"Moralnoœć pani Dulskiej" Gabrieli Zapolskiej spis treœci analiza utworu str. 2 treœć str. 6 Twórczoœć Zapolskiej zwykło się zaliczać do naturalistycznego nurtu dramaturgii Młodej Polski. Głównš pasjš pisarki było aktorstwo, które uprawiała ze zmiennym powodzeniem przez większš czeœć życia. Literaturę traktowała raczej jako dodatkowe Ÿródło dochodów, ale to właœnie ono zapewniło jej miejsce w historii polskiej kultury. Bezsprzecznie najpopularniejszym dramatem Zapolskiej jest "Moralnoœć pani Dulskiej" wydana w 1907 r. Fabuła akt I. Zwykły poranek w domu Dulskich. Niechlujna gospodyni w papilotach budzi domowników i służbę, narzeka na ich opieszałoœć, widzšc niezdarnoœć sługi sama rozpala w piecu, zauważa nawet, że stróż pozostawił na dziedzińcu nowa miotłę. Służšca Hanka chce odejœć z pracy, skarży się na zaloty "panicza". Z rozmowy wynika, że nie jest to pierwsza rozmowa na ten temat, jednak pani Dulska nie wyraża zgody na jej zwolnienie. Pani Dulska dba, by na próżno nie wydawać pieniędzy: w domu panuje chłód, a córki: Hesia i Mela, muszš myć się w zimnej wodzie. Dziewczynki różniš się charakterami, Mela, wedle oceny siostry wdała się w ojca i "jest sentymentalna", ponieważ nie lubi awantur. Z kolei energiczna i przedsiębiorcza Hesia edukację seksualnš pobiera u kucharki Anny. Dziewczynki rozmawiajš o bracie, Zbyszku, który nie wrócił na noc do domu. Hesia doskonale orientuje się, że młodzian zaleca się do służšcej. Naiwna Mela stwierdza "...mnie czegoœ przed Hankš wstyd.". Wraca matka i Hanka. Hesia kpi z niej uważajšc okazywanie szacunek "za przesšdy", jednoczeœnie zwraca uwagę służšcej: "Czego się œmiejesz, idiotko?". Wchodzi Zbyszko. Hesia próbuje dowiedzieć się, gdzie był, a kiedy brat jš ignoruje woła matkę. Dulska próbuje wyperswadować synowi nocne zabawy, ten jednak odpowiada kpinami. Kiedy zaœ matka zwraca u uwagę, że nie jest w "towarzystwie kokot", dziwi się, przypominajšc, że sama wynajmuje mieszkanie jednej z nich. Dulska jednak z godnoœciš odpowiada, że owszem, ale "jej się nie kłania", a pieniędzy "dla siebie nie bierze", lecz płaci nimi podatki. Na takš ripostę Zbyszko nie znajduje już odpowiedzi. Żal mu jednak zgnębionej matki i tłumaczy, że poza domem szuka "Myœli - swobodnej, szerokiej myœli...". Pojawia się milczšcy Dulski. Żona przypomina mu o odebraniu pensji i wydziela należne cygaro. Mężczyzna nie reaguje na żale żony, a Zbyszko komentuje je "Tak go mama wychowała". Zbyszko korzysta z nieobecnoœci matki i flirtuje z Hankš. Œwiadkiem sceny jest Mela przekonana, że młodzi się kochajš, próbuje o tym porozmawiać z bratem. Ten jednak nie dopuszcza do tego. Dziewczynki przygotowujš się do wyjœcia na pensję. Mela prosi siostrę, by nie zerkała na studentów bo "Mnie za ciebie wstyd". Ta jednak z przekonaniem odpowiada, że "zna granice i się nie zapomni". Hanka odprowadza panienki. Do Dulskiej przychodzi lokatorka. Otrzymała listowne wymówienie z mieszkania. Dulska twierdzi, że potrzebuje lokalu dla krewnych, ale przyłapana na kłamstwie jasno oœwiadcza, że powodem wymówienia był sprowokowany przez kobietę skandal. Lokatorka, upokorzona zdradš męża, próbowała popełnić samobójstwo Dulska opowiada o wstydzie, jaki przeżyła widzšc przed swojš kamienicš karetkę pogotowia ("Czy pani widziała kiedy przed hrabskš kamienicš Pogotowie?"), podkreœla "trywialnoœć trucizny" i bezczelnie oœwiadcza: "Gdyby pani była umarłš...". Nie potrafi zrozumieć argumentów kobiety, której duma nie pozwalała pogodzić się z faktem, że mšż zdradził jš ze służšcš. Wykłada swojš filozofię: 'Na to mamy cztery œciany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby o nich nikt nie wiedział. Rozwłóczyć je po œwiecie, to ani moralne, ani uczciwe. Ja zawsze tak żyłam, żeby nikt nie mógł powiedzieć, iż byłam powodem skandalu". Oburza jš też fakt, że lokatorka postanowiła rozejœć się z mężem ("Bardzo Ÿle pani robi. To nowa publika i nikt pani racji nie przyzna"). Kiedy zaœ kobieta z ironiš wspomina "paniš z pierwszego pietra, która po nocach wraca..." Dulska okreœla ja jako "osobę żyjšca z własnych funduszów". Wzburzonš Dulskš odwiedza Julisiewiczowa. Wyraża ochotę zamieszkania w kamienicy, ale ciotka wprost oœwiadcza, że nie ufa jej możliwoœciom finansowym: wraz z mężem chodzi do teatru i prenumeruje pisma - żyje więc nad stan. Za przykład daje siebie: gazety pożycza, mężowi zabiera pensję, wydziela grosze na kawę i sama kupuje cygara. Pojawia się Zbyszko, wybiera się do pracy. Dulska, z oszczędnoœci zdejmujšc szlafrok, zabiera się do œcierania kurzy. Młodzieniec zagaduje o sšsiadów, gwarantuje uczciwoœć lokatorki, której matka wymówiła mieszkanie ("zabierał się do niej i dostał po nosie"), czym doprowadza Dulskš do pasji. Zbyszko ma bardzo krytyczny stosunek do siebie, za to jednak, kim jest wini matkę: "Być Dulskim - to katastrofa". Wraca Hanka. Julisiewiczowa zauważa zainteresowanie niš Zbyszka. Chłopak staje w obronie dziewczyny, a póŸniej wygłasza tyradę na temat własnego kołtuństwa. Dostaje się i pani radczyni: "Tobie wydaje się, że jesteœ wyzwolona, bo masz trochę politury po wierzchu". Wreszcie wychodzi do biura. Julisiewiczowa ostrzega Dulska przed romansem Zbyszka z Hanka. Tym razem Dulska nie kryje, że gotowa jest go tolerować, byleby tylko zatrzymać syna w domu. Akt II. Popołudnie. Dulski, zgodnie z zaleceniem lekarza winien chodzić na długie spacery, żona nakazuje odbywać je w pokoju. Mężczyzna nie baczšc na obecnoœć córki podkrada cygaro i wzišwszy od żony pienišdze wychodzi do kawiarni. Hesia kradnie drugie cygaro. Dziewczynki przygotowujš się do lekcji tańca. Mela skarży się na osłabienie. Zbyszko kpi z wielkopańskich cišgot matki i zwraca uwagę na niestosowny jego zdaniem sposób ubrania sióstr. Mela, jako chora, pozostaje w domu. Zbyszko, smutny i przygaszony, rozmawia z Helš, dziewczyna wychodzi. Rodzeństwo pozostaje samo. Mela skarży się: "mnie się zdaje, że mi się dzieje krzywda, jakaœ krzywda, że mnie ktoœ więzi, że mnie œciœnięto gardło". Naiwna i szlachetna dziewczynka jest przekonana, że Zbyszko ożeni się z Hela i przyrzeka mu swš pomoc. Wraca zrozpaczona Hanka, była u lekarza, którzy potwierdził, że jest w cišży. Zbyszkowi szkoda jest rozpaczajšcej, ale nie poczuwa się do odpowiedzialnoœci. Rozmowę podsłuchuje Mela. Pojawia się Julisiewiczowa i po rozmowie z Melš domyœla się prawdy, Wraca rozwœcieczona Dulska, w tramwaju awanturowała się o zapłatę. Siadajš do kolacji, Dulska jest zdumiona nieobecnoœciš syna. Rozdrażniona pouczeniami ciotki ("Ja przede wszystkim pojmuje moralnoœć i te mam na względzie...") młoda kobieta informuje Dulska o cišży Hanki. Dulska upewnia się, że słowa Julisiewiczowej sš prawdziwe i wyrzuca służšcš z pracy. Wraca Zbyszko, a rozdrażniona zachowaniem młodzieńca i jego matki kuzynka oœwiadcza głoœno, że Dulska od poczštku wiedziała o romansie. Zbyszko nawe specjalnie to nie dziwi, ale postanawia ukarać matkę i oœwiadcza gotowoœć ożenienia się z Hankš. Wezwany na pomoc Dulski raz jedyny otwiera usta: "A niech was wszyscy diabli!!!" Akt. III. Udręczona wypadkami Hanka drzemie przy wyziębionym piecu. Pociesza jš pełna dobrych zamiarów Mela. Dulska rozchorowała się ze zmartwienia. Realistka Hesia zdaje sobie sprawę, że taka sytuacja nie może trwać długo: "Przecież to cała komedia". Interesuje ja tylko jak doszło do romansu. Pojawia się Dulska, obmyœliła jakiœ plan i dopytuje Hankę, gdzie mieszka jej matka chrzestna, a Hesię, czy dopilnowała wysłania listu. Dziewczynka poważnie dopytuje o zamiary matki. Obawia się o swš przyszłoœć: "Czy kto porzšdny póŸniej starałby się o mnie albo o Melę?" Kpi z brata i jego narzeczonej. Przychodzi wezwana listem Julisiewiczowa. Dulska prosi jš o pomoc. Młoda kobieta jest przekonana, że decyzję o małżeństwie ze służšcš Zbyszko podjšł pod wpływem emocji ("Zbyszko jedynie na złoœć cioci to wszystko zrobił"), liczy jednak, że może znajdš w przeszłoœci Hanki coœ, co ostatecznie zrazi do niej kochanka. Złudzenia rozwiewa Tadrachowa, praczka, matka chrzestna Hanki. Zaœwiadcza nieposzlakowanš opinię dziewczyny. Szokiem dla kobiety jest wiadomoœć, że Zbyszko chce żenić się ze służšcš, jednak szybko orientuje się w sytuacji i sugeruje, że wyrzšdzonej krzywdzie mogš zadoœćuczynić pienišdze ("Taki już teraz œwiat. Jeden Judasz drugiego za pienišdze sprzeda."). Julisiewiczowa postanawia porozmawiać ze Zbyszkiem. Jasno przedstawia sytuację: oczywiœcie młodzieniec może postawić na swoim i ożenić się ze służšcš, ale jak wyobraża sobie przyszłoœć? Dziewczyna zarówno intelektualnie jak i materialnie mu nie dorównuje. Zbyszko ma długi, a utrzymanie żony i dziecka wymaga nakładów. Czeka go nędzna wegetacja. Chłopak milknie zgnębiony. Wkrótce też, za cenę spokoju, daje się namówić na przeproszenie matki. Rozpoczynajš się targi ze sprytnš Tadrachowš. Dumna Hanka ani chce myœleć o œlubie, gotowa jest również zrezygnować z odszkodowania. Jednak kiedy widzi jak Dulska i Juliasiewiczowa próbujš całš winę zrzucić na niš - grozi wystšpieniem do sšdu o alimenty. Tak to przeraża kobiety, że godzš się na 1000 koron odszkodowania. Hanka opuszcza dom, a Dulska natychmiast powraca do normy ("Ciocię to nic już nie nauczy...") i poczyna swoim zwyczajem pokrzykiwać na domowników. Mela nic nie rozumie z panujšcego zamieszania, żal jej jest Hanki, prosi siostrę: "Hesia, nie œmiej się... tu stało się coœ bardzo złego. Jakby kogoœ zabili...". "Moralnoœć pani Dulskiej" tragifarsš mieszczańskš ( Dramat Zapolskiej obnaża obłudę moralnš i mentalnoœć mieszczańskš. Życie Dulskich jest farsš w tym sensie, że toczy się poprzez nieustanne kontrasty głoszonych zasad i cnót oraz codziennej życiowej praktyki, która tym zasadom przeczy. ( Filozofia Dulskiej sprowadza się do tezy, że dla ludzi, na zewnštrz, trzeba się prezentować jak najkorzystniej. Jej życiem rzšdzi gra pozorów (inne czyny i słowa dla obcych, inne dla swoich). ( Osobowoœć tej kobiety zdominowała wszystkich domowników. Dawno stracił autorytet mšż, Felicjan, który całkowicie poddał się tyranii żony. Zadawalajš go wydzielane przez niš groszaki na kawę i cygara. ( Córki Dulskiej zestawiła Zapolska na zasadzie kontrastu: wrażliwa Mela, zagubiona, chorowita i bezradna oraz Hesia, wierne odbicie matki. Dulska dba o wychowanie dzieci. Posyła córki na pensję, łoży na ich lekcje muzyki i tańca, jednoczeœnie jednak wpaja im zasady swojej moralnoœci i uczciwoœci (każe się Hesi kurczyć w tramwaju, aby zapłacić zań ulgowy bilet). ( Zbyszko to młody człowiek obdarzony inteligencjš i krytycyzmem, wyostrzonym prawdopodobnie przez kawiarniane kontakty ze œrodowiskiem cyganerii artystycznej. Nie ukrywa swej wrogoœci wobec wszystkiego co prezentuje matka. Jednak jego bunt jest krótkotrwały, okazuje się za słaby na walkę z kołtuństwem. ( Farsa ta powoduje tragedię ludzi reprezentujšcych odmienny sposób myœlenia (Mela i Hanka). ( Jednak w zakończeniu tryumfuje zakłamanie Dulskiej - Zapolska oœmieszyła zakłamanš moralnoœć, ale podkreœliła jednoczeœnie jej ponurš trwałoœć. Naturalizm Z naturalizmem zetknęła się Zapolska podczas pobytu w Paryżu, kiedy grała w słynnym teatrze Antoine(a. Zgodnie z ideowym nakazem tego kierunku deklarowała się jako przeciwniczka mieszczaństwa, jego moralnoœci i mentalnoœci, a œrodowisko mieszczańskie uczyniła bohaterem negatywnym swoich utworów W komedii naturalizm widoczny jest przede wszystkim w: ( bezlitosnym zdemaskowaniu obłudy i zakłamanej moralnoœci mieszczańskiej, ( w nagromadzeniu faktów i cech osobowoœci bohaterów egzemplifikujšcych demaskatorskie założenia dramatu. "Moralnoœć Pani Dulskiej" Scena przedstawia salon w burżuazyjnym domu. Dywany, meble solidne, na œcianach w złoconych ramach premia i Bóg wie jakie obrazy. Rogi obfitoœci, sztuczne palmy, landszaft haftowany za szkłem. Pomiędzy tym stara piękna serwantka mahoniowa i empirowy ekranik. Lampa z abażurem z bibuły, stoliki, a na nich fotografie. Rolety pospuszczane, na scenie ciemno. Gdy zasłona się podnosi, zegar w jadalni bije godzinę szóstš. W czasie pierwszych scen powoli rozwidnia się, wreszcie rozwidnia się zupełnie, gdy story podniosš. SCENA PIERWSZA Chwilę scena pozostaje pusta. Słychać za kulisami człapanie pantofli. Z lewej (sypialnia małżeńska) wchodzi Dulska w stroju niedbałym. Papiloty, z tyłu cienki kosmyk, kaftanik biały wštpliwej czystoœci, halka włóczkowa krótka, poddarta na brzuchu. Idzie mruczšc, œwieca w ręku. Stawia œwiecę na stole, idzie do kuchni. DULSKA Kucharka! Hanka! wstawać!... (mruczenie w kuchni) Co? jeszcze czas? Księżniczki! Nie z waszym nosem, a już wstałam... Cicho, kucharka, nie rezonować. Palić pod kuchniš. Hanka! chodŸ palić w piecu w salonie. A żywo!... (idzie ku drzwiom na prawo) Heœka! Mela! wstawać! lekcje przepowiedzieć, gamy do grania... prędzej... nie gnić w łóżkach!... Chwilę chodzi po scenie, mruczšc. Idzie do pierwszych drzwi na prawo, zaglšda, łamie ręce, wchodzi do pokoju ze œwiecš. SCENA DRUGA Dulska, Hanka. Hanka bosa, spódnica ledwo zawišzana, koszula, kaftanikúnarzucony, niesie smolaki i trochę węgli. Przykuca przy piecu, rozpala, pocišga nosem, wzdycha. Wchodzi Dulska, zła. DULSKA Jak palisz? jak palisz? skaranie boże z tym tłumokiem. Do krów, do krów, nie do pańskich pieców. Czego niszczysz tyle smolaków! Czekaj, ustšp się, ty do niczego, ja ci pokażę (przykuca sama i pali w piecu) Ruszaj zbudzić panienki, a jak nie zechcš wstać, to poœcišgaj kołdry. Hanka idzie do pokoju dziewczšt, Dulska pali w piecu i dmucha, jaskrawy płomień oœwietla jej twarz