Wybór satyr opracowała: Małgorzata Ryl Przedsiębiorstwo Wydawnicze Zwišzku Niewidomych "Print 6" Rok 1994 ISBN 83-85987-05-3 Wstęp Satyra jest bardzo starym gatunkiem literackim, którego poczštki sięgajš czasów starożytnych (Horacy "Juvenalis"). Stała się szczególnie popularna w XVIII w. w literaturze polskiego oœwiecenia, reprezentowana przede wszystkim przez Krasickiego, którego niektóre utwory nie sposób było nie umieœcić w tym zbiorku. Satyra posługuje się œmiechem, kpinš, ironiš, paszkwilem, parodiš, karykaturš, absurdem itd.. Gani ludzkie wady, przesšdy, stereotypy, mity konwencji, szablony twórczoœci literackiej etc. Gatunek ten staje się żywotny w czasie decydujšcych przemian społeczno- obyczajowych i politycznych. Współczesna satyra zwišzana jest przede wszystkim z estradš i kabaretem, pismami satyrycznymi. Ostatnie przemiany w Polsce zaowocowały mnóstwem satyr. W tej antologii zajęły najczęœciej abstrakcyjne, majšce za przedmiot ponadczasowe, uniwersalne, cechy ludzkie. Nie atakujš one człowieka, lecz jego przywary, wady, najczęœciej głupotę, pijaństwo itd.. Niech te utwory pomogš nam dostrzec nie tylko wady innych ludzi, ale i swoje własne! Motto: "I œmiech niekiedy może być naukš Kiedy się z przywar, nie z osób natrzšsa I żart dowcipnš przyprawiony sztukš Zbawienny, kiedy szczypie, nie kšsa !" I. Krasicki "Monachomachia" opracowała: Małgorzata Ryl Gałczyński Konstanty-Ildefons - ur 23 I 1905 r.- poeta, satyryk, debiutem jest poetycka powieœć "Porfirion Osiełek czyli Klub Œwiętokradców"; poematy: "Koniec œwiata" (1929), "Bal u Salomona" (1931), "Ludowa zabawa" (1934); okres przedwojenny Gałczyński zamknšł cyklem "Noctes Aninenses"; po wojnie trzy wybory wierszy wydane 1946 r. (w Polsce, Rzymie, Hanowerze); zbiór "Zaczarowana dorożka" (1948); w 1945 rozpoczšł cykl "Zielona gęœ" (groteska); utwory dotyczšce roli sztuki: "Niobe" (1952), "Wit Stwosz" (1952); swoistym testamentem jest cykl 10 "Pieœni"; dłuższe utwory satyryczne: poemat: "Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu" (1954), farsa: "Babcia i wnuczek, czyli Noc cudów" (1955) i in. - zm. 6 XII 1953 r. "Satyra na bożš krówkę" Po cholerę toto żyje? Trudno powiedzieć czy ma szyję, a bez szyi komu się przyda? Pachnie toto jak dno beczki, jakieœ nóżki, jakieœ kropeczki - ohyda. Człowiek zajęty niesłychanie, a toto, proszę, lezie po œcianie i rozprasza uwagę człowieka; bo człowiek chciałby się skoncentrować, a ot, bożš krówkę obserwować musi, a czas ucieka. A secundo, szanowni panowie, Jakim prawem w zimie na œcianie?! Co innego latem, gdy kwitnie ogórek! Bo latem to co innego: każdy owad może tentego i w ogóle. Więc upraszam entomologów, czyli badaczów owadzich nogów, by się na tę sprawę rzucili z szałem. I właœnie dlatego w Szczecinie, gdzie mi czas pracowicie płynie, satyrę na bożš krówkę napisałem. "Strasna zaba" wiersz dla seplenišcych Pewna pani na Marsałkowskiej kupowała synkę z groskiem w towazystwie swego męza, ponurego draba; wychodzš ze sklepu, pani w sloch, w ksyk i w lament: - Męzu, och, och, popats, popats, jaka strasna zaba! Mšz był wyzsy uzędnik, psetarł mgłę w okulaze mówi: - Zecywiœcie coœ skace po trotuaze! cy to zaba, cytez nie, w kazdym razie ja tym zainteresuję się; zaraz zadzwonię do Cesława, a Cesław niech zadzwoni do Symona - nie wypada, zeby Warsawa była na "takie coœ" narazona. Dzwonili, dzwonili i po tsech latach Wrescie schwytano zabę koło Nowego Œwiata; a zeby sprawa zaby nie odesła w mglistoœć, uzšdzono historycnš urocystoœć; ustawiono trybuny, spędzono tłumy, "Stselców" i "Federastów" - słowem, całe miasto. Potem na trybunę wesła Wysoka Figura i kiedy odgzmiały wsystkie "hurra", Wysoka Figura zece tak: - Wspólnym wysiłkiem zšdu i społeceństwa pozbyliœmy się zabiego bezeceństwa - panowie, do góry głowy i syje! A społeceństwo: - Zecywiœcie, dobze, ze tę zabę złapaliœcie, wsyscy pseto zawołajmy: "Niech zyje!" Hemar Marian - właœciwie M. Hescheles - ur. 6 IV 1901 r. we Lwowie; poeta, komediopisarz, satyryk; zwišzany z twórczoœciš kabaretowš Lwowa, kierownik społecznych teatrów rewiowych, współtwórca szopek politycznych, autor piosenkarskich przebojów, tekstów rewiowych; zbiory poezji: "Dwie Ziemie Œwięte", "Im dalej w las", "Chlib Kulikowski", "Wiersze Staroœwieckie"; uprawiał aktualnš satyrę politycznš ("Adolf Wielki", "Satyry patetyczne" i in.); utwory sceniczne ("Cud biednych ludzi" - 1943, "Dług honorowy" - 1944); tłumaczył sonety Szekspira, ody Horacego; zm. 11 II 1972 r. w Londynie; "Na krasomówstwo" Na pogrzebie, na œlubie, Na komitecie, w klubie, Na bankiecie, na radzie, Za stołem, na estradzie, Na herbatce, na lampce wina, Wstaje. Chrzška. Zaczyna. Z majestatem żałoby, Lub z humorem Zagłoby, Po ludziach wodzi wzrokiem I życzy sobie, oby Był fałszywym prorokiem. I mówi, że na względzie Ma nadzieję, że będzie Wyrazicielem wszystkich Obecnych tu i bliskich. Iskry prawd nowych krzesa, Mówi, że miecz Damoklesa, Że syzyfowe prace I pięta Achillesa. Męskie powœcišga bóle z Przejęciem, jak król Amfortas, Caveant - mówi consules! I Hannibal ante portas! Mówi: powrotna fala. Mówi: Męki Tantala. I mówi, że zły ptak to, Co własne gniazdo kala. Mówi: Non omnis moriar. I mówi: Carpe diem. I mówi że Historia rozumie, o co się bijem. W głosie płomienny żar ma, Œlinę toczy jak œluzę, I mówi, że inter arma Silent - tak mówi - Musae. Że mšdry Polak po szkodzie I w ramach swego wywodu Sugeruje, że młodzież Jest przyszłoœciš narodu. Łza mu na oku zawisa, Mówi, że Wóz Tespisa, Że Pobóg Kielanowski I że Odra i Nysa. De gustibus non disputandum I dłońmi wsparł się o biołdra I mówi: Nil desperandum! I mówi: Sursum kołdra! Z oryginalnych dewiz Wnioski œwieże wycišga I mówi że vita brevis, Lecz ars - mówi z mocš - longa. Sub specie aeternitatis Kreœli wytyczne wieczne I mówi: Sapienti satis I komentarze zbyteczne. Najbardziej z wszystkich lubi Tę cytatę złowieszczš, Gdy to be or not to be, That is - mówi - the question! Na tę łatwoœć uczucia, Ten frazes gotowy, w lot ma, Te słowa jak gumę do żucia, Te frozen food of thought ma. Ta oratorska konfekcja, Te zdańka ubrańka z kołka, Czy to żałobna prelekcja, Czy pierdołka wesołka. A w koło, przed nim - oni Siedzš w strasznej agonii, Spoceni i znudzeni, W okropnej neurastenii, Słuchajš, œpiš jak zajšce Z otwartymi oczyma. I tylko myœlš, œpišce: Cholery na niego nima. "Sense of Humour" z tomiku "Kiedy znów zakwitnš białe bzy" Lubimy stwierdzać z dumš I zgadzać się, bez sporu, Że sprawdzianem kultury Jest poczucie humoru. I że my - jak nikt inny, Od wieków, od Reja przecie - Naszym poczuciem humoru Przodujemy na œwiecie. Że w naszej literaturze - Z tego nas nie obedrš! - Tam Słowacki, tu Rodoć, Tam Trembecki, tu Fredro! Jakiekolwiek nazwisko Na chybił trafił wyskub, Spójrz - Morsztyn! Patrz - Krasicki! (Dziœ by się zdał taki biskup). Tu Prus, tam Makuszyński, Nawet Boy, tu Nowaczyński, Nawet w najnowszych czasach Młody Ignacy Baliński. Wspaniały zastęp kpiarzy, Satyryków, sowizdrzałów, Ich fraszek i dowcipów, Pamfletów i kawałów. Błyszczšca literatury Œmiechem kwitnšca połać! Nasze poczucie humoru - Jest się na co powołać. Jesteœmy drwišcy, kpiarscy, Kawalarscy, złoœliwi, Z natury ostrzy, cięci, Dowcipni i żartobliwi. W docinkach, fraszkach, żartach, Bon-motach iœcie paryskich, Jak nikt inny umiemy Drwić z wszystkiego i z wszystkich. Umiemy kpić z Anglików, Z Moskali i ze Szwabów, Z Litwinów, z Ukraińców, Z Czechów, z Żydów, z Arabów, Z wad, cnót, zalet, zwyczajów, Z języka i z ubioru - Kto by się na nas obraził, Nie ma poczucia humoru. Tylko - niech Pan Bóg broni, By ktokolwiek na œwiecie, Żartem, fraszkš, uwagš, Słówkiem, maczkiem w gazecie, Nas wykpił, z nas zażartował, Nas tknšł - pomyœleć groza! Już poczucie humoru Stula się jak mimoza. Już uœmiech z warg nam ucieka, Już gniew nas trzęsie srogi, Już pierœ wzbiera rozkoszš Strasznej martyrologii! Już krew oczy zalewa, Rycerska dłoń już na kordzie! Nasze poczucie humoru Już każe "walić po mordzie". Okrutne mnie dręczy pytanie, Obawy mam wcale niepłonne - Czy nasze poczucie humoru Nie jest zbyt jednostronne? Bo cała ta humoru zabawa Ma jedno prawidło główne: Jeżeli humor ma prawa - Niech będš dla wszystkich równe. Huszcza Jan - pseud. Kronikarz, Jan Zagoœciński i in. - ur. 24 XI 1917 r. w Zagoœcinie (Wileńszczyzna), poeta, satyryk, powieœciopisarz, debiutował zbiorem poezji "Ballada o podróżnych" (1938), m.in. "Pamiętnik liryczny" (1945), "Stara pijalnia" (1968); powieœci: "Miasteczko nad Olszankš" (1948), "Telefon więcej nie zadzwoni" (1961), "Obršczki