Wybór poezji opracowała: Małgorzata Ryl Przedsiębiorstwo Wydawnicze Związku Niewidomych "Print 6" Rok 1994 ISBN 83-85987-10-X Wstęp W okresie tak szybkiego rozwoju techniki, w którym króluje video, komputer itd., gdy łatwiej obejrzeć, zekranizowaną wersję książki niż ją przeczytać, coraz mniej ludzi sięga po poezję dla własnej przyjemności, satysfakcji nieliczni wyszukują nowości wydawniczych spod znaku Kaliope. Czyta się wiersze z przymusu szkolnego, dla stopni, dla nauczycieli, a mało jest nauczycieli pedagogów, umiejących rozbudzić zainteresowanie poezją, uwrażliwić na piękno języka, problemy zawarte w utworach. W tej antologii znalazły się utwory bardziej i mniej znane, również z kanonu lektur szkolnych. Charakteryzują się różnorodnością pod względem formy i tematyki, mówiące o miłości, przyjaźni, smutku, radości itd.. Zawierają pytania dotyczące sensu życia ludzkiego, cierpienia, miejsca człowieka we współczesnym świecie, postaw moralnych etc., a więc bliskie współczesnemu czytelnikowi. Mamy nadzieję, że każdy znajdzie w tym zbiorze chociaż jeden utwór dla siebie, który być może pozwoli zapomnieć o otaczającej rzeczywistości, o smutku, zrozumieć siebie i innych. Zachęcamy również do sięgnięcia po wiersze znane z lekcji języka polskiego, które czasami wydawać się mogły nudne, banalne, bezsensowne i odczytać, przeżyć je na nowo. Motto: "Czym jest poezja, która nie ocala Narodów ani ludzi?" Czym jest poezja, jeśli nie ocala narodów ni ludzi, ani narodów i ludzi przed samymi sobą, lecz tylko to co ludzie i narody potrafią zniweczyć? Czym więcej być może, jeśli nie trwożnym jak bicie śmiertelnego serca, silniejszym od lęku przed nędzą i śmiercią głosem sumienia. Ryszard Krynicki opracowała: Małgorzata Ryl Białoszewski Miron (1922-1983) - poeta; liryka oparta na zasadach eksperymentu językowo-poetyckiego: "Obroty rzeczy", "Było i było"; utwory dramatyczne: "Pamiętnik z powstania warszawskiego"; "Do NN***" nagle wycinasz się z pomieszanych form ulicy z wypukłością nóg twarzy zbliżasz się - pół mijam cię - pół jakże mi szkoda tej zawsze jednej strony nie widzianej! odchodzisz - pół ruch innych kroi cię w coraz drobniejsze kawałki nic mi z ciebie nie zostało nagle Bogusławska Teresa - ur. 13 VII 1929 r. - harcerka, uczestniczka akcji Małego Sabotażu, więźniarka Pawiaka, najmłodsza poetka warszawska czasu wojny; tom wierszy "Wołanie nocy" - zm. 1 II 1945r. "Śmieje się do mnie ..." Śmieje się do mnie ziemia cała, Okryta miękkim śniegu szalem. Hen, w dal odeszły łzy wraz z żalem, A pozostała radość biała. Śmieją się do mnie sople lodu I brylanciki - iskry śniegu, A nawet krzew trącony w biegu Chichocze patrząc w głąb ogrodu. Śmieje się do mnie błękit nieba, Dach domu śniegiem przytłoczony, A nawet czarne, stare wrony Dziobiące z ziemi resztki chleba. Śmieje się do mnie słup przy płocie I stary drut trącony nogą, I ławka zgięta ponad drogą, I staw zamarzły, grożąc: - Trzpiocie! Śmieją się do mnie nawet ludzie, Którzy mijają mnie po drodze, Choć ich, nieznana, nie obchodzę, Każdy jest bliski w białym cudzie. Śmieje się do mnie, hej! Świat cały, W śnieżnych iskrzący się kobiercach, I radość dziwna płonie w sercach, Już dziś niepomnych, że płakały... Bryll Ernest - ur. 1 III 1935 r. w Warszawie; poeta, prozaik, dramatopisarz; ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim; zbiorki: "Twarz nieodsłonięta" (1963), "Sztuka stosowana" (1966), "Mazowsze" (1967), "Muszla" (1968), "Fraszka na dzień dobry" (1969), "Zapiski" (1970), "Piołunie piołunowy" (1973), "Zwierzątko" (1975), "Ta rzeka" (1977), "A kto się odda w radość" (1980), "Czasem spotykam siebie" (1981), "Sadza" (1982), "Pusta noc" (1983), obecnie jest ambasadorem w Irlandii; "Rekonstrukcja chóru Sofoklesowego" Bóg, co cię strącił, dziś po ciebie sięga... - Drżysz w jego palcach. Już kłusem ruszają poselstwa, już rozwarte bramy wszystkich rajów, już opływasz w przyjaciół. Wielka jest potęga bożego tknienia - ono nam przywraca źrenice zbyt pośpiesznie niegdyś wyłupione, myśli przeklęte. Ona jednym gromem objawia, coś przeczuwał. Po cóż nasza praca, po cóż bieg nieudolny, by pod boską dłonią - ciągnącą cień jak burza - umknąć złego gradu, ocalić swoje. Po cóż było jadu smakować tyle - aby dzisiaj lepiej wierzyli twym źrenicom - właśnie kiedyś ślepy. Człowieku. Chociaż ziemię lemieszami orzesz, konie ujarzmiasz i okrutne morze, starczy zaledwie jednej myśli bożej złego skinienia - byś tego dokonał, co nawet senne nie zwiastują zmory... Stąd twoja ręka - nie boża - skrwawiona, znieś teraz kary, przyucz się pokory i bądź szczęśliwy, gdy w dymiące trzewie świata, bóg dłoń zanurzy - by sięgnąć po ciebie - jak po Edypa sięgnął. Nie wszystkim Ateny na odrodzenie dano. Nie wszystkim gaj święty; bóg otrząsnął swe palce i schodzisz ze sceny mały jak resztka brudu. Nawet nie przeklęty. xx***"Śniłem - a może to było na jawie..." Śniłem - a może to było na jawie Że szliśmy nocą. Każdy trzymał w dłoni Świeczkę swoją i ognik przed potopem chronił Deszcz huczał tak ogromny jakby niebo całe Na nasze głowy kamieniem padało Śniłem - a może to było na jawie Ktoś szeptał do mnie i ja coś szeptałem ale się słowa w deszczu rozmywały A ręki nie mógł nikt drugiemu podać Bo świeczki nasze zalewała woda Tak nas rozgonił deszcz i wiatr. Szczęśliwi Że płomień ciągle jeszcze palce parzy Przybliżaliśmy świeczkę do zsiniałej twarzy Samotni w tej kotlinie ciemności. Lecz żywi Śniłem - a może to było na jawie Płomień z potopu burzy ocalony Zczerniał nagle i w popiół został obrócony Dopaliły się świeczki, a myśmy ostali I na próżno przyjaciół zginionych wołali. "To Szekspir winien, to Sofokles sprawił" - To Szekspir winien, to Sofokles sprawił: wmówili władzom teatr. Odtąd zbrodnie nie są jak sztylet czyste - z krwi otarty ma znów niewinność krzyża... Ile wody poszło na umywanie rąk, na pot, co karki ugięte nad mapami już ogładza w marmur, chlupot manierek. Przecież oni zwykle smakują kawy po okopach. Potemvvw namiotach swoich pasują się z Bogiem: - im w oknach światło aż do późnej nocy, - im drżenie palców, im prawo do duchów (poślednich morderstw zjawy nie ogłoszą) - imion, że trutnie brzęczą po historii... To Szekspir winien, to Sofokles sprawił owe kurtyny od bitewnej chmury - jak trzeba - cięższe. Pod dostojnym niebem wspierając się na szabli, albo kurząc fajkę króle kształtują rozkaz. Każda jego zgłoska Fidiasza dłutem cięta... Kogóż nie oślepi boska nagość decyzji. Już wnukowie będą jak my - w Cezarze przestępując trupy powiadać: piękna kadencja. Z nasienia, co poczęliśmy tuż przed marszem, wzejdzie aktor wymowny - że grobowy kamień zapłacze - kiedy łkając wyśpiewa widowni, jak boli wysyłanie innych na śmierć... Króle, na ten czas obwołani, poduczą się gestu światła ustawią w oknach. Tak zakwitnie godne ogłady wieków zabijanie, gdzie tylko prostak nóż jak Kain capnie. Gałczyński Konstanty-Ildefons - ur. 23 I 1905 r.