tłustš i nalanš. Wraca Hanka. Cóż panny? wstajš? HANKA Poœcišgałam kołdry. Panna Hesia kopnęła mnie w brzucho. DULSKA Wielka afera, zgoi się do wesela. Chwila milczenia. HANKA Proszę wielmożnej pani... DULSKA Widzisz, jak się w piecu pali... HANKA Proszę wielmożnej pani... DULSKA Ja o wszystkim myœleć muszę. Niedługo przez was to zejdę do grobu. HANKA całuje jš w rękę Proszę wielmożnej pani! Ja chciałam prosić, że ja już od pierwszego pójdę sobie. DULSKA Co? Jak? HANKA ciszej Pójdę sobie. DULSKA Ani mi się waż. Ja za ciebie zapłaciłam w kantorze. Musisz dalej służyć. A to mi się podoba. HANKA Ja dam na swoje miejsce. DULSKA Patrzcie jš, jak się odgryzła. Już jej się w głowie przewróciło. O! już miasto na niš działa. Może na pannę służšcš się œpieszy? co? HANKA Proszę wielmożnej pani, to... przez panicza. DULSKA A... HANKA Tak... ja nie chcę... bo to... DULSKA Znowu? HANKA Cišgle... a to to, a to tak, a ja przecież... DULSKA nie patrzšc na niš No dobrze, ja mu powiem. HANKA Proszę wielmożnej pani, to na nic. Przecie wielmożna pani już nie raz, nie dwa mówiła, że mówiła... DULSKA No - ale teraz to pomoże. HANKA Bo ksišdz mówił, żeby odejœć. DULSKA Czy ty u księdza służysz, czy u mnie? HANKA Ale ja księdza muszę słuchać. DULSKA IdŸ po mleko i po bułki. HANKA Idę, proszę wielmożnej pani. Wychodzi. DULSKA idzie ku drzwiom sypialni małżeńskiej Felicjanie! Felicjanie! wstawaj!... spóŸnisz się do biura! (idzie do drzwi sypialni córek) Hesia! Mela! spóŸnicie się na pensję... GŁOS HESI Mamuńciu, tak zimno! troszkę ciepłej wody... DULSKA Jeszcze czego! Hartujcie się... Felicjan! Wstajesz? Wiesz? ten błazen, twój syn, nie wrócił jeszcze do domu! Co? nic nie mówisz? naturalnie! Ojciec toleruje. Niedaleko padło jabłko od jabłoni. Ale jak będš dłużki małe - nie zapłacę. HANKA uchyla drzwi od kuchni Proszę wielmożnej pani, stróż przyszedł o meldunki tych państwa, co się sprowadzili. DULSKA Idę! Hesia! Mela! Felicjan! A to œpišca familia. No! no! z torbami poszlibyœmy, żeby nie ja... (wchodzšc do kuchni) Dlaczego stróż zostawia na dziedzińcu nowš miotłę? Deszcz leje... Zamyka drzwi. Głos ginie. SCENA TRZECIA Hesia, Mela Hesia, Mela wybiegajš ze swojego pokoju, krótkie spódniczki jednakowe, barchanowe kaftaniki, włosy rozpuszczone, biegnš do pieca, przykucajš przed drzwiczkami. HESIA ChodŸ! chodŸ! MELA Nie ma jej? HESIA Nie ma, słyszysz przecież, jak myje głowę stróżowi. Ha! jak miło ogrzać się trochę. MELA No! nie pchaj się, ja także... HESIA Czekaj, poprawię. A teraz daj grzebień, to cię uczeszę. MELA Daj spokój! Jak zobaczy, będzie krzyk. HESIA Niech krzyczy. Ja się nie boję. MELA Ale ja się boję. To tak nieprzyjemnie, jak ktoœ głoœno krzyczy. HESIA Bo ty jesteœ sentymentalna. Ty się wdałaœ w ojca. Lelum polelum... MELA Skšd ty wiesz, jaki jest ojciec? przecież ojciec nic nie mówi. HESIA E! już ja wiem. Zresztš masz jego nos. MELA To dziwne. HESIA czesze jš Co? MELA Niby, że dziecko podobne do ojca albo do matki. Jak to się dzieje? HESIA A ja wiem! a ja wiem... MELA nieœmiało Wiesz?... powiedz! HESIA Nie ma głupich, nie powiem, ale wiem. MELA Kto ci powiedział? HESIA Kucharka. MELA O! kiedy? HESIA Wczoraj, jak mama poszła do teatru, a nas nie wzięła, bo to niemoralna sztuka. Poszłam do kuchni i tam Anna mi powiedziała! Och! Melu!... Och, Melu! Tarza się po dywanie œmiejšc się. MELA Hesia! Ja myœlę, że to grzech. HESIA Co? MELA Mówić z kucharkš o takich rzeczach. HESIA Kiedy to prawda. Tak jest naprawdę. MELA Gdyby to mama wiedziała! HESIA No to co? Krzyczałaby, ona wiecznie krzyczy. MELA po chwili A mnie nie powiesz? HESIA Nie. Nie chcę cię brać na swe sumienie. Nie gorsz malutkich!... Chwilę milczš. Hesia wstaje i na palcach idzie do sypialni Zbyszka, zaglšda i wraca do pieca, w pół drogi spotyka jš Mela, siadajš. Hesia na fotelu, a Mela zaplata jej włosy w warkocze. No, zrób teraz ze mnie dziewczę z czarnš kosš, spod wiejskiej strzechy. MELA To nie kręć się. HESIA Wiesz, Zbyszko znów poszedł na lumpkę. MELA Nie ma go? HESIA Nie ma. Coœ bym ci powiedziała, ale przysięgnij się, że nikomu nie powiesz. Nachyl się... Zbyszko lata za Hankš. MELA Po co? HESIA E... bo ty... co z tobš gadać!... No powiedz sama, czy można z tobš gadać? MELA No, bo mówisz, że lata... HESIA No, lata czy zaczepia, czy kocha się, czy jak? MELA Och, Hesiu! Zbyszko? HESIA No co? Nie byłaœ na Halce? Nie wiesz, jak to się dzieje? Panicz, no i "nieszczęsna Halka gwałtem tu idzie..." Œmieje się serdecznie. MELA Ale to na scenie... potem, to było wtedy, jak takie kontusze nosili, ale Zbyszko... och, Hesiu!... Wchodzi Hanka, klęka przy piecu. HESIA O, Hanka! Ja się jej zapytam. Zobaczysz, czy ja kłamię. MELA ze strachem Hesiu, nie pytaj się, ja proszę!... HESIA Dlaczego? to swoja rzecz... Zresztš mama nie słyszy. MELA Hesiu, mnie czegoœ przed Hankš wstyd. Milczenie. HESIA cicho No, to się nie będę pytać, ale ja widziałam wczoraj, jak on jš tu a tu szczypał. MELA A mówisz, że się w niej kocha. HESIA No... no właœnie. MELA Przecież, gdyby się w niej kochał, to by jš nie szczypał. HESIA Wiesz co - ciebie pod klosz... no, no!... MELA Za co, Hesiu, pod klosz? HESIA Za twojš głupotę! (Chwila. Nagle:) Ach! chciałabym wiedzieć, gdzie ten Zbyszko tak nocami chodzi? MELA Może do parku na spacer, teraz tak ładnie. HESIA Głupia jesteœ! (nagle do Hanki) Hanka, nie wiesz ty, gdzie tak panowie po nocach chodzš? HANKA Skšdże ja?... HESIA No, tak jak pan Zbyszko, do rana, prawie co dzień. HANKA Ano musi gdzieœci... HESIA Pytałam się go, mówił - na lumpkę, a kucharka œmiała się także i mówił, że to do nocnych kawiarni. Ach, Boże, kiedy ja się już naprawdę czegoœ porzšdnie dowiem!! Kiedy ja już będę duża! Kiedy nie będzie przede mnš tajemnic! MELA A ja tak wolę. HESIA Co? MELA Nie wiedzieć o niczym. To tak jakoœ miło. Ja wolę nic nie wiedzieć. HESIA Tuman! SCENA CZWARTA Też same, Dulska. DULSKA przez scenę jak huragan przelatuje Czego wy tu? Co to? Ubierać się! Hanka, sprzštać! Mela, gamy! Felicjanie!... Wpada do sypialni małżeńskiej. HESIA do Meli Zostań jeszcze, już wicher przeleciał. "Felicjanie!" MELA Hesiu!.:. HESIA Co? rodzicielka! E... przesšdy! MELA zgorszona Hesiu, patrz, Hanka się œmieje. HESIA No to co? Niech się œmieje! Cóż to, ja nie mam własnego sšdu? (do Hanki) Czego się œmiejesz, idiotko? Sprzštaj! Albo czekaj, byłaœ kiedy w nocnej kawiarni? HANKA Hi! hi! Panienka też... Ja nawet nie wiem, gdzie to jest. HESIA Boœ głupia. Kucharka była, jak była młoda. Mówi, że tam panowie siedzš, pijš likiery i że tam bardzo wesoło. Kucharka mówiła, że tam sš młode, ładne panny i że... MELA Cicho, Hesia! Jeszcze mama usłyszy. Hanka wychodzi. HESIA IdŸ, idŸ! to nie dlatego, że mama, tylko że ty nie chcesz, żeby ci się w głowie rozœwietliło. MELA Mówiłam ci - wolę nie wiedzieć. HESIA Przed chwilš się sama pytałaœ. MELA O co? HESIA O te... dzieci... MELA To co innego. HESIA Dlaczego? MELA Bo tamto o dzieciach to ciekawe, a to brzydkie. HESIA Wcale nie, to jeszcze ciekawsze. MELA Może być, ale mnie to zaraz potem smutno. HESIA O!... idzie lump! SCENA PIĽTA Hesia, Mela, Zbyszko. Zbyszko - kołnierz podniesiony, twarz zmięta, zmarznięty, skrzywiony. Młode to, a już niemożliwe; choć chwilami coœ w głębi Ÿrenic się przewija. HESIA Gdzie byłeœ, gdzie byłeœ? ZBYSZKO odsuwa jš laskš Poszła! HESIA Gdzie byłeœ? Lumpowałeœ się? Mój złoty, powiedz, powiedz... Ja nic nie powiem mamie. ZBYSZKO Poszła! HESIA Ładnie się wyrażasz! Nie powiesz? A ja wiem! W nocnej kawiarni byłeœ, likiery piłeœ, ładne panny były... tak ładnie œmierdzisz cygarami... u, u!... jak ja to lubię... ZBYSZKO Mówię ci, poszła! MELA Hesiu, daj spokój! HESIA Tak? To tak ze mnš? Poczekaj, ja też dorosnę, ja też pójdę na lumpę, ja też będę chodziła po kawiarniach i będę pić likiery... po nocnych kawiarniach, jak ty, jak ty! Skacze przed nim na jednej nodze. ZBYSZKO Ładna edukacja, œlicznie się zapowiadasz. HESIA A teraz, żeby cię nauczyć grzecznoœci w kole rodzinnym...(woła) Mamciu! Mamciu! Zbyszko powrócił! ZBYSZKO Cicho bšdŸ! DULSKA wpada jak bomba Jesteœ? ZBYSZKO Jestem i znikam! Idę się przespać przed biurem. DULSKA Nie! Zostaniesz tu! Mam z tobš do pomówienia. ZBYSZKO A!... lecę z nóg. DULSKA surowo Wierzę!... (do dziewczšt) Proszę iœć się ubrać. Mela, do gam! MELA Już nie mam czasu. DULSKA Pięciopalcówki, na to starczy. Hesia znów podarła kalosze. ZBYSZKO Nie ma tu gdzie czarnej kawy? DULSKA Nie ma, mój panie! Hesia nic nie szanuje. Nigdy z ciebie nie będzie kobieta jak należy. Dziewczęta wybiegajš. ZBYSZKO Nie ma czarnej kawy w tym zakładzie? DULSKA Gdzie byłeœ? ZBYSZKO He? DULSKA Gdzie byłeœ do tej pory? ZBYSZKO Gdybym mamci powiedział, toby mamcia tak skakała. DULSKA O!... ZBYSZKO Najlepiej więc nie pytać. DULSKA Jestem matkš. ZBYSZKO Właœnie dlatego. DULSKA Muszę wiedzieć, na czym trawisz czas i zdrowie. ZBYSZKO Widzi mamcia, co mam pod nosem? Wšsy, a nie mleko, a więc... DULSKA łamišc ręce Jak ty wyglšdasz! ZBYSZKO E! DULSKA Jesteœ zielony. ZBYSZKO To modny kolor. Mamcia kazała także balkony i okna pomalować na zielono. DULSKA Która panna cię weŸmie, jak będziesz tak wyglšdał. ZBYSZKO Jeszcze gorszych biorš. Nie ma czarnej kawy w tym zakładzie? DULSKA Wyrażaj się inaczej. Cišgle myœlisz, że jesteœ w towarzystwie kokocic. ZBYSZKO Takie dobre towarzystwo jak i inne. A potem, co mamcia wydziwia na kokotki. Niby to i u nas nie ma kokot w kamienicy. Sama mamcia wynajmowała tej z pierwszego piętra. DULSKA z godnoœciš Ale się jej nie kłaniam. ZBYSZKO Ale pienišżki za czynsz mamcia bierze od niej, że aż ha! DULSKA Przepraszam, to ja takich pieniędzy dla siebie nie biorę. ZBYSZKO A co mamcia z nimi robi? DULSKA majestatycznie Podatki nimi płacę. ZBYSZKO Ha! No... A ja idę spać DULSKA Czy ty się przestaniesz lampartować? ZBYSZKO Jamais! DULSKA Ja długów płacić nie będę. ZBYSZKO E!... to już o tym póŸniej. DULSKA Zbyszko! Zbyszko! na tom cię mlekiem swym karmiła, żebyœ nasze uczciwe i szanowane nazwisko po kawiarniach i spelunkach włóczył. ZBYSZKO Było mnie chować mšczkš Nestle`a - podobno doskonała. Dulska siada przy stole, zgnębiona. Zbyszko podchodzi, siada na stole i mówi do niej poufale. No, nie martwiuchny się, pani Dulska. Ale co mamcia chce, żebym ja tu z wami w domu robił? Nikt nie bywa, żyjemy jak ostatnie sobki. DULSKA Ciężkie czasy, nie ma na przyjęcia. ZBYSZKO E! człowiek jest zwierzęciem towarzyskim. Musi od czasu do czasu myœl wymienić. O! widzi mamcia, "myœl" - to wielkie słowo. Choć ono się stšd gna, to przecież tu i ówdzie się jeszcze kręci... DULSKA Ja tam nie mam czasu myœleć. ZBYSZKO Właœnie, właœnie! Więc też ja myk z domu, bo w domu właœciwie cmentarz. A czego? Myœli - swobodnej, szerokiej myœli... DULSKA A więc do kawiarni, do... ZBYSZKO Tak, tak! do... Co mamcia może wiedzieć, którymi to drogami chadza ludzka myœl, nawet takiego jak ja kołtuna. DULSKA Jesteœ głupi. Ty i twój ojciec to jedna dusza. On co dzień w cukierni, a ty Bóg wie gdzie... SCENA SZÓSTA Dulska, Dulski, Zbyszko. Dulski, zasuszony urzędnik, wchodzi ubrany bardzo porzšdnie, do wyjœcia; czyœci kapelusz. DULSKA No, wreszcie! Dulski poprawia kołnierzyk przed lustrem. ZBYSZKO Dzień dobry ojcu! Dulski gestem wita syna. DULSKA do męża Dziœ fasujesz? Dulski kiwa głowš. A uważaj, żebyœ nie zgubił. Na co czekasz? A! cygaro... Zbyszko, daj cygaro ojcu znad pieca. Dulski bierze cygaro, które Zbyszko zdjšł znad pieca, próbuje je. A czy wisz, o której twój synek do domu wrócił? Dulski wzrusza ramionami, że mu to obojętne, i wychodzi œrodkowymi drzwiami. Zwariować można z tym człowiekiem. ZBYSZKO Tak go mama wychowała. DULSKA Nie, to już zanadto! ZBYSZKO Dobranoc! Idę się zdrzemnšć. DULSKA A biuro? ZBYSZKO ziewajšc Nie ucieknie. DULSKA zatrzymujšc go Zbyszko! przyrzeknij mi, że się poprawisz. ZBYSZKO Nigdy! Wolę raczej zdać egzamin państwowy. Wychodzi do swego pokoju. SCENA SIÓDMA Dulska, Hanka, potem Zbyszko. DULSKA Zetrzyj fortepian, popraw w piecu. Czy kucharka ubrana do miasta? HANKA Tak, proszę pani. Dulska wchodzi do kuchni. Hanka chwilę sprzšta. Zbyszko wychyla się ze drzwi. ZBYSZKO Hanka? jesteœ sama? HANKA Daj mi pan spokój! ZBYSZKO Cóż ci za mucha na nos siadła! Hanka milczy. ChodŸ tu, pokaż mordeczkę. Czegoœ zła!... Hanka milczy, tylko coraz energiczniej sprzšta, widać w niej walkę wewnętrznš. Taka jesteœ brzydka, jak się nadmiesz. HANKA nagle Pewnie... te panny, co pan od nich wraca, to ładniejsze. ZBYSZKO A... tędy cię wiedli... O to ci chodzi? HANKA Mnie o nic nie chodzi, tylko nie chcę, żeby mnie pan sekował. ZBYSZKO Jak będziesz dla mnie lepsza, to będę w domu siedział. HANKA Ja ta nie potrzebuję. Może se pan iœć do tych pannów. ZBYSZKO Albo to prawda! Aż się za mnš trzęsiesz. HANKA Niech pan idzie, bo jeszcze starsza pani wejdzie. ZBYSZKO Ale o! Pocałuj pana w rękę za to, żeœ go rozgniewała. HANKA œmiejšc się Figa! Uderza go po łapie. ZBYSZKO A ty szelmo! Chce jš objšć. Wchodzi Mela, która wydaje lekki okrzyk, potem zaczerwieniona, z oczyma spuszczonymi idzie do fortepianu. Hanka ucieka. Mela siada i gra ćwiczenia pięciopalcowe. Gdy Mela zostaje samš, chwilkę gra, potem wstaje, idzie do pokoju Zbyszka i puka. MELA Zbyszko! ZBYSZKO wychyla głowę ze drzwi, nie ubrany Czego? MELA tajemniczo Nie bójcie się... ja nic mamci nie powiem. ZBYSZKO Na czysto zwariowała. MELA Bo przecież to nie wasza wina. ZBYSZKO Co? MELA nieœmiało No... Hanka i ty... jeżeli wy... ZBYSZKO A fe! Mówić o takich rzeczach! WstydŸ się... majtki widać, a taka zepsuta! MELA Ja? Ależ, Zbyszko, ja właœnie myœlę