostkowość władz polskich widoczna zwłaszcza w szczególnie delikatnym środo- wisku Górnego Śląska. Dochodziło do tego, że polska większość Sejmu Śląskiego odmówiła w 1927 r. zgody na pozbawienie immunitetu poselskiego posła Otto Ulitza, będącego sekretarzem generalnym Yolksbundu. Tym samym ku uciesze obcych rozgorzał spór między władzami polskimi a Sejmem Śląskim. Nie dziwią przeto silne echa rozwiązania Sejmu w lutym 1929 r. i aresztowania Ulitza, nie posiadającego w związku z tym immunitetu. Sąd w Katowicach uznał jego czę- ściową winę i w lipcu 1929 r. skazał go na pięć miesięcy więzienia, uznając pobyt w areszcie za wypełnienie tej kary. Jeszcze dalej poszedł Sąd Apelacyjny, który uniewinnił go całkowicie, chociaż dobrze wiedziano, że w całej aferze nie chodziło ani głównie, ani tylko o zasadniczy zarzut oskarżenia, mianowicie ułatwianie poborowym ucieczki do Niemiec. Bodaj największym rezonansem międzynarodowym odbiły się kilkuletnie spory w sprawie zapisów dzieci do szkół mniejszościowych. Jakkolwiek główny spór dotyczył skargi Yolksbundu na władze polskie, które chciały zbadać, czy dzieci zapisane do szkół mniejszościowych na Górnym Śląsku władają językiem niemieckim, to jednak był to problem szerszy — ogólnopolski, a nawet powszechny, ogól- nocywilizacyjny. Starły się przy tej okazji dwie koncepcje odnoszące się do rozwoju kwestii mniejszości narodowych w ogóle. Pierwsza z nich zakładała stopniową 220 RZĄDY AUTORYTARNE asymilację mniejszości i postępujące zlewanie się mniejszości z większością, druga zaś stała na stanowisku rozwoju danej mniejszości narodowej (językowej) jako autonomicznej grupy, powiązanej ze swoją macierzystą większością. Przekładając to na język konkretów władze polskie były zainteresowane polo nizacją mniejszości, natomiast liderzy mniejszości zabiegali o utrzymanie swego „stanu posiadania". W każdym wypadku szczególnej wagi nabierało pytanie o przyszłość, która była najściślej związana ze szkolnictwem. Stąd też wielkie emocje towarzyszące sporom wokół szkół mniejszościowych, które nabierały rezonansu międzynarodowego przez sam fakt, że podmiotami i przedmiotami walki były dzieci. Władze polskie na obszarach o przewadze ludności narodowo obcej forsowały szkoły utrakwistyczne, czyli mieszane, w których obok języka polskiego używano języka mniejszości. Liderzy mniejszości natomiast domagali się głównie szkoły dla swojej dziatwy, gdzie procesy edukacyjno-wychowawcze mogły mieć bardziej swobodny charakter. Tlący się na Górnym Śląsku konflikt w sprawie posyłania do szkół mniejszo- ściowych dzieci, które posługiwały się w domu językiem polskim, nasilił się wraz z nastaniem wojewody Grażyńskiego w sierpniu 1926 r. Przejęty misją wzmocnienia żywiołu polskiego w autonomicznym województwie dążył do ograniczenia niemieckiego szkolnictwa mniejszościowego korzystającego z szerokich prerogatyw wynikających zarówno z ogólnych unormowań zawartych w „małym traktacie wersalskim", jak zwłaszcza dalej idących postanowień konwencji genewskiej z 1922 r. Dla sanacyjnych władz polskich, w tym także wojewody Grażyńskiego, najważniejsze było stanowisko Piłsudskiego, który 18 sierpnia 1926 r. mówiąc na posiedzeniu rady ministrów o polityce mniejszościowej przestrzegał przed usu- waniem na drugi plan „zasadniczych interesów państwa". Za kardynalny postulat polskiej racji stanu uznał on zagwarantowanie należytego miejsca dla języka polskiego, który miał być obowiązkowo uczony we wszystkich szkołach. „Śmiałe stwierdzenie, że istnieje jeden język państwowy i wysunięcie konsekwencji z przyjętej zasady nie jest niesprawiedliwością wobec mniejszości". Stanowisko to stało w zasadniczej sprzeczności z poglądami liderów mniej- szościowego szkolnictwa niemieckiego, mającego wsparcie swoich władz, które oferowały dużą pomoc materialną i organizacyjną skrywaną pod szyldami prze- różnych organizacji, stowarzyszeń, fundacji. W sumie więc niemieckie szkolnictwo w Polsce było zasobne, dobrze zorganizowane oraz cieszyło się wysoką renomą środowiska. Polska administracja szkolna na Górnym Śląsku stwierdziwszy fakty werbowania do szkół mniejszościowych dzieci, podjęła badania czy władają one w dostatecznym stopniu językiem niemieckim. Spotkało się to ze skargami Yolksbundu adresowanymi do rządu polskiego oraz różnych gremiów międzyna- rodowych. Rada LN uznając 12 marca 1927 r., że do szkół mniejszościowych nie powinny uczęszczać dzieci znające wyłącznie język polski, powierzyła szwajcar- skiemu ekspertowi Wilhelmowi Maurerowi zbadanie, czy dzieci zapisane przez rodziców do szkół mniejszościowych posiadają wystarczającą znajomość języka niemieckiego. Rozwiązanie to było ostro krytykowane przez stronę niemiecką, gdyż spośród 2714 przeegzaminowanych przez Maurera dzieci aż 735 nie posiadało znajomości języka pozwalającej na korzystanie z nauki w szkole mniejszościowej. Rząd nic 221 POLITYKA ZAGRANICZNA miecki 2 stycznia 1928 r. zaskarżył zastosowaną na Górnym Śląsku praktykę do Stałego Trybunału Sprawiedliwości Międzynarodowej. Wyrok trybunału w istotnej części był zgodny z tezą niemiecką, że konwencja genewska z 1922 r. dotycząca Górnego Śląska nie upoważnia rządu polskiego do kwestionowania lub badania zasadności oświadczeń rodziców w sprawie wypełniania przez ich dzieci obowiązku szkolnego. Niemcy eskalując problem oświaty mniejszościowej żądały anulowania decyzji powziętych w 1927 r. pod wpływem egzaminowania dzieci przez Wilhelma Maurera, których rodzice potwierdzili wolę kształcenia w szkole niemieckiej. Także ta sprawa, wobec nieugiętej postawy obu stron, znalazła się w Trybunale, który w 1931 r. przychylił się do tezy niemieckiej. Kształtujące się pod wpływem tych wyroków prawo międzynarodowe przyczyniło się do rozwoju przekonania, że każdy człowiek sam decyduje o swojej przynależności narodowej. Jeśli przeto rodzice tak zechcą, to ich dzieci mogą uczyć się w jakiejkolwiek szkole, także niemieckiej, chociaż ich ojczystym i jedynym językiem był polski. Niepowodzenie dyplomacji polskiej w tym obszarze było tym bardziej widoczne, że równocześnie rozpatrywana była przez Radę LN skarga ukraińskiej reprezentacji parlamentarnej z powodu trwającej od 16 września do 30 listopada 1930 r. pacyfikacji w Małopolsce Wschodniej. Akcję tę, prowadzoną na osobiste polecenie Piłsudskiego przez policję i wojsko, rozpoczęło aresztowanie 30 byłych po--słów do Sejmu oraz setki najbardziej znanych działaczy ukraińskich, z reguły zwią- zanych z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) lub Ukraińską Organizacją Wojskową (UWO). Narastające na Ukrainie wrzenie miało wszelkie znamiona radykalnej walki narodowowyzwoleńczej. Na przełomie lat 1929-1930 walka ta, rozwijająca się pod hasłem „Lachy za San", nabrała charakteru masowej akcji ter- rorystycznej. „Na Kresach — pisze Jerzy Tomaszewski — płonęły gospodarstwa i dwory, niszczono tory kolejowe, rozbijano urzędy, nie cofano się przed zabój- stwami". Retorsje władz polskich były obliczone na wyeliminowanie i odgrodzenie od mas nie tylko ukraińskich przywódców działających poprzez partie polityczne, jak OUN czy UNDO (Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne), ale także działaczy spółdzielczych, organizacji społeczno-kulturalnych i oświatowych. W skardze przesłanej do Genewy, której nieformalnym promotorem był rząd niemiecki, a formalnym oskarżycielem rząd brytyjski — informowano także o aktach gwałtu i represjach policyjno-wojskowych wobec ludności ukraińskiej, które przybierały najróżniejsze formy. Rewizjom w sklepach towarzyszyło wsypywanie soli do cukru lub polewanie naftą produktów żywnościowych. Ukraińców oburzało zamknięcie trzech gimnazjów (Rohatyn, Drohobycz i Tarnopol), rozwiązanie organizacji młodzieżowej „Piast", a zwłaszcza zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej — za czyny jednostek płonęły budynki w całej wsi. Dobrze udokumentowana skarga parlamentarzystów ukraińskich wywołała duże wrażenie w Genewie, skutecznie podtrzymywane przez ukraińskie ośrodki emigracyjne, zwłaszcza z Kanady i Wielkiej Brytanii. Pod naciskiem powstałego wówczas lobby rząd MacDonalda zdecydował się wziąć na siebie rolę reprezentanta interesów pokrzywdzonej mniejszości. Znacznie ochłodziło to i tak nie najlepsze stosunki polsko-brytyjskie, aczkolwiek dzięki usilnym zabiegom ambasadora Konstantego Skirmunta rząd — w przeciwieństwie do opinii publicznej — 222 RZĄDY AUTORYTARNE zajął powściągliwe stanowisko. Dodać trzeba, że polski dyplomata, jak to udoku- mentowała Maria Nowak-Kiełbikowa w biografii Skirmunta, nie skrywał przy- gnębienia z powodu „Brześcia" \ pacyfikacji, informując wielokrotnie centralę w Warszawie o fatalnym wrażeniu, jakie wydarzenia te wywołały na Wyspach Brytyjskich. Jego rozczarowanie z powodu pacyfikacji było tym silniejsze, że ruj- nowało mozolną i mało dotąd efektywną pracę nad poprawą stosunków brytyj-sko- polskich. Minister Arthur Henderson jako przewodniczący Komitetu Trzech, któremu Rada Ligi powierzyła rozpatrzenie skargi ukraińskiej, jak i pozostali członkowie tego gremium (Norweg i Włoch) nie mieli wątpliwości co do słuszności skargi oraz zasadności ukraińskich roszczeń. Dużym wysiłkiem polskiej dyplomacji pod- kreślającej wolę rządu do likwidacji napięcia poprzez bezpośrednie rokowania z Ukraińcami uzyskano rozstrzygnięcie skargi na szczeblu Komitetu Trzech, bez przekazywania jej na forum Rady. Jednak wydana w kwietniu 1931 r. opinia Ko- mitetu Trzech potępiająca zastosowaną przez władze polskie metodę odwetu oraz żądanie informacji o podjętych środkach dla przywrócenia spokoju i naprawy wyrządzonych krzywd zostały bardzo źle przyjęte w Warszawie. Duże zaintere- sowanie konfliktem polsko-ukraińskim jeszcze wzrosło po zamordowaniu w sierpniu 1931 r. posła Tadeusza Hołówki — naczelnika Wydziału Wschodniego MSZ i wiceprezesa klubu BBWR. Zamachu dokonali bojówkarze z OUN w Truskawcu, w pensjonacie greckokatolickim prowadzonym przez siostry służebniczki. Iwo Werschler, biograf Hołówki, tak opisał jego ostatnie chwile. Wieczorem 29 sierpnia: „Leżąc, czytał najpierw list od żony, a następnie książkę. Na dworze wiał silny wiatr, zacinał deszcz, a niebo rozświetlały błyskawice. W pokoju paliła się lampa. Około dwudziestej dwadzieścia ktoś zapukał do drzwi. Hołówko odpowiedział proszę«. W drzwiach stanęło dwóch osobników, którzy skierowali w jego stronę lufy pistoletów. Huknęły strzały. Hołówko próbował się jeszcze osłonić ręką. Oddano do niego sześć strzałów. Cztery ugodziły go w głowę, dwa w okolice obojczyka, jeden ze strzałów, jak wykazała sekcja zwłok, został oddany z bardzo bliskiej odległości; pistolet był niemal przyłożony do szczęki. Wszystkie rany były śmiertelne". Drobiazgowe, trwające dwa lata śledztwo, jak również skrupulatne dociekania historyków zajmujących się osobą Hołówki oraz szeroko rozumianymi sto-: sunkami polsko-ukraińskimi upoważniają do stwierdzenia, że mordu dokonali nacjonaliści ukraińscy bez żadnej obcej inspiracji czy prowokacji. Długo bowiem utrzymywał się pogląd, jakoby inicjatorami zamachu były czynniki wojskowe" i polityczne w Niemczech lub ZSRR obawiające się, że koncyliacyjna działalność Hołówki wobec mniejszości może doprowadzić do zbliżenia, a nawet ugody pol-sko-ukraińskiej. Notabene do tego nie chciała też dopuścić polska prawica, ostro; krytykująca Hołówkę i sanację za politykę mniejszościową na Kresach, gdzie ocze- kiwano — jak pisała „Gazeta Warszawska" 2 września 1931 r. — „bezwzględnego wzmożenia żywiołu polskiego na terenach mieszanych i bezwzględnej negacji ruchu ukraińskiego". Napisano już, że stała obecność dyskusji mniejszościowych w Lidze Narodów negatywnie oddziaływała na obraz Polski, która dla wielu miała kojarzyć się 223 POLITYKA ZAGRANIEM A z wojującym nacjonalizmem, a nawet agresją. Pragnieniem kontrakcji polegającej na manifestowaniu pokojowych dążeń narodu i państwa polskiego na forum Ligi Narodów było propagowanie tzw. rozbrojenia moralnego. Traktowano je jako ele- ment ogólnej poprawy stosunków międzynarodowych, z których trzeba wyelimi- nować wrogą, odwetową propagandę oraz działania wywołujące nienawiść miedzy narodami. Minister August Zaleski oraz stały delegat Polski w Lidze Narodów Franciszek Sokal przy różnych okazjach podkreślali znaczenie rozbrojenia moralnego jako warunku rozbrojenia materialnego, będącego jednym z szeroko reklamowanych celów istnienia Ligi Narodów. Niewielki postęp w tej dziedzinie, mimo powstania w 1925 r. Komisji Przygotowawczej do Konferencji Rozbrojeniowej, zachęcał dyplomację RP do zwrócenia na siebie uwagi jakąś samodzielną inicjatywą. Upowszechnianie idei rozbrojenia moralnego to także okazja do utyskiwania na wrogą propagandę uprawianą przez państwa niezadowolone z systemu wersalskiego. Zabiegi o powszechną akceptację rozbrojenia moralnego to równoczesna walka o wzmocnienie zaufania między państwami i narodami m. in. poprzez reorientację nastawienia prasy, radia i filmu jako ważnych elementów edukacji pokojowej. Znamienne były zaawansowane już wówczas dyskusje nad wprowadzeniem do kodeksów karnych postanowień o karze za podżeganie do wojny. Polacy pro- ponowali wprowadzenie do kodeksu karnego specjalnego artykułu w brzmieniu: „Kto publicznie nawołuje do wojny zaczepnej, podlega karze więzienia do lat 5". Syntezą zabiegów wokół idei rozbrojenia moralnego było memorandum złożone przez rząd polski Sekretarzowi Generalnemu Ligi 17 września 1931 r. Prócz postulatu karania za podżeganie do wojny zwrócono uwagę na wychowawczą rolę prasy, radia, kina, a zwłaszcza szkoły oraz treści zawartych w podręcznikach. Ogólnikowy charakter memorandum miał ułatwić jego akceptację. Jednak re- zonans polskiej inicjatywy był nikły. Osobiste zaangażowanie ministra Zaleskie-go, wyrażone 10 lutego 1932 r. z trybuny Konferencji Rozbrojeniowej, zaowocowało wyłonieniem specjalnego Komitetu Rozbrojenia Moralnego. Główną uwagę skupiono na szkole, oświacie, wychowaniu, prasie oraz prawie. Osiągnięcie kon- sensusu okazało się jednak nadzwyczaj trudne. Generalny brak wiary w efekty dyskusji nad rozbrojeniem, co chętnie łączono z postępującym osuwaniem się społeczeństw kilku państw (w tym szczególnie niemieckiego) w kierunku nacjonalistycznym, a nawet szowinistycznym, przekładał się na postępujący upadek autorytetu Ligi Narodów, Organizacja ta, chociaż nie można jej za to winić, gdyż odzwierciedlała jedynie wolę państw będących jej członkami, nigdy nie cieszyła się w Polsce jednoznacznie dobrą opinią. Zawsze zwalczali ją jako siedlisko masońsko-żydowskie politycy prawicy; skrajna lewica traktowała Genewę jako zaczyn antyradzieckiej krucjaty. Najważniejsze było jednak to, że Piłsudski i kształtowane przez niego otoczenie traktowali Ligę jako instytucję ograniczającą niezależność polskiej polityki zagranicznej. Marszałek do kwestii tej stopniowo przywiązywał coraz większą wagę, mając nawet pretensje do ministra Zaleskiego, że za bardzo liczy się ze zdaniem innych. W 1928 r. w obecności Alfreda Wysockiego mówił: „Przez przewrót majowy udało mi się doprowadzić do tego, że Polska może sobie pozwolić na własną politykę. Zachód mnie nie interesuje. Są u nas tacy, którzy chcą koniecznie włazić panom z Paryża czy Londynu w d..., więc niechże to czynią, ale na własny rachunek. Ja będę trzy- 224 RZĄDY AUTORYTARNE mał się ogólnych linii przymierza, lecz poza tym będę robił to, co mnie się podoba, a nie innym". Widoczny od początku i postępujący brak zaufania Piłsudskiego do ministra Zaleskiego przejawiał się coraz rzadszymi rozmowami o polityce zagranicznej. Po przewrocie rozmów takich było średnio dziesięć w ciągu roku (w 1927 r. nawet piętnaście); później tylko cztery, a w 1932 r. trzy, w tym ostatnia związana z dymisją ministra. O zmianie w resorcie spraw zagranicznych „warszawka" rozprawiała coraz aktywniej od grudnia 1930 r., kiedy na Wierzbowej zjawił się płk Józef Beck jako wiceminister. Kierując go tam Piłsudski spodziewał się nadejścia trudnych czasów z powodu zmiany konwencjonalnej „struktury życia międzynarodowego". Wynikające z tego komplikacje mogły oznaczać dla Polski nawet „walkę przeciwko wszystkim". Pułkownik Józef Beck należał do najbliższych i najbardziej zaufanych uczniów Marszałka, wypróbowany w I Brygadzie Legionów Polskich (po bitwie pod Ko- stiuchnówką dostał Virtuti Militari), w wojnie polsko-rosyjskiej, w misjach dyplo- matycznych na Ukrainie, Węgrzech, Paryżu i Brukseli, w przewrocie majowym (jako podpułkownik był szefem sztabu sił Piłsudskiego). W latach 1926-1930 był szefem gabinetu ministra spraw wojskowych, skąd (po epizodzie z sierpnia 1930 r., kiedy został wicepremierem w rządzie Piłsudskiego) przeszedł do MSZ. Była to więc kariera nietuzinkowa, co uwypukla fakt, że w 1930 r. Beck miał 36 lat. Trapiony przewlekłą chorobą płuc był człowiekiem wrażliwym i skrytym za maską nie- przystępności. Wśród polskich dyplomatów nie miał dobrej opinii jako homo no- vus, człowiek bez należytego przygotowania zawodowego i pożądanych kwalifikacji. Zdaniem Jana Gawrońskiego, ministrowi Beckowi brakowało „głównego przymiotu, tak potrzebnego w polityce — to jest taktu". Kajetan Dzierżykraj-- Morawski ze starego ziemiańskiego rodu wielkopolskiego określał Becka jako „wybitnie zdolnego i wybitnie pewnego siebie", który „z błędnego założenia wyciągał inteligentne, nieżyciowe wnioski". Znacznie lepiej oceniano żonę ministra Jadwigę, rozwiedzioną /, gen. Stanisławem Burhardt-Bukackim. Stanisław Schimitzek pisze na jej temat, że przewyższała swą poprzedniczkę nie tylko aparycją, ale róż- norodnością zainteresowań, „niespożytą energią i wygórowaną ambicją [...] umiała ułatwić mężowi kontakty, uświetnić reprezentacyjne przyjęcia, zwłaszcza gdy stworzono dla nich odpowiednią oprawę w odbudowanym Pałacu Bruhlowskim". Z zapałem promowała polską sztukę, także ludową, jak np. koronki i hafty, które nieraz przyozdabiały stoły podczas cieszących się zasłużoną renomą comiesięcznych herbatek u pani ministrowej. Społeczno-polityczne aktywa ministra Becka pomniejszały zarzuty związane z napływem do resortu kolegów w mundurach. Większość z nich, m.in. za przykładem szefa, była silnie związana z szarżą oraz dominującymi w wojsku zwyczajami. Wacław Jędrzejewicz ruch kadrowy na linii wojsko — MSZ oceniał pozytywnie, gdyż towarzyszyła mu preferowana zasada: „mniej biurokracji, więcej decyzji". Oddalając zarzut dotyczący masowości napływu wojskowych do dyplomacji wyliczył, że tylko 29 osób w mundurach przeszło do MSZ, co na ogólną liczbę 497 tam zatrudnionych stanowiło zaledwie 6%. Trzeba jednak dodać, że były to stanowiska ważne, często kluczowe dla funkcjonowania resortu, tak w sensie personalnym, jak i organizacyjnym. 225 POLITYKA ZAGRANICZNA Pozycja ministra Becka w polskim systemie władzy była większa niż kogokolwiek z zaufanych uczniów Komendanta. Wczesną wiosną 1934 r. w czasie zebrania premierów rządów pomajowych, które odbywało się w Belwederze w obecności prezydenta Mościckiego, Marszałek powiedział: „W mojej pracy nad polityką zagraniczną Polski znalazłem szczególnie zdolnego i inteligentnego współpracownika w osobie pana ministra spraw zagranicznych. Ja nie mogę panu zrobić dość komplementów, panie Beck". Słowa te w ustach Komendanta, który tak rzadko chwalił podkomendnych w ich obecności — napisał Janusz Jędrzejewicz w liście do Becka 27 lutego 1940 r. — zrobiły na uczestnikach zebrania duże wrażenie. Była też druga strona medalu godna uwagi i pamięci: Piłsudski był dla Becka źródłem wszelkich praw, a nawet światopoglądu. Nie było i nie mogło być żadnej dyskusji w odniesieniu do kwestii, w których Marszałek kiedykolwiek wypowiedział jednoznaczny sąd. Beck nigdy nie skrywał, że wskazówki uzyskane od Marszałka służyły mu za podstawę działalności. Do wytycznych tych, traktowanych jak katechizm, wracał w czasie pełnienia obowiązków ministra spraw zagranicznych, także wówczas, gdy Komendanta już nie stało. Ułatwieniem były pewne „drobiazgi" zainstalowane w Pałacu Bruhlowskim — siedzibie ministra spraw zagranicznych. W jego gabinecie na pierwszym piętrze złota strzała na suficie wska- zywała godzinę śmierci Komendanta; w hallu wejściowym stał jego kamienny posąg. Stosunek Becka do Piłsudskiego to skrzyżowanie miłości quasi-synowskiej i absolutnie bezkrytycznego kultu — wspomina Jan Meysztowicz. W świecie dyplomatycznym polski minister nie miał przyjaciół. Wyjątkowo źle mówili o nim Francuzi, a ambasador Leon Noel pisywał z Warszawy raporty w antybeckowej tonacji i z licznymi uszczypliwościami. Nad takim wizerunkiem pracowali Litwini, liczni Czesi z urokliwym i obrotnym Edvardem Beneśem, mi- nistrem spraw zagranicznych Czechosłowacji w latach 1919-1935, a później prezy- dentem; bardzo źle mówili o Becku Rosjanie, zwłaszcza kiedy uznali go za komi- wojażera i porte-parolc faszystów, zwłaszcza niemieckich. Nie brak też opinii bardzo pochlebnych, zwykle wypowiadanych przy okazji wizyt oficjalnych. Są jednak także sekretne, jak np. poufna charakterystyka urzęd- ników MSZ opracowana dla własnych potrzeb w ambasadzie amerykańskiej w Warszawie. Ówczesny wiceminister płk Józef Beck (notatkę sporządzono 21 marca 1931 r.) uznany został za urzędnika niezwykle zdolnego, gotowego posunąć się do ostateczności dla przeprowadzenia swojego punktu widzenia: „[...] uważany za dyktatora polskiej polityki zagranicznej od 1926 roku jako szef gabinetu Marszałka Piłsudskiego; czynny w zorganizowaniu swego rodzaju lokalnego zakonu masońskiego; rozwiedziony i żonaty po raz drugi; rozumie, ale nie mówi po angielsku; w swym nastawieniu do Stanów Zjednoczonych zawsze bardzo przyjazny; wybitnie zdolny człowiek". Spośród prawie trzydziestu sporządzonych tam charakterystyk, na temat Becka napisano najwięcej; żaden inny urzędnik MSZ nie doczekał się też określenia: „wybitnie zdolny człowiek". Imponderabilia towarzyszące zmianie na stanowisku ministra spraw zagra- nicznych były ważne, chociaż w sanacyjnej Polsce główne linie polityki zagranicznej wyznaczał Piłsudski. Jakkolwiek — powtórzmy to raz jeszcze — pole manewru było bardzo ograniczone, to jednak wejście Becka do MSZ zaowocowało ewolucją polskiej polityki zagranicznej w kierunku eksponowania jej bardziej samodzielnej 226 RZĄDY AUTORYTARNE roli. Dotyczyło to zwłaszcza stosunków z Francją, która podjąwszy w 1925 r. marsz w kierunku pojednania z Niemcami nie wahała się wystawiać na targ polskich interesów czy to w sprawie Wolnego Miasta Gdańska, czy to w sprawach mniej- szościowych. Wielu Polaków niezmiennie bulwersuje konstatacja, że interesy polskie były w Paryżu zawsze analizowane z punktu widzenia własnych zysków i strat, skutkiem tego deklaracje o przyjaźni polsko-francuskiej nie znajdowały potwierdzenia w wielu decyzjach rządu francuskiego. Osławiona Linia Maginota to klucz do francuskiej koncepcji obrony państwa. Jednak to, co dla Francji stanowiło potężną zaporę, dla Polski — oczekującej ewentualnej pomocy — było wielką niedogodnością. Budowana od 1928 r. Linia Maginota była czymś więcej niż tylko przeszkodą w realizacji sojuszu polsko-francuskiego; była z militarnego i psychologicznego punktu widzenia jego faktycznym utrąceniem... Piłsudski kilkakrotnie mówił, że w razie zagrożenia Polska może liczyć wy- łącznie na własne siły. Znaczyło to, że sojusz z Francją traktował jako wartościowy przede wszystkim w czasie pokoju. Dlatego też zawsze, nawet na łożu śmierci, Piłsudski kładł nacisk na utrzymanie sojuszu z Francją. W sposób zdecydowany utrącał też wszelkie starania dyplomatów i wojskowych francuskich o zmianę ak to elegancko nazywano: „dostos jak to elegancko nazywano: „dostosowanie" — sojuszu francusko-polskiego do zmieniającej się sytuacji. Zawsze bowiem chodziło o zmniejszenie francuskich zobowiązań względem Polski. Im alarmów wzniecanych na granicach Rzeczypo spolitej z Niemcami, ZSRR, Litwą więcej, tym zabiegi francuskie miały w tym względzie coraz bardziej natrętny charakter. Nie pozostawiały stronie polskiej wątpliwości co do ich istotnego celu. Krótko i zwięźle stan rzeczy określił Piłsudski w październiku 1932 r. w rozmowie z attache wojskowym ambasady francuskiej w Warszawie: „Francja nas opuści, Francja nas zdradzi". Względy oszczędnościowe podano l maja 1932 r. jako powód ustania działał-1 ności francuskiej misji wojskowej w Polsce. Formalnie zakończyła ona swoją dzia- łalność l sierpnia tegoż roku w atmosferze pozornego zadowolenia obu stron. Generał Weygand 4 marca 1932 r. przedstawił swemu rządowi opinię, że misja:] francuska w Warszawie jest zbędna: „Nie ma żadnego wpływu z punktu widzenia wojskowości, nie otrzymuje żadnych interesujących informacji o zamierzeniach naszego tak zwanego sojusznika, o których nic nie wiemy". Dystansowaniu się francusko-polskiemu towarzyszyły istotne zmiany w polityce ogólnoeuropejskiej, w której coraz ważniejszą rolę odgrywały Niemcy. Kon-j| sekwentny marsz Rzeszy doby Stresemanna do europejskiego stołu doznał w la-il tach trzydziestych gwałtownego przyśpieszenia. Elementem nowej rzeczywistościli stało się objęcie przez państwo patronatu nad pangermańskim nacjonalizmem,:|| Jego personalnym symbolem stał się Adolf Hitler, którego narodowosocjalistyczNJ na partia powiększyła we wrześniu 1930 r. stan posiadania w Reichstagu z 13 do 107 mandatów. Strach przed marszem „brunatnych koszul" do władzy twiał Republice Weimarskiej przyśpieszone wyzwalanie się z okowów znienawi^||| dzonego traktatu wersalskiego. Jego odrzucenie jednoczyło Niemców niezależi od statusu społecznego czy wyznawanych poglądów. Każde ustępstwo —jak n|>| wcześniejsza ewakuacja Nadrenii, poważna redukcja, w końcu rezygnacja w pc łowię 1932 r. z reparacji, przyznanie Niemcom praw do zbrojeń 11 grudnia 1932) — były odbierane w Berlinie jako zwrócenie im praw wcześniej zrabowanyc 227 'OLITYKA ZAGRANICZNA Dlatego sukcesy Niemiec jakby nie cieszyły obywateli, którzy coraz chętniej słuchali apeli o pełne i definitywne zniszczenie starego porządku wymyślonego przez plutokrację masońsko-żydowsko-komunistyczną, skupioną — w zależności od sy- tuacji — w Paryżu, Genewie, Moskwie, nieraz także w Warszawie. Polska uchodząc w opinii niemieckiej za głównego beneficjenta systemu wer- salskiego traktowana była z nienawiścią i dużą pogardą. Zamysły zmierzające do „rzucenia jej na kolana" miały licznych zwolenników wśród wojskowych, polityków i sfer gospodarczych. Trwająca od 1925 r. wojna celna, mimo dużych strat ponoszonych także przez gospodarkę niemiecką, rniała przede wszystkim zdez- organizować polski eksport, w połowie związany z rynkiem niemieckim. Prymat polityki nad gospodarką nie podlegał w tej dziedzinie dyskusji. Podpisana 7 marca 1930 r. polsko-niemiecka umowa handlowa nie została przez Reichstag ratyfi- kowana. Tym samym wojna celna trwała nadal, a ministrowie rządu — choćby Gottfried Treviranus — nie krępowali się z agitacją zakładającą zmianę granicy z Polską. Narastanie nastrojów rewizjonistycznych było dobrze widoczne w Wolnym Mieście Gdańsku, gdzie zwolennicy Hitlera stopniowo przejmowali rządy. Tym samym rosła zapalczywość Gdańszczan do eliminowania uprawnień Polski w tym mieście. Złowieszcze hasło „zuriick zum Reich" narodziło się przed nastaniem w Rzeszy hitleryzmu... W 1930 r. doszło do ostrego sporu na tle u \ powit-uzenui roi.sce urnowy o uży- walności portu, tzw. port d'attache (portu macierzystego okrętów wojennych). Problem poddany pod osąd Stałego Trybunału Sprawiedliwości Międzynarodowej w Hadze został rozstrzygnięty na korzyść Senatu Gdańskiego. Strona polska niezadowolona z takiego obrotu sprawy zdecydowała ssę na manifestację siłową. Podczas wizyty w Gdańsku 15 czerwca 1932 r. trzech brytyjskich okrętów wojennych honory gospodarza pełnił kontrtorpedowiec „Wicher". Tym samym rząd polski zignorował fakt wymówienia przez Senat Wolnego Miasta umowy w sprawie port d'attache. Powagę sytuacji uwypukla to, że dowództwo „Wichra" otrzymało rozkaz ostrzelać budynek Senatu, jeśliby władze Gdańska zdecydowały się na wrogą demonstrację wobec bandery polskiej. Niespełna dwa miesiące później, 13 sierpnia 1932 r., Senat Gdański zdecydował się na odnowienie z Polską układu o używalności portu. Negocjacje w tej sprawie finalizowane były bez udziału Henryka Strasburgera, który w lutym 1932 r. przestał być Komisarzem Generalnym RP w Gdańsku. Poza wszystkim w Warszawie uznano, że jego koncyliacyjna polityka zakładająca pozyskanie gdańskich sfer gospodarczych zakończyła się fiaskiem. Jego miejsce zajął Marian Chodacki, były legionista i kapitan odkomenderowany z wojska do MSZ, skąd „pomaszerował" na bardzo trudny i niewdzięczny front gdańsko-poJski. Z powagi sytuacji na odcinku gdańskim zdawano sobie powszechnie sprawę. Trudno było mówić o pokoju, roli Niemiec w Europie i rozwoju sytuacji na styku niemiecko-polsko-rosyjskim bez uwzględniania tej sprawy. W marcu 1933 r. np. ambasador Władysław Skrzyński poznał ojcowską troskę papieża Piusa XI wyni- kającą ze sprawy „korytarza". Papież, niezależnie od nawet najsłuszniejszych racji Polski, nie krył troski z powodu spraw gdańskich, ciążących na stosunkach polsko- niemieckich. Skłoniło to zarazem Piusa XI do wyrażenia sugestii „niezu- 228 RZĄDY AUTORYTARNE pełnej zmiany, ale znacznego zmodyfikowania" sądu o Hitlerze. Stanowisko to wyrażone zostało pełniej w rozmowie z ambasadorem franctiskim Franc_ois Char- les-Roux, kiedy Pius XI poczynił uwagę, że „Hitler jest jedynym szefem rządu na świecie, który ostatnio mówi o bolszewizmie, jak mówi papież". Szczególnie trudna sytuacja Polski wynikająca z jej położenia między dwoma najbardziej dynamicznymi wrogami systemu wersalskiego wymuszała prowadzenie polityki rozważnej, a zarazem opierającej się na zasadzie równej odległości Warszawy od Berlina i Moskwy. Odrodzoną Polskę zawsze trapiła obawa, że współpraca radziecko-niemiecka może być łatwo skierowana przeciwko niej. Kiedy przeto na skutek wyraźnego ześlizgiwania się Niemców w kierunku nacjonalizmu i hi- tleryzmu rysowała się perspektywa pogorszenia stosunków między Berlinem a Moskwą, stanowisko Polski zyskiwało na znaczeniu. Odnosiło się to nie tylko do pogrążających się w inwektywach obu totalitarnych państw, ale także do szerszego układu ogólnoeuropejskiego. Rozdzielając dwóch śmiertelnych wrogów Polska była stale zachęcana do dokonania wyboru. Bez końca też rozprawiano, że właśnie tym lub innym posunięciem Polska takiego wyboru dokonała. Konstatacja niemocy Ligi Narodów, de facto kapitulującej w obliczu agresji Japonii przeciwko Chinom w 1931 r., postawiła na cenzurowanym kwestię przy- datności bezpieczeństwa zbiorowego jako fundamentu polityki międzynarodowej realizowanej przez poszczególne państwa. Z tego rozczarowania, powiększonego niemrawością prac nad powszechnym rozbrojeniem, wyrosła wzmożona krzątanina państw średnich i mniejszych, które w deklaracjach o neutralności lub paktach o nieagresji chciały widzieć wzmocnienie własnego bezpieczeństwa oraz gwarancje integralności terytorialnej. Polska okazała się w tej dziedzinie państwem szczególnie aktywnym. Wiązać to należy z całym kompleksem spraw podlegających zmianom w latach wielkiego kryzysu gospodarczego, charakteryzującego się ogromnym wzrostem egoizmu zawierającego swą społeczno-gospodarczą i polityczną kwintesencję w haśle „ratuj się kto może". Sygnalizowany wcześniej i widoczny coraz bardziej rozbrat nie- miecko-radziecki spowodowany agresją ideologiczno-propagandową zachęcił do zbliżenia Warszawę i Moskwę. Ewolucję tę promowała także Francja zachwycona porzuceniem linii rapallskiej oraz otwarciem się ZSRR na poprawę stosunków z europejskimi sąsiadami. Motywy tego otwarcia były różne. Istotne znaczenie miał rozwój sytuacji na Dalekim Wschodzie, gdzie militaryzm japoński zagrażał nie tylko Chinom (we wrześniu 1931 r. rozpoczął się konflikt w Mandżurii), ale także ZSRR. Do końca 1931 r. na Daleki Wschód przerzucono połowę radzieckich sił zbrojnych. Kontekst azjatycki w pokojowej ofensywie ZSRR na rubieżach europejskich nie jest dostatecznie pamiętany. W każdym razie ułatwia on zrozumienie sytuacji, w której zostało sfinalizowanych wiele dwustronnych umów: 21 stycznia 1932 r. został podpisany układ z Finlandią, 25 stycznia parafowano układ z Polską, 5 lutego z Łotwą i 4 maja z Estonią (z Litwą pakt o nieagresji został podpisany już 28 września 1926 r.). Jedynie Rumunia, mimo aktywnego polskiego pośrednictwa oraz skłonności radzieckiej do kompromisu, odstąpiła od możliwości pójścia tą drogą. Poseł Stanisław Patek i zastępca komisarza ludowego spraw zagranicznych Nikołaj Krestinski 25 lipca 1932 r. podpisali polsko-radziecki pakt o nieagresji. 229 POLITYKA ZAGRANICZNA W preambule tego paktu nawiązano do traktatu ryskiego z 18 marca 1921 r., paktu Brianda-Kellogga i protokołu Litwinowa, które stanowiły ogólne ramy umowy. Obie strony — stwierdzono w artykule l — wyrzekają się wojny jako „narzędzia polityki narodowej w ich wzajemnych stosunkach, zobowiązują się wzajemnie do powstrzymywania się od wszelkich działań agresywnych lub od napaści jedna na drugą, zarówno samodzielnie, jak łącznie z innymi mocarstwami. Za działanie sprzeczne ze zobowiązaniami mniejszego artykułu uznany będzie wszelki akt gwałtu naruszający całość i nietykalność terytorium lub niepodległość polityczną drugiej Umawiającej się Strony, nawet gdyby te działania były dokonane bez wy- powiedzenia wojny i z uniknięciem wszelkich jej możliwych przejawów". Układ zawarty na trzy lata i automatycznie prolongowany — jeśli żadna ze stron nie wymówi jego ważności — został ratyfikowany 27 listopada 1932 r. Marian Leczyk badający ten aspekt wzajemnych stosunków napisał, że układ ów „stanowił przedział między pełną wzajemnej nieufności przeszłością a przyszłością chłodną w swej poprawności [...] Polska uzyskiwała bez wątpienia większą zdolność manewru w kształtowaniu swego bezpieczeństwa". Zbliżeniu polsko-radzieckiemu towarzyszyły wzajemne uprzejmości i gesty, co powodowało, że był to najlepszy okres w międzywojennych kontaktach obu państw. Z inicjatywy Piłsudskiego poprawiły się stosunki z poselstwem radzieckim w Warszawie, gdzie nie zapomniano śmierci posła Piotra Ł. Wojkowa zabitego w 1927 r. przez rosyjskiego emigranta. Przezwyciężenie tego poważnego incydentu nie było łatwe. Na przełomie lat 1931-1932 rolę emisariuszy Komendanta spełniali Bogusław Miedziński i Ignacy Matuszewski, którzy zresztą już wcześniej dość często spotykali się z posłem Władimirem Antonowem-Owsiejenką. Wyraźnie polityczny wydźwięk miała też wizyta Miedzińskiego w Moskwie w kwietniu 1933 r. Był on gościem redaktora naczelnego „Izwiestii" Karola Radka, którego przekonywał, że polska polityka wobec ZSRR jest pokojowa. Wprawdzie Piłsud-ski nie chciał wychodzić poza pakt o nieagresji, ale jednocześnie miał Miedziński w Moskwie podkreślać, że Polska w żaden sposób i w żadnej sytuacji nie zwiąże się z Niemcami przeciwko Związkowi Radzieckiemu. W sierpniu doszło do rewizyty. Według zapisu Alfreda Wysockiego, ówcze- snego wiceministra MSZ, Radka traktowano w Polsce z należytą powagą właściwą ważnej figurze politycznej. Zaplanowano „pociągnięcie go za język", sadzając przy stoliku w „Europejskiej" dwóch najtęższych pijusów — Wieniawę-Długo- szowskiego i Mieczysława Romana Ścieżyńskiego. Jednak Radek „opowiadał im dowcipy i pił koniak jak wodę". Gestom świadczącym o poprawie stosunków radziecko-polskich nadawano rozgłos po obu stronach. Oto w styczniu 1933 r. władze polskie przekazały Insty- tutowi Marksizmu-Leninizmu w Moskwie 125 książek z osobistej biblioteki Lenina, które skonfiskowane w 1914 r. w Poroninie znalazły się w dyspozycji II Oddziału Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego. Władze radzieckie w rewanżu przekazały na ręce Walerego Sławka, prezesa BBWR, kolekcję materiałów archi- walnych dotyczących antycarskiej działalności Piłsudskiego i jego współpracow- ników. W sierpniu 1933 r. Polacy przekazali do Moskwy kilka rękopisów Lenina. Ogromny wpływ na poprawę stosunków polsko-rad/deckich miała sytuacja w Niemczech. Trwająca przez cały czas „gra o Niemcy" weszła w nową fazę wraz 230 RZĄDY AUTORYTARNE z przyjściem do władzy Adolfa Hitlera w styczniu 1933 r. Wielu Europejczykom Hitler wydawał się łatwiejszym do zaakceptowania politykiem niż „weimarczy-cy", którzy wykorzystywali przeciw mocarstwom zachodnim swe dobre stosunki ze Związkiem Radzieckim. Hitlerowskie Niemcy natomiast zajęły pierwsze miejsce pod względem organizowania wszelkich akcji antykomunistycznych. Powszechnie spodziewano się istotnych zmian w dotychczasowych stosunkach. Zwiastunem komplikacji była ratyfikacja protokołu przedłużającego traktat radziecko- niemiecki z 1926 r. (tzw. traktat berliński). Pod naciskiem ministra Konstantina von Neuratha gabinet przyjął protokół w tej sprawie, ale z ogromnymi oporami, a następnie miesiąc zwlekano z publicznym ogłoszeniem tej wiadomości. Mocarstwa zachodnie nie miały oporów w sprawie włączenia hitlerowskich Niemiec do polityki europejskiej oraz zasadniczej zgody na zmiany traktatu wer- salskiego dokonane w sposób legalny i pokojowy. Ujawniło się to wyraźnie w projekcie tzw. paktu czterech, którego pierwszym szermierzem był Benito Mus-solini. Projekt porozumienia Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji i Włoch zakładał współdziałanie tych państw w dziele „uspokojenia" Europy poprzez zmianę zdez- aktualizowanych umów międzynarodowych, co zresztą przewidywał artykuł 19 Paktu LN. Wszystkie państwa mogące stać się obiektem rewizjonistycznej działalności „czwórki" energicznie zaprotestowały. Rząd polski zareagował stanowczo i demonstracyjnie. Nowo wyznaczony ambasador do Rzymu hr. Jerzy Potocki zrzekł się misji. Zgodny stosunek rządu i ogółu polskiego społeczeństwa do sugestii wypływających z „paktu czterech" dobrze oddawał Ignacy Matuszewski, pisząc w „Gazecie Polskiej" 15 kwietnia 1933 r.: „Dla nas ta sprawa nie istnieje, nie istniała i nie będzie istniała. Żadnych rozmów, w żadnym trybie, o żadnej granicy Polski, żaden rząd polski prowadzić z nikim nie będzie". Dobrze układające się wówczas stosunki polsko-radzieckie stwarzały warunki do podjęcia wspólnej krytyki tego projektu. Głos ten nie mógł być zlekceważony w Berlinie, gdzie wciąż szermowano możliwym zagrożeniem ze wschodu, o tyle teraz groźniejszym, że przejawiało się ono w formie przymierza polsko-radziec-kiego. Na domiar wszystkiego rząd polski dawał powody do uwiarygodnienia tych obaw. Kiedy w połowie lutego 1933 r. Senat Gdański wypowiedział umowę o wspólnej, polsko-niemieckiej policji portowej, rząd polski zareagował wzmocnieniem załogi polskiej na Westerplatte, gdzie wyładowano kompanię wojska (88 ludzi). Towarzyszyły temu ruchy wojskowe na Pomorzu oraz stanowcze wypowiedzi członków polskiego rządu. Pod naciskiem LN, która rozpatrzyła skargę Senatu Gdańskiego, rząd polski wycofał kompanię z Westerplatte, ale policja portowa musiała podjąć czynności w poprzednim składzie. Wokół polskiej demonstracji wojskowej z 1933 r. rozgorzała ożywiona dyskusja, której końca nadal nie widać. Chodzi o plany antyniemieckiej wojny prewencyjnej z marszałkiem Piłsudskirn w roli głównej. Mimo braku wiarygodnych źródeł do głoszenia takich poglądów podtrzymywane one są przede wszystkim przez piłsudczyków (Marszałek przewidywał skutki hitleryzacji i chciał zdusić narodowy socjalizm, kiedy był jeszcze słaby) oraz niemieckich wojskowych. Głos tych ostatnich brzmiał bardzo doniosłe. Bo też ledwie stutysięczna Reichswehra po- trzebowała silnych argumentów dla starań o przekreślenie klauzul rozbrojenio- wych traktatu wersalskiego. Prawo do ochrony własnego bezpieczeństwa prze- 231 POLITYKA ZAGRANICZNA kładali niemieccy wojskowi i politycy na żądanie wzmocnienia sił własnych, zdolnych do obrony przed agresywnymi sąsiadami. Do tej propagandowo-psyetiologicznej układanki marszałek Piisudski nadawał się jak nikt inny w Europie. Nie dziwi przeto, że najwięcej wzmianek o wojnie prewencyjnej wyszło z nie- mieckiego worka w latach 1932-1933, kiedy w stosunkach europejskich dokonywały się istotne przesunięcia, jakby nowe rozdanie kart. Elementem tej sytuacji był także wzrost aktywności Polski, która po podpisaniu paktu o nieagresji z ZSRR „wchodzi nareszcie w stadium zupełnej niezależności swej polityki, która może służyć tylko własnym, a nie cudzym interesom". Ale Piłsudski mówiąc to w lipcu 1933 r. Alfredowi Wysockiemu udającemu się do Rzymu na stanowisko ambasadora uważał dojście Hitlera do władzy za wydarzenie, które może mieć dla Polski elementy pozytywne. „Cieszę się — mówił Piłsudski, że Hitler usunął od współ- działania politycznego tych, których my uważamy za największych naszych wrogów. To wpłynie bezwarunkowo na zmniejszenie napięcia i złagodzi istniejące tarcia". Trudno z wypowiedzi tej wnioskować o prowadzonych w kręgu Marszałka przygotowaniach do antyhitlerowskiej wojny prewencyjnej. Chociaż więc trwały w owych dramatycznych latach różne zakulisowe rozmowy, w których sondowano determinację Francji w obronie systemu wersalskiego, to nie ma podstaw do twierdzenia, że wojna prewencyjna miała dla Polski być sposobem na rozwiązanie istniejącego napięcia w stosunkach z Niemcami. Można natomiast mówić, że stanowcze riposty rządu polskiego, zwłaszcza na odcinku gdańskim, były ele- mentem ułatwiającym marsz Berlina w kierunku jakiegoś modus vivendi z Polską. Było ono tym ważniejsze, że 14 października 1933 r. rząd Rzeszy ogłosił decyzję o opuszczeniu Konferencji Rozbrojeniowej i Ligi Narodów, co kilka tygodni później gremialnie potwierdził naród w referendum. Zaniepokojonym Polakom wskazującym na uszczuplone gwarancje bezpieczeństwa rząd Rzeszy zaproponował zawarcie układu o wyrzeczeniu się siły przy regulowaniu wszelkich spraw spornych między obu państwami. Taka też była zasadnicza teza deklaracji polsko--niemieckiej firmowanej 26 stycznia 1934 r. w Berlinie przez ministra Neuratha i posła RP Józefa Lipskiego. Porozumienie mające obowiązywać przez dziesięć lat było dużym zaskocze- niem, równie silnie absorbującym niemieckich i polskich wrogów, jak i przyjaciół. Bo też narodziny tzw. linii 26 stycznia były istotnym wydarzeniem międzynaro- dowym. Deklaracja ograniczała możliwość spekulowania w sprawie Polski jako potencjalnego kozła ofiarnego płacącego za kompromis mocarstw zachodnich z Rzeszą. Zakwestionowała ona też tezę, że najbardziej kruchym elementem systemu wersalskiego była granica polsko-niemiecka. Ale zarazem sugerowała, że z fazy konfrontacji oba państwa przeszły do akceptacji, może nawet współpracy. Za wysoce prawdopodobne, zgoła pewne uważano, iż lakonicznej deklaracji o niestosowaniu przemocy towarzyszy tajny protokół precyzujący różnie zakreślone pola współdziałania. Skrajne wypowiedzi w tej sprawie krążyły po Europie aż do wiosny 1939 r. sugerując, że Polska, która najwcześniej weszła na drogę porozumienia z Hitlerem, uczyniła to z nadzieją na zyski kosztem swoich sąsiadów. Szczególnie zatrwożeni byli politycy litewscy, którzy nie ustawali w wysiłkach w sprawie odzyskania Wilna. Póki polska była skłócona z jej wielkimi sąsia- RZĄDY AUTORYTARNE 232 l darni, rachuby takie były poważnie analizowane. Układy o nieagresji zawarte przez Polskę w latach 1932-1934 z ZSRR i Niemcami wywołały na Litwie wstrząs tym boleśniejszy, że towarzyszyło temu generalne ocieplenie stosunków między tymi państwami. Hitler — rzecz godna uwypuklenia — zdołał wyciszyć w swoim kraju antypolską propagandę, stwarzając pozory dążenia do pełnej normalności sto- sunków dwustronnych. Po konkordacie podpisanym 20 lipca 1933 r. układ z Polską był drugim ważnym dokumentem międzynarodowym pokazującym pokojowe oblicze III Rzeszy, tak silnie nadszarpnięte przez paramilitarny charakter hitleryzmu, zbiorowe „nie" Niemców dla dalszego pozostawania w Lidze Narodów, nasilające się ekscesy antyżydowskie, „noc długich noży"... Deklaracja z 1934 r. rychło obrosła swoistą legendą, a sporom o korzyści i straty końca nie widać. Skrajne sądy wypowiadane na jej temat raczej podnoszą historyczne znaczenie umowy mającej przecież bardzo ograniczony wpływ na rozwój stosunków w skali europejskiej. Jej waga rośnie w optyce polskiej i niemieckiej, chociaż umowa funkcjonowała raptem pięć lat. Dla społeczeństwa niemieckiego, żądnego rewanżu i w tym duchu kształtowanego przez wszystkie ogólnoniemiec-kie siły polityczne, deklaracja była jedynie odłożeniem oczywistego starcia do momentu, gdy zaistnieją materialne warunki dla jego zwycięskiego przeprowa- dzenia. Stale obecny w świadomości Niemców terytorialny rewizjonizm, podtrzy- mywany i rozbudzany kanałami partyjnymi, został jedynie zakamuflowany. Zresztą żaden układ nie był w stanie go usunąć. Poza wszystkim — i to eksponowali propagandziści NSDAP — „linia 26 stycznia" nie gwarantowała istniejącej granicy. Perspektywa dziejowa wystawia układowi z 1934 r. stale nowe cenzurki. Nie- wątpliwie osłabiał on stosunki z Francją i pogarszał z Austrią oraz minimalizował nadzieje na poprawę relacji z Czechosłowacją i Litwą. Czy jednak bez deklaracji polsko-niemieckiej z 1934 r. stosunki z tymi państwami byłyby lepsze? Niezawodnie układ będący samodzielnym krokiem Polski wzmocnił jej prestiż na arenie europejskiej jako państwa definitywnie wyzwolonego spod francuskiej kurateli. Towarzyszące układowi uspokojenie na granicy polsko-niemieckiej sugerowało, że Niemcy, będące dotąd głównym wrogiem niepodległej Polski, z własnej woli uznały jej istnienie. Były to państwa formalnie równorzędne, de- klarujące wolę współpracy, czego najważniejszym przejawem było zaprzestanie ciągnącej się przez lata wojny celnej. Ważne znaczenie, także prestiżowe, miała poprawa losu ludności polskiej zamieszkującej Niemcy, ocenianej na milion osób, której władze wcześniej nie chciały dostrzegać. Sukcesem dla tej grupy Polaków było przyjęcie zasady wzajemności w sprawach mniejszościowych, co znalazło najpełniejszy wyraz w deklaracji z 5 listopada 1937 r. po wygaśnięciu konwencji górnośląskiej. Została ona ogłoszona równocześnie przez kanclerza Hitlera w obec- ności przedstawicieli Związku Polaków w Niemczech oraz prezydenta Mościc- kiego, któremu asystowali niemieccy senatorowie z polskiego parlamentu. Z drugiej strony nie ulega wątpliwości, że układ z 1934 r. nie był dla Hitlera żadnym układem partnerskim, ale jedynie taktycznym posunięciem mającym na widoku podporządkowanie, zwasalizowanie Polski, uczynienie z niej narzędzia wspoma- gającego realizację celów Rzeszy. Ośrodkiem decyzyjnym — zdaniem Hitlera, jego najbliższego otoczenia i ogółu Niemców — mógł być tylko Berlin, gdzie bez skrę- powania rozwijano różne warianty zmiany porządku wersalskiego, zwalczanego 233 POLITYKA ZAGRANICZNA jeszcze bardzie-j brutalnie niż w latach Republiki Weimarskiej. Definitywne roz- stanie się z nim powszechnie traktowano jako przesądzone; problemem był tylko czas... Hitlerowski kamuflaż faktycznych celów był nie tyle znakomity, ile adresaci chcieli wierzyć w płynące z Berlina deklaracje. Na odcinku stosunków polsko-- niemieckich spektakularne znaczenie miało podpisane 24 lutego 1934 r. porozu- mienie w sprawie „ucywilizowania" propagandy w prasie centralnej, radiu i filmie poprzez wyeliminowanie wrogich akcentów. Strona polska nawiązując do zarzuconych już de facto idei rozbrojenia moralnego podjęła próbę porozumienia się z Niemcami w sprawie eliminacji z podręczników szkolnych treści nieprzyjaznych wobec Polski. Do końca 1936 r. 21 polskich recenzentów przeanalizowało około 200 podręczników niemieckich (głównie do nauczania historii), uznając zawarte w nich fakty i opinie za sprzeczne z zasadami wypływającymi z „linii 26 stycznia" (sprawa Krzyżaków, hołdu pruskiego, rozbiorów Polski — generalnie polsko- niemieckich stosunków kulturalnych). Mimo różnych polskich inicjatyw strona niemiecka nie podjęła merytorycznego dialogu, z rozmysłem poprzestając na kontaktach proceduralnych i organizacyjnych. Im więcej było przykładów świadczących o tym, że Rzesza nie zeszła z drogi rewizji porządku wersalskiego, tym bardziej rosła krytyka sanacji za politykę po- jednania polsko-niemieckiego. Ogólny ton krytyki ze strony polskiej prawicy oddaje opinia Tadeusza Machalskiego, który w książce wydanej w Londynie w 1964 r. problem ten tak ujmował: „Marszałek Piłsudski zawierając pakt z Hitlerem pomógł mu wydostać się z matni, utorował mu drogę w okresie, w którym był jeszcze pisklęciem, nie mającym oparcia nawet we własnej Reichswehrze, i wyhodował na własnym łonie jadowitą żmiję, od ukąszenia której legliśmy w śmiertelnych konwulsjach". Wielokrotnie pisano, nie tylko zresztą w prasie opozycyjnej, o wielkim programie militaryzacji Niemiec. W „Polonii" l maja 1934 r. Wojciech Korfanty informował o „gigantycznej beczce prochu w samym centrum Europy" wskazując zarazem, że III Rzesza była „jednym wielkim obozem wojennym, olbrzymią organizacją wojskową, w której wszystko podporządkowane jest celom odbudowy niemieckiej siły zbrojnej". Cała antysanacyjna opozycja, łącznie z komunistami bijącymi na alarm w związku z antyradzieckim spiskiem zorganizowanym przez międzynarodowy imperializm, przypominała germanofilizm Piłsudskiego. Ważnym eksponentem tej orientacji miał być minister Józef Beck, o którym nawet pisano, że będąc w latach 1922-1923 attache wojskowym w Paryżu został uznany za personę non grata z powodu szpiegostwa na rzecz Niemiec. W „propagandzie szeptanej" nie stroniono od przeróżnych połączeń nazwiska polskiego ministra z gen. Ludwigiem Beckiem, wybitnym przedstawicielem pruskiego militaryzmu, szefem zamaskowanego sztabu generalnego Reichswehry, a następnie sztabu generalnego wojsk lądowych Wehrmachtu. Przekonującym wyrazem filogermanizmu sanacji i osobiście polskiego ministra spraw zagranicznych miało być to, że w Toruniu, w budynku stanowiącym jego własność, mieściła się niemiecka szkoła prywatna. Deklaracja z 26 stycznia 1934 r. na życzenie Piłsudskiego dotyczyła wyłącznie spraw dwustronnych. Polska dyplomacja dokładała starań, by fakt ten został uzna- 234 RZĄDY AUTORYTARNE ny za prawdziwy. Nie było to jednak łatwe ani w stolicach państw mających z Polską konfliktowe sprawy, ani w sojuszniczej Francji, ani w ZSRR obnoszącym się zawsze, a zwłaszcza wówczas ze swym pacyfistycznym wizerunkiem. Kontekst pęczniejącego imperializmu japońskiego, który wszedł na kontynent i osiadł w Mandżurii, oraz hitlerowskiego szowinizmu antyżydowskiego i antykomuni- stycznego może ułatwić zrozumienie polityki Stalina. Na odcinku stosunków z Warszawą trwała dobra passa, z rozmysłem podtrzymywana i współtworzona przez rząd