z kajdan" (1974) i in. ; ostatnie zbiory poezji: "Lata spoœród lat" (1983), "Pory czasu człowieczego" (1984); zm. 26 VI 1986 r. w Łodzi; "Dzicy z drugiej połowy XX wieku" Szklane dŸwięki, wydmuchiwane ze wszystkich instrumentów, bez przerwy spadajš na kamienie - wodospad przełamał potok na dwie częœci, aby przyzywała okolica. Zmęczeni kilkukilometrowym marszem, liczni zatrzymujš się tutaj i milczš z wdzięcznoœci, stojšc długo w zielonym chłodzie, chłonšc łaskę... A oni podjechali na samochodach aż pod rozedrganš œcianę z wody muzycznej, z chłodu zielonego - wysiedli, wołajšc: "Jak tu fajnie, cholera!" Klepišc swoje babki po ruchliwych poœladkach, ustawili je między sobš, aby zrobić grupowe zdjęcie na pamištkę, że byli... Potem rozłożyli się na kocach wokół butli z barwionš wódkš i puszki ze szprotami. Nim sięgnęli po napełnione szklaneczki, jeszcze przedtem rozgęglili radio. I więcej nie istniał wodospad! "Podział godzin" O ósmej rano w aprowizacji muszę się zgłosić do rejestracji. A tam ruchliwy ludzki ogonek wczeœniej się zaczšł, nim zaczšł dzionek. Gdy do mnie doszło, oznajmił œwištek, że mi brakuje kilku pieczštek. Przez te pieczštki, przez te stempelki w urzędach innych tłok zwiększam wielki. A na parkanie znów nowy afisz: zgłoœ się, inaczej do ciupy trafisz! Oœwiaty rozwój przeklinam przeto: czemuż nie jestem analfabetš?! Zegar godzinę pierwszš wydzwania, jak by tu zdšżyć w sprawie mieszkania. Ale jest znowu ważna przyczyna, bije tymczasem trzecia godzina! Tršcam przechodniów, zdyszany lecę - czekajš na mnie aż cztery wiece, aż cztery wiece, jedno zebranie usłyszeć bardzo chcš moje zdanie... Poza tym jeszcze miałbym ochotę marki niemieckie zmienić na złote. Biegam bezradny, rety, rodacy, skšd wezmę godzin na trochę pracy?! ŁódŸ, 6 III 1945r. "Stereotypy" Choć przed snem czułem się raŸnie, zmšciło coœ wyobraŸnię. Zrazu Piast się zjawił we œnie, lecz uœmiechnięty obleœnie, bez koła i bez Rzepichy, chłeptał chciwie piwo z michy. Po Piaœcie, a niech to diabli, Koœciuszko, ale bez szabli! Czarniecki, choć wiódł wyprawę, gdzieœ pod siodłem miał buławę. Wódz powstańców, panna Plater naraz krzyknie: "Nasermater!" Zaœ "stary Fredro" w mundurze pięknej pannie wręcza róże. Ledwo zbyłem się zdumienia, sytuacja znów się zmienia... Oto niby znane rysy, Xišże Józef, ale łysy! Słowacki bez kołnierzyka, a globus bez... Kopernika! Patrzy znad jakiejœ komody Kraszewski bez długiej brody. A dla kontrastu, po chwili, ach, postać siwej... Maryli. To był sen, nie atak grypy, choć dusiłem się jak w łaŸni. Nad ranem stereotypy ukoiły wyobraŸnię. Kern Ludwik Jerzy - ur. 29 XII 1921 r. w Łodzi, poeta, satyryk, autor ksišżek dla dzieci i młodzieży, tłumacz; opublikował zbiory: "Zemsta szafy" (1967), "Kernalia" (1969), "Podglšdanie rodaków" (1972), "Jaœnie Pan Rym" (1982); tłumaczył utory, m.in. Lopego de Vega, O. Wilde'a "Bezbolesna przyszłoœć" Żeby młodym nie dobierać się do skóry, Propozycja jest, By w kraju znieœć matury. Ta matura tylko nerwy niszczy młodym, Z nerwów zaœ dygotki - jak wiadomo - sš I wrzody. Jak matura zniknie, zniknie tych nerwów przyczyna, Choć niektórzy mówiš, że to wszystko raczej z papierochów Albo z jabcanego wina. Potem, Kiedy matur już nie będzie, Pomyœli się o tym, Żeby bardziej nowoczeœnie serwować przedmioty. Zamiast nocš nad ksišżkami pochylać swe czółka, Młodzi będš dany przedmiot Przyjmować w pigułkach. Można by zastrzyki także zaprzšc do tej roli, Zastrzyk jednak ma tę wadę, że troszeczkę boli. A pigułki można łykać bez trudu, Jak kluski: Ta pigułka na algebrę, A ta na francuski. Na fizykę Która nie jest łatwa ani letka, Przeznaczona będzie całkiem osobna tabletka. Tym zaœ, którzy będš słabsi Lub zajęci sportem, Więcej piguł się zapisze, No i w wersji forte! Jak rozróżnić w tych warunkach, Zapytacie słusznie, Kto jest dobrym, a kto tylko takim sobie uczniem? Z odpowiedziš na pytanie tak ważne nie zwlekam: li w kawiarniach będš siedzieć, A dobrzy - w aptekach. "Dwie strony damskiego medalu" Bardzo dobrze, proszę panów, jeœli żona Nowoczeœnie, że tak powiem, bywa wykształcona. Skończy jeden fakultecik, Drugi, Trzeci, Wie (teoretycznie) wszystko o hodowli dzieci, Z jej powodu inni patrzš na ciebie z zazdroœciš I zachwyca się niš cała okolica - A tymczasem Ona idzie i przynosi wołowinę z koœciš I upiera się, że to jest polędwica. Takie sprawy to po prostu - temat rzeka, Owszem, Miło w domu uczonego mieć człowieka (Płci nadobnej!), Co potrafi w każdej chwili, proszę Was, W naukowy sposób sprawdzić Rachunek za gaz. Co do spodni jednak, to możliwe, że uczony Zaprasuje kanty z boku. Z najmniej odpowiedniej strony. Bardzo cieszš mnie postępy kobiet, Ja je pilnie œledzę, Lubię nawet, gdy kobieta ma encyklopedycznš wiedzę, Bo to przecież i uroczo, I przyjemnie nadzwyczajnie En passant tak porozmawiać sobie O Spinozie, O Einsteinie, O poetach starej Anglii, których wiersze sš tak mało znane - Gorzej, Gdy owsianych płatków, chcesz, A ona poda ci mydlane. "Eremik nasz kochany" Gdy dokuczy nam œwiat Albo damy My, mężczyŸni, od tysięcy lat Do samotni jakiejœ bardzo chętnie uciekamy. Chcemy skryć się, Chcemy uciec od ogółu, A co zapalczywsi (Jak na przykład pan Wołodyjowski) Walš wprost do kamedułów. Otóż dotšd, Aż do naszych czasów, Sprawa była dosyć trudna. Jak nie klasztor, to pustelnia zostawała jeszcze do wyboru Lub wyspa bezludna. Że bezludne wyspy jednak to raczej rzadkoœci, Wielu goœci, Uciec chcšc do samotnoœci, Miewało trudnoœci. Dziœ inaczej to wyglšda, bo dobry los w darze Oprócz auta Dał mężczyznom Także i garaże. Kiedy tylko zapanujš w domu ciche dni, Do garażu idziesz sobie i tam dobrze ci. Zapominasz, że na œwiecie sš hece kobiece, Koła trochę podpompujesz, Podokręcasz œwiece, Dasz chłodnicy nowy korek, Wetkniesz, co wypadło, Wkręcisz œrubkę w reflektorek I palec w imadło. I od razu tak ci dobrze, Tak błogo, Tak miło, I chcesz, żeby wszystkim innym też tak samo było. Każdy z mężczyzn - myœlisz sobie - co podatki płaci, Mieć powinien taki garaż. A zwłaszcza żonaci. "Nasz wkład" Od wielu lat już myœlę, Często wręcz mimo woli, czemu na ogół nas mężczyzn ten cały Dzień Kobiet nie boli ? Czemu kompleksów nie mamy, Przeciwnie, Cieszymy się, Że im ten Dzień Kobiet przyznano, choć nam - jak dotychczas nie. To przecież jest nienormalne, Sprzeczne z męskš naturš, Którš zazdrosnš miewamy, okropnie złš i ponurš. To przecież zdumiewajšce, Dajšce do myœlenia, Że tak się wcišgać dajemy w te pienia, W te dziękczynienia... Zamiast podœmiewać się z lekka, Że wszystko to lipa i bzdury My wskakujemy, jak jeden, w œwišteczne garnitury. Czy mężem jesteœmy, Czy synem, Czy narzeczonym, Czy dziadkiem, Jak głupi latamy po mieœcie, węszšc za byle kwiatkiem. Uœmiech nam buŸkę rozjaœnia, Oczka się stajš liryczne - I to mi się właœnie wydaje za bardzo coœ altruistyczne. Za bardzo to raj przypomina, Po prostu słodycz sama, Tacy się nagle robimy dobrzy, jak za praojca Adama... I tu mnie myœl olœniła, Myœl ze szczerego srebra: Panowie! Przecież ten cały Dzień Kobiet, to œwięto naszego żebra! "Nowy Kossak" Hoże dziewczę płacze, Konik nóżkš grzebie, Polacy od wieków Twardzi sš. Dla siebie. Francuz Francuzowi Funduje œlimaka, A Polak najchętniej Podgryza Polaka. Hiszpanowi Hiszpan Gra na tamburynie, A Polak podkłada Polakowi œwinię. Włoch tak kocha Włocha Jak pawica pawia, A Polak Polaka Do wiatru wystawia. Anglikowi Anglik Robi przyjemnoœci, Polak Polakowi Przykroœci zazdroœci. Konik nóżkš grzebie, Płacze dziewczę hoże, Polak do Polaka Z pyskiem albo z nożem. Rzadko Polakowi Polak dobrze zrobi, To już takie nasze Narodowe hobby, A tak by się chciało Wstawić do czytanki, Że Polak i Polak To sš dwa bratanki. "Przedział dla niepalšcych" Palenie papierosów jest najgorszš nagiej małpy chorobš Ja ten okres smrodzenia pod nosem mam już, na szczęœcie, za sobš. Dlatego kupujšc miejscówkę na ekspres wolno mknšcy Mówię: "Warszawa Druga klasa, Normalny, Dla niepalšcych..." Kupuję parę dni wczeœniej W myœl hasła festina lente I coraz częœciej słyszę: "Dla niepalšcych? Niestety, nie ma. Wszystkie miejsca zajęte". Biorę więc dla palšcych, bo trudno, bo jechać muszę A jednoczeœnie radoœć wypełnia mi całš duszę. To nic, że będę w dymie jechał aż do Warszawy, Znak to wszak, że pomyœlnie rozwijajš się sprawy, Że trend antydymowy bierze górę w narodzie I dni twe sš policzone, papierosowy smrodzie. Ruszyliœmy. I zaraz, Nie krępujšc się wcale, Po truciznę sięgnęli wszyscy w moim przedziale. Majš prawo z pewnoœciš, co by tam kto powiedział, Ostatecznie to przecież dla palšcych