przeciwnie... ja... ZBYSZKO Daj mi spokój! Chowa się. Mela stoi smutna i zamyœlona, podchodzi do fortepianu i zaczyna grać. W tej chwili wpada Hesia w płaszczyku i kapeluszu. Taki sam płaszcz i kapelusz ma w ręku dla Meli. Na ziemię rzuca ksišżki w paskach. SCENA ÓSMA Mela, Hesia, Dulska, Hanka HESIA Ubieraj się, Ofelio! Żywo! Już chłopcy idš do szkoły. MELA wstaje, kładzie płaszczyk i kapelusz Hesiu, ty nie będziesz tak strzelała oczami na tego wysokiego studenta? HESIA Będę robiła, co mi się podoba. MELA Mnie za ciebie wstyd. HESIA To się wstydŸ! A spróbuj co powiedzieć przed mamš, to ja zaraz powiem, że ty zamiast spać w nocy - wzdychasz. Mama się będzie za to więcej gniewała jak za studenta. MELA To wštpię. HESIA Ale ja nie. Mama mnie zna i wie, że ja znam granice i że "ja się nie zapomnę". MELA Jak ty to rozumiesz? HESIA Ja już wiem, co mówię, o lelijo z pól rodzinnych! DULSKA Hanka! ChodŸ odprowadzić panienki! HANKA w kuchni Idę! DULSKA Macie parasol? Iœć prosto, nie oglšdać się. Pamiętać: skromnoœć - skarb dziewczęcia. (do Hesi) Nie garb się! Hanka wchodzi w chustce HESIA rzuca jej ksišżki Bierz, ciućmo pokręcona. Do widzenia mamci! Dziewczęta wychodzš z Hankš. Dulska chodzi, œciera prochy, wzdycha. Dzwonek w przedpokoju. Dulska idzie otwierać ostrożnie, zobaczywszy Lokatorkę cofa się. SCENA DZIEWIĽTA Lokatorka, Dulska DULSKA Przepraszam... jestem nie ubrana. Proszę paniš - zaraz wrócę. LOKATORKA Ja tylko na chwilkę. Niech się pani gospodyni nie krępuje. DULSKA Tak, tak, wrzucę tylko co na siebie. Biegnie do swego pokoju. Lokatorka wchodzi powoli. Jest bardzo blada i smutna. Widocznie przeszła jakšœ ciężkš chorobę i moralne zmartwienie. Siada na najbliższym krzeœle, patrzy w ziemię i siedzi nieruchoma. Po chwili wchodzi Dulska, odziana w barchanowy, dostatni szlafrok. Proszę paniš na kanapę. LOKATORKA Dziękuję. Tylko parę słów. Dostałam list pani... Urywa. Milczenie. DULSKA Pani już zupełnie wyszła ze szpitala? LOKATORKA Tak. Pozawczoraj mnie mama przywiozła. DULSKA Widzę, że pani zdrowa. LOKATORKA ze smutnym uœmiechem O, jeszcze daleko! DULSKA Och! w domeczku swoim wróci pani szybko do sił. Dla kobiety nie ma jak dom. Ja zawsze to powtarzam. LOKATORKA Tak, skoro ktoœ ma ten dom. DULSKA Wszakże pani ma męża, stanowisko. LOKATORKA Tak... ale... Milczenie. Z wysiłkiem. Proszę pani, czy to rzeczywiœcie konieczne, ażebym na przyszłego pierwszego się wyprowadziła? DULSKA Proszę pani... ja mieszkania pani koniecznie potrzebuję dla krewnych. LOKATORKA Wolałabym pozostać. Trudno będzie znaleŸć w zimie. DULSKA Ach, to niemożliwe! Powtarzam pani: niemożliwe. LOKATORKA Przecież przy dobrej woli... Wiem, że pani kazała kartę na mieszkanie wywiesić, a więc krewni pani się nie sprowadzajš. DULSKA sznurujšc usta Ach! niech pani nie zmusza mnie do sprawienia jej przykroœci. LOKATORKA Czy pani ma mi co do zarzucenia? DULSKA z wybuchem A, proszę pani, to już przechodzi granice! A skandal, który pani przez swe otrucie wywołała! LOKATORKA A więc o to chodzi? DULSKA A o cóż innego? Płacili mi państwo czynsz, dzieci i psów nie mieli, ostatecznie tyle, co o te ranne trzepanie dywanów się rozchodziło. I mogliby państwo mieszkać nadal, aż tu... skoro o tym pomyœlę, pšsy na mnie bijš. Pogotowie ratunkowe przed mojš kamienicš! Pogotowie! Jak przed szynkiem, gdzie się bijš! LOKATORKA Ależ, proszę pani, wypadek może się zdarzyć wszędzie. DULSKA W porzšdnej kamienicy wypadki się nie trafiajš. Czy pani widziała kiedy przed hrabskš kamienicš Pogotowie? Nie! A potem ta publika w gazetach! Trzy razy wymieniano nazwisko Dulskiej, nazwisko moich córek przy takim skandalu... LOKATORKA Ależ, proszę pani, chyba pani zna przyczyny i... DULSKA Wielka afera, że pani mšż, no i ta dziewczyna... To swoja rzecz... LOKATORKA Ależ to była moja sługa. To szkaradztwo! Ja tego znieœć nie mogłam. Skoro się przekonałam... DULSKA Zażyła pani zapałek. Taka trywialna trucizna!... Ludzie się œmieli. I jeszcze jak się to skończyło! Cała komedia! Gdyby pani była umarła... no! LOKATORKA Sama żałuję. DULSKA Nie mówię dlatego, tylko że to niby œmierć, to zawsze coœ niby... ale tak... no, powiadam pani, œmieli się. Kiedyœ jadę tramwajem, przejeżdżamy koło mej kamienicy, bo przystanek trochę dalej, a jacyœ dwaj panowie pokazujš na mój dom i mówiš: "Patrz, to ten dom, co się ta zazdrosna żona truła" - i zaczęli się œmiać. Myœlałam, że tam na miejscu zostanę w tym tramwaju. LOKATORKA pokornie Ja paniš bardzo przepraszam za te nieprzyjemnoœci. DULSKA E! moja pani - publika została publikš... LOKATORKA Ja bardzo to przechorowałam. Zresztš ja nie wiedziałam, co robię. Ja byłam wtedy jak szalona... Płacze cicho. DULSKA Pewnie, moja pani. Każdy samobójca musi być szalony i stracić poczucie moralnoœci i wiary w obecnoœć Boga. Tak to jest tchórzostwo. Tak jest - tchórzostwo. A potem zagłada własnej duszy. Dobrze, że samobójców chowajš osobno. Niech się nie pchajš między porzšdnych ludzi. Zabijać się!... I dla kogo? Dla mężczyzny. A żaden mężczyzna, moja pani, nie jest wart, aby przez niego iœć na potępienie wieczne. LOKATORKA Proszę pani, to nie chodzi o mężczyznę, ale o męża. DULSKA E! LOKATORKA Nie mogłam œcierpieć tego pod moim dachem. DULSKA Lepiej pod swoim niż pod cudzym. Mniejsza publika. Nikt nie wie: LOKATORKA Ale ja wiem. DULSKA Moja pani! Na to mamy cztery œciany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział. Rozwłóczyć je po œwiecie to ani moralne, ani uczciwe. Ja zawsze tak żyłam, ażeby nikt nie mógł powiedzieć, iż byłam powodem skandalu. Kobieta powinna przejœć przez życie cicho i spokojnie. Ta już to jest tak i żadne nic nie pomoże. LOKATORKA Gdyby jednak pan Dulski zapomniał się ze sługš... DULSKA Felicjan? To niemożliwe! Pani go nie zna. A potem... to już pani rzecz. Ja muszę strzec siebie i swoich od publiki. Pani może znów takš bezbożnoœć popełnić, bo to podobno taki szał to wraca. Więc... LOKATORKA wstajšc Rozumiem. Wyprowadzę się. Chciałam pani jednak powiedzieć, że kazać mi teraz szukać mieszkania to ani dobre, ani uczciwe. Jestem taka osłabiona... DULSKA obrażona, wstaje Uczciwoœci mnie pani nie nauczy! Ja wiem, co uczciwoœć. Pochodzę z zacnej, zasiedziałej rodziny i ja publiki nie wywołuję. LOKATORKA hamujšc się Nie wštpię. Jednak może się pani nie obawiać. Drugi raz truć się nie będę. Na to trzeba wiele odwagi, pomimo tego, że pani to nazywa tchórzostwem. A potem trzeba wiele cierpieć. Na to już nie mam sił i... już bym tak nie potrafiła cierpieć raz jeszcze. Zresztš - rozstaję się z mężem, więc to najlepsza gwarancja, że już zazdrosna nie będę. Uœmiecha się smutnie. DULSKA Rozstaje się pani z mężem? Bardzo pani Ÿle robi. To nowa publika i nikt pani racji nie przyzna. Nawet z tej przyczyny nie mogłabym pani dłużej wynajmować mieszkania w mej kamienicy. Kobiety samotne to nie tego... to... no, pani rozumie. LOKATORKA ironicznie Tak, rozumiem. Jednak ta pani z pierwszego piętra, która po nocach wraca... DULSKA z godnoœciš To jest osoba żyjšca z własnych funduszów i zachowujšca się nadzwyczaj skromnie. Ta mi jeszcze Pogotowia przed dom nie sprowadziła. LOKATORKA ironicznie Tylko gumy i automobile. DULSKA Stajš zawsze kilka kamienic dalej. A potem zdaje się, iż ja nie mam obowišzku zdawać sprawy z mego postępowania przed paniš. LOKATORKA Zapewne, zawiodłoby nas to za daleko. Żegnam paniš. DULSKA A proszę tych, co będš oglšdać mieszkanie, nie zrażać. LOKATORKA wychodzšc Powiem, że jest wilgoć, bo rzeczywiœcie jest wilgoć. DULSKA Na to jest sšd, łaskawa pani. LOKATORKA Tak mi każe moje sumienie. Żegnam paniš. We drzwiach staje Juliasiewiczowa. DULSKA wzburzona Maniu, słyszysz? - będziesz œwiadkiem. Pani mówi, że... LOKATORKA Żegnam paniš! Wychodzi. SCENA DZIESIĽTA Dulska, Juliasiewiczowa. DULSKA wœciekła A to!... a to... takie coœ, takie... JULIASIEWICZOWA Niechże się ciocia uspokoi. DULSKA Jak tak dalej pójdzie, to będę musiała w lecie jechać do Karlsbadu i tam sztrudel pić! JULIASIEWICZOWA Ja z ciociš pojadę. DULSKA Obejdzie się. JULIASIEWICZOWA O cóż poszło? Zdaje mi się, że to lokatorka z parteru, ta co się truła. DULSKA Tak, tak... ta sama. Wyszła ze szpitala. Skandal! Przecież po czymœ podobnym trzymać jš w kamienicy nie mogę. Sama byłaœ œwiadkiem. Jak jš wynosili, to była prawie naga. Horrendum! Wymówiłam jej mieszkanie. JULIASIEWICZOWA Tak? A to się dobrze składa. Nam właœnie podwyższyli. My chętnie to mieszkanie weŸmiemy. DULSKA Obejdzie się! JULIASIEWICZOWA Przecież mogłaby to ciocia zrobić dla nas, jako dla krewnych. DULSKA Za ciężkie czasy na zbytki. JULIASIEWICZOWA Rozumiem. Ciocia przypuszcza, że nie będziemy płacili. DULSKA Ja tam nic nie przypuszczam. Tylko wiem, że żyjecie nad stan. JULIASIEWICZOWA No, no! DULSKA Chodzicie do teatru. (surowo) I to na same masowe sztuki. JULIASIEWICZOWA Trudno przecież... DULSKA Prenumerujecie pisma... JULIASIEWICZOWA To już ciocia daruje, ale... DULSKA Ja zawsze pożyczę i wystarcza. Nie pożyczę, to się œwiat nie zawali, że tam drukowanych bajd nie będę czytała. Przyjmujecie goršcš kolacjš... JULIASIEWICZOWA To konieczne. DULSKA Ha! No, jak konieczne, to się nie skarż, że ci nie wystarcza. JULIASIEWICZOWA Nie możemy żyć jak... DULSKA ironicznie Jak my? Zobaczymy, jak będziecie œpiewali na staroœć. Ja i Felicjan mamy inne pod tym względem zasady. JULIASIEWICZOWA Mój mšż nie umie się oszczędzać, ja także. DULSKA Skoro miałaœ takie usposobienie, trzeba było iœć za tego aptekarza z Bóbrki, co się o ciebie starał. Namawiałam cię. JULIASIEWICZOWA Przecież on rok temu umarł na suchoty. DULSKA Właœnie! Miałabyœ kamienicę i byłabyœ wdowš. JULIASIEWICZOWA O!... DULSKA Nie ma co: "o!...", byt zabezpieczony to podstawa życia. A co do męża, można go uchodzić. Pensję zabierać, gdy zafasuje - co dzień dwie szóstki na kawę do łapy, a cygara samej kupować i suszyć na piecu. Inaczej taki pan może cię zrujnować. SCENA JEDENASTA Zbyszko, Dulska, Juliasiewiczowa ZBYSZKO Taki terkot, że spać nie można. DULSKA Tym lepiej. Pójdziesz może do biura. ZBYSZKO E!... (do Juliasiewiczowej) Jak się masz, stara? JULIASIEWICZOWA Jak się masz, pokrako! ZBYSZKO patrzy w lustro, potem do Juliasiewiczowej Bardzom zielony? JULIASIEWICZOWA Cóż to, oœwiadczasz się dzisiaj? ZBYSZKO Także! Tylko ten stary, no wiesz, radca, będzie znów na mnie zgniłym okiem patrzał. A tam fury kawałków, fury! DULSKA Zalegaj! zalegaj! ZBYSZKO To nie ja zalegam, ale strony. Opiera się o piec i grzeje. DULSKA zdejmuje szlafrok i zostaje w spódnicy i kaftanie Darujesz, moja droga, ale będę œcierać kurze, więc muszę oszczędzać szlafroka. JULIASIEWICZOWA Ale proszę, niech się ciocia nie krępuje. Dulska œciera kurze i z furiš od czasu do czasu patrzy na Zbyszka. ZBYSZKO To mama naprawdę wyrzuca tę, co się otruła, z kamienicy? DULSKA A tobie co do tego? ZBYSZKO Tak słyszałem pište przez dziesište. Byłem zbudowany mamusinym serduszkiem... Potem... ona mi jest bardzo sympatyczna, ta kobieta. DULSKA Zupełnie wierze. Szkandalistka. ZBYSZKO Zrobiła to z miłoœci dla męża. To w guœcie mamy. Miłoœć małżeńska. DULSKA Aha, prawda była - za tym mężem. Ja tam w tę miłoœć nie wierzę. Szumi jedwabiami pod spodem. ZBYSZKO Cóż to dowodzi? DULSKA To, że nie jest uczciwa kobieta. Dla męża, mój panie, kobieta się nie potrzebuje pod spodem stroić. A takie, co szumiš, to... ZBYSZKO do Juliasiewiczowej SiedŸże spokojnie, bo i ty szumisz. A zresztš co do tej z parteru, to ja ręczę, że uczciwa. DULSKA A ty skšd wiesz? ZBYSZKO obojętnie Bom się do niej brał i dostałem po nosie. DULSKA Mógłbyœ też zostawić choćby lokatorki w spokoju. Usuń się! jak długo będziesz sterczał tu pod piecem! (z pasjš) Gdy patrzę na ciebie, to chwilami wierzyć mi się nie chce, że jesteœ moim dzieckiem. ZBYSZKO No, jeœli mama ma wštpliwoœci... DULSKA do Juliasiewiczowej Powiadam ci, nie miej nigdy dzieci. JULIASIEWICZOWA O, my się nie staramy o to. DULSKA do Zbyszka Nie, ty jesteœ wyrodek, ty nie jesteœ moim synem. ZBYSZKO Jestem, mamciu! Jestem, niestety, i to właœnie cała moja tragedia... Idzie do fortepianu i stojšc zaczyna grać bardzo wprawnie. DULSKA Słyszałaœ? Mówi: "niestety". ZBYSZKO Spodziewam się. Być Dulskim - to katastrofa. JULIASIEWICZOWA Doprawdy, Zbyszko, zanadto sobie pozwalasz. ZBYSZKO Daj ty mi spokój! DULSKA do Juliasiewiczowej Żadnej moralnoœci, żadnych zasad... ZBYSZKO Żadnego płaszczyka teoretycznego - jak mamcia. DULSKA To się na tym skończy, że jeszcze do socjalistów przystanie. ZBYSZKO zamykajšc fortepian Za głupi jestem na to. JULIASIEWICZOWA œmiejšc się. Na socjalistę nie trzeba zdawać egzaminu. ZBYSZKO Właœnie, że trzeba, i to najtrudniejszy egzamin. JULIASIEWICZOWA Przed kim? ZBYSZKO Przed swym sumieniem i własnš duszš, słodki aniele. DULSKA Na socjalistę nie trzeba mieć przede wszystkim Boga w sercu. ZBYSZKO Jest!... Dawno nie było mowy o Bogu w tym domu. SCENA DWUNASTA Ciż sami, Hanka. HANKA z kuchni Proszę wielmożnej pani, parasol. DULSKA Postaw w przedpokoju, a potem idŸ, zamieć przedpokój. Czy kucharka wróciła? HANKA wraca z przedpokoju, idzie do kuchni Już. DULSKA Ja tylko na chwileczkę... Wybiega do kuchni. JULIASIEWICZOWA do Zbyszka Rzeczywiœcie ciocia ma rację. Mógłbyœ się trochę ustatkować. Wyglšdasz jak œmierć angielska. ZBYSZKO Ty także ładnie wyglšdasz. JULIASIEWICZOWA Ja? Ja wczoraj z domu nie wychodziłam. ZBYSZKO To znaczy, że ja się lumpowałem za domem, a ty w domu. JULIASIEWICZOWA œmiejšc się Jesteœ niemożliwy. ZBYSZKO Jak kiedy. Hanka przechodzi przez pokój z łopatkš i ze szczotkš. Zbyszko patrzy za niš. JULIASIEWICZOWA