polski. Wielokrotnie podkreślał on zasadniczą niechęć do wszelkich aspiracji terytorialnych na wschodzie, uznając granicę ryską biegnącą wzdłuż linii Dzisna — Dokszyce — Słucz — Ostróg — Zbrucz za dobrą, stwarzającą szansę rozwoju „sąsiedzkiej życzliwości". Szczytowym punktem tej tendencji była oficjalna wizyta ministra Becka w Moskwie, do której doszło w dniach 13-15 lutego 1934 r. Była to długo oczekiwana rewizyta za pobyt ludowego komisarza Gieorgija Cziczerina w Warszawie w 1925 r. Dla zrozumienia atmosfery towarzyszącej tej podróży ważne było to, że Beck był pierwszym europejskim ministrem spraw zagranicznych składającym oficjalną wizytę w Związku Radzieckim. Nie dziwi przeto, że otoczka towarzy-sko- propagandowa tej wizyty to temat sam dla siebie. Intencją Marszałka było stworzenie podczas wizyty w Moskwie atmosfery szczególnie swobodnej, a nawet przyjaznej, ale równocześnie Beck miał być ostrożnym i nie dać się wciągnąć „na śliskie tory kolaboracji politycznej z Sowietami". Dlatego też rezultaty wizyty sprowadzały się do podniesienia poselstw do rangi ambasad oraz przedłużenia okresu ważności polsko-radzieckiego układu o nieagresji na 10 lat. Protokół w tej ostatniej sprawie podpisali 5 maja 1934 r. w Moskwie ambasador Juliusz Łukasiewicz oraz Maksim Litwinów. Miał on obowiązywać do 31 grudnia 1945 r., a więc dłużej nawet niż przewidywała to deklaracja polsko-niemiecka, ważna do 25 stycznia 1944 r. Pierwsze lata panowania Józefa Becka w resorcie spraw zagranicznych to naj- lepszy okres w stosunkach Polski z dwoma wielkimi sąsiadami. Dotyczyło to zwłaszcza kontaktów ze Związkiem Radzieckim, który zbliżył się do państw bę- dących obrońcami systemu wersalskiego. Elementem tej reorientacji było — pro- mowane przez Francję — wstąpienie ZSRR do Ligi Narodów w 1934 r. Dość liczni przeciwnicy takiej orientacji radzieckiej polityki międzynarodowej starali się wzmocnić obawy rządu polskiego, że zwolnione przez Niemcy miejsce głównego oskarżyciela Polski zajmie teraz ZSRR. Dużą aktywność rozwinęli Japończycy, którzy opuszczając Ligę Narodów w marcu 1933 r. pozbawili się możliwości za- blokowania przyjęcia ZSRR, gdyż w tej sprawie obowiązywała w Radzie zasada jednomyślności. Minister Koki Hirota w rozmowie z posłem Michałem Mościc- kim w czerwcu 1934 r. podkreślał, że „Japonia i Polska najlepiej znają Rosję So- wiecką i wiedzą, czego się trzymać. Niestety, inne państwa nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństwa wprowadzenia do Genewy Sowietów". Słowa te padły na podatny grunt. Rezerwie rządu polskiego towarzyszyła świadomość, że wstąpienie ZSRR do Ligi Narodów zablokuje szansę zajęcia przez Polskę stałego miejsca w Radzie jako reprezentanta Europy Środkowowschodniej. Francuski minister Louis Barthou zatrwożony perspektywą trudności wywo- łanych przez Polskę pofatygował się do Warszawy. Dzięki tej wizycie, do której 235 PRZEMIANY GOSPODARCZO-SPOŁECZNE doszło w kwietniu 1934 r., przeszedł on do historii stosunków polsko-francuskich jako pierwszy szef na Quai d'Orsay, który odwiedził Polskę — swego, jak to wielo- krotnie podkreślano, najważniejszego po Anglii sojusznika w okresie międzywo- jennym. Podniecenie wywołane planowanym przystąpieniem ZSRR do Ligi Narodów włączyła dyplomacja polska do prowadzonej od wielu lat akcji w sprawie wymó- wienia „małego traktatu wersalskiego". Ta śmiała inicjatywa — dla jednych bul- wersująca, dla innych całkowicie uzasadniona — skierowana była przeciwko siłom wykorzystującym mniejszości narodowe dla celów politycznych. Politycy, którzy pamiętali znaczenie, jakie Rzesza przywiązywała do współpracy z mniejszościami rozrzuconymi po Europie, inicjatywę rządu polskiego interpretowali jako krok antyniemiecki; inni uważali ją za próbę niedopuszczenia, aby ZSRR — nowy członek Rady Ligi Narodów — współdecydował o polskich sprawach we- wnętrznych, wyzyskując zawsze możliwe skargi ludności zamieszkującej Kresy. Stały delegat RP w Genewie, hr. Edward Raczyński, sondując warunki współdziałania z państwami znajdującymi się w podobnej sytuacji, a więc z Czechosłowacją, Rumunią, Jugosławią i Grecją, nie uzyskał dostatecznie silnego poparcia. W tej sytuacji będący już w Genewie minister Beck odbył telefoniczną rozmowę z Piłsudskim przebywającym na wypoczynku w Moszczenicy. „Marszałek — napisał J. Beck w Ostatnim raporcie — całkowicie popierał kategoryczność mojego stanowiska, stwierdzając, że nie tylko meritum, ale zdecydowana forma naszego wystąpienia jest koniecznością w aktualnej sytuacji międzynarodowej". Deklaracja Becka z 13 września 1934 r. zawieszająca "współpracę rządu polskiego z organizacjami międzynarodowymi w sprawie stosowania praw mniejszości narodowych w Polsce wywołała silne emocje, jednak w Genewie, specjalnie zaś w Zgromadzeniu, zareagowano łagodniej niż się spodziewano. Uderzała powścią- gliwość angielska, zbytnia gorliwość francuska w protestach przeciwko decyzji polskiej oraz trzymanie się z boku państw Małej Ententy. Kiedy 30 września 1934 r. minister Józef Beck zameldował się w Moszczenicy, usłyszał pochwałę od Ko- mendanta. Piłsudski po dłuższej rozmowie — notuje Wacław Jędrzejewicz w Kromce życia Józefa Pilsudskiego — kazał podać butelkę starego węgierskiego wina, mówiąc, że w Polsce przy większych świętach tym winem trącano się dla uczczenia bliskich sercu wydarzeń. Było to istotnie spore wydarzenie, gdyż chory Piłsudski wina już nie pijał... Władysław Pobóg-Malinowski komentując tę inicjatywę w całości związał ją z Piłsudskim, stwierdzając, iż „była to ostatnia za życia Marszałka wielka i śmiała akcja polska na terenie międzynarodowym". Przemiany gospodarczo-społeczne Napisano już wcześniej, że sytuacja społeczna i gospodarcza Polski była ele- mentem sprzyjającym piłsudczykom sięgającym w 1926 r. ponownie po władzę. Głoszonemu przez nich programowi „sanacji moralnej" towarzyszyła poprawa koniunktury gospodarczej w skali europejskiej i globalnej. Wskaźnik produkcji 236 RZĄDY AUTORYTARNE i światowej aż do końca 1928 r. wykazywał stałą tendencję wzrostową. Dla gospo- darki polskiej pozytywne znaczenie miał też konflikt między górnikami a rządem i pracodawcami w Wielkiej Brytanii, co otwarło tamtejszy rynek dla polskiego węgla. Skalę problemu uwydatnia fakt, że wydobycie węgla w Wielkiej Brytanii było 7-8 razy większe niż w Polsce. Zatem zapotrzebowanie na ten surowiec ze strony gospodarki brytyjskiej było ogromne i przewyższało polskie możliwości eksportowe. W krótkim przeto czasie eksport węgla na rynek brytyjski wzrósł blisko trzykrotnie. W pierwszej połowie 1926 r. sprzedano tam 3,5 min ton, nato- miast w drugim półroczu 10 min ton. Znacznie wzrósł też eksport węgla do Włoch i państw skandynawskich. Ożywienie to znalazło odbicie w innych obszarach gospodarki polskiej. Jak wyliczył Andrzej Jezierski, produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła w latach 1925-1929 o 27%, natomiast w skali europejskiej tylko o 15%. Stroniąc od fetyszyzowania tych liczb trzeba jednak uwypuklić widoczny rozwój polskiego przemysłu. Przyjmując za 100 stan wytwórczości przemysłowej w 1928 r., w 1926 r. wynosił on 71, natomiast w 1929 r. przekroczył 102. Wynika z tego, że rozwój odnoszący się do lat 1927 i 1928 załamał się w roku następnym, dając początek stagnacji i regresowi. Podobny cykl wystąpił w rolnictwie. Dobry urodzaj w latach 1925 i 1927 oraz korzystne ceny na zboże przyczyniły się do wzrostu dochodów ludności rolniczej. Uspokojeniu sytuacji na wsi służyły płynące od rządu zapewnienia, że powzięte wcześniej zobowiązania w zakresie parcelacji ziemi zostaną zrealizowane. Istotnie też w latach 1926-1928 zostało rozparcelowanych więcej gruntów niż przewidywała norma 200 tyś. ha widniejąca w ustawie z 1925 r. Z powodzeniem też realizowano zawsze trudny i konfliktowy proces komasacji gruntów oraz likwidację serwitutów i wspólnot gruntowych Dominująca w kraju lud ejska odczuła nie tylko poprawę swej sytuai. materialnej, ale także wzrost zainteresowania ze strony rządzących, poszukują cych w tym środowisku poparcia. Rywalizacja o głosy ujawniająca się przy okazji wyborów parlamentarnych i samorządowych przyczyniła się do rozwoju społecz- no-politycznego ludności wiejskiej oraz poprawy jej w autoocenie. Z drugiej stro ny ówczesna sytuacja materialna ludności wiejskiej była wyraźnie gorsza niż pi\, cujących w mieście. W rodzinach żyjących z zysku oraz wolnych zawodów miesięczne dochody czteroosobowej rodziny w 1929 r. wynosiły 1300 zł; w rodzi nach pracowników umysłowych — 640 zł; w rodzinach drobnomieszczańskich — 345 zł; robotniczych — 265 zł, a w chłopskich tylko 175 zł. Dysproporcje były więc ogromne, a kraj jako całość żył więcej niż biednie, jeśli pamiętać, że znaczna więk szość mieszkańców kraju to jednak ludzie wsi. Nie przekreśla to udokumentowa nej tezy o istotnym wzroście dochodów. Przyjmując średnią płacę realną z 1927 r. za 100, w roku poprzednim wynosiła ona 90, natomiast w 1929 r. około 115. Uspokojenie sytuacji w kraju będące także następstwem łagodzących wypo wiedzi oraz rozważnych decyzji gospodarczych nowego rządu (notabene realizu jącego program naprawy opracowany przez Jerzego Zdziechowskiego, endeckie go ministra w rządzie Skrzyńskiego) znalazło pozytywne odbicie w pozyci polskiego złotego. Jego kurs obniżył się w stosunku do dolara z 11 do 8,9 złotego •wykazując we wrześniu 1926 r. kurs stabilny. Do jego umocnienia przyczyniła SK pożyczka sfinalizowana w październiku 1927 r. w bankach USA, która w 75°- 237 PRZEMIANY GOSPODARCZO-SPOŁECZNE została skierowana właśnie do sektora bankowego. Pozostałą część przeznaczono na rozbudowę Fabryki Związków Azotowych w Tarnowie (Mościce), Polskich Zakładów Inżynieryjnych oraz Żeglugi Polskiej. Łatwiejszy dostęp do kredytów liczonych w dziesiątkach milionów dolarów miały też poszczególne miasta (np. Warszawa, Poznań) oraz regiony (np. Górny Śląsk). W sumie w latach 1926-1927 gospodarka polska została zasilona kwotą rzędu 100 min dolarów. Do końca 1929 r. całe zadłużenie Polski u obcego kapitału przekraczało 10 mld dolarów. Było to więc obciążenie duże, biorąc pod uwagę ogólny stan gospodarczy kraju. Polska należała do wiarygodnych pożyczkobiorców, a kolejne rządy przestrzegały zasady skrupulatnej realizacji posiadanych zobowiązań. Koniunktura gospodarcza, przypadająca grosso modo na lata 1926-1928, jak również dopływ zagranicznych kapitałów głównie ze Stanów Zjednoczonych i Francji spowodowały, że niemiecka próba rzucenia Polski na kolana za pomocą wojny celnej okazała się chybiona. Polska gospodarka przetrwała najtrudniejszy okres, poszukując w tym czasie nowych rynków zbytu i reorganizując produkcję, zwłaszcza przemysł przetwórczy. Wojna celna zainicjowana — przypomnijmy — w połowie 1925 r. odegrała nawet z polskiej perspektywy rolę dodatnią, wymuszając pewne uniezależnienie się polskiej gospodarki od Niemiec. Antypolska polityka niemiecka realizowana w zakresie spraw gospodarczych przy dużym zaangażowaniu władzy, dającej prymat polityce nad gospodarką, wzmogła analogiczne tendencje lewicy sanar- in,-i ">,, v politycy, jak Jędrzej Mo- raczewski, który był ministrem robót public:/ lefan Starzyński jako dy rektor departamentu ogólnego w ministerstwie skarbu, przekonywali Piłsudskie- go (który spraw gospodarczych nie cierpiał i jak mógł unikał angażowania się w nie) oraz premiera Bartla o potrzebie zwiększenia ingerencji państwa w życie gospodarcze poprzez wzmożenie etatyzacji. Najwybitniejszą indywidualnością umiarkowanego interwencjonizmu pań- stwowego był wówczas inż. Eugeniusz Kwiatkowski — minister przemysłu i handlu. Jego rolę w rządzie umacniała legionowa przeszłość oraz dobre przygotowanie merytoryczne. Inżynier Kwiatkowski, z zawodu chemik — wykładowca Politechniki Warszawskiej i autor dyskutowanej w środowisku pracy Zagadnienia przemysłu chemicznego na tle wielkiej wojny" (1923), był rzecznikiem i propagatorem rozwoju gospodarki, kojarzącej interes osoby prywatnej z równorzędnym lub w pewnych okolicznościach nadrzędnym interesem zbiorowości najlepiej wyra-'anym przez państwo. W licznych publikacjach dzielił się on posiadaną wiedzą, zachęcając Polaków do nowoczesnego myślenia o gospodarce. Na uwagę zasługują takie jego książki, jak Postęp gospodarczy Polski (1928); Polska gospodarka w roku '928 (1928) czy Dysproporcje. Rzecz o Polsce przeszłej i obecnej (1932) zachowująca w wielu fragmentach nadal aktualność. Z inicjatywy lub za aprobatą ministra Kwiat-kowskiego podjęto w 1926 r. systematyczne badania warunków produkcji i wymiany (tzw. Komisja Ankietowa). W roku następnym powstał Państwowy Instytut Eksportowy, a w 1928 r. Instytut Badania Koniunktur i Cen. Rozbudowa zaplecza naukowego dla polityki gospodarczej państwa objęła też poszerzenie zadań dla Głównego Urzędu Statystycznego. Postępowało też porządkowanie prawa: w 1928 r. został wprowadzony jednolity ustrój sądów powszechnych, chociaż dopiero w 1932 r. powstał kodeks han- 238 RZĄDY AUTORYTARNE dlowy, ale za to jego uniwersalne rozwiązania okazały się przydatne jeszcze w końcu wieku. Nawiasowo należy dodać (dotyczy to całego procesu kodyfikacji prawa, w tym obowiązującego od 1932 r. kodeksu karnego oraz prawa o wykro- czeniach), że dokumenty te charakteryzowały się wysokimi walorami prawniczymi oraz jasnością i precyzją. Krytykowana niejednokrotnie powolność prac kody- fikacyjnych miała swe źródło w nieustannym poszukiwaniu konsensusu, uwzględ- niającego sprzeczne interesy. Poza tym sanacja zaczęła wykorzystywać stale do- konującą się unifikację prawa jako element ograniczania roli opozycji, a wzmac- niania pozycji własnej. Minister Kwiatkowski dla współczesnych był przede wszystkim propagatorem śmiałych planów rozbudowy polskiej gospodarki morskiej. Względy makro- ekonomiczne oraz polityczne (szczególne znaczenie miała współpraca Niemiec z Wolnym Miastem Gdańskiem) spowodowały, że w centrum polityki morskiej Kwiatkowskiego znalazła się Gdynia. Po zmodyfikowaniu w 1926 r. umowy z konsorcjum polsko-francuskim budującym port w Gdyni prace nabrały dużego przyśpieszenia. Dodatkowo konfliktowało to relacje z Gdańskiem, którego władze dokładały starań, aby rozwój Gdyni liczącej w 1930 r. już 30 tyś. mieszkańców spowolnić. Problem był o tyle ważny dla obu stron, że port w Gdańsku posiadał dobre połączenia kolejowe z ziemiami polskimi; tam też miały swe siedziby biura firm handlowych, towarzystw ubezpieczeniowych, kantorów, banków gwarantu- jących odpowiedni komfort pracy. Gdańsk oferując różne zniżki dla swoich klientów skutecznie walczył o utrzymanie swojej pozycji najstarszego i najlepszego portu w tej części Morza Bałtyckiego. Jednym z elementów trwającej wówczas walki, ale też dźwigania całej polskiej gospodarki była rozpoczęta budowa magistrali węglowej łączącej Górny Śląsk z Morzem Bałtyckim. Poza wszystkim rozbudowa linii Herby — Zduńska Wola — Bydgoszcz — Gdynia spełniła ważną rolę dla integracji gospodarczej południa i północy państwa. Między innymi dzięki niej polska flota handlowa, która w 1929 r. dysponowała 18 statkami, mogła podjąć konkurencję z niemieckimi, gdańskimi i skandynawskimi przewoźnikami, przejmując ładunki tranzytowe z basenu dunajskiego. Gdynia dla społeczeństwa polskiego stała się sprawą ogólnonarodową, częścią świadomie i celowo kreowanej dumy państwowej. Ważnym elementem stopniowego identyfikowania się społeczeństwa polskiego z wymarzonym „oknem na świat" była wewnętrzna pożyczka na budowę Gdyni, która dała 47,5 min złotych. Dalszym etapem procesu przybliżania się Polski do morza było powstanie Ligi Morskiej i Kolonialnej, stowarzyszenia prosanacyjnego występującego pod tą nazwą od 1930 r. Podstawowym zadaniem Ligi było popularyzowanie zagadnień morskich, propaganda ekspansji kolonialnej oraz wychowanie morskie zarówno starszych obywateli, jak i młodzieży. Propagowano hasła przekształcenia Polski w państwo zdolne do obrony interesów kraju na morzu oraz rozwoju żeglugi śród- lądowej. Liga zajmowała się zdobywaniem pieniędzy na Fundusz Obrony Morskiej i Fundusz Akcji Kolonialnej. Rozbudowy Gdyni nie zawieszono także w latach kryzysu. Wątpiących w sens tego ogromnego wysiłku inwestycyjnego, nie znajdującego w ówczesnej Europie naśladowców, był rosnący udział Gdyni w obrotach handlowych, które w 1930 r. 239 PRZEMIANY GOSPODARCZO-SPOŁECZNE były nadal realizowane głównie drogą lądową. Przez Gdynię w ujęciu wartościowym przechodziło wówczas tylko 5% towarów; skalę zmiany pokazuje to, że w 1935 r. już ponad 60% obrotów szło drogą morską, w tym przez Gdynię 43%. Minister Kwiatkowski odegrał też pozytywną rolę jako promotor Powszechnej Wystawy Krajowej (Pewuki), która trwała w Poznaniu przez sześć tygodni, od 16 maja do 30 czerwca 1929 r. Pomysł ten, rozważany za rządów Władysława Grab- skiego w 1924 r., został odłożony z powodów finansowych. Ministerstwo Robót Publicznych powróciło do niego po przewrocie majowym. Jednak międzyministe- rialny komitet uznał, że zorganizowanie w Warszawie wystawy ogólnopolskiej, obej- mującej wszystkie branże i dziedziny aktywności społeczeństwa polskiego, nie będzie możliwe przed 1935 r. Do dyskusji w tej sprawie włączył się prezydent miasta Poznania Cyryl Ratajski, który przekonał władze regionalne i centralne, że gród Przemysława może zorganizować, i to już w 1929 r., w dziesiątą rocznicę odrodzenia państwa, powszechną wystawę krajową, obrazującą dokonania i żywotność narodu polskiego. Optymizm Ratajskiego oraz Komitetu Organizacyjnego PWK, którego skład zatwierdziła Rada Ministrów 5 stycznia 1927 r., wiązał się z rozwojem Poznania jako organizatora ogólnopolskich targów, których nazwa w 1924 r. uległa zmianie na Międzynarodowe Targi Poznańskie. Pewuka ugruntowała pozycję Poznania jako ważnego ośrodka wystawienniczo-targowego w Europie Środkowowschodniej, przyczyniając się do rozwoju miasta w różnych tego przejawach; w 1925 r., trzy lata przed stolicą, na ulice Poznania wyjechały autobusy komunikacji miejskiej, a w 1930 r. w Poznaniu pojawił się pierwszy w kraju trolejbus. Przez dwa z górą lata, aż do 16 maja 1929 r., kiedy to prezydent Mościcki otworzył PWK, w mieście prowadzono szeroko zakrojone prace budowlane i modernizacyjne, których nie przerwała wyjątkowo sroga zima 1928/1929. Całościowy nadzór nad przygotowaniem Wystawy, oprócz wszędobylskiego prezydenta miasta, sprawował Stanisław Wachowiak, odwołany w 1926 r. wojewoda pomorski. Pospołu gromadzili środki (ogólny koszt PWK sięgał 100 min zł) i odpierali ataki, że „wystawna Wystawa" zrujnuje finanse miasta. Historia nie dała racji krytykom. Protektorat nad Wystawą objął prezydent Mościcki, natomiast przewodniczącym Komitetu Honorowego został marszałek Piłsudski, który jednak do Poznania nie przyjechał, delegując na otwarcie „osobistego przedstawiciela", gen. Daniela Konarzewskiego. Wysoki ceremoniał towarzyszący otwarciu Wystawy uwydat- niała liczna obecność ministrów z premierem Kazimierzem Świtalskim, elity Ko- ścioła z arcybiskupem Augustem Hlondem, korpusu dyplomatycznego z dziekanem nuncjuszem Francesco Marmaggim. Wszystko to miało udokumentować społeczeństwu i zagranicy, że Polska istnieje, żyje i rozwija się. Pewuce towarzy- szyła bowiem intensywna propaganda mająca wzmocnić poczucie dumy wśród obywateli państwa. Na każdym niemal kroku, na formularzach urzędowych i drukach pocztowych umieszczano patriotyczne sentencje w rodzaju: „Pracuj wydajnie, oszczędzaj i kupuj wyroby krajowe". Jednym z ważnych celów Targów było współkształtowanie rynku wewnętrz- nego. Ministerstwu Przemysłu i Handlu chodziło zwłaszcza o „poruszenie Pomorza i Wielkopolski dla kupowania od firm mazowieckich". Nadal bowiem, chociaż niepodległa Polska funkcjonowała już dziesięć lat, największym odbiorcą towarów z zachodniej Polski były Niemcy. Pogarszanie się m. in. na skutek wojny 240 RZĄDY AUTORYTARNE celnej bilansu wymiany handlowej na korzyść Niemiec podwajało oczekiwania, że Pewuka i w ogóle Targi Poznańskie przyczynią się do większej integracji go- spodarczej obejmującej nie tylko Mazowsze, ale i Kresy. Statut zarejestrowanego towarzystwa PWK precyzował, że celem Wystawy było przedstawienie całokształtu dorobku kulturalnego i gospodarczego odrodzonej Polski. Na 65 hektarach powierzchni, w 111 obiektach, w ogromnej większości nowo zbudowanych pojawiło się kilkanaście tysięcy wystawców, w tym 3500 w dziale przemysłowym i 1200 rolniczym. Materiał wystawowy obejmował również takie działy, jak wystawę rządu, samorządów, handlu i rzemiosła, sztuki, wychowania fizycznego, sportu, turystyki i emigracji. Owe działy podzielono na 32 grupy tematyczne, a każdą z nich na klasy. Całość była przemyślana i robiła dobre wrażenie nie tylko na ponad czterech milionach obywateli polskich, którzy przybyli do Poznania, ale także na przedstawicielach emigracji oraz korpusu dy- plomatycznego. Ambasador Francji Jules Laroche mówił, że wrażenia z wystawy „są jak najdoskonalsze", co potwierdzał ambasador Wielkiej Brytanii sir William A.F. Erskine. Za imprezę „bez zarzutu" uznał Pewukę dyrektor Międzynarodowych Targów w Lipsku Paul Voss, który swą opinię wyrażał jako znający wszystkie najważniejsze wystawy ówczesnej Europy. Widoczna troska organizatorów Pewuki o maksymalną popularyzację tej im- prezy uwidoczniła się w 120 zjazdach i kongresach zorganizowanych w Poznaniu latem 1929 r. Swą masowością wyróżniał się Narodowy Zlot Harcerstwa z 10 tyś. uczestników, Wszechsłowiański Zjazd Śpiewaczy, który zgromadził 20 tyś. osób, oraz Wszechsłowiański Zjazd Sokoli z 30 tyś. uczestników. Kolorytu Pewuce nadawały zjazdy np. Zjednoczonych Bractw Kurkowych, adwokatów, lekarzy weterynarii, kupców chrześcijańskich, esperantystów, stowarzyszenia kobiet z wyższym wykształceniem, głuchoniemych piekarzy itp. Płynące z Poznania zachwyty były często redagowane wedle pewnego schematu zdradzającego rękę organizatorów. Dotyczyło to części spośród tysiąca za- granicznych dziennikarzy, pochodzących także z odległych i egzotycznych państw oraz reprezentujących nieraz lokalne gazety. Atencja wobec nich płynęła z wiary i przekonania, że ponad 60 tyś. artykułów i wzmianek prasowych o Pewuce to promocja kraju, dziesięcioletniego istnienia państwa i jego osiągnięć. Były też głosy odmienne. Satyryk Światopełk Karpiński sądził, że przedstawiony przez obcych dziennikarzy obraz Polski zasługuje na wierszyk: Chociaż tylko z samolotu, lecz widziałem Polskę cale tundrę, tajgę, polskie błota i kozaków armię bialę, Na ulicach wilki wyją, ludzie wcnh' s/p nie myją, szlachta bije s/p szablami i poddanych szczując psami. Rząd wciąż gnębi Lodomerię, i gna Żydów na Syberie, zaś posłowie 2 opozycji musza służi/ć przy polic/i. 241 PRZEMIANY GOSPODARCZO-SPOł ECZNE Dyrektor naczelny Pewuki dr Stanisław Wachowiak podczas jej zamknięcia przypomniał intencje organizatorów, którzy chcieli widzieć w niej jedno wielkie Surswn corda, dzieło, które stanęło wiarą i ofiarą. „Niech będzie w historii naszej pięknym dokumentem, że pokolenie nasze przy wszystkich usterkach, jakie mu wykaże historia, nie było pokoleniem karłów, niegodnych spuścizny przez ojców przekazanej. Niech będzie bodźcem do szlachetnych porywów, niech będzie po- żytkiem dla Narodu i Państwa". Pewuka odegrała też ważną rolę dla stolicy Wielkopolski. Dzięki niej rozwijające się Targi Poznańskie awansowały do roli oficjalnej wizytówki polskiej gospodarki oraz przeglądu jej oferty eksportowej, m.in. poprzez organizowanie imprez towarzyszących, jak Jarmark Wełny, Targi Ogrodnicze, Targi Jęczmienia Browarnego itp. Władze państwowe czyniąc z PWK imprezę prestiżowo-propagandową zabiegały o zgodne współdziałanie z organizacjami samorządu gospodarczego, którego centralnym ogniwem były izby przemysłowo-handlowe. Chociaż przewidziana w konstytucji marcowej 1921 r. Naczelna Izba Gospodarcza nigdy nie została powołana, to jednak działające od połowy XIX w. regionalne izby handlowo-prze- mysłowe stopniowo umacniały swą pozycję skupiając uwagę na prowadzeniu ewidencji gospodarczej, wydawaniu opinii o towarach, patentów oraz zaświadczeń handlowych. W 1927 r. obszar RP podzielony został na dziesięć okręgów, ••" których mieściły się siedziby izb regionalnych; były to miasta: Warszawa, Łódź, Sosnowiec, Lublin, Lwów, Kraków, Poznań, Wilno, Grudziądz i Bydgoszcz. W miarę umacniania się tendencji etatystycznych, wzmocnionych interwen- cjonizmem państwowym, izby przemysłowo-handlowe zostały podporządkowane rządowej polityce gospodarczej. Idea samorządności, która zrazu dominowała w działalności izb, traciła na znaczeniu. Zjawisko to dało o sobie znać podczas pierwszego kongresu izb przemysłowo-handlowych, który został zorganizowany w połowie 1930 r. przy okazji targów we Lwowie. Kolejnym etapem ewolucji roli i charakteru izb było powstanie w 1934 r. Związku Izb Przemysłowo-Handlowych, który miał zajmować się sprawami natury ogólnokrajowej, kładąc nacisk na eliminowanie partykularnych interesów poszczególnych izb. Ich przynależność do Związku była obowiązkowa, co kłóciło się z pojęciem samorządności. Ograniczoną efektywność działalności izb uwypuklił kryzys gospodarczy, którego dno w Polsce, Europie i na świecie przypadło na 1932 r. Niemniej jednak izby przemysłowo-handlowe w porozumieniu z Ministerstwem Przemysłu i Handlu z