jest przedział, Ja tu jestem intruzem, doskanale wiem o tym, Tyle tylko, że truć się wcale nie mam ochoty. Więc wychodzę z przedziału (zbierzcie się nogi moje), W korytarzu Bez dymu, Myœlę sobie, postoję. Marzycielu ty durny! Królewiczu ty œpišcy! Na korytarz wyleŸli ci z tych dla niepalšcych. Oni właœnie sš teraz nowš kastš i falš, W smrodzie jeŸdzić już nie chcš, Ale palić to palš. "Wyjštek" Œwiat oszalał z powodu poœpiechu. Œwiat się męczy, Œwiat już złapać nie może oddechu. Do rozlanej podobny jest rtęci, Każda czšstka przed siebie gdzieœ pędzi, Ekspresowo, nerwowo gna, Poœpiech, poœpiech to hasło dnia. Wszystkim nam się ten poœpiech udzielił, Œpieszy się człek nawet przy niedzieli. Szybko myje swe ciałko, Szybko krawat swój wišże, Bo mu we łbie wcišż cyka: "Czy zdšżę? Czy zdšżę?" Potem, Zamiast na spacer przejœć się wiosnę lub latem, Człowiek pędzi jak głupi małym Czy większym "Fiatem". Inne "Fiaty" przegonić chcš go (tak mu się zdaje) Więc się człowiek nie daje, Tylko gazu dodaje. Te wyœcigi wœród ludzi obserwuje się wszędzie, W pracy naszej codziennej, W towarzystwie, W urzędzie. Każdy tempo podkręca (Ile tylko ma chodów), Żeby się przed innymi wysforować do przodu. I dlatego, kochani, że mi poœpiech tak docišł, Lubię sobie czasami pierwszy lepszy wsišœć pocišg. Wiem, że w nim się poczuję staroœwiecko, Milutko, Wiem, że będzie wcišż stawał, Że gnać będzie wolniutko, I choć spóŸnię się może do domowych pieleszy, To mnie cieszy, Że coœ się nie spieszy. Knorr Mirosława - autorka felietonów, artykułów publicystycznych, satyr; pierwszy tomik jej satyr "Igraszki z pazurem" (1969), kolejny zbiór "Chwasty polskie", "Ikebana z jeża", "Po rżysku na bosaka"; "Morał dla -dziestolatków" Zniknęły z pejzażów wiatraki I donkiszotów coœ mało. Co nam zostało z tych lat? Co nam zostało? Gdzie żeœ wzorcowe "Lwie Serce", Lub choćby "Serce" Amicisa? I mšdry Judym zwisa, I "głupi Jakub" zwisa... Młody Werter dawno już œmieszy, Stary Wiarus nie milczy œwiatu. Panie Dulskie ze swych pieleszy Wsiadajš do swoich "Fiatów". Lukrecje Borgia na zebraniach Krzesła, a także czas, zajmujš, Choć przykro mówić tak o paniach: Trujš. Cholernie trujš. Lilla Weneda harfy nie ma, Oddała jš za któršœ z gitar, Orfeusz głosem łka Niemena, co syren tłum z zachwytem wita. Nasz syn egzamin zdaje Przed profesorskim obliczem, Mylšc Józefa z kapitanem Czechowiczem... - O, gdzieżeœcie "za naszych czasów"? Niech zabrzmi nasz zgodny chorał. A wierszyk miał być z morałem. No właœnie. A oto morał: Nie udawaj głoœno zachwytów Na temat dżinsów, bigbitu, Fryzur, słownika młodzieży... Młodzież i tak nie uwierzy, Kiedy wypadasz ze stylu, Powie, żeœ... lizus - i tyle. Grzmij ile tylko się zmieœci Na formy (dzisiejsze) i treœci. Na snobizm, Cynizm, Niż moralny! Też będziesz "wapniak", Ale... normalny... "Ręce" z tomiku "Po rżysku na bosaka" Ręka rękę myła, Czyli wniosek stšd, Że szczycił się człowiek Parš czystych ršk... Ale dnia pewnego, Gdy dłoń myła dłoń, Nagle myć przestała I powiada doń: - Od dłuższego czasu już spostrzegam, Że Ja ci lepiej służę, Niżeli ty mnie. Z tej naszej wspóInoty Ty masz więcej zysku: Ty się wcišż wysuwasz innym do uœcisku, Jeżeli coœ rozdajš, Zawsze wetknš tobie, Rzadko się po dary wycišgamy obie. Kiedy od nas biorš, Ciebie każdy ceni. Ja wiszę jak głupia Albo tkwię w kieszeni... To ty nosisz obršczkę i pierœcionków parę, Gdy na moim przegubie najwyżej zegarek... Ciebie "w ršczki" się cmoka (bardzo rzadko - w dwie), "W łapę" wsuwa się komu? Na pewno nie mnie! Ja bardzo często œwierzbię, lecz ty forsę bierzesz! Przyznam, że obrzydło mi to wszystko szczerze! "Ręka rękę myje" - to stare przysłowie Sugeruje, Że Wszystko mamy po połowie... Fifty-fifty, jak mawia ręka anglosaska... W praktyce spółki nie ma, Jest tylko... co łaska... Jak poucza nasz przykład z codziennego życia: Jedni sš od zaszczytów, A drudzy... od mycia... "Rozmowa z Krasnoludkiem" z tomiku "Po rżysku na bosaka" Robišc w domu porzšdki, (te tak zwane "duże") Znalazłam... krasnoludka. Otrzepałam z kurzu, Na czym toto posadzić? - dumam I już wiem: Na naparstku do góry odwróconym dnem. - Może kroplę koniaczku Lub z ciasta migdałek? - Nie chcę! - warknšł. - O, brzydko... Koszałek-Opałek Był lepiej wychowany... (tak wyrwało mi się i westchnęłam, wspomniawszy "Sierotkę Marysię"). Zaœmiał się, Nie powiem, że "szatańsko", Gdyż Było to, jak gdyby zapiszczała mysz. - Strasznie dziwna wydaje mi się ludzka nacja, Cišgle trzeba coœ dla was lub za was załatwiać... Najpierw jakiœ koniaczek I w ogóle stół, A potem będę tyrać za paniš jak wół? Będę robił wykazy, listy, zestawienia, No bo pani akurat wije się w migrenie... Załatw wczasy, I "Fiata", Awans... I nie spoczniesz, Bo pewnie ktoœ w tym domu studiuje zaocznie, Więc dobry krasnoludek Niechaj nie zapomni Wykraœć w porę Tematów zestaw z ekonomii... Jeszcze pracę dla cioci, Order dla pociotka... Zwija się krasnoludek Jak jaka idiotka... Chcę z powrotem na półkę, Za "Ucztę" Platona! I nie będę służyć nikomu! Niech skonam! Przyjrzałam się uważnie swemu krasnalowi I mówię: - Masz, niestety, przewrócone w głowie... To legenda odwieczna w krasnale wmówiła, Że taka z was wyręka, Potęga I siła... Dziœ jedno dobre dojœcie daje więcej skutków, Niż za twoich czasów setka krasnoludków... "Skarb w lesie" z tomiku "Po rżysku na bosaka" Za wsiš, za polem, za strumieniem modrym, Za górš przez wiatr usypanš, Gdzie diabeł nie chodzi nawet na "dzień dobry", Tym bardziej zaœ na "dobranoc" Gdzie las szumišcy się zaczyna, Zaœ trakt z asfaltu zanika, Widniała... willa jednorodzinna Pewnego pustelnika... Całkiem samotnie żył tu starzec, Chociaż krewniaków miał tyle... Ale rodzina ta - można rzec Nie dziadka kochała, lecz willę... Gdy kres się zbliżał, słabło serce, Niemoc przykuła do łóżka, Wezwał pustelnik spadkobiercę-sierotę, Biednego pastuszka: - Za to żeœ mi przynosił wodę Żeœ dbał w kotłowni o żar, Ten list zostawiam w nagrodę, W nim - sekret, gdzie w lesie jest skarb. Gdy tylko sprawiš mi pochówek, Ty, nic nie mówišc nikomu, Wynajmij kilka ciężarówek, Na stacji zaœ kilka wagonów... Łzę otarł chłopiec, list otworzył, Najšwszy ludzi paru, Ruszył do lasu, Gdzie nie musiał Używać zaklęć ni czarów... Przez miesišc ładowali fury I samochodów wiele, Wywożšc skarb Z... makulatury I z puszek, I z butelek... Fortunę chłopak zbił, Nie zliczę, Ile jest wart majšteczek, Z tego, co w lesie wczasowicze Naœwiniš podczas wycieczek... "Zabawy" - Nie niszcz, synku, tego kwiatka, Nie podpalaj kota œwieczkš... - A bo co? - Żachnie się matka - Nie wolno bawić się dziecku? Widzicie! Wszystko jej szkodzi! Czego wtršca się, idiotka! Niech sobie pan urodzi! Poduœ sobie, synku, kotka... - Po co tniesz ławkę? Dlaczego? - Z boku gapi się przechodzień: - Czego pani chce od niego? I co to paniš obchodzi? Jak ja byłem takim smykiem, Choć mnie ojciec łoił pasem, Też krajałem scyzorykiem... I wyrosłem z tego z czasem... - Nie łam, chłopcze, jarzębiny, Nie bij młodszego, bo słabszy... Dwóch podeszło, srogie miny: - Czego czepia się ten babsztyl? Chce chłopak bat z drzewka zrobić, Chce krew bratu spuœcić z nosa, A niech się pobawi trochę... Jego sprawa! Żmija! Osa! - Co to dzieje się na œwiecie... Czytał pan? W prasie pisali O takim, co żonę, dzieci Pomordował i podpalił... Jak to może dojœć do tego?! - Gdzie jesteœ, synku? W komórce? Patrz pan: syna mam mocnego, Ršczkš łeb ukręcił kurce! "Zakazy" Ledwie człowiek wychyli na œwiat boży główkę, By ujrze㠜wiatło dzienne (albo - jarzeniówkę...). Ledwie się z buteleczkš, ze smoczkiem oswoi, Patrzy, A tu œwiat się od zakazów roi: Nie płacz! Nie kręć się! Nie ssij dużego palucha! Nie brudŸ babci fartucha (od tego - pielucha!) Nie kładŸ ršczki na płytę rozżarzonš ... I Nie pchaj palca do nosa Oraz między drzwi! Potem dalej będzie: Nie rusz! Zostaw! Połóż! Nie czytaj po nocach! Nie pal! Nie cudzołóż! Nie wtršcaj się! Nie bierz zbytniego ryzyka! Nie bšdŸ nigdy mšdrzejszy od swego zwierzchnika! A gdy się człek obruszy przy życia ostatku, To też jeszcze usłyszy: "Nie marudŸcie, dziadku!" Krasicki Ignacy - ur. 3 II 1735 r. w Dubiecku - poeta, prozaik, komediopisarz, przedstawiciel polskiego oœwiecenia; autor pierwszej powieœci polskiej "Mikołaja Doœwiadczyńskiego przypadki" (1776), "Pana Podstolego"; poematy heroikomiczne: "Myszeidos" (1775), "Monachomachia" (1778), "Antymonachomachia"; autor "Bajek i przypowieœci" (1779) i "Satyr"; zm. 14 III 1801 r. "Człowiek i zwierz" "Koń głupi". -"Nie koń". - "Osieł". - "Nie osieł, mój bracie" - "Któreż więc zwierzę od nich głupsze