do Zbyszka Cóż tak patrzysz za Hankš? ZBYSZKO Bo mi się podoba. JULIASIEWICZOWA Sługa? ZBYSZKO A cóż to, nie kobieta? Zaręczam ci, że nawet bardzo... JULIASIEWICZOWA Wiesz już coœ o tym? ZBYSZKO Co ci do tego. JULIASIEWICZOWA Myœlałam, że masz gust wykwintniejszy. ZBYSZKO Głupia jesteœ z twojš kołtuńskš estetykš. A zresztš, ja jestem jak pianista: gdy zobaczy fortepian, musi zaraz pasaż... JULIASIEWICZOWA Tak, ale fortepianu nie... ZBYSZKO Moja droga, każda kobieta to fortepian - tylko trzeba umieć grać. Ach! Jaki ja œpišcy... JULIASIEWICZOWA Czego ty po tych knajpach się włóczysz? ZBYSZKO A gdzież się będę włóczył? Gdzieœ muszę. JULIASIEWICZOWA Ja na twoim miejscu starałabym się o jakš znajomoœć... solidnš... No... tyle mężatek... co? Boże! ZBYSZKO Dziękuję. Mam dosyć kołtunerii w domu i w... samym sobie. JULIASIEWICZOWA Dlaczegóż jesteœ kołtunem? ZBYSZKO Bom się urodził po kołtuńsku, aniele! Bo w łonie matki już nim byłem, bo żebym skórę zdarł z siebie, mam tam pod spodem w duszy całš warstwę kołtunerii, której nic wyplenić nie zdoła. Coœ, taki nowy, taki inny, walczy z tym podstawowym, szarpie się, ciska. Ale ja wiem, że to do czasu, że ten kołtun rodzinny weŸmie mnie za łeb, że przyjdzie czas, gdy ja będę Felicjanem, będę odbierał czynsze, będę... no... Dulskim, pra-Dulskim, ober-Dulskim, że będę rodził Dulskich, całe legiony Dulskich, będę miał srebrne wesele i porzšdny nagrobek, z dala od samobójców. I nie będę zielony, ale nalany tłuszczem i nalany teoriami, i będę mówił dużo o Bogu. Urywa, idzie do fortepianu i gra nerwowo. JULIASIEWICZOWA podchodzi za nim Z kołtuństwa można się wyswobodzić. ZBYSZKO Nieprawda! Tobie się zdaje, że jesteœ wyzwolona, bo masz trochę politury po wierzchu. Ale ty jesteœ tylko zrobiona na mahoń, jak twoje secesyjne meble i twoje malowane włosy. To jest piętno... pani radczyni... piętno! JULIASIEWICZOWA grajšc z nim jednš rękš Czy ty się uczyłeœ grać? ZBYSZKO Ja? Nie znam ani jednej nuty. To tak we mnie coœ gra, we mnie tłucze się takie coœ... ale to się wszystko z czasem zatłucze, e... co tam! (obejmuje jš) Wiesz co... jesteœ wcale... wcale... JULIASIEWICZOWA œmiejšc się Dajże mnie spokój! ZBYSZKO œmieje się Pasaże, moja droga... pasaże... Hanka przechodzi przez pokój i rzuca ponure spojrzenie nich oboje, wchodzi do kuchni. JULIASIEWICZOWA patrzy za niš uważnie A wiesz, to ciekawe. ZBYSZKO Co takiego? JULIASIEWICZOWA Ta dziewczyna. Gdybyœ widział, jak ona na nas popatrzyła! Ja na twoim miejscu... ZBYSZKO Ja też, jak będę miał czas... JULIASIEWICZOWA Nie rozumiesz mnie. Ja bym się właœnie daleko od niej trzymała. ZBYSZKO E! JULIASIEWICZOWA Jest zazdrosna, będzie ci robić awantury. ZBYSZKO To by było kapitalne! SCENA TRZYNASTA Ciż sami, Dulska. DULSKA do Zbyszka Jeszcze jesteœ tutaj? Czy ci nie wstyd? Ojciec twój pracuje, ja pracuję, siostry... ZBYSZKO idzie do przedpokoju, bierze palto, kapelusz; wraca i ubiera się Mamciu, mamciu, czy się pracuje, czy nie, to wszystko idzie do jednego celu... DULSKA Nieprawda, my ludzie pracy, a próżniacy... to.. ZBYSZKO A przecież i my, i wy jednako... DULSKA Co? co? ZBYSZKO Wycišgniemy kopytka... Pa! (do Juliasiewiczowej) Pa, lalu! Wychodzi. SCENA CZTERNASTA Dulska, Juliasiewiczowa, Hanka. DULSKA Straszne rzeczy, straszne... Słyszałaœ, jak on mówi! A to najgorsze, że taki zdolny, taki utalentowany! Ta żeby chciał, to przed nim kariera - no... ale nie chce, nie chce... Zaraz dadzš drugie œniadanie! Nie chce, mówię ci... nie, nie. Tylko lumpuje i lumpuje. Jak weŸmie te parę reńskich w biurze, tak ginie. I jak to wyglšda!... Nic, tylko kawiarnie i spódnice. Hanka wnosi tacę z wódkš, serem i zakšskš. Proszę cię, moja droga! JULIASIEWICZOWA Dziękuję cioci (Siadajš do jedzenia.) On jest jakiœ podrażniony, niezadowolniony... DULSKA z wybuchem Czy on sam wie, czego chce! Powinien Bogu dziękować, prosty, zdrów... Za twoje... (pije kieliszeczek) Hanka, idŸ posprzštaj u panicza. Hanka wychodzi. JULIASIEWICZOWA patrzy za niš Kontenta ciocia z Hanki? DULSKA Tak sobie. JULIASIEWICZOWA cicho Niech jš ciocia odprawi. DULSKA A to... czemu? JULIASIEWICZOWA Ja coœ dostrzegłam. DULSKA Kradnie? JULIASIEWICZOWA Nie, gorzej... DULSKA No, no! JULIASIEWICZOWA Zdaje mi się, że Zbyszko się do niej bierze. DULSKA niechętnie E... to... JULIASIEWICZOWA Wiem, co mówię. Niech ciocia jš odprawi, póki czas. DULSKA Moja kochana, pewnie ci się zdawało... A potem... (patrzšc w bok) wobec tego, co się dzieje, że niby... no... rozumiesz... to piwo, co szumi. JULIASIEWICZOWA A! DULSKA Słowem, że rozumiesz... JULIASIEWICZOWA Lepiej w domu? DULSKA Ja nie mówię... ale... JULIASIEWICZOWA A wie ciocia, może ciocia ma rację... Chwila milczenia. Przez scenę przechodzi w milczeniu Hanka i znika w kuchni. Obie panie patrzš za niš. Trzeba jednak przyznać, że mężczyŸni majš szczególny gust. DULSKA A, niech tam! Byle się nie włóczył i nie tracił zdrowia... Trzeba być matkš, aby zrozumieć, jaki to ból patrzeć, jak syn marnieje. JULIASIEWICZOWA Dziękuję! Ale żeby ona potem... DULSKA Ona? Także! Będzie kontenta... to takie wszystko bez czci i wiary. Pokażę ci tok, co sobie kazałam przerobić. Idzie do przedpokoju, wraca z tokiem z fiołków i białych piór, kładzie go na głowę, co przy kaftanie barchanowym i halce wywołuje dziwny efekt. Dobrze? JULIASIEWICZOWA Wcale! Wcale... DULSKA w toku Muszę się oszczędzać... przerabiam stare łachy. JULIASIEWICZOWA No, na cioci wszystko się dobrze wyda. Czy ciocia w tym roku podwyższa? DULSKA Spodziewam się! Muszę! Wszyscy podwyższajš. Pokażę ci szpeiscetel. JULIASIEWICZOWA No, no!... DULSKA Wydobywa z szufladki papier, opiera się o stół, obie z zajęciem pochylajš się nad papierem. Suteryny całe w rumel o dwadzieœcia. Do sieni wstawię magle. JULIASIEWICZOWA Ciasno... Zęby sobie powybijajš. DULSKA To mi wszystko jedno. Ja tamtędy nigdy nie chodzę. Oba partery po pięć, pierwsze piętro, kokocica, o dziesięć... JULIASIEWICZOWA Kokocica? To za mało. Ja bym podwyższyła co najmniej o dwadzieœcia. DULSKA Tak myœlisz? JULIASIEWICZOWA œmieje się Naturalnie... ma pienišdze, lekko jej przychodzš... niech płaci. DULSKA rozjaœniona Niech płaci... JULIASIEWICZOWA œmiejšc się Niech płaci! DULSKA A więc - kokotka o dwadzieœcia, radca o dziesięć... drugie piętro... Obie zacietrzewione, pochylone nad stołem, czytajš. Kurtyna wolno spada. Ta sama dekoracja, co w akcie poprzednim. Œciemnia się powoli, długie cienie liliowoszare padajš przez zamarzłe szyby. Po scenie, jak zwierz w klatce, tam i z powrotem automatycznym ruchem chodzi Dulski w szlafroku z zegarkiem w ręku. Zamyka oczy i chodzi tak jak lalka drewniana. Wreszcie ustaje. Zaraz otwierajš się drzwi sypialni małżeńskiej i ukazuje się Dulska w gorsecie i spódnicy. SCENA PIERWSZA Dulska, Dulski, Hesia. DULSKA Felicjan! Felicjan! Dulski budzi się i patrzy na niš. ChodŸ! Czemu nie chodzisz? Jeszcze nie ma dwóch kilometrów. Ja tam rachuję! Dulski pokazuje jej zegarek. Co mi zawracasz głowę zegarkiem! Ja mam najlepszy zegar w głowie. Nie chodŸ! Nie chodŸ! Dobrze - powiem doktorowi. Umyœlnie ci każę w pokoju chodzić na Wysoki Zamek, a nie po ulicy, żeby mieć nad tobš oko, czy nie szachrujesz, a ty... zresztš to twoja rzecz. Chowa się za drzwi. Dulski zaczyna znów automatycznie chodzić. Wpada Hesia, ubrana strojnie, jasnoniebiesko, pantofelki, błękitne pończoszki. Całuje ojca w mankiet. HESIA Ojciec idzie na Wysoki Zamek? Dulski kiwa głowš. A jeszcze ma ojciec daleko? Dulski pokazuje pięć palców. Pięćset? Dulski kiwa głowš. To ojciec już koło Teatyńskiej? Dulski mruczy. Hesia œmieje się. Ale tak! Ale tak! A niech ojciec prędko idzie, bo tunel rozbijajš. Dulski patrzy na niš surowo i wzrusza ramionami. Hesia wskazuje na kanapę i przeglšda się w lustrze, Dulski podchodzi do niej i œcišga jš z kanapy. Mama nie widzi! (biegnie do drzwi pokoju dziewczšt) Mela! Mela! GŁOS DULSKIEJ Hesiu! Czy Mela ubrana? HESIA Jeszcze się pichci. Dulski staje, zgorszony, i mruczy coœ. Ojciec nie rozumie? No... stroi się. Za ojca czasów tak nie mówiono? No to co? Teraz mówiš. DULSKA wychyla się, ubrana odœwiętnie Felicjan, przestań chodzić, już jesteœ na Wysokim Zamku. Jutro pójdziesz do Kaiserwaldu. Znika. HESIA idzie do okna i chucha na szybę, œpiewa Pozamarzało jakby w jakim zlewie. Dulski oglšda się i cicho idzie do pieca, włazi na krzesło i kradnie cygaro, w tej samej chwili Hesia się odwraca i widzi to. Dulski chrzška, idzie do przedpokoju, odziewa się, wraca, podchodzi do drzwi Dulskiej, stuka, ona wychyla się. DULSKA Już cię niesie do kawiarni. No, masz, swoje dwadzieœcia centów. Teraz będę co dzień dawać po dwadzieœcia centów. Tygodniowo nie... na nic. Zaraz wszystko przetracasz z koleżkami! A wracaj na kolację! Znika. Dulski chwilę stroi się przed lustrem, wreszcie wychodzi. Hesia biegnie natychmiast do pieca, włazi na krzesło i kradnie cygaro. SCENA DRUGA Wchodzi Mela, ubrana jak Hesia, jest blada i chora. Zatrzymuje się we drzwiach, po czym biegnie ku Hesi, która pokazuje jej język i ucieka ku kanapie. MELA Hesiu! Pokaż, coœ ty wzięła? HESIA No, cygara... Wielka afera! MELA Ukradłaœ? HESIA Och!... Przed chwilš ojciec kradł także. Jak taki kamienicznik może to robić, czemu ja nie mogę? MELA Po co tobie cygara? HESIA Po co? Wy-pa-lę. MELA Och! Kiedy? HESIA Jak będzie galówka. A potem pojadę! MELA Gdzie? HESIA Nad Bałtyk. Albo nie, dam cygaro kochankowi kucharki. Powiadam ci, widziałam go. Jest pucerem. No, rozumiesz, u lejtnanta... bardzo, bardzo... MELA Jak ty możesz się przyglšdać takim? HESIA Czemu, czemu?... Cóżeœ taka blada? MELA Głowa mnie strasznie boli. HESIA Może i ty buchnęłaœ cygaro? MELA Och, nie!... Ja cišgle jestem taka słaba, tylko bym spała. HESIA Lepiej spróbuj ze mnš chass‚s, moja złota, ja cišgle zapominam, z której nogi, moja droga, znów ten nauczyciel będzie mnie wstydził... Masz, rozwišzał mi się pantofel... Hanka! Hanka! Wchodzi Hanka, blada, zmieniona. SCENA TRZECIA Mela, Hesia, Hanka. HESIA Zawišż trzewik! Cóż znów, i ty jesteœ chora? Patrz, Mela, jak ta wyglšda. HANKA Panience się tylko zdaje. HESIA Ale - ledwo się włóczysz... A teraz możesz iœć! Hanka wychodzi. Hesia kręci głowš. MELA To nic dziwnego. Ja wiem, dlaczego ona taka zmieniona. HESIA Wiesz? Powiedz! MELA Nie, Hesiu! to tajemnica. Mnie nie wolno nic powiedzieć, przynajmniej do czasu. HESIA Jak chcesz, taka tam ma tajemnice... No, no... daj łapę! Jak to chass‚s? Un, deux - un, deux... Gwiżdże. MELA Hesiu, nie gwiżdż! HESIA Aha! Ziemia się trzęsie, co? No, a teraz walca, moja brylantowa. Obejmuje jš, walcujš. MELA Dlaczego mnie tak œciskasz? HESIA Bo ja jestem mężczyznš. MELA Ale ja nie mogę oddychać. HESIA Właœnie... a jak za kobietę, to tak, o! (przerzuca się na rękę Meli) Omdlewajšco, omdlewajšco, a potem w oczy... w oczy... Ja tak zawsze robię. MELA Ty? HESIA Ja! powiadam ci, studenty czerwieniš się jak buraki. MELA Puœć mnie... HESIA Co tobie? MELA Nie wiem, ale... HESIA No, to zagraj - cichutko, żeby mama nie przyszła. Ja nie mogę wpaœć w tempo. (popycha Melę do fortepianu) Walca! Mela gra cichutko. Hesia chce tańczyć, robi pas, œmieje się, wpada w cake-walka. Mela, cake-walka! Mela gra cake-walka cichutko, Hesia skacze. Wchodzi Zbyszko. SCENA CZWARTA Też same, Zbyszko. ZBYSZKO A to co? HESIA tańczšc Cake-walk! Cake-walk! Cake-walk! A co, Ÿle? Prawda, że jest we mnie materiał na szansę? ZBYSZKO Na dwie, nie na jednš. HESIA tryumfujšco A co? ZBYSZKO Skšd ty to umiesz? HESIA Ignania mnie nauczyła. No wiesz, Ignania Olbrzycka. Jej brat Cišgle w tinglach siedzi, więc jš nauczył, a ona mnie. ZBYSZKO ironicznie Myœlałem, że cię twoja kucharka nauczyła. HESIA Ona? ZBYSZKO Przecież dopełnia twojej edukacji. HESIA Co znowu? Jak Bozię kocham - nie! ZBYSZKO z pasjš Jak to kłamie! Ech, tu wszyscy kłamiš. Ale Boga to choć zostaw w spokoju, ty przynajmniej. HESIA Znów się złoœcisz! A byłeœ już jakiœ lepszy. No, Mela, jeszcze trochę. Powiedz, Zbyszko, czy dobrze, mój królu! Tak? Tańczy. ZBYSZKO Ależ nie, przegnij się trochę jeszcze! HESIA Jak? jak?... (tańczš oboje) Jak dobrze, jak miło, jakby po powietrzu się latało! SCENA PIĽTA Ciż sami, Dulska. DULSKA wpada Co się tu dzieje? Co to za balet? ZBYSZKO Dopełniam edukacji mej siostry. DULSKA Hesia! Jak możesz tak? Co to? (do Zbyszka) Z tobš to też jest krzyż pański. Albo chodzisz jak dzik, albo wyprawiasz wariacje i dziewczyny w to wcišgasz. ZBYSZKO Dobrze już, dobrze. Po co tyle słów! Gdzież to was niesie w takiej paradzie? DULSKA Przede wszystkim nie niesie. ZBYSZKO Nogi was nie niosš? DULSKA To jest nieprzyzwoite i o tym się nie mówi. ZBYSZKO A to przyzwoite ubrać dziewczęta jak baletniczki? O! Jakie ażury! DULSKA To sš dzieci, im wolno. ZBYSZKO Ładne dzieci! Pannice, aż ha! DULSKA Wszystkie panienki z dobrych domów tak na lekcje tańca chodzš. ZBYSZKO Niech się zaprawiajš, niech się zaprawiajš... HESIA Do czego? Do czego? ZBYSZKO Jak doroœniesz, będziesz się dekoltować na bal od góry, a teraz, jako dziecię naiwne, od dołu. DULSKA Zbyszko! Milcz! Jak œmiesz?! (do Meli) Cóżeœ taka blada? ZBYSZKO Cóż dziwnego - zmarzła! Œciemnia się. MELA Głowa mnie strasznie boli. Mamusiu, ja bym nie poszła... DULSKA Pokaż język! Biały. Znów coœ zjadłaœ! (przykłada jej rękę do głowy) Rozpalona. No, z tobš... to też! Może cię kłuje, co? MELA Tu mnie boli. DULSKA W lewej łopatce? Połóż sobie regolo. Jest tam używane, takie, co ojciec przykładał. I rozbierz się! ZBYSZKO Z czego? Ona już rozebrana. Niech się raczej ubierze. DULSKA Hesia! Płaszczyk, rękawiczki! ZBYSZKO Piechotš