powodzeniem zabiegały o eliminowanie konkurencji polskich eksporterów na rynkach trzecich oraz pozyskiwanie tzw. rynków pionierskich. Część strat pono- szonych z tego tytułu przez polskich eksporterów, stosujących zresztą nagminnie ceny dumpingowe (niższe od kosztów wytwarzania), była na wniosek izb pokry- wana z budżetu państwa. W ogólności była to istna kropla w morzu potrzeb, jeśli zważyć, że cechą charak- terystyczną wielkiego kryzysu światowego ciągnącego się grosso modo od 1929 r. była nadmierna (aczkolwiek względna) podaż towarów przv niedostatecznej ilości pieniędzy będących w obiegu. Świat cały został uwikłany w samonapędzającą ię dezorganizację przypominającą zasadę błędnego koła: producenci nie mogli 'być towarów po cenie gwarantującej kontynuowanie produkcji; zamykanie fa- 242 RZĄDY AUTORYTARNE bryk zwiększało bezrobocie i umniejszało dopływ gotówki na zakup towarów, także pierwszej potrzeby, w tym żywności; pozbawiona gotówki wieś nie mogła kupić towarów przemysłowych... Reguła „błędnego koła" widoczna w różnych segmentach gospodarki — tak krajowej, jak i międzynarodowej — prowadziła do wzrostu różnych ograniczeń i sztucznych barier w postaci np. cen dumpingowych czy ceł zaporowych. Masowość zjawiska pogłębiały trudności państw o przewadze monokulturowego eksportu, do których należała także Polska. W jej eksporcie dominowały bowiem surowce (drewno i węgiel) oraz płody rolne (trzoda chlewna, bekon, jaja). Po strome importu zwracają uwagę takie surowce, jak bawełna czy wełna, chociaż podstawowe znaczenie miał przywóz maszyn, sprzętu elektrycznego, przetworów przemysłu chemicznego i środków transportu. Popyt na surowce, mimo różnych prób ożywienia sprzedaży (np. promowany przez Polskę klub eksporterów zbóż czy też Liga Mleka zachęcająca do większego spożycia mleka, zwłaszcza przez dzieci), w latach kryzysu systematycznie malał. Pogłębiało to trudności państw mających bardzo ograniczone możliwości zdobywania dewiz niezbędnych dla koniecznego importu oraz obsługi zadłużenia. Trzeba bowiem mieć na uwadze, że mimo rozwoju gospodarczego aktywność polskiego handlu międzynarodowego była niewielka. W 1928 r. w przeliczeniu na jednego mieszkańca wynosiła ona tylko 193 złote. Lata kryzysu to generalny regres w zakresie wymiany handlowej, przy czym załamanie obrotów Polski było szczególnie duże: tylko 59 zł wartości tego handlu przypadało na jednego mieszkańca w 1936 r. W tym samym czasie obroty handlu rumuńskiego wynosiły 92 zł, Węgier 164 zł, Czechosłowacji 220 zł, nie mówiąc o Wielkiej Brytanii — 686 złotych. Liczby te mówią więcej o sytuacji gospodarki polskiej niż wielostronicowe opisy. Sytuacja polskiej gospodarki w latach kryzysu była dodatkowo trudna przez to, że proces integracji gospodarczej kraju dopiero nabierał tempa. Skromny był też rynek wewnętrzny, co wynikało z niewielkiej siły nabywczej ludności, ograniczonych mocy produkcyjnych opierających się w dużej mierze na przestarzałej technologii oraz dotkliwego braku kapitału inwestycyjnego. Polska była krajem biednym, pozbawionym większych rezerw „na czarną godzinę", krajem żyjącym „na styku". Poza tym lata 1928-1930 pochłonęły posiadane przez przedsiębiorców i rolników własne rezerwy finansowe, co przy generalnym braku środków inwestycyjnych oraz nie najlepszych warunkach funkcjonowania systemu kredytowego ciążyło na produkcji i obrocie. Słabość polskiej gospodarki znajduje potwierdzenie w kursach polskich pożyczek na giełdach zagranicznych, które kształtowały się na niskim pułapie — tuż obok kursów pożyczek jugosłowiańskich. Przez cały okres międzywojenny na niskim poziomie utrzymywały się też kursy akcji polskich przedsiębiorstw przemysłowych. Wielki kryzys gospodarczy lat 1929-1933 nie przestaje być przedmiotem badań, dużych kontrowersji i zaskakujących nieraz konstatacji. Oto bowiem im pry- mitywniejsza gospodarka, bardziej samowystarczalna — tym kryzys, bardzo do- tkliwy w sensie indywidualnym, był mniej odczuwalny w makroskali. To jeden z powodów, że staczanie się gospodarki polskiej w kryzys było mniej spektakularne niż np. krach na giełdzie nowojorskiej w październiku 1929 r. Jednak tak jak symptomy kryzysu pojawiły się w Stanach Zjednoczonych już wiosną tegoż roku, 243 PRZEMIANY GOSPODARCZO-SPOŁECZNE tak też warszawski „barometr giełdowy" zarejestrował w tym samym czasie po- ważny spadek obrotów. W 1928 r. wyniósł on 876 min złotych, natomiast w roku następnym tylko 550 min. Formułowana przez większość autorów teza, że kryzys na dobre zagościł w Polsce w 1930 r. musi być opatrzona uwagą o pospiesznym odpływie kapitałów zagranicznych z Polski już w 1929 r. Traktowanie zobowiązań zagranicznych jako „świętych" przy malejącym dopływie dewiz powodowało kurczenie się rezerw kruszcowo-walutowych w Banku Polskim. Zapasy złota zmalały z 701 min zł w 1929 r, do 393 min zł w 1936 r. Był to w dużej mierze skutek lansowanej przez rząd polityki deflacyjnej polegającej na zmniejszaniu obiegu pie- niądza, co miało utrzymać w ryzach ceny. Aż do kwietnia 1936 r. rządy sanacyjne rygorystycznie broniły kursu polskiej waluty opartego na złocie. A że kolejne państwa odpadały od „złotego bloku", to i dyskusje w tej sprawie nabierały ostrości. Towarzyszyły im spory oraz generalny brak konsensusu. Dotyczyło to nawet ludzi z „Lewiatana", jak potocznie nazywano Centralny Związek Polskiego Przemysłu, Górnictwa, Handlu i Finansów, który w 1932 r. został przekształcony w Centralny Związek Przemysłu Polskiego. Wszyscy oponenci tej wpływowej grupy nacisku zarzucali jej, że z zasady ograniczała się ona do pilnowania egoistycznie traktowanych interesów gospodarczych. W trakcie trwających kilka lat sporów w sprawie polityki deflacyjnej i obrony „złotego bloku" padały najróżniejsze, także skrajne propozycje. Były minister skarbu Gabriel Czechowicz, sławny z powodu finansowania z budżetu państwa kampanii wyborczej BBWR w 1928 r., głosił wręcz rewolucyjny program: zawieszenie spłaty długów zagranicznych, ochrona krajowych rezerw złota i dewiz, rezygnacja z deficytowego eksportu, likwidacja karteli, zniesienie zadłużenia w rolnictwie. W dyskusji tej ujawniły swą moc spory polityczne. Jeśli prof. Leopold Caro, lider lwowskiej szkoły ekonomicznej, twierdził, że prowadzenie polityki deflacyjnej pozbawiło kraj w ciągu trzech lat około 750 min zł, to wzmagała się krytyka rządu z powodu generalnie fatalnej polityki finansowej państwa. Wskazywano, że blisko dziesiątą część wszystkich wydatków budżetowych pochłaniała obsługa długów, a trzecia część wydatków szła na armię, która w większości „przejadała" przekazywane do jej dyspozycji środki. Generalnie bardzo krytycznie wobec sanacji usposobione Stronnictwo Narodowe widziało w utrzymywaniu polityki deflacyjnej obronę interesów ekonomicznych biurokracji państwowej; PPS chciała umiarkowanej inflacji dla sfinansowania programu inwestycji publicznych; Stron- nictwo Ludowe akcentowało potrzebę przywrócenia równowagi gospodarczej poprzez regulację cen na produkty przemysłowe i rolne; plany te popierał również redaktor naczelny „Gospodarki Narodowej" Czesław Bobrowski, który zachęcał do rozwoju interwencjonizmu państwowego. Wspomniany „Lewiatan" utrzymanie stałości waluty traktował jako dogmat mający zachęcić kapitał zagraniczny do inwestycji w Polsce, ale był zarazem prze- ciwny ingerencji państwa w życie gospodarcze, domagając się zmniejszenia ciężarów publicznych oraz uprzywilejowania przedsiębiorstw publicznych. Krytykowany był rząd, który świadomie popierał nieopłacalny eksport rolniczy głosząc program „równania frontu do rolnictwa", czyli obniżania cen na artykuły przemysłowe. Jednak „nożyce cen", czyli relacje między cenami artykułów rolniczych i przemysłowych, były nazbyt rozwarte. W 1935 r. rolnik musiał sprzedać 2-3 razy 244 RZĄDY AUTORYTARNE więcej produktów niż w 1928 r., aby zakupie tę samą ilość towarów przemysło- wych. Średnia cena 100 kg żyta wynosiła w 1928 r. około 41 zł, natomiast w 1935 r. tylko 12 zł. Nic lepiej nie oddaje beznadziei kryzysowego „błędnego koła" jak właśnie to, że spadek dochodów wsi, zwłaszcza najliczniejszych w Polsce drobnych gospodarstw, ograniczał popyt na artykuły produkowane w mieście, co pogłębiało trudności przemysłu pozbawionego ważnego rynku zbytu. Wieś oszczędzała na wszystkim, nawet na zapałkach, które dzielone na czworo głęboko wryły się w potoczną świadomość. Dobra koniunktura w rolnictwie załamała się już jesienią 1928 r., kiedy wystąpił duży spadek cen na płody rolne. Długa i ostra zima 1928/29 spowodowała straty, które widoczne były jeszcze w kolejnych sezonach. Prasę centralną i lokalną zalały alarmujące artykuły o pogarszających się warunkach życia na wsi. W „Pałuczaninie — Ilustrowanym Kurierze Pałuckim" z 15 lutego 1931 r. można przeczytać: „W przemyśle źle, w handlu źle, a w rolnictwie w ogóle klapa [...] zniżka notowań cen pszenicy i żyta, rynek nabiału — tendencja zniżkowa, zniżka na prawie wszystkie gatunki bydła i trzody chlewnej. [...] Otrzymujemy od naszych czytelników, rolników zamieszkałych na terenie Pałuk, alarmujące listy o katastrofalnym stanie wsi''. Tendencja ta utrzymywała się w latach następnych powodując, że w 1935 r. ceny hurtowe na artykuły rolne wynosiły 44% cen z 1928 r. (ziemiopłodów 35%, natomiast mięsa i słoniny 41%). Państwowy Instytut Naukowego Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach wyliczył, że dochód brutto z l hektara gruntu w mniej- szych gospodarstwach rolnych wynoszący w roku gospodarczym 1927-1928 około 515 złotych spadł w roku gospodarczym 1934-1935 do poziomu 202 złotych. Jednym ze znanych uacji była niska wydajność polskiego ro. lnictwa, które pod tym względem odstawało nawet od sąsiadów. W latach 1931- -1935 średni plon pszenicy z l ha wynosił 11,3 q, podczas gdy w Wielkiej Brytanii zbierano 29 q, w Niemczech 22, a w Czechosłowacji 17 q. Podobna sytuacja pano wała w zbiorach okopowych: buraka cukrowego zbierano w Polsce 203 q, podczas gdy w Niemczech i Francji po około 280 q, a w Czechosłowacji 251 q. W latach ciągnącego się kryzysu poważnie spadło zainteresowanie ziemią. Cena za hektar w Polsce centralnej wynosząca w 1928 r. ok. 3700 złotych spadła w 1936 r. do 1600 złotych. Stale postępujący proces parcelacji gruntów ziemiańskich, wynoszący w 1928 r. jeszcze 228 tyś. ha, w 1934 r. objął tylko 56 tyś. ha. Biedniejący rolnicy starali się zagospodarować każdy skrawek ziemi. Był to główny powód, że w latach 1929-1935 powierzchnia zasiewów wzrosła o milion hektarów. Mimo faktycznej rezygnacji ze stosowania nawozów sztucznych spo- wodowało to zwiększenie zbiorów, które w latach 1929-1933 były wyższe od średniej dla lat 1924-1928 o prawie 6 min ton ziemniaków, ponad milion ton żyta, 450 tyś. ton pszenicy i 230 tyś. ton jęczmienia. Produkcja zbóż chlebowych wzrosła przeciętnie o 31 kg na jednego mieszkańca. Jedynym artykułem produkcji rolnej, którego produkcja uległa wyraźnemu zmniejszeniu, były buraki cukrowe. Kryzys tej branży był wyjątkowo głęboki, co wyrażało się także produkcją cukru gorszego gatunku — mniej oczyszczonego i mniej słodkiego. Wiele cukrowni ratując się przed bankructwem podjęło produkcję taniego wina owocowego. 245 PRZEMIANY GOSPODARCZO-SPOŁECZNE Wieś polska drugie dziesięciolecie niepodległości zapisała na straty. Długo- trwały kryzys w rolnictwie spowodował ogromne — o skali nie znanej żyjącemu pokoleniu — zubożenie mieszkańców wsi. Im dalej na wschód, tym warunki eg- zystencji były trudniejsze, także z powodu prymitywnych warunków życia co- dziennego, braku prądu, infrastruktury komunikacyjnej itd. Ogólny poziom kon- sumpcji ludności wiejskiej — wbrew obiegowym sądom, że na wsi z głodu nikt nie umrze — był katastrofalnie niski i kształtował się najniżej w stosunku do po- zostałych warstw i klas w Polsce. Jeśli piszemy, że dochód narodowy w latach 1926-1935 obniżył się o więcej niż połowę (z 26 mld zł do 12,5 mld), to równocześnie fakt ten trzeba połączyć z przypomnieniem, ze blisko dwie trzecie ludności kraju mieszkało na wsi lub było z nią egzystencjalnie związanych. Kryzys gospodarczy polskiej wsi we wspomnieniach Wincentego Witosa: „Nędza wsi przechodzi wszelkie granice. Przednówek rozpoczął się jeszcze w miesiącach zi- mowych. Ludzie oszczędzają soli, gotują kartofle kilkakrotnie w tej samej osolonej wodzie. Na zgromadzeniach, jarmarkach, odpustach widać przeważnie ludzi zabie- dzonych, obdartych, noszących na sobie stare, podarte łachmany. Że są to gospodarze posiadający grunta i że niedawno wyglądali inaczej, o tym nie ma co mówić. Każdy myśli z przerażeniem, co będzie, gdy te łachmany spadną z grzbietu. Przy najwięk- szym wysiłku i znanej chłopskiej oszczędności i pracowitości, nie tylko nie można końca z końcem związać, ale po prostu nie można wyżyć. Chłopi zapomnieli, jak wygląda szklanka piwa lub kieliszek wódki. Wielu przestało palić lub się zatruwa najgorszym gatunkiem tytoniu. Nie mogą kupić cukru, szukają i znajdują sacharynę. Przestano sprowadzać lekarzy do chorych i kupować lekarstwa, spuszczając się na opatrzność boską. Coraz mniej posyłają dzieci do szkoły, książka i gazeta staje się unikatem na wsi. Egzekutorzy chodzą po wsi codziennie, starają się przy pomocy mianowanych komisarzy i policji ściągać zaległe podatki i wysokie, zwykle bezmyślnie nakładane kary. Bardzo często zabierają poduszkę spod głowy lub ostatnią krowę. Nierzadko też rozgoryczeni chłopi przepędzają egzekutorów ze wsi". Tradycyjnie duży przyrost naturalny charakteryzujący społeczność wiejską spowodował, że przez 20 lat okresu międzywojennego liczba ludności zamiesz- kującej wieś wzrosła z 14,5 min do 17,5 min. Przyrost ten był tak wyraźny także i dlatego, że — zwłaszcza po 1929 r. — zahamowana została emigracja do miast. Wzmogło to nacisk na rozdrobnienie gospodarstw oraz powiększało liczbę zbęd- nych rąk do pracy. Najbiedniejszą i najniższą grupę w hierarchii wiejskiej stanowili robotnicy rolni. Chociaż ich poziom konsumpcji najczęściej nie różnił się od gospodarzy mających 2-3 morgi, to jednak pełna zależność od pracodawcy — bę- dącego także w stanie kryzysu — powodowała, że to właśnie oni zajmowali naj- niższy szczebel wiejskiej drabiny. Robotnicy rolni liczyli około 3 min i była to liczba stabilna, co w związku z przyrostem liczby mieszkańców wsi oznaczało procentowy spadek tej kategorii wśród ogółu społeczeństwa wiejskiego. Do robotników rolnych należeli wyrobnicy (chałupnicy, komornicy), stali robotnicy w folwarkach oraz parobcy, czyli służba u bogatych chłopów. Przejawem uwstecznienia struktury społecznej w obrębie robotników rolnych było stopniowe powiększanie się liczby wyrobników, a zmniej- szanie dwóch pozostałych grup. Przeludnienie wsi powodowało łatwość zatrud- 246 RZĄDY AUTORYTARNE niania pracowników sezonowych i ograniczenie do minimum służby stałej. Dla pozbawionych awansu społecznego robotników rolnych szczytem marzeń było zajęcie całoroczne; w ich środowisku był to przejaw stabilizacji. Regres lub stagnacja dochodów wiejskich spowodowały zastój w procesie prze- obrażeń kulturowych, na które składają się różne elementy — od budowy domów mieszkalnych uwzględniających potrzeby nowoczesnej higieny i wygody, poprzez unowocześnienie gospodarzenia, do czytelnictwa prasy i uczestnictwa w życiu publicznym. Konsekwencje tego były różnorakie, ujawniające się także w spadku tradycyjnej aktywności mieszkańców wsi. Częściowo objęło to bardzo zasłużony dla modernizacji wsi ZMW „Wici", który jednak pozostał istną kuźnicą kadr ruchu ludowego. Wybuchające raz po raz protesty mieszkańców wsi (dramatyczne były zwłaszcza starcia wywołane postępowaniami egzekucyjnymi) dowodziły, że niezadowolenie tego środowiska miało nie tylko ekonomiczne podłoże. Takie fakty, jak wymuszona emigracja Witosa, usuwanie ludowców jako niepokornych z organów samorządowych, antychłopska ordynacja wyborcza z 1935 r. — utwierdzały mieszkańców wsi w przekonaniu, że są traktowani jak obywatele pośledniejszej kategorii. Rolniczy charakter gospodarki polskiej uwypuklają liczby będące pokłosiem spisu powszechnego przeprowadzonego w 1931 r. Wynika z nich, że niemal 80% globalnej wartości produkcji pochodziło z rolnictwa. Na około 15 min ludności czynnej zawodowo 4,5 min było pracodawców i wykonujących wolne zawody, 4,2 min robotników (po około półtora miliona w przemyśle i rolnictwie, reszta w usługach i transporcie), 664 tyś. urzędników oraz 5,2 min niepłatnych pracowników — członków rodzin. W tej ostatniej grupie dominowały osoby pracujące w rolnictwie oraz — w kilku procentach — w handlu. Ich zatrudnienie w ogromnej liczbie przypadków nie miało ekonomicznego uzasadnienia i wynikało z trudności na rynku pracy. Zjawisko tzw. ludzi zbędnych, a więc bezrobotnych na wsi było tym bardziej dotkliwe, że znalezienie jakiegokolwiek zajęcia było w tym środowisku trudniejsze niż w mieście. Do wsi nie docierał w zasadzie system zasiłków dla bezrobotnych, przyznawanych zresztą tylko na 14 (później 13) tygodni, | ale tylko tym osobom, które wcześniej przepracowały 20 (później 26) tygodni w roku. Przy takich obostrzeniach jedynie połowa (w 1933 r. nawet co siódmy) j zarejestrowanych bezrobotnych mogła korzystać z zasiłków, z natury rzeczy wy- ii starczających na egzystencję na bardzo niskim poziomie. Bezrobocie, będące zawsze na równi problemem społeczno-gospodarczym co li i politycznym, było przedmiotem ostrych bojów między władzą i opozycją. Rząd j wychwalał każdą inicjatywę w tym względzie, natomiast opozycja wykazywała:1 ich pozorowany, zawsze niezadowalający zakres. Potrojenie zatrudnienia w r mach robót publicznych w latach 1933-1935 (z 28 tyś. do 98 tyś.) to nie wątpliwy | postęp, ale zarazem powód do krytyki zwłaszcza ze strony oczekujących na pracę,; których było kilkaset tysięcy. Mówi się w tym wypadku tylko o liczbie bezrobotnych zarejestrowanych, których w końcu 1931 r. było około 600 tyś.; podobnie1 było w końcu 1938 r., co sugeruje, że była to wielkość właściwa dla sezonu zimowego, charakteryzującego się dopływem do bezrobotnych pracowników sezonowych. 247 PRZEMIANY GOSPODARCZO-SPOŁECZNK Ze szczegółowego spisu powszechnego przeprowadzonego w 1931 r. wynika, że bezrobotnych było wówczas prawie 750 tyś. Najpoważniejszą grupę stanowili wśród nich byli robotnicy; około 12% było pracowników umysłowych. Procentowy udział tych ostatnich wśród bezrobotnych nie ulegał zmianie także w fazie wychodzenia z recesji. W 1935 r. na około 400 tyś. zarejestrowanych bezrobotnych nadal najwięcej, bo aż 223 tyś. było robotników niewykwalifikowanych. Jednak 37 tyś. bezrobotnych wśród pracowników umysłowych podnosiło do blisko 17% ich procentowy udział w tej grupie. Spośród innych grup zawodowych zwraca uwagę ok. 25 tyś. bezrobotnych górników, metalowców, włókniarzy i robotników budowlanych. Z reguły jedną czwartą wśród zarejestrowanych bezrobotnych stanowiły kobiety. Statystyki nie ujmowały dużej grupy pracowników, zwłaszcza robotników pracujących przez dwa, trzy lub cztery dni w tygodniu nazywanych półrobotnikami, a zwłaszcza potężnej 5-milionowej grupy osób zaliczanych do ludzi zbędnych na wsi. Wspomniano wcześniej, że lata kryzysu przyhamowały powolny, niemniej jednak obserwowany przez lata przepływ ludzi ze wsi do miast. Był to jeden z powodów, że w całym okresie międzywojennym odsetek mieszkańców miast zwiększył się tylko z 24 do 30. Towarzysząca temu procesowi proletaryzacja zawierała elementy korzystne z punktu widzenia rozwoju gospodarczo-społecznego i cywilizacyjnego. Dla dużej części wychodźców ze wsi miasto oferowało nowe możliwości, co uzasadnia stwierdzenie, że robotnik robotnikowi nie jest równy, a los robotnika rolnego i robotnika dużej fabryki to nie to samo. Wprawdzie 70% rodzin robotników miejskich żyło w lokalach o jednej izbie lub pokoju z kuchnią, to jednak życie w mieście oferowało bardziej rozbudowaną ofertę przetrwania, a nawet rozwoju. Dotyczyło to takich elementów, jak kształcenie zawodowe, organizowane nie tylko przez władze państwowe i samorządowe, ale także przez stowarzyszenia społeczne i polityczne, które — różnie motywowane — zabiegały o sympatyków. Formy tych zabiegów były bardzo różne — od charytatywnej pomocy dla skrajnie ubogich a wielodzietnych rodzin po sprowadzanie przez animatorów lokalnej kultury zawodowych teatrów. Trudną do pominięcia rolę edukacyjno-kulturową odgrywał amatorski ruch teatralny, silny zarówno w środowisku miejskim, jak i na wsi, gdzie był on domeną szkoły, Kościoła, a w latach trzydziestych ZMW „Wici". Aktorzy-amatorzy wywodzili się z różnych grup społecznych i wiekowych — od dzieci z ochronek po organizacje kombatanckie. Stosunkowo często przedstawienia przygotowywały: Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół", Towarzystwo Urzędników, Bractwo Kurkowe, Związek Strzelecki, chóry kościelne, Towarzystwo Powstańców i Wojaków, Związek Inwalidów Wojennych RP, Towarzystwo Czytelni Ludowych, harcerze, kółka rolnicze i młodzież „wiciowa". Odnotowania wymagają zwłaszcza organizacje działające pod patronatem Kościoła — Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej i Żeńskiej, Stowarzyszenie Pań Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, Katolickie Towarzystwo Robotników Polskich. Często powtarzanymi sztukami były komedie (zwłaszcza Aleksandra Fredry), dramaty historyczne oraz inscenizacje o tematyce religijnej. Ogromnie ważną rolę kulturotwórczą, zrazu wyłącznie w miastach, spełniło kino, które w 1928 r. wysunęło się na pierwsze miejsce w statystyce widowisk 248 RZĄDY AUTORYTARNE organizowanych u „j-^/wiatowej" Polsce. Zdystansowało ono pod względem liczby widzów takie formy życia społeczno-kulturalnego, jak widowiska teatralne i muzyczne oraz występy iluzjonistów i zapaśników. Ludzie szeroko rozumianej kultury znaleźli się w trudnym położeniu, gdyż ubożejące społeczeństwo najłatwiej i najwcześniej rezygnuje z wydatków związanych z ich działalnością. Silnie ugodzeni też zostali ludzie, którzy zaspokajali potrzeby wyższego rzędu — świat sztuki, pisarze, dziennikarze, co przekładało się na kryzys instytucji z nimi związanych. Kryzys przyczynił się też do prymitywizacji handlu. Miejsce upadających sklepów zajęły kramy oraz obwoźni handlarze. Nasileniu uległy też różne patologie społeczne, które zwłaszcza dotknęły pozbawioną perspektyw młodzież. Z akt Wojewódzkiego Zakładu Wychowawczego w Szubinie wynika, że 80-90% prze- bywających tam młodocianych przestępców (do 18 lat) zostało skazanych za kra- dzieże, wyłudzenia, przywłaszczenia lub sprzeniewierzenia mienia znalezionego. Powszechne wołanie pedagogów o maksymalne ułatwienia w dostępie młodzieży do oświaty szkolnej i pozaszkolnej nie znajdowało należytego rezonansu władz, tłumaczących się brakiem niezbędnych na ten cel środków. W sumie więc ani postulat oświatowy, ani wiele innych sugestii zakładających aktywizację władz w obliczu kryzysu nie zostało uwzględnionych. Skutkiem trwających sporów, tak o podłożu politycznym jak i gospodarczym, było odsunięcie w sierpniu 1930 r. Eugeniusza Kwiatkowskiego od wpływu na gospodarkę państwa poprzez odwołanie go ze stanowiska ministra przemy słu i handlu. Wyjechał do Mościc — powstającego od 1927 r. osiedla pod Tarno wem — gdzie trwała budowa fabryki związków azotowych. Praca jako dyrekto ra tej fabryki jeszcze silniej związała go z prezydentem Mościckim, dla którego Mościce były oczkiem w głowie, powodem do osobistej dum v oraz zawodowej — jako chemika — satysfakcji. Uruchomienie tej fabryki niu 1930 r., trwa jąca przez cały czas rozbudowa Gdyni oraz prace nad usprawnieniem komuni kacji kolejowej między najważniejszymi miastami (w tym elektryfikacja war szawskiego węzła kolejowego) — to jaśniejsze punkty na gospodarczej mapie Polski lat kryzysu. Kolejne rządy, których w latach 1929-1933 było aż siedem, nie dowiodły wzmo- żonej troski o stan gospodarczy państwa. Przez dwa lata rzecz całą nazywano zaburzeniami koniunktury lub przejściowymi trudnościami, co wywoływało irytację wszystkich wrogów sanacyjnego rządzenia. Kpili oni z premiera, który na informację o „szalejącym kryzysie" miał wydać rozkaz „aresztowania Kryzysa". Dopiero w 1933 r. pojawił się rządowy program walki z kryzysem, który obejmował najogólniej rzecz biorąc wzrost interwencjonizmu państwowego wyrażający się utworzeniem specjalnych funduszy przeznaczonych na potrzeby rolnictwa, walkę z bezrobociem oraz inwestycje. Inicjatywy te, jakkolwiek ograniczone przez skromne środki przeznaczone na ich realizację, obejmowały najważniejsze sfery życia społeczno-gospodarczego — od rozwoju robót publicznych i akcji kredytowo- bankowej po bardzo ważne dla wsi (zwłaszcza w Polsce zachodniej i centralnej) oddłużenie rolnictwa oraz tworzenie ogródków działkowych, otwierających miraże dla bezrobotnych i biednych. Najdalej idącym przejawem walki rządu z negatywnymi skutkami kryzysu w przemyśle była tzw. ustawa antykartelowa, ogłoszona 28 marca 1933 r. Upo- 249 PRZEMIANY GOSPODARCZO-SPOŁECZNE ważniała ona ministra przemysłu i handlu do rozwiązywania tych karteli, które zagrażały „dobru publicznemu". Posunięcie to, bardzo dobrze przyjęte przez ludzi zaangażowanych w rzemiośle, średnim i drobnym przemyśle oraz producentów rolnych, okazało się instrumentem o niewielkim znaczeniu makroekonomicznym. Minister, z różnych zresztą względów, sięgał do ustawy dość rzadko. Największe echo wywołało rozwiązanie się we wrześniu 1933 r. kartelu cementowego. Łącznie w latach 1933-1935 rozwiązano 44 umowy kartelowe. Stanowiło to niespełna 1% ogólnej liczby karteli istniejących w 1934 r. Tak więc gospodarcza efektywność ustawy antykartelowej, notabene idącej na przekór tendencjom do maksymalizacji zysku, okazała się niska. Spełniła ona jednak ważną funkcję społeczną, pokazując, że rząd potrafi podejmować kroki w obronie konkurującej większości przed zorganizowaną mniejszością. Wielki kryzys, charakteryzujący się m. in. odpływem kapitału zagranicznego, stworzył dogodniejsze warunki dla kapitału rodzinnego. Jego siła była jednak bardzo ograniczona. Burżuazja polska okresu międzywojennego to grupa około 100 tyś. ludzi zawodowo czynnych (wraz z rodzinami 300-400 tyś.). Do wielkiej burżuazji, według szacunku Zbigniewa Landaua, można zaliczyć kilkaset osób; do oligarchii finansowej zaś około stu. Siłę społeczno-gospodarczą tej grupy pomniejszał jej skład narodowościowy, który charakteryzował się bardzo dużym udziałem Żydów lub osób pochodzenia żydowskiego. Polacy stanowili połowę tej grupy, Niemcy — parę procent, fm większa była niepewność co do losów Polski, tym poważniejszą rolę spełniał kapitał o charakterze spekulacyjnym. W Polsce międzywojennej widoczną rolę gospodarczą spełniał kapitał pań- stwowy obsługiwany przez wysoko uposażonych technokratów związanych z władzą, którzy nierzadko traktowali powierzony im majątek jak własny, ale nie obciążony ryzykiem. W ogólności grupę tę nie cechowało dążenie do maksymalizacji zysków, co niezmiennie jest najważniejszym stymulatorem rozwoju. Stosunkowo niewielki też udział w polskim rynku kapitałowo-przemysłowym mieli ziemianie, chociaż należeli oni do grupy ludzi zamożnych, niejednokrotnie elity majątkowej kraju. Stopniowe kurczenie się wielkiej własności, na skutek uwłaszczenia, a następnie parcelacji (z tego powodu areał ziemian w latach 1919-1939 zmniejszył się o 20%), nieodpowiedniego gospodarowania czy wysokich kosztów konsumpcji pogłębiało w tej grupie psychozę zagrożenia i kryzysu. Dno kryzysu przypadło w Polsce na lata 1932-1933. Do tego czasu wskaźnik produkcji przemysłowej zmniejszał się o 12 punktów rocznie, w 1932 r. nawet o 14 punktów w stosunku do roku poprzedniego. Od 1933 r. w przemyśle i od 1935 r. w rolnictwie wystąpiły elementy poprawy koniunktury, aczkolwiek osiągnięcie wskaźników z 1928 r. okazało się w wielu dziedzinach trudne lub nawet — do końca okresu międzywojennego — niewykonalne. Stwierdzenie to ma tym większą wymowę, że wzrosła wydajność pracy, a więc mniejsza liczba pracowników realizowała rosnące zadania. Wskaźnik wydajności pracy w latach 1928-1935 (przyj- mując 1928 za 100) wzrósł o 24 punkty; najwięcej w przemyśle włókienniczym (o 41 punktów) i górnictwie (o 38 punktów). Za szczególnie ważny i długotrwały skutek kryzysu należy uznać wzrost, zwłaszcza w przemyśle, etatyzmu i interwencjonizmu państwowego. 