jeszcze znacie?" - "Człowiek". - "A, już to nadto!" - "Nie nadto, lecz mało, Gdyby się razem głupstwo człowiecze zebrało, Poszedłby w rodzaj muszlów albo wœród œlimaki. Słuchaj tylko cierpliwie: któryż zwierz jest taki, Iżby wiedzšc, co czynić, nie czynił, co trzeba? Zwierzom instynkt, nam, ludziom, rozum dały nieba, Przecież patrzšc, co czyniem my, rozumem dumni, Zda się, że ludzie głupi, zwierzęta rozumni. Sroży się lew nad sarnš, więc nagany godny, Ale dlaczego sroży? Dlatego że głodny. Skoro głód uspokoił, rzuca polowanie; Wilk żarłoczny, lis zdradny ustawne czuwanie Jeżeli czynić, muszš - tym sposobem żyjš. Zgoła weŸ ptaka, rybę, zwierzęcia lub żmijš, Każde ma swojš miarę i według niej działa, Jeœli im przymiot zdatny natura przydała, Idš do tego celu, do którego zmierza, Zgoła czym sš z potrzeby, sš z natury zwierza. Pan ich, człowiek, lecz głupszy, lecz gorszy nad sługi. Nie nowina to w panach. Z ich zdatnej usługi. Korzysta, a niewdzięczny, pędzi wolne w pęta, Dla niego silš zdatnoœć jarzmowe zwierzęta, Dla niego wół pracuje, chlebem go uracza, Więc, że niby to mędrszy nad swego oracza Wywnętrza go i pasie, żeby się spasł na nim. Mędrcy! Chwalemy wiernoœć, niewdzięcznoœci ganim. Któż nad nas niewdzięczniejszy? Lecz i to przebaczę, Tak chciało przyrodzenie; œcierwa pożeracze, Pasiem się łupem zwierzšt, przynajmniej by w mierze. Insze niech porównanie człek z zwierzęty bierze! Gdzie takie, co rozmyœlnie samo się niewoli, A sposobišc swe barki ku jarzmu po woli, W podobieństwie sławy szuka? Orzeł, pan nad ptaki, Lecz czy go ptaków innych rodzaj wieloraki Podłym czci uniżeniem? Wspaniały, ochotny, Wyżej jeszcze nad niego buja sokół lotny, Ani się zwraca z pędu na straszne odgłosy. Nie powaga, lecz dzielnoœć wzbija pod niebiosy. Człowiek, wybór natury, œwiata prawodawca, Człowiek, praw stanowiciel, a przestępstwa sprawca, Sam łamie obowišzki, co wznawia i kleci. Któraż lwica jęczała na niewdzięczne dzieci? Któryż żubr żubra zdradził? W przychylnej postaci Zmówiliż się na wilka wilcy koligaci? Trułże doktór lis lisa? Gdy sprzeczka zmówiona, Brałże jastrzšb jastrzębia w sprawie za patrona? I żeby z nieprawego korzystał narzędzia, Dla zysku kruk krukowi stałże się zły sędzia? Towarzystwa przykładzie, pracowite pszczoły! Wpoœród waszych zabiegów i skrzętnej mozoły, Któraż, chociaż ma porę dokazania snadnie, Miód z pracš od sšsiadki zbierany ukradnie? Nasz to tylko przywilej, więc bšdŸmy nim dumni. Zwierzęta złe i głupie, my dobrzy, rozumni. O, gdyby mogły mówić, tak jak myœleć mogš, Wstydem, hańbš okryci, sromotš i trwogš, Cóż byœmy usłyszeli? Wzgardę i nauki. Koń, od nas zniewolony tęgimi munsztuki, Koń, co nam nóg pożycza, jakbyœmy nie mieli, Koń, na którego grzbiecie, zuchwali i œmieli, Œcigamy inne zwierza albo nam podobnych - Ten koń, lubo nie w słowach wdzięcznych i ozdobnych, Jakich zwykliœmy zażyć, gdy omamić chcemy, Rzekłby z prosta: Wy mocni, a my was nosiemy? Rzekłby wół: Ja chleb daję, wprzężony do pługa, Cóż zyskam? Œmierć okrutnš - istotna przysługa. Któż z was ma na nas względy? Kto o nas pamięta? Rzekłyby na rzeŸ dane owce i bydlęta. Ów pies, znędzniały wiekiem, leżšcy u płota, Ów stróż, sługa, przyjaciel, którego ochota Tyle ci zysków niosła, wierny a niepłatny, Wiekiem, pracš, bliznami do usług niezdatny, Niewdzięcznoœci ofiara w okropnej zaciszy, Współmartwy, jeszcze czuje, gdy głos pana słyszy, Słyszy nędzny i czuje; nie czuje, co woła. Jak ma czuć taki, który bez serca, bez czoła, Sam siebie czynišc celem wyuzdanych chęci, Statek, wiernoœć, usługę wyrzucił z pamięci? Nie na to tyle darów natura nam dała. Duma w próżnych zapędach nieczuła, zuchwała, Kryje błšd pod postaciš, którš jej dajemy; Na cóż przymiot czułoœci, jeœli nie czujemy? Na œwiatło rozumu, jeœli ciemnoœć miła? Czyż się dzielnoœć natury w darach wysiliła? Nie bluŸńmy, zbyt zuchwali, tego, co jš nadał. Nasz występek przymioty szacowne postradał. Ten sięgnšł ku bydlętom. Nie bajkš wiek złoty. Był on, będzie, jest może, gdzie siedlisko cnoty. W naszej mocy œwiat równym uszczęœliwić wiekiem. Niechaj człowiek pamięta na to, że człowiekiem, Wzniesie się nad zwierzęta lotem siebie godnym. Niegdyœ mędrzec ponury piórem zbyt swobodnym, W złej sprawie sam patronem zostawszy i sędziš, Zapędzał człeka w lasy i chciał paœć żołędziš. Znalazł uczniów; któryż błšd nie znachodził ucznie? Omamiał wdziękiem pisma doœć dzielnie i sztucznie, Nowoœć była ponętš, a wdziękiem zuchwałoœć. Nie na tym się zasadza człeka doskonałoœć, Towarzystwo cel jego, do niego stworzony, Rodzice, dzieci, bracia i męże i żony. Œwięte węzły natury, które nasz błšd targa, Błšd zuchwały, płód jego bluŸnierstwo i skarga, Odgłos œlepoty, głupstwa, dumy, niewdzięcznoœci, Człowiek w œcisłym obrębie nadanej istnoœci, W œcisłym, lecz przyzwoitym przez zrzšdzenie boże, Chcšc mieć więcej, niż zdoła, mniej ma, niż mieć może. Stšd rozpacz, a w uporze żšdza zbyt zacięta, Chcšc wznieœć człeka nad człeka, zniża pod bydlęta. Stwórca rzeczy cel dziełu swojemu położył I choć go w niezliczonych rodzajach pomnożył, Każdemu nadał istnoœć, dał istnoœciom dary, Darom dzielnoœć, dzielnoœciom przymioty i miary. Tych się trzymać - nasz podział, brać korzyœć - staranie, Powinnoœć - znać szacunek i być wdzięcznym za nie." "Pieœń Pišta" z tomu "Monachomachia" I œmiech niekiedy może być naukš, Kiedy się z przywar, nie z osób natrzšsa; I żart dowcipnš przyprawiony sztukš Zbawienny, kiedy szczypie, a nie kšsa; I krytyk zda się, kiedy nie z przynukš, Bez żółci łaje, przystojnie się dšsa. Szanujmy mšdrych, przykładnych, chwalebnych, Œmiejmy się z głupich, choć i przewielebnych. Wpada Hijacynt, nowa postać rzeczy! Miejsce dysputy zastał placem wojny. Jeden drugiego rani i kaleczy, Wzišł w łeb od razu nasz rycerz spokojny. Widzi, że skromnoœć już nie ubezpieczy, Więc, dzielny w męstwie, w oddawaniu hojny, Jak się zawinšł i z boku, i z góry, Za jednym razem urwał dwa kaptury. Lecš sandały i trepki, i pasy, Wrzawa powszechna przeraża i głuszy. Zdrętwiał Hijacynt na takie hałasy, Chciałby uniknšć bitwy z całej duszy, Więc przeklinajšc nieszczęœliwe czasy Resztę kaptura nasadził na uszy, Już się wymykał... wtem kuflem od wina Legł z sławnej ręki ojca Zefiryna. Ryknšł Gaudenty jak lew rozjuszony, Gdy Hijacynta na ziemi obaczył; Nowš więc złoœciš z nagła zapalony, Żadnemu z ojców, z braci nie przebaczył. Padł i mecenas, z krzesłem wywrócony, Definitora za kaptur zahaczył, Łukasz, raniony, zwinšł się w trzy kłęby, Stracił Kleofasz ostatnie trzy zęby. Coraz się mnożš i krzyki, i wrzaski, Hałas powstaje i wrzawa aż zgroza. Ojciec Remigi, sšżnisty, a płaski Używa żwawo zgrzebnego powroza; Wzišł w łeb Kapistran obręczem od faski, Dydak półgarncem ranił Symforoza, Skacze Regalat do oczów jak żmija, Longin się z rożnem walecznie uwija. Już był wyciskał talerze i szklanki, Pękły i kufle na łbach hartowanych, Porwał natychmiast księgę zza firanki: Wojsko afektów zarekrutowanych. Niš się zakłada, pędzi poza szranki Rycerzów długš bitwš zmordowanych. Tak niegdyœ sławny mocarz Palestyny Oœlš paszczękš gromił Filistyn. Widzi to Rajmund, ozdoba Karmelu, Widzi w tryumfie syna Dominika, Wyjeżdża na harc i wpada, wœród wielu Godnego siebie szukać przeciwnika. Rafał z nim obok: "Ratuj, przyjacielu !" - Rzekł. Seraficzna w tym punkcie kronika Padła nań z góry; legł i rękš kiwnšł, Dwa razy jęknšł, cztery razy ziewnšł. Zapłakał Rafał, a mšdry po szkodzie, Wtenczas błšd poznał, że wróżkom nie wierzył, Dotrzymał jednak kroku na odwodzie, A gdy Gaudenty na niego się mierzył, Zmokłym kropidłem w poœwięconej wodzie. Oczy mu zalał, trzonkiem w łeb uderzył. Nie spodziewajšc się takowej wanny Stanšł Gaudenty, zmoczony i ranny. Otrzšsł się wkrótce, a nabrawszy duchu, W dwójnasób czyny heroiczne mnożył. Ojcze Barnabo! lepiej było w puchu, Po coœ szedł w wojnę, po coœ się Ÿle złożył? I ty, Pafnucy, ległeœ w tym rozruchu, I ty, Gerwazy, słusznieœ się zatrwożył. Nikt go nie wstrzyma w zemœcie przedsięwziętej. Na waszš zgubę odetchnšł Gaudenty. Tak gdy z wierzchołka Alpów niebotycznych Mały się strumyk sšczšc wydobędzie, Wzmaga się coraz w spadaniach rozlicznych, Już brzeg podrywa, już go słychać wszędzie, Echo szum mnoży w skałach okoliczych, Staje się rzekš, a w gwałtownym pędzie Pieni się, huczy i zżyma w bałwany, Tym sroższy w biegu, im dłużej wstrzymany. Wojna powszechna! Jak zabieżeć złemu, W kšcie z proboszczem wicesgerent radzš, A chcšc usłużyć dobru powszechnemu, Doktora tamże do siebie prowadzš. Każdy z nich daje zdanie po swojemu. Prałat, gdy postrzegł, że