- poeta, satyryk, debiutem jest poetycka powieść "Porfirion Osiełek czyli Klub Świętokradców"; poematy: "Koniec świata" (1929), "Bal u Salomona" (1931), "Ludowa zabawa" (1934); okres przedwojenny Gałczyński zamknął cyklem "Noctes Aninenses"; po wojnie trzy wybory wierszy wydane 1946 r. (w Polsce, Rzymie, Hanowerze); zbiór "Zaczarowana dorożka" (1948); w 1945 rozpoczął cykl "Zielona gęś" (groteska); utwory dotyczące roli sztuki: "Niobe" (1952), "Wit Stwosz" (1952); swoistym testamentem jest cykl 10 Pieśni; dłuższe utwory satyryczne, poemat: "Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu" (1954), farsa: "Babcia i wnuczek, czyli Noc cudów" (1955) i in. - zm. 6 XII 1953 r. "Rozmowa liryczna" - Powiedz mi, jak mnie kochasz, - Powiem. - Więc? - Kocham cię w słońcu. I przy blasku świec. Kocham cię w kapeluszu i w berecie. W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie. W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach. I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona. I gdy jajko rozstłukujesz ładnie - nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie. W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku. I na końcu ulicy. I na początku. I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz. W niebezpieczeństwie. I na karuzeli. W morzu. W górach. W kaloszach. I boso. Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą. I wiosną, kiedy jaskółka przylata. - A latem jak mnie kochasz? - Jak treść lata. - A jesienią, gdy chmurki i humorki? - Nawet wtedy, gdy gubisz parasolki. - A gdy zima posrebrzy ramy okien? - Zimą kocham cię jak wesoły ogień. Blisko przy twoim sercu. Koło niego. A za oknami śnieg, wrony na śniegu. Leśniczówka Pranie, 1950. Grochowiak Stanisław - ur. 24 I 1934 r. w Lesznie Wielkopolskim - poeta, prozaik, dramatopisarz, publicysta; debiutował jako poeta w prasie; pierwsze książki: powieść "Plebania z magnoliami" i zbiór wierszy "Ballada rycerska" (1956); inne: "Menuet z pogrzebaczem" (1958), "Rozbieranie do snu" (1959), "Agresty" (1963), "Kanon" (1965), "Nie było lata" (1969), "Polowanie na cietrzewie" (1972), "Haiku-images" (1978); pisał dla teatru, radia i telewizji - zm. 2 IX 1976 r. w Warszawie; "Dialog" Opowiedział mi człowiek, który pije wódkę, Że nogi ma dosyć dobre, na starość też nie narzeka; Że nawet wierzy w Boga, to znaczy w Coś po śmierci; Że owszem, Że odłożył Na Czarną Godzinę. Odrzekłem człowiekowi, popijając wódkę, Że chmury jeśli sine, to tak zwykle bywa pod jesień, Że jest to rzecz normalna, iż drzewa krzywo rosną, A ptaszki - krocząc w śniegu - przeziębiają łapy. Potem Padliśmy sobie W ramiona Z wielkim płaczem. "Upojenie" Jest wiatr, co nozdrza mężczyzny rozchyla: Jest taki wiatr. Jest mróz, co szczęki mężczyzny zmarmurza; Jest taki mróz. Nie jesteś dla mnie tymianek ni róża Ani też "czuła pod miesiącem chwila" - Lecz ciemny wiatr, Lecz biały mróz. Jest deszcz, co wargi kobiety: odmienia; Jest taki deszcz. Jest blask, co uda kobiety odsłania; Jest taki blask. Nie szukasz we mnie silnego ramienia Ani ci w myśli "klejnot zaufania", Lecz słony deszcz, Lecz złoty blask. Jest skwar, co ciała kochanków spopiela: Jest taki skwar. Jest śmierć, co oczy kochanków rozszerza: Jest taka śmierć. Oto na rośnych polanach wesela Z kości słoniowej unosi się wieża Czysta jak skwar, Gładka jak śmierć. Harasymowicz Jerzy - ur. 24 VII 1933 r. w Puławach; poeta, debiutował tomikiem "Cuda" w 1956 r.; inne tomiki: m.in. "Wieża melancholii" (1958), "Przejęcie kopii" (1958), "Pastorałki Polskie" (1966), "Madonny Polskie" (1969), "Polska weranda" (1973), "Żaglowiec" (1974), "Polowanie z sokołem" (1977); otrzymał Literacką Nagrodę Ministerstwa Kultury i Sztuki II stopnia w 1975 r.; "Kraina listopada" Daleko w mgłach jak polem bawełny chodzę Daleko zostaje sylweta miasta niebieska Wiatr buszuje w łachach moich Rudzieje niebo w ukośnych deszczach Tu księżyc ma mordę spuchniętą od miasta strony W norach przedmieścia chuliganów jak susłów gwizdy Dalekie są pociągów kontynentalne szlochy Lakierowane nóżki władzy zaroślami przyszły I tylko waciak kiedyś tu zostawiony Waciak cierpliwy w zaroślach gnije ma szare sny W dalekich lasach drżą nieokreślone nadzieje Szumi ziemia niczyja pod krwawą łuną rdzy Na polach w dymach niskich listopada Gdzie te dymiące jesieni wysypiska Wspominam kumpli starych bratnie grzywy Młodości zgniłą koszulę dynastii lumpów przezwiska Herbert Zbigniew - ur. 29 X 1924 r. we Lwowie; poeta, dramatopisarz, eseista; studiował prawo i filozofię na uniwersytetach w Krakowie, Toruniu, Warszawie; debiutował tomem wierszy pt. "Struna światła"; zbiory: "Hermes, pies i gwiazda" (1957), "Studium przedmiotu" (1961), "Napis" (1969), "Pan Cogito" (1974), "Raport z oblężonego miasta" (1983), "Elegia na odejście" (1990), "Rovigo" (1993); opublikował też kilka utworów dramatycznych - "Dramaty" (1970), zbiór esejów - "Barbarzyńca w ogrodzie" (1962); "Chciałbym opisać" Chciałbym opisać najprostsze wzruszenie radość lub smutek ale nie tak jak robią, to inni sięgając po promienie deszczu albo słońca Chciałbym opisać światło które we mnie się rodzi ale wiem że nie jest ono podobne do żadnej gwiazdy bo jest nie tak jasne nie tak czyste i niepewne Chciałbym opisać męstwo nie ciągnąc za sobą zakurzonego lwa a także niepokój nie potrząsając szklanką pełną wody inaczej mówiąc oddam wszystkie przenośnie za jeden wyraz wyłuskany z piersi jak żebro za jedno słowo które mieści się w granicach mojej skóry ale nie jest to widać możliwe i aby powiedzieć - kocham biegam jak szalony zrywając naręcza ptaków i tkliwość moja która nie jest przecież z wody prosi wodę o twarz i gniew różny od ognia pożycza od niego wielomównego języka tak się miesza we mnie to co siwi panowie podzielili raz na zawsze i powiedzieli to jest podmiot a to przedmiot zasypiamy z jedną ręką pod głową a z drugą w kopcu planet a stopy opuszczają nas i smakują ziemię małymi korzonkami które rano odrywamy boleśnie "Dom" Dom nad porami roku dom dzieci, zwierząt i jabłek kwadrat pustej przestrzeni pod nieobecną gwiazdą dom był lunetą dzieciństwa dom był skórą wzruszenia policzkiem siostry gałązką drzewa policzek zdmuchnął płomień gałąź przekreślił pocisk nad sypkim popiołem gniazda piosenka bezdomnej piechoty dom jest sześcianem dzieciństwa dom jest kostką wzruszenia skrzydło spalonej siostry liść umarłego drzewa "Przesłanie Pana Cogito" Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę idź wyprostowany wśród tych co na kolanach wśród odwróconych plecami i obalonych w proch ocalałeś nie po to aby żyć masz mało czasu trzeba dać świadectwo bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę a kornik napisze twoj uładzony życiorys i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie strzeż się jadnak dumy niepotrzebnej oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy światło na murze splendor nieba one nie potrzebują twego ciepłego oddechu są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku idź bo tylko będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów Bądź wierny Idź Hillar Małgorzata - ur. 19 XII 1930 r. w Piesienicy; poetka; ukończyła prawo na Uniwersytecie Warszawskim; debiutowała tomikiem "Gliniany dzbanek" (1957); inne zbiory: "Prośba do macierzanki" (1959), "Krople słońca" (1961), "Czekanie na Dawida" (1967), "Poezje wybrane w opracowaniu autorki" (1972); "My z drugiej połowy XX wieku" My z drugiej połowy XX wieku rozbijający atomy zdobywcy księżyca wstydzimy się miękkich gestów czułych spojrzeń ciepłych uśmiechów Kiedy cierpimy wykrzywiamy lekceważąco wargi Kiedy przychodzi miłość wzruszamy pogardliwie ramionami Silni cyniczni z ironicznie zmrużonymi oczami Dopiero późną nocą przy szczelnie zasłoniętych oknach gryziemy z bólu ręce umieramy z miłości "Zakochana" Idzie ulicą jakby tańczyła na baletowym popisie Uśmiecha się do dziecka w wózku do wróbla który stracił ogon Te kropki na sukience myśli mają kolor jego oczu Od rana powtarza najmilsze imię i wychodzi z domu w jednej pończosze Kozioł Urszula - ur. 20 VI 1931 r. w Rakówce pod Biłgorajem; poetka, powieściopisarka; ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim; debiut w 1957, ("Gumowe klocki", "Nowe sygnały", "Arkusz poetycki" nr 10); następne utwory: "W rytmie korzeni" (1963), "Smuga i promień" (1965), "Lista obecności" (1967), "Poezje wybrane" (1969, w opracowaniu autorki), "W rytmie słońca" (1974), "Wybór wierszy" (1976), "Żalnik" (1989); powieści autobiograficzne: "Postoje pamięci" (1964), "Ptaki dla myśli" (1971); "Inwokacja" Biłgoraju pajdo kraju leśna ziemio stokorodna wąska Tanwio w śniętym Sanie sanno płozo kośna łąko iły muły piachy lessy miedzo łubin bosa groblo sito sosny rozstrzelanej bezimiennych imion pełne stójcie przy mnie bądźcie we mnie nie odprawcie w świat mnie samej na błądzenie nadaremne w borykanie pylne rdzawe moje lite krajobrazy moje chude talizmany "Miłość" Jest czekaniem na niebieski mrok na zieloność traw na pieszczotę rzęs Czekaniem na kroki szelesty listy na pukanie do drzwi Czekaniem na spełnienie trwanie zrozumienie Czekaniem na potwierdzenie na krzyk protestu Czekaniem na sen na świt na koniec świata "Myślałam, że będę mówić" Myślałam wreszcie będę mówić Tyle się we mnie słów zebrało Tyle słów dojrzałych i twardych jak ziarnka żyta cierpkich jak gruszki polne aksamitnych jak pszczoły Myślałam dam ci te moje słowa coś z nimi zrobisz Kiedy otworzyłam usta zamknąłeś je swoimi wargami Cofnęły się słowa moje schowały się we mnie jak ptaki lękliwe Teraz już tylko czasem wyglądają oczami "Nadnagość" Miałam azyl swój w lesie - już go wyrąbałeś W inne strony odeszłam - już stały się twoje. Którędy bym nie biegła zabiegałeś drogę na przejściach czatowały uprzedzone domy. Miał to być pojedynek lecz wdałeś się w zmowy teraz wszyscy jednego osaczają zwierza bez czasu ochronnego bez wyboru broni. Nie masz kto by mógł dzisiaj dachu nie odmówić nie masz kto by nie wydać mógł nie wskazać na mnie nie masz kto by nie tropił. I ubiegasz ślady nim je zdążę odcisnąć w panicznym wybiegu. Tyle mi pozostało co w zmilczanym słowie. Lecz tyś zdołał się wedrzeć w zatajone wnętrze i już nawet ze sobą nie mam dziś przymierza. Choć język zaniemówił trzewia mam stugębne. Wydają mnie gruczoły dech się mnie zapiera ciśnienie krwi spiskuje z tętnem na mą zgubę Tyleś wziął. Wszakżeś jeszcze nie pojmał mnie całej. Chcesz mnie dostać - śmierć zabierz. W niej jeszcze mam azyl. "Przesłanie" Nie wyręczysz mnie z bólu nie wyręczysz z radości szczęścia nie wyręczysz myślenia pamięci narodzin śmierci tworzenia nie wyręczysz z czasu chwili dnia pojedyńczo jesteśmy jesteśmy o tyle o ile odnajdujemy się w sobie pojedyńczo wracamy w siebie zwracamy się ku sobie w bólu radości szczęściu w myśleniu pamięci śmierci w narodzinach miłości pojedynczo - każdy dzień istnieje o tyle o ile odnajdujemy w nim chwilę siebie Możesz za mnie wykonać tylko cudze. Wyręczamy się z cudzego z nie "my" z nie "ja". Każde cudze przeszkadza nam i ciąży ono jest do zwalenia na kogo innego Zepchnij je. Dźwignij siebie pomnażaj swój zasięg tyle masz świata ile go przyswoisz tworzy - co pojedyńcze. Reszta jest postronna. "W rytmie korzeni" Cokolwiek czynisz gdziekolwiek nie jesteś sam W świecie pozbawionym nawiasu nie staniesz poza w świecie bez obramowań nie staniesz obok gdziekolwiek staniesz będziesz punktem centralnym na kuli Twoja samotność nigdy tylko twoja przenieś spojrzenie z siebie do miejsc w których jesteś dopóki jesteś Hewel hawolim kuloj hewel (Marność i tylko marność) - ale oszczędzaj korzeni u źródeł Niech skrzydło pliszki jak płatek popiołu samo przywrą czarnoziemu będzie a cienia swojej ręki nie wypalaj na liściu brzozy jemu zieleń słuszna tak jak mieszkaniom słuszna zamieszkałość Gdziekolwiek kiedykolwiek odtają szyfry naszych dni pod słońcem I choć tam nie o tobie także o tobie będzie I choć nie o mnie także o mnie będzie sprasowani z tłem pozbawieni twarzy i swego "tak" "nie" jedną tylko zostawimy wklęsłość śladu. "Z rozmów o deszczu" Ta zwykła ta mała kropla deszczu na twojej otwartej dłoni nie z tej godziny i nie z tego nieba nie z tej rzeki nie z tamtego światła nie chmurę ma za sobą ale odyseję Ilu beczkom obręczom pazurkom ilu kurzym łapkom czasu wywinęło się z ilu oddechów w istnym salto mortale uskoczyła w ostatnim momencie do lustra ile przewędrowała światów od korzenia po chmurę od komina po kamień w jakie z czym wchodziła związki rozłąki podawana z ust do ust ileż to wyroków wymazywało ją już nieodwołalnie z powierzchni w jakich przeistoczeniach mimo to ocalała cudownie z niejednego morza katastrof. Wieczny tułacz jest od niej młodszy o miliardy lat. Syzyf zwilżał nią wargi Wraz z potem Prometeusza zbiegła ze skały, Tułała się z Odysem. Była wieprzem u Kirke i kwiatem molly. Nie zna swojej Itaki. Nie zna Penelopy. Być może zna anonimową łzę jakiegoś dziecka być może wyruszyła na pustynię po wodę dla niego ale ją zabito. W ogóle rozstrzeliwano ją kilkaset razy to tu to tam. Trudno jej wszystko spamiętać. Mogła być kroplą która przebierała miarę. Niewykluczone że od niej jednej zależało kiedyś czy ilość przejdzie w jakość. Może to właśnie ją przelewano z pustego w próżne Wiele razy uratowała - nie uratowała nikogo. Wiele razy dobiegła - nie dobiegła do tych czy tamtych warg do tych czy tamtych korzeni. Ugasiła - nie ugasiła niczego. A może to nie była ona. Może była wtedy zaledwie motylem lub jaskółką rybą czy chrabąszczem lub zalążkiem jeszcze innego pragnienia wschodziła na kraty czyjegoś więzienia. Ta mała zwykła kropla deszczu tak czy owak zasłużyła na marmurowy sarkofag na swoją piramidę lub przynajmniej na osobną gablotę w pierwszym muzeum świata Ważysz ją w ręku kładziesz jej wielką niczyjość na swoje wargi jak świętą pieczęć. Pod jej obronę uciekniesz się w godzinę suszy. "***" Jesteś za blisko za naocznie jesteś żebym cię mogła zobaczyć raz wtóry. Oto liść jeden przybył w naszym drzewie a nie wiem - który. Tak zacieramy się. Im bliżej siebie jesteśmy dalsi wciąż od zobaczenia. Zbyt odsłonięte mamy twarze. Przecież coś pozostało w nich do odgadnienia. Zatem jedź wyjedź i bądź mi z powrotem bowiem gdzie oczy za blisko są oczom błogosławiony rozjazd - i powroty. A tak się właśnie do obrazu wgląda cofając kroki. Miłosz Czesław - ur. 30 VI 1911 r. w Szetejniach (Litwa); poeta, eseista, tłumacz, historyk sztuki; przed 1939 r. wydał dwa zbiory wierszy: "Poemat o czasie zastygłym" (1933), "Trzy zimy" (1936); związany był przed wojną z grupą "Żagary"; zbiór wierszy: "Ocalenie" (1945), poemat: "Trakt moralny" (1948), "Toast"; następny zbiór wierszy: "Światło dzienne" (1953), "Trakt poetycki" (1957), "Król Popiel" i inne wiersze (1962), "Gucio zaczarowany" (1965), "Miasto bez imienia" (1969), "Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada" (1974), "Hymn o perle" (1981), "Nieobjęta ziemia" (1984), "Kroniki" (1987), "Dalsze okolice"; głosił eseje na tematy literacki, filozoficzne, ogólnokulturalne , m.in. "Ziemia Ulro" (1977); przetłumaczył m.in. "Ziemię jałową" Thomasa L. Eliota; tłumacz tekstów biblijnych ("Księga psalmów", "Księga Hioba" etc.); 1980 r. otrzymał nagrodę Nobla; doktorat honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego; przy współudziale Czesława Miłosza powstał "pamiętnik mówiony" Aleksandra Wata pt. "Mój wiek"; "Dar" Dzień taki szczęśliwy, Mgła opadła wcześniej, pracowałem w ogrodzie, Kolibry przystawały nad kwiatem kapryfolium, Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć, Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć, Co przydarzyło się złego, zapomniałem, Nie wstydziłem się złego, zapomniałem, Nie wstydziłem się myśleć, że byłem kim jestem, Nie czułem w ciele żadnego bólu Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle. "Miłość" Miłość to znaczy popatrzeć na siebie, Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy, Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu. A kto tak patrzy, choć sam o tym nie wie, Ze zmartwień różnych swoje serce leczy, Ptak mu i drzewo mówią: przyjacielu. Wtedy i siebie i rzeczy chce uczyć, Żeby stanęły w wypełnienia łunie. To nic, że czasem nie wie, czemu służyć: Nie ten najlepiej służy, kto rozumie. "Nadzieja" Nadzieja, bywa jeżeli ktoś wierzy, Że ziemia nie jest snem, lecz żywym ciałem I że wzrok, dotyk ani słuch nie kłamie, A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem, Są niby ogród, kiedy stoisz w bramie Wejść tam nie można. Ale jest na pewno, Gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli, Jeszcze kwiat nowy i gwiazdkę niejedną W ogrodzie świata byśmy zobaczyli. Niektórzy mówią, że nas oko łudzi I że nic nie ma, tylko się wydaje, Ale ci właśnie nie mają nadziei. Myślą, że każdy człowiek się odwróci, Cały świat za nim zaraz być przestaje Jakby porwały go ręce złodziei. "Wiara" Wiara jest wtedy, kiedy ktoś zobaczy Listek na wodzie albo kroplę rosy I wie, że one są - bo są konieczne. Choćby się oczy zamknęło, marzyło, Na świecie będzie tylko to, co było, A liść uniosą dalej wody rzeczne. Wiara jest także, jeżeli ktoś zrani Nogę kamieniem i wie, że kamienie Są po to, żeby nogi nam raniły. Patrzcie, jak drzewo rzuca długie cienie, I nasz, i kwiatów cień pada na ziemię: Co nie ma cienia, istnieć nie ma siły. Rymkiewicz Aleksander (1913-1983); poeta; członek poetyckiej grupy Żagary; liryka refleksyjno-krajobrazowa; utwory: "Promień dla artysty", "Krajobrazy i ludzie"; "Hymn na cześć pierwszej miłości" W wieku sonetów czułych i wstążek nad czołem, pierwsza miłości, pięknie ciebie nazwano, dziś nie wierzący w tamte kobiece anioły, chmur czy gwiazdozbiorów słysząc huk za ścianą, leżą przy swych kochankach, a w pustym kieliszku brzask łzą pierwszą błyska. A w kinach wieczorami po mozole we dnie sycą małe swe serca wielkich serc tragedią nie wierzący w anioły kobiece. Stocz się, bóstwo z sonetów, jak myśmy stoczyli. Widzą - rozkosz oplata jej dziewczęce plecy różą jak żmiją. I znów nad pustynią serca, gdy idą już z kina nie wierzący w anioły kobiece, niebo też odludne, chłodna hen pustynia i owoc księżyca rozcięty jak mieczem. Do nich, pierwsza miłości, powróć ozdrowieńcza, nie wiedząc o tym, oni niezabudek pragną, które rączka podaje, a serce się zaręcza, gdy las rozciąga się krzykiem żurawi od bagna. Obmyj ich dawnym szmerem słowiczych strumieni. Spójrz - nawet wybrańców losu sława nie pociesza, w czarną noc z czarnymi sercami zmierza czarna rzesza po miejskim zagonie z kamienia. Ty jedna masz tę moc tajemną i wzniosłą przemiany, jak ów miesiąc, co przez sosny złoci bujne trawy, i widzisz: oto kwiaty paproci wśród mozaikowych cieni wyrosły. Stachura Edward - ur. 18 VIII 1937 r. Charvien (Francja); poeta, prozaik; studia romanistyczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i Uniwersytecie Warszawskim; zbiór wierszy: "Dużo ognia" (1963); poematy: "Po ogrodzie niech hula szarańcza" (1968), "Przystępuję do ciebie" (1968), "Piosenki" (1973); zbiory opowiadań: "Jeden dzień" (1962), "Falując na wietrze" (1966); powieści: "Cała jaskrawość" (1969), "Siekierezada albo zima leśnych ludzi" (1971), "Się" (1977); dialog filozoficzno-poetycki "Tabula rasa. Rzecz o egoizmie" (1979) - zm. 24 VII 1979 r. w Warszawie (samobójstwo); pośmiertnie wydano "Poezje wybrane" (1980); "Czas płynie i zabija rany" Posłuchaj, porzucony przez nią. Nieznany mój przyjacielu: W rozpaczy swojej Nie wychodź na balkon, nie wychodź; Do bruku z góry nie przychodź, nie przychodź; Na smugę cienia nie wybiegaj; Zaczekaj, trochę zaczekaj. Posłuchaj, porzucona przezeń, Nieznana ma przyjaciółko; W rozpaczy swojej Nie wychodź na balkon, nie wychodź; Do bruku z góry nie przychodź, nie przychodź; Na smugę cienia nie wbiegaj, Zaczekaj, trochę zaczekaj. Przysięgam wam, że płynie czas! Że płynie czas i zabija rany! Przysięgam wam, przysięgam wam, Przysięgam wam, że płynie czas, Że zabija rany - przysięgam wam. Tylko dajcie mu czas, Dajcie, czasowi czas (Zwólcie czarnym potoczyć się chmurom Po was, przez was, między ustami, I oto dzień przychodzi, nowy dzień, One już daleko, daleko za górami.) Tylko dajcie mu czas, Dajcie czasowi czas, Bo bardzo, bardzo, Bardzo szkoda Byłoby nas! "Dookoła mgła" Jak długa pisana mi jeszce włóczęga? Ech, gwiazdo - ogniku, ty błędny mych dni, Spraw, by skończyła się, wreszcie ta męka, I zapędź, do czułych zakulaj mnie drzwi, Lecz gdzie jest ten dom, jak tam idzie się doń? Gdzie jest ta stanica, gdzie progi te są? Tam most jest na rzece, za rzeką jest sad; Tam próżnia się kończy, zaczyna się świat. Lecz, gdzie rzeka ta, gdzie rzucony jest most? Gdzie sad jest ten biały, jabłonki gdzie są? Na drzewach owoce i strąca je wiatr, Do kosza je zbiera ta ręka jak kwiat, Te strony gdzieś są, gdzieś daleko za mgłą, Więc idę i dalej przedzieram się wciąż! Zbierają się ptaki, ruszają na szlak, Już lecą, wprost lecą, nie błądzą jak ja, Jak długa pisana mi jeszcze włóczęga? Ech, gwiazdo - ogniku ty błędny mych dni, Spraw, by skończyła się wreszcie ta męka, I zapędź, do czułych zakulaj mnie drzwi. "Dwadzieścia lat później" czyli spotkanie ze szkolnym kolegą w mieście IKS gdzie czas jakiś się zatrzymałem w drodze na pewien płaskowyż andyjski Więc tutaj, stary, w twoim mieście goszczę; Nieduży pokój, ale lubię go; Poddasze, widzisz, siadaj tam przy oknie; Przestronny widok, jasna dzisiaj noc, Ja już muszę iść... Spokojnie stary nie ma tu pobudki, Przyszliśmy ledwie, już uciekać chcesz? Herbaty zrobię, dobra rzecz po wódce. No a w ogóle nie tak późno jest. Ja już muszę iść.... Pamiętasz stary, dawne czasy szkolne; Najlepszy byłeś, w całej siódmej B; Potęga w bójce i w nauce, orzeł, Rój dziewuch wtedy w tobie durzył się, Ja już muszę iść... Co z tobą, stary? Jak papuga trujesz; Pijany jesteś, masz herbatę, pij; Odpoczniesz chwilkę, trochę wyparujesz, A potem, bracie, gdzie Cię pędzi, mknij. Ja już muszę iść.... do żony Bo mnie całkiem z domu przegoni Ty płaczesz stary, Niech to licho trzaśnie! kapelusz popraw, proszę; nie płacz już, Już nie wiem zresztą, może popłacz właśnie, A jakby coś tak, no to wracaj tu. Płakał jak dziecko ten, który dwadzieścia lat przedtem zapowiadał się na to czym stał się dwadzieścia lat potem, Sprowadziłem go na dół po skrzypiących krętych schodach, klepnąłem w plecy i poszedł skąpo oświetloną ulicą tej dzielnicy tego miasta, które od tej chwili znielubiłem i postanowiłem niebawem je opuścić. Patrzyłem jakiś czas za dawnym szkolnym kolegą, na jego wstrząsane łkaniem przygarbione plecy, aż wsiąknął w ciemność. Więcej go nie widziałem, Ty - dobrze się zapowiadający, młodszy kolego - Uważaj. I na zakrętach: wolnego! "Nie brookliński most" Rozdzierający Jak tygrysa pazur antylopy plecy Jest smutek człowieczy. Nie brookliński most, Ale przemienić W jasny, nowy dzień Najsmutniejszą noc, - To jest dopiero coś! Przerażający Jak ozdoba świata Co w malignie bredzi jest obłęd człowieczy. Nie brookliński most, Lecz na drugą stronę Głową przebić się Przez obłędu los - To jest dopiero coś! Będziemy smucić się starannie Będziemy szaleć nienagannie Będziemy naprzód niesłychanie Ku polanie! "Odezwij się" Świeciło słońce, potem padał deszcz Jak w słońcu szliśmy wręcz pod deszczem Tak samo w nocy, jak i w biały dzień Płonęły oczy nam do siebie Skończyło się Miało wiecznie trwać Skończyło się Już nie ma cię Ach, jaka szkoda nas Już nie ma mnie Mówiłaś: nigdy, nigdy nikt i nic Rozdzielić w życiu nas nie zdoła Mówiłem: zawsze, zawsze będę żyć Potężnie zawsze, żyć bo kocham Skończyło się Miało wiecznie trwać Skończyło się Już nie ma cię Ach, jaka szkoda nas Już nie ma mnie Co robić gdy się z własnych spadło chmur Na wielkie własne też pustynie Co robić gdy się skończył niby cud Szukajmy tego co nie ginie Niech zacznie się Ale wiecznie już Niech zacznie się Czy słyszysz mnie Pośród gór i mórz Odezwij się Odezwij się Odezwij się "Życie to nie teatr" Życie to nie teatr, mówisz ciągle, opowiadasz; Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada; Wszystko to zabawa, wszystko to jest gra Przy otwartych i zamkniętych drzawiach. To jest gra! Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam; Życie to nie tylko kolorowa maskarada, Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest; Wszystko przy nim blednie, blednie nawet sama śmierć! Ty i ja - teatry to są dwa. Ty i ja! Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy, Ty najwyżej w górę wznosisz brwi, Nawet kiedy źle ci jest, to nie jest źle. Bo ty grasz! Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam, cały jestem zbudowany z ran, Lecz kaleką nie ja jestem, tylko ty, Dzisiaj bankiet u artystów, ty się tam wybierasz; Gości będzie dużo, nieodstępna tyraliera; Flirt i alkohole, może tanie będą też, Drzwi otwarte zamkną potem się, No i cześć! Wpadnę tam na chwilę, zanim spuchnie atmosfera; Wódki dwie wypiję, potem cicho się pozbieram, Wyjdę na ulicę, przy fontannie zmoczę łeb; Wyjdę na przestworza, przecudowny stworzę wiersz. Ty i ja - teatry to są dwa. Ty i ja! Ty prawdziwej nie uronisz łzy, Ty najwyżej w górę wznosisz brwi; I nie zaraźliwy wcale jest twój śmiech. Bo ty grasz! Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam, Cały jestem zbudowany z ran, Lecz gdy śmieję się, to w krąg się śmieje świat! Szymborska Wisława - ur. 2 VII 1923 r. w Bninie w Poznańskiem; poetka; studiowała filologię polską w Krakowie i socjologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, autorka zbiorów wierszy: "Dlatego żyjemy" (1952), "Pytania zadawane sobie" (1954), "Wołanie do Jeti" (1957), "Sól" (1962), "Sto pociech" (1967), "Wszelki wypadek" (1972), "Wielka liczba" (1976), "Ludzie na moście" (1986), "Koniec i początek" (1993); dwa tomy felietonów pt. "Lektury nadobowiązkowe" (1973, 1981) "Allegro ma........." Jesteś piękne - mówię życiu - bujniej już nie można było, bardziej żabio i słowiczo, bardziej mrówczo i nasiennie. Staram się mu przypodobać, przypochlebić, patrzeć w oczy. Zawsze pierwsza mu się kłaniam z pokornym wyrazem twarzy. Zabiegam mu drogę z lewej zabiegam mu drogę z prawej, i unoszę się w zachwycie, i upadam od podziwu. Jaki polny jest ten konik, jaka leśna ta jagoda - nigdy bym nie uwierzyła, gdybym się nie urodziła. Nie znajduję - mówię życiu - z czym mogłabym cię porównać. Nikt nie zrobi drugiej szyszki ani lepszej, ani gorszej. Chwalę hojność, pomysłowość, zamaszystość i dokładność, i co jeszcze - i co dalej - czarodziejstwo, czarnoksięstwo. Byle tylko nie urazić nie rozgniewać, nie rozpętać. Od dobrych stu tysiącleci nadskakuję uśmiechnięta. Szarpię życie za brzeg listka: przystanęło? dosłyszało? Czy na chwilę, choć raz jeden, dokąd idzie - zapomniało? "Miłość od pierwszego wejrzenia" z tomiku "Koniec i początek" Oboje są przekonani, że połączyło ich uczucie nagłe. Piękna jest taka pewność, ale niepewność piękniejsza. Sądzą, że skoro nie znali się wcześniej, nic między nimi nigdy się nie działo. A co na to ulice, schody, korytarze, na których mogli się od dawna mijać? Chciałabym ich zapytać, czy nie pamiętają - może w drzwiach obrotowych kiedyś twarzą w twarz? jakieś "przepraszam" w ścisku? głos "pomyłka" w słuchawce? - ale znam ich odpowiedź. Nie, nie pamiętają. Bardzo by ich zdziwiło, że od dłuższego już czasu bawił się nimi przypadek. Jeszcze nie całkiem gotów zamienić się dla nich w los, zbliżał ich i oddalał, zabiegał im drogę i tłumiąc chichot odskakiwał w bok. Były znaki, sygnały, cóż z tego, że nieczytelne. Może trzy lata temu albo w zeszły wtorek pewien listek przefrunął z ramienia na ramię? Było coś zgubionego i podniesionego. Kto wie, czy już nie piłka w zaroślach dzieciństwa? Były klamki i dzwonki, na których zawczasu dotyk kładł się na dotyk. Walizki obok siebie w przechowalni. Był może pewnej nocy jednakowy sen, natychmiast po zbudzeniu zamazany. Każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy, a księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie. "Miłość szczęśliwa" Miłość szczęśliwa. Czy to jest normalne, czy to poważne, czy to pożyteczne - co świat ma z dwojga ludzi, którzy nie widzą świata? Wywyższeni ku sobie bez żadnej zasługi, pierwsi lepsi z miliona, ale przekonani, że tak stać się musiało - w nagrodę za co? za nic; światło pada znikąd - dlaczego właśnie na tych, a nie innych? Czy to obraża sprawiedliwość? Tak. Czy narusza troskliwie piętrzone zasady, strąca ze szczytu morał? Narusza i strąca. Spójrzcie na tych szczęśliwych; gdyby się chociaż maskowali trochę, udawali zgnębienie krzepiąc tym przyjaciół! Słuchajcie jak się śmieją - obraźliwie. Jakim językiem mówią - zrozumiałym na pozór. A te ich ceremonie, ceregiele, wymyślne obowiązki względem siebie - wygląda to na zmowę za plecami ludzkości! Trudno nawet przewidzieć, do czego by doszło, gdyby ich przykład dał się naśladować. Na co liczyć by mogły religie, poezje, o czym by pamiętano, czego zaniechano, kto by chciał zostać w kręgu. Miłość szczęśliwa. Czy to jest konieczne? Takt i rozsądek każą milczeć o niej, jak o skandalu z wysokich sfer życia. Wspaniałe dziatki rodzą się bez jej pomocy. Przenigdy nie zdołałaby zaludnić ziemi, zdarza się przecież rzadko. Niech ludzie nie znający miłości szczęśliwej twierdzą, że nigdzie nie ma miłości szczęśliwej. Z tą wiarą lżej im będzie i żyć, i umierać. "Nic dwa razy" Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy. Z tej przyczyny zrodziliśmy się bez wprawy i pomrzemy bez rutyny. Choćbyśmy uczniami byli najtępszymi w szkole świata, nie będziemy repetować żadnej zimy ani lata. Żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych nocy, dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy. Wczoraj, kiedy twoje imię ktoś wymówił przy mnie głośno, tak mi było, jakby róża przez otwarte wpadła okno. Dziś, kiedy jesteśmy razem, odwróciłam twarz ku ścianie. Róża? Jak wygląda róża? Czy to kwiat? A może kamień? Czemu ty się, zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem? Jesteś - a więc musisz minąć. Miniesz - a więc to jest piękne. Uśmiechnięci, wpółobjęci spróbujemy szukać zgody, choć różnimy się od siebie jak dwie krople czystej wody. "Niektórzy lubią poezję" Niektórzy - czyli nie wszyscy. Nawet nie większość wszystkich ale mniejszość. Nie licząc szkół, gdzie się musi, i samych poetów, będzie tych osób chyba dwie na tysiąc. Lubią - ale lubi się także rosół z makaronem, lubi się komplementy i kolor niebieski, lubi się stary szalik, lubi się stawiać na swoim, lubi się głaskać psa. Poezję - tylko co to takiego poezja. Niejedna chwiejna odpowiedź na to pytanie już padła. A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego jak zbawiennej poręczy. "Obmyślam świat" Obmyślam świat, wydanie drugie, wydanie drugie, poprawione, idiotom na śmiech, melancholikom na płacz, łysym na grzebień psom na buty, Oto rozdział: Mowa Zwierząt i Roślin, gdzie przy każdym gatunku masz słownik odnośny. Nawet proste dzień dobry wymienione z rybą ciebie, rybę i wszystkich przy żywych umocni. Ta dawno przeczuwana, nagle w jawie słów, improwizacja lasu. Ta epika słów. Te aforyzmy jeża układane, gdy jesteśmy przekonani że nic tylko śpi. Czas (rozdział drugi), ma prawo do wtrącania się we wszystko czy to złe, czy dobre. Jednakże - ten, co kruszy góry, oceany przesuwa i który obecny jest przy gwiazd krążeniu, nie będzie mieć najmniejszej władzy nad kochankami, bo zbyt nadzy, bo zbyt objęci, z nastroszoną duszą jak wróblem na ramieniu. Starość to tylko morał przy życiu zbrodniarza. Ach, więc wszyscy są młodzi! Cierpienie (rozdział trzeci) ciała nie znieważa. Smierć, kiedy śpisz, przychodzi. A śnić będziesz, że wcale nie trzeba oddychać, że cisza bez oddechu to niezła muzyka, jesteś mały jak iskra i gaśniesz do taktu. Śmierć tylko taka. Bólu więcej miałeś trzymając różę w ręce i większe czułeś przerażenie widząc, że płatek spadł na ziemię. Świat tylko taki. Tylko tak żyć. I umierać tylko tyle, A wszystko inne - jest jak Bach chwilowo grany na pile. "Sto pociech" Zachciało mu się szczęścia, zachciało mu się prawdy, zachciało mu się wieczności, patrzcie go! Ledwie rozróżnił sen od jawy, ledwie domyślił się, że on to on, ledwie wystrugał ręką z płetwy rodem krzesiwo i rakietę, łatwy do utopienia w łyżce oceanu za mało nawet śmieszny, żeby pustkę śmieszyć, oczami tylko widzi, uszami tylko słyszy, rekordem jego mowy jest tryb warunkowy, rozumem gani rozum, słowem; prawie nikt, ale wolność mu w głowie, wszechwiedza i byt poza niemądrym mięsem, patrzcie go! Bo przecież chyba jest, naprawdę się wydarzył pod jedną z gwiazd prowincjonalnych. Na swój sposób żywotny i wcale ruchliwy. Jak na mądrego wyrodka kryształu - dość poważnie zdziwiony. Jak na trudne dzieciństwo w koniecznościach stada - nieźle już poszczególny. Patrzcie go! Tylko tak dalej, dalej choć przez chwilę, bodaj przez mgnienie galaktyki małej. Niechby się wreszcie z grubsza okazało, czym będzie, skoro jest. A jest - zawzięty. Zawzięty, trzeba przyznać bardzo. Z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze. Sto pociech, bądź co bądź. Nieboże. Istny człowiek. "Zakochani" Jest nam tak cicho, że słyszymy piosenkę zaśpiewaną wczoraj: "Ty pójdziesz górą, a ja doliną..." Chociaż słyszymy - nie wierzymy. Nasz uśmiech nie jest maską smutku, a dobroć nie jest wyrzeczeniem. I nawet więcej, niż są warci, nie kochających żałujemy. Tacyśmy zadziwieni sobą, że cóż nas bardziej zdziwić może? Ani tęcza w nocy. Ani motyl na śniegu. A kiedy zasypiamy, we śnie widzimy rozstanie. Ale to dobry sen, ale to dobry sen, bo się budzimy z niego. Śliwonik Roman - 28 VIII 1930 r. w Puszczy Mariańskiej pod Żyrardowem; poeta, prozaik; zbiory poezji: "Ściany i dna" (1958), "Rdzewienie rąk" (1961), "Zapisy z codzienności" (1966), "Wyprzedaż" (1971), "Z pamięci" (1977), "Za żalem" (1979), "Poezje wybrane" (1980), "Oddech" (1980), "Potęgowanie dramatu" (1983) opowiadania: "Bezimienni" (1970), "Frajer" (1974), "Trójkąt liryczny" (1978), "Wybór opowiadań" (1984); "Nikle o miłości" z tomiku "Koturn" Można przetopić zwykłość na poezję jeśli czuwa nad tobą nieśmiertelność twojej godziny Najmądrzejsi wyłonią sens z bezsensu lub z czegoś co dla innych nie istnieje ale w co przemienić można miłość jest w tobie i widzisz jej głupie i piękne światło i widzisz siebie w tym pięknym i głupim bezradny bo w co ją przemienisz w stołek W dom W myśl W wiersz nieprzydatna trwa w tobie nie przemienisz miłości w nic tyIko w miłość bardzo wytrawni mozolnie niszczą ją w sobie część po części włókno po włóknie nikłość po nikłości czasem wygrywają i mają już, dzień jak zwykłą ulgę noce bez snów przestrzeń oczyszczoną oczekiwaniem w którym po jakimś czasie będą ją w sobie składać z części z włókien z nikłości to oni bezgrzeszni stoją zamknięci w głębi wszystkich okien świata tak złowrogo zionie zwycięstwo "***" Jeśli ktoś nie potrafi wrócić w miejsce dla niego urodzone gdzieś A przede wszystkim w kimś wędrówka jego przez życie będzie po nic drogi puste domu żadnego nie oswoi nie spełni się jego serce nie pojmie że je ma i jakie jest naprawdę bo nieprawda że takiego miejsca gdzieś Lub w kimś nie ma że można go znaleźć każdemu odnalezienie przeznaczone jest tylko niewielu rozpocznie i zrozumie że to jest właśnie to miejsce ten człowiek I nie rozpoznawszy Odchodzi wtedy właśnie na zawsze mija się z sobą jest moment że jeszcze można ocaleć wrócić i zgodzić się na tę pieczęć losu przeznaczenie to wielkie słowo jedyne które nas wyróżnia I mówi kim jesteśmy trzeba w tym miejscu urodzonym dla nas zostać żeby za wcześnie nie umrzeć za życia nic nam wyboru nie ułatwia tej konieczności nic nie ułatwia i nie słyszymy samych siebie dlatego tak rzadko ludzie umierają w godzinie jednej kończącej miłość i życie tak rzadko zgadzamy się na los tak rzadko pozwalamy mu zdumieć się jednak nami Twardowski Jan - ur. 1 VI 1915 r. w Warszawie; poeta, kaznodzieja; debiutował w 1935 r. jako poeta na łamach pisma "Kuźnia Młodych"; zbiór wierszy: "Powrót Andersa" (1937); w czasie wojny jako żołnierz Armii Krajowej brał udział w powstaniu warszawskim; ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, seminarium duchowe; zbiory powojenne: "Wiersze" (1959), "Znaki ufności" (1970), "Niebieskie okulary" (1980), "W kolejce do nieba" (1980), "Rachunek dla dorosłego" (1980), "Który stwarzasz jagody" (1983), "Rwanie prosto z krzaka" (1983), "Na osiołku" (1986); wybór poezji pt. "Nie przyszedłem pana nawracać. Wiersze 1973-85" (1986); opublikował też zbiór pogadanek o sprawach wiary i modlitwy pt. "Zeszyt w kratkę. Rozmowy z dziećmi i nie tylko z dziećmi" (1973); "Bliscy i oddaleni" Bo widzisz tu są tacy którzy się kochają i muszą się spotkać aby się ominąć bliscy i oddaleni jakby stali w lustrze piszą do siebie listy gorące i zimne rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty by nie wiedzieć do końca czemu tak się stało są inni co się nawet po ciemku odnajdą lecz przejdą obok siebie bo nie śmią się spotkać tak czyści i spokojni jakby śnieg się zaczął byliby doskonali lecz wad im zabrakło bliscy boją się być blisko żeby nie być dalej niektórzy umierają - to znaczy już wiedzą miłości się nie szuka jest albo jej nie ma nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek są i tacy co się na zawsze kochają i dopiero dlatego nie mogą być razem jak bażanty co nigdy nie chodzą parami można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem "Przyrost ludności" szkoda dla jednej tylko osoby deszczu buków bo najchłodniej przy nich wśród upału ławki nad rzeką szczęścia co zamyka usta łamigłówki serca miłości co ostrzy nóż pływania żabką motylkiem i delfinem kataru po którym jednym uchem słyszy się później a drugim wcześniej ciała co się nie dzieli tylko na ducha i popiół jaskółki wzruszającej ramionami wszystkiego po kolei i dlatego pchają się na ten smutny świat nowi ludzie drzwiami i oknami "Sprawiedliwość" Gdyby wszyscy mieli po cztery jabłka gdyby wszyscy byli silni jak konie gdyby wszyscy byli jednakowo bezbronni w miłości gdyby każdy miał to samo nikt nikomu nie byłby potrzebny Dziękuję Ci że sprawiedliwość Twoja jest nierównością to co mam i to czego nie mam nawet to czego nie mam komu dać zawsze jest komuś potrzebne jest noc żeby był dzień ciemno żeby świeciła gwiazda jest ostatnie spotkanie i rozłąka pierwsza modlimy się bo inni się nie modlą wierzymy bo inni nie wierzą umieramy za tych co nie chcą umierać kochamy bo innym serce wychłódło list przybliża bo inny oddala nierówni potrzebują siebie im najłatwiej zrozumieć że każdy jest dla wszystkich i odczytywać całość "Śpieszmy się" Annie Kamieńskiej Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą Zostaną po nich buty i telefon głuchy tylko to, co nieważne, jak krowa się wlecze najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje potem cisza normalna, więc całkiem nieznośna jak czystość urodzona, najprościej z rozpaczy kiedy myślimy o kimś zostając bez niego Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna zabiera nam wrażliwość tak jak niepewne każde szczęście przychodzi jednocześnie jak patos i humor jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon żeby widzieć naprawdę zamykają oczy chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć kochamy wciąż za mało i stale za późno Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą a ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą "Żal" Zofii Małynicz Żal że się za mało kochało że się myślało o sobie że się już nie zdążyło że było za późno choćby się teraz pobiegło w przedpokoju szurało niosło serce osobne w telefonie szukało słuchem szerszym od słowa choćby się spokorniało głupią minę stroiło jak lew na muszce choćby się chciało ostrzec że pogoda niestała bo tęcza zbyt czerwona a sól zwilgotniała choćby się chciało pomóc własną gębą podmuchać w rosół za słony wszystko już potem za mało choćby się łzy wypłakało nagie niepewne Wierzyński Kazimierz - ur. 27 VIII 1894 r. w Drohobyczy - poeta, prozaik, eseista; debiutował 1913r. wierszami drukowanymi w pismach młodzieżowych; debiutem właściwym był tomik "Wiosna i wino" (1919); zbiór "Wróble na dachu" (1921), "Laur olimpijski" (1925) - pionierskie podjęcie tematyki sportowej w poezji; "Wolność tragiczna" (1936), "Kurhany" (1938), "Ziemia-Wilczyca" (1941), "Róża wiatrów" (1942), "Siedem podków" (1954), "Tkanka ziemi" (1960), "Kufer na plecach" (1964), "Czarny polonez" (1968), "Sen-mara" (1969); zbiory esejów: "Cygańskim wozem", "Miasta, ludzie, książki" i "Moja Prywatna Ameryka" - zm. 13 II 1969 r. w Londynie; "Gwiżdżę na wszystko" Gwiżdżę na wszystko i gram serenadę, Oddaję szczęście w każdym mym oddechu Bogu i ziemi, i na słońce jadę Kawaleryjską szarżą mego śmiechu. Szumię, jak wiatrak niebieskiej wichury I jakbym świętych objawień doznawał, Wciąż wyskakuję do nieba ze skóry, Ja, życia wielki i bajeczny kowal. "Słowa" Składamy się ze słów, Ze słów dzieciństwa i kolęd czułych jak matka, Ze słów skrzydlatych i niesprawiedliwych jak młodość, Ze słów bezradnych a zacietrzewionych jak starość, Ze słów cichych i drżących jak całowanie rzęsy, Ze słów utkwionych w gardle jak wymarsz na wojnę, Ze słów oczekiwanych w pustce jak pukania więzienne, Ze słów z innego świata, tajemniczych jak groby. Ale są także słowa - śmieci, słowa - skąpe napiwki, Słowa jak znoszona bielizna, Słowa z rękami w kieszeniach jak salonowy arogant, Słowa niedoczytane do końca jak debata w parlamencie, Słowa natrętne jak dobre rady bigotek, Słowa, które nas obskakują jak pchły, I są jeszcze słowa wrogie, Słowa obłudne i podstępne jak figlarny list zawistnika, Słowa niewinne a groźne jak cykuta biało kwitnąca, Słowa, po których zaczyna się nicość jak krzywoprzysięstwo, Słowa obfite, bogate i bezmyślne jak Hollywood, Słowa przerażające jak procesy moskiewskie, Słowa naszego wieku. Dlaczego uciekamy się do słów, do których nikt nie ma dostępu, Do słów wywołanych w nocy z ciemnej komory snu, Do słów wrastających się w nowe tkanki pamięci, Do słów powstałych z głodu twórczości jak przy stworzeniu świata, Do słów niewyjaśnionych, a żywych jak filozofia mowy, Do słów, które spotykają się pierwszy raz w naszych wierszach, Do słów, którymi siejemy wiatry i zbieramy burze, Do słów, w których wznoszą się góry, pasma radości i pasma cierpienia, Do słów, którymi możemy pocieszyć każdego kto nam uwierzył, Do słów, w których kołyszą się łąki leżące na wznak, Do słów, w których bose stopy pluszczą po podłodze jak deszcz, Do słów, w których śpią kochankowie trzymając się w ramionach, Do słów, w których pachnie zimowymi jabłkami, Do słów, w których słychać adagia Bacha, Do słów, którym poświęciliśmy życie. "Szumi w mej głowie" Szumi w mej głowie jak w zielonym boru, Przez włosy radość wielka mi się dymi, Jam niebieskiego cały jest koloru, Wypiwszy niebo, jak puchar olbrzymi. Słońce, jak monokl złoty, noszę w oku, Księżyc w pierścionku, gwiazdy w butonierce, Siedem mil robię w każdym moim kroku I ze czternaście ma lat moje serce. Na śmiechu jeżdżę przez świat, jak na koniu, Wszędzie ponosząc i zawsze z kopyta, Turnieje z wichrem wyprawiam na błoniu I każda brama w triumfie mnie wita. W duszy codziennie wesołe mam święta, Na pocałunki liczę rok upojny, Wszystkie kochają się we mnie dziewczęta, Bo jestem - mówcie co chcecie - przystojny. Młody i zdrowy, i najradośniejszy, Z gwiazd pieczęciami, jak koniak i morze, Renesansowo - helleńsko - dzisiejszy, Bezczelny w latach i jasny w kolorze. I jeszcze, jeszcze! Ach, zarozumiały Na każdym punkcie - choćby marnym - życia, Nigdy niesyty jego świetnej chwały, Hegalomański ekstatyk użycia! Bo cóż mi więcej do szczęścia potrzeba, Gdy mi wyznała prawda niezawodna, Że wychylając wielki puchar nieba, Niebieskiej ziemi nie wypijam do dna? "Tyle jest we mnie bajecznej pogody" Tyle jest we mnie bajecznej pogody, I tak szaleństwem mam głowę nabrzmiałą, I tak jestem rozlewny i młody, Że mi już miejsca jest wszędzie za mało. Wicher jeździ ze mną naokoło świata A serca mego złoto jest ze słońca, Każda ma lekka myśl gdzie indziej lata, I cały jestem bez dna i bez końca. Niepowstrzymany i rozpromieniony, Jak elektryczność, jak piorun wichury, Szukam gdzieś, jakiejś piątej świata strony, Dla mej wysokiej, szerokiej natury. Nadmiar przelewa się jak szczęście we mnie, Po krwi ugania strugą oszalałą I ujścia pragnie w mym sercu daremnie! Samemu mnie jest już siebie za mało. Moja poezja, jak wino, musuje, (Niech i wam głowy zaćmi i zapruszy!) A wiersz mi każdy ze snu wyskakuje, Jak srebrny korek mej szampańskiej duszy. Pijany jestem, zataczam się w drodze Rozpycham niebo, trącam świat łokciami I bohaterskim tenorem zawodzę Prym w głównej arii śpiewanej chórami. Bo która gra jest od życia piękniejsza I szczęśliwszego cóż jest ponad życie, Co w swojej pełni do serca się zmniejsza I olbrzymieje do słońca w zenicie?! Różne wszechmocne, cudowne, szalone, Życie bez nazwy, bez dna i bez końca, Niepowstrzymane i rozpromienione, Jedyna prawda wszechobejmująca! Wystrzelaj serce! Niech się rozpanoszy Rozhula śmiech twój i niech krew skrzydlata Pryśnie spod ciebie na orgię rozkoszy Szampański korku piątej strony świata. Wojaczek Rafał - ur. 7 XII 1945 r. w Mikołajewie - poeta; debiutował w 1965r.; zbiory jego wierszy: "Sezon" (1969), "Inna bajka" (1970); zm. 11 V 1971 r. we Wrocławiu (samobójstwo); po śmierci wydano zbiory: "Którego nie było" (1972), "Nie skończona krucjata" (1972); "Czemu nie ma tancerki" Czemu nie ma tancerki, co tańczyłaby nasz smutek, chociaż muzyka krąży, szlifując dla niej posadzkę? Czemu nie ma, tańczącej nam imię naszej rozpaczy! Czemu nie ma matczynej, co tańczyłaby nam bajkę do snu; i czemu we śnie, tańczącej nam nasze winy? Czemu nie ma w pamięci, tańczącej nam urodziny? Czemu nie ma odważnej, co tańczyłaby na linie słonecznego promienia, gdy prosto do oczu padnie? Czemu nie ma, tańczącej na księżycowej estradzie? Czemu zdecydowanej, co tańczyłaby wahanie? Czemu nie ma tancerki, co tańczyłaby za darmo? Czemu nie ma, w ciemności skutecznie tańczącej światło? Czemu nie ma bezwstydnej, co tańczyłaby nago, ubrana tylko w gazę zachwyconego spojrzenia? Czemu nie ma, tańczącej na naszych bolesnych rzęsach? Czego nie ma spokojnej, co tańczyłaby nasz obłęd? Czemu nie ma koniecznej, co tańczyłaby przypadek? Czemu nie ma, tańczącej pod szum wezbranego wiatru? Czemu nie ma tancerki, co tańczyłaby nam zawsze tańczyłaby nam wiersze i pozwy, krzyk, płacz i śmiech? Czemu nie ma, tańczącej nam nasze życie i śmierć? "Dotknąć..." Dotknąć deszczu, by stwierdzić, że pada Nie deszcz, tylko pył z Księżyca spada Dotknąć ściany, by stwierdzić, że mur Nie jest ścianą, lecz kurtyną z chmur Ugryźć kromkę, by stwierdzić, że żyto Zjadły szczury i piekarz też zginął Łyknąć wody, by stwierdzić, że studnia Wyschła oraz wszelkie inne źródła Wyrzec słowo, by stwierdzić, że głos Jest krzykiem i nikigo to nie obchodzi "Mówię do ciebie cicho" Mówię do ciebie tak cicho jakbym świecił I kwitną gwiazdy na łące mojej krwi Stoi mi w oczach gwiazda twojej krwi Mówię tak cicho aż mój cień jest biały Jestem chłodną wyspą dla twojego ciała które upada w noc gorącą kroplą Mówię do ciebie tak cicho, jak przez sen płonie twój pot na mojej skórze Mówię do ciebie tak cicho jak ptak o świcie słońce upuszcza w twoje oczy Mówię tak cicho jak łza rzeźbi zmarszczkę Mówię do ciebie tak cicho jak ty do mnie Spis treści Białoszewski Miron "Do NN***" Bogusławska Teresa "Śmieje się do mnie ..." Bryll Ernest "Rekonstrukcja chóru Sofoklesowego" ***"Śniłem - a może to było na jawie..." "To Szekspir winien, to Sofokles sprawił" Gałczyński Konstanty-Ildefons "Rozmowa liryczna" Grochowiak Stanisław "Dialog" "Upojenie" Harasymowicz Jerzy "Kraina listopada" Herbert Zbigniew "Chciałbym opisać" "Dom" "Przesłanie Pana Cogito" Hillar Małgorzata "My z drugiej połowy XX wieku" "Zakochana" Kozioł Urszula "Inwokacja" "Miłość" "Myślałam, że będę mówić" "Nadnagość" "Przesłanie" "W rytmie korzeni" "Z rozmów o deszczu" "***" Miłosz Czesław "Dar" "Miłość" "Nadzieja" "Wiara" Rymkiewicz Aleksander "Hymn na cześć pierwszej miłości" Stachura Edward "Czas płynie i zabija rany" "Dookoła mgła" "Dwadzieścia lat później" "Nie brookliński most" "Odezwij się" "Życie to nie teatr" Szymborska Wisława "Allegro ma........." "Miłość od pierwszego wejrzenia" z tomiku "Koniec i początek" "Miłość szczęśliwa" "Nic dwa razy" "Niektórzy lubią poezję" "Obmyślam świat" "Sto pociech" "Zakochani" Śliwonik Roman "Nikle o miłości" z tomiku "Koturn" "***" Twardowski Jan "Bliscy i oddaleni" "Przyrost ludności" "Sprawiedliwość" "Śpieszmy się" "Żal" Wierzyński Kazimierz "Gwiżdżę na wszystko" "Słowa" "Szumi w mej głowie" "Tyle jest we mnie bajecznej pogody" Wojaczek Rafał "Czemu nie ma tancerki" "Dotknąć..." "Mówię do ciebie cicho"