250 RZĄDY AUTORYTARNE Mniejszości narodowe barometrem ewolucji politycznej Próby precyzyjnego odwzorowania struktury społeczeństwa Polski między- wojennej zawsze wywoływały kontrowersje. Są one o tyle zasadne, że nie wszystkie elementy tej struktury można obliczyć i zmierzyć, a zatem wyrazić w kategoriach ilościowych. W grę wchodzą także subiektywne odczucia aktorów zdarzeń oraz części autorów, których subiektywizm ma nieskończenie liczne motywy. Wielokroć ogromnej siły dowiodły determinanty narodowościowe oraz nie mniej kategoryczne względy religijne, które sugerowały lub wręcz nakazywały niechętny lub wrogi stosunek do „obcych" czy „innych". Ewolucja tych postaw w obrębie kształtującego się społeczeństwa polskiego w okresie międzywojennym nie jest łatwa do wymierzenia. Znikome bowiem efekty dała zarówno polityka nastawiona na brutalną i frontalną polonizację, jak również wysiłki mające na widoku pozyskanie mniejszości do współpracy z nadzieją na stworzenie w perspektywie polsko-ukraińsko-białorusko-litewskiej federacji. Zamysł ten stawał się coraz bardziej zdezaktualizowaną mrzonką. Warunkiem realizacji federalizmu były bowiem niepodległe państwa odgradzające Polskę od Rosji, co nie znajdowało wśród polityków polskich nazbyt licznych i możnych zwolenników. W powszechnej świadomości — czego dobrym odbiciem są wspomnienia, poezja, proza, malarstwo — dworek kresowy bywał stylizowany na ostoję polskości, katolicyzmu, symbol bezpieczeństwa i skarbiec tradycyjnych wartości. Budowane na tych przesłankach zręby federalizmu nie mogły znaleźć wśród kresowej ludności niepolskiej godnego uwagi zainteresowania. Dotyczyło to zwłaszcza tych obszarów, na których zamieszkiwała ona w zwartych grupach na- rodowościowych, dominując nad innymi, zwłaszcza Polakami oraz bardzo licz- nymi tam Żydami. Ukraińcy jako najliczniejsza mniejszość narodowa, szacowana w 1931 r. na 15-- 16% ogółu mieszkańców Polski, dominowali w dwóch województwach: stanisła- wowskim, gdzie było ich 72%, oraz wołyńskim, gdzie stanowili 68% ogółu miesz- kańców. W innych województwach, jak tarnopolskie, gdzie Ukraińców było 45%, oraz lwowskie z 34%, czy też poleskie i nowogródzkie, gdzie z kolei mieszkało ponad 40% Białorusinów, ludność narodowości polskiej wyraźnie ustępowała połączonym siłom mniejszości. Ogromna większość spośród około 3 min Żydów zamieszkujących Polskę w 1931 r. (co stanowiło 9-10 % ogółu mieszkańców) tradycyjnie skupiała się na ziemiach byłego Królestwa oraz Kresach, nadając wielu tamtejszym miastom i miasteczkom specyficzny charakter. Wiązało się to głównie z tym, że przeważająca część ludności żydowskiej kultywowała własną, odrębną od polskiej religię, mowę, kulturę, obyczaje. Żydzi i Polacy, ale także Żydzi i inne grupy narodowościowe zamieszkiwały tę samą ziemię, ale żyli obok siebie. Źródła tej sytuacji były wielorakie, a konsekwencje ogromne. Noblista Isaac Bashevis Singer napisał, że Żydzi i Polacy przez prawie osiem wieków „współby- 251 MNIEJSZOŚCI NARODOWE BAROMETREM EWOLUCJI POLITYCZNEJ towania przeżyli w całkowitej duchowej obcości. Rzadko kiedy Żyd uznał za ko- nieczne nauczyć się gruntownie polszczyzny, rzadko też zainteresował się polską historią czy polityką (...) Polski znaczył dla nich tyle co chiński. Ja sam urodziłem się w rodzinie z dziada pradziada mieszkającej w tym kraju, ale mój ojciec znał po polsku zaledwie dwa słowa i nawet by mu nie przemknęło przez myśl, że jest w tym coś dziwnego". Także on sam, opuszczając Polskę w 1935 r. jako znany w środowisku żydowskim autor powieści (Szatan iv Gorajn), dziesiątek nowel, szkiców, krótkich opowiadań, nie posiadał podstawowej znajomości języka pol- skiego. Wzmiankuje o tym we wspomnieniach jako o rzeczy normalnej, jakby oczy- wistej, że można się urodzić, kształcie, tworzyć i żyd przez trzydzieści lat w kraju bez potrzeby poznania języka większości jego obywateli. W podobnej sytuacji byli też inni Żydzi, którzy mieszkali w Warszawie: tylko 5,7% spośród nich podczas spisu powszechnego w 1931 r. podało język polski jako ojczysty. Z drugiej strony wśród Żydów zamieszkujących ziemie polskie były osoby, które dowiodły niedoścignionego mistrzostwa w polszczyźnie, jak np. Julian Tuwim, Leopold Staff czy Antoni Słonimski. Między tymi skrajnymi przykładami wypreparowanymi tylko w oparciu o kryterium językowe znajdują się nieskoń- czenie liczne sytuacje odwzorowujące indywidualny los człowieczy. Problemy związane z sytuacją ludności żydowskiej zamieszkującej Polskę należą — na tle i tak bardzo kontrowersyjnych spraw mniejszościowych — do szczególnie drażliwych. Upływ czasu, obejmujący takie skrajności jak faszystowską eksterminację z jednej strony oraz powstanie państwa Izrael z drugiej, nie zdjął z polskiej (ani powszechnej) wokandy tego problemu. Jego różnie uzasadniana żywotność, nie mająca w skali dziejowej precedensu, zaowocowała olbrzymią li- teraturą naukową i publicystyczną, prezentującą wszelkie możliwe postawy me- todologiczne i emocjonalne. Duża część poważnej literatury historycznej, repre- zentowana zarówno przez autorów krajowych, jak zwłaszcza zagranicznych, wychodzi z założenia lub dochodzi do konkluzji, że międzywojenna Polska była w ogólności krajem antysemickim. Przeciwnicy takiej tezy czy konkluzji podkreślają, że chociaż międzynarodowy system ochrony mniejszości powstał przy decydującym udziale antypolsko nastawionego lobby żydowskiego, to jednak z ziem polskich w okresie między- wojennym nie trafiła do Genewy żadna żydowska skarga na rząd polski z tytułu przekroczenia zobowiązań mniejszościowych. Także w tym wypadku fetyszyzo- wanie stanowiska jednej grupy i lekceważenie pozostałych nie przybliża do po- znania i zrozumienia wzajemnych relacji między większością polską (w skali całego kraju to 66% — dla jednych „aż", dla drugich „tylko") i mniejszościami, wśród których najgłośniej w Europie rezonowały kwestie związane z mniejszością nie- miecką i żydowską. Okresowe — taktyczne, jak już wiemy — uspokojenie na linii stosunków polsko-niemieckich („linię 26 stycznia" rozwijała bardzo rozreklamo- wana deklaracja mniejszościowa przyjęta przez oba rządy w 1937 r.) uwypukla ścisły związek między polityką rządów a formami aktywności mniejszości nie- mieckiej zamieszkującej Polskę oraz inne kraje europejskie. Konstatacja ta, tak jaskrawo zaznaczona, w miarę narastania napięcia między- narodowego oraz marszu w kierunku wojny stanowi koronny argument dla zwo- lenników tezy o wyjątkowej podatności i przydatności zagadnienia mniejszościo- 252 RZĄDY AUTORYTARNE wego dla egoistycznej polityki państw zainteresowanych destabilizacją istniejącego układu geopolitycznego. Hitleryzm, który tak dramatycznie splótł losy Niemców i Żydów, przyczynił się do uwypuklenia fatalnej sytuacji mniejszości pozbawionej oparcia we własnym państwie narodowym. Szykanowani, tępieni i mordowani przez hitlerowców Żydzi znajdowali jedynie platoniczne protesty cywilizowanego świata, skorego — w skrajnych wypadkach — do sięgania po korzyści własne. Dotyczyło to zwłaszcza europejskiej prawicy, o różnych zresztą odcieniach, stale mającej na podorędziu tezę o zagrożonych interesach narodo- wych przez obcych, najczęściej Żydów. Program wyeliminowania „chałaciarzy" z życia gospodarczego oraz społeczno- politycznego znajdował żywy rezonans zwłaszcza wśród ludności z ogromnym trudem wiążącej „koniec z końcem" i skorej do akceptacji prostych, populistycznych rozwiązań. Wzmożoną popularnością cieszyło się hasło „odżydzenia", odwołujące się do deklaracji Bałfoura z 1917 r., która wskazywała Palestynę jako narodowe żydowskie ognisko. Jednak krwawe zamieszki towarzyszące osadnictwu żydowskiemu na Ziemi Palestyńskiej bardzo komplikowały działalność lobby żydowskiego, niestrudzenie apelującego o specjalną życzliwość brytyjskiego mandatariusza. Akcja ta objęła także władze polskie, zwłaszcza po tym jak wzmógł się napływ Żydów z Niemiec opanowanych antyżydowską histerią. Rząd polski stojąc na gruncie popierania emigracji Żydów znalazł się w trudnej sytuacji nie tylko z powodu niezadowolenia świata arabskiego, mającego zresztą ograniczone wpływy, ale także dużego rozbicia wśród samych Żydów. Szczególnie brzemienna była rywalizacja między syjonistami a ortodoksami przekładająca się na problem panowania nad żydowską gminą wyznaniową. Syjoniści starali się nadać gminie charakter narodowy, natomiast ortodoksi akcentowali czysto religijny charakter gmin. Rząd poparł ortodoksów wydając 14 października 1927 r. i 6 marca 1928 r. rozporządzenia prezydenta, które ujednolicały prawne podstawy gmin podległych nadzorowi starosty. Wybory w gminach obejmowały wszystkich Żydów i były przeprowadzane w sposób tajny, proporcjonalny, bezpośredni i równy. Ograniczenie kompetencji gmin do czynności typowo religijnych było kryty kowane przez Żydów-syjonistów m. in. z powodu tego, że miało to zły wpływ na prowadzoną w Polsce akcję rekrutacyjną na potrzeby Erec Israel. Niezadowoleni byli także ortodoksi, którzy zarzucali rządowi, że wspieranie emigracji to akceptacja argumentacji polskiej prawicy, wedle której warunkiem uzdrowienia Polski miało być jej „odżydzenie". To przekonanie niemałej części Żydów dobrze oddają słowa posła Jakuba Lejb Mincberga, który w Sejmie 4 kadencji (stenogram 30/61) mówił, że wieki pełnego trudu i mozołu życia żydostwa w Polsce, to nie jest „chwilowy pobyt w hotelu, by można było spakować manatki i udać się z przymusu czy z rozkazu do innego kraju, gdyby to nawet miała być Palestyna. Nie opuścimy naszych siedzib, zmuszeni jawnym czy tajnym terrorem, bo mamy nadzieję, że tak samo jak żydostwo wytrzymało ciśnienie dwóch tysięcy lat diaspory, tak samo przetrzyma obecną dobę hitleryzmu czy faszyzmu. Jesteśmy lojalnymi obywatelami Polski i chcemy nadal nimi być". W sumie przez cały okres międzywojenny wyemigrowało z Polski około 400 tyś. Żydów, ale tylko 111 tyś. do Palestyny. W stosunku do trzech milionów Żydów w Polsce było to niewiele, mniej niż 4%. 253 MNIEJSZOŚCI NARODOWE BAROMETREM EWOLUCJI POLITYCZNEJ Marginalną, acz zasługującą na odnotowanie pomoc okazywały zwolennikom emigracji polskie władze wojskowe, czego doświadczył Związek Syjonistów-Re- wizjonistów z Włodzimierzem Żabotyńskim na czele. Mimo krzyżujących się w Palestynie interesów brytyjsko-arabsko-żydowskich, zdecydowano się na orga- nizacyjne i finansowe wspieranie konspiracyjnie tworzonych na ziemiach polskich oddziałów zbrojnych zakładających walkę z Arabami i Brytyjczykami (tzw. Armia „Hagana"). Ponad głośne, ciągnące się przez wiele lat spory w sprawie emigracji Żydów do Palestyny — traktowanej przez cały ruch syjonistyczny jako fundament dla samodzielnego państwa — wybijała się ich walka o zagwarantowanie Żydom w Polsce autonomii personalno-kulturalnej. Postulat ten wkomponowany w równe dla wszystkich prawa obywatelskie można uznać: za ponadczasowe dążenie wszystkich mniejszości. Wszystkie one skore były do artykułowania swych żądań oraz krytyki władzy za niesprawiedliwe lub złe traktowanie, różnie tylko rozkładały akcenty tej krytyki. Były np. zgodne w krytyce sanacji ograniczającej reprezentację mniejszości narodowych w parlamencie. Podkreślały, że w państwie o 33- procentowej mniejszości w l i 2 kadencji (tj. po wyborach w latach 1922 i 1928) mniejszości miały w sejmie 20-procentową reprezentację, natomiast od „wyborów brzeskich" z 1930 r. procent spadł poniżej dziesięciu, co potwierdził skład Izby „mianowańców" w 1935 r. Dotyczyło to nawet oceny polityki realizowanej przez Piłsudskiego, raczej pozytywnie odbieranej przez Niemców i Żydów, ale bardzo źle przez mniejszości słowiańskie. Na cały system rządów sanacji na Kresach rzutowało rozwijane tam osadnictwo wojskowe oraz pamięć o pacyfikacji Małopolski Wschodniej w 1930 r. Podkreślić trzeba, że metody „twardej ręki" zawsze miały spory zastęp zwolen- ników, zwłaszcza wśród ludzi umundurowanych, gdzie skłonność do rozwiązań radykalnych i prostych jest większa niż wśród cywilów. Odnieść to zwłaszcza trzeba do Ministerstwa Spraw Wojskowych, gdzie rzecznikiem twardego kursu, w obliczu rosnącego antagonizmu polsko-ukraińskiego, był gen. Janusz Julian Głu- chowski, pierwszy wiceminister w latach 1935-1939. Program ten znajdował wsparcie wśród osób rozpamiętujących zabójstwo Hołówki, a zwłaszcza ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, zamordowanego 15 czerwca 1934 r. w Warszawie. Wrażenie wywołane przez ten zamach było tym silniejsze, że Pieracki będąc ministrem od 1931 r. zabiegał o osłabienie napięcia na tle stosunków naro- dowościowych, współdziałając z wojewodą wołyńskim Henrykiem Józewskim, który starał się pozyskiwać Ukraińców roztaczając przed nimi perspektywę stworzenia samodzielnej Ukrainy — państwa zorientowanego propolsko i antyradziecko. Spośród kilku rywalizujących ze sobą i zwalczających się organizacji ukraiń- skich wojewoda Józewski z powodzeniem tamował działalność najbardziej rady- kalnej, powstałej w 1927 r. Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, wsławionej bezkompromisową walką o powstanie „samostijnej Ukrainy". Akcje sabotażowe i terrorystyczne OUN były wymierzone zarówno przeciwko przedstawicielom państw-gnębicieli, tj. Polski i ZSRR, ale także przeciwko współbraciom lojalnym wobec tych państw. Śmierć ministra Pierackiego nie tylko podcięła skrzydła realizowanego „eks- perymentu wołyńskiego", ale także zaważyła na działalności powołanego przez 254 RZĄDY AUTORYTARNE niego na krótko przed śmiercią rządowego Komitetu Narodowościowego (od roku następnego: Komitet do Spraw Narodowościowych), lansującego tezę, że lepsze i trwalsze efekty przyniesie polityka liberalna, zapewniająca mniejszościom swo- bodny rozwój ich instytucji społeczno-kulturalnych niż polityka przymusowej polonizacji. Tak sformułowany testament ministra Pierackiego, zbliżającego się w czas śmierci do 40 lat, starał się upowszechnić Stanisław Paprocki, kierujący wspomnianym komitetem, mającym ogromne zasługi w rozwoju interdyscypli- narnych badań nad problematyką mniejszościową. Terrorystyczny akt nacjonalisty ukraińskiego wymierzony w ministra Pierac- kiego stał się znakomitym orężem dla rozwoju tezy o niepowodzeniu polityki ugody, zakładającej postępującą akceptację przez Ukraińców polskiego panowania. Fiasko takiego mniemania ujawnia np. dynamiczny rozwój ukraińskiego ruchu spółdzielczego. Liczba spółdzielni w okresie międzywojennym wzrosła sied- miokrotnie. Wiązało się to po części z przyrostem liczby ludzi wykształconych, zaliczanych do inteligencji. Szczególną rolę w tej grupie odgrywali duchowni grec- kokatoliccy i nauczyciele. Natomiast wolne zawody (lekarze, adwokaci) były słabo w ruchu spółdzielczym reprezentowane. Istotne wszakże było to, że uspółdziel-czenie dało wyraźny wzrost poczucia narodowego. Dotyczyło to także ludności wsi, gdzie nadal królował język miejscowy mimo powolnego, ale systematycznego spadku szkół z ukraińskim językiem nauczania, a wzrostem liczby szkół utrakwistycznych. Jeśli na 3250 publicznych szkół po- wszechnych w roku szkolnym 1923/24 było tylko 13% szkół utrakwistycznych, to w latach 1937-1938 sytuacja była odwrotna: aż 95% było szkół z polskim i ukraińskim językiem nauczania. Proces ten wywoływał różnie manifestowane niezadowolenie elity ukraińskiej, która traktowała język nauczania i szkołę jako główne (obok religii) ogniwo wychowania mającego w perspektywę budowę „samostij-nej Ukrainy". W tym sensie sytuacja Ukraińców podzielonych między Polskę, ZSRR, częściowo Czechosłowację i Rumunię przypominała los Polaków pod zaborami. Tęsknota za ojczyzną była wśród Polaków o tyle silniejsza, że ją już mieli i utracili; Ukraińcy nigdy wcześniej nie mieli samodzielnego państwa. Liderzy ukraińskiego ruchu narodowego wielkie nadzieje wiązali z działalnością 19 prywatnych gimnazjów i liceów z językiem ukraińskim jako wykładowym. Działalność tych placówek tym różniła się od państwowych (było ich zresztą w roku 1937/38 tylko 5), że dominowało w programie nauczania i wychowania spojrzenie narodowe, ukraińskie, a nie polskie, rosyjskie czy rumuńskie. W tym sensie prywatne szkoły mniejszości narodowych mogły obchodzie oficjalny pro- gram nauczania, który po reformie oświatowej z 1932 r. tak ujmował kluczowy zresztą problem lojalności: „Państwo polskie jest nie tylko prawnie, ale i histo- rycznie macierzą mniejszości narodowych w skład niego wchodzących i stąd silne więzy przynależności państwowej wiążące wszystkich obywateli i obowiązująca ich odpowiedzialność względem państwa, w którym winni zgodnie, bez względu na narodowość i wyznanie, współżyć i współpracować". Dysonans między oficjalnymi celami wychowawczymi, które koncentrowały się na służbie państwu polskiemu, był szczególnie widoczny w przypadku szkolnictwa niemieckiego. Było ono, jak to już pisano wcześniej,s dobrze zorganizowane i w ogólności zorientowane na podtrzymywanie wierności wobec macierzyste- 255 MNIEJSZOŚCI NARODOWE BAROMETREM EWOLUCJI POLITYCZNEJ go, często wielkogermańskiego pnia. Powszechne i ugruntowane przekonanie Niemców o wyższości i generalnej „lepszości" ich cywilizacji i kultury w konfrontacji z Polakami (szerzej Słowianami) to najogólniejsze ramy prowadzonej działalności wychowawczo-oświatowej, mającej odgrodzić Niemców od „innych" oraz przygotować do roli gospodarza na obszarach czasowo jedynie •wchodzących w skład państwa polskiego. Mimo katastrofalnej okresowo sytuacji gospodarczej Republiki Weimarskiej oraz nieustannych oszczędności III Rzeszy przeliczającej każdą markę na karabin czy czołg, zawsze znajdowały się w budżecie państwa (lub wyposażanych przez nie instytucjach i towarzystwach) znaczne środki na propagandę międzynarodową i działalność pomocową dla mniejszości niemieckiej . Skutkiem tego, jak również dobrej organizacji w obrębie samej mniejszości oraz generalnie lepszej sytuacji materialnej w porównaniu do pozostałej ludności za- mieszkującej dane miasto czy wieś, szkolnictwo niemieckie w Polsce charaktery- zowało się lepszymi od przeciętnych warunkami pracy. Zmniejszanie się liczby ludności niemieckiej oraz preferowanie kształcenia w szkołach prywatnych po- wodowało, że klasy z niemieckim językiem nauczania w ramach szkoły polskiej (były to tzw. szkoły parytetyczne) liczyły najczęściej 10-15 uczniów, podczas gdy klasy polskie miały nawet 40 uczniów. Postępujące kurczenie się niemieckiej oświaty publicznej na rzecz kształcenia prywatnego uwypukla zmniejszanie się nie tylko liczby szkół powszechnych, ale także średnich. Z ponad 1100 szkół powszechnych z niemieckim językiem nauczania w roku szkolnym 1922/23, do końca okresu międzywojennego przetrwało niespełna 400. Wśród nich 160 było publicznych i 234 prywatne (40:60 na korzyść szkół prywatnych). Ponadto w 203 szkołach polskich prowadzone były równoległe klasy w języku niemieckim. Dominacja niemieckiego średniego szkolnictwa prywatnego była przygniatająca: na 15 szkół ogólnokształcących w roku szkolnym 1937/38 aż 13 było prywatnych (stosunek 87:13). Kształciło się w nich około 3 tyś. uczniów. Państwowe szkoły mieściły się w Bielsku i Toruniu. Wymowne wszakże było to, że liczba szkół średnich z niemieckim językiem wykładowym systematycznie malała. Zawsze jednak warunki nauki były w nich lepsze niż w szkołach polskich, co najlepiej widać na przykładzie badań niewielkich środowisk, gdzie zachowane źródła pozwalają wiernie odtworzyć istniejący stan rzeczy. Oto w gimnazjum niemieckim w Lesznie w latach trzydziestych było 150-160 uczniów, natomiast dochody tej placówki były większe niż wszystkie wydatki Leszna na oświatę. M. in. dlatego pensje nauczycieli w gimnazjum niemieckim były znacznie wyższe niż w polskim. W roku szkolnym 1933/34 dyrektor gimnazjum niemieckiego zarabiał miesięcznie tysiąc złotych, co było ponad dwukrotnie więcej aniżeli zarobek dyrektora polskiego gimnazjum, dla którego miasto ustanowiło dodatek komunalny. Podobnie było z nauczycielami, którzy w szkole polskiej zarabiali od 247 do 312 zł, natomiast w niemieckiej od 581 do 880 zł. Badająca te problemy Mirosława Komolka pisze: „Budżet, jakim dysponowało gimnazjum niemieckie (około 160 uczniów), prze- wyższał o ponad 25 000 zł wszystkie wydatki miasta przeznaczone na rozwój oświaty w Lesznie. Ogólny budżet miejskiego gimnazjum żeńskiego (także szkoły prywatnej), liczącego w tym okresie mniej więcej tyle samo uczniów, wynosił 256 RZĄDY AUTORYTARNE 50 000 zł, a więc prawie połowę wysokości samych subwencji Deutscher Schulve- rein przeznaczonych dla gimnazjum niemieckiego". Wyraźnie wyższy standard życia nauczycieli Niemców wiązany z podwójnym wynagrodzeniem był źródłem wielu napięć, niechęci i zawiści. W przypadku udo- wodnienia faktu otrzymywania drugiej pensji przez pracownika wynagradzanego ze skarbu państwa wszczynano postępowanie dyscyplinarne. Mimo zrozumiałych trudności w dowodzeniu winy Okręgowa Komisja Dyscyplinarna przy Sądzie Apelacyjnym w Krakowie w 1931 r. zwolniła z pracy 177 nauczycieli Niemców. Każda tego typu inicjatywa polskich władz wywoływała oburzenie faktycz- nych i pozornych obrońców mniejszości oraz popierających je towarzystw, które interes państwa zamieszkiwanego przez Niemców widziały w drugim szeregu. Dobrze to widać w statutach regionalnych Deutscher Schulverein, gdzie czytamy: „Celem towarzystwa jest umożliwienie swoim członkom kształcenia i wychowania swych dzieci i wychowanków w języku niemieckim i kulturze narodu nie- mieckiego, a zarazem umożliwienie wychowania ich na dobrych obywateli Rze- czypospolitej Polskiej. Cel ten stara się towarzystwo osiągnąć przez organizowanie, zakładanie, utrzymywanie i wspieranie prywatnych szkół, przedszkoli, kursów i odpowiadających celowi towarzystwa zakładów kształcenia z niemieckim językiem nauczania". Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że organizacje polonijne działające w Niem- czech nie mogły poszczycić się analogicznymi efektami, tym bardziej porówny- walną skutecznością. Jeśli dzieci zaliczane do mniejszości niemieckiej w Polsce były w 100% objęte nauczaniem w języku ojczystym, to zaledwie co setne polskie dziecko w Niemczech uczyło się w szkole z ojczystym językiem nauczania. Jak- kolwiek powody tej sytuacji były bardzo złożone (dużą rolę odgrywało rozproszenie emigracji, jej sezonowy charakter oraz chęć wtopienia się części Polaków w naród źle traktujący, a nawet odrzucający „obcych"), to jednak pozostaje faktem, że tolerowanie przez władze polskie szkolnictwa wrogo usposabiającego uczniów do istniejącej rzeczywistości było niesłusznym, jednostronnym świadczeniem o dużych konsekwencjach. Z drugiej strony trudno nie ponowić uwagi o wielkiej złożoności zagadnienia mniejszościowego, zaliczonego do szczególnie skomplikowanych i konfliktogennych zagadnień społeczno-politycznych cywilizacji. Faktem jest, że cała elita IIRP nie doceniła siły ruchów narodowościowych w okresie międzywojennym, nie tylko zresztą w odniesieniu do Ukraińców i Białorusinów, ale także silnych więzi mniejszości niemieckiej z rosnącą w siłę „macierzą". Przez wiele lat karmiono się przekonaniem o asymilacyjnej sile polskiej kultury zwłaszcza w odniesieniu do chłopskiej ludności Kresów znajdujących się na stosunkowo niskim etapie uspo- łecznienia. Różne ograniczenia ze strony władz polskich wobec oświaty mniejszościowej wywoływały w kraju i poza nim duży rezonans. Jeśli protesty wychodziły ze słabo zorganizowanej i mało liczącej się na arenie międzynarodowej mniejszości li- tewskiej, mającej kilka szkół publicznych i kilkanaście prywatnych, to ich skuteczność była bardzo ograniczona. Inaczej rzecz się miała, jeśli autorzy protestów za pomocą liczb dowodzili forsownej polonizacji wyrażającej się np. zastępowaniem szkół mniejszościowych przez szkoły mieszane (utrakwistyczne), w których obok 257 MNIEJSZOŚCI NARODOWE BAROMETREM EWOLUCJI POLITYCZNEJ języków mniejszości starano się dać pierwszeństwo polskiemu. Napisano już, że liczba powszechnych szkól mniejszościowych systematycznie malała: Ukraińcy mieli ich w 1924 r. ponad 2,5 tyś., a w 1937 r. 461; Niemcy (odpowiednio) 919 i 394; Litwini 137 i 23; Białorusini 23 i 0. Wymowa tych danych służyła za ważny oręż zwłaszcza dla mniejszości niemieckiej, zawsze — co warto pamiętać — znajdującej oparcie w agendach rządo-wo- administracyjnych Republiki Weimarskiej. Zwycięstwo narodowych socjalistów zmieniło sytuację o tyle, że Niemcy z oskarżyciela na forum Ligi Narodów stały się obiektem oskarżeń także z powodu nieprzestrzegania zobowiązań o ochronie mniejszości, które obejmowały obszar Górnego Śląska. Natomiast zmiana rządu w niewielkim tylko stopniu zmieniła sytuację działających w Polsce partii mniejszości niemieckiej, które nadal identyfikowały się ze „swoim", rj. berlińskim rządem. Próby organizowania oporu przez socjalistów i katolików oraz nielicznych komunistów (skupionych w sekcji niemieckiej KPP) nie miały większego, a tym bardziej praktycznego znaczenia. Spory i dyskusje wewnętrzne, powodowane czynnikami ideologicznymi i światopoglądowymi, jakkolwiek nigdy nie przezwyciężone do końca, dodatkowo traciły na znaczeniu po oficjalnej zmianie polityki Rzeszy wobec Polski w 1934 r. Towarzyszące temu zamieszanie w obu krajach przy-f bierało na sile z powodu polityki antyżydowskiej hitlerowców, do której zostało wprzęgnięte państwo. Wyrażony w Mein Kampf pogląd Hitlera, że „jeśli Żyd za pomocą swej marksistowskiej wiary podbije narody tego świata, to jego korona stanie się żałobnym wieńcem ludzkości", stał się cząstką niemieckiego wyznania wiary w miarę jak hitleryzm ogarniał jestestwo tego narodu. Zadowolenie, poparcie, nieraz zachwyt polskiej prawicy dla hitlerowskiej polityki antyżydowskiej umniejszało jej tradycyjne przeświadczenie o zasadniczej wrogości niemczyzny wobec wszystkiego co polskie. Towarzyszące tej sprzeczności różne dywagacje, wyrażające się m. in. kolejną falą poczytności Protokołów mędrców Syjonu mówiących o planach opanowania świata przez żydowsko-masoń-ską zmowę, nakładały się na obiektywnie istniejące sprzeczności społeczno-go-spodarcze sytuujące ludność żydowską zamieszkującą Polskę w bardzo trudnej sytuacji. Przywiązanie Żydów do własnej tożsamości religijno-obyczajowej, eksponowane zwłaszcza przez ruch nacjonalistyczny reprezentowany przez takie organizacje prawicy syjonistycznej, jak Mizrachi, Hisdadrut, Nowa Organizacja Syjonistyczna czy Front Młodo-Żydowski, stanowiło swoistą prowokację dla nacjonalistów polskich. Jakkolwiek antysemityzm hitlerowców stanowił dla nich potwierdzenie słuszności własnych zapatrywań, to jednak rosnąca walka z sil-•1 nym żywiołem żydowskim w Polsce miała rodzime uwarunkowania. Faktem była generalna niechęć Polaków do Żydów, chętnie pokazywanych jako winowajców wszelkich niepowodzeń i klęsk, jakie nawiedziły ten naród, nieraz nawet jednostki, które przegrały wyścig o klienta, posadę w banku, zyskow-niejszy interes. Silnie ukorzeniło się przypisywane Żydom powiedzenie o „waszych ulicach i naszych kamienicach", podbudowywane informacją, że 3/4 Żydów mieszkało w miastach, stanowiąc w wielu, nawet tak znaczących jak Warszawa, Łódź czy nawet Kraków skupiska silnie oddziałujące na ich charakter. W spisie ludności w 1931 r. ponad 21% mieszkańców miast podało język żydowski lub hebrajski jako ojczysty. Im dalej na wschód (w województwach zachodnich Żydzi RZĄDY AUTORYTARNE 258 stanowili zaledwie 1,5% mieszkańców), tym specyficzny dla ludności żydowskiej wygląd i strój był bardziej powszechny i częściej widoczny. Spośród tej grupy osób rekrutowało się ponad 80% obwoźnych handlarzy, ściśle zwykle powiązanych ze stałymi sklepami i straganami oraz hurtowniami. Ich generalną dominację w handlu widać przez to, że Żydzi to około 70% wszystkich zatrudnionych w handlu oraz 42% zatrudnionych w handlu hurtowym. Żydzi rzadko pracowali jako robotnicy niewykwalifikowani. Zbigniew Lan- dau i Jerzy Tomaszewski wyliczają, że około 10% Żydów w Polsce dzieliło dole i niedole robotników. Była to więc liczba porównywalna do udziału Żydów w strukturze narodowościowej państwa. Znacznie większa, mając w pamięci 9-10% udziału Żydów wśród mieszkańców Polski, była ich reprezentacja wśród inteligencji (14%), a zwłaszcza burżuazji, gdzie oscylowała wokół 45% całej tej grupy funkcjonującej w kraju. W różny sposób się ujawniające trudności w dostępie do urzędów i instytucji publicznych przyczyniły się do koncentracji Żydów w wolnych zawodach, gdzie ich odsetek zbliżył się do 50%, a wśród lekarzy przekroczył 55%. Żydzi byli też bardzo licznie reprezentowani wśród ludzi nauki, zawodów artystycznych, zwłaszcza literatów oraz szeroko rozumianej kultury, koncentrującej się głównie wokół synagogi (zwanej w Polsce bożnicą), ale także innych obiektów, jak np. teatrów, których w samej Warszawie było pięć. Wszystko to powodowało, że Żydzi polscy, zwłaszcza na tle innych grup na- rodowościowych, byli rzecznikami wyższych, rozwojowych aspiracji — tak gru- powych jak również indywidualnych. Ich zapobiegliwość, pracowitość, przysło- wiowa oszczędność i walka o każdy grosz, dążenie do lepszego wykształcenia, odmienność obyczajowo-religijna piętnowana przez kler katolicki jako tych, co zamordowali Chrystusa i tkwią w grzechu, bo nie świętują w niedzielę, mniemanie o ukrywanym przed „gojami" bogactwie pochodzącym także od współziomków z Ameryki oraz szereg innych regionalnych i lokalnych sytuacji — stanowiło przez historię uprawioną glebę dla występującego w Polsce ruchu antysemickiego. Problem zagrożenia żydowskiego był stale przypominany przez endecję, orga- nizacyjno-ideową współrodzicielkę najróżniejszych antyżydowskich stowarzyszeń i grup. Pod wdzięcznie brzmiącą nazwą „Liga Zielonej Wstążki" odnajdujemy powstałe w 1930 r. z inicjatywy Młodzieży Wszechpolskiej stowarzyszenie mające na celu organizowanie bojkotu ekonomicznego: szykany oraz różne formy napięt- nowania obejmowały Polaków i inne osoby dokonujące zakupów w żydowskich hurtowniach, sklepach, na straganach. Młodzi narodowcy niezadowoleni z powodu zbyt umiarkowanych poglądów oraz form działalności liderów Stronnictwa Narodowego skupiali się najpierw w skrajnie prawicowej organizacji pod nazwą Obozu Wielkiej Polski, której aktywa ideowe po rozwiązaniu przez władze w 1933 r. przejął Obóz Narodowo-Radykalny, także wkrótce zdelegalizowany. Kontynuując konspiracyjnie swą działalność (odłam skrajny ONR „Falanga" wydawał swój organ prasowy) zarówno ONR, jak również inne prawicowe grupki uprawiały filo- faszystowską i antyżydowską propagandę, przeistaczającą się często w burdy i zamieszki. Bezpośrednimi inspiratorami antyżydowskich wystąpień były często osoby obawiające się lub wręcz zagrożone żydowską konkurencją w działalności gospo- darczej, zwłaszcza handlu, chociaż także w innych dziedzinach. Znane były przy- 259 MNIEJSZOŚCI NARODOWE BAROMETREM EWOLUCJI POLITYCZNEJ padki takiej „rywalizacji" w świecie lekarskim oraz prawniczym. To jeden z wielu powodów, że rząd przeciwstawiając się oficjalnie ekscesom na tle narodowościo- wym miał przeciwko sobie władze lokalne, które często działały opieszale lub wręcz okazywały więcej wiary i życzliwości Polakom. Niemniej jednak za życia marszałka Piłsudskiego władze państwowe na ogół konsekwentnie ograniczały aktywność „paniczyków z mieczykami", o których Żydzi mówili „polskie Hitle-ry" lub nazywali ich „bojówkami endecko-hitlerowskimi". Z widocznym żalem żegnali Marszałka, co dobrze ujął ukazujący się w Warszawie żydowski dziennik „Hjanł" 13 maja 1935 r.: „Bolesna wieść o zgonie Józefa Piłsudskiego wywołała głęboką, szczerą żałobę w sercach wszystkich narodów Rzeczypospolitej Polskiej. Naród stracił największego swego Syna, który w ciągu pokoleń nie miał sobie równego (...). Mniejszości narodowe, a wśród nich i my, Żydzi, straciły przez zgon Piłsudskiego człowieka, w którym widziały wyobrażenie i ucieleśnienie najpięk- niejszych polskich tradycji dziejowych tolerancji i walki o wolność ludów". Zamieszanie w obozie rządzącym spowodowane brakiem lidera, jak również coraz wyraźniejsze obsuwanie się sanacji w kierunku prawicy sprzęgło się ze wzrostem antyżydowskich wystąpień młodzieży akademickiej. Stale aktualizowany wśród studentów o orientacji narodowej postulat dostosowania liczby studentów do struktury narodowościowej państwa znajdował w latach przeciągającego się kryzysu dodatkowych zwolenników. Rzecznikom numerus clausus chodziło o to, aby młodzież polska i żydowska zasiadała w ławach szkół wyższych proporcjonalnie do swej ilości ogólnej. Czołowy historyk obozu sanacyjnego Władysław Pobóg-Malinowski uznawał walkę o realizację tej zasady za „akt samoobrony" ze strony studenta polskiego świadomego, że „po uzyskaniu dyplomu spotka zamykającą mu dostęp do pracy zwartą i solidarną gromadę Żydów". Tę sama argumentację przywoływali narodowcy, żądając całkowitej eliminacji Żydów z uczelni wyższych (numerus mdłus), jak również rzecznicy z pozoru bardziej wyrafinowanej formy eliminacji Żydów ze społeczności uczących się poprzez „getto ławkowe". Jego istotę dobrze oddaje ulotka Stronnictwa Narodowego adresowana do młodzieży szkolnej bardzo „zażydzonego" zresztą Kalisza w związku z początkiem roku szkolnego w 1936 r. Przypominając o obowiązkach ciążących na Polakach pisano: „Pamiętaj, że Wielką Polskę buduje się co dzień na każdym miejscu, przy każdym czynie. Dopóki masz narzucone towarzystwo Żydów w jednej klasie [...] postaw nieprzebytą zaporę między sobą a zgrają wyrostków żydowskich, zajmujących tymczasowo miejsca syna chłopskiego i syna robotnika w szkole polskiej. W nowym roku szkolnym wyznacz dla Żydów osobne ławki w kącie klasy, wytwórz wraz z kolegami atmosferę ścisłej izolacji od Żydów w każdej dziedzinie. Niech potomek Morduchaja Marksa nie usłyszy nigdy z Twych ust „kolego". Nie masz koleżeństwa między Polakiem a Żydem. Pamiętaj, że siedzi w twej klasie wróg Polski i traktuj go odpowiednio. Pilnuj rodziców twych, żeby wszystkie zakupy związane z rozpoczęciem roku szkolnego czynili w sklepach polskich i przestrzegali swych lekkomyślnych kolegów, którzy kupują jeszcze w sklepach żydowskich. Ucz się pilnie, bo Wielka Polska potrzebuje ludzi wykształconych. Nowy Rok szkolny to nowy etap w twoim życiu. Niechże upłynie on pod znakiem Krzyża i Miecza Chrobrego, niech będzie podeptaniem sze- ścioramiennej gwiazdy żydowskiej". 260 RZĄDY AUTORYTARNE Skutki tak ustawionej propagandy były tym bardziej negatywne z punktu wi- dzenia interesów państwa zorientowanego na postępującą integrację społeczeń- stwa, że dzieci żydowskie realizowały obowiązek szkolny przede wszystkim w ramach oświaty publicznej. W roku szkolnym 1937/38 w 452 prywatnych po- czątkowych szkołach żydowskich uczyło się 65 tyś. uczniów; w 50 szkołach średnich ogólnokształcących było 11 tyś. uczniów; natomiast w 19 szkołach zawodowych 2,4 tyś. uczniów. Sprawy oświaty, nauki i kultury w latach trzydziestych Obóz sanacyjny wyznaczył oświacie ogromnie ważną rolę. Nacisk położony na powszechne nauczanie, wychowanie państwowe oraz wspieranie integracji społeczno-politycznej korespondował z odpowiednio wysokim miejscem dla szkol- nictwa w hierarchii spraw państwowych. Sytuację tę syntetyzuje duży, oscylujący wokół 15% udział wydatków na oświatę i szkolnictwo w budżecie państwa, co plasowało Polskę w pobliżu takich państw, jak Szwecja i Niemcy, a powyżej Cze- chosłowacji (10%) czy Francji (12%). Ta sytuacja, odnosząca się do lat dwudzie- stych, uległa zmianie w latach wielkiego kryzysu gospodarczego. Skalę regresu widać po 36-procentowej redukcji pieniędzy na oświatę przeka- zywanych z budżetu państwa oraz porównywalny spadek dotacji samorządowych. Zmiany te były tym bardziej odczuwalne, że właśnie na przełomie dziesięcioleci napłynęło do szkól powszechnych około półtora miliona dzieci urodzonych już po wojnie. Drastyczna polityka oszczędnościowa oznaczała zmniejszenie liczby godzin nauczania, powrót do klas łączonych, zastępowanie nauczycieli bezpłatnymi praktykantami. Około 10 tyś. wykwalifikowanych nauczycieli było w 1935 r. bez pracy, a równocześnie na jednego nauczyciela przypadało średnio 64 uczniów (na Polesiu — 84, podczas gdy na Litwie — 56, a w Czechosłowacji — 33). Niewątpliwe pogorszenie warunków nauczania wzmogło niezadowolenie całego środowiska. Spośród związków nauczycielskich najbardziej radykalny był Związek Nauczycielstwa Polskiego. Zarazem jednak także ZNP starał się lawirować między władzą, lansującą pogląd o odpowiedzialności nauczycieli za wychowanie państwowe, opozycją zdominowaną przez nurty klerykalne oraz potrzebami materialnymi i duchowymi całego środowiska szkolnego. Walka ta przybierała niejednokrotnie dramatyczny wyraz, zwłaszcza kiedy li-ijl czący 50 tyś. ZNP mógł powołać się na mandat różnych stowarzyszeń i zrzeszeń ii branżowych wchodzących w jego skład. Jakkolwiek sanacja miała w Związku dominujące wpływy, to jednak w miarę rozwoju sytuacji społeczno-politycznej w kraju uwidoczniła się jego radykalizacja. ZNP znalazł się w rzędzie najbardziej J dynamicznych i postępowych organizacji zawodowych, stając się obiektem krytyki nie tylko władzy, ale także organizacji prawicowo-klerykalnych. Problemem szczególnie drażliwym były przymusowe przesunięcia kadrowe, które w latach trzydziestych obejmowały 6-8 tyś. nauczycieli rocznie. W ogromnej przewadze wypadków zmianie miejsca pracy nauczyciela, co najczęściej miało charakter kary, i 261 SPRAWY OŚWIATY, NAUKI I KULTURY towarzyszyły różne frustracje dotykające także jego rodzinę, uczniów, środowisko. Protesty zainteresowanych i ZNP niewiele dawały także z formalno-prawnego punktu widzenia, gdyż art. 51 pragmatyki nauczycielskiej przewidywał możliwość przeniesienia nauczyciela z urzędu „dla dobra szkoły". Różnie wyrażane niezadowolenie władzy miało także źródło w ograniczonych, niezadowalających ją postępach wychowania państwowego. Przełom dziesięcioleci pokazał, że widniejące w programach szkolnych cele wychowawcze przesiąknięte ideą państwową dają efekty odległe od oczekiwań. Miał to być obywatel — jak to ujął minister Sławomir Czerwiński podczas l Kongresu Pedagogicznego (odbył się on w Poznaniu w 1929 r.) — pracujący dzielnie każdego dnia, który w razie potrzeby „ze świętym zapałem walki" dowiedzie swego czynnego, szczerego patriotyzmu. Oświatowcom polskim marzyła się wówczas jednostka łącząca cechy pozyty wisty- pracownika oraz romantyka-Polaka. W wychowaniu państwowym na pierwszy plan stawiano obowiązki wobec państwa oparte na zasadach etyki chrześcijańskiej. Założeniom tym towarzyszyły takie hasła, jak np. troska o zachowanie odrębności narodowych, ideowych, kulturalnych, budzenie instynktu samozachowawczego, gotowość do obrony niezależnego bytu narodowego i państwowego. Pojawia się idea jedności narodu, kształtowania odwagi, hartu ducha, silnej woli. Większego znaczenia nabiera wychowanie fizyczne w szkołach, wychowanie obronne, kursy sanitarne, samoobrony. Rzeczywistość była więc bardzo złożona, a kult „wodzów" zależał bardzo często od dyrektora szkoły i grona pedagogicznego. W ogólności trzeba wszakże stwierdzić, że dominującym wzorcem wychowawczym II RPbyła postać i czyny Józefa Piłsudskiego. O sposobie podejścia do tej kwestii wiele mówi np. książka z 1935 r. pt. Mahj Piłsudczyk pióra Tadeusza Michała Nittmana. Została ona zbudowana z dwóch warstw — walki Marszałka o odrodzenie państwa oraz obywatelskiej troski o jego rozwój oparty na codziennej, rzetelnej pracy i obowiązkowości. Rozwijany kult Piłsudskiego, współkształtowany zresztą przez zainteresowa- nego, przybrał formę okazale obchodzonych imienin 19 marca. Tego dnia przed udekorowanym portretem Piłsudskiego dzieci deklamowały wiersze, śpiewały pieśni patriotyczne, odgrywały okolicznościowe inscenizacje. Atrakcją dla dzieci, zwłaszcza przedszkolnych, gdzie także świętowano dzień imienin, były rozdawane cukierki. Po śmierci Marszałka dzień jego imienin nadal czczono w formie ceremonii żałobnych wobec „Ojca Narodu". Podobny kult budowano — także poprzez ogólnopaństwowe świętowanie imienin — wokół marszałka Edwarda Rydza- Smigłego. A że dzień jego imienin wypadał 18 marca, to łatwo połączono kult obu marszałków Drugiej Rzeczypospolitej. Wyraźnie mniej okazałe manifestacje organizowano dla uczczenia prezydenta Ignacego Mościckiego, obchodzącego swe imieniny w lutym. Rzeczywistość była więc bardzo złożona, a kult „wodzów" zależał bardzo często od dyrektora szkoły i grona pedagogicznego. Wychowaniu państwowemu służyły organizowane, często z dużym rozma- chem, święta mające na celu budzenie i umacnianie uczuć patriotycznych. Szcze- gólne znaczenie miały dwa święta: rocznica uchwalenia Konstytucji 3 Maja oraz 11 listopada — Dzień Niepodległości. Poza tym w szkołach i poza nimi obchodzono co roku: Święto Żołnierza (15 sierpnia), rocznicę powstań narodowych — Li- stopadowego i Styczniowego, Dzień Matki i Tydzień Dziecka, Dzień Oszczędno- 262 RZĄDY AUTORYTARNE ści, święto Towarzystwa Czytelni Ludowych, Święto Lasu i Święto Morza, połą- czone z „wiankami". Stosunkowo dużą rangę nadano też takim rocznicom i oka- zjom, jak: 150-lecie niepodległości Stanów Zjednoczonych, 10-lecie zaślubin Polski z Bałtykiem, 250-lecie Odsieczy Wiedeńskiej, Tydzień Emigranta Polaka, Miesiąc Pomorza czy 25-lecie wymarszu pierwszej kompanii kadrowej. Sanacyjny personalizm dominujący w wychowaniu państwowym pomniejszał jego skuteczność. Natrętna hagiografia osoby Marszałka, a później — chociaż mniej natarczywa —jego następcy ogromnie irytowała łudzi z opozycji. Krytyce sana- cyjnego wychowania państwowego, najsilniej formułowanej przez chadecję, lewicę i mniejszości narodowe, towarzyszyło żądanie generalnego zreformowania systemu oświatowego, co zresztą pokrywało się z postulatami całego środowiska, w tym zwłaszcza nauczycieli. Przedłużającą się, zdominowaną konfliktami dyskusję uciął minister Janusz Jędrzejewicz. Przyjęta przez Sejm 11 marca 1932 r. ustawa, zwana odtąd jędrzejewiczowską, była fragmentem polityki reformowania państwa, w której chodziło o generalne wzmocnienie władzy wykonawczej. Dążeniu temu służyły nowe regulacje o zgromadzeniach i stowarzyszeniach, reforma sądownictwa, a także ustawa o szkołach akademickich z 15 marca 1933 r., która znacznie ograniczała autonomię i samorząd szkół wyższych, a wzmacniała pozycję rektora i właściwego ministra. Niewątpliwie jednak największe znaczenie społeczne miała reforma oświaty. Jej przeciwnicy mieli ministrowi Jędrzejewiczowi i w ogóle rządowi za złe, że zdecydowano się na głęboką reformę w warunkach głębokiego kryzysu gospo- darczego. Niewątpliwy i wyraźny spadek nakładów na oświatę poważnie utrudnił i przedłużył wprowadzanie reformy, której pozytywny i postępowy charakter był dość zgodnie dostrzegany. Odnosiło się to także do przyjętej równocześnie ustawy „O prywatnych szkołach oraz zakładach naukowych i wychowawczych", która pozostawiała szkolnictwu prywatnemu dużą swobodę programową. Uprawnienia państwowe szkoły te uzyskiwały, jeśli korzystały ze wzorców obowiązujących w instytucjach publicznych. Ustawa wprowadzała podział szkół powszechnych na stopnie ściśle powiązane z liczbą dzieci oraz — zależną od tego — liczbą nauczycieli. Nadal obowiązywała zasada, że nauka jest obowiązkowa dla dzieci w wieku 7-14 lat. Jednak w szkole I stopnia (do 120 uczniów, z jednym lub dwoma nauczycielami) klasa trzecia była dwuletnia, a czwarta trzyletnia. Znaczyło to, że ucząc się lat siedem dziecko w zasadzie opanowywało materiał na poziomie klasy czwartej. Szkoły II stopnia (do 210 uczniów, z trzema — czterema nauczycielami) miały z kolei dwuletnią klasę szóstą. Szkoły III stopnia (powyżej pięciu nauczycieli) miały 7 klas jednorocznych i realizowały pełny program szkoły podstawowej. Był to system skomplikowany i dość niespójny, zwłaszcza jeśli wskazać, że szkoły średnie wymagały od kandydatów wiedzy z klasy VI, czyli wynikającej z programu szkół II stopnia. Tak więc klasa VII stanowiła utrwalenie i podsumowanie wiedzy tylko dla tych uczniów, którzy nie zamierzali się kształcić dalej. Dominujące na wsi (ponad 75%) szkoły I stopnia tworzyły tzw. ślepe tory edu- kacyjne. Dostęp dzieci wiejskich kończących szkoły najniżej zorganizowane do szkół wyższego typu był możliwy poprzez szkoły zawodowe. Dzieliły się one na trzy typy: szkoły dokształcające, szkoły zawodowe (właściwe) oraz szkoły przy- 263 SPRAWY OŚWIATY, NAUKI I KULTURY sposobienia zawodowego. System drożności został zachowany przez to, że szkoły zawodowe właściwe realizowały program nauczania w ramach trzech poziomów: niższego, gimnazjalnego oraz licealnego. Szkoły były dostępne dla całej młodzieży zamieszkującej państwo bez różnicy narodowości, religii czy płci. Jednak szkolnictwo średnie, w przeciwieństwie do wielu szkół powszechnych, a zwłaszcza wyższych, z oporem wprowadzało kształ- cenie koedukacyjne. Zwłaszcza wiele zakładów prywatnych preferowało naukę bądź dla chłopców, bądź dla dziewcząt. Szkoły średnie dzieliły się na czteroklasowe gimnazjum ogólnokształcące o jednakowym programie nauczania oraz dwuletnie licea ogólnokształcące lub trzyletnie licea zawodowe (w tym także pedagogiczne). Maturę uzyskiwali absol- wenci dwuletnich liceów ogólnokształcących (dzieliły się na 4 typy — klasyczne, humanistyczne, matematyczno-fizyczne i przyrodnicze) oraz trzyletnich liceów zawodowych. Licea były więc wyższym etapem kształcenia opierającym się na jednolitych pod względem programowym gimnazjach. Prestiż społeczny „małej matury" (po ukończeniu gimnazjum) z wolna ustępował „dużej maturze" (po li- ceum), która otwierała drogę do studiów wyższych, kreujących elitę. Reforma wprowadzała nowoczesny system kształcenia nauczycieli. Opierał się on na trzyletnim zawodowym liceum pedagogicznym lub dwuletniej szkole po- maturalnej. W systemie tym wykształcenie nauczyciela to 13-14 lat nauki, zakładając systematyczne zaliczanie kolejnych klas. Z tym był jednak duży problem i to na wszystkich etapach kształcenia. Wysoki był zwłaszcza odsetek dzieci przery- wających naukę w szkołach wiejskich lub porzucających szkołę bez świadectwa jej ukończenia. Tylko 25% uczniów kończyło naukę w szkole powszechnej w prze- widzianym programem czasie. Doświadczenia okresu międzywojennego uwypukliły prawdę o ścisłym związku między drugorocznością i „odsiewem" a pozycją materialną domu rodzinnego. Dotyczyło to także uczniów szkół średnich przerywających (a przez to przedłu- żających) naukę z powodów materialnych. Wymagania zwłaszcza w liceach były wysokie, a przez to „odsiew" bardzo duży. Koszty kształcenia były znaczne, jeśli uwzględnić wydatki na stancję, obowiązkowy strój, czesne. Tylko 10-15% uczniów mogło liczyć na zwolnienie z opłat, jeśli wiązało się to z udokumentowaną sytuacją materialną popartą nienaganną nauką i postawą właściwą dla ówczesnego kanonu ucznia. Z tym zawsze, jak świat stary, były problemy. Względy materialne oraz utrudnienia systemowe nałożone na aspiracje środo- wiskowe powodowały, że im wyższy był szczebel kształcenia, tym mniejszy w nim udział dzieci i młodzieży z warstw najliczniejszych. Na tysiąc uczniów klasy początkowej pochodzących z domów zamożnych i wykształconych do klasy maturalnej docierało 359, a studia wyższe rozpoczynały 253 osoby. Natomiast wśród uczniów z warstw uboższych na tysiąc uczniów rozpoczynających naukę w szkole powszechnej do klasy maturalnej dochodziło 23, a na studia wyższe tylko 8 osób. Ścisłą więź między poziomem materialnym i wykształceniem domu rodzicielskiego pokazuje także to, że ze środowiska robotników rolnych do klasy maturalnej docierało 0,2% uczniów, a na studia wyższe 0,1%. Dane te tylko częściowo pomniejszają ogromną zmianę, jaka dokonała się w okresie międzywojennym w polskiej oświacie. Dawna szkoła ludowa, najeżę- 264 RZĄDY AUTORYTARNE ściej z jednym nauczycielem i w jednej izbie, uboga w treści kształcenia elemen- tarnego realizowanego często w języku obcym — w ciągu życia jednego pokolenia przemieniła się w polską placówkę funkcjonującą w ramach jednolitego systemu programowego. Nowe treści nauczania i wychowania kładły nacisk na ideę pracy dla społeczeństwa i odrodzonego państwa. Wzrósł prestiż i autorytet nauczyciela, który jako nieźle opłacany pracownik państwowy był świadom swej roli społecznej wypełnianej z godnym pamięci zaangażowaniem. Sukcesem tego środowiska było także to, że stopniowo rosła realizacja obowiązku szkolnego, chociaż w województwie wołyńskim wynosiła ona w końcu okresu międzywojennego 72%, a na Polesiu 80%. W skali kraju odsetek ten wynosił 94%. Oznaczało to zarazem, że poza szkołą było jednak kilkaset tysięcy osób, w tym duża grupa dzieci, które przerywały naukę w ciągu trwania roku. Niewątpliwym sukcesem II RP był rozwój szkolnictwa średniego i wyższego. Ani pod względem liczbowym, ani jakościowym nie odbiegało ono od poziomu europejskiego. Świadectw dojrzałości wydano w Polsce na milion mieszkańców więcej niż w Niemczech czy Francji; w liczbie studentów Polska była lepsza od Wielkiej Brytanii i Niemiec. Większość uczniów należała do „Bratniej Pomocy", gdzie przez cały czas trwała ostra walka o wpływy, szczególnie intensywna między sanacją, endecją i szeroko rozumianą lewicą. Był to jeden z powodów, że „Bratnia Pomoc" — zrazu będąca organizacją powołaną do „obrotu" podręcznikami oraz rozwoju kas zapomogo- wo-pożyczkowych, stawała się związkiem społeczno-politycznym reprezentującym całą młodzież kształcącą się na poziomie ponadpodstawowym. W tym charakterze regionalni liderzy „Bratniej Pomocy" byli poważnymi uczestnikami trwającej przez cały czas walki społeczno-politycznej. Na polu oświatowym szczególną aktywność rozwinęła powstała w 1927 r. Federacja Oświatowych Organizacji Społecznych, która korzystając z poparcia Związku Nauczycielstwa Polskiego upomniała się o realizację zapisu ustawy, że młodzież w wieku 14-18 lat, jeśli nie podejmowała nauki w szkole zawodowej lub średniej, była zobowiązana do uczestniczenia w dokształcaniu. To wyprzedzające czas założenie — wobec permanentnego braku środków finansowych oraz niechęci dużej części młodzieży do dzielenia swego czasu na pracę i naukę -— pozostało raczej drogowskazem dla przyszłości. Z drugiej strony trudno ten zapis traktować jako całkowicie pusty, o czym świadczą różne formy oświaty pozaszkolnej, rozwijanej zwłaszcza przez socjalistów w miastach i ludowców (głównie „wiciarzy") na wsiach. W środowisku wielkomiejskim, wśród młodzieży rzemieślniczej, kupieckiej i robotniczej działalność oświatową prowadziło powstałe na przełomie lat 1922-- 1923 Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego (TUR). Liderzy socjalistyczni, z twórcą TUR Ignacym Daszyńskim na czele, zabiegali też o rozwój Organizacji Młodzieży TUR, łączącej sprawy oświaty i kultury z działalnością społeczno-poli- tyczną. Wielkim problemem socjalistów była postępująca radykalizacja OMTUR-u. Do najbardziej stanowczo wówczas formułowanych postulatów należało żądanie bezpłatnej oświaty oraz utworzenie warunków do realizacji obowiązku szkolnego w języku ojczystym dziecka. TUR-owcy napiętnowali wcześniej bardzo im bliski aktyw Związku Nauczycielstwa Polskiego, który określali jako „tubę" sanacji w środowisku szkolnym. 