się darmo wadzš, Bioršc wzgłšbsz rzeczy przez swój wielki rozum, Rozkazał przynieœć vitrum gloriosum. Co niegdyœ w Troi był posšg Pallady, Co w Rzymie wieczne westalskie ognisk, Tym był ten puchar, czczony przez pradziady, Starożytnoœci wdzięczne widowisko. Wyjęto ze czciš z najpierwszej szuflady; Przytomni zatem skłonili się nisko I tę wieczystej załogę rozkoszy W obydwie ręce wzišł ksišdz podkustoszy. Któż cię nad niego mógł lepiej piastować, Zacny pucharze? kto nosić dostojnie ? On jeden z tobš umiał dokazować, On godzien dŸwigać w pokoju i w wojnie. Szli dalej, żeby ten skarb uszanować, Dzwonnik z szafarzem, ubrani przystojnie, I Krzysztof-trębacz, co w post i Wielkanoc Z koœcielnej wieży tršbił na dobranoc. Już się zbliżajš ku miejscu strasznemu, Gdzie się zwaœnione mnichy potykajš. Czyniš plac wszyscy dzbanu poważnemu Wszyscy ciekawie skutku wyglšdajš. Mężny nosiciel - jednak po staremu Myœli trwożliwe pokoju nie dajš; Umysł wspaniały podłej trwodze przeczy, OrzeŸwia dobro pospolitej rzeczy. Już sš u furty... ta stoi otworem... Zły znak! w tym punkcie z daleka postrzegli, Jako mecenas, prałat wraz z doktorem Na przywitanie szybkim krokiem biegli I żeby z zwykłym wprowadzić honorem, Niektórych ojców i braci przestrzegli. Wchodzi szczęœliwie puchar między braty, Do doktorowskiej zaniesion komnaty. "Pijaństwo" "Skšd idziesz?" - "Ledwo chodzę." - "Słabyœ?" - "I jak jeszcze. Wszak wiesz, że się ja nigdy zbytecznie nie pieszczę, Ale mi zbyt dokucza ból głowy okrutny." - "Pewnieœ wczoraj był wesół, dlategoœ dziœ smutny. Przejdzie ból, powiedzże mi, proszę, jak to było? Po smacznym, mówiš, kęsku i wodę pić miło." - "Oj, niemiło, mój bracie! Bogdaj z tym przysłowiem Przepadł, co go wymyœlił. Jak było, opowiem. Upiłem się onegdaj dla imienin żony. Nie żal mi tego było. Dzień ten obchodzony Musiał być uroczyœcie. Dobrego sšsiada NieŸle czasem podpoić; jejmoœć była rada, Wina mieliœmy dosyć, a że dobre było, Cieszyliœmy się pięknie i nieŸle się piło. Trwała uczta do œwitu. W południe się budzę, Cišży głowa jak ołów, krztuszę się i nudzę. Jejmoœć radzi herbatę, lecz to trunek mdlšcy. Jakoœ koło apteczki przeszedłem niechcšcy, Hanyżek mnie zaleciał, trochę nie zawadzi. Napiłem się więc trochę, aczej* to poradzi: Nudno przecie. Ja znowu, już mi raŸniej było, Wtem dwóch z uczty wczorajszej kompanów przybyło. Jakże nie poczęstować, gdy kto w dom przychodzi? Jak częstować, a nie pić? I to się nie godzi. Więc ja znowu do wódki, wypiłem niechcšcy: Omne trinum perfectum, choć trunek goršcy Dobry jest na żołšdek. Jakoż w punkcie zdrowy, Ustały i nudnoœci, ustał i ból głowy. Zdrów i wesół wychodzę z moimi kompany: W tym obiad zastaliœmy już przygotowany. Siadamy. Chwali trzeŸwoœć pan Jędrzej, my za nim, Bogdaj to wstrzemięŸliwoœć, pijatykę ganim, A tymczasem butelka nietykana stoi. Pan Wojciech, co się bardzo niestrawnoœci boi, Po szynce, coœmy jedli, trochę wina radzi: Kieliszek jeden, drugi zdrowiu nie zawadzi, A zwłaszcza kiedy wino wytrawione, czyste, Przestajem na takowe prawdy oczywiste. Idš zatem dyskursa tonem statystycznym O miłoœci ojczyzny, o dobru publicznym, O wspaniałych projektach, mężnym animuszu, Kopiem góry dla srebra i złota w Olkuszu, Odbieramy Inflanty i państwa multańskie, Liczemy owe lumy neapolitańskie, Reformujemy państwo, wojny nowe zwodzim, Tych bijem wstępnym bojem, z tamtymi się godzim - A butelka nieznacznie jakoœ się wysusza. Przyszła druga; a gdy nas żarliwoœć porusza, Pełni pociech, że wszyscy przeciwnicy legli, Trzeciej, czwartej i pištej aniœmy postrzegli. Poszła szósta i siódma, za nimi dziesišta. Naówczas, gdy nas miłoœć ojczyzny zaprzšta, Pan Jędrzej, przypomniawszy żórawińskie klęski, Nuż w płacz nad królem Janem. "Król Jan był zwycięski! - Krzyczy Wojciech. - Nieprawda!" A pan Jędrzej płacze. Ja gdy ich chcę pogodzić i rzeczy tłumaczę, Pan Wojciech mi przymówił: "Słyszysz waœć" - mi rzecze. "Jak to waœć! Nauczę cię rozumu, człowiecze." On do mnie, ja do niego, rwiemy się zajadli, Trzyma Jędrzej, na wrzaski służšcy przypadli; Nie wiem, jak tam skończyli zwadę naszš wielkš, Ale to wiem i czuję, żem wzišł w łeb butelkš. Bogdaj w piekło przepadło obrzydłe pijaństwo! Cóż w nim? Tylko niezdrowie, zwady, grubijaństwo. Oto profit: nudnoœci i guzy, i plastry." - "Dobrze mówisz, podłej to zabawa hałastry, Brzydzi się nim człek prawy, jako rzeczš sproœnš. Z niego zwady, obmowy nieprzystojne rosnš, Pamięć się przez nie traci, rozumu użycie, Zdrowie się nadwyręża i ukraca życie. Patrz na człeka, którego ujęła moc trunku, Człowiekiem jest z pozoru, lecz w zwierzšt gatunku Godzien się mieœcić, kiedy rozsšdek zaleje I w kontr naturze postać bydlęcš przywdzieje. Jeœli niebios zdarzenie wino ludziom dało Na to, aby użyciem swoim orzeŸwiało, Użycie darów bożych powinno być w mierze. Zawstydza pijanice nierozumne zwierzę, Potępiajš bydlęta niewstrzymałoœć naszš, Trunkiem według potrzeby gdy pragnienie gaszš, Nie biorš nad potrzebę. Człek, co nimi gardzi, Gorzej od nich gdy działa, podlejszy tym bardziej. Mniejsza guzy i plastry, to zapłata zbrodni. Większej kary, obelgi takowi sš godni, Co w dzikim zaœlepieniu występni i zdrożni, Rozum, który człowieka od bydlęcia różni, Œmiš za lada przyczynš przytępiać lub tracić. Jakiż zysk takš szkodę potrafi zapłacić? Jaka korzyœć tak wielkš utratę nadgrodzi? Zła to radoœć, mój bracie, po której żal chodzi. Ci, co się na takowe nie udajš zbytki, Patrz, jakie swej trzeŸwoœci odnoszš pożytki: Zdrowie czerstwe, myœl u nich wesoła i wolna, Moc i raŸnoœć niezwykła i do pracy zdolna, Majętnoœć w dobrym stanie, gospodarstwo rzšdne, Dostatek na wydatki potrzebne, rozsšdne. Te sš wstrzemięŸliwoœci zaszczyty, pobudki, Te sš. - "BšdŸ zdrów!" - "Gdzież idziesz?" -"Napiję się wódki." * (aczej - a może, nuż) Mrożek Sławomir - ur. 26 VI 1930 r. w Borzęcinie; dramatopisarz, prozaik, satyryk; debiutował 1950 reportażem "Młode miasto"; współpracował z eksperymentalnym teatrem "Bim-Bom" w Gdańsku; najbardziej znane utwory: "Męczeństwo Piotra Oheya", "Indyk", "Wesele w Atomicach", "Słoń"; jest także autorem scenariuszy filmowych: "Wyspa róż", "Amor"; "Słoń" Kierownik ogrodu zoologicznego okazał się karierowiczem. Zwierzęta traktował tylko jako szczebel do wybicia. Nie dbał także o należytš rolę swojej placówki w wychowaniu młodzieży. Żyrafa w jego ogrodzie miała krótkš szyję, borsuk nie posiadał nawet swojej nory, œwistaki zobojętniałe na wszystko, œwistały nadmiernie rzadko i jakby niechętnie. Niedocišgnięcia te nie powinny mieć miejsca, tym bardziej że ogród bywał często odwiedzany przez wycieczki szkolne. Był to ogród prowincjonalny, brakowało w nim kilku podstawowych zwierzšt, między innymi słonia. Usiłowano go na razie zastšpić, hodujšc trzy tysišce królików. Jednak w miarę jak rozwijał się nasz kraj - planowo uzupełniano braki. Wreszcie przyszła kolej i na słonia. Z okazji 22 Lipca ogród otrzymał zawiadomienie, że przydział słonia został ostatecznie załatwiony. Pracownicy ogrodu, szczerze oddani sprawie, ucieszyli się. Tym większe było ich zdziwienie, kiedy dowiedzieli się, że dyrektor napisał do Warszawy memoriał, w którym zrzekał się przydziału i przedstawił plan uzyskania słonia sposobem gospodarczym. "Ja i cała załoga" - pisał - "zdajemy sobie sprawę, że słoń jest wielkim ciężarem na barkach polskiego górnika i hutnika. Pragnšc obniżyć koszty własne, proponuję zastšpić słonia wymienionego w odnoœnym piœmie - słoniem własnym. Możemy wykonać słonia z gumy, w odpowiedniej wielkoœci, napełnić go powietrzem i wstawić za ogrodzenie. Starannie pomalowany, nie będzie się odróżniał od prawdziwego, nawet przy bliższych oględzinach. Pamiętajmy, że słoń jest zwierzęciem ociężałym, nie wykonuje więc żadnych skoków, biegów i nie tarza się. Na ogrodzeniu umieœcimy tabliczkę wyjaœniajšcš, że jest to słoń szczególnie ociężały. Pienišdze zaoszczędzone w ten sposób możemy obrócić na budowę nowego odrzutowca albo konserwację zabytków koœcielnych. Proszę zwrócić uwagę, że zarówno inicjatywa, jak i opracowanie projektu jest moim skromnym wkładem we wspólnš pracę i walkę. Pozostaję uniżenie" - i podpis. Widocznie memoriał trafił do ršk bezdusznego urzędnika, który biurokratycznie traktował swoje obowišzki i nie wniknšł w istotę sprawy, ale kierujšc się tylko wytycznymi w zakresie obniżki kosztów własnych zaakceptował ten plan. Otrzymawszy odpowiedŸ zezwalajšcš, dyrektor ogrodu zoologicznego polecił wykonać ogromnš powłokę z gumy, którš następnie wypełnić miano powietrzem. Mieli dokonać tego dwaj woŸni przez nadmuchiwanie