idziecie? Ona - tak? Jeszcze was zaaresztujš. DULSKA Rany boskie, nie wytrzymam! A lampy jeszcze nie zapalać (do Zbyszka) Wychodzisz? ZBYSZKO Nie. DULSKA To przypilnuj pieca. My wrócimy za godzinę. Mela, idŸ się przebrać! Hesia i Dulska wychodzš. Mela do swego pokoju. SCENA SZÓSTA Zbyszko sam, póŸniej Hanka. Zbyszko chwilę stoi nieruchomy, potem wycišga ręce leniwym, znużonym ruchem przed siebie, zwraca się do pieca, otwiera drzwiczki kopnięciem nogi, przysuwa sobie fotel, siada i siedzi tak spokojnie z papierosem przylgniętym do ust, z rękš opuszczonš na dół. Œwiatło czerwonawe go oœwietliło. Jest znużony i smutny. Drzwi się otwierajš cicho, wsuwa się Hanka, widzi go, przybliża się, przyklęka i delikatnie, z jakšœ psiš pokorš całuje go w rękę. On głaszcze jš po głowie, czyni to machinalnie, nie patrzšc na niš. ZBYSZKO No, już dobrze... dobrze... HANKA Proszę pana... ja... ZBYSZKO Co? Czego? HANKA Ja idę tam, gdzie pan kazał... ZBYSZKO A... tak! IdŸ! idŸ! A nie bój się, tylko mów œmiało i wyraŸnie, jak i co. Hanka klęczy, nieruchoma, otulona w fałdy chustki. No, czemu nie idziesz? HANKA A bo ja wiem, tak mi jakoœ... ZBYSZKO Ach, nie marudŸ... IdŸ, bo wrócš! HANKA wstajšc Pójdę... Wychodzi powoli, słychać, jak zatrzaskuje za sobš ciężko drzwi. SCENA SIÓDMA Zbyszko, Mela. Mela w kaftaniczku, głowa zwišzana. Podchodzi cicho do Zbyszka i siada na małym stołeczku naprzeciw niego. MELA nieœmiało Zbyszko! ZBYSZKO Nie położyłaœ się? MELA Nie mogę. Jeszcze mi gorzej. Czy ci nie przeszkadzam? ZBYSZKO Nie. Ty jeszcze z całej familii jesteœ najmożliwsza. Może dlatego, że jesteœ chora, więc jest w tobie coœ milszego, coœ innego jak u tamtych. MELA Coœ innego? I czy myœlisz, że dlatego, że jestem chora? ZBYSZKO Tak. Nie masz dużo sił życiowych, więc nie idziesz rozbijajšc łokciami przez życie, ale się... skradasz. Rozumiesz, co? MELA Tak. Mnie się także zdaje, że ja się wszystkim usuwam, że mnie lada chwila ktoœ potršci, że... ZBYSZKO To Ÿle. Panna Dulska powinna iœć naprzód tak... rozumiesz? Ktoœ potršci, ty jego... To powinna być nasza zasada. Jak najwięcej miejsca. Fr die obere zehn tausend milionen kołtunen! MELA patrzy na niego chwilę Zbyszko, dlaczego ty nas wszystkich tak nie lubisz? ZBYSZKO Za mało: "nie lubisz"! Ja was wszystkich nienawidzę i siebie razem z wami. MELA Siebie nienawidzisz także? A ja to znowu... Pozwól mi trochę z tobš porozmawiać. Dobrze? Jak szara godzina nadejdzie, to ja dałabym wszystko, żeby móc z kimœ dobrze, cicho, spokojnie porozmawiać. Tylko że u nas to niepodobna. Jak w tartaku. Mama mówi, że się pracuje, ale przecież można i myœlš popracować, prawda, Zbyszku? Osuwa się przed nim tak, że œwiatło z pieca oœwietla grupę tych dwojga smutnych i zagnębionych. ZBYSZKO Mów... mów... MELA Ty siebie nienawidzisz, a ja to siebie żałuję. Strasznie. Nie dzieje mi się nic złego; mam ojca, mamcię, was, chodzę na pensję, jestem prosta, dbajš o mnie, dajš mi żelazo, nacierajš wodš, uczę się wszystkiego... a przecież, przecież, Zbyszko, mnie się zdaje, że mi się dzieje jakaœ krzywda, że mnie ktoœ więzi, że mi œciœnięto gardło, że... Ja ci tego opowiedzieć nie mogę, ale... ZBYSZKO To Ÿle, Melo, że ty tak czujesz, Ÿle! Najlepiej pozbšdŸ się tych sensacji. Niedługo wyroœniesz, pójdziesz dobrze za mšż i będziesz œwiat rozbijać łokciami. MELA Nie, pójdę do klasztoru. ZBYSZKO Gadanie! Głębsza warstwa weŸmie górę, będziesz taka jak mama. MELA Ojciec przecież łokciami ludzi nie roztršca. ZBYSZKO Bo ojciec wybrał dogodniejszš drogę: mama za niego łokciami się przez œwiat przepycha, a on za niš. MELA po chwili To wszystko bardzo jakieœ smutne. ZBYSZKO Koń by zapłakał. MELA Ty ze wszystkiego się œmiejesz. ZBYSZKO Tak œmiejš się wisielce. Chwila milczenia MELA nieœmiało Zbyszko! ZBYSZKO Co jeszcze? MELA Chciałam ci coœ powiedzieć, ale... nie będziesz krzyczał? To, widzisz, z najlepszego serca. Bo... wtedy... jak ja widziałam... ZBYSZKO Co? MELA ciszej Ciebie i Hankę. Tak mnie skrzyczałeœ strasznie, a ja właœnie... ZBYSZKO Czego ty o tym mówisz? MELA Bo mi żal i ciebie, i Hanki. Ja cišgle o was myœlę. Ja się nawet za was modlę. Bo wy musicie być bardzo nieszczęœliwi. ZBYSZKO My? Dlaczego? MELA Jakże? Ona prosta sługa, ty urzędnik z prokuratorii skarbu... Jakże... i kochacie się... To bardzo smutne. Mamcia będzie się bardzo sprzeciwiać. ZBYSZKO Sprzeciwiać? MELA No, jak się będziecie pobierać. ZBYSZKO Czyœ ty oszalała? Ja z Hankš? MELA Cóż z tego, że ona niby niżej. Przecież Zygmunt August i Barbara... ZBYSZKO Ty jesteœ jeszcze głupsza, jak myœlałem. MELA Proszę cię... Tylko mi nie wymyœlaj. Ja będę po waszej stronie. Ja nauczę Hankę mówić po ludzku i jeœć widelcem, i będę jš uczyć tego, co umiem, aż ona będzie taka jak my. Ja wam dopomogę. ZBYSZKO Ty jesteœ okaz! MELA Tylko jest coœ, co mnie bardzo martwi. Nie wiem, czy ci to powiedzieć... ZBYSZKO No, wyduœ! MELA Tylko ty Hance tego nie mów! Daj słowo. Oto... Hanka ma na wsi... narzeczonego. Tak, tak. Ale się nie martw. Ona go nie kocha. To finanzwach. Ja znalazłam korespondentkę od niego do Hanki. Tam było œlicznie napisane: "Panno Haniu! Szanowna Pani! Gołębiem œlę tę kartę pod nóżki panny i pytam, czemu pisanie od niej takie rzadkie..." Tak było. O, "gołębiem..." - to ładnie. Choć na tej kartce nie było gołębia, tylko była różowa œwinka i cztery prosięta, ale on zawsze tak z serca to napisał. I on jš musi kochać. Tylko że ona mu nie odpisuje, i to Ÿle z jej strony, bo on tam pisze... ZBYSZKO Proszę cię o jedno: nie wtršcaj ty się w te sprawy! Głowa cię boli. IdŸ, połóż się! MELA Ja tylko tak z dobrego serca. ZBYSZKO Ja wiem. MELA wstaje, nieœmiało I... nie gniewasz się? ZBYSZKO Nie! ChodŸ, pocałuj mnie! MELA całuje go To... ty mnie nie nienawidzisz? ZBYSZKO głaszcze jš Nie. Teraz nie. MELA Dziękuję ci. Tak miło, kiedy ktoœ łagodnie mówi... Dziękuję ci, Zbyszko. Wychodzi cichutko do swego pokoju. Zbyszko wstaje, idzie do okna, skšd pada œwiatło zapalonej latarni, opiera czoło o szyby i tak zostaje. Wchodzi Hanka spłakana, otulona chustkš, przystępuje do Zbyszka i mówi cicho. SCENA ÓSMA Zbyszko, Hanka. HANKA Proszę pana... ZBYSZKO I co? I co? HANKA Tak jest, jak ja mówiłam. Zanosi się cicho od płaczu. ZBYSZKO Ładna historia! A to pech! Zaczyna chodzić po pokoju. Hanka pozostaje przy oknie w smudze œwiatła, tragiczna w fałdach swej czarnej chustki. HANKA Co ja teraz zrobię! ZBYSZKO JedŸ do domu. HANKA Ale! Żeby mnie tatko skórę zdarli. Nie pojadę! ZBYSZKO Zresztš nie becz. Jeszcze daleko, może się jeszcze co zmieni. HANKA Ale!... Takim jak ja - to Cygany los wyklnš. Mnie zawsze najgorsze: się trafi. Potrzebne mi to było! Boże! Boże! To chyba się utopić. ZBYSZKO Dużo by ci pomogło! HANKA Œmierć na wszystko pomoże. ZBYSZKO Głupia jesteœ! HANKA Ale!... Płacze ZBYSZKO Cicho bšdŸ! Nie płacz, bo mnie diabli wezmš... HANKA zakrywa się chustkš i stara się stłumić łkanie. Długa chwila milczenia. Proszę pana, co ja teraz zrobię? ZBYSZKO patrzy na niš przez chwilę, potem wychodzi do swego pokoju A to pech! A to pech! Hanka wybucha spazmatycznym płaczem tulšc się do œciany. Na palcach ze swego pokoju wysuwa się Mela. SCENA DZIEWIĽTA Mela, Hanka. MELA podchodzi do Hanki i staje przed niš zafrasowana Hanka! Ja słyszałam, że się Zbyszko o coœ na ciebie gniewał. Prawda? HANKA Nie. MELA Ale słyszałam. I boję się, że to przeze mnie. Pewnie o tego narzeczonego, co go masz na wsi. Ale dlaczego Hanka się z tym kryła? Tylko teraz to już trzeba przestać do niego pisać. Co się tak na mnie patrzysz. Ja wszystko wiem... Hanka patrzy na niš przerażona. No, wszystko, co się ciebie i Zbyszka dotyczy, rozumiesz? Hanka zakrywa twarz chustkš. I nie trzeba się bać. Ja będę z wami. Ojca też na waszš stronę przekabacę. Wszystko się zmieni - i gdy już œlub się odbędzie... HANKA Ta co panienka mówi! Któż by się ze mnš teraz ożenił? MELA Jak to kto? HANKA Ano któż by cudze dziecko wzišł? MELA zdziwiona Cudze dziecko? O czym ty mówisz, Hanka? A może ty już wdowa, że masz dziecko? I tego Zbyszkowi nie mówisz... HANKA po chwili Cóż panienka mówi, że wszystko wie! MELA No... niby ty i Zbyszko. To będzie mezalians, ale trudno... Hanka milczy, gryzie róg chustki i patrzy w ziemię. Dlaczego nic nie mówisz, Hanka? Dlaczego cišgle płaczesz? Przecież ja do ciebie z najlepszš intencjš. Nie płacz, to się jakoœ ułoży. HANKA ryczšc Nic się nie ułoży... pomsta na mnie, nieszczęœcie... Och, czemu się ja rodziłam! MELA Boże! Nie płacz, Hanka... HANKA Ażebym nogi połamała, nimem tu nastała! MELA Hanka, nie płacz, bo mnie serce pęknie. Pochyla się nad niš HANKA Niech mnie panienka puœci! SCENA DZIESIĽTA Mela, Hanka, Juliasiewiczowa. JULIASIEWICZOWA Jest tu kto? W kuchni drzwi otwarte... (spostrzega Melę i Hankę) Cóż wy tu robicie po ciemku? Hanka ucieka. Co Mela ma za konszachty ze sługš? MELA podniecona To nie żadne konszachty, tylko to całkiem co innego. Hanka jest bardzo nieszczęœliwa, a ja jš pocieszam. JULIASIEWICZOWA Najlepiej zapal lampę. Mela zapala lampę. I dlaczegóż to Hanka taka nieszczęœliwa? MELA Och! To straszna historia! JULIASIEWICZOWA Niech mi jš Mela powie. MELA Nie mogę, ciociu... nie mogę, ale to jest okropne - to może się strasznie skończyć! JULIASIEWICZOWA Najlepiej mi powiedzieć, może ja znajdę jakš radę. MELA To prawda. Ciocia taka mšdra, to najlepiej potrafi z mamciš sobie poradzić. Siadajš przy stole pod lampš. JULIASIEWICZOWA A cóż tu mama będzie mieć do czynienia? MELA Jak to? Ona głównie! (po chwili) Ja cioci powiem wszystko jak na spowiedzi. Ale, ciociu, jak ciocia mnie zdradzi, że to ja... to... już nie wiem co. Ciociu, ciociu! Tu stało się nieszczęœcie. Zbyszko zakochał się w Hance. JULIASIEWICZOWA parska œmiechem Tylko tyle? MELA Ciociu, niech się ciocia nie œmieje! To Bóg wie co z tego może być, bo mama nie pozwoli na to małżeństwo. Zobaczy ciocia! JULIASIEWICZOWA Najprzód, skšd to wiesz? MELA Ja... podpatrzyłam. Niechcšcy! Jak Bozię kocham. Ja zaraz potem oczy zamknęłam. JULIASIEWICZOWA Lepiej było przedtem. Cóżeœ widziała? MELA Ciociu, oni się muszš pobrać! Oni się już całujš! JULIASIEWICZOWA œmieje się No, skoro się już całujš... MELA Tak, tak. Ja, odkšd to zobaczyłam, to sypiać nie mogę już zupełnie. Co sobie przypomnę, to mnš coœ tak dziwnie zatarga. I płakać mi się chce, i smutno, i miło... Ale to ja - a mama to z pewnoœciš Zbyszka przeklnie. JULIASIEWICZOWA Nie bój się, cielštko. Mama Zbyszka za to nie przeklnie. MELA Żeby to jeszcze tylko, ale jest jeszcze dziecko, dużo komplikacji. Jest jeszcze finanzwach tam na wsi - i potem to już nie wiem... jest jeszcze cudze dziecko. JULIASIEWICZOWA Cudze dziecko? MELA No, tak! Hanka mówiła. JULIASIEWICZOWA zainteresowana No... no... jak mówiła? MELA Ja jej mówię, pójdziesz za mšż, niby za Zbyszka, ja cišgle myœlałam. A ona nie płacze, ale ryczy, i woła: "A kto mnie teraz z cudzym dzieckiem weŸmie!" JULIASIEWICZOWA Tak powiedziała? MELA Ciociu, ja nigdy nie kłamię. Tylko... ja tego wszystkiego, ani weŸ, pokombinować nie mogę. A ciocia co rozumie? JULIASIEWICZOWA Rozumiem! Rozumiem! MELA opierajšc się o stół Niech mi ciocia wytłumaczy, moja najdroższa! JULIASIEWICZOWA Nie, panienko. Ja ci tego nie wytłumaczę. Tylko niech Mela pamięta: trzymać języczek za zębami. Ani słowa o tym do nikogo! Ani słowa! I dalej nie podpatrywać! Jakby się co znów zobaczyło, oczy zamknšć. MELA A ciocia się tym zajmie? JULIASIEWICZOWA Może... MELA Moja ciociu œwięta, oni się jeszcze wykradnš albo zabijš! Tak było w Kijowie... Cicho... Zbyszko! SCENA JEDENASTA Też same, Zbyszko. Zbyszko ubrany jak do wyjœcia. JULIASIEWICZOWA Jak się masz? Wychodzisz? ZBYSZKO Tak. JULIASIEWICZOWA Znów się puszczasz? ZBYSZKO Znów. JULIASIEWICZOWA Siedziałeœ przecież częœciej już w domu. ZBYSZKO Widocznie mam już dosyć. JULIASIEWICZOWA Szkoda, lepiej wyglšdasz. Utyłeœ trochę. MELA Zbyszko, zaraz wrócš wszyscy, będzie herbata. ZBYSZKO Nie czekajcie na mnie. MELA Mama będzie znów zła. ZBYSZKO Dajcie mi spokój! JULIASIEWICZOWA Mógłbyœ być grzeczniejszy! ZBYSZKO Po co? JULIASIEWICZOWA Choćby ze mnš... Tak się zachowujesz... ZBYSZKO Moja droga, raz chcesz, aby ci uchybiać, i aż prosisz się o to, to znów, aby cię szanować. Wybierz już raz: matrona czy kokota. JULIASIEWICZOWA wœciekła Najlepiej zrobię, jeœli z takim brutalem mówić nie będę. ZBYSZKO Najlepiej. A przestań się malować, bo wyglšdasz jak kamienica odnowiona na przyjazd cesarza. BšdŸ zdrowa! JULIASIEWICZOWA Tak! Ej, żebyœ nie pożałował twojej brutalnoœci! ZBYSZKO Ja nigdy niczego nie żałuję. Wychodzi. MELA On znów taki zły jak dawniej. I z Hankš się tak kłócili! Tak kłócili! O, mamcia idzie przez kuchnię. SCENA DWUNASTA Dulska, Hesia, Juliasiewiczowa, Mela, póŸniej Dulski. DULSKA do Juliasiewiczowej Jak się masz! Cała jestem wzburzona. JULIASIEWICZOWA O cóż chodzi? DULSKA W tramwaju znów awantura. Jak Hesia siedzi, to przecież wyglšda na dziecko, co nie ma metra wysokoœci. Mówię jej: Skurcz się... HESIA E, proszę mamy! DULSKA Ona na złoœć się wycišga i zaraz potem z konduktorem secesja, wszyscy się patrzš... JULIASIEWICZOWA Ach, bo o ten cent czy dwa... DULSKA Kto nie szanuje grosza, ten niewart... Hanka, nakrywaj! My tu pijemy herbatę teraz, bo piec w jadalni coraz gorszy. JULIASIEWICZOWA Czemu go ciocia nie poprawi? DULSKA Albom ja głupia? I tak na przyszły rok nie będę tu mieszkać, tylko wynajmę. Wtedy mi lokator piec poprawi. Idę włożyć szlafrok. Hesia, przebrać się! Mela, zajmij się herbatš. Wychodzi. Hanka nakrywa. Juliasiewiczowa obserwuje Hankę. HESIA Dziœ była marna lekcja - dobrze zrobiłaœ, że cię nie było. Same sztubaki... Wybiega. JULIASIEWICZOWA Hanka! Cóżeœ tak zmizerniała? HANKA Zęby mnie bolš. JULIASIEWICZOWA Zęby? Wchodzi Dulska. DULSKA w szlafroku Żywo! Samowar, bułki... Wypijesz z nami herbatę? JULIASIEWICZOWA Dobrze. Wchodzi Mela, niesie ksišżkę i koszyk z robotš, póŸniej Hesia z zeszytami i ksišżkami; siadajš przy stole. Dulska i Juliasiewiczowa siadajš także przy frontowej stronie stołu. DULSKA Szczęœliwa jestem, że już jestem w domu. Dla kobiety nie ma jak dom. Ja to zawsze powtarzać będę. Zawołajcie Zbyszka! MELA Zbyszko wyszedł. DULSKA Wyszedł? MELA Ale pewnie zaraz wróci. JULIASIEWICZOWA A mówiła ciocia, że się poprawił. DULSKA Bo też tak jest. Przekonał się, że nie ma jak dom i rodzina. Musiało mu coœ wypaœć. JULIASIEWICZOWA Wcale nie. Mówił, że mu już zbrzydł ten dom i ta rodzina. DULSKA Mówił? JULIASIEWICZOWA Tak. Przed chwilš. Zresztš nie mówił tak wyraŸnie. Co mu tam zbrzydło, nie wiem... Doœć, że poszedł. HESIA Będzie się znów lumpował. DULSKA Patrz swego nosa! Z tym chłopcem już nie ma rady. Już mu tak dogadzam, żeby go tylko w domu przytrzymać. JULIASIEWICZOWA znaczšco E, proszę cioci, może właœnie to dogadzanie osišga przeciwny cel. DULSKA Nie rozumiem. Przecież gdzie może być mu lepiej jak w rodzinnym kole? JULIASIEWICZOWA Hm! DULSKA do Meli Co ty za miny do ciotki wyprawiasz? JULIASIEWICZOWA Do mnie? Zdaje się cioci. A co do tego rodzinnego koła... DULSKA Co ty wiedzieć możesz o tym. Wiecznie tylko gdzieœ latasz. I przyznam ci się nawet, że zaczynajš coœ o tobie mówić. JULIASIEWICZOWA O każdym mówiš. DULSKA O tobie mówiš to, co sama chcesz, aby mówili. JULIASIEWICZOWA Na przykład? DULSKA Że jesteœ kokietka. JULIASIEWICZOWA E! DULSKA Wywołujesz takš opinię. Dlaczego o mnie tego nikt nie powie! JULIASIEWICZOWA podrażniona Mogłaby ciocia przy dziewczynkach nauk mi nie dawać. DULSKA To sš dzieci, więc nie rozumiejš. A potem, niech nawet słyszš, to będzie dla nich naukš na przyszłoœć, to ich nauczy, gdzie zaprowadzić może lekkomyœlnoœć i chęć przypodobania się. Wchodzi Dulski, wita się z Juliasiewiczowš skinieniem ręki, wyjmuje z kieszeni gazetę i siada koło stołu. Zaczyna czytać. JULIASIEWICZOWA coraz więcej podrażniona Doprawdy, że ciocia dziwnie pojmuje goœcinnoœć... DULSKA Moja droga. Ja przede wszystkim pojmuję moralnoœć i tę mam na względzie, czy tu w domu, czy... JULIASIEWICZOWA To znaczy, że moje życie jest niemoralne? DULSKA Na zewnštrz! Cišgle cię widzš na ulicy. JULIASIEWICZOWA Nie mogę chodzić po dachach. DULSKA Ufarbowałaœ włosy na rudo. Gdzie widziałaœ uczciwš kobietę z rudymi włosami? JULIASIEWICZOWA No, tego już nadto! DULSKA Wczoraj na przykład Krężlowa mówiła... JULIASIEWICZOWA wstajšc E, już dosyć tego! Doprawdy, ciocia uwzięła się, aby mnie denerwować. Ja do cioci spraw nie zaglšdam. A może także niejedno dałoby się powiedzieć. DULSKA Proszę, proszę! Moje sumienie jest czyste i nie boję się dnia białego. JULIASIEWICZOWA No... już lepiej tu w biały dzień nie zaglšdać! Dopatrzyć by się tu można niejednego. A zresztš niech mnie ciocia nie wyzywa, bo doprawdy... DULSKA wyzywajšco Proszę, proszę powiedzieć, proszę się nie krępować. JULIASIEWICZOWA Mam wzglšd na dzieci. DULSKA Hesia, Mela, proszę wyjœć! Felicjan, i ty zabieraj się także... Hesia, Mela wychodzš. Dulski bierze gazetę, idzie do sypialni. Proszę cię, jesteœmy same. Mów, co mi masz powiedzieć. JULIASIEWICZOWA Doprawdy, że ciocia zasługuje na to, ażeby się dowiedziała. I to cioci powiem, że jeżeli ciocia do mego domu zaglšda, to przede wszystkim ciocia powinna swój z brudów oczyœcić. DULSKA U mnie nic brudnego się nie dzieje. A przynajmniej po ulicach mój dom nie jest głoœny. JULIASIEWICZOWA Będzie, będzie... jak się porzšdnie rozkrzyczy w swoim czasie. DULSKA Cóż to za iluzje? JULIASIEWICZOWA Wytłumaczę, jak mnie ciocia na chrzciny poprosi. DULSKA Moja pani, niesmaczne żarty! Ja i Felicjan dawno już głupstwa wybiliœmy sobie z głowy. JULIASIEWICZOWA Ja też nie mówię, że ciocia będzie matkš, ale babkš! DULSKA Co? Jak? JULIASIEWICZOWA Zbyszko się o to postarał. DULSKA Zbyszko? Zbyszko? JULIASIEWICZOWA I... Hanka! DULSKA Jezus, Maria! Co, jak? Kłamiesz! Kłamiesz! Chcesz mnie chyba zabić! Strach! Nie doœć, że mnie delożowali stróża jeszcze takie coœ wymyœlajš. JULIASIEWICZOWA Ja kłamię? Najlepiej niech ciocia sama się Hanki zapyta. DULSKA Skandal! Hanka! Hanka! chodŸ tu w tej chwili! JULIASIEWICZOWA Ja wolę tego nie słyszeć. Idę do dziewczšt. A jak ciocia się przekona, że nie skłamałam, to mnie ciocia przeprosi. DULSKA Jutro rano! úHanka! Hanka! Juliasiewiczowa wychodzi szybko. Wpada Hanka z bieliznš da magla. SCENA TRZYNASTA Dulska, Hanka HANKA Wielmożna pani wołała? Ja do magla... DULSKA Hanka! Odpowiadaj, ale tak jak przed księdzem, czy to prawda, że ty... że ty jesteœ... że... Hanka cofa się pod œcianę i stoi nieruchoma, z oczyma szeroko otwartymi. Dulska naprzeciw niej, groŸnie w niš wpatrzona. Odpowiadaj! HANKA z wysiłkiem Tak, proszę wielmożnej pani. DULSKA Może kłamiesz? Może chcesz nacišgnšć? HANKA Nie kłamię! DULSKA Jak Boga chcesz mieć przy skonaniu? HANKA Jak Boga chcę mieć przy skonaniu! Długa chwila milczenia. Hanka stoi nieruchoma, oparta plecami o œcianę. Po jej twarzy płynš duże, ciężkie łzy. DULSKA po chwili Oddam ci ksišżeczkę, zapłacę do pierwszego i wynoœ się. HANKA Ja wolę pójœć zaraz. DULSKA opamiętywuje się. Tak będzie lepiej. Pakuj się. Połóż bieliznę. Ja takich dziewczyn, co o swojš dobrš sławę nie dbajš, nie mogę u siebie trzymać. Wyniesiesz się zaraz... Idę po ksišżeczkę. Wychodzi do sypialni. Hanka stoi nieruchoma chwilę, wreszcie ociera twarz i kieruje się do kuchni. Juliasiewiczowa wychodzi z pokoju dziewczšt. SCENA CZTERNASTA Juliasiewiczowa, Hanka, póŸniej Mela, Zbyszko. JULIASIEWICZOWA Hanka! HANKA Co? JULIASIEWICZOWA Co się stało? HANKA z wybuchem płaczu Wielmożna pani wyrzuca mnie. JULIASIEWICZOWA Zobacz się z panem Zbyszkiem. HANKA Ale... co mi tam! Niech ich za mojš krzywdę! Wypada do kuchni. MELA Ciociu! Ciociu, i co, i co? Ja się tak boję! JULIASIEWICZOWA IdŸ do siebie! Nie pokazuj się. MELA Boże mój! Ciociu, niech ich ciocia nie opuszcza. Juliasiewiczowa wpycha jš do pokoju dziewczšt. Wchodzi Zbyszko. ZBYSZKO do Juliasiewiczowej Ty tutaj? To dziwne... Tam twój oficer spaceruje przed bramš i czeka. JULIASIEWICZOWA A tobie co do tego? Patrz lepiej, żebyœ ty nie miał to, na coœ zasłużył. ZBYSZKO Cóż to za ton? JULIASIEWICZOWA To ty zmień twój ton. Będziesz ty inaczej za chwilę œpiewał! Wydały się twoje sprawki z Hankš. ZBYSZKO A... psiakrew! JULIASIEWICZOWA Aha, klnij! Dużo ci pomoże! Matka Hankę teraz wypędza. Ciekawa jestem, co twój honor uwodziciela każe ci teraz zrobić dla twej... ofiary! Œmieje się ironicznie ZBYSZKO chwyta za kapelusz Żmija! JULIASIEWICZOWA Byłam pewna. Kapelusz w rękę i fiut! Najlepszy punkt wyjœcia. ZBYSZKO Milcz! Nie doprowadzaj mnie do pasji. SCENA PIĘTNASTA Dulska, Juliasiewiczowa, Zbyszko. DULSKA w ręku ksišżeczka Hanka! A, ty tu? Nie wychodŸ!... Mam z tobš porachunek. ZBYSZKO Tak, tak. Wiem już, o co chodzi. I... pokazałaby mama wiele taktu, gdyby o tym nie mówiła. DULSKA Taktu! Taktu! Ty œmiesz mówić o takcie? Ty, który taki skandal wywołałeœ pod rodzicielskim dachem! Jak się to rozniesie po ulicy, to chyba dom sprzedać i wynieœć się do Brzuchowic czy na Zamarstynów. ZBYSZKO To moja rzecz. DULSKA Bezwstydnik! Do tego doprowadzić, żeby mi potem byle kto oczy tym wykalał. JULIASIEWICZOWA O, przepraszam! Tym "byle kto" to mam być ja? Tego już zanadto. I ciocia tak mówi? A czy wie ciocia, że ja potrzebuję tylko dwa słowa powiedzieć, aby ta œliczna historia inaczej wyglšdała? DULSKA Co powiesz, to będzie kłamstwo. Takiej jak ty nikt nie uwierzy. JULIASIEWICZOWA Jaka ja jestem, to jestem, ale nigdy nie dopuœciłabym się tego, czego się tu dopuszczono. (do Zbyszka) Wiedz o tym, że ciocia o Hance od poczštku wiedziała. DULSKA Nieprawda! JULIASIEWICZOWA Aha! Nieprawda! Przez palce się patrzyło, przez palce. Dopiero teraz, jak grozi głoœny skandal, to na Zbyszka, na Hankę... ZBYSZKO A to ładna historia! I w jakim celu? JULIASIEWICZOWA Żebyœ w domu siedział... ZBYSZKO A... rozumiem! DULSKA Ona kłamie! ZBYSZKO Ona prawdę mówi. To bardzo na maminš moralnoœć patrzy. DULSKA bije pięœciš w stół Kłamie! JULIASIEWICZOWA tak samo Nie kłamię! ZBYSZKO tak samo Prawdę mówi! Ja to czuję, ja to wiem! To jest to, co tu pełza tak brudno, tak ohydnie - co to za œcianę byle nie wyszło. Ale kto wiatr sieje, ten burzę zbiera! Hanka! Biegnie do kuchni. Mela i Hesia ukazujš się na progu. DULSKA Zbyszek! ZBYSZKO A chce mama wiedzieć, co zrobię? Chce mama wiedzieć? Ja się z Hankš ożenię! DULSKA Jezus, Maria! Szlag mnie trafi! MELA Mamo, przebacz im! Błogosław! DULSKA Odczep się! Zbyszko wcišga Hankę. Hanka, rzuć te łachy! Zostaniesz tutaj na zawsze. HANKA Kiedy mi pani wypowiedziała. ZBYSZKO Zostaniesz! Ja się z tobš ożenię. HANKA Rany boskie! DULSKA Ja nie pozwolę. ZBYSZKO To się na nic nie zda. JULIASIEWICZOWA Zbyszko, upamiętaj się! DULSKA do Dulskiego, który wszedł i patrzy zdumiony Felicjan, widzisz, jakš twój syn daje nam synowš?.. Dulski zainteresowany podchodzi. No, ruszże się, ty ojciec... Przeklnij go czy co, może się upamięta. ZBYSZKO To na nic. Tak będzie! Niech raz taka szpetota unurza się we własnym błocie. DULSKA Rany boskie! Jak mi się kto spyta, jak moja synowa z domu... ZBYSZKO To powie mama, że nie z domu, ale z chałupy. To będzie najgorsza kara. Hanka, padnij do nóg i proœ o błogosławieństwo... HANKA Proszę wielmożnej pani, ja przecież... DULSKA IdŸ precz! Felicjan, odezwij się! DULSKI A niech was wszyscy diabli!!! Odchodzi do sypialni. DULSKA pada na kanapę Nie wytrzymam, daję sławo, nie wytrzymam... ZBYSZKO Siadaj, Hanka, siadaj rzędem obok mamy! Teraz tu twoje miejsce. Sadza gwałtem Hankę na kanapę. JULIASIEWICZOWA Zbyszko! Dzwonek, Hanka się zrywa i chce biegnšć otworzyć. ZBYSZKO SiedŸ! Nie ruszaj się! HANKA Ja chcę otworzyć... HESIA Ktoœ idzie. ZBYSZKO sadza gwałtem Hankę i stajšc na progu przedpokoju mówi Niech kucharka idzie otworzyć i powie, że obie panie Dulskie przyjmujš! Zasłona spada. Scena przedstawia ten sam pokój. Ranek, story podniesione, szare œwiatło dnia zimowego, pod nie rozpalonym piecem drzemie na stołeczku niskim Hanka, owinięta w chustkę czarnš. Za podniesieniem zasłony słychać wicher łopoczšcy o szyby. Chwila milczenia. Słychać tylko, jak Hanka oddycha ciężko i od czasu do czasu jęczy: "Jezus!" Drzwi otwierajš się, wchodzi cichutko Mela w barchanowej spódniczce białej, koszulce i narzuconym na plecy barchanowym kaftaniku. Włosy ma rozpuszczone. W rękach bułka i garnuszek z kawš. Chwilę waha się. Biegnie do drzwi sypialni małżeńskiej, słucha, wreszcie wraca, pochyla się nad Hankš i delikatnie, ostrożnie budzi jš. SCENA PIERWSZA Mela, Hanka, póŸniej Hesia. MELA Andziu, Andziu! ZbudŸ się! HANKA Ha? co?... MELA ZbudŸ się, moja biedna Andziu! HANKA A!... to wielmożna panienka... ja zaraz... po mleko... Trze oczy. MELA Nie, nie. Ty już teraz nie pójdziesz po mleko. Już kucharka przyniosła. Ja się œniadaniem zajęłam. HANKA A wielmożna pani? MELA Mama słaba, leży... Masz trochę kawy. Napij się! I bułkę zjedz. HANKA przypomina sobie A... tak, tak... Zapomniałam, teraz już wiem (zaczyna płakać). O Jezu! Jezusiczku! MELA Czego płaczesz? Teraz wszystko na najlepszej drodze. Najgorsze przeszło. Już mamcia wie o wszystkim. Nie chce pozwolić, ale musi. Tylko teraz ty i Zbyszko musicie być stałymi i przemóc wszystko swojš miłoœciš. Mama sama będzie wzruszona... HANKA Ja pójdę w piecach palić... MELA Nie, nie! Daj spokój. Lepiej, żebyœ już się do niczego nie mieszała. Bo jak zaczniesz znów być służšcš, to będzie jeszcze gorzej. SiedŸ tu spokojnie i czekaj, co będzie. HANKA A bielizna nie zmaglowana... MELA Nie turbuj się. Teraz się przyjmie pokojowš i ona już za ciebie to wszystko zrobi. Ty teraz jesteœ narzeczona Zbyszka, to przecież nie możesz chodzić do magla ani w piecach palić. Pij kawę... moja złota... HANKA Dziękuję panience, nie mogę. Mnie tak od tego wczorajszego, że aż no... ha... (obciera nos) O Jezu! MELA przykuca przed niš Moja Andziu, ja wiem, że to przykre przejœcie, ale to trudno. Zobaczysz, że jeszcze będziesz bardzo szczęœliwa ze Zbyszkiem. Ubierzesz się inaczej, natrę ci ręce glicerynš, nauczę cię ładnie pisać, nie będziesz nic robić. HANKA E! Gnić bez roboty... MELA Ha, będziesz mieć inne zajęcie. Potem ja będę zawsze z tobš i przy tobie. Ja za mšż nie pójdę, bo ja nie mam zdrowia, a mamcia mówi, że do zamšżpójœcia to trzeba mieć końskie zdrowie. I właœnie chciałam ci powiedzieć, że... co do tego jakiegoœ dziecka, coœ ty mówiła, a co ja nie rozumiem, to jeżeli ty już byłaœ zamężna i boisz się, że niby podobno mężczyŸni niechętnie się żeniš z wdowami, co majš dzieci... to nie bój się. Ja się tym dzieckiem zajmę, wychowam. A co by mi mamcia dała na wyprawę czy na posag, to dla dziecka oddam. Ja sobie tak umyœliłam dziœ w nocy. Ja chciałam iœć do klasztoru, bo tam cicho i tak miło musi być za murami, jak dzwonek rano dzwoni w maju. Ale przecież i na œwiecie można mieć ciszę. I wolę się dla ciebie poœwięcić. No... jedz bułkę... jedz... A ty za to musisz być dla mnie bardzo dobra i mówić do mnie: "Moja złota, dobra, kochana Melu...", no... powtórz... HANKA Co też panienka... co też panienka... MELA Mów mi Melu, a ja tobie Andziu. HANKA Kiedy ja Hanka. MELA Nie, jak Zbyszkowa żona, to Andzia. HESIA wpada w jednej pończoszce, skacze na jednej nodze Pycha... dziewišta blisko, w domu cisza... pensja się wœciekła na dziœ... pycha! MELA Cicho! Mamcia chora. HESIA Dziœ cały dom chory. Nikt nie idzie do roboty, tylko tatko, naturalnie. (do Hanki) Cóż ty? Belle soeur! a!... hi... hi... Serwus, czupiradło! MELA Hesiu, jakże tak można. HESIA Cóż ty to na serio bierzesz? Przecież to cała komedia. Gzy, nic więcej. Hu!... zimno tu. W piecu nie palš. Co to sš zaburzenia familijne! (nagle siada przy Hance) Powiedz, czy ty pierwsza zaczepiałaœ Zbyszka, czy on ciebie? HANKA Że też się panienka Boga nie boi... HESIA O! już się nauczyłaœ Boga wzywać nadaremno. Jeszcze do naszej familii nie należysz. Hi! hi! Czy ty sobie wyobrażasz, ciućmo jedna, że się Zbyszko z tobš naprawdę ożeni? Hanka płacze. MELA Hesia, nie rób jej przykroœci. HESIA Ale nie, nie. Przyobiecuję być nawet drużkš i powieœć do ołtarza uroczš oblubienicę. Patrz, Mela, jak mi nogi urosły od wczoraj. MELA Zaziębisz się. SCENA DRUGA Też same, Dulska. DULSKA blada, w szlafroku, głowa zwišzana Co się tu dzieje? Wy tutaj? Nie na pensji? HESIA Nie ma nas kto odprowadzić. HANKA Ja pójdę. DULSKA Ty? odprowadzać panienki? no! no!... IdŸcie się ubierać. HESIA Ale z pensji nici, mamciu. DULSKA Naturalnie. Wszystko tak i to przez... (Mela całuje matkę w rękę) Czego chcesz? MELA Mamciu złota, daruj im! nie gniewaj się! Już ona ci całe życie... DULSKA Proszę się do tego nie mieszać. Mela odchodzi do swego pokoju ze spuszczonš głowš. (do Hanki) Ty idŸ do pokoiku, gdzie się składa brudnš bieliznę. Tam siedŸ, nie ruszaj się, aż cię zawołam. Z kucharkš ani słowa, ani z nikim. Rozumiesz? Twoja matka chrzestna, ta Tadrachowa, co prała dwa razy, zawsze mieszka na Œw. Józefa? HANKA Tak, proszę wielmożnej pani. DULSKA Dobrze, a teraz idŸ! Hanka odchodzi do sypialni małżeńskiej. (do Hesi) Posłałaœ list do ciotki? HESIA Posłałam. I powiedziałam, żeby stróż prosił, że mamcia prosi, żeby ciocia zaraz przyszła. (Dulska siada, zgnębiona.) Proszę mamci, może prochy poœcierać? (Dulska robi gest, że jej wszystko jedno. Chwila milczenia.) Proszę mamci, czy Zbyszko naprawdę się z tym czymœ ożeni? DULSKA Daj ty mi spokój. HESIA Ja też myœlałam, że to niemożliwe. Choćby ze względu na nas. Czy kto porzšdny póŸniej starałby się o mnie albo o Melę? DULSKA Daj ty mi spokój! HESIA Zresztš Mela to mniejsza, bo ona i tak idzie na starš pannę, ale ja... DULSKA A ja ci mówię, daj ty mi spokój, bo się na tobie skrupi: HESIA Tylko proszę mamy... ja nie rozumiem, jak mamcia tego nie widziała. Ja to już od dawna wypenetrowałam! Ja... SCENA TRZECIA Dulska, Hesia, Zbyszko ZBYSZKO ubrany jak do wyjœcia, kręci się chwilę po pokoju Gdzie Hanka? Milczenie. Pytam się: gdzie Hanka? HESIA Oblubienica z Lammermooru rondle myje. ZBYSZKO Proszę więcej jej nie używać do kuchennych posług. Gdzie Hanka dziœ spała? (milczenie) Pytam się, gdzie Hanka dziœ spała? HESIA Na stołeczku pod piecem, ręce w małdrzyk, a buzia w ciup. ZBYSZKO Trzeba inaczej się niš zajšć. (milczenie) Bo... jeżeli... no... zresztš, ja wychodzę, za chwilę wrócę. Muszę jakiœ porzšdek zrobić. HESIA œmieje się Postaw łoże pod baldachimem w salonie... ZBYSZKO Milcz! HESIA Nie chce mi się! Nie chce mi się... Cake-walk! Cake-walk! (robi kilka pas) Hanuœ, słodka narzeczona... dziewczę z buziš jak malina... ZBYSZKO IdŸ, ty... Wychodzi szybko. HESIA Strach! jeszcze czegoœ podobnego, jak długo żyję, nie widziałam. (nadsłuchuje) Stróż jest w kuchni. Dowiem się. Tylko, wie mamcia, ja wštpię, czy ciocia przyjdzie, bo strasznie była wczoraj naindyczona. DULSKA IdŸ no, idŸ... Wychodzi Hesia, Dulska zawišzuje mocniej głowę, słyszy trzepanie dywanów, nadsłuchuje, porywa się, biegnie do okna, otwiera i krzyczy całkiem innym głosem: Nie wolno!... Na dziedzińcu się trzepie... nie wolno!...(wraca) HESIA Ciocia powiedziała, że przyjdzie zaraz. DULSKA Teraz idŸ, ubierz się. HESIA A potem, żeby trochę na spacer, co? DULSKA Co ci w głowie? tu taki szkandał za pasem, a ona na spacer! HESIA No dobrze... dobrze... już idę! Wybiega do siebie. SCENA CZWARTA Dulska, Juliasiewiczowa. JULIASIEWICZOWA w płaszczu na matince; z godnoœciš Ciocia mnie wezwała? DULSKA Tak. JULIASIEWICZOWA Właœciwie nie powinnam przyjœć po tak dotkliwej obrazie, ale w nieszczęœciu powinno darować się winy. Cóż zatem ciocia sobie życzy? DULSKA z nagłym wybuchem Zlituj się! Ratuj!... Wybaw mnie z tego położenia. Przecież taki ożenek dla Zbyszka to ostatnia zguba. Jak ja ludziom w oczy spojrzę! JULIASIEWICZOWA Moja ciociu... sama ciocia piwa nawarzyła. Ja radziłam: odprawić Hankę. DULSKA Ale kiedy ci wytłumaczyłam, dlaczego jš trzymam, sama się zgodziłaœ, że tak lepiej. Ja to przecież zrobiłam dla jego dobra. Patrzeć już nie mogłam, jak mi się wisusował. To się nieraz robi. Ja nie pierwsza i nie ostatnia. JULIASIEWICZOWA Tak, zapewne... DULSKA RadŸ! Ratuj! Ty masz doskonały złodziejski spryt, ty coœ wymyœlisz. Przede wszystkim - weŸ tę, tę Hankę do siebie. Wyrzucić jej nie mogę, bo obniesie nas po mieœcie. U ciebie będziesz jš pilnować, żeby z nikim nie pyskowała. JULIASIEWICZOWA A już co to, to nie... Dzięki za taki mebel! Nigdy nie wiadomo z takimi, co w trawie piszczy. Ale trzeba rzeczywiœcie coœ zrobić, bo i dla nas samych to bardzo nieprzyjemne. Mój mšż aż jeœć kolacji nie mógł, jak się o tym dowiedział. Czy ona ma jakš rodzinę? DULSKA Ma tu tylko matkę chrzestnš - praczkę. JULIASIEWICZOWA Trzeba jš tu sprowadzić. DULSKA Posłałam po niš kucharkę. JULIASIEWICZOWA Może się wyda coœ o tej Hance... Może ona już dobrze tam na wsi się bawiła. Jeżeli się Zbyszko dowie... Choć, według mego przekonania, Zbyszko jedynie tylko na złoœć cioci to wszystko zrobił. DULSKA z wybuchem Na złoœć mnie, matce?! I miej tu dzieci! Takem go chowała! Woziłam się z nim do Rabki... Jak była ta matura, to niby... no... pokierowałam go do prokuratorii skarbu... a tu... a tu... Płacze. JULIASIEWICZOWA Proszę cioci się uspokoić. To nic nie pomoże. Tu trzeba radzić energicznie. Co ona mówi? DULSKA A cóż ona może mówić? Nic. JULIASIEWICZOWA To jeszcze całe szczęœcie, że ona, zdaje się, głupia, bo jakby tak wzięła na kieł... Niech jej ciocia da wódki i chleba z masłem. DULSKA Co? JULIASIEWICZOWA Już ja wiem, co mówię! Miodem się muchy bierze, nie octem. SCENA PIĽTA Dulska, Juliasiewiczowa, Tadrachowa. TADRACHOWA Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! DULSKA A, to wy! (do Juliasiewiczowej) Ta praczka. TADRACHOWA Ršczki całuję wielmożnej pani gospodyni. A cóż to, będzie znów duże pranie? JULIASIEWICZOWA Niech mnie ciocia pozwoli! (do Tadrachowej) Nie, moja dobra kobieto. My tu was zawezwali całkiem o co innego. TADRACHOWA Ršczki całuję... JULIASIEWICZOWA Tu chodzi o Hankę. TADRACHOWA A... JULIASIEWICZOWA Widzicie, tak się stało. Hance trafia się doskonały mšż. DULSKA Cóż ty... JULIASIEWICZOWA Zaraz, ciociu... doskonały mšż. Otóż, ponieważ to jest poczciwy rzemieœlnik, wychowanek cioci, więc my chcemy naprzód wiedzieć, jaka też to uczciwoœć Hanczyna. Bo w takiej małej mieœcinie to rozmaicie, jak to pani Tadrachowa wie... TADRACHOWA No, no... tak, wielmożna pani... niby... to swoja rzecz. JULIASIEWICZOWA Właœnie... więc co do Hanki. Jak się ona tam sprawiała w domu. Tylko niech Tadrachowa powie pod przysięgš, jak na spowiedzi, bo to ważna sprawa. TADRACHOWA Niby... co do Hanki? A, wielmożna pani, to dziewczyna była jak szklanka. Nawet rysy nie było. JULIASIEWICZOWA Moglibyœcie na to przysišc? TADRACHOWA Przed Przenajœwiętszym Sakramentem. Za niš - jak za siebie! JULIASIEWICZOWA No, a ten finanzwach? TADRACHOWA To insza inszoœć. On się z niš zaręczył. Ale co do tamtego, to o!... tylko że nie było pieniędzy, niby na gospodarstwo, więc bez to się to œlimaczy. Ale to całkiem uczciwie i honorowo, to sam ksišdz proboszcz może poœwiadczyć. JULIASIEWICZOWA No, a tu, w mieœcie? TADRACHOWA A to już... chyba wielmożna pani gospodyni wie, bo przecie dziewczyna niby tu... jakby pod opiekš. Chwila milczenia. JULIASIEWICZOWA Może się pani Tadrachowa wódki napije? TADRACHOWA Ršczki całuję wielmożnej pani, ja przysięgłam od wódki. Œmieje się. JULIASIEWICZOWA œmiejšc się Ale od likierku? TADRACHOWA No, chyba... JULIASIEWICZOWA Do Dulskiej Daj, Anielko, coœ słodkiego. Dulska wychodzi. Pani Tadrachowa myœli, że Hanka może z czystym sumieniem iœć za niego, co się jej trafia? TADRACHOWA Proszę wielmożnej pani, jak się jemu podoba, to chyba nie będzie taki skrupulant. To u państwa takie wymysły. A potem... czy ja wiem? Dulska wraca z kieliszkiem likieru i stawia przed Tadrachowš. JULIASIEWICZOWA Pijcie! TADRACHOWA Ršczki całuję, ršczki całuję! (pije) Hi, hi, hi!... JULIASIEWICZOWA Dobre? TADRACHOWA Aż mgli, takie dobre. JULIASIEWICZOWA Więc... SCENA SZÓSTA Też same, Zbyszko. TADRACHOWA Ršczki całuję wielmożnemu młodemu panu gospodarzowi, ršczki całuję... ZBYSZKO Czekajcie no... To wyœcie mi kiedyœ nosili ubranie do krawca? TADRACHOWA Ja, wielmożny panie, po ostatnim praniu. ZBYSZKO Wy jesteœcie krewna Hanki? TADRACHOWA Matka chrzestna. ZBYSZKO A to się doskonale składa! Muszę was zawiadomić, że ja się z Hankš żenię. TADRACHOWA Wielmożny pan ze mnie głupiš robi. ZBYSZKO Żenię się! (patrzy na Dulskš) żenię się, i to bardzo prędko. Chodziłem się dowiedzieć, jakie formalnoœci. Gdzie Hanka chrzczona? Trzeba prędko jej metrykę. Rozumiecie? Zresztš przyjdŸcie jutro, to się wszystko ułoży. Wychodzi do siebie. TADRACHOWA W imię Ojca i Syna... Chyba wielmożny młody gospodarz jest pomylony albo bardzo na honorze delikatny. JULIASIEWICZOWA Jak wy to rozumiecie? TADRACHOWA Ano... proszę wielmożnych pań, ta ja œlepa nie jestem. Ja przecie wiedziałam, co i jak jest. Doœć było popatrzeć, jak to Hanka przymizerniała. A beczy po kštach, a do mnie wpadała... Ja jej zawsze mówiłam: "Nie becz, pan jest godny, z rodziców œwiętych, pan cię zabezpieczy." Ale żeby się aż żenił... DULSKA A cóż wy myœlicie, że ja pozwolę na to małżeństwo? TADRACHOWA A, broń mnie Boże! Bez błogosławieństwa mamusi my ta do ołtarza nie pójdziemy. Ale chyba wielmożna pani gospodyni nie będzie dęba stawać, żeby się uczciwa rzecz nie stała... Skoro młody pan tak chce, to już od Boga natchniony, aby sierocie krzywdy nie robić. Całe jej wiano była ta uczciwoœć, a dziœ nikt jej nie weŸmie, bo bogactwem swego pohańbienia nie przykryje, a jeno jeszcze pienišdzami ludziom oczy mydlić można... JULIASIEWICZOWA Tak, macie rację... pieniędzmi... Może jeszcze kieliszeczek? Anielciu! DULSKA Nie mam więcej. JULIASIEWICZOWA odprowadza Dulskš Ciociu, może ofiarować pewnš sumę... DULSKA Jezus, Maria! Tylko się za kieszeń trzymaj! JULIASIEWICZOWA Trudno! DULSKA Pomów ty jeszcze ze Zbyszkiem, moja droga, może on ciebie usłucha. Bój się Boga, płacić... Jak on powie, że nie chce, to wszystko się ułoży. Pomów z nim! JULIASIEWICZOWA Dobrze. Ale wie ciocia, że to będzie twardo. (do Tadrachowej) Więc powiadacie, że pienišdze... TADRACHOWA To grunt, wielmożna pani. Taki już teraz œwiat. Jeden Judasz drugiego za pienišdze sprzeda. Oj, czasy, czasy nastały! Ani paszy dla bydła, ani uczciwoœci ludzkiej. JULIASIEWICZOWĽ Macie rację. My tu jeszcze z paniš gospodyniš chcemy się naradzić. TADRACHOWA Co do Hanki? Jakaż tu rada? Młodzi chcš jedno drugie. Wielmożna pani nie będzie twarda. Przecie dzieje się to i po hrabskich domach, że się z niższymi żeniš, a Hanka znów jest i œlubna, i znowu nie takie tam co, bo też z familii zasiedziałej, choć stanu murarskiego. DULSKA IdŸcie no tylko do jadalni i czekajcie, aż was zawołamy. TADRACHOWA Całuję ršczki pani gospodyni. Idę już, Panu Jezusowi oddaję. Całuję ršczki. A niech mamusia nie będzie twarda... Wychodzi. SCENA SIÓDMA Dulska, Juliasiewiczowa, Mela. DULSKA Słyszałaœ? "Mamusia!" Jak to sobie prędko taka pani pozwala... Dusi mnie formalnie. No, no!... JULIASIEWICZOWA Będę mówić ze Zbyszkiem. Niechże ciocia idzie do swego pokoju, proszę cioci. DULSKA Zlituj się! Rób wszystko, co można... powiedz, że ja i Felicjan tego nie przeżyjemy, że się go wydziedziczy, że złamanego centa nie dostanie nigdy, że... JULIASIEWICZOWA Dobrze, dobrze, już wiem. Tylko niech ciocia mnie zostawi samš. DULSKA Idę, idę... Mojaœ ty, zrób wszystko... ja już z sił opadam! Wychodzi. MELA we drzwiach Pst, pst!... Ciociu! JULIASIEWICZOWA A czego chcesz? MELA Cóż mama? Pozwala? JULIASIEWICZOWA Proszę Meli iœć do siebie i nie pokazywać się tutaj. MELA Ach, Boże! Boże! Co to będzie? Znika SCENA ÓSMA Juliasiewiczowa, Zbyszko. JULIASIEWICZOWA chwilę się waha, potem podchodzi do drzwi Zbyszka Zbyszko! Proszę cię tu na chwilę. ZBYSZKO O co chodzi? JULIASIEWICZOWA No, wejdŸże tu! Trudno, ażebym ja do ciebie wchodziła. Jestem na to i za stara, i... za młoda. ZBYSZKO we drzwiach Właœciwie czego chcesz? JULIASIEWICZOWA Przede wszystkim nie patrz na mnie jak na wroga, bo ja twoim wrogiem nie jestem, mimo twego obchodzenia się ze mnš. Mnie się zdaje, że ty nawet będziesz rad pomówić z kimœ, kto ma zdrowy rozsšdek i z boku patrzy na twoje postępowanie. ChodŸ no tu... Nie ciskaj się! Przecież o wszystkim można podyskutować. ZBYSZKO wchodzšc do pokoju Jeżeli o Hance, to nie ma żadnej dyskusji. Tak będzie i basta! JULIASIEWICZOWA Naturalnie! i nie wyobrażaj sobie, że ja jestem przeciwna twemu projektowi. Owszem. Skoro chcesz "naprawiać", tylko namawiać cię na to należy. Ciocia chciała, żebym twojš narzeczonš wzięła do siebie, ale... ZBYSZKO No? JULIASIEWICZOWA Odmówiłam. ZBYSZKO Czemu? JULIASIEWICZOWA Mam męża i... c'est le premier pas qui coÓte - a tam, gdzie nie ma zmysłu moralnego, jak u takiej dziewczyny, to nigdy nie wiadomo, co i jak... ZBYSZKO Czy to mi miałaœ do powiedzenia? JULIASIEWICZOWA Ach, czekaj! Coœ z Hankš trzeba zrobić. Na nowš służbę nie pójdzie. Na "stancję" jš oddasz... Boże drogi! Takie milieu to ostatnia zgnilizna i rozpusta, a przy takich instynktach do dnia œlubu... Może na pensję, ale wštpię, czy wezmš, a potem... ZBYSZKO To sš wszystko drwiny. JULIASIEWICZOWA Wštpię, czy mamcia jš będzie mogła długo trzymać w składziku... Cóż więc zrobisz? Zbyszko chodzi po pokoju i milczy. Juliasiewiczowa patrzy za nim. Naturalnie już o jakichkolwiek relacjach ze œwiatem mowy być nie może. ZBYSZKO Gwiżdżę na œwiat! JULIASIEWICZOWA Masz rację. I ja także. Ale... żyjemy w cišgłym kontakcie. ZBYSZKO Pluję na kontakt! JULIASIEWICZOWA Naturalnie. Tylko... musicie sobie sami wystarczyć. Nie znam jej, musi mieć dużš inteligencję wrodzonš. Zbyszko milczy. Ty to rozwiniesz, więc z moralnej strony nie ma obawy. Tylko materialna. ZBYSZKO Mam jš w pięcie. JULIASIEWICZOWA Tak się mówi. Ale ty masz pensji 60 złotych reńskich. I prócz tego masę długów. Kondykt w powietrzu. Z tego we troje - to nędza. Hanka nie zarobi nic, chyba że będzie u siebie samej sługš, no, ale i to... A ty przyzwyczajony do puszczania pieniędzy swoich i nie swoich... ZBYSZKO siada na fotelu Tak będzie, jak powiedziałem! JULIASIEWICZOWA Tak, ale głównie o te pienišdze... Bo niby z czego żyć? Wieczorami możesz pisać. Mój mšż ci da jakie kawałki do odrabiania w domu, ale i to... ZBYSZKO Daj ty mi spokój! JULIASIEWICZOWA BšdŸmy logiczni. Mieszkanie, już jeden pokój z kuchenkš: 25-30... Na życie - gulden, co jest nędzš. Ale skoro się kochacie... To już cała pensja. A gdzież reszta? ZBYSZKO Będę robił długi. JULIASIEWICZOWA Mamcia ogłosi - nikt centa nie da. A rodzice jeszcze żyć mogš i trzydzieœci lat. Będziesz nędzarzem długo, bardzo długo, no, ale... ZBYSZKO Daj ty mi spokój! JULIASIEWICZOWA Boże drogi! gdyby to można tak życiu powiedzieć: "daj mi spokój," ale ono włazi na kark jak hydra - i zdławi. (podchodzi do niego i siada na poręczy fotela) Zbyszko, popatrz mi w oczy. Ty żałujesz tego, coœ zrobił. ZBYSZKO Puœć mnie! JULIASIEWICZOWA Nie puszczę! Tu się rozchodzi o coœ więcej jak o głupie "na złoœć matce". ZBYSZKO To nie na złoœć... Ja chciałem raz zetrzeć w proch to podłe, to czarne, co tu jest duszš złych czynów w tych œcianach. Chciałem raz wzišć się za bary z tym czymœ nieuchwytnym i... JULIASIEWICZOWA I wzišłeœ się za bary, szamotałeœ, pokazałeœ kły, a teraz musisz ulec. ZBYSZKO Nie muszę, nie ulegnę! JUIASIEWICZOWA Masz siły do takiej cišgłej walki? Zbyszko milczy Aha! aha! Nawet nie odpowiadasz. Ty jesteœ zupełnie już wyczerpany. Ciebie ta jedna noc zmogła, a cóż dopiero całe takie życie... ZBYSZKO Ach, ty! Ach, ty!... JULIASIEWICZOWA Cóż ja? Ciocia powiedziała, że ja mam złodziejski spryt. Tak! Bo zgodziłam się z życiem i kradnę to, co jest najmilszego. To jest szczyt mšdroœci. Walczyć? Donkiszot! Œmieszne! Zresztš, sam powiedziałeœ: wycišgniemy kopyta. ZBYSZKO Ty umiesz budzić we mnie kołtuna. JULIASIEWICZOWA Ależ on na chwilę w tobie nie zasnšł! Ty się z nim nie borykaj. To na nic. Wiesz sam. Zresztš, co ty od cioci chcesz? Ona cię kocha, dała ci życie... ZBYSZKO Cha! Cha!... Ja się na œwiat nie prosił. JULIASIEWICZOWA To komunał. Wychowała cię, według niej, najlepiej. ZBYSZKO Najlepiej! To zgroza słuchać, co ty mówisz. JULIASIEWICZOWA Według niej. Wszystko to zrobiła przez miłoœć dla ciebie. I teraz ona płacze, Zbyszku, ona płacze... ZBYSZKO E! JULIASIEWICZOWA Nie "e"... to jest matka... Zbyszko siada na fotelu, zgnębiony. Juliasiewiczowa podchodzi. No... i co będzie, Zbyszko? Zbyszko milczy. No, no... ZBYSZKO Jest jeszcze czas. JULIASIEWICZOWA Nie, nie, takie rzeczy przecina się od razu. Raz, dwa! Zobaczysz, odetchniesz, jak z tym skończysz. ZBYSZKO cicho Ale jak? JULIASIEWICZOWA Już my na to poradzimy. ZBYSZKO Będzie skandal. JULIASIEWICZOWA A widzisz! a mówiłeœ, że ci o œwiat nie chodzi! Chwila milczenia. Zbyszko milczy. I przeprosisz matkę? ZBYSZKO Za co? JULIASIEWICZOWA Zrób to, obraziłeœ jš bardzo. Ona chora, ona biedna. (biegnie do drzwi) Ciociu! ZBYSZKO Ale... krzywda się jej nie stanie? JULIASIEWICZOWA Proszę cię, już ja w tym będę. Ciociu! SCENA DZIEWIĽTA Zbyszko, Dulska, Juliasiewiczowa. JULIASIEWICZOWA Ciociu! Zbyszko cofa, co powiedział. Powrócił do rozumu... i przeprasza ciocię. Dulska płacze. ZBYSZKO podchodzi ku niej, całuje jš w rękę i mówi cicho Przepraszam mamę za to... A psiakrew... psiakrew! DULSKA do Juliasiewiczowej No widzisz... znów klnie. JULIASIEWICZOWA Ach, to głupstwo! To nie ma znaczenia. ZBYSZKO z wybuchem Ma, ma znaczenie! Ma! JULIASIEWICZOWA Cofasz się? ZBYSZKO Tak... tak... będę tym, kim byłem! A! Możecie być dumni! (z wybuchem nerwowym) Ach, jak ja się będę teraz łotrował! Jak ja się będę łotrował!... JULIASIEWICZOWA Dopóki się nie ożenisz, dobrze nie ożenisz... z pannš fajnš, z dobrego domu. ZBYSZKO Dopóki się dobrze nie ożenię z posagiem, z kamienicš, z diabłem, z czortem... Wybiega do swego pokoju. DULSKA Boże! Boże! JULIASIEWICZOWA Niech ciocia pozwoli mu wyburzyć się. Główna rzecz zrobiona. Teraz trzeba się wzišć do niej. Ciocia mi daje carte blanche? DULSKA Nie rozumiem. JULIASIEWICZOWA dochodzi do drzwi Tadrachowa! SCENA DZIESIĽTA Też same, Tadrachowa. TADRACHOWA Ršczki całuję! Jestem... jestem... JULIASIEWICZOWA Moja Tadrachowa, zaszły tu pewne zmiany. Młody pan żenić się z Hankš nie chce. TADRACHOWA Jakże to? Sam mi to godnie oœwiadczył. JULIASIEWICZOWA Ale się namyœlił. TADRACHOWA Tak niby: mir nichts - dir nichts? DULSKA Pod błogosławieństwem matki. TADRACHOWA To duże słowo. No, ale to krzywda dla Hanki, a ja przecie dziecka, com go do chrztu œwiętego podawała, ukrzywdzić nie dam! JULIASIEWICZOWA Nikt jej ukrzywdzić nie chce. Pani gospodyni jest bardzo zacna osoba i może tam coœ niecoœ Hance da jako odszkodowanie. DULSKA cicho Nie galopuj się. Tadrachowa milczy. JULIASIEWICCZOWA No, czy ja wiem, co i jak... TADRACHOWA Proszę wielmożnej pani, œwięty zwišzek małżeński a pienišdze -to całkiem insza inszoœć. JULIASIEWICZOWA No... tak, ale dobre i to. Każda inna matka to by dziewczynę wygnała bez dobrego słowa. A tu się jeszcze troszczš i chcš coœ dodać... No, moja Tadrachowa, przyznajcie, że takich ludzi to mało na œwiecie. TADRACHOWA Ja zawsze mówiłam, że to œwięte państwo. Ale krzywda krzywdš... JULIASIEWICZOWA E, samiœcie mówili, że pienišdze wszystko kryjš. Jak Hanka mieć będzie coœ w Sparkasie, to ani się nikt o resztę nie spyta. TADRACHOWA Może być. JULIASIEWICZOWA Jak myœlicie, co i jak? TADRACHOWA Proszę wielmożnej pani, to już Hanki rzecz. Trzeba mi z niš pogadać. JULIASIEWICZOWA Naturalnie. Zaraz wam Hankę przyœlemy. ChodŸmy, ciociu! TADRACHOWA Całuję ršczki wielmożnym paniom. Dulska wychodzi. JULIASIEWICZOWA I miejcie rozum! Bo to tylko dobre serce pani, a żaden mus. Rozumiecie? TADRACHOWA Niby... Wchodzi Hanka. Juliasiewiczowa wychodzi. SCENA JEDENASTA Tadrachowa, Hanka. TADRACHOWA oglšda się ChodŸ tu, chodŸ! HANKA Jak się macie. TADRACHOWA A to ci dopiero, a to ci dopiero! HANKA Wiecie? No! TADRACHOWA A jakże, chciał się żenić! HANKA A!... TADRACHOWA A teraz nie chce. HANKA A niech go pokręci z jego żenieniem! Co mi tam po takim ożenku. Ja do tego, czy co? Poniewierajom mnš już od wczoraj. Myœleli, że wielki cymes. TADRACHOWA Zawszeć to honorowo. HANKA E! TADRACHOWA I byłabyœ paniš - kamienicznš. HANKA E! TADRACHOWA Lepiej jak za tego twego finansa. Bo choć to niby coœ, ale zawsze trybelulka. HANKA To moja rzecz. Ale by mnš nikt nie poniewierał. Każden ma swój honor. TADRACHOWA To ty nie obstajesz, żeby się pan z tobš żenił? HANKA Powiedziałam, co mi taki morowicz. Niech ta będzie moja krzywda. TADRACHOWA Oni cię ta nie ukrzywdzš. Chcš ci dać coœ na rękę. HANKA płacze Daj ta, matka chrzestna, spokój, daj ta, matka chrzestna, spokój... TADRACHOWA Ty jesteœ durna, durna! Młoda jesteœ i nie wiesz, co to œwiat. Jak będziesz mieć pienišdze, to będziesz mocarna... Ta czego beczysz? Ta już tamto przepadło. Teraz jeno, żeby cię nie skrzywdzili. HANKA jak wyżej Daj ta, matka chrzestna, spokój... TADRACHOWA Ta to żadna łaska, ja już za ciebie będę gadać. Ja cię skrzywdzić nie dam. HANKA podrażniona Daj ta, matka chrzestna, spokój! SCENA DWUNASTA Też same, Dulska, Juliasiewiczowa. JULIASIEWICZOWA No i cóż, naradziłyœcie się? Trzeba się spieszyć, bo już póŸno. Czas iœć do miasta. TADRACHOWA z innego tonu Proszę wielmożnych pań, to tak: Hanka gada, że wielmożny pan sam obiecywał ożenek... JULIASIEWICZOWA Pan żartował. Hanka tego na serio nie myœli. TADRACHOWA Byli œwiadkowie, proszę łaski wielmożnej pani. DULSKA Kto? TADRACHOWA Wielmożna pani gospodyni. DULSKA To bezczelnoœć! JULIASIEWICZOWA Zaraz, zaraz. Tu już mowy nie ma o ożenku. Pan żartował, powtarzam wam! Hanka dobrze wiedziała, co robi. TADRACHOWA Ja za niš jak za siebie... JULIASIEWICZOWA A że ciocia chce coœ z łaski zrobić, to powinniœcie być wdzięczni... Więc ja tak myœlę, że... DULSKA cicho Nie galopuj się. JULIASIEWICZOWA No, kilkadziesišt koron... Nagle Hanka podstępuje do stołu i staje zuchwale pomiędzy nimi. HANKA Ja będę gadać!.. TADRACHOWA Hanuœ, czekaj, ja... HANKA Daj ta, matka chrzestna, spokój. Jak chcš mi mojš krzywdę płacić, niech płacš!!! DULSKA Patrzcie, jak się rozzuchwaliła! HANKA A ino... Płaćcie, płaćcie!... A nie, to chodŸ, matka chrzestna, i tak zapłacš. Sš sšdy i alimenta, a ja przysięgnę. DULSKA Jezus, Maria! Tego tylko brakuje! JULIASIEWICZOWA Dziewczyno, i ty miałabyœ sumienie? HANKA O! A ze mnš to mieli sumienie zrobić to, co zrobili? Jak nie mieli sumienia, to niech teraz płacš! TADRACHOWA Hanka, ta nie krzycz! HANKA Daj ta, matka chrzestna, spokój! Ja się sama za mojš krzywdę upomnę. A Jagusia Wajdówna nie wyprawowała to u nas alimentów, co? Jak kto był bez sumienia nade mnš, to i ja nad nim sumienia mieć nie będę. DULSKA do Juliasiewiczowej Zlituj się, daj jej, co chce, tylko nie dopuœć do skandalu. JULIASIEWICZOWA Ileż chcesz? HANKA Dajcie tysišc koron. DULSKA Co? HANKA Tysišc koron. Chwila milczenia. Kobiety mierzš się długimi spojrzeniami. JULIASIEWICZOWA cicho Niech ciocia da, bo będzie skandal. DULSKA Boże mój drogi! (do Hanki) Cóż ty, ze skóry mnie chcesz obedrzeć? HANKA A mnie tu w tym domu nie obdarli z uczciwoœci? Ja prosiłam się, żeby mnie puœcić. ChodŸcie, matko chrzestna. DULSKA Czekajcie... Ale musicie się podpisać, że nie macie do nas żadnego żalu i że jesteœcie załagodzeni. HANKA ponuro Podpiszę. DULSKA I nigdy się nas czepiać nie będziesz? HANKA Ja nigdy. Ale co ta ono zrobi, jak doroœnie, to już jego rzecz i Pana Boga. DULSKA Do tej pory ja już żyć nie będę. ChodŸcie! Wychodzš do sypialni. SCENA TRZYNASTA Juliasiewiczowa, Mela. MELA Ciociu! JULIASIEWICZOWA we drzwiach Czego? MELA Ciociu, co się dzieje? Hesia cały czas podsłuchuje i tak się œmieje... Co się dzieje?... JULIASIEWICZOWA Nic. Wszystko w porzšdku. MELA Chwała Bogu! Juliasiewiczowa wchodzi do sypialni. Po chwili wychodzi Hanka, Tadrachowa, Dulska. SCENA CZTERNASTA Hanka, Tadrachowa, Dulska, Juliasiewiczowa, póŸniej Zbyszko, Hesia, Mela. DULSKA A teraz kuferek i jazda - żeby mi was w minutę nie było! TADRACHOWA Idziemy, proszę łaski pani. Całujemy ršczki. HANKA Ta chodŸcie, matko chrzestna, ta co się kłaniacie. Wychodzi z Tadrachowš. DULSKA Ach!... (upada na sofę) Jezus, Maria! Co za dzień!... no!... Ledwo żyję... przecież to straszne, co ja przejœć musiałam. Tysišc koron! JULIASIEWICZOWA Widziała ciocia, że był nóż na gardle. DULSKA Tak, tak! JULIASIEWICZOWA Do widzenia cioci. Idę do siebie. I ja dostałam migreny z tego wszystkiego. Ale... może teraz ciocia mogłaby nam mieszkanie wynajšć. DULSKA Nigdy... u mnie dom spokojny, moja droga... Potem możecie nie zapłacić, a ja teraz muszę odbić to, co mi wydarli. JULIASIEWICZOWA Ciocię to nic już nie nauczy... DULSKA wynioœle A czegóż to ma mnie uczyć i kto? Ja sama, dzięki Bogu, wiem, co i jak się należy. Juliasiewiczowa wzrusza ramionami i wychodzi. Dulska biegnie do drzwi Zbyszka. Zbyszko, idŸ do biura! (do dziewczšt) Hesia, kurze œcierać! Mela, gamy... (do sypialni) Felicjan, do biura!... Wpada Hesia. Żywo, Mela! (wchodzi Mela) Otwieraj fortepian... no! Będzie znów można zaczšć żyć po bożemu... Wybiega do kuchni. W głębi przez przedpokój widać, jak Tadrachowa z Hankš przenoszš kufer. MELA biegnie ku nim Andziu! Andziu, gdzie ty idziesz? Ty idziesz całkiem! HANKA Całuję ršczki panience... jedna panienka tu co warta. Niech się ta panience powodzi... a innym to niech... Robi groŸny gest rękš. MELA biegnie do drzwi Zbyszka Zbyszko! Hanka się wyprowadza!... Zamknšł się... Zbyszko! HESIA Mela, zwariowałaœ! MELA Mama jš wyrzuca, Zbyszko!... Już drzwi się za niš zamknęły. (biegnie do okna) Nie widać jej... O!... idzie, niesie kuferek... Gdzie ona idzie? Taki œnieg! Znikła za rogiem. Boże mój! Płacze. HESIA œmiejšc się A ja wiem, a ja wiem! Wszystko słyszałam. Co to? Œwieci się coœ... papierek... Na czworakach pełza pod fortepian. MELA stoi przy oknie, oparta o framugę Gdzie ona tak poszła? Ona była zapłakana... HESIA tarza się po scenie i œmieje się A ja wiem! A ja wiem! MELA Hesia, nie œmiej się... tu stało się coœ bardzo złego. Jakby kogoœ zabili... Hesia! Ona się jeszcze utopi! HESIA przewracajšc się po podłodze Ona się nie utopi!... Wzięła tysišc koron i pójdzie za swojego finanzwacha! MELA z jakšœ tragicznš rozpaczš Cicho, Hesia, cicho! Nie œmiej się, Hesia! HESIA jak wyżej Ona wzięła tysišc koron - i pójdzie za swego finanzwacha! Kurtyna zapada.