265 SPRAWY OŚWIATY, NAUKI I KULTURY W środowisku wiejskim, daleko mniej podatnym na radykalną zmianę stosunku do oświaty, nadal funkcjonowały elitarne w gruncie rzeczy uniwersytety ludowe (w Dalkach pod Gnieznem, Szycach pod Krakowem i Gaci Przeworskiej) oraz mające dużą tradycję takie organizacje oświatowe, jak Towarzystwo Czytelni Ludowych w Wielkopolsce czy Galicyjskie Towarzystwo Szkoły Ludowej. Oświata pozaszkolna — koncentrująca swą aktywność w domach ludowych, świetlicach, bibliotekach publicznych, uniwersytetach ludowych i plebaniach, re- alizowana w formie kursów i odczytów, poprzez działalność chórów, orkiestr, ze- społów artystycznych i sportowych — obejmowała w końcu lat trzydziestych około miliona osób. Było to dużo, jeśli zważyć, że w zasadniczym stopniu był to rezultat aktywności społeczników. Zarazem jednak placówki oświaty pozaszkolnej objęły zorganizowaną formą działania zaledwie kilka procent młodzieży i dorosłych oby- wateli kraju. Jedną z ważnych cech oświaty polskiej, zarówno na szczeblu powszechnym, jak i średnim, była duża intensywność pracy pozalekcyjnej. Szkoły stały się ważnym elementem życia społecznego i kulturalnego uczniów, którzy pokazywali się także „na mieście" przy okazji różnych uroczystości państwowych i religijnych. Bardzo częste były występy szkolnych teatrzyków, chórów, nieraz orkiestr. Inscenizacje okolicznościowe nawiązujące do sytuacji i postaci historycznych, często do osoby Marszałka (na Kresach powstało kilkaset szkół-pomników Marszałka), były przesycone takimi pojęciami, jak Polska, praca, nauka dla kraju, duma z ojczyzny, gotowość do jej obrony. Władze promujące działalność organizacji o charakterze paramilitarnym za- chęcały uczennice do udziału w Przysposobieniu Wojskowym Kobiet do Obrony Kraju, natomiast uczniów w Hufcach Szkolnych Przysposobienia Wojskowego. Znaczną popularnością, już w drugiej połowie lat dwudziestych, cieszyła się Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. Od 1927 r. władze zorganizowały sieć wo- jewódzkich, powiatowych i miejskich komend wychowania fizycznego i przyspo- sobienia wojskowego (WF i PW). Komendy dbając zwłaszcza o rozwój sportów obronnych (bardzo popularne ćwiczenia związane z obroną przed atakiem gazo- wym) organizowały co roku święta WF i PW obejmujące różne dyscypliny sportowe. Jakkolwiek elementami paramilitarnymi oraz bohatersko-martyrologicznymi przepojone było całe wychowanie dzieci i młodzieży, to jednak u schyłku okresu międzywojennego w treściach nauczania i wychowania jeszcze większy nacisk położono na pierwiastki narodowe. Obradujący w maju 1939 r. IV Kongres Peda- gogiczny za dewizę obrał sobie zdanie: „Wolni od wszelkich totalizmów i kolekty wizmów, powiększać chcemy potencjał obrony państwa polskiego". Widać w tym rosnącą presję wydarzeń międzynarodowych, które zachęcały do zespalania treści wychowawczych z obroną zagrożonej niepodległości. Integralnym elementem polityki oświatowej państwa, jak również ważnym elementem cywilizacyjnego obrazu Polski międzywojennej było szkolnictwo aka- demickie ściśle powiązane z rozwojem nauki. W tym wypadku zbiegły się do- świadczenia o charakterze społecznym, wyrażające się działalnością ok. 350 towa- rzystw naukowych oraz kilkunastu wyższych uczelni. Centralną rolę w rozwoju nauki i szkolnictwa akademickiego spełniała polityka państwa, stale zresztą kry- tykowanego za niezadowalającą wysokość środków budżetowych przeznaczanych 266 RZĄDY AUTORYTARNE na ten cel. Jakkolwiek procentowy udział dotacji z budżetu w ostatnich latach II RP ulegał zwiększaniu, to jednak potrzeby rozwijającego się środowiska akade- mickiego nie były wystarczająco zaspokajane. Dotyczyło to zwłaszcza 13 poza- uczelnianych państwowych instytutów badawczych, pozbawionych zamówień od przemysłu prywatnego preferującego zakupy licencyjne. Szkolnictwo wyższe, na które składały się uniwersytety oraz wyższe szkoły techniczne, ekonomiczne i artystyczne, utrzymywało się w części (lub w całości w przypadku uczelni prywatnych) z opłat wnoszonych przez studentów. W roku akademickim 1937/38 było ich około 50 tyś., w tym 30 tyś. na uniwersytetach, 8 tyś. na uczelniach technicznych i 7 tyś. w rolniczych. W Polsce tego czasu ogółem działały 32 wyższe uczelnie, w tym 13 państwowych oraz 2 prywatne szkoły aka- demickie. W 93 wydziałach i 782 katedrach zatrudnionych było 4400 pracowników (w tym 20% profesorów), co stanowiło 75% wszystkich zajmujących się pro- fesjonalnie aktywnością naukową. W sumie szkoły wyższe II RP wydały 83 tyś. dyplomów, z czego aż 70% w drugim dziesięcioleciu. Uzyskanie dyplomu inżyniera, magistra, a zwłaszcza doktora (ogółem nadano w okresie międzywojennym 2600 tytułów doktorskich) było nobilitacją i ważną przepustką do kariery zawodowej i życiowej. Jednym z powodów tej sytuacji było gęste sito pozwalające na uzyskanie wyższego wy kształcenia jedynie elicie. Mimo trwających długie lata starań, uczelni wyższych nie posiadały takie miasta jak Toruń, mający być ośrodkiem polskiej nauki dla Pomorza, oraz cały Górny Śląsk. W obu tych wypadkach rzecznicy utworzenia uniwersytetów wskazywali nie tylko na edukacyjną i gospodarczą, ale też polityczną funkcję szkolnictwa i nauki. Swoistym substytutem dla rzeczników tej orientacji było powołanie w Toruniu w 1925 r. Instytutu Bałtyckiego, który oprócz działalności naukow* obejmującej różne aspekty gospodarki morskiej miał za zadanie szerzenie w społeczeństwie polskim zrozumienia dla spraw morskich. Ważnym elementem aktywności Instytutu, wydającego m.in. periodyk „Baltic and Scandinavian Coun-tries", było przeciwdziałanie postępującej presji niemczyzny. Dyrektorem i duszą Instytutu, mającego od 1931 r. oddział w Gdyni, był Józef Borowik. Doświadczenia toruńskie przysłużyły się inicjatorom utworzenia w Katowicach Instytutu Śląskiego, który od 1934 r. prowadził działalność naukowo-badawczą, wychowawczą i popularyzatorską eksponującą polskość Śląska. To połowiczne roz- wiązanie, krytykowane zresztą przez polityków i uczonych związanych z antysana cyjną opozycją, stawiało szczególne zadania przed środowiskiem naukowym Poz- nania. Polityczno-społeczny wydźwięk ich działalności związany był z kwestio- nowaniem upowszechnianych przez naukę niemiecką tez o odwiecznej dominacji kultury i gospodarki germańskiej w dorzeczu Łaby i Odry. Ważną rolę odgrywały badania archeologiczne, w których wybitną pozycję zdobył prof. Józef Kostrzewski, uważany za odkrywcę Biskupina w latach 1933-1934. Współczesny mu Kazimierz Tymieniecki, kierujący w Poznaniu Katedrą Historii Średniowiecznej, wyborną zna- jomość historii Pomorza i Śląska wykorzystywał jako broń do walki z tezami ekspo- nującymi ideologię pan germańskiej wyższości i słowiańskiej niższości. Najbardziej propolsko zaangażowanym uczonym Uniwersytetu Poznańskiego był docent Teodor Tyc, syn lekarza praktykującego w Monachium oraz Kata- 267 SPRAWY OŚWIATY, NAUKI I KULTURY rzyny Mitterhuber -— Bawarki. Był on współtwórcą Związku Obrony Kresów Za- chodnich i redaktorem jego organu „Strażnica Zachodnia", a także Towarzystwa Miłośników Historii Ziem Zachodnich. Z jego też udziałem powstawał wspomniany Instytut Bałtycki, któremu nakreślił program działania. Wdrażał go jednak krótko. Zmarł w 1927 r., w wieku 31 lat. Bernard Piotrowski, który szczegółowo analizował badania niemcoznawcze Uniwersytetu Poznańskiego w okresie międzywojennym, uznaje Tyca, a także Zygmunta Wojciechowskiego za głównych ideologów polskiej myśli zachodniej. Sekundowali im językoznawcy (Mikołaj Rudnicki), etnolodzy (Bożena Stelmachowska), geografowie (Stanisław Popławski), którzy pospołu określali rolę ziem zachodnich w nowej konfiguracji Polski, wskazując na linię graniczną Odry jako historycznie uzasadnioną oraz najbardziej naturalną i dla Polski korzystną. Uniwersytet Poznański, będąc prawdziwą uczelnią ziem zachodnich, obejmującą swym zasięgiem Pomorze, Śląsk i Wielkopolskę oraz Polaków z Prus Wschodnich, był placówką, która podjęła rękawicę rzuconą przez niemieckie uniwersytety wschodnie — Berlina, Greifswaldu, Wrocławia, Królewca i politechnikę w Gdańsku. Walka ta ciążyła na całokształcie prac naukowych i dydaktycznych prowadzonych w Poznaniu, co uzasadniało określenie całego środowiska jako endeckiego, szczególnie upolitycznionego. Ułatwiało to wrogom Polski deprecjonowanie osiągnięć naukowych także uczonych odległych od polityki, jak Florian Znaniecki, dzięki któremu Poznań stał się ważnym ośrodkiem powstającej wówczas socjologii, z trudem zresztą dobijającej się statusu dyscypliny naukowej. Utworzony w 1930 r. „Przegląd Socjologiczny" stał się istną kuźnią kadr polskiej socjologii. Rozpoczęte przez Znanieckiego prace kontynuowali i rozwijali Maria i Stanisław Ossowscy, którzy w 1935 r. przedstawili koncepcję „nauki o nauce". Z trudem do polskiej skarbnicy wiedzy przebijały się efekty badań Jana Rut- kowskiego, twórcy poznańskiej szkoły historii społeczno-gospodarczej, sławnej także przez takich uczniów, jak Władysław Rusiński, Czesław Łuczak, Jerzy To- polski. Prof. Rutkowski, wskazując na rolę czynnika ekonomicznego w dziejach, wespół z działającym we Lwowie Franciszkiem Bujakiem założył w 1931 r. „Roczniki Dziejów Społeczno-Gospodarczych", które wyrosły na jedno z najważniejszych czasopism polskich historyków. Konkurowały z nim, ale też dopełniały takie periodyki historyczne, jak lwowski „Kwartalnik Historyczny", warszawski „Przegląd Historyczny" oraz poznańskie „Roczniki Historyczne". Niezmiennie ważnym centrum naukowym był Kraków, siedziba Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Akademii Umiejętności, cieszących się zasłużoną renomą, potwierdzaną przez stale żywe kontakty z nauką europejską. W zakresie eksponowanych tu badań historycznych — co tłumaczy się tym, że nauka historii zaliczona została do fundamentów narodowej edukacji oraz podwalin polskiej kultury (m. in. dlatego zmierzała ona do swoistego „unieważnienia" zaborów) — dużym autorytetem w dziedzinie historii nowożytnej cieszył się Władysław Ko- nopczyński z Krakowa oraz Jan Ptaśnik ze Lwowa, autor do dziś ważnej pracy Miasta i mieszczaństwo w dawnej Polsce. Prof. Jan Bystroń, wykładający kolejno na uniwersytetach w Poznaniu, Krakowie i Warszawie, znalazł uznanie wśród współ- czesnych i potomnych Dziejami obyczajów w dawnej Polsce. Godną pamięci i uwagi syntezą, wręcz dokonaniem o charakterze pomnikowym (tak w sensie meryto- 268 RZĄDY AUTORYTARNE rycznym, jak i edytorskim) była Wielka Historia Powszechna. Pierwszy tom tego dzieła, spośród sześciu opublikowanych, ukazał się w 1935 r. nakładem warszawskiej Księgarni Trzaski, Everta i Michalskiego, mającej swą siedzibę w reprezentacyjnym gmachu Hotelu Europejskiego. Dzieło to, do którego znakomity wstęp napisał Ludwik Finkel, profesor Uniwersytetu Lwowskiego, odzwierciedlało wysoki poziom polskiej historiografii w różnych ośrodkach. Sporą popularność zdobyła synteza dziejów ojczystych pt. Polska, jej dzieje i kultura. Osiągnięciem organizacyjnym i edytorskim była znakomicie zredagowana Wielka Ilustrowana Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa „Gutenberga", której pierwsze tomy (spośród 22 ogółem wydanych w okresie międzywojennym) pojawiły się w 1927 r. Wśród epokowych dokonań polskiej humanistyki wymienić trzeba Encyklopedię staropolską Aleksandra Brticknera, pracującego w Berlinie, która szła w zawody z jego świetną syntezą Dzieje kultury polskiej. Upływający czas nie pomniejszał wartości obu tych dzieł. Podobne zdanie można wyrazić o dokonaniach Stefana Czarnowskiego, socjologa i historyka kultury, profesora Uniwersytetu Warszaw- skiego, autora książki Kultura (1938) syntetyzującej i podsumowującej jego poglądy. W antropologii wyróżniał się ośrodek lwowski z Janem Czekanowskim na czele; w badaniach dialektologicznych środowisko krakowskie, gdzie liderem był Kazimierz Nitsch. W 1927 r. filologowie ukończyli prace nad Słownikiem jeżyka polskiego; staraniem Ludwika Kleinera, profesora Uniwersytetu Lwowskiego, ukazały się dzieła wszystkie Juliusza Słowackiego, co znacznie wzmogło zainteresowanie romantyzmem, który nadal stanowił obszar szczególnie intensywnej penetracji polskich filologów. Liderami szkoły klasycznej w polskiej ekonomii byli Adam Krzyżanowski (UJ i Edward Taylor (Poznań); w badaniach warunków życia społeczeństwa zasłynę}, przede wszystkim szkoła warszawska Edwarda Lipińskiego, Ludwika Landaua i Michała Kaleckiego. W badaniach historyczno-prawnych uznanie zdobyła czte- rotomowa Historia ustroju Polski Stanisława Kutrzeby. W dziedzinie nauk prawnych renomą cieszyli się zwłaszcza profesorowie prawa międzynarodowego Ludwik Erhlich (Lwów), Michał Rostworowski (Kraków) czy Bohdan Winiarski (Poznań). Indywidualnością teorii prawa był Leon Petrażycki (Warszawa), którego prace uwzględniające wyniki badań socjologów, filozofów i metodologów zdążały w kierunku stworzenia systemu podkreślającego wpływ norm prawnych na psychikę społeczeństwa. Okres międzywojenny wydał kilku świetnych filozofów, wśród których trwałym dorobkiem szczycą się Władysław Tatarkiewicz (UW), Konstanty Michalski (UJ), Tadeusz Kotarbiński (UW) i Kazimierz Ajdukiewicz (Lwów). Aktywność środowiska filozoficznego podkreślają periodyki „Przegląd Filozoficzny" (Warszawa), „Ruch Filozoficzny" i „Studia Philosophice" (Lwów) oraz „Kwartalnik Filozoficzny" (Kraków). Uwzględniając wyniki prac Instytutu Bibliograficznego, działającego przy Bi- bliotece Narodowej, prowadzącego statystykę polskich wydawnictw, jak również rejestr tytułów doktorskich nadawanych w okresie międzywojennym, można stwierdzić dominację humanistyki nad wszystkimi innymi naukami — medycz- nymi, rolniczymi i technicznymi. Niemniej jednak także w tych ostatnich dziedzi- 269 SPRAWY OSWi ATY MAI ik'] I KULTURY nach zwracają uwagę np. badania nzyKow HICIJCJLyUi w odbiorze społecznym zna- komity drogowskaz w postaci epokowych dokonań Marii Skłodowskiej-Curie, która podkreślała przy różnych okazjach swoje przywiązanie do kraju urodzenia. Wspo- mniano już, że reprezentowała Polskę w superelitarnym Komitecie Współpracy Intelektualnej działającym pod przewodnictwem Einsteina przy Lidze Narodów. Była też inicjatorką budowy Instytutu Radowego w Warszawie i uczestniczyła w 1932 r. w jego otwarciu. Aż do śmierci w 1934 r., spowodowanej anemią złośliwą, współdziałała z polskimi uczonymi goszcząc wielu z nich w paryskim instytucie, w którym rozwijali się naukowo także przyszli nobliści — jej córka Irena z mężem Fryderykiem Joliot. Za współtwórcę polskiej szkoły fizyków uznaje się Stefana Pieńkowskiego, lidera Zakładu Fizyki Doświadczalnej Ciał, specjalizującego się w badaniach nad promieniotwórczością. Na Politechnice Lwowskiej badania nad promieniowaniem multipolowym z powodzeniem uprawiał zespół Wojciecha Rubinowicza. Wśród chemików duży autorytet zdobył profesor Politechniki Warszawskiej Wojciech Świętosławski; w chemii medycznej Jakub Parnas — profesor Uniwersytetu we Lwowie; mikrobiolog Ludwik Hirschfeld, profesor w Państwowym Zakładzie Higieny, wprowadził oznaczanie krwi przyjęte w 1928 r. jako standard światowy; dzięki badaniom Rudolfa Weigla, profesora Uniwersytetu (ana Kazimierza, wy- produkowana została szczepionka przeciw durowi plamistemu; wysoką pozycję wśród geografów i kartografów miał Eugeniusz Romer — profesor Uniwersytetu Lwowskiego, a wśród biologów Michał Siedlecki, profesor UJ. Światową renomę utrzymywali polscy matematycy, którzy w 1932 r. powołali do życia w Warszawie wydawnictwo „Monografie Matematyczne". M. in. dzięki redaktorowi Kazimierzowi Kuratowskiemu, profesorowi politechniki we Lwowie, a później Uniwersytetu Warszawskiego, periodyk ten zintegrował polskich mate- matyków. Inspirująca okazała się współpraca z uczonymi parającymi się logiką matematyczną, którą uprawiali Leon Chwistek, Jan Łukasiewicz, Stanisław Le- śniewski i Alfred Tarski. „Monografie Matematyczne" z okresu międzywojennego przewodziły w światowym rankingu cytowań z zakresu matematyki. Spektrum dokonań polskich matematyków poszerzały badania Tadeusza Ba- nachiewicza z UJ, który parając się astronomią matematyczną wprowadził do nauki światowej „rachunek krakowianowy" stosowany nie tylko w astronomii, ale także w geodezji i inżynierii. Jakkolwiek wśród uczonych okresu międzywojennego dominował pogląd, że nie jest wskazana jakakolwiek ingerencja w swobodny i spontaniczny rozwój badań, to jednak władze nie rezygnowały z prób zmiany tego podejścia. Szczególnie aktywny na tym polu był znakomity zresztą chemik z Politechniki Warszawskiej Wojciech Świętosławski, powołany w grudniu 1934 r. na stanowisko ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego. Był rzecznikiem, akcentowanego przez l Polski Kongres Inżynierów (Lwów, wrzesień 1937 r.) uniezależnienia się gospodarki krajowej od dominacji zagranicy. Ten powszechnie akceptowany postulat przyniósł jednak bardzo ograniczone efekty. Nauka polska chlubiła się wszakże badaniami nad aerodynamiką profesora Politechniki Warszawskiej Czesława Wi- toszyńskiego, które w połączeniu z zaawansowaną myślą inżynierską pozwoliły skonstruować samoloty sportowe RWD, opromienione sukcesami w challenge'ach 270 RZĄDY AUTORYTARNE iędzynarodowych, zwłaszcza w latach 1932 i 1934. Spółka konstruktorów — Rogalski, Wigura, Drzewiecki — w latach 1927-1932 wypuściła pięć typów RWD, w następnych latach (po śmierci Stanisława Wigury nazwa modelu nie zmieniła się) dalsze — RWD 6-17. Mniejsze efekty niż zakładano uzyskały władze i środowisko naukowe w wyniku działania od 1928 r. Funduszu Kultury Narodowej, który miał współfinanso-wać szczególnie ważne inicjatywy naukowe i artystyczne. Niemniej jednak z funduszu tego do końca okresu międzywojennego skorzystało blisko dwa tysiące uczonych, spośród których 760 otrzymało stypendia zagraniczne. Mecenat państwa bodaj najbardziej uzewnętrznił się w działalności Polskiej Akademii Literatury (PAL), powstałej w 1933 r. w oparciu o idee sformułowane u progu niepodległości przez Stefana Żeromskiego. Rangę PAL władze podnosiły celowo i z rozmysłem. Jej protektorami i członkami honorowymi byli Piłsudski, Mościcki oraz Janusz Jędrzejewicz jako minister mający w swej gestii sprawy kultury. Szczytne zadania stojące przed Akademią, a więc podniesienie poziomu literatury poprzez stworzenie ludziom pióra godziwych warunków życia oraz promowanie ich prac w społeczeństwie, pomniejszały stałe spory mające swe źródło w upolitycznieniu tej instytucji. Promowanie autorów „państwowotwórczych" w formie stypendiów oraz przyznawanych corocznie nagród, odznaczeń (złoty i srebrny Wawrzyn Akademicki, Nagroda PAL dla Młodych) wywoływało sprzeciwy środowiska wyrażające się np. w odmowie przyjęcia członkostwa. Do tej formy protestu sięgnął Andrzej Strug, prozaik i publicysta o lewicowych poglądach, którego Pisma (dwadzieścia tomów) opublikowane w Warszawie w latach 1930- 1931 poprzedziły głośną trylogię pt. Żółty krzyż (1932-1933). PAL to instytucja opiniotwórcza i reprezentacyjna. Składała się z 15 osób mia- nowanych dożywotnio — 7 przez ministra wyznań i oświecenia publicznego i 8 z wyboru. Członkami PAL do 1939 r. byli: Wacław Sieroszewski (prezes), Leopold Staff (wiceprezes), Juliusz Kaden-Bandrowski, Wacław Berent, Piotr Choy-nowski, Ferdynand Goetel, Karol Irzykowski, Juliusz Kleiner, Bolesław Leśmian, Jan Lorentowicz, Kornel Makuszyński, Zofia Nałkowska, Zenon Przesmycki, Karol Hubert Rostworowski, Wincenty Rzymowski, Jerzy Szaniawski, Kazimierz Wie- rzyński, Tadeusz Zieliński, Tadeusz Boy-Żeleński. PAL, m. in. za sprawą prezesa, a zwłaszcza mającego „dojścia do władz" Ka- den-Bandrowskiego, życzliwym okiem spoglądała na twórczość związaną z od- zyskaniem niepodległości oraz wyróżniającym miejscem z tym procesie „epopei legionowej". Stanowiło to temat stale obecnej krytyki przeciwników tej wizji, za- równo z kręgów endecko-chadeckiej prawicy, jak i ludowo-socjalistycznej lewicy. Ci ostatni rozwijali pogląd, że najważniejszą przyczyną polskich kłopotów z nie- podległością były głębokie podziały społeczne. Leon Kruczkowski, będąc do pewnego stopnia reprezentantem świetnego zresztą zastępu pisarzy historycznych — jak Jan Parandowski, Zofia Kossak czy Stanisław Wyrzykowski — kładł nacisk na najbardziej aktualne problemy współczesności, z walką o władzę oraz sprzeczno- ściami klasowymi na czele. W prozie polskiej II RP zaznaczyli swą obecność pisarze pochodzenia chłop- skiego, jak Jalu Kurek czy Stanisław Piętak z głośno dyskutowaną Orkę na ugorze (1935 r.) podejmującą zmagania wiejskiej nauczycielki z ciemnotą otoczenia i bez- 271 SPRAWY OŚWIATY, NAUKI I KULTURY dusznością regionalnej władzy. Wśród dość bogatej literatury o wsi wybitne miejsce zdobył sobie cykl opowiadań Marii Dąbrowskiej Ludzie stamtąd (1926), których fabuła — jak to ujęła autorka — dotyczy „elementarnych spraw życia ludzkiego". W tej generalnej konwencji dobrze funkcjonują jej Noce i dnie napisane w latach 1932- 1934. Była to zarazem powieść historyczna i autobiograficzna, dająca plastyczną panoramę ostatniego półwiecza dziejów porozbiorowych zdominowanych deklasacją ziemiaństwa oraz formowaniem się nowych sił społecznych gotujących się do walki o wolność. Na przykładzie jednej rodziny polskiej pokazała Maria Dąbrowska znojne, pospolite życie toczące się w noce i dni, w czasie których bohaterowie musieli odnajdywać sens własnego istnienia. W literaturze tego typu, reprezentowanej także przez Nałkowską, Kaden-Ban- drowskiego czy mniej znanego Zbigniewa Uniłowskiego — żyjącego ledwie 28 lat, ale świetnego w opisie zdeklasowanego mieszczaństwa, warszawskiej