powłoki z dwóch przeciwnych końców. Aby rzecz utrzymać w dyskrecji, cała praca musiała być ukończona w cišgu nocy. Mieszkańcy miasta dowiedzieli się już, że ma przybyć prawdziwy słoń i chcieli go zobaczyć. Poza tym dyrektor naglił, ponieważ spodziewał się premii, o ile jego pomysł zostanie uwieńczony powodzeniem. Zamknęli się w szopie, w ktorej urzšdzony był podręczny warsztat i zaczęli nadmuchiwanie. Jednak po dwóch godzinach wysiłku stwierdzili, że szara powłoka tylko nieznacznie uniosła się nad podłogš, tworzšc bulwiasty spłaszczony kształt, w niczym nie przypominajšcy słonia. Noc postępowała, głosy ludzkie uciszyły się, jedynie z ogrodu dolatywało wołanie szakala. Zmęczeni, przerwali na chwilę pilnujšc, żeby powietrze już nadmuchane nie uciekło. Byli to starsi ludzie, nie przyzwyczajeni do takiej roboty. - Jak tak dalej pójdzie, skończymy dopiero rano - rzekł jeden z nich. Co ja powiem żonie, kiedy wrócę do domu? Nie uwierzy mi przecież, jeżeli jej powiem, że przez całš noc nadmuchiwałem słonia. - Rzeczywiœcie - zgodził się drugi. - Słonie nadmuchuje się rzadko. Wszystko przez to, że nasz dyrektor jest lewak. Po dalszej półgodzinie poczuli się zmęczeni. Kadłub słonia powiększył się, ale daleko było mu jeszcze do pełnych kształtów. - Coraz ciężej idzie - stwierdził pierwszy. - W samej rzeczy - przytaknšł drugi. - Jak po grudzie. Odpocznijmy trochę. Kiedy odpoczywali, jeden z nich zauważył kurek gazowy, wystajšcy ze œciany. Pomyœlał, czy nie dałoby się wypełnić słonia do reszty gazem - zamiast powietrzem. Powiedział o tym koledze. Postanowili zrobić próbę. Załšczyli kurek do słonia i ku ich uradowaniu już po krótkiej chwili na œrodku szopy stanęło zwierzę w całej wysokoœci. Było jak żywe. Zwalisty tułów, słupiaste nogi, wielkie uszy i nieodłšczna tršba. Dyrektor, nie zmuszany już do liczenia się z żadnymi względami, a powodowany ambicjš posiadania w swoim ogrodzie okazałego słonia - postarał się, żeby model był bardzo duży. - Pierwszorzędny oœwiadczył ten, który wpadł na pomysł z gazem. - Możemy iœć do domu. Rankiem przeniesiono słonia do umyœlnie urzšdzonego dlań wybiegu, w centralnym punkcie, koło klatki z małpami. Ustawiony na tle naturalnej skały, wyglšdał groŸnie. Przed nim umieszczono tablicę: "Szczególnie ociężały - wogóle nie biega." Jednymi z pierwszych goœci tego dnia byli uczniowie miejscowej szkoły, przyprowadzeni przez nauczyciela. Nauczyciel zamierzał przeprowadzić lekcję o słoniu w sposób poglšdowy. Zatrzymał całš grupę przed słoniem i zaczšł wykład: - ... Słoń jest roœlinożerny. Za pomocš tršby wyrywa młode drzewka i objada je z liœci. Uczniowie skupieni przed słoniem oglšdali go pełni podziwu. Czekali, żeby słoń wyrwał jakieœ drzewko, ale on tkwił za ogrodzeniem bez ruchu. - ... Słoń pochodzi w prostej linii od zaginionych już dzisiaj mamutów. Nic więc dziwnego, że jest największym z żyjšcych zwierzšt lšdowych. Pilniejsi uczniowie notowali. - ... Tylko wieloryb jest cięższy od słonia, ale ten żyje w morzu. Możemy więc œmiało powiedzieć, że królem puszczy jest słoń. Przez ogród powiał lekki wiatr. - ... Waga dorosłego słonia waha się od czterech do szeœciu tysięcy kilogramów. Wtem słoń drgnšł i uniósł się w powietrze. Przez chwilę kołysał się tuż nad ziemiš, ale podtrzymany wiatrem ruszył do góry i ukazał całš swš potężnš postać na tle błękitu. Jeszcze chwila i mknšc coraz wyżej zwrócił się ku patrzšcym z dołu czterema kršżkami rozstawionych stóp, pękatym brzuchem i koniuszkiem tršby. Potem, niesiony przez wiatr poziomo, pożeglował ponad ogrodzenie i zniknšł wysoko za wierzchołkami drzew. Osłupiałe małpy patrzyły w niebo. Słonia znaleziono w pobliskim ogrodzie botanicznym, gdzie spadajšc nadział się na kaktus i pękł. A uczniowie, którzy wtedy byli w ogrodzie zoologicznym, opuœcili się w nauce i stali się chuliganami. Podobno pijš wódkę i tłukš szyby. W słonie nie wierzš w ogóle. "Wesele w Atomicach" Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko... Pan młody miał pod lasem niezły kawał laboratorium i coœ ze dwa reaktory wedle cesarskiego goœcińca, zaœ w samym obejœciu nieduży, ale schludny zakład chemicznej syntezy. Pannie młodej ojciec dawał w posagu całš siłownię, w dobrym punkcie, w samym œrodku wsi, przy koœciele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze szeœć patentów z dziedziny biochemii. Nic dziwnego, że młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na małżeństwo zgodzili. I ogłoszono w Atomicach wesele. Akurat-żem walcował blachę na zimno, jak brat panny młodej przyszedł na wesele mnie zapraszać. Był ci to postawny uczony, kolega mój jeszcze z katedry. Boga pochwalił, bose nogi na słomiance wytarł i na zydlu przysiadł. Trochę trudno nam było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce szczególnie jakoœ licznie się zleciały i pola startowe za stodołš sobie uwiły, coraz też któryœ w powietrze wzlatywał i głoœnym œwiergotem swoim słowa nasze tłumił. - Ano, wydajemy jš za mšż - westchnšł goœć. - Ino żeby awantury jakiej na weselu nie było - dodał strapiony. - Co by miała być odpowiedziałem. - Przecie to jest wesele pokoju, no nie? Posiedzieliœmy jeszcze z kwadrans, popatrzyli, jak dzieci wracajš drogš z uniwersytetu, jak stary Józwa zwozi do stodoły paliwo, a potem pożegnał się i poszedł. Nadszedł dzień wesela. Trochę nieporęcznie wypadło, bo akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę. To co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmeliorowano, zaœ pustynie zalesiono. Rzekę zawrócono, żeby płynęła w drugš stronę. W zwišzku z tym droga do koœcioła wypadła nieco dalej, zaœ u mnie na podworku powstała wielka tama o poważnym znaczeniu gospodarczym, tak że drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnoœciš można było wyjœć z domu. Kiedym na miejsce przyszedł, akurat zaczynały się oczepiny. Druhny œpiewały: Jak cię będš czepić, spojrzyj do powały, żeby twoje dzieci czarne oczka miały. Potem zrobiły jej elektrolizę i wyprowadziły do komory ciœnień. Tymczasem goœci przybywało. Wszyscy byli w ludowych termostatach nałożonych na granatowe garnitury kort-tenis. Niektórym już się kurzyło ze skafandrów. Na podwórku podchmieleni piloci trzaskali z rur wydechowych. Psy szczekały. Ale dopiero po koœciele zaczęła się prawdziwa zabawa. Stałem na przyzbie, żeby przedwieczornym powietrzem odetchnšć. Z izby dochodziły różne dŸwięki muzyki dodekafonicznej, to znów syntetycznej. Coraz to buchały przyœpiewki a przytupywania. Kłębiły się, wrzały jurne siły wytwórcze. Na niebie pojawiła się gwiazda. Dzieci rzucały w niš kamieniami. Wesele trwało w pełni, gdy jakoœ przed jedenastš wyskoczył na œrodek młody Smyga zza rzeki, tancerz zawołany, pieœniarz i filut. Okręcił się parę razy, stanšł przed orkiestrš i zaœpiewał na poczekaniu. Już się przed wsiš naszš jasna przyszłoœć moœci, przez szczęœcie społeczeństwa do szczęœcia ludzkoœci! Oj, dana, oj, dana! Bardzo się to wszystkim spodobało. Powstał œmiech i głoœne brawa. Ale już młody Pieg odbił się, wycišł hołubca, czapkę na bok skręcił i zaœpiewał w odpowiedzi: Najpierw trzeba zaczšć od spraw moralnoœci: do szczęœcia społeczeństw przez ducha czystoœci! Hop, dziœ! Na to znowu œmiech i brawa. Poniektórzy zaczęli krzyczeć na Smugę, żeby Piegowi się odcišł. Ale ten nic nie rzekł, jeno cichaczem Piega zaszedł i niespodziewanie wypalił go głowicš atomowš, co jš miał schowanš za pazuchš. Pieg zatoczył się i zaczšł promieniować, ale zdšżył jeszcze guzik u surduta nacisnšć i z wyrzutni, co jš miał ukrytš w prawej nogawce, rakietę œredniego zasięgu prosto w czoło tamtemu puœcił. Byłby niewštpliwie Smugę wykończył, gdyby nie to, że mu ostatni człon rakiety nie odpalił i przez to nastšpiła dewiacja z kursu. Cofnšł się Smyga, zakołysał i oparł o barierę cieplnš, ale ta pękła i Smyga poleciał w głšb temperatury, przy stale wzrastajšcym jej współczynniku. - Ludzie, co robita?! - zawołał ojciec panny młodej, wskazujšc na staroœwiecki, œcienny licznik Geigera. Ale już gwałt się podniósł i rwetes, i na œrodku izby zaczęły szybko wyrastać ogromne niebieskie paprocie - zwyczajna rzecz przy wzmożonej radioaktywnoœci w zamkniętym pomieszczeniu. Już i inne rakiety latać zaczęły, jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitoœć i konwencjonalnie rżnšł nożem. Wtem gwizd ostry się rozległ. To gospodarz, widzšc, że inaczej goœci nie uspokoi, skoczył do domowego rezerwuaru, odkręcił kurek i gazy bojowe na izbę puszczajšc, rozpoczšł zakażanie. Rzucili się wszyscy do kombinezonów, ale mój okazał się nieszczelny, ponadto œpišcy już trochę byłem, więc postanowiłem zaniechać zabawy i pomału do domu się zbierać. Noc była jasna, bo od zagrody, gdzie odbywało się wesele - takie promieniowanie biło, że bez trudu drogę znajdywałem. Szło się rzeœko, bo deszczyk radioaktywny też skropił raz i drugi. Trochę mi tylko to przeszkadzało, że czułem ssanie w organizmie, no, ale po zabawie - to rzecz zwyczajna - no i to, że zaczęły mi wyrastać dodatkowe nóżki, po trzy pary z każdej strony, zielony róg na czole, a na grzbiecie chitynowy pancerzyk. Jakoœ jednak dobrnšłem do chałupy, przelazłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy sobie zaciszne miejsce na listwie za szafš, z dala od pajšków - zasnšłem spokojnie, rozpamiętujšc, jak to było na tym hucznym weselisku. Żeleński Tadeusz - pseudonim Boy, ur. 21 XII 1874 r. w Warszawie, krytyk literatury teatralnej, tłumacz, publicysta; studiował medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim; debiutował w 1895 r. jako poeta kabaretowo satyryczny; zwišzany z działalnoœciš Zielonego Balonika ("Słówka" 1913); przłożył całš "Komedię ludzkš" Balzaca, dramaty Moliera, "Dzieje Tristana i Izoldy" itd; monografie dotyczšce twórczoœci Moliera i Balzaca; obfita twórczoœć recenzencka i krytyczna w dziedzinie teatru; - zm. 3/4 VII 1941 r. we Lwowie; "Pochwała wieku dojrzałego" Marzę często o tym wieku, Gdy zwierzę ginie w człowieku; Gdy już żadna z ziemskich chuci Władzy Ducha nie zakłóci. Jak to musi być przyjemnie! Nic poza mnš, wszystko we mnie: Zmysłów swoich gęstš pianę Zbierasz sobie jak œmietanę I rzucasz (czy to nie proœciej?) Na ekran Nieskończonoœci. Oczyszczony duch ulata W harmonijne kręgi œwiata, Dokoła człek spoglšda, Nic nie pragnie, nic nie żšda, W cišgłej ekstazie na jawie Żyje się - za bezcen prawie. A czas! tu dopiero zyski: Żaden ciała popęd niski Roboczego dnia nie kurczy, Nie zawadza w pracy twórczej; Z pokoju, mocš tajemnš, Nie wygania cię w noc ciemnš; Gdzież tam! Z niebiańskim spokojem Siedzisz przy biureczku swojem, Huczy, dymi samowarek, Ty równiutko jak zegarek, Zawsze z jednakš ochotš, Nizasz myœli nitkę złotš, Uprawiasz swój interesik Pogodnie jak drugi Esik. Od czasu Ducha narodzin Dzień podwoił liczbę godzin! A cóż dopiero w podróży! Żadna chwila się nie dłuży; Lšd czy morze, ty bez przerwy Zawsze masz spokojne nerwy; Nie zachodzisz nigdy w głowę, Jak blisko miasto portowe; Nie stajesz calutki w pšsie Przy podejrzanym anonsie; Bez żadnej myœli ubocznej, Jak prosty œwiadek naoczny, Badasz sobie obce kraje, Zwyczaje i obyczaje; Oglšdasz domy, ulice, Zwiedzasz œliczne okolice, Bez kłopotów, bez przykroœci, Bez dwuznacznych znajomoœci: Nie rozumie ta dzicz młoda, Co to za wœciekła wygoda. Cóż to za przesšd, zaiste, Ba, uršgowisko czyste, Ta niby-prawda utarta, Że tylko młodoœć coœ warta! Przypomnij sobie, człowieku: I czym ty byłeœ w tym wieku? Ot, pędziwiatr, dureń młody, Œlepe narzędzie przyrody, Wszędzie gotowe po trosze Wœciubić te swoje trzy grosze; W szaleństwie gorszy od Ÿwirzšt: Wprost już nie człowiek, lecz przyrzšd! I co taki wie o œwiecie, O życiu czy o kobiecie? Czy w tym pustym łbie się mieœci, Co znaczy powab niewieœci? Ta harmonia niesłychana Po to od Boga jej dana, By iœć przez œwiat niby œwięta, Uwielbiana i nietknięta, Obca wszelkim ziemskim szałom, Wieœć ludzkoœć ku ideałom! Czy taki młokos to czuje? Czy zrozumie, uszanuje? On, co żyje jednš chętkš: Dużo, byle jak i prędko! Inna rzecz, gdy już w nas cudnie Nieczystoœć wszelka wychłódnie. Wówczas, ach, wówczas dopiero Wraz z tš najpiękniejszš erš - Wielu z panów mi to przyzna - Żyć rozpoczyna mężczyzna: Gdy z płci swojej niewolnika Zmienia się w pana, w zwierzchnika; Gdy wolny od grubszych robót Duch zażywa pełni swobód. Czy zrozumie młoda głowa, Co to na przykład rozmowa? Gdy dwie płcie, zgoła odmienne, Wymieniajš myœli cenne; Słowo z słowem igra, skrzy się, Fruwa jak piłka w tenisie, Czasem leciutko dotyka Misternego dwuznacznika, To paradoksem się mieni, To liczko wstydem spłomieni; Któż mistrzem w takiej rozmowie? Tylko dojrzali panowie! A młody? Głupie to, płoche, Tylko pobrudzi pończochę, Bška coœ, pożal się Boże, To znów kwaœny, nie w humorze, Jedna myœl go œciga wszędzie: Będzie... z tego czy nie będzie. Nigdym pojšć nie był w stanie, Jak to może bawić Panie. Słowem, nie przesadzę wcale: W podróży czy w kryminale, Przy pracy czy przy zabawie, W każdej sytuacji prawie, Czy przy politycznej misji, Czy w teatralnej komisji, Wiek dojrzały ma, bez blagi, Tak oczywiste przewagi, Że życzę wam, bracia mili, Byœcie go rychło dożyli. Parodie znanych polskich motywów literackich i filmowych "Jak odpowiadać dzieciom na drażliwe pytania" Niebawem nakładem "Roju" ukaże się ksišżka Ireny Krzywickiej pt. "Jak odpowiadać dzieciom na drażliwe pytania". Z ksišżki tej podajemy najciekawszy ustęp: "Jest rzeczš wiadomš, że dzieci sš wœcibskie i ciekawskie. Czy należy odpowiadać na wszystkie pytania? Czy należy z fałszywš pruderiš udawać, że się pytania nie dosłyszało? Nie, obowišzkiem człowieka współczesnego jest patrze㠜miało w oczy własnych i cudzych dzieci. Jeœli chodzi o pytania drażliwe - bo, na pytania zwykłe oczywiœcie nie ma co odpowiadać byle szczeniakowi - najlepiej jest mieć z góry przygotowane odpowiedzi. Podaję więc najważniejsze i najczęœciej przez dzieci zadawane pytania. - "Mamusiu, z czego się robiš dzieci?" Na to pytanie proponuję dwa rodzaje odpowiedzi. Jeœli dziecko jest jeszcze za małe, aby mogło zrozumieć prawdę, należy odpowiedzieć: "Dzieci powstajš z nadmagnezjanu chlorku potasu". Jest to odpowiedŸ bardzo zręczna, gdyż dziecko przeważnie nie może spamiętać tej długiej nazwy i gdy powtórzy to w szkole lub kawiarni starszemu koledze, nigdy się nie wyda, żeœmy dali fałszywš informację, i wten sposób autorytet rodziców zostaje zachowany. Gdy dziecko zapamięta i po paru latach, wiedzšc już, o co chodzi, przypomni z wyrzutem, że się je oszukało, można pętakowi wmówić, że przekręciło słowo "potas". Inna odpowiedŸ powinna być stosowana wobec dzieci już większych. Jeœli chodzi o chłopców i dziewczęta w wieku dojrzewania, należy odpowiedzieć: "Dzieci powstajš z zaniedbania i lekkomyœlnego zapuszczenia cišży". - "Tatusiu, dlaczego tatuœ jest taki czerwony, gdy œciska służšcš?" Jest to bardzo typowe pytanie, na które należy odpowiedzieć, przerzucajšc zręcznie sprawę na tło społeczne. Mówimy więc poważnie: "Tak, moje dziecko, służšca należy do proletariatu, a ludzie, którzy zbliżajš się do proletariatu, sš "czerwoni". Możesz o tym, dziecko, przeczytać w "Płomyku" i w "Ilustrowanym Kurierku". Gdy dziecko zacznie się mšdrzyć, że to nie to samo, możemy dodać: "Paszoł won, szczeniaku". - "Mamusiu, czego chciała ode mnie ta pani, co stoi zawsze u nas na rogu ulicy?" Na to odpowiemy: "A won, ty bydlaku! Stare chłopisko, kobity go na ulicy zaczepiajš, a on się pyta mamusi". Wrazie pytań bardziej skomplikowanych, na które nie mamy gotowej odpowiedzi, należy uciekać się do dywersji taktycznej. Np. dziecko pyta się, czy chlorek potasu jest zwišzkiem węgla. Odpowiadamy: "Nie garb się". Albo: "Nie nudŸ, widzisz, że mamusię głowa boli". Albo też najprostsze: "Paszoł won, pętaku". Zwykle dziecko odpowiada na to "Ty sama paszoł", a to już jest oczywiœcie wystarczajšcym pretekstem do sprania szczeniaka. Potem następujš płacze, przeprosiny, i sprawa potasu rozpływa się we łzach pojednania. Bardzo częsty u dzieci jest objaw pytań seryjnych. Np. dziecko pyta się, co to jest na szybie. Odpowiadamy: "Mróz". "A dlaczego mróz". Odpowiadamy: "Bo zima". "A dlaczego zima? A co idzie po zimie?" Przy zimie stosujemy pierwszy cios w szczękę. Zdarzajš się oczywiœcie cierpliwsi rodzice, którzy bijš w mordę dopiero przy jesieni lub nawet po jedenastym, a nawet dwunastym pytaniu. Pewna matka z Ohio uderzyła dziecko dopiero po trzydziestym pištym pytaniu, które brzmiało: "Dlaczego mamusia gryzie syfon?" Był to o ile wiadomo, rekord œwiata. NormaIni rodzice walš w pysk przy trzecim lub czwartym pytaniu. Oczywistym błędem jest bicie już przy drugim pytaniu. Znam ojca, którego synek spytał: "Jak się nazywa ta ulica?" Ojciec odpowiedział: "Chmielna". Dziecko spytało: "A jak na imię?" Ojciec zaczerwienił się, no i naturalnie bęc szczeniaka w mordę. Otóż bicie przy drugim lub trzecim pytaniu uważamy za szkodliwe. Po pierwsze, oducza dziecko w ogóle od zadawania pytań, po drugie, odbiera uderzeniom właœciwe napięcie. Słynny uczony norweski Hugo von Gulgenstjerna radzi stosować w pedagogice system riposty. To znaczy odpowiadania na pytanie pytaniem. Gdy dziecko pyta: "Mamusiu, dlaczego pan Giellepur zdejmuje spodnie w salonie?", należy szybko odpowiedzieć: "A ile jest trzydzieœci pięć razy osiem?", albo: "W którym roku była bitwa pod Zamš?" Gdy dziecko odpowie: "Nie wiem", mówi się: "No to won, ty szczeniaku, do ksišżki, ty cholero, uczyć się, a nie gadać o cudzych parszywych portkach". Metoda ta daje bardzo dobre rezultaty i jest stanowczo lepsza od systemu dra Margulsteina, który zaleca dawanie dziecku zamiast odpowiedzi datków pieniężnych. Gdy dziecko pyta się: "Czy bocian przynosi dzieci zaraz czy w dziewięć miesięcy potem?", odpowiadamy: "Masz tu, kochasiu, dwadzieœcia groszy, i jesteœmy kwita". Przy bardziej kłopotliwych pytaniach suma może dojœć do setek, a nawet tysięcy. Dr Margulstein opowiada o pewnym dziecku w Zurychu, które pytało ojca o pewnš urzędniczkę z jego biura i dostawało jednorazowo po dziesięć tysięcy franków, i to szwajcarskich. Dzieci, jak to już powiedzieliœmy, sš wœcibskie i interesujš się tematami seksuologicznymi. A przecież często się mówi, że nasi milusińscy lubiš tylko zabaweczki i laleczki. Ten simplicystyczny poglšd na dzieci naszego pokolenia stanowczo należy odbršzowić. Oczywiœcie, wszystkie wyżej podane sposoby to sš tylko surogaty. Pozostaje droga otwartej prawdy i uœwiadomienia naukowego. Zawsze najprostsze i najzdrowsze będzie zapoznanie dziecka z nagim faktem. W tym celu polecamy goršco znakomitš ksišżkę dra Grtzh„ndlera pt. "Noga i jej okolice" ze składanš mapkš i portretem autora. "Kapitan Gloss" Sekretarka (odbiera telefon): Hallo. Jawohl. Ein Moment. Herr Hauptmann, telefon. Gloss: Danke, Fr„ulein. Hallo, hier Hauptmann Gloss... A, to wy "Błyskawica". Chwileczkę. Fr„ulein, lassen Sie mich allein. Ich werde sprechen mit Geheimorganisation. Sekretarka: Jawohl, Herr Hauptman... (wychodzi) Gloss: Przepraszam was... Musiałem kazać sekretarce wyjœć z pokoju, bo mam rozmowę z tajnš organizacjš podziemnš... Tak. Już wyszła. Możemy rozmawiać swobodnie. Brunner pewnie ma nas na podsłuchu, ale rozmawiamy po polsku, to nie zrozumie. Co tam nowego? Nasi chłopcy planujš rozbrojenie posterunku żandarmerii? Kiedy? Jutro o pištej rano? Dobra. Zaraz zadzwonię na posterunek i każę sobie podać liczebnoœć załogi i stan uzbrojenia. Namówię ich także, żeby jutro o pištej osłabili czujnoœć. Uzyskane informacje przekażę wam dzisiaj o trzeciej po południu na rynku naprzeciw siedziby gestapo. PodejdŸcie do mnie i poproœcie o ogień. Podczas odpalania papierosa wszystko wam powiem. Tylko nie odpalajcie dłużej jak pół godziny. Jak to dlaczego? Żeby nie budzić podejrzeń... Bruner mi nie dowierza... Czekajcie, bo zdaje się, że nawet zdecydował się mnie zlikwidować. Tak, tak.. Widzę przez okno, jak zajeżdżajš dwie ciężarówki, z gestapowcami... Nic, nic... Możemy rozmawiać. Słuchawka zajmuje mi tylko jednš rękę, drugš mam wolnš... (otwierajš się drzwi) Dwaj weszli, żeby mnie aresztwać... (dwa uderzenia, dwa jęki, dwa łoskoty). Już ich załatwiłem. Dwa ciosy i leżš... (rozlegajš się strzały). A to dranie, zaczynajš strzelać do mnie przez okno (strzały, brzęk szyby). Przepraszam was na chwilę, muszę przłożyć słuchawkę do drugiej ręki... Z Iewej celniej strzelam... Tak... (kilka strzałów). Siedmiu położyłem... Więc jak powiedziałem - o trzeciej na rynku... O, cholera... Nic... Ustawiajš naprzeciw okna karabin maszynowy... (seria z karabinu maszynowego, krzyki, jęki, moment ciszy, ciemnoœć). Halo, "Błyskawica", jesteœcie tam? - Naturalnie, że to ja - kapitan Gloss. A dlaczego nie mam żyć? To oni nie żyjš. Wizja wysidła i w ciemnoœci sami się wystrzelali. No to na razie, "Błyskawica". Do następnego odcinka. Czeœć. "Nowy polski superfilm" (Streszczenie) Scenariusz: Józef Ignacy Kraszewski, Adam Mickiewicz, Bolesław Prus, Henryk Sienkiewicz, Julisz Słowacki, Stefan Żeromski, Jerzy Stefan Stawiński. Tantiemy: ci, co zawsze. W ubogiej chatce na skraju wsi żyje z pensji byłego męża pani Latter z Piastem Kołodziejem i dwiema córkami: Hoprynš i Balladynš. Wracajšc z nocnej wycieczki w otoczeniu wiernych Litwinów, wiozšcych na kulbakach Laszki-synowe, Staœ Tarkowski dostrzega Balladynę w negliżu, zajeżdża przed ganek i zakochuje się w niewinnym dziewczęciu. Ale nowy sšsiad, niejaki Œlimak, sprowadza okrutnego Azję Tuhaj- Bejowicza, który porywa Balladynę, aby zawieŸć jš w darze Neronowi. Balladyna ma nago ukazać się na arenie gigantycznego amfiteatru na grzbiecie tura. Ale ofiarny społecznik, dr Judym, poœwięca się i zajmuje jej miejsce, na szczęœcie w ubraniu. Z opresji ratuje go słynny osiłek, wierny Balladynie Podbipięta. Wspólnie organizujš ucieczkę. Rozwœcieczony Neron wysyła w pogoń za zbiegami swych pretorian na czele z por. Krzysztofem Cedro (Legia cesarska) i ob. Pochroniem (Gwardia cesarska) oraz podpala Rzym, aby oœwietli㠜cigajšcym drogę. Młody pretorian zakochuje się w Balladynie i pozwala jej częœciowo ujœć cało. Nareszcie w rodzinnej chacie! Schodzš się sšsiedzi, aby wysłuchać opowieœci. Od słuchania o straszliwych przygodach Balladyny jednš z sšsiadek p.Telmenę, obeszły mrówki, od których po sšsiedzku usiłujš jš uwolnić jš pp. Wokulski i Zagłoba. Ale czas uderzyć w czynów stal! Staœ Tarkowski prowadzi do ołtarza spłonionš Balladynę, p. Zagłoba Telimenę wraz z mrówkami, Piast Kołodziej paniš Latter, która traci niestety prawo do pensji, Œlimak, który uległ w międzyczasie przełomowi, zaœlubia Horpynę. Wszyscy się cieszš. Jankiel gra na rogach Wojskiego i Œlimaka, które im przyprawił. "W Szwajcarii" Tekst i komentarz "Odkšd zniknęła jak sen złoty..." Poeta bardzo udatnie porównywa pannę X do snu. "Usycham z żalu, omdlewam z tęsknoty" Zniknięcie snu tak zdenerwowało poetę, że o mało nie zemdlał. "I nie wiem, czemu ta dusza z popiołów Nie wylatuje za niš do aniołów..." Nie można zrozumieć, dlaczego ta dusza nie wylatuje z popiołów do aniołów. "Czemu nie leci za niebieskie szranki" Daje do zrozumienia, że sam odważnie wstšpiłby w szranki bez względu na ich kolor. "Do tej zawionej i do tej kochanki... W szwajcarskich górach jest jedna kaskada, Gdzie Aar wody błękitnymi spada. Pozwól tam spojrzeć zawróconej głowie. Widzisz tę tęczę na burzy w parowie?" Poeta uważa, że tęcza na burzy to jest zawracanie głowy. "Gdy oczy przeszły od stóp do warkoczy, To zakochały się w niej moje oczy; A za tym zmysłem, co kochać przymusza, Poszło i serce, a za sercem dusza." Daje krótki szkic psychoIogii miłoœci. "I byłem jak ci, co się we œnie bojš..." Uskarża się na zmory i dusznoœcţ podczas snu. "Stanšłem przed niš i spuœciłem oczy." W stosunkach z kobietami zawsze przeszkadzała poecie wrodzona nieœmiałoœć. "...dwie sarny ...utopiły oczów Błyskawice W kochanki mojej błękitne Ÿrenice... Rzekłem: - One się zakochały w tobie!" Nieœmiały poeta zdobył się na komplement. "Odtšd szczęœliwi byliœmy i sami, Płynšc szwajcarskich jezior błękitami, I nie wiem, czy tam była łódŸ pod nami..." W roztargnieniu nie zauważył łódki, na której jechał. "I mogła była, co chce zrobić ze mnš" Zwykłe wodzenie za nos już się zaczęło. "Płynęła lecšc - łódŸ leciała za niš, Za łodziš jasnoœć szafirowym szlakiem, Za tš jasnoœciš rybek korowody..." Te wyœcigi bardzo zasmuciły Słowackiego, który nie umiał pływać. "Pierwsza na kamień wyskoczyła płocha" Grzecznoœć nie pozwoliła Juliuszowi pierwszemu wyskoczyć na kamień, choć miał ochotę. "I powiedziała mi w głos, że mnie kocha I odesłała mnie znów na jezioro..." Powiedziała mu z daleka, że go kocha, i odesłała na jezioro, a on był z tego bardzo zadowolony. "Że była grota posępna i ciemna I w grocie kaskad kryształu zasłona... Że nas tam samych dzień odstšpił szary I zastał z twarzš ognistš przy twarzy, I ptaszšt nas tak obudziły gwary." W tym ustępie poeta siedział całš noc ze swojš ukochanš. "I wszędzie mi Ÿle - i wiem, że Ÿle będzie." Poecie zrobiło się niedobrze. Spis treœci Gałczyński Konstanty-Ildefons "Satyra na bożš krówkę" "Strasna zaba" Hemar Marian "Na krasomówstwo" "Sense of Humour" Huszcza Jan "Dzicy z drugiej połowy XX wieku" "Podział godzin" "Stereotypy" Kern Ludwik Jerzy "Bezbolesna przyszłoœć" "Dwie strony damskiego medalu" "Eremik nasz kochany" "Nasz wkład" "Nowy Kossak" "Przedział dla niepalšcych" "Wyjštek" Knorr Mirosława "Morał dla -dziestolatków" "Ręce" "Rozmowa z Krasnoludkiem" "Skarb w lesie" "Zabawy" "Zakazy" Krasicki Ignacy "Człowiek i zwierz" "Pieœń Pišta" "Pijaństwo" Mrożek Sławomir "Słoń" "Wesele w Atomicach" Żeleński Tadeusz-Boy "Pochwała wieku dojrzałego" Parodie "Jak odpowiadać dzieciom na drażliwe pytania" "Kapitan Gloss" "Nowy polski superfilm" "W Szwajcarii"