cyganerii literacko-studenckiej i wielkomiejskiej biedoty — bił „prawdziwy puls polskiej prozy". Twierdzący tak Czesław Miłosz nie chce tymi słowy odbierać niczego, co należne wielkim nowatorom literatury międzywojennej, jak Witkacy, Gombrowicz (jego Ferdydurke z 1928 r. była swoistym traktatem o nieautentyczno-ści człowieka) czy Stanisław Przybyszewski, który mimo nieudanych powieści i sztuk teatralnych został uznany przez Miłosza za genialnego wizjonera oraz „ojca XX-wiecznej literatury polskiej". Atmosfera skandalu towarzyszyła kilku utworom Emila Zegadłowicza, powie- ściopisarza i dramaturga; nakład jego Zmorów (1938) został skonfiskowany. Wielką poczytnością cieszyły się powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, z dobrym skutkiem ekranizowane. Wznawiano często książki Heleny Mniszkowny. Liczącą się pozycję w życiu kulturalnym Polski międzywojennej zajmował felieton. Znakomicie z tej formy wypowiedzi korzystał Antoni Słonimski. Od jego ciętych i złośliwie dowcipnych „Kronik tygodniowych" większość czytelników „Wiadomości Literackich" rozpoczynała lekturę pisma. Ironicznym kronikarzem rozbawionej „warszawki" był Włodzimierz Perzyński; Kornel Makuszyński był niezrównany w tekstach o cyganerii artystycznej, a także kobietach. Wśród znanych felietonistów międzywojennej Polski byli krakowianie — Zygmunt Nowakowski (właściwie Z. Tempka) i Tadeusz Żeleński (Boy). Pierwszy z nich związany z obozem legionowym był stałym felietonistą najpoczytniejszego dziennika polskiego, „Ilustrowanego Kuriera Codziennego" (IKC), w którym dokumentował fenomenalny humor i błyskotliwy dowcip. Tadeusz Boy, z wykształcenia lekarz, odnalazł swe życiowe powołanie w felietonach teatralnych, krytyce literackiej, tłumaczeniach, poezji, ale także jako autor wierszy i piosenek satyrycznych (Słówka) nadal smakowitych. Popularność Boya i „boyizm" były to zjawiska na tyle duże, że wywoływały irytację, może zawiść. Karol Irzykowski, jeden z najciekawszych eseistów dwu- dziestolecia, w książce Beniaminek (1933) charakteryzował aktywność pisarską Boya jako przykład dyletantyzmu, efekciarstwa, powierzchowności i łatwizny. Twierdził nawet, że wywiera ona szkodliwy wpływ na kulturę polską w ogóle. Bestsellerami literackimi lat trzydziestych były reportaże Melchiora Wańkowi- cza, spośród których największy rozgłos, także ze względów politycznych, zdobyła książka Na tropach Smętka (1936), pokazująca tragedię polskich autochtonów 272 RZĄDY AUTORYTARNE na Mazurach. Wielkiej sławie Wańkowiczowskiego Smętka towarzyszyły, aż po kres dni autora, równie wielkie zgryzoty, warte pamięci. Ludność zamieszkująca historyczne pogranicze polsko-niemieckie, tj. obszary Śląska, Warmii, Kaszub, Ba- bimojszczyzny, była w okresie międzywojennym przedstawiana w polskiej prasie i publicystyce w wyidealizowany sposób. Pisano i mówiono, że trwająca przy polskości ludność tych ziem w ogromnej większości marzy o powrocie do macierzy. Melchior Wańkowicz związany z nurtem polskiej myśli zachodniej zadał temu kłam w reportażu będącym plonem podróży po Mazurach. Krytyka narodowych socjalistów, której towarzyszyło ośmieszanie Hitlera (w książce m. in. reprodukowano mimikę Fiihrera podczas przemówienia), zbiegała się z protestem przeciwko nieporadności i nieskuteczności polityków polskich. Kontragitacja polska była „nad wyraz nieumiejętna, kłamliwa, słaba i nieuczciwa [...] istotnym winowajcą były długie, kilkusetletnie dzieje, w czasie których nikt w Polsce nie dbał o te ziemie, w czasie których zawsze, ilekroć jakieś żywe siły tego kraju zwracały się do Polski o pomoc, były haniebnie przez Polskę zdradzane i pozostawiane same sobie". Skutkiem ger- manizacji — pisał Wańkowicz — „obdarto duszę ludu tego ze wszystkich starych zwyczajów. Po bożkach pogańskich padły ofiarą katolickie Boże Męki na rozstajach, nabożeństwa majowe, w cień usunęło się słodkie oblicze Maryi, współczujący święci z katolickiego Olimpu, obyczaje gwiazdkowe, kolędy, święcone". W podobnym tonie były napisane takie książki, jak Na Śląsku Opolskim Stani- sława Wasylewskiego z 1937 r. opublikowana w Katowicach, czy też książka Józefa Kisielewskiego pod wymownym tytułem Ziemia gromadzi prochy wydana w Poznaniu w 1939 r. Dość słabo w okresie zaborów reprezentowana literatura podróżnicza odnosząca się do obszarów pozaeuropejskich zyskała bardzo poczytne, także poza Polską, książki Ferdynanda A. Ossendowskiego o Azji, Afryce i Ameryce; Ferdynand Goetel napisał znakomite powieści o Indiach i Islandii; Arkady Fiedler zdobył wielu czytelników książkami o Kanadzie i Ameryce Łacińskiej, a Mieczysław Le-pecki poszukiwał śladów polskich na Syberii i Madagaskarze. Dużą poczytnością cieszyły się też reportaże Aleksandra Janty-Połczyńskiego z jego podróży po ZSRR, dalekiej Azji oraz Stanach Zjednoczonych. Dodatni bilans końcowy piśmiennictwa Polski międzywojennej wyraża się m.in. w tym, że literatura ostatecznie przezwyciężyła swą ziemiańsko-szlachecką eks- kluzywność, stając się jednocześnie zjawiskiem suwerennym, wolnym od prowin- cjonalizmu, a zwłaszcza masowym. Dominującemu nadal w literaturze rozliczaniu z tragicznymi doświadczeniami przeszłości towarzyszył generalny rozwój ruchu wydawniczego oraz czytelnictwa. Dynamikę tego procesu pokazuje wzrost liczby opublikowanych tytułów, co plasowało Polskę na 10 miejscu w Europie. W liczbach bezwzględnych liczba publikacji w latach 1929-1937 wzrosła z 5600 do 8 tys., a nakład z 21 min do 29 min. Wzrosła i rozwinęła się funkcja bibliotek. Podstawową rolę odgrywały szkoły, w których w 1937 r. było 26 tyś. bibliotek dysponujących 10 min tomów (daje to około 400 książek na bibliotekę). Trudną do przecenienia rolę spełniały biblioteki ogólnodostępne, nie tylko 9 tyś. stałych, ale także 350 ruchomych, mających 8 tyś. oddziałów terenowych. Wszystko to stwarzało warunki lepszego, poprawiającego się dostępu przeciętnego obywatela do książki oraz innych wytworów druku, w tym zwłaszcza prasy. 273 SPRAWY OŚWIATY, NAUKI I KULTURY końcu okresu międzywojennego ukazywało się 2700 czasopism, w tym także kilkaset w językach obcych (130 żydowskim, 125 ukraińskim, 105 niemieckim, 9 rosyjskim, 8 białoruskim). Spełniały one ogromną rolę kulturotwórczą, przyczyniając się do zasypywania nadal silnych i widocznych podziałów międzydzielni-cowych. Pierwszorzędnym orężem w tym procesie okazało się radio. W 1931 r. wybudowano radiostację w Raszynie k. Warszawy będącą wówczas największą na świecie. Wśród około miliona abonentów w 1939 r. (liczba słuchaczy była odpowiednio większa, zważywszy, że słuchanie radia było elementem życia rodzinnego i towarzyskiego) szczególnie dużą popularnością cieszyła się satyra „Lwowskiej fali". Julian Bentsch, Jerzy Młodziejowski i Stanisław Strugarek prowadzili w radiu popularną audycję pt. „Wesoła trójka poznańska". Prasa i radio stanowiły ważny segment kształtowania się kultury masowej, w której stale rosnącą rolę odgrywał sport. W okresie międzywojennym jedynie kilkudziesięciu sportowców polskich osiągnęło poziom europejski i światowy. Z 20 medalami olimpijskimi i 86 medalami na wszystkich imprezach rangi europejskiej i światowej Polska plasowała się w środku rankingu. Pierwsze medale zdobyli Polacy na olimpiadzie w Paryżu w 1924 r. — srebrny w kolarstwie torowym (J. Lange, J. Łazarski, T. Stankiewicz i F. Szymczyk) oraz brązowy A. Królikiewicz w hippicznym konkursie skoków. W kolejnej olimpiadzie w Amsterdamie w 1928 r. Polacy zdobyli pierwsze dwa złote medale: dysko-bolka Halina Konopacka oraz Kazimierz Wierzyński za tomik poetycki pt. Laur olimpijski. Sukcesy te odbiły się w kraju głośnym echern, wywołując nie tylko wzrost zainteresowania sportem, ale także uczucie dumy, że polscy sportowcy już w kilka lat po odzyskaniu niepodległości sięgnęli po najwyższe laury olimpijskie. O popularności tomiku Wierzyńskiego świadczy to, że miał on aż dziewięć wydań oraz osiem tłumaczeń. Niezwykle poetycką prostotę i piękno dobrze oddaje wiersz Defilada atletów otwierający tomik: Nasza pieśń nie zna waszych uniesień i wieszczeń, Inny nas sztandar zwołał i na czołach legł, My sławimy natchnienie, muskuły i przestrzeń, Serce, co maratoński wytrzymuje bieg. ^ panoramą, I do taktu jej nowy podajemy krok, \dz\eTc\N dtiĄc, \akpe\Tve cztowieKa dynamo, tyt żyzny sok. nazwiskami, iak Stanisława "Wa\asie- wiczówna — reKor hżiśiKa 'świata Tnra'6b/l^STttl)^v,"^tóca^iftLle^MVIaA^Ł5^^ ^tłPLo les i srebrna z Berlina (1936), Halina Konopacka -— złota medalistka z Amsterdamu (1928) i rekordzistka świata w rzucie dyskiem. Swą obecność wśród elity sportowe) śv«ata zaznaczymy także Jadwiga Wajsówna (pięciokrotna rekordzistka świata i dwukrotna medalistka olimpijska w rzucie dyskiem}, Jadwiga Jędrzef&w-ska (wicemistrzyni Wimbledonu w tenisie), Janina Kurkowska-Spychajowa (wielokrotna mistrzyni świata w łucznictwie). Legendą polskiego sportu stał się Janusz Kusociński, który w 1932 r. podczas olimpiady w Los Angeles zdobył złoty 274 RZĄDY AUTORYTARNE medal na 10 km, łamiąc długoletnią hegemonię biegaczy fińskich z Paavo Nur- mim na czele. Rozgłos wywołany znakomitymi wynikami, np. rekordem świata w pchnięciu kulą Zygmunta Heliasza w 1932 r., stanowił pożywkę dla rozwoju sportu masowego, zwłaszcza w szkołach i wojsku. Źródłem dumy były sukcesy sportowe polskich lotników. W tej dziedzinie, wywołującej ogromne zainteresowanie społeczne, jak również rywalizację zdyna- mizowaną przez wszelkiej maści militarystów, odnotować trzeba lot polskiej załogi przez Atlantyk w 1933 r., zwycięstwo Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury w 1932 r. oraz Jerzego Bajana i Gustawa Pokrzywki w 1934 r. podczas challenge'ów na samolotach polskiej konstrukcji RWD (Rogalski, Wigura, Drzewiecki). Polscy sportowcy zaznaczając swoją obecność na wszystkich zawodach rangi europejskiej i światowej wchodzili na podium zwycięzców — oprócz lekkiej atletyki i sportu samolotowego — także po sukcesach w hippice, wioślarstwie, szermierce, tenisie, narciarstwie czy coraz popularniejszym wśród młodzieży boksie. Tacy zawodnicy jak Aleksander Polus, Henryk Chmielewski czy Antoni Kolczyński (kierowani przez rozpoczynającego swą karierę trenerską Feliksa Stamma) w końcówce lat trzydziestych z powodzeniem wydzierali tytuły mistrzów Europy najlepszym zwykle w tej dziedzinie Anglikom i Niemcom. Sukcesy te zawierały duży ładunek emocjonalny przekładany przez przeciętnego Polaka na dumę z przynależności do narodu odnoszącego sukcesy nad największymi. Ekscytacja sportem wywoływała nierzadko zdziwienie, często złość ludzi skądinąd światłych chociaż niekoniecznie postępowych. Nawet wśród luminarzy polskiej literatury nie brakowało głosów oburzenia z powodu zbyt dużych środków przekazywanych ze skromnej kasy państwowej na mało przekonujące, ich zda- niem, zajęcia sportowe. Witkacy określił sport jako „wybebeszy w anie mięśni kosztem mózgu", z czym zgadzali się tacy twórcy, jak Stanisław Przybyszewski, Antoni Słonimski czy sędziwy Aleksander Świętochowski. W numerze 15 „Wiadomości Literackich" z 1937 r. napisano, że „Wszystkie popisy zapaśników na turniejach, ich triumfy, okrzykiwane są [...] jako zwycięstwa narodowe, rządy dają na igrzyska miliony, których skąpią dla głodnych chleba lub wiedzy — słowem na całej przestrzeni świata kulturalnego wybucha [...] szał sportowy, używający więcej uwagi społeczeństwa niż wszystkie razem wzięte dziedziny nauki i sztuki". Z drugiej strony artyści II RP zdobyli aż 7 medali olimpijskich i sporo wyróżnień honorowych. Był wśród nich wspomniany już poeta Kazimierz Wierzyński oraz Władysław Skoczyłaś — znakomity rzeźbiarz i grafik, Józef Klukowski — rzeźbiarz, Janina Konarska — grafik, a nawet powieściopisarz Jan Parandowski. Dzięki tym sukcesom odniesionym w dziedzinie sztuki o Polsce dowiadywali się także ludzie, którzy śledzili przede wszystkim wydarzenia sportowe. Wspomniany Skoczylaś w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego" (nr 9, 1929) mówił, że zwycięstwo olimpijskie daje „rozgłos nie do pomyślenia na wystawie czysto arty- stycznej". W ogromnej przewadze sukcesy sportowe były pochodną osobistych ambicji predestynowanych do wyczynu osób. Mecenat państwa w sporcie miał bardzo ograniczony charakter, podobnie jak troska o infrastrukturę konieczną dla treningu na światowym poziomie. W końcu okresu międzywojennego w państwie liczącym ponad 35 min ludzi było 1877 dużych boisk i stadionów widowiskowych 275 SPRAWY OŚWIATY, NAUKI I KULTURY (w tym 562 z bieżnią okólną), około 11 tyś. małych boisk do siatkówki i koszykówki, 21 krytych i około 400 otwartych pływalni, 1234 sale gimnastyczno-sportowe i hale sportowe. Skromna, co wcale nie zachęca do lekceważącego traktowania, była także baza do masowej turystyki, będącej jednym z fenomenów XX wieku. Dla jej rozwoju łączącego eksponowanie walorów rekreacyjnych z patriotyczno-oświatowymi duże zasługi położyły dwa stowarzyszenia — Polskie Towarzystwo Krajoznawcze oraz Polskie Towarzystwo Tatrzańskie, które połączone w 1939 r. skupiały 15 tyś. człon- ków. W około 150 schroniskach (z wyłączeniem szkolnych) i 100 stacjach tury- stycznych mogło przebywać jednorazowo 5 tyś. osób. Rozwój turystyki skojarzony został z upowszechniającym się zainteresowa- niem przeszłością dokumentowaną w muzeach. Spośród 175 istniejących wówczas muzeów kilkanaście powstało w okresie międzywojennym. W Warszawie otwarto w 1920 r. Muzeum Wojska Polskiego, w 1928 r. Muzeum Archeologiczne, w 1931 r. Muzeum Ziemi (mineralogia, geologia i zabytki przyrody nieożywionej), w 1937 r. Muzeum Historyczne Miasta Stołecznego Warszawy. W Łodzi powstało w 1928 r. Muzeum Sztuki (nacisk położono na sztukę nowoczesną) oraz w 1930 r. Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne; od 1935 r. działało Muzeum w Rzeszowie. Muzealnikom polskim tego czasu towarzyszyły inicjatywy szczególnego rodzaju, jak np. powstanie w 1922 r. Muzeum Parku Narodowego dla ochrony flory i fauny Puszczy Białowieskiej, a także Muzeum na Wawelu, które od 1931 r. nosiło nazwę Państwowe Zbiory Sztuki na Wawelu. Przykładem mecenatu prywatnego w tej dziedzinie było utworzenie w 1925 r. Muzeum Kórnickiego (k. Poznania). Fundacja „Zakłady Kórnickie" — na którą składała się bogata biblioteka założona w połowie XIX w. przez Tytusa Działyńskiego, zamek ze wspaniałym wystrojem, galerią obrazów i zbiorami etnograficznymi, arboretum, pałac w Poznaniu oraz kilkanaście tysięcy hektarów pól i lasów — zawdzięcza swe powstanie darowiźnie za życia Jadwigi z Działyńskich Zamoyskiej oraz jej syna Władysława. Szczególne miejsce tej fundacji w polskiej historii polega także na tym, że była to jedyna fundacja utworzona w drodze ustawy sejmowej. Ofiarodawcy przekazując swój majątek narodowi polskiemu wskazali, że patronami Fundacji mają być prezydent RP i prymas. Rozgłos towarzyszący tej inicjatywie stanowił cegiełkę w stale się poszerzającej liczbie odbiorców kultury. Zdaniem Antoniny Kłoskowskiej społeczeństwo polskie około 1930 r. przekroczyło bardzo ważny próg umasowienia kultury. W tej ewolucji centralna rola oświaty, prasy, radia coraz powszechniejącego sportu i turystyki nie podlega kwestii. Jednak także inne elementy ewoluowania polskiej kultury nie mogą być lekceważone. Dotyczy to np. architektury. Zwolennicy stylu narodowo-monumentalnego, którego przykładem była nowa siedziba Muzeum Narodowego w Alejach Jerozolimskich w Warszawie (wg projektu T. Tołwińskie-go, od 1935 r. pracami kierował Stanisław Lorenz), mogli liczyć na większą życzliwość władzy, kiedy w grę wchodziły zamówienia na roboty publiczne (od np. projektu Pocztowej Kasy Oszczędności w Wilnie po wystrój wnętrz statków „Batory" i „Piłsudski"). Przychylność ta, tłumaczona wymową stylu narodowo-mo- numentalnego zrozumiałego dla przeciętnego człowieka, miała także swój kontekst polityczny. Chodziło o to, że Ogólnokrajowy Związek Zawodowy Polskich 276 RZĄDY AUTORYTARNE Artystów Plastyków w latach postępującego kryzysu oczekiwał zwiększonego mecenatu państwowego. Rozczarowania na tym tle prowokowały krytykę władz, szczególnie gwałtowną w wydaniu różnych lewicowych nurtów awangardowych. Napiętą sytuację w środowisku wzmogło powstanie w 1934 r. rozłamowego Bloku Zawodowych Artystów Plastyków, okrzykniętego przez kolegów sługusami reżimu. Rywalizacja związków przysporzyła napięć towarzyszących instytucjo- nalnej promocji polskiej sztuki za granicą. Realizowano ją ze środków dwóch re- sortów — spraw zagranicznych oraz wyznań religijnych i oświecenia publicznego ##poprzez Towarzystwo Szerzenia Sztuki Polskiej Wśród Obcych (TOSSPO). Insty- tucja ta kierowana przez Mieczysława Tretera promowała za granicą głównie artystów miłych władzy, co wywoływało ostre protesty awangardy oraz krytykę przedstawicieli zawsze najliczniejszej lewicy artystycznej. Wszyscy oni pomstowali na brak mecenatu państwowego, co wyrażało się także w pomniejszaniu roli kultury w strukturze władzy. Najpierw było osobne Mini- sterstwo Sztuki i Kultury, później tylko departament włączony do Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Związany z piłsudczykami Ka- den-Bandrowski na łamach „Głosu Prawdy" w 1929 r. pokpiwał sobie, że na zakup dzieł sztuki budżet państwa przeznacza tylko 70 tyś. złotych: „czyli, naród kupuje sobie rocznie od swoich artystów 12 średniej wielkości obrazów. Względnie —jedną, średniej wielkości rzeźbę odlaną w brązie — na rok. Nie za wiele chyba?!". W cieniu stołecznego — warszawskiego i krakowskiego, częściowo wileńskiego życia kulturalnego pozostawały ośrodki regionalne. Ich rozwój zależał od naj- różniejszych czynników. W rozwoju np. poznańskiego środowiska twórczego ko- losalną rolę odegrały przygotowania do PWK w 1929 r., w dziesiątą rocznicę odrodzenia państwa. Kilka lat później powstał w Poznaniu instytut Krzewienia Sztuki, którego miejsce w 1935 r. zajął „Salon 35" skupiający elitę artystyczną i naukową miasta. Do wybuchu wojny „Salon" zorganizował 40 wystaw. Elitarny charakter miało też życie teatralne Poznania, gdzie kontynuował dzia- łalność stały „Teatr Polski", a od 1933 r. Opera. Sceny te mimo różnych inicjatyw borykały się z ustawicznymi kłopotami finansowymi. Pod tym względem sytuacja we wszystkich miastach polskich była podobna. Stałe teatry, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, często bez powodzenia konkurowały z kabaretami, licznymi trupami objazdowymi lub nawet zespołami amatorskimi. W głównych ośrodkach życia teatralnego — Warszawie (gdzie było 10 na 26 stałych teatrów), Krakowie (od 1935 r. działał awangardowy „Cricot"), Wilnie i Lwowie — pracowało wielu znakomitych aktorów. Do elity aktorek dwudziestolecia należały Mieczysława Cwiklińska, Irena Eichlerówna, Maria Malicka, Stanisława Wysocka; wśród mężczyzn triumfy święcili Wojciech Brydziński, Stefan Ja-racz, Jerzy Leszczyński, Kazimierz Junosza-Stępowski, Juliusz Osterwa, Józef Węgrzyn, Aleksander Zelwerowicz. Przyjazd takich „sław", ze spopularyzowanymi przez prasę i radio insceniza- cjami (choćby warszawskiej grupy „Reduta", z którą Juliusz Osterwa odwiedził kilkaset miast; w jednym tylko 1927 r. wystawił w 60 miejscowościach Księcia Nie- złomnego Słowackiego), zawsze był wydarzeniem artystycznym i towarzyskim. Wielką sławę reżyserską zdobyli także Wiłam Horzyca, Leon Schiller i Aleksander Zelwerowicz. 277 SPRAWY OŚWIATY, NAUKI I KULTURY Na obrzeżach bohemy literacko-artystycznej funkcjonowały szykowne restauracje oferujące gromadzącej się tam klienteli różnie komponowany melanż gastro- nomiczno-towarzysko-artystyczny. Jakkolwiek wszystkie główne miasta miały tego typu lokale, odzwierciedlające nie tylko aspiracje środowiska, ale także ambicje właścicieli, to jednak najbardziej znane były warszawskie. Przez wiele lat rytm ich życiu nadawał Franciszek (Franc) Fiszer, potężnej postury erudyta, znany z ciętości języka sybaryta i bywalec salonów. Ich ozdobą byli literaci z Tuwimem, Sło- nimskim, Iwaszkiewiczem na czele, ale także oficerowie tak błyskotliwi i nieprze- ciętni, jak płk Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Był niewątpliwym birbantem i hulaką. Ale też Wieniawa, dla wielu lekkoduch i bawidamek, wobec spraw ważnych — czy to wynikających z jego służby w wojsku, bardzo często w najbliższym otoczeniu Marszałka, czy to państwowych (choćby jako ambasador w Rzymie) miał wielkie poczucie odpowiedzialności. Można powiedzieć, że jego dojrzałemu życiu towarzyszyło umiłowanie Komendanta i Polski oraz żony i córki. Uczucia te wyrażał bez kamuflażu z ogromnym temperamentem, który cechował tego nietypowego oficera, celującego absolwenta lwowskiego Wydziału Lekarskiego z 1906 r. oraz późniejszego studenta Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie oraz Paryżu, gdzie Wieniawa był duszą dziesiątek inicjatyw tamtejszego środowiska literacko-arty-stycznego skupiającego wiele największych nazwisk polskich i obcych. O kształcie między wojennej kultury — pojmowanej szeroko — współdecydował poziom rozwoju społeczno-gospodarczego kraju, jego najszerszych, nie zaś tylko elitarnych grup czy nawet bardzo wybitnych jednostek. Pod tym względem postęp, choć niewątpliwy, w niewielkim stopniu naruszył stan przejęty przez odrodzone państwo. Zacofanie — będące skutkiem historii, ale też powolnego postępu w modernizacji infrastruktury uniemożliwiającej z powodu złych dróg dojazd przez cały rok do szkoły czy lekarza, słabo rozwijanej elektryfikacji (Niemcy produkowały w 1937 r. 14 razy więcej kWh energii niż Polska) — obejmowało duże połacie kraju, nie tylko Kresy i Galicję, ale także ziemie centralnej Polski. O rozpoznanym w 1929 r. mechanizmie płodności kobiet umożliwiającym na- turalną regulację liczby urodzeń panowała uroczysta cisza. Per non est traktowano też w polityce państwa „dzikie małżeństwa", żyjące „na kocią łapę" bez akceptacji władzy i Kościoła, który zresztą odgrywał zasadniczą rolę w kształtowaniu norm obyczajowych. Napiętnowani w środowisku „dzicy małżonkowie" oraz ich potomstwo żyli na pograniczu katastrofy. Dużo natomiast wagi w polityce państwa zajmowała sprawa chorób wenerycznych dość rozpowszechnionych w dużych i średnich miastach, gdzie liczba zarejestrowanych dochodziła w końcu okresu międzywojennego nawet do 4,5% populacji. O stanie kultury materialnej społe- czeństwa mogą zaświadczyć także inne choroby, jak np. alkoholizm. W czasach międzywojennych było to zjawisko społecznie ważne i dokuczliwe. W zależności od lokalnych rozporządzeń, miejsca sprzedaży alkoholu nie mogły być bliżej niż 50 m od fabryk. Obowiązywał zakaz sprzedaży alkoholu nieletnim, tj. do 21 roku życia, sprzedaży w pociągach i koszarach. W niektórych miastach zakazywano sprzedaży restauratorom tzw. kolejek, a w dni wolne od pracy (niedziele i święta) ograniczano sprzedaż i podawanie alkoholu od godziny 15.00 dnia przedświątecznego do godz. 8.00 rano dnia poświątecznego. Zdarzały się przypadki, że Komisja do Walki z Alkoholizmem złożona z prominentnych urzędników tereno- 278 RZĄDY AUTORYTARNE wych wzmacnianych przedstawicielami władzy centralnej sięgała po publikację w prasie ogłoszeń, że „XY jest nałogowym pijakiem". W propagandzie antyalko- holowej władze kładły nacisk na aspekt ekonomiczny. Przypominano, że stabilne ceny podstawowych artykułów spożywczych, jak chleb, mięso i jego przetwory, ziemniaki, umożliwiają szybką poprawę warunków życia całej rodziny, jeśli ojcowie zaprzestaną topić pieniądze w alkoholu. Różne, często wzajemnie się dopełniające, ale także rywalizujące o prymat lub istnienie elementy polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej stanowiły o obrazie kultury państwa. Żyła ona także przeszłością w cieniu legendy dwóch Nobli literackich — Sienkiewicza i Reymonta, dwukrotnej noblistki Skłodowskiej-Curie, stale pamiętanych amerykańskich sukcesów Heleny Modrzejewskiej, Ignacego Paderewskiego, w końcu tenora Jana Kiepury (chłopca z Sosnowca), aktorki Poli Negri (Apolonii Chałupiec), granych w kilku państwach — zwłaszcza chętnie w Italii — kompozycji Karola Szymanowskiego... W 1927 r. z inicjatywy pianisty i pedagoga Jerzego Żurawlewa zorganizowano w Warszawie pierwszy między- narodowy konkurs chopinowski, który odtąd co pięć lat przykuwał uwagę świata muzycznego oraz niezmiennie licznego grona wielbicieli muzyki Fryderyka Chopina. Pierwszym laureatem konkursu był pianista radziecki Piotr Oborin; w 1932 r. zwyciężył francuski pianista rosyjskiego pochodzenia Alexandre Uninski; w 1937 r. znów pianista radziecki Jaków Żak. W pierwszej trójce laureatów znajdowali się każdorazowo Polacy: w 1927 r. Stanisław Szpinalski i Róża Etkin, w 1932 r. Bolesław Koń, a w ostatnim konkursie międzywojennym trzecią nagrodę otrzymał Witold Małcużyński. Wszystkie tego rodzaju inicjatywy posklejane w całość dają wyobrażenie o życiu kulturalnym w państwie, które w ciągu kilkunastu lat od swego odrodzenia dokonało gigantycznego wysiłku w zakresie instytucjonalnej integracji obszarów trójzaborowych. Proces ten, dobrze widoczny w optyce szeroko rozumianej kultury, został spowolniony najpierw przez wielki kryzys gospodarczy, a później przez pogarszającą się koniunkturę międzynarodową, której europejskie oznaki wiązały się z agresją włoską na Abisynię w 1935 r. oraz początkiem wojny domowej